Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Doro. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Doro. Pokaż wszystkie posty
poniedziałek, 23 października 2023
DORO - Conqueress - Forever and Proud (2023)
Tej Pani nie trzeba nikomu przedstawiać. Królowa metalu - Doro Pesch. Popularność zyskała za sprawą twórczości Warlock, ale również solowa kariera dostarczała kilka udanych albumów. Jednakże ostatnio ciężko dostać płytę na miarę wielkich wydawnictw Doro Pesch. "Warrior Soul" i "Fear no Evil" to ostatnie świetne albumy Doro, ale i na "Raise Your Fist" nie było aż tak źle. Kiepsko niestety było na "forever warriors, forever united". To potwierdziło obawy, że Doro ma pomysły na kilka kawałków, a reszta to typowe wypełniacze. Sentyment jednak dalej wygrywa i zawsze zapoznaję się z płytami królowej metalu. Nie są to dzieła, które mogą konkurować o tytuł płyty roku i należy je traktować jako ciekawostkę. Czas czekania się skończył i mamy w końcu nowy album. "Conqueress - Forever and proud". Znów długi i nie potrzebny tytuł płyty i jeszcze paskudna okładka. Niby jest Doro jako główna bohaterka okładki, ale jakoś to nie pomogło. Pozostaje tylko muzyka. Tylko ona może uratować to dzieło.
Tutaj jest zaskoczenie. Jest dobrze, momentami nawet bardzo dobrze. Na pewno jest to płyta heavy metalowa, jest to płyta urozmaicona i mająca wszystko to co prezentowała Doro przez cały okres swojej działalności. Jest sporo nawiązań do wcześniejszych płyt Doro Pesch, ale też również jakieś echa Warlock się pojawiają. Mamy hard rockowe kawałki, ballady, szybkie petardy i metalowe hymny, z których Doro słynie. Wszystko jest. Minusem jest to, że płyta znów jest nie równa i że jest za długa. Nic by album nie stracił, gdyby skrócić materiał do 10 kompozycji. Lata lecą, a Doro wciąż jest w bardzo dobrej formie wokalnie. Za partie gitarowe odpowiada duet Princiotta/Maas i panowie mają przebłyski i potrafi dostarczyć udany riff, czy pełno finezji solówkę. Brakuje troszkę konsekwencji i jakiegoś elementu zaskoczenia. Jest dobrze, ale liczyłem na coś więcej w tej sferze. Dobrze się tego słucha, ale można wrażenie, że są one tłem dla wokalu Doro.
Bardzo obiecujący jest początek płyty. Zaczynamy od metalowego hymnu jakim jest "Children of The Dawn". Niby prosty motyw gitarowy i równie banalny refren, ale ma to swój urok i kawałek znakomicie buja. Wyczuwam potencjalny hicior na koncertach. Cieszy, że Doro jest w tak znakomitej formie i już brzmi to lepiej niż poprzedni album. Energiczny i rozpędzony "Fire in the sky" to heavy metalowa petarda, która może nie ma tej drapieżności i świeżości co te petardy z Warlock, ale próba udana i dawno Doro nie miała takiej petardy na płycie. Dużo mówiło się o tym, że na płycie pojawi się Rob Halford i troszkę szkoda, że szansa na tak znakomity duet została zmarnowana. Doro i Rob śpiewają razem w dwóch coverach. Pierwszy to klasyk judas priest czyli "Living after midnight' i poniekąd pasuje w roli metalowego hymnu. Jedynie co na pewno imponuje to dobra forma wokalna Roba, po tylu latach. Szok. Drugi cover to "Total Eclipse of the heart" i to też dobry cover, ale ja liczyłem na coś świeżego i jakiś autorski kawałek. Szkoda. Kolejny udany kawałek z płyty, który imponuje jakością i pomysłowością to "All for You" i znów odpowiednia dynamika i łatwo wpadający w ucho refren. Bardzo dobrze się tego słucha i oddaje to co najlepsze w muzyce Doro. Dobrze wypada też przesiąknięty judas priest "Lean mean rock machine". Stonowane tempo, prosty riff i pewne nawiązania do lat 80 i znów dostajemy udany utwór. Nowocześnie i nieco bardziej mrocznie jest w "I will prevail", który próbuje zaskoczyć słuchacza. Niby dobry refren mamy w przebojowym "Bond Unending" i troszkę za dużo komercyjności w tym utworze. Pomysł dobry, a wykonanie już nie. Płytę promował metalowe hymn w postaci "Time for Justice", który od razu przypadł mi do gustu. Przede wszystkim dostarcza pozytywnej energii i też opiera się na porywającym riffie. Słucha się tego z dużą przyjemnością i właśnie ta pierwsza część płyty dawała szanse, że to może być najlepszy album Doro od wiele lat, a tak niestety zaczyna się coś psuć. Ballada "Feels in der brandung" jakoś specjalnie mnie nie rusza. Ot co komercyjna rockowa ballada, która nic nie wnosi. Nijaki jest też rockowy "Love breaks chains"i dopiero nieco orzeźwienia przynosi zadziorny "Rise".
Płyta ma naprawdę dobry początek i mogło być naprawdę ciekawie. Niestety zabrakło pomysłu na cały materiał. Drugi problem, to że sama płyta jest za długa. Wywalić z 5 kawałków i było dobrze. Doro mimo swoich lat wciąż brzmi znakomicie i słucha się jak zawsze z dużą przyjemnością. Tylko jej płyty to już należy traktować jako ciekawostkę, bo już nie są wstanie konkurować z najlepszymi. To wydawnictwa skierowane do zagorzałych fanów, którzy chcą mieć pełną dyskografię Doro na półce. Początek płyty na pewno jest godny pochwały i choćby dla niego warto czasami odświeżyć sobie "Conqueress - forever and proud".
Ocena: 6/10
niedziela, 19 sierpnia 2018
DORO - Forever Warriors, Forever United (2018)
Doro Pesch często nazywana jest królową metalu. Charyzmatyczny wokal, ciekawa osobowość, dobra prezencja, a także wypracowana przez lata marka sprawiła, że jest to osoba, która zrobiła sporo dla metalu. Kultowy Warlock, czy też solowa kariera to niemała cegiełka w tworzeniu heavy metalu na niemieckiej scenie metalowej. Królowa metalu lubi współpracować z różnymi gośćmi, zawsze też śpiewa na żywo jakiś cover znanego kawałka metalowego. Tytułu ciężko jej odmówić, ale swoje najlepsze lata ma już dawno za sobą. "Fear no Evil" z 2009 r to w sumie ostatni wartościowy album. "Raise your fist" z 2012r był już znacznie słabszy. Na nowe dzieło przyszło czekać fanom 6 lat i owocem ciężkiej pracy jest dwu płytowy album zatytułowany "Forever warriors, Forever united". Doro poszła w ślad wiele innych muzyków i też postawiła na dwupłytowy album. Szkoda tylko, że cały materiał jest ciężko strawny i niskich lotów. Całość szybko się nudzi i w efekcie można odnieść wrażenie że to pop/rock z domieszką hard rocka i metalu. Forma wokalna Doro nie jest zła i wciąż słychać tą pasję i miłość do metalu. Ogromna promocja nuclear blast nie pomogła ochronić Doro przed porażką.
Hymnowy "All for Metal" przywołuje na myśl prosty i podniosły "All we are" z okresu Warlock. Prosty riff i chwytliwy refren sprawiają, że utwór jest łatwy w odbiorze i zapada w pamięci. Może nie jest to najlepszy kawałek jaki stworzyła Doro, ale z pewnością jest to jeden z najjaśniejszych punktów nowej płyty. Nie mogła zabraknąć szybkiego, wręcz speed metalowego utworu i w tej roli mamy zadziornego "Bastardos". Gitarzyści Luca i Bas grają ostrożnie i za wiele od siebie nie dają, przez co album jest taki nieco nijaki i bez werwy. Płytę promował średni i taki nieco bez pomysłu "If i cant have you - no one will" z gościnnym udziałem Johan Hegg z Amon Amarth. Mamy też hard rockowy "Turn it Up", który zaczyna pokazywać że Doro nie miała pomysłu na nowy materiał. Na pewno cieszy takie szybsze granie jakie można uświadczyć w pozytywnym "Blood, sweat and rock'n roll". Radosny hard rockowy kawałek, szkoda że nie na poziomie do jakiego Doro przecież przyzwyczaiła. Dużo chaosu i jakiś takich nijakich riffów, co słychać w słabszym "Backstage to heaven" czy rockowym "Be strong". Ta pierwsza płyta miała być mocniejsza, bardziej metalowa, a jest smętna, nijaka, bez mocy i pomysłu. Brakuje godnych uwagi kawałków i całość jest ciężko strawna. Druga płyt zdominowana jest przez spokojne, wręcz popowe ballady. Z tej drugiej części znakomicie wypadł "Lift me up", który zaskakuje marszowym tempem i zapadającym w głowie refrenie. Spokojna ballada "it cut so deep" pokazuje, że płyta ma charakter bardziej komercyjny. Więcej tutaj popowych kawałków, niż metalu z okresu warlock. Całość zamyka komiczny "Metal is my alcohol", który idealnie podsumowuje ten słaby album.
6 lat czekanie na marne. Dostać podwójny album, gdzie jest 25 utworów i podoba się 4-5 utworów to porażka na całej linii. Doro to znakomita wokalistka, lubię jej twórczość i zawsze będę czekał na kolejne wydawnictwa, ale "Forever warriors, forever united" nie ma nic do zaoferowania. Ciężko mówić stricte o płycie heavy metalowej. Szkoda Doro, bo taka inna niemiecka ikona jak Udo błyszczy na nowym albumie. Może czas na zmiany w obozie Doro?
Ocena: 3.5/10
Hymnowy "All for Metal" przywołuje na myśl prosty i podniosły "All we are" z okresu Warlock. Prosty riff i chwytliwy refren sprawiają, że utwór jest łatwy w odbiorze i zapada w pamięci. Może nie jest to najlepszy kawałek jaki stworzyła Doro, ale z pewnością jest to jeden z najjaśniejszych punktów nowej płyty. Nie mogła zabraknąć szybkiego, wręcz speed metalowego utworu i w tej roli mamy zadziornego "Bastardos". Gitarzyści Luca i Bas grają ostrożnie i za wiele od siebie nie dają, przez co album jest taki nieco nijaki i bez werwy. Płytę promował średni i taki nieco bez pomysłu "If i cant have you - no one will" z gościnnym udziałem Johan Hegg z Amon Amarth. Mamy też hard rockowy "Turn it Up", który zaczyna pokazywać że Doro nie miała pomysłu na nowy materiał. Na pewno cieszy takie szybsze granie jakie można uświadczyć w pozytywnym "Blood, sweat and rock'n roll". Radosny hard rockowy kawałek, szkoda że nie na poziomie do jakiego Doro przecież przyzwyczaiła. Dużo chaosu i jakiś takich nijakich riffów, co słychać w słabszym "Backstage to heaven" czy rockowym "Be strong". Ta pierwsza płyta miała być mocniejsza, bardziej metalowa, a jest smętna, nijaka, bez mocy i pomysłu. Brakuje godnych uwagi kawałków i całość jest ciężko strawna. Druga płyt zdominowana jest przez spokojne, wręcz popowe ballady. Z tej drugiej części znakomicie wypadł "Lift me up", który zaskakuje marszowym tempem i zapadającym w głowie refrenie. Spokojna ballada "it cut so deep" pokazuje, że płyta ma charakter bardziej komercyjny. Więcej tutaj popowych kawałków, niż metalu z okresu warlock. Całość zamyka komiczny "Metal is my alcohol", który idealnie podsumowuje ten słaby album.
6 lat czekanie na marne. Dostać podwójny album, gdzie jest 25 utworów i podoba się 4-5 utworów to porażka na całej linii. Doro to znakomita wokalistka, lubię jej twórczość i zawsze będę czekał na kolejne wydawnictwa, ale "Forever warriors, forever united" nie ma nic do zaoferowania. Ciężko mówić stricte o płycie heavy metalowej. Szkoda Doro, bo taka inna niemiecka ikona jak Udo błyszczy na nowym albumie. Może czas na zmiany w obozie Doro?
Ocena: 3.5/10
poniedziałek, 5 grudnia 2016
DORO - Strong and Proud - 30 Years of rock and metal (2016)
Każde
wydawnictwo Doro Pesch to zawsze dla mnie wielkie wydarzenie i
prawdziwa radość, w końcu to na twórczości tej wokalistki
wychowałem się. Znakomita dyskografia z Warlock i prawdziwe klasyki
muzyki heavy metalowej. Potem jej twórczość solowa, która
również kryje wiele mocnych wydawnictw. Nie tak dawno królowa
heavy metalu świętowała 25 lat swojej działalności. W roku 2012
wydała kolejny album w postaci „Raise Your Fist” i choć nie był
to najlepszy krążek Doro to i tak zawiera kilka perełek. Teraz w
tym roku Doro miała kolejny powód do świętowania, w końcu
minęło 30 lat jej działalności. Znów przyszedł czas na
ciekawe koncerty z ciekawymi gośćmi, specjalna setlista no i
wreszcie kolejne bogate wydawnictwo koncertowe, które zawiera
płyty DVD z koncertem oraz płyty cd z muzyką. „Strong and Proud
– 30 years of rock and metal” to najnowsze dzieło Doro. Trzeba
przyznać, że dawno nie słyszałem tak udanego albumu koncertowego.
Szkoda tylko, że setlista na płycie CD nie jest tak bogata jak na
płytach DVD, ale i tak sprawia sporo radości. Minusem jest to, że
tak mało utworów Warlock jest zawartych, ale i to nie jest
wstanie przekreślić jakości tego wydawnictwa. Gościnnie pojawiają
się Blaze Bayley, Udo Dirkschneider czy Hansi Kursch. Sam klimat,
publiczność i wydźwięk tego koncertu przyprawia o ciarki. Kawał
dobrej roboty odwaliła ekipa Doro Pesch. Królowa mimo swoich
lat wciąż potrafi śpiewać zadziornie i uczynić z koncertu
prawdziwe heavy metalowe święto. Można było sobie darować
covery, ale usłyszeć jak dobrze się bawi publiczność z gośćmi
przy takich metalowych hymnach jak „Fear of The
dark”
czy „Balls tothe Wall”
to nie lada gratka. Nawet słynny cover Dio w postaci „Egypt”
idealnie sprawdził się podczas tego jubileuszu Doro Pesch. Z
Warlock pojawiają się takie klasyki jak „Earthshaker
Rock”
czy „Hellbound”.
Wykonanie bardzo dobre i przypominają się lata 80. Miło też, że
pojawia się niesamowita ballada w postaci „Without
You”.
Z nowej płyty zagrano hymn w postaci „Raise
Your Fist in the air”
, rozpędzony „Revenge”
czy wreszcie zadziorny „Rock Till Death”,
który upiększył Hansi Kursch. Bardzo dobrze sprawdzają się
odkurzone stare kawałki Doro w postaci „Save
My Soul”
czy „On the Run”
z bardzo dobrego „Fear no evil”. Cały czas publika świetnie się
bawi i właściwie miło się tego słucha. Na sam koniec Doro
zagrała „You are my family”
z jednego z najlepszych albumów Doro czyli „Warrior Soul”,
oraz nieśmiertelny „All We Are”
jako finał koncertu. Bardzo dobry album koncertowy, który
oddaje klimat tego jubileuszu Doro i daje sporo radości, zwłaszcza
fanom wokalistki.
Ocena:
9/10
poniedziałek, 15 października 2012
DORO - Raise Your Fist (2012)
Królowa heavy
metalu jest jedna i jest nią nieustannie Doro Pesch, która od
dawno nie wydała nic ciekawego i dla niektórych ten tytuł
może być nieco przesadzony, przyznany na wyrost, bo przecież
niemiecka wokalistka miała różne okresy w swojej karierze,
nawet te dalsze od metalu jak to miało miejsce na albumie „Doro,
jednak ze względu na rozwój niemieckiego metalu,
rozpowszechnienie metalu z babskim wokalem na pewno ten tytuł się
jej należy. Doro Pesch to dla przede wszystkim okres grania w
WARLOCK w latach 80, potem kilka fajnych płyt było sygnowane jej
imieniem i pod szyldem DORO właściwie dawno nic fajnego się nie
ukazało. Ostatni album „Fear No evil”, który się ukazał
w 2009 r. był nawet dobry, zawierał odesłania do WARLOCK, jednak
ten album miał tez kilka niedociągnięć, słabszych momentów
i ciężko to wydawnictwo uznać za w pełni udane. Niedawno
wokalistka obchodziła 25 lecie działalności, stąd też
oczekiwania na nowy album się wydłużyło do 3 lat i o to mamy nowy
album w postaci „Raise your Fist” i choć tytuł jak i okładka
sugerują dobry album to jednak przy bliższym kontakcie album sporo
traci i nie chodzi tutaj o to że styl oklepany, bo od niemal kilku
lat Doro gra to samo, nie chodzi też o to że jest to mało
oryginalne granie, lecz o to że kompozycje są tutaj po prostu słabe
i ciężko o coś na dobrym poziomie, do tego dochodzi po prostu zbyt
dużo wolnych kompozycji po kroju: balladowego „Its stiil
Hurts”, komercyjnego „Engel” który nie dość
że jest mało atrakcyjny to w dodatku odśpiewany w rodzimym języku
wokalistki, udziwniony „Frehreit” który również
należy do grona wypełniaczy, też odstrasza przy pierwszym
kontakcie, czy też poparty klawiszami „Free My heart”,
czyli jak widać sporo jest nie trafionych, komercyjnych kawałków,
które z metalu nie wiele mają wspólnego. Czyżby
królowa metalu już nie miała pomysłu na kompozycje,
zabrakło jej werwy? Najwidoczniej, bo również utwory
metalowe, który powinny zapadać w pamięci, powinny
dostarczyć wrażeń słuchaczowi wręcz momentami przynudzają i
rodzą wiele pytań, typu gdzie jest ta Doro z WARLOCK? Gdzie jest ta
królowa która nie miała problemów z tworzeniem
metalowych hymnów? Z tych nie udanych kompozycji zaliczę
stonowany, przekombinowany „Victory” który zbliża
się do komercyjnego rocka, średni „Little Headbanger”,
przereklamowany „Raise your Fist in the air” który
promował album w postaci klipu, czy tez singla jednak nie jest to
najlepszy metalowy hymn jaki stworzyła wokalistka, tutaj jest tylko
udany refren, reszta należy do kasacji. W miarę słuchalne
kompozycje to nieco hard rockowy „Coldhearted Lover”,
rozpędzony,dynamiczny „Take No Prisoners” czy też w
końcu „Revenge” który obdarzony został dość
ciężkim riffem i agresji tutaj dość sporo, szkoda tylko że tylko
tylu dobrych kompozycji się doliczyłem i że nie ma więcej dobrych
utworów.
Czasy WARLOCK już dawno
temu się skończył i dochodzę do wniosku, że czas DORO już też
dobiega, bo wokalistka nie potrafi stworzyć jakiś dobrych
zapadających kompozycji i właściwie nagrywa coraz słabsze albumy.
Jeden z najsłabszych albumów królowej metalu i jak dla
mnie ogromne rozczarowanie roku 2012.
Ocena: 2.5/10
czwartek, 6 października 2011
DORO - Calling the Wild (2000)
Z biegiem czasu przy DORO zostali najwytrwalsi fani. Muzycznie zespół sięgnął samego dna nagrywając dwa eksperymentalne albumy jakimi są „Machine II Machine” czy „Love me in black”. Gorzej już być nie mogło. Jednak rok 2000 to rok kiedy heavy metal zaczął na nowo odżywać i znów się stawał się bardzo popularnym gatunkiem muzycznym. Na fali tego odrodzenia popłynęła też wokalistka Doro Pesch. Już kolejny album zatytułowany „Calling the Wild” to już ukłon w stronę starych albumów Doro. Sama Doro dedykuje ten album zmarłemu ojcu. Tak więc, muzycznie słychać heavy – hard rockowe granie, z elementami nieco nowoczesnymi, które są najwyraźniej pozostałością po przednich albumach. Jednak tutaj już słychać dużą poprawę w stosunku do takiego „Love me in black”. Nowe wydawnictwo, nowa wytwórnia płytowa, którą zostało SPV/Steamhammer. Warto dodać, że album został wydany w dwóch różnych wersjach i ta druga, czyli amerykańska miała nieco inną okładkę i tracklistę. Aby dać światu znać, że DORO wraca do heavy metalu zaproszono dość długą listę gości, wśród których jest choćby Lemmy z MOTORHEAD, czy Slash z GUNS N' ROSES.
Jednak to nie gości mają być wyznacznikiem poziomu tego albumu, to muzyka musi być na pierwszym planie i to ona ma sama za siebie mówić. Co może się podobać na tym albumie, to że mamy w końcu heavy metalowe riffy, bez zbędnego udziwnienia, bez tego elektronicznego wydźwięku. Jasne słuchając otwierającego „Kiss me like a Cobra” ma się wrażenie, że coś z poprzednich albumów przemycono, ale na szczęście nie decydują one o całym utworze, czy albumie, a są raczej jako taki dodatek. Niestety zespól w dalszym ciągu ma problem zagrać jakaś atrakcyjną melodię i to słychać w takim „Dedication”, który jest miksem stylu z „Force Majeure” z tym znanym z dwóch poprzednich krążków. Ta wymuszona brutalność i nowoczesność, jakoś do mnie nie trafiła. Jednak muszę przyznać, że kawałek ma przynajmniej taki typowy refren dla działalności Doro. Tak na dobrą sprawę rozpatrując karierę metalowej królowej to zawsze kojarzyła mi się ona z przebojowym, koncertowym heavy metalem, który bazuje na takich klasycznych zespołach jak MANOWAR, ACCEPT, czy też JUDAS PRIEST. I przez długi czas brakowało mi tego na płytach DORO, ale po długoletniej przerwie zespół prezentuje singlowy „Burn it up” i to jest klasyczny styl Doro Pesch i można się tutaj doszukać sporo analogii do WARLOCK. Nic dziwnego, że ten utwór został wybrany do promocji albumu, bo to jeden z najlepszych utworów niemieckiej formacji, szkoda tylko, że przyćmiewa pozostałe kawałki na tym albumie. Ostatnim czasem DORO serwuje pełno ballad, także i tym razem jest nie inaczej. Mamy wręcz popowy „Give me Reason”, nieco nowocześniejszą balladę czyli „Scarred”, a także akustyczną „Constant Danger” która skupia się na anielskim wokalu Doro, a także na pięknym, wręcz anielskim motywie. Oczywiście nie zbrakło też na albumie grania pod komercyjne albumy „Doro” czy „True at heart”, a więc hard rockowego wcielenia DORO. „Who do you love” to hard rockowy kawałek, w który można się doszukać patentów charakterystycznych dla ballady. Nie uświadczymy tutaj szaleństwa, ani ostrego grania. Ale czy to jest powód do narzekania? Na pewno nie, a sam utwór jako przebój się sprawdza. „Calling the Wild” również promował „Ich will Alles”, który nie jest taki zły jakby to mogło się wydawać. Jest nieco nowocześnie, ale jest też przebojowo, a jedynie niemiecki jeżyk irytuje i nieco odsiewa. Oprócz utworów autorstwa zespołu Doro mamy też dwa covery, a mianowicie „White Wedding” BILLA IDOLA, a także „Love Me Forever” MOTORHEAD. Obie propozycje należy traktować jako ciekawostkę.
Powrót do korzeni, a raczej próba, bo jest kilka wad z poprzednich albumów, których nie dało się wyzbyć. Do największych minusów tego albumu zaliczę przede wszystkim nierówny materiał, a także przeciętne kompozycję. Brakuje porywających melodii czy też refrenu, ale kierunek obrany na tym albumie okazał się właściwy i od tego zacznie się mniej komercyjny etap w historii DORO i będzie tak jak za czasów „Force majeure” czy też WARLOCK. Natomiast „Calling the wild” jest przeciętnym albumem, z kilkoma przebłyskami.. Ocena: 5/10
DORO - Love me in Black (1998)
Eksperymenty mogą wnieść powiew świeżości w muzyce albo tak jak w przypadku DORO obrzydzenie i spadek formy. Końcówka lat 90 i Doro Pesch pod wpływem nowoczesnego industrial czy nu metalu wydaje kolejny kontrowersyjny album, a mianowicie „Love me in Black”. Płyta została wydana pod skrzydłem wytwórni WEA, ponieważ wygasł w owym czasie dotychczasowy kontrakt z Polygram/ Vertigo. Jeśli chodzi o ludzi pracujących nad nowym albumem to zaszło kilka zmian. Pojawił się choćby Jimmy Harry jako kolejny amerykański producent i muzyk sesyjny DORO. Poza nimi znów kilku sesyjnych muzyków, jednak to tylko jeden z wielu minusów na tym albumie. Brakuje tej chemii między muzykami, co słychać w takim „Terrorvision”, który jest chaotyczny pod względem instrumentalnym, ale to cecha większości utworów na tym albumie. Porównując „Love me in Black” z „Machine II Machine” można się wiele analogicznych rozwiązań. Choćby w dalszym ciągu słychać ukłon w stronę industrial metalu, czy też nawet metalu. Słychać to w takim „Do you like it?” który jest utrzymany w stylu do jakiego Doro przyzwyczaiła nas na albumie z 1995 roku. Nie ma ani atrakcyjnych melodii, ani jakiegoś hymnowego refrenu. Chęć grania nowoczesnego metalu takiego jaki można usłyszeć w „Brutal and Effective” okazało się gwoździem do trumny. Utwór nie jest ani brutalny ani efektywny, a taką muzykę Doro chce grać na tym albumie. Niestety pod względem wokalnym krążek jest też męczący i nie atrakcyjny i najlepszym tego dowodem jest taki „I don't Care”. W przeciwieństwie do poprzedniego albumu mamy kilka miłych ballad, co przyczynia się do tego, że krążek nieco zyskuje w ostatecznym rozrachunku. Weźmy taki tytułowy „Love me in Black”. To ten utwór pilotował krążek i to do niego nakręcono futurystyczny klip. Kompozycja jak przystało na balladę, utrzymana w spokojnym tempie i w romantycznym klimacie i słychać coś z płyty „Doro”. Oczywiście nie mogło zabraknąć ballady odśpiewanej w ojczystym języku wokalistki, ale „Tausend mal gebalt” to tylko średniej klasy łamacz serc, ponieważ zabrakło tutaj przyciągającego uwagę motywu. Tak więc mamy klika ciekawych refrenów jak choćby ten w „Prisoners of love” i kilka ciekawych melodii, ale to jednak nie wystarczyło, żeby przyciągnąć mnie jako ,słuchacza na dłużej. Nawet nie pomógł w tym wypadku cover zespołu HEART, czyli słynny „Barracuda”.
Album ma sporo błędów i banalnych wad. Jak choćby kiepska produkcja, zbyt długi materiał, nie atrakcyjne melodie, chaotyczna warstwa instrumentalna i kiepska forma zespołu. W porównaniu do poprzedniego albumu nie wiele się zmieniło, ale przynajmniej pojawiły się ciekawe ballady i to właściwie one nieco podwyższają ostateczną ocenę. Nie wiem czym Doro się kierowało wydając ten album, jak i poprzedni „Machine II Machine” ale na pewno nie fanami, na pewno nie zdrowym rozsądkiem, czy gustem muzycznym. Ocena: 2,5/10
poniedziałek, 3 października 2011
DORO - Machine II Machine (1995)
Są albumy, których znać się nie powinno. Są albumy, które powstać nigdy nie powinny. Takie myśli mnie nawiedziły podczas słuchania Machine II Machine z 1995 roku. To jest kolejny dowód na to, że źle się działo z heavy metalem w latach 90. To kolejny dowód na to, że eksperymentowanie nie zawsze popłaca. O ile na poprzednich było dużo komercyjnego grania, było sporo hard rocka i mało metalu, o tyle tutaj jest sporo eksperymentowania i sporo klimatów w stylu industrial metalu, czy też elektronicznego grania. Do tego Doro zalicza na tym albumie słabszą formę wokalna i kompozytorską. Ci sami ludzie pracowali przy tym albumie i w sumie nic nie zapowiadało takiego obrotu sprawy. Ale z drugiej strony, gdy się wróci pamięcią do „Angels Never Die” to już się wie, że to było tylko kwestia czasu, że Doro upadnie jeszcze niżej i sięgnie samego dna, żeby potem móc się odbić. Kolejną i również istotną wadą albumu jest jego czas trwania czyli ponad godzinny materiał. I to kilka ładnych minut za dużo, no bo jak można zaciekawić słuchacza przez długi czas, jeśli nie serwuje się hiciorów, killerów ani heavy metalowych hymnów. Tym razem nie da się wyłapać jakieś dobre kawałki, nie ma ciekawych melodii ani partii gitarowych. Co więcej, to nie jest album, którego miło się słucha i do dziś zaczynam wątpić, czy to co jest na tym albumie można nazwać muzyką.
Weźmy taki pierwszy z brzegu utwór. Tytułowy „Machine 2 Machine”. I co tutaj słychać? DEPECHE MODE i to ten z lat 90. Dużo elektroniki, mało metalu, mało atrakcyjnego grania i nawet wokalnie utwór nie zachwyca. Taka nijaka muzyka towarzyszy nam aż do skromnej ballady „Light in the Window” który pasuje do pozostałych kompozycji jak pięść do nosa. Jest to jedyny utwór, który da się w całości wysłuchać, ale też jej daleko do najlepszych ballad Doro, ale jest przynajmniej solidna, czego nie mogę napisać o pozostałych kompozycjach. Wszystkie inne utwory to nisko budżetowe kawałki, które nigdy nie powinny powstać. „Wypełniacze” to w przypadku tych utworów wielkie nadużycie.
Jeśli masz jakiegoś wroga, to spokojnie możesz mu polecić ten album, na pewno przeżyje traumę. Ani lirycznie zespół tym albumem nie porwał, bo jak mógł przekonać słuchacza tymi erotycznymi tekstami. Również pod względem muzycznym albumem jest jednym z najgorszych albumów w historii heavy metalu. To co charakteryzowało styl, muzykę i poziom DORO poszło w zapomnienie, to słyszymy na albumie jest zupełnie czymś nowym, zupełnie nie trafionym i dobrze, że Doro Pesch po jakimś czasie się opamiętała i wróciła do korzeni. Znalezienie tutaj choć jednego plusa jest misją niewykonalną i nawet Tom Cruise by nie pomógł. Nie przypominam sobie, żeby album tak niską ocenę ode mnie dostał, ale nie może być inna jak 1/10
DORO - Angels never die (1993)
Pomimo, że DORO to zespół niemiecki, to jednak na albumie „Angels never die” z 1993 roku ma się wrażenie, że zespół wywodzi się z USA i właściwie można na tym albumie doszukać się sporo odniesień do tzw hair metalu, a także do muzyki country, które jest dość charakterystyczne dla tego kraju. Muzycznie w dalszym ciągu mamy hard rockowe granie, z echami heavy metalu. Tym razem jednak album bardziej brzmi amerykańsko niż niemiecko. Oczywiście produkcją zajął się amerykański producent Jack Ponti. Warto podkreślić, że przy tym albumie brali udział już inni muzycy. Przede wszystkim Harold Frazee – klawisze, Matt Nelson basem, Joe Franco perkusją, zaś za partie gitarowe odpowiedzialny jest duet Vic Pepe/ Jack Ponti, tak jest ten sam co zajął się produkcją. Ci którzy nie znają szerzej Jacka, warto podkreślić, że to on napisał kilka kawałków dla ALICE COOPERA czy BONFIRE.
Czy tylko mi się kojarzy „Eye on you” z twórczością ALICE COOPERA? Ten riff, ta przebojowość i ten wyjęty z „Hey stoopid” refren. Oczywiście jest troszkę w tym heavy metalu, jednak to nie jest główny składnik tego utworu. Amerykańskie granie zaprezentowane w tym utworze nie przekonało mnie do końca. To już wolę ciepłe ballady z poprzedniego albumu. Do promocji albumu wybrano „Bad Blood” do którego nakręcono dość kontrowersyjny klip. Kawałek próbuje być na siłę przebojem i hymnem koncertowym i efekt do końca nie jest udany. Posłuchać i przełączyć na ciekawsze utwory. Takie „hity” na mnie wrażenie nie robią, biorąc pod uwagę, że Doro miała swojej karierze lepsze koncertowe hymny. Pisząc country paragraf wyżej miałem na myśli „Last Day Of My Life” i to niestety jest przykład, że nie zawsze pomysłowość oznacza genialny utwór. Nie dość, że nie ma atrakcyjnych melodii to jeszcze długi czas trwania, normalnie jak na złość. Oczywiście album wypełnia sporo gniotów jak choćby : „Born to bleed” czy "Cryin'". Ironiczne jest to, że znów na albumie ballada robi za ...najciekawszy utwór na płycie,a to tylko świadczy o poziomie albumy i formie Doro. To był ciężki okres dla niej i tego nie da się ukryć, na szczęście mamy na otarcie „So alone Together”, czyli klimatyczną balladę z koncertowym refrenem. Jednym z moich ulubionych kawałków na płycie jest „All i want” bo mam tu rytmiczne granie i słychać niezłą chemię między partiami gitarowymi, a klawiszowymi i momentami słyszę DEEP PURPLE i pod względem przebojowości i doznań gitarowych jest to najlepszy kawałek na albumie. Nie mogło zabraknąć drugiej ballady. A „Enoughfor you” to tylko spokojna kompozycja i przelatuje bez większego echa. I żeby było śmiesznie mamy jeszcze spokojny „Don't Go” który jest graniem w kółko tego samego i przez ponad pięć minut nie zbyt wiele się dzieje, a grupę ballad zamyka odśpiewany w ojczystym języku „Alles is gut”, który jest najgorszą balladą na albumie.
'Wszystko jest dobrze” takim akcentem kończy się album i mam wątpliwości co do tego. Dwa utwory mnie zachwyciły na tyle, żeby do nich wracać, reszta jednak już nie ma przebojowości z poprzednich albumów, nie ma już takiego klimatu i postawiono tutaj nabardziej amerykański materiał, co okazało się nie trafionym pomysłem. Można grac po amerykańskiego, ale tylko wtedy gdy robi się to z pomysłem, gdy tworzy się przy tym hity. A doro cóż, nagrała materiał poniżej oczekiwań, taki które nie zostaje w pamięci, nie przekonuje, ba nawet potrafi zanudzić słuchacza swoją przeciętnością i nieatrakcyjnością. Na pewno jest to jeden z najgorszych albumów Doro, jeśli nie najgorszy. Ocena: 4/10
DORO - True at heart (1991)
Kiedy muzyk odchodzi od pewnych norm, czy ścieżek, które sam wydeptał, często jest narażony na narzekania fanów i odwrócenie się od owego muzyka. Natomiast takie jest ryzyko, kiedy się próbuje grać bardziej komercyjną muzykę, kiedy się chce dotrzeć do szerszej publiczności. Doro Pesch najwidoczniej nie chciała znów ubierać się w ćwieki i skórę. Wolała przybrać wizerunek grzecznej kobiety obracającej się w ciepłym, romantycznym hard rocku, który mógłby królować na listach przebojów w radiu. Początek komercyjnego okresu DORO rozpoczął się wraz z zmianą logo, wraz z odejściem od tego co wypracowano w WARLOCK. Ci którzy polubili album „Doro”, bez wątpienia polubią kolejny album w dyskografii Doro Pesch, czyli „True at heart” z 1991 roku. Barry Beckett zajął się produkcją albumu i stworzył prawdziwy, ciepły klimat. Znów dużo kobiecości i jeszcze większa dawka ballad, słodkich, wręcz romantycznych dźwięków. Czyli już na wstępie widzimy, że nie jest to coś dla metal maniaków, a raczej dla poszukiwacze miły muzyki dla uszy, które przede wszystkimi sprawi nam relaks. Również to tylko pod tym względem album jest podobny do poprzedniego. Również pod względem zespołu jest podobieństwo, bo znów nie ma stałych muzyków, tylko sesyjni i lista owych muzyków jest dość długa.
Choć album jest przepełniony słodkimi i ciepłymi melodiami i dominują raczej wolne kompozycje. To jednak znalazło się miejsce na bardziej hmm heavy metalową kompozycję. „Cool love” mógłby spokojnie trafić na „Force Majeure”. Utwór ma faktycznie nieco cięższy riff, ale wszystko próbują momentami zgładzić klawisze, jednak ów zamiar nie wychodzi do końca. Co jest atrakcyjne w tym utworze to przede wszystkim partie gitarowe, zwłaszcza solówka. Nie jest to wielki przebój, ale jest to solidna kompozycja. Patrzy się na tytuł następnego utworu czyli „You gonna break my heart” i już na wstępie się wie co będzie grane. Ciepły hard rock, z romantycznym tekstem i ciepłymi, chwytającymi za serce melodiami. Jestem fanem heavy metalowego wcielenia Doro, ale ta kompozycja przekonała mnie do siebie. Jest przede wszystkim przyjemna dla ucha, nieco kojąca, nieco romantyczna, ale jest to pierwszy prawdziwy przebój na tym albumie i partie gitarowe są również takie „milusińskie”. Ballady to główny priorytet na tym krążku i to jest kopalnia pięknych ballad. „Even angels Cry” to coś co potrafi roztopić nawet najzimniejsze serce. Bo jest chwytliwy motyw, który jest prowadzony wolnym tempem i zapadającą melodią wygrywaną przez gitarę akustyczną. Doro ma pełno pięknych ballad, ale te najlepsze pochodzą z tego albumu.„Fortunteller” to przykład, że gitara też ma swój język, a Doro tym razem recytuje i ów zabieg porywa swoją oryginalnością. Drugim bardziej heavy metalowym kawałkiem na albumie jest „Live it”, ale tez przesiąkniętym hard rockiem co słychać w rytmicznych partiach gitarowych i w przebojowej charakterystyce zespołu. Kolejny mocny punkt na albumie. „Fall for me Again” to kwintesencja śpiewu Doro i tak pięknie i tak anielsko jeszcze nie śpiewała i za to duże brawa. Ballada ta ma fantastyczny klimat i dla nie których będzie to kolejna nudna kompozycja, a dla drugich będzie to kawałek, który wzruszy. Refren w „Heartshaped Tattoo” to nic innego jak stara szkoła WARLOCK. Ale nie dajcie się zmylić, to kolejna spokojna kompozycja o podłożu hard rockowym, ale tym razem ma charakter hymnu. Kolejną heavy metalową kompozycją na krążku jest „Hear me” i tutaj mamy koncertowy refren i nieco ostrzejszy riff, co było wręcz już wymagane po takiej dużej dawce ballad i spokojnych melodii. „I'll Make It On My Own „ to kolejna piękna ballada, choć tym ze znaczącą rola partii klawiszowych. W „Gettin' Nowhere Without You” usłyszymy pianino, a nawet saksofon. Ogólnie kolejna spokojna kompozycja, ale jak ona potrafi zabujać i porwać, a takie kawałki zawsze są mile widziane. Oczywiście całość zamyka kolejna ballada, czyli „I know you by heart”. Czy lepsza, czy gorsza? Hmm na pewno jest atrakcyjna pod względem partii gitarowych. Rozegrane z pasją, uczuciem do instrumentu i z lekką dozą finezji.
Przed sięgnięcie po ten album trzeba sobie zadać jedno ważne pytanie: czy lubię ciepłe romantyczne, hard rockowe granie z kobietą na wokalu? Jeśli tak, jeśli kocha się finezyjny hard rock z dużą dawko spokoju i ciepła, jeśli kocha się Doro i jej hard rockowe, bardziej kobiece wcielenie to jest to album dla ciebie. Album najlepiej rozpatrzyć nie pod względem co było, co będzie, ale pod względem co jest na tym krążku. Ocena: 8.5/10
niedziela, 2 października 2011
DORO - Doro (1990)
DORO – WARLOCK nie trwał długo, bo już w roku 1990 Doro Pesch postanawia jeszcze bardziej podążyć komercyjną drogą i w tym celu nawiązuje kontakt z basistą Gene Simmonsem legendarnego KISS. Zmienia logo, porzucając nawiązanie do WARLOCK i wynajęła sporo muzyków sesyjnych i z takim pomysłem przystąpiono do pracy nad nowy albumem, który premierę miał rok później i w roku 1991 ukazał się album o dość wymownym tytule, czyli „Doro”. Album brzmi jak Doro i przyjaciele. Doszukiwanie się w tym rasowego heavy metalu z rodem WARLOCK jest zbyteczne, bo to jest melancholijne granie, w którym jest jakby więcej kobiecości, bardziej łagodny, czy też miękki. Oczywiście jest heavy metal, ale jest też hard rock i ogólnie jest to już nieco inne granie niż te do którego Doro nas przyzwyczaiła.
Na album trafiło 10 kompozycji w miarę zróżnicowanych i trzeba przyznać, że dobrym wyborem było wybranie „Unholy Love” do promocji albumu. Bo utwór ma coś z „Turbo” JUDAS PRIEST,a także coś z ACCEPT. Jednak skoczność, łagodne brzmienie i bujający refren sprowadza nas na ziemie i potwierdza komercyjny wydźwięk album i jego hard rockowe wcielenie. Może nie jest to ostre rasowe heavy metalowe granie, ale jest przyjemne dla ucha, a to już coś. Natomiast „ I had too much to Dream” to nijaka kompozycja. Raz prezentuje się jako ballada, a raz jako skoczny utwór i właściwe żadne wcielenie mnie nie przekonuje. Za bardzo to chaotyczne. Na albumie nie za brakło typowego hard rockowego hymnu jak „Rock On” i takie kompozycje są zawsze mile widziane. Utwór brzmi jak wariacja Doro na temat „I love rock'n roll”. Jest ttuaj przede wszystkim prostota, przebojowość i koncertowy wydźwięk. Skoro Hard Rock to nie mogło zabraknąć hołdu dla niemieckiego SCORPIONS co słychać w takim „Only You”, choć w dalszej części można znaleźć cechy wspólne z SURVIVOR czy hard rockiem jaki prezentował Turner z RAINBOW. Może nie jest to jakiś genialny kawałek, ale przyjemny dla ucha, zwłaszcza pod względem warstwy instrumentalnej. W przypadku takiego łagodnego wydźwięku, tylko kwestią czasu było pojawienie się ballady, a taki „I'll be holding” to jedna z piękniejszych ballad jakie stworzyła Doro. Jest przede wszystkim romantyczny klimat i zapadający w pamięć motyw i takie łamacze serc zawsze są pożądana w przypadku działalności Doro Pesch. „Something Wicked this way comes” skojarzył mi się z ICED EARTH ze względu na tytuł kawałka. Jednak utwór muzycznie nie ma nic wspólnego z ową kapelą. Utwór jest ciężki, bardziej stonowany, ale przez to sporo traci na atrakcyjności. Niezbyt atrakcyjny motyw i kilka sztywnych melodii, a to wszystko sprawia że utwór jest nudny. Typową kompozycją pod stacje radiowe jest „Rare Diamonds”. Kolejna ballada i to już nieco zaczyna przynudzać, no bo ileż można ballad słuchać? W dalszej części mamy typowe hard rockowe granie, które wsparte jest partiami klawiszowymi. Jest skoczny „Broken” w którym można doszukać się atrakcyjnej melodii i refrenu, który mógłby zdobić album RAINBOW za ery Turnera. „Alive” i „Mirrage” to przykład, że można grać łagodny hard rock, z wpływa Aor, a przy tym melodyjny i przebojowy.
DORO w wersji hard rockowej nie jest taki zły, jak mogłoby się wydawać. Jest w miarę równy materiał, jest sporo przyjemnych dla ucha melodii. Doro zaprezentowała tutaj nieco inny materiał, mniej heavy metalowy i przez to sporo fanów straciła, ale pozyskała też nowych, bo jest to granie jakie zawsze było na topie. Kto by pomyślał, że hard rock z kobiecym wokalem może być atrakcyjniejszy od rasowego heavy metalu z pierwszej płyty sygnowanym imieniem wokalistki.Krążek jest komercyjny, ale to nie znaczy, że jest dnem. Ocena: 6.5/10
DORO- Force Majeure (1989)
Niezbyt dobrze jest budować szczęście na nieszczęściu i zabieg takizrobiła Doro pod koniec lat 80. Po Triumph and Agony pierwotny zespół WARLOCK praktycznie się rozpadł. Doszedł nowy gitarzysta Jon Levin, a także nowy perkusista Bobby Rondinelli. Doro postanawia kontynuować tworzenie muzyki nie jako WARLOCK, tylko pod własnym imieniem. Po prostu DORO i do dziś owa marka funkcjonuje i jest to druga taka ikona niemieckiego heavy metalu. Pierwsza bezapelacyjnie jest UDO. Doro za wszelką cenę chciała przyciągnąć uwagę starych fanów. Mamy bowiem logo, które przypomina te z WARLOCK, mamy też sprawdzonego producenta Joeygio Balina, który fanom WARLOCK powinien być znany z „Triumph and agony”. W roku 1989 pojawił się pierwszy krążek pod szyldem DORO czyli „Force Majeure” i mówi się przewrotnie, że to piąty album WARLOCK i muzycznie niby jest kontynuacja, ale to nie jest to samo. Po pierwsze nie ma już takiego speed metalowego grania, Doro bardziej poszła w heavy metal z dozą hard rocka, a po drugie za brakło hymnów metalowych i przebojów do jakich DORO przyzwyczaiła za sprawą wcześniejszego albumu.
Doro Pesch poszła w komercję o czym świadczy choćby otwierający „A Whiter Shade of Pale” , który jest coverem PROCOL HARUM i Annie Lennox. Utwór można traktować raczej jako balladę, czy hard rockowy przebój. Najdziwniejsze jest to, że to właśnie ten utwór promował album. Do niego nakręcono klip. Czyżby próba przyciągnięcia nowych fanów? Na pewno lepiej prezentuje się taki „Save My Soul” bo jest to heavy metalowe granie do jakiego nas przyzwyczaiła nas wokalistka. Co ciekawe utwór brzmi jak zagubiony track „Triumph and Agony”. Oczywiście słychać w dalszym ciągu inspirację ACCEPT czy JUDAS PRIEST. Jest to jeden z ciekawszych utworów na płycie. W podobnej stylistyce jest utrzymany „World gone Wild”. W dalszym ciągu jest heavy metalowe granie pod JUDAS PRIEST. Jest nieco szybsze tempo, ale można zapomnieć o speed metalowym graniu jakie można było usłyszeć na płytach WARLOCK. Płyta jest niestety bardzo nie równo, bo po dwóch dobrych kompozycja przyszedł czas na wypełniacz w postaci „Mission of Mercy”. Kompozycja utrzymana wolnym tempie i miks heavy metalu z hard rockiem nie wyszło w tym przypadku na dobre. Jak się dorzuci nudny riff, a przeciętny refren to mamy gniot gotowy. Na pewno dobrze prezentuje się taki „Angels with Dirty faces”, który jest bardzo skoczną kompozycją z zapadającym refrenem, który łatwo wpada w ucho. Również utwór jest atrakcyjnym, pod względem partii gitarowych, czego nie można powiedzieć o pozostałych utworach. Ballada w postaci „Beyond the Trees” zupełnie nie trafiona. Za dużo smęcenia, za mało argumentów muzycznych. Anielski klimat to trochę za mało. Drugim utworem promującym album jest „Hard Times” i to niestety kompromitacja. Za dużo kombinowania w partiach gitarowych i jedynie wokal Doro Pesch przekonuje. „Hellraiser” zapowiada ciężkie granie, jednak tytuł nie jest adekwatny do muzyki. Bo utwór jest nudny i jedynie refren potrafi zauroczyć, bo jest taki bojowy i do tego bardzo koncertowy. Najlepszym utworem jest taki „I am what i am”. Spytacie dlaczego? Bo jest to coś zupełnie innego. To jest taki typowy WARLOCKowy song, z pędzącą sekcją rytmiczną, z energicznym riffem i z chwytliwym refrenem. Takich przebojów Doro wydawała hurtowo z poprzednim zespołem, tym razem coś opornie jej to idzie. Nijaki jest „Cry wolf”. Bo znów trochę heavy metalu, trochę hard rocku i dużo patentów balladowych. Utwór niestety męczy przeciętniactwem i nie atrakcyjnymi dla ucha partiami gitarowymi. Do najlepszych kompozycji na albumie śmiało można zaliczyć „Under the gun” bo są przynajmniej echa starego WARLOCK. Jest szybki riff, taki w miarę ostry i do tego bardzo melodyjny. Również refren jest taki miły dla ucha. Utwór powinien także zadowolić fanów JUDAS PRIEST. Album zamyka nudna ballada w postaci „River of tears”, a także niepotrzebne outro „Bis aufs blut”.
Zmorą tego albumu jest nie równy materiał i nie zdecydowanie Doro Pesch związku z tym co chce grać. Z jednej strony heavy metal z echami dawnego zespołu czyli granie pod WARLOCK czy hard rockowe smęcenie. Nierówność to tylko jedna z wielu wad. Nie ma killerów, te które są nie należą do jakiś wybitnych kompozycji. Mówienie o piątym albumie WARLOCK jest dużym uproszczeniem i duzym nadużyciem. To, że są 2-3 utwory w stylu do jakiego nas przyzwyczaiła wokalistka od razu nie czyni album, krążkiem w stylu WARLOCK. Ogółnie dużo rozczarowanie i nie dosyt, ale to i tak przewrotnie jest jeden z tych lepszych krążków DORO. Na przebłysk kompozytorski Doro Pesch przyjdzie czekać ładnych parę lat. Ocena: 5.5/10
poniedziałek, 8 sierpnia 2011
DORO - Fear No Evil (2009)
Doro Pesch znać powinien każdy fan heavy metalu. Dlaczego? Bo jest to jedna z najbardziej wpływowych wokalistek heavy metalowych, której działalność wywarło wpływ na wiele zespołów i do dziś można spotkać z modelem zespołu, gdzie frontmanem zespołu nie jest mężczyzna a kobieta. Nie bez przyczyny ma przydomek „Królowa Metalu”. Jej historia zaczyna się wraz z zespołem Warlock, jednak ten zespół nie przetrwał zbyt długo. Koniec lat 80 i kończy się pewien okres Doro i zaczyna się nowy. Rozpoczyna karierę solową z zespołem sygnowanym po prostu Doro. Rok 2009 i Doro wydaje z okazji 25 lecia swojej działalności 10 album Doro o tytule „Fear No evil”. Potem w Dusseldorfie odbył się też koncert z okazji jubileuszu. Dlaczego tam? Bo to jest rodzinne miasto. Ja najbardziej cenię sobie działalność Doro w Warlock, to co było później jakoś zbyt do mnie nie przemawiało. Zbyt bardzo rockowe, zbyt łagodne i do tego niezbyt słuchalne. Wraz z premierą „Warrior Soul” gdzieś odezwały się stare wspomnienia, gdzie Doro po części wróciła do grania z Warlock. I do tej pory uważam ten krążek za jej najlepsze osiągnięcie od ostatniego albumu Warlock. Jednak „Fear No Evil” jest też nie wiele gorszy i znów Doro sięga po te patenty, które prezentowała w Warlock i nie bawi się w jakieś rockowe granie, tylko po raz kolejny mammy heavy metalowe granie do jakiego nas przyzwyczaiła królowa metalu. Co ciekawe można znaleźć info, że na albumie są gości i to nie byle jacy, szkoda, tylko że nie tak łatwo ich wyłapać w tym gąszczu heavy metalowego grania. A o to lista:
Tarja Turunen (Tarja, ex-Nightwish)
Biff Byford (Saxon)
Sabina Classen (Holy Moses)
Floor Janssen (After Forver)
Angela Gosow (Arch Enemy)
Veronica Freeman (Benedictum)
Liv Kristine (Leaves’ Eyes)
Ji-In Cho (Krypteria)
Liv (Sister Sin)
Kim McAuliffe, Jackie Chambers, Enid Williams & Denise Dufort (Girlschool)
Biff Byford (Saxon)
Sabina Classen (Holy Moses)
Floor Janssen (After Forver)
Angela Gosow (Arch Enemy)
Veronica Freeman (Benedictum)
Liv Kristine (Leaves’ Eyes)
Ji-In Cho (Krypteria)
Liv (Sister Sin)
Kim McAuliffe, Jackie Chambers, Enid Williams & Denise Dufort (Girlschool)
Jaka by nie była lista to Doro i tak będzie dalej grac swoje, nie zmienia stylu nie ewoluuje, kieruje swoje albumy i muzykę do określonych słuchaczy. Za produkcję odpowiada Andreas Bruhn, Doro Pesch & Torsten Sickert. Na album trafiło 11 utworów i to dość zróżnicowanych. Wszystko rozpoczyna typowy, wręcz taki będący encyklopedycznym przykładem stylu DORO- „Night of warlock” i tak jest to ukłon w stronę lat 80 i zespołu Warlock. Jest to jedna z najlepszych kompozycji od czasu Warrior Soul, ba nawet „Triumph and Agony”. Jest chwytliwy i bardzo koncertowy refren, który porywa tłumy o czym można się przekonać na DVD z jubileuszowego koncertu. Tak mamy metalowy hymn, z bardzo chwytliwą sekcję rytmiczną, ale już tutaj wszystko to co określa styl i muzykę Doro. Bardzo podoba mi się zagrany nieco w stylu Manowar „Running from the devil”. Kawałek należy zaliczyć do jednych z tych cięższych i najlepszych na płycie, a także w twórczości Doro. Wolne tempo, aczkolwiek bardzo skoczne i do tego nieco rycerski refren i wszystko tutaj brzmi bardzo elektryzująco. Oczywiście jubileuszu to celebrowanie, to też mamy „Celebrate” i jest to kawałek który posłużył do promocji albumu. Jest prosty, jest może nieco bardziej hard rockowy, ale to wciąż chwytliwe granie, który przyjemnie się słucha. Pomimo tego, że muzycznie jeśli chodzi o poziom i jakieś wygórowane wymagania, to kawałek wypada słabo, ale nie taki jest zamiar Doro, ona nigdy nie startowała do miana grania metalu, który jest czymś nowym w gatunku. Refren w tym utworze idealnie się sprawdził na koncercie w Dusseldorfie. Z kolei najszybszym i takim nieco thrashowym kawałkiem jest „Caught in aBattle” i jest to wciąż bardzo dobry poziom i można mówić o jednym z mocniejszych utworów na płycie. Szkoda tylko, że momentami brzmi to nieco chaotycznie, a najbardziej rzuca się na słucha perkusja, które brzmi nieco mało profesjonalnie. Doro nie raz śpiewała po niemiecku i nie raz to była ballada, tak jest i tutaj i „Herzblut” nie jest czymś specjalnym. Czyżby próba podbicia niemieckich stacji radiowych? Dobrze tez wypada na albumie taki nieco mroczniejszy „On the Run”, który również ma nieco szybsze tempo, nieco ostrzejszy riff, ale to wciąż styl jaki prezentuje Doro od kilku lat. Sekcja rytmiczna tutaj nieco kuleje. Najlepiej brzmi refren oraz riff, jednak jakich wad by kawałek nie miał, to i tak jest to jedna z ciekawszych kompozycji. Drugą balladą na albumie jest „Walking with the Angels” gdzie Doro śpiewa w duecie z Tarją z Nightwisha. Ballada oczywiście o wiele lepsza od poprzedniej. Ciekawsza rytmika, lepszy refren, lepszy wydźwięk, no i ten klimat. Nieco bardziej epicki i taki oldscholowy niż wcześniejsze utwory jest „I Lay My Head Upon My Sword” i trzeba przyznać kolejny niezły numer, gdzie też jest chwytliwy refren, jest dobra rytmika i nie ma nudy, a to jest ważne. Ciekawie się zaczyna taki „Its Kills Me” gdzie słychać doom metal, mrok i wolne tempo. Niby wszystko ok, ale potem wkracza trochę rocka i wszystko szlak trafia. Może dno to nie jest, ale ciężko strawne.” Long Lost for Love” to kawałek przeciętny gdzie słychać coś z Celine Dion i jej kawałka do Titinica, słychać też coś z rodzimego Crystal Viper, ogólnie znów słabszy kawałek na albumie. Też zakończenie w postaci „25 years” nie zmienia kiepskiej końcówki. Wciąż drętwe granie, gdzie komercja wychodzi z każdej strony i najwięcej w tym pop rocka i innych dziwactw, a wszystko to po to żeby urozmaicić album.
Co by nie powiedzieć jest to kontynuacja stylu właściwego z poprzedniego albumu to jest „Warrior Soul” i jak na moje uszy album jest może i nawet lepszy od poprzednika który był dobry. Jest on bardziej wyrównany, ma więcej przebojów i wiele ciekawszych melodii. Jednak album sam w sobie też nie jest czymś genialnym. Ot co dobry heavy metalowy album skierowany do fanów królowej metalu. Mamy metalowe hymny, szybkie petardy, rockowe i komercyjne kawałki, a także killery. Jest dość urozmaicony materiał, ale Doro nie tworzy już takich kompozycji jak w Warlock, nie ma już tej szczypty geniuszu. Jest tylko dobrze, albo aż dobrze. Nota : 6.5/10
Subskrybuj:
Posty (Atom)











