poniedziałek, 21 sierpnia 2017

ONE DESIRE - One Desire (2017)

Andre Liman to człowiek znany z hard rockowego zespołu Sturm und Drang i troszkę brakuje jego obecności w rockowym światku. To był kawał dobrej i odprężającej muzyki. Była energia i kilka stadionowych hitów. Teraz Andre wraca z nowym zespołem, który zwie się One Desire. W skład zespołu wchodzi Jimmy Westerlund, Ossi Sivula i Jonas Kuhlberg z Cain;s Offering. Wytwórnia Frontiers Music Srl zadbała o marketing dotyczący debiutanckiego albumu „One Desire” i wiele osób mówiło nawet o kandydacie do płyty roku. Może nie podniecałbym się aż tak bardzo, ale śmiało można mówić o jednym z najciekawszych wydawnictw w kategorii hard rocka i heavy metalu.

Muzyka One Desire jest przede wszystkim dynamiczna, zadziorna, przebojowa i taka lekka. Słucha się tego z przyjemnością, zwłaszcza że zespół czerpie garściami z Sturm und Drang, ale też Motley Crue, Def Leppard czy Kiss. Kiedy do sieci trafiały kolejne kompozycje z krążka, to już wiedziałem że jest do płyta która przypadnie mi do gustu. Brakowało mi takiego właśnie hard rocka o bardzo melodyjnym charakterze. Muzycy nie kryją swojego doświadczenia i preferencji gatunkowych. Wokal Andre jest idealny do tej muzyki. Taki czysty, taki nieskażony i taki naturalny. Potrafi nadać całości nieco komercyjnego charakteru oraz melodyjny wydźwięk. Ta płyta to przede wszystkim trafione melodie, ciekawe aranżacje i zgrane partie gitarowe. Każdy utwór to rasowy hit, który śmiało mógłby podpić stacje radiowe.

Na samym początku mamy „Hurt”, który promował album. Zadziorny riff, melodyjne klawisze i duża dawka melodyjności. To jest właśnie przykład jak stworzyć hit w kategorii melodyjnego metalu i hard rocka. Dalej mamy nieco bardziej komercyjny, ale równie chwytliwy „Apolagize”. Przypominają się największe przeboje Def Leppard i słychać inspiracje jakimi kieruje się One Desire. W podobnych klimatach utrzymany jest rytmiczny „Love injection” w którym nie brakuje ducha starego Scorpions. Dalej mamy energiczny i chwytliwy „Turn back Time”, który pokazuje jak zespół jest zgrany i przygotowany. Dużo emocji i klasyki zawarto w klimatycznym „Falling Apart”. Dla fanów nieco mocniejszych utworów zespół przygotował rozpędzony i dynamiczny „Straight through the heart” czy energiczny „Buried Alive” o nieco heavy/power metalowym charakterze. Całość zamyka klimatyczna i łapiąca za serce ballada w postaci „This is where heartbreak begins”.

Nie ma słabych utworów i mówimy o dziele kompletnym i dopracowanym pod każdym względem. Mam nadzieje, że One Desire będzie zespołem z prawdziwego zdarzenia i jeszcze trochę pogra. Brakowało takiego zespołu w hard rockowym światku i dobrze że powstał One Desire. Dla fanów heavy metalu i hard rocka pozycja obowiązkowa.

Ocena: 9/10

piątek, 18 sierpnia 2017

HAVOK - Conformicide (2017)

Fani thrash metalu nie mogą narzekać na brak ciekawych płyt w bieżącym roku. Nawet wielkie kapele dają czadu i mam tutaj na myśli choćby Kreator czy Overkill, ale też zespoły młodego pokolenia jak choćby Warbringer i Havok. Amerykański band o nazwie Havok dał się już nam poznać kapela, która czerpie garściami z Megadeth, exodus czy Death Angel. Wiedzą jak grać agresywny, dynamiczny i ostry thrash metal, który nawiązuje do lat 80 czy 90. Nagrali 3 albumy w tej stylizacji, ale najnowsze dzieło w postaci „Conformicide” to powiew świeżości i miłe zaskoczenie ze strony zespołu. Dlaczego? Havok uderza szturmem w techniczny thrash metal, który ma zaskakiwać formą i aranżacjami. Dodatkowo najnowsze dzieło śmiało można nazwać tym najlepszym w dyskografii amerykanów.

Skąd taki wniosek? Mówimy w przypadku „Conformicide” o płycie dopracowanej, dojrzałej, przemyślanej i pomysłowej. Niby zespół momentami brzmi jak Death Angel czy Megadeth, ale nie jest niczyją kopią, bo dawno znaleźli swój styl. Ameryki nie odkryli, ale wciąż jest głód na taki thrash metal. Na plus na pewno trzeba zaliczyć fakt, że zespół cały czas bawi się swoim stylem i że potrafi go urozmaicać. Każda z kompozycji jest inna i prezentuje nieco inne oblicze zespołu. Havok podrasował swoje brzmienie, które jest ostrzejsze i lepiej wyważone. Lepiej słychać perkusję i nowego basistę Nicka, który odwala kawał dobrej roboty. To dzięki niemu kawałki mają taką przestrzeń i wyrazisty wydźwięk. Havok sukces odniósł dzięki świetnemu wokaliście jakim bez wątpienia jest David Sanchez. Jego maniera na tym albumie momentami ociera się o harsh wokal charakterystyczny dla metalcore'u. David dalej momentami potrafi przypomnieć wokalistę z Death Angel czy Musteina z Megadeth. Jednym słowem idealnie pasuje do technicznego thrash metalu jaki zespół prezentuje na nowej płycie.

Zaczyna się od klimatycznego „F.P.C” i jest bardzo dobre budowanie mrocznego klimatu. Idealnie to współgra z mroczną i klimatyczną okładką. Kompozycja jest bardzo zakręcona i nie taka łatwa w odbiorze. Mocny bas jest tutaj naprawdę uroczy i jest główną atrakcją. Ciekawa mieszanka punk rocku i progresywnego thrash metalu. Pomysłowe partie basowe też są ciekawym ozdobnikiem agresywnego i rozpędzonego „Hang 'em high”. Jest to jeden z najlepszych kawałków jakie stworzył Havok. Kolejny utwór w postaci „Dogmanical” również zaczyna się klimatycznie i bardzo dobrze sprawdzają zagrywki akustyczne. Dobry przykład jak tworzyć złożone i bardziej urozmaicone kawałki thrash metalowe. Słuchając takiego „Intention to Deceive” można od razu przenieść się do lat 90 i twórczości Toxik. Znów zespół pokazuje nieco inne oblicze, bowiem nie brakuje tutaj elementów heavy metalu. Jest melodyjne, ale i agresywnie. Na płycie nie zabrakło też dłuższych kawałków i w tej kategorii mamy marszowy „Ingsoc”, urozmaicony „Masterplan” czy melodyjny „Circling the drain” o metalowym charakterze. Urocza jest toporność w „Peace is in pieces” czy przebojowość w agresywnym „Wake up”. Zespół jest w szczytowej formie i słychać to nawet w coverze Pantery w postaci „Slaughtered”.
Godzina z nowym albumem Havok szybka mija i wiele dźwięków zostaje w głowie. „Conformicide” to płyta złożona, urozmaicona i najlepsze jest to, że z każdym odsłuchem odkrywa się kolejne smaczki i elementy układanki. Bardzo dojrzała płyta, która pokazuje że techniczny thrash metal jest jak najbardziej dla nich. Najnowsze dzieło to najlepsze co nagrali amerykanie i kto wie pewnie powalczy o tytuł płyty roku.

Ocena: 9.5/10

środa, 16 sierpnia 2017

VOLTAX - No retreat...no surender (2017)

Voltax to meksykański band, który idzie śladami Skull Fist czy White Wizzard. Działają od 2006 r i szybko dorobili się 4 płyt, a najnowsze dzieło w postaci „No retreat...no surender” jest tylko dowodem jak Voltex świetnie radzi sobie z heavy metalem w stylu lat 80.

Niby z jednej strony mamy oklepane motywy wypracowane kilkanaście lat temu przez Running Wild, Iron maiden czy Judas Priest, ale z drugiej strony Voltax gra swoje i przetwarza te znane patenty w nowe pomysły. Miło jest usłyszeć dawkę czadowego, prostego i melodyjnego heavy metalu z domieszką speed metalu, hard rocka i NWOBHM. Kiedy ma się w zespole charyzmatycznego wokalistę jak Jerry to można wiele zdziałać. To właśnie nadaje całości pazura i takiego klimatu lat 80. Ricardo i Diego to z kolei muzycy, którzy odpowiadają za dynamiczną i ostrą warstwę instrumentalną. Płyta kipi energią i potrafi zaskoczyć słuchacza. „Broken World” to utwór szybki, z nutką hard rocka, ale i też speed metalu. Idealny start i przykład, że można grać na wzór wielkich kapel, a przy tym być sobą. Bluesowe wejście w „This void we Ride” jest intrygujące i zaskakujące. Sam utwór szybko wkracza w rejony Iron Maiden z pierwszych płyt. Brzmienie gitar robi swoje. Szybszy i bardziej zadziorny „Deadly Games” ma coś z Judas Priest, Gravestone czy Angel Witch. Zespół nie zwalnia tempa i w „Go with Me” też nie brakuje energii i heavy metalowego pazura. Kolejny przykład rasowego przeboju, który buja od samego początku. Nie mogło zabraknąć wtym wszystkim ukłonu dla Deep Purple czy Dio co zresztą słychać w mroczniejszym i bardziej klimatycznym „Starless Night”. Fani wczesnego Iron Maiden czy NWOBHM na pewno pokochają zwariowany i dynamiczny „Explota”. Choć na płycie dominują krótkie i treściwie kompozycje to nie mogło zabraknąć jednego dłuższego kawałka i „The hero” to świetny hołd dla pierwszego krążka Iron Maiden. Całość zamyka cover Chicago w postaci „10 25, 6 to 4”.

Nie liczyłem, że Voltax wyda taki dynamiczny i dopracowany album. Każdy utwór to właściwie killer i prawdziwa uczta dla fanów heavy/speed metalu z lat 80. Wszystkie dźwięki są dopracowane i pomysłowe. Jedno z najlepszych albumów metalowych roku 2017!

Ocena: 9/10

niedziela, 13 sierpnia 2017

NOCNY KOCHANEK - Zdrajcy Metalu (2017)

Nasz rodzimy Night Mistress to jeden z najbardziej uzdolnionych kapel, które pokazują jak grać heavy/power metal na wysokim, światowym poziomie. Ostatni album tej grupy ukazał się w 2014 r, a muzycy z Night Mistress w międzyczasie powołali do życia Nocny Kochanek. Grupa powstała w 2012 r i tworzą ją ci sami muzycy, których znamy z Night Mistress. Nocny kochanek to takie przeciwieństwo Night Mistress, takie alter ego. Zamiast poważnego heavy/power metalu w języku angielskim mamy zabawne teksty o piciu i seksie, a wszystko w języku rodzimym, co byłoby łatwiejsze w odbiorze i jeszcze bardziej zabawne. Dwa albumy Nocny Kochanek już nagrał i najnowsze dzieło w postaci „zdrajcy Metalu” jest specyficzne i skierowane do określonej grupy słuchaczy.

Nie każdy może polubić te specyficzne teksty, w których pojawia się miejsce dla alkoholu, seksu, kondonów, czy tanich win. Jest to momentami irytujące, ale jeśli chcemy się odprężyć i przy tym dobrze bawić, to wtedy Nocny kochanek się sprawdza. Mało zobowiązująca muzyka, w której przemycane są klasyczne zagrywki rodem z płyt Iron maiden czy Judas Priest. Właśnie od strony czysto muzycznej jest bardzo dobrze. Zresztą panowie są naprawdę uzdolnieni i potrafią grać na wysokim poziomie. Tak więc nie brakuje ciekawych melodii, ostrych riffów, czy mocnego wyrazistego wokalu. Pod tym względem dzieje się sporo, tylko czasami gryzie się to z tym humorem który jest jakby na pierwszym miejscu. Krzysztof Sokołowski daje niezły popis, jeśli chodzi o wokal i naprawdę miło się go słucha, nawet jeśli śpiewa po polsku. Z kolei Robert i Arek tradycyjnie dają czadu w gitarowych zagrywkach i trzeba przyznać moc jest w każdym utworze.

Na sam start „Poniedziałek” i to mocny heavy metalowy kawałek mocno zakorzeniony w klimatach Primal Fear, czy Helstar. Nocny kochanek od razu pokazuje moc i pazur. Sam tekst taki dość autentyczny i na swój sposób śmieszny. Nośne melodie i przebojowość, to jest atut tej płyty. Miło słucha się takich przebojów jak „Dżentelmeni metalu”, gdzie zespół nawiązuje do klasyki heavy metalu. Jest prosto, kiczowato i tak w stylu lat 80. Dalej mamy szybki i dynamiczny „Pigułka Samogwałtu”, gdzie zespół chce nawiązać do twórczości Helloween czy Gamma Ray. Kiedy usłyszałem „Dziabnięty” to od razu skojarzyło mi się z „King of the Day” Primal Fear. Nawet Krzysztof śpiewa niczym Ralf Sheepers co jest sporym atutem. Echa hard rocka rodem z Dokken czy Pretty maids można dostrzec w przebojowym „Łatwa nie była”. Humor i ballada to kiepska mieszanka. „Dziewczyna z Kebabem” jest bardzo irytujący i jest to najsłabszy punkt płyty. Petarda w postaci „Smoki i gołe baby” to power metal pełną gębą. Jeśli tekst nie zachwyca, to przynajmniej można skupić się na świetnej warstwie instrumentalnej. W sumie najbardziej rozśmieszył mnie „De pajrat bej”, gdzie zespół parodiuje Running Wild. Już samo wejście rodem z „Port Royal” jest śmieszne. Kolejnym ostrym utworem na płycie jest „Zdrajcy metalu”, który również nawiązuje do Primal Fear i w takiej stylizacji zespół najlepiej wypada. „Pierwszego nie przepijam” to już bardziej hard rockowe granie w stylu Krokus czy Airbourne. Na koniec spokojniejszy „Gdzie Jesteś”, który nie wiele wnosi do całości.

Wesoły heavy metal zagrany żartobliwe, ale z mocą i pazurem. Dobrze się tego słucha, pomimo że teksty czasami potrafią irytować i zniechęcać do słuchania. Wszystko zależy od podejścia słuchacza i dystansu do tekstów zespołu. Płytę na pewno warto obczaić.

Ocena: 8/10

piątek, 11 sierpnia 2017

DANKO JONES - Wild CAt (2017)

W końcu przyszedł czas na nowe dzieło kanadyjskiego zespołu Danko Jones. Ostatnie wydawnictwo ukazało się w 2012 r i potwierdzało tylko że pochodzący z Toronto band wie jak grać zadziorny i z dobrym humorem hard rock. „Wild Cat” to nic nowego jeśli chodzi o muzykę Danko Jones. Dalej jest to prosty, chwytliwy i bardzo zadziorny hard rock z domieszką punku czy bluesa. Panowie wzorują się na Ac/Dc, Aeorosmith, Dokken czy Sinner. Na nowym krążku nie brakuje mocnych i ostrych riffów, dobrych melodii czy szaleństwa. Zespół oczywiście napędza nie kto inny jak gitarzysta i wokalista Danko Jones. Echa Ac/Dc mamy w rytmicznym „My little RnR” i w zasadzie na płycie jest sporo pozytywnej energii i przebojowości, co potwierdza otwieracz „i gotta rock”. Zespół stawia na proste motywy jak te w „You re my woman” czy „Do this every night”. Z ciekawych kompozycji mamy przebojowy „Wild cat” z pomysłowym motywem w roli głównej. Momentami przypomina to dokonania Motorhead. Rytmiczny i zadziorny „Success in the bed” to kolejny udany hit na płycie. W tym utworze podoba mi się lekkość, bujający riff i taki nieco punkowy charakter. Jeszcze więcej energii mamy w rozpędzonym „Diamond lady”.
Danko Jones to sprawdzony zespół jeśli chodzi o dobrą zabawę i hard rockowe szaleństwo. Nie stawiają na ambitne granie ani też na rewolucję. Grają swoje i przez to mają stałych fanów. Dla fanów gautnku pozycja obowiązkowa.

Ocena: 7/10

wtorek, 8 sierpnia 2017

ASTRADICA - Deadly Eruption (2017)

Astradica to norweski band, który chce pójść w ślady Striker, Rocka Rollas czy Enforcer. W głowie im motywy i melodie rodem z lat 80. Mają na celu mieszać tradycyjny heavy metal spod znaku Accept, Judas Priest czy Iron Maiden z hard rockową manierą Dokken czy Pretty maids. Niby nic nowego, niby nic nadzwyczajnego i bardzo prostego, ale ile radości dostarcza. Astradica działa od 2009 roku i w końcu pokazuje światu swój album w postaci „Deadly Eruption”. Okładka taka w stylu lat 80, czyli prosta i kiczowata. Muzyka jest również prosta, ale bardzo chwytliwa i zapada w pamięci. Trzy osobowy skład zespołu sprawia, że nie trzeba wiele by grać solidny heavy metal. Arid to pomysłowy basista i zadziorny wokalista, który dobrze się przy tym bawi. Z kolei Stig stoi za tymi prostymi i chwytliwymi partiami gitarowymi. Oklepane to wszystko, ale fajnie się tego słucha. „Anonymous Enemies” brzmi jak nawiązanie do „Metal Heart” Accept i to dobry znak. Bardziej toporny i hard rockowy jest „Front Row”, z kolei echa Grave Digger czy Accept można uświadczyć w mroczniejszym „Turn back Time”. Prosty „ You” opiera się na chwytliwym riffie i przebojowym charakterze i to zdaje egzamin. Słabym punktem jest nijaka ballada „Shadows”, która nie wiele wnosi do całości. „the killer instict” nawiązuje do NWOBHM i starego iron maiden. Na koniec mamy dwa bardziej rozbudowane i mroczniejsze kawałki w postaci „A Soldiers Mind” czy „Tombstone”, które idealnie podsumowują całość.

Astradica gra prosty i szczery heavy metal, który spodoba się fanom heavy metalu lat 80 i tym wszystkim którzy nie mają sporych wymagań co do tego typu muzyki.

Ocena: 6.5/10

sobota, 5 sierpnia 2017

RUSTX - T.T.P.M (2017)

Najpierw był Flames in Ice, potem w 2004 r cypryjski band przybrał nazwę RUST, a od 2014 r mamy RUSTX. Mają na swoim koncie całkiem przyzwoity debiut w postaci „Forged in the fire of metal”. 6 lat przyszło czekać fanom na nowe dzieło i tak o to pojawił się drugi album zatytułowany „T.T.P.M”, który jest świetną kontynuacją debiutu i jeszcze bardziej dojrzałym dziełem.

Do składu wciągnięto Katarine Xanthou, która jest siostrą pozostałych muzyków. Fajnie jest widzieć, że zespół tworzy rodzeństwo i każdy odgrywa kluczową rolę. Każdy z nich dokładka partie wokalne, przez co partie wokalne są urozmaicone. Katarine zajęła się klawiszami dając nieco progresywnego zacięcia i sporej ilości ciekawych melodii. Panagiotis odpowiada za partie gitarowe i za ostre riffy. Stawia na klimat lat 80, na proste i chwytliwe melodie, a także na zadziorne solówki. To wszystko przedkłada się na jakość zawartej muzyki. Śmiało ten zespół można postawić obok takiego Enforcer, Rocka Rollas, czy Striker. Kawał porządnego heavy metalu, który jest zakorzeniony w latach 80. Okładka jest mroczna i troszkę nieadekwatna do zawartości. Z kolei brzmienie jest dopieszczone i przesiąknięte klimatem lat 80.

Na płycie znajdziemy 10 kompozycje, które potrafią zauroczyć wykonaniem i pomysłowością zespołu. Na sam start mamy energiczny „Fire at will”, który jest skrzyżowaniem heavy/speed metalu i hard rocka spod znaku Deep Purple. Zespół pędzi do przodu i czerpie z tego radość. „Frontier Heroes” jest przykładem gdzie klawisze budują klimat i całą linię melodyjną. Kolejny hit na płycie. Bardziej rockowy jest „Journey arrives”, który ukazuje też progresywne oblicze zespołu. Tytułowy „T.T.P.M” jest niezwykle zadziorny i przemyca cechy NWOBHM, a najlepsze jest to, że 7 minutowy instrumental z różnymi przejściami. Do grona ciekawych utworów na pewno warto zaliczyć nieco futurystyczny „Too late”, rozpędzony „treason”, czy balladę „Dreams of Tommorow”.

Fani klasycznego brzmienie, progresywnego zacięcia i lat 80 bez problemu odnajdą się na nowym albumie RUSTX. Płyta jest solidna i wypełniona dobrymi kompozycjami, które potrafią zaskoczyć słuchacza i oczarować ciekawymi melodiami. Nie jest to arcydzieło, ale przyzwoita płyta o ciekawym charakterze.

Ocena: 6/10

piątek, 4 sierpnia 2017

ACCEPT - The Rise of Chaos (2017)

Każdy z nas ma swoją listę ulubionych zespołów, listę tych kapel, który ukształtowały nasz gust i nasze upodobania muzyczne. Ja też mam swój zestaw zespołów, który przekonały mnie do heavy metalu i pozwoli na dobre zakochać się w tego typu muzyce. Wśród tych kapel jest niemiecki Accept, który ma status legendy i śmiało można ich porównać do takich tuz jak Iron Maiden, Judas Priest czy Saxon. Jest to jedna z tych kapel, która nagrała sporo klasyków, sporo kultowych albumów, a ich reaktywacja w 2009 r wzbudziła szerokie zainteresowanie. Nic dziwnego, w końcu ostatni album ukazał się w 1995r. Wielu się bało powrotu z innym wokalistą, w końcu z Davidem Reecem się nie udało. Jednak nowy rozdział z Markiem Tornillem okazał się strzałem w dziesiątkę. Kapela kuje żelazo póki gorące i nic dziwnego że tak często wydają teraz nowy album. Pytanie czy panowie nie idą teraz w ilość zamiast w jakość?

Accept to typowy brudny i zadziorny wokal, to podniosłe chórki, charakterystyczne riffy i niemiecka toporność. To również chwytliwe melodie i pulsujący bas Baltesa. To było na "Blood of the Nations", który miał coś z "Balls of The Wall" i nic dziwnego z miejsca stał się klasykiem. Przebojowy i dynamiczny "Stalingrad" był czymś na miarę rosyjskiej ruletki. Nieco inny był "Blind rage", który nie wzbudzał już takich emocji, choć jego hard rockowa finezja przypomina czasy "Metal Heart". Jeśli o mnie chodzi, to ostatni album pozostawił mi spory niedosyt. Brakowało mi typowych zagrywek gitarowych, mocnych i zapadających w głowie przebojów.  Sam album był nie równy i jakiś taki nie na miarę Accept. Minęły 3 lata i Accept zmienił skład. Pojawił się gitarzysta Uwe Lulis, który jest znany z Grave Digger.Z kolei Christopher Williams zasiadł na stołku perkusisty.  W takim składzie został zarejestrowany  "The rise of Chaos". Można było się spodziewać, że 15 album będzie nieco inny, że nowe osoby wniosą świeżość do muzyki Accept. Jednak czy tak się stało?

"The rise of Chaos" to album na pewno dobry, nawet bardzo dobry, ale niestety to nic nowego. Muzyka Accept nie zachwyca tak jak na "Stalingrad" czy "Blood of the nations". Nie ma elementu zaskoczenia, nie ma eksperymentów, nie ma też wielkich, ponadczasowych utworów, który na długo wbijają się w twórczość Accept. Zawsze na każdym albumie był jakiś taki zaskakujący przebój, który od razu stawał się klasykiem. "Teutonic terror" , "Stalingrad", "Stampade" czy inne klasyki to najlepsze przykłady. Na nowy albumie troszkę ciężko oto. Brakuje świeżości też w brzmieniu, bo Andy Sneap dalej dostarcza nam takich samych smaczków i patentów. Brzmi to już znajomo, dlatego trochę wieje nudą. Obawiałem się, że "The rise of chaos" będzie pięknym albumem tylko od strony technicznej i brzmieniowej. Na szczęście nie jest, aż tak źle.

Accept to machina nie do zatrzymania i choć nie mają już takiej ikry i nie tworzą takich petard jak "Metal Heart" to wciąż tworzą heavy metal na wysokim poziomie. Atutem jest to, że cały materiał trwa 45 minut, czyli co klasyczne albumy.

Album otwiera melodyjne wejście gitar i podniosłość niczym w "Metal Heart" . Właśnie takie emocje wzbudza energiczny otwieracz "Die by the Sword".  Jest ostry riff, jest chwytliwy refren i prostota, co pozwala od razu pokochać ten kawałek. Jest w tym duch Accept, ale też i Grave Digger. Niemiecka toporność, brud i mroczny klimat mamy w "Hole in the Head" i choć nasuwają nam się czasy "Balls to the wall" to jednak za mało tutaj ognia i trochę wieje nudą. Tytułowy "The rise of chaos" to utwór, który promował album. Nie wiem czemu, ale mimo mocnego taktu, szybszego tempa utwór jakoś nie przypadł mi do gustu. Za dużo technicznego grania na siłę, a za mało luzu i przebojowości. Gdzieś uleciała ta lekkość i ciekawe przejścia gitarowe, które zawsze były w muzyce Accept. Choć początek płyty nie jest najlepszy, to jednak wraz z luzackich i nieco hard rockowym "Koolaid". Jest w tym duch Ac/Dc, ale też coś z lat 80, tak więc pierwszy klasyk odnotowano. Ten utwór urzeka swoją prostotą i przebojowością i tak powinien brzmieć Accept. Pierwszą petardą na płycie jest "No regrets", który śmiało mógłby znaleźć się na "Ojection Overruled". W końcu Uwe i Wolf dają ciekawy popis solówek i przejść gitarowych. Moim faworytem został od razu prosty i przebojowy "analog Man", który urzeka swoim prostym charakterem i klasycznymi patentami. To jest już Accept, jaki znamy z "Metal Heart" czy "Balls to the Wall". Świetny riff i chwytliwy refren sprawiają, że utwór zapada w pamięci. Dalej mamy szybki, energiczny "What's done is done", który cechuje się ostrym i melodyjnym riffem, który oddaje to co najlepsze w Accept. Brakowało mi takich hitów na "Blind Rage".  W "Worlds Colliding" też można usłyszeć sporo sprawdzonych patentów Accept i takich klasycznych rozwiązań, co bardzo cieszy.  Drugą petardą na płycie jest "Carry the Weight", który nawiązuje do ostrego i dynamicznego "Blood of the Nations". Całość zamyka bardziej rozbudowany i podniosły "Race to extinction", który też przemyca ciekawe zagrywki gitarowe i liczne solówki. Accept w pigułce.

Początek płyty może nie jest idealny, ale album zyskuje z drugim obrotem i na pewno potęgą jest druga połowa płyta. Jest lepiej niż na "Blind Rage", ale nie ma już takiego zaskoczenia, takich emocji jak przy "Blood of The Nations". Najważniejsze jest to, że Accept wciąż istnieje i tworzy nową muzykę, zwłaszcza że nie jest poniżej ich poziomu.

Ocena: 8.5/10

środa, 2 sierpnia 2017

ARTHEMIS - Blood Fury Domination (2017)

Kiedy w 2009 r Arthemis zasilił nowy wokalista w postaci Fabio D to kapela nie co straciła na jakości. „Black Society” był przykładem jak grać melodyjny metal w którym nie brakuje mrocznego klimatu czy wyszukanych melodii. Choć Arthemis tworzyli muzycy, którzy również byli znani z Power Quest, to jednak muzyka była na zupełnie wyższym poziomie. W 2010 r pojawił się „Hereos”, który pokazał nieco inne oblicze zespołu. Włoska formacja nieco jakby złagodniała i ich heavy/power metal stał się taki oklepany. Niby pozostało nowoczesne brzmienie i duża melodyjność, jednak to nie było już to. Kolejny album „We Fight” był już bardziej dopracowany i pokazywał, że skład się zmienił to Arthemis wciąż jest wstanie nagrać dobry album. Minęło 5 lat i przeszedł czas na „Blood fury domination”.
Styl jakoś diametralnie się nie zmienił i dalej jesteśmy świadkami solidnego heavy/power metal oprawionego nowoczesnym brzmieniem. Gitarzysta Andrea dwoi się i troi by riffy były zadziorne i atrakcyjne dla słuchacza. Na pewno są agresywne, zagrane z pazurem i dbałością o melodie. Jednak nie ma mowy tutaj o jakimś geniuszu, ot co wszystko jest poprawne. Sam materiał jest solidny, ale nie wzbudza większych emocji, a szkoda bo mogło być znacznie lepiej. Otwieracz „Undead” pokazuje jaki naprawdę jest nowy album. Jest gdzieś mroczny klimat, jest ostry riff i nacisk na nowoczesne brzmienie. Słucha się tego całkiem dobrze, ale nie ma mowy o jakimś zaskoczeniu. Nieco progresywny i bardziej dynamiczny „Blood red sky” to kolejny mocny punkt na płycie. Taka odsłona heavy/power metalu już bardziej do mnie przemawia. Kiepskim pomysłem było nagrać balladę, zwłaszcza taką bez emocji i pomysłu. Niestety, ale „If i fall” taki jest. Dalej mamy petardę w stylu Persuader czyli „Warcry” i to jest droga, którą powinien podążać Arthemis. Echa starego Arthemis można gdzieś wyłapać w melodyjnym i bardziej złożonym „Dark fire”, który imponuje wykonaniem. Całość zamyka bardziej techniczny „Imortals”.

Nowy skład Arthemis radzi sobie i nawet Fabio D wciągnął się w świat Arthemis. Zespół gra dalej swoje, ale dalekie jest to do tego co kiedyś prezentował na swoich albumach. Teraz jest dobrze, ale jakoś tak bez emocji. Mamy agresywne riffy, urozmaicenie i szybkość, ale same motywy takie momentami stworzone jakby na siłę. Nic pozostaje wrócić do „Black society”.

Ocena: 6.5/10

sobota, 29 lipca 2017

SANCTUARY - Inception (2017)

W 2010 r powrócił kultowy band Sanctuary, który jest szeroko znany fanom heavy/power metalu jak i fanom speed/thrash metalu. Tu też na dobre rozpoczęła się kariera Warrela Dane'a, który potem trafił do Nevermore. Sam powrót w postaci „The year the sun died” niczym nie przypominał klasycznego „refuge denied” z 1988r. Teraz w 2017 roku zespół wydaje „Inception”, który jest określany jako prequel klasycznego „Refuge Denied”. Zespół znalazł stare demo z 1986 r i poddał jest obróbce technicznej, na nowo odtworzył i tak o to mamy „Inception” czyli odświeżone demo z 1986r. Większość z utworów, które się tutaj znalazło jest znana nam z debiutu. Jednak miło usłyszeć jak Sanctuary grał w 1986r i jak przygotowywał się do debiutu. Jest to o wiele ciekawsze i klasyczne niż ich ostatni krążek. Bardziej klasyczne i wzorowane na latach 80 brzmienie i świetna okładka Eda Repki. Na pewno uwagę przyciąga „Dream of incubus”, który nie trafił na debiutancki album. Warrel Dane potrafi oczarować swoim wokalem i gdy się tego słucha to na myśl przychodzi Savatage czy Metal Church. Heavy/power metal z górnej półki. Dobrze jest też usłyszeć lepszą wersję „I am insane”. Pozostałe utwory nie będę opisywał ponieważ są to klasyki z znanego nam już „Refuge Denied”, choć można pewne smaczki uchwycić. Nie jest to nowy materiał, ale miłe uzupełnienie klasycznego debiutu i może to będzie punkt zwrotny w karierze Sanctuary i może wrócą do swoich korzeni. Sam „Inception” oczywiście polecam!

Ocena: 9/10

środa, 26 lipca 2017

FAIRYTALE - Battlestar rising (2017)

Niemiecki Fairytale to solidny band, który skupia się na graniu heavy metalu z domieszką power metalu. W ich muzyce słychać gdzieś echa Rage, Grave Digger czy Sacred Steel. 6 lat zespół zbierał się do wydania drugiego albumy i poniekąd wynikało to ze zmian personalnych. Pojawił się wokalista Carsten Hille ze swoim specyficznym i zadziornym wokalem, a także gitarzysta Stefan Klempnauer, który jest znany z twórczości Custard. Jest powiew świeżości, ale najnowsze dzieło w postaci „Battlestar rising” nie wnosi żadnej rewolucji w świecie Fairytale. Dostajemy to do czego zespół nas przyzwyczaił, czyli solidny, zadziorny heavy metal z nutką power metalu.

Nowy album na pewno jest solidny, ale jest to tego typu płyta, którą się dobrze słucha, ale nie robi większego wrażenia. Na płycie pojawia się niemiecka toporność, ale nie brakuje też mocnych i zadziornych riffów, czy też jakiś ciekawych melodii. Niestety całość nie rzuca na kolana.

Do grona ciekawych utworów na pewno warto zaliczyć rozpędzony „Scar”, przebojowy „Viper Pilots” czy rozbudowany i marszowy „New Carpica”. Tytułowy „Battlestar rising” charakteryzuje się mocnym riffem i dużą dawką energii. Niby jest to wtórne, ale zagrane całkiem przyzwoicie. „Cain” czy „Man or Machine” na swój sposób przypominają dokonania Iced earth.

Nie ma tragedii, ale ta płyta nie ma szans zwojować świata. Brzmienie jest nieco przybrudzone, a zawartość troszkę mało spójna. Brakuje jakiś motywów, które by zostały na dłużej. Ot co poprawny album z solidnymi kompozycjami.

Ocena: 5.5/10

wtorek, 25 lipca 2017

WINTERSUN - The forest seasons (2017)

Antoni Vivaldi to znaczący kompozytor muzyki poważnej i nawet jeśli ktoś nie jest fanem tego typu muzyki, to na pewno słyszał kultowy utwór " 4 pory roku". Piękna i ponadczasowa kompozycja, która potrafi przenieść słuchacza do świata magii i wciągnąć bez opamiętania. Niezwykła złożoność melodii i emocje, a wszystko żeby oczarować słuchacza. Co ma Vivaldi do muzyki Wintersun? Dobre pytanie.

Wintersun to zespół, który w zasadzie nie trzeba nikomu przedstawiać, to zespół, który już zapracował na swoją markę. Dla tych co ich nie znają, warto wspomnieć że jest to kapela, która powstała w 2003 r z inicjatywy Jari Mäenpää.To on jest mózgiem zespołu i to on pełni rolę wokalisty, gitarzysty, a także odpowiada za całą orkiestrację. Jemu też zawdzięczamy to jakie utwory powstają, bo jego talent kompozytorski jest nie do podważenia. Wintersun ma na swoim koncie 3 albumy, a na najnowszy przyszło czekać fanom 5 lat. I znów Wintersun zaskakuje i nagrywa album, który się różni od poprzednich. "The forest Seasons" wzbudza kontrowersje, pokazuje zespół z nieco innej strony, nieco przeciera szlaki w nieco skostniałym melodyjnym death metalu. Nie każdego stać na taki ruch jaki wykonał fiński band. Nagrać album, który składa się z 4 kolosów to odważny ruch. Nie dość, że muzycznie Winteresun ociera się o symfoniczny metal, power metal czy melodyjny metal. To jeszcze wzbogaca swój wachlarz gatunków o progresywny metal. Mieszanka wybuchowa, ale wypada wyśmienicie. Tym odważnym krokiem zespół osiągnął zaskakujący efekt i w zasadzie nagrali swój najlepszy album.

Trzeba być albo szaleńcem albo geniuszem muzycznym by stworzyć dzieło, które składa się z 4 długich, rozbudowanych i dojrzałych kolosów. Czasami taki wybór kończy się porażką, ponieważ długie kawałki mogą przynudzać, przytłaczać formą czy nie zapadać w pamięci. Jednak kiedy dany utwór kusi dużą paletą ciekawych i intrygujących melodii. Kiedy dany utwór cechuje ostry riff, podniosłe chórki i ciekawe o ozdobniki, a klimat bierze górę to nie trzeba się bać, lecz można swobodnie oddać się dźwiękom, które nas otaczają. Co ciekawe melodyjny death metal rzadko kiedy skłania do przemyśleń, do przeżywania i chłonięcia poszczególnych smaczków. Wintersun pokazał jednak, że i melodyjny death metal może być dojrzały, piękny i klimatyczny. Każdy utwór rzeczywiście oddaje nastrój danej pory roku.

"Awaken from the dark slumber (spring)" to nie tylko otwieracz, ale właśnie przykład, że można oddać klimat wiosny i tego, że wszystko budzi się do życia. Jest spokojne wejście, budowanie napięcia i potem wkracza mocny i rytmiczny riff. Słychać mieszankę Enisferum, Nightwish czy nawet Kalmah. Wintersun jest jednak sobą, ale od razu pokazuje że w szczytowej formie. W utworze dzieje się sporo. Pierwsza część to "The Dark Slumber" i tutaj jest bardzo melodyjnie, choć band ukazuje swojej całej mocy. Jari swoim wokalem nadaje death metalowego charakteru, ale stawia przy tym na melodyjność i technikę. W okolicach 7 minuty wkracza ciekawy i melodyjny motyw, który pozwala nam złapać oddech i przeżywać naprawdę ciekawą orkiestracje i całe bogate instrumentarium. Drugi utwór to "The forest that weeps (summer)" jest bardziej mroczny, bardziej stonowany, a przynajmniej w pierwszej fazie. Tutaj zespół wtrąca elementy folk metalu i słychać to niemal przez cały utwór. Znów bardzo miłe dla ucha są ciekawe popisy gitarowe w solowych partiach. Jest melodyjność i prawdziwy pazur Wintersun. Najostrzejszym kawałkiem na płycie jest bez wątpienia "Eternal Darkness (autumn)" . Tutaj już nie ma czasu na jakieś powolne budowanie napięcie, zespół po prostu atakuje z grubej rury. Death metal pełni tutaj znaczącą rolę i słychać, że miało być brutalnie. Nie brakuje zwolnień i urozmaiceń, dzięki czemu nie ma 14 minutowej, bezmyślnej nawalanki. Zima zazwyczaj jest ponura, chłodna i mroczna, tak więc i taki jest "Loneliness (winter)". Znów utwór bardzo bogaty w ciekawe melodie i motywy.

4 kolosy i każdy z nich jest dopracowany i zawiera sporo intrygujących elementów. Jest coś z progresywnego metalu, symfonicznego metalu i oczywiście melodyjnego death metalu.Winteresun pokazał klasę i że ma jaja by nagrać odważny album składający się tylko z 4 kawałków. Najlepsze jest to, że płyta jest po prostu piękna muzyczne i pobudza do przeżywania i wchłaniania niepowtarzalnego klimatu. To trzeba po prostu posłuchać.

Ocena:9.5/10

ALICE COOPER - Paranormal (2017)


6 lat przyszło czekać fanom Alice Coopera na nowy album 6 lat, ale warto było. "Paranormal" to album na miarę takich klasycznych albumów jak "trash: czy "Schools out". Jest to album bardzo rockowy i czasami można odnieść wrażenie, że słuchamy najnowsze dzieło Ozzy Osbourne. Na płycie jest dużo glam rocka, heavy metalu i stoner rocka, a sam Alice Cooper brzmi momentami niczym sam król ciemności. Lat upływają, a on wciąż zachwyca swoim charyzmatycznym wokalem. Cieszy fakt, że Alice Cooper odszedł od nieco komercyjnego grania i postawił na bardziej klasyczne rozwiązania. Dzięki temu dostajemy energiczny, przebojowy i rockowy materiał. Muzyka wspiera perkusista U2, Billy Gibson z ZZ TOP, czy Roger Glower.Brzmienie na miarę tego z lat 80, to zasługa Boba Ezrina. Kiedy wspomnę ostatnie dzieła Alice Coopera to doznaję szoku, że w końcu po tylu latach udało się nagrać dojrzały, rockowy i taki klasyczny materiał. Płyta nie męczy i każdy utwór jest intrygujący i potrafi zapaść w pamięci. "Paranoic Personality" poznaliśmy jako pierwszy singiel i sprawdził się w swojej roli. Utwór od razu pokazał, że Alice Cooper powraca w wielkim stylu. Ciekawe partie basu, odrobina Black Sabbath czy Deep purple i wyszedł udany rockowy hit. Dobrze wypadł też drugi singiel w postaci tytułowego "Paranormal". Ten kawałek sprawdza się jako otwieracz, gdyż ma w sobie hard rockowego kopa. Płyta o dziwo zawiera sporo mocnych, zadziornych hard rockowych kompozycji. Dobrym tego przykładem jest rytmiczny "Dead flies", czy melodyjny "Fireball" o nieco stonerowej konstrukcji. W "Fallen in love" słychać faktycznie ducha ZZ TOP i to dobry znak. Ten utwór to przede wszystkim wciągająca i złożona solówka. Jednym z ostrzejszych utworów na płycie jest rock'n rollowy "Dynamite road". Dalej mamy stonowany "private Public breakdown", teatralny "Holy water" czy energiczny "Rats". Nawet dobrze wypada klimatyczna ballada "The sound of A", a całość zamyka radosny "You and all of your friends". W zasadzie nie ma się do czego przyczepić, bo każdy utwór ma w sobie coś atrakcyjnego i każdy jest warty uwagi. Miło jest słyszeć, że mimo lat Alice Cooper wciąż potrafi nagrać przemyślany i dojrzały album rockowy. Pozycja obowiązkowa dla fanów wokalisty jak i samego gatunku hard rocka.

Ocena: 8/10

niedziela, 23 lipca 2017

AXXIS - Retrolution (2017)

Niemiecki heavy metal kryje wiele ciekawych zespołów, wiele mało znanych i solidnych, ale także sporo legend, które miały ogromny wpływ na muzykę z pogranicza hard rocka i heavy metalu. Jednym z tych zespołów, które trzeba zaliczyć do tych największych i najbardziej rozpoznawalnych jest Axxis. Ta formacja zaczyna od hard rocka i melodyjnego metalu ocierając się o twórczość Accept, Deep Purple czy Def Leppard. Panowie szybko odkryli swój styl i dali się poznać jako specjaliści od prostych i chwytliwych przebojów. Cały czas się rozwijali i tak rozwinęli skrzydła w 2000r. „Back to the Kingdom” otwierał nowy rozdział zespołu, gdzie zespół nie bał się urozmaicać swój materiał. To był czas kiedy Axxis do swojej muzyki wlał nieco power metalu i to takiego znanego z Gamma Ray, Helloween czy Freedom Call. W tym czasie ukazał się ich najlepszy album tj „Paradise in Flames”. Niestety zespół wrócił do korzeni wraz z „Kingdom of the night”. To był nie równy materiał, ale miał przebłyski i mógł się podobać. „Retrolution” to kontynuacja grania z ostatniego albumu, czyli panowie znów próbują nas zabrać do lat 80, do swoich początków.

Paskudna okładka, która przypomina plakat do horroru „christine” i jeszcze gorsze brzmienie, które jest pozbawione pazura to złe symptomy. Niestety muzyka jest nie wcale lepsza. Panowie postawili na proste motywy, na krótkie i treściwie utwory, porzucając dynamikę i power metalowe tempo z „Utopia” czy „Paradise in Flames”. Zespół próbuje grać heavy metal z domieszką hard rocka. Choć jest to momentami przebojowe i melodyjne. To jednak kicz bierze tutaj górę i potrafi nieco zniesmaczyć słuchacza. Rock'n rollowy otwieracz „Burn, burn burn!” nie zwiastuje niczego dobrego. Niby prosty motyw, niby jest hard rockowe szaleństwo i przebojowość z pierwszych płyt. Niestety wykonanie pozostawia wiele do życzenia. Nieco szybszy „This is my day” kusi dynamiką i szybkością, ale to nie jest to co chciałbym usłyszeć. Pazur jest w mocniejszym „Heavy metal brother” i to jest nawet udany utwór. Niestety teksty tutaj mocno kuleją i są kolejnym krokiem w stronę kiczu. Lekki „All my friends are liars” jest bardziej komercyjny, ale z drugiej strony jakiś taki nijaki.”Dream chaser” byłby udany gdyby nie słodkość i taki nieco chaotyczny podkład. Echa ery power metalowej gdzieś tam słychać w energicznym „Rock the night” i w sumie jest to najjaśniejszy punkt tej płyty. Zespół stara się grać z luzem co słychać w bluesowym „Do it better”, ale jakoś to się nie przedkłada na jakość płyty. Całość zamyka bezpłciowa ballada „Queen of the wind”, która jest idealnym podsumowaniem tego słabego i nijakiego albumu. Nie ma tutaj hitów, które by zapadłyby na długo w głowie. Jakieś to chaotyczne i bez wyrazu. Zespół wrócił do korzeni i szkoda. Trzeba było iść za ciosem i nagrywać kolejne płyty pokroju „Time machine” czy „Paradise in flames”. To był idealny styl Axxis. To co jest teraz jest poniżej ich możliwości.

Ocena: 4.5/10

czwartek, 20 lipca 2017

JR BLACKMORE - Destruction Mania (2017)

W 1964r na świat przyszedł jedyny son sławnego gitarzysty Deep Purple i Rainbow – Ritchiego Blackmore'a czyli Jurgen Blackmore. Właściwie żył on zawsze w cieniu ojca. Podobnie jak ojciec Jurgen poszedł w kierunku rocka i klasycznego brzmienia. Starał się znaleźć swój styl, znaleźć swoje miejsce w muzyce rockowej. Choć nie brakuje mu umiejętności, to nie odniósł takiego sukcesu jak ojciec i mało kto wie że wydał też on swoje płyty. Dał się poznać jako gitarzysta projektu Over The rainbow, gdzie z innymi członkami Rainbow dawali koncert grając największe hity Rainbow. Był też zespół Superstition oraz solowa kariera i właściwie solowe płyty były ciekawsze. Kto nie zna jego twórczości i chciałby to nadrobić to jest ku temu okazja. Ukazał się w tym roku komplikacja „Destruction mania”, które zawiera największe hity Jurgena Blackmore'a. Na pierwszy strzał idzie „Destruction mania” , który pochodzi z płyty „Voices”. Rozbudowane solówki, niezwykły klimat, w tym przede wszystkim z płyt Rainbow czy Deep Purple. Cathrine Jauer wzbogaca ten świetny utwór mocnym i podniosłym wokalem. Znakomita mieszanka romantyzmu i klasycznego rocka. Spokojny i stonowany „Your last chance” to nieco inny klimat rocka, ale dalej jesteśmy blisko tego co tworzył ojciec Jurgena na przestrzeni lat. Micheal Bormann to kolejny świetny wokalista, która potrafi wszystko zmienić w złoto. Tak też jest z energicznym i zadziornym „Beethoven”. Jest znacznie ostrzej, bardziej dynamicznie i Jurgen pokazuje na co go stać. To kolejna kompozycja z albumu „Voices”. Z płyty EBC Roxx „Winners” pochodzi rock'n rollowa petarda „Drivin Songs (it Rocks), która również imponuje wykonaniem i aranżacją. „Wild and Free” to kompozycja która utrzymana jest w klimatach heavy/power metalowych z nutką rocka. Utwór ukazał się pierwotnie na „Still holding on” z 2005 r. Z płyty „ Winenrs” pochodzi utwór „Fly”, który brzmi identycznie jak „All night long” Rainbow, co słychać zwłaszcza po riffie. Tony Carey i Ela wokalnie urozmaicają ten utwór i nadają mu typowej hard rockowej mocy. Bardzo zgrany duet, który idealnie wtapia się w klimaty Rainbow/Deep Purple. Na pewno niektórych może zdziwić, jak dobry wokalistą jest Tony, który kryje w sobie wiele talentów. Nam dał się poznać bardziej jako klawiszowiec Rainbow. Kolejnym stonowanym i klimatycznym utworem jest „Never Too late”. Najbardziej przypadł mi do gustu duet z Oliverem hartmannem, który jest świetnym gitarzystą i wokalistą. „Guardian angel” jest zadziorny, przebojowy i przepełniony ciekawymi melodiami. Prawdziwa petarda i przykład, że syn nie jest wcale słabszy od ojca. Równie mocny i zadziorny jest „Day by Day”, a całość zamyka „Red dirty Devils”, który przemyca nutkę bluesa. Nie ma słabych kawałków, a całość to taki Jurgen Blackmore w pigułce. Dobrze by było jakby JR Blackmore był bardziej aktywny i znalazł w końcu właściwie miejsce. Czekamy na kolejne płyty i więcej hard rocka w takim wydaniu.

Ocena: 9/10

poniedziałek, 17 lipca 2017

SLEAZER - Fall into Disgrace (2017)

O miano debiutu roku 2017 na pewno powalczy „Fall into Disgrace” włoskiej kapeli Sleazer. Działają od 2011 r i w swojej muzyce starają się przemycać elementy Dokken, Savage Grace, Wasp, Judas Priest czy Iron Maiden. Tak więc mocno inspirują się latami 80 czy 90, a przy tym nie ustępują Striker, Skull Fist czy Enforcer. Debiutancki album to kawał solidnego heavy/speed metalu zagranego z polotem, lekkością i pomysłem. Niby to wszystko jest proste, ale na wysokim poziomie. Zespół jest napędzony przez dwóch naprawdę zgranych gitarzystów w postaci Edoardo i Clamente, którzy dają niezłego czadu. Riffy są mocne, chwytliwe i zagrane z lekkością. Jest klimat i prostota z lat 80. Do tego jeszcze do chodzi specyficzny i taki zadziorny wokal Andrea i mamy gotowy album w stylu lat 80. Nie ma mowy o oryginalności to akurat prawda, ale zespół nadrabia dynamiką, przebojowością i szczerością. Niby nic nowego, ale jest przyjemność z odsłuchu. „A falling Overture” to krótkie i klimatyczne intro, które przypomina filmy Johna Carpantera czy główny motyw z serialu „Stranger Things”. Jednym słowem strzał w dziesiątkę i znakomite oddanie lat 80. Potem szybko wkracza ostry riff i krzyk wokalisty, tak więc zaczyna się prawdziwa jazda bez trzymanki. „Heroes of disgrace” to speed metalowa petarda, która daje niezły przed smak całości. Zespół dobrze radzi sobie z bardziej hard rockowym granie co potwierdza w przebojowym „Straight on your way”. Fani Rocka Rollas czy Blazon stone na pewno polubią rozpędzony „Legion of the damned”, który jest jednym z najszybszych kawałków na płycie. Jest też coś dla fanów Dokken i mowa tutaj o stonowanym, hard rockowym „King of nothing”, który pozwala nieco odpocząć od szybkich petard. Jednym z moich ulubionych utworów jest zadziorny i dynamiczny „Sabbath lord”, w którym zespół znów pokazuje pazur. W podobnej formie utrzymany jest „Sleazer”, który przemyca pewne znamiona starego Running Wild. Bardzo prosty riff zdobi „Fall again” i jego chwytliwość i niezwykła melodyjność mają coś z twórczości Iron maiden. Zespół nie odpuszcza i cały czas trzyma wysoki poziom na płycie. Całość wieńczy szybki, speed metalowy „Deserter”, który idealnie podsumowuje ten album. Nie ma słabych kawałków, a każdy z nich dostarcza sporo frajdy. Zgrany zespół, ciekawe pomysły i aranżacje sprawiają, że debiut brzmi tak świetnie, a sam Sleazer ma szanse na spory sukces. Pozycja obowiązkowa dla maniaków heavy metalu lat 80.

Ocena: 8.5/10

niedziela, 16 lipca 2017

EDGUY - Monuments (2017)

Czy tego chcemy czy nie Edguy zalicza się do najbardziej rozpoznawalnych kapel z niemieckiej sceny metalowej i oczywiście jest szeroko znana ta formacja w power metalowym światku. W tym roku Edguy obchodzi 25 rocznicę swojej działalności. Mieli wzloty i upadki, ale nikt nie będzie kwestionował ich wkładu w power metalu oraz faktu, że mają kilka perełek w swojej bogatej dyskografii. Wystarczy wspomnieć o magicznym "Mandrake", o przebojowym "Vain glory opera", czy ostrym "Hellfire Club". Nawet ostatni album "Space police" też znów zaprezentował nam wysoki poziom zespołu. Kapela jest napędzana przez Tobiasa Sammeta, który jest nie tylko charyzmatycznym wokalistą i pomysłowym kompozytorem. Przez cały okres swojej kariery stworzył sporo hitów i w zasadzie te największe znajdziemy na składance "Monuments", która jest jubileuszowym dziełem. Gdybym sam miał stworzyć taki "the best of" to lista byłaby troszkę inna, ale i tak udało się Tobiastowi i spółce zawrzeć na dwóch płytach kawałki z całej swojej dyskografii, a także 5 nowych kawałków i wcześniej nie wydany "Reborn in the waste", który został nagrany podczas sesji "Savage poetry". Nie będę opisywał każdy utwór jaki tu znajdziemy, bo dobrze znamy te hity. Warto wspomnieć, że znajdziemy tutaj choćby "Space police", czy "Defenders of the crown" z ostatniej płyty. "Mysteria", czy "Piper never dies" z "Hellfire club" czy takie klasyki jak "Vain glory Opera" czy "Tears of Mandrake". Cieszy mnie też obecność przebojowego "Judas at the opera" z gościnnym udziałem Michealem Kiske. Skupmy się na nowych kawałkach, które wzbudziły najwięcej kontrowersji. "Reborn in the Waste" ma w sobie ducha starych płyt heavy metalowych i tu nawet nie chodzi o power metal. Sam klimat i charakter przypomina mi wczesne dokonania Running Wild. Główną atrakcją jednak jest 5 pierwszych kawałków, bo są to najnowsze utwory Edguy. W sumie pokazują, że Tobias i spółka jest wciąż w formie. Różnie to bywało z Edguy, a ostatnio bywało bardziej hard rockowo niż power metalowo. Jednak te nowe kawałki mimo wszystko zaskakują pozytywnie. "Ravenblack" jest mocny, ciężki i ma w sobie pokłady power metalu. Utwór mógłby spokojnie trafić na "Hellfire club" czy "Space Police".  Co mi się podoba w tym kawałku to mocny i zadziorny riff oraz podniosły refren. Największe kontrowersje wzbudził "Wrestle The Devil", który jest bardziej hard rockowy i bardziej komercyjny, aniżeli power metalowy. Ciężko mówić tutaj o typowym Edguy. Może bardziej wpasowałby się do kanonu Avantasia? Prawdziwa uczta zaczyna się od szybszego i przebojowego "Open Seasame", który już jest bliższy początkom Edguy. Właśnie takie utwory powinni tworzyć. Wejście "Landmarks" imponuje dynamiką, melodyjnymi partiami gitarowymi i przebojowym charakterem. Przypominają się czasy "Vain glory Opera" Mandrake". Tak dokładnie tak. Jest ta podniosłość, ta operowa otoczka. To jest to.  Moim faworytem szybko został "The mountaineer", który brzmi jak nawiązanie do Helloween i Gamma Ray. Prawdziwa petarda. Oby właśnie w takim kierunku poszedł Edguy na kolejnych albumach. "Monuments" to fajne podsumowanie 25 lat działalności zespołu i pokazanie w jakiej formie jest obecnie. Bardzo udana komplikacja. Dla fanów pozycja obowiązkowa.

Ocena: 9/10

piątek, 14 lipca 2017

WOLFCHANT - Bloodwinter (2017)

Jeśli kocha się twórczość i folkowe melodie Suidakra, chłód Enisferum i pomysłowość Manegarm to nie można być obojętnym wobec niemieckiego Wolfachant. Nie trzeba być miłośnikiem niemieckiego języka, fanem pegan metalu, a ni też fanem niemieckiej mitologi by wpaść w sidła Wolfchant. Ich ostatnie dzieła są na naprawdę wysokim poziomie i nie można im odmówić perfekcjonizmu i pomysłowości. Najnowsze dzieło „Bloodwinter” potwierdza ich formę i styl w jakim ostatnio się obracają. Doczekaliśmy się udanej kontynuacji „Embraced by Fire”.

Z poprzedniej płyty na pewno zostało soczyste i dopieszczone brzmienie jak i klimatyczna okładka. Skład zespołu uległ zmianie, bo pojawiła się nowa sekcja rytmiczna i gitarzysta w postaci gorthrima. Sertorius zajął się basem, a Lug perkusją, ale nie zmienił się styl zespołu. Dalej jest mieszanka pegan metalu, melodyjnego death metalu i folk metalu. Nortwin i Lokhi na przemian wyśpiewują swoje partie wokalne, przez co muzyka też jest bardziej złożona i urozmaicona. „Nornesang” to klimatyczne i podniosłe intro. Bardzo dobry pomysł na otwarcie albumu. Dalej mamy bardziej stonowany i mroczniejszy „schicksalsmacht”. Pomysłowy riff, duża przebojowość i sporo atrakcyjnych melodii to cechy chwytliwego „Wolfchant ( a wolf to man)”. Z kolei w „Das Bollwerk” zespół zabiera nas w rejony folk metalu i jest bardzo klimatyczne w tym utworze. Kolejny hit odnotowano. Marszowy „Bloodwinter” to świetna wizytówka tego albumu. Jako fan power metalu pozwolę sobie wyróżnić dynamiczny „Heritage of Fire” z naprawdę atrakcyjnym riffem. Przypomniał mi się stary dobry Winterstorm. „Sechnsucht” to klimaty nieco bardziej w stylu Powerwolf i zespołowi wyszło to naprawdę bardzo dobrze.Mamy jeszcze klimatyczny „anthems of revenge” i epicki „New born killer”, który zamyka ten dopracowany album.

Wolfchant znowu nagrał bardzo dobry album, który potrafi oczarować klimatem i ciekawymi melodiami. Płyta wciąga na długo i za każdym razem odkrywa się nowe smaczki. Nic tylko słuchać i czerpać radość z odsłuchu.

Ocena: 9/10

wtorek, 11 lipca 2017

WRETCH - The Hunt (2017)

Amerykański Wretch, który gra heavy/power metal w amerykańskim wydaniu powstał już w latach 80, ale jakoś nie było mu dane trafić do szerszego grono słuchaczy i przepadli na kilkanaście lat. Wrócili w 2006 r z debiutanckim albumem i „Reborn” był udanym wydawnictwem. Tak o to Wretch został na dobre na rynku muzycznym i w tym roku powracają z trzecim dziełem w postaci „The Hunt”. Fani Metal Church, Jag Panzer, Attacker czy helstar będą zadowoleni.

Już sama okładka robi smaka na płytę i na pewno oddaje jej kształt. Jest agresywna, momentami tajemnicza czy mroczna. Jest bojowy charakter i wszystko to co amerykański power metal powinien zawierać. Ciekawe przejścia, zadziorne riffy i złożone popisy gitarowe. Tutaj szaleją Micheal i Nick, którzy dogadują się bez problemu. Jest energia, jest finezja i nutka szaleństwa, tak więc mamy prawdziwy power metal. Wretch ma obecnie nowego wokalistę – Juan Ricardo, który poradził sobie znakomicie. Jego specjalnością są wysokie rejestry, które potrafią oczarować słuchacza. „The Hunt” to jest album z którym trzeba się liczyć w roku 2017.

„Sturmbringer” to krótkie, ale jakie treściwe intro, które zabiera nas do lat 80 i klasycznych albumów heavy metalowych. Lubie takie intra, bo wtedy można poczuć magię. Dalej mamy już konkretny killer w postaci „The Hunt”. Jest szybko, melodyjne i zadziornie, a przy tym zespół nie próbuje nikogo kopiować. Bardzo dobry start. Nieco mroczniejszy i taki z nutką progresywności „Throne of Poseidon” pokazuje, że nie jest to album na jedno kopyto. Pomysłowe aranżacje i dynamika w „The final Stand” też imponują, zwłaszcza że zespół znów stawia na power metalowy styl. Zespół między killerami wtrąca spokojne przerywniki jak choćby „Fortunes Fool” co pozwala nieco odsapnąć i wciągnąć się w świat Wretch. Dalej mamy prawdziwe petardy w postaci „Straight to hell” i „The king is red”, które mają coś z twórczości Iron maiden. Zespół świetnie radzi sobie z bardziej złożonymi kompozycjami co potwierdza dynamiczny „Once in a lifetime” czy klimatyczny „She waits”, który przypomina ballady Blind Guardian.

Wretch idzie za ciosem i nie zwalnia swojego tempa. Nowe dzieło jest dowodem, że zespół zna się na rzeczy i wie jak tworzyć soczyste, zadziorne kawałki w stylistyce US power metal. Pozycja godna uwagi!

Ocena: 8.5/10

poniedziałek, 10 lipca 2017

BURNING SHADOWS - Truth in Legend (2017)

Jak ten czas leci. Burning Shadows istnieje już od 17 lat i w tym roku wydali swój trzeci album zatytułowany "Truth in Legend". Płyta oddaje to co najlepsze w amerykańskim heavy/power metalu. Nie brakuje mocnych riffów, przybrudzonego brzmienia, odrobiny brudu i toporności. Jest gdzieś w tym wszystkim miejsce dla elementów Jag Panzer, Iced earth czy Manowar. Panowie wiedzą jak połączyć epicki charakter, z mroczniejszym klimatem i jak poruszać tematykę mitologii czy nawet opowieści Lovecrafta. To ich na pewno wyróżnia, a najnowsze dzieło potwierdza, że Burning Shadows jest zespołem, którego nie sposób pomylić.

Nowy album jest bez wątpienia bardzo dojrzały i uwypukla patenty znane z poprzednich wydawnictw. Zespół nie ucieka w eksperymenty i stara się ulepszyć jeszcze bardziej swoją formułą.  Sam album jest urozmaicony i znajdziemy tutaj różnego rodzaju kawałki. Od szybkich, po bardziej zadziorne czy epickie. Tom davy spisuje się w roli wokalisty i świetnie współgra jego głos z warstwą instrumentalną. Słychać nawiązania do klasycznych albumów z kręgu amerykańskiego power metalu, a to już dobrze świadczy o "Truth in legend".  Płytę otwiera "Day of Darkness" czyli bardzo mroczny i urozmaicony kawałek, w którym sporo się dzieje. Rycerski charakter sprawia, że kawałek wyróżnia się i napawa optymizmem jeśli chodzi o pozostałą część materiału. "Southwind" jest bardziej melodyjny i bardziej drapieżny. Fani heavy metalu spod znaku Manowar czy Crystal Viper będą zadowoleni. W amerykańskim power metalu przewija się często thrash metal i brudny heavy metal i to słychać w energicznym "Sworn in Victory". Bardzo dobrze wypada cięższy i bardziej stonowany "From The Stars". Tytułowy "Truth in Legend" to już epicki, marszowy 7 minutowy kolos, który przemyca mroczniejszy klimat i nieco rycerski wydźwięk. Utwór imponuje złożonymi partiami gitarowymi i dynamiką. Spokojniejszy "The blessed" pełni rolę ballady. Utwór zachwyca romantycznym klimatem. Całość zamyka epicki kolos "Deathstone Rider" , w którym dzieje się sporo, a zespół bawi się różnymi motywami i melodiami. Prawdziwa perełka i apogeum tego zacnego albumu.

5 lat czekania na nowy album Burning Shadows, ale warto było, bo album jest dojrzały, dopracowany i napchany ciekawymi kompozycjami. Znajdziemy tutaj wszystko co najważniejsze w amerykańskim heavy/power metalu. Pozycja godna uwagi dla fanów gatunku.

Ocena: 8.5/10

sobota, 8 lipca 2017

OVERKILL - The Grinding Wheel (2017)

Dyskografia amerykańskiej formacji Overkill robi ogromne wrażenie. Nagrać 18 albumów i wciąż być na topie, a przy tym nagrywać jedne ze swoich albumów to mało kto może się pochwalić. Panowie od lat grają speed/thrash metal na wysokim poziomie. Cechuje ich agresywność, duża dawka energii i taki speed/heavy metalowy pazur. Charakterystyczny wokal Bobbiego przypomina twórczość Metal Church czy Accept. Overkill od czasu wydania „Ironbound” przeżywa swoją drugą młodość. 18 krążek zatytułowany „The grinding Wheel” to w zasadzie nic nowego tylko kontynuacja tego co mieliśmy na ostatnich płytach. Pytanie czy formuła się nie wyczerpała?

Nie ma zaskoczenia i nie ma powiewu świeżości, a płyta momentami brzmi jak kalka ostatnich płyt. Najgorsze jest to, że już nie ma tej lekkości i przebojowości z „Ironbound” czy zadziorności z „The eletric Age”. Niby dalej jest ostro, jest melodyjnie i tak jak na ostatnich płytach, ale momentami brzmi to jak zespół grał na siłę i bez pomysłu. Soczyste brzmienie i świetny wokal Bobbiego, który przypomina czasami Mike Howe'a z Metal Church czy Marka Tornillo z Accept to jest bez wątpienia atut Overkill i motor napędowy nowego dzieła. Nie ma mowy o drugim „Ironbound”, ale nie oznacza to, że „The grinding Wheel” jest spisany na straty, bowiem nie brakuje tutaj naprawdę solidnych utworów. Początek płyty jest całkiem udany i daje prawdziwego kopa. Mamy rozbudowany „Mean, green, killing machine”, nieco punkowy „Goddamn trouble”, który ociera się o dokonania Anthrax i jeszcze dynamiczny i techniczny „Our finest hour”. Ten ostatni utwór jest bliższy poziomowi i stylowi z „Ironbound”. Bardzo dobry przykład, że zespół trzyma poziom i wciąż potrafi stworzyć świetny killer, który zapada na długo w pamięci. Nieco mroczniejszy i też bardziej heavy metalowy „Shine on” prezentuje się dobrze, ale troszkę się dłuży. Dużo dobrych melodii i zagrywek gitarowych uświadczymy w przebojowym „The long road”. Dalej mamy „Come heavy”, który też jest bardziej stonowany i bardziej heavy metalowy niż thrash metalowy. Ciekawy riff i taki rytmiczny wydźwięk riffów sprawia, że utwór wyróżnia się na tle innych z płyty. Do ostrych i thrash metalowych kawałków na pewno warto zaliczyć „Red white and blue” czy „The wheel”.Całość zamyka lżejszy „emerald”, który zaskakuje lekkością i dużą dawką melodyjności.

Sam album jest nie równy i taki trochę chaotyczny, ale są też plusy. Zespół dalej podąża ścieżką obraną na „Ironbound” i dalej trzyma dobry poziom. Nie brakuje thrash metalu i ciekawych hitów, które podbiją serce fanów heavy metalu. Oczekiwałem czegoś więcej, a dostałem solidny album który za jakiś czas przepadnie w gąszczu lepszych płyt.

Ocena: 7/10

piątek, 7 lipca 2017

BLIND GUARDIAN - Live beyond the Sphere (2017)

Kiedyś to powstawały prawdziwe albumy koncertowe. Były emocje, klimat, żywa publika i można było poczuć się jakbyśmy uczestniczyli w danym wydarzeniu. Dzisiejsze albumy to zazwyczaj obdarte z emocji i prawdziwego klimatu wydawnictwa, w których dopracowania w studiu zabijają wszystko. "Imaginations Through The looking glass" i album cd w postaci "Live" jakie zgotował Blind Guardian w 2003 i 2004 r były i dalej są prawdziwym majstersztykiem.  Blind Guardian przez ostatnie lata raczej nie rozpieszcza swoich fanów jeśli chodzi o wydawnictwa. 14 lat przyszło czekać na nowy album koncertowy, a nowe albumy studyjne ukazują się w odstępstwie 4-5 lat. Kiepska frekwencja. W 2015 roku światło dzienne ujrzał "Beyond the Red Mirror", który odniósł sukces komercyjny. Jest to bardziej progresywny i symfoniczny album. Nie jest to już ten Blind Guardian, który zasłynął z takich petard jak "Lost in the Twilight Hall" czy "Valhalla". Zespół ruszył w ogromną trasę i podczas tej trasy zaczęto nagrywać materiał na nowy album koncertowy. Nic dziwnego bo trasa cieszyła się sporym zainteresowaniem. "Live beyond the Sphere" to 3 płytowy album koncertowy, w którym zespół skompletował ciekawą setlistę, którą tworzą utwory z różnych momentów i miejsc podczas owej trasy.

Pomysł ciekawy, a jak z efektem? Cieszy na pewno spora ilość materiału i niektóre smaczki, ale nie jest to płyta idealna i na miarę "Live" z 2003r. Nie ma takiej energii, Hansi śpiewa łagodnie i jakoś tak bez ikry. Momentami jest to wszystko jakieś takie płaskie i ugrzecznione, a przecież ten zespół potrafi grać agresywnie i z wykopem. Tutaj zaczynają się mieszane uczucia, bo album jest solidny i słucha się naprawdę przyjemnie. Jednak nie jest to ta klasa co kiedyś. Cieszy mnie, że mamy utwory z różnych etapów kariery i że gdzieś w tym wszystkim, że publika dobrze się bawiła.

Na pewno dobrze na żywo wypada rozbudowany i progresywny "The Ninth Wave", który pochodzi z "Beyond the red Mirror". Kiedy pierwszy raz usłyszałem ten kawałek, to jakoś mi nie podszedł do końca. Bardziej zyskał na żywo podczas koncertu w Warszawie. Cieszy fakt pojawienia się petardy "Banish From Sanctuary", ale właśnie tutaj słychać, że brakuje mocy i tego pazura co kiedyś było słychać. Nawet wokal Hansiego jest jakiś taki bez werwy i zadziorności.  Nie mogło zabraknąć klimatycznego "Nightfall", który zawsze sprawdza się na koncertach. Publika zawsze ożywa przy tym utworze.Z nowej płyty na pewno na uwagę zasługuje "Prophecies" , który zachwyca przebojowością i podniosłym charakterem. Bardzo koncertowy kawałek. Z power metalowych petard pojawia się też "Tanelorn" i jest to jeden z mocniejszych punktów płyty. "The last Candle" to jeden z moich ulubionych kawałków z mojej ulubionej płyty Blind Guardian. Pierwszą płytę zamyka kolos w postaci "and then there was the silence".

Drugą płytę otwiera "The lord of The Rings", czyli kultowa ballada Blind Guardian, która zawsze jest mile widziana przez publikę. Jeden z fajniejszych momentów, kiedy publika śpiewa razem z Hansim. Dobrze, że brzmienie nie zagłuszyło tego efektu całkowicie. "Fly" wzięty z koncertu w Warszawie wypada równie dobrze. Najlepszy kawałek z "A twist in the myth" i dzieje się sporo podczas tego kawałka. Kolejną petardą jest nieśmiertelny "Lost in the Twilight Hall" i w końcu zaczyna się coś dziać i jest pożądany power metal. Nie mogło zabraknąć magicznego"Imaginations from the other side", ale znów można odnieść wrażenie, że to nie to co kiedyś. Szkoda, że ucięto intro do "Into the Storm", ale i tak utwór się broni. Z najnowszego dzieła nie mogło zabraknąć energicznego "Twilight of the Gods", który zachwyca mocnym riffem i wciągającym refrenem. Drugi krążek zamyka mocny "And the story ends", który wyróżnia się mrocznym klimatem.

Trzeci album zaczyna się rozbudowanym i melodyjnym "Sacred Worlds", w którym naprawdę sporo się dzieje. Najpiękniejszy moment to "The bard songs (in the forest)", w którym publika dominuje i chyba fajnie byłoby gdyby Hansi mniej śpie kawał, a więcej publika. Pięknie to brzmi. Prawdziwy koncert na żywo. Ciężko sobie wyobrazić koncert bardów bez killera w postaci "Valhalla". Jeden z moich faworytów z całej twórczości Niemiec. Na koniec mamy trzy jakże fantastyczne kawałki. Podniosły "wheel of time", speed metalowy "Majesty" i wielki hit zespołu jaki jest "mirror mirror".

Można narzekać, że jest to wydawnictwo dalekie od ideału i momentami jest dalekim od starych koncertów, ale ma też kilka plusów. Dobra zabawa, ciekawa setlista, zbiór utworów z różnych okresów, również z ostatnich dzieł. Jak ktoś nie miał do czynienia z Blind guardian, to może śmiało sięgnąć po ten album koncertowy. Może nie jest to album koncertowy na miarę tych klasyków z lat 90 czy 80, ale płyta uwieczniła rozmach trasy promującej "Beyond the red mirror" i frajdę fanów podczas uczestniczenia w tym wielkim wydarzeniu. To chyba najważniejsze.

Ocena: 8/10

środa, 5 lipca 2017

MASTERPLAN - Pumpkings (2017)

Helloween, Kiske i Hansen szykują się do "Pumpkin united" i brakuje w tym składzie Uli Kuscha czy Rolanda Grapowa. Grapow dalej jest w niezbyt dobrej relacji z Weikathem i dlatego tez nie doszło do skutku powrót tych panów w ramach trasy koncertowej. Roland jednak w inny sposób przypomina swój czas w Helloween. Wybrał opcję albumu z coverami grupy Helloween, ale raczej jest to album który zawiera na nowo zagrane kawałki jakie stworzył Grapow podczas grania w Helloween. O "Pumpkings" była mowa znacznie wcześniej. Fani długo czekali na to wydawnictwo i wreszcie można ocenić jakoś tego dzieła.

Podczas słuchania często pojawia się myśl "Po co? Jaki był sens nagrywania na nowo te kawałki, które nie wymagają poprawki?". Jasne zyskują mocniejsze brzmienie, ostrzejszy styl grania, ale jakoś gdzieś nie ma tej magii, tego tajemniczego klimatu. W dodatku Masterplan jest w nieco innym składzie. Nie ma Jorna, nie ma też Uli'ego, no i niestety Rick nie jest rasowym, power metalowym wokalistą. Jego maniera pasuje do heavy metalowego grania jakie prezentuje w zespole Herman Frank. Tutaj niestety często słychać jak wiele dzieli jego i Kiske czy nawet Derisa. Tak więc mamy zgrabnie zagrany instrumentalnie album, ale nieco gorzej zaśpiewany. Cały czas powracają w myślach oryginalne wersje i w zasadzie żaden cover w wykonaniu Masterplan nie wypada lepiej od klasyka. Płytę promuje "The Chance" czyli jeden z najlepszych kawałków jakie stworzył Roland. Ten utwór jednak jest pisany pod Kiske. Rick nie daje w wysokich rejestrach i raczej działa na niekorzyść. Ślicznie zagrane solówki i riff to nie wszystko. Nie czuć, że to utwór zagrany przez Masterplan, tylko słychać po prostu Helloween. Klawiszy nie słychać, a same aranżacje niczym się nie różnią. Szkoda, że zespół nie postanowił odświeżyć kawałków i nadać im charakteru masterplan. "Someones Crying" to power metalowa petarda i utwór o nieco neoklasycznym zabarwieniu. Znów wokal jakoś mi tutaj nie pasuje i nijak ma się do tego co słyszymy.  Jak ktoś nie słyszał oryginału to może polubi tą wersją. Rick wokalnie najlepiej wypada w mrocznym i progresywnym "Mr. Ego". Nic dziwnego, bo tutaj rodził się już styl Masterplan. Dobrze wypada też melodyjny i energiczny "Still We Go", który brzmi nieco dojrzalej w wersji Masterplan. "Escalation 666" to jeden z najcięższych kompozycji jakie stworzył Roland Grapowe. Mroczny i ponury utwór, w którym odnajduje się Rick. Bliżej mu do maniery Andiego niż Kiske, dlatego też efekt jest bardziej zadowalający. W zasadzie moimi faworytami są z tego albumu nieśmiertelny i ponadczasowy "the Time of The oath", który zawsze pasował do twórczości Masterplan aniżeli Helloween. Rick dobrze wpasowuje się w mroczny klimat i ciężkie partie gitarowe. Szkoda, że Hellowen nie gra już tego kawałka na koncertach. Nieco wydłużony i jeszcze bardziej dopieszczony "the dark ride" to kwintesencja stylu gry Rolanda Grapowa. Utwór bardzo melodyjny, ostry i power metalowy. Jedna z moich ulubionych kompozycji stworzonych przez Rolanda.

Ciężko ocenić to wydawnictwo. Ciekawość moja została zaspokojona, ale czuję niedosyt z drugiej strony. Ta płyta powinna się ukazać za czasów Dimeo czy Lande. Rick jest solidnym wokalistą, ale nie radzi sobie z kawałkami Helloween, przez co płyta sporo traci. Instrumentalnie i brzmieniowa jest to płyta wyśmienita. Całościowo nie robi takiego wrażenia. Wracam jednak do klasyków Helloween i nie zaprzątam sobie głowy tym dziełem.

Ocena: 6/10

ANTHEUS - Silent Agony (2017)

Kiedy mówimy o udanym debiucie to mamy na myśli tak naprawdę album, który potrafi zapaść w pamięci i to na na znacznie dłużej. Taka płyta musi być dynamiczna, przebojowa i przede wszystkim zagrana z głową. Riffy czy melodie muszą być atrakcyjne i mieć w sobie to coś. Taka płyta musi być zagrana prosto z serca, z miłości do metalu. Wtedy taki krążek może odnieść sukces. W kategorii heavy metalu progresywnego na pewno nie można pominąć debiutu francuskiego Antheus. „Silent agony” spełnia kryteria, jeśli chodzi o udany debiut.

Kapela istnieje od 1999r i jakoś do tej pory nie udało się wydać pełnometrażowego albumu. Teraz w końcu udało się to wykonać. Ciekawe logo, klimatyczna okładka i soczyste brzmienie sprawiają, że ta płyta potrafi oczarować. Najlepsze jest to, że zespół jest zgrany i każdy z muzyków dokłada cegiełkę by płyta była wyjątkowa. Philippe Dumas odpowiada za klimatyczne i nieco futurystyczne klawisze. To one czynią muzykę francuzów progresywną i bardzo tajemniczą. Ludovic z kolei sprawia że płyta jest energiczna i pełna ciekawych zwrotów. Sporo się dzieje pod względem gitarowym, tak więc nie można narzekać na nudy. Antheus to przede wszystkim charyzmatyczny Franck.

Muzycznie Antheus przypomina momentami Queensryche, crimson Glory czy Dream Theater. Tak więc jest dużo progresji, ale i heavy metalu czy momentami power metalu. Właśnie taki jest dynamiczny i chwytliwy „Rising Kingdom”, który otwiera album. Jeszcze szybszy i bardziej przebojowy jest „The End of the Day”. Jest więcej zadziorności, więcej gitarowych popisów, ale i też ciekawszy klimat. Zespół świetnie buduje napięcie na płycie. Też sporo emocji dostarcza żywiołowy „Firemarks” , a zespół zwalnia nieco w mroczniejszym „Arms of winter”. Bardziej epicki jest bez wątpienia marszowy „Tears of the sun”. Wiele ciekawych smaczków i przejść można dostrzec w rozbudowanym „Soul commander”. Soczysty riff i nowoczesne patenty to cechy „In the Attic”, z kolei zamykający „Silent Agony” to prawdziwa petarda, która idealnie podsumowuje całość.

Długo przyszło czekać nam na debiut Antheus, ale warto było. Płyta jest dynamiczna, przebojowa i nie ma przerostu formy nad treścią, co mi jak najbardziej odpowiada. Przemyślany materiał zapada na dłużej w pamięci, a całość jest zagrane z pomysłem. Bardzo dobry start francuzów i czekamy na kolejne wydawnictwa.

Ocena: 8/10

wtorek, 4 lipca 2017

STALLION - From the dead (2017)

3 lata kazał nam czekać niemiecki band Stallion na nowy album, ale o to jest "From the Dead" czyli drugi krążek tej formacji. Dla wielu nazwa Stallion nie wiele mówi, ale ci co mieli przyjemność posłuchać debiutu z przed 3 lat w postaci "Rise and Ride" jest to kapela o ogromnym potencjale. Niby młoda kapela, która gra od 2013r., niby brak większego doświadczenia i bogatej dyskografii, ale szybko pokazali na co ich stać. Grają klasyczny heavy/speed metal, w którym słychać stary dobry Helloween, Blind Guardian, Running Wild, Agent Steel czy axxion. Ta kapela czerpie wzorce z lat 80 i klasycznych kapel i to słychać. Wokal Paula, duet gitarzystów i odnowiona sekcja rytmiczna wskazują jakby muzycy tworzyli w latach 80, a w cale tak nie jest. Nawet brzmienie jest tak podrasowane by przywołać klimat starych dobrych lat 80. To jest spory plus tej kapeli. Debiut był dynamiczny, zadziorny i przebojowy. Taki też jest nowy album w postaci "From the Dead". Kapela momentami ociera się o speed/ thrash metal rodem z płyt Toxik czy Anthrax. Najlepszym tego dowodem jest tytułowy "From the dead". Ostry riff, niezwykła dynamika i złowieszczy feeling. Świetna to współgra z klimatem okładki, która ma coś z okładek Sodom. Album otwiera "Underground Society" który brzmi jak zagubiony kawałek z debiutu "Running Wild". Niby 3 lata przerwy, a zespół nie zardzewiał, a wręcz przeciwnie. Rozwinął swoje umiejętności i udoskonalił swoje atuty i styl. Jest nie tylko szybko, przebojowo, ale też agresywnie i nawet momentami thrash metalowo. Paul bardzo urozmaica swoje partie wokalne. Raz brzmi jak King Diamond, a czasami niczym Kai Hansen czy Joe Belladona. Niezła mieszanka. Stallion to niemiecka kapela, więc nie brakuje odesłań do Warlock czy Accept i potwierdza to marszowy i toporny "Down and Out". Dalej mamy zadziorny i nieco hard rockowy "Hold the Line". W podobnym klimacie utrzymany jest stonowany "Waiting for A sign" , który przywołuje na myśl kapele Warriors czy Wasp. Nowy album jest bardziej zróżnicowany niż debiut, a jednocześnie tak samo energiczny i pomysłowy. Stallion króluje w speed metalowej konwencji i potwierdza to killer "Lord of the Trenches" czy zadziorny "Blackbox", który ma coś z NWOBHM. Całość zamyka bardziej rozbudowany i urozmaicony "Awaken the Night". Nie ma słabych kawałków, a zespół drugi raz pokazuje klasę. Można jednak nawiązać do lat 80, do kultowych kapel, a przytym zaskoczyć i rzucić słuchacza na kolana. Kolejny świetny band młodego pokolenia i to jeszcze w dodatku z mojego ulubionego rejonu, czyli Niemiec. Warto znać muzykę tych panów. Polecam

Ocena: 10/10

niedziela, 2 lipca 2017

ICY STEEL - Through the ashes (2016)

11 lat funkcjonowania włoskiego Icy steel minęło bardzo szybko, a przez ten czas zespół zdobył grono fanów i uznanie na scenie metalowej. Specjalizują się w graniu soczystego heavy/power metalu w którym nie brakuje rycerskiego pazura i epickiego charakteru. Ich sukces tkwi w szybkich i zadziornych riffach, dużej dawce melodyjności. Icy Steel to maszynka do tworzenia hitów. Na 4 albumie „Through the ashes” potwierdzają tylko, że trzeba się z nimi liczyć.

Najnowsze dzieło to dwu płytowe wydawnictwo, które daje nam 60 minut soczystego heavy metalu na wysokim poziomie. Choc okładka jest dość chłodna i bez wyrazu, to jednak panowie nadrabiają mocnym i zadziornym riffem, a także dopracowanym materiałem. Sama zawartość jest urozmaicona, przeplatana różnymi ciekawymi motywami, a wszystko po to, żeby słuchać był cały czas pobudzony. Każdy utwór ma w sobie coś co pozwala przeżywać i rozpamiętywać daną kompozycją. Icy Steel to przede wszystkim świetny i charakterystyczny wokal Stefano. Opanował śpiew w wysokich rejestrach, jak i te bardziej emocjonalne śpiewanie. Bez wątpienia jest on ważnym ogniwem zespołu. Z kolei partie gitarowe wygrywane przez Stefano i Pietro są klimatyczne, melodyjne i potrafią zaskoczyć pomysłowością. Nie ma powodów by narzekać.

Album podzielono na dwie płyty. Pierwsza ma podtytuł before i zawiera większą część materiału. Na sam start dostajemy petardę w postaci „Fire and flames”, który pokazuje że zespół jest w formie. Prosty, energiczny riff zdaje tutaj egzamin. Niby oklepane patenty, ale sprawdzają się. Tutaj też słychać ciekawe i wciągające pojedynki na solówki. Nieco rozbudowany „The day became night” jest bardziej toporny, bardziej złożony. Zespół daje upust swoim pomysłom i nie chce iść na łatwiznę. Echa iron Maiden czy Helloween można doszukać się w przebojowym „Ritual of the Wizzard”. Jest to jeden z mocniejszych punktów na płycie. Dalej mamy marszowy i bardziej epicki „last thing to destroy” w którym Icy steel momentami przypomina Crystal Viper. Oprócz szybkich i mocnych heavy metalowych hymnów jest też miejsce na lekki i przyjemny rockowy utwór w postaci „Today the rain cries”. „Ashes of glory” potrafi ukoić swoim ciepłym klimatem i druga płyta zatytułowana „After” jest bardziej spokojna i balladowa.

Nie ma mowy o rewolucji w muzyce Icy Steel, ale trzeba przyznać że zespół nagrał przemyślany i solidny album. Mocne riffy, chwytliwe melodie i urozmaicenie sprawiają że płyty nie nudzi. Icy Steel jest w formie i „through the ashes” to potwierdza.

Ocena: 7/10

piątek, 30 czerwca 2017

AKOMA - Ravenangels (2017)

Okładki heavy metalowe mają ogromną siłę i potrafią przyciągnąć do danej płyty, nawet jeśli instynkt podpowiada, że to muzyka nie dla nas. Akoma to duński zespół, który działa od 2004 r i specjalizuje się w gotyckim metalu. W swojej muzyce nie kryją zamiłowania twórczością Nightwish, Leaves Eyes, Evanescenes. Teraz w 2017 r zespół wydał swój debiutancki album „Ravengels”, który jest skierowany do fanów progresywnego metalu, a także odmiany symfonicznej.

Patrząc na szatę graficzną „Ravenagels” można dostrzec naprawdę ciekawy pomysł i zgrabne wykonanie. Jest klimat i ciekawy motyw, tak więc można się gapić w nią godzinami. Z kolei sama muzyka też jest zaskakująca dobra. Nie ma grania na siłę, jest sporo intrygujących motywów i wciągający, mroczny klimat. Akoma to przede wszystkim imponująca wokalistka Tanya, który ma coś z operowych wokalistek, a także tych z popu. Tak więc mamy ciekawą mieszankę i w sumie to ona gra pierwsze skrzypce na „Ravenangels”. Zaczyna się klimatycznie bo od zadziornego „Enticing Desire”, który imponuje podniosłością i ciekawymi aranżacjami. Tytułowy „Ravenangels” z gościnnym udziałem Liv Kristine to niezwykle melodyjny i chwytliwy kawałek, który pokazuje że zespół się zna na rzeczy. Energiczny i przebojowy „Change of Propensity” ma w sobie więcej power metalowej natury, co ucieszy fanów tego gatunku. Na płycie znajdziemy bardziej stonowany i rockowy „Hands of Greed” czy cięższy „Vire” o nieco nowocześniejszym zabarwieniu. Zespół potrafi być też komercyjny kiedy trzeba i to pokazuje w spokojniejszym „Humanity”. Całość zamyka bonus w postaci „Bittersweet Memories”.

Jest kilka plusów jak zgrany zespół i utalentowana wokalistka, która potrafi oczarować swoim głosem. Zespół wie co grać i jak to grać. Trzeba jeszcze troszkę popracować nad stylem, nad jakością i nad przebojami, bo tych troszkę za mało. Sam album może znaleźć odbiorców. Warto posłuchać i ocenić.

Ocena: 6/10

poniedziałek, 26 czerwca 2017

NARNIA - Narnia (2016)

Lata 90 to był czas kiedy pojawiało się wiele zespołów power metalowych i każdy z nich znalazł swoje grono słuchaczy i wielbicieli. Szwedzki band o nazwie Narnia szybko zyskał sławę, a każdy ich album to prawdziwa gratka dla fanów gatunku. Swoim stylem nawiązują do Avantasia, Edguy, At Vance czy Iron Mask. Znakomicie łączą elementy neoklasycznego metalu i power metalu, a przy tym dodają melodyjność i przebojowość. Efekt jest powalający, a Narnia stała się rozpoznawalnym zespołem dzięki temu. Ostatni album ukazał się w 2009 roku i „Course of generation” przyjął się dość średnio. Brakowało takiej energii, zadziorności i przebojowości jaką mieliśmy na pierwszych płytach. W 2010 r kapela przestała istnieć i powróciła dopiero w 2014 r w niemal klasycznym składzie, a owocem tego jest najnowsze dzieło w postaci „Narnia”.
 
Płyta ozdobiona skromną, ale klimatyczną okładką i nieco przybrudzonym brzmieniem sprawia wrażenie, jakby zespół przyłożył się tym razem. Celem było sięgnąć do swoich najlepszych dzieł i wrócić do korzeni. Typowa charakterystyczna tematyka o chrześcijaństwie sprawdza się i dodaje uroku całości. Specyficzny i techniczny wokal Christiania sprawia, że Narnia jest jedyna w swoim rodzaju i potrafi oczarować słuchacza. Mimo upływu lat wciąż ma w swoim głosie coś magicznego. Narnia to również ciekawe popisy gitarowe Carla i klimatyczne melodie wygrywane przez klawiszowca Martina. Tak właśnie brzmi Narnia. Jak przedstawia się nowy album?
 
Na wstępie mamy energiczny i przebojowy „Reaching for the top”, który oddaje to co najlepsze w power metalu. Przypominają mi się stare dzieła Edguy czy Avantasia. Niezwykle prosty i melodyjny utwór, który pokazuje klasę Narnia. Fani starego Helloween czy Freedom Call pokochają dynamiczny „I Still Believe”, który charakteryzuje się dużą dawką melodyjności i ciekawych motywów. Echa Bloodbound, Dio można doszukać się w marszowy i mroczniejszym „On the highest Mountain”, z kolei „one way to the promised land” ma w sobie sporo elementów progresywnych. Zespół urozmaica płytę bardziej heavy metalowym „Messengers” i chwytliwym „Who do You follow”, który ma w sobie więcej znamion power metalu. Sporo ciekawych zagrywek gitarowych mamy w złożonym „Moving On”, a dla fanów hard rockowych utworów zespół przygotował „Set the World on Fire”.
 
Dostajemy po 7 latach nie obecności Narnia album, który idealnie podsumowuje ich historię, działalność, styl, a także jest świetnym bilet powrotnym do świata power metalu. Narnia znów żyje i ma się bardzo dobrze. Mam nadzieję, że na kolejnym album nie trzeba będzie czekać kolejnych 7 lat, zwłaszcza że jest to wyjątkowy zespół o dużym potencjale.

Ocena: 8/10

piątek, 23 czerwca 2017

KROKUS - Big Rocks (2017)

W 2010 r Krokus wydał świetny „Hoodoo”, który był powrotem do korzeni i jednym z ich najlepszych wydawnictw. Klasyczny skład sprawił, że zespół przeżywa drugą młodość i kolejny album w postaci „Dirty Dynamite” to tylko potwierdził. Mimo lat, mimo swojego podeszłego wieku panowie grają wciąż wysokiej klasy hard rock w stylu Ac/Dc. Ostatnie dzieło ukazało się w 2013r i od tamtego czasu zespół wydał tylko wydawnictwo koncertowe. Mamy rok 2017, a Krokus zamiast wydać pełno metrażowy album wydaje tylko krążek na którym mamy covery klasycznych rockowych utworów. Troszkę to mało, ale dobre i to, zwłaszcza że dawno nic ta szwajcarska machina nie wydała. „Big Rocks” to album, który sprawia sporo radości i jest miłą wycieczką po historii rocka.

Typowa dla tego zespołu okładka i brzmienie tylko potwierdzają, że panowie są w bardzo dobrej formie. Na płycie znajdziemy „NIB” z repertuaru Black Sabbath, który brzmi jak kawałek Krokus, tak więc dodali coś od siebie. Nie mogło zabraknąć coś z twórczości Queen i „Tie Your mother down” sprawdza się idealnie. Jeszcze ciekawiej wypada energiczny „My Generation” The Who, w którym Marc pokazuje że jest niczym jak wino czyli im starszy tym lepszy. Jego wokal jest zadziorny i taki naturalny. Przebojowy „Wild Things” The Troogs też ma swój charakter i taki Krokusowy styl. Płytę promował kultowy „The House of the rising Sun”, który nabrał mrocznego klimatu i niezwykłego ciężaru. Do udanych coverów na pewno warto zaliczyć „Gimme Some Lovin” czy kultowy hit Led Zeppelin w postaci „Whole Lotta love”. Słabszym punktem jest cover Boba Dylana w postaci „Quinn the eskimo”, na szczęście mamy energiczny „Jumpin Jack flash”, który zaciera złe wrażenie.

Sama płytę należy bardziej traktować jako ciekawostkę i mam nadzieję, że zespół szybko zbierze siły i zacznie pracować nad nowym albumem bo czas nagli. Jest forma, ale szkoda tracić czas na takie nie potrzebne wydawnictwa, które nie wiele wnoszą do dyskografii.


Ocena: 7/10

wtorek, 20 czerwca 2017

WIZARD - Fallen Kings (2017)

Troszkę się nazbierało zespołów grających w stylu Manowar, ale wciąż do czołówki najlepszych należy niemiecki band o nazwie Wizard. Działają od 1989 r  i mają na swoim koncie 11 albumów, z czego najnowszy krążek "Fallen Kings" ukazał się w tym roku. Ostatnie dwa wydawnictwa, były poprawne, ale brakowało tego epickiego klimatu zakorzenionego w twórczości Manowar, tych bojowych chórków i chwalenia heavy metalu i odyna. Brakowało tych wszystkich smaczków, z których był znany Wizard od samego początku. Każdy z fanów marzył o powrocie do korzeni, do poziomu i stylu z "Odin" czy "Thor". Nadzieja pojawiła się w raz z promocją "Fallen Kings". Wtedy zespół udostępnił obiecujące próbki nadchodzącego albumu. Można było wyczuć, że band chce wrócić do swojego najlepszego okresu i znów tworzyć epicki heavy/power metal przesiąknięty twórczością Manowar.

Rzeczywiście"Fallen Kings" jest najlepszym albumem niemieckiej formacji od czasów "Thor" czy może sięgając "Odin". Jest bardziej klasycznie, bardziej epicko i bardziej w stylu Manowar co ucieszy fanów starych płyt Wizard. Zespół znów stawia na przebojowość, mocne, epickie riffy i podniosłe refreny. Słychać, że jest to płyta z kręgu epickiego heavy/power metalu. Zresztą już klimatyczna okładka "Fallen Kings" przypomina stare okładki typu "Odin". Do tego wszystkiego mocne, soczyste brzmienie które uwydatnia jego atuty. Wizard to przede wszystkim charakterystyczny wokal Sven D'Anna, a także zgrany duet gitarowy Micheal i Dano. Na płycie dzieje się sporo i roi się od ciekawych melodii, ostrych riffów, czy urozmaiceń. To wszystko składa się na równy i zapadający w głowie materiał. Każdy utwór to perełka i uczta dla fanów Wizard.

Na sam start dynamiczny "Liar and Betrayer", który promował ten album. Strzał w dziesiątkę, bowiem kawałek mocno nawiązuje do "Odin". Prosty, ostry riff, epicki klimat, przebojowe solówki i spora dawka dynamiki.  Spokojny i mroczny "We are The masses" to marszowy kawałek o epickim charakterze. Tutaj czuć właśnie te inspiracje Manowar. Brzmi to obłędnie. Na płycie nie brakuje ostrych, power metalowych petard i kolejnym tego dowodem jest rozpędzony "Live Your Life". To jest Wizard za jakim tęskniliśmy. "Brothers in Spirit" to z kolei stonowany i bardziej true metalowy kawałek, który potrafi uraczyć nas epickim klimatem. Prawdziwym kilerem na płycie jest energiczny "White Wolf", który śmiało mógłby znaleźć się na "Odin". Dawno Wizard nie grał tak z ikrą. Zespół błyszczy w marszowym i epickim "Wizard until the end", który jest znakomitym nawiązaniem do najlepszych lat Manowar. Jest przebojowo, a przy tym bardzo melodyjnie. Kolejny hit na płycie.  Nutka toporności to mocna strona dynamicznego "Let us Unite' oraz złowieszczego "Frozen Blood", który jest jednym z najdłuższych i urozmaiconych kawałków na płycie. Całość zamyka energiczny "You're the king", który idealnie wieńczy ten album.

Troszkę minęło za nim Wizard wrócił na właściwie tory, ale warto było czekać. "Fallen kings" to album na miarę klasycznych wydawnictw Wizard. Najlepsze dzieło od czasów "Thor". Płyta jest wyrównana, dynamiczna, epicka i w zasadzie każdy utwór to perełka. Warto obczaić najnowsze dzieło Wizard!

Ocena: 9/10