czwartek, 27 listopada 2014

REAPER - As atheist monument (2014)

Daniel Zimmermann to znany perkusista, który udzielał się w Freedom Call czy Gamma Ray. Jak się okazuje jest ich dwóch. Daniel Zimmermann to również wokalista i gitarzysta niemieckiego bandu o nazwie Reaper. To nie są te same osoby, ale łączy ich to że stanowią trzon niemieckiej sceny metalowej. Każdy kto lubi Grave Digger, Accept, Warlock czy też inne mocniejsze heavy metalowe granie, w którym jest toporność, nutka amerykańskiego grania i brytyjska szczypta ten będzie w siódmym niebie słuchając nowego dzieła Reaper o nazwie „An Atheist Monument”.

Działają od lat 80 i ich złoty okres przypadł na lata 90. Potem było odrodzenie i powrót z nowy albumem, jednak to było w roku 2009. Od tamtego czasu było cicho, a fani czekali na dalszy ciąg kariery Reaper. Jednak nie ma smutnego końca, a jest zamiast tego nowy krążek, który pokazuje, że kapela nie powiedziała ostatniego słowa, a nowy album ma prawdziwego metalowego kopa. Wszystko wskazuje, że to jest jeden z ich najlepszych wydawnictw w przeciągu całej kariery. Ostre, przybrudzone brzmienie nasuwa albumy Grave Digger czy Accept, ale ma to swój urok. Daniel to motor napędowy tego zespołu i to on jest odpowiedzialny za kompozytorstwo, wokal i partie gitarowe. Kto lubi frontmanów Rage i Grave Digger ten będzie zachwycony manierą Daniela. Nie śpiewa czysto, nie dba o technikę, ale pasuje do tego co gra. Soczysty heavy w czystej postaci to jest właśnie co dostajemy na tej płycie. Ostry „Realms of Chaos” przemyca pewne patenty thrash metalu, ale jest to utwór przede wszystkim heavy metalu. Jest odpowiednia szybkość, dynamika i melodyjność. Nie może się to nie podobać. Sporo Judas Priest można wychwycić w „Of Sheeps and Shepherds”, ale nie jest to jakaś wada, czy powód do krytykowania. Raczej można mówić o powiedzie do radości, bo album brzmi bardziej klasycznie, bardziej metalowo. „Hail The Ne Age” to jak sama nazwa wskazuje jest to wizja heavy metalu naszych czasów. Jest ona warta rozważenia i godna pochwały. Nie mam problemu ze wskazaniem ulubionego kawałka mimo równego materiału. Szybko stał się nim najszybszy na płycie „Ship of Fools”. Drugim najlepszym na płycie utworem jest „Fields of Joy” w którym jest coś z Running Wild. Może to jest pomysł na kolejny materiał? Może tak powinien brzmieć cały album?

Reaper żyje i ma się bardzo dobrze. Oby kolejny album ukazał się znacznie wcześniej. Póki co bierzcie i słuchajcie. O to heavy metal w czystej postaci.

Ocena: 7/10

środa, 26 listopada 2014

BLOODBOUND -Stormborn (2014)

Tylko wielkie kapele stać na wielkie rzeczy. Bloodbound należy do pierwszej ligi, jeśli chodzi o heavy/ power i właściwie nic już nie muszą udowadniać. Znakomity debiut w postaci „Nosferatu” ugruntował ich pozycję z miejsca. Ostre riffy, piekło i diabeł w tle, duża dawka przebojów plus własny styl i to musiało się spodobać. Nie powstrzymało Bloodbound odejście znakomitego Urbana Breeda, ani też nagranie słabszego albumu w postaci „Tabula Rasa”, który sprawił, że zespół zatracił trochę swoją tożsamość. Przyjście Patrika Johanssona dodało zespołowi skrzydeł i zespół znów wrócił na dawną ścieżkę. „Unholy Cross” to bez wątpienia jeden z najlepszych albumów tej szwedzkiej i tutaj znów pokazali swoją wielkość. Płyta niemal perfekcyjna w każdym calu i szkoda, że następca w postaci „In the Name of Metal” znów popsuł dobrą passę. Jednak wielki Bloodbound stać na wielkie rzeczy co pokazał w 2011. Pierwszy raz zespół może się pochwalić stabilność, Patrik wprowadził spokój i zapewnił pewien poziom. Odświeżony Bloodbound znów uderza i pokazuje że stać ich na wielkie rzeczy. „Stromborn” to nowy owoc i trzeci już album z Patrikiem na wokalu i w końcu wokalista zagrzał na stałe miejsce w tym zespole, bo z tym było ciężko. Co można o nowy dziele napisać?

Wiele. Jednak wszystko sprowadza się do tego, że jest to jeden z najlepszych albumów tej grupy, który można postawić obok debiutu czy „Unholy Cross”. Kto wie, może to jest największe osiągnięcie tej formacji? Płyta ma w sobie ogień, nie tylko na okładce, która jest kiczowata. Jakby nie patrzeć frontowa okładka to jedyne niedociągnięcie. Zespół znów odżył, przypomniał sobie jak tworzył na „Unholy Cross” czy pierwszych dwóch albumach. Płytę zdominowały naprawdę szybkie power metalowe kompozycje, które kipią energią. Znów każdy kawałek to prawdziwy przebój, który porusza i zapada w pamięci. To nie są kawałki na jedną noc o których zapomnimy szybko. Bloodbound po raz kolejny udowodnił, że są mistrzami w swoim fachu. „Satanic Panic” to jest kompozycja, która sprawia, że szczęka opada. Takie rzeczy Bloodbound potrafi. Zacząć płytę od prawdziwego kopa. Robią to w taki sposób, że słuchacz nie dowierza. Znów jest element zaskoczenia, jednocześnie Bloodbound pozostaje sobą. Słychać klimat „Unholy Cross” z tym, że tak ostro, tak agresywnie Bloodbound jeszcze nie grał. Można doszukać się wpływy Judas Priest czy Cage. Robi to wrażenie, zwłaszcza ta gitarowa współpraca braci Olsson. To się nazywa fenomen. Rozumieją się znakomicie i wiedzą jak porwać słuchacza. Dzieje się sporo i można tutaj przytoczyć braterski pojedynek na solówki jaki mamy w Powerwolf. Zresztą chórki, kościelne organy też tutaj nasuwają właśnie ten zespół. Ten kawałek zaskakuje jeszcze pod innym względem, a mianowicie wokalnym. Patrik tutaj wspina się na wyżyny swoich umiejętności. „Stormborn” jako album zaskakuje tym, że jest tutaj całkiem sporo wpływów Sabaton czy właśnie Powerwolf. Wystarczy posłuchać taki „Iron thorne”. Klawisze zostały tutaj tak dostrojone, żeby był ten bojowy klimat Sabaton. Wciąż jednak to jest znany nam Bloodbound, który kocha grać w szybkim tempie, który ceni sobie melodyjność i proste, chwytliwe refreny. Ten tutaj to taki typowy Bloodbound. Dziecięcy chórek i epicki refren sprawiają, że „Nightmares from The Grave” to wyjątkowy utwór, który można zaliczyć do tych najlepszych w historii z zespołu. Nowy Sabaton to dla mnie był twór ciężko strawny i dawny blask tej kapeli słychać w epickim „Stormborn”. To jest właśnie to. Słodkie, podniosłe klawisze, prosty, stonowany riff i to średnie tempo. Do tego te bojowe chórki. To jest nowy aspekt w muzyce Bloodbound. Zdaje on swój egzamin, daje powiew świeżości i zaskakuje. Kolejną petardą jest „We Raise The dead” z dużą dawką melodii, zwłaszcza w sferze wygrywania solówek. Utwór choć krótki, to bardzo energiczny i treściwy. Brzmi jak zagubiony track z sesji nagraniowej „Unholy Cross”.Równie okazale prezentuje się „Blood of My Blood”, w którym zespół zabiera nas w rejony starego Hammerfall i w tym też się jak najbardziej odnajdują. W „When The Kingdom Will Fall” pojawiają się urocze motywy wyjęte z muzyki celtyckiej, jest sporo Sabaton i marszowy klimat, ale to nie zmienia faktu, że jest to utwór wysokich lotów. Heavy metal na miarę naszych czasów. Jak pisałem wcześniej, płyta została zdominowana przez szybkie kawałki, to też na koniec mamy dwie petardy. Rozpędzony „Seven Hells” i hymnowy „ When All Lights Fall” utrzymany w klimacie „Moria” to znakomite utwory, które powinny zagościć na stałe na liście koncertowej.

Tylko zespół takiej klasy jak Bloodbound mógł nagrać taki dopieszczony album.”Stormborn” to dzieło perfekcyjne w każdym calu. Muzycy zgrani i bardziej dojrzali. Wiedzą w jakim kierunku idą, wiedzą jaki jest ich styl i jak zadowolić fanów. Nagrali typowy album, ale zarazem inny. Jest trochę motywów Sabaton i Powerwolf, ale to cały czasy ten sam Bloodbound. Każdy fan muzyki dostrzeże piękno tej płyty, zwłaszcza że sporo tutaj ciekawych motywów, melodii, które długo jeszcze chodzą za słuchaczem. Jeden z kandydatów do płyty roku 2014.

Ocena: 10/10

wtorek, 25 listopada 2014

MEDUSA CHILD - Empty Sky (2014)

Szwajcaria nie specjalizuje się w heavy/power metalu, ale to właśnie stamtąd pochodzi Medusa Child. Dość specyficzny zespół, który mimo iż działa od 1999 roku to jakoś nie zdobył większej sławy. Do dziś kojarzą tą formacją nie liczni. Nic dziwnego, bowiem grają w swoim stylu mieszając power metal w stylu Stratovarius z progresywnym metalem ala Queensryche czy Dream Theater i rycerskiego klimatu rodem z płyt Hammerfall. Również bez większego echa przeszedł ich nowy album zatytułowany „Empty Sky”. Już okładka nie napawa optymizmem. Jak jest z samą muzyką?

Tutaj już bywa różnie. Bowiem pojawiają się ostre jak brzytwa riffy, mocne, soczyste grania, ale nie starcza go na tyle, by zapełnić całą płytę. To wymusza nierówność, a to z kolei ma wpływ na jakość zawartej muzyki. Wszystko sprowadza się do tego, że płyta ma lepsze i gorsze momenty, przez co bywa ciężko strawna, a nawet nudna. Z pewnością wokalista Crow uchodzi tutaj za gwiazdę. Jest w nim coś tajemniczego i zarazem intrygującego. Bardzo przypomina manierę Fabio z Rhapsody. Nic dziwnego, skoro zespół nie kryje swoich inspirację symfonicznym power metalem. Otwieracz w postaci „Ipocrisia” jest właśnie taki na miarę tych z płyt Rhapsody. Krótkie epickie, instrumentalne intro, to jest to co znamy bardzo dobrze. „Empty Sky” to hit i jeden z najciekawszych utworów na płycie. Dobrze dopasowane klawisze, które budują klimat, a nie zakłócają pracę gitar, a te są tutaj zmysłowe i pełne magii. Zadbano o detale i dlatego ten kawałek jest taki znakomity. Szkoda że nie zawsze tak jest. Nie potrzebna jest komercja w „Remember You”, rockowe zapędy w „My Inner voice” też nie są dobrym rozwiązaniem. Na właściwie tory zespół powraca na podniosłym „Paradise Eternally”. Najbardziej w pamięci zapada jednak pomysłowy motyw z „Nevermore” i petarda w postaci „Turn Back The Time”.

Zadbano o sferę techniczną, o klimat, o wysokiej jakości brzmienie, który wyostrza wydźwięk instrumentów, szkoda tylko że pomysłów brakło na cały album. Jakby wskazać wady to byłoby nią bez wątpienia nierówność materiału. Jest jednak kilka udanych melodii i momentów, dla których warto sięgnąć po ten album.

Ocena: 5/10

P.s Recenzja przeznaczona dla magazynu HMP

niedziela, 23 listopada 2014

AXENSTAR - Where dreams are Forgotten (2014)

Jednym z najważniejszych zespołów power metalowych na szwedzkim rynku muzycznym jest bez wątpienia Axenstar. O nich można napisać wiele, ale mimo pewnych trudności dalej tworzą i mają się całkiem dobrze co potwierdza wydanie kolejnego albumu tj „Where dreams Are forgotten”. Tym razem zespół potrzebował tylko 3 lat, aniżeli tak jak ostatnio 5 lat, żeby wydać nowy krążek. Kolejnym pozytywnym zaskoczeniem jest to, że zespół odzyskał swój dawny blask sprzed kilku lat. Nowy materiał cechuje energia, przebojowość i powiew świeżości. Zespół nawiązuje do swoich najlepszych dzieł tj „The Inquisition” i „The Final Requiem”, co mnie bardzo cieszy. Już otwieracz „Fear” śmiało można uznać za jeden z najlepszych utworów Axenstar jaki kiedykolwiek powstał. Szybki, zagrany z pasją i polotem kawałek, który oddaje piękno power metalu. Jakby cały album byłby taki to moglibyśmy okrzyknąć nowe dzieło najlepszym albumem w historii zespołu. Jednak tutaj znajdziemy nie tylko szybki power metal, bowiem zespół postanowił nas nieco zaskoczyć. Takim zaskoczeniem jest choćby bardziej stonowany, bardziej heavy metalowy „Curse The Tyrant”, który został wypakowany ostrym riffem i energicznymi solówkami. Ogólnie trzeba przyznać, że duet Joakim/ Jens starają się i naprawdę można dostrzec progres. Wszystko jest więcej i w lepszej jakości. Nawet kiedy utwór wydaję się smętny tak jak to jest w przypadku „The return” to panowie potrafią go rozkręcić i sprawić, że da się tego słuchać. Innym zaskoczeniem są takie cięższe motywy w Axenstar, które eksponuje „Demise” czy „Greed”. Ta płyta brzmi jak dawny Axenstar, który potrafił wykreować atrakcyjne melodie, który nie miał problemów z nagraniem hitów. „Inside The Maze” czy „My scrifice” to prawdziwe przeboje, które jeszcze bardziej podnoszą poziom tej płyty. Klawisze w „Anninhilation” klimatem dorównują twórczość Kinga Diamonda, sam utwór to czysty power metal. Zespół tutaj nie kryje swoich korzeni, nie kryje tego że pochodzą z północnej Europy. W ich muzyce można usłyszeć coś z Silent Force czy Stratovarius, ale to żadna skaza. To tylko pokazuje w jakiej formie jest obecnie Axenstar. Jeszcze więcej power metalu dostaje w „The Reaper” i żywiołowym „This False Imagery”. Całość zamyka najdłuższy z całej płyty kawałek czyli „Sweet Farewell”. Świetny, przemyślany materiał, który wypchany jest hitami, do tego świetne, soczyste brzmienie i klimatyczna okładka. No i mamy płytę godną marki Axenstar. Powrócili do glorii i chwały. Oby więcej takich płyt w ich wykonaniu. Brawo panowie.

Ocena: 8.5/10

P.s Recenzja przeznaczona dla magazynu HMP

NIGHT BY NIGHT - Xnx (2014)

Nadzieja melodyjnego hard rocka. Jeden z tych młodych zespołów, które biorą to co najlepsze z lat 80 i dodają od siebie świeżość, pomysłowość, energię i entuzjazm. Młody Night Bt Night jest właśnie tak oceniany przez fanów, ale także doświadczonych muzyków. Na scenie są już przeszło 6 lat i w końcu doczekali się swojego debiutanckiego albumu w postaci „NxN”. O płycie było cicho, co jest karygodne.

Zdaję sobie sprawę, że okładka nie należy do tych ambitnych, a sama nazwa zespołu też nie jest jakoś chwytliwa. Do tego gatunek muzyczny, który może być dla niektórych obiektem drwin, ale czy to dyskwalifikuje ten album? O tóż nie. Na samym starcie warto zadać sobie pytanie, czy lubicie słuchać Def Leppard i to ten z lat 80? Jeśli również nie przeszkadza odrobina nowoczesnego brzmienia rodem z Alterbridge to z pewnością muzyka Night by Night będzie dla Was w sam raz. Jasne na płycie pojawiają się motywy komercyjne co potwierdza „Everywhere Tonight”. Jednak nie brakuje mocnych riffów o czym przekonuje nas nowocześniejszy „Siren” czy „Never Die Again”. Jak na album hard rockowy to dzieję się całkiem sporo zwłaszcza jeśli skupimy się na solówkach i riffach. Tom i Ben odwalają kawał dobrej roboty. Ich partie są czyste i składne. Dobrze dopasowany do tego wokal Henriego Rundella i mamy hard rock z prawdziwego zdarzenia. Dość często brzmi to jak kalka Def Leppard. Bo jak inaczej można mówić o takich kompozycjach jak „The Moment” , chwytliwym „Time to Escape” czy melodyjny „Can't Walk Away”. Najważniejsze, że brzmi to klasycznie, a zarazem ma wydźwięk współczesnych płyt rodem z tych ocierających się o emocore. Ciekawa mieszanka, ale zdaje egzamin.

Co raz więcej jest tych zespołów czerpiących z Def Leppard, ale póki co Loud Lion i właśnie Night By Night to najciekawsze kapele, które przywracają nadzieję w hard rocka. Ta młoda formacja daje znakomity przykład, że można wziąć to co najlepsze z lat 80 i osadzić w teraźniejszym brzmieniu. Kawał znakomitego grania przesiąkniętego klasycznym Def Leppard. Więcej nie trzeba dodawać.

Ocena: 7/10

P.s recenzja przeznaczona dla magazynu HMP

sobota, 22 listopada 2014

ALLTHENIKO - Fast And Glorious (2014)

Jak power/speed metal to tylko Alltheniko. Ta włoska formacja wie jak przygotować materiał energiczny, z pazurem i z pasją. Grają już od 2002 roku i nagrali 5 albumów i nie mają dość. Nie słychać zmęczenia ani też zmęczenia materiału. Nowy album „Fast and Glorious” to kwintesencja stylu włochów, ale też i stylu speed/ power metalu. Co ich wyróżnia na tle innych kapel? Nie nagrali póki co słabego albumu, trzymają wysoki poziom od samego początku i potrafią połączyć nowoczesne, soczyste brzmienie z klimatem lat 80. Można się doszukiwać się w ich muzyce wpływów wielu kapel począwszy od Agent Steel kończąc na Judas Priest. Jednak mimo tego, można łatwo dostrzec, że ta włoska formacja ma na celu granie swojej muzyki, a nie interpretować na nowo to wszystko co stworzyły te wielkie kapele. Skupmy się nad głównym tematem tej recenzji, a mianowicie „Fast and Glorious”. Ten album ma predyspozycje do bycia najlepszym wydawnictwem w historii Alltheniko. Ta płyta nie ma słabych punktów. Dopracowano każdy szczegół, począwszy od brzmienia, które podkreśla dynamikę i pazur zespołu, kończąc na samym materiale, który porywa słuchacza od pierwszej sekundy. „Tanks of Death” to prawdziwy cios między oczy. Nie zabrakło tutaj ostrego riffu, szybkiego tempa, dużej dawki melodyjności. Najbardziej imponuje thrash metalowa motoryka. Kto lubi stary Exodus, Overkill czy Exciter ten z pewnością polubi też taki agresywniejszy „Fast and Glorious”.Joe Boneshaker daje niezły popis umiejętności na tym albumie. Roi się od ciekawych riffów, od pomysłowości, a jego technika rozwinęła się na przestrzeni lat. Takie solówki, zagrane z taką pasją i polotem zawsze stanowią największa ozdobę przy takich płytach. Bardziej heavy metalowy jest już „Holy War, Holy Fighters”, który wyróżnia się bardziej rytmicznym riffem i ciekawym popisem wokalnym Dave'a, który brzmi niczym sam Ralf Sheepers. Zespół nie zwalnia tempa i w „Scream for exciter” pokazuje na co ich stać. Jest ogień i zapędy pod Judas Priest, co może się podobać. Ballady nie uświadczymy, ale jest za to bardziej rozbudowany kawałek w postaci „Power To rebel”. Dzieje się sporo i to dowód, że zespół potrafi zbudować napięcie. Nie zapomnieli oddać też hołd wielkim kapelom z lat 80. Do tego celu posłużył „Power and the Glory I.U.W.S.” z repertuaru Saxon. Bez sensu jest doszukiwać się wad, który nie ma. Płyta dopracowana pod każdym względem i oby było jak najwięcej takich płyt z taką muzyką. Alltheniko to mistrz w kategorii speed metal i tym albumem tylko to potwierdzili. Dla mnie najlepsze dzieło tej włoskiej formacji. Brawo panowie.

Ocena: 9.5/10

NEONFLY - Strangers in Paradise (2014)

O pierwszym albumie Neonfly można było powiedzieć, kawał porządnego melodyjnego metalu z domieszką power metalu. Szybko udowodnili, że mimo brytyjskiego pochodzenia, zespół ma o wiele więcej wspólnego z fińską sceną metalową. Brzmienie klawiszy, konstrukcja tworzenia utworów, czy w końcu wokal Willa Nortona. To wszystko bardziej nasuwa na myśl właśnie tamte rejony aniżeli Wielką Brytanię. Nowy album zatytułowany „Strangers in Paradise” niczego nowego również nie wnosi. Choć można odczuć, że zespół w mniejszej ilości wykorzystuję patenty power metalowe, co raczej działa niekorzystnie. Tak poza tym dostajemy drugi raz to samo. Melodyjne granie, w dość słodkiej formie, które pozbawione jest jakiejkolwiek agresji czy elementu zaskoczenia. Płytkie brzmienie już na samym wstępie może odstraszyć zwolenników mocniejszego uderzenia. Na szczęście płytę otwiera całkiem udany otwieracz w postaci „Whispered Dreams”. Utwór o tyle zdradliwy,bowiem takich petard jest tutaj jak na lekarstwo. Może podobać się nieco progresywny „Highways To nowhere”. Jest mocny riff, agresywniejszy wokal Willa, a wszystko zagrane z pomysłem. Za dużo tutaj jak dla mnie komercji i popowego klimatu. A tego jest pełno w takim rockowym „Better Angels”. Tą wadę powiela „Rose in Bloom”. Jednak nowy album mimo swoich niedociągnięć ma kilka ciekawych i godnych zapamiętania momentów. Podniosły „Heart of Sun” jest jednym z nich. Płyta miała większa siłę rażenia, gdyby było więcej hitów pokroju „Fierce Battalions”. Tutaj można poczuć co to jest power metal. Neonfly odnajduje się również w dłuższych kompozycjach i taki „Chasing The Night” może się podobać. To jest właściwie to co najlepsze w tym zespole, zawarte w pigułce. Drugi album wciąż nie ukazał w pełni na co stać ten młody zespół. Najwidoczniej to jeszcze nie jest ich czas. Póki co jest to średnie granie, niczym właściwie się nie wyróżniające. Troszkę popracować nad stylem, nad kompozycjami i wtedy dostaniemy coś bardziej wartego uwagi. Pozostaje uzbroić się w cierpliwość i czekać na kolejny album.

Ocena: 5/10

P.s Recenzja przeznaczona dla magazynu HMP

piątek, 21 listopada 2014

HARD RIOT - the Blackened Heart (2014)

Fala niemieckiego hard rocka nadciąga. Był Black Bird, teraz czas pochwalić inny zespół, który również znakomicie radzi sobie w początkowej fazie swojej kariery. Mam tutaj na myśli Hard Riot. Podobnie jak Black Bird nie kryje swoich zamiłowań starociami, klasycznymi zespołami. Nie raz po myślimy podczas ich muzyki o Ac/DC, Scorpions, Gotthard czy nawet o Nickeblack. Grają od 2006 roku i nawet udało im się nagrać swój pierwszy album, jednak dopiero teraz zaczyna być o nich głośno. Spora w tym zasługa nowego albumu „The Blackened Heart” , który jest znacznie ciekawszy dziełem niż debiut.

Jest energia, jest przebojowość, jest pazur, jest pomysł na styl czy aranżacje, muzycy dbają o detale, o to żeby wszystko było zrobione precyzyjnie. Nawet pomyślano o radości i luźnym klimacie. Jako płyta hard rockowa to „The Blackened Heart” jest pełnym dziełem i nie brakuje mu niczego. Micheal Gildner brzmi jak wokalista Nickeblack, co dla jednych będzie minusem, a dla drugich powodem by sięgnąć po ten album. Ogólnie ma w sobie to coś, co sprawia że płyta brzmi hard rockowo i klasycznie. To słychać właściwie od samego początku. Wyrazisty wokal w połączenie z mocnymi i chwytliwymi riffami czyni ten album naprawdę mocnym dziełem. Dobrze nastraja słuchacza energiczny otwieracz „Blackout”. Nie jest to cover Scorpions, ale jakże udany miks heavy metalu i hard rocka. Fani Ac/Dc powinni być zachwyceni „Suicide Blues”, który ukazuje wszelkie atuty niemieckiej formacji. Komercja też jest tutaj obecna o czym świadczy „Count on Me” i to jest taki mały ukłon w stronę fanów radiowych hitów i Nickeblack. Przebojów na płycie nie brakuje, a jednym z tych najbardziej zauważalnych jest „Not Alone”. Podoba mi się też bluesowy „The enemy Within” i nie miałbym nic przeciwko gdyby było więcej takich kawałków i zagranych z takim luzem. Nie brakuje też heavy metalowych akcentów, a jednym z nich jest tutaj bez wątpienia „Hit The ground”. Przydałoby się tej płycie więcej takich szybkich kompozycji, żeby nadać płycie więcej dynamiki. To potwierdza ich talent do urozmaicenie i stworzenia ciekawego materiału.

Jeśli szukacie solidnego albumu z mieszanką heavy metalu i hard rocka, przesiąkniętego klasycznymi patentami to niemiecki Hard Riot wam tego dostarczy na nowym albumie.

Ocena: 6.5/10

środa, 19 listopada 2014

FOZZY - Do You Wanna Start a War (2014)

Męka to chyba dobre słowa, aby określić moją przygodę z nowym albumem Chrisa Jericho, znanego zapaśnika. Jego zespół o nazwie Fozzy sukcesywnie bez większych przeszkód wydaje kolejne albumy i właściwie co dwa lata coś się ukazuje. Gorzej już z poziomem prezentowanej muzyki. „Do You Wanna Start a War” to już 6 album Fozzy i to bardzo dobry wynik.

Wszystko jest tutaj nie tak. Okładka zbyt kiczowata i bez wyrazu. Brzmienie zbyt tandetne i pozbawione ikry. Kompozycje rozwleczone i bez mocy, bez energii. Nawet same pomysły na kompozycje chybione. A wszystko miał zatrzeć nowoczesny wydźwięk i bardziej corowe elementy. Nie zadziała ta sztuczka. Gdyby płyta była zagrana w bardziej klasycznym stylu tak jak „Brides of Fire” to byłoby to znacznie ciekawsze i bardziej przyjazne dla innych słuchaczy. A tak mamy papkę nowoczesnych riffów i ostrego grania, z którego nic nie wynika. Nawet wokal Chrisa jest na tym albumie jakiś taki sztuczny i mało autentyczny. Jest trochę elektronicznych elementów, które już zrażają podczas otwieracza „Do you wanna start a war”. Ani to melodyjne, ani oryginalne. „Bad Tattoo” to kolejny dowód, że nie znajdziemy tutaj ciekawych melodii czy godnych uwagi riffów. Nie ma przyjemności z słuchania takich kompozycji tworzonych na siłę i bez przekonania. Nawet zwolnienie w „Die with You” nie wychodzi na dobre zespołowi. Nie ma klimatu ani czegoś godnego zapamięta. W taki o to sposób płyta się ciągnie, aż do coveru Abba w postaci „Sos”. Wyszło to poprawnie, choć najlepsze covery nagrywał At Vance.

Fozzy spełnił wymogi kontraktu i nagrał kolejny album w bardzo szybkim czasie. Słychać, że płyta nagrana na siłę i bez większego wkładu muzyków. To wszystko już było i to w lepszej jakości. Wciąż nie potrafię się przekonać do muzyki Fozzy i z każdym albumem staje mi się jego muzyka co raz bardziej obojętna. Ale może to nie ze mną coś nie tak tylko z tym jaki materiał dostarcza nam zawodnik wrestlingu.

Ocena: 2.5/10

P.s Recenzja przeznaczona dla magazynu HMP

poniedziałek, 17 listopada 2014

LORD SYMPHONY - Bharatayudha Part1 (2010)

Wiele płyt power metalowych w tym roku zasługuję na uwagę, wiele wciąż brzmi świeżo i nie nudzi się nawet po dłuższym czasie. Tak też jest z nowym Lord Symphony. Jednak warto wspomnieć, że kapela gra od 2005r, a swój debiut w postaci „Bharatayudha Part1” wydali w 2010r. Wiem, tytuł jest straszny i bardzo odstraszający, zresztą podobnie jak kraj z którego pochodzą. Bo nie często spotyka się kapelę z Indonezji co gra power metal. Jednak mimo tych kwestii chciałem wiedzieć, czy na debiucie też grali na takim wysokim poziomie co na „The Lord's Wisdom”.

Chęci były, pomysł był, jednak wszystko nie poszło po ich myśli. Debiut przejawia cechy grania amatorskiego, nieco chaotycznego i mało treściwego. Słychać, że muzycy nie byli pewni swoich umiejętności i to odbiło się na jakości prezentowanej muzyki. Tobias Derisian pełnił jeszcze rolę wokalisty i to z nim nagrano debiut. Słychać, że daleko mu do Arifa. Co z tego że wyciąga wysokie rejestry, jak brzmi to irytująco, że nie wspomnę o technicznym aspekcie. Brzmienie też pozostawia wiele do życzenia. A okładka to taki gwóźdź do trumny. Wszystko to co znajdziemy na „The Lords Wisdom” na debiucie już nie uchwycimy. Płyta jest niedopracowana i pełna błędów. Można jednak w gąszczu tych wad dostrzec trochę plusów. Zespół gra power metal z domieszka rodzimych patentów, co daje pewien specyficzny wydźwięk ich muzyki. Daje to się we znaki za sprawą takich kompozycji jak „Kurawa” czy „Perjamuan Terakhir”. Zespół chciał urozmaicić materiał, co raczej wygląda jak podział dobre utwory i gnioty. Do tych dobrych można zaliczyć „The Jealousy”, który jest może zbyt długi i przekombinowany, ale ma przedsmak tego power metalowego łojenia, które zespół zaprezentował na tegorocznym „The Lords Wisdom”. Ten ich specyficzny styl dobrze oddaje „Beauty within The War”. Uciążliwe tez staje się na dłuższą metę to, że zespół dostarcza nam długich kolosów. To że mało atrakcyjnych i na jedno kopyto to już swoją drogą.

Sporo zmieniło się od czasów debiutu. Jest spora różnica między tymi dwoma albumy i „The Lords Wisdom” to power metal wysokich lotów, stworzony przez doświadczonych muzyków, którzy chcą namieszać na rynku. Tutaj debiut brzmi jak dzieło wystraszonych małolatów, którzy nie potrafią zarejestrować ciekawych kompozycji, a wszystko zdominował chaos. Płyta skierowana tylko do tych, których interesuje geneza Lord Symphony.

Ocena:4/10

P.s Recenzja przeznaczona dla magazynu HMP

niedziela, 16 listopada 2014

ASTRALION - Astralion (2014)

Nadszedł najwidoczniej dzień, w którym takie tuzy jak Sonata Arctica, Stratovarius, czy Freedom Call mogą śmiało iść na emeryturę. Sukces Victorious i teraz debiutującego Astralion, tylko potwierdzają, że młode, głodne sukcesu kapele mają więcej do powiedzenia niż te bardziej znane formacje, które zabawiają nas od lat. Fiński Astralion wyróżnia się na tle innych tym, że jest w nich iskra, jest pomysłowość i chęć zwojowania świata. Ten zespół ma potencjał by być kolejną gwiazdą melodyjnego power metalu, mocno zakorzenionego w latach 90. Do sukcesu sporo przyczynili się wokalista Ian Highhill i basista Krister Lundell, którzy dali się poznać w znakomity Olympos Mons. Tamtej kapeli nie ma już od paru ładnych lat, tak więc dobrze że ci dwaj muzycy znaleźli nowy dom. Astralio gra równie przebojowy, energiczny power metal co właśnie przed laty Olympos Mons. Na styl tej formacji składa się szybkie tempo, duża dawka melodyjności, którą podkreśla klawiszowiec Thomas Henry. Zwłaszcza może się podobać układ między Thomasem a gitarzystą Henkiem. Ciekawe pojedynki, rozpędzone, energiczne solówki i mocne riffy, które oddają to co najlepsze w tym gatunku. Zresztą sam otwieracz mówi wszystko o stylu tej kapeli. „Mysterious & Victorious” to najlepszy hołd dla Sonata Arctica, Stratovarious i Freedom Call jaki słyszałem wciągu ostatnich lat. Idealny utwór, który mimo swojego oklepanego motywu robi niesamowite wrażenie, że wciąż można jeszcze grać w taki sposób power metal. „The Oracle” bardziej marszowy, bardziej rycerski, z nutką Hammerfall. Kolejny hit odnotowany. Ze słodkością zespół przedobrzył w „At The Edge of The World” i dyskotekowe klawisze nie działają tutaj korzystnie. Nie zabrakło też miejsca na bardziej stonowane motywy i klimatyczny „We all made Metal” robi tutaj bardziej za metalowy hymn. Może nieco inny utwór, ale wciąż mamy wysoki poziom. Ian Highhill najbardziej sprawdza się w power metalowych petardach pokroju „Black Sails”, radosnego „Computerized Love”, czy Helloweenowym „Five Fallen Angels”. Jak to bywa na tego typu płytach nie zabrakło kolosa trwającego przeszło 10 minut ani ballady. „Last man on Deck” może i zbyt długi, ale dzieję się tutaj całkiem sporo, tak więc nie ma co narzekać na nudę. Nawet i ballada „To Isolde” broni się, choć nie jest to dzieło, które wzrusza i zapada w pamięci. Jakby nie patrzeć jest to poukładany album, który jest urozmaicony i naszpikowany przebojami. Można od samego początku poczuć klimat lat 90, a także to co najlepsze w twórczości Sonata Arctica czy Freedom Call. Ten zespół namiesza na rynku muzycznym, tylko trzeba uważnie śledzić ich twórczość.

Ocena: 8.5/10

sobota, 15 listopada 2014

EVIL CONSPIRAACY - Prime Evil (2014)

Diabeł i zło dobrze się sprzedaje w metalowym świecie i nic dziwnego że to przewija się w muzyce Evil Conspiracy. W końcu początkująca kapela też musi jakoś pozyskać słuchaczy. Ten szwedzki zespół muzycznie przypomina nieco Persuader, Skinner, czy Helstar. Nie jest to ten typ power metalu, który cechuje się słodkością i melodiami, które od razu nas zachwycają. Kto lubi mocne granie, ciężkie riffy, mroczny klimat i przybrudzenie brzmienie ten powinien zainteresować się Evil Conspiracy, zwłaszcza że w tym roku wydali swój debiutancki album „Prime Evil”.

Nie jest to nic czego wcześniej już słyszałem. Nawet na to się nie nastawiałem. Dostałem porządny heavy/power metal, w którym liczy się ciężar i agresja. W drugiej kolejności jest mroczny klimat, a potem cała reszta. Plusem jest to, że zespół zadbał o podłoże techniczne. Wszystkie partie instrumentalne są mocne, soczyste i solidnie zaaranżowane. To jest mocna strona tego albumu. Również spory wkład w całość ma wokalista Frederik który brzmi nieco jak Norman Skinner. Wokal bardziej drapieżny, nieco momentami trochę thrash metalowy, ale pasuje do tego co zespół gra. Choć gitarzyści starają się jak mogą, to jednak brakuje mi ognia, brakuje mi szybkości i werwy. Taki „7-2” czy posępny „Father of Lies” pokazuje jak wiele nauki jeszcze przed zespołem. Największą ozdobą tej płyty są takie petardy jak znakomity otwieracz „Rule The Ruins”, toporniejszy „Prime Evil” czy przebojowy „Fallen from The Sky”. Są wzloty i upadki, a to potwierdza nierówność materiału, a szkoda bo jest kilka mocnych momentów.

Co by nie napisać o tej płycie to i tak jest to płyta, którą bez problemu można posłuchać, a przy okazji może coś zapaść w pamięci. Zabrakło weny, bardziej przemawiających motywów i zgranego materiału. Może następny album pokarze co ten zespół jest warty? Zobaczymy.

Ocena: 5.5/10

RATED X - Rated X (2014)

Nie ma póki co reaktywacji Rainbow, nie ma solowego albumu Joe Lynn Turnera, ale jest za Rated X. Kolejny projekt muzyczny, czy też zespół, w którym kluczową rolę odgrywa Joe Lynn Turner. Jest też perkusista Carmine Appice, basista Tony Franklin, oraz gitarzysta Carl Cochran, który z Turnerem już współpracował. Ta grupka doświadczonych muzyków połączyła siły, aby nagrać album oddający piękno lat 80, by przypomnieć stare dobre czasy Rainbow i Deep Purple. To właśnie znajdziemy na debiutanckim albumie Rated X zatytułowanym po prostu „Rated X”. Klimat Deep Purple zapewnia klawiszowiec Alessandro Del Vecchio. Konstrukcja utworów, dobór riffów, styl wykonania oraz to w jaki sposób wygrywa swoje partie Carl to wszystko sprawia, że muzyka Rated X spodoba się fanom twórczości Joe Lynn Turnera, Raibow czy Deep Purple. Mamy tutaj do czynienia z hard rockiem przesiąkniętym latami 80. Brzmienie trochę za mocne, trochę zbyt nowoczesne, jak na to co zespół gra, ale można je zaakceptować. Nie wypałem i odstraszaczem w przypadku tej płyty jest paskudna okładka, która przypomina oczywiście Giant X. Muzyka na szczęście jest o wiele ciekawsza. Otwarcie albumu w postaci „Get Back My Crown” to taki typowy, mocny kawałek, który daje kopa. Słychać oczywiście Rainbow i Deep Purple, a to nie powinno dziwić. Do promocji wybrano przebojowy „This is who I Am” i to był strzał w dziesiątkę. Stonowany, ale jakże rytmiczny kawałek, który zabiera nas do najlepszych lat Rainbow oczywiście z okresu komercyjnego. Joe Lynn zawsze pasował do łagodniejszych, rockowych kawałków, tak więc nie dziwi mnie taki romantyczny utwór jak „Fire and Ice”. Dalej mamy żywszy, bardziej energiczny „I dont Cry no more”. Tutaj dostajemy jakże udany i pomysłowy motyw, który od razu rozgrzewa do czerwoności. Ciekawym utworem jest ponury „Lhasa”, który trwa przeszło 7 minut. Kawałek zaskakuje klimatem rodem z Black Sabbath i rozbudowaną formą. Z całej płyty wyróżnić należy jeszcze szybszy „Peace of Mind” no i ostrzejszy „Stranger in us All”, który ma taki tytuł jak ostatni album Rainbow. Cała płyta jest dobra, ale brakuje geniuszu, brakuje zrywu i takiego czegoś zaskakującego. Chciałbym, że cała płyta była tak energiczna jak „On The Way to Paradise”. Najlepszy utwór na płycie i taki zagrany z pomysłem i przekonaniem, że można dosięgnąć tęczy Blackmore'a. Kto wie może kolejny album będzie ciekawszy? Albo po prostu sen stanie się rzeczywistością i Rainbow powróci w glorii i chwale? Bardzo bym tego chciał.

Ocena: 7/10

czwartek, 13 listopada 2014

SKULL & BONES - The Cursed Island (2014)

Boom na piracki heavy metal trwa i chyba tak szybko nie zniknie. Był Arondight, Running Wild, ostatnio pojawił się Blazon Stone i Kingdom Waves. Do tego grona w tym roku dołącza Argentyński Skull & Bones. Ta młoda formacja bierze na tapetę historie związane z piratami. Te prawdziwe, jak i te które zostały owiane mitem. To wszystko jest wypełnione epickim power metalem z domieszką folk metalu. Czy to już nie czyni debiutancki album „The Curse Island” prawdziwym skarbem dla fanów Alestorm, Running Wild czy Kingdom Waves?

Właściwie każdy wie czego można się spodziewać od takiej płyty. Dobrej zabawy, radości, chwytliwych melodii, pirackiego klimatu i tych ich rozpoznawalnych chórków. Wszystko się przewija w muzyce Skull & Bones, lecz jest to przede wszystkim kapela heavy metalowa. Power metal jest tutaj dodatkiem, zresztą jak elementy symfoniczne czy folkowe. Mają one jednak znaczenie, bo właśnie to dzięki nim płyta ma taką przestrzeń, taką przebojowość i bije z niej taka radość. Nadaje to płycie odpowiedniego klimatu, co sprawa że płyta brzmi autentycznie i możemy identyfikować się z tym pirackim światem. Znakomitą prezentację tego albumu robi już sama okładka. Udało się tutaj zawrzeć przede wszystkim klimat pirackich opowieści. Jest wyspa, jest pirat i morze, czyli wszystko to czego trzeba. Płyta została wydana o własnych siłach przez zespół. Może brzmienie tutaj nie jest najwyższych lotów, ale przynajmniej wpasowuje się w riffy i metalową konwencję. Wszystko w tym zespole kręci się właściwie wokół gitarzysty Tomasa Vaga i wokalisty Franco Tempesta. Obaj są filarami muzyki Skull & Bones. Tomas wygrywa sporo udanych riffów i można go pochwalić za sporą dawkę szybkich, energicznych solówek i riffów. Nie jednemu momentami na myśl przyjdzie Running Wild. Znakomicie też dopasowano wokal Franco, który ma w sobie coś z prawdziwego kapitana. Pierwsze minuty spędzone z takimi kawałkami jak „The Chest Of Billy Bones” i „Ready for Quest” sprawiają że nabieramy pewności co do kapeli, ale też upewniamy się, że nie tylko nazwa nawiązuje do Running Wild. Dużo intr na tej płycie i taki „Set Sail” to plagiat Running Wild w pełni. Nie przeszkadza mi to w żaden sposób. „Rum For The Crew” też nie szczędzi zapożyczeń z Running Wild. Znakomicie tutaj wplątano folk i power metal. Im dalej w las tym więcej hitów i „Long John Silver” wyróżnia się pirackim refrenem i bardziej wyeksponowanymi klawiszami. Klimat „Death & Treasure” przypomina mi ten z albumu Kingdom Waves. Brzmi to jak piracka opowieść aniżeli stricte utwór muzyczny. Końcowa faza płyty nieco mniej emocjonująca, ale na pewno warta uwagi.

Gdyby dać tak lepsze brzmienie i nieco dopracować niektóre utwory to można by dyskutować o naprawdę znakomitym albumie. Tak pozostaje niedosyt. Skull & Bones jednak pokazał, że zapał, chęć do grania i pomysłowość może przynieść pożądany efekt. Miło jest widzieć, że kolejny zespół nawiązuje do Running Wild, że tematyka piratów nie jest w pełni wyczerpana, co mogłoby zwiastować ich skromna liczba na ostatniej płycie Rock'n Rolfa.

Ocena: 8/10

wtorek, 11 listopada 2014

STEEL KINGDOM - My Illusion (2014)

Bo amerykańskiego heavy/power metalu nigdy za wiele. W tym roku gatunek power metal jest obfity w bardzo dobre albumy i nawet mało znane kapele, lub te debiutujące radzą sobie całkiem dobrze, nie zostawiając konkurencję daleko w przodzie. O Steel kingdom pewnie nie wielu słyszało i w sumie nic dziwnego. Nagrali w 2008 r debiutancki album i teraz po 6 latach przerwy powrócili z nowym albumem, który nosił tytuł „My Illusion”. Nie jest to stricte amerykański power metal o jakim myślimy. Zresztą czy ta okładka może kłamać?

Już patrząc na okładkę, można wydedukować, że będzie to raczej materiał przesiąknięty włoskim power metalem spod znaku Dragonhammer, czy niemieckim spod znaku Helloween. Może nie do końca tak jest, bowiem w muzyce Steel Kingdom można bez problemu doszukać się progresywnego grania, a nawet heavy metalu, co zresztą znajduje potwierdzenie w „I Reveal”. Gdyby tak zagłębić się w to co gra zespół to byłoby to znacznie trudniejsze. Nie tylko jest tutaj power metal, a jak już jest to też nie jest dominujący. Pojawia się przede wszystkim w znakomitym, rozpędzonym „Introlerance” czy ostrzejszym „Led Stray”. Jednak często pojawiają się wątpliwości. „Another Voice” już daje do myślenia i gdybania. Jest tutaj progresywność, a nawet coś z rocka. Zespół nie boi się eksperymentów, co słychać w dość przekombinowanym „Isolation”. Najwięcej emocji wzbudza bez wątpienia „Passive „Restrains”. Nie jest to do końca metal, ani rock. Ciekawa mieszanka, nie tylko różnych patentów, ale też różnych nastroi. Ten utwór to też niezbity dowód, że zespół grać potrafi, a gitarzyści Mike i Jeff to potęga tego zespołu. Jest czym się zachwycić, a to już połowa sukcesu.

Nieco nie równy materiał, brak hitów to największa bolączka tego albumu. Nie brakuje mimo tego ciekawych momentów i właściwie jest to album który miło się słucha. Jednak za parę miesięcy już nikt nie będzie pamiętał o tej płycie. Tak, więc tylko dla zagorzałych fanów tego gatunku.

Ocena: 5/10

poniedziałek, 10 listopada 2014

HEROES OF VALLENTOR - The Warriors Path part I (2014)

Lonewolf każdy zna i lubi. To w takim przypadku oswoić się z szwedzkim Heroes of Vallentor nie będzie problemu. Istnieją od 2003 r, ale na pierwszy album musieliśmy cierpliwie czekać do października tego roku. Jednak nie był to czas stracony, a zespół nagrał znakomity debiut „The Warriors Path part 1”. Szwedzka kapela swój styl określa jako epicki heavy metal i jest to trafne określenie tego co gra ten młody band. Nie boją się wykorzystać patenty Running Wild, Manowar, Judas Priest, Saxon, czy Iron Maiden. Kolejnym symptomem, który zbliża nad do tych kapel to bez wątpienia wokalista Lars ma głos w którym jest coś z Roba Halforda, coś z Atilly z Powerwolf, ale również kłania się maniera frontmanów Sabaton i Lonewolf. Tak więc jest to rasowy heavy metalowy wokalista, który idealnie pasuje do instrumentalnej otoczki. Kiedy przyjrzymy się dokładniej temu w jaki sposób konstruuje utwory, jak dobiera melodie to można również dostrzec to jaki wpływ miały powyższe zespoły, które przytoczyłem. Jednak urok Hereos of Vallentor tkwi w tym, że nie kopią nikogo, stara się być sobą, tworzyć własny materiał, a przy tym wkładają sporo serca i słychać że ich muzyka jest szczera, radosna. Do tego wyróżnia się pomysłowością i energią. Zespół wiedział jak przykuć uwagę, tych co o nich nie słyszeli. Dobrali klimatyczną, epicką okładkę, z której można łatwo wyczytać co zespół gra. Kolejną rzeczą, która również na samym wstępie potrafi zaskoczyć to brzmienie. Jest przybrudzone i takie wykreowane na wzór albumów Lonewolf czy ostatniego albumu Judas Priest. Na etapie już można wystawić zespołowi ocenę maksymalną. Jednak to tylko przystawka, rozgrzewka przed prawdziwą ucztą jaką jest materiał. Jak przystało na epicki heavy metal mamy intro w postaci „The Quest”. Jest podniosłość, epicki klimat i wprowadzenie w cały album. Tak, po takim wejściu czeka się na pozostałą część płyty, na dalsze losy historii. W „Warriors Path” dostajemy mocny riff, wokalne popisy rodem z Judas Priest czy Lonewolf, ale najbardziej przykuwa uwagę urozmaicenie i złożone partie gitarowe Larsa i Calle. To dzięki nim płyta dostarcza tyle emocji i jest naprawdę w czym wybierać jeśli chodzi o ciekawe solówki i riffy. „The Questing Nights Vow” jest już bardziej speed metalowy, tak więc co niektórzy dostrzegą podobieństwo choćby z Stormwarrior no i właśnie Lonewolf. Bojowy refren, znakomicie podkreśla rycerski klimat utworu. W mocniejszym, agresywniejszym „Lord Of Fire” zespół pokazuje przede wszystkim jak łatwo przychodzą im przeboje i to że Judas Priest ma na nich spory wpływ. Marszowy, epicki „Vengeance” to hołd dla epickiego heavy metalu spod znaku Manowar czy Sabaton i w takich klimatach Szwedzi również się sprawdzają. Kolejny killer zaliczony, a przecież to jeszcze nie koniec płyty. Klimaty Manowar kłaniają się w energicznym „Knights of Death”, ale nie tylko. Tutaj zespół ociera się nawet o speed/power metal i wychodzi im to naprawdę dobrze. Nawet niemiecka toporność rodem z Grave Digger znalazła się w tym utworze. „Hawktalon” to kolejna szybka petarda, która sprawia że serce bije szybciej. Na szczególną uwagę z pewnością zasługuj spokojny, klimatyczny „The Forlorn Watchman”, w którym można doszukać się zapożyczeń z Blind Guardian czy Running Wild. Więcej klimatów pirackiego Running Wild można uświadczyć w energicznym „We Will Fight with Courage” Całość podsumowuje melodyjny „The Sword of Heroes” , który podkreśla ile zespół jest wart i jaki reprezentuje ich debiutancki album. Jedna z ciekawszy pozycji w kręgu epickiego heavy metalu. Polecam!

Ocena: 10/10