Pokazywanie postów oznaczonych etykietą 1986. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą 1986. Pokaż wszystkie posty

piątek, 24 kwietnia 2015

DIGGER - stronger Than Ever (1986)

Grave Digger to jedna z potęg niemieckiego heavy metalu i ich ostatnie albumy to tylko potwierdzają. Ciekawe jakby potoczyła się historia zespołu, gdyby wydany w 1986 r krążek „Stronger Than Ever” wydany pod szyldem Digger odniósł faktycznie sukces. Wtedy na pewno byśmy nie mieli takich klasyków jak „The Reaper” czy „Tunes of War”, a jedynie kolejny klon Survivor, Bon Jovi czy Udo z czasów „Faceless World”. Kapela o nazwie Digger nagrała by kilka średnich płyt, a potem pewnie żywot ich by się skończył. Dobra koniec rozmyślań o tym co by było gdyby i skupmy się na samej płycie.

Ciężko sobie wyobrazić Grave Digger, który gra mieszankę, lekkiego i melodyjnego metalu, gdzie sporą rolę odgrywa hard rock, Aor. Może nie jest styl, w którym zespół mógłby długo pociągnąć i uzyskać jakiś wielki status. Jednak w kategorii ciekawostek i odskoczni, jest to dość ciekawa propozycja. W 1986r po tym jak trzeci album Grave Digger zatytułowany „War Games” kapela zmieniła nazwę zespołu na Digger. Celem było nagranie bardziej komercyjnej muzyki, która przyciągnie więcej słuchaczy i uczyni zespół bardziej znanym. Wynikało to z słabych wyników finansowych jakie Grave Digger osiągał i to nie podobało się Noise Records. No to wywarła wpływ na muzyków. Digger w swojej muzyce nie zapomniał o przeszłości i starym, rasowym heavy metalu jaki Grave Digger prezentował choćby na „Heavy Metal breakdown”. Jednak tutaj zespół porzuca toporność, stawia na lekkość, melodyjność, na komercję, na bardziej hard rockową manierę. Można było odnieść wrażenie, że „Stronger Then Ever” to zdradzanie swoich priorytetów i sprzedanie się komercji. W końcu taki tytułowy utwór nasuwa takie grupy jak Survivor, Def Leppard czy nawet Bon Jovi. Zwłaszcza spokojne klawisze pokazały inne oblicze grupy. „Stronger Than Ever” to nie taki zły kawałek sam w sobie. Problem tkwi, że to nie jest Grave Digger, tylko jakiś amerykański Aor. Dobra jest to chwytliwe i zapada w pamięci, a w dodatku jest to przyjemne w słuchaniu. Więc jeśli zapomni o tym co grali panowie to nie można nawet narzekać na jakość. Okładka też inna niż dotychczasowa, miła dla oka i oddająca charakter produkcji z kręgu rocka czy hard rocka. Idealnie dopasowana do zawartości. Podobnie jest zresztą. Lekkie, czyste brzmienie, które momentami przypomina płyty popowe czy rockowe. Wokal Chrisa też jest jakby zmodyfikowany i jest bardzo zaskakujący. Takiego Boltendahla nie znaliście i już nie poznacie. Śpiewa lekko, bez tej chrypki i zadzioru. Efekt nawet ciekawy, ale przede wszystkim dla fanów Aor czy hard rocka. Co ciekawe Digger to właśnie pierwszy poważny band Uwe Lulisa, który potem został wciągnięty do rodziny Grave Digger, a potem sam założył Rebellion. Też jest on tutaj pod wpływem amerykańskiego hard rocka. Na płycie jest pełno lekki i komercyjnych zagrywek, jednak słychać polot i finezję. Nie brakuje też ciekawych popisów o charakterze heavy metalem, będących ukłonem dla płyt Grave Digger. Otwieracz „Wanna Get Close” to ostrzeżenie, że tutaj nie ma za wiele metalu, że więcej jest hard rocka. Riff nasuwa mi na myśl choćby Ac/Dc. Jednak chwytliwy refren ma echa starego Grave Digger co daje w efekcie przyzwoity kawałek. Na tej płycie pełno syntezatorów i płaskiego, sztucznego brzmienia perkusji. Przykładem tego jest „Don't leave me lonely”. Sam utwór przypomina „Faceless World” Udo, co można uznać za plus. Jedną z najbardziej metalowych, wręcz speed/power metalowych kompozycji na płycie jest „Lay it on” czy „Shadow of The Past”. Jednak to tylko pewne echa przeszłości, bowiem tutaj są inne trendy. W pamięci zapada złożony „I dont need Your Love”, który nie jest balladą, a bardzo energicznym kawałkiem. Końcówka płyty jest już bardziej urozmaicona i daleka od tego do czego przyzwyczaili nas muzycy z Grave Digger. „Listen to The Music” wyróżnia się bardziej nachalnymi klawiszami, które brzmią jakby je wyjęto z tandetnego teleturnieju. Na szczęście partie gitarowe i riff są tutaj godne uwagi. Jest jeszcze lekki, hard rockowy „Stay Till Morning” , który pokazuje łagodne oblicze ówczesnego Grave Digger. Złym utworem nie jest też z pewnością rycerski „Stand Up and Rock”, który z bojowym refrenem jest idealny na koncerty.

Grave Digger, który gra hard rocka z elementami hard rocka, Aor i w dodatku z wykorzystanie syntezatorów, to jest dopiero coś nowego. Dobrze, że to zostało wydane jako Digger anie Grave Digger, bo marka mogłaby na tym ucierpieć. Płyta nie jest zła, bo słucha się ją dość przyjemnie i jest kilka hitów, tylko to nie jest muzyka jaką się odczekuje od Chrisa i spójki. Dobrze, że wrócili do swojego stylu. „Stronger Than Ever” to taka miła ciekawostka dla fanów Grave Digger.

Ocena: 6/10

wtorek, 16 września 2014

BREEZE LEAST - Breeze Least (1986)

Neoklasycznego heavy metalu z lat 80 nigdy za wiele i kierując się tą myślą sięgnął nie po znane kapele, które każdy zna, ale po debiutancki album japońskiej formacji Breeze Least. Powstali w 1985 roku i nie zdobyli większego rozgłosu. Na przeszkodzie mogła stanąć kiepska produkcja albumu, która często przyćmiewała jakość muzyki, również nie typowa okładka czy w końcu kraj z którego wywodzi się Breeze Least. Każdy musi przecież pałać miłością do japońskiego metalu. Tym razem nawet ci stronią od muzyki z tamtego rejonu powinni być zachwyceni, bowiem Breeze Least to jeden z najlepszych zespołów z Japonii. Dowiedli tego na „Breeze Least”, który jest znakomitą mieszanką heavy metalu, hard rocka, no i właśnie neoklasycznego metalu. Wszystko stanowi spójną całość. Może i brzmienie nie jest tu wysokich lotów i ukazuje ubóstwo zespołu, ale nie jest w stanie zniszczyć potencjału jaki wybrzmiewa z tego co robią muzycy. Głęboki i utrzymanych w wysokich rejestrach wokal Satoru znakomicie pasuje do tego co wygrywa Kazuhiro. Album przepełniony jest klimatycznymi, emocjonalnymi solówkami i chwytliwymi refrenami. Źródłem energii tego krążka jest duet gitary z klawiszami, co przedkłada się na melodyjność i urozmaicenie. Dzieje się tutaj sporo i nie raz włosy stają dębem. Otwarcie tytułowym kawałkiem nie jest w stylu neoklasycznych albumów i nasuwa się tutaj rasowy heavy/speed/power metal i to taki przesiąknięty niemiecką i amerykańską sceną metalową. Stonowany i bardziej hard rockowy „Must Be Crush” ukazuje ile emocji zostało tutaj wyrażone, ile serca muzycy włożyli. Znakomity przykład, że nie trzeba dynamiki, ani mocnego riffu by porwać słuchacza. Duch Deep Purple, Whitesnake czy Rainbow występuje w balladowym „Dolphin Tradition”. Nie mogło zabraknąć dłuższego kawałka i tutaj jest bardziej progresywny „Damnation”. Coś z brytyjskiego grania można uświadczyć w „Gate Tower”. Muzykę tej formacji ciężko wyrazić w słowach, zwłaszcza kiedy słucha się takiej perełki jak 12 minutowy „Not The Hold”, który zawiera wszystko co składa się na ich styl i chyba najlepiej oddaje to co usłyszymy na tej płycie i jaki poziom prezentuje z sobą Breeze Least. Mało znana formacja, która nagrała w sumie dwa albumy, ale najwyższy czas dać im zasłużony rozgłos. Ciekawa mieszanka hard rocka, progresywnego rocka i neoklasycznego metalu. Gorąco polecam.

Ocena: 8.5/10

niedziela, 17 sierpnia 2014

BATTLEZONE - Fighting Back (1986)

Po tym jak rozeszły się drogi Iron Maiden i Paul Di Anno to od razu wielu śledziło dalsze poczynania dawnego wokalisty żelaznej dziewicy. Sukces jaki osiągnął z tamtym zespołem okazał się nie do przebicia i właściwie nie trudno się zgodzić, że swoje najlepsze lata Paul miał za sobą i ciężko było stworzyć coś równie genialnego co „Killers” czy „Iron Maiden”. Choć Paul nigdzie na zagrzał na stałe miejsca i żył w cieniu Iron Maiden i swojej przeszłości, to jednak udało musię w końcu zbliżyć do poziomu znanego z pierwszych płyt Iron Maiden. Punktem zwrotnym w karierze Paula był rok 1984 kiedy to z muzykami Tokyo Blade założył Battlezone. Jeden z ciekawszych brytyjskich zespołów lat 80, który wiedziała jak podać NWOBHM w świeżej, nieco agresywnej formule. Już pierwszy album tej formacji zatytułowany „Fighting Back” to było miłe zaskoczenie, zwłaszcza że wielu skreśliło Paula na straty.

O ile na pierwszym solowym albumie Paul dostarczył nam Aor i hard rock, o tyle z Battlezone wraca do korzeni i dostajemy mieszankę NWOBHM, heavy metalu oraz hard'n heavy. Tym razem Paula otoczyli równie doświadczeni muzycy co w Iron Maiden. Perkusista Sid Falck zagrał w Overkill, zaś John Wiggins dawał czadu w Tokyo Blade i właśnie sporo nawiązań do tej kapeli w muzyce Battlezone. Znajdą się też odesłania do Iron Maiden, Judas Priest czy Saxon, ale najciekawsze jest to, że udało się stworzyć własny styl, własny charakter. To czyni Battlezone z pewnością jednym z ciekawszych zespołów brytyjskich lat 80. Paul w końcu swoim wokalem przypomniał swoje złote lata w Iron Maiden i jego głos znów jest agresywny, drapieżny i wciąż ma w sobie coś z punkowego wokalisty. Wokal Paula to jedno, ale Battlezone to przede wszystkim zbiór energicznych, chwytliwych i miłych dla ucha popisów gitarowych. Riffy są zadziorne, pozbawione komercji i zbędnych elementów, zaś solówki są złożone i zbudowane na bazie atrakcyjnych melodii. To daje ostatecznie prawdziwą ucztę dla fanów muzyki heavy metalowej. W przeciwieństwie do innych projektów i zespołów Paula zbliżył się do twórczości i poziomu Iron Maiden. Już na „Fighting Back” to wszystko podkreślił i udowodnił, a przecież to ich debiutancki album, który miał tylko przedzierać szlaki i zebrać odpowiednie grono fanów. Płyta nie odniosła komercyjnego sukcesu i może konkurencja wygryzła ich, ale po tylu latach ta płyta wciąż wzbudza zachwyt. Szybkiego, ale krótki „(Forever) Fighting Back” to utwór, który ukazuje co gra Battlezone i ile w tym z NWOBHM, ile z Iron Maiden. Najważniejsze, że jest to metal i to wysokich lotów. Coś z albumu „Killers” można usłyszeć w przebojowym „Welcome To The Battlezone” gdzie możemy ocenić ile jest warta warstwa instrumentalna i to jaką dobrą robotę odwalają tutaj gitarzyści. Takie proste, energiczne i drapieżne granie zawsze jest w cenie. Momentami można odnieść wrażenie, że ta kapela starała się też wtrącić nieco speed/power metalu i znakomicie owe myśli obrazuje rozpędzony „Warchild”, który jest hitem na miarę tych z ery w Iron Maiden. Hard'n Heavy w stylu Pretty Maids można uświadczyć słuchając „In The Darkness” i mimo nieco innego wydźwięku jest to kolejny mocny kawałek na płycie. Paul w żelaznej dziewicy słynął z klimatycznego i łagodnego śpiewania w wolniejszych momentach i te też tutaj się pojawiają. Wystarczy posłuchać otwarcie „Running Blind”, który potem przeradza się w kolejną petardę. „Too much Too Heart” z kolei brzmi jak mieszanka Accept i Def Lepard i brzmi to dość intrygująco, ale to wciąż muzyka wysokich lotów. Troszkę komercyjnego hard rocka można wyłapać w „Voice on The Radio” i to może nieco inny utwór, ale zespół nie błądzi w nieznanych gatunkach i w dalszym ciągu słyszymy mieszankę NWOBHM, hard rocka i melodyjnego metalu. Battlezone to prawdziwa machina nie do zatrzymania i pędzi przy pełnej mocy, a kolejną perełką na płycie jest „Walfare Warriors”, który ukazuje piękno brytyjskiego metalu. Czy trzeba lepszych dowód na to, że Battlezone nie był gorszym zespołem niż Iron Maiden?

Tak o to Paul udowodnił, że co niektórzy zbyt wcześnie go z kreślili, bowiem on wciąż wie jak śpiewać agresywnie, wie jak nagrać bardzo dobry album będący mieszanką NWOBHM i heavy metalu. Paul Di Anno to nie tylko żelazna dziewica, to również znakomity Battlezone. Pierwszy album to kawał porządnego grania, które oddaje to co najlepsze w brytyjskim metalu, to co najlepsze w Paul Di Anno. Polecam.

Ocena: 9/10

poniedziałek, 19 maja 2014

STEELER - Strike Back (1986)

Jeśli ktoś nie poczuł bluesa słuchając nowego albumu Axel Rudiego Pella, zawsze można sięgnąć bo jego stare krążki gdzie jest więcej rasowego heavy metalu. W takim wypadku najlepiej odkurzyć swoje stojaki i wyjąć jeden z albumów Steeler, czyli kapeli w której pierwsze muzyczne kroki stawiał Axel. Trzeci album w postaci „Strike Back” to właściwie nic nowego, a raczej kontynuacja tego co wcześniej zaprezentowały nam dwa poprzednie wydawnictwa.

Dalej jest charakterystyczny wokalista Peter Burtz, który sprawia że Steeler brzmiał jak rasowy heavy metalowy. To dzięki niemu muzyka Steeler była drapieżna, bezpośrednia i w dodatku podkreślał niemieckie pochodzenie zespołu. Każdy kto lubi metal pokroju Accept, Warlock czy tym podobnych kapel musiał ulec Steeler. Płyta nie odbiega stylem i poziomem od poprzednich wydawnictw. Axel dalej wygrywa ciekawe, rasowe riffy, który przemycają energię, drapieżność i melodyjność. Dobrze to słychać w „Rockin The City” czy „Money doesnt Count”, które właśnie są dobrze wyważone między tymi dwoma różnymi stylami. Axel znakomicie zawsze sobie radził w szybkich utworach i tutaj taką petardą jest „Chain Gang”. Znakomity przebój i ostatnio brakuje mi takiego grania w muzyce Axela. Kopalnia hitów to dobre określenie dla tego albumu. No bo gdy kończy się jeden to pojawia się następny. „Messin around” czy hard rockowy „Ice Cold” właśnie są kolejną dawką melodyjnego grania, które ukazuje nam przebojowe oblicze Steeler. Jeszcze szybsze tempo udaje się uzyskać w „Danger Come Back” czy „Strike Back”. I pomyśleć że dzisiaj Axel woli bawić się w wolniejszych klimatach. Warto wspomnieć, że Axel dobrze radził sobie z balladami i to już można było zauważyć w Steeler. „Waiting For A Star” to bardzo udana ballada.

Przykład niemieckiego heavy/speed metalu na najwyższych obrotach i to w najlepszym wydaniu. Tej płycie właściwie niczego nie brakuje. No może jedynie bardziej dopieszczone brzmienie mogłoby się tutaj przydać. Ostry materiał przypomina, że Axel niegdyś lubił pograć ostre i szybkie riffy. Dzisiaj oddalił się od takiego grania. Nieco za tym tęsknie, ale cóż zawsze można odpalić „Strike Back”.

Ocena: 9.5/10

środa, 19 lutego 2014

BRAINFEVER - Face To Face (1986)

O debiutanckim albumie niemieckiego Brainfever już wspominałem na łamach bloga, to teraz czas na drugi album tej formacji. „Face To Face” ukazał się w 1986 roku i jest to ostatni album Brainfever, no chyba że wliczymy w to wszystko jeszcze mini album „You” z roku 1988. Kapela pomimo tego że nagrała znakomity i wg mnie niedoceniony debiutancki krążek, to jednak nigdy nie zdobyła większej sławy, a „Face To Face” tego w żaden sposób nie zmienił, a powinien.

Wiem, że okładka może nie jest tak klimatyczna i kolorystyczna jak ta z debiutu, ale czy to się liczy w ostatecznym rozrachunku? Otóż nie. Jeśli skupimy się na tych ważnych aspektach to wtedy zrozumiemy, że drugi album tej formacji to nic innego jak swoista kontynuacja tego co zaprezentowali na „Capture The Night”. Nie ma tutaj zbędnego kombinowania ze stylem i dalej jest to heavy/speed metalowe granie w którym nie brakuje odesłań do NWOBHM, a nawet melodyjnego hard rocka. Zwłaszcza te elementy znakomicie na siebie nachodzą w „Memories Of Tommorow”.Ten utwór to dobry przedmiot do badań i określenia stylu Brainfever. W tym utworze można też przekonać się o innej zalecie tej kapeli. Jest nią gitarzysta Marco Bottcher, który w swoich partiach stara się oddać to co najlepsze w gatunku heavy/ speed metalowy, ale nie zapomina o elemencie zaskoczenia, technice, o melodyjnym charakterze czy finezyjności. Podobnie jak na debiucie nie brakuje mocnych riffów i szybszego tempa i to potwierdza znakomicie energiczny otwieracz „Black Jack”. Jasne, że gdzieś tam słychać Gravestone, Accept, Steeler czy Lions Breed, ale Brainfever nie wdaje się w jakieś kopiowanie i podszywanie się pod czyjś styl. Lekki „Face To Face” pokazuje że formacja odnajduje się w wolniejszych, bardziej heavy metalowych klimatach. Na debiutanckim krążku nie brakowało też skojarzeń z Iron Maiden i tutaj też takie można mieć, zwłaszcza jak posłucha się „Savoir”. Jak ktoś myśli, że wokalista Horst Neumann oszczędza się na tym krążku, to też może być w błędzie. Wystarczy posłuchać agresywnego „Sweet Talker”, gdzie daje z siebie znacznie więcej niż na pierwszych kompozycjach. Szybkie tempo i agresywny riff zostaje utrzymany w „Devil's Eyes” i trzeba przyznać, że w takich tonacjach zespół wypada najlepiej. Brainfever to również specjalista od udanych melodii, które potrafią zapaść w pamięci i przytoczę tutaj choćby „Caught By The Fire”. No i najdłuższym utworem na albumie jest „Master Of evil” który brzmi jak mieszanka Mercyful fate i Chastain. Jest mroczny klimat i pomysłowy motyw. Znakomity przykład, że zespół potrafi się odnaleźć w dłuższych, stonowanych kompozycjach. Jak dobrze się poszuka to można natrafić na wersję tego albumu z dwoma bonusami, które pierwotnie znalazły się na mini albumie „You”. Pierwszym utworem jest „Shots break The Silence” . Utwór ukazuje bardziej hard rockowe oblicze zespołu, ale wysoki poziom został zachowany. Znacznie ciekawszym kawałkiem jest energiczny i pomysłowy „Hoist Up The Sales”, w którym zespół pokazał że można grać ciekawy speed/power metal na wysokim poziomie. Znakomicie został tutaj wpasowany patent z klawiszami.

I jeszcze większy niedosyt został po tym zespole. Gdyż chciałoby się więcej usłyszeć, a po dwóch kawałkach z roku 1988 można stwierdzić, że kapela miała świetlaną przyszłość. Szkoda, że niektórzy nie dali szansy zespołowi, że co niektórzy nawet nie znają tej kapeli. Uważam, że trzeba to zmienić, bo ten album jak i „Capture The Night” zasługują na uwagę. „Face To Face” to znakomita kontynuacja, w którym mamy szybkie kompozycje, chwytliwe melodie, ciekawe popisy gitarowe, no i przede wszystkim urozmaicony i przemyślany materiał. Czego można chcieć więcej? Jedynie więcej albumów Brainfever, ale to już raczej pozostanie jako niespełnione marzenie. Polecam.

Ocena: 9/10

niedziela, 9 lutego 2014

CROWLEY - Whisper Of Evil (1986)

Heavy Metalowym maniakom Japonia kojarzy się z takimi kapelami jak Loudness, X japan, Earthshaker czy Anthem. Oprócz tych wielkich zespołów działało też wiele zespołów mniej znanych, które również próbowało odnieść jakiś sukces w tej dziedzinie. Jednym z nich był Crowley. Ten band za wiele nie stworzył z swoim dorobku, ale mogą się chociaż pochwalić tym, że nagrali debiutancki album w postaci „Whisper Of Evil”.

Patrząc na tą mroczną, wręcz death metalową okładkę ciężko sobie wyobrazić, że ta formacja gra heavy metal, w którym nie brakuje elementów wyjętych z twórczości Savatage,Judas Priest, Def Leppard, a nawet echa NWOBHM się tutaj kłaniają. Stylistycznie jednak Crowley nie powala. Brakuje świeżości, polotu, brakuje energii, można także ponarzekać na brak wpadających w ucho kompozycji. Wszystko zostało zastąpione mrocznym klimatem, przybrudzonym brzmieniem, nieco stonowanym tempem czy mocniejszym riffem, ale to niestety nie wystarcza. Nie brakuje też z pewnością błędów na tej płycie. Jednym z nich jest ugrzeczniony wokal Takashiego, który nie stara się nas zaskoczyć, ani też nadać kompozycjom prawdziwego heavy metalowego pazura. „Pretender” to przykład utworu, który wymaga mocniejszego wokalu. Tutaj uwypuklone są niedoskonałości zespołu. Stonowana i niezbyt zaangażowana sekcja rytmiczna wypada blado i niezbyt przekonująco. Duet gitarzystów przynajmniej wykazuje się dobrym stylem i rytmiką w otwierającym „Stalker”, który jest jednym z najlepszych kawałków na płycie. Atmosferyczny i ponury „Bad Stone” w swojej nieco hard rockowej formule nie przekonuje mnie, podobnie jak i spokojniejszy „Woman in Black Cape” pomimo ciekawych popisów gitarowych. Płyta jest krótka i treściwa, co jest największym plusem tego wydawnictwa. Choć cały materiał jest mało wyrazisty, to warto wyróżnić tutaj szybki nieco speed/power metalowy „Floating Man”.

Tym albumem nie udało się kapeli podbić serc słuchaczy ani zwojować rynek muzyczny. Płyta średnich lotów skierowana do kolekcjonerów i szperaczy staroci. Najlepiej z tego wydawnictwa prezentuje się okładka i właściwie tylko on zasługuje na uwagę i luksus w postaci zapamiętania. To wydawnictwo dla maniaków heavy metalu.


Ocena: 5/10

środa, 5 lutego 2014

PREYER - Terminator (1986)

Podobnoć w roku 2005 reaktywował się brytyjski Preyer i to w oryginalnym składzie, z którym został nagrany jedyny album zatytułowany „Terminator”. Album zaliczyć można do mało znanych i klimatycznych wydawnictw, które odstają od typowych płyt z tamtego okresu, zwłaszcza wydanych przez brytyjskie kapele. Preyer, który został założony w 1984 roku nie podąża ścieżką NWOBHM i bardziej zapatrzona jest na toporny, niemiecki heavy metal spod znaku Accept, czy Grave Digger. Płyta jest skierowana do prawdziwych koneserów i smakoszy mocnego,rasowego heavy metalu.

Tutaj każdy element odgrywa swoją rolę i nawet ta nieco kiczowata okładka podkreśla klimat i szczerość zespołu. Nieco przybrudzone brzmienie z kolei pokazuje, że zespół gdzieś tam starał się stworzyć mroczniejszy klimat, bardziej zbliżyć się do niemieckiego heavy metalu. Wokalista Pete też gdzieś jakby zapatrzony jest w frontmanów Grave Digger czy Accept, co jeszcze bardziej nadaje płycie niemieckiego charakteru. Nie jest on jakimś technicznym śpiewakiem, ale wie jak nadać kompozycjom drapieżności i agresywności, a to już coś. Znakomicie słychać jego styl śpiewania w takim rytmicznym „Over The Top” . James Rees i Craig Thomas odpowiadają za całą linię melodyjną i wszystkie te dobrze zagrane partie gitarowe. Oczywiście nie ma w tym za grosz oryginalności ani też niczego nadzwyczajnego, ale jeśli komuś wystarczy odpowiednia szybkość, duża dawka melodyjności, mocny riff i ostre solówki ten będzie się czuł jak raju. Gitarzyści dbają o to że by płyta była energiczna, przebojowa i urozmaicona. Zaczyna się od mocnego kopa w postaci „Reserve The Right”. Kolejny utwór to „Terminator” i tutaj można poczuć tą niemiecką toporność. Nieco stonowany „Leather And chains” przypomina troszkę twórczość Judas Priest, zaś galopada w „Beware The Night” nieco przypomina Iron Maiden skrzyżowany z Running Wild. To znakomite potwierdzenie urozmaicenia płyty oraz przebojowego charakteru. Całość zamyka bardzo szybki i żywiołowy „Riffarama”.


Takie płyty jak ta zawsze sprawiają radość i dobrze zapadają w pamięci. Choć zespół popełnił kilka błędów, choć nie udało się nagrać perfekcyjny album to jednak robi ogromne wrażenie. Płyta jest skierowana do tych osób, co szperają w przeszłości, co lubią zapoznawać się z mniej znanymi kapelami, które zostały zapomniane przez słuchaczy. Preyer to kawał solidnego heavy metalu i nie trzeba tego w żaden sposób udowadniać, wystarczy posłuchać.


Ocena: 7/10

niedziela, 19 stycznia 2014

BLOWIN FREE - The Knife And Flosie (1986)

Gdy wszelkie nowości nie spełniają wymagań, bądź nie zadowalają w pełni swoją konwencją czy poziomem, to jedyną ucieczką od tego problemu jest zapuszczenie jakiegoś starego i zapomnianego zespołu. To właśnie w latach 80 kapele grały prosto z serca, z miłości do muzyki metalowej, nie patrząc na to co jest modne i co pozwoli zarobić jak najwięcej. Tamten okres nie został odkryty przeze mnie w pełni, ale wciąż odkrywa co raz to mniej mi znane zespoły i wiecie co? Wciąż nie mogę się na dziwić ile to jeszcze znakomitych zespołów jest tam gdzieś pogrzebanych w niepamięci i gąszczu bardziej komercyjnych kapel. Ile to świetnych kapel i płyt nie została odkryta i nie poznana przez słuchaczy. Jednym z takich zespołów, który zasługuje na szczególną uwagę to Blowin Free, który zrodził się 1981 w Austrii. Dwa albumy na swoim koncie, a ja chciałbym wam przedstawić „The Knife And The Floosie”, który się ukazał w 1986 roku. Ostatni album tej formacji, który znakomicie podsumowuje twórczość kapeli.

Nie ukrywam, że jestem fanem szybkiego grania, a także melodii, które zostają w pamięci na dłużej niż tylko przelotną chwilę. Cenię sobie też zagrywki gitarowe, które urzekają swoją pomysłowością, techniką, rytmiką, a także agresją. Oczywiście też muszą zaskakiwać i być utrzymane w szybkim tempie. Wokalista powinien śpiewać emocjonalnie, pewnie, nie bać swojej maniery wokalnej i nadawać kompozycjom tajemniczości i przebojowości. Sekcja rytmiczna powinna nadawać mocy całemu albumowi i także nie popadać w monotonię. Nie mam nic przeciwko też przybrudzonemu i bardziej thrash metalowemu brzmieniu. Ciężko znaleźć płytę, która potrafi oddać te wszystkie cechy, ale czasami można znaleźć prawdziwą perełką. Taką właśnie jest Blowin Free. Słyszałem sporo z tamtego okresu, ale Blowin Free zaliczam do tych najlepszych zespołów. Chłopcy nie bali się szybkiego grania ani też bawienie się konwencją i choć słychać speed/thrash metal to nie było to żadną przeszkodą żeby zawrzeć w muzyce trochę patentów z kręgu heavy/power metal. Mieszanka wybuchowa,ale Blowin Free wyszedł z tego obronną ręką. Gary Wheeler to urodzony wokalista heavy metal i słuchając „Heroes Die Lonely” można się o tym przekonać. Śpiewa w wysokich rejestrach, co się zawsze chwali. Jednak to jeszcze nic w porównaniu z tym co wyprawia duet gitarzystów. Gerard i Kurt grają energicznie, z polotem, dbając o finezyjny wydźwięk, jednocześnie zachowując agresję i melodyjność. Wątpliwości? To posłuchajcie „When You Do It” czy „Hell Is Danger”. Nawet taki krótki „The Knife and Flosie” potrafi zauroczyć motoryką przypominającą nieco Motorhead. Wolniejsze motywy w których słychać Accept, Warlock też zespołowi znakomicie wychodzą i dobrym tego przykładem jest „Bad Habit”. Mocnym atutem tej płyty jest przebojowość i właściwie hit goni hit. W tej kategorii wyróżnia się taki „Too Late” czy szybki „Find Out Who You Are”. Zespół zachwyca pomysłowymi motywami, które nie są tandetną kopią, co przedkłada się na jakość kompozycji. „Midnight In July” może i ma coś z Iron Maiden, ale zespół czyni z tego własny kawałek, nie bawiąc się w kopiowanie stylu żelaznej dziewicy. Całość zamyka 11 minutowy „Mother” i tutaj już w ogóle zespół daje upust swojemu geniuszowi. Znakomity kolos, który zawiera wszystko to co składa się na styl Blowin Free.

To wszystko można skwitować jednym słowem, a mianowicie arcydzieło. Płyta jak dla mnie perfekcyjna i nie mam się do czego przyczepić. Brzmienie takie jakie być powinno przy takim graniu, zaś same kompozycje to uczta dla fanów muzyki z pogranicza heavy metalu, speed metalu, thrash metalu i power metalu. Szkoda, że zespół po tym krążku się rozpadł, bo czekała ich świetlana przyszłość. No cóż pozostaje tylko rozgłaszać, że był kiedyś taki zespół i nagrał znakomity album o którym powinno się pamiętać. Od wydania „The Knife And Flosie” minęło 27 lat, a płyta brzmi wciąż świeżo i wciąż zachwyca swoim charakterem i pozytywną energią. Ciężko dzisiaj o takie płyty. Perełka lat 80. Gorąco polecam


Ocena: 10/10

czwartek, 5 grudnia 2013

ALCATRAZZ - Dangerous Game (1986)

Alcatrazz to jeden z tych zespołów, który miał tendencję spadkową jeśli chodzi o poziom muzyczny kolejnych albumów. Problem tej kapeli było obsadzenie funkcji gitarzysty prowadzącego. Yngwie Malmsteen i potem Steve Vai to utalentowani gitarzyści, ale oni nie zagrzali długo miejsca w Alcatrazz ponieważ byli zainteresowani własną solową karierą i bez wątpienia ucierpiał na tym zespół Grahama Bonetta. Ci dwaj instrumentaliści postawili wysoko poprzeczkę, której nie udało się osiągnąć przez Dannego Johnsona, który został pozyskany z zespołu Alice Coopera. To właśnie z nim został nagrany ostatni i zarazem najsłabszy album Alcatrazz zatytułowany „Dangerous Games”.

Graham Bonnet prowadzi niebezpieczną grę, bo jak można nagrać album równie dynamiczny i energiczny co „No parole for Rock'n Roll” czy melodyjny i rockowy co „Disturbing The Peace” bez dobrego gitarzysty, który zachwyci swoją grą i pomysłami? Niestety nie udało się, bo Danny jest tego typem gitarzysty, który potrafi grać, ale bez większego pomysłu i polotu. Robi swoje, ale to w żaden sposób nie wpływa na kompozycje, nie sprawia że płyta jest energiczna i melodyjna. Tutaj są tylko solidne partie gitarowe, ale bez tego „czegoś” co było na poprzednich płytach. Jasne Danny stara się być wiernym tym samym patentom co poprzednicy, tak więc mamy grania utrzymane w stylu Rainbow i Deep Purple. Mniej w tym wszystkim heavy metalu i znaczniej więcej rocka, ale już bardziej komercyjnego. Otwieracz „It's my Life” to znakomicie potwierdza, bo jest to lekkie i melodyjne granie, który można puszczać na okrągło w radiu. Inny styl, ale akurat ten utwór to jeden z lepszych momentów na płycie. Spore uznanie dla Jimmiego Waldo, który stara się nadrobić braki w partiach gitarowych. Próba nawiązania do Ritchiego Blackmore jest słyszalna w stonowanym „That Aint Nothing”, lecz to utwór bez polotu i pomysłu. Słucha się go nawet przyjemnie, ale spora w tym zasługa Grahama, którego wokal jak zwykle jest atrakcją samą w sobie. Dobrym utworem jest tutaj nieco żywszy i szybszy „No imagination”, ale jak to ma się do takiego „Jet to jet”? No właśnie nijako. Rasowym przebojem jest tutaj „Ohayo Tokyo” który stara się nam przypomnieć czasy debiutu, z tym, że Danny to nie Yngwie. Do grona utworów na które warto zwrócić uwagę na pewno jeszcze warto zaliczyć „Double Man”, który zachwyca ciekawszym klimatem i lepszą grą samego Dannego.

Alcatrazz popadał w coraz większy kryzys, a „Dangerous Game” był gwoździem do trumny tej formacji. Słaby album tylko udowodnił że dalszy żywot tej formacji nie ma sensu. Graham Bonnet szukał swojego nowego miejsca w muzycznym interesie, ale nigdzie nie zaznał stałego miejsca. Alcatrazz na dzień dzisiejszy istnieje i koncertuje, ale czy to przyniesie coś więcej niż tylko koncerty dla starych fanów czas pokaże. Kto wie, może Alcatrazz nagra coś wartościowego? Oby bo brakuje płyt z taką muzyką.

Ocena: 4/10

P.s Recenzja przeznaczona dla magazynu HMP

czwartek, 29 sierpnia 2013

VANADIUM - Born To Fight (1986)

Jedną z największych gwiazd włoskiej sceny metalowej lat 80 był bez wątpienia Vanadium o którym miałem już okazje pisać na łamach bloga. Drugi album „A race With The Devil” to ważny krok tego zespołu ku większej kariery. Szybko uzyskali przydomek „włoski Deep Purple”. Taka etykieta zobowiązuje zespół do grania na poziomie i tak też jest z Vanadium. Nie dość że dali się poznać jako kapela grająca z pomysłem, to jeszcze dba o poziom swoich kompozycji. Nagrywając 6 albumów w latach 80 udowodnili że można grać muzykę opartą o sprawdzone patenty. Muzykę w której było coś z twórczości Deep Purple, rocka lat 70, coś z heavy metalu, Nwobhm. Mimo obracania się w kręgu oklepanych i znanych motywów udało się zespołowi wypracować własny styl, który został tylko dopracowany i potwierdzony na kolejnych płytach. „Born To Fight” z 1987 roku to znakomity tego dowód.

Lata mijały a kapela dalej grała swoje, dalej tworzyła kompozycje proste w swojej formule. Recepta była tutaj mało skomplikowana i polegała na tworzeniu zapadających w pamięci utworów. A jak to się robiło? Stawiało się na chwytliwe melodie, porywające refreny i energiczne solówki, które zadowolą nawet wybrednych fanów muzyki metalowej. Vanadium bez większych problemów potrafił zaciekawić fanów Krokus, Scorpions, Pretty Maids, Warlock, Accept, Deep Purple,Judas Priest czy Iron Maiden. Wysoki i klimatyczny wokal Pino Scotto czy duet gitarzysty z klawiszowcem sprawiały, że „Born To Fight” stał się kolejnym udanym albumem tej formacji. Okładka która przypomina złudnie „Screaming For Veangence” Judas Priest i brzmienie godne Deep Purple sprawiały że płyta zyskuje jeszcze bardziej w oczach fanów muzyki metalowej/ hard rockowej lat 80. Dla niektórych zaletą może być krótki i zwarty materiał, który jest pozbawiony monotonii i rutyny. Całość jest skonstruowana zgodnie z zasadą szybko, melodyjnie i do przodu. Każdy utwór to właściwie rasowy przebój, który mógłby podpić stacje radiową. Klimatyczny i szybki „Run Too Fast” ,rytmiczny „Before Its Too Late” czy „I was Born To Rock”. Zespół radzi sobie na każdym polu bitwy. Nie ma problemów z hard rockiem ( „Still Got Time”),z stworzeniem ciepłej, chwytającej za serce ballady („Easy Way To Love”) i z szybkim metal jak w „Arms in The Air” też dobrze sobie radzą. Jeżeli miałbym wskazać najlepszy kawałek to byłby to „Ridge Farm” który jest instrumentalnym kawałkiem, w którym swój talent ukazuje gitarzysta Tessarin i klawiszowiec Zanolinni. Energiczna i żywiołowa kompozycja w której nie jedno nas może zaskoczyć. Jak ktoś ma wątpliwości co do etykiety jaką przyklejono do zespołu to zawsze je może rozwiać „Never Before” z repertuaru Deep Purple.

Vanadium po raz kolejny w natarciu i po raz kolejny pokazuje swoją klasę. Zespół się urodził nie tylko by walczyć, ale po to żeby pokazać że można grać znakomity heavy metal przesiąknięty rockiem lat 70, że można nagrać znakomity album i stać się jednym z ważniejszych zespołów włoskim w metalowym światku w okresie lat 80. Płyta mówi sama za siebie w tym przypadku.

Ocena: 8.5/10

sobota, 10 sierpnia 2013

KRANK - Hideous (1986)

Sporym zainteresowaniem w latach 80 cieszył się glam, który przejawiał się w rockowej muzyce, ale także w heavy metalowej. Właśnie w tej drugiej formie najbardziej do mnie przemawiał ten gatunek. Wszyscy ci którzy lubią odpalić płyty Twisted Sister, Motley Crue, Skid Row z elementami Def Leppard czy Wasp śmiało mogą czytać dalszą część recenzji. W przypadku heavy metalu z elementami glamu i hard rocka wartym uwagi jest zespół Krank, który w 1982 na ziemi amerykańskiej. Kapela póki co istnieje i ma na swoim koncie 3 albumy. Jeśli chodzi o okres lat 80 to w tym dziale mamy „Hideous” z 1986 roku. Jest to wydawnictwo oddające to co najlepsze w tym gatunku.

Odpowiedni ubiór sceniczny muzyków, typowa okładka z muzykami na tapecie, odpowiedni nastrój i klimat, to tylko część cech, które tutaj zostały w pełni spełnione. Jednak co zachwyca w tej płycie to nie tyle aspekt glam metalu, co bardziej heavy metalowe zatarcie. Przejawia się ono w wokalu Franka Tysona, który przypomina nieco manierę Johna Busha z Armored Saint. Mocny i ostry wokal to nie jedyna cecha, która przybliża nas do heavy metalowego raju. Soczysta, pełna werwy sekcja rytmiczna jest tutaj odpowiedzialna za dynamikę i nadawanie tempa całości. Możecie być pewni, że nie uświadczycie rutyny. Wszelkie wątpliwości rozwieje bez wątpienia zawartość, która dostarcza emocji i to takich o których nie da się zapomnieć. Zaczyna się z grubej rury bo od szybkiego „Power”. Zespół podkreśla zamiłowanie do glam metalu w „Evil” ,a także hard rockowe zapędy w „Nasty Habbits”. Gitarzysta Mike Force wygrywa sporo atrakcyjnych melodii, które potrafią rozgrzać do czerwoności i co najlepsze zapadają w pamięci. Przykład? „Rock The House” czy „Dont fuck With Me” znakomicie to odzwierciedlają . Jeśli miałbym wskazać najlepszy utwór z całej płyty byłby to „Hideous” który zachwyca swoją dynamiczną formułą i chwytliwym refrenem. Całe reszta również robi pozytywne wrażenie.

Energia, przebojowość i zadziorne riffy zawarte w jednym krążku to oferta, którą nie można przegapić. Niektóre płyty w kategorii glam są bez wyrazu, bez pomysłu, jednak Krank i ich debiutancki album to zupełnie inna bajka. To trzeba posłuchać, żeby pojąć istotę tej płyty. Dzieje się sporo, nie ma nudy ani wypełniaczy. Płyta nie tylko dla fanów Motley Crue czy Twisted Sister.

Ocena: 8.5/10

czwartek, 8 sierpnia 2013

SYRON VANES - Revenge (1986)

Jedną z tych kapel, której udało się wrócić ze świata umarłych po latach jest Syron Vanes. Kapela ta założona w 1980 roku zrodziła się w najlepszym czasie dla metalu i zarówno pod względem poziomu czy stylu nie wydała wiele gorzej niż Iron Maiden, Judas Priest, czy Accept. Syron Vanes nagrało w latach 80 dwa albumy i potem się rozpadło. Obecnie ma na swoim koncie 5 albumów, z czego ostatni ukazał się w tym roku. Najlepsze wyniki kapele osiągała bez wątpienia w latach 80. Zarówno debiutancki krążek jak i „Revenge” zasługują na szczególną uwagę jeśli chodzi o Syron Vanes.

Ta płyta ma wszystko co powinien mieć przemyślany i porządny album heavy metalowy. Przede wszystkim materiał, który jest zróżnicowany, utrzymany na wysokim poziomie od początku do końca. Ten argument przemówi do wszystkich. Bo jak tu się oprzeć melodyjnym, zadziornym kompozycjom, które kipią energią, w których nie brakuje ciekawych rozwiązań i pomysłowych melodii? Choć jest tylko 9 kompozycji to jednak mamy tutaj niezły przekrój muzyki lat 80. Jest hard rockowy feeling i zapędy pod ten rodzaj muzyki co słychać w takim lekkim, przebojowym „Live My way”. Wycieczki w stronę szybkiego speed/power metalu też uświadczymy słuchając „Fire we Got” czy „Revenge”. W przypadku innych elementów płyta również spełnia wszelkie niezbędne wymagania. Mamy bowiem wyrazistego, charyzmatycznego wokalistę Rixa, czy też zgrany duet gitarzystów, którzy wiedzą jak zachwycić słuchacza, jak doprowadzić go do euforii. Melodyjne riffy, ciekawe pojedynki na solówki to tylko część atrakcji jakie tutaj się pojawiają. Można tutaj przytoczyć takie utwory jak „Back For More” czy „Love and Hate” ,które podkreślają heavy metalowy charakter całości. Nie uświadczymy słabych kompozycji co jest kolejnym dobrym powodem dla którego sięgnąć po to wydanwictwo.

Szukacie klasyki szwedzkiego metalu lat 80? Dobrze trafiliście bo ta płyta do nich należy. Brać w ciemno i słuchać. Satysfakcja gwarantowana !

Ocena: 8.5/10

czwartek, 1 sierpnia 2013

WHITE TIGER - White Tiger (1986)

Każdy z fanów glam metalu czy hard rocka powinien znać zespół Kiss. Jednak czy każdy z tych fanów musi znać zespół White Tiger? No cóż teoretycznie tak, lecz w praktyce zawsze bywa z tym różnie. Kapela ta należy do grona mniej znanych formacji reprezentujących amerykański glam metal lat 80. Powiązania z Kiss są w tym przypadku nie tylko w zakresie samej stylistyki. Nawet w składzie znajdziemy pewną wspólną cechę. Jest nią gitarzysta Mark St John, który występował w Kiss. Założona w połowie lat 80 amerykańska kapela wydała jedynie debiutancki album o nazwie „White Tiger”, który nie odniósł komercyjnego sukcesu, ani zrobił takiej furory jak Kiss. Na czym polegał problem?

Przede wszystkim brak wyrazistych hitów, które by porwały słuchacza. Choć muzycy grać potrafili, to jednak nie byli obdarowani talentem do tworzenia przebojów godnych zapamiętania. Najprościej pisząc na debiutanckim albumie nie usłyszymy muzyki na wysokim poziomie, ani też nie usłyszymy sporej ilości przebojów. Jednak nie można też zakwalifikować muzykę tej kapeli do grona gniotów i płyt godnych skarcenia. White Tiger to kapela, która grać potrafiła i to słychać. Mark St John wygrywa partie może i bez większych emocji i pomysłowości, ale na solidnym poziomie. Złego słowa nie można napisać o pozostałych muzykach. Słabym ogniwem jest niskich lotów brzmienie, które tłumi dźwięki i umniejsza jakości kompozycjom. Na co warto zwrócić uwagę? Z pewnością na lekki „White Hot Desire”, rytmiczny „Stand & Deliver” czy „Runaway”, w których nie brakuje też patentów wyjętych z twórczości Def Leppard. Reszta utworów nie wzbudza większego zainteresowania.

Można potrafić grać, można mieć doświadczenie, jednak czasami to nie wystarczy by nagrać album godny uwagi. Taki album, który przetrwa próbę czasu i zapadnie w pamięci. Nie często się zdarza, że płyta z lat 80 nie porywa swoją konstrukcją i poziomem, ale się zdarza. Przykładem tego jest jedyny album formacji White Tiger.

Ocena: 4/10

środa, 3 lipca 2013

BACKLASH - Backlash (1986)

Backlash to kolejny amerykański zespół, który pozostawił po sobie ślad w postaci jednej płyty, a mianowicie debiutanckiego „Backlash”. Ta formacja zaliczana jest do kapel, które nie były znane szerokiej publiczności i śmiało można ją zaliczyć do podziemnego heavy metalu. Za dużo o Backlash nie wiadomo, a jedyną pewną informacją jest fakt, że powstał w 1985 roku, a rok później wydał swój album „Backlash”.

Takich płyt jak ta tutaj opisywana było w latach 80 było od groma, jednak mimo oklepanego heavy metalowego stylu Backlash udało się nagrać krążek godny uwagi i zapamiętania. Można doszukać się wpływów Iron Maiden, wczesnego Judas Priest, a przede wszystkim Black Sabbath. Podobny mroczny klimat, jak również podobny sposób konstruowania utworów. Co pozwala wyróżnić ten album na tle innych podobnie brzmiących to z pewnością mroczne, szorstkie brzmienie i to co prezentują sami muzycy. Eric Rozens to charyzmatyczny wokalisty, który swoimi krzykami, piskami nadaje całości wyjątkowego charakteru. Utrzymana w brytyjskim stylu sekcja rytmiczna też jest cechą, która nadaje całości jeszcze bardziej intrygującego wymiaru. Motorem napędowym są tutaj popisy gitarowe Wolfa/ Gravensa, które są pełne finezji, pomysłowości. Jest urozmaicenie i balansowanie między twórczością Black Sabbath, Judas Priest czy Iron Maiden. Heavy metalowy otwieracz w postaci „Down The Hatch” jest zadziorny i pełen energii. Znakomicie daje posmak tego co nas czeka. Choć słychać wpływy Judas Priest czy Iron Maiden, to jednak Backlash stara się nie być żadnym klonem. Niesamowity klimat, przemycanie motywów hard rockowych to cechy „I Have Waited”. Fenomen tego albumu i zespołu tkwi w klimacie, w finezji i pełnych emocji partii gitarowych, który przyprawiają o gęsią skórkę. Najlepszym przykładem tego zjawiska jest „Lady Of The Night”. Nie brakuje na tym krążku tez szybszych kawałków, czego przykładem jest „Public Enemy” czy „Get Ready”. Troszkę progresywności wdziera się w „Name Of the Game” i nie ma słabych utworów. Nawet „Instrumental One” wypada znakomicie.

Debiutancki album Backlash to prawdziwa uczta dla fanów finezyjnego, pomysłowego grania z wyraźnymi wpływami Black Sabbath, Iron Maiden czy Judas Priest. Szkoda tylko, że zespół się rozpadł i popadł w niepamięć. Jednak warto pamiętać, zwłaszcza jeśli nagrali taki klimatyczny i energiczny krążek, który zachwyci nie jednego fana melodyjnego grania.

Ocena: 8.5/10

wtorek, 5 marca 2013

SABOTAGE - Behind The Lines (1986)


Do grona kapel stanowiących klasykę włoskiego heavy metalu lat 80 z pewnością trzeba zaliczyć nieco mniej znany zespół SABOTAGE. Założony w 1981 roku jako BLIND DEMON w celu grania energicznego, prostego heavy metalu przesiąkniętego wpływami DEEP PURPLE, KROKUS, BLACK SABBATH czy JUDAS PRIEST szybko zmienił nazwę na SABOTAGE i to właśnie pod taką nazwą nagrali debiutancki album „Rumore Nel Vento”, który nie wybił zbytnio zespół, a wszystko przez ojczysty język. To też jednym z ich najlepszych albumów jest drugi krążek „Behind The Lines”, który ukazał się w 1986 roku. Jaki jest to album?

Przede wszystkim szczery, energiczny, melodyjny i oddający to co najlepsze w heavy metalu lat 80. Mamy tutaj skromne, ale zadziorne i klimatyczne brzmienie, które jednak jest dalekie do tych stworzonych przez większe tuzy heavy metalu, który miały renomę. Brzmienie może nie jest najlepsze, ale sprawia że wszystko brzmi naturalnie i drapieżnie. W połączeniu z mocnymi, energicznymi riffami gitarowymi Andiego Foisa, który może nie powala techniką, ale nie można mu odmówić lekkości, rytmiczności czy pomysłowości. Nie brakuje w tym aspekcie ani melodyjności, ani zadziorności i wszystko brzmi tak jak brzmieć powinno. Nie inaczej jest tutaj z sekcją rytmiczną, która jest odpowiedzialna za owy dynamiczny wydźwięk kawałków, za całą moc, którą słychać tutaj na każdy kroku. „Behind the Lines” to album dopracowany jak na owe skromne warunki, a jego urok przejawia się w kompozycjach, które mimo wtórnego charakteru zapadają w pamięci i gwarantują prawdziwą heavy metalową ucztę.

Zaczyna się mrocznie, klimatycznie, melancholijnie, powiedziałbym nawet epicko, a wszystko za sprawą melodyjnego otwieracza w postaci „Victim of World”, który przyprawia o dreszcze. Kto lubi ACCEPT czy JUDAS PRIEST z pewnością polubi ów kawałek. Świetnie oddaje owe lata 80 i heavy metal tamtego okresu dynamiczny, speed/power metalowy „Riding Through The night”. Nieco wolniejsze tempo, więcej hard rockowego ducha słychać w „Mothers” w którym słychać wpływy KROKUS czy SCORPIONS i podobne odczucia mam w przypadku „Warmachine”. Album jest bardzo metalowy i bardzo dynamiczny o czym po raz kolejny przekonują takie killery jak „Fight For Your music” czy „Nightkiller”. Całość zamyka rozbudowany „Promised Land”, który ukazuje pomysłowość zespołu i ciekawe rozwiązania aranżacyjne i kto lubi klimatyczne utwory, ten nie może tego kawałka przegapić.

Każdy element albumu „Behind The Lines” utwierdza w przekonaniu, że to album, który można śmiało zaliczać do grona klasyków włoskiego heavy metalu. Kapela może mało znana, ale wciąż aktywna, a najlepszym sposobem na przekonanie się do ich twórczości jest właśnie drugi album, a mianowicie „Behind The Lines”, który jest kopalnią dobrych melodii i przebojów, które dostarczą sporo muzycznych wrażeń, które nie pozwolą tak szybko zapomnieć o tej płycie.

Ocena: 7.5/10

niedziela, 3 marca 2013

PAIN - Insanity (1986)

W metalu nie zawsze wszystko jest dopieszczone i dopasowane. Zdarzają się przypadki, że cała warstwa instrumentalna jest energiczna, zadziorna i bardzo zapadająca w pamięci, natomiast wokal totalnie nie pasuje do tego tła i każdy pewnie ma swoje kapele, który mają taki problem. Jedną z takich kapel, która grała bardzo dobry heavy/power metal z elementami speed metalu i potrafiła nieco zrazić wokalistą był niemiecki zespół PAIN.

Czas przeszły został użyty tutaj nie celowo, bo zespół pojawił się w roku 1985 na scenie metalowej, jednak tak jak szybko się na niej pojawili, tak szybko znikli, zostawiając jedynie po sobie znak w postaci debiutanckiego albumu „Insanity”, który ukazał się w roku 1986. Nie jest to perfekcyjny album, bez pewnych wad, ale dał podwaliny pod niemiecki heavy/power metal i umocnił go w pewnym stopniu.

„Insanity” to album, który brzmi klasycznie i to pod wieloma względami. Pierwsze co ciśnie się na usta to słowa uznania i pochwały, bo mimo pewnych wad jak wokal to jednak jest to album, który dostarczy słuchaczowi sporo emocji, który podsunie wiele ciekawych melodii i który zapadnie w pamięci na tyle, że aż będzie się chciało wracać do niego w niedalekiej przyszłości. O klasycznym wydźwięku przesądza brzmienie, takie nieco niskobudżetowe, ale naturalne, zadziorne i klimatycznie, w pełni oddające klimat lat 80. Do tego dochodzą słyszalne inspiracje takimi zespołami jak ACCEPT, JUDAS PRIEST, ANVIL czy wczesny RUNNING WILD, HELLOWEEEN. Jeżeli się przysłuchamy całej warstwie instrumentalnej, jeżeli uważnie przysłuchamy się dynamicznej, mocnej sekcji rytmicznej, która napędza cały album, czy ostrym, energicznym riffom duetu Arrow/Falk, którzy niczego nie wnoszą niczego nowego, ale pomysłowość, wykonanie, energia która emanuje z tych melodii, partii jest urocza i jedną z wielu zalet tej płyty. Poza brzmieniem, inspiracjami, poza warstwą instrumentalną plusem jest miła dla oka okładka i miła dla ucha zawartość, która wypchana jest przebojami.

Zaczyna się od dynamicznego „On My knees”, który ma coś z ACCEPT i wczesnego RUNNING WILD i choć wokal Stanleya Falka jest specyficzny, a czasami drażniący brakiem techniki, brakiem zadziorności i właściwej mocy, ale da się na to przymknąć oko, bo muzycznie kapela sporo nadrabia. Dynamika, ciekawe melodie to cechy, które można przypisać większości utworom i już „I'm gonna Love” utwierdza nas tylko w tym przekonaniu. JUDAS PRIEST dość wyraźnie słychać w stonowanym „Spending The Night Alone” , z kolei klimat, motyw główny „The Groove Of Love” przemyca cechy RUNNING WILD i IRON MAIDEN. Bardzo energiczny utwór, który kusi swoją drapieżnością i dynamiką. Jeszcze szybsze tempo zespół włącza w „Out For Tonight”, który jest bez wątpienia najostrzejszą kompozycją na płycie i tutaj można wyłapać cechy pierwszego albumu BLIND GUARDIAN. Miks JUDAS PRIEST i klimatycznego RUNNING WILD można uświadczyć w „Its raining Blood”. Natomiast kto lubi wczesny HELLOWEEN z „Walls Of Jerycho” ten z pewnością powinien zapoznać się z energicznym „Heavy Metal warrior” chwalącym metal. Najdłuższym utworem na płycie jest „Insanity”, który konstrukcją przypomina utwory MANOWAR i to słychać po głównym motywie, po sekcji rytmicznej i epickim wydźwięku.

„Insanity” zawiera muzykę pełną znanych patentów, muzykę może i wtórną, ale bardzo energiczną, drapieżną i melodyjną. Każdy utwór dostarcza sporo emocji, zapada w pamięci i trudno im się oprzeć pod względem pomysłowości, czy też wykonania. Może brzmienie nieco słabsze, może wokalista nieco drażniący swoją manierą, jednak mimo to jest to album, który każdy fan melodyjnego grania, niemieckiej solidności, klasycznego grania z lat 80 powinien znać, bo jest to wydawnictwo godne uwagi i chwalenia.

Ocena: 8/10

środa, 28 listopada 2012

MINDLESS SINNER - Turn On The Power (1986)


Szwedzka scena metalowa kryje wiele ciekawych zespołów z lat 80, które nie zdobyły większej sławy, nie przebiły się przez silną konkurencję, jednak pozostawiły po sobie bardzo dobre perełki, które mimo upływu lat wciąż potrafią zauroczyć. Jednym z takich zespołów, który wywodzi się ze szwedzkiej sceny metalowej lat 80 i który zrobił na mnie ogromne wrażenie jest bez wątpienia MINDLESS SINNER.

Kapela, która potrafiła znakomicie połączyć elementy heavy metalu z hard rockiem, ukazując przy tym wyraźne inspiracje DOKKEN, JUDAS PRIEST czy IRON MAIDEN. Szwedzka formacja została założona w 1981 roku i pierwszy skład wyglądał następująco: Christer Göransson (wokal), Magnus Danneblad (gitara), Anders Karlsson (gitara), Magnus van Wassenaar (bas) i Tommy Johansson (perkusja) i w owym początkowym stadium kapela znana była pod nazwą PURPLE HAZE. Wiele zmian zaszło w roku w 1982, kiedy to kapelę opuścił basista Magnus van Wassenaar, a jego miejsce zajął Anders Karlsson no i zmianie uległa nazwa kapeli na MINDLESS SINNER. W 1983 roku zaś kapelę zasilił drugi gitarzysta, a mianowicie Jerker Edman. W 1984 r wydali swój debiutancki mini album zatytułowany „Master of Evil”, a w tym samym roku wypadek miał basista Anders Karlsson , toteż większość partii basowych na debiutanckim albumie „Turn On The Power” który ukazał się w 1986 r zagrał wokalista Christer Göransson. Podobnych albumów było pełno w latach 80, takie granie na pograniczu heavy metalu, hard rocka, NWOBHM było modne i takich kapel było pełno, jednak mimo tego MINDLESS SINNER wykreował własny styl, który przejawia się przede wszystkim w prostych motywach, w lekkiej, klimatycznej sekcji rytmicznej, specyficznym wokalu Christera, zróżnicowanej grze Edman/Magnus, którzy stawiają na proste granie, zadziorne, melodyjne i chwytliwe, to też nie brakuje zapadających w głowie motywów, nie brakuje przebojowości i energicznych solówek, która uatrakcyjniają owy styl. Znajdą się tacy co wytkną słabą produkcję, wtórność i takie prosty styl, jednak czy to jest powód do większego narzekania? Takich mało znanych płyt z niezbyt dopracowaną produkcją było pełno, takich wtórnych kapel, który czerpały garściami z JUDAS PRIEST i wiele innych znanych formacji, a że styl prosty to również nie powinno nikogo jakoś zbytnio dziwić.

Gdyby miało się oceniać zawartość po okładce, to zapewne „Turn On The Power” dostałby niską ocenę, jednak to nie jest przedmiotem oceny, a same kompozycje, które na przekór okładce dostarcza słuchaczowi sporo emocji, frajdy i rozrywkę, przy której nie można się nudzić. Co znajdziemy na płycie? Energiczny, wręcz speed metalowy „We go Together” , który przesiąknięty jest CROSSFIRE, czy JUDAS PRIEST. W podobnej dynamicznej konwencji utrzymany jest „Live and Die” , czy „Here She Comes Again”. Nie zabrakło również kompozycji heavy metalowych, utrzymanych w stonowanym tempie, z zadziornym riffem ale JUDAS PRIEST na tapecie i do takowych zaliczyć należy „I'm Gonna (Have Some Fun)” czy też „Standing on the Stage” . O hard rockowych zainteresowaniach zespołu można się przekonać słuchając rytmiczny „Turn on the Power” z bardzo atrakcyjnym głównym motywem, czy też „Left Out on My Own” przypominający dokonania ACCEPT. Nawet ballada „Tears Of Pain” jest pełna szczerości i zaangażowania.

Szwedzka formacja MINDLESS SINNER choć stylem przypominała wiele kapel, choć grała wtórny heavy metal z elementami hard rocka, to jednak ze względu na szczerość, przebojowość, zaangażowanie, wykonanie, aranżacje, które słychać na debiutanckim albumie „Turn On The Power” sprawiają, że jest to wydawnictwo godne uwagi i bardzo dobre w swojej kategorii. Szkoda tylko, że zespół nie długo się rozpadł i nawet reaktywacja w 2001 nie trwała długo. Krążek warty uwagi, zwłaszcza dla szperaczy starych albumów, które gdzieś tam okrył kurz.

Ocena: 8.5/10

piątek, 23 listopada 2012

REMINGTON - Hot City Nights (1986)

Wychowaliście się na takich kapelach jak SCORPIONS, DOKKEN, czy DEF LEPPARD? Lubicie stare albumy z lat 80? Macie słabość do stylu gdzie heavy metal jest skrzyżowany z hard rockiem, tudzież melodyjnym metalem?

W takim razie mogę wam z czystym sercem polecić jedyny album amerykańskiej formacji REMINGTON, który się zwie „Hot City Nights”. Na temat samego zespołu nie wiadomo zbyt wiele, można stwierdzić, że został założony na początku lat 80 i że po wydaniu debiutanckiego albumu w 1986 r kapela się rozpadła. Może kapela nie jest znana szerszej publiczności, może nie zdobyła wielkiej sławy i może nie nagrała dużo albumów, to jednak warto o nich wspomnieć i przekonać większą część czytelników, bo nagrali bardzo dobry album i w kategorii heavy/hard rock jest to jeden z mocniejszych albumów jakie słyszałem z lat 80. Jaki jest sekret REMINGTON, dzięki któremu ich debiutancki krążek jest taki atrakcyjny dla słuchacza? Czynników jest sporo, ale na pewno głównym powodem i źródłem atrakcyjności tego wydawnictwa jest poziom wykonania, aranżacji utworów, umiejętność stworzenia rasowego przeboju, który mógłby śmiało podbijać stacje radiowe, jednak to nie są jedyne powody dzięki którym „Hot City Nights” jest świetnym albumem. Należy tutaj wskazać także takie czynniki jak bardzo dobre, takie hard rockowe brzmienie, czy też znakomita praca muzyków. W tej kwestii słowa uznania należą się wokaliście John Salvo, który nasuwa takie bandy jak DOKKEN, czy DEF LEPPARD i to słychać po manierze, po wyszkoleniu technicznym. Mam słabość do takich wokali, gdzie jest ciekawy styl śpiewania, gdzie jest rockowy feeling i duża melodyjność w głosie wokalisty. Sekcja rytmiczna, zwłaszcza partie basowe Petera Ruello zasługuje również na wyróżnienie, bo tworzy fajny klimat, ta lekkość i przestrzeń odgrywa znaczącą rolę co słychać po rockowym, stonowanym „Break The Chain”. No i nie można zapominać o tym co wyprawia duet gitarzystów Utebi/Sacks. Może nie są oryginalni w tym co robią, ale styl, chwytliwość, energia i lekkość z jaką wygrywają motywy, melodie jest tutaj wręcz wzorowe.

Jest jeden sposób, żeby się przekonać o tym na własnej skórze. Wystarczy odpalić płytę i wsłuchać się w zwarty, dynamiczny i przebojowy materiał, na którym znajdziemy chwytliwy „Hot City Nights” , stonowany i rytmiczny „Stand Up and Rock” , klimatyczny „Stay With Me” w którym pojawia się kilka heavy metalowych chwytów i balladowych elementów. Mocniejszym utworem na tej płycie jest bez wątpienia „Crimes In The Night” gdzie słychać więcej heavy metalowego zacięcia. No nie mogło też zabraknąć na płycie romantycznych rockowych utworów poświęconych miłości i w tej roli świetnie spisują się „I Think about You” czy „Tell Im Wrong”, które oczywiście również są chwytliwe, melodyjne i mogłyby robić za radiowe przeboje.

„Hot City Night” to jedyny album tej amerykańskiej formacji, ale za to jaki. Świetnie zostały wyważone tutaj dwa gatunki, a mianowicie heavy metal i hard rock. Jest lekkość, jest przebojowość, nie brakuje atrakcyjnych melodii, motywów gitarowych. Wszystko zostało tutaj dopracowane i nie ma mowy o amatorskim krążku, który jest nudny i słaby. REMINGTON nagrał bardzo dobry krążek, który oddaje to co najlepsze w gatunku hard rock z elementami heavy metalu.

Ocena: 8.5/10

sobota, 6 października 2012

AARONSROD - Ilusions Kill (1986)

W 2006 roku reaktywował się amerykański band – AARONSROD, który w 2009 r wydał ostatni swój album, który nie zdobył jakieś większej sławy. Amerykański zespół swoją karierę muzyczną zaczął już w latach 80, a dokładniej w latach 1984 kiedy to został powołany do życia przez Angelo Jensen i Briana Spaldinga, którzy grali w zespole KAOS. Potem został skompletowany cały zespół. Pod skrzydłem wytwórni ROADRUNNER RECORDS ukazał się debiutancki album „Ilusions Kill” w 1986 r., który przyniósł zespołowi rozgłos, czego dowodem były wywiady i rozgłaszanie o kapeli w różnych magazynach, no i dowodem chwilowej sławy była dobra sprzedaż płyty. Do kogo jest skierowana ta płyta? Przede wszystkim do fanów tradycyjnego heavy metalu z elementami hard rocka, jak nie jest ci obca muzyka JUDAS PRIEST, RATT, czy też DOKKEN to nie będzie problemów z pochłonięciem tego krążka. Oczywiście nie ma mowy o jakimś wyjątkowym, wyróżniającym się stylu i jest to wtórne granie, jakiego pełno było w owym czasie. Zespół stroni od kombinowania i stawia na prostotę. I choć brzmienie jest nieco przybrudzone i dalekie od ideału, choć wokal Angelo jest nieco nie doszlifowany, nieco nie pewny, choć okładka jest mało atrakcyjna dla oka, choć pełno tutaj sprawdzonych chwytów to jednak płyta przez swoją prostotę, radość z grania muzyków, szczerość i melodyjny charakter jest nadzwyczaj miły w odsłuchu.

Co można napisać o materiale? Jest melodyjnie, energicznie, nie brakuje finezyjnych partii gitarowych, a te tutaj wygrywane przez duet Delaforce/Spalding są bardziej o charakterze rzemieślniczym. „Do Me In” to kompozycja lekka, ale nie pozbawiona energii i tutaj dużo właściwie takich rytmicznych kompozycji utrzymanych w stylistyce hard rockowo – metalowej. Jak przystało na taką stylistykę nie brakuje przebojów, a za takowe należy uznać stonowany, rytmiczny „I Wanna Take You Higher” , dynamiczny „Never Cry wolf”, rockowy „Rusian Roulette” gdzie słychać coś z ACCEPT, czy też KROKUS no i wokalnie Angelo wypada tutaj znakomicie, zwłaszcza śpiewając w wyższych rejestrach. Również znakomicie zespół wypada w bardziej luźniejszych komercyjnych kompozycjach jak „Hard as Stone”, czy też balladowego „Deceiving Eyes”. Moim prywatnym faworytem z tej płyty jest dynamiczny, energiczny „Roll The Dice”, który przedstawia cały zespół w bardzo dobrym świetle. Dobra aranżacja, pomysłowy, zapadający w głowie motyw. Oczywiście bardzo dobrych kompozycji tutaj nie brakuje, a jedynie co może przeszkadzać niektórym osobom podczas słuchania to nieco słabe brzmienie, który nie podkreśla dobrej nuty który wybrzmiewa z głośników. Można ponarzekać że wokal nie podkreśla zadziorności i jest nieco nie oszlifowany, że brakuje killerów które powalałyby na ziemie, jednak mimo pewnych niedociągnięć, jest to solidny album, który miło się słucha. Kapela po wydaniu tego albumu nagrała kilka dem i się rozpadła, jednak teraz wróciła i dalej tworzy, póki co. Czy wytrwają w czasach silnej konkurencji? Pożyjemy, zobaczymy.

Ocena: 7/10

wtorek, 18 września 2012

EDEN - Eden (1986)

W 2003 roku reaktywowała się amerykańska kapela EDEN, która funkcjonowała w latach 80 i w owym czasie nagrała jeden album, a mianowicie „Eden”. Reaktywowana kapela skupia w swoim składzie trzech muzyków z oryginalnego składu, czyli Dave Young na perkusji, Gary Winslow na basie, a także Lenny Spickle na gitarze. Brakuje dwóch członków, ale ich obecność jest nie możliwa, bo zarówno gitarzysta Rick Scott Crocco jak i wokalista Mike Stone który miał swój okres w QUEENSRYCHE odeszli z tego świata. W roli nowego wokalisty występuje obecnie Augie Madrigal. EDEN jest to kapela heavy metalowa, która została założona w 1981 r. pod nazwą AUGUST REDMOON, apotem w 1983 funkcjonowała pod nazwą TERRACUDA, a potem już zespół wydał w 1986 roku debiutancki album „Eden”. Album z kręgu tych mało znanych, rozegranych w dość powszechnym stylu nawiązując do takich kapel jak METAL CHURCH, ACCEPT, DIO, BLACK SABBATH, czy DIO. „Eden” jest dziełem muzyków, którzy znają się na swojej robocie i nie można tutaj mówić o kiepskiej grze i niskim poziomie muzyki. Wszystko właściwie skupia się wokół lidera Micheala Henry'ego, który wokalnie przypomina mi manierę, styl śpiewania i zadziorność Mike'a Howe'a z METAL CHURCH i muszę przyznać że pod względem technicznym i oryginalności jest to znakomity wokalista, który jest mocnym punktem EDEN. Micheal Henry to nie tylko znakomity śpiewak, ale również nie gorszy gitarzysta, który nie porywa jakimś nadzwyczajnym stylem czy wirtuozerskimi popisami, lecz szczerością, energią, wyczuciem rytmiki, lekkością i mocnymi partiami, które mimo prostej formy są atrakcyjne i zapadające w pamięci. I tworzy on tutaj na tym albumie znakomity duet z Rickiem Scottem gdzie obaj już nie żyją. Sekcja rytmiczna jest tutaj dynamiczna, urozmaicona i nie można narzekać na rutynę, bo są i szybkie momenty jak i bardziej stonowane.

Choć okładka uboga, choć nie kusi żeby zapoznać z zawartością, to jednak materiał znajdujący się na płycie jest bardzo atrakcyjny i nie brakuje tutaj ani przebojów, ani chwytliwych melodii i dobrych aranżacji. Materiał jest energiczny, w miarę zróżnicowany co wynika z różnych temp, różnych stylizacji, a do tego nie ma wypełniaczy, czy słabych kompozycji. Na pierwszy ogień idzie klimatyczny, stonowany i oczywiście o przebojowym charakterze „Pound It Out” , który zbudowanym jest na bazie prostego i zadziornego riffu oraz niezwykłej melodyjności. Spokojne, akustyczne wejście w „The Looking Glass” szybko przeradza się w rytmiczny riff i hard rockowy feeling i jest to kolejna mocna kompozycja, która bardzo łatwo wpada w ucho. W podobnej hard rockowej konwencji utrzymany jest również „Sealed With A Kiss” z prostym i rytmicznym riffem i stonowanym tempem. Jednak materiał zawarty na debiutanckim albumie EDEN to nie tylko stonowane heavy metalowe kompozycje, czy tez hard rockowe utwory, to również szybkie, dynamiczne kompozycje, utrzymane w speed/power metalowej konwencji z rozpędzoną sekcją rytmiczną, szybkim, nieco agresywniejszym riffem i mocnym, utrzymanym w wysokich rejestrach wokalem. Do tej grupy kompozycji zaliczyć należy „Judgement Day” , rytmiczny „Victim Of The World” z energicznym i pomysłowym motywem w roli głównej, melodyjny „The Bigger They Are” , czy też rozpędzony „Fighting Mad” i te utwory są bez wątpienia najlepszymi kompozycjami z całego krążka i w takiej szybkiej stylistyce EDEN wypada bez wątpienia najlepiej. Tak jak wspomniałem wcześniej, materiał jest urozmaicony, to też nikogo nie powinno zaskoczyć wystąpienie, bardziej stonowanego kawałka w postaci „Morte/Gone Too Far” gdzie jest nacisk na klimat, na emocje i tutaj balladowe są miłym dodatkiem. Również balladowe wtrącenia znajdziemy w hard rockowym „Panic In The City” . No i jeszcze swoje 3 grosze dorzuca instrumentalny „Untravelled Waters” o charakterze ballady.

Eden” to album zawierający muzyką powszechną, muzykę jakiej było pełno wtedy na rynku. To album może i wtórny, ale szczery, ukazujący radość z grania, lekkość, energię, ciekawe melodie, które trafiają do słuchacza. Dobrze wyszkolenie muzycy mający ciekawe pomysły i potrafiący grac starannie i na poziomie stworzyli naprawdę bardzo dobre dzieło, które słucha się z wielkim zapałem i na pewno znajdzie on nie jednego zwolennika.

Ocena: 7/10