Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Edu Falaschi. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Edu Falaschi. Pokaż wszystkie posty

sobota, 20 czerwca 2026

EDU FALASCHI - Mi'raj (2026)




Po świetnie przyjętych „Vera Cruz” i „Eldorado” przyszła pora na finał epickiej trylogii Edu Falaschiego. „Mi'raj" to album wyjątkowy nie tylko dlatego, że zamyka wielowątkową historię rozpoczętą pięć lat temu, ale również dlatego, że pokazuje brazylijskiego wokalistę i kompozytora w niezwykle dojrzałej formie. To dzieło ambitne, rozbudowane i emocjonalne, które udowadnia, że były frontman Angra wciąż należy do ścisłej czołówki światowego power metalu. Płyta ukazała się 12 czerwca i jest pozycją skierowaną do fanów progresywnego power metalu oraz twórczości Edu Falaschiego.

Trzy lata minęły od poprzedniego wydawnictwa artysty i w tym czasie doszło do zmian personalnych w składzie. W 2024 roku do zespołu dołączył perkusista Jean Gardinalli, a rok później gitarzysta Victor Franco. Nowi muzycy szybko wpisali się w stylistykę grupy, choć nie udało się w pełni osiągnąć poziomu „Vera Cruz”. Franco i Mafra stawiają przede wszystkim na rozbudowane aranżacje, wyszukane melodie oraz emocjonalne budowanie nastroju. Momentami daje to znakomity efekt, jednak zdarzają się fragmenty, w których pojawia się wrażenie przerostu formy nad treścią.

Ogromnym atutem albumu pozostają partie instrumentalne. Gitary Victora Franco imponują zarówno techniką, jak i wyczuciem melodii. Solówki są efektowne, lecz nie popadają w pustą wirtuozerię. Warto również wspomnieć o gościnnych występach Rafaela Bittencourta oraz legendy power metalu — Roya Khana — którzy znacząco podnoszą prestiż całego projektu. Płyta jest dobra i zdecydowanie godna uwagi, choć nie powala na kolana. To solidne, ambitne wydawnictwo, które momentami zachwyca, ale nie zawsze utrzymuje równy poziom.

Wokalnie Edu Falaschi prezentuje się bardzo dobrze. Choć jego głos z wiekiem uległ naturalnym zmianom względem czasów klasycznych nagrań z Angra, nadal potrafi przekazać emocje i tworzyć zapadające w pamięć linie melodyczne. Co istotne, nie próbuje za wszelką cenę udowadniać swoich możliwości technicznych — zamiast tego stawia na ekspresję, klimat i narracyjność, co doskonale współgra z charakterem albumu.

Muzycznie „Mi'raj" rozwija pomysły znane z dwóch poprzednich albumów, jednocześnie poszerzając ich brzmieniową formułę. Obok charakterystycznego power metalu pojawiają się elementy rocka progresywnego, muzyki symfonicznej oraz orientalne motywy inspirowane kulturą Bliskiego Wschodu. Monumentalne orkiestracje, bogate aranżacje i filmowy rozmach sprawiają, że słuchacz ma wrażenie uczestnictwa w rozbudowanej muzycznej podróży. Ma to swoje niewątpliwe atuty, choć momentami brakuje mocniej zarysowanych, chwytliwych melodii i wyrazistych „hitów”.

Już otwierający album „Watchers Of The Light” pokazuje skalę przedsięwzięcia i daje pełne wyobrażenie o kierunku nowego materiału. Potężne chóry, rozbudowane harmonie i charakterystyczny styl Falaschiego natychmiast przywołują skojarzenia z jego najlepszymi momentami. „Here I Stand” oraz „Echoes Of Vows” kontynuują ten kierunek, oferując mieszankę przebojowości, technicznego kunsztu i emocjonalnej głębi. To solidne, dobrze skonstruowane kompozycje, choć niekoniecznie natychmiast zapadające w pamięć.

Jednym z najciekawszych momentów albumu jest tytułowy „Mi'raj". Utwór zachwyca orientalnym klimatem, licznymi zmianami nastroju oraz znakomitym gościnnym udziałem Veroniki Bordacchini. To kompozycja niezwykle widowiskowa, która doskonale oddaje koncepcyjny charakter całego wydawnictwa. Świetnie wykorzystano tu power metalowe patenty — nie brakuje ciężaru, energii i subtelnej agresji. To mocny, dopracowany utwór. Znnacznie bardziej progresywny i eksperymentalny charakter ma „Unchained”. To kompozycja złożona, pełna zmian tempa i nieoczywistych rozwiązań aranżacyjnych. Słychać w niej odwagę i chęć wyjścia poza schemat, jednak nie do końca przekonuje — momentami bardziej imponuje niż angażuje. Dużo lepiej wypada energetyczny i agresywniejszy „Circle of Dust”, który w pełni oddaje najlepsze cechy twórczości Falaschiego. Pojawia się tu duch dawnych lat Angra — są mocne riffy, wyrazista motoryka i bardzo dobre wyczucie melodii. To jeden z najmocniejszych momentów na płycie.

Na albumie znajduje się również nastrojowa ballada „On Your Own”, która wyróżnia się pięknym, rockowym feelingiem oraz subtelnymi aranżacjami, w tym delikatnymi chórami w tle. Utwór buduje atmosferę i pokazuje bardziej intymne oblicze zespołu. Fani klasycznego power metalu z pewnością docenią „Wrath Into The War”. To dynamiczny, dobrze skonstruowany utwór z chwytliwym riffem, solidną melodią i dopracowanymi aranżacjami. Gdyby na albumie znalazło się więcej kompozycji na tym poziomie, całość byłaby zdecydowanie bardziej porywająca.

Po takim finale pozostaje jednak pewien niedosyt. „Mi'raj” mógł być albumem na poziomie „Vera Cruz”, ale ostatecznie nie do końca się to udało. Mimo to nie jest to próba kopiowania dawnych sukcesów ani odtworzenia klasycznego brzmienia Angra. To wciąż dojrzałe, ambitne i pełne muzycznej wyobraźni wydawnictwo, które momentami naprawdę imponuje. Jeśli „Vera Cruz” było początkiem wielkiej przygody, a „Eldorado” jej rozwinięciem, to „Mi'raj” stanowi jej godne i emocjonalne zwieńczenie. Edu Falaschi nagrał album wartościowy, przemyślany i zdecydowanie warty uwagi.

Ocena: 8/10

czwartek, 24 sierpnia 2023

EDU FALASCHI - Eldorado (2023)


 2 lata temu premierę miał drugi solowy album Edu Falaschi zatytułowany "Vera Cruz". Trzeba przyznać, że to był jeden z ważniejszych wydawnictw roku 2023. Prawdziwa uczta dla maniaków Angra i progresywnego power metalu. Edu pokazał, że ma głowę pełną ciekawych pomysłów, które mogą porwać fanów takiego grania. Nic dziwnego, że Edu idzie za ciosem i w tym roku wydaje 3 solowy album. "Eldorado" to tak naprawdę kontynuacja stylu wypracowanego na "Vera Cruz". Płyta jest jednak bardziej progresywna, bardziej złożona i bardziej nastawiona na emocje, na klimat. Czy to lepiej czy gorzej, to już kwestia indywidualna każdego z słuchaczy.

Ja osobiście odnoszę wrażenie, że płyta mogła być bardziej spójna i pozbawiona pewnych zwolnień, melancholii i różnych emocjonalnych momentów.  Oddałbym wiele, żeby cała płyta miała wydźwięk jak genialny singiel "Tenochtitlan". Jest energia, świeżość, pomysłowość i to co najpiękniejsze w power metalu. Niezwykła melodyjność i dynamika. Co ciekawe singiel zabiera nas w rejony "Temple of shadows" Angra. Mocna rzecz i takich petard jeszcze kilka się znajdzie. Edu to wokalista światowej klasy i nie trzeba o tym się rozpisywać. Na nowym krążku pokazuje na co go stać.  Imponuje bez wątpienia duet gitarowy tworzony przez Barros/Mafra. W tym aspekcie sporo dobrego się dzieje, bo na płycie roi się od intrygujących solówek, czy zadziornych riffów. Panowie znają się na rzeczy i wiedzą jak zaciekawić słuchacza. Ciekawy wydźwięk ma podniosły i pełen symfonicznych smaczków "Senores Del Mar". Początek zakręcony i napakowany progresywnością. Potem utwór nabiera typowego power metalowego charakteru. Jest moc! Podniosłe chórki i bawienie się konwencją progresywnego power metalu to atuty "Sacrifice". Jest piękna ballada "Empty Shell" i jeden kawałek tego typu by wystarczył. Niestety takich spokojnych i romantycznych momentów jest więcej. Tytułowy "Eldorado" to 10 minutowy kolos, gdzie są momenty wciągające i zachwycające, ale też i męczące. Utwór mógłby być krótszy, to na pewno. Power metal wysokich lotów wraca w rozpędzonym "Reino de los huesos". Całość wieńczy spokojny i balladowy "En dolor".


Potencjał był, to mogła być kolejna petarda autorstwa Edu Falaschi. Płyta ma mocne, wyraziste brzmienie, piękne ozdobniki i intrygujące motywy, które sprawiają, że album sporo zyskuje. Jest rozmach i dużo elementów dobrze znanych z dokonań Angra. Niby jest to coś, ale zbyt duża ilość progresywnych patentów i za mała dawka power metalu. Mimo wszystko jest to wciąż wydawnictwo godne uwagi, bo Edu Falaschi to wokalista, który potrafi czarować swoim głosem. Jest kilka momentów, które przyprawią o dreszcze. Nie udało się przebić "Vera Cruz", może następnym razem będzie lepiej?

Ocena: 7.5/10

niedziela, 16 maja 2021

EDU FALASCHI - Vera Cruz (2021)

Tego nazwiska fanom power metalu nie trzeba przedstawiać. To jeden z najważniejszych brazylijskich muzyków i jeden z najbardziej utalentowanych wokalistów.  Ostatnio było jakoś cicho jeśli chodzi o nową muzykę Edu Falschiego, ale teraz to się zmieni. Była znakomita trasa Rebirth of shadows gdzie Edu grał kawałki z "Rebirth" czy 'Temple of Shadows", czyli z kultowych płyt Angry.  Okres Angry to był najlepszy okres Edu, gdzie błyszczał i stworzył najlepsze kawałki, które po dzień dzisiejszy czarują swoim klimatem i aranżacjami. W almah też tworzył ciekawą i intrygującą muzykę. W roku 2016 zawieszono działalność Almah to też Edu oddał się karierze solowej. No i troszkę czasu minęło, ale w końcu jest "Veraz Cruz". Edu zrobił to na co czekali fani, czyli zabiera nas w świat muzyki, który przypomina czasy "temple of shadows" czy "Rebirth".

Mimo upływu czasu to wciąż sieje zniszczenie swoim głosem i na nowej płycie znajdziemy spokojne, romantyczne partie, jak i te iście power metalowe. Płyta jest urozmaicona i zawiera wszystko to co najlepsze w klasycznym stylu Angra. Na pochwałę zasługuje Diogo Mafra i Roberto Barros, którzy stworzyli znakomity podkład gitarowy pod głos Edu. Panowie grali już razem podczas trasy "Rebirth of shadows" i ten klimat został też uchwycony na nowej płycie. "Vera cruz" jest naszpikowana power metalem, ale też i progresywnością, przebojowością, podniosłością i świeżością. Znajdziemy tu pomysłowe melodie, złożone i pokręcone partie gitarowe, ale też klimat. Jest efekt "Wow", bo dawno Edu nie był w takiej formie i dawno nie mieliśmy tak świetnie podanej muzyki oddające klimat klasycznych płyt Angra.

Zaczyna się od klimatycznego intra "Burden", ale cios dostajemy od razy w energicznym "The Ancestry". No i to moi drodzy jest klasyczny power metal i najlepsze ujęcie stylu Angra. Kawałek opiera się na rozpędzonym riffie i złożonych partiach gitarowych. Panowie dają czadu, a ja jestem w szoku, bowiem utwór brzmi jakby powstał podczas tworzenia "Temple of shadows". Więcej progresywności znajdziemy w pomysłowym "Sea of uncertainties", który zaskakuje stylistyką i ciekawymi aranżacjami. Tak to kolejny killer, a to dopiero początek. Edu potrafi też zabrać nas w rejony romantycznego, rockowego grania i tak jest w balladowym ""Skies in your Eyes", który momentami kojarzy się z hitami Avantasia. Dużo power metalowego kopa znajdziemy w przebojowym "Crosses" i znajdziemy tutaj nie tylko odesłania do klasycznego Angra, ale też Helloween, a nawet czasami Iron Mask. Te neoklasyczne zagrywki gitarzystów dodają uroku. Progresywny "Land Ahoy" to kolejny ukłon w stronę Angra, choć tutaj dużo jest ozdobników i troszkę band za mocno przekombinował moim zdaniem. Jednak to wciąż granie na wysokim poziomie. Imponuje też dynamika i podniosłość w rozpędzonym "Mirror of Delusions". No Edu postarał się i serwuje to na co fani czekali od lat i to jest naprawdę miła niespodzianka.  Dalej mamy jeszcze zadziorny i progresywny "Face of the storm". Znów dostajemy ciekawą mieszankę epickości, podniosłości i progresywności. Oczywiście to znakomity kawałek dla fanów Helloween czy Angra.

"Vera Cruz" to album, który identyfikuje Edu i jego styl. Nic więc dziwnego, że mamy tutaj sporo odesłań do Almah czy Angra. Dostajemy tutaj album, który klimatem i wykonaniem mocno przypomina "Temple of Shadows" Angra, co jest tylko atutem. Dobrze widzieć, że Edu nie marnuje swojego głosu i talentu i dalej tworzy nową muzykę. Pozycja godna uwagi!

Ocena: 8.5/10