środa, 18 października 2017

POWER QUEST - Sixth Dimension (2017)


Wielka Brytania nie jest w czołówce, jeśli chodzi o power metal. Jednak mają kilka kapel, które są zaliczane do grona tych najlepszych,  a już na pewno rozpoznawalnych. Do tej grupy na pewno zaliczyć Power Quest, który jest sporą konkurencją dla Dragonforce. Wiele osób powie, że ta Power Quest już swoje lata świetności ma za sobą. "Blood Alliance" był ciekawy, solidny, ale miał też sporo wad. Potem zespół przepadł, zawiesił działalność i dopiero w 2016 r udało im się powrócić z nowy składem. Były obawy czy warto, czy są w stanie jeszcze nas zaskoczyć i czy zupełnie nowy skład, gdzie praktycznie został z klasycznego składu tylko Steve Williams podoła wyzwaniu.  Najnowsze wydawnictwo zatytułowane "Sixth Dimension" nie było zbytnio promowane, ale sam fakt że będzie nowy krążek wzbudzał spore zainteresowanie. 6 lat czekania, ale trzeba przyznać, że było warto. Na pewno imponuje Ashley w roli wokalisty. To jest właściwy człowiek na właściwym miejscu. Śpiewa czysto i bardzo technicznie. Power Quest jest dalej tym samym zespołem grającym melodyjny, słodki power metal, ale w odświeżonej formule. Materiał jest równy, dynamiczny i bardzo przebojowy. To go szybko stawia w gronie tych najlepszych w dyskografii zespołu."Lords of Tommorow" to strzał w dziesiątkę, jeśli chodzi o otwarcie albumu. Jest moc, jest energia i chwytliwe melodie. W podobnej konwencji utrzymany jest "Starlight City", który utrzymuje dynamikę płyty.  Typowym kawałkiem jest "Kings and glory", który najlepiej oddaje charakter zespołu. Słodkie melodie nie irytują, a wręcz nadają jej melodyjności. Ostry, zadziorny "Face the raven" ma coś z twórczości Primal Fear co mnie bardzo cieszy. Tutaj swoje atuty ukazuje wokalista Ashley. Hit goni hit i na pewno warto pochwalić za urozmaicony "Revolution Fighters", melodyjny "Coming Home", czy marszowy "The sithx dimension".  Nie ma się do czego przyczepić, bo płyta robi ogromne wrażenie. Jest szybkość, ciekawe melodie i spora dawka pozytywnej energii. Jedna z ciekawszych płyt Power Quest. Bardzo miłe zaskoczenie roku 2017.

Ocena: 8.5/10

DREAM EVIL - Six (2017)

Fani Dream Evil musieli się wykazać nie lada cierpliwością i wyrozumieniem dla zespołu, bowiem 7 lat przyszło czekać na najnowsze dzieło szwedów zatytułowane "Six".W rzeczy samej jest to szósty album studyjny tej formacji, który raczej nie stanie się klasykiem. Nie ma w sobie gracji i polotu z płyt z Gus G, który czynił płyty Dream Evil wyjątkowymi. Gitarzysta Firewind miał w sobie to coś i potrafi zrobić wielką różnicę na płytach, na których jest. Tak też było z innym zespołem który stworzył, czyli Mystic Prophecy. "Six" nie jest też taki przebojowy i energiczny co poprzedni krążek w postaci "In the Night", który wg mnie jest jednym z najlepszych dzieł Dream evil. Niby nowy album idzie w ślady właśnie "In the Night" to jednak jest bardziej toporny i bardziej stonowany. Gdzieś też uleciała przebojowość i jedyne co dostajemy to rzemieślniczy  heavy/power metal, który jest tylko solidny.

Wokalista Nick Night ma bardzo dobry głos i nie raz to udowadnia. Najlepiej wypada w wysokich rejestrach, gdzie zaczyna przypominać Ralfa Sheepersa. Dlatego też dobrze go się słucha w kawałkach mocno przypominających Judas Priest i dobrym przykładem jest "44 Riders". Natomiast gitarzyści Mark i Ritchie jakoś nie porywają swoją grą. Jest dobrze, prawidłowo, ale jakoś tak bez większego pomysłu i nie ma tutaj elementu zaskoczenia. Początek płyty w zasadzie jest obiecujący, bowiem mamy zadziorny i marszowy "Dream Evil", który promował album, a także rozpędzony "Antidote", który jest moim faworytem. Więcej takich petarda i płyta byłaby znacznie ciekawsza. Nieco hard rocka i powiewu lat 80 mamy w przebojowym "Sin City", jednak nie jest to najlepsze co zespół nagrał w swojej historii. Echa Primal Fear mamy w stonowanym, ale bardzo melodyjnym "Creature of the Night", ale nie ma mowy o podobnym poziomie muzycznym. "Hellride" w niektórych momentach złudnie przypomina "War pigs" Black Sabbath. Z kolei "Six hundred and 66" czy "How to start a war" mają w sobie więcej power metalowego kopa co już bardziej zadowala. Mamy jeszcze zadziorny i ostrzejszy "Too loud" oraz spokojniejszy "We are Forever".


"Six" to płyta solidna, heavy metalowa i skierowana choćby do fanów Primal Fear, jednak wszystko jest poprawne i w zasadzie nie ma czym się zachwycać. Płyta jakich wiele na rynku, a szkoda bo dream Evil to doświadczony i sprawdzony zespół, który zawsze wydawał ciekawe wydawnictwa. Tym razem jednak wyszło tylko poprawnie. Brakuje powera i przebojowości z "in the night". Szkoda.

Ocena: 6/10

niedziela, 15 października 2017

ADRENALINE MOB - We the People (2017)

Russel Allen to jeden z najlepszych wokalistów w heavy metalowym światku. Star One, Symhony X i czy projekt Russel/Lande przyniosły mu największy rozgłos i przysporzyło spore grono fanów. Jest to uzdolniony muzyk, który wie jak śpiewać zadziornie, a zarazem technicznie. Ostatnio Russel rozkręca się z zespołem Adrenalina Mob, który powstał w 2011r. Nagrali 3 albumy, a najnowszy "We the people" jest w moim odczuciu najlepszy w ich dyskografii.
Zmiany personalne w sekcji rytmicznej, 3 lata przerwy i już słychać pewne zmiany. Niby zespół dalej gra swoje, czyli nowoczesny heavy metal z domieszką hard rocku i groove metalu, to jednak jest bardziej melodyjnie. Każdy utwór jest bardziej chwytliwy i lepiej wyważony. Riffy są prostsze i o wiele ciekawsze w swojej konstrukcji.Gitarzysta Mike Orlando wygrywa bardziej złożone partie i przede wszystkim więcej w nich gracji i polotu. Nie ma takiego topornego grania i silenia się na konkretny motyw, lecz wszystko jest jak najbardziej naturalne. Tak więc w końcu muzyka Adrenalina Mob trafiła do mnie i na swój sposób zapadła w pamięci. Można się przyczepić, że brzmienie jest takie nieco zbyt przybrudzone, a materiał jest nieco za długi, ale można to zespołowi wybaczyć. Otwierający "King of the Ring" jest nowoczesny, brutalny, ale też melodyjny i atrakcyjny nawet dla tych co nie lubują w takim graniu. Drugi na albumie jest "We the people", który kipi energią i hard rockowym feelingiem. Dużo melodyjności i przebojowości mamy w power metalowym "The killers inside", który pokazuje, że Adrenaline Mob jest w świetnej formie. Zaskakuje pozytywnie spokojniejszy i rockowy "Bleeding hands". Główny motyw jest pomysłowy i zapadający w pamięci. Z kolei "Chasing Dragons" to melodyjny i zadziorny heavy metal, który ma w sobie kopa. Jeszcze nie widziałem, żeby Adrenaline Mob był tak zgrany i dojrzały. Dobrze wypada też ostrzejszy "What you're made of", który pokazuje, że zespół potrafi stworzyć prawdziwą petardę. Na płycie jest też nieco punkowy "Raise em up", nieco thrash metalowy "Ignorance &Greed" czy progresywny "Violent state of mind".No i jeszcze ten świetny cover "Rebell Yell" i czy można lepiej podsumować ten udany krążek? Chyba nie.

W końcu Adrenaline Mob nagrał album dojrzały, energiczny i bardziej przystępny dla słuchacza. Nie brakuje ciekawych melodii czy też przebojów. Bardzo przemyślany i urozmaicony album, który łatwo wpada w ucho. Zmiany personalne i odstęp czasu wyszły na dobre dla zespołu. Polecam najnowsze dzieło Adrenaline Mob.

Ocena: 8/10

czwartek, 12 października 2017

SEVEN KINGDOMS - Decennium (2017)

Gdy się patrzy na okładkę najnowszego krążka Seven Kingdoms to pierwsze skojarzenie to gry komputerowe pokroju Halo czy Unreal, ale jednak mamy do czynienia z albumem power metalowym. Seven Kingdoms to amerykańska formacja, która działa od 2007r i stara się łączyć stylistykę Iced earth, wczesnego Dark Moor czy white Skull. Grają szybki, melodyjny i energiczny power metal, w którym kluczową rolę odgrywa wokalistka sabrina Valentine. Ma coś z operowych wokalistek, ale też z tych bardziej heavy metalowych. Potrafi zaskoczyć zadziornością i wysokimi rejestrami. Zespół ma na koncie 4 albumy i zdołał podbić amerykańską scenę metalową, ale i też i zagraniczną. Kapela znalazła swój styl i w zasadzie można ich pochwalić za pracowitość i nagrywanie solidnych albumów. "Decennium" to świetna kontynuacja "The Fire is mine", który jest jednym z najlepszych wydawnictw tej grupy. Nowe dzieło niczym nie zaskakuje, chyba że tym, że udało się utrzymać wysoki poziom muzyki. Kevin i Camden tworzą zgrany duet gitarowy i ich pojedynki na solówki i ostre riffy są główną atrakcją całości. Już otwieracz "Stargazer" jest tego najlepszym dowodem. Dynamiczny i przebojowy "Undying" to power metal w czystej postaci. Kolejną świetną petardą na płycie jest nieco ostrzejszy "In the Walls", który podkreśla jak bardzo melodyjny jest album. "Castles in the Snow" to kawałek o bardziej heavy metalowym charakterze i  w takiej tonacji Seven Kingdoms wypada znakomicie. Nowy album jest bardzo dynamiczny i power metalowy, tak więc dominują petardy pokroju "The Faceless Hero" czy "Kingslayer". Końcówka płyty to rozpędzony "Hollow" i przebojowy "Awakened from nothing". Nie ma tutaj słabych utworów i każdy to hit, który szybko wpada w ucho. Seven kingdoms tym albumem potwierdza swój talent i zasłużone miejsce w power metalu wśród tych najlepszych.

Ocena: 8/10

wtorek, 10 października 2017

INGLORIOUS - II (2017)

Jeżeli ktoś nie polubił najnowsze dzieło Deep Purple, bądź nie jest zadowolony z powrotu Ritchiego Blackmore;a może najzwyczajniej w świecie odpalić najnowsze dzieło Inglorious. To młody brytyjski band, którzy idzie w ślady starszych kolegów po  fachu. Czerpią garściami z Deep Purple, Rainbow czy whitesnake. Do tego wszystkiego dochodzi znakomite wyczucie rytmu, finezyjne solówki, charyzmatyczny wokal  Nathana Jamesa i talent do tworzenia przebojów. Inglorious mimo młodego wieku i mimo krótkiego doświadczenia znają się na swojej robocie i wiedzą jak stworzyć hity na miarę klasyków . Debiut z 2016 był wielkim sukces i podbił serca fanów hard rocka i muzyki z lat 70/80. Oczekiwania wobec nadchodzącego "II" były ogromne, ale śmiało można stwierdzić, że wymagania fanów zostały spełnione.

Nie dość, że udało się utrzymać stylistykę z poprzedniego dzieła, to jeszcze udało się zachować wysoki poziom wykonania utworów. Z jednej strony mamy klasyczne rozwiązania, stylistykę rodem z lat 70, a z drugiej finezję, nowoczesne brzmienie i masę przebojów. Drugi album jest jeszcze bardziej dopieszczony, jeszcze bardziej urozmaicony i jeszcze bardziej energiczny. Zespół poszedł na całość i słychać to w każdym utworze. Sam otwieracz to wymarzony miks Rainbow, deep Purple w najlepszym wydaniu i nic dziwnego, że "I dont need Your loving" został wybrany na utwór promujący nowe dzieło. Stonowane tempo, hard rockowy feeling i przebojowy charakter to jest to.  Dalej mamy rozpędzony "Taking the blame", który potrafi zauroczyć szybkim tempem i energią. Utwór przypomina te szybkie petardy jakie stworzył na przestrzeni lat Ritchie Blackmore.Dalej mamy rockowy i klimatyczny "Tell me why".  Jednym z ostrzejszych utworów na płycie jest "Read all about it" w którym Andreas i Drew niezły popis umiejętności. Dzieje się sporo w tym kawałku. Nieco bluesowy klimat napędza progresywny "Change is coming". Spokojna, romantyczna ballada "Making Me Pay" nawiązuje z kolei do najlepszych kawałków Whitesnake. Nathan James nadaje takim kompozycjom znakomitego klimatu i buduje napięcie. Kolejnym szybkim utworem na płycie jest dynamiczny "Hell or high water" i w takich kompozycjach wypada znakomicie. "I got a feeling" to znów bluesowy utwór, który nawiązuje do starych albumów Deep Purple. Całość zamyka przebojowy "high Class Woman", który podsumowuje znakomicie cały materiał.

inglorious wymiata i nie ma co tutaj pisać. Drugi album jest równie świetny co debiut, a każdy utwór to perełka. Płyta idealna dla fanów Deep Purple czy Rainbow. Prawdziwa kopalnia hitów.

Ocena: 9.5/10

niedziela, 8 października 2017

EXCALION - Dream Alive (2017)

Fiński band o nazwie Excalion to specjalista w dziedzinie melodyjnego power metalu i grają od 2000r, tak więc mają doświadczenie w tej kwestii. Dowodem na to jest bez wątpienia liczba albumów i mają na koncie już 4 albumy. Najnowszy krążek to "Dream Alive", który ukazał się w  tym roku i to po upływie 7 latach. Wiele czasu minęło od  premiery "High Time", ale mimo tego zespół wciąż trzyma wysoki poziom, a nowy album to uczta dla fanów gatunku.

W 2015 r zasilił zespół nowy wokalista czyli Marcus Lang i dzięki temu excalion zyskał na świeżości i na mocy. Stylistycznie zespół dalej przypomina dokonania Lavarage, Stratovarius czy Dreamtale.  A co na pewno cieszy to fakt, że piękną okładkę narysował nasz rodak czyli Piotr Szafraniec. Soczyste brzmienie jakie stworzył Toumas Kokko jest imponujące i takie typowe dla kapel z tamtego rejonu. Plusem na pewno jest też to, że album nie jest na jedno kopyto i mamy urozmaicony materiał. Już otwieracz "Divergent Falling" pokazuje z czym mamy do czynienia. Jest to prosty, melodyjny power metal, w którym kluczową rolę odgrywają klawisze i wokal Marcusa. "Cantenarian" jest bardziej progresywny i zadziorny. Pojawiają się wyszukane melodie i bardziej złożone partie gitarowe. Nie brakuje chwytliwych przebojów, które szybko zapadają w pamięci i taki właśnie jest "Amelia", który przypadnie do gustu fanom stratovarius czy Sonata Arctica. Takich power metalowych  jest znacznie więcej i tutaj należy wskazać "One man Kingdom" czy "Release the Time". Nie mogło oczywiście zabraknąć ballady i tutaj "Deadwater bay" sprawdza się idealnie. Na co warto jeszcze zwrócić uwagę? Na przebojowy "Man alive" i 11 minutowy kolos "Portrait on the Wall", który imponuje rozmachem i pomysłowością.

7 lat czekania na nowy album Excalion to kawał czasu, ale warto było czekać. "Dream Alive" to dobrze wyważony i przemyślany album. Jest energia, zróżnicowana i spora dawka power metalu najwyższych lotów. Polecam.

Ocena: 8/10

piątek, 6 października 2017

RHAPSODY OF FIRE - Legendary Years (2017)

Rok 2016 był poniekąd dobrym rokiem dla Rhapsody of Fire, a z drugiej był rokiem zmian i trudnych decyzji. Kiedy zespół wydał "Into The Legend" to wiele fanów było w szoku, że kapela wróciła do korzeni i nagrała jeden ze swoich najlepszych albumów. Kiedy wszystko wydawało się być w najlepszym porządku to wtedy kapelę opuścił wokalista Fabio Lione, który był od samego początku. Kolejnym ciosem było odejście długoletniego perkusista Alexa Holzwarth. Ze starego składu został Alex Staropoli i w sumie dla wielu fanów Rhapsody przestał istnieć. Jednak Rhapsody of Fire w nowym składzie postanowił na nowo zagrać swoje największy hity z okresu "Rhapsody" i wydać w formie albumu "Legendary Years".

Wiele wątpliwości było i wiele pytań przed wydaniem tego albumu. Największą niewiadomą był od samego początku Giacomo Voli, który nie do końca przekonywał. Jasne, że potrafi śpiewać i to nawet w górnych rejestrach. Gdzieś tam można doszukać się powiązań z Fabio Lione, ale stara się też być sobą. Nowi muzycy są kompetentni i mogą pochwalić się niezwykłymi umiejętnościami, jednak nie można w pełni ocenić nowego Rhapsody of Fire na podstawie na nowo zagranych starych kawałków, które instrumentalnie brzmią bardzo podobnie. Giacomo idealnie wpasowuje się w partie wokalne Fabio Lione i nowe, stare kawałki wypadają naprawdę przyzwoicie. Mam nadzieje, że odgrywanie starych kawałków, będzie dla kapeli inspirujące i może następny album z nowym materiałem będzie na miarę starych płyt? oby tak.

Na płycie znajdziemy rozpędzony i przebojowy "Dawn of Victory", energiczny "Knightrider of Doom" czy melodyjny "Flames of Revenge". Otwarcie płyty jest naprawdę mocne i w sumie trzeba przyznać, że kapela dobrała dobry zestaw hitów, które identyfikują styl Rhapsody. Nie mogło zabraknąć takich hitów jak "land of immortals", klasyczny "Emerald Sword" czy kultowy "Legendary Tales".  Do promocji wykorzystano "When Demons Awake", który od razu nieco uspokoił, bo wykonanie jest na wysokim poziomie. Nowy wokalista się też w spokojniejszych kawałkach, co potwierdza "Wings of Destiny". Końcówka płyty jest równie mocna co początek, bo pojawia się zadziorny i dynamiczny "Holy thunderforce" i do tego na koniec mamy "Rain of thousands flames", który również niczym nie ustępuje starej wersji.

Bardzo udana składanka, która pokazuje, że nowy skład sprawdza się.  Jednak ciężko ocenić po starych kawałkach czy zespół jest zgrany i czy w niesie powiew świeżości. Jest dobrze, ale czy to wystarczy by utrzymać Rhapsody of Fire? Zobaczymy. Płyta skierowana bardziej do tych osób co nie słyszeli Rhapsody.

Ocena: 7/10

wtorek, 3 października 2017

HELKER - Firesoul (2017)

O Helker można pisać wiele i dla fanów heavy/power metalu jest to zespół, który na pewno jest znany. Argentyńska formacja działa od 1998 r i skupiła się na graniu zadziornego, dynamicznego i bardzo melodyjnego heavy/power metalu. Jedni usłyszą echa Gamma Ray, Helloween, Judas Priest, Iced Earth, a nawet francuskiego Nightmare. Band jest rozpoznawalny dzięki wokaliście Diego Valdezie, który śpiewał w Iron Mask. Mają na swoim koncie już 5 albumów, a ten ostatni ukazał się w tym roku. Na "Firesoul" przyszło fanom poczekać 4 lata, ale nie był to czas zmarnowany, bo dostajemy jeden z najlepszych albumów tej grupy.

Jakbym miał określić jednym słowem ten album, to użyłbym słowa "petarda". Płyta ma pazur, ma coś nowoczesnego, co słychać w brzmieniu i coś klasycznego co potwierdza warstwa instrumentalna. Leo i Mariano tworzą świetny i zgrany duet gitarowym, między którym tworzy się chemia. Jest zgranie, pomysłowość i dbanie o szczegóły i to słychać w każdym utworze. Basista Christian daje niezły popis swoich umiejętności i na każdym kroku przypomina o sobie co słychać choćby w zadziornym "Playing with the Fire". Z kolei "The One" ukazuje fascynacje wokalisty Diego. Czerpie garściami z Tima Rippera Owensa, czy Ronniego Jamesa Dio. Taka mieszanka bardzo mi odpowiada. Już sam początek płyty jest ostry i bardzo dynamiczny, wystarczy się w słuchać w rozpędzony "Fight" czy przebojowy "For all the eternity". Duch starego Judas Priest czy Dio można uchwycić w rytmicznym i bardzo klasycznym "Where You Belong". Nawet spokojna i mroczna ballada "Empty Room" ma w sobie coś wyjątkowego. Takich utworów można słuchać i słuchać i nigdy się nie znudzą.  Zespół nie odpuszcza i stara się dostarczać sporo emocji, nie wpadając w rutynę. Tak o to mamy rockowy "leaving out of the ashes" czy rozpędzony "Stay Away", który można podciągnąć pod Judas Priest, Iced Earth czy Gamma Ray. Kolejną świetną petardą na płycie jest złowieszczy "Break your chains"i w zasadzie nie wiele od tego kawałka odbiega tytułowy "Firesoul". Tak się kończy podstawowa wersja albumu. Warto wspomnieć, że płyta zawiera też dwa bonusy. Mroczny, marszowy "Rise or Fall" oraz cover Black Sabbath. Nie dziwi mnie, że wybrano coś z okresu Dio. Wybór padł na sławny "Neon Knights", który wypadł świeżo, mocarnie i bardzo agresywnie. Diego wymiótł i pokazał

Słabych utworów nie stwierdzono, a sama płyta po prostu wymiata. Jest agresja, mrok, są przeboje i dynamika. Słucha się tego bardzo przyjemnie, a do tego Helker pokazuje światową klasę. To już nie pierwszy raz stają na wysokości zadania. "Firesoul" może namieszać w tegorocznych zestawieniach!

Ocena: 9.5/10

piątek, 29 września 2017

BLAZON STONE - Down in the Dark (2017)

Running Wild jest jeden i choć może to być solowy projekt Rolfa, może to być zespół który nagrywa albumy typu "Shadowmaker", ale właśnie za to wszyscy kochamy Running Wild. Za pomysłowość Rolfa, za to że mimo jasno określonej stylistyki też nie raz potrafi zaskoczyć. W zasadzie każdy album Running Wild to inna przygoda i  z każdej można czerpać radość. Ciężko jest na pewno konkurować z takim zespołem, zwłaszcza jeśli chce się w iść ślady Running Wild, który wiele osiągnął i już jest wśród kultowych kapel. Szwedzki geniusz, multi instrumentalista Ced Forsberg nie odpuszcza i na dobre zagościł w metalowym światku ze swoim projektem muzycznym pod nazwą Blazon Stone, który jest dedykowany fanom Running Wild. Pomysłów ma pełno co  zresztą pokazał, a każdy z nich jest na wagę złota. Potrafi z łatwością przywołać czasy "Blazon Stone", Pile of Skulls", czy "Black Hand Inn". To jest spory atut, zwłaszcza że Running Wild już tak nie gra jak kiedyś. Jednak ciężko w Blazon Stone o świeżość, o jakieś większe urozmaicenie. Jeśli komuś nie przeszkadza w kółko granie tego samego i w takim samym szybkim tempie, ten będzie zachwycony Blazon Stone, a także nowym dziełem o nazwie "Down in The Dark". Jeśli ktoś szuka urozmaicenia i jakiś epickich dźwięków ten może poczuć się zawiedziony. Ced nagrał w sumie 5 albumów pod szyldem Blazon Stone. Pierwszy album to był szok i nie dowierzanie, że można tak jeszcze grać. "Return to port royal" to taki ukłon w stronę "Port Royal" czy "death or glory". Potem był "No sign of Glory", który miał coś z "Blazon stone". Najbardziej epicki i urozmaicony okazał się "War of the Roses". Zaś "Down in the dark" to gratka dla fanów "Black Hand inn" czy "Pile of skulls". To jest spory atut, zwłaszcza że wciąż na wokalu jest świetny Erik Forsberg, który dał czadu już na poprzednim albumie oraz na mini epce.

Brakowało mi na okładkach Blazon Stone piratów, takiego pirackiego klimatu i w końcu go dostałem. Okładka przypomina mi nieco okładkę singla "Lead or Gold". Brzmienie jest równie soczyste i dynamiczne jak na płytach Running Wild, tak więc można śmiało odpłynąć myśląc, że w odtwarzaczu leci nowy krążek ekipy Rolfa. Najważniejsza jest jednak muzyka zawarta na płycie, a ta jak zawsze jest na wysokim poziomie. Mamy 12 w sumie zwartych kawałków, co daje nam 43 minuty muzyki.

Zaczyna się tak bardzo klasycznie bo od intra w postaci "The galleons Departure", który brzmi trochę jak "The Curse" z "Black Hand inn" i to jest bardzo dobry znak. Pierwsza petarda jaka wkracza to "Into Victory", który pod względem konstrukcji i samego riffu przypomina "Black Hand Inn". Jest ostro, melodyjnie i bardzo piracko. Ced zadbał o ciekawe partie gitarowe i chwytliwy refren. Nie ma może zaskoczenia, ale głód na taki stary dobry Running Wild wciąż jest, a Ced go zaspokaja w 100 %. Płytę promował z wielkim sukcesem tytułowy "Down in the Dark", który jest jednym z najlepszych kawałków jakie stworzył Ced z myślą o Blazon Stone. Utwór jest szybki, energiczny i bardzo chwytliwy. Refren po prostu tutaj wymiata i zapada na długo w pamięci. Skojarzenia z kultowym "Pile of Skulls" sa jak najbardziej na miejscu. To się nazywa prawdziwy geniusz i Ced znów zaskoczył swoją pomysłowością. "Hang, drawned and quarted" to żaden cover Running Wild, ale jedyny wolniejszy i bardziej klimatyczny kawałek na płycie. Konstrukcja tego kawałka przypomina nieco epicki "War and peace". Tutaj wykazuje się bez wątpienia świetny Erik, który brzmi jak Rolf z dawnych lat, a to kolejny plus Blazon Stone.W "Eagle warriors" zespół przypomina mi nieco Lonewolf, ale klimat można porównać do "Pile of Skulls". Nowy album jest wyjątkowo dynamiczny i postawiono na szybkie speed metalowe petardy.  Bardzo przypadł mi do gustu bardziej rozbudowany "Tavern of the Damned", który zaczyna się akustyczną gitarą, a potem przeradza się w prawdziwy hit. Co może przykuwać uwagę to bardzo ciekawe partie gitarowe Ceda, choćby w sferze zwrotek. Mam wrażenie, że śrubki z napisem "Szybkość" zostają przykręcone jeszcze bardziej w rozpędzonym "Mercilles Pirate king", który znów zabiera nas w rejony "Pile of Skulls". Ced tutaj gra jak szalony i solówki są imponujące. Czy od geniusza muzycznego można się spodziewać czegoś innego? Na pewno ten kawałek, jak i reszta pokazują, że na tym albumie najlepiej funkcjonują chórki. Jest podniosłość i piracki klimat, który jest jeszcze bardziej podkreślony przez chórki, których gdzieś mi wcześniej brakowało. Nieco zaskakuje toporniejszy i bardziej heavy metalowy "Watery Graves", który brzmi nieco jak "The Soulless" i dobrze że Ced próbuje też grać w ten sposób, bo szybkie petardy to nie wszystko.Moje serce skradł jednak zupełnie inny utwór. Mowa o świetnym i pomysłowym "Rock Out". Tutaj Ced pozamiatał. Coś troszkę innego niż dotychczasowe kawałki. Właśnie czekałem na coś takiego. Wstęp brzmi jak nawiązanie do "Lonewolf", potem przeradza się w bardzo rytmiczny i taki skoczny utwór, w którym z łatwością można znaleźć elementy" Conquistadors" czy "Man in Black", które tak uwielbiam. Więcej takich kompozycji poproszę. To jest rozwiązanie jak nawiązywać do Running Wild, a przy tym nieco zaskoczyć. Dalej mamy energiczny i przebojowy "Bloody Inquisition", który ma coś z "Siberian Winter" czy "Black Hand inn". Znów wybuchowa mieszanka klasyków Running Wild. Murowany hit co zresztą słychać. Całość zamyka rozpędzony "Captain of the wild", który idealnie podsumowuje całość i pokazuje, że Ced może tworzyć te hity tak bez końca.

Ced dołączył nie tak dawno do the Storyteller, ma też Breitenhold, Mortyr, Cloven Altar, wspiera wiele młodych zespołów jak Roadhog czy Palantir, a w dodatku tworzy kolejne albumy Blazon Stone i to  z wielką dbałością. Wiele twarzy ma Ced, ale w sercu gra mu klasyczny heavy/speed metal, a najlepiej się czuje w klimatach Running Wild, co nie raz udowodnił. Kolejny album Blazon Stone ujrzał światło dzienne i znów fani mają powód do radości. Oby ten sen się nie skończył, a Cedowi nie zabrakło pomysłów na kolejne albumy. Gdyby było więcej takich muzyków jak Ced świat byłby lepszy. Płyta z serii brać w ciemno!

Ocena: 10/10

LONEWOLF - Raised on Metal (2017)

"Raised on Metal" to już 9 album francuskiej formacji Lonewolf. To jest jedna  z tych kapeli, która osiągnęła wiele i ma już status kultowej. Nie muszą już niczego udowadniać i w zasadzie każdy ich album to kawał porządnego heavy/speed metalu w stylu Running Wild.  Mimo upływu czasu Lonewolf nie zmienia stylu, ani też nie kombinuje i to jest ich spory atut. Najnowsze dzieło "Raised on metal" ukazał się po rocznej przerwie od czasu premiery "The heathen dawn". Zespół dalej kontynuuje to co wypracował na poprzednich płytach. Klimatyczna okładka to tylko początek. Nowy album jak przystało na francuzów jest dynamiczny, energiczny i bardzo przebojowy. Fani Grave Digger czy Running Wild odnajdą się bez problemu.

Jens Bórner to podstawa tej kapeli i bez niego ciężko byłoby sobie wyobrazić Lonewolf. Tradycyjnie jego wokal jest brudny, szorstki i taki zadziorny. Buduje napięcie i odpowiedni klimat lat 80. Z kolei Micheal hellstrom z Elvenstorm w roli nowego nabytku sprawdza się znakomicie. Skoro wszystko jest dopracowane i współgra to nie ma powodów do obaw.

Otwieracz "Unleash the Wolf" to jeden z najlepszych hitów Lonewolf. Jest energia, chwytliwy refren i taka prostota z początków Running Wild. Ja to kupuje.  Znalazło się też miejsce na niemiecką toporność spod znaku Paragon, Accept czy Grave Digger co słychać w zadziornym "Souls of Black". Tytułowy "Raised on metal" to kwintesencja ich stylu i Lonewolf w pigułce. Riff od razu zabiera nas do złotych lat Running Wild. W podobnej konwencji utrzymany jest "Extinction of the stars". Ciekawym kawałkiem jest mroczny "Evil". Na wyróżnienie zasługuje marszowy "Swansong" czy rozpędzony "Demons Call".

Nie znajdziemy tutaj jakiś słabych utworów, które pełnią rolę wypełniaczy. Solidne brzmienie, ostre riffy i  duża dawka przebojowości sprawia, że "Raised on metal" to kolejny świetny album w dyskografii Lonewolf, aczkolwiek "The Heathen dawn" nie został przebity.

Ocena: 8.5/10

CRAZY LIXX - Ruff Justice (2017)

Co raz więcej kapel próbuje sił w glam metalu z nutką hard rocka i różnie to się kończy. Jedni odnoszą sukces, drudzy ponoszą klęskę. W przypadku szwedzkiego Crazy Lixx mamy prawdziwy sukces. Zespół przykuł uwagę słuchaczy i pokazał, że jest wartościowym bandem, który wie jak zagrać glam metal na wysokim poziomie. Panowie czerpią garściami z Motley Crue, Def Leppard,Guns 'n Roses czy Aerosmith, a przy tym nie tworzy żadnej kalki tamtych zespołów. Crazy Lixx jest sobą i dobrze sobie radzi w tej dziedzinie. Najnowszy album zatytułowany "Ruff Justice" jest jednym z ich najlepszych wydawnictw. Tego nie można przegapić, zwłaszcza jeśli lubi się lata 80 i wyżej wymienione zespoły.

Crazy Lixx zadbał o promocję nowego albumu, bo w zasadzie wszędzie było o nim głośno i to jeszcze przed premierą wydawnictwa. Tak więc nie można było przegapić Crazy Lixx i ich zapowiedzi "Ruff Justice". Okładka i brzmienie mocno jest wzorowane na latach 80 i w zasadzie to się tyczy też muzyki, która jest zawarta na płycie. Płytę otwiera "Wild Child" i tutaj gitarzyści dają czadu. Jens i Chrissen stawiają na klasyczne rozwiązania, na prostotę i przebojowość. To się sprawdza, bo już od razu na myśl przychodzą znane kapele z lat 80. Chórki jak i wokal Dannego rexona przywołują na myśl twórczość Def Leppard. W "XIII" mamy więcej luzu i komercyjności, ale to wciąż hard rock na wysokim poziomie. Nieco lżejszy "Walk the Wire" pokazuje, że zespół potrafi zaskoczyć i grać nieco w innym stylu. "Killer" to z kolei spokojna i klimatyczna ballada, która jest piękna i wzruszająca. Z mocniejszych utworów mamy rytmiczny "Hunter of the heart", zadziorny "Snakes in Paradise" czy żywiołowy "Kiss of Judas", który jest moim faworytem. Na sam koniec mamy rockowy "Live before i die".

Nie ma tutaj oryginalności, bo to wszystko już gdzieś było i to wiele razy prezentowanie. Jednak crazy Lixx przywraca stare dobre czasy glam metalu i hard rocka. Jest klimat lat 80, ta lekkość i przebojowość, która jest niezbędna. Prosta i szczera muzyka, która każdego zadowoli. Gorąco polecam "Ruff Justice".

Ocena: 8.5/10

wtorek, 26 września 2017

RHINO BUCKET - The last Real rock'n roll (2017)

Rhino Bucket przerywa 6 letnie milczenie i wydaje w końcu 7 album w swojej karierze. Ta amerykańska formacja powstała w 1988r i dała się poznać jako kapela grająca soczysty hard rock w stylu Ac/DC.  Rhino Bucket to przede wszystkim wokalista Georg Dolivo, który stara się śpiewać pod Bona Scotta. Jego głos odgrywa ogromną rolę i napędza zespół. Z kolei gitarzysta Brian skupia się na chwytliwych i wyrazistych riffach. To sprawia, że muzyka Rhino Bucket jest solidna, a najnowszy album jest tego przykładem. Choć nie ma tutaj niczego nowego, to słucha się tego bardzo przyjemnie. Mamy tutaj chwytliwy i zadziorny otwieracz "Hello Citizens", rozpędzony i radosny "Everything You do" czy bluesowy "Last Call". Materiał jest pozbawionych wolnych kawałków, a każdy z utworów jest przebojowy i łatwy w odbiorze. Jednak braku w tym oryginalności i świeżości. Brzmi to jak słabsza kalka Ac/Dc.  Pierwszym godnym uwagi kawałkiem jest na pewno "So long" z mocniejszych riffem. Do grona ciekawych kawałków na pewno warto zaliczyć energiczny i bardziej żywiołowy "Forgiveness" czy nieco cięższy "Bang my drum". Końcówka płyty jest utrzymana w podobnej tonacji i tutaj na wyróżnienie zasługuje chwytliwy "falling down the stairs" czy stonowany "The Devil You know", który wieńczy album. Wszystko pięknie, ale brakuje przebojów na miarę Ac/Dc, brakuje tego szaleństwa i riffów, które porwą słuchacza. Solidny hard rock, ale nic ponadto.

Ocena: 5/10

sobota, 23 września 2017

ARCH ENEMY - Will to power (2017)

Dla wielu fanów melodyjnego death metalu Arch Anemy to jeden z tych zespołów, który zaliczyć należy do tych najbardziej rozpoznawalnych. Ta kapela osiągnęła w sumie wiele z Angelą Gossow i mało kto przypuszczał, że nadejdą kiedyś czasy, kiedy Arch Anemy będzie miał nową wokalistkę. Nowy etap rozpoczął się w 2014r, kiedy do zespołu dołączyła  Alissa White - Gluz. Nowa wokalistka wniosła spory pokład energii i świeżości. Jest nieco inna od Angeli, ale ma swoją technikę i klasę i czyni zespół wyjątkowym. Nadaje muzyce sporo melodyjności i zadziorności. To było słychać na pierwszym jej albumie z Arch Enemy czyli "War Eternal". Najnowsze dzieło ukazuje się po 3 letniej przerwie i rozwija cechy zaprezentowane na poprzednim albumie. "Will to power" to wyjątkowy album i to już nie chodzi o to, że zespół rozkręcił się z Allisą, ale też pod tym względem, że jest to pierwszy album z nowym gitarzystą - Jeffem Loomisem. Znany gitarzysta z Sanctuary czy Nevermore dołączył do Arch Anemy w 2014r. Na nowym albumie jest dzięki niemu sporo ciekawych melodii, riffów i dzieje się naprawdę sporo. Album jak i zespół sporo zyskał na tym transferze. Już promujący "The world is Yours" ukazał właśnie atuty Loomisa i to ile wniósł z swoim przyjściem. Idealny kawałek promujący, który należy zaliczyć do tych najlepszych w historii grupy. Bardzo dobrze wypada też melodyjny i marszowy "the eaglies flies alone", który również promował nowy krążek. Płyta jest agresywna, nie brakuje typowego death metalu, co słychać w "The Race", który atakuje nas na początku płyty. Zaskakuje spokojny i komercyjny "Reason to believe", ale to jest dobry sposób na urozmaicenie albumu death metalowego. Zespół znakomicie wypada w bardzo melodyjnych kawałkach pokroju "Murder scene" czy "First day in Hell". W takim "Days of retribution" zespół wkracza w rejony power metalu.  Warto jeszcze wyróżnić podniosły i nieco symfoniczny "a fight i must win". Nie ma słabych kawałków i w zasadzie od początku do końca jest utrzymany wysoki poziom. Mamy szybkie kawałki jak i wolne, stonowane, tak więc nie ma grania na jedno kopyto. Udało się utrzymać poziom z "war Eternal" i spora w tym zasługa Jeffa. Dobra Robota!

Ocena: 9/10

STORMHAMMER - Welcome to The End (2017)

Niemiecki band o nazwie Stormhammer jest rozpoznawalny i lubiany w dość sporej grupie słuchaczy. Zespół działa od 1993 r i nagrał 6 albumów, dając się poznać jako solidny i pracowity zespół, który wie jak grać heavy/ power metal. Nie grają niczego nadzwyczajnego i przypominają stylem wiele innych zespołów z tego kręgu. Wystarczy wspomnieć Blind Guardian, Gamma Ray, Majesty, Wizard, czy Stormwarrior. Stormhammer to spec od heavy/power metal w rycerskiej odmianie, ale jakoś nigdy nie można było ich zaliczyć do czołówki niemieckiej sceny. Wszystko było poprawne i bardziej rzemieślnicze do tej pory. Jednak coś się zmieniło bo najnowszy album tej grupy w postaci "Welcome to The End" to najlepsze co ten zespół wydał.

Niby dalej jesteśmy w power metalowym świecie, ale wszystko jest bardziej przejrzyste, bardziej trafione i przemyślane. Riffy są ostre, ale i pełne dynamiki. Nie ma grania na siłę i wałkowania jednego motywu. Melodie są chwytliwe i lekkie w odbiorze. wszystkie elementy składają się w spójną całość. Bernrd i Chris szaleją w wygrywaniu partii gitarowych i roi się od ciekawych pojedynków gitarowych. Z kolei wokalista Jurgen Dachl śpiewa jakoś tak bardziej naturalnie i z większą swobodą. Nie ma się do czego przyczepić, bo nawet okładka robi wrażenie. Brzmienie jest tutaj mocne i zadziornie, tak więc słychać że to niemiecka produkcja.

Kompozycje są bardzo dobrze wyważone i zagrane z polotem. Już "Northman" pokazuje, że Stormhammer jest w formie i wie jak zainteresować słuchacza. Jest w tym gdzieś coś Judas Priest, jest też coś z Majesty, tak więc mieszanka wybuchowa. Tytułowy "Welcome to the end" wyróżnia się mocnym riffem, klimatem amerykańskich zespołów i dużą dawką mroku. Jeszcze wolniej i ponuro jest w marszowym "The Heritage", który ma coś z Iced Earth czy metal Church. Jednym z mocniejszych punktów płyty jest true epicki "Secret", który przemyca wiele elementów Manowar. Szybki riff, melodie wyrwane z twórczości Gamma Ray, Helloween czy Iron maiden to cecha, która napędza przebojowy "The law". Jest to jeden z moich ulubionych utworów na płycie, bo jest taki inny w swojej naturze. W podobnej stylistyce jest utrzymany dynamiczny "Road to Heaven". Bardzo dobrze wypada też lekki i przyjemny "Into the Night", który sprawdził by się w stacji radiowej.Kolejną petardą na płycie jest przebój w postaci "Spirit of the night" i partie gitarowe same tutaj przemawiają. Co ciekawe mamy 14 utworów, a Stormhammer nie przynudza i nawet końcówka płyty jest ciekawa. Pojawia się złowieszczy "Soul Temptation" i bardziej złożony "Black Dragon".

Nie ma słabych punktów, a płyta jest po prostu dopracowana na maksa. Każdy szczegół jest dopieszczony i zagrany  z pomysłem. Jest lekkość, przebojowość, a riffy to prawdziwe kosy. Tej płycie nie brakuje mocy i polotu. Najlepsze dzieło Stormhammer!

Ocena: 9/10

środa, 20 września 2017

STORMAGE - Dead of night (2017)



17 lat przyszło czekać fanom Stormage na nowy album. Niemiecki zespół powstał w 2003 r na gruzach Anthem. Najnowsze dzieło zostało zatytułowane "Dead of night"  i to trzeci album w dorobku grupy. Stormage skupia się na graniu surowego heavy metalu w niemieckiej, topornej odmianie, nawiązując przy tym do twórczości Rage czy Grave Digger. Kapela nie zmienia stylu na nowym krążku i w zasadzie kontynuują  to co prezentowali na "Sudden Aweking".

Nowy album to 10 równych i solidnych utworów, które dają nam 50 minut dobrej zabawy. Nie brakuje tutaj zadziornych riffów, czy chwytliwych melodii. Stormage potrafi zapaść w pamięci dzięki udanej pracy gitarzystów i specyficznemu wokaliście jaki jest Heiko Hesseler. Otwieracz "Instict to defend" to dobre wprowadzenie w album i wizytówka zespołu i ich stylu. Dalej zespół pokazuje się z bardziej melodyjnej strony. Wkracza przebojowy "Anquish of Mind", który czerpie garściami z Iron Savior czy Paragon. Toporność i ciężar to cechy mocniejszego "Heretic Enemy", z kolei "Faithless god" nie kryje zapędów folkowo, black metalowych. Stormage potrafi też grać bardzo technicznie co potwierdza w "Drag You To Hell", który jest jednym z moich ulubionych utworów na płycie. Nawet nastrojowa ballada "Victims Eye" też się sprawdza. Całość zamyka nieco thrash metalowy "Borne the agony".

Stormage nie tworzy niczego nowego i na pewno nie rzuca na kolana swoją muzyką, ale jest to kawał solidnego heavy/power metal w klasycznej niemieckiej odmianie. Fani Rage, Grave Digger czy Paragon nie będą narzekać. Warto zapoznać się z "Dead of night".

Ocena: 7/10

niedziela, 17 września 2017

NIGHT RANGER - Don't let up (2017)



W latach 80 czy 90 swoje najlepsze albumy wydał bez wątpienia amerykański band Night ranger, który powstał w 1982 r. Ta kapela może pochwalić się kilkoma hitami jak choćby "Rock in America", "Sister Christian" czy "Sing me away". Zespół od samego początku skupiał się na graniu glam rocka/ hard rocka. Ich muzykę można porównać do Def Leppard, Dokken czy Alice Coopera. Grają soczysty hard rock i dobrze się przy tym bawią. Swoje najlepsze lata mają za sobą, ale kapela istnieje i ma się dobrze. Dowodem tego jest najnowszy krążek amerykanów w postaci "Don't Let Up".

Z klasycznego składu zespołu zostało trzech muzyków, a mianowicie : Kelly Keagy, Jack Blades i Brad Gillis. Jednak mimo pewnych roszad, zespół jest wierny swoim priorytetom i zamiłowaniom. Mimo upływu lat grają swoją i nie eksperymentują, tak więc "Dont Let up" to klasyczny Night Ranger. Może pozbawiony oryginalności i elementu zaskoczenia, ale nadrabia przebojowością i klimatem rodem z lat 80. Na nowej płycie nie brakuje ostrych riffów, lekkich melodii i dużej chwytliwości. Ta płyta jest po prostu bardzo przyjazna dla słuchacza. "Somehow, Someday" to taki radosny hard rock, który sprawdza się w dalekiej trasie. Jest szybko, energicznie i sporo tutaj pozytywnej energii. Zadziorny "Running out of Time" ma coś z starego Scorpions i do tego dochodzi duża dawka przebojowości. Tak tworzy się wyraziste hard rockowe przeboje. "Truth" to utwór z kategorii lekkich i bardziej komercyjnych. Kawałek idealny do radia i do promowania płyty. Więcej pazura i metalowego ducha mamy w "Day and night", który jest jednym z mocniejszych punktów płyty. Dobrym kawałkiem jest tytułowy "Dont let up", który podkreśla w jakich klimatach utrzymany jest materiał. Trochę szaleństwa mamy w rock'n rollowym "Say what You want". Na płycie znalazło się jeszcze miejsce na klimatyczną balladę w postaci "We can work it out". Warto też wspomnieć o wyrazistym "Jamie", który pokazuje też pracowitość zespołu.

Nie ma już lat 80, trendy się zmieniły, a Night Ranger wciąż jest i funkcjonuje. Wydają kolejne albumy i trzymają solidny poziom. "Dont let up" to taki typowy Night Ranger z lat 80. Nie jest to może ich najlepszy album, ale wstydu im nie przynosi.

Ocena: 6.5/10

sobota, 16 września 2017

ALAE NOCTIS - Slasher (2017)

Jestem fanem horrorów, zwłaszcza mam słabość do filmów z lat 80, gdzie nie efekty grały główną rolę, a pomysł i fabuła. Patrząc na okładkę "Slasher"hiszpańskiego zespołu Alae Noctis, który działa od 1998r to zakochałem się od pierwszego wejrzenia. Na okładce mamy zabójcę, który łączy w sobie kultowe postacie z "Koszmaru z Ulicy wiązów", "Piątek trzynastego" czy "Halloween". Jest klimat, jest nawiązanie do lat 80 i heavy metalu z tamtego okresu. To jest to, ale nie byłem pewny co ten zespół do końca gra. Obstawiałem typowy klasyczny heavy metal nawiązujący do lat 80. W sumie nie wiele się pomyliłem, jednak to w pełni nie oddaje stylu Alae Noctis.  Zespół często zaliczany jest do "'Dark wave" czy "Retro Wave", przez nie brakuje syntezatorów, elektroniki i nawiązań do muzyki techno w pewnych aspektach. Nie ma mowy o słodkości, ani też kiczu. Jeśli już jest kicz to w dobrej proporcji. Pod względem stylu i jakości Alae Noctis naprawdę imponuje i co ciekawe wyróżnia się na tle konkurencji. Niby w muzyce jest sporo nawiązań do Accept, Wasp, Motley Crue czy Iron maiden. Jednak sposób podania i klimat robią swoją. Nie ma mowy o plagiacie, a Hiszpanie dobrze się przy tym bawią. Wokalista i gitarzysta Diego jest motorem napędowym zespołu i to właśnie jego niezwykła charyzma i przywiązanie do lat 80, sprawiają że zespół robi furorę niczym "Stranger Thins", który  przywołał lata 80. Nie oceniamy tutaj seriali, a muzykę, a ta jest fenomenalna i jedyna w swoim rodzaju. Już "Crazy oldman" zaskakuje i szykuje wykonaniem. Mam wrażenie, że słucham muzyki wyjętej z gry na Pegazusa. Gdzieś tam odbija się muzyka disco z lat 80. W połączeniu z chwytliwym riffem i patentami wyjętymi z wczesnego Accept sprawia, że nie ma mocnych na otwieracz. No i to jest jakiś ciekawy pomysł na heavy metal. Więcej speed metalu i melodyjności uświadczymy w rozpędzonym "Bounty hunter" i znów Diego wymiata w kwestii wokalnych. Klimatyczny "Murder One" jest komercyjny i przenosi nas do lat 80. Znów znakomita mieszanka muzyki elektro i heavy metalu. "Spoils of Crime" jest bliższy Motorhead, co pokazuje jak zespół urozmaicił ten krótki i treściwy materiał.  Śmieszny "Borderline" brzmi jakby został wyjęty z jakieś gry komputerowej. Bardzo fajny efekt wyszedł. Całość zamyka energiczny i dynamiczny "Slasher", który znów ukazuje speed metalowe granie lat 80. Nie ma słabych kawałków, całość bardzo przemyślana i klimatyczna. Alae Noctis zaskoczył pomysłem, a także wykonaniem. Takiej płyty jeszcze nie było.

Ocena: 10/10

NOCTURNAL RITES - Phoenix (2017)

Na odrodzenie Nocturnal Rites czekało wielu, ale mało kto wierzył, że to kiedykolwiek nastanie. Ta szwedzka formacja działa od 1990 r i szybko zdobyła uznanie wśród fanów power metalu. Osiągnęli wiele i w zasadzie każdy ich album to wysokiej próby heavy/power metal, w którym band chciał przemierzać nowe szlaki i być innym zespołem od wielkich gigantów gatunku. Ostatni album "The 8th Sin" ukazał się w roku 2007. Może nie był szczytem możliwości tej kapeli, ale idealnie wpasowała się w to co zespół grał. Potem nastała cisza i zespół gdzieś przepadł. Lata mijały i nikt nie liczył na powrót tej świetnej kapeli. A jednak niczym phoenix zrodzili się z popiołu i powracają z nowym krążkiem w postaci" Phoenix".

Szumne zapowiedzi, sprawdzony skład no i mroczna okładka od razu zachęcają by sięgnąć po ten krążek. Długa przerwa w graniu jednak nie zaważyła na jakości, a wręcz przeciwnie. Band odpoczął, zebrał siły i powrócił z podwójną siłą. Album jest mocny, zadziorny, nowoczesny i zarazem przemyca sporo tradycyjnych rozwiązań. Zespół szuka wiele ciekawych rozwiązań i w efekcie wyszedł urozmaicony materiał. Znajdziemy tutaj szybkie kawałki, też bardziej stonowany, a momentami bardziej progresywne. Nie brakuje chwytliwych melodii, czy przebojów, a najważniejsze że Nocturnal Rites został sobą. Nowy album na pewno przypadnie do gustu fanom Persuader czy Nightmare. Fredrik i Per stworzyli naprawdę zgrany i nieprzewidywalny duet, który imponuje techniką i pomysłowością. To oni napędzają "Phoenix". Nie można też pominąć w ostatecznym rozrachunku świetnego i niestarzejącego się Johnego, który rozwala system jeśli chodzi o partie wokalne. Śpiewa z werwą i niezwykłym zapleczem technicznym. Jeden z najlepszych wokalistów obecnie na rynku. "Heart black as coal" to mocny otwieracz, który od razu zdradza atuty i wydźwięk całego albumu. Jest nowocześnie, agresywnie, ale też bardzo melodyjnie. Pierwszy hit na płycie i nic dziwnego, że wybrano go do promocji "Phoenix". Spokojniejszy "Before we waste away" ma w sobie nieco progresywnego metalu i fani Masterplan z pewnością docenią ten kawałek. Power metal jest bardziej zaakcentowany w mocniejszym "The poisonous seed" czy "Used to be good". Nieco brakuje mi szybkich petard, które zwalą z nóg, ale i to można jakoś wybaczyć Nocturnal Rites. "Repent my sins" jest bardziej komercyjny i śmiało można go nazwać przebojem, który mógłby podpić stacje radiowe. W podobnym klimacie utrzymany jest stonowany "Song For You". Ciekawe przeplatają się różne motywy w podniosłym "The ghost inside me", który zaliczam do moich faworytów. Całość zamyka energiczny "Welcome to the end" i to jest świetne podsumowanie płyty, choć brakowało mi takich killerów. Może następny album będzie w takim stylu? Byłoby miło.

Wielki powrót po latach? Z pewnością "Phoenix" należy do albumów z kategorii "niespodzianek" czy tych "wyczekiwanych". Ciekawość była i w sumie została zaspokojona. Nocturnal Rites, który zalicza się do tych najlepszych kapel z kręgu power metalu powraca i to w świetnym stylu. W ich muzyce jest wciąż ten zapał, chęć i pomysłowość."Phoenix" to najlepszy album od lat, co dowodzi, że kapela powróciła na dobre. Oby więcej tego typu albumów, na takim poziomie.

Ocena: 9/10

czwartek, 14 września 2017

ALDARIA - Land of Light (2017)



Metalowe opery to zazwyczaj dzieło jednej osoby i to ona zazwyczaj jest mózgiem całej operacji. To właśnie jedna osoba decyduje o doborze gości, o warstwie instrumentalnej czy lirycznej. Tak było w przypadku Avantasia, która jest prowadzona przez Tobiasa Sammeta, tak było z Avalon spod ręki Timo Tolkkiego czy metalowej opery Mariusa Danielsena. Każdy z tych projektów cieszył się sporym zainteresowaniem i przyciągnął rzeszy fanów i po dzień dzisiejszy często wraca się do płyt tych zespołów. W tym roku również nie mogło zabraknąć płyty tego typu. Gitarzysta Forde Hovds stworzył swoją metalową operą i nazwał ją Aldaria. Debiutancki album "Land of Light" to kwintesencja power metalu i melodyjnego metalu. Każdy kto kocha stare płyty Avantasia czy debiut Mariusa Danielsena, ten z pewnością doceni dojrzałość i kunszty Aldaria.

W przypadku takich płyt nie ma miejsca dla wpadki czy nie dopracowanych elementów, dlatego też nie dziwi klimatyczna i kolorystyczna okładka, czy też soczyste brzmienie z górnej półki. Co może budzić podziw to bez wątpienia lista gości jaką udało się zebrać. Znajdziemy tutaj Rolanda Grapowa, Uli Kuscha, Yannisa Papadopoulosa, Mariusa Danielsena, Fabio Lione, Ricka Altzi, czy Todda Micheala Halla. Jednak same wielkie nazwiska to nie wszystko, bowiem trzeba umieć jeszcze stworzyć ciekawe i wciągające kompozycje, które będą spójne i idealnie współgrać z tymi świetnymi głosami. Frode dał niezły popis swoich umiejętności, bowiem jest tutaj miejsce dla power metalu, dla epickości, licznych przejść i urozmaiceń. Dzieje się sporo, ale nie jest to chaos, lecz artystyczny porządek. Przypominają się kultowe płyty power metalu, a to tylko podkreśla jakość tej płyty.  "Excitare and Lucem" to klimatyczne intro, które idealnie wprowadza słuchacza w świat Aldaria. Prawdziwa jazda zaczyna się wraz z "Another Life", który imponuje soczystym riffem, power metalową dynamiką i duetem Ricka Altziego i Todda Micheala Halla. Yannis pojawia się w marszowym i nieco progresywnym "Guardians of the light", który idealnie nawiązuje do twórczości Wardrum. Kolejny świetny dowód, że jest tutaj bardzo klasyczny materiał, który imponuje pomysłowością i wykonaniem. Nie mogło zabraknąć wciągającej i pełnej emocji ballady i "Sands of Time" jest po prostu uroczy. Roland Grapow i Pellek dają czadu w przebojowym "Lost in darkness below", który nie dość, że porywa szybkością i dynamiką, to imponuje symfonicznymi smaczkami. Echa Helloween czy Edguy można usłyszeć w melodyjnym i energicznym "Test of Time" i tak zespół nie zwalnia ani nie obniża lotów, mimo że połowa płyty za nami. Drugim wolnym kawałkiem jest "trail of tears", który zabiera nas w rejony Gamma Ray, czy Queen. Końcówka płyty nie ustępuje pierwszej części, bo i tutaj sporo się dzieje. Mamy coś dla fanów Timelesse Miracle czyli "From the Ashes" czy "Where reality ends". Jest też coś dla maniaków Freedom Call czy Edguy i tutaj mowa o charakterystycznym "Answers in Dream". Było też do przewidzenia, że na koniec Fredo zaserwuje nam epickiego kolosa i trzeba przyznać, że tytułowy "Land of light" to taka wisienka na torcie. To utwór pełen ciekawych melodii, licznych przejść i urozmaiceń. Do tego melodyjne solówki, przebojowy refren. Skojarzenia z Gamma Ray czy Hellowen są jak najbardziej na miejscu.


Nie ma co narzekać na wtórność, na oklepane patenty, bowiem nie to jest tutaj istotne. Ważne jest to co słyszymy, a słychać tutaj dopracowany materiał, który kipi energią i nie ma mowy o wałkowaniu jednego motywu. Ciekawi goście urozmaicają nam dodatkowo muzykę zawartą na "Land of light". Ta płyta to hołd dla power metalu i jego złotego okresu czyli lat 90. Fani Avantasia, Helloween, czy Gamma Ray będą w pełni zadowoleni. Jest w końcu konkurencja dla Mariusa Danielsena.

Ocena: 9.5/10

poniedziałek, 11 września 2017

JACK STARR'S BURNING STARR - Stand Your Ground (2017)

6 lat przyszło czekać fanom Jacka Starra na nowy album sygnowany pod nazwą Burning Starr. Wydany w 2011 r "Land of Dead" odniósł spory sukces i pokazał, że true heavy metal ma się dobrze, nawet jeśli Manowar nie tworzy nowej muzyki. Fani Virgin Steele, czy Manowar odnajdą się w tym co gra Jack Starr ze swoim zespołem. "Land of Dead" jest perfekcyjny i ciężko jest powtórzyć taki sukces, to też z ciekawością wypatrywałem "Stand Your Ground". Ucieszył mnie fakt, że w zespole dalej jest genialny wokalista Todd, czy perkusista Rhino, który grywał z Manowar. Skład został ten sam, podobnie jak styl. Jednak mimo wszystko nowy krążek jest i tak nieco słabszy od genialnego poprzednika. Mam wrażenie, że jest mniej przebojów i za mało dynamiki w "Stand Your Ground", co wcale nie oznacza, że jest to słaby album. Nowe wydawnictwo Burning Starr jest bardzo heavy metalowe, epickie i bardzo mocne w swojej kategorii. Zresztą już otwierający "Secret We Hide" pokazuje, że wciąż mamy wysoki poziom muzyki. Zespół jest w formie i to słychać od pierwszych dźwięków.  Kawałek jest ostry, dynamiczny i niezwykle przebojowy i na taki Burning Starr czekałem. Dalej mamy równie energiczny i bardzo melodyjny "The enemy", który ucieszy fanów poprzedniego krążka, a także maniaków Manowar. Mocne otwarcie albumu, a to dopiero początek. Uwagę bez wątpienia skupia wokół siebie 10 minutowy kolos "Stand Your Ground". Utwór nie nudzi, a wręcz od samego początku robi furorę. Mocny riff, melodyjne partie gitarowe i dużo ciekawych motywów sprawia, że to prawdziwa perełka. Nieco słabszy wydaje się "Hero", który momentami brzmi nieco neoklasycznie. "Destiny" jest marszowy, nieco hard rockowy, ale też nie wzbudza już takich emocji jak pierwsze kawałki. Wciąż jest solidnie, ale to już nie ten sam wysoki poziom co przy pierwszych 3 kawałkach. Nieco mroczniejszy i bardziej stonowany "Sky is Falling" to kawał solidnego heavy metalu. Rytmiczny "Escape from the night" to kolejny przebój na płycie, choć mógłby być nieco ciekawszy w swoich aranżacjach."We are one" to kompozycja dłuższa i bardziej rozbudowana w swojej konstrukcji. Bez wątpienia jest to kolejna perełka na płycie. Jednym z ciekawszych utworów na płycie jest ostrzejszy "False gods", który pokazuje że zespół potrafi nieco urozmaicić swój krążek. Całość zamyka marszowy "To the Ends", który idealnie podsumowuje całość i styl Burning Starr. Mocne uderzenie na koniec płyty. Nie udało się nagrać album równie genialny jak "Land of dead", ale to wciąż heavy metal wysokich lotów. Warto się zapoznać z tym albumem.

Ocena: 7.5/10

ATTIC - Sanctimonious (2017)

Czasami przychodzi taki dzień, że poznaje się debiutującą kapelę, ale już widzi się jej potencjał i życzy się im najlepiej. Wtedy zaczyna się kibicowanie danej kapeli i upragnione wyczekiwanie na kolejny album. Kiedy widzi się jak rośnie kapela w oczach innych i rozkręca swoją karierę to jest to spory powód do radości. Tak upatrzyłem sobie niemiecki Attic i to z kilku powodów. Tematyka, która się ociera o satanizm czy okultyzm, co zbliża Attic do Mercyful Fate. Kolejnym atutem jest bez wątpienia jest wokalista Meister Cagliostro, który operują podobną manierą i umiejętnościami co sam King Diamond. Takich wokalistów nie jest tak dużo, więc znów Attic zyskuje w moich oczach. Attic ma przewagę nad wieloma zespołami, ponieważ z dużą łatwością tworzą muzykę przyjazną dla słuchacza. Atrakcyjne melodie, podniosłe chórki, intrygujące i wciągające partie gitarowe. Stworzyć mocne i zadziorne riffy, a przy tym bardzo melodyjne i chwytliwe to nie lada wyczyn, ale Rob i Katte dają czadu jako duet gitarowy. Attic to band niemiecki, tak więc mają w krwi pracowitość i tworzenie heavy metalu na wysokim poziomie. Grać jak King Diamond czy Mercyful Fate, a przy tym grać na wysokim poziomie z nutką świeżości to najlepsza rekomendacja Attic, która już czyni ten band wyjątkowym. Debiutancki album "The Invocation" zrobił szał i odniósł sukces. Przez długi czas było cicho na temat Attic, ale teraz po 5 latach powracają z drugim albumem zatytułowanym "Sanctimonious". Czy udało się utrzymać wysoką pozycję i wyjątkowy styl? Czy Attic znów zachwyci swoich fanów, a także maniaków Kinga Diamonda?

Kiedy ma się w zespole uzdolnionych muzyków, takiego fenomenalnego wokalistę to można wiele zdziałać. Zespół w najlepsze kontynuuje to co rozpoczął na poprzednim albumie. Pielęgnuje swój styl, a nawet go jeszcze podrasował. Nie brakuje mrocznego klimatu, licznych przejść czy urozmaiceń. Attic zadbał o to, żeby "Sanctimonious" nie był nudny i przewidywalny, co jest sporą zaletą. Może okładka nie jest wysokich lotów, ale jest bardzo klimatyczna. Brzmienie jest soczyste i zrobione na wzór poprzedniego krążka. Nie ma tutaj większego zaskoczenia, ale zawartość to już inna sprawa. "Ludicium Dei" to klimatyczne intro, które wprowadza nas w mroczny świat Attic. Włosy stają dęba, ale chce się jeszcze więcej muzyki Attic. Tytułowy utwór atakuje nas dynamicznym riffem i prawdziwym mocnym uderzeniem. Jest klasa, jest pomysłowość i na taki heavy metal zawsze warto czekać. Nieco wolniej i bardziej marszowo jest w "A serpent in the pulpit". Utwór jest bardziej rozbudowany i dzieje się w nim sporo. Więcej agresji i złowieszczego klimatu uświadczymy w energicznym "Penalized", który jeszcze bardziej zbliża nas do złotego okresu Mercyful Fate. Attic na pierwszym albumie zabłysnął pod względem ciekawych melodii i przebojowości i na nowym krążku też tego nie brakuje co potwierdza "Sinless". Płytę promował niezwykle pomysłowy i złożony "The Hound of Heaven", który brzmi jakby powstał w latach 80. Niezwykle energiczny i pomysłowy kawałek, który oddaje to co najlepsze w Attic. Na płycie jest całkiem sporo dłuższych kawałków, a "On Chair Stalls" to kolejny tego typu utwór. Co ciekawe zespół wcale nie przynudza w tych kolosach.  Najspokojniejszy i najbardziej wyróżniający się utwór pod względem klimatu to bez wątpienia "Dark Hossana". Jednym z moich ulubionych kawałków na płycie jest "Born from Sin", który jest bardziej speed metalowy niż pozostałe kawałki. Jednym słowem mocna rzecz. Całość zamyka kolejny kolos czyli "There is no God".

Attic znów nagrał świetny album i nie trzeba więcej dowodów na to, że jest to kapela z górnej półki. Niemiecki band idealnie wypełnia pustkę na brak Mercyful Fate czy nowych albumów Kinga Diamonda. Uzdolniony wokalista, świetne pomysły i dobre zgranie sprawia, że Attic to band wyjątkowy i przed nimi jeszcze wiele sukcesów. Byle tylko następny album ukazał się znacznie wcześniej.

Ocena: 9.5/10

niedziela, 10 września 2017

ARBITRATER - Darkened Reality (1993)

W latach 90 pojawił się brytyjski Arbitrater, który był jakby swego rodzaju odpowiedzią tego kraju na kapele typu Anthrax, Xentrix czy Exodus. Arbitrater powstał w 1987 r i dał światu dwa albumy, z czego najbardziej dopracowany był ten ostatni czyli „Darkened Reality”, który ukazał się w 1993 r. Trzy osobowy skład stworzył naprawdę solidne dzieło, które cechowała niezwykła dbałość o techniczne zaplecze, bardziej wyszukane melodie i złożona konstrukcja utworów. Niby mieliśmy do czynienia z thrash metalem, ale nie brakowało w tym wszystkim odrobiny punku czy heavy metalu. Punkowy charakter zespołu dał o sobie znać z Suicide Commercially”, który potrafi zaimponować agresywnym charakter i mocnym riffem. Tony „Rat” Martin brzmi jak mieszanka Belladony i James Hetfielda. Nie jest może jakimś specjalistą, ale spisuje się tutaj bardzo dobrze. Stonowany „Guilty of no crime” jest mroczniejszy i bardziej toporny, ale ma to swój urok. To, że zespół potrafi grać melodyjnie i bardziej pomysłowo na pewno udowadnia „No second chance.Niezwykle ciekawy jest Deadline gdzie zespół gra jeszcze ostrzej i jeszcze bardziej techniczne. Jeden z najlepszych momentów na płycie. Kolejną perełką na płycie jest rytmiczny „Nightmare vision”, który potrafi zauroczyć pracą gitary Dominica. Nutka progresywności wdziera się w pokręcony Choose Your Weapons” czy bardziej rozbudowanym „Darkend Reality”. Nie ma w tym jakiejś oryginalności, ani świeżości, ale trzeba przyznać, że jest to kawał solidnego technicznego thrash metalu, w którym nie brakuje heavy metalowego pazura, speed metalowej szybkości i ciekawych melodii. Warto znać ten album jak i zespół.

Ocena: 7.5/10

środa, 6 września 2017

Accu§er - Who dominates Who (1989)

Niemiecka scena metalowa kryje sporo ciekawych kapel, zwłaszcza thrash metalowych. Każdy kto zna Grinder, Paradox czy Vendetta na pewno kiedyś musiał zetknąć z Accu§er. Jest to bardzo solidny zespół, który w 1986 r, a celem ich było pójść w ślady Metaliki, Exodus czy Slayer. Mają na swoim koncie 10 albumów, ale złoty okres grupy przypada na lata 80. Moim ulubionym krążkiem tej grupy jest „Who dominates who”, który ukazał się w 1989r. Mroczna, klimatyczna okładka, specyficzne i rozpoznawalne logo od razu intrygują i zachęcają do sięgnięcia po ten album. Dla wielu fanów gatunku jest to album kultowy i jedna z najlepszych płyt thrash metalowych. Na pewno trzeba przyznać, że płyta ma swój charakter, swój styl i wysoki poziom jakości. Jedynie do czego można przyczepić się to do jakości brzmienia, ale ma też swój urok. Takie przybrudzone, nieco surowe, momentami garażowe brzmienie sprawia że zespół jest jeszcze bardziej naturalny i przekonujący. Na „Who dominates who” znajdziemy sporo ostrych riffów, ciekawych melodii, a najlepsze jest to że płyta jest bardzo przebojowa. To nie jest spotykane przy płytach thrash metalowych, a jednak. Na każdym kroku pojawia się melodyjny riff, czy złożone i chwytliwe solówki. Na płycie znajdziemy urozmaicony i dynamiczny „Master of Disaster”, który już pokazuje potencjał grupy i ich pomysłowość. Więcej agresji i brutalności mamy w rozpędzonym Who pulls the wire”. Sporo dzieje się w 6 minutowym Elected to Suffer” czy technicznym Symbol of Hate”. Nieco punkowy i bardzo przebojowy „Who dominates who to taka wizytówka tego albumu. Z kolei „Bastard” wyróżnia się niemiecką topornością i nie brakuje tutaj wpływów Metaliki czy Megadeth. Całość zamyka kolos w postaci „Called to the Banch”, który jest świetnym podsumowaniem całości. Ciekawa mieszanka melodyjności, agresji i technicznego thrash metalu. Nie ma słabych kawałków, a każdy to prawdziwy killer. Płyta szybko stała się kultowa i lubiana przez fanów gatunku. Nic dziwnego, bo jest to perełka jeśli chodzi o thrash metal.

Ocena: 9.5/10


niedziela, 3 września 2017

DEATH - Leprosy (1988)

Śmierć czeka każdego z nas i przed tym nie da się uciec. Czasami zdarzy się, że anioł śmierci przyjdzie po nas za szybko, a my nie zdołamy przekazać bliskim i światu wszystkiego tego co chcieliśmy przekazać. Śmierć jest nieubłagana i przychodzi nawet po wielkie gwiazdy. Chuck Schuldiner zmarł 2001 r a Scott Clendenin w 2015r. Choć nie ma ich już z nami, a świat poszedł do przodu, to ich twórczość na zawsze wpisała się kanon muzyki metalowej, a dokładniej mówiąc death metalu. To byli dwaj wielcy muzycy, którzy grali w amerykańskim zespole o nazwie „death”. Tak więc śmierć zatoczyło koło.

Chuck przyczynił się do narodzin Death metalu i jego nowej interpretacji. Tak jak oni nie grał nikt wcześniej, a później powstało kilka kopii, ale żadna nie była tak dobra jak oryginał. Nic dziwnego, że Chuck został okrzyknięty ojcem chrzestnym tego gatunku. Jego wokal był bardzo specyficzny. Z jednej strony ostry niczym brzytwy, brutalny, ale potrafił budować mroczną,pełną grozy atmosferę i nadawać kompozycjom melodyjności. Kapela Death powstała w 1984 r na gruzach kapeli Mantas i działała do 2001r. Jest kilka klasyków, które wpisały się na zawsze do grona kultowych i przełomowych wydawnictw w historii heavy metalu. Nie, nie jest to na pewno debiut „Scfream Bloody Gore” który był typową i nieco chaotyczną nawalanką death metalową. Mam tutaj na myśli drugi album tej grupy czyli kultowy „Leprosy”.

Ed repka stworzył jedną z bardziej rozpoznawalnych okładek heavy metalowych. Ukazanie w roli głównej trędowatego budzi już dreszcze i zapada ten obraz na długo w głowie. Zresztą zespół dokonał kilku innych istotnych zmian w porównaniu do debiutu. Teksty są poważniejsze, bardziej problematyczny, co już wyróżniało Death. Sprawa życia i śmierci przewija się w tekstach i rzucają się choćby te ludziach chorych na trąd, czy chorych, których przy życiu utrzymuje aparatura. Każdy z utworów ma jakąś głębię i niesie jakieś przesłanie. Tak więc nie jest to typowa death metalowa nawalanka, która nic z sobą nie niesie. Stylistycznie death też brzmi inaczej na „Leprosy”. Kawałki są bardziej złożone, bardziej pokręcone i gdzieś tam przemycono elementy progresywne, thrash metalowe, czy nawet heavy/speed metalowe. To jest właśnie piękne w tej płycie, że nie zależnie od tego czego lubi słuchać, nawet jeśli nie jesteśmy fanem death metalu, to ten album nie da się pokochać. Każdy znajdzie coś dla siebie. Death tutaj urozmaica swoją muzykę i nie chce grać na jedno kopyto. „Leprosy” to również ostre i soczyste brzmienie, które uwydatnia atuty Death i podkreśla choćby zadziorny wokal Chucka.

Płytę otwiera tytułowy „Leprosy” i zaczyna się dość mrocznie i tak stonowanie. Stopniowo wprowadzane są kolejne dźwięki i elementy układanki. Słychać wysoki poziom techniczny i partie gitarowe są bardzo dobrze wyważone. Co od razu się rzuca to zabawa tempem i dopasowywanie różnych motywów. Dzięki temu utwór nie jest banalny i sporo się w nim dzieje. Jeszcze szybszy i agresywniejszy jest „Born Dead”, który pokazuje jak zespół znakomicie potrafi wtrącić elementy stricte thrash metalowe. Chuck tutaj powala na kolana wokalem, który nie da się pomylić z innym. Echa heavy/speed metalu mamy w rozpędzonym „Forgotten Past” czy melodyjnym „Left To Die”, który imponuje marszowym tempem i taką zadziornością. Kolejnym kultowym kawałkiem z tej płyty jest złożony i urozmaicony „Pull The plug”. Kwintesencja stylu Death i idealny przykład jak połączyć agresję, brutalność i melodyjność. „Open Casket” wyróżnia się szalonymi i energicznymi solówkami, które potrafią oczarować nawet przeciwnika death metalu. Thrash metalowa motoryka pojawia się w złowieszczym i brutalnym „Primitive Ways”. Całość zamyka rozbudowany i bardziej złożony „Choke on it”.

Płyta perfekcyjna i nie ma tutaj słabych punktów. Jest to klasyka gatunku i jedna z najlepszych płyt Death. O tej płycie właściwie wszystko zostało powiedziane i każdy pewnie ją zna na pamięć. Nie ma pewnie też osoby, która by nie spotkała się z zespołem death czy właśnie „Leprosy”. Jeśli czytasz tą recenzję i nie znasz tej płyty to czas to zmienić. Arcydzieło!

Ocena: 10/10

piątek, 1 września 2017

FIREFORCE - Annihilate the Evil (2017)

Brakowało mi w Belgii jakiegoś mocnego heavy metalowego zespołu, który nawiąże do bogatej przeszłości tego kraju z lat 80, kiedy to rodziło się wiele ciekawych kapel w tym rejonie. W 2011roku zadebiutował Fireforce z albumem "March on" i to było to na co czekałem. Band trzyma się i cały czas tworzy nową muzykę, szkoda tylko że co 3 lata się ukazuje jakiś album tej formacji. Najnowsze dzieło "Annihilate the Evil" to kawał solidnego heavy/power metalu, który nawiązuje do lat 80. Słychać bowiem echa Crossfire czy Bad Lizard, jednak nie brakuje też odniesień do Attacker, Metal Church czy Accept. Jednym słowem fani heavy metalu będą zadowoleni. Okładka troszkę jest chaotyczna, ale na szczęście muzyka jest bardziej dopieszczona. "The Boys from down under" to idealny otwieracz, który rozpoczyna album z mocnego kopa. Mocny riff, imponująca forma wokalna Flype, czy chwytliwy refren sprawiają, że na dzień dobry mamy pierwszy hit. Nieco toporniejszy "Ravenge in Flames"to utwór, który zadowoli fanów niemieckiego heavy metalu. Więcej energii i dynamiki uświadczymy w melodyjnym "Dog Soldiers", który jest już bardziej speed metalowy. Kolejnym mocnym punktem płyty jest energiczny "Thyra's Wall", który potrafi wciągnąć za sprawą złożonych i atrakcyjnych solówek. Z kolei w "Iron Bridge" czy "White lily" można doszukać się wpływów Saxon, Iron Maiden czy Judas Priest. Typowy przykład rasowych heavy metalowych przebojów.Końcówka płyty jest również ciekawa, bowiem pojawia się przebojowy "Iron,steel,concrate, granite", rozpędzony "Herkus mantas" i speed metalowy "Rossbach". Fireforce znów nagrał solidny album, który jeszcze bardziej umocnił ich pozycję. Jak dla mnie jeden z najciekawszych zespołów z Belgii.

Ocena: 8/10

PORTRAIT - burn The World (2017)

Per Lengstedt to jeden z najbardziej uzdolnionych wokalistów naszych czasów, jeśli chodzi o klasyczny heavy metal. Tchnął życie w Szwedzki Ovedrive, ale jego największym osiągnięciem było dołączenie do zespołu Portrait. Tam może się spełniać i realizować jako wszechstronny wokalista, który może śmiało dać upust swoim zapędom pod Kinga Diamonda. Sprzyja temu też fakt, że kapela gra mroczny, ciężki i zadziorny heavy metal na wzór Mercyful Fate. Na takie granie zawsze jest zbyt, bowiem Mercyful fate nie tworzy nic nowego Denner i Shermann mają swój band, który jest nawiązanie do korzeni Mercyful fate, ale nie każdemu podoba się maniera Seana, tak więc Portrait jest właściwą alternatywą. "Crossroads" to jest album idealny i w zasadzie ciężko jest go przebić, ale "Burn The World" wstydu kapeli nie przynosi. Dalej mamy kontynuację tego co band wypracował w przeciągu ostatnich lat. Tak więc nie ma mowy o zaskoczeniu, ale nie ma też rozczarowania, bo wiadomo czego można się spodziewać. Nie brakuje mrocznego klimatu, szatanizmu i cech Mercyful Fate. Może nieco brakuje typowych przebojów, ale nie jest to powód do płaczu. Płyta i bez tego potrafi oczarować. Band postawił na intro i "Satan return" przyprawia o dreszcze i można poczuć się jak przy odsłuchu płyty Attic czy Powerwolf.  Dalej mamy mocny "Burn the World", rozpędzony "Likfassna"czy niezwykle melodyjny "Flamming Blood", które oddają to co najlepsze w muzyce Portrait, Nawiązania oczywiście do Mercyful Fate słyszalne, ale to akurat spory plus.  Na pewno co mnie zaskoczyło to energiczny i ostrzejszy "Mine to reap", który utrzymany jest konwencji heavy/power metalu.Niezwykle imponujące są tutaj partie gitarowe i liczne przejścia Christiana i Robina. Chłopaki dają czadu i nie bawią się w komercyjne rozwiązania. 7 minutowy "Martys" to utwór o bardziej hard rockowym feelingu, ale też wiele wnosi do płyty. Kolejną petardą na płycie jest rozpędzony i złowieszczy "To die For" i na taki heavy metal zawsze warto czekać. Nic dodać nic ująć, bowiem kawałek jest idealny w swojej konstrukcji. Tradycyjnie na koniec mamy 9 minutowego kolosa w postaci "Pure of Heart" i w tej kompozycji dzieje się sporo. Marszowe tempo, rytmiczne gitary i mroczny klimat robią swoje. Utwór brzmi jakby został wyjęty z lat 80. Nie ma słabych punktów,a  całosć dopracowana i w zasadzie mowa tutaj o jednym z najlepszych albumów heavy metalowych roku 2017. Dobra konkurencja dla tegorocznego albumu Attic.

Ocena: 9.5/10

czwartek, 31 sierpnia 2017

ANIHILATED - Created in Hate (1988)

Jedną z tych kapel thrash metalowych, która nie jest doceniania to bez wątpienia brytyjski Anihilated. Mają na swoim koncie 5 płyt i choć działają po dzień dzisiejszy po powrocie w roku 2008 to i tak nie mogą się cieszyć taką sławą jak Slayer czy Anthrax. Ta kapela gra ostry, surowy thrash metal o technicznym charakterze, choć ich początki wiązały się bardziej z punk rockiem. Zmiana stylistyki wyszła im na dobre. Złoty okres grupy w sumie przypada na lata 80 i jednym z moich ulubionych albumów jest debiut „Created in Hate”. Okładka taka dość mroczna od razu daje sygnał czego można się spodziewać. Mamy ostry, surowy thrash metal, który przypomina mi debiut Kreator. Podobny ładunek emocjonalny, podobny charakter kompozycji. Do tego Simon Cobb, który brzmi jak Mike Petrozza. Stawia on na agresję i brutalność, co przedkłada się na dostępność owej muzyki. Nie do każdego może trafić zawartość. Album otwiera „Chase the dragon” i choć utwór trwa 4 minuty to i tak sporo się tutaj dzieje. Ciekawe przejścia, złożony i zadziorny riff i duża dawka melodyjności. Mocne wejście, które jest wymagane przy tego typu płytach. Jeszcze lepiej prezentuje się „Slaughter”, w którym jest więcej techniki i pomysłowości ze strony muzyków. „Power is the path” to już prawdziwa jazda bez trzymanki i tutaj słychać te nawiązania do Kreator. Sporo urozmaicenia i ciekawych motywów przewija się w „Nightmare”. Końcówka płyty jest również interesująca bo pojawia się petarda „Seventh Vial”, który zaczyna się od klimatycznego wejścia gitar akustycznych. Na koniec mamy kolejny killer, czyli „Final Dawn”. Nie ma słabych utworów, ale nie ma też jakiegoś zaskoczenia i urozmaicenia kawałków. Momentami można odnieść wrażenie, że leci jeden utwór. Największą bolączką tego albumu jest nieco słabe i niedopracowane brzmienie, które zniekształca niektóre dźwięki. Mimo minusów jest to dobry album thrash metalowy, który można polecić fanom wczesnego Kreator.

Ocena: 7/10

środa, 30 sierpnia 2017

JAG PANZER - the Deviant Chord (2017)

Wśród fanów amerykańskiego Jag Panzer są tacy, którzy spisali na straty ten band i raczej chętniej by zobaczyli jak panowie idą na emeryturę niż wydają nowy album. Nic dziwnego, bowiem ostatnie dokonania tej kapeli nie wiele wnoszą do dyskografii. Działają od 1981 r i pomimo kilku przerw w działalności dalej grają swoje czyli amerykański heavy/power metal. Panowie nic nie muszą  Dudowadniać, bowiem już są wśród kultowych kapel. Na "Deviant chord" fanom przyszło czekać 6 lat, ale na pewno nie był to zmarnowany czas. Dlaczego? Po pierwsze płyta ma powiew klasyczności, po drugie album jest bardziej wyrównany i przebojowy niż ostatnie wydawnictwo, a po trzecie słychać, że panowie czerpią radość z grania, a to przedkłada się na jakość zawartości. Jasne, nie mamy tutaj drugiego "Ample Destruction", ale i tak jest postęp. Już rozpędzony otwieracz "Born of the flame" zaskakuje dynamiką i melodyjnością. Duet gitarowy tworzony przez Joyego i Marka daje słuchaczowi sporo frajdy. Panowie stawiają na szybkość, energię i chwytliwość. Wszystko zagrane z polotem i miłością do heavy metalu.W podobnym stylu utrzymany jest hit w postaci "Far beyond all fear" i na taki Jag Panzer wielu czekało. "The deviant Chord" przesiąknięty jest klimatem grozy i to jest jego spory atut. Marszowy "Black List" to taka mieszanka attacker, helstar, czy Judas Priest. Nie brakuje też elementów Iron Maiden co słychać w "Foggy dew" i to kolejny udany przebój na płycie. Najdłuższym utworem na płycie jest bez wątpienia "long awaited kiss", zaś moim faworytem jest power metalowa petarda "Fire of our spirit". Całość zamyka równie ciekawy i klimatyczny "Dare", który świetnie podsumowuje zawartość najnowszego dzieła. Jag Panzer ma się naprawdę dobrze, a "The deviant chord" to jeden z najciekawszych albumów tej formacji od lat.

Ocena: 8.5/10

wtorek, 29 sierpnia 2017

ECLIPSE - Momentum (2017)

Na szósty album szwedzkiej grupy Eclipse przyszło czekać fanom 2 lata. „Momentum” to w zasadzie kontynuacja tego co mieliśmy na „Armageddonize” czyli prosty, chwytliwy i bardzo melodyjny hard rock z lekkim zacięciem heavy metalowym. Jak przystało na szwedzki band nie brakuje tej ich pomysłowości, tej lekkości i ciekawych zagrywek. Eclipse to przede wszystkim gitarzysta Magnus Henriksson i wokalista, gitarzysta Erik Martensson, którzy napędzają ten band i to oni wkładają w niego jak najwięcej.

Szum wokół „Momentum” był i każdy udostępniony utwór był na tyle ciekawy i intrygujący, że nie można było przejść obojętnie obok tego wydawnictwa. Najnowsze dzieło to taka mieszanka nowoczesnych patentów z klasycznymi. Zespół próbuje nawiązać do Scorpions, Pretty Maids, czy House of Lords. Jednak słychać młodzieżowy zapał i pomysłowość, dzięki czemu mają swój styl. Już otwieracz pokazuje jak brzmi Eclipse. „Vertigo” to mocny kawałek, z bardziej zadziornym riffem i dużą dawką ciekawych melodii. Dobrze się tego słucha bo nie ma prób silenia się na coś, co nie leży zespołowi. Przebojowy „Never look back” potrafi zarazić pozytywną energią, której jest tutaj pod dostatkiem. Do grona ciekawych kawałków na pewno trzeba zaliczyć rytmiczny i bardziej zadziorny „The downfall of eden”, który przenosi nas do lat 80. nieco spokojniejszy i bardziej komercyjny „Jaded” wnosi troszkę urozmaicenia. Hard rock pełną gębą mamy w mocniejszym „Born to lead”, który ma w sobie znacznie więcej z klasyki gatunku. Jednym z najciekawszych utworów na płycie jest „no way back”, który pokazuje przebojowy charakter nowego albumu. „Night Comes Crawling” to prawdziwy killer, który potrafi oczarować mrocznym klimatem i zadziornym riffem. Tak powinno grać się hard rocka. Płyta szybko przelatuje, a na koniec mamy jeszcze marszowy „Black Rain”.

Przeczucie nie myliło, warto było zapoznać się z najnowszym dziełem szwedów, bo jest to prawdziwa uczta dla fanów hard rocka. Mamy mocne, agresywne riffy, sporo ciekawych melodii i przebojowość na każdym kroku. Eclipse to jeden z najciekawszych zespołów w kategorii hard rocka. Oczywiście polecam „Momentum” !

Ocena: 8.5/10

niedziela, 27 sierpnia 2017

HOUSE OF LORDS - SAint of the lost soul (2017)

House of Lords to jeden z tych zespołów, dzięki którym hard rock ma się dobrze i wciąż nowe rzesze fanów. Jest to zespół, który przede wszystkim wierzy w klasyczny rock bez zbędnych udziwnień i najlepiej taki szczery i autentyczny. Panowie starają się by ich muzyka brzmiała, jakby powstała w latach 80. To akurat nie jest trudne, bo House of Lords działa od 1987r. Debiutancki album czy „Sahara” pozwoliły zespołowi szybko zyskać sławę i wbić się do grona najlepszych kapel grających hard rocka. „The power and the myth” z 2004 był świetnym powrotem kapeli. Teraz mamy rok 2017 i kapela wydała swój 10 album zatytułowany „Saint of the lost soul”. Liderem grupy jest wokalista, gitarzysta i kompozytor James Christian, który nadaje ton House of Lords i dba o wysoki poziom muzyczny albumów od samego początku. Jaki jest nowy album?

To w zasadzie nic nowego. Choć w zespole pojawił się nowy basista – Chris Tristram to kapela i tak dalej gra swoje. Stawiają na klasyczne dźwięki, które nasuwają twórczość takich kapel jak Rainbow, Deep Purple, Queen, czy Pretty Maids. House of Lords od lat stawiał na chwytliwe melodie, na soczyste i mocne brzmienie, na pomysłowe riffy i wciągające refreny. Bez problemu potrafią stworzyć urozmaicony i energiczny materiał, który jest wypełniony przebojami. Ciężko na pewno wyróżnić najlepsze dzieło tej kapeli, bo każdy krążek niesie wysoki poziom muzyczny. „Saint of the lost soul” z pewnością trzeba zaliczyć do tych najlepszych dzieł House of Lords. Jest z jednej strony klasycznie, tak w klimatach lat 80, ale jest też gdzieś powiew świeżości i nutka nowoczesności, co słychać w brzmieniu. James mimo lat wciąż śpiewa z gracją i taką rockową werwą. Prawdziwy rockowy wokal, który z każdego kawałka coś potrafi zrobić. Od strony partii gitarowych nowy album też wypada znakomicie. Znajdziemy tutaj sporo dojrzałych i złożonych solówek, melodyjnych riffów i takiej lekkości. Wszystko jest zagrane z polotem i finezją, co tym samym zbliża nas do płyt Yngwiego malmsteena, Rainbow czy Pretty Maids.

Płytę otwiera kawałek, który promował „Saint of the lost soul” czyli melodyjny „Harlequin” . Echa Rainbow czy Deep purple można dość szybko wyłapać w tym utworze. Lekkość, rytmiczność i radiowy charakter to atut „Oceans Divide”, który może spodobać się fanom Def leppard. Komercyjność też się pojawia tu i ówdzie co potwierdza lekki i spokojny „Hit the Wall”.Pierwszą taką prawdziwą petardą na płycie jest tytułowy „Saint of the lost soul”, który mocno nawiązuje do dokonań Pretty Maids. Aranżacje, styl, mocny riff to nie jest zbieg okoliczności. Z kolei „New Day breakin” wyróżnia się klimatycznymi partiami klawiszowymi i przebojowością. Troszkę bluesa i zadziorności mamy w stonowanym „Reign of Fire”. Do grona najciekawszych kawałków na pewno warto zaliczyć ostrzejszy „Grains of Sand” czy rozpędzony „The other option”, który pokazują w jakie świetnej formie jest zespół.

House of Lords to marka, która gwarantuje zawsze wysokiej klasy hard rockowy album. To zespół, który nie zawodzi i wie jak stworzyć ciekawe i wciągające melodie. Najnowsze dzieło jest tylko dowodem w jakiej formie jest House of Lords i mimo lat wciąż potrafią zachwycać. Bez błędna płyta, która może śmiało startować o tytuł najlepszej płyty hard rockowej roku 2017. Polecam !

Ocena: 9.5/10

czwartek, 24 sierpnia 2017

LIONVILLE - A World of Fools (2017)

Fanom melodyjnego Rocka i AOR przyszło czekać 5 lat na nowe dzieło włoskiego Lionville. Nie obeszło się bez zmian personalnych, ale wciąż podstawą tego zespołu są gitarzysta Stefano Lionetti i wokalista Lars safsund. Muzycznie nie ma zmian, bo najnowsze dzieło w postaci „A world of Fools” to wciąż dobrze znany nam z poprzednich dzieł melodyjny rock i emocjonalny Aor w klimatach Toto, Chicago, Survivor czy Bad English.

To już trzeci album tej grupy, ale bez wątpienia jest to najbardziej dojrzały krążek i taki bardziej uczuciowy. Same melodie i motywy są proste, chwytliwe i zagrane z lekkością. Nie ma grania na siłę, ani też wypełniaczy. Słucha się tego dobrze, bo zespół stawia na lekkość, przejrzyste brzmienie i łatwo w padające w ucho melodie czy takie nieco komercyjne refreny, które mogły by nas raczyć stacje radiowe. Album promował energiczny i nieco zadziorny „ I will wait” , który idealnie oddaje to co nas czeka na płycie. Melodyjny rock wymieszany z emocjonalnym AOR, a wszystko polane popowym wydźwiękiem. Nie mogło zabraknąć na płycie romantycznych kawałków i w tej roli spełnia się spokojniejszy „Show me the love”. Lionville świetnie wypada w pięknych, emocjonalnych balladach pokroju „Heaven is Right here”. Więcej energii i rockowego szaleństwa mamy w zadziornym „A world of Fools”. Jest to jeden z najciekawszych utworów na płycie, a z pewnością mój faworyt. Duch lat 80 można poczuć w przebojowym „One more night” czy szybszym „All i want”. Zespół nie kryje tego, że kocha twórczość Toto co zresztą słychać w klimatycznym „Our Good Godbey”. Bardzo dobrze wypada też dynamiczny „Paradise” czy łagodniejszy „Image of Our soul”.

Lionville przyzwyczaił nas do tego, że ich albumy są równe, klimatyczne i bardzo romantyczne. Dźwięki są miłe dla ucha, kojące i pełne emocje, a kiedy zmiesza się to z latami 80 i sprawdzonymi patentami to uzyskuje się właśnie taki efekt jaki mamy na „A world of Fools”. Jednym słowem pozycja obowiązkowa dla fanów Aor czy melodyjnego rocka.

Ocena: 8/10