sobota, 20 września 2014

JOHN STEEL - Freedom (2014)

Pewnie się zastanawiacie co tam porabia były wokalista Iron maiden, a mianowicie Blaze Bayley. Ostatni jego dobry album solowy ukazał się w 2010r i od tamtego czasu nic ciekawego wokalista nie wydał. Mam nawet wrażenie się wypalił i z toczył niczym inny były wokalista Iron Maiden – Paul Di Anno. Mamy rok 2014 i o dziwo Blaze wystąpił gościnnie na debiutanckim albumie bułgarskiego zespołu John Steel. Album zwie się „Freedom” i przykuwa uwagę klimatyczną okładką, na której widnieje logo Blaze'a. To już daje sygnał, że Blazea jest całkiem sporo na tej płycie i faktycznie tak jest. Bułgarska formacja gra od 2007r i to potwierdza że jakieś doświadczenie muzyczne jest. Zostaje tylko kwestia samego materiału i tego co dostaje na albumie „Freedom”. Muzycznie nie odbiega to od tego co gra Blaze Bayley. Tradycyjny heavy metal, pełen ostrych riffów, urozmaiconych temp począwszy od tych wolniejszych po szybsze. Nie ma tutaj kombinowania, ani nic nowego, to typowy i oklepany heavy metal. Nie ma się co oszukiwać, muzyka nie jest wysokich lotów, ale i tak jest lepiej niż na ostatnich płytach Blaze'a. Jego wokal jest agresywniejszy i mocniejszy niż na „King of Metal”. Co więcej gitarzyści Ivan i Victor tworzą odpowiednie tło pod wokal Blaze'a. Słychać kawał solidnego grania, pomimo że nie grzeszą wyszkoleniem technicznym czy pomysłowością. Trochę tego brakuje, bo wtedy i płyta zyskała by porządnego kopa. Utwór „Freedom” to prosty heavy metal, taki oklepany, ale słucha się tego dość przyjemnie, zwłaszcza że Blaze'a niczego ostatnio nie nagrał, co byłoby godne uwagi. „Change” ukazuje melodyjne oblicze zespołu i tutaj można poczuć potencjał jaki drzemie w zespole. W „The crow” mamy z kleoi mroczniejszy klimat i znacznie cięższy podkład. To jest to co najbardziej pasuje do wokalu Blaze'a. Nie zabrakło też wolniejszych kawałków i „The Voice of Sorrow” można nawet uznać za swego rodzaju balladę. Taki spokojniejszy utwór w rockowej tonacji. Bardzo dobrze wypada agresywniejszy „Nightmare” i chwytliwy „Evil sky”. Jeszcze jest „Angel” i „Leviathan Rises” z Dillanem Arnaudovem na wokalu , ale nie robią takiego wrażenia jak kawałki z Blazem. Nie jest to złe, ale czuje nie dosyt, bo mogło być to znacznie mocniejsze granie. Jest to solidna porcja heavy metalu i pomimo takich wad jak brak killerów czy wykorzystanie oklepanych motywów to i tak płyta ciekawsza niż ostatnie dokonania pana Blaze'a. Warto obczaić co porabia były wokalista Iron Maiden.

Ocena: 6.5/10

ELVENSTORM - Blood leads to Glory (2014)

Krew, pot i dobra taktyka prowadzi do zwycięstwa, do prawdziwej glorii i chwały. Francuski zespół o nazwie Elvenstorm od 2008 roku solidnie pracował na swój sukces, na te znakomite wyniki. Debiut z 2011r „Of Rage And War” namieszał troszkę w heavy metalowym światku. Zespół od razu zyskał popularność i wyróżnili się tym, że są jednym z tych nielicznych heavy metalowych zespołów, gdzie funkcję wokalisty pełni kobieta. W latach 80 było to na porządku dziennym, co potwierdzały takie kapele jak Hellion, Chastain, czy Warlock. Dzisiaj już trudno o takie kapele, ale jak się dobrze poszuka to można znaleźć kilka jakże znakomitych zespołów. Elvenstorm jest jednym z nich. Wrócili z nowym albumem zatytułowanym „ Blood Leads to Glory”i lepiej nie można było dobrać tytułu. Tak krew i wysiłek całego zespołu doprowadził do sukcesu.

O nowym albumie można mówić jako hołd dla starych kapel z lat 80, mieszankę heavy/speed/power metalu utrzymanego w stylu Stormwarrior, Running Wild, Lonewolf, czy White Skull. Choć często spotkamy się z etykietą drugiego Crystal Viper. Jakbyśmy nie nazwali nowego albumu, to trzeba jedno przyznać, jest to jeden z najlepszych albumów z taką muzyką jaki ukazał się w tym roku. Soczyste, wręcz perfekcyjne brzmienie osadzone w niemieckim klimacie i w sumie to nas nie powinno dziwić, w końcu tym zajęli się Piet Sielck i Lars Ramcke. To już zapewnia jakiś poziom muzyczny tego wydawnictwa. Co ciekawe, płyta nie brzmi jak Iron Savior, co jest plusem zwłaszcza w przypadku charakterystycznego ustawienia brzmienia przez Pieta. Tym razem udało się uniknąć tego. Brzmienie można porównać do dwóch pierwszych płyt Stormwarrior. W sumie ta cecha dotyczy się riffów, solówek, konstrukcji utworów. Sporo w tym starego Stormwarrior, co z pewnością ucieszy tych co się zawiedli „Thunder & steele”.Kolejnym zespołem który mocna przemawia w muzyce Elvenstorm to oczywiście Crystal Viper. Nic też dziwnego, że nawet gościnnie pojawiła się Marta Gabriel. Jej wkład w „Mistress from Hell” jest słyszalny i to też składa się na to, że jest to jeden z najlepszych utworów na płycie. To wszystko sprowadza się do tego, że mamy też wpływy Running Wild. Francuzi się z tym wcale nie kryją i sprawia im to wielką frajdę. Znakomicie to podkreślają w szybszym „Black Hordes” , w „Fallen One”, który jest osadzony w „Port Royal” czy „Death or Glory” czy w klimatycznym „Sirens of Death”. Album brzmi klasycznie i bardzo w stylu lat 80. Otwarcie instrumentalnym intrem w postaci „Sanguis ad gloriam” to tylko potwierdza. Styl i układ melodyjny to taki miks Crystal Viper i Running Wild. Wraz z wejściem „Reign in Glory” wszystko staje się jasne i od razu można wytoczyć inną tezę. Zespół jest tutaj bardziej dojrzały, bardziej doświadczony i wie jak podejść do tematu żeby nie robić jakiś głupich błędów. Jest energia, radość z grania, jest hołd dla lat 80 i wielkich kapel. Z tego wszystkiego najbardziej zachwyca wykonanie, sposób w jaki zespół gra, no i sama pomysłowość. Gdyby nie ten ostatni czynnik, to z pewnością album by się nużył i nie byłby taki energiczny i zapadający w pamięci. „Werewolves of the East” brzmi jak kawałek wyjęty z płyty Lonewolf, ale to też potwierdza w jakiej formie jest Elvenstorm. Właściwie muzycy są tutaj bez błędni. Najbardziej imponuje gitarzysta Michael, który w każdym utworze daje popis swoich umiejętności i jest czym się zachwycać. Złożone solówki, ostre, żywiołowe riffy i sporo szaleństwa. To musi się podobać. Fani Crystal Viper powinni szczególną uwagę zwrócić, na stonowany i bardzo melodyjny „Temple of the Sun”. Elvenstorm na pewno nie przebija Crystal Viper wokalnie, bo Laura to nie Marta i nie ma takiego ostrego głosu. Jej wokal jest czysty, techniczny i na swój sposób specyficzny. Może być to nawet przeszkoda dla niektórych. Dalej mamy „Ruler of the Night”, który wybija się na tle innych znakomitą solówką i ciekawym motywem w środkowej części. Oczywiście piękna okładka przesiąknięta rycerskim klimatem i epickim charakterem została tutaj zastosowana nie bez powodu. Znakomicie odzwierciedla to co mamy w marszowym „Where Angels Dare to Die” , który nawiązuje do muzyki Manowar. Elvenstorm znakomicie odnajduje się w graniu heavy/speed/power metalu, zwłaszcza w tym osadzonym w latach 80 i nic dziwnego że postanowili jakoś to udowodnić na koniec płyty. Dobrym rozwiązaniem okazało się wstawienie covera Savage Grace, który przecież jest kultowym zespołem obracających się w rejonach speed metalu. „Into The Storm” to znakomity kawałek, który potwierdza geniusz zespołu.

Cel osiągnięty. Elvenstorm nagrał perfekcyjny album, który oddaje piękno heavy/speed/power metalu i muzyki lat 80. Każdy kto gustuje w Crystal Viper, Running Wild, Hellion, Warlock, Lonewolf, czy Stormwarrior będzie zachwycony tym albumem. Właśnie narodziła nam się nowa gwiazda heavy/speed metalu. Czekamy na więcej.

Ocena: 10/10

ASTRAL DOORS - Of the son and the Father (2003)



Nagrać wtórny materiał, który do bólu przypomina pierwowzór to żadna sztuka. Bo w końcu wykorzystujemy styl i sposób grania taki jaki został przed laty opracowany przez innych muzyków, a naszym zadaniem zostaje stworzenie kompozycji i zagrania tego z pasją, jakby pochodziło od samych muzyków na których się wzorujemy. Ta pierwsza sztuka jest łatwa do osiągnięcia i nie wymaga większego wkładu ze strony zaczynającego zespołu. Prawdziwa sztuka zaczyna się kiedy bazując na czyimś stylu chce stworzyć coś własnego, coś równie genialnego. Odtworzyć erę Dio, muzykę tego wielkiego wokalisty to mogłoby się wydawać rzucenie się na głęboką wodę. Nie wszystkim udało się przypomnieć nam tamte czasy i wielu poległo. Problem tkwił głównie w komponowaniu i osobie wokalisty. Wiadomo Ronnie był tylko jeden. Ale szwedzki band o nazwie Astral Doors okazał się jedynym zespołem, który wie jak odtworzyć muzykę Dio i co ciekawe nawet nie odczujemy różnic pod względem wokalu. Powstali w 2002 roku i już w 2003 ukazał się „Of the son and father”.

Nikt przed nimi, ani po nich nie odważył się zmierzyć z twórczością Dio. Może jego kompozycje z czasów „Holy Diver” czy „Last in Line” tnie były skomplikowane i trudne do odtworzenia, ale wymagały pomysłowości, wymagały tego pazura i najważniejsze, wokal. Bez agresywnego, mrocznego i głębokiego wokalu daleko się nie zajdzie. Astral Doors ma to wszystko co potrzeba i choć nie zależy im na oryginalności, kierując się miłością do heavy metalu lat 80 wykreowanego przez Dio, Rainbow czy Black Sabbath z ery Tonego Martina to jednak wiedzą jak to wykorzystać na ich korzyść. Sposób tworzenia melodii, kreowania motywów, budowania klimatu nasuwa stare dobre lata Dio. Martin Hanglund i Joachim Nordlund postarali się by brzmiało to autentycznie, jakby wyszło od samego Ronniego.  Brzmi to autentycznie i świeżo, nie ma mowy o nudzie ani też o sterylności. Udało się uciec od sztuczności i nachalności.  Debiut Astral Doors to badanie czy fani są jeszcze głodni na taki klasyczny heavy metal zakorzeniony w latach 80. Gwiazdą tutaj jest bez wątpienia Nils Patrik Johannson, który brzmi jak brat bliźniak Dio. Ta sama charyzma, mrok, styl, maniera, nawet technicznie obaj panowie brzmią podobnie. Najlepszy i właściwie jedyny jego godny następca. Co ciekawe zespół postawił na krótkie utwory i to można uznać za zaletę. Zaczyna się dynamicznie bo od szybkiego „Cloudbreaker” i to taka miła mieszanka Rainbow i Dio. Klawisze może nieco schowane, ale odgrywają znaczącą rolę. Solówki są tutaj wręcz zjawiskowe. Proste, zagrane z pasją, polotem i podobać mogą się te pojedynki gitarzystów. Materiałem na dłuższą kompozycją był „Of the Son and the Father”. To taki stonowany i epicki kawałek na miarę „Heaven and Hell”. Nie uświadczymy tutaj słodkich refrenów, czy do bólu chwytliwych, słodkich melodii, bo nie o tutaj chodzi, ma być prosto i szczerze, ma to być hołd dla Dio. W „Hungry People” słychać echa „We Rock”, ale kompozycja troszkę ospała i momentami nieco drażni. Nie zabrakło elementów bardziej hard rockowych, a przykładem tego jest „Slay the Dragon”, który bardziej osadzony jest w stylizacji Deep Purple czy Rainbow. W końcu Joakim Roberg  jest bardziej wyrazisty i jest bardziej zauważalny. Jeden z najlepszych kawałków na płycie, które nie jest typową kalką twórczości Dio. Miłym zaskoczeniem jest „Ocean of Sand”, w którym zespół zabiera nas w rejony muzyczne określane neoklasycznym metalem, słychać to choćby za sprawą głównego motywu gitarowego. Kolejny raz też można wyłapać wzorce zaczerpnięte z Rainbow. Jeden z najszybszych i zarazem najlepszych kawałków Astral Doors na tym albumie. Tak samo można napisać o rozpędzonym „Burn down the wheel”. Zespół znakomicie się bawi i nie popada w rutynę, ani nie przestaje nas zaskakiwać. Radość słychać w pogodnym „Night Of The Witch”, zaś „Rainbow in Your Mind” wykazuje cechy hard rocka lat 70 i to nie są typowe, rasowe kawałki w stylu Dio, co też cieszy. Był człowiek na srebrnej górze, to teraz jest człowiek na skale. „Man on the rock” to oklepany motyw i znajomo brzmiący refren, ale to właśnie cieszy fanów starego heavy metalu.

Tyle lat wyczekiwano zespołu, który podejmie się tematu twórczości Dio, który będzie kontynuował tą właśnie ideologię heavy metalu z lat 80. Brzmi to o tyle świeżo, bowiem takich formacji jak Astral Doors nie ma za dużo no i nie każdy może się pochwalić wokalistą, który śpiewa jak sam Dio. Znakomity debiut, który otwarł Szwedom drzwi na świat.

Ocena: 8.5/10

czwartek, 18 września 2014

WAYNE - Metal Church (2001)



W roku 2005 odszedł David Wayne. Znakomity wokalista o mrocznym, agresywnym i zadziornym głosie, który przyprawiał o dreszcze. Taki charyzmatyczny muzyk sprawił, że Metal Church już za sprawą dwóch pierwszych albumów wbił się do grona najlepszych i szybko stali się rozpoznawalni. David jednak po albumie „The Dark” odszedł i wtedy Metal Church bardzo dobrze sobie radził z Mikiem Howem, ale w 1999 r Metal Church nagrał „Masterpeace” i był to ostatni album metalowego kościoła na którym zaśpiewał David. Kolejne rozstania i zgrzyty między muzykami sprawiły, że Metal Church zatrudnił nowego wokalistę, a David Wayne mógł w końcu wydać solowy album sygnowany własnym nazwiskiem. Rok 2001 ukazał się jego jedyny album o tytule „Metal Church”. Chęć pokazania jak miał brzmieć kolejny album Metal Church z Waynem? A może próba stworzenia czegoś na miarę debiutu Metal Church?

David otoczył się doświadczonymi muzykami, którzy grali choćby w Obsession, czy Thunderhead. Wszystko wskazywało na to, że jednak Wayne nie zdradzi swoich korzeni ani nie zapomni o swojej bogatej przeszłości i sukcesie jaki osiągnął z Metal Church. Tytuł i okładka tego albumu daje nam podpowiedź czego można się spodziewać po tym wydawnictwie. Takiej okładki nie powstydziłby się sam Metal Church i jest ona genialna. Klimat, wykonanie no i słynna gitara, która zdobiła okładkę debiutu Metal Church. To wszystko wskazywało, że David spróbuje nam dostarczyć muzykę w stylu pierwszego albumu. Zadanie dość ciężkie do wykonania, bo tamten album to klasyka metalu, ale David postanowił podejść do tematu z rezerwą i dystansem. Nie chciał stworzyć kopii, a jedynie odświeżyć kilka patentów. Debiut Metal Church miał mroczny klimat, który przejawiał się choćby w „Beyond the Black” czy „Metal Church” i tutaj udało się po części odtworzyć tamten klimat. Słychać to w stonowanym, nieco progresywnym „Hannibal”. W tym utworze słyszę mieszankę Saxon i starego Metal Church. Płyta zaczyna się od mocnego uderzenia w postaci „The Choice” , który utwierdza nas tylko w przekonaniu, że David Wayne postanowił wrócić do agresywniejszego grania, w który rządzi mrok i agresja. Jimi Bell i Craig Wells zadbali o to by riffy były mroczne, pełne głębi, agresji i wyrafinowania. W większym stopniu dbają o technikę i ciężar niż o przebojowość i melodyjność. Odbija się to nieco na całokształcie, ale płyta i tak robi bardzo pozytywne wrażenie. David Wayne nie oszczędza się i śpiewa z sercem, czego mi brakowało na „Masterpeace”. Ma też odpowiednią oprawę i słychać, że mamy do czynienia z rasowym metalowym albumem. Ciężki, nieco thrash metalowy „The Hammerfall Will Fall” to idealny przykład, że nie brakuje tutaj też hitów z prawdziwego zdarzenia. Bardzo udany refren, pomimo że temat oklepany. Nutka hard rocka, nuta Black Sabbath i mamy „Soos Croak Cementary” i choć nie jest to łatwo zapadający utwór, to jednak ma swój urok. Debiut Metal Church był dynamiczny i wypchany szybkimi kompozycjami i takich mi brakowało na „Masterpeace” i tutaj też niedosyt w tej kwestii pozostał. Na szczęście na otarcie łez jest energiczny power/thrash metalowy „Burning At The Stake”, który mógłby znaleźć się na debiucie Metal Church. Specyficzny klimat, bardziej wyszukane motywy i techniczny charakter melodii i riffów, sprawia że płyta nie należy do łatwo strawnych i chwytliwych, dobrze to obrazuje „D.S.D” . Jest tutaj więcej Black Sabbath, Dio i Heaven and Hell niż samego Metal Church, ale nie uważam to za minus. David starał się urozmaicić swój materiał i pokazać się na różnych płaszczyznach heavy metalu.  Na wiązań do debiutu „Metal Church” jest tutaj całkiem sporo i David tego nie kryje, ba nawet stara się nam to dobitnie podkreślić. Najlepiej to zrobił za sprawą drugiej części „Nightmare”. Ten utwór na debiucie niszczył i pokazał, że można stworzyć amerykański power metal w którym jest agresja i melodyjność. Druga część jaką zaprezentował David jest równie udana. Choć ma jakby nowocześniejszy wydźwięk. Zachowano dynamikę, energię i melodyjność, czyli zalety starego Metal Church. Właśnie za tym fani Davida tęsknili, za takim wokalem, za takimi kompozycjami i szkoda, że jest ich tutaj tak mało. „Vlad” to z kolei jakby ukłon w stronę stoner rocka i Black Sabbath z Ozzym. Nie jest to najlepsza kompozycja na tej płycie, ale pasuje do całości i ma kilka atutów, a jednym z nich jest tło stworzone przez gitarzystów. Co ciekawe David pokusił się o kawałek na miarę „Beyond The Black” czy „Gods of Wrath” . Przez „Ballad for Marianne” przemawia podobna konstrukcja, budowanie napięcia i przeplatanie motywów. Kolejna perełka z tego wydawnictwa.

Nie udało się podbić rynku muzycznego tą płytą pomimo że okładka i tytuł albumu jednoznacznie wskazują nawiązanie do Metal Church. Mógł to być następca dwóch pierwszych płyt Metal Churh, ale czy do końca tak jest? Niby jest agresja, momentami jest szybkość, ale uleciała gdzieś ta przebojowość i melodyjność. Słychać dominację ciężaru, mroku i agresji. Niby nic nowego, bo przecież już na pierwszych albumach Metal Church gdzie śpiewał David już to się przejawiało w sporych ilościach. Tym razem David nie wykorzystał potencjału jaki drzemał w tym krążku. Ostatnie dzieło świętej pamięci Davida, które znakomicie podsumował jego karierę, deklasując „Masterpeace” i to jest jego wizytówka. Znakomity wokalista o którym nigdy metalowy świat nigdy nie zapomni.

Ocena: 8/10

wtorek, 16 września 2014

BREEZE LEAST - Breeze Least (1986)

Neoklasycznego heavy metalu z lat 80 nigdy za wiele i kierując się tą myślą sięgnął nie po znane kapele, które każdy zna, ale po debiutancki album japońskiej formacji Breeze Least. Powstali w 1985 roku i nie zdobyli większego rozgłosu. Na przeszkodzie mogła stanąć kiepska produkcja albumu, która często przyćmiewała jakość muzyki, również nie typowa okładka czy w końcu kraj z którego wywodzi się Breeze Least. Każdy musi przecież pałać miłością do japońskiego metalu. Tym razem nawet ci stronią od muzyki z tamtego rejonu powinni być zachwyceni, bowiem Breeze Least to jeden z najlepszych zespołów z Japonii. Dowiedli tego na „Breeze Least”, który jest znakomitą mieszanką heavy metalu, hard rocka, no i właśnie neoklasycznego metalu. Wszystko stanowi spójną całość. Może i brzmienie nie jest tu wysokich lotów i ukazuje ubóstwo zespołu, ale nie jest w stanie zniszczyć potencjału jaki wybrzmiewa z tego co robią muzycy. Głęboki i utrzymanych w wysokich rejestrach wokal Satoru znakomicie pasuje do tego co wygrywa Kazuhiro. Album przepełniony jest klimatycznymi, emocjonalnymi solówkami i chwytliwymi refrenami. Źródłem energii tego krążka jest duet gitary z klawiszami, co przedkłada się na melodyjność i urozmaicenie. Dzieje się tutaj sporo i nie raz włosy stają dębem. Otwarcie tytułowym kawałkiem nie jest w stylu neoklasycznych albumów i nasuwa się tutaj rasowy heavy/speed/power metal i to taki przesiąknięty niemiecką i amerykańską sceną metalową. Stonowany i bardziej hard rockowy „Must Be Crush” ukazuje ile emocji zostało tutaj wyrażone, ile serca muzycy włożyli. Znakomity przykład, że nie trzeba dynamiki, ani mocnego riffu by porwać słuchacza. Duch Deep Purple, Whitesnake czy Rainbow występuje w balladowym „Dolphin Tradition”. Nie mogło zabraknąć dłuższego kawałka i tutaj jest bardziej progresywny „Damnation”. Coś z brytyjskiego grania można uświadczyć w „Gate Tower”. Muzykę tej formacji ciężko wyrazić w słowach, zwłaszcza kiedy słucha się takiej perełki jak 12 minutowy „Not The Hold”, który zawiera wszystko co składa się na ich styl i chyba najlepiej oddaje to co usłyszymy na tej płycie i jaki poziom prezentuje z sobą Breeze Least. Mało znana formacja, która nagrała w sumie dwa albumy, ale najwyższy czas dać im zasłużony rozgłos. Ciekawa mieszanka hard rocka, progresywnego rocka i neoklasycznego metalu. Gorąco polecam.

Ocena: 8.5/10

niedziela, 14 września 2014

CRUSHER - Endless Torment (2012)

31 minut muzyki. Tyle mają nam do zaoferowania muzycy z ukraińskiego Crusher, który został założony w 2007 roku. Debiutancki album „Endless Torment” nie szykuje nam rewolucji w dziedzinie thrash metalu, ale z pewnością przykuje uwagę zagorzałych fanów tejże muzyki. Pierwszy album zazwyczaj wiąże się z niepewnymi pomysłami, nie do końca przekonującym stylu, a czasami nie zadowala słuchaczy pod względem poziomu muzyki. Tym razem jest zupełnie inaczej. Crusher nawiązuje do klasyki gatunku i nie jest mu obca twórczość Exodus, Slayer czy Overkill. Może nie grzeszą oryginalnością, ale mają inne atuty. Mam tutaj na myśli przede wszystkim komponowanie i bez problemowe tworzenie agresywnych kawałków. Nie ma zaskoczenia i tego nawet się nie spodziewałem. Jest znana z innych płyt nieco przybrudzone brzmienie, jest typowy thrash metalowy wokalista Dyatel, który potrafi śpiewać i na pewno płyta nabrała dzięki niemu mocy. Nieco gorzej wypada jako gitarzysta, ale nie ma powodów do narzekania. Materiał jest krótki, ale i treściwy. Dostajemy dynamiczny i energiczny materiał, który od samego początku jest zdominowany przez typowe thrash metalowe kompozycje. „On The Needle” czy „Den of Iniquity” to właśnie tego najlepszy przykład. Jakby więcej heavy metalu udaje się przemycić w „Politishit”, co zapewnia nam chwilę wytchnienia. W takim „Skatanic Ride” można posłuchać, jak zespół znakomicie odtwarza styl Slayera, co akurat brzmi bardzo dobrze, podobnie zresztą jak ich cover postaci „Jesus Saves”. Prosty i do bólu przewidywalny album, ale ma swój urok, zwłaszcza jeśli lubi się szybki speed/thrash metal w starym stylu. Właśnie do tych fanów skierowany jest krążek.

Ocena: 6/10

sobota, 13 września 2014

RIOT - Unleash The Fire (2014)

Grają od roku 1975, nagrali 15 albumów studyjnych, mieli ciężki okres, jednak przez te wszystkie lata amerykańska potęga heavy/speed/power metalu jaką bez wątpienia jest Riot trzymała wysoki poziom o jakim inne wielkie zespoły mogły pomarzyć. Mamy rok 2014, a Riot wciąż nagrywa nowy materiał, wciąż jest silny jak przed laty i wciąż zachwyca swoją muzyką. „Unleashed The Fire” to najlepszy dowodów w jakie formie jest zespół pomimo tylu lat i jaką potęgą wciąż jest. Nic się nie zmieniło, dalej jest to heavy/speed/power metal, wciąż jest to energiczne i bardzo melodyjne granie. Jest to Riot już nieco inny, bo tworzą go inni muzycy. Cieszy jednak fakt, że pojawił się w nim wokalista Jack starr Burning, a mianowicie Todd Micheal Hall. Wniósł on sporo świeżości i nadał nowej jakości Riot. Jest też nowy gitarzysta, a mianowicie Nick Lee który zachwyca lekkością, stylem gry, techniką, a przede wszystkim pomysłowością. Razem z Mikem Flyntzem tworzą zgrany duet i naprawdę płyta jest pełna ciekawych zagrywek, melodyjnych motów i pojedynków na solówki. Zresztą już z okładki można wiele wyczytać, zwłaszcza to że musi to być ciekawy album. To potwierdza już na wstępie znakomity „Ride Hard live free”. Melodyjne wejście, klimat lat 80, trochę gdzieś w tym echa Crystal Viper czy Jack Starr Burning. Jednak jest to wciąż stary poczciwy Riot. Dalej mamy żywiołowy „Metal Warrior”, który przypomina mi nieco Stormwarrior, ale jest to kawałek o rycerskim klimacie. Dwa hity na samym wstępie to akurat bardzo dobrze rokuje. Riot przyzwyczaił, że potrafi wtrącić nutkę thrash metalu do swojej muzyki i to po raz kolejny potwierdza w znakomitym „Fall From The Sky”. Pojawia się też ostrzejszy heavy metal co słychać w „Bring The Hammer Down” czy „Kill To Survive”. Jednak największa atrakcją stanowią takie melodyjne kompozycje, utrzymane w power metalowej konwencji. Dowodem na to jest „Unleash The Fire” , przebojowy „Fight Fight Fight” czy rytmiczny „Return to Outlaw”. Nawet spokojniejszy „Immortal” jest tutaj godny uwagi. Mamy do czynienia z równym i przemyślanym materiałem, który potrafi zaskoczyć nawet w najmniej odpowiednim momencie. Plusem jest to, że całość jest dojrzała i zagrana z polotem. Dzieje się naprawdę sporo, a każdy kto wychował się na Riot, każdy kto obecnie żyję takim metalem jak Crystal Viper czy Jack starr Burning ten będzie zachwycony. Riot mimo tylu lat wciąż trzyma wysoką formę i trzeba się z nimi liczyć na scenie.

Ocena: 8.5/10