Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Progesive Power Metal. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Progesive Power Metal. Pokaż wszystkie posty

sobota, 20 czerwca 2026

EDU FALASCHI - Mi'raj (2026)




Po świetnie przyjętych „Vera Cruz” i „Eldorado” przyszła pora na finał epickiej trylogii Edu Falaschiego. „Mi'raj" to album wyjątkowy nie tylko dlatego, że zamyka wielowątkową historię rozpoczętą pięć lat temu, ale również dlatego, że pokazuje brazylijskiego wokalistę i kompozytora w niezwykle dojrzałej formie. To dzieło ambitne, rozbudowane i emocjonalne, które udowadnia, że były frontman Angra wciąż należy do ścisłej czołówki światowego power metalu. Płyta ukazała się 12 czerwca i jest pozycją skierowaną do fanów progresywnego power metalu oraz twórczości Edu Falaschiego.

Trzy lata minęły od poprzedniego wydawnictwa artysty i w tym czasie doszło do zmian personalnych w składzie. W 2024 roku do zespołu dołączył perkusista Jean Gardinalli, a rok później gitarzysta Victor Franco. Nowi muzycy szybko wpisali się w stylistykę grupy, choć nie udało się w pełni osiągnąć poziomu „Vera Cruz”. Franco i Mafra stawiają przede wszystkim na rozbudowane aranżacje, wyszukane melodie oraz emocjonalne budowanie nastroju. Momentami daje to znakomity efekt, jednak zdarzają się fragmenty, w których pojawia się wrażenie przerostu formy nad treścią.

Ogromnym atutem albumu pozostają partie instrumentalne. Gitary Victora Franco imponują zarówno techniką, jak i wyczuciem melodii. Solówki są efektowne, lecz nie popadają w pustą wirtuozerię. Warto również wspomnieć o gościnnych występach Rafaela Bittencourta oraz legendy power metalu — Roya Khana — którzy znacząco podnoszą prestiż całego projektu. Płyta jest dobra i zdecydowanie godna uwagi, choć nie powala na kolana. To solidne, ambitne wydawnictwo, które momentami zachwyca, ale nie zawsze utrzymuje równy poziom.

Wokalnie Edu Falaschi prezentuje się bardzo dobrze. Choć jego głos z wiekiem uległ naturalnym zmianom względem czasów klasycznych nagrań z Angra, nadal potrafi przekazać emocje i tworzyć zapadające w pamięć linie melodyczne. Co istotne, nie próbuje za wszelką cenę udowadniać swoich możliwości technicznych — zamiast tego stawia na ekspresję, klimat i narracyjność, co doskonale współgra z charakterem albumu.

Muzycznie „Mi'raj" rozwija pomysły znane z dwóch poprzednich albumów, jednocześnie poszerzając ich brzmieniową formułę. Obok charakterystycznego power metalu pojawiają się elementy rocka progresywnego, muzyki symfonicznej oraz orientalne motywy inspirowane kulturą Bliskiego Wschodu. Monumentalne orkiestracje, bogate aranżacje i filmowy rozmach sprawiają, że słuchacz ma wrażenie uczestnictwa w rozbudowanej muzycznej podróży. Ma to swoje niewątpliwe atuty, choć momentami brakuje mocniej zarysowanych, chwytliwych melodii i wyrazistych „hitów”.

Już otwierający album „Watchers Of The Light” pokazuje skalę przedsięwzięcia i daje pełne wyobrażenie o kierunku nowego materiału. Potężne chóry, rozbudowane harmonie i charakterystyczny styl Falaschiego natychmiast przywołują skojarzenia z jego najlepszymi momentami. „Here I Stand” oraz „Echoes Of Vows” kontynuują ten kierunek, oferując mieszankę przebojowości, technicznego kunsztu i emocjonalnej głębi. To solidne, dobrze skonstruowane kompozycje, choć niekoniecznie natychmiast zapadające w pamięć.

Jednym z najciekawszych momentów albumu jest tytułowy „Mi'raj". Utwór zachwyca orientalnym klimatem, licznymi zmianami nastroju oraz znakomitym gościnnym udziałem Veroniki Bordacchini. To kompozycja niezwykle widowiskowa, która doskonale oddaje koncepcyjny charakter całego wydawnictwa. Świetnie wykorzystano tu power metalowe patenty — nie brakuje ciężaru, energii i subtelnej agresji. To mocny, dopracowany utwór. Znnacznie bardziej progresywny i eksperymentalny charakter ma „Unchained”. To kompozycja złożona, pełna zmian tempa i nieoczywistych rozwiązań aranżacyjnych. Słychać w niej odwagę i chęć wyjścia poza schemat, jednak nie do końca przekonuje — momentami bardziej imponuje niż angażuje. Dużo lepiej wypada energetyczny i agresywniejszy „Circle of Dust”, który w pełni oddaje najlepsze cechy twórczości Falaschiego. Pojawia się tu duch dawnych lat Angra — są mocne riffy, wyrazista motoryka i bardzo dobre wyczucie melodii. To jeden z najmocniejszych momentów na płycie.

Na albumie znajduje się również nastrojowa ballada „On Your Own”, która wyróżnia się pięknym, rockowym feelingiem oraz subtelnymi aranżacjami, w tym delikatnymi chórami w tle. Utwór buduje atmosferę i pokazuje bardziej intymne oblicze zespołu. Fani klasycznego power metalu z pewnością docenią „Wrath Into The War”. To dynamiczny, dobrze skonstruowany utwór z chwytliwym riffem, solidną melodią i dopracowanymi aranżacjami. Gdyby na albumie znalazło się więcej kompozycji na tym poziomie, całość byłaby zdecydowanie bardziej porywająca.

Po takim finale pozostaje jednak pewien niedosyt. „Mi'raj” mógł być albumem na poziomie „Vera Cruz”, ale ostatecznie nie do końca się to udało. Mimo to nie jest to próba kopiowania dawnych sukcesów ani odtworzenia klasycznego brzmienia Angra. To wciąż dojrzałe, ambitne i pełne muzycznej wyobraźni wydawnictwo, które momentami naprawdę imponuje. Jeśli „Vera Cruz” było początkiem wielkiej przygody, a „Eldorado” jej rozwinięciem, to „Mi'raj” stanowi jej godne i emocjonalne zwieńczenie. Edu Falaschi nagrał album wartościowy, przemyślany i zdecydowanie warty uwagi.

Ocena: 8/10

niedziela, 12 kwietnia 2026

ELEGACY - Theory of Sin (2026)


 

Po 11 latach milczenia z nowym albumem powrócił włoski zespół Elegacy. Grupa działała od 2003 roku, by w 2017 zakończyć działalność. W 2025 doszło jednak do reaktywacji – co ważne, w niezmienionym składzie. Album „Theory of Sin” ukazał się 30 marca nakładem Elevate Records. Zespół nadal porusza się w klimatach progresywnego heavy/power metalu, wyraźnie inspirowanego twórczością Queensrÿche czy Fates Warning. Nowe wydawnictwo zdecydowanie zasługuje na uwagę, zwłaszcza dla fanów tego gatunku.

Na pochwałę zasługuje również oprawa albumu. Zarówno dopracowana, kolorystycznie przyciągająca okładka, jak i soczyste, pełne brzmienie robią bardzo dobre wrażenie. Jednym z najmocniejszych punktów zespołu pozostaje utalentowany wokalista Ivan Giannini, który znakomicie buduje napięcie i klimat. Potrafi zaskoczyć zarówno charyzmą, jak i techniką – to prawdziwy mistrz w swoim fachu. Równie dobrze wypada gitarzysta Massimo La Russa, stawiający na wyraziste riffy, różnorodność i progresywny charakter kompozycji. Całość brzmi świeżo i przemyślanie, co przekłada się na bardzo pozytywny odbiór. Te 47 minut z Elegacy mija szybko i niezwykle przyjemnie.

Album otwiera rasowy killer – „Theogenesis”. To agresywny, dynamiczny utwór z wyraźnym power metalowym pazurem. Już sam refren i główny riff pokazują klasę zespołu. Momentami można odnieść wrażenie, jakby słuchało się Masterplan – i jest to zdecydowanie komplement. Progresywny heavy/power metal wybrzmiewa także w treściwym i przebojowym „Wash Away the Blood”. Zespół prezentuje tu nowoczesne podejście i dużą świadomość kompozycyjną.

Tytułowy „Theory of Sin” to kolejny dowód na dbałość o detale – pełen smaczków i ozdobników utwór, w którym klawiszowiec Terzago wyraźnie zaznacza swoją obecność. Bardziej bezpośredni charakter ma melodyjny „Angel”, który przywołuje ducha lat 90. i klasycznego europejskiego power metalu. Do bardziej złożonych i mrocznych momentów wracamy w „The Eye of Horus”.

Nieco słabiej wypada spokojniejszy i bardziej komercyjny „Until Tomorrow Comes”, który stanowi najdelikatniejszy punkt albumu. Na szczęście poziom szybko wraca do normy za sprawą agresywniejszego i bardziej drapieżnego „My Reckoning”, gdzie zespół ponownie błyszczy w progresywnym wydaniu. Na finał otrzymujemy klimatyczny, rozbudowany „Crazy King”, który skutecznie przyciąga uwagę i zamyka płytę w bardzo dobrym stylu.

Elegacy powrócił w znakomitej formie, nagrywając – moim zdaniem – najciekawszy album w swojej dyskografii. To dopracowane wydawnictwo, pełne solidnych kompozycji, które świetnie sprawdzają się w odsłuchu. Nie brakuje tu drapieżnych riffów, pomysłowości i muzycznej dojrzałości. Choć do absolutnego ideału odrobinę zabrakło, nie zmienia to faktu, że jest to płyta zdecydowanie warta uwagi.

Ocena: 8/10

niedziela, 28 marca 2021

VOLKER - Banners (2021)


 Volker to amerykański band, który reprezentuje progresywny heavy/power metal. Kapela czerpie nie tylko ze sceny amerykańskiej, ale też brytyjskiej. Słychać w ich muzyce wpływy Queensryche, Iron maiden, czy Dream theater. Działają od 2010r i mają na swoim koncie dwa albumy, a najnowszy "Banners" ukazał się w tym roku.

To kolejna zdolna kapela, która potrafi czarować ciekawymi solówkami, zagrywkami gitarowymi i potrafi budować złożone warstwy melodii. Instrumentalnie jest naprawdę dobrze na "banners" i kapela imponuje stylem i techniką. Szkoda tylko, że nieco zapomniano o porywających przebojach. Jednak nie to jest problem, ale wokal Cale'a Switzera, który nie wzbudza większych emocji.

Album zdominowały długie kompozycje i tak 50 min zawarto w 7 kompozycjach. Jest szybki "The Ranger", ale czasami wkrada się nuda i niedopracowanie. "Semhain" imponuje klimatem i nieco epickim rozmachem, jednak jakość znów jest daleka od ideału. Nie ma w tym agresji, ani heavy metalowego pazura. To po prostu solidny progresywny heavy/power metal.Dobrze wypada zadziorny "Elia", który przemyca elementy iron maiden. Mamy też folkowy klimat w stonowanym "Simbul Winter" i znów słychać kilka ciekawych zagrywek gitarowych. Na sam koniec dostajemy nawet udany 13 minutowy kolos "Interstellar", który pokazuje, że kapela ma potencjał i nie pokazuje w pełni na co ich stać.

Nie skreślam Voler, bo jest to utalentowana kapela, która grac potrafi i to całkiem dobrze. Wystarczy nieco dopracować aranżacje i stworzyć kilka przebojów, które zapadną w pamięci i kto wie? Mam nadzieję, że jeszcze usłyszymy o nich w przyszłości.

Ocena: 6/10

niedziela, 22 grudnia 2019

RHODIUM - Sea of the Dead (2019)

"Sea of the Dead" to kwintesencja progresywnego power metalu. To nie papka dziwnych dźwięków, które nie współgrają ze sobą. To muzyka oparta jest na ciekawych riffach, na wyszukanych melodiach i wysokiej klasy głosie Mike;a Lee z Silent Winter. Lubię taki rodzaj progresywnego power metalu, który nie nudzi swoją formą. Grecki Rhodium tym drugim albumem pokazał, że stać ich na ciekawy krążek, który może namieszać w tegorocznych zestawieniach.

To co wyprawia Mike na tym albumie to prawdziwy popis nieprzeciętnych umiejętności. Stawia na partie w wysokich rejestrach i zadziorny styl. Znakomicie to współgra z tym co gra band. Do chodzi do tego nieco mroczny klimat i soczyste brzmienie, które potęgują wartość tej płyty. W porównaniu do debiutu jest ciekawiej i więcej się dzieje. Przede wszystkim można odczuć, że band w końcu wie co chce grać i w jaki sposób. Dojrzałość kapeli wypływa z pierwszych dźwięków i już od razu wiadomo, że to płyta z górnej półki.

Kiedy przemija krótkie intro to wkracza melodyjny "Man of Honor" i to jest świetny utwór z dużą dawką energii i intrygujących partii gitarowych. Co za hit. Nie brakuje też prostego i rasowego power metalu spod znaku Primal Fear czy Gamma Ray i taki właśnie jest agresywny "Delirio". Band specjalizuje się w progresywnym power metalu i to mamy w tytułowym "Sea of the Dead". Dzieje się tutaj sporo i urocze są orientalne dźwięki i nieco mroczniejszy klimat. Ten kawałek od samego początku imponuje swoim epickim charakterem. "The emperor" zaczyna się spokojnie, jednak szybko nabiera mocy i pazura. Niezwykle melodyjny i urozmaicony kawałek. Warto wspomnieć też o zadziornym "Sisters of Fate", który oparty jest na ostrym riffie i chwytliwym refrenie. Takich petard jest tu więcej.  Końcówka płyty to dwa kawałki utrzymane w heavy metalowej stylistyce. Mowa o "Fight back" i "Doomday".

Rhodium pokazuje, że progresywny power metal nie musi być nudny i przytłoczony dziwnymi dźwiękami. "Sea of the dead" to klimatyczny krążek z dużą dawką energii i intrygujących melodii. Cały album napędza wokalista Mike Lee, który powala swoim wokalem i techniką. Niezwykle dojrzała muzyka, która potrafi poruszyć nawet najbardziej wymagającego słuchacza. To trzeba znać!

Ocena: 9/10

piątek, 8 grudnia 2017

ADAGIO - Life (2017)

"Archangels in black" , który ukazał się w 2009r to mój ulubiony album francuskiej formacji Adagio. Ta płyta jest agresywna, mroczna, klimatyczna, intrygująca. Z jednej strony progresywna, a zdrugiej mająca power metalowego kopa. Troszkę było mi smutno, że kapela przepadła bez wieści. Teraz po 8 latach Adagio powraca w odmienionym składzie z nowym albumem zatytułowanym "life".  Kelly sundown carpenter śpiewał wcześniej w Beyond Twilight, tak więc już gdzieś ocierał się o progresywny symfoniczny metal. Manierę ma ciekawą i potrafi śpiewać zarówno technicznie, jak i agresywnie, a przy tym potrafi budować odpowiedni mroczny nastrój. Co ciekawe w tym roku zasilił też szeregi Civil War. Adagio może nie zmienił swojego stylu przez nowego wokalistę, bowiem dalej gra swoje, ale jest powiew świeżości. Mamy więcej progresywnego metalu, więcej pokręconych motywów i słychać, że zespół czerpie garściami z twórczości Symphony X, "Life" to bardzo dojrzały album i dopracowany. Brzmienie jest soczyste i mroczne, a zawartość urozmaicona i bardzo progresywna. Zespół próbuje przemycić sporo ciekawych elementów i przy tym zaintrygować słuchacza. Czasami może jest przerost formy nad treścią, ale ma to swoje uroki. Płyta nie trafi do każdego bo ma swój klimat i charakter. Singlowy "Subrahmanya " najlepiej oddaje te cechy. Właśnie taki jest album. Mroczny, złowieszczy, urozmaicony i bardzo progresywny. Nie jest to proste łupu cupu, ale naprawdę dojrzała i wyjątkowa muzyka. Tytułowy "Life" to 9 minutowy kolos, który otwiera ten magiczny album. Kusi tajemniczym klimatem i posępnym riffem. Mrok tutaj przytłacza nas i to jest urok tej kompozycji. "The ladder" to już bardziej power metalowy utwór, choć i tutaj band balansuje między twórczością ayreon, a Symphony X. "The grand spirit voyage" to właśnie przykład takiego przerostu formy nad treścią. Jedynym atutem tego kawałka to świetne popisy wokalne Kelly'ego. Nieco przekombinowany "The darkness machine" to już bardziej progresywne granie, ale też momentami zespół ociera sie tutaj o chaos. Marszowy i teatralny "Secluded within myself" też jest tylko dobry i w zasadzie brakuje mu wykończenia. Całość zamyka bardziej przebojowy "Torn" i w takim kierunku może śmiało iść zespół na kolejnych płytach. "Life" to wyrafinowana płyta, dla maniaków progresywnego metalu, w którym liczą się pokręcone motywy i tajemniczy klimat. Płyta znajdzie swoich zwolenników, a fani Adagio też nie powinni narzekać. Choć nie jest to ideał, to i tak jest to wciąż solidny krążek. Warto poznać jak adagio brzmi po 8 latach przerwy.

Ocena: 6.5/10

środa, 14 września 2016

DISTANT PAST - Rise of The Fallen (2016)

Jednym z ciekawszych zespołów ostatnich lat jakie się pojawiły w progresywnym światku jest Distant past. Ta szwajcarska formacja, która powstała w 2002 r z inicjatywy Adriano Troiano ma na swoim koncie 5 albumów, liczne koncerty i występy u boku wielkich kapel. Swój styl kształtowali na przestrzeni 14 lat i doszli już do pewnego poziomu, który nie zawodzi bardziej wymagających słuchaczy. Z jednej strony panowie nie tworzą niczego nowego ani ponadczasowego, ale nie można im odmówić dobrych pomysłów na kompozycje i ciekawych aranżacji. Jednym słowem każdy kto lubi dużą dawką melodyjności, przebojowości w power metalu ten będzie zadowolony. Szwajcarski band swoją moc czerpie z gitarowego duetu Curty/Schafer. Panowie często stawiają na wyraziste, intrygujące riffy, które porywają słuchacza swoją lekkością i ciekawą formą. Wykonanie naprawdę stoi na wysokim poziomie. Choć stylistycznie panowie przypominają wiele znanych bandów, to jednak potrafi stworzyć coś własnego. Ostatnie dzieło „Rise of The Fallen” ukazał się w tym roku i właściwie to jest to do czego przyzwyczaił nas ten band. Mamy dynamikę, energiczne solówki, ciekawe aranżacje i trafione melodie, które czynią ten album prawdziwym skupiskiem hitem. Dobrze się stało, że płyta nie została zdominowana przez progresywną konwencję. Nowy album przyciąga uwagę klimatyczną i dobrze skonstruowaną okładkę. Postać Jezusa i diabła w odpowiedniej kolorystyce robi wrażenie. Również brzmienie stoi na wysokim poziomie. Każdy z tych elementów składa się na wysoki poziom wydawnictwa. Już sam otwieracz „Master of Duality” to kwintesencja power metalu i progresywnego heavy metalu. Mocny i zadziorny riff pełni tutaj kluczową rolę, a nutka przebojowości dodaje lekkości kawałkowi. Troszkę toporniejszy „Die As One” to kawałek który pokazuje umiejętności gitarzystów. Zespół potrafi płynnie przejść do marszowego tempa i takiej rycerskiej formy w „ark of Saviour”, który jest kolejny mocnym punktem tej płyty. Zespół trzyma równy poziom i kolejne pozycje w postaci zadziornego „Scriptual Truth” czy mrocznego i bardziej thrash metalowego „Redemption” to tylko potwierdzają. Jednym z najciekawszych utworów na płycie jest rozbudowany „Heroes Die”, który ukazuje progresywność zespołu. Całość zamyka klimatyczny i bardziej epicki „By the light of the morning star”. Płyta kończy się dość szybko, ale emocje pozostają na długo. „Rise of The Fallen” mimo swojej wtórności robi spore wrażenie i imponuje lekkością i dobrze wyważonym materiałem, który nie przytłacza nadmiarem progresywnych elementów. Szwajcarski Distant Past znów pokazał swój potencjał i niezwykłe umiejętności w rejestrowaniu ciekawego i wciągającego materiału. Polecam.

Ocena: 8/10

sobota, 17 października 2015

ARRYAN PATH - Terra Incognita (2010)

Dzisiaj cypryjski band Arryan Path jest znany i lubiany w świecie progresywnego czy też epickiego metalu. Ciężko zespół pracował na swój sukces i to już od roku założenia czyli 1997 roku. Początki nie były łatwe i w sumie pierwsze wydawnictwa też były nie do końca dopracowane i były słychać, że zespół bada teren i swoje możliwości. Jednym z pierwszych albumów tej formacji jest bez wątpienia drugi album zatytułowany „Terra Incognita”.

Cypryjski band nie brzmiał tutaj pewnie i do końca też nie był przekonany do tego co gra, co z reszta słychać. Był pomysł na siebie i na to co ma być zawarte na albumie. Zespół od samego początku chce zawrzeć w swojej muzyce klimat starożytnej Mezopotamii , Grecji czy Egiptu. Starają się tworzyć własne i dość oryginalne motywy, stawiać na urozmaicone i wyszukane melodie. Zespół nie idzie na łatwiznę i przez to ich muzyka jest bardziej wymagająca. Stylistycznie jest to epicki heavy/power metal w progresywnej odmianie. Specyficzna okładka i wyważone brzmienie raczej sugerują prowizorkę i płytę spisaną na straty. Nie do końca tak jest. Jeśli ktoś lubuje w twórczości Rhapsody, Crimson Glory czy Queensryche ten może odnaleźć się w tym co gra cypryjski band. Już otwierający „Cassiopeia” to złożona kompozycja, która najlepiej prezentuje styl grupy i ich muzyczne fantazje. Jest ostro, jest urozmaicenie, a miłym dodatkiem jest epicki klimat, który od samego początku otacza nas. Mocnym ogniwem zespołu jest świetny wokalista Nicholas Leptos, który jest pod wielkim wpływem Kiske czy Fabio Leone. Znakomicie wchodzi w wysokie rejestry, nie gubiąc się w technice. To właśnie dzięki niemu ten zespół tak daleko zaszedł. Gitarzysta Socratis i klawiszowiec George dobrze się rozumieją i ten duet sprawdza się przede wszystkim w takich szybszych kompozycjach jak „Molon Lave”. Cała płyta przepełniona jest klimatem starożytnych cywilizacji, o czym pisałem na samym początku. Dzięki tym elementom całość jest mocno progresywna. Dobrze to obrazuje klimatyczny „Terra Incognita” czy ponury „Ishtar”. Jeszcze inaczej zespół brzmi w ostrzejszym „Open Seasons”, który jest prosty i bardziej przebojowy. To taki rasowy power metal w europejskim wydaniu. Podobnie wypada melodyjny „The Blood Remains on the Believer”. Mocny riff, chwytliwa formuła, nacisk na przebojowość i wpływy Black Majesty czy Insania sprawiają że ten utwór zapada w pamięci. Do gronach udanych kawałków warto zaliczyć mocniejszy „Elegy” i marszowy, bardziej epicki „Minas Tirth”.

Płyta nie jest łatwa w odbiorze, można też doszukać się niedociągnięć, ale ostatecznie album broni się. Wszystko dzięki klimatowi, który jest pełen smaczków i nawiązań do starożytności. Sam materiał też jest równy i pełen ciekawych kawałków, które razem tworzą całość, która zabiera nas do innego świata. Dobry przykład, że progresja i epicki heavy/power metal mogą iść w parze. Początki dla cypryjskiego bandu nie były łatwe, ale zespół ciężko pracował i nawet drugi album mimo pewnych wad zaliczyć należy do udanych i warty uwagi.

Ocena: 7.5/10

wtorek, 3 marca 2015

VANISH - Come To Whiter (2014)

Czy elementy nowoczesnego metalu i bardziej klasycznego zakorzenionego w latach 80 czy 90 mogą ze sobą współistnieć? Niemiecki band o nazwie Vanish jest żywym dowodem na to, że mogą i to z jaki skutkiem. Zespół działa już od ponad 14 lat, więc do zaoferowania mają dojrzałą muzykę, która ma zachwycać nie tylko nowoczesnym brzmieniem, syntezatorami, czy progresywnym charakterem kompozycji. Ma nas przede wszystkim porwać kreatywnością i pomysłowością. W tym akurat Vanish jest całkiem dobry. Nowy album „ Come To Whiter” to tylko potwierdza. Na płycie nie brakuje wpływów Queensryche czy Brainstorm, a to tylko świadczy jakim solidnym zespołem jest Vanish. Już uwagę słuchacza powinna przyciągnąć ciekawa okładka, a także fakt, że gościnnie występuje tutaj Ralf Sheepers. Z pewnością dzięki niemu zamykający „The grand Design” jest jednym z najlepszych kawałków na płycie. Porywa energią, mocnym riffem i zadziornością. To jest kawał porządnego heavy metalu z domieszką progresywności i power metalu. Równie udany jest „Great Collapse”, który pokazuje, że nowoczesny metal też może być atrakcyjny dla potencjalnego słuchacza, który gustuje w bardziej klasycznym graniu. Popis ciekawych partii klawiszowych uświadczymy w rozpędzonym „Bless The Buried Child”. Najdłuższy na płycie jest „Curtain Call” i tutaj można przekonać ile dla zespołu znaczy progresywny metal. Atutem zespołu jest bez wątpienia wokalista Bastian Rose, który ma charyzmę i niezwykłą moc, która niszczy wszelką przeszkodę. Jeśli mam na coś ponarzekać, to na współpracę gitarzystów, bowiem Phillip i Thomas grają troszkę oszczędnie. Stać ich na znacznie więcej co zresztą słychać w takim brutalnym „Silence” czy melodyjnym „Hope Shall Rise”. To wszystko przemawia tylko za tym, że mamy do czynienia z porządnym albumem, który nie był tworzony na kolanie. Wszystko zostało przemyślane, czego efektem jest solidny „Come To whiter”, który z czystym sercem można polecić fanom progresywnego power metalu czy właśnie nowoczesnego metalu.

Ocena: 6.5/10

P.s Recenzja przeznaczona dla magazynu HMP

wtorek, 23 grudnia 2014

ANGRA - Secret Garden (2015)

Pamiętacie czasy, kiedy to brazylijski band o nazwie Angra był jednym z najważniejszych zespołów w kategorii power metal? Te czasy już nie powrócą. Był cień nadziei, że odświeżony skład może to zmieni. W końcu pojawienie się Fabio Lione z Rhapsody of Fire w szeregach Angra można uznać za błogosławieństwo. Niestety zamiast patrzeć na odrodzenie Angra na nowym albumie tj „ Secret Garden”, to widzimy jak Angra nabiera cech Rhapsody of Fire. Jest sporo symfonicznych elementów, jest bawienie się podniosłymi chórkami, jest klimat fantasy i w dodatku jest sporo też progresywności. Gdzie jest power metal? Jest ale w nie wielkiej ilości i często zagłuszony właśnie przez eksperymentowanie, przez progresywność i patenty symfoniczne. To już najwyższy czas zapomnieć o dawnym stylu Angra. Przyjrzyjmy się zatem temu co zespół gra w roku 2015.

Została nazwa zespołu, logo i intrygujące pomysły na okładki. Gorzej już jest z muzyką. Za dużo kombinowania, za dużo progresywności, za dużo przerysowania cech Rhapsody of Fire. Często podczas słuchania nowego albumu można się zastanowić czy to nowy album Angra czy Rhapsody of Fire. Fabio Lione to jeden z najlepszych wokalistów i na pewno jego występ w Angra jest warty odnotowania. Jednak liczyłem na to, że przyniesie on ze sobą więcej power metalu. Na pewno jest kilka momentów, które są warte uwagi. Na pewno otwieracz „Newborn Me” dobrze się prezentuje i pozwala wciąż wierzyć, że czeka nas bardziej power metalowy materiał. Jest nutka nowoczesności, jest też pazur, agresja, przebojowość i nutka progresywności. To jest to co chciałem usłyszeć i szkoda, że takich utworów jest tutaj za mało, żeby przypomnieć nam stare czasy Angra. Power metal pełną gębą mamy w „Black Hearted Soul” i to jest Angra jaką kocham. Nie przeszkadza tutaj podniosłość i epicki chórki rodem z Rhapsody of Fire. Kiko i Rafael odwalają tutaj kawał dobrej roboty. Jest szybkość, jest dynamika i pomysłowość, a w dodatku nawiązują tutaj do klasyków. To musi się podobać. Bardziej urozmaicony „Final Light” też dobrze się prezentuję, choć tutaj zespół chciał zaprezentować bardziej nowoczesny power metal. Bardzo dobry początek i szkoda że zespół to zmarnował na rzecz komercji i bardziej rockowych kompozycji. „Storm of Emotions” może i zachwyca klimatem i stylem, ale nie jest to czego fani oczekują od Angra. Obecność Simone Simons w „Secret garden” nie dodaje magii ani też nie sprawia że utwór jest wyjątkowy. Utwór jest spokojny i dość monotonny. Ciekawszy jest „Crushing Room” z Doro Pesch, choć i tutaj za dużo kombinowania i za mało prostoty. Na koniec takie prawdziwe zestawienie obecnego stylu Angra z starym. Nowy reprezentuje „Silent Call”, a stary „Perfect Symmetry”, który jest jednym z najlepszych utworów od czasów „Temple of Hate” .

Kiedy słucham takie utwory jak „Perfect Symmetry” to jeszcze zaczynam mięć nadzieję, że może jeszcze gdzieś tam jest Angra, który lubię za album „Temple of Hate”. Brakuje mi tych starych czasów, kiedy liczyło się coś więcej niż progresywność i power metal był ważnym składnikiem w muzyce Brazylijczyków. Może pojawienie się Fabio Lione coś zmieni? Nic może trzeba poczekać na kolejne albumy. Póki co jest to tylko przebłysk, który przejawia się w kilku utworach. Warto sięgnąć dla tych paru momentów po nowy album Angra.

Ocena: 5/10

niedziela, 26 października 2014

OCEANS OF TIME - Faces (2012)

Nie jest łatwo znaleźć taki zespół metalowy, który gra w ciekawy sposób progresywny power metal, który ma zamiar zaskoczyć słuchacza, stara się stworzyć bardziej własny styl, aniżeli być klonem. Brakuje kapel, które nie tyle stawiają na dziwne motywy i wydłużanie danych kompozycji, co po prostu stawiają na złożone konstrukcję i pomysłowość. Ja mam zawsze z tym problem. Zazwyczaj takie wycieczki w rejony progresywne kończą się w moim przypadku nie powiedzeniem. A co powiecie na norweski zespół, który dysponuje wokalistą podobnym manierą do Grahama Bonneta, czy Jeffa Scotto Sotto? Młody zespół, który powstał w 2005 roku i w 2012 nagrał znakomity debiut „Faces”, który był ciekawą krzyżówką power metalu, melodyjnego metalu, progresywnego i symfonicznego metalu. Nie ma zimnej kalkulacji, nie ma próby grania czegoś wbrew sobie, nie ma też próbowania bycia modnym. Postawiono wszystko na jedną kartę. Dzięki czemu debiutancki album nie brzmi jak dzieło młodych, przestraszonych chłopaków, lecz jak dzieło dojrzałych i doświadczonych muzyków, którzy wiedzą czego chcą i jak to osiągnąć. Jestem wybredny jeśli chodzi o progresywny metal, ale Oceans of Time ukradł moje serce i przekonał mnie, że można zaskoczyć w tym gatunku, że można nagrać ciekawy album z muzyką progresywną. Zaskoczenie, urozmaicenie, przebojowość, dbałość o szczegóły to wszystko znajduje się w muzyce norwegów. Nie brakuje power metalowej mocy, szybkości, agresji, ale też i bogatych aranżacji czy podniosłego klimatu. Wokalista Ken Lyngfoss to mało komu znany muzyk, jednak to powinno się zmienić. Został on obdarzony mocnym, wyrazistym, ostrym głosem, który spełnia się w takim graniu, zwłaszcza że technika śpiewania jest z górnej półki. Gitarzysta Jensen czy klawiszowiec Henriksen to też kluczowi muzycy decydujący o ostatecznym brzmieniu Oceans of Time. Ten układ sprawdza się i przypomina momentami Stratovatius, czy Symphony X. Brzmi to znakomicie, bo wszystko zagrane z pomysłem i z dbałością o atrakcyjność. Początek może i zaskakuje, bowiem „Walls of Silence” bardziej pokazuje nowoczesność, agresję, ale też tutaj można poczuć potencjał owej formacji. Ze świecą szukać tak zagranego progresywnego power metalu w dzisiejszych czasach. W „The Beast” można doszukać się powiązań z najlepszym okresem Masterplan. Kolejny pomysłowy riff, kolejna dawka mocnego grania i już wszystko wiadomo. To płyta zgranego zespołu, który gra prosto z serca i sprawia im to radość. To wszystko słychać, muzyka w tym przypadku nie kłamie. „Faces” ukazuje atuty Jensena i to że dysponuje niezwykłymi umiejętności, a jego riffy i solówki są niezwykle pomysłowe i pełne różnych smaczków. Jak grać melodyjny power metal nawiązując do lat 90, jednocześnie zagrać z polotem i bez kompleksów? Oceans of Time znakomicie to pokazuje w rozpędzonym „Kingdom Falls”. Ciekawa mieszanka w stylu Silent Forces, czy Stratovarius, zaś rycerski refren potwierdza obecność epickości. Czystą progresję i piękno tego gatunku uświadczyć można w nieco dziwnym, ale i intrygującym w pozytywny sposób „A Touch of Insanity”. Dzieje się tutaj sporo i jest to dość wymagająca kompozycja. O „Uncertainty” można się wypowiedzieć jak o klimatycznej i romantycznej balladzie. Całość zamyka rozbudowany „You're so Cold” i to najlepsza wizytówka z jakim zespołem mamy do czynienia i na jakim poziomie został zagrany ten album. Więcej nie trzeba udowadniać. Niech muzyka przemówi do was i niech pokaże co to prawdziwe piękno progresywnego power metalu.

Ocena: 8.5/10

środa, 30 lipca 2014

HELICON - Mysterious Skipjack (1994)

W latach 90 za dobrze się nie działo w metalu i niektóre kapele zachwiały swoją pozycję osiągniętą w latach 80. Tradycyjny metal i power metal gdzieś zatraciły swój urok, ale wcale to nie oznacza że w tym okresie się nic nie działo i żadna kapela nie potrafiła błysnąć geniuszem. Tak się składa, że był to czas narodzin dwóch wyjątkowych niemieckich kapel, który większość słuchaczy nie wie o ich istnieniu, co jest błędem. Jednym z nich jest Centaur a drugi to właśnie ponadczasowy Helicon. Dwie znakomite, niemieckie kapele grające melodyjny power metal z domieszką progresywnego metalu. Nie jest to drugi Helloween czy Gamma ray, to zupełnie nowa jakość power metalu.

Helicon to niemiecka formacja założona w 1986 roku i działająca do roku 1996. Przez 10 lat działania udało się nagrać dwa wyjątkowe albumy, z czego drugi krążek zatytułowany „Mysterious Skipjack” to prawdziwa perełka. Kapela nigdy nie zdobyła zasłużonej sławy i dla wielu ten zespół nie istnieje. Nic dziwnego, w końcu Helicon nie był promowany tak jak Gamma Ray czy Helloween, choć należał też do wytwórni Noise. „Mysterious Skipjack” ukazał się w 1994 roku, czyli w czasie, gdy Gamma Ray i Helloween powracały do swojej wysokiej formy, a power metal dopiero się rodził na nowo. Może nie uwierzycie, ale Helicon w tym czasie grał ciekawiej niż nie jedna kapela power metalowa, pozostawiają daleko w tyle Gamma Ray czy Helloween. Stylistycznie bardziej ich styl bym porównał do Centaur, choć to też nie jest takie proste, bowiem Helicon stworzył swój własny, charakterystyczny styl. To nie jest wcale stworzyć własny styl, nie ulegając klonowaniu wielu innych wielkich kapel, a ja jednak Helicon jest jednym w swoim rodzaju zespołem. Co się na to składa? Sporą rolę odegrał fenomenalny Uwe Heepen jako wokalista. Pokazał na tym albumie, że można śpiewać z pazurem, ale też trzymając się specyficznej maniery. Znakomicie odnajduje się zarówno w szybkich, power metalowych kompozycjach, gdzie trzeba się wykazać umiejętnością śpiewania w wysokich rejestrach, ale też w spokojniejszych kawałkach, gdzie trzeba słuchacza porwać ciepłą barwą. Jeden z najciekawszych wokalistów z lat 90 i szkoda że w roku 2013 zmarł, bo jest to wielka strata dla power metalu. „Mysterious Skipjack” to płyta magiczna i wyjątkowa. Co też jest jej mocnym atutem to przybrudzone brzmienie, takie ostre i klimatyczne. Jedno z tych najlepszych z jakim miałem do czynienia. Płyta zaczyna się od mocnego uderzenia perkusisty i od razu w „American Fever” słychać jak perkusista Andre ma urozmaicony styl i jak potrafi zauroczyć swoją grą. Dzieje się sporo i ten progresywny charakter jest dobrze wyważony. Nie jest przesadzone z dziwnymi smaczkami, a dalej słychać że jest to melodyjny power metal. Różnica jest tylko tak, że w danym utworze sporo się dzieje, a zespół stawia na pomysłowe i wyszukane melodie i motywy. Refren tutaj to podręcznikowy power metalowy refren, który nasuwa Gamma Ray czy Helloween. Gdy się w słuchamy w klimat kompozycji, w brzmienie gitar to można odnieść wrażenie, że słuchamy jednego z wczesnych albumów Scanner. Najlepsze jest to że zespół stawia na dłuższe kompozycje, ale mimo to kawałki nie nudzą, wręcz przeciwnie zaskakują formą, pomysłowością i wykonaniem. Rzadko kiedy można trafić na taką płytę w której solówki są zagrane z polotem, riffy są soczyste, ciężkie i pomysłowe, rzadko kiedy płyta porywa słuchacza stricte warstwą instrumentalną, ale album Helicon jest inny. Już w „Streetgang” słychać ponury, ciężki i nieco mroczniejszy riff, który można by śmiało zaliczyć do thrash metalu. Trzeba przyznać, że gitarzyści Christian i Tom są bardzo elastycznie i nie mają problemu z wygrywaniem różnych partii. Wiedzą jak zaskoczyć słuchacza, jak go zachwycić i tutaj ich popisy są perfekcyjne. Jest zabawa, pomysłowość i technika, czyli wszystko to co decyduje o interesujących zagrywkach gitarowych. Trzeci na płycie to 9 minutowy kolos zatytułowany „Power Magic” i słowo magia świetnie tutaj pasuje. Zaczyna się klimatycznie, tak spokojnie, jednak to jest prawdziwa power metalowa petarda. Szkoda, że dzisiaj już ciężko o taki power metal, że już nie gra z takim przekonaniem, z taką energią i pazurem. Helicon tutaj tworzy nową jakość power metalu i śmiało można ich ustawić obok tych najlepszych kapel. Gdy się widzi taki zespół, taki geniusz w muzykach, to od razu się wie, że odnajdą się w każdej formie metalu, nawet w tej w której trzeba powstrzymać się od szybkiego tempa i pójść w stronę spokoju i emocji. „Wild Vice Woman” to jedna z piękniejszych ballad, jakie słyszałem i choć trwa ponad 6 minut, to jednak wciąga i łapie za serce. Świetnie w komponował się w to wszystko głos Uwe, który sprawia że kompozycja momentami brzmi jak utwór Smokie. Tak dotarliśmy do jednego z najlepszych utworów power metalowych jakie kiedykolwiek słyszałem, mowa tutaj o zadziornym i przebojowym „Mysterious Skipjack”. Zaczyna się tajemniczo, ale szybko wkracza melodyjny i pomysłowy riff, który napędza utwór. Tutaj właśnie można się przekonać jak dobrze wyszkoleni byli gitarzyści. Ciężko wskazać kto w tym czasie grał z taką pomysłowością, z takim oddaniem i finezją. Takie emocje towarzyszyły mi jak pierwszy raz usłyszałem styl gry Kaia Hansena. Nawet refren jest tutaj ponadczasowy i bardzo koncertowy. Perełka i przykład co to jest kwintesencja power metalu. Dalej mamy melodyjny „Giant Heart”, nieco stonowany, z domieszką progresywnego rocka „Darkness of Love” czy nieco toporniejszy „Versatille”. Epickość, groza i niepewność sprawiają, że „Fly in The Sky” to najbardziej klimatyczny kawałek na płycie i kolejny dowód na to, że Helicon jest jedyny w swoim rodzaju. Całość wieńczy energiczny „Shuffle”, który znów pokazuje jak powinno grać się drapieżny power metal.

„Mysterious Skipjack” to przykład, że można stworzyć ciekawy power metal, w którym progresywny elementy czynią materiał bardziej dojrzałym i ambitniejszym. Helicon tym albumem pokazał, że jest jednym z najlepszych z zespołów power metalowych, który wyróżnia się na tle innych kapel. Ta płyta to uczta dla fanów znakomitych linii wokalnych i finezyjnych popisów gitarowych, to obowiązkowa pozycja dla maniaków gatunku, dla tych co lubią melodyjne granie i pomysłowe rozwiązania jeśli chodzi o motywy. Płyta i zespół jedyny w swoim rodzaju, szkoda że nagrali tylko dwa albumy i nigdy nie zdobyli takiej sławy na jaką zasłużyli.

Ocena: 10/10

sobota, 19 kwietnia 2014

SKYLINER - Outsiders (2014)

Skyliner to amerykański zespół, który został założony w 2000 roku i choć już grają kilka lat, to dopiero teraz ukazał się ich debiutancki krążek „Outsiders”. Co ciekawe zespół wcale nie brzmi jak amerykański band który gra progresywny heavy/power metal osadzony w klimacie s-f. A właśnie z tym mamy do czynienia na płycie „Outsiders”.

Wiele czynników przedkłada się na to, że jest to intrygująca płyta, którą powinna być wysłuchana przez fanów melodyjnego grania. Nie brakuje tutaj dobrych melodii, pomysłowych motywów, nie brakuje ciekawego klimatu, nie brakuje też przebojów. Ale poza takimi standardowymi kwestiami mamy kilka innych czynników, które czynią ten album ciekawym. Jest nim bez wątpienia Jake Becker, który pełni rolę gitarzysty i wokalisty. Jego partie gitarowe są finezyjne, pełne luzu i kosmicznego wydźwięku. Gdzieś tam słychać inspiracje Ritchim Blackmorem, Uli Jon Rothem czy Arjenem Lucassenem i to już czyni ten album ciekawym i godnym uwagi. Te popisy ciekawie zostały uchwycone w „The Alchemist” , ale nie tylko. Jake to też utalentowany wokalista i nie jeden raz wam to udowodni. Momentami brzmi identycznie jak frontman Sinbreed, a to akurat bardzo korzystne porównanie. Debiut Skyliner to przede wszystkim niesamowity klimat, który przypomina twórczość Scanner. Znakomicie to zostało uchwycone w otwieraczu „Signals”. Skyliner zespół nie ma również problemów z wykreowaniem przeboju i pokazuje to „Symphony in Black”. Nieodzownym elementem muzyki Skyliner są syntezatory i klawisze, która nadają całości progresywnego charakteru i tutaj dobrym przykładem jest „Undying Wings”. Na płycie znajdziemy same długie kawałki, które pokazują że zespół potrafi stworzyć ciekawy kawałek, który nie nuży po 3 minutach. Mamy raz szybsze kawałki jak „Forever Young”, a drugim razem bardziej stonowane i klimatyczne jak „Aria of waters”. A największa uwagę przykuwa zamykający „Worlds of Conflict”, który trwa 20 minut.

Klimat s-f, do tego dużo progresywnych dźwięków, intrygujących rozwiązań i proszę debiut gotowy. Trzeba przyznać, że całkiem udany, nawet nieco wybijający się spośród tłumu.

Ocena: 7/10

sobota, 5 kwietnia 2014

INDOMITE - Theater of Time (2012)

Rzadko kiedy sięgam po kolumbijskie eksperymenty jeśli chodzi heavy metal, ale tym razem postanowiłem zrobić wyjątek. Zaintrygowała mnie nazwa Indomite, a także fakt, że zespół gra progresywny power metal. Póki co mają na swoim koncie debiutancki album „Theater of Time”, który ukazał się w 2012 roku. Warto posłuchać jak zespół się prezentuje, zwłaszcza że w tym roku zamierzają wydać drugi album.

Przeżyłem lekkie rozczarowanie, bo spodziewałem się że będzie to nudne, mało wyraziste granie, w którym zespół pogrąży się w kopiowaniu innych kapel, nie dając nic od siebie. Tutaj przeżyłem małą niespodziankę, bo stylistycznie Indomite można porównać do Elvenking, ale nie tylko bo coś z Blind Guardian też słychać, to jednak zespół wykreował swój własny styl. Progresywne klawisze, metalcorowe wokale wymieszane z bardziej heavy/power metalowym charakterem wokalnym to tylko część tego co zostało zawarte w muzyce Kolumbijczyków. Co może się podobać na ich albumie to bez wątpienia soczysty, techniczny i emocjonalny wokal Santiago, który jest jednym z atutów zespołu. Dzięki niemu poszczególne utwory nabierają urozmaicenia i bardziej power metalowego charakteru. Już w „Pharaoh” robi znakomite wrażenie, potwierdzając że jest właściwą osobą na właściwym miejscu. Ktoś powie co taki młody zespół może wiedzieć o power metalu i o tym jak odświeżyć nieco tą formułę? Jednak w takim „Awakening The Gods” czy rozbudowanym „Parasite” zespół pokazuje jak grać power metal i to nadając mu świeżego wydźwięku. Jest nieco nowoczesności, troszkę agresji i dynamiki, ale zdaje to swój egzamin. Na płycie panuje bardzo tajemniczy, nieco futurystyczny klimat, który też bardzo pozytywnie wpływa na cały wydźwięk albumu. Znakomicie to zostało uchwycone w otwierającym „Threshold”. Kolejnym atutem w muzyce Indomite jest duet gitarzystów. Wiedzą jak pobudzić słuchacza, jak podziałać na jego emocje i jak rozgrzać go. Mamy tutaj ciekawe rozwiązania jeśli chodzi o melodie, motywy jak i solówki, tak więc nie sposób się tutaj nudzić. „Sky High” czy epicki kolos w postaci „The Curtain That will never Fall” to najlepsze przykłady jeśli chodzi atrakcyjne partie gitarowe.

Theater of Time” to przykład, że nie trzeba być doświadczonym zespołem by nagrać solidny progresywny heavy/power w którym mamy pewien powiew świeżości. Jest jeszcze kilka rzeczy do poprawy, ale póki co zespół zaliczyć należy do pozytywnych zaskoczeń. Czekam na drugi album, który pokaże ile ten Indomite jest warte.

Ocena: 6/10

czwartek, 27 marca 2014

DREAM CHILD - Torn Between Two Worlds (1996)

Wystarczy jedno spojrzenie na okładkę „Torn Between Two Worlds” francuskiego Dream Child, by już być kupionym tym wydawnictwem. Klimatyczna okładka, przedstawiająca świat s-f i fantasy potrafi zahipnotyzować i zauroczyć. Jest to jedyny symptom jakim kierowałem się przy wyborze tej płyty, bo sam zespół nie należy do tych znanych szerszej publiczności i to jest ta najbardziej tajemnicza część. Słuchając debiutanckiego albumu tej formacji, przekroczyłem pewne granice zmysłu i realnego świata. A nie często mi się to zdarza.

Co wiadomo o samym zespole? To, że powstali w 1990 roku, że wydali dwa albumy, a potem w 2000 roku zakończyli działalność, a lider zespołu – Gerard Fois założył Eternal Flight, który funkcjonuje po dzień dzisiejszy. O czym należy wspomnieć to o tym, ze tutaj pierwsze kroki stawiał obecny gitarzysta Luca Turillas Rhapsody, a mianowicie Dominique Leurquin. Samego Rhapsody tutaj nie uświadczymy słuchając debiutanckiego krążka. Ale coś z Angra, coś z Helloween, coś z Iron Maiden czy Queensryche, ale wierzcie mi, że to jest bardzo luźne porównywanie, bowiem Dream Child wykreował swój własny styl, choć można go zaszufladkować do progresywnego power metalu. Styl Dream Child opiera się on na klimacie s-f, fantasy, na rozbudowanym charakterze kompozycji, bardziej złożonej aranżacji, czy też bardziej wyszukanych melodiach. Tutaj kluczową rolę odgrywa właśnie Dominque, który gra z wyczuciem i niezłą techniką. To co słyszymy na tym albumie to coś więcej niż kolejna partie gitarowe i solówki. Jest tutaj nacisk na oryginalność, na granie z wyczuciem oraz dbałość technicznego zaplecza. Dobitnie to zostaje napiętnowane w tytułowym „Torn Between Two Worlds”. Zespół buduje już posępny klimat s-f w otwieraczu „Waves of Chaos” , zaś „Train Of Fools” pokazuje że nie będzie to kolejny klon znanego zespołu. Słychać tutaj zapożyczenia z Iron Maiden, ale nie jest to klon, ba jest to zupełnie nowa jakość progresywnego power metalu. Partie gitarowe zaskakują swoją lekkością i pomysłowością, a na tym nie kończą się zachwyty. Soczyste brzmienie, które jest nieco przybrudzone, znakomicie nadaję dźwiękom głębi i jeszcze bardziej rozbudowuje klimat s-f. „You Shell Lie In hell” to kompozycja w której wykorzystane zostały partie klawiszowe, ale to nie one tutaj robią furorę. Całą uwagę skupiam przede wszystkim na Gerardzie, którego wokal jest wyśmienity. Ta technika, ta maniera i wyciąganie górnych rejestrów niczym Bruce Dickinson, a najlepsze w tym wszystkim, że stara się urozmaicać swój wokal, co by nas nie zanudzić rutyną. Zespół całkiem dobrze radzi sobie z wolniejszymi motywami co słychać w „Same Old Song”. Większą dawkę power metalu uświadczymy w rozpędzonym „Eternal Flight” czy „Roll The Dice”. Na pewno warto też wyróżnić mroczny i nieco toporny „Join Us” czy klimatyczny „No more Darkness”.

Zdarza się tak jak w przypadku Dream Child, że okładka oddaje poziom muzyczny, że kierując się tylko tym aspektem można trafić na jakże wyjątkowy album. Fani melodyjnego grania, poszukiwacze mało znanych i wartych uwagi zespołów, a także smakosze progresywnego grania powinni być jak najbardziej zadowoleni z debiutanckiego krążka Dream Child. Tego nie da się opisać słowami, tego trzeba po prostu posłuchać.

Ocena: 9/10

sobota, 23 czerwca 2012

DREAM WEAVER - Mythreal (2012)


Mroczny power metal z wpływami JAG PANZER, QUEENSRYCHE , a także skandynawskiego metalu zabrzmiało zachęcająco kiedy natrafiłem na grecki DREAM WEAVER. I tak zaczęło się zapoznawanie z historią zespołu, która jest obszerna. Najważniejsze informacje postaram się przytoczyć, a po więcej informacji zapraszam do ich oficjalnych stron. Zespół został założony w 1990 roku z inicjatywy gitarzysty George Zacharoglou i wokalisty Dimitri Marcou, w 1992 roku nagrali dwa utwory w ramach dema, w 1995 wydali pierwsze już oficjalne demo, przez kolejne lata zespół koncertował, wydawał dema, zmieniał się skład zespołu zachowując trzon w postaci tych dwóch muzyków, aż w końcu przyszedł czas na debiutancki album w postaci „Words Carved Within” w 2003 roku. Materiał na następny album był gotowy w 2008 roku, jednak prace się przedłuży znacznie dłużej, bo w momencie skończenie prac, pojawił się pomysł zatrudnienia drugiego gitarzysty, a mianowicie Kostasa Fitosa. Kolejna zmiana personalna miała miejsce w 2011 roku kiedy pojawił się nowy basista, a mianowicie Jim Fytopoulos i po tylu latach w końcu zespół wydał swój drugi album czyli „Mythreal”. Jeśli kocha się mroczną atmosferę, nieco dziwne melodie, progresywne zacięcie to może ktoś łaskawszym okiem spojrzy na ten materiał. Ja niestety dostrzegłem więcej wad niż zalet.

Poza dobrą produkcją, ciekawym wokalem to nie potrafię przytoczyć więcej plusów. Może jeszcze dorzucę tutaj otwierający „Elemental Kingdom” który ma dość ciekawą melodię, jest utrzymany w dość dynamicznej konwencji i przede wszystkich jest słyszalny ten power metal. Materiał jest jednostajny, bez pomysłu, brakuje czegoś co przykuje uwagę. Jest mroczny klimat, progresywne zacięcie, ale to trochę za mało, żeby mnie przekonać. Za mało się dzieje w utworach, tak jak np. w „Atlantis” jest ciekawa melodia, ale wszystko jest źle rozwiązane, brakuje dynamiki i ognia. Podobnym syndromem cechuje się również „End Of Time”. Dobrze wykonany jest bez wątpienia oprócz otwieracza taki „Evil Saints” który pokazuje że można grać nieco lepiej, choć tutaj brakuje przebojowego charakteru. Reszta nie zasługuje na jakiekolwiek wspomnienie w niniejszej recenzji.

Niby pomysł na granie jest, niby ma być miks heavy/power i progresywnego grania, niby są muzycy co grać potrafią, niby wszystko jest potrzebne aby nagrać dobry album a mimo to nie idzie osiągnąć tego celu. Chybione pomysły, brak weny, brak ciekawych aranżacji i wszystko jest strasznie nudne i ciężko strawne. Jeden z tych albumów, które należy omijać szerokim łukiem.

Ocena: 2.5/10

sobota, 3 marca 2012

DARK EMPIRE - From Refuge To Ruin (2012)


Pora oddzielić małych chłopców od prawdziwych mężczyzn, czas na prawdziwe męskie granie, gdzie nie idzie się na kompromisy, gdzie nie ma czasu na sentymenty, na łagodne i nie wyraźny hity, czas na prawdziwie ostry heavy metal. Nowoczesny, drapieżny, przemyślany i urozmaicony, podany w formie dość bardzo oryginalnej. Czas na nowy album DARK EMPIRE. Właśnie skończyło się ostateczne odliczanie do premiery, skończył czas wyczekiwania, można się delektować tym co zespół stworzył. Album na pewno będzie budził pewne kontrowersje, bo nie jest to styl jaki niektórzy by chcieli, czyli melodyjny power metal z debiutu, fakt bliższe jest do „Humanity Dethroned”, z tym że tutaj jest jakby mniej kombinowania, mniej owej elektroniki i udziwnień, jest więcej atrakcyjnych melodii, więcej jest jasnych rozwiązań, a jednocześnie dalej jest brutalnie, nowocześnie, agresywnie i progresywnie. Właściwie kapela założona w 2004 roku z inicjatywy gitarzysty Matta Moltiego cały czas konsekwentnie się rozwija i ten nowy album jest tego najlepszym przykładem. Album będzie budził kontrowersję już nie tylko pod względem wykonania, aranżacja, stylu, ale przede wszystkim ze względu na nowego wokalistę. Nowym gardłowym został Brian Larkin, który zastąpił Jensa Carlsonna, który idealnie się sprawdzał w muzyce jaką grał zespół. Wokalnie panowie mają wiele wspólnego, przede wszystkim podobna agresja, maniera, a to sprawia że większych niezadowoleń ze strony słuchaczy nie powinniśmy uświadczyć. „From Refuge to Ruin „ jako trzeci album prezentuje się jako krążek bardziej dojrzały, na pewno bardziej przemyślany i dopieszczony a to zarówno pod względem brzmieniowym, upiększając album w brzmienie dość nowoczesne, takie nieco thrash metalowe czy też death metalowe. Jest to swego rodzaju popis kompozytorski i aranżacyjny lidera grupy, a mianowicie Matta Molitiego. To on tutaj miesza takie gatunki jak power metal, thrash metal , czy tez progresive metal i taka kombinacja może się podobać, zwłaszcza kiedy wszystko jest wymieszane z umiarem. Partie gitarowe brzmią bardzo ambitnie, na swój sposób oryginalnie, a przede wszystkim może się podobać lekkość przechodzenia między różnymi gatunkami, między różnymi ładunkami emocjonalnymi, czyniąc ten album zróżnicowany. Niestety w natłoku samego brzmienia i wykonania gdzieś gubi się przystępność i łatwość odbioru owego materiału i brakuje może takich rasowych przebojów, zapadających momentów i to jest największa ujma tego krążka.

Na tym albumie przemawia przede wszystkim muzyka i moc jaką z sobą niesie. Tym razem materiał nie weźmie jeńców. Zaczyna się od potężnego uderzenia w postaci „A Plague in the Throne Room”, który słusznie został wybrany na kawałek promujący album. Jest przede wszystkim brutalność w linii wokalnej, w partiach gitarowych, jest dynamit w sekcji rytmicznej i słychać też w końcu jakiś melodyjny i chwytliwy refren, czego mi brakowało na poprzednim albumie. Pomysłowe są też tutaj solówki i tak samo pomysłowy jest mroczny, zadziorny „Dreaming in Vengeance”, który jest przyozdobiony w różne progresywne zagrywki i połamane melodie i to mi przypomina MYRATH, czy też SYPHONY X. Z kolei pod względem melodyjnym i chwytliwości to mam skojarzenia z takim PERSUADER. Kompozycja choć trwa ponad 7 minut, to jest naprawdę bogata w różne ciekawe melodie, a i solówek intrygujących nie brakuje. Dla nieco zrównoważenia sił mamy nieco spokojniejszy „The Crimson Portrait”, choć słowo spokojny nie do końca tutaj pasuje. Jest dużo wolnych, klimatycznych, spokojnych momentów, ale sam kawałek jest bardzo zadziorny i też nie ustępuje pod względem siły i mocnego kopa poprzednim. Ale miło że w tak wąskiej konwencji zespół potrafi zaskoczyć. Czasami po prostu zespół nie bawi się z słuchaczem i po prostu gra brutalnie, z polotem i dynamitem w ręku, tak jak to jest w przypadku „Dark Seeds of Depravity” który jest bez wątpienia jednym z brutalniejszych utworów. No sporo w tym z PERSUADER i więcej nie trzeba żeby usłyszeć ten kawałek. W podobnym stylu utrzymany jest też nieco przesiąknięty thrash metalem „Lest Ye Be Judged” czy też power metalowy „Black Hearts Demise” z hymnowym refrenem. Co może niektórych przerazić to dwa kolosy , które łącznie trwają 24 minuty! Pierwszym jest 'From Refuge to Ruin” i zestawiając to z innymi kawałkami wychodzi że to najwolniejszy kawałek i zarazem najbardziej klimatyczny. Ciekawie jest budowane tutaj napięcie, a same partie gitarowe mogą zachwycić świeżością i pomysłowością. Jednak poczucie dłużenia się dało o sobie znać i w przypadku „The Cleansing Fires” również . Sporo się dzieje w tej kompozycji to prawda, jednak jedno wymiarowość i niemal identyczne motywy są tutaj nie na korzyść.

From Refuge to Ruin” to album bardzo dojrzały, przemyślany, ale słychać tutaj kontynuację stylu z poprzedniego albumu,z tym że jest to podane w bardziej przystępnej formie. Zmiana wokalisty jakiś większych zmian nie wniosła ze sobą i dalej jest to mocne, zadziorne, pełne brutalności granie, wzbogacone o progresywne i thrash metalowe patenty, do tego gdzieś jest tutaj power metal. Aranżacje jak i samo wykonanie może wzbudzać zachwyt, może przyciągnąć rzeszę słuchaczy, ale w tym wszystkim można doszukać się małej wpadki. Zespół nie pomyślał o przebojowości i właściwie ciężko tutaj wyróżnić jakiś kawałek, bo wszystko jest na tym samym poziomie i utrzymane w niemal tym samym stylu. To wcale nie oznacza, że album jest nudny i nie przystępny dla słuchacza. Wszystko jest w waszych rękach drodzy czytelnicy, to w sumie od was poniekąd zależy czy wam się spodoba. Ode mnie możecie dostać na zachętę finalną ocenę.

Ocena: 8/10

poniedziałek, 19 września 2011

ALMAH - Motion (2011)

Lep na muchy to prowizoryczna pułapka na owady w tym przede wszystkim muchy. Muchy nie potrafią się temu oprzeć i nabierają się na ową zasadzkę. Taki przyrodnicze życie można odnieść do muzyki heavy metalowej. Patrząc na ostatnie lata, a zwłaszcza tegoroczny 2011 to widzę, a raczej słyszę że zespoły heavy metalowe zastawiają owy „lep na muchy” w postaci ciężaru i nieco ostrzejszego grania, które słuchaczy w ślepo wpadając niczym mucha w lep. Wystarczy spojrzeć na nowy album brazylijskiego Almah, który gra progresywny power metal. Zespół, a raczej projekt poboczny Edu Falaschi – wokalisty Angra został założony w 2006 roku i doczekał się trzech płyt i tak z projektu przerodził się w pełnoprawny zespół. O ile „Fragile Equality” był melodyjnym i taki power metalową wariacją na temat Angry, o tyle „Motion” to ukłon w stronę bardziej agresywnego modern metalu z domieszką power metalu i choć brzmi to ambitnie, nowocześnie, to jednak z drugiej strony można uświadczyć udawanie na siłę, że potrafią grac mroczniej i ciężej, a to nie do końca prawda. W przypadku tego albumu posłuchałem i powiem tak, album ma przebłyski, ale ma też słabsze momenty, więc jak to jest naprawdę?

Trzeba przyznać, że wstęp w postaci „Hypnotized” niczego nie zdradza, a na pewno nie to, że będzie nowocześnie, ciężko i mrocznie. Kiedy słychać riff, to można sobie pomyśleć, gdzie power metal, gdzie melodie, gdzie dynamika? No cóż słychać bardziej modern metal , a w niektórych momentach.... thrash metal. Co mnie zaskoczyło to nie tylko warstwa instrumentalna, bo wokalista Angry nie brzmi jak Brazylijczyk. Muszę przyznać, że akurat on odwalił kawał dobrej roboty. Z jego strony jest powiew świeżości. Kawałek dobry do przy tupania nogą i chyba tylko do tego. Bardziej przyjazny dla ucha jest „Living and drifting”. Utwór ma przede wszystkim ciekawszą melodią, ciekawy riff, a wszystko jest bardziej przemyślane. Jasne, że jest ciężar, jest też mrok, ale tutaj to jest nieco bardziej wyważone z dynamiką i skocznością. Jeden z tych utworów, który się wyróżnia. Zachwyty szybko przechodzą, kiedy wkracza „Days of The new” i tutaj dominuje chaos i mało przekonujące melodie. Wystarczy posłuchać pierwszych 5 sekund, żeby wiedzieć, że kawałek do udanych nie należy. Oczekiwanie na zmianę stylu w tym utworze są złudne. Totalnie inny wydźwięk ma „Bullets on the Altar” i tutaj wplecione zostają petenty z ballady, rockowych hiciorów. Mogłoby się wydawać, że murowany killer, ale nie tym razem. Nuda i jeszcze raz nuda. Hmm czy ostrość i dynamika to dzisiaj jedyny towar którym się handluje na scenie heavy metalowej? Słuchając „Zombies Dictator” ma wrażenie, że tak. Utwór ma chwytliwą sekcje rytmiczną i ostry, pędzący riff. Ale tutaj ciężar i ostrość jest nawet na plus, bo sam utwór jest szybki i bardzo energiczny. Dodam, że jest to jeden z najlepszych utworów na płycie. Taki powiedziałbym nie wymuszony. I już przywykłem, że dobre utwory plecione są z tymi słabszymi. Cóż, „Trace of trait” to oczywiście ten drugi rodzaj. Chaos, sporo zamieszania, sporo motywów, ale gdzieś to wszystko się gubi i pozostaje tylko posłuchać taki nawet przyjemny dla ucha refren,a także ciekawy popis wokalny Edu. Punktem kulminacyjnym jeśli chodzi o ciężar i mrok jest „Soul Alight” i w sumie dobrze, że zespół nie kontynuuje początkowego motywu, gdzie jest posępnie, wolno i nudno. Dobrze, że zespół z czasem tu przyspiesza i że jest ciekawy dialog pomiędzy klawiszami, a partiami gitarowymi i to jest jedna z nie wielu atrakcji w tym utworze. Gdybym miał wybrać najgorszy utwór na albumie to wybrałbym bez namysłu balladę – „Late night in 85”, gdzie zmęczenie muzyków i brak pomysłu od razu wychodzi. Gdzie klimat, gdzie podniosły motyw? Niesmak i narzekanie próbuje zatrzeć nieco szybszy i nieco ciekawszy „Daydream lucidity”, ale to grania efektowne, ale nie efektywne,pseudo power metalowe granie jakoś mnie nie interesuje. Nie ma to jak zakończyć przeciętny i nudny materiał...balladą. Drugą na tym krążku jest „When and why” i to jest idealne podsumowanie tego albumu. Nuda, nijakość, przeciętność i brak pomysłów.

Zespół chciał iść za ciosem, na fali popularności i to chyba ich zgubiło. Do tego ta pułapka w postaci ciężkiego materiału, każdy się nabrał wierząc, że otrzyma przynajmniej bardzo dobry album. Cóż rzeczywistość jest okrutna. Dobre utwory można policzyć na palcach jednej ręki, a poziom kompozycji daleki od tego z poprzedniego albumu. Słuchając tego albumu czułem się niczym mucha przyklejona do lepu, która próbuje się wydostać. Tak tortury to chyba najlepsze słowo określający ten album. Wycisnąłem z tego 4/10, ten kto wyciśnie więcej jest debeściakiem.

poniedziałek, 5 września 2011

ICED EARTH - The Crucible of man: Something Wicked part 2 (2008)

Mój stosunek do tego albumu od premiery nie był przyjazny. Jednak czas okazał się najlepszym środkiem na zmienienie poglądu co do tego albumu. Przyznam się, że ze wstrętem podchodziłem do kolejnego przesłuchania tego albumu, bo mam okropne wspomnienia z poprzednich przesłuchań.
Co mogę teraz rzeknąć ,a mianowicie to że album nie jest taki zły jak mógłby się wydawać.
To że jest słabszy od pierwszej części już było wałkowane , to że powrót Barlowa okazał się klapą w porównaniu z tym co prezentował Owens też było wałkowane, więc postaram się wam nieco przybliżyć co myślę o tej kolejnej odsłonie zapoczątkowanego w roku 2007 konceptu.


Większość z słuchaczy czy też z fanów twierdzi że ten koncept ma klimat , a ja się pytam gdzie?
Nie ma klimatu. Klimat to był na poprzedniku, gdzie czuło się na własnej skórze że mamy do czynienia z historią o jakimś starożytnym plemieniu, były różne smaczki w postaci bębnów czy coś podobnego, były przerywniki i Ripepr, który naprawdę się przyczyniał że całość miała znakomity klimat. Tutaj tego nie ma, jest za to 15 bardzo podobnych kompozycji ,podobnych w tym sensie że mamy same ciężkie ,ostre utwory, typowe dla IE i pod tym względem album jest na pewno cięższy, bo tutaj nie ma takiego zróżnicowania jak na poprzednim krążku, melodii też jakby mniej .
Album słucha się całkiem przyjemnie, ale brakuje mi przebojów na miarę Framming Armageddon. Ale może po kolei opiszę co i jak....

In sacred Flames - to jedna z nie wielu kompozycji, które mają klimat, fajne chórki, ciekawe zagrane melodie i to jest to, szkoda że całość nie jest podobnie utrzymana. Od razu mocnym kopem zaczyna się Behold The Wicked Child, który prezentuje mniej więcej to co było na Framming Armageddon, tylko z tym wyjątkiem że Barlow mi tutaj nie pasuje i to nie jest kwestia lubienia, bo uważam go za jednego z najlepszych wokalistów, ale on mi tutaj nie pasuje, to wszystko jakoś bardziej przeznaczone dla Rippera. Instrumentalnie nie ma powodów do narzekań i właściwie jest to jeden z mocniejszych utworów na płycie. Dodam, że mądrze zrobili wstawiając te chórki,ale tego dalej nie ma zbyt wiele. Nie wiele różniący się jest Minnions of The watch, który jest niby wolniejszy ,ale jakoś mnie nie rzucił. Brakuje tutaj tego czegoś co by przesądziło o doskonałości tego wałka. Większe wrażenie zrobił na mnie The Revaling- kolejny mocny utwór, w którym Barlow zniszczył, a instrumentalnie jest bardzo dobrze. Niepotrzebną kompozycją jest wg mnie A gift or Curse,jakoś nie przypadł mi do gustu. Nie wiele lepiej spisuje się jakiś taki nudnawy i pozbawiony pomysłu Crown of The fallen. Choć niektórym słuchaczom może się podobać,bo to wciąż podobny poziom co na poprzednich utworach, instrumentalnie jest może i dobrze, ale brak jakiś zapadających partii gitarowych, brak chwytliwego refrenu mnie irytuje i nieco przynudza.
Jedną z perełek jest The Dimension Gauntlet i to rozumiem, godna uwagi sekcja rytmiczna, sola bardzo melodyjne i chwytliwy refren. Kluczem do sukcesu okazało się postawienie na szybkość oraz ostrość. Co najwyżej dobrze się prezentuje I Walk Alone tutaj niszczy refren i to jest to co wybija ten kawałek nieco ponad przeciętność. Słabo wypada taki Harbinger of Fate- mogli sobie odpuścić ten utwór. Dzielnie broni się Crucify the King- który tez można zaliczyć do tych najlepszych wałków na albumie a to w głównej mierze przez Barlowa, który tutaj zniszczył.
Podobne uczucia wywołał u mnie Sacrificial Kingdoms. Należy dodać, że jest jednym z najlepszych kompozycji na albumie,ale bardzo dobrze zagrany, można się delektować ciekawą warstwą instrumentalną oraz popisami wokalnymi. Największym killerem, największym przebojem który jako jedyny dorównuje tym z poprzedniego albumu jest genialny Divide Devour. I jest to też jeden z nie wielu utworów, który ma klimat, przez ciekawe wstawki chórku , ostry riff ale zarazem bardzo melodyjny oraz zapadający refren który kładzie cały album na łopatki! Średnio wypada najdłuższy utwór - Come what may, który chowa się do tych z poprzedniego albumu i praktycznie jest nudny, bo nie ma tutaj nic ciekawego. A album zamyka kolejny najbardziej klimatyczny utworek Epilogue,który pozostawia nie smak, w sensie klimatu albumu.

Nie wiem gdzie wy w tym wszystkim jest klimat? Czy to w ogóle można nazwać koncept albumem? Album może pod względem instrumentalnym się broni,bo mamy całkiem niezły materiał,sporo o dobrych kompozycji które w liczbie ponad 10 robią wrażenie materiały mocniejszego od poprzednika, bo nie ma tutaj przerywników, a ballad jako takich też zbytnio nie ma. Ale co ciągnie album na dół poza brakiem klimatu, to brak przebojów poza genialnym Divide Devour, który niszczy cały album w drobny mak. Kolejną rzeczą jest to, że zespół mieszając w ten cały bajzel Barlowa ,mam na myśli 2 część konceptu sami narazili się na porównania Barlowa z Ripperem ,gdzie oczywiście przegrywa i to sromotnie pomimo że jest tak samo dobrym wokalistą.
Minusem również jest brak smaczków takich jakie mieliśmy na poprzedniku, pozostałością tego są intro i outro. Plusem zapewne będzie to, że album trzyma może wysoki poziom oraz że jest to równy w miarę materiał. Mam mieszane uczucia co do oceny , za równo album w świetle Framming armageddon słabo wypada oraz jako koncept album. Dam 7/10 i więcej już nie wycisnę z tego albumu. Po tym albumie Barlow opuścił Iced Earth, no i namieszał tylko Ripperowi, który mógł dalej działać w IE, a tak nie ma ani jego ani Barlowa.

niedziela, 21 sierpnia 2011

BLIND GUARDIAN - Twist in the Myth (2006)

Nie raz się przekonałem, że pierwszy album danego zespołu z którym masz kontakt, potrafi utrzymać się jako dobry krążek nie raz przez sentyment jaki się darzy ów krążek. Znam to zjawisko bo ja tak mam z jednym z albumów Blind Guardian. Wstyd się przyznać, ale w dobie kiedy jeszcze nie miałem internetu, a wszystko się pożyczało, albo ściągało w kafejce internetowej natrafiłem na „Twist in The Myth” w 2006 roku. Album patrząc na dyskografię zespołu nie jest taki zły, jako to przedstawiają owi fani zespołu. Album może nie jest genialny, może nie rzuca kolana, może nie ma killerów, może nie ma wysokiej klasy brzmienia, a mimo to bardziej mi się spodobał od drugiego poznanego w kolejności albumu bardów „A night at the opera”. Cóż muzyka na Twist.. jest bardziej przyswajalna, mniej pokręcona. Zespół poszedł w rejony bardziej surowe i w klimaty starszych płyt. Choć i w przypadku tego albumu zespół też postanowił nieco po kombinować to jednak muzyka jest prostsza, o wiele bardziej melodyjna, jest ten klima t fantasy i jest pewien przepych, gdzie można usłyszeć też nieco inne dźwięki, choć to i tak nie ten poziom nie ta klasa co na tych najlepszych albumach blindach. Nie ma Thomena Staucha na tym albumie, który w owym czasie był związany z Savage Circus , który przedstawił styl bardziej nam znanym z Somewhere Far Beyond. No a sam BG co przedstawił? No styl gdzieś tam miał w sobie echa starych płyt. Najczęściej przypominają nam o tym same melodie czy refreny, bo ani wokal, ani brzmienie czy tez riffy momentami nie kojarzą się zbytnio z tym zespołem. Album jest komercyjny to słychać. Jest bardziej prostsza muzyka, jest bardziej łagodnie, momentami nieco radiowo, ale słucha się całkiem przyjemnie. Power Metal tutaj jest zdominowany przez rockowe i folkowe zacięcia. Pomysł na granie i konstrukcje w większości utworów to taki znak rozpoznawczy zespołu. No co kładzie album to jedno z najgorszych brzmień Blindów coś w stylu Rogues en vogue Running Wild, choć da się przyzwyczaić. Perkusja nie jest taka dynamiczna jak za czasów Thomena, choć i tak uważam że Frederik Emke jest godnym następcą Thomena. Jednak co najbardziej przeważyło że albumowi brakuje do najlepszych albumów zespołu to oczywiście same kompozycje, które momentami są dobre, bardzo dobre, a momentami pretendują do najgorszych kawałków wydanych pod nazwą Blind Guardian. Wokal Hansiego jest łagodny bo i muzyka na albumie jest łagodna, nieco radiowa, komercyjna, rzekłbym mało metalowa. I tutaj dziwna rzecz, nawet w takiej postaci jako mało metalowy album przyjemnie się go słucha. Album jest nieco inny niż to co mamy w całej dyskografii Blindów. Ale teraz przyznam się, że wciąż ciągnie mnie do tego albumu, wciąż do niego wracam, wciąż mam do niego sentyment. Czyżby zasada pierwszy album przesłuchany wywiera największy wpływ zadziałała? Najwyraźniej. „ twist in The Myth” jest dla mnie atrakcyjniejszy niż „A night at the opera”. Jeden z słabszych albumów Blind Guardian i jeden z dziwniejszych i bardziej komercyjnych albumów zespołu z niemiec, ale wciąż jest to muzyka miła dla ucha.

Zaczyna się standardowo, bo od ostrego otwieracza w postaci „This Will Never End” i partie gitarowe, tempo i styl gry nasuwa mi najlepszy album Blind Guardian 'Imaginations From The Other Side”. Konstrukcja utworu jest podobna. Mamy szybki riff i takie na swój sposób agresywny, a podczas refrenu zwolnienie i podniosłość. No przyjemnie się tego słucha, bo jest to proste i melodyjne, nie ma takiego kombinowania jak na poprzedniku i jest powrót do starego stylu, choć nie do końca. Bo choć wszystko jest dynamiczne to jednak w brzmieniu i w wokalu słychać...łagodność i przyjazne nastawienie. Tym razem nie ma totalnego zniszczenia. No ale klimat fantasy przynajmniej pozostał. Tak czy siak, jedna z najlepszych kompozycji na albumie. Typowo, a raczej taką melodią odegrany w rozpoznawalnym stylu zaczyna się „Otherland”. Power Metalu tutaj za wiele nie ma. Utwór właściwie dominuje średnie tempo i czasami zespół wbije 4 bieg. Kawałek dobry i słychać echa Blind guardian z Nightfall in The Middle Earth. Zwłaszcza to jest słyszalne w takiej typowej melodii i refrenie dla bardów. I to właśnie te 2 elementy przesądziły o tym że fajnie się tego słucha. Folkowe zacięcie można uświadczyć w „Turn the Page”. I nie przesadzając napiszę, że mamy kolejny bardzo dobry kawałek, taki jeden z najciekawszych na albumie. Mamy ciekawą linię melodyjną, mamy podniosły i taki bardzo bardowy refren i w końcu nie ma się czego wstydzić. Kompozycja powinna najbardziej przypaść fanom Nightfall in the Middle Earth. Oprócz folku, mamy też nieco power metalowej jazdy. Jest nieco żywsze tempo, są skoczne partie gitarowe i taki dobry start dawał nadzieję, że taki poziom zespół utrzyma do końca, ale rzeczywistość jest brutalniejsza. Najcięższy moim zdaniem jest dość często grany na koncertach singlowy „Fly” i w sumie się nie dziwię, bo to skoczny kawałek jest i taki bardzo porywający. Tutaj mimo ostrej power metalowej jazdy z początku, to jednak dominuje tutaj...łagodny klimat. Jest coś z regge i coś z popu co słychać w zwrotkach. Co by tutaj nie usłyszelibyśmy to i tak to jest najbardziej rozpoznawalny kawałek, którym to pomysłowości muzykom nie można odmówić. Tak są dobre kompozycje i nawet bardzo dobre jak wyżej wymieniony „Fly”. Jednak największą bolączką tego krążka jest jego nie równość i zapchanie miejsca wypełniaczami takimi jak „Carry the Blessed Home”. Brzmi to jak kołysanka i nic w głowie nie zostaje tego co przelaciało i no pytanie: jaki cudem to straszydło się znalazło na albumie? Jeden z najgorszych kawałków BG Ever i przez takie kawałki album sporo traci i postrzegany jest jako gniot. Dalej mamy singlowy „Another stranger me”. Tak radiowy to on nawet jest. Taki nawet bardziej rockowy, bardziej heavy, ale power metalowy nie. Riff co najwyżej dobry, zresztą jak sam refren. Słychać, że to Blind Guardian, ale słychać też że najlepsze co w zespole było odeszło wraz z Thomenem. Kawałek dobry i tylko dobry, gdzie przy takiej formacji jak BG należy oczekiwać czegoś więcej. Jednym z moich ulubionych kawałków na płycie i takim najbardziej oddającym to co zespół niegdyś prezentował jest „Straight thought the Mirror” jest lustro i już wiadomo, że nie mogli tego zjebać. Mamy tutaj nieco symfonicznego wsparcia, ale główny motyw jest bardziej na poziomie, jaki zespół kiedyś prezentował. Nie ma bawienie się w średniej klasy riffy, i mało przekonujące melodie. Wreszcie można potupać nóżką przy szybkim power metalowym riffie, wreszcie można pośpiewać z Hansim przy hymnowym wręcz refrenie, ale taki był niegdyś Blind Guardian, gdzie tutaj jest cieniem samego siebie. Solówki też bardziej przekonujące i tak o to mamy najlepszą kompozycję na albumie i zaraz za nią, albo nawet na równi ustawiam balladę „Skalds and Shadows” i to jest ballada w stylu Bard Songs i tutaj może nie jednego fana urażę, ale jest to moja ulubiona ballada tego zespołu. Kocham ten tekst, kocham ten magiczny klimat, kocham ten główny motyw i ten refren i czuje się jakby był wewnątrz jakieś bajki fantasy. Magia. Dobre wrażenie robi „Lionnheart” a to dzięki nieco agresywniejszej warstwie instrumentalnej. Jednak to wszystko na nic, bo jest średnio, poniżej oczekiwań. Refren ot taki sobie, na odwal się, i poniżej poziomu zespołu. Znów dobry początek się kończy się fiaskiem. Do dobrych i nieco mocniejszych momentów na płycie można zaliczyć „The edge”, który ma zadatki na killera, ma dynamiczną sekcję rytmiczną, ma nieco ostrzejszy riff, ale refren jest tutaj...wieśniacki. No można na to przymknąć oko i słuchać z podziwem, bo takich kompozycji za wiele tutaj nie było. Kolejnym nie porozumieniem jest „The new Order” i w taki sposób zamykać krążek, w taki rockowy i wieśniacki, gdzie oni mieli uszy przy tworzeniu taka kawałka?

Nierówność to słowo klucz w przypadku „Twist in The Mth”, bo są fajne kawałki, które prezentują jakiś poziom, ale jest też kilka wpadek, kilka nieco słabszych momentów na albumie. Skazą jego jest kompozytorstwo, brzmienie i wokal Hansiego. Jest może radiowo, ale całościowo album nawet miło się słucha, choć nie me totalnego zniszczenia, no bo jak ma być kiedy album za wiele do czynienia z metalem nie ma. Wszystko zostało z łagodzone i przestrojone na melodyjność. Jeden z słabszych albumów Niemców, ale taki który się na swój sposób broni i nawet miły w odsłuchu. Jeśli liczyć na album w starym stylu to się przeliczysz. Nota ; 7/10

wtorek, 19 lipca 2011

WARDRUM - Spadework (2011)


Ci którzy znają zespół Uli Jon Roth  z pewnością ucieszył fakt, że wokalista tego zespołu Piero Leporale uzupełnił skał nowego powstałego zespołu o nazwie Wardrum,  który tak naprawdę narodził się z inicjatywy innego człowieka. Tym, który stworzył ten zespół był perkusista Stergios Kourou znany skądinąd z Horizon's End. Właściwie trzeba podkreślić, że większość członków tego zespołu to byli członkowie tego zespołu. I tak w roku 2010 zespół pracował w pocie czoła nad debiutanckim albumem, który miał mieścić się w rejonie gatunku power/heavy metalu z elementami progresywnymi. Szum narobiony przez media, słuchaczy i fanów został zrobiony i co nie którzy czekali na ten krążek. „Spadework” bo tak się zwie ich pierwszy album zdobi dość ciekawa okładka narysowana przez Michała Karcza. Do koga skierowana jest muzyka tego zespołu? No przede wszystkim do fanów tradycyjnego heavy metalu a więc fani Judas Priest, Dio, Crimson Glory czy też innych tego typu zespołów. Na album trafiło skromnie bo skromnie 10 utworów.

Zaczyna się dość niezbyt porywająco bo od „The meaning of Forever” i jest to co najwyżej dobry utwór bez większych zachwytów. Dlaczego? Monotonne to jest jak na mój gust. Riff obstukany i nijaki, pozbawiony jakiegoś charakteru. Nawet melodie jakieś takie przytłumione i co jedynie zapada w pamięci to partie wokalne. Nie powiem technicznie wszystko jest ok, ale nie raz się przekonałem, że nazwiska i mocne brzmienie to nie wszystko trzeba też umieć tworzyć melodie i genialne kawałki, pod względem kompozycyjnym. Oprócz partii wokalnych mocno zapadają w pamięci solówki, tak wręcz inne niż cały utwór. Energiczne, szybkie i melodyjne, no szkoda bo jest nie dosyt i to już przy pierwszym otworze. Bez wątpienia jednym z najlepszych utworów na płycie jest taki „Crest of the wave” i tutaj mamy  inne oblicze zespołu, i tak jakby czytali w myślach i zagrali tak jak tego oczekiwałem na samym wstępie. Energicznie, z pomysłem i przede wszystkim melodyjnie. Tutaj pod tym względem jest atrakcyjny. Ma przebojowy refren i porywające tempo. Riff jest ozdobą tego kawałka, prosty i choć brzmi znajomo jest jednym z najlepszych na płycie. Nieco innym kalibrem jest „In Dependence” i choć z jednej strony mamy pomysł na ciekawą partie gitarową to jednak monotonne granie, wolne tempo i nie atrakcyjne melodie nieco ostudzają nasz zachwyt. Ot co średniej klasy heavy metalowy kawałek. Jedynie refren i riff stwarzają jakieś pozory, bo reszta od razu nadaję się do kasacji. Ciepłych słówek nie mogę napisać o „Yesterday” próba bycie gwiazdą progresywnego rocka nie wychodzi im tutaj najlepiej. Nieporadność wychodzi tutaj na każdym kroku. Nic tutaj dobrego nie mogę wychwycić, a to smętny refren i nudny riff i wszystko brzmi tragiczne na tyle, żeby mówić o najgorszym utworze na albumie. Lepsze wrażenie robi „Circle of hate” choć i tutaj zespół szczędzi dobrych melodii i jakiegoś bardziej wartościowego grania. Granie dla grania i nic ponadto. Szkoda, bo zespół ma potencjał, ale go nie wykorzystuje. Średnie tempo i nieco toporne dźwięki odpychają słuchacza i coraz bardziej zniechęcają do dalszej części. Pisałem na wstępie o progresywnych elementach i właśnie tego gatunku najwięcej zespół przemycił w tytułowym „Spadework”. Po raz kolejny nie ma szału, ale nie ma też totalnego poniżenia. Jest tam jakieś urozmaicenie, jest nawet melodyjne granie, ale za mało to chwytliwe i w ostatecznym rozrachunku wychodzi nic tylko kolejne dobre rzemiosło. Bez polotu i finezji. Szkoda, bo po raz kolejny mogło być z tego utworu coś więcej niż 7 minutowy średniak. Jednym z najlepszych utworów na płycie jest też „Turn About” i jest to ballada. No piękna rzecz, choć warstwa instrumentalna jest skromna. Ale nie zawsze ilość i przepych przedkłada się na jakość. Jak to ballada wzrusza i zachwyca słuchacza i nie raz przekonuje, że na heavy metalowych albumach też trafia czasami piękna muzyka, która z metalem ma nie wiele wspólnego. I jest co raz lepiej co słychać w „Soultrip” kolejny idealny przykład, jak powinien brzmieć album. Energicznie, z pomysłem, a nie stagnacja i posuwanie nudnego grania. Riffy nie są toporne i nie słuchalne, melodie nie są smętne i nie atrakcyjne, a melodie są przyjazne dla ucha, a więc mamy utwór zupełnie inny  niż poprzednie. No gdyby miał więcej tutaj takich utworów, to bym rozważył kandydaturę tego zespołu do miana odkrycia roku, ale tak niestety nie jest. Niestety to co wróżyło lepszą końcówkę szybko pryska za sprawą „Inner God” i tutaj mamy przykład, że nie wystarczy mieć utalentowanego gitarzystę który wygrywa atrakcyjne partie, ale trzeba mieć kompozytora, który zrobi i ułoży to wszystko do kupy, tutaj to brzmi niczym granie przez amatorów. Wszystko zlewa się w całość, bo utwory niczym od siebie nie różnią, podobne tempo, podobne riffy, melodie, no i te smętne granie, który towarzyszy słuchaczowi nie mal przez cały album. Mojego nastawiania do albumu nie zmienia „Last Neverland”, który również niczym się nie wyróżnia i jest to dobitka, gdyż 6 minut smęcenia bez jakieś wizji jest dla mnie ciosem poniżej pasa. Z czym do ludzi? Z tą papką dźwięków, gdzie nic nie gra ze sobą, a wszystko jest chaotyczne.

Zmarnowany potencjał jak dla mnie, jeśli chodzi o ten zespół bo mają utalentowanych muzyków, ale to nie wystarcza, żeby zaistnieć na rynku. Trzeba umieć tworzyć dobre kompozycje, a tego talentu panowie nie mają. W sumie są nie pierwszym i nie ostatnim zmarnowanym potencjałem w tym roku. Dla album jest przeciętny, a raczej nie słuchalny. 3 -4 utwory jako tako mnie rozgrzały,  ale to wszystko. Szampana nie ma co otwierać, bo album raczej zaciągnę pod kategorie: rzemiosło. Z sesji słuchowej nic nie wyniosłem poza nudą i zmęczeniem. Nota: 3.5/10 i odradzam oczywiście.