niedziela, 26 czerwca 2022

MUNICIPAL WASTE -Electrified Brain (2022)

Pozycja amerykańskiego Municipal Waste na rynku muzycznym nie jest zagrożona. To jeden z bardziej doświadczonych zespołów, które dzielnie reprezentują klasyczny thrash metal. Każdy kto lubi muzykę w stylu Anthrax,  Gama Bomb czy Havok ten bez wątpienia po lubi twórczość tej formacji. Obecnie band powrócił z nowym albumem i "Electrified Brain" to już 7 album w ich dyskografii i tylko umacnia ich pozycję.

Obyło się bez niespodzianek. Dostajemy tutaj rasowy thrash metal, w którym nie brakuje zadziorności, pazura, agresji, ale też i dobrych melodii. Wszystko przemyślane i poukładane. Piękna okładka, który nieco przypomina mi okładkę Iron Maiden z czasów "siódmego syna"  i do tego mocne, dobrze wyważone brzmienie. Wszystko znakomicie współgra. Mocnym atutem amerykanów jest wokalista Tony Foresta, który od lat jest motorem napędowym zespołu. To on nadaje charakteru całości. Z kolei Nick i Rayn odpowiadają za odpowiednie tło. Tym razem grają klasycznie i nie ma eksperymentowania. Mam jednak pewne zastrzeżenie. 14 utworów całość trwa 33 minuty i szkoda że panowie poszli w dużą ilość krótkich kawałków. Najdłuższy utwór liczy 3minuty i to trochę śmieszne zjawisko.

Zawartość jest mocna i to trzeba przyznać. Już na wstępie atakuje nas "Electrified Brain" i tutaj mimo mocnych dźwięków pojawiają się myśli, że coś za krótko trwa ten utwór. Jakby ktoś specjalnie uciął. Klasycznie brzmi też zadziorny "Demoralizer" i to jest thrash metal jaki kocham. Słychać w tym wszystkim echa lat 80 czy 90. Taki rozpędzony "Last crawl" zaspokoi maniaków kreator czy Exodus. "The bite" trwa troszkę ponad minutę i szkoda, bo mógł trwać znacznie dłużej. Rzeczywiście "High speed steel" to uczta dla maniaków starego dobrego speed metalu. Główny riff to prawdziwa petarda i sam kawałek niesie sporo energii. Jest jeszcze punkowy "Crank the heat", czy niezwykle melodyjny "restless and wicked". kolejne szybkie i treściwe killery to "berreled rage" czy wieńczący płytę "paranormal janitor".

Bardzo udany album, ale to było do przewidzenia kiedy płytę wydaje Municipal Waste. Jest klasyczny thrash metal z ciekawymi riffami i melodiami. Troszkę zmieniłbym konstrukcję samego albumu i pokusił się o bardziej zróżnicowany materiał. Nie jest źle i naprawdę dobrze się tego słucha. Warto posłuchać jak brzmi ten doświadczony band, po niemal 21 latach działalności.

Ocena: 8.5/10

ALESTORM - Seventh Rum of a seventh rum (2022)


 "Curse of the crystal Coconut" to był nie wypał jeśli chodzi o dokonania Alestorm. Zbyt śmieszny, zbyt dyskotekowy i kiczowaty jak na mój gust. Nie liczyłem, że Christopher Bowes tak szybko zrekompensuje ten wypadek przy pracy. Po dwóch latach przerwy brytyjski Alestorm powraca z nowym albumem i "Seventh Rum of The Seventh Rum" to jeden z ich najlepszych albumów.

Powraca radość i ciekawe pomysły, a przede wszystkim dobra muzyka. Cieszy piękna okładka i tytuł, który nawiązuje do twórczości Iron Maiden. Tym razem Christopher przysiadł do kompozycji i stworzył materiał, który może rywalizować z najlepszymi płytami Alestorm. Jest dużo humoru, radości, chwytliwych melodii, a przede wszystkim to folk power metal pełna gębą. Christopher to jednak specjalista od pirackiego metalu. 


42 minuty świetnie wywarzone materiału znajdziemy na płycie i to jest 100% alestorm. I to wszystko za co ich pokochaliśmy. Taki otwieracz "megallans Expedition" to rasowy otwieracz Alestorm. Jednak jest coś więcej. Jest pazur, jest energia i epicki refren. Alestorm powraca w wielkim stylu. Dalej mamy przebojowy i pełen energii "the battle of cape fear River". Znowu mamy piracki refren i sporo ciekawych motywów.  Brzmi to naprawdę świetnie. Niby kiczowate jest "Cannonball" ale to jeden z największych hitów na płycie i główna melodia po prostu wymiata. Dyskotekowy "p.a.r.t.y." też  zalatuje kiczem, ale to taki piracki odpowiednik beast in black. Radosny i bardzo przebojowy kawałek, który w pełni oddaje styl Alestorm.  W podobnych klimatach mamy "Under blackened banners" który znów wprowadza dyskotekowe melodie. Nieco odświeżona formuła alestorm, ale swój charakter zachowali. Kolejny killer na płycie to bez wątpienia tytułowy "Seventh Rum of a seventh Rum". Znakomita mieszanka folk metalu i power metalu. Christopher potrafi stworzyć prawdziwa perełkę. Jest jeszcze radosny i nieco kiczowaty"come to brazil" i killer w postaci "return to torruga".

Wyszedł tym razem mega przebojowy album, który opiera się na folkowych melodiach, pirackim klimacie i mocnych riffach. Alestorm troszkę odświeżył formule, pokazał że i nieco dyskotekowe dźwięki pasują do muzyki Alestorm. Christopher wie jak nagrać świetny album i nowy Alestorm jest tego świetnym przykładem. Nie wiem jak wy, ale ja świetnie się bawiłem. Jeden z najlepszych albumów Alestorm i taka jest prawda. 

Ocena 9. 5/10

sobota, 25 czerwca 2022

VICTORIUS - Dinosaur Warfare pt 2 : The great Ninja War (2022)


 W każdy z nas drzemie coś z dziecka. Lubimy wracać do mangi typu Dragonball, komiksów, seriali czy bajek z dzieciństwa. Czemu nie wykorzystać tego tematyki w muzyce? Pomysł może nie jest zły, bo przecież taki Animetal Usa pokazał, że można. Niestety można ponieść też klęskę co pokazał Dragonforce na swoim ostatnim krążku. Niemiecki Victorius też poszedł w tym kierunku i ich "Space ninjas from Hell" czy wreszcie mini album "Dinosaur warfare" to taki słodki power metal, w którym wymieszane są patenty Freedom Call, Hammerfall z właśnie wesołkowatym Dragonforce czy Helloween. Nic w tym złego, o ile pomysły i sama muzyka są świetne i przemyślane. Victorius ostatnio pokazał, że można tak brzmieć. Nowy album "Dinosaur warfare pt 2: the great war" to kontynuacja stylu wypracowanego na poprzednich płytach. Power metal dla dzieci? Nie dajmy się ponieść też emocjom.

Skład bez zmian, ale to nie dziwi bo band znakomicie funkcjonuje. Jak zawsze miło jest posłuchać poczynienia gitarzystów. Dirk i Flo stawiają na klasykę i chwała im za to. Wizytówka Victorius od samego początku jest głos Davida Babina. Lata lecą, a on wciąż zachwyca swoim niesamowitym głosem. O to chodzi w power metalu. Dla jednych wstyd jest słuchać tam slodkiego, może dziecinnego power metalu. Jednak ten gatunek zawsze był tak oceniany. Czy freedom call, trick or treat czy wczesny helloween nie były wysmiewane? Póki są ciekawe melodie, energia i masa hitow to ja idę w ten lukrowy świat Victorius. Dobrze jest być znów dzieckiem. Przednia zabawa. 


Już na wstępie dostajemy dwa świetne killery. "Victorius dinogods" to może i kiczowate i banalny power metal, ale szybko wpada w ucho i ja to kupuje. Panowie dobrze się czują w tej stylizacji i słychać że to nie kreowanie czegoś na silę. Przebojowy "mighty magic mammoth" niszczy chwytliwym i wciągającym refrenem. Panowie dają tu czadu i nic dziwnego że wybrano ten kawałek na singiel. Echa stratovarious słuchać w energicznym "Jurasic jetfighters". Kolejny killer to "Dinos and dragons" który również promował album. Słychać tu coś z Hammerfall czy Bloodbound. Znów atakuje nas prosty i mega przebojowy refren. Jest moc. Ciekawie wypada marszowy "Katana kingdom rising" i znów band błyszczy. Cały czas jest przebojowo i każda melodia jest bardzo chwytliwa. Czy szybki "god of roar" czy "triceps  ceratops". Jest kicz, ale wszystko to co najlepsze w słodkim power metalu.  Z kolei taki "tyrannosaurus steel" czerpie garściami z Hammerfall, powerwolf czy rhapsody. Niezwykle podniosły kawałek. Wesoły "powerzord" idealnie wieńczy płytę. Brakuje może większego urozmaicenia, może jakiejś ballady, może jakiegoś kolosa, ale widać taki miał być ten album. 

Victorius idzie w zaparte i dalej chce zabawiać wesolkowatym power metalem z dziecinnymi tekstami. Czasami trzeba też się zabawić i oderwać od szarej rzeczywistości. Ta płyta sprawdza się idealnie. Znów czuje się jakbym miał 10 lat. 

Ocena :9/10

wtorek, 21 czerwca 2022

VYPERA - Eat Your Heart Out (2022)


 Vypera to kolejny młody band, który próbuje swoich sił w muzyce. Ten szwedzki band, który powstał w 2016 r i postanowił podbić rynek hard rocka i heavy metalu. Na pewno dwie rzeczy przyciągają uwagę, jeśli chodzi o ich debiutancki album zatytułowany "Eat your heart out". Po pierwsze album ukazał się pod skrzydłami wytwórni Frotniers Records, która ma intuicję do wydania ciekawych płyt. Druga ważna rzecz, to fakt, że nad całością czuwał Ced Forsberg. Każdy kto lubi muzykę w stylu Dokken,Helix,czy Wasp, ten z pewnością szybko przekona się do debiutu tej kapeli.

Okładka nie wiele zdradza, ale zapada w pamięci. Brzmienie na płycie też jest z górnej półki. Pozwala uchwycić klimat lat 80 i podkreślić talent muzyków. Panowie mają pomysł na siebie i w efekcie powstał ciekawy materiał, który zabiera nas faktycznie do najlepszych płyt hard rockowych z lat 80. Mocnym punktem Vypera jest bez wątpienia wyrazisty i emocjonalny wokalista Andreas Wallstrom. Kawał dobrej roboty robi gitarzysta Christoffer Thelin, który stawia na sprawdzone patenty i klasyczny wydźwięk. Całość brzmi jakby została nagrana lata temu.

Band zaczyna z grubej rury, bo otwieracz "Slow Me down", nie cechuje się z pewnością wolnym tempem. To soczysty heavy metal rodem z lat 80. Jest energia, klimat i duża dawka przebojowości. Brawo Panowie! Spokojnie, wręcz balladowo zaczyna się "Standing on the Edge", ale szybko przeradza się w prawdziwą ucztę dla fanów hard rocka. Brzmi to znajomo, ale słychać że panowie też sporo od siebie dają. "Sierra" to jeden z mocniejszych utworów na płycie i znów znakomicie uchwycono lata 80. Riff prosty, ale bardzo treściwy.  Band przyspiesza w "Rock'n Roll" i to też kawał świetnego heavy metalu. Co za energia i melodyjność bije z tego kawałka. Nie brzmi to jak utwór z roku 2022. Dalej jest równie ciekawie, bo pojawia się przebojowy "Danger" czy stonowany i pełen pazura "Straight for the kill". Warto też wspomnieć o dynamicznym "Cold As Ice".

Takich płyt jest pełno. Dużo powstaje teraz płyt w klimat lat 80, gdzie dochodzi do mieszania stylistyki hard rocka i heavy metalu. Nie wszystko jest dobre, a niektóre kapele przepadają. Tutaj jest inaczej. Drzemie ogromny potencjał. "Debiut" to słowo nie pasuje do tej płyty. Znajdziemy na krążku Vypera dobrze skrojony heavy metal z nutką hard rocka. Panowie nie kopiują kapele z lat 80, lecz brzmią jakby grali w tamtych czasach. Całość brzmi autentycznie i słucha się tego z wielką przyjemnością. Niby nic odkrywczego, a jest to muzyka prosto z serca dla miłośników heavy metalu lat 80. Czekam na kolejne płyty tej formacji, bo coś czuje że jeszcze nie raz nas zaskoczą. Gorąco Polecam!

Ocena: 8.5/10

niedziela, 19 czerwca 2022

ICONIC - Second Skin (2022)


 Iconic to kolejna supergrupa wykreowana przez wytwórnię Frontiers records. W skład jej wchodzą wielkie nazwiska z gatunku hard rocka. Jest gitarzysta Micheal Sweet z Stryper, jest również gitarzysta Joel Hoekstra z Whitesnake, na basie Marco Mendoza z Twisted Sister, perkusista Tommy Aldridge z Whitesnake. Na wokalu świetny Nathan James z Inglorious. Wpływy macierzystych kapel usłyszy na debiutanckim krążku "second skin" i wiecie co? To kawał dobrze skrojonego hard rocka. 


Od samego początku słychać, że tu nie grają wielkie nazwiska, a doświadczenie i pomysł na dobry hard rockowy materiał. Płyta jest pełna klasycznych dźwięków. Nie brakuje hitów czy ciekawych melodii. Jak przystało na płyty wydane przez Frontiers Records jest mocne, czyste i pełne klasy brzmienie. Jest też i przyciągająca uwagę okładkę. Muzyka w tym wypadku sama się broni.

Klasycznie brzmi otwierający "Run", który nawiązuje do twórczości Inglorious czy właśnie Whitesnake. Niby nic nowego, a dostarcza sporo frajdy.  Band potrafi zagrać troszkę szybciej i z pazurem co potwierdza to dynamiczny "Second Skin". Klimatyczny i bardzo romantyczny "All i need" to miły ukłon w stronę takich perełek od Whitesnake. W podobnych klimatach mamy "This way". Więcej hard rockowej zadziorności znajdziemy w "it aint over" czy "All about".

Jest klimat lat 80, doświadczeni muzycy i w efekcie powstał solidny album hard rockowy. Do geniuszu troszkę tej płycie brakuje. Troszkę za dużo takich romantycznych dźwięków, za mało kopa i hitów, który by rzuciła na kolana. Dobrze się tego słucha, a płyta jest przemyślana, tak więc nie ma mowy o klęsce. Brakuje mi "kropki nad i" i ostatecznego szlifu. Potencjał jest i zobaczymy czy ten band będzie z prawdziwego zdarzenia czy chwilową odskocznią dla tych wielkich muzyków od ich macierzystych kapel. Czas pokaże.

Ocena: 7/10

MAGICA - Luna Nebuna (2022)


 Szok i nie dowierzanie. Po 10 latach milczenia wraca jedna z potęg rumuńskiego heavy/power metalu czy Magica. Wydali kilka udanych płyt, nagrali ciekawy cover Running wild i potem przepadli. Co mają teraz do zaoferowania? Nowy album zatytułowany "Luna Nebuna" i tylko szkoda, że wszelkie oczekiwania mijają wraz z zapoznaniem sie z owym materiałem. Niestety, ale to kolejne tegoroczne rozczarowanie.

Co z tego że jest dalej ta sama wokalistka Ana Mladinovici i gitarzysta Bogdan? Co z tego że nawet trzymamy się stylistyki heavy/power metalu? Jak tu po prostu nie ma nic ciekawego, nic się nie klei. Mało spójny materiał, który nudzi. Już kiczowata okładka daje sygnał, że coś jest jednak nie tak.


"Luna nebuna" jako otwieracz nie spwdza się. Wieje juda i nawet warstwa instrumentalną jest bez mocy u wyrazu.  Troszkę lepszy jest "send me a sign", ale to 4 liga heavy/power metalu.  Dalej mamy nijaki "little girl" gdzie główny motyw gitarowy jest totalnie nie trafiony. Szukamy dalej jakiś plusów. Najciekawszy z całej płyty jest "you should have run". Coś w końcu zaczyna się dziać. Też jakieś plusy można znaleźć w melodyjnym "blind".


10 lat czekania i wydać takie coś? Ciężko napisać coś pozytywnego. Kapela która grać potrafi i ma swoje grono fanów marnuje swoja szanse na wielki powrót. Straszne nudy i nawet największemu wrogowi tego nie polecam. Zostań tylko nazwa Magica. Rozczarowanie roku? Bez wątpienia tak.

Ocena 2/10

sobota, 18 czerwca 2022

TUNGSTEN - Bliss (2022)


 Kiedy większość kapel kopiuje kogoś i czerpie garściami od starszych kolegów, tak szwedzki Tungsten idzie pod prąd i nie wybiera łatwej drogi. Trzeba mieć odwagę by mieszać patenty industrialne, folkowe z power metalem. Ten band pokazuje, że można i nie brzmi to wcale źle. Do tej pory potrafiłem się wgryźć w ich materiał dość w miarę szybko. Z trzecim albumem zatytułowanym "Bliss" który ukazał się 17 czerwca nakładem Arising Empire miałem troszkę problemów. Za dużo elektroniki i tych patentów industrialnych. Mimo tego warto dać szansę, bo być może to płyta właśnie dla was.

Przede wszystkim znów wielkie brawa dla zespołu za świetne, pełne dynamiki brzmienie i przepiękną okładkę frontową, która zdobi album. Wszystko pięknie, a jak sama muzyka?

No z tym różnie. Płyta wg mnie nie jest równa, Mamy hity, ale też momentami zalatuje kiczem. Sporą robotę robi wokalista Mike Andersson czy Karl Johannson, który odpowiada za harsh wokale, Jest urozmaicenie, jak i na poprzednich płytach, a gitarzysta Nick Johansson stawia na ciekawe melodie. Tylko nie zawsze wszystko jest takie piękne, jak to panowie przedstawiają.


Band potrafi łączyć różne światy muzyczne i efekt na pewno jest ciekawy. Nowy album stara się być bardziej mroczny. W muzyce Tungsten są też patenty klasyczne i to one są dla nie prawdziwa atrakcją. Kiedy wkracza otwieracz "in the center" to mam ciary. Nie pewny klimat, mocny riff i duża dawka nowoczesnego power metalu. Brzmi to ciekawie i jest powiew świeżości. Piękny i melodyjny "dreamers" momentami zalatuje Nightwish. Świetnie and tu wyważył przebojowość i delikatośćz power metalowa konwencją. Szlag mnie trafił przy "march along". Za dużo elektroniki i industrialnych patentów rodem z płyt Ramstein. No i taki kawałek zachwiał moja równowagę. Za dużo band tu przekombinował. Więcej klasycznego grania uświadczymy w nastrojowym "Heart of rust". Kolejny kiczowate i denerwujący utwór to "Come this way" i za mało tutaj power metalu, a za dużo industrial metalu. Tytułowy "bliss" przejawia więcej agresji i mrocznego klimatu. Utwór ma swój charakter i zapada w pamięci. Płyta ma dobre melodie i dobrym tego przykładem jest "afraid of light". Świetny refren, prosta i chwytliwa melodia i wyszedł killer. Tungsten to band z potencjałem i potrafią nie raz bardzo pozytywnie zaskoczyć. Power metal wybrzmiewa też w "eyes of the Storm". Niby nic odkrywczego, a jest radość z sluchania. 


"Bliss" to kontynuacja tego do czego przyzwyczaił nas Tunsten. Brawa ze maja swój styl i nie idą na ktwizne. Szkoda tylko że same utwory nie dopracowane. Najgorsze to te industrialne koszmarki. Płyta miewa sporo pozytywnych dźwięków, więc zasługuje na zaznajomienie się. Poprzednie albumy bez wątpienia robiły większe wrażenie. 

Ocena 6/10

SEVEN KINGDOMS - Zenith (2022)


 Długo kazał czekać seven kingdoms swoim fanom na nowy materiał. Ta amerykańska formacja działa od 2007r i póki co nie zawodziła swoich wyznawców i miłośników power metalu. Najnowsze dzieło zatytułowane "zenith" też nie zawodzi. 5 lat przyszło czekać fanom na piąty album tej grupy. Cieszy fakt, że skład i stylistyka bez zmian.

Na styl i charakter Seven Kingdoms spory wkład ma duet gitarowy Cruz/Byrd i panowie znakomicie się rozumieją. Wygrywają chwytliwe i wciągające riffy, nie brakuje też energicznych solówek. Wszystko rozegrane klasycznie i z dbałością o detale. Grać potrafią, to na pewno. Czasami może nie trafia do mnie dany pomysł, ale nowy album to znów dobry poziom partii gitarowych. Wystarczy odpalić taki "Diamond Handed", by zrozumieć o czym pisze.  Seven Kingodms nie byłby sobą gdyby nie charakterystyczna wokalistka Sabrina Valentine. Jej głos idealnie pasuje do takiego grania.  Drugi kawałek na płycie to zadziorny " A silent remedy" i od razu przypominają mi się złote czasy white Skull. Naprawdę dobrze się tego słucha. Nieco zwalniamy w spokojniejszym i nieco bardziej hard rockowym "Love Dagger".  Ciekawy klimat panuje w marszowym "Empty Eyes", ale już tutaj nieco band obniża poziom. Nieco słabszy moment płyty wynagradza nam przepiękny" Magic in the mist", który oddaje w pełni to co najlepsze w power metalu. Końcówka płyty jest na pewno bardzo udana bo pojawia się przebojowy "The water dance" czy bardziej agresywny "Life signs".

Seven Kingdoms znów nagrał solidny album z klasycznym power metalem. Niczym band nie zaskakuje i dostarcza nam sprawdzone patenty. Pojawiają się słabsze momenty, ale jako całość album wypada dobrze i zasługuje z pewnością na uwagę fanów power metalu. Kto lubi poprzednie płyty, to polubi i ten.

Ocena: 7.5/10

piątek, 17 czerwca 2022

CIVIL WAR - Invaders (2022)


 Kiedy w 2016r obeszła świat wiadomość że Nils Patrik Johansson opuszcza szeregi szwedzkiego Civil War. Był szok i nie dowierzanie, bowiem panowie razem stworzyli wielki zespół i wbili się do czołówki power metalu. Stając się lepsza wersja sabaton. Kelly Sundown Carpenter został następca Nilsa i od 2017 r jest ważnym ogniwem zespołu. Szybko rozwiał wątpliwości i nawet można rzec że wyniósł zespół na jeszcze wyższy poziom. Ten głos niszczy powala na kolana. W końcu to człowiek który śpiewał w Adagio czy Iron maska. Co ciekawe zespół opuścił w 2021 r gitarzysta rikard Sunden a jego miejsce zajął inny gitarzysta Sabaton, czyli Thobbe Englund. Ten nowy, odrodzony po 6 latach przerwy band powraca z 4 albumem zatytułowanym "Invaders". Znów prawdziwa uczta dla fanów power metalu jak i Sabaton. Jest jednak jedno ale...


Odziwo mimo zachwytów i euforii nowym składem, to muzycznie jest to najslabszy album Civil war.  Jest rozmach, świetne riffy i przeboje. Jest świeżość, a nie kopiowanie na siłę Sabaton. Panowie mają swoją ścieżkę. Niestety druga część płyty jest troszkę słabsza. Mamy nierówności i niedociągnięcia, ale to wciąż wysoki poziom. Dla niektórych wciąż nie osiągalny.


Piekna okladka, mocne i soczyste brzmienia to tym razem za mało żeby ukryć wady tego krążka. Single z tej płyty są genialne i stanowią ozdobę tej płyty. Pełen orientalnych dźwięków "Oblivion" jest zaskakujący i pełen świeżości. Pamiętam jakie wrażenie wywarł na mnie przed laty "dead Mans glory". Utwór niezwykle przebojowy i pełen odesłany fo sabaton czy wcześniejszych płyt civil war. No i ten Carpenter na wokalu. Co za popis swojego talentu. Jeden z najlepszych wokalistów na obecnym rynku. Można delektować się również energicznym "Invaders". Nie porwał mnie stonowany "Andersonville", który momentami przy nudzą. Słuchając "carry on" to miałem wrażenie, że leci battle beast. Nie jest to zły utwór, ale nie ma takiego pazura co choćby singlowe utwory. Mamy jeszcze 3 killery w klimatach sabaton i mowa tu o "battle of life", "soldier and kings" czy "warrior soul".  Świetne kawalki z mocnymi riffami i prawdziwym power metalowym kopem.  Oddaj one w pełni kunszt civil war.


6 lat przyszło czekać fanom Civil war na nowy materiał. Było dużo przeszkód, ale w końcu się udało wydać nowy materiał. To dalej civil war jaki kochamy z tymi podniosłymi refrenami i bojowym klimatem. Jest nieco słabiej niż na poprzednich, ale to wciąż wysoki poziom. Nie zawiedli i do tego nie próbują być klonem Sabaton, co się bardzo ceni. Brawo!


Ocena :9/10

JORN - Over the horizon Radar (2022)


 Choćby Jorn zaczął śpiewać do muzyki pop cyz pop rocka to i tak bym posłuchał jego płyt bo to jeden z najlepszych wokalistów stąpających po ziemi. Ta charyzmą i te emocje które zawsze potrafi przekazać to niezapomniane przeżycie. To jest prawdziwy mistrz. Ostatni album "life on death road" to jeden z najlepszych albumów jakie nagrał to też liczyłem po cichu, że i nowy album utrzyma wysoki poziom. Nowy album zatytułowany "over the horizon radar"  ukazał się 17 czerwca nakładem frontiers records. Ta wytwórnia ostatnio wydaje same świetne płyty z muzyką z pogranicza melodyjnego metalu i hard rocka. Tak też jest i tym razem. 


Skład tym razem również uległ zmianie. Został Del Vecchio na klawiszach i pwrskusiat Jovino. Pojawił się Adrian SB na gitarze, jest też basista Labyrinth czyli NIK Mazucconi. Najważniejsza informacja to taka ze wrócił gitarzysta Torę moren który przecież mocno ukształtował muzykę Jorna. Słychać te nawiązania do czasów "worldchanger", ale cieszy fakt że są też i patenty Masterplan czyy też klasycznych hard rockowych tuzów jak deep purple. Ogólnie płyta robi bardzo pozytywne wrażenie, choć na kolana nie powaliła swoją zawartością

Okladka trochę taka nie w stylu Jorna, natomiast brzmienie i ustawienie instrumentów to czysta perfekcja. Jorn od samego początku czaruje swoim głosem i to jest właśnie potęga jego głosu. Przepiękny jest tytułowy Over the horizon radar" i ten klasyczny riff rodem z lat 80 jest uroczy. Przypominają mi się złote czasy rainbow czy deep purple. No jest coś w tym kawalku, że na długo zostaje w pamięci. Dalej mamy " dead london" który wciaga intrygującym riffem i nieco progresywnym zacięciem. Niesamowity klimat panuje w złożonym "my rock and roll" i znów czuć klimat lat 80 i wpływy wielkich zespołów. Klasa sama w sobie i kawałek znakomicie wciaga w ten mroczny klimat. Klasyczny Jorn wybrzmiewa w melodyjnym "one man war" i znów niezła dawka emocji i klasycznego hard rocka. Te dźwięki po prostu płyną i traci się poczucie czasu. Proste motywy, ale właśnie takie są najlepsze.  Fani Masterplan pokochają taki zadziorniejszy "black phoenix" i to kolejny mocny punkt tej płyty.  Mocno wkręcił mi się "in the dirt" który też jest świetnym hołdem dla heavy metalu i hard rocka lat 80. Jest klasycznie i z pomysłem, a to przedkłada się na jakość.  Całość wieńczy perełka w postaci "Faith bloody Faith" z którą Jorn chciał wystartować w Eurowizji. Szkoda ze się nie udało, bo utwór jest mega przebojowy. Co za riff i co za refren. Prawdziwy hicior.

Czego mi zabrakło? Może kilka zrywów, może jakieś 2 petardy? Mimo że troszkę będę narzekał to i tak jest to jedna z najlepszych płyt Jorna i śmiało można ją polecić. Klasa sama w sobie, a przecież Jorn wie jak nagrać materiał w klimatach heavy metalu i hard rocka. Brawo Jorn i dziękuje za twój głos i muzykę.

Ocena : 8.5/10

wtorek, 14 czerwca 2022

GENGIS KHAN - Possessed by the moon (2022)


 Nic się nie zmieniło w muzyce włoskiego Gengis Khan. Panowie dalej grają solidny heavy metal, czerpiąc sporo z lat 80. Najnowsze dzieło zatytułowane "Possessed by the moon" to już ich 3 album, który potwierdza że band grać potrafi i jest to muzyka, która może się podobać. Nowy krążek podsumowuje to co Gengis Khan prezentował do tej pory. Obyło się bez niespodzianek i dostaliśmy solidny heavy metalowy krążek.

To jest płyta skierowana do poszukiwaczy czegoś świeżego czy pomysłowego. Band idzie utartymi szlakami i nie próbują nawet eksperymentować. Ich muzyka albo może się podobać albo i nie. Motorem napędowym zespołu są gitarzyści Mike i Nail, który stawiają na klasyczne rozwiązania. Dostajemy solidną porcję riffów i wpadających w ucho melodii. Brakuje może nieco agresji, jakiś świeżych pomysłów, który podniosły by wartość owej płyty. Troszkę słabszym ogniwem jest specyficzny wokalista Frank Leone. Jedynie co mi się podoba to że momentami brzmi niczym wokalista Powerwolf.

Klimatyczna okładka przyciąga uwagę i jest na pewno miłym dodatkiem. Brzmienie też nie zawodzi i bardzo dobrze współgra z zawartością. Na pewno furorę robi przebojowy "Possesed by the Wolf" i czy tylko ja tu słyszę nawiązania do Powerwolf? Kawał dobrej roboty. Rozbudowany i marszowy "In the name of glory"  też wypada całkiem przyzwoicie. Partie gitarowe są tutaj największą ozdobą. Dobrze wypada też energiczny "Extreme power" i podobne emocje wzbudza rozpędzony "Sandman". Do grona ciekawych kawałków zaliczyć warto "Long Live Rebels". Mocny riff robi tutaj robotę.

Jest sporo udanych utworów, ale są też i słabsze momenty, gdzie wkrada się rutyna i lekkie znużenie. Band grać potrafi i troszkę nie wykorzystuje swojego potencjału. Płyta niestety tylko dobra, ale  i tak zasługuje na uwagę fanów heavy metalu z nutką power metalu. Genghis Khan swoich fanów na pewno nie zawiódł.

Ocena: 7/10

sobota, 11 czerwca 2022

WIND ROSE - Warfront (2022)


 Nie, to nie jest recenzja gry komputerowej, chociaż okładka wiele na to wskazuje. Przyszedł czas na najnowsze dzieło włoskiej formacji Wind Rose, które nosi tytuł "Warfront". Nie miałem żadnych oczekiwań względem tej płyty, ponieważ od lat ta kapela reprezentuje średniej klasy power metal.  Jednak prezentowane single z nowej płyty zwiastowały jednak coś znacznie ciekawszego niż na ostatnich płyt. Odpaliłem płytę i wiecie co? Śmiem twierdzić, że to ich najlepszy album.

3 lata przyszło czekać fanom na nowy album i zespół nie zmarnował tego czasu. Dopracował swój materiał, dopracował swój styl i teraz już nie ma miejsca na fuszerkę i zgrzyty. W końcu jest radość z słuchania ich muzyki. Nie tylko pojawiają się ciekawe melodie i wyraziste riffy, ale jest rycerski klimat i dbałość o detale. Troszkę zabrakło mi mocy i może większej liczby petard, ale nie zmienia to faktu że płyta trzyma wysoki poziom i jest najlepszym co band stworzył do tej pory. Słychać, że rozwinął się nam wokalista Francesco, który ma ciekawą barwę głosu. Jego głos jest zadziorny i taki idealny do rycerskiego power metalu.  Dobitnie to potwierdza "Army of Stone". Band potrafi bawić się konwencja power metalu i nie trzyma się kurczowo jasno określonych ram. Podniosły "Tales of war" to znakomity tego przykład, a sam utwór ma wiele do zaoferowania. Refren rozkłada na łopatki i taki bojowy power metal zawsze jest w cenie. Kto kocha Powerwolf, czy Blind Guardian ten na pewno pokocha przebojowy "Fellows of the Hammer". Klasa sama w sobie. Podniosły i stonowany "Gates of Ekrund" też szokuje swoją formą, dopracowaniem i epickim rozmachem. Niby panowie nic odkrywczego nie tworzą, ale muzyka ich jest intrygująca i robi wrażenie. Postawili na sprawdzone patenty i dopracowali tym razem kompozycje i to przyniosło efekt. Rozbudowany "the battle of the fives Armies" mocno nawiązuje do twórczości Sabaton, co nie jest takie złe. Najlepsze jest to, że band dalej zostaje wierni swojemu stylowi i nie dokonuje chamskiego plagiatu. Kawał dobrej roboty i słychać, że gitarzysta na tym krążku w końcu daje coś więcej od siebie. Gitarzysta Claudio Falconcini rozkręcił się na dobre. Całość wieńczy spokojny "Tommorow has come", który zalatuje nieco Blind Guardian, ale to też nie jest jakiś minus, zwłaszcza że band robi to na wysokim poziomie.

Nie da się zaprzeczyć, że panuje tutaj wysoki poziom zawartych kompozycji. Panowie wzbili się na wyżyny swoich umiejętności. W końcu płyta jest dopracowana, równa bez nudnych kawałków i dostarcza sporo frajdy słuchaczowi. Niby nie ma nic nowego, a jest uśmiech na twarzy. Nieco zabrakło mi może ognia, jakiś mocniejszych zrywów, ale to może moje czepialstwo. Fani power metalu na pewno już słuchają i znają ten krążek, ci którzy jeszcze się wahają mogą śmiało zmienić zdanie i odpalić album, bo jest to power metal z górnej półki.

Ocena: 9/10

wtorek, 7 czerwca 2022

EVIL CONSPIRACY - The demons Mark (2022)


 Szwedzki Evil Conspiracy po 3 latach przerwy wraca z nowym materiałem. "The Demons mark" to już trzeci album w dorobku grupy.  Zdecydowanie ciekawszy niż poprzednik "Evil Comes", który był po prostu średni. To co znajdziemy to oczywiście miks heavy metalu i power metal, tak więc nie ma żadnych zmian stylistycznych. Nowe dzieło ukazało się 3 czerwca i z pewnością zasługuje na uwagę.

Band od samego początku mocno wzoruje się na twórczości Judas Priest czy Mercyful Fate i to na "The demons mark" też mocno słychać. Do tego dochodzi nieco przybrudzone brzmienie, mroczny klimat i specyficzny głos Fredrika Erriksona i wszystko jeszcze bardziej nasila owe skojarzenia. Band popracował nad kompozycjami i w efekcie dostaliśmy całkiem udane dzieło, które wstydu nie przynosi zespołowi, a nawet może się podobać.  Wystarczy odpalić tytułowy "The demons mark" i już słychać dobry riff, dobrze skrojoną melodię i jest radość z odsłuchu. Gitarzyście Putte i Ante wygrywają ciekawe partie gitarowe i nie brakuje mocnych riffów czy chwytliwych solówek. Niby nic oryginalnego, a jest radość podczas słuchania.Przyspieszamy w "Illuminate the darkness" i tutaj panowie nie biorą jeńców. Jeden z najlepszych utworów na płycie. Riff robi tutaj robotę. Potem mamy serię dłuższych kawałków i chyba najciekawiej wypada stonowany i bardziej zadziorny "Satan wolves". Na płycie nie brakuje killerów i taki właśnie jest "The hunt" czy "Epic Empire". Całość wieńczy również złożony "Blinded", ale tutaj brakuje nieco dopracowania.

Evil Conspiracy to z pewnością solidny band, który grać potrafi. Debiut był warty uwagi i ten najnowszy krążek też ma sporo przebłysków. Nie brakuje mocnych riffów i ciekawych solówek. Co chwile się coś dzieje. Oczywiście wpadki i niedociągnięcia są. Kapela wciąż prezentuje klasę średnią, może kiedyś to się zmieni?

Ocena: 7/10

sobota, 4 czerwca 2022

STEEL CHEETAH - Inferno (2022)


 To nie jest blog o polityce, a o muzyce więc nie skreślam na pewno zespołów z Rosji. Dałem szansę młodej kapeli o nazwie Steel Cheetah ze względu na intrygującą okładkę ich debiutanckiego krążka zatytułowanego "Inferno". Kapela działa od 2009r a to co znajdziemy na ich płycie to miks heavy metalu i hard rocka, w którym nie brakuje klimatów lat 80. Słychać echa Warlock, Iron Maiden czy Steelover.

Nie jest to może idealne i nieco irytuje głos wokalistki, bowiem Evgenia Bavarova jakoś tak śpiewa bez mocy i drapieżności. Na pewno brakuje nieco dopracowania w tej kwestii. Sam band tworzą 4 kobiety i jeden facet, czyli gitarzysta Ivan Milton. Wszystko jest bardzo ugrzecznione, ale plus jest taki że muzyka jest łatwa w odbiorze i potrafi momentami dostarczyć frajdy. Na pewno warto dać im szansę, bo nie jest to jakiś tam gniot, którego nie da się słuchać.

Dobrze wypada choćby taki "Into the storm". Jest energia, jest klimat lat 80 i dobra praca gitara. Wokal troszkę kładzie całość i to jest główny problem. Szybko wpada w ucho niezwykle melodyjny "Bannish from the Sky" i to jest kierunek w jakim powinien pójść zespół. Kolejny hicior to "Angel in disguise". Proste motywy i sprawdzają się wręcz idealnie. Potencjał na pewno jest w tej kapeli i to słychać. Dobrze band wypada w szybkim "divine Hammer", który mimo nieco słabego brzmienia i oklepanej formule zapada w pamięci. Całość wieńczy solidny i nieco bardziej hard rockowy "Angels Cry".

Jest kilka przebłysków i dobrych momentów. Band grać potrafi, ale brakuje im jeszcze ogłady i nieco oszlifowania. Potencjał drzemie i kto wie co przyniesie przyszłość? "Inferno" na pewno warto posłuchać i wyrobić własne zdanie.

Ocena: 6/10

MAGISTARIUM - Dreamlord Opera (2022)


 W 2019r niemiecki Magistarium mocno namieszał w moich zestawieniach. Minęło troszkę czasu od premiery genialnego "war of all and all for won" i w końcu band postanowił wydać kolejny krążek. "Dreamlord opera"  to już czwarty album tej formacji i tylko potwierdza jak znacząca rolę odgrywa ten band w symfonicznym power metalu.

Nie wiele się zmieniło w ich muzyce. Jest epickość, jest rozmach, momentami wręcz filmowy klimat i ten cały rozmach z poprzedniej płyty. Nie brakuje hitow, ciekawych rozwiązań czy wciągających melodii. To płyta z górnej półki. Skład zespołu jest bez zmian i to akurat dobra informacja. Dobrze jest znowu usłyszeć charyzmatyczny głos Olega Rudych, który dodaje mocy zespołowi i przesadza o jego charakterze. Do tego ogrom pracy gitarzysty Michela Pesina i klawiszowca Volgera Brandesa, którzy odpowiadają za warstwę instrumentalną. To za cih sprawa tak dużo dobrego dzieje się. Minusy? Tak jest jeden. Album jest słabszy od poprzednika, nie robi takiej furory cho c to wciąż album na wysokim poziomie. Dla niektórych wręcz nieosiągalnym.

Zawartość to ponad 50 minut muzyki. Zaczynamy od epickiego i tajemniczego otwieracza w postaci "No world without hero". Normalnie przypomina mi się ostatni album Blind guardian.  Z tym że panowie tutaj mają jakby więcej energii. Imponuje z pewnością dynamika w "Into the Storm" i jeszcze lepszy okazuje się pomysłowy "Higher and Higher". Czy tylko ja słyszę tutaj coś z Powerwolf? Prawdziwa petarda! Tytułowy "Dreamlord Opera" jest rozbudowany i pełen różnych smaczków. Tutaj jest już większy nacisk położony na rozmach. To co najlepsze w tym zespole znajdziemy w podniosłym "Invicible". Niesamowicie niesie słuchacza refren z "To the gates of Hell". Prawdziwe cudo! Nieco słabszy wydaje się taki "New Reality" i wynagradza to dopiero power metalowy killer w postaci "The Tempter".

Magistarium znów pokazał klasę. Znakomicie czują ten styl i o co chodzi w symfonicznym power metalu. Sporo liczba detali i smaczków, a do tego band nie zapomina o atrakcyjnych melodiach czy przewodnich motywach. Album faktycznie słabszy od poprzednika, ale wciąż jest to granie na wysokim poziomie.

Ocena: 9/10

BATTLELORE - The return of the shadow (2022)


 Zawsze uważałem, że fiński Battlelore to reprezentant klasy średniej jeśli chodzi o symfoniczny metal. Trzymają się jasno określonych standardów i niczym specjalnym się nie wyróżniają. Pierwszy etap działalności przypadł na okres 1999-2011 i wtedy band miał swoje grono fanów. Powrócili w 2016r i w końcu przyszedł czas na pierwszy album po reaktywacji. "The return of the shadow" to wydawnictwo na miarę poprzednich. Band nic nie zmienia i dalej gra nijaki symfoniczny metal.

Plusy tego albumu? Piękna klimatyczna okładka, która oddaje w pełni styl grupy, a także klimat fantasy. Brzmienie mocne, pełne smaczków, ale brakuje niestety dobrego materiału. Riffy odegrane trochę bez przekonania i bez pomysłu. Też ciężko o ciekawe melodie.  O ile wokale Toma, które nadają całości drapieżności są ciekawe, to wokale Kaisy są usypiające. Coś tu nie gra. Największy problem to jednak partie gitarowe grane przez duet Jussi i Jyri. Wieje niestety nudą i materiał jest ciężko strawny.

Taki "Orcist" miewa przebłyski i można zaliczyć do w miarę udanych kawałków, gdzie znajdziemy jeszcze ciekawe melodie. Tak tutaj coś się dzieje. Stonowany, nieco utrzymany w stylizacji Nightwish "Elvenking" też prezentuje dobry poziom i z pewnością zasługuje na uwagę. Jakieś emocje jeszcze wzbudza "Firekeeper", który potrafi zaskoczyć nieco większą dawką energii. Niestety reszta zasługuje na przemilczenie. Nudne zagrywki, mało ciekawe rozwiązania i nic nie trafia do słuchacza.

Band zakończył działalność w 2011r i zastanawia mnie po co był powrót, skoro nie ma się nic do zaoferowania? Ani to melodyjne, ani to epickie, ani przebojowe. Nie da się pozytywnie spojrzeć na ten krążek. Szkoda, bo wieje strasznie nudą.

Ocena: 3/10

piątek, 3 czerwca 2022

KREATOR - Hate uber Alles (2022)


 Czas leci nie ubłaganie, zmieniają się trendy, patenty i pomysły na thrash metal. Jedni trzymają poziom i przeżywają drugą młodość, a inni dawno zatracili swoją wartość. Niemiecki Kreator, który  powstał w 1984r po dzień dzisiejszy działa i odnosi spore sukcesy. Śmiało można rzec, że kapela przeżywa drugą młodość. Nic dziwnego, w końcu to przedstawiciel wielkiej trójcy niemieckiego thrash metalu. Ostatnie dwa wydawnictw tj "Gods of violence" i "Phanthom Antichrist" to płyty genialne i zaliczam do najlepszych płyt Kreator. Wielkie oczekiwanie i wielkie nadzieje miałem co do 15 albumu zatytułowanego "Hate uber alles". Płyta na wysokim poziomie  i  w klimacie poprzednich płyt, aczkolwiek mam wrażenie że słabsza.

W składzie doszło do zmiany. Pojawił się dawny basista Dragonforce czy Frederic Leclerq. Nie wiele zmieniło to w muzyce Kreator. O potędze wciąż stanowi świetna gra Ventora. Uwielbiam to co wyprawia na perkusji. Mille brzmi również wciąż świeżo i bardzo agresywnie. W raz z Samim tworzą zgrany duet. Ta chemia jest i band wciąż gra na wysokim poziomie. Tym razem zawiódł aspekt kompozytorski. Mamy killery, hity i wszystko to za co kochamy Kreator, ale są nieco słabsze momenty. 


Początek płyty jest mocny i w stylu dwóch poprzednich krążków. Tytułowy "Hate uber alles" ma odpowiednią motorykę co taki "Phanthom Antichrist". Jednym słowem murowany koncertowy hit. Zadziorny riff, spora dawka melodyjności robi tu furorę. Echa nawet starych plyt można doszukać się w rozpędzonym "Killer of Jesus". Prawdziwa petarda i thrash metal jaki kocham. Więcej heavy metalowego pazura znajdziemy w stonowanym"crush the tyrants".  Drugi singiel z płyty to "strongest of the strong" i ten kawelek sporo zyskał na albumie. Refren jest bardzo chwytliwy i idealny na koncert. Dobry przykład, że proste motywy czasami są najlepszym rozwiązaniem. Brawo panowie. Druga połowa płyty już nie robi takiego wrażenia. Jasne jest niezwykle melodyjny "Become Immortal" który również utrzymany jest w heavy metalowej konwencji.  O ile "midnight Sun" brzmi ciekawie i dość świeżo za sprawą gościnnego udziału Soffi Portanet o tyle "demonic future" mimo swojej szybkości nie rzuca na kolana. Zamykający "dying planet" też troszkę kuleje i te 7 minut to trochę za dużo.


Spodziewałem się trochę lepszego materiału. Początek płyty zwiastował płytę dopracowana i bezbłędna. Tak nie jest. Druga część trochę odstaje i pozostawia niesmak. Najlepiej w sumie wypadają znane nam dobrze single. Wart znać, choć poprzednich 2 krążków nie udało się przebić.Cieszy fakt, że Kreator mimo pewnych wad wciąż trzyma wysoki poziom i wciąż stać ich na thrash metalowa ucztę. Warto posłuchać, choć do idealnej płyty trochę brakuje. 


Ocena 8/10

wtorek, 31 maja 2022

DESERT NEAR THE END - The dawning of the son (2022)


 Każdy kto lubi mieszankę  heavy/power/thrash metalu ten na pewno już dobrze zna grecki Desert Near The End. Sukcesywnie działają od 2010r i mogą się pochwalić dorobkiem 5 płyt. Ta najnowsza ukazała się niedawno, bo 27 maja. Rewolucji nie ma, ale band wciąż trzyma poziom, a nowe dzieło to kawał dobrze skrojonego materiału w klimatach power/thrash metalu. Fani nie będą zawiedzeni, a jest szansa że i przybędzie nowych fanów zespołu.

Desert near the end to przede wszystkim zadziorny wokal Alexandrosa, a także dobrze rozegrane partie gitarowe duetu Akisa i Panosa. Duży nacisk panowie kładą na agresję, zadziorność, ale nie brakuje w tym melodyjności i przebojowego wydźwięku. Od strony technicznej nowy album wypada niemal bezbłędnie. Soczyste, pełne mocy brzmienie, ciekawa okładka, a także dobra dyspozycja muzyków. Niby nic nowego nie grają, a wciąż sporo frajdy dostarczają swoją muzyką.

Można doszukać się wpływów choćby iced Earth, które są wyczuwalne choćby w otwierającym "Break the chains". Dalej znajdziemy rozpędzony "Rise for Dominion", który bardzo dobrze oddaje styl grupy, ale to też świetny przykład przebojowości na płycie. Bardziej stonowany "Iron rain" też pokazuje nieco inne oblicze zespołu. Słychać większy nacisk na toporność i heavy metalowe zacięcie. Dużo tutaj elementów thrash metalowych i dużo agresywnego grania co potwierdza "Wound my way". Zamykający "Beyond the gates" to nieco bardziej złożone granie i znajdziemy tu więcej motywów gitarowych.

Desert near the end to już doświadczony band, który ma swój styl i nie ma zamiaru zmieniać go.  Dobrze czują się w stylizacji thrash metalu z nutką heavy metalu i power metalu. Nie ma nic nowego, ani odkrywczego i słucha się tego całkiem dobrze. Troszkę nieco na jedno kopyto zagrany ten album, ale i tak warto zapoznać się z nim.

Ocena: 6/10

niedziela, 29 maja 2022

FALLEN SANCTUARY - Terranova (2022)


A o to i jest. Jedna z tych płyt na które wyczekiwałem z wielką niecierpliwością.  Zapowiedzi zapowiadały prawdziwy grom z nieba i nadzieje na prawdziwe poruszenie w power metalu. Czy faktycznie Fallen Sanctuary z Austrii spełnił pokładane w nim nadzieje? "Terranova" to nie debiut jakiś tam żółtodziobów, a prawdziwy dzieło stworzone przez miłośników melodyjnego metalu. Panowie użyli główny składnik, czyli power metal, ale nie zapomnieli o aspektach melodyjnego metalu, progresywnego czy stricte hard rocka. Band znakomicie balansuje między różnymi gatunkami. Wielkie nazwiska tym razem są fundamentem do wielkiej muzyki.

Na okładce widać nazwiska dwóch liderów. Gitarzysta Marco Pastorino, którego dobrze znamy z genialnego występu w Flames of Heaven czy równie dobrze znanego bandu Temperance. Drugi bohater to Georg Neuhauser, którego znamy z Warkings czy Serenity.  Głos iście niszczący, to jest jeden z ciekawszych wokalnych występów tego roku. Brawa na stojąco dla tego pana. Jest jeszcze perkusista Mocerino z Temperance i basista Gozzi z Eternal Idol. Same gwiazdy i nic dziwnego, że aż tak zaiskrzyło między nimi. Muzyka klimatyczna, melodyjna i pełna różnych smaczków. Cieszy, że nie jest jednowymiarowa i na jedno kopyto. Znakomicie urozmaicona muzyka, która dostarcza sporo frajdy. Nie brakuje to godnych uwagi popisów gitarowych, czy chwytliwych melodii. No i te nośne refreny, które sieją zniszczenie. Szczęka opada od samego początku.

Otwieracz nie pozastawia wątpliwości co do jakości. Tytułowy "Terranova" to coś dla miłośników power metal w stylu starego Helloween, Sonata Arctica cz Edguy. Co za riff, co za świeżość i zarazem klasyczne podejście do tematu. Brawo!  Nutka progresywności i nowoczesności pojawia się w zadziornym "Now or Never". Ten mrok i nieco toporny charakter też nie psuje efektu. Panowie znakomicie bawią się konwencją. Cały czas się coś dzieje. Refren w "Broken Dreams" jest po prostu genialny i nawet bez gitar sieje zniszczenie. Kwintesencja melodyjnego metalu i power metalu. Jak to brzmi, no czysty geniusz. Kolejny killer to rozpędzony "Rise againts the world" i znów nie tylko refren sieje zniszczenie, ale i energiczny riff. Panowie mają pomysł na hity i robią to perfekcyjnie. "Destiny" brzmi bardzo oldschoolowo i zarazem świeżo. W "Trail of Destruction" można doszukać się wpływów Avantasia czy Edguy, ale mimo nieco hard rockowego wydźwięku kawałek szybko wpada w ucho. Dalej jest jeszcze nieco progresywny "Bound to our legacy" i nawet komercyjna ballada "wait for me" przykuwa uwagę i zapada w pamięci.

Miała być petarda i poruszenie w power metalu, no i jest. Dostałem to na co czekałem, czyli świetnie wyważony power metal z nutką progresywności, melodyjnego metalu i rocka. Świetni muzycy nagrali świetny album o którym będzie się jeszcze mówić i mówić, a fani będą komentować. Pewnie nie wszystkich ruszy, bo każdy ma swój gust. Album idealnie trafił w mój gust i mam nadzieje, że ten band to nie tylko chwilowy kaprys muzyków.

Ocena: 10/10


 

CIRCLE OF SILENCE - Walk Through Hell (2022)


 "Walk through Hell" to już 4 album w dorobku niemieckiej formacji Circle of Silence. Niemiecki band działa od 2005r i tworzy bardzo udany miks heavy metalu i power metalu. Każdy kto kocha muzykę pokroju Brainstorm, Mystic Prophecy czy Primal Fear ten szybko odnajdzie się w świecie Circle of Silence.  Poprzedni krążek "The crimson throne" skradł moje serce i liczyłem, że band uda się nagrać równie udany album. Ta sztuka się udała i jest to jeden z ich najlepszych albumów, szkoda tylko że sukcesem nie może się cieszyć basista Bjorn Boehm, który zmarł 4 kwietnia tego roku. Godne pożegnanie z fanami, bo płyta jest niezwykle udana.

Mroczna okładka, mocne, ciężkie brzmienie to już taki standard w Circle of Silence. Band dalej idzie ścieżką obraną na poprzednim wydawnictwie. Nowy album przede wszystkim wypchany jest mocnymi riffami, ostrymi i wciągającymi solówkami. Każdy kawałek niesie ze sobą chwytliwe melodie, tak więc nie ma miejsce na nudę.  Christian i Tobias to doświadczenie gitarzyści, którzy wiedzą jak stworzyć ciekawe riffy i godne uwagi solówki. Ich współpraca bardzo dobrze się układa i to przedkłada się na jakość. Słychać od pierwszych dźwięków, że to rasowy heavy/power metal. Nie byłoby Circle of Silence gdyby nie charyzmatyczny wokalista Niklas, który nadaje całości odpowiedniego dźwięku. Właściwy człowiek na właściwym miejscu i jakoś ciężko mi sobie wyobrazić innego wokalisty w tej roli.

Sam materiał jest poukładany i dostarcza sporo frajdy. "Prisoner of Time" już na dzień dobry atakuje nas chwytliwą melodią i dużą dawką zadziornych partii gitarowych. Mocne wejście i to mi się podoba. Ileż energii niesie ze sobą killer w postaci "United". Znów mocne uderzenie i ciekawe popisy gitarowe. Panowie dobrze czują stylistykę z pogranicza power metalu i heavy metalu. Podobne emocje wzbudza na pewno zadziorny "At war with yourself", czy mroczny "I want more", który również mocno czerpie z Primal Fear. Warty odnotowania jest killer w postaci "Far beyond the sun" i szkoda tylko że zamykający "God is a machine" jest tylko dobry.

Circle of Silence znów nagrał bardzo przemyślany i dopracowany album. Długi czas oczekiwania był, ale warto było. Jest moc, jest dbałość o detale i nie brakuje ciekawych melodii. Troszkę mi brakuje większego urozmaicenia i czegoś może bardziej zaskakującego? Z pewnością płyta godna uwagi i mam nadzieje, że band się pozbiera po śmierci Bjorna i będzie dalej nagrywać tak udane wydawnictwa.

Ocena: 8.5/10

sobota, 28 maja 2022

FELLOWSHIP - The saberlight chronicles (2022)



 Są tu jacyś fani Majestica, Twilight Force, Rhapsody of Fire, Rainxeed czy wczesnego Avantasia? Na pewno, w końcu kto z nas maniaków power metalu nie lubi tego radosnego, epickiego power metalu w klimatach fantasy. W wielkiej Brytanii co raz częściej młode kapele sięgają po ten styl grania, ale to jeszcze nie jest tak powszechny gatunek muzyki u nich. Cieszy fakt, że pojawił się w 2019 r Fellowship, który idzie pod prąd i ma zamiar pokazać wszystkim, że w Wielkiej Brytanii też mają smykałkę do tworzenia świetnego power metalu. Zachwycałem się ich singlem, to teraz przyszedł czas na debiutancki krążek "The Saberlights Chronicles", którego premiera przewidziana jest na 17 lipca tego roku.

Ten kto szuka świeżości, czegoś nowego w power metalu, może przestać czytać dalej i już poświęcić czas na inną płytę. To płyta skierowana dla starych słuchaczy, którzy zakochali się we wczesnym Rhapsody, Avantasia, tych którzy lubią marzyć i żyć w świecie fantasy. Fellowship pokazuje, że kochają właśnie taki tradycyjny power metal w symfonicznej oprawie. Idą utartymi szlakami, ale idą krokiem pewnym i wiedzą co chcą grac i w jaki sposób. Potencjał maja i wykorzystują go. Jest szybko, jest klimatycznie, jest oldshoolowo i to w tym chodzi. Czasami mamy dość szukania nowości, czy agresywnego metalu i chcemy zanurzyć się właśnie w takiej muzyce. Browne/Wosko to ciekawy duet gitarowy, gdzie znakomicie się uzupełniają i to słychać od pierwszych dźwięków. Panowie włożyli sporo serca i ciężkiej pracy. Doceniam wysiłek, bo brzmi to naprawdę bardzo dobrze. Solówki w "Glory days" przyprawiają o zachwyt. To jest to! Wokalista Matthew Corry ma ciekawą barwę i potrafi kreować magiczny klimat fantasy. Posłuchajcie sobie taki podniosły  "until the fires die". Energia w "Oak and Ash" jest pełna podziwu i band po prostu nią zaraża. Znakomicie się tego słucha i to kolejny mocny punkt tej płyty. Co za hicior. Riff i główny motyw w "Hearts upon the hill" jest epicki i pełen klasy. Brzmi znajomo, bowiem gdzieś unosi się coś z klimatów Sabaton czy Hammerfall, ale band ma swój charakter i to jest piękne. Podobne emocje wywołuje zróżnicowany i dynamiczny "Glint". Refren "The saint beyond the river" to czysty power metal w najlepszej postaci. Band znakomicie bawi się tempem i potrafi nieźle urozmaicić dany utwór. "Still Enough" to kolejny killer, a i tak punktem kulminacyjnym jest kolos "Avalon" i wiecie co? Band znów podołał wyzwaniu. Znakomity, rozbudowany kawałek, który nie nudzi.

Fellowship na przekór wszystkim nie gra mieszanki heavy/power metalu, nie stawia na brutalność, na agresywne riffy, czy mroczny klimat. Nie bawi się w progresywność, a bardziej obrali sobie za cel przypomnieć nam jaką radość dostarczały nam stare płyty Rhapsody, Avantasia, Dragonland, czy innym tego typu kapelom. Mało komu udaje się nagrać właśnie tego typu album. Fellowship ma swój charakter i nie stara sie na siłę być agresywnym i pełnym nowoczesnych smaczków. Fani power metalu na pewno się nie zawiodą. W końcu jakaś płyta, przy którym serce szybciej bije, a uśmiech pojawia się na twarzy od pierwszych dźwięków. Polecam!

Ocena: 9.5/10

REMAINS OF DESTRUCTION - New Dawn (2022)


 Fiński power metal od razu kojarzy się z Sonata Arctica czy Stratovarius i w sumie nic dziwnego, że debiutujący Remains of Destruction czerpie z tych kapel. Postanowili grać symfoniczny power metal w klimatach starych płyt tych wielkich zespołów. Cieszy fakt, że mają pomysł na siebie i brzmią współcześnie. Z pewnością debiut "New Dawn" zasługuje na poznanie, bo to wartościowy krążek.

Trzon tej formacji to trzech muzyków z Symphony of Shadows, który zarejestrował co ciekawe epkę o takim samym tytule. W zespole na pewno uwagę przykuwają zgrabne i przemyślane partie gitarowe Timo i Saalas. Jest w tym nawiązanie do klasyki, ale też powiew świeżości i współczesności. To nie jakieś kalka lat 90, oj nie. Wokalista Jesse też błyszczy. Ten pewny siebie głos, ta zadziorność w głosie i charyzma przykuwają uwagę i słychać, że nie jest to jakiś tam amator.Ciekawa okładka i mocne, dopracowane brzmienie to miłe dodatki. Najważniejsze, że zespół jest zgrany i rozumie się znakomicie, a to przedłożyło się na udany materiał.

Nie powaliło na kolana, ale w końcu w takiej formule dostaje dojrzały i dopracowany materiał. Już od pierwszych sekund band skrada serce i zdumiewa swoją pewnością. Otwieracz "blood moon" tak naprawdę wyrywa z kapci. Jest moc, jest pazur i ciekawa dawka melodyjności.  Nieco stonowany i bardziej klimatyczny "Final Light" też pokazuje nieco inne oblicze zespołu. Band wie jak grać ciekawy i porywający power metal. Brzmi to naprawdę dobrze. Dalej mamy nieco progresywny "New Dawn" czy bardziej agresywny "Mastermind". Panowie potrafią pójść też w epickość i bardziej orkiestrowe smaczki. Taki właśnie jest "Mankinds bequest". Godny uwagi jest też melodyjny "From shadows we Rise"

Dobry start zaliczył Remains Destruction. Płyta może nie jest najlepszym co słyszałem w tym roku, ale zaliczam do grupy płyt, do których będę wracał. Sporo ciekawych melodii, udanych riffów i cały czas się coś dzieje. Niby nic nowego, niby nic genialnego, a radość z odsłuchu jest. Będę obserwował poczynienia tej kapeli, to na pewno.

Ocena: 8/10

piątek, 27 maja 2022

MICHAEL SCHENKER GROUP - Universal (2022)


 Michael Schenker to niezwykle zapracowany muzyk. Ja osobiście straciłem rachubę jeśli chodzi o jego wydawnictwa. Co chwilę mamy jakiś album sygnowany jego nazwiskiem. Jak nie Michael schnker fest to teraz Micheal Schenker Group. Na pewno cieszy ten stan rzeczy prawdziwych fanów Schenkera. Odnoszę wrażenie, że wszystko idzie w ilość, troszkę kuleje jakość i trochę to wszystko robione hurtowo. W tym roku pojawia się "Universal" czyli 12 album sygnowany tą nazwą. Fani Schenkera, hard rocka, heavy metalu powinni obczaić to wydawnictwo. Powód jasny i nie chodzi o znakomitych gościu. W końcu to muzyka przemawia, a nie sławne nazwiska.

Jest na wokalu Ronnie Romero. Pełno go wszędzie, ale co jak co ale sprawdza się w takich klimatach. Jak są jakieś nie dociągnięcia to odwraca uwagę słuchacza. Odwalił tutaj kawał dobrej roboty, zresztą jak zawsze. Poza nim jest Ralf Sheepers, Micheal Kiske, perkusista Simon Phillips  z Toto, Bobby Rondinelli z Rainbow czy Bob Daisley z Black Sabbath. To kilka z tych świetnych gości. Przykuwają uwagę, ale cieszy mnie że album jest bardziej dopracowany i bardziej równy. Nie ma większych wpadek.

Energiczny "Emergency" to jasny sygnał, że schenker bardziej przysiadł do komponowania. Mocny riff, świetna mieszanka heavy metalu i hard rocka. To jest to. Przebojem tutaj na pewno jest "Under Attack", który świetnie nawiązuje do twórczości Rainbow. Mocny kawałek. Kocham "Rainbow Rising" i "calling baal" z popisem Tonego Careya z Rainbow przypomina wstęp "tarot Woman". Czysta magia. Właśnie do takiego klimatu zabiera nas singlowy 'A king has gone" i tutaj niespodzianka. Na wokalu pojawia się Kiske. Robi robotę, choć to nieco inne klimaty niż Helloween. Kiske sprawdzał się w Place Vendome czy Unisonic, to i tutaj pozamiatał. Jak dla mnie najlepszy kawałek z tego albumu. Pozytywnie zaskakuje też melodyjny i bardziej energiczny "Long Long Road". Kolejny mocny kawałek to "Wrecking ball" z gościnnym udziałem Sheepersa. Jest pazur i hard rockowe szaleństwo. Kawał dobrej roboty odwalił tutaj Ralf jak i Schenker. Końcówka płyty to klimatyczny "Sad is the song" i rozpędzony "Au revoir".

Nie jest to płyta roku, ani też największe dzieło Schenkera, ale z pewnością przebija wiele ostatnich płyt tego gitarzysty. Jest w końcu równy i przemyślany materiał, a każdy kawałek potrafi dostarczyć sporo frajdy. Brawo za klimaty Rainbow, brawo za świetnych gości i brawo, że w końcu postawiono na jakość. Warto dać szansę tej płycie, nawet jeśli nie lubi się Schenkera.

Ocena: 7.5/10

DEF LEPPARD - Diamond Star Halos (2022)


 Ostatnie wydawnictwo Def leppard z 2015 r miał przebłyski i nawiązania do starych płyt. Jako całość wypadał średnio. Ostatni wartościowy album tej grupy to dla mnie "Songs from the sparkle lounge" z 2008r, który ma wszystko to co lubię w tej formacji. Ich muzyka miała spory wpływ na mój gust muzyczny i pierwszy płyty to dla mnie klasyki. Niestety grupa po wydaniu "Adrenalize" przestała dla mnie istnieć i kolejne wydawnictwa do mnie już nie trafiły. Za dużo komercji, za mało hard rocka i tego za co ich kochałem. Ostatnie płyty miewają przebłyski, kilka hitów, ale jako całość nie co kuleją. Niestety, ale najnowsze dzieło zatytułowane "Diamond star Halos" podzielił los poprzednika. 12 album formacji Def Leppard na który przyszło nam czekać 7 lat rozczarowuje. Znane nam single okazują się jednym z najmocniejszych punktów płyty.

Rozczarowuje bez wątpienia sam Joe Elliot, którego wokal jest jakiś taki bez wyrazu, bez mocy i tej dynamiki. Wiem, lata już nie te, ale troszkę zaangażowania i pomysłowości i nie brzmiało by to tak drętwo.  Mam w składzie dalej Collena i Campbella na gitarach, ale jakoś brakuje mi hard rockowego szaleństwa, przebojowości i jakiś wpadających w ucho riffów czy solówek. Kiedyś to potrafi robić, a teraz chyba mają jakąś blokadę, bo przychodzi im to z trudem.  Okładka robi wrażenia, podobnie jak i brzmienie, tak więc od strony technicznej czy marketingowej jest wszystko jak najbardziej w porządku. Cieszy fakt, że Def Leppard dalej tworzy nową muzyką, ale smutne że nie mają już pomysłów na coś ciekawego. Ostatnie płyty choćby Bomber pokazują, że można grać muzykę Def leppard jaką znamy z lat 80.

Single promujące album okazały się całkiem dobre i dawały nadzieje na coś w miarę udanego. Niestety te kawałki to najlepsze co mnie spotkało słuchając płyty. Otwierający "Take what you want" wyróżnia się mocny riffem i echem starych płyt z lat 80. To jest to. Stadionowy "Kick" na pewno sprawdzi się podczas koncertów. Troszkę komercyjny, troszkę młodzieżowy, ale sprawdza się jako hit. Gitarowo i hard rockowo jest również w melodyjnym "Fire it up". Idziemy dalej. Pozytywne emocje wzbudza prosty "Sos emergency", który również jest hard rockiem na pograniczu popu. Tylko, że tutaj dobrze się tego słucha i są wyczuwalne patenty "Hysteria". Przy takim "U rok Mi" nerwy puszczają i ma się ochotę zakończyć odsłuch tej płyty. Niestety potem jest równie nieciekawie i dopiero przebudzenie następuje w "Gimme a Kiss", który jest kolejną dawką solidnego hard rocka. Reszta kompozycji jest ciężko strawna i nie sprawdza się w kategorii nawet pop rocka. Wieje nudą i nic się nie dzieje do samego końca. Zbyt duża liczba utworów i brak pomysłów na same kompozycje.

Def Leppard chyba już nie jest wstanie wydać ciekawego albumu. Niby żywa legenda, a jednak od czasów "Adrenalize" strasznie opornie im idzie z tworzeniem nowego materiału, który byłby dobry. Ostatni album miał przebłyski, podobnie jak ten nowy. Najmilej wspominam "Songs from the sparkle lounge" i szkoda że nie mogą chociaż nagrać album na takim poziomie. Tyle lat czekania, ale był to niestety czas zmarnowany.

Ocena: 4/10


sobota, 21 maja 2022

METAL FACTORY - Defeat All (2022)


 W tym roku Czeski band o nazwie Salamandra wydał swój najlepszy album i co ciekawe dla tych fanów skierowana jest inna pozycja z tego kraju. Mowa o debiucie zespołu Metal factory, który nosi tytuł "Defeat all". Powód jest banalny. W skład zespołu wchodzi trzech muzyków, którzy grali w Salamandra. Stylistycznie muzycznie te dwie formacje sporo łączy. Każdy kto kocha mieszankę heavy/power metalu ten szybko odnajdzie się na "Defeat All".

Sekcja rytmiczna to Sedlacek i Jurecek, których znamy z salamandra. Za partie gitarowe odpowiada Vaclav Moch. W tej sferze dostajemy solidną mieszankę heavy metalu i power metalu. Zagrane troszkę zbyt ostrożnie i przewidywalnie. Zdarzają się przebłyski. Jeśli chodzi o partie wokalne, to jest to sprawka Zuzanny i Pavliny. To akurat mocny atut tej płyty, bo dość dobrze radzą sobie. Nie mają może takiej mocy i agresywności jakiej można by wymagać, ale jest dobrze. Materiał dobrze się słucha i to już nie lada sukces.

Jak dla mnie najciekawszy z tej płyty jest otwierający "Never Again". Co wciągający motyw, chwytliwy refren i ciekawa konstrukcja utworu. Brzmi to świeżo i niezwykle atrakcyjnie. Solidny heavy metal z prostym riffem wybrzmiewa w "preacher". Mroczny "wicked delusion" też miewa ciekawe momenty, choć utwór na kolana nie powala. Band zaczyna od tego momentu grać trochę ospale. Potem mamy udany "reflection with relief", który ociera się o stylistykę primal fear. Bardzo dobrze prezentuje się power metalowy "immortal combat". Band powinien pójść w takim kierunku. Całość wieńczy nieco marszowy, ale bardzo melodyjny "live your Dreams".

Metal factory zalicza nawet udany debiut. To płyta na pewno nie równa, niedopracowana i bez wyraźnych killerów. Jest kilka przebłysków, e to trochę za mało żeby płyta znalazła spore zainteresowanie . Kto wie może w przyszłości bardziej się rozkręcą?

Ocena 5.5/10

czwartek, 19 maja 2022

SANDS OF ETERNITY - Beyond the realms of Time (2022)


 Co tam mamy nowego w kategorii power metalu? Ano tak grecki band o nazwie Sands of Eternity i ich debiutancki krążek zatytułowany "Beyond the realms of Time". Płyta ukazała się 6 maja i co tak naprawdę mnie skusiło by sięgnąć po ten album to znakomita okładka i fakt, że Bob Katsionis zajął się produkcją, masteringiem i wsparł band w zakresie partii klawiszowych. Jego obecność sprawia, że płyta już na starcie sporo zyskuje. Muzyka zawarta na tym wydawnictwie jest solidna i godna uwagi. Czy powala na kolana i szokuje swoją formą i jakością? Z pewnością nie.

Można odnieść wrażenie, że band jeszcze szuka swojego stylu i chyba nie do końca jest w stanie określić w czym lepiej się czują. Ważną rolę w tej kapeli odgrywa gitarzysta Giannis Ioakimidis, który stawia na sprawdzone patenty i jakoś nie chcę podejmować ryzyka i zabrać nas w mniej znane rejony. Michael Papadakis to kolejna ważna postać w tym zespole. Jego głos nadaje całości przebojowości i power metalowego feelingu. Sekcja rytmiczna jest solidna i stara się byśmy nie usnęli i w zasadzie nie ma się do czego przyczepić. Brzmienie oczywiście jest z górnej półki i nie ma tutaj o wpadce.

Co kryje ta piękna okładka?  Z pewnością melodyjny otwieracz "Still awake", choć to bardziej utwór w klimatach melodyjnego metalu z nutką progresywności. Nie zmienia to faktu, że poziom całkiem przyzwoity. Więcej ikry i dynamiki znajdziemy  z pewnością w "The hitman" czy pomysłowym "faded", który uwidacznia talent kapeli. Jest jeszcze bardziej złożony "Red Flag", czy melodyjny "Shadows of the light", które oddają w pełni klimat płyt i stanowią mocny filar tego wydawnictwa. Zwłaszcza ten ostatni sprawdza się jako power metalowy hicior. Progresywność z pewnością pojawia się w zamykającym "Beyond the limits".

Płyta jakich wiele, to na pewno. Dobrze się tego słucha i można znaleźć kilka ciekawych melodii czy motywów i panowie zadbali, żeby płyta była łatwa w odbiorze. Wszystko niby ok, ale brakuje pewności, pazura, zaskoczenia i dopracowania niektórych pomysłów. Panowie grać potrafią i mają potencjał by błyszczy na power metalowej scenie. Póki co jest dobrze, ale są perspektywy na lepsze jutro.

Ocena: 7/10

HELLHAIM - Let the dead not lose hope (2022)


 Jedną z najbardziej wyczekiwanych premier roku 2022 był właśnie drugi album polskiej formacji o nazwie Hellhaim. Debiut z 2017r pozamiatał mną równą i do dziś jest jednym z najlepszych albumów nagranych przez polski band. Prawdziwa moc heavy/power metalu na wysokim poziomie. 5 lat minęło, a band powraca z "Let the dead not lose hope". Czy udało się nagrać równie genialny album co debiut?

Band nie zmienia stylu i jest wierny stylizacji heavy/power metalu. Tym razem Hellhaim dodał kilka patentów thrash metalowych. Momentami przypominają się choćby płyty metal church i panowie grają na wysokim poziomie. Kluczową rolę odgrywa bez wątpienia wokalista Mateusz Drzewicz, który nadeje tej kapeli drapieżności i mocy. Jego głos i zawartość po prostu stanowią jedność.  Gitarzyści Żółtowski / Konicki grali w thrash metalowym Holocaust, więc nie powinny dziwić patenty thrash metalowe. Panowie stawiają na agresywność i współczesne brzmienie. Nie brakuje mocnych r i by ciekawych pomysłów na melodie. Geniuszu z debiutu może i nie ma, ale jest bardzo wysoki poziom.

Na płycie mamy 9 kawałków dających ch nie całe 39 minut muzyki. Panowie zaliczają mocne wejście za sprawą rozpędzonego "Axe to grind". Od razu wiadomo czego można się spodziewać po całości. Jest pierwszy killer. Płytę promował genialny "devillin". Wysokie rejestry Mateusza są prawdziwa atrakcją. W takim "virus"  czy "zodiac" przemyca sporo patentów thrash metalowych spod znaku Megadeth. Troszkę odstaje "la sante muerte" który brzmi jakoś tak nijako.  Na koniec mamy dynamiczny z speed metalowym "livet ar stunden" a całość wieńczy zadziorny "metro".ktory pokazuje potencjał tej formacji.

Hellhaim długo kazał czekać na nowy album, ale warto było. Płyta jest przemyślane i urozmaicona. Sporo się dzieje i panowie zadbali o wciągające motywy. Wysoki poziom wciąż  został utrzymany. Duma rozpiera że to "made in Poland". Warto znać. 

Ocena 9 /10





niedziela, 15 maja 2022

SKILLS - Different Worlds (2022)

Frontiers Records słynie z różnych supergrup, projektów muzycznych które skupiają się wokół wielkich nazwisk z pogranicza melodyjnego metalu czy hard rocka. Grupa Skills to nie wyjątek, a kolejny przypadek po kroku Black Eye, czy Black Swan. Nie przeszkadza mi to, dopóki muzyka jest na wysokim poziomie i jest w czym wybierać. Skills składa się z wokalisty Renana Zonta z Eletric Mob, gitarzysty Brada Gillisa z night Ranger, basisty Billy Sheehana z Mr. Big i perkusisty Giant czyli Davida Huffa.

Styl to przede wszystkim mieszanka hard rocka i melodyjnego metalu. Głos to mocny i zadziorny głos pokroju Ronniego Romero. Klasa sama w sobie. Potencjał drzemie i to słychać od pierwszych sekund, ale nie wykorzystano go w pełni. Problem tkwi w tym, że materiał jest nie równy. Pojawiają się genialne kompozycje, ale też takie które nie wiele wnoszą do płyty. Klasyczny hard rock wydobywa się z chwytliwego "Escape machine" i nie ma w tym nic złego. Na kolana rzuca energiczny, zadziorny i pełen nawiązań do Rainbow "Blame it on the night". To jest właśnie przykład jaki potencjał drzemie w tej formacji. Dobrze się słucha tytułowego "Different Worlds", który ma pomysłowe partie klawiszowe. Lekki i nastrojowy "writings on the wall" może nadaje się do radia, ale to rasowy rockowy hicior. Warto wspomnieć o klimatycznym i nieco romantycznym "Dont break my heart" czy oldschoolowym "Hearts of stone".

Obecne są pewne niedociągnięcia, niektóre utwory troszkę wieją nudą, ale całościowo jest to wartościowy album, który łączy maniery hard rocka i melodyjnego heavy metalu. Panowie czerpią garściami z lat 80, ale przy tym nie tracąc współczesnego charakteru. Wysokiej klasy wokalista i całkiem przemyślane kompozycje sprawiają, że jest to album na który trzeba zwrócić uwagę. W podobnej stylistyce były na pewno lepsze płyty w tym roku.

Ocena: 7/10
 

GRAHAM BONNET BAND - Day out in nowhere (2022)


 Co jeszcze może zaoferować światu 74 letni Grahham Bonnet? Ostatnia płyta Alcatrazz z nim na wokalu jest genialna i napawała optymizmem co do nadchodzącego krążka pod szyldem Graham Bonnet band. Miło też wspominam "Meanwhile, back in the garage" czy "the book". Płyty oddawały to do czego Graham nas przyzwyczaił na przestrzeni lat. Znakomitą mieszankę hard rocka i melodyjnego metalu. Niestety, ale "Day out in nowhere", który ukazał się pod szyldem wytwórni Frontiers Records rozczarowuje.

Graham nagrał gniota, którego nie da się słuchać? Nie, to nie o to chodzi. Po prostu mocno zaniżył poziom i nagrał album bardzo nie równy i jakiś taki mało przebojowo. Nie ma już takiej dawki energii i brakuje atrakcyjnych melodii. Graham zebrał nowy skład, może to całe zamieszanie z Alcatrazz nieco przedłożyła się na jakość utworów? To, że Graham ma świetny głos i wciąż wymiata mimo swojego wieku to wiadomo. Gitarzysta Conrado Pesinato jakoś specjalnie nie popisuje się na nowej płycie. Gra jakieś oklepane motywy i ciężko o jakieś porywające melodie.Album promował udany singiel w postaci "Imposter", który nieco przypomniał nam stylistykę Rainbow. No właśnie takiej płyty oczekiwałem, a tutaj dostałem "kinder niespodziankę". Troszkę wieje nudą w stonowany "twelve steps to heaven" i w sumie refren ratuje nieco sprawę. Póki co nie ma tragedii, a nawet jest dobrze. Poziom płyty na pewno podnosi przebojowy i niezwykle melodyjny "Brave New World". Coś zaczyna się dziać i to jest mój ulubiony utwór z tej płyty. Jakiś taki nijaki jest dla mnie tytułowy "Day out in nowhere", który niczym specjalnym sie nie wyróżnia. Ot co rasowy hard rock. "The sky is alive" to kolejny mocny punkt płyty. Ciekawe przejścia, nieco cięższy styl, kilka nawiązań do Rainbow i już wyszła perełka. Reszta utrzymana jest w rockowych dźwiękach i niby jest to dalej styl w jakim obraca się Graham, to jednak jakość i wykonanie już nie ta.

Nazwisko Graham Bonnet działa jak magnes. Choćby każdy odradzał, to i tak każdy posłucha ten album. Tak to już jest. Czekałem na ten krążek, ale nie było warto. Kilka atrakcyjnych utworów, kilka ciekawych melodii to za mało, żeby na stałe zagościć w moim sercu. Szkoda. Brawa jednak, że mimo swojego wieku Graham wciąż śpiewa na takim poziomie. Szok i niedowierzanie.

Ocena: 5.5/10

EVERGREY - Aheartless portrait :the orphean testament (2022)


Pośpiech nigdy nie jest dobry doradcą. Czy tym razem szwedzki Evergrey nie wydał za szybko nowego materiału? Jeszcze nie doszedłem do siebie po wrażeniach ze znakomitego"Escape of the phoenix" a tu rok po premierze band wraca z nowym albumem. "A heartless portrait: the orphean testament" to już 13 album w dyskografii tej zasłużonej formacji. Oczywiście band dalej trzyma się progresywnego power metalu, dalej czaruje ozdobnikami, ciekawymi aranżacjami i mrocznym, melancholijnym klimatem, choć nie ma tej klasy co poprzednie dwa albumy.

Jasne, nie zmienia to faktu że Evergrey nagrał bardzo dobry i dojrzały album, gdzie dostajemy szereg ciekawych i wciągających motywów. Tylko tym razem jest sporo stonowanych dźwięków, jest więcej progresywnego metalu, więc złożonych melodii, a cała przebojowość i moc z poprzedniego krążka troszkę uleciała. Henrik i Tom dwoją się i troją by album był atrakcyjnym pod względem partii gitarowych. Jak dla mnie za mało konkretów i drapieżności. Troszkę się robi ospale momentami. "Save us" to otwieracz, który nieco ukazuje pewne wady tego krążka. Jest progresywnie, ale jakoś wykonanie nie do końca do mnie przemawia. Ciekawszy w swojej konstrukcji jest "midwinter Calls" i tutaj w końcu jakaś ciekawa melodia i bardziej pomysłowy riff. Dzieje się znacznie więcej, to na pewno. Podniosłość i epickość to zalety nastrojowego "Call out of the dark", z kolei "The orphean testament" zaskakuje rozmachem i większą dawką power metalu.Na plus zaliczę też bardziej energiczny "Blindfolded" czy melodyjny "heartless".


Brzmienie pierwsza klasa i ta klimatyczna okładka robią wrażenie. Aranżacje stoją również na wysokim poziomie. Niby Evergrey gra swoje, ale kompozycje nie rzucają na kolana jak te z poprzednika. Kawał porządnego progresywnego power metalu, który został zarejestrowany przez doświadczony band który niskim wkładem nagrał kolejny wartościowy album. Nie jest to ideał, ale wstydu kapeli nie przynosi.

Ocena: 7/10

piątek, 13 maja 2022

STORACE - live and let live (2022)


 Marc Sotarce to głos szwajcarskiego Krokus. Prawie 50 lat działalnosci i sporo świetnych płyt na koncie.  Tej kapeli nie ma, a Marc Storace postanowił wydać w końcu swój pierwszy solowy album, który zrodził się już w okresie kiedy Marc odszedł od Krokus. Pandemia i zakończenie działalności krokus sprawiły że Marc znalazł czas by dopracować swój materiał. "Live and let live" to solidna mieszanka hard rocka i heavy metalu, ale nic ponadto.


Co szokuje, to na pewno świetna forma wokalną Marca, mimo swojego wieku wciaz zachwyca. Duet gitarowy tworzony przez doma Faveza i Turi Wickiego jest zgrany, ale niczym specjalnym nie zaskakuje. Wwzysttko jest odegrane dość grzecznie i obyło się bez większych niespodzianek.  Na pewno plus za to, że Marc nie starał się na siłę tworzyć kopie Krokus.


Materiał nie równy bo oprócz ciekawych kawalkow pojawiają się słabsze. Na pewno na plus zaliczam energiczny i hard rockowy "live and let live". Jeden z nie wielu kawalkow gdzie słychać echa Krokus. Mroczniejszy "lady of the night" też wypada tak sobie i te stonowane dźwięki wypadają jakoś tak średnio. Drugi warty odnotowania kawałek to szybszy "carry the burden" i szkoda ze takich perełek nie ma tutaj więcej.  Oldscholowo wypada też "broken wings" który też czerpie garściami z lat 80.  Ciekawie Marc wypada w nastrojowej balladzie "dont wanna go". Jestem na tak. Całość wieńczy śmieszny "paradise" którym trąci jakimś country. Dziwnie to brzmi.


Ostatnio pełno solowych płyt i chyba każdy szuka sposobu by zarobić. Marc Storacy jest świetny jak zawsze. Tylko szkoda że sam materiał taki jakiś średni. Jest kilka dobrych momentów, ale to za mało żeby zwiększyć wartość tej płyty.

Ocena 5/10


VISIONS OF ATLANTIS - Pirates (2022)


 Jeden z najważniejszych zespołów w kategorii symfonicznego power metalu powraca z nowym albumem. Ten wywodzący się z Austrii band o nazwie Visions of Atlantis wciąż budI respekt nawet po upływie 22 lat od dnia założenia. Mieli wzloty i upadki, ale ich 8 album noszący tytuł "pirates" to jeden z ich najlepszych albumów, jeśli nie najlepszy.


Co za tym przemawia? Epickość, rozmach, ciekawe pomysły na melodie, wyjątkowo szeroki wachlarz motyw i urozmaiconych dźwięków. Płyta ma filmowy wydźwięk i brzmi niczym prawdziwa piracka przygoda. Obrany kurs przez austriacki band jest śmiały i wyjątkowo świeży. Band brnie bardzo odważnie w dźwięki rodem z starych plyt Nightwish, edenbridge czy after forever. Dawno Visions of Atlantis nie byl w tak szczytowej formie. Jest podniośle i w sumie każdy utwór zasługuje na miano przeboju. Robi to wrażenie. Sporo serca włożył w swoje partie gitarzysta Christian Douscha. Nie ma gry na jednej kopyto i w danych utworach naprawdę sporo się dzieje. Słuchacz na pewno nie nudzi. Największe wrażenie robi jednak duet wokalistów, który tworzą Clementine i Michele. Wzajemnie się uzupełniają i robią nieźle show. Brzmi to obłędnie i jak dla mnie o wiele ciekawiej niż na takim nowym dreamtale.

Na pewno sporym zaskoczeniem jest otwieracz "pirates will return", który ociera się nieco o stylistykę powerwolf. Mocny kawałek i buduje świetny epicki klimat. "Melancholy Angel" to prawdziwy hicior i ten kawałek oddaje w pełni piękno symfonicznego power metalu. Wpływy Nightwish również są wyczuwalne. Najdłuższy na płycie jest epicki i filmowy "master the hurricane". Jest energia i sporo ciekawych ozdobników i do tego ten mocny riff. Szybko wpada w ucho hicior w postaci "clocks" i dawno ten band tak nie błyszczał. Wokaliści prowadzą fajny dialog i do tego ten nośny refren. Petarda! Warto wyróżnić też zadziorny "legion of the seas", klimatyczny "darkness inside" czy folkowy "in my world".  Serce też szybciej zaczyna bić przy podniosłym i przebojowym "mercy". Całość wieńczy stonowany i emocjonalny"i will be gone"


Visions of Atlantis wzbil się na wyżyny swoich możliwości. Płyta dopracowana w każdym calu i ma sporo do zaoferowania i to nie tylko maniakom muzyki pokroju Nightwish. Duża dawka przebojowości i pomysłowych motywów gitarowych. Kopalnia hitow i na takim album warto było czekac. Brawo Visions of Atlantis!


Ocena 9/10

czwartek, 12 maja 2022

JANI LIIMATAINEN - My father son (2022)

 

Jani Liimatainen to jedna z ważniejszych osób jeśli chodzi o melodyjny power metal. Przyczynił się do założenie Sonata Arctica, a dodatkowo udzielał się w Cains Offering czy obecnie The Dark Element.  Uzdolniony gitarzysta i kompozytor, ale wg mnie już swoje najlepsze lata ma za sobą i obecnie to już brak zdecydowania i na siłę szukanie nowej drogi muzycznej. Solowy album o tytule "My Father Son" to chyba idealny przykład właśnie owego niezdecydowania i troszkę może i nawet wypalenia muzycznego. Ciekawi goście, ciekawa okładka i nadzieja na nieco nowoczesny heavy metal z nutką power metalu nie przyczyniły się do sukcesu tej płyty.

Brzmienie może i bez zarzutu, ale nawet wysoka jakość brzmienie nie sprawi że materiał nam się spodoba. Co z tego, że otwierający "Breathing Divinity" ma rockowy feeling i zajawki na coś ciekawego, jak tu po prostu wieje nudą. Na pewno mnie ucieszył występ Tonny Kakko, którego można usłyszeć w power metalowym "All dreams are born to die". No brzmi to nawet świeżo i coś się zaczyna dziać. W takim kierunku powinien pójść Jani na tym krążku.W "Who are we" pojawia się Timo Kotipelto i niestety ten popowy kawałek strasznie przynudza. Szkoda. Lepiej brzmi już "Into the fray", w którym Timo wypada znacznie ciekawej, ale i sam kawałek też bardziej zadziorny i o power metalowym zabarwieniu. Dużo nijakich utworów i taki "Haunted house" to już taki przysłowiowy gwóźdź do trumny. Co za nudny i bez wyrazu kawałek. Niestety dużo tutaj wpadek i nietrafionych pomysłów.

Moja rada? Dać sobie spokój z "My father son", bo to strata czasu. Wieje nudą, mało tu ognia, klimat też nijaki i za dużo smętnych motów. Nie jest to ani na miarę pierwszych płyt Sonata Arctica, ani nie ma takiej lekkości co the Dark element, a nawet jako twór pop rockowy też wypada blado. Tej płycie mówię "nie"!

Ocena: 3/10

środa, 11 maja 2022

HOLLENTOR - Escaping myself (2022)


Gitarzysta Glen Poland powraca z drugim albumem sygnowany nazwą Hollentor. Na "Escaping Myself" przyszło czekać nam 5 lat i to co dostajemy to średni heavy metal. Piękna okładka, znana nazwiska i mimo to płyta nie porywa. W zasadzie to jest to materiał na jeden raz.

Niszowe, nieco niedopracowane brzmienie, gdzie odstrasza to jak wybrzmiewa na płycie perkusja.  Ogólnie Shawn Drover jakoś specjalnie nie ma tutaj za wiele do roboty. To wszystko jest na jedno kopyto i bez pomysłu. Wieje na kilometr nudą. Za sitkiem tym razem nie Henning Base, a Tim Ripper Owens. Niby pasuje do takiego grania, niby kocham jego głos, a tutaj strasznie męczy. Za dużo ostatnio Tima, przez co jego wokal tez może być nużący. Ciekawe jest to że płyta trwa 30 minut, a jest udręką dotrwać do końca. Glen jako gitarzysta nie popisuje się i w zasadzie dostajemy nijaki heavy metal, który poza mrocznym klimatem i kilkoma motywami to nie ma za wiele do zaoferowania. A jak prezentuje się sama zawartość?

"Dragon Fire" to utwór mroczny, ale totalnie nudny i nie wynika nic z tego riffu czy refrenu. Nie ma emocji, ani heavy metalowego kopa. Jednym z najlepszych kawałków na płycie jest bardziej chwytliwy "Before the fall". Brakuje może pazura i dopracowania, ale to już znacznie ciekawszy utwór. Stonowany i zadziorny "Open Fire" też jest jakiś taki ospały i na dodatek brzmi jak zagubiony utwór Beyond Fear.Najlepiej wypada melodyjny "Trapped under fire" i to właśnie w takim kierunku powinni pójść. Więcej energii, zadziorności i heavy metalowego pazura.

Zmarnowany potencjał. Wielkie nazwiska, a muzyka po prostu średnia i jak dla mnie nudna, biorąc pod uwagę czas trwania płyty. Materiał na jedno kopyto i bez pomysłu. To chyba nie tak powinno brzmieć. Rozczarowanie i trochę szkoda Tima, że udziela się już wszędzie nie patrząc na jakość muzyki. Można sobie odpuścić ten album.

Ocena: 4/10
 

niedziela, 8 maja 2022

STARCHASER - Starchaser (2022)


 Szwedzki Starchaser to rzeczywiście kolejna supergrupa z prawdziwymi gwiazdami melodyjnego metalu. Na pokładzie znalazł się bowiem  perkusista Johan Kullberg, który gra w Wolf,  klawiszowiec kay  Backlund grywał w Lions Share, wokalista urlich Carlsson śpiewał w M.ill.ion, a także basista Orjan Josefsson. Oczywiście największa uznania dla założyciela i lidera grupy, czyli gitarzysty Kenneth Johnssona, który grał w Tad Morose. Band powstał w 2021 r i teraz przyszedł na debiutancki album "Starchaser", który premierę miał 6 maja nakładem wytwórni Frontiers Records.  Płyta skierowana do miłośników melodyjnego metalu, czy też progresywnych odmian metalu. Przede wszystkim do każdego, kto szuka dobrej, dojrzałej i wciągającej muzyki.

Band kreuje własny styl i nie ma zamiaru po chamsku kogoś kopiować. Stawiają na nieco chłodny klimat, na bardziej złożoną konstrukcję utworów. Dominuje pomysłowa gra Kennetha,  klimatyczne partie klawiszowe Kya, a całość podgrzewa niepowtarzalny głos Urlicha, którego głos do wszystkiego się nada. Skoro Frontiers Records, to wiadomo że fuszerki nie ma. Mocne, soczyste i drapieżne brzmienie jest tutaj swoistym dopełnieniem tej płyty.

Debiut? Nie ma mowy. To jedna z tych płyt, która porusza, zapada w pamięć i zachęca do analizy. To dojrzała płyta, w której słychać przejaw geniuszu. Panowie są tutaj prawdziwymi czarodziejami i przenoszą nas do innej rzeczywistości. To właśnie z nami robi mroczny i nieco toporniejszy "bringer of Evil". Niby nic odkrywczego, a brzmi świeżo i intryguje słuchacza. Nutka progresywności i rockowej stylizacji można wyłapać w tajemniczym "Dead Man walking". Jest też miejsce na bardziej przystępną odmianę melodyjnego metalu co potwierdza choćby melodyjny "Starchaser" czy przebojowy "Tokyo". Przepiękny w swojej melancholii i emocjonalnej podróży jest nieco rockowy "i'll find a way". Prawdziwy majstersztyk. Jak już grać nowoczesny heavy metal to w takim stylu jak ten zaprezentowany w "Killier of lies".Na sam koniec warto wspomnieć o stonowanym "Homeground", który podkreśla potencjał formacji i sam klimat płyty. To kolejny mocny kawałek na płycie.

Starchaser błyszczy na tej płycie i trafi ona z pewnością do serc wielu słuchaczy. Wystarczy, że cenimy pomysłowe riffy, bardziej złożone melodie i cenimy wysoką jakość wykonania. Ta supergrupa to zapewnia i z pewnością można określić ten album jedną z ważniejszych premier roku 2022!

Ocena: 9/10