sobota, 18 grudnia 2021
IRON FATE- Crimson Messiah (2021)
ON MY COMMAND - Prey (2021)
Fani Metaliki, Judas Priest, czy wczesnego Blind Guardian czy nawet Running Wild mogą śmiało sięgnąć po najnowsze dzieło australijskiej formacji On My command. Może nie do końca jest to band z prawdziwego zdarzenia, bo ten projekt muzyczny tworzą dwie osobistości. Sean Mackay odpowiada bowiem za wokale, bas i gitary, a James Knoerl pełni rolę perkusisty sesyjnego. Nie zmienia to faktu, że najnowsze dzieło zatytułowane "Prey" to pozycja godna uwagi, a już sama okładka Andrea Marschalla przyciąga uwagę i zachęca odpalenia płyty.
Niby płyta z serii zrób to sam, a wszystko brzmi profesjonalnie i nie ma powodów do narzekania. Brzmienie jest soczyste i idealnie współgra z stylem w jakim obraca się On my command. Fani heavy/power metalu odnajdą się tutaj bez większego problemy. Piękny w swojej formie jest "the Warlord". Tak to jest rasowy killer, z nieco surowym charakterem. Nieco stonowany "Sword of the king" momentami brzmi jak by ktoś wymieszał Warlord i Grave Digger. Ta toporność daje tutaj o sobie znać. Nie do końca przekonuje mnie mroczny i nieco doom metalowy "The magus". Na wyróżnienie na pewno zasługuje melodyjny i nieco maidenowy "Prey", czy rozbudowany i epicki "Archangel".
Kiedy odpala się "Prey" to początek jest naprawdę mocny i troszkę szkoda, że tempo potem nieco siada i robi się troszkę nudno. Mimo pewnych nie dociągnięć to wciąż płyta godna uwagi, w której liczą się dobre melodie, zadziorne riffy i duża dawka solidnego grania z pasją. Polecam!
Ocena: 7/10
środa, 15 grudnia 2021
PSYCHOPRISM - R.I.S.E (2021)
środa, 8 grudnia 2021
PIRATE HYMN - Wild Adventure (2021)
W tym roku fani pirackiego heavy metalu nie mają powodów do narzekania. Najpierw przecudowny album ze strony Blazon Stone, potem Running wild wydał równie udany album, a na dokładkę rodzimy Jean Paul powraca z nowym albumem sygnowanym nazwą Pirate Hymn. "Wild Adventure" premierę przewidzianą ma 17 grudnia i powiem Wam, że to miła przygoda dla fanów Running Wild, Blazon Stone czy Alestorm. Ten album jest miłym dodatkiem do płyt Running Wild czy Blazon Stone.
Postać Jana nie jest tak do końca nie znana. Fani Blazon Stone zapewne pamiętają, że maczał palce przy niektórych kawałkach i odpowiadał za partie klawiszowe. Jak ktoś słyszał dwa poprzednie albumy Pirate Hymn ten z pewnością odnajdzie niektóre pomysły w muzyce Blazon Stone. Ced umiejętnie wykorzystał patenty Jana. Pirate Hymn to tak naprawdę instrumentalna wersja Running Wild czy blazon Stone. Wielkim minusem jak dla mnie jest wciąż brak wokali, nawet jeśli byłyby to kiepskie wokale, ale i tak muzyka byłaby ciekawsza wtedy. Jan musi nad tym się zastanowić, bo wtedy kariera zagraniczna stoi otworem. Dla nie których przeszkodą może stanowić to, że nie mamy tu zespołu, a jednoosobowy projekt muzyczny, w którym nasz bohater może spełnić marzenie każdego fana running wild, czyli stworzyć własną muzyką stanowiącą hołd dla tej świetnej kapeli. Powiem wam, że broniłem się przed recenzją tej płyty, bo pomysły fajne i dobrze się tego słucha, ale jakoś fanem instrumentalnych płyt nie jestem. Dałem szansę i nie żałuje, bo płyta jako całość jest miła w odsłucha i nawet momentami zaskakuje pomysłowością.
Powieść "Wyspa skarbów" autorstwa Roberta Louisa Stevensona była inspiracją dla Rock'n rolfa, to i dla Jana również były. Utwór "Hymn of Billy Bones" czy "The admiral benbow inn" są tego przykładem. Ten pierwszy kawałek przypomina nieco intro "Hymn of long john silver", który otwierał koncertowy album "ready for boarding". Jest klimat piracki i nieco folkowe zacięcie rodem z płyt Alestorm. Brawo za pomysłowość. Początek "The Admiral Benbow inn" przypomina nieco Port Roayl, a sam riff i dynamika przypomina czasy "The black Hand inn". Inspiracją dla Jana była też opowieść Henrego Newbolta i tego przykładem jest klimatyczny "The Drakes Drum". Running wild pełną gębą mamy na pewno w tytułowym "Wild Adventure", który nie wiem czemu przypomina mi tytułowy utwór z najnowszej płyty Running Wild. Gitary w "Escape from nassau" nieco kojarzą się z "Rogues en Vogue". O dziwo nie ma kiczu i wszystko idzie w dobrym kierunku. Jest radośnie i nie ma miejsce na nudę. "Stortebreaker revenge" stawia nacisk na bas i tym samym przywołuje to klasyczne instrumentalne kawałki autorstwa Jense Beckera. Mnie osobiście porwała końcówka płyty. Jest tu dobrze nam znany singlowy "Shipwrecked", który imponuje szybkością i genialnym głównym motywem. Szczęka opada, bo melodia jest z górnej półki. Owacje na stojącą moi drodzy. Echa "Battle of Waterloo" czy "The iron times" słychać w epickim i marszowym "Funeral march of a Pirates". Energia i agresja w "the hunt for royal fortune" sieje zniszczenie i przywołuje stare dobre czasy running wild. Brakuje strasznie wokalu i to spora strata dla tej płyty.
Zazwyczaj omijam szerokim łukiem tego typu płyty, gdzie jest tylko instrumentalna warstwa płyty i brakuje wokalu. Tutaj jednak kiedy mamy do czynienia z pirackimi hymnami i nawiązaniem do running wild to warto dać szansę. Dlaczego? Nie wiele jest muzyki tego typu, a zwłaszcza na tak wysokim poziomie. Naprawdę dobrze się tego słucha i jest miłym uzupełnieniem do twórczości Running wild i Blazon stone.
Ocena: 7.5/10
wtorek, 7 grudnia 2021
CRYSTAL THRONE - Crystal Throne (2021)
Francuską scenę metalową w tym roku zasila debiutujący Crystal Throne, który powstał w 2020r. To kolejna ciekawa formacja, która stara się reprezentować zadziorny i niezwykle melodyjny heavy/power metal. Płyta "Crystal Throne" podbije serca fanów, którzy lubią klasyczny heavy/power metal, w którym odnajdziemy cechy takich kapel jak Iron Fire, czy Hammerfall, ale francuski band kreuje swój własny styl, w którym kluczową rolę odgrywa Terry Fire, czyli dawny wokalista Horacle. Jednym słowem nie wolno pominąć tego wydawnictwa.
sobota, 4 grudnia 2021
VOLBEAT - Servant of the mind (2021)
Kocham te ich wyjątkowe i klimatyczne okładki, które wciągają i dają do myślenia. To już spora zachęta by sięgnąć po wydawnictwo Volbeat. Nie byłoby tej kapeli gdyby nie Poulsen i ten jego głos jest magiczny. Z każdym rokiem brzmi co raz lepiej i jeszcze bardziej dojrzale. Idealnie sprawdza się w hardo rockowych dźwiękach, jak i tych bardziej heavy metalowych. Na nowym albumie daje popis swoich umiejętności. Płyta jest bardzo gitarowa i tutaj dzieje się sporo. Pojawiają się mocne riffy, a także sporo wciągających melodii. Nie ma miejsce na nudę i cały czas się coś dzieje. Nie muszę chyba dodawać, że i tym razem nie obyło się bez prawdziwych hitów, z której słynie Volbeat.
wtorek, 30 listopada 2021
FORTRESS - Dont spare the wicked (2021)
To jest płyta, która nie grzeszy oryginalnością. Panowie nie ryzykują, stawiają na sprawdzone chwyty. Teraz pytanie czy przyjmiecie kolejną porcję klasycznego heavy metalu spod znaku Iron Maiden, Black Sabbath czy Judas Priest. Panowie potrafią grać klimatycznie, potrafią zagrać nieco ostrzej, a kiedy trzeba to i przyspieszają. Na pewno trzeba im przyznać, że słychać w tym wszystkim zaangażowanie i przemyślane działanie. Klimat całości dodaje bez wątpienia zadziorny głos wokalisty Chrisa Scotta. Właściwy człowiek na właściwym miejscu i to nie podlega dyskusji. Gwiazdą tej kapeli jest oczywiście gitarzysta Fili Bibiano, którego znamy z Witherfall. On odpowiada za ciekawą warstwę gitarową i tu w zasadzie cały czas się coś dzieje i nie ma czasu na nudę. Od razu na łopatki rozkłada energiczny i pełen ciekawych melodii "Lost Forever". To się nazywa dobre otwarcie płyty. Na dzień dobry mamy rasowy killer. Jest też nastrojowy "Devils wheel", w którym band potrafi wplatać elementy hard rocka. "Anguish" to jeden z najlepszych kawałków na płycie, który kusi mrocznym klimatem i stylem rodem z płyt Black Sabbath z Tonym Martinem. Z kolei w "Find Yourself" band zabiera nas do brytyjskiej sceny metalowej lat 80. Tak więc jest tu NWOBHM i wczesny iron maiden, czy angel witch. Nie wiele wnosi instrumentalny "The passage", a na sam koniec zostaje tytułowy "Dont spare the wicked", który też czaruje mrocznym klimatem. Nie ma słabych punktów tak naprawdę i każdy kawałek potrafi pozytywnie zaskoczyć.
Nie ma tu nic nowego, ale band nadrabia tu atrakcyjnymi melodiami, dynamika i agresywności. To jest prawdziwa perełka nagrana przez fanów heavy metalu dla fanów heavy metalu.
niedziela, 28 listopada 2021
ETERNITY'S END - Embers of War (2021)
Przychodzi w końcu taki dzień, kiedy szczęka nam opada z wrażenia podczas słuchania danej płyty. Tak wiem jedni to przeżywają stosunkowo rzadko, a inni często. Takie doznania w tym roku sprawił mi choćby najnowsze dzieło Insania, czy In Vain. Takie uczucie pojawia się podczas słuchania klasyków. Czy nowy krążek może stać się klasykiem, o to jest pytanie. Uważam, że nic nie stoi temu na przeszkodzie. Takie wydawnictwo musi zawierać dech w piersiach i powalać na kolana. Szokować swoją formą, stylem i wykonaniem. To musi być perfekcja i płyta, która tak uzależnia, że jedyne co pozostaje po przesłuchaniu to przycisk "repeat" w odtwarzaczu. Taka płyta musi być wyjątkowa i w pełni spełniać wymogi danych ram gatunku, a nawet wnosi świeżość. Przede wszystkim nie może się pojawiać jakaś skaza czy słaby punkt układanki. Tak, zdarzają się takie płyty. Ten opis idealnie pasuje mi do najnowszego krążka niemieckiej formacji Eternity;s End. Kocham tą scenę heavy metalową, bo z niej wywodzą moje ukochane kapele typu Gamma Ray, Helloween, Blind Guardian, Iron Savior, Running wild czy Primal Fear. W tym zestawieniu idealnie mi pasuje Eternitys End. Band działa od 2014 r i śmiało można ich okrzyknąć nową gwiazdą power metalu. Panowie idą po trupach do celu i nie patrzą się na trendy, na to co grają inni. Dają nam perełkę w postaci "Embers of war". W życiu bym nie sądził, że ta płyta okaże się prawdziwą perełką i kandydatem do płyty roku. Konkurencja jest silna i jest sporo rarytasów, ale nie wyobrażam sobie top 3 bez tej płyty.
Skąd te "ochy" i "achy"? Nie często się dostaje płytę, które zbiera co najlepsze ze wcześniej wspomnianych tuzów heavy/power metalu, którzy do dziś są gwiazdami i prekursorami. Panowie tworzą swoją definicję power metal, w którym jest miejsce na rozmach i podniosłe refreny, które są godne Rhapsody czy Iron Savior. Mamy w końcu Eckerta i Sielcka w chórkach, a to robi sporą robotę. Przypominają się klasyki nie tylko Iron Savior, ale też Wizard czy Blind Guardian. No jest moc i płyta sporo zyskuje. Eternitys end to również Iuri Sanson, który jest nie jakimś tam wokalistą z łapanki. To muzyk z powołania i jego misją jest nawracać tych co odwrócili się od power metalu. Koleś wymiata i więcej takich wokalistów poproszę i od razu świat i power metal będzie lepszy. Sekcja rytmiczna to duet z górnej półki i zarówna bas jak i perkusja to czysta perfekcja i bez gitar sieją zniszczenie. Nowy album Insania ma dopieszczone solówki, tak i tutaj jest podobnie. Kto kocha stary blind guardian, kto kocha właśnie insania, Helloween, czy Iron Mask ten poczuje się jak w domu. Hombach i Munzer nie biorą jeńców i po prostu sieją zniszczenie. Nie ma ckliwych ballad, nie potrzebnych zwolnień. Tu jest atak z każdej strony. Piękna robota. Wszyscy młodzi i starzy, którzy tworzą power metal bierzcie z nich przykład. Do tego dochodzi brzmienie ostre niczym żyleta. Słychać w tym szczyptę brzmienia Iron savior czy primal fear. No brzmi to idealnie.
Jeśli na coś mógłbym ponarzekać, to na czas trwania płyty. 45 minut i 8 utworów to trochę za mało. Plus taki, że nie ma dłużyzn, a zawartość jest bez skazy. Band zaczyna naprawdę ostro i z przytupem, bo od rewelacyjnego "dreadnought", który utrzymany jest w speed/power metalowej konwencji z nutką neoklasycznego grania w stylu Iron mask. Słychać to w popisach gitarowych. Bas taki mocny i zadziorny, jak na pierwszym krążku Helloween. Wokal przyprawia o dreszcze i to jest klasa światowa. No i jeszcze w tle nawiązania do Running wild, a całość spina podniosły refren rodem z Iron Savior. Szczęka opadła już na dzień dobry. Czy trzeba komuś dowód, że mamy do czynienia z idealnym krążkiem? Jak te gitary brzmią w "Bane of the black sword". Ileż w tym gracji, dbałości o szczegóły i przebojowości. Kłania się klasyka niemieckiego power metalu. Rycerski klimat mamy w zadziornym "The hounds of Tindalos" i znów ktoś nasłuchał się "Black hand inn" running wild. Żadna ujma, bo to żadna kalka, a miłe wplecenie znanego stylu rock Rolfa. Brawo panowie! Mocny riff dostajemy w "Call of the Valkyries" i tutaj band zabiera nas w bardziej neoklasyczne granie rodem z Iron Mask, a do tego kilka mocnych akcentów Primal Fear. Rasowy killer i tyle w temacie. W podobnym tonie utrzymany jest energiczny "Acturus Prime", choć i tutaj gdzieś u nosi się klimat Iron Savior. Bardzo złożony kawałek, który nie stawia na banalne rozwiązania. Więcej heavy metalowego grania można wyłapać w rytmicznym "Shaded Heart" i to nieco łagodniejsze oblicze zespołu, a poziom nic na tym nie ucierpiał. Perkusja w "Deathrider" już na wstępie sieje zniszczenie. Co za killer tutaj wyszedł zespołowi. Idealna definicja power metalu. Jednak można wciąż tworzyć power metal i szokować poziomem i jakością. Panowie przecież nic nowego nie grają, a rozkładają mnie na łopatki. Finał to tytułowy "Embers of War" i tutaj zespół idzie na całość i nie rozdrabnia się. Jest ponad 9 minutowy kolos, który nie idzie w jakieś dłużyzny i epickość. Tutaj jest łojenie od samego początku i dostajemy znów killer. Znakomite przejście i moc niczym ostatnia płyta Persuader. Komentarz zbędny. Niechaj muzyka przemówi.
7 lat na scenie, a już są gwiazdą. Kiedy zabraknie Iron Savior, Blind Guardian, czy Running wild tu już wiem kto idealnie wypełni tą pustkę. Czas przekazać pałeczkę młodszym i zdolniejszym. Eternitys End tym albumem jak dla mnie wpisuje się do kanonu power metalu i już z miejsca się staje żywą legendą. Potrzebne są takie płyty, które przywracają wiarę, że nie wszystko zostało powiedziane. Płyta jak dla mnie idealna i wyczerpuje znamiona power metalu i nie tylko. Świetny wokal, wciągające i złożone solówki, znakomite przejścia, mocna i dynamiczna sekcja rytmiczna i chórki Sielcka i Eckerta. Zwycięski team. Reszta zostaje w tyle. Obok In Vain czy Insania bez wątpienia czołówka roku 2021. Brać w ciemno i zarażać innych. Ta płyta zasługuje na rozgłos!
Ocena: 10/10
piątek, 26 listopada 2021
HOME STYLE SURGERY - Brain drill poetry (2021)
Kto gustuje w muzyce Forbidden, Anthrax czy Toxik ten powinien zwrócić uwagę na nowe dzieło fińskiej formacji Home style Surgery. Nie jest to kalka, ani też jakaś wierna kopia powyższych kapel, ale z pewnością formacja, która gra thrash metal z dużą dawką melodyjności i heavy metalowych patentów. Najnowsze dzieło zatytułowane jest "Brain Drill Poetry". Nie ma szans konkurować z takim nowym Exodus, ale zasługuje na uwagę fanów takiego grania.
Znajdziemy tutaj tak naprawdę 33 minuty muzyki zawartej w 8 kawałkach. Jak na album to może trochę mało, ale z pewnością dzięki temu płyta nie zanudza. Muzyka Home style surgery opiera się na partiach gitarowych Joonasa i Jussi. Panowie nie tworzą niczego nowego i tak naprawdę poruszają po znanych terytoriach. Największa uwagę słuchacza skupia wokalista Kami Launonen, który ma ciekawą barwę i odpowiednią technikę. Dzięki niemu to nie kolejna thrash metalowa papka. Dobrze prezentuje się otwieracz w postaci "Brain drill poetry" i trzeba przyznać, że bije z tego przebojowość. Niby wszystko ok, ale utwór jest za krótki moim zdaniem. Temperaturę podgrzewa agresywny "Necrodecoration" i znów mamy świetny miks agresji i melodyjności. Dobrze się tego słucha i nie ma efektu znudzenia. Dalej jest heavy metalowy "434" i te proste patenty sprawdzają się tutaj. Na uwagę zasługuje też dynamiczny i zadziorny "Actio in distans". Poziom trzyma też żywiołowy "Fade into grey" czy wieńczący płytę "Surgical Sculpture".
30 minut szybko mija i troszkę szkoda że nie wiele zapada w pamięci. Jest dynamika, jest pazur i odpowiednie dobór riffów, ale wszystko brzmi znajomo i nie ma owej świeżości. Solidna porcja thrash metalu na dobrym poziomie. Warto sięgnąć po ten krążek pomimo owych wad. To wciąż muzyka miła dla uszu, a sam zespół dobrze rokuje jeśli chodzi o kolejne płyty. Zobaczymy w jakim kierunku się rozwiną.
Ocena: 7/10
HITTEN - Triumph and tragedy (2021)
Hiszpański band o nazwie Hitten może się pochwalić 10 letnim stażem działalności. Swój jubileusz obchodzą wydając swój 4 album. "Triumph & tragedy" dziś tj 26 listopada ma swoją premierę i jest to kolejny udany krążek w ich dyskografii. Czy lepszy niż poprzednik, który mi się podobał? No raczej nie przebija tamtego wydawnictwa, ale wstydu kapeli nie przynosi. Tryumf czy tragedia? W sumie to ani jedno ani drugie.
Band starannie przygotował materiał i to słychać. Soczyste i bardzo hard rockowe brzmienie nadaje całości pazura, a klimatyczna okładka działa na słuchacza niczym magnes. W 2021r kapelę zasilił nowy perkusista tj Willy Medina i to jest jedyna zmiana personalna. Co do stylistyki to band bardziej poszedł w stronę hard rockowych dźwięków spod znaku Dokken, czy Motley crue. Dobrze to słychać w takim komercyjnym "Under Your Spell". W tym zespole kto najbardziej czaruje to bez wątpienia charyzmatyczny wokalista Alex Panza. To właśnie dzięki niemu nowa płyta jest udaną rozrywką dla każdego kto kocha heavy metal i hard rock lat 80. Taki rozpędzony otwieracz "Built to Rock" to świetna i energiczna kompozycja, która momentami przypomina wczesny warlock. Tutaj popis swoich umiejętności dają gitarzyści Johny i Dani. Słychać inspiracje latami 80 i to jest akurat spora zaleta Hitten. "Eyes never lie" to już kompozycja nieco bardziej stonowana i tutaj znakomicie band miesza hard rocka i heavy metal. Jest trochę Dokken i Accept. Mocnym punktem płyty jest bez wątpienia marszowy "Meant to be mean" i przepełniony patentami choćby Dio. Kolejny szybszy kawałek na płycie to przebojowy "Ride out the storm". Płyta jest urozmaicona i każdy znajdzie tutaj coś dla siebie, jednak co najbardziej zostaje w pamięci z tej płyty to niezwykle przemyślany kolos zamykający płytę."Triumph and tragedy" to przede wszystkim popis geniuszu wokalisty i przykład, że band potrafi też przemycić patenty iron maiden.
Hitten znów nagrał porządny album i tylko umacnia swoją pozycję na scenie heavy metalowej. Band może i młody, ale głodny sukcesu. Co znajdziemy tutaj to udaną mieszankę klasycznego heavy metalu i hard rocka z lat 80. Zespół stawia na lekkie i chwytliwe melodie, a to przedkłada się na łatwy odbiór całości. "Triumph and tragedy" to może nie najlepsze dzieło w historii Hitten, ale to wciąż granie na wysokim poziomie.
Ocena: 8/ 10
środa, 24 listopada 2021
TEMPERANCE - Diamanti (2021)
Skład zespołu ustabilizował się już tak naprawdę w roku 2018 i tą stabilizację tu słychać. Band ma wypracowany styl i trzyma się jego. Nie ma może niespodzianek, ale wszystko jest przemyślane i pomysłowo zaaranżowane. Znakomicie układa się współpraca właśnie Marco i wokalistki Allesie, bowiem ich duet buduje napięcie i jest niczym połączenie dwóch różnych światów. Lekki klimat i nieco rockowy feeling też są tutaj mocnym atutem. Materiał jest zróżnicowany i już na uwagę zasługuje przebojowy otwieracz "Pure life unfolds". Bardzo ciekawie poukładano tutaj linie wokalne i brzmi to atrakcyjnie. Przyspieszamy w nieco bardziej zadziornym "breaking the rules of heavy metal",w którym band pokazuje pazur. Szybko wpada w ucho melodyjny "Diamanti" i ta podniosłość jest naprawdę urocza. Kolejny mocny filar tej płyty to dynamiczny "Black is my heart" oraz klimatyczny i niezwykle nastrojowy "You only live Once". Pojawia się też nutka progresywności w "Codebreaker", czy komercyjności w "Lets get started".
Odsłuch całej płyty mija szybko i przyjemnie. Choć bywają zgrzyty i słabsze momenty, to jako całość płyta wypada bardzo korzystnie. Jest sporo atrakcyjnych melodii, no i Marco jak zawsze czaruje i czyni ten album jeszcze ciekawszym. Zespół umacnia swoją pozycję, a ja chce jeszcze więcej muzyki temperance.
Ocena: 8/10
niedziela, 21 listopada 2021
FIREWOLFE - Conquer all fear (2021)
Wrócił amerykański band Firewolfe i to jest bez wątpienia dobra informacja nie tylko dla fanów zespołu, ale maniaków heavy metalu w melodyjnej odmianie. Dobrze poradzili sobie na dwóch pierwszych płytach, ale odnoszę wrażenie, że najnowszy krążek zatytułowany "Conquer all fear" to ich najlepsze wydawnictwo. Jednak dobrze, że Fercovich i Layton reaktywowali z Firewolfe. Nowy skład, nowa jakość.
W roku 2020 do zespołu zaproszono perkusistę Marco Bicca, gitarzysta Michael oraz wokalista Freedy Krumins. Panowie znakomicie wpisali się w styl Firewolfe i wnieśli sporo świeżości. Firewolfe nigdy nie błyszczał tak pod względem jakości wykonania i pomysłowości w zakresie kompozytorskim. Wielkie uznanie, bo ta długa przerwa nie została zmarnowana. No i miłym dodatkiem jest klimatyczna i pełna detali okładka.
sobota, 20 listopada 2021
TREND KILL GHOSTS - Until the sunrise again (2021)
Brazylijski Trend kill ghosts wraca z nowym albumem zatytułowanym "Until the sunrise again". To oczywiście kontynuacja tego co band grał na debiutanckim krążku, tak więc dalej mamy swoistą mieszankę heavy metalu i power metalu. Z jednej strony oparte na sprawdzonych patentach, z drugiej strony pojawia się nutka nowoczesności. To sprawia, że nowy album tej młodej formacji działającej od 2018r kapeli zasługuje na uwagę.
Trend kill ghost to przede wszystkim wyrazisty głos Diogo Nunes i dobra technika gitarzysty Rogerio Oliveira. Ten ostatni niszczy swoją grą w "puppets of Faith". Momentami nasuwa się twórczość Iron maska, co jest sporym plusem. Bije z tego kawałka energia i epickość. Z kolei "rebellion" opiera się na mocniejszym riffie i motoryce stricte power metalowej. Świetny przykład, że trend kill ghosts ma spory potencjał w sobie. Znakomicie również wypada energiczny "when the sunrise again". Tak to jest power metal w klasycznym wydaniu. Bardzo dobrze się tego slucha to na pewno. Na uwagę zasługuje również przebojowy "poisoned soul" i mroczny "mirror mirror".
piątek, 19 listopada 2021
EXODUS - Persona Non Grata (2021)
POWER RESET - Dungeon Master (2021)
Zawsze imponują mi muzyczne projekty, za którymi kryje się jedna osoba. Ileż to trzeba zaangażowania, cierpliwości i muzycznego geniuszu by nagrać cały album w pojedynkę. Tak też jest w przypadku "Dungeon Master", czyli najnowszego krążka projektu muzycznego o nazwie Power Reset. Tworzy go tak naprawdę multiinstrumentalista Leonardo Oliveira i działa tak od 2020r. Stawia on na klimatyczny power metal i trzeba przyznać że brazylijski muzyk wkłada to co robi sporo wysiłku i serca. Efekt na pewno jest co najmniej zadowalający.
Podoba mi się tajemniczy klimat w "Mystic quest" i jego rozbudowana forma. Dużo się dzieje w sferze gitarowej. No nie sposób się nudzić przy popisach Leonardo. Coś z rhapsody znajdziemy w rozpędzonym "instinctive hunter". Niby słodko, ale też jest bardzo podniośle. Troszkę momentami brakuje mocy w głosie Leonardo i to jest problem tego wydawnictwa. "Angel fly away" to niestety niezbyt udana ballada, która nieco przynudza swoją formą. Na plus zaliczam szybszy "scream for Your sorrow" czy energiczny "Dungeon Master".
WARFIELD - Master Executor (2021)
Soczysty heavy metal prosto z Brazylii, tak można w skrócie opisać muzykę Warfield. Najnowsze dzieło tej młodej ekipy nosi tytuł "Master Executor". Nie jest to ani odkrywcze, ani też poruszający muzyczny świat, ale każdy kto lubi solidną porcją soczystego heavy metalu ten nie będzie marudził. Na pewno na tej płycie odnajdą się fani Judas Priest czy Accept.
Ostoją tej kapeli są przede wszystkim gitarzyści Ivan i Fabrico, którzy dostarczają nam sporo solidnych riffów. Nie ma może w tym za grosz oryginalności, ani też pomysłowości, ale jest to szczere i sprawia, że odsłuch jest miły. Troszkę kuleje melodyjność i owa świeżość. Momentami wdziera się monotonność, żeby nie powiedzieć nuda. Mocnym punktem płyty jest bez wątpienia głos Gustavo, który buduje odpowiedni klimat i zapewnia heavy metalowy pazur całej płyty.
czwartek, 18 listopada 2021
THE THREE TREMORS - Guardians of the void (2021)
Nie ma nowego albumu Cage, nie ma nowego albumu Beyond Fear ani też Jag Panzer. Jednak wokaliści tych znanych zespołów znów łączy siły by znów siać zniszczenie pod nazwą The Three Tremors. "Guardians of the void" to kontynuacja tego co mieliśmy na debiutanckim "The three tremors", czyli mieszankę heavy/power metalu, w której słychać echa powyższych kapel. Niby jest to wszystko atrakcyjne i miłe dla ucha, ale mam wrażenie, że nie ma pomysłu jak rozdzielić role między wokalistów. Niestety mimo że muzyka na nowym krążku nie jest zła, to panowie tak trochę jakby wchodzili sobie w drogę.
Piękna okładka, soczyste brzmienie mocno nawiązują do dokonań Cage i tego nie da się ukryć słuchać tego zespołu. Sporo nawiązań i odesłań do płyt Cage, ale to nic dziwnego kiedy prawie cały skład tworzą muzycy tamtego zespołu. Oczywiście show kradną wokaliści, bowiem ich same nazwiska działają jak magnes na słuchacza. Ich partie są mocne i wyraziste, tylko szkoda że nie ma w tym składu jak na nowym albumie Helloween. Same kompozycje nie są złe i potrafią przyciągnąć uwagę, a nawet zapaść w pamięci. Dobrą robotę odwalili gitarzyści Trask i Garcia, ale panowie dobrze się znają jeszcze z Cage. Jest chemia, jest pomysł i dobra technika, a to już połowa sukcesu.milo znów usłyszeć że Sean Peck, Tim ripper Owens oraz Harry Conklin są w bardzo dobrej formie.
niedziela, 14 listopada 2021
STORMBREAKER - Strike the match (2021)
Hard rock i heavy metal to idealna mieszanka, zwłaszcza kiedy utrzymana jest w klimatach lat 80. Właśnie taki rodzaj muzyki preferuje młody band z Stanów zjednoczonych o nazwie Stormbreaker. Już sama okładka debiutanckiego krążka "Strike the match" wiele mówi. Czuć klimat lat 80 i ten prosty motyw zapada w pamięci. Każdy fan Judas Priest, Kiss, Dokken czy wczesnego Def Leppard powinien sięgnąć po to wydawnictwo. Satysfakcja gwarantowana.
Co warto wiedzieć o Stormbreaker, to że działają od 2015r i ich motorem napędowym jest gitarzysta Logan Stahlecker i wokalista Chris Sele. Logan wygrywa może mało oryginalne partia, ale jest podręcznikowy i bardzo melodyjnie. Taki "the voice inside" ma riff skopiowany z "firepower" judas priest, ale to żadna ujma. Jest hard rockowo, oldschoolowo i o to chodzi. Kolejny killer to energiczny "never again" i trzeba przyznać że Chris wymiata. Troszkę odstaje nijaka ballada "waiting to Fall" w której wieje nudą. Warto wyróżnić takie hity jak "dont go" czy Save us". Nie wszystko wyszło, ale jest potencjał.
sobota, 13 listopada 2021
WONDERS - The fragments of Wonder (2021)
Na okładce debiutanckiego krążka Wonders widać nazwiska : Katsionis i braci Lunesu. Tak są na pewno ważne postacie w muzyce włoskiego Wonders, ale czy band robił by takie wrażenie gdyby nie anielski głos Marco Pastorino, który błyszczał w Flames of Heaven? Dla mnie to właśnie jego obecność przyciągnęła do "The fragments of wonder". Bez wątpienia to jest płyta, która nie wymaga promocji. Same nazwiska już pozwalają wyrobić sobie pewne wyobrażenie o płycie. Rzeczywistość oczywiście pokrywa się z tym co wyobraźnia wcześniej wykreowała.
Wielkie nazwiska, wielkie postacie i muzycy to na pewno ważny czynnik, ale gdyby nie dobre utwory to nic by z tego nie było. Nie było by mowy o jakimś wielkim wydarzeniu czy płycie, która może namieszać w tegorocznych zestawieniach.
HOPES OF FREEDOM - Light, fire & Iron (2021)
Chyba nie przesadzę, jeśli napiszę, że "Light, fire & Iron" to najlepsze dzieło francuskiej formacji o nazwie Hopes of Freedom. Band uderza w tą grupę fanów, którzy gustują w muzyce pokroju Orden Ogan, Power Quest, Rhapsody czy Veonity. W skrócie każdy kto ceni podniosły, epicki klimat, atrakcyjne melodie i pomysłowy motywy gitarowe ten pokocha to co gra ten francuski band. Jedno jest pewne. To jedna z tych płyt, która nie potrzebuje recenzji, namawiania by sięgnąć po to wydawnictwo. Można brać w ciemno.
"Light, fire & iron" to porcja dobrze skrojonego melodyjnego power metalu z nutką folk metalu. Jest to dobrze wyważone i nie ma nachalnego wciskania folkowych dźwięków. Pierwsze skrzypce w tym bandzie gra pan Lambert i powiem jedno. To utalentowany muzyk, który dobrze czuje melodyjny power metal. Jego głos nadaje odpowiedniego klimatu, z kolei jego współpraca z Charlesem w sferze gitarowej układa się nadzwyczaj dobrze. Cały czas się coś dzieje i jest w tym wszystkim powiew świeżości.
Oldscholowo band zaczyna bo od przebojowego "Lost Humanity". Robią wrażenie te chórki i podniosły feeling rodem z płyt Rhapsody. Power metal w klasycznym wydaniu i już wiadomo że szykuje się uczta dla fanów tego gatunku. Pasy zapięte? No to lecimy w głąb świata Hopes Of Freedom. Niszczy też melodyjny i klimatyczny "Dragon Order", który przypomina twórczość Orden Ogan, zwłaszcza jak w słucha się w partie wokalne. Kocham takie pomysłowe i chwytliwe melodie jak te w "The Heroes Line". Panowie dobrze czują power metal i to słychać. Nie ma tutaj miejsca na fuszerkę i kiepskie melodie. Ach ten Helloweenowy refren w "Freedom for all" i to jest power metal pełną gębą. Solówki to też prawdziwa uczta dla naszych zmysłów. Killerem jest tu na pewno nieco radosny "Always on your side". Główny motyw i nieco marszowy charakter całości wgniatają w fotel. Jednak można jeszcze zaskoczyć w tym gatunku i oczarować swoją pomysłowością. Końcówka płyty to już ukłon w stronę epickiego power metalu. Mamy podniosłość i rozmach w dwóch częściach "A tale of glory". 15 minut z tytułowym "Light, fire & Iron" też szybko zlatuje. Panowie nie boją się wyzwań i ta finałowa opowieść przenosi do zupełnie innego świata. Jest tutaj wszystko, to taki Hopes of Freedom w pigułce.
Rok 2021 przyniósł sporo wartościowych płyt, które zasługują na wyróżnienie. Nie mówię tu o płytach znanych kapel typu helloween czy rhapsody, który nie zrobiły takiej furory jak właśnie choćby insania, draconicon, czy właśnie Hopes of Freedom. Francuski band zaskakuje ciekawymi aranżacjami, formułą i wysoką jakością tworzonej muzyki. To już nie tylko czysta rozrywka, ale muzyka która potrafi wzbudzić emocje i zapaść w pamięci. Brawo panowie i tak trzymać. Nie patrzcie na trendy, tylko grajcie swoje, bo ta muzyka jest cholernie dobra i wartościowa. Nie ważne są tutaj kalkulacje, oceny, tylko fakt że to jedna z najlepszych płyt tego roku.
Ocena: 9.5/10



















