Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Lonewolf. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Lonewolf. Pokaż wszystkie posty
czwartek, 24 września 2020
LONEWOLF - Division Hades (2020)
Niemcy mają Grave Digger, Running Wild, czy Stormwarrior, a Francja ma Lonewolf, który od 1992r nieustannie udowadnia, że może śmiało konkurować z tymi wielkimi zespołami. Lata lecą, a Lonewolf nic się nie zmienił i nowe dzieło "Division Hades" niczym nie zaskakuje. To płyta nagrana dla fanów tej kapeli. Ta płyta nie ma pozyskać nowych fanów, bowiem ci co już znają ten band to pokochają nowy krążek, a ci co zawsze byli na nie to ta płyta raczej nie zmieni ich poglądu. Tak dostaliśmy kolejny genialny od tej kapeli. Mnie nigdy nie zawiedli i zawsze dostaję od nich to na co czekam.
"Division Hades" to 10 album w dyskografii francuzów i jest to swoista kontynuacja poprzednich wydawnictw. Band nic nie kombinuje i gra dalej swoje. Nic się nie zmieniło i band serwuje nam ostry, zadziorny heavy/speed metal, który mocno nawiązuje do niemieckiej sceny metalowej. Warto zaznaczyć, że nowy album to również powrót Damiena Capolongo w roli gitarzysty. Od strony gitarowej naprawdę sporo się dzieje, zresztą jak zawsze. Mamy mocne riffy, mamy sporo atrakcyjnych melodii i wszystko jest zagrane z polotem. Panowie dobrze się bawią i to słychać, a to przedkłada się na odbiór tej płyty. Tym razem band postanowił wydać 2 płytowy album, z czego pierwsza płyta to faktycznie nowy materiał, a druga płyta to zagrane na nowo stare i zapomniane kawałki grupy. Band sięga tutaj nawet po kompozycje z pierwszych 3 wydawnictw demo.
Bardzo dobre wrażenie robi klimatyczna i nieco rycerska okładka. Bije z niej epickość. Co ciekawe band stara się też ten klimat przenieść na kompozycje. Materiał jest urozmaicony i naprawdę dużo się tutaj dzieje, Nie brakuje hitów i całość spina zadziorne brzmienie.
Płytę otwiera nastrojowy i epicki "The last goodbey", który oddaje to co najlepsze w tej kapeli. Co za przebojowość bije z tego kawałka, no i złożone partie gitarowe. Echa Running wild tak jak zawsze są słyszalne. "The Fallen Angel" to kolejna petarda na płycie i znów mega robotę robią popisy solówkowe. Stonowane tempo i mroczny klimat dodają uroku temu kawałkowi. Klasycznie brzmi tytułowy "Division Hades" i znów słychać hołd dla niemieckiej sceny metalowej. Prosty riff i chwytliwy refren i hit gotowy. Wypisz, wymaluj Running wild z lat 90 mamy w przebojowym "Manilla Shark". Niby utwór lekki, ale za to imponuje pomysłowością. Jednym z najostrzejszych utworów na płycie jest rozpędzony "Underground warriors" i tutaj band pokazuje naprawdę na co ich stać. Chwilę oddechu mamy w klimatycznym instrumentalnym "to hell and back". Wiele wnosi melodyjny "Alive" i na taki heavy/speed metal zawsze jest popyt. Klasa sama w sobie. Nie brakuje szybkich kawałków na nowy albumie i kolejnym tego przykładem jest zadziorny "Silent Rage", który jest kwintesencją stylu Lonewolf. Całość zamyka epicki i podniosły "Drowned in Black", który idealnie wieńczy całość. Niezwykła kompozycja, która oddaje w pełni to co najlepsze w Lonewold. Prawdziwa perełka. Drugi album to kompozycje na nowo zagrane i trzeba przyznać, że brzmią świeżo i jakby bardziej okazale.
"Division Hades" to kolejny świetny album Lonewolf i ta kapela po prostu nie zawodzi. Band wie jak zagrać heavy/speed metal w klimatach Running wild czy Grave Digger. Dzielnie idą w ślady wielkich kapel, a przy tym są autentyczni i robią to wszystko perfekcyjnie. Brawo Lonewolf !
Ocena: 9/10
piątek, 29 września 2017
LONEWOLF - Raised on Metal (2017)
"Raised on Metal" to już 9 album francuskiej formacji Lonewolf. To jest jedna z tych kapeli, która osiągnęła wiele i ma już status kultowej. Nie muszą już niczego udowadniać i w zasadzie każdy ich album to kawał porządnego heavy/speed metalu w stylu Running Wild. Mimo upływu czasu Lonewolf nie zmienia stylu, ani też nie kombinuje i to jest ich spory atut. Najnowsze dzieło "Raised on metal" ukazał się po rocznej przerwie od czasu premiery "The heathen dawn". Zespół dalej kontynuuje to co wypracował na poprzednich płytach. Klimatyczna okładka to tylko początek. Nowy album jak przystało na francuzów jest dynamiczny, energiczny i bardzo przebojowy. Fani Grave Digger czy Running Wild odnajdą się bez problemu.
Jens Bórner to podstawa tej kapeli i bez niego ciężko byłoby sobie wyobrazić Lonewolf. Tradycyjnie jego wokal jest brudny, szorstki i taki zadziorny. Buduje napięcie i odpowiedni klimat lat 80. Z kolei Micheal hellstrom z Elvenstorm w roli nowego nabytku sprawdza się znakomicie. Skoro wszystko jest dopracowane i współgra to nie ma powodów do obaw.
Otwieracz "Unleash the Wolf" to jeden z najlepszych hitów Lonewolf. Jest energia, chwytliwy refren i taka prostota z początków Running Wild. Ja to kupuje. Znalazło się też miejsce na niemiecką toporność spod znaku Paragon, Accept czy Grave Digger co słychać w zadziornym "Souls of Black". Tytułowy "Raised on metal" to kwintesencja ich stylu i Lonewolf w pigułce. Riff od razu zabiera nas do złotych lat Running Wild. W podobnej konwencji utrzymany jest "Extinction of the stars". Ciekawym kawałkiem jest mroczny "Evil". Na wyróżnienie zasługuje marszowy "Swansong" czy rozpędzony "Demons Call".
Nie znajdziemy tutaj jakiś słabych utworów, które pełnią rolę wypełniaczy. Solidne brzmienie, ostre riffy i duża dawka przebojowości sprawia, że "Raised on metal" to kolejny świetny album w dyskografii Lonewolf, aczkolwiek "The Heathen dawn" nie został przebity.
Ocena: 8.5/10
sobota, 21 maja 2016
LONEWOLF - The Heathen Dawn (2016)
Micheal Hellstrom to gitarzysta znany przede wszystkim z twórczości
Elvenstorm. Dla wielu fanów klasycznego heavy/speed metal
mistrz i człowiek, który czego nie dotknie to tworzy coś
niezwykłego i magicznego. Elvestorm to jeden z najlepszych bandów
grających klasyczny heavy/speed metal i przykład geniuszu. Tak
dzięki nim muzyka takich kapel jak Running Wild, Stormwarrior czy
Paragon dalej istnieje i ma się dobrze. Dobre jest to, że ten
świetny gitarzysta zasilił francuski band Lonewolf, który
również specjalizuje się w klasycznym heavy/speed metalu
spod znaku Running Wild. Band od lat nagrywa świetne albumy i w
sumie ani razu nie zawiódł fanów. Wypracowali swój
styl, który mocno ociera się o twórczość Grave
Digger i Running Wild. Charakterystyczny wokal Jensa i spora dawka
energicznych i melodyjnych solówek to ich znak rozpoznawczy.
Ten piracki duch jest to uchwycenia w każdej kompozycji. Bez
Micheala Hellstroma ten band czynił cuda i nagrywał świetne
albumy, a teraz mają na pokładzie tego gitarzystę mogą tworzyć
coś genialnego i ponadczasowego. Najnowszy album „The Heathen
Dawn” to kontynuacja tego co mieliśmy na poprzednich płytach.
Jednak jest więcej elementów wyjętych z Running wild, jest
więcej piractwa, jest więcej przebojów, a sam album
zasługuje na miano jednego z najlepszych w dyskografii francuzów.
Płyta wyróżnia się lekkością jeśli chodzi o aranżacje i
choć jest tutaj nacisk na heavy/speed metalową formułę to nie
brakuje elementów stricte power metalowych. Inną rzeczą jest
fakt, że zespół nie pozwolił sobie na nudę i nijakie
kompozycje. Każdy z nich to czysta perfekcja i wycieczką w różny
rejon. To jest właśnie największy atut tej płyty. Cały czas
trzyma w napięciu i dostarcza sporej frajdy. Band się bawi
elementami muzyki Running Wild i wszystko tworzy w taki sposób,
że jest w tym świeżość i nutka zaskoczenia. Już sama frontowa
okładka jasno daje do zrozumienia czego mamy się spodziewać po tej
płycie. Jednak nikt by nie przypuszczał, że płyta tak wyładowana
jest hitami, które powalają na kolana. „A call to
Wolves” to epickie intro, które ma w sobie magiczny
klimat i w rzeczy samej przypomina nam intra Running Wild. Podniosła
melodia, żwawy riff, niezwykła lekkość i przebojowość, a z
drugiej strony energia i agresja. To się nazywa czysty geniusz i
„Wolfsblut” wpisuje się w ten wysoki standard. Z
kolei riff i początkowa faza „Demons Fire”
przypomina do bólu „empire of the Undead” Gamma Ray. Choć
i tutaj nie brakuje miłych nawiązań do Running Wild. Prawdziwa
petarda w nieco power metalowej konwencji. Running Wild potrafił
umiejętnie wykorzystać elementy akustyczne, by budować piracki
klimat. Lonewolf w „Keeper of the Underworld” tez
dobrze wykorzystują ten patent i wyszedł im prawdziwy hit. Od
samego początku z kawałka wydobywa się piracki klimat. W innej
konwencji utrzymany jest marszowy „When the angels Falls”,
który przemyca troszkę elementów topornego grave
Digger czy przebojowego Hammerfall. Jest to również pierwszy
nieco ostrzejszy i mroczniejszy utwór na tej płycie, co tylko
pokazuje jak dobrze funkcjonuje tutaj różnorodność.
Przebojowość i chwytliwa melodia to atuty znakomitego „Until
the End”. Micheal z Elvenstorm pokazuje tutaj swoje
wszelkie atuty i gitarowy geniusz. Dobra kompozycja dla fanów
Crystal Viper. Dalej mamy bardziej power metalową petardę w postaci
„Rise to Victory” i tutaj przypominają się stare
dobre czasy Running Wild z ery „Pile of Skulls”. Tytułowy
„Heathen Dawn” to kwintesencja heavy/power metalu i
znakomite nawiązanie do twórczości Hammerfall, Accept czy
Manowar. Oczywiście styl i klimat osadzony jest w pirackim świecie
Running Wild. Całość zamyka również pomysłowy i żywiołowy
„Song for the Fallen”, który idealnie
wieńczy ten album. Ta kompozycja to również hołd dla
twórczości Rock'n Rolfa, ale odświeżona i podana w stylu
Lonewolf. Na próżno szukać tutaj wad i potknięć. Nie ma
słabych kawałków, nie ma nudnych melodii, jest za to
różnorodność, duża dawka trafiony i wciągających
melodii. Nowy album pokazuje świeżość, klasę, a jednocześnie
zamiłowanie Lonewolf twórczością Running Wild. Mają na
swoim koncie sporo albumów i nie łatwo jest wybrać ten
najlepszy. „The Heathen dawn” zajmuje wysokie miejsce na podium w
dyskografii francuskiego zespołu.
Ocena: 10/10
sobota, 25 października 2014
LONEWOLF - Cult of Steel (2014)
„Cult of Steel”
to już 7 album francuskiej formacji Lonewolf, której muzyka
przypomina takie zespoły jak Running Wild, Grave Digger, czy Crystal
Viper. Zdobyli szerokie grono fanów na całym świecie i
zawdzięczają to pomysłowości, stylowi jaki reprezentują, a
przede wszystkim tym że nagrywają solidne albumy. Najlepsze w tym
wszystkim jest to, że ostatnim czasy wydawnictwa Lonewolf ukazują
się każdego roku. Takie zjawisko bardzo cieszy, bo muzyki tej
zacnej kapeli nigdy za wiele, zwłaszcza że panowie nie schodzą
poniżej pewnego poziomu. To jest jeden z tych zespołów,
który wie jak kształtować już dawno określony styl, jak go
ulepszać i rozwijać. Nowy album Lonewolf to właściwie kontynuacja
poprzednich wydawnictw. Mamy dalej szybkie, agresywne granie
utrzymane w stylu heavy/speed metal, okraszony tradycyjną oprawą i
klimatem lat 80. Ten sam sposób konstruowania utworów,
refrenów i wykonanie, choć nowy album stylem przypomina
bardziej „Made in Hell” niż np. ostatni „The Fourth and the
Final Horseman”, który był niemal idealnym albumem. Nawet
okładka przypomina tamten album. Jest klasyczne brzmienie i bardziej
heavy metalowy wydźwięk, ale to wciąż ten Lonewolf, który
kochamy. Znajdą się tacy co zarzucą im zjadanie własnego ogona,
bo przecież otwieracz „The Cult of Steel” brzmi
bardzo znajomy. Oczywiście klimaty Running Wild ogrywają tutaj
kluczową rolę. Nie przeszkadza mi wtórność w tej kapeli,
bo nadrabiają w innych aspektach. Mało kto potrafi grać tak
energicznie, z takim powerem i pomysłowością. Szybkość i
przebojowość to zgrany duet i Lonewolf to potwierdza. Warto też
podkreślić, znakomicie sprawdza się nowy perkusista, a mianowicie
Bubu Banner, który w takim „Hordes of The night”
pokazuje na co go stać. Running Wild na sterydach słychać w
rozpędzonym „Blood Of The Heretic” i taki Lonewolf
nie prawa nudzić, nawet jeśli jest to kolejny podobny utwór
o takiej formule. Na szczególne wyróżnienie z
pewnością zasługuje „Hell's Legacy”, choćby ze
względu na ciekawe popisy gitarowe Alexa i Jensa. Panowie bardzo
dobrze się rozumieją i ta współpraca przynosi naprawdę
znakomite efekty. Bardziej hard rockowy „Funeral Pyre”
kojarzy mi się z Powerwolf. Tutaj zespół pokazał, że nie
tylko szybkość im w głowie i nie mają trudności z stonowanym
kawałkiem. Potem mamy serię petard w postaci „Force to
Fight”, „Open Fire” i treściwego „The
grey Wolves”, który zamyka ten album. Dostalismy
typowy album Lonewolf. Płyta zdominowana przez szybkie kompozycje,
przez przebojowość i dużą ilość ciekawych melodii, które
są mocno zakorzenione w twórczości Running Wild. Póki
co ta formuła się sprawdza, pytanie na jak długo jeszcze starczy
pomysłów? Oby na jak dłużej.
Ocena: 8.5/10
piątek, 5 lipca 2013
LONEWOLF - The Fourth and Final Horseman (2013)
Może i Running Wild nie
jest już tym wielkim zespołem, który błyszczał lata temu
geniuszem i niesamowitym materiałem pełnym energii, melodyjności i
przebojowości. Złote czasy ta kapela ma dawno za sobą, czego
najlepszym dowodem jest „Shadowmaker” Na szczęście jest kilka
kapel, które starają się wypełnić pustkę i przejąć
pałeczkę po Running Wild. Hellish War, Powerwolf czy też właśnie
znakomicie pokazują, że nie kryją swoich zamiłowań do tej kapeli
i że wykorzystują z sukcesem patenty Running Wild. Najwierniejszym
odzwierciedleniem stylu Running wild jest wciąż jednak francuski
zespół Lonewolf, który spełnia kryteria stylizacji
speed/heavy metal. Założony w 1992 roku Lonewolf rośnie w siłę,
a wydanie 6 albumu o nazwie „The Fourth and Final Horseman”
.
Zapomnieć
można tutaj o próbach innego interpretowania speed/heavy
metalu w stylu Running Wild niż tego znanego nam z dotychczasowych
płyt. Patrząc na dyskografię Lonewolf śmiało można im przyznać
tytuł solidnego i pracowitego zespołu. Od samego początku tworzyli
muzykę na dobrym poziomie, ale bez problemu można wskazać na „Made
in Hell” czy „The Dark Crusade” jako najlepsze płyty tego
zespołu. To właśnie tam udało się osiągnąć nie możliwe, a
mianowicie przebojowość i aranżacje godne Running Wild. W
przypadku „Army of Damned” nieco gdzieś uszło powietrze z
zespołu. Dalej solidne, mocne i melodyjne granie, ale bez takich
wyrazistych i zapadających w pamięć przebojów. Pod tym
względem nowy album wyróżnia się. Niby to samo co na
poprzednich wydawnictwach z tym, że wszystkiego jakby więcej.
Lonewolf udało się po raz kolejny na swoim albumie umieścić
więcej ciekawych motywów, riffów, melodii, przebojów,
które decydują o płycie w ostatecznym rozrachunku. Co po
soczystym brzmieniu, klimatycznej okładce, jeśliby zawartość nie
spełniała wymagań? Byłaby nie istotną częścią składową.
Wciąż atrakcyjność Lonewolf i ich wyjątkowość wynika z
charakterystycznego wokalu Jensa i jego popisy gitarowe z Hilbertem
są o wiele bardziej intrygujące niż na poprzednim wydawnictwie.
Sukces tkwi w pomysłowych riffach i położeniu nacisku na melodie i
przebojowość. W każdym calu można poczuć styl Running Wild.
Otwieracz „The Fourth and Final Horseman”
pod
względem motoryki i konstrukcji nawiązuje do czasów „Death
Or Glory” Running Wild. W szybszych, energicznych utworach jak
choćby „Hellride”
czy „Throne Of Skulls”
też słychać głównie Running Wild i to ten z najlepszych
płyt. Jednak zespół nie poprzestaje na monotonnym i jakimś
przewidywalnym do bólu graniu. Odskocznią jest tutaj choćby
epicki „Destiny”,
który ma coś z Grave Digger. Również bardziej true
metalowy „The Brotherhood of Wolves” pozwala
nieco zaznać smaku wojny. Spokojniejszy „Guardian
Angel”
czy klimatyczny „The Poison of Mankind”
nawiązujący do „Blood Religion” Gamma Ray też wyróżniają
się na tle szybkich kawałków. Właściwie na próżno
szukać tutaj wad, których nie ma, a już na pewno nie wśród
kompozycji.
Póki
co Lonewolf znakomicie radzi sobie w stylizacji Running Wild i odnosi
w tym sukces. Ciekawe tylko czy już do końca swojej kariery będą
postrzegani jako jeden z tych zespołów czerpiących w dużych
ilościach z Running Wild? Czy zawsze będą solidnym zespołem,
który trzyma się swojego poziomu? Nowy album to pozycja
obowiązkowa dla fanów muzyki Rolfa Kasperka i śmiało można
mówić tutaj o jednym z najlepszych krążków formacji
Lonewolf. Polecam.
Ocena:
9/10
sobota, 7 kwietnia 2012
LONEWOLF - Army Of The Damned (2012)
Kiedy to Rockn Rolf i RUNNING WILD szykują kontrowersyjny powrót w ramach reaktywacji z nowym albumem „Shadowmaker” który znajdzie uznanie tylko w miłosiernych słuchaczach, francuski LONEWOLF, który gra heavy/power metal po raz kolejny sięga po sprawdzone oklepane motywy RUNNING WILD z klasycznych albumów. Od czasu premiery „The dark Crusade” minęło aż 3 lata i w tym czasie się pojawił nowy basista w postaci Rikkiego Mannharda. Ci którzy lubili dotychczasowe albumy pokochają piąte wydawnictwo czyli „Army Of The Damned”. Nie ma mowy o jakimś zaskoczeniu, o odejściu od wyznaczonego stylu z poprzedniego albumu i właściwie mamy kontynuację obranej drogi która przejawia się w graniu dynamicznego heavy/power metalu w stylu RUNNING WILD, z wykorzystaniem rozpędzonej sekcji rytmicznej, z z granym duetem gitarzystów Bórnerem/ Hilbertem, który dużo uwagę przywiązuje do melodii, do dynamiki i szaleństwa niż do oryginalności i jakiegoś wirtuozerskiego popisu. Charakterystyczne w dalszym ciągu jest nieco mroczny, zadziorny wokal Bornera który bez większych problemów mógłby występować w GRAVE DIGGER. Francuski wilk znów bawi się w pirata i robi to z wielką gracją, puszczając świadomie oczko do fanów niemieckiego RUNNING WILD.
Mało komu tak dobrze wychodzi podszywanie się pod piracki RUNNING WILD, ostatnio dobrze to robił POWERWOLF, czy też STORMHUNTER, a teraz znów pałeczkę przejął LONEWOLF. Na albumie pełno jest motywów z niemieckiego RUNNING WILD, jednak o dziwo płytę zdominowały kompozycje utrzymane w średnim tempie, gdzie zespół daje upust swojemu heavy metalowemu wcieleniu. Świetnie w tej roli prezentuje się taki mroczny „The one you never see” z gościnnym udziałem Blaze Bayleya. Ciężki, posępny riff, stonowane tempo i true metalowy wydźwięk. Jeszcze lepiej wypada w tej konfrontacji inny true metalowy kawałek a mianowicie epicki „The Last Defenders” gdzie mamy jeden z ciekawszych motywów gitarowych jakie znalazły się na płycie. Muszę przyznać, że zespół błysnął tutaj pomysłowością, zwłaszcza po stawiając na takie powolne tempo, które idealnie się komponuje z prostym, ale jakże zapadającym riffem. Lekkie rozczarowanie odniosłem przy heavy metalowym „Soulreapers” a to dlatego że mamy tutaj takie przepiękne wejście z melodyjnym riffem, który zwiastuje nieco lepszy kawałek niż toporny heavy metal odegrany tylko na dobrym poziomie. Również warto wpisać do tego grona tytułowy utwór „Army Of The damned” który również jest bogatą, epicką kompozycją z bojowymi chórkami. Również sporo wspólnego z grupą metalowych kompozycji utrzymanych w średnim tempie ma 6 minutowy „Celtic Heart” który jest najbardziej rozbudowaną i najbardziej różnorodną kompozycją na albumie. Jednym z moich ulubionych utworów na płycie jest bojowy „Crawling To Hell” z takimi idealnym na koncert refrenem. Jednak poza heavy metalowymi kompozycjami zbudowanymi na średnim tempie, mamy też sporo propozycji w ramach speed/power metalu oczywiście bazujących na patentach RUNNING WILD. Świetnie to obrazują otwierający „Lonewolf” przypominający rozpędzony „Advanture Galley” zwłaszcza pod względem szybkości i motywu gitarowego, rytmiczny „Cold” nawiązujący do „Black Hand Inn” czy też w końcu piracki „Tally Ho” który pod względem dynamiki i motoryki przypomina mi „Riding the Storm”.
„Army Of The damned” to pozycja obowiązkowa dla każdego kto kocha RUNNING WILD, kto jest wielkim fanem heavy/ power metalu, kto ma słabość do niemieckiego grania, zespołów. LONEWOLF na piąty albumie może nie zaskakuje, nie porywa oryginalnością, nie bawi się w eksperymentowanie i szukanie innego stylu. Ich styl to grania w stylu RUNNING WILD i wychodzi im ta sztuka nadzwyczaj dobrze. To co LONEWOLF może wam zaoferować w zamian za wtórność to przebojowość, wyrównany materiał i masa atrakcyjnych melodii i popisów gitarowych. Uważam że to cenna sprawiedliwa. Pytanie tylko na jak długo wystarczy owa formuła, czyli granie pod RUNNING WILD, czy wystarczy pomysłów na kolejne 2 albumy? Czy kiedyś nadejdzie dzień ze zaczną innego stylu? Póki co są to pytania bez odpowiedzi, ale przyszłość je w najbliższym czasie zweryfikuje.
Ocena: 9/10
wtorek, 9 sierpnia 2011
LONEWOLF - The dark crusade (2009)
W roku 2009 miało starcie dwóch grup poruszające się w tematyce wilków itp. akcesoriach. Powerwolf vs Lonewolf. Dwie podobne tematyki, aczkolwiek inne podejście. Powerwolf bardziej humorystyczne i zarazem nieco mroczniejsze, zaś Lonewolf bardziej waleczne, bardziej rycerskie. Dwa różne kraje Francja w przypadku Lonewolf i Niemcy w przypadku Powerwolf. Dwa różne style grania – Lonewolf najwięcej czerpie z melodyjnego heavy metalu ze szczyptą power metalu, zaś Powewolf to takie już power metalowe granie. Co je łączy oprócz wilkołaków? Jedna dość taka słyszalna cecha, a mianowicie inspirację Running Wild. Po tym względem starcie wygrywa Lonewolf, bo to on najdokładniej od wzorował styl Niemców, tak to przerobił na własne potrzeby uciekając od plagiatu. Takiego grania w stylu Running Wild co raz mniej, choć zawsze znajdą się pojedyncze zespoły jak choćby właśnie wyżej wspomniane czy też taki Crystal Viper. Lonewolf został założony w 1991 roku i od tego czasu sukcesywnie wydaje regularnie albumy. Zawsze to było z nimi różnie, jednak dopiero większą uwagę zwrócili na siebie w roku 2008 za sprawą „Made In Hell”który zrobił nie którym słuchaczom spore zamieszanie. O ile tamten krążek był bardzo dobry o tyle taki „The dark Crusade” można zaliczyć do tych genialnych i bez wątpienia jest to najlepszy krążek francuskiej formacji. Running Wild w muzyce, ale nie tylko bo słychać też coś z Grave Digger czy też Paragon a to za sprawą wokalu Jensa Bórnera.
Całość zaczyna intro w postaci „Dragons Of The Night” i jest epicko, jest podniośle, ale to nie Running Wild, to raczej polski Crystal viper, no i nic dziwnego skoro sama liderka CVMarta Gabriel maczała tutaj palce. Jest spokojna melodia, jest to wszystko chwytliwe. Jednak prawdziwe rozpierducha zaczyna się wraz z „Victoria” to kontynuacja tego co robił Kasperek w Running Wild, szybkie pędzący, radosny piracki metal. Tylko zamiast piratów tematyka o wilkach i też to jakoś do siebie pasuje. Cała motoryka, sekcja rytmiczna, motywy gitarowe to czyste i nie skażone Running Wild. Jest cały czas melodyjnie i chwytliwie, nawet w refrenie słychać RW, ale też szczyptę Grave Digger. Nawet w partiach solowych, nie odstępują od maniery pirackiej bandery Running Wild. Miło, że ktoś przejął pałeczkę od RW jeśli chodzi o styl grania. Kto by pomyślał że to ekipa francuska gra. Z kolei „Legions of Wild” to jakby kolejny hołd dla RW i jego fanów. Jest szybki, skoczny i bardzo w stylu piratów. Od dawna nikt tak nie grał pod RW i to z taką pasją. Co ciekawe to brzmi bardziej w stylu piratów niż ostatnie albumy samego RW. Co mnie urzekło w tym utworze to niezwykła praca gitar, zwłaszcza podczas riffu czy solówek, które naprawdę są energiczne. Tutaj Jens śpiewa bardziej Jana Bunninga. Walecznie się zaczyna tytułowy „The dark Crusade”, ale słychać tutaj RW i chyba najbardziej mi się to skojarzyło z Black Hand Inn. Też słychać tutaj to co prezentuje polski Crystal Viper na Metal Nation. Speed metalowa jazda bez trzymanki i to w takim stylu jak poprzednie utwory. Znów trzeba przyznać, że to partie gitarowe na czele z solówkami iście w stylu RW ciągną każdą kompozycję. Bo gdyby nie granie pod RW nie byłoby to takie atrakcyjne, bo ani wokal nie przyciąga takiej uwagi, ani też refreny. Jasne wszystko chwyta, ale refreny RW były o klasę, albo 2 wyżej. Niosły ze sobą pasję, waleczność i wolność a tutaj jest to tylko dobre naśladowanie refrenów, choć czasami znajdą się perełki jak refren Victorii. Jako klon Running Wild zespołowi przyszło się zmierzyć z 7 minutami w kompozycji „Hail Victory” początek i akustyczna gitara to znów Running Wild, sam początek tego utworu i prawie 2 minuty to nic innego jak granie pod „Ridding the Storm” z „Death or Glory”. Wolne tempo, nieco waleczniejsze granie, jest epickość. Co znów porywa to partia gitarowa i bojowe chórki, które prowadzą owy utwór do zwycięstwa. 7 minut poświęcone przy tym utworze nie przeradzają się w nudę. Czymś innym na tle całego albumu jest taki „Warrior Priest” gdzie jakby tej szybkości i melodyjności z RW jakby zabrakło na tą kompozycję. Co mnie się podoba to skoczny i taki bujający riff oraz gitary brzmiące w stylu RW. Utwór dobry, bardzo dobry, ale lepiej zespół prezentuje się w petardach zagranych pod RW, ale takie urozmaicenie jak tutaj zawsze jest mile widziane. Jeśli mowa o petardach, to taki właśnie jest "The Wolf Division" , szybki, drapieżny, porywający, podniosły i skonstruowany na bazie RW, refren kojarzy mi się z kolei z Hammerfall i „Steel meet steel”. Z kolei „Heathen Horde” to nieco średnie tempo i znajomo brzmiący riff i słychać tutaj erę Motiego w RW i trzeba przyznać, że idealnie zespół dopasował gościa do utworu. Majk mottii jak gitarzysta podciągnął ten utwór, ale trzeba przyznać, że ciężko rozpoznać gościa, skoro przez cały czas gitarzyści idealnie imitują styl pirackiej bandery Running Wild. Co kuśtyka tutaj to refren, taki jakby nieco skromny i mało porywający, ale na szczęście nie nudzi. Również i „Worlds of the Witch” czerpie najwięcej z „Death or Glory” gdzie główny motyw utrzymany w średnim tempie przypomina nieco „Battle of Waterloo”. Bardzo dobrze to brzmi, jest skoczny motyw, jest melodyjny i bojowy refren i znów Rw pełną gębą. W „Winter farewall” to RW i Sabaton w jednym wystarczy przysłuchać się pierwszym dźwiękom. Bez wątpienia jest to najszybsza kompozycja, który porywa niszczy i nie bierze jeńców. To kolejny dowód na to, że Lonewolf najlepiej prezentuje się w takich petardach. Całość zamyka prawdziwy kolos liczący 10 minut „The Hour zero”. Jest dobry, choć zespół nie dał rady zaciekawić prze ten cały czas. 7-8 minut by wystarczyło. Zaczyna się fajnym spokojnym riffem i jest piracki klimat. Potem dobrze całość napędza szybszy motyw, przez co można bujać się w rytm muzyki. Znów oczywiście mamy podróż w przeszłość i lata największej sławy RW. Jest bojowo i szybko, nawet podczas refrenu. Jest kilka interesujących motywów, jest kilka porywających melodii i są dość drapieżne solówki, lecz 10 minut to nieco za dużo ale i tak brzmi to dobrze, nawet bardzo dobrze, szczerze myślałem że będzie gorzej. Nie jest to może „Treasure island” ale i tak bije ostatni kolos RW „The War”. I tak o to zleciała godzina przy rytmach Lonewolf, refleksje?
Muzyka Running Wild jest nieśmiertelna, mnie nie będzie na świecie a o nich ciągle będzie się gadać. Nie tylko za sprawą ich własnych albumów,a le za sprawą również zespołów podążających w ich ślady. Lonewolf może nie jest oryginalny, może więcej czerpie z Running Wild, niż daje coś od siebie. Może blisko są plagiatu, ale co z tego nie to liczy się. Liczy się muzyka i radość z odsłuchu, bo tego najczęściej szukają rzesza słuchaczy heavy metalowych.”The dark Crusade” jak na moje ucho kasuje ostatnie albumy RW dlatego, że brzmi bardziej w klasycznym stylu RW niż owe dzieła samej bandery Kasperka. Zaś Lonewolf osiągnął wysoki poziom, już nie grają jak amatorzy, lecz są bardzo dobrzy w tym co robią. A co takiego robią? Grają tak jak Running Wild powinien grać w dzisiejszych czasach. Mało jest zespołów które tak idealnie kopiują Niemców i nie jest to wada, ale zaleta. Płyta brzmi fantastycznie i pełno motywów, które ucieszą nie jednego fana RW, ale nie tylko. Jest dobra surowa, może bardziej w stylu Grave Digger produkcja, jest do tego jeszcze dość nie typowy wokalista. Jest na albumie równy poziom, są wolniejsze, szybsze kompozycje, a więc na nudę nie można narzekać. Czekam na kolejny krążek tej Niemieckiej formacji, pfu Francuskiej. Uwaga to czas na pirackie wilkołaki. Nota : 9/10
Subskrybuj:
Posty (Atom)






