Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Witchbound. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Witchbound. Pokaż wszystkie posty

niedziela, 2 maja 2021

WITCHBOUND - End of paradise (2021)


 Dobrze wspominam debiut niemieckiego Witchbound sprzed 6 lat. To był kawał solidnego heavy metalu. Chciałem zobaczyć, czy podobne emocje wywoła u mnie najnowszy krążek zatytułowany "End of paradise". Były obawy, bowiem ze starego składy zostało dwóch były członków stormwitch czyli Stefan Kaufmann i Petera Langera. Niestety, ale mój strach nie był bezpodstawny.

Coś poszło nie tak, tylko kogo obarczyć niepowodzeniem? Zawiodły same kompozycje, które momentami są nijakie i okrojone z mocy. No też nie przekonuje mnie duet wokalistów tworzonych przez Natalie Pereira Dos Santos i Tobiasa Schwanka. Choć wokaliści potrafią śpiewać i talentu im nie odmówię, to jednak niczym nie zaskakują i nie wzbudzają żadnych emocji. Jest poprawnie, a ja oczekiwałem czegoś więcej od Witchbound. Solidne rzemiosło, które nie porywa słuchacza i nie wciąga go w świat tej formacji. Oj bywało lepiej w tej grupie.

Taki "Carved in Stone" pokazuje z czym band się boryka. Nudny i nijaki heavy metal, który nie zapada w pamięci. Płyta miewa przebłyski. Na przykład taki "Battle of Kadesh" zaskakuje nowoczesnym wydźwiękiem i progresywnym charakterem. Tutaj brzmi to dość ciekawie. Pozytywne emocje wzbudza melodyjny "Interstellar odyssey",  który przypomina nieco Gamma ray. Jest energia i dobry ładunek przebojowości i szkoda, że cały album taki nie jest. "Flags of Freedom" w sferze gitar przemyca coś z UDO. Ciekawie wypada też radosny i bardziej hard rockowy "Foreign Shores". Do grona ciekawych utworów zaliczyć jeszcze melodyjny "As long as we can rock", który również opiera się na chwytliwej melodii i pomysłowych zagrywkach gitarowych. W takim klasycznym graniu band wypada znacznie ciekawiej.

O ile debiut wypadał naprawdę bardzo dobrze jako album heavy metalowy, tak "End of paradise" miewa ciekawe przebłyski, ale jako całość wypada niestety blado. To średniej klasy album, który niczym nie zaskakuje, a czasami nawet przynudza swoją nijaką formą. Może następnym razem będzie lepiej?

Ocena: 4.5/10

wtorek, 2 czerwca 2015

WITCHBOUND - Tarots Legacy (2015)

W tym roku powrócił do świata żywych kultowy band z lat 80, a mianowicie Stormwitch. Ta kapela dorobiła się kilku naprawdę mocnych albumów, ale tegoroczny „Seasons of The Witch” to ogromne rozczarowanie. Zespół zawiódł pod każdym możliwym względem i w sumie nie ma się co dziwić, skoro obecnie bardziej to przypomina projekt muzyczny Andiego i Jurgena. Na szczęście powstała bardzo dobra alternatywa dla fanów Stormwitch. Jest nią Witchbound. Już na przestrzeni lat 2006/2007 powstawały pomysły na album i Harald Spangler zdążył jeszcze przed swoją śmiercią opracować sporo kompozycji. Stefan Kaufmann postanowił dalej ciągnąć ten band i tak Witchbound w 2013 zmobilizował się jeszcze bardziej. W zespole pojawili się dawni muzycy Stormwitch tj: Ronny Gleisberg, Peter Langer i Martin Winkler, a skład uzupełnił Thorsten Lichtner . Projekt muzyczny szybko przerodził się w prawdziwy band, który chce wypełnić lukę po nieudanym powrocie Stormwitch. „Tarot's Legacy” to hołd dla Lee Tarota i starego Stormwitch.

Okładka i nazwa to taki miły gest dla fanów Stormwitch. Nawiązanie do tradycji i do legendy jaką jest Stormwitch. Jednak w przeciwieństwie do ekpipy Andiego i Jurgena Witchbound naprawdę przyłożył się do swojego albumu. Jeśli szukacie solidnego heavy/power metalu utrzymanego w tradycyjnym klimacie, nasyconego niemiecką manierą i przebojowością to dobrze trafiliście. Witchbound nie dość że nawiązuje do twórczości Stormwitch i to tego najlepszego okresu, to jeszcze stara się nas zaskoczyć i stworzyć swój własny styl. Nie ma w tym kiczu, a zespół stawia na energiczne tempo, dużą dawkę przebojowości. Jest to szczere i przemawia do słuchacza. Zespół nie marnował czasu i nagrał aż 14 utworów. Mamy niezły rozrzut i każdy znajdzie coś dla siebie. Zaczyna się od „Dance into The Fire”, który promował ten album. Jest klimat lat 80, mieszanka heavy metalu i hard rocka, a wszystko zagrane z pomysłem. To dobrze rokuje i zachęca do zapoznania się zresztą. „Mauritania” to też bardziej melodyjny kawałek o zabarwieniu hard rockowy, ale pokazuje że w kapeli jest potencjał. Przykładem mocnego, rasowego heavy metalu w stylu lat 80 jest choćby taki żywszy „Jesters day”. Bardzo podoba mi się „To search for the Grail”, który ma riff na miarę twórczości Dio i to jest mocny atut tego kawałka. Nie zabrakło też przyspieszenia i typowego heavy/power metalu w niemieckiej odsłonie i taki Holy Ground” to dobry przykład tego. Oscar Dronjak z Hammerfall pojawia się gościnnie w „Keep The Pyre Burning” i to kolejny dobry powód dla którego warto sięgnąć po debiutancki album Witchbound. Po kilku przerywnikach pojawia się kolejna petarda w postaci „Die sword in Hand”. Kto lubi true heavy metal i Accept ten powinien wsłuchać się w mocarny „Sands of Time”. Całość zamyka romantyczna ballada w postaci „Trail of Stars”.

To co się nie udało Stormwtich udało się wykonać Witchbound na debiutanckim albumie. Jest heavy/power metal na wysokim poziomie, jest pomysł na kompozycje, jest tradycja, doświadczenie, a przede wszystkim zespół oddaje hołd Stormwitch. Miło, że dawni muzycy nie poddali się i stworzyli coś własnego, co wypełni lukę po nieudanym powrocie Stormwitch. Dla fanów heavy/power metalu jest to pozycja obowiązkowa, że o fanach Stormwitch nie wspomnę.

Ocena: 8/10