Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Kreator. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Kreator. Pokaż wszystkie posty

środa, 7 stycznia 2026

KREATOR -Krushers of the World (2026)


 

Niemiecki Kreator przechodził w swojej karierze przez różne etapy stylistyczne, jednak ostatnia faza – melodyjny thrash metal z wyraźnymi wpływami heavy i power metalu – trwa już blisko dwie dekady. To właśnie w tym okresie zespół nagrał tak znakomite płyty jak Phantom Antichrist czy Gods of Violence. Dzięki temu Kreator zaczął tworzyć więcej przebojowych utworów, trafił do szerszego grona odbiorców i ponownie stał się jedną z największych sił na metalowej scenie.

Najnowszy album, zatytułowany Krushers of the World, jest w zasadzie kontynuacją tej przystępnej, melodyjnej odsłony thrash metalu, wzbogaconej o elementy heavy i power metalu. Całość brzmi jednak jeszcze bardziej komercyjnie niż wcześniej. Dla jednych będzie to zaleta, dla innych – wyraźna wada.

Od 2019 roku skład zespołu pozostaje stabilny, co nie jest żadnym zaskoczeniem. Muzycy są w znakomitej formie i trudno odmówić im profesjonalizmu czy energii. Problem tkwi jednak w samej jakości materiału. Któraś z rzędu płyta utrzymana w tym samym, melodyjnym stylu może zwyczajnie męczyć i przestaje robić tak duże wrażenie. Zespół serwuje nam bardzo podobne patenty, tyle że w nieco słabszym wydaniu. Ile razy można bazować na zbliżonym motywie gitarowym?

Ten problem niestety dotyka nowego albumu. Sama formuła i stylistyka wciąż są atrakcyjne – melodyjne oblicze Kreator nadal bardzo mi się podoba – jednak na Krushers of the World brakuje świeżości i elementu zaskoczenia. Często można odnieść wrażenie, że dane pomysły pojawiły się już na poprzedniej płycie, tylko w lepszej, bardziej przekonującej odsłonie.

Na plus zdecydowanie należy zaliczyć Mille Petrozzę, który wciąż imponuje zadziornym, charakterystycznym wokalem napędzającym machinę zwaną Kreator. Duet gitarowy Petrozza/Sammy Duet (Sami Yli-Sirniö) nadal potrafi porwać zarówno efektownymi solówkami, jak i solidnymi riffami. Nie wszystko jednak wypada idealnie – momentami zespół sprawia wrażenie, jakby kręcił się we własnym kręgu, zjadając własny ogon.

Teoretycznie wszystko się zgadza: przepiękna okładka, soczyste i selektywne brzmienie oraz sprawdzony styl powinny zaowocować kolejną perełką w dyskografii. Niestety, tym razem tak się nie dzieje. Thrashmetalowe wydawnictwa z 2025 roku pokazują, że Kreator z nowym albumem plasuje się raczej w drugiej lidze niż w ścisłej czołówce.

Najlepsze wrażenie robią znane już single. Rozpędzony i agresywny „Seven Serpents” brzmi jak nieco słabsza kopia „Phantom Antichrist” – bardzo podobny riff i refren sprawiają, że uczucie déjà vu jest nieuniknione. Bardziej nowoczesny i mroczny charakter ma „Satanic Anarchy”. To przemyślany, dojrzały utwór, który potrafi zaskoczyć, choć jego refren wydaje się odrobinę zbyt słodki.

Melodyjny i klimatyczny „Tränenpalast”, z gościnnym udziałem Britt Görtz, wyraźnie nawiązuje do stylistyki Arch Enemy i ociera się o melodyjny death metal. Na duży plus zasługuje riff, w którym pobrzmiewają patenty znane z twórczości Running Wild. To bez wątpienia jeden z jaśniejszych punktów albumu.

Tytułowy „Krushers of the World” jest natomiast dość toporny, mocno heavy metalowy i – niestety – nijaki oraz ospały. Thrashmetalowe łojenie dostajemy w „Barbarian”, czyli typowym numerze Kreator. Słucha się go dobrze, ale próżno szukać tu czegokolwiek nowego.

Jednym z najmocniejszych momentów płyty jest rozpędzony „Blood of Our Blood” – zagrany z pasją i pomysłem, z chwytliwym refrenem, który szybko zapada w pamięć. To prawdziwa petarda, przebijająca wiele innych kompozycji z albumu. „Combatants” opiera się na solidnym riffie i lekko heavy metalowym charakterze. Dobra praca gitar i spora dawka melodyjności to jego główne atuty, choć i tutaj Kreator bywał już w przeszłości bardziej przekonujący.

Szybki i agresywny „Psychotic Imperator” korzysta ze sprawdzonych patentów i momentami przywodzi na myśl „Hordes of Chaos”. Bardzo dobrze wypada za to drapieżny, pełen agresji „Death Scream” – Kreator w formie, jaką najbardziej cenię: z pomysłem, pazurem i nośnym motywem przewodnim. Finał płyty stanowi lżejszy, bardziej heavy metalowy „Loyal to the Grave” – utwór przebojowy, łatwy w odbiorze, wręcz radiowy i wyraźnie nastawiony na szeroką publiczność.

Kocham Kreator i jego melodyjne wcielenie, jednak coraz wyraźniej czuję, że ta formuła zaczyna się wyczerpywać. Zespół powinien mocniej popracować nad samymi kompozycjami. Otrzymujemy w dużej mierze kopie pomysłów z poprzednich płyt, przy czym ich jakość nie dorównuje pierwowzorom. To album dobry do okazjonalnego odsłuchu, z kilkoma naprawdę udanymi numerami, ale całościowo liczyłem na coś więcej – na materiał odważniejszy i bardziej inspirujący.

Nie czuję, by Krushers of the World był kandydatem do płyty roku. Tym bardziej szkoda, że cztery lata oczekiwania nie przełożyły się na wydawnictwo z prawdziwie wielkim „wow”.

Ocena: 7,5/10


piątek, 3 czerwca 2022

KREATOR - Hate uber Alles (2022)


 Czas leci nie ubłaganie, zmieniają się trendy, patenty i pomysły na thrash metal. Jedni trzymają poziom i przeżywają drugą młodość, a inni dawno zatracili swoją wartość. Niemiecki Kreator, który  powstał w 1984r po dzień dzisiejszy działa i odnosi spore sukcesy. Śmiało można rzec, że kapela przeżywa drugą młodość. Nic dziwnego, w końcu to przedstawiciel wielkiej trójcy niemieckiego thrash metalu. Ostatnie dwa wydawnictw tj "Gods of violence" i "Phanthom Antichrist" to płyty genialne i zaliczam do najlepszych płyt Kreator. Wielkie oczekiwanie i wielkie nadzieje miałem co do 15 albumu zatytułowanego "Hate uber alles". Płyta na wysokim poziomie  i  w klimacie poprzednich płyt, aczkolwiek mam wrażenie że słabsza.

W składzie doszło do zmiany. Pojawił się dawny basista Dragonforce czy Frederic Leclerq. Nie wiele zmieniło to w muzyce Kreator. O potędze wciąż stanowi świetna gra Ventora. Uwielbiam to co wyprawia na perkusji. Mille brzmi również wciąż świeżo i bardzo agresywnie. W raz z Samim tworzą zgrany duet. Ta chemia jest i band wciąż gra na wysokim poziomie. Tym razem zawiódł aspekt kompozytorski. Mamy killery, hity i wszystko to za co kochamy Kreator, ale są nieco słabsze momenty. 


Początek płyty jest mocny i w stylu dwóch poprzednich krążków. Tytułowy "Hate uber alles" ma odpowiednią motorykę co taki "Phanthom Antichrist". Jednym słowem murowany koncertowy hit. Zadziorny riff, spora dawka melodyjności robi tu furorę. Echa nawet starych plyt można doszukać się w rozpędzonym "Killer of Jesus". Prawdziwa petarda i thrash metal jaki kocham. Więcej heavy metalowego pazura znajdziemy w stonowanym"crush the tyrants".  Drugi singiel z płyty to "strongest of the strong" i ten kawelek sporo zyskał na albumie. Refren jest bardzo chwytliwy i idealny na koncert. Dobry przykład, że proste motywy czasami są najlepszym rozwiązaniem. Brawo panowie. Druga połowa płyty już nie robi takiego wrażenia. Jasne jest niezwykle melodyjny "Become Immortal" który również utrzymany jest w heavy metalowej konwencji.  O ile "midnight Sun" brzmi ciekawie i dość świeżo za sprawą gościnnego udziału Soffi Portanet o tyle "demonic future" mimo swojej szybkości nie rzuca na kolana. Zamykający "dying planet" też troszkę kuleje i te 7 minut to trochę za dużo.


Spodziewałem się trochę lepszego materiału. Początek płyty zwiastował płytę dopracowana i bezbłędna. Tak nie jest. Druga część trochę odstaje i pozostawia niesmak. Najlepiej w sumie wypadają znane nam dobrze single. Wart znać, choć poprzednich 2 krążków nie udało się przebić.Cieszy fakt, że Kreator mimo pewnych wad wciąż trzyma wysoki poziom i wciąż stać ich na thrash metalowa ucztę. Warto posłuchać, choć do idealnej płyty trochę brakuje. 


Ocena 8/10

piątek, 27 stycznia 2017

KREATOR - Gods of Violence(2017)

W jakim kierunku zmierza thrash metal? Jaki ma status dzisiaj? Czy jest tym co kiedyś? Dawniej ten rodzaj muzyki był usposobieniem agresji, brutalności i potrafił wzbudzić nasze zwierzęce instynkty. Thrash metal bywał złożony i nie raz mroczny, a krwiste okładki czy przybrudzone brzmienie były nieodzownym elementem płyt z tego gatunku. Tak w latach 80 czy 90 ten rodzaj muzyki miał w sobie pazur i ciężko było sobie wyobrazić jakby thrash metal miał być bardziej komercyjny to znaczy bardziej melodyjny,nie kryjąc przy tym nawiązań do heavy/power metalu. To było nie do pomyślenia, jednak thrash metal naszych czasów jest nieco inny. Slayer jest bardziej melodyjny, Metallica nagrała album w którym jest pełno elementów Black Sabbath, Anthrax stawia na przebojowość, a Sodom do swojego agresywnego stylu dodał ostatnio więcej chwytliwych melodii. W 2001r Kreator wydał album „Violent Revolution”, który rozpoczął nową erę tej niemieckiej potęgi, stał się wzorem dla zespołów młodego pokolenia i dla kolegów po fachu, że thrash metal może być przebojowy i bardziej melodyjny, a przy tym nie zdradzać swoich korzeni i charakteru. Od tamtego czasu Kreator znów wrócił na dobre do thrash metalu, ale ich styl różni się od tego znanego z starszych płyt. Niby jest agresja, niby jest thrash metal, brutalność i szybkość, ale zespół postanowił nadać swojej muzyce więcej luzu, więcej przebojowości i elementów heavy/power metalowych. Kolejne albumy w postaci „Enemy of God” czy „Hordes of Chaos” było tylko potwierdzeniem tego nowego stylu. Jednak prawdziwą perełką okazał się „Phanthom Antichrist”, który z miejsca stał się jednym z ich najlepszych albumów. Tak więc oczekiwania na nowe dzieło były ogromne. 5 lat czekania i mamy „Gods of Violence”

Kreator długo kazał czekać swoim fanom na nowe dzieło. Przez ten czas były komplikacje, czy albumy koncertowe, a sam zespół wolał poczekać na wydanie nowego materiału. Chcieli troszkę odsapnąć i stworzyć album godny „Phanthom Antichrist” i tak też jest. W sumie „Gods of Violence” to krążek który jest swoistą kontynuacją poprzednika. Kreator nie zaskakuje nas w żaden sposób i nagrywa kolejny album oparty na tych samych patentach. Dla jednych będzie to minus i skok na kasę, a dla drugich kolejna świetna porcja melodyjnego thrash metalu. Kreator opanował tą sztukę już do perfekcji. „Gods of violence” to album, który łączy wszystko to co najlepsze w Kreator. Jest agresja i brutalność z dawnych płyt, jest też przebojowość i melodyjność z ostatnich dzieł. Mroczny klimat i specyficzna tematyka o szatanie i agresji też oczywiście są. Okładka jest krwista i taka w stylu Kreator, jednak można odnieść wrażenie że jest bardziej brutalna niż sama muzyka. Ta jest bardziej przystępna i bardziej przebojowa, tak żeby trafić do szerszego grona fanów, zwłaszcza tych którzy jakoś nie pałali miłością do starych wydawnictw, które były toporne i brutalne. Fani starego brzmienia i starego stylu mogą mieć problem się odnaleźć na „gods of Violence”, ale w sumie można było przypuszczać, że tamte czasy nie wrócą. Zespół nie raz urozmaicał swój styl, tak więc naturalne jest rozwój i obecny stan rzeczy. Nowy album spodoba się fanom ostatnich płyt, ale też również fanom heavy/power metalu. Jest gdzieś świeżość i dbałość o detale. Kreator jest w bardzo dobrej formie od kilku lat i nie nagrywa słabych albumów, a „Gods of Violence” zawiera same petardy i kilka naprawdę zaskakujących perełek.

Zespół wybrał bardzo dobre utwory do promocji albumu. Tytułowy Gods of Violence” porwała złożoną formułą, a także ciekawymi partiami gitarowymi. Zaczyna się spokojnie, klimatycznie i gitara akustyczna tylko to podkreśla. Utwór szybko nabiera dynamiki i przebojowości. Mille wykrzykuje chwytliwy refren i przywołuje to na myśl „Hordes of Chaos” czy utwory z ostatniego albumu. Szybki riff i duża dawka melodyjności, a do tego soczyste brzmienie i agresja. Taki Kreator pasuje mi jak najbardziej. Drugi utwór, który zrobił jeszcze większe wrażenie przed samą premierą to mroczny i posępny Satan is real. Świetny klip, który nawiązuje do ostatniego rozchwytywanego horroru „The Witch”. Sam kawałek wciągnął mnie swoim marszowym tempem, nieco heavy metalowym stylem i prostym, ale przeszywającym refrenem. Jeden z największych przebojów Kreator ostatnich lat, a nawet w przeciągu całej działalności. Mille i jego wokal na tym albumie też jest bardzo zadziorny i potrafi porwać słuchacza. W dodatku jego współpraca z Samim też jest coraz bardziej przejrzysta i imponująca. Płyta jest pełna ciekawych motywów, złożonych i atrakcyjnych solówek. Ktoś wspomniał, że wszystko jest gładkie i takie ładne. Może i tak, bo nie ma takiego barbarzyńskiego chaosu, nie ma tej brutalności, a melodie przejęły kontrolę, ale czy płyta aż tak na tym traci? Coś zanikło, ale zyskali za to inne atuty. Już same intro w postaci „Apocalypticon” zwiastuje coś wielkiego i coś bardzo dojrzałego. Chwytliwa melodia i marszowe tempo, nasuwa intro rodem z płyty Running Wild zatytułowanej „The Rivarly”. Drugi utwór na płycie musiał być ostry i bez kompromisowy. Taki właśnie jest „World War Now”, który nastawiony jest na szybkie, agresywne łojenie. Znalazło się tutaj miejsce na ciekawe melodie i chwytliwy refren, który jest jednym z najlepszych na płycie. Sam utwór pokazuje, że zespół kontynuuje to co było na „Phantom Antichrist”. Mille bardzo ciekawe urozmaicił kawałek w środkowej części, gdzie jest zwolnienie i miejsce na heavy metalowe zacięcie. W podobnej konwencji utrzymany jest rozpędzony i energiczny „Totalitarian Terror” i jest to kawałek, który ma coś więcej z starych płyt, choć i tutaj zespół nie zapomina o melodyjnym refrenie i licznych przejściach. Taki zabieg sprawia, że hit goni hit na płycie. „Army of storms to przede wszystkim mocny i zadziorny riff, a także więcej techniki. Sama motoryka tego kawałka i główny motyw przypomina mi pierwsze płyty Kreator. Kolejnym wielkim hitem na płycie jest Hail to The Hordes i to melodie odgrywają tutaj kluczową rolę. Znów marszowe tempo i zadziorny wokal Mille napędzają całość. Atrakcyjne i heavy/power metalowe melodie dodają smaczku. Jest to jeden z tych utworów, które na pewno zagrają na koncertach. Na pewno zaskakuje „Lion with Eagle wings”. Już sam początek sprawia, że zastanawiam się czy to Kreator. Wciągająca melodia i atmosfera z filmów grozy, a to dopiero początek. Utwór szybko nabiera mocy i zespół nie szczędzi tutaj licznych ciekawych popisów gitarowych. Jeden z najbardziej chwytliwych kawałków na płycie. Nutka toporności i posmak niemieckiej sceny metalowej mamy w złowieszczym „Fallen Brother”. Kompozycja ma w sobie więcej heavy metalowej natury niż thrash metalowej. Koniec płyty jest równie emocjonujący co początek. Pojawia się przebojowy i również nieco marszowy Side by Side”.Całość zamyka nieco bardziej rozbudowany „Death becomes my light”, który jest idealnym podsumowaniem płyty. Zaczyna się spokojnie, jednak szybko przyspiesza i galopady jakie tutaj się pojawiają nasuwają czasami twórczość Iron Maiden. Sam kawałek bardzo melodyjny i przebojowy, a thrash metal odgrywa tutaj właściwie znikomą rolę.

Kreator na początku kariery imponował mi swoją brutalnością, brakiem komercji i barbarzyńskim chaosem. Potem zakochałem się w ich technicznym thrash metalu. Nawet eksperymenty pokazały, że zespół potrafi się rozwijać i szukać wyzwań. Teraz mamy Kreator, który imponuje przebojowością i naprawdę ciekawymi motywami, które na długo zapadają w pamięci. W sumie ciężko przytoczyć inny zespół, który gra tak agresywnie, tak dynamicznie, a przy tym uzyskuje taki poziom, taką przebojowość. Ostatnie płyty Kreator nie są słabe, nie są bez charakteru i choć nie są tym co kiedyś zespół nagrywał, to jednak Kreator nagrywa albumy na wysokim poziomie. Mamy nieco inne czasy i Kreator się w nich odnalazł dając swoim fanom kolejne świetne albumy, które można zaliczyć do tych najlepszych. „Gods of Violence” to kandydat do płyty roku 2017.




Ocena: 10/10

piątek, 25 maja 2012

KREATOR - Phanthom Anitchrist (2012)


Po ostatnich dokonaniach niemieckiej legendy thrash metalu – KREATOR zapewne nie tylko ja czułem prawdziwy głód jeśli chodzi o zagranie czegoś jeszcze z większą agresją, czegoś w starym stylu gdzie charakterystyczne dla danego albumu była lekka niemiecka toporność, z ostrymi riffami, dynamiką, zadziornością, stęskniłem się za tym nieco starym stylem KREATOR gdzie jest to mięsiste, gęste brzmienie, te charakterystyczne zacięcia, ostry wokal Mille Petrozy. Nowy album o tytule „Phanthom Anitchrist” pod wieloma względami przypomina mi starsze dokonania. Przede wszystkim agresja, zadziorność, tematyka liryczna, niezwykły klimat, który oddaje to co najlepsze w muzyce KREATOR. Jest nawiązanie do agresywnych popisów Mille Petrozy, słychać też nawiązanie pod względem konwencji tworzenia hiciorów. Oprócz nawiązywania do starszych wydawnictw mamy też oczywiście utrzymanie tendencji melodyjności ocierającą się wręcz o bardziej tradycyjne gatunki jak heavy czy power metal z ostatnich dwóch albumów, z naciskiem na „Hordes Of Chaos”. Taka mieszanka dość ciekawa, jednak trzeba przyznać, że wykonanie na tym albumie jest z górnej półki, mimo tej melodyjności i tych zapożyczeń heavy/power metalowych słychać że jest to KREATOR, agresywny i głodny sukcesu. Od strony technicznej album wykreowany został jak dla mnie jak arcydzieło. Nie znajdziemy żadnej drobnej wady w sferze technicznej. Jest czysto, jest pazur i agresja, a każdy instrument został bardzo smakowicie uwypuklony. Co ciekawe nawiązanie z poprzednimi albumami nasuwa również jedna z piękniejszych okładek w historii zespołu. Taka wręcz utrzymana w tradycyjnym stylu, dużo czerwonego i budzące grozę kreatury.

Jednak czym jest album o świetnym brzmieniu i pięknej okładce bez równie udanej zawartości, który jest uzupełnieniem pięknej powierzchni. Zaczyna się dość nie typowo bo od intra w postaci melodyjnego „Marsa Mantra”, który na myśl przypomina bardziej heavy metalowy kawałek i w tej konwencji jest podana bardzo dobra melodia i niezła otoczka, w postaci mrocznego klimatu. Trzeba przyznać, że zespół zadbał również o aspekt promocji albumu i wybranie tytułowego utworu na promowanie krążka przez singiel „Phanthom Antichrist” to znakomite posunięcie było. Utwór na pewno zaliczam do takiego zrobionego w starym stylu. Takiej agresji, takiego ognia nie było już dawno na płytach KREATOR. Jest ta konwencja grania agresywnie, bez kompromisowo, budowanie kompozycji w oparciu o dynamiczną sekcją rytmiczną, ostre partie gitarowy, mocny, ostry, zadziorny wokal Mille. Wypisz wymaluj stary KREATOR, przy ozdobiony melodyjnymi i chwytliwymi solówkami. Taka wizja Niemców co do swojego grania bardzo mi odpowiada. Wiecie dlaczego ten album tak bardzo mi przypomina stare albumy? Głównym czynnikiem jest niezwykła dynamika i agresywność albumu i mam wrażenie, że tutaj zespół to wniósł na wyższy poziom niż na ostatnich albumach. „Death To The world” to kolejna petarda na tym albumie. Oczywiście jest rozpędzona sekcja rytmiczna, kolejny udany motyw gitarowy, no i zespół nie szczędzi tej swojej charakterystycznej agresywności. Tego jest na tym albumie pod dostatkiem. Podobnie zresztą jak atrakcyjnych melodii i zapadających solówek, który wciągają słuchacz czasami w świat heavy/power metalu. Te dwa gatunki najbardziej dają o sobie znać w stonowanym „From Flood Into Fire” i w tej nieco nie typowej konwencji która przypomina nieco ostatni album ANTHRAX który tez miało sporo heavy metalowych zalotów KREATOR sprawdza się również bardzo dobrze, jest tutaj dość finezyjna i nastrojowa solówka, średnie, wręcz marszowe tempo i przebojowy charakter, a to sprawia że mamy do czynienia z kolejnym ciekawym kawałkiem na tym albumie. Mottem tego albumu, jest szybko, agresywnie, do przodu, ale jest to szaleńcza prędkość z głową, trzymając się pewnych reguł, dając jednocześnie słuchaczowi ułożone kompozycje, które oprócz dynamitu mają do zaoferowania coś więcej, jak choćby melodyjność, czy atrakcyjną solówkę, że nie wspomnę o zapadającym refrenie, świetnie to odzwierciedla taki „Civilisation Collapse”, melodyjny „United In Hate” z koncertowym refrenem i balladowym wstępem, dynamicznym „Victory Will Come” . Heavy metalowy patenty słychać w drugim bardziej stonowanym albumie, a mianowicie „The Few, The Proud, The Broken” jak również w zadziornym „Your Heaven My Hell” z jakże chwytliwym refrenem. Nie powiem kompozycje bardzo dobre, ale czegoś im brakuje może owej takowej dynamiki pazura? Może za dużo tutaj pogrywanie sobie z heavy metalem? Również czegoś brakuje w stonowanym, nieco spokojnym jak na KREATOR „Until Our Paths Cross Again”, jednak czy przez to płyta jest gorsza?

Pytanie dobre. Bo z jednej strony potwierdza że album jest zróżnicowany i zespół działa tutaj jakby dwutorowo dając upust heavy metalowemu graniu i jak starej szkole thrash metalowej nawiązując do starych albumów. Album trzyma poziom bardzo wysoki i mamy tutaj kilery, przeboje, melodie, chwytliwe refreny, to wszystko jest, tylko na pewno każdy fan KREATOR życzyłby sobie więcej takiego ognia, takiego grania jak w tytułowym. Cóż mimo kilku zwolnień, album sprawia wrażenie bardzo dynamicznego i miłego dla ucha. Album nieco gorszy od poprzednika jak dla mnie, ale ciekawszy niż np. taki „Enemy Of God”.

Ocena: 9/10

poniedziałek, 23 stycznia 2012

KREATOR - Renewal (1992)

Na kolejny album przyszło czekać 2 lata. I w sumie choć jest to okres spory to jednak na albumie Renewal ma wrażenie jakby zespół zrobił krok w tył zamiast do przodu. I to praktycznie pod każdym względem Pierwsza rzecz to okładka,no nie podoba mi się, jakby sprzeczna z stylem zespołu. Kolejną rzeczą jest produkcja albumu- też pozostawia sporo do życzenia, niby powrót do surowości ,ale jednak mi to nie  pasuje z tym co słyszę. Po trzecie ,choć ten sam skład zespołu to jednak nie chce się wierzyć bo jest totalny spadek formy .Głównym podejrzanym w tym aspekcie jest oczywiście Petrozza ,która niesamowicie męczy się z kompozycjami , już na samym wstępie mam wrażenie jakby to śpiewał inny wokalista, no nie powalił też Ventor,który tutaj wali w gary jakoś bez życia, brzmi to jakoś sztucznie. Idąc dalej album jest nie równy i słabszy jeśli chodzi o poziom wykonania.

Album otwiera jeden z lepszych utworów na płycie Winter Martyrium,ale i tak to nie jest utwór na miarę poprzednich kompozycji otwierających,ot co dobry utwór.
Kolejnym dobrym utworem jest Brainseed, taki ostry i zarazem najmocniejszy kawałek na albumie .I należy tez wymienić w ramach udanych kompozycji Zero to None i to byłoby na tyle jeśli chodzi o dobre utwory, reszta mnie nudzi ,niczym nie przykuły mojej uwagi, za dużo eksperymentowania z takimi gatunkami jak Industrial czy tez hardcore. Nie podoba mi się takie oblicze zespołu, zatracili tutaj to wszytko za co ich tak ceniłem. Tożsamość na rzecz rozwoju muzycznego to wg mnie kiepski interes, który mógł kosztować zespołu sporo.

Renewal to dla mnie jeden z ich słabszych albumów, dużo eksperymentowania , mało samego kreatora, słaba forma muzyków, nie równość i duża liczba nudnych utworów które porażają brakiem pomysłu ,brakiem dopracowania ,szkoda bo zespół potrafi nagrać świetny album o czym mieliśmy okazję się przekonać za sprawą Coma of Souls. Ocena 5/10

piątek, 2 grudnia 2011

KREATOR - Pleasure To Kill (1986)


Jeden z najlepszych albumów KREATOR? Bez wątpieniaPleasure to Kill z 1986, który jest uważany przez większość członków za ich największe dzieło.
Na tym albumie pojawił się nowy nabytek zespołu- Jórg Trzebiatowski i nie wiem jak wy ,ale słyszę już przemianę w stylu zespołu. Zespół jak by bardziej zaczął grać technicznie. Ale jakby nie było jest to jeden z ważniejszych albumów w tym gatunku.



Okładka jak dla mnie gorsza od poprzedniej, mniej klimatyczna, ale w końco to tylko okładka, liczy się to co się kryje za nią, czyli zawartość
Na pierwszy rzut można by stwierdzić ,że właściwie jest to dalej potężny KREATOR z mocnymi riffami ,ostrym wokalem i mrocznym klimatem. Album jest utrzymany na wysokim poziomie i do tego każda kompozycja zasługuje na uznanie słuchacza. I choć cholernie mi się podoba ten album to jednak ustępuje on w moim zestawieniu debiutowi,gdyż tutaj panowie bardziej pokazują się ze strony technicznej, ubyło owej jaskiniowości, zabrakło mi też ostrego charczenia,które było charakterystyczne dla poprzednika. A na album składa się 12 utworów które świetnie tworzą fantastyczną całość. Hmm album zaczyna się zaskakująco bo od spokojnego intra,jakby to nie był KREATOR. Ale po tym krótkim wejściu dalej już będzie tylko ciężej i ostrzej.
Słuchając tego albumu od pierwszych taktów w tym Ripping Corpse to miałem takie dziwne wrażenie jakby perka grała szybciej od reszty. Sama gra instrumentalna znów stoi na wysokim poziomie. Wystarczy posłuchać zacnego riffu, który od razu przypomina mi poprzednika.
I właściwie album jest naszpikowany samymi killerami na czele z Pleasure to Kill, Riot of Violence, który o dziwo nie jest jakoś taki ostry ,ale wielbię go!Command of Blade, czy też Flag of Hate, który stał się ich takim pierwszym wielkim hitem, a trzeba też dorzucić że zespół wydał epkę o podobnym tytule.

Słuchając Pleasure To Kill, można usłyszeć że niby jest to samo granie w stylu poprzednika, ale nie ma takiej osobowości, nie ma takiego klimatu jaskiniowego ,nie ma takie surowizny i jest bardziej złagodzony ( weźmy choćby intro Riot of Violence, Take Their lives oraz sam wokal.) Zdania na pewno będą podzielone ,bo komu się nie do końca podobał Endless Pain to na pewno zakochał się w tym albumie i właściwie może być też w drugą stronę. Ocena 9.5/10

KREATOR - Terrible Certainty (1987)


KREATOR w roku 1987 wydał następcę „Pleasure To Kill”, czyli ... Terrible Certainty
Co jest tutaj ciekawe to, że niby jest powrót Ventora ze perką ,ten który grał na Endless Pain,to jednak o wiele bardziej zaskakującym posunięciem jest drugi gitarzysta...Tritze.
Szczerze ,to tam jakiegoś zniszczenia nie ma, na Endless był jeden prowadzący gitarzysta i robiło to na mnie większe wrażenie. Ale plusem jest to że album jest przez to bardziej jakby zróżnicowany,jest bardziej urozmaicony ,momentami zaskakujący i moim zdaniem jeszcze bardziej dopieszczony technicznie. Album może nie przebił debiutu,ale z pewnością jest nie wiele gorszy od Pleasure to Kill. Dalej zespół serwuje nam fantastyczną dawką thrashu ,na którą nie można być obojętnym. Na albumie nie mogło zabraknąć typowej gry dla tego zespołu,a mianowicie dzikich i ostrych killerów , i takim jest bowiem otwieracz Blind Faith, który jest niesamowitym pod względem instrumentalnym jak i wokalnym, to jest to co kocham w tej niemieckiej formacji, czysta agresja, takie nie okiełznana. Jeśli podobał wam się otwieracz to kolejny utwór też pokochacie...Storming with Menace- co mnie urzekło w tym utworku to genialna praca gitar, prawdziwa rozkosz. Najbardziej mnie niszczy na tym albumie tytułowy kawałek, takich utworów można wałkować w kółko i trzeba tutaj zwrócić uwagę na piekielne solówki,co za czad.
Natomiast As the World Burns prezentuje nieco łagodniejsze oblicze zespołu, wolne tempo ,ale gitary chodzą ciężko i drapieżnie. Kolejnym moim ulubionym utworem jest One Of Us- dziki i bardzo drapieżny utwór ,który jest pełen agresji i wszystkiego co jest charakterystyczne dla gry zespołu. I należy też wspomnieć o jednym z ważniejszych utworów czyli oBehind the Mirror ,który stał się największym przebojem z tego albumu

Fani KREATOR nie zawiedli się na swoich pupilach ,bo jak mogli skoro zespół znów wydał znakomity album, utrzymany na bardzo wysokim poziomie. Na próżno jest szukać tutaj słabych punktów czy też niedociągnięć ,bo album nie ma takowych, jest album z górnej półki ,wykonany na najwyższym poziomie , gdzie doświadczenie i umiejętności odegrały jedną z głównych ról,a zespół po raz kolejny potwierdza swoją wielkość i to że są jednym z ważniejszych zespołów w gatunku ,no i kolejny murowany sukces zespołu. Ocena 9/10 I niech się wstydzą ci co nie słyszeli

poniedziałek, 10 października 2011

KREATOR - Outcast (1997)

Na kolejny album niemieckiego KREATOR przyszło czekać fanom dwa lata, a zespół wciąż kontynuował eksperymenty i tym razem powstał krążek, który nie wiele ma do czynienia z thrash metalem. Poprzednia płyta była na swój sposób bardzo dobra, no o „Outcast” z 1997 już nie mogę tego powiedzieć. Podziwiam zespół za to że próbował tworzyć coś świeżego , ale nie każdego mogło to ruszać. Album pewnie w gatunku nie należy do niskiego pułapu, bo produkcja robi wrażenie, a kompozycje w same w sobie też nie są do końca kiczowate. Kwestia gustu i tyle. No mnie nie do końca przypadło taki styl grania, wolałem ich styl z „Coma of Souls” czy też z wcześniejszego okresu. Niestety zespół prezentując styl grania jaki słychać na Outcast zatracił swoją tożsamość i przestał przypominać KREATOR jaki wszyscy kochają. Brak charakteru i charakterystycznego grania w jakim zespół się obraca jest jedną z głównych przyczyn że jest to dla mnie jeden z słabszych dokonań tego zacnego zespołu. Właściwie okładka podobnie jak w przypadku poprzedniego albumu zdradza, że można pomarzyć o starym stylu KREATOR. Bolesne ale prawdziwe, choć brawa należą się za to że panowie nie stoją w miejscu i nie trzymają się kurczowo jednej stylizacji. Na tym albumie spodobał mi się wokal Petrozzy ,bo idealnie się w pasował w taki styl. Dużym minusem wg mnie jest liczba utworów na albumie, idealnie byłaby liczba 10, album by zapewne tak nie nudził już pod koniec.

Album otwiera „Leave This World Behind”- który od razu rozczarowuje starych fanów, bo jest to spokojny otwieracz, ciężki i mroczny jak cała płyta. Nie ma jakieś dzikości czy coś, taki w wolnym tempie, to wszystko się toczy ,ale nie oznacza że utwór jest słaby. Gra muzyków całkiem niezła ,a Petrozza jako wokalista zniszczył. Jednym z moich ulubionych utworów na tym albumie to oczywiście „Phobia” -prawdziwy killer. Oprócz genialnego głosu Petrozzy mamy niesamowite partie gitarowe i utwór bardzo fajnie buja. Kolejnym dziwnym wypiekiem jest „Forever”, który w niczym nie przypomina stary KREATOR i thrashu też tutaj nie wiele, ale kawałek ujdzie w tłoku, bo ma zapadający w pamięci riff. Potem zaczyna się dla mnie seria wypełniaczy: „Black Sunrise” , „Nonconformist”, „Enemy Unseen”, „Outcast”. Są to średnie utwory, które niczym się nie wyróżniają. Utwór nr. 8 to „Stronger Than Before” i też nie jest to jakiś genialny utwór,ale lepsze to niż te poprzednie kompozycje.. Mocny riff i całkiem udane tempo, no i ten przyjemny refren.
Ruin of Life”, „Whatever it May Take” to kolejne średnie kompozycji ,który mnie odsiewają, gdy sobie przypomnę choćby album „Coma of Souls” to aż mnie krew zalewa że można było takie coś stworzyć. No i końcówka albumu całkiem udana, bo mamy takie wałki jak „Alive Again”- z mocnym riffem i zarąbistym tempem, czy też „Against the Rest”. Obok „Phobii” najostrzejszy i najszybszy utwór na płycie, dobra robota! No i zamykający „A Better Tomorrow” - te wstawki z industrialu całkiem ciekawie wyszły, utwór całkiem udany.

„Outcast” nie należy do najlepszych albumów Kreatora , ale tym którzy lubią takie albumy jak „Renewal” to powinien się spodobać owy krążek. Mnie to raczej nie rzuca na kolana, wolę jak Kreator gra swoje, a industrial czy inne gatunki niech zostawi innym. Album może nie jest taki zły, ale trzeba mieć żyłkę do takiego grania, no bo jeśli ktoś oczekuje od tego albumu czystego drapieżnego thrashu w stylu „Pleasure to Kill” lub „Endless Pain” to może być rozczarowany. Płyta jest przeznaczona dla słuchaczy, którzy lubią takie mieszanie różnych stylów muzycznych. Jeden z najsłabszych albumów niemieckiej legendy thrash metalu. Ocena: 5.5/10

niedziela, 2 października 2011

KREATOR - Endless Pain (1985)

Najbardziej nie doceniony album thrash/ speed metalowy? Ano „Endless Pain” niemieckiej formacji KREATOR. Zespół pierwotnie działał pod nazwą TYRANT i ten zespół powstał w 1982 roku z inicjatywy gitarzysty i wokalisty Milanda Petrozzy i perkusisty Jürgena "Ventora" Reiliego. Kiedy zespół zasilił basista Fioretti, to wówczas zespół zmienił nazwę na TORMENTOR, a potem na KREATOR. Powodem był fakt, że na Węgrach istniał takowy zespół. W roku 1985 nakładem Noise Records został wydany debiutancki album „Endless Pain”.
Jeśli o mnie chodzi jest to najlepsze dzieło tego zespołu. I choć reszta albumów też kopie w tyłek,to jednak Endless Pain jakoś od kiedy ten album był u mojego ojca budził u mnie lęk i przerażenie za równo pod względem graficznym jak i muzycznym. Dla mnie ten album zawszy był taki brutalny, pełen nienawiści i dzikości. Nie ma tutaj mowy o jakiejś słodkości i lamentowaniu. Muzycy serwują ostrą muzykę, któraniszczy wszystko co stanie jej na drodze. Najbardziej dziwi to, że to debiut! Noż kurna genialne kompozycje, mocarny i mroczny wokal. Trzeba też zwrócić uwagę na surowe brzmienie takie idealnie pasujące do gry KREATORA.
Album otwiera znakomity „Endless Pain” - mocny riff, wrzask i od razu przechodzą mnie ciarki, ale dalej jest jeszcze szybciej i ostrzej. Refren aż się prosi o nucenie. O dziwo kawałek jest melodyjny na swój sposób i choć dominuje tutaj ostrość i dzikość to jednak można wyłapać sporo fajnych melodii. Oczywiście kolejny utwór „Total death” jest podobnej konstrukcji ,ale tutaj pozwolę zwrócić uwagę na refren oraz wokal. Najdłuższym utworem jest „Storm of the Beast” i choć zaczyna się spokojnie to jednak mogę was zapewnić że jest tak samo niszczycielski jak poprzednie utwory. Numer jeden na tym albumie dla mnie to oczywiście „Tormetor”- który jakoś mi się nieco kojarzył jakby poniekąd z taką ostrzejszą wersją power metalu. Bez problemu zachwycił mnie główny motyw gitarowych, bo w późniejszych latach gdzieś podobny już słyszałem, a to zobowiązuje. Bez chwili odetchnienia zespół serwuje kolejny killer „Son of Evil”. Choć mogło by się wydawać że utwór jest już podobny do reszty to jednak ,można się grubo pomylić. Wystarczy posłuchać moment w którym słychać:

„deny the father deny the mother
burning the sister poison the brother
sworn to take lives with weapons of death in his hands”

Wystarczy posłuchać jakie partie wygrywa Mille w tle.
W kolejnym utworze Flag of hate- można zachwycać się popisem wokalnym Mille, a także dość ciekawie rozegranym refrenem Jest to jeden z pierwszych wielkich hitów zespołu..I najbardziej zaskakujący utworem wg mnie jest Cry war, który zaczyna się inaczej od pozostałych. Daje sporo do myślenia. I mianowicie to, że zespół też znakomicie by się nadawał do grania nieco wolniejszej odmiany metalu. Refleksja nie trwa długo bo paru sekundach wkracza mocna dawka ciężkiego brzmienia. Spośród trzech ostatnich kawałków pozwolę sobie jeszcze wyróżnić „Living in Fear” który jest dla mnie tej samej miary killerem co Tormentor.

Przejdźmy do krótkiej konkluzji, pod względem zawartości nie ma wątpliwości że album jest perfekcyjny, natomiast czy jest podobnie jeśli chodzi o ten gatunek?Bo jak na thrash metal album jest brutalny, dynamiczny, ostry, ba wręcz dziki i nic dziwnego, że stał inspiracją kapel death czy black metalowych. Jest to wyjątkowy album nie tylko dla zespołu, ale dla niemieckiej sceny metalowej. Co zachwyca w tym albumie to jego nieskazitelna czystość, po prostu czyste, nie okiełznane zło. Zbiegiem czasu zespół będzie starał się ukryć i okiełznać ów dynamit i zło i podążą w stronę technicznego thrash metalu. Album jest przepełniony killeremi to jest kwintesencja KREATOR. Jeden z najlepszych krążków tej formacji. Ocena: 10/10

wtorek, 27 września 2011

KREATOR - Hordes of Chaos (2009)

To ile wcieleń miał legendarny Kreator wie każdy. Był thrash metal z zabarwieniem speed metalu, death metalu, potem techniczny, potem trochę death metal, industrialnego rocka, czy coś z gotyckiego grania, potem zespół powiedział dość i wrócił do thrash metalu. Ale też już w nieco innym wcieleniu, a mianowicie bardziej melodyjnej i tutaj można doszukać się patentów, które zdałyby sprawdzian w power metalu. Sami Yli-Sirnio przychodząc do zespołu w 2000 roku wniósł trochę świeżości do zespołu, a jego popisy solówkowe są wręcz widowiskowe i bardzo atrakcyjne dla fanów szybkich i elektryzujących partii gitarowych. Od czasu powrotu do thrash metalu zespół nagrał 3 albumu i ostatnim z nich jest „Hordes of chaos”. Czytałem różne opinie na temat tego albumu, od tych skrajnie gnojących ten album, aż po te zachwalające i w sumie trzymam z tymi drugimi. Wiem, nie jest to ani pleasure to kill, Endless pain czy Coma of Souls, ale czy musi być?. Jest dynami, jest melodyjnie, przebojowo i dalej słychać Kreator. Ktoś może zarzucić, że produkcja jest do kitu, materiał jest wtórny, a melodie power metalowe. Co kto lubi, jeśli się kocha dynamiczne granie, do tego bardzo melodyjne, to nie można docenić tego albumu z roku 2009. Owa melodyjność to pewne novum jeśli chodzi o kreator, bo są one bardziej wyeksponowane niż w latach 80 czy 90 i takowy zabieg już można było uświadczyć na Enemy of God, choć tutaj jeszcze bardziej zespół rozwinął ten patent. Warto także podkreślić, że cały materiał jest bardzo koncertowy, a to z powodu tego, że materiał został nagrany „na żywo” bez używania jakiś technologii cyfrowej. Kompozycje jak zawsze skomponował Mille Petrozza. Produkcją krążka zajął się Moses Schneider, a mroczną okładkę narysował Joachim Lutke. I to byłoby na tyle, jeśli chodzi o wstęp.

Przejdźmy do 10 kompozycji trwających łącznie nie całe 40 minut. Na pierwszy ogień poszedł tytułowy kawałek „Hordes of Chaos” i jest to petarda i do tego bardzo melodyjna. No jest coś z thrash metalu co słychać w sekcji rytmicznej, czy też gitarze rytmicznej, również wokal Mille nam o tym przypomina. Melodia, która otwiera ów kawałek nie jest ostra, jakaś ciężka czy coś. Jest melodyjna, chwytliwa, może bardziej heavy/power metalowa, ale co z tego? Ważne, że miło się tego słucha. Jednak niebiańska niewinność nie trwa długo. Wystarczy, że wejdzie nieco odmieniony riff, sekcja rytmiczna i robi się prawdziwy killer. Bardzo rytmiczne są partie wokalne Mille i choć może nie drze się on jak kiedyś, to jednak to on jest wizytówką Kreator. Do tego doliczamy chwytliwy i bardzo koncertowy refren, a także bardzo melodyjna solówka Samiego i pod tym względem album jest niszczycielskie, dawno solówki tak mnie nie wciągnęły jak na tym albumie, to jest coś niesamowitego. Jeśli ten utwór jest dynamiczny i killerski, to jak nazwać „Warcurse”? Hmm może killer nad killerami? Jak by nie nazwać, to jest to najbrutalniejszy kawałek na albumie i tutaj Ventor po raz nty udowadnia swoją światową klasę. Ci którzy jeszcze pamiętają Endless Pain wiedzą o co mi chodzi i fani tamtego albumu powinien przypaść do gustu ów kawałek. Oczywiście też wdzierają się patenty power metalowe, ale jakoś nie psują całego efektu. Znów sporo porywających i urozmaicających utwór motywów. Znów ciekawy popis solówkowy Samiego, choć tym razem bardziej heavy metalowa solówka i jak tutaj nie pokochać tego kawałka? Również melodyjny jest „Escalation”, ale tutaj już nie ma takiej dynamiki albo inaczej takiej szybkości. Jest za to bardzo chwytliwa melodia, która jest tutaj bardzo wyeksponowana i jako główny motyw sprawdza się. Co mnie tez się spodobało w tej kompozycji, to nieco brudniejszy wydźwięk, bardziej stonowane i skoczniejsze tempo, no i ten chwytliwy i prosty jak budowa cepa refren to musi robić wrażenie na koncercie. Genialnie zaczyna się też „Amok Run” bardziej klimatycznie, bardziej balladowa, ale ten początek to tylko podpucha. W dalszej części znów można się delektować szybkim i ostrym jak brzytwa graniem. Kolejny killer z zapadającym refrenem czy solówkami. Wypisz, wymaluj Kreator. Niczym nie odstaję też „Destroy what destroys you” dalej mamy tą samo koncepcję, wyeksponowanie chwytliwej melodii, sporo rytmicznych motywów i tym razem bardziej stonowane tempo, ale nie zmienia to faktu, że jest to kolejny killer. Bardzo zapadający refren, zwłaszcza kiedy kwestia „Destroy what destroys you” jest dość często powtarzana. Niczego poza szybkim łojeniem nie otrzymamy w „Redical Resistance”. Ale żebyśmy się rozumieli, dalej są chwytliwe melodie, dalej mamy zapadający refren, nic ulega pogorszeniu. Słuchając albumu nie sposób pominąć genialnego „To the Afterborn”. Tutaj jest mroczny klimat, jest budowanie napięcia i to schodek po schodku. Znów nie obeszło się bez łatwo wpadających w ucho melodii i także rytmicznych linii wokalnych co tutaj przechodzi wszelkie pojęcie. Zaś zamykający „Demon prince” jest kwintesencją muzyki zawartej na tym albumie, a także stylu jaki prezentuje do jakie niegdyś przyzwyczaił nas zespół. Mamy tutaj oczywiście wszystkie patenty z poprzednich utworów, mrok, dynamit i melodie.

Nie potrafię znaleźć na tym albumie jakieś wady, a plusów jest pełno. Mamy równy materiał, nieco przybrudzone brzmienie, znakomitą formę muzyków, genialne pojedynki solówkowe i to takie które zachwycają polotem i melodyjnością, a nie ostrością, mamy zapadające w głowie refreny, a także sporo ostrych pędzących do przodu riffów do jakich przyzwyczaił nas zespół. Jest pewien nowy pomysł na granie, a mianowicie bardziej wyeksponowane melodie i do tego bardziej koncertowy wydźwięk. Jestem na tak i nie obchodzi mnie nic, czy mamy drugi Endless Pain czy Coma of Souls. To nieco inny Kreator i od gustu i uprzedzeń słuchacza zależy czy owy styl jest znakomity czy kiczowaty. Ode mnie nota: 10/10 i na dzień dzisiejszy jeden z z najlepszych albumów Kreator, przynajmniej dla mnie.

niedziela, 3 lipca 2011

KREATOR- Violent Revolution (2001)

Kreator jako zespół można powiedzieć, że się zrealizował bo nie trzymał się jednego stylu, zaliczył sporo interesujących albumów, które może nie były zbyt entuzjastycznie przyjmowane, ale trzeba jednak pochylić czoło przed muzykami, że to wszystko nie robili dla kasy, jednak po to żeby spróbować czegoś nowego, starali się odświeżać swoją muzykę, a ostatnie albumy są tego dowodem, może nie wiele było w tym starego kreatora, ale jednak te krążki nie można też zaliczyć do hołoty . Zespół długo kazał czekać fanom na powrót do korzeni, ale gdyby tego nie zrobili to kto wie czyby jeszcze istnieli? Tak więc nowe tysiąclecie okazało się powrotem Kreatora na właściwy tor, ten który fanom najbardziej pasował jeśli chodzi o muzykę tej legendy. Na nowy album nie trzeba było czekać zbyt długo bo tylko 2 lata , a przez ten czas zespół zaopatrzył się w nowego gitarzystę - Samai Yli-Sirnio co wg mnie było dobrym posunięciem bo zespołowi była potrzebna świeża krew. Tym razem otrzymaliśmy okładkę, która idealnie prezentuje z tym z czym mamy do czynienia starym dobrym kreatorem. No to tyle tytułem wstępu...

Co można powiedzieć o tym co zawiera album?
Otóż album zawiera 12 kompozycji, w miarę zróżnicowanych i utrzymanych na bardzo wysokim poziomie. Jednak wypada przedstawić to nieco bliżej.
Album otwiera „Reconquering the Throne”, który zaczyna się mocnym,drapieżnym riffem, który przypomina nam stary Kreator. Już sama gra Ventora budzi zachwyt. Ale to nie koniec zachwytów. Kolejną rzeczą jest naprawdę dobra forma Mille, może nie jest tak wysoka jak na początkowych albumach, ale ma już swoje lata, więc jest to zrozumiałe. Pod względem instrumentalnym jak i tekstowym kawałek niszczy. Już dawno nie słyszałem tak ostrego utworu w wykonaniu zespołu, troszkę mi brakowało tego na poprzednich albumach. Mocne riffy, drapieżność i te pomysły,hmm moc. Zaraz po ostrym wejściu przyszła kolej na lekkie przystopowanie w postaci 1minutoweego instrumentalnego - „The Patriarch”który jest jedynym tego typu kawałkiem. Czy potrzebny czy nie, pasuje do całości i daje nieco odetchnąć tylko może w złym miejscu zastosowany? Kwestia może i sporna, ale ja bym go nieco inaczej usadowił. A jeśli o same wykonanie, to nie ma się do czego przyczepić, zostało to dobrze zagrane. Zespół zawsze miał smykałkę do robienia znakomitych tytułowych utworach czy to na starych albumach czy nawet tych nowszych. Tym razem też się postarali i dali nam fanom prawdziwy killer, na miarę ich umiejętności - „Violent Revolution” .Zaczyna się od razu z mocnego kopa, zapadającym riffem a to przez jego melodyjność. Ciężej się robi podczas zwrotek i może nie jest szybko to jednak utwór wgniata w fotel. Refren, krótki i zapadający w pamięci no bo jak nie z pamiętać prostej frazy : Violent revolution? Co przesądza jeszcze o genialności tego utworu? Na pewno nie banalne partie gitarowe i tutaj panowie się popisali. Numer 4 na albumie to „All of the Same Blood (Unity)” i tutaj mamy do czynienia z typowym utworem dla tego zespołu. Szybki, drapieżny i naprawdę ostry i do tego długi co jest dużym plusem. Bardzo dobrze się spisują w tym wałku zwolnienia no bez tego było to łojenie w kółko, a tak mamy świetnie rozbudowany utwór. Tak ,po raz kolejny gitarzyści popisują się znakomitym kunsztem, wystarczy posłuchać solówki i wszystko zdaje się być jasne.
Kolejną odskocznią od szybkich wałków jest „Servant in Heaven - King in Hell” w którym dominuje wolniejsze tempo co nie oznacza że utwór nie ma ognia. Choć początek jest spokojny, to jednak gdy wchodzą gitary to robi się bardzo melodyjnie i to jest rzecz, która cechuje ten wałek. Najlepszym przykładem są partie gitarowe. W tym utworze bardzo umiejętnie się przeplata nieco cięższy klimat z tym nieco bardziej łagodniejszym. Mocnym punktem albumu jest „Second Awakening” który jest kolejnym ostrym utworem, pełnym agresji i dzikości. I takie oblicze zespołu najbardziej mi pasuje. Oczywiście nie zabrakło też miejsca na melodyjność czy krótkie zwolnienia ,ale największą frajdę sprawia mi słuchanie refrenu. Dobrze prezentuje się „Ghetto War”- choć nie rzuca na kolana, to jednak od mówić mu niczego nie można. Dobra praca muzyków, ciekawe tempo i całkiem udany refren, jednak jeśli miałbym wskazać najsłabszy utwór to wskazałbym właśnie na ten utwór. Mocnym punktem albumu jest „Slave Machinery” w którym bardziej postawiano na techniczne granie niż jakieś szybkie napierdalanie, ale i tak utwór jest godny uwagi ze względu na partie gitarowe oraz mocny wokal Petrozzy. O szybsze bicie serca przyprawia mnie kolejny killer na tym albumie- „Bitter sweet Revenge”który jest typowym dla kreatora utworem, w którym zostało zawarte wszystko to co najlepsze w Kreatorze.
Kolejny numer na krążku to „Mind On Fire” to kolejny interesujący utwór, w którym największy podziw wywołał u mnie riff, który może nie jest ostry, ale pomysłowy i to jest najważniejsze.
A album zamyka „System decay” którym jest również świetnym utworem w którym imponująca gra Ventora idealnie pasuje do riffów wykrzesanych przez obu gitarzystów. Bardzo udane są zmiany temp gdzie raz jest szybciej a raz wolniej i tak naprawdę utwór nie ma wad.

Ponad 10 lat zespół kazał czekać na album tego pokroju, na album w stylu typowym dla zespołu, albumu który będzie zawierał to co najlepsze w kreatorze. W końcu zespół poszedł po rozum do głowy i nagrali to na co fani czekali już od długiego czasu, albumu w stylu który prezentowali na początku kariery. Może nie dorównali swym największym dziełom,ale porażki też nie ponieśli, bo nagrali naprawdę bardzo dobry materiał, którego nie powinni się wstydzić. I jest to album dzięki któremu zespół wrócił na właściwy tor i zrobili wielką przyjemność fanom bo jednak Kreator to dla nich ten grający thrash anie jakieś industrial czy też nawet death. I myślę że te gatunki niech zostawią innym. którzy się w tym specjalizują . Za ten album dam 9/10 i myślę że warto znać ten go. Polecam.