Jednym z tych zespołów, które próbują oddać hołd AC/DC, a zarazem rozwijać ich dziedzictwo, jest bez wątpienia australijski Airbourne. Zaczynali w 2003 roku i już w 2007 roku wydali świetnie przyjęty debiut „Runnin’ Wild”. Świetnie wspominam jeszcze „Black Dog Barking”, który dla mnie jest jednym z ich najlepszych albumów. W sumie, kiedy spojrzymy na dyskografię tej formacji, to nigdy nie zawiedli i zawsze nagrywają bardzo dobry materiał, będący mieszanką hard rocka i heavy metalu w klimatach starych płyt AC/DC z Bonem Scottem na wokalu. Robią to z gracją, poszanowaniem tamtych płyt i dają też sporo od siebie. Naprawdę robią to w wielkim stylu.
Teraz, po siedmiu latach, powracają z szóstym albumem studyjnym zatytułowanym po prostu „Airbourne”. Płyta miała premierę 28 sierpnia i oczywiście jest to znów typowy album Airbourne, który zasługuje na uwagę.
Nie ma tutaj miejsca na ballady, zbędne eksperymenty czy próby przypodobania się współczesnym trendom. Jest za to dwanaście numerów, które pachną benzyną, piwem, rozgrzanymi wzmacniaczami i klubową sceną. Airbourne gra dokładnie tak, jakby czas zatrzymał się gdzieś pomiędzy klasycznym hard rockiem a złotą erą australijskiego rock’n’rolla. Największą zaletą „Airbourne” jest jednak to, że ten zespół nadal wie, kim jest. Nie próbuje nagle grać nowoczesnego metalu, nie dodaje elektroniki, nie sili się na progresywne rozwiązania. Airbourne bierze klasyczny hard rock, dokręca gałkę głośności i jedzie dalej.
Band czerpie garściami z dokonań AC/DC i nie kryje się z tym. Tutaj nie ma niespodzianek, bo w sumie tego od nich oczekują fani. Zespół zadbał o mocne brzmienie i hard rockowy pazur. Okładka też pasuje do zespołu i zachęca, by sięgnąć po nowe dzieło Airbourne.
Nowy album to dwanaście kompozycji i każdy znajdzie coś dla siebie. Podobnie jak AC/DC niegdyś, Airbourne też zamieścił na płycie utwór związany ze świętami Bożego Narodzenia. Ciekawy zabieg, a sam utwór nie jest taki zły. Warto dać szansę „Christmas Bonus”.
Z kolei otwierający „Gutsy” jest jak kopniak w drzwi. Brudne gitary, charakterystyczny, zachrypnięty wokal Joela O’Keeffe’a i refren, który aż prosi się o chóralne śpiewanie podczas koncertu. To kwintesencja Airbourne – zero kalkulacji, maksimum energii. Tak, wokal O’Keeffe’a w dalszym ciągu jest znakiem rozpoznawczym zespołu i przesądza o jego potędze. Nie można też pominąć ciężkiej pracy gitarzystów, bo duet O’Keeffe/Tyrrell bazuje na klasycznych patentach, hard rockowej energii i elementach AC/DC. Nie ma w tym za grosz oryginalności, ale w niczym to nie przeszkadza.
Jeszcze ciekawiej robi się przy „Alive After Death (Last Plane Out)”. To jeden z bardziej emocjonalnych momentów albumu, choć oczywiście wciąż ubrany w potężny hardrockowy riff. To kolejny wyrazisty kawałek z pomysłowym motywem przewodnim.
Prawdziwym kandydatem na wielki koncertowy hit jest „Here She Comes”. To właśnie tutaj słychać większy rozmach produkcyjny. Nie jest przypadkiem, że przy utworze pracowali Mutt Lange i Bryan Adams. Kompozycja ma ogromny refren, świetnie budowane napięcie i ten rodzaj melodii, który można sobie wyobrazić na wielkiej festiwalowej scenie. Airbourne brzmi tutaj nieco bardziej stadionowo, ale nie traci swojej charakterystycznej drapieżności. Słychać bardziej komercyjne oblicze zespołu. W takim wydaniu też brzmią ciekawie. Utwór mógłby trafić do stacji radiowej.
„Kid In A Candy Store” wraca do bardziej bezpośredniego, rock’n’rollowego oblicza zespołu. Jest brudno, szybko i z charakterystycznym dla Airbourne poczuciem humoru. Podobnie działa „Sky High”, gdzie Australijczycy po raz kolejny pokazują, że rock’n’roll w ich wykonaniu nie musi być śmiertelnie poważny. To kawałki mocno zakorzenione w AC/DC, a mimo to brzmią świeżo i potrafią bujać.
Na uwagę zasługuje również „Who Put The Rhythm In You?”, który dzięki udziałowi Bryana Adamsa i pracy Mutt Lange ma nieco bardziej klasyczny, przebojowy charakter. Odnoszę wrażenie, że te momenty, kiedy band zbacza w bardziej komercyjne rejony, są najsłabszym elementem płyty.
Świetnie wypada także „Last Man Standing” – prosty, bojowy i pełen energii numer, który doskonale pasuje do filozofii zespołu.
Jednym z moich ulubionych utworów na płycie jest „Bogotá”. Mocne gitary, mocne brzmienie i trochę przypominają się czasy „Ballbreaker”. Mamy jeszcze pełen energii killer w postaci „Hell’s Got No Vacancy” i tutaj mamy wszystko to, co kochamy w muzyce Airbourne i AC/DC. Szkoda, że cała płyta nie ma takiej mocy.
A później przychodzi „Send Me To Rock ’N’ Roll Heaven” – finał, który ma szczególne znaczenie. To hołd dla rockowych legend, między innymi Lemmy’ego, Johna Bonhama, Bona Scotta i Little Richarda. Trudno o lepsze podsumowanie albumu zespołu, który przez całą swoją karierę czerpał inspirację z tych właśnie postaci.
Jeżeli ktoś oczekiwał od Airbourne drugiego „Runnin’ Wild”, może poczuć niedosyt. Jeżeli jednak chcecie po prostu 47 minut konkretnego, głośnego hard rocka z charakterem, „Airbourne” jest jednym z tych albumów, które robią dokładnie to, co powinny. Airbourne nadal nie bierze jeńców. I bardzo dobrze.
Ocena : 8.5/10

Brak komentarzy:
Prześlij komentarz