czwartek, 8 grudnia 2016

BLIZZEN - Genesis Reserved (2016)

Co raz więcej ciekawych produkcji pojawia się w gatunku NWOTHM czyli gatunku w którym młode kapela próbują odtworzyć nam lata 80. Mieszanka tradycyjnego heavy metalu z NWOBHM i takie formacje jak Skull Fist, Steelwing czy Enforcer pokazały, że mimo oklepanej formuły można porwać fanów heavy metalu. Taka wycieczka do przeszłości jest udana tylko wtedy kiedy dana kapela potrafi nas porwać dynamiką, przebojowością i pomysłowością. Trzeba wykazać się nie lada talentem i umiejętnościami mi odnieść sukces. Zespoły z tego kręgu często nawiązują do twórczości Running Wild, Angel Witch, Iron Maiden, Judas Priest czy Saxon. Niemiecki band Blizzen w tej kwestii niczym nie wyróżnia się. Grają od 2014 roku i dopiero w tym roku udało im się wydać swój pierwszy album w postaci „Genesis Reserved”. Choć jest to płyta jakich pełno w tym gatunku, to jednak niezwykła dawka ciekawych melodii, klasyczne rozwiązania i pomysłowe zagrywki gitarowe Marvina i Andiego sprawiają, że warto poświęcić chwilkę czasu temu zespołowi. Mocnym atutem jest soczyste i osadzone w latach 80 brzmienie czy wreszcie wokalista Daniel Steckenmesser, któy nadaje muzyce Blizzen takiej oryginalności i naturalności. Sama muzyka jest energiczna, chwytliwa i wyrównana. „Trumpets of the gods” to kompozycja mocno wzorowana na twórczości Iron Maiden, ale na swój sposób jest urocza. Jeszcze ciekawszym utworem wydaje się speed metalowy „Masters of Lightning”, który ma coś z wczesnego Angel Steel. Jednym z najmocniejszych kawałków na płycie jest zadziorny „Hounded for Good”, w którym kluczową rolę odgrywa energiczny riff. Słychać w tym coś ze starego Running Wild i to przemawia do mnie. Nieco hard rockowy, nieco punkowy i bardziej marszowy „Genesis Reserved”ukazuje nieco inne oblicze Blizzen, ale dalej zostajemy w latach 80. Zespół znakomicie radzi sobie w szybszym graniu co potwierdza maidenowy „The World keeps still” czy nieco rozbudowany „Bestride the Thunder”. Płyta kipi energią i w sumie każdy kawałek jest interesujący i w sumie dobrze cały album odzwierciedla dynamiczny „Skid to Death”. Blizzen zaliczył udany debiut i na pewno warto przyglądać się ich karierze.

Ocena: 7/10

poniedziałek, 5 grudnia 2016

DORO - Strong and Proud - 30 Years of rock and metal (2016)

Każde wydawnictwo Doro Pesch to zawsze dla mnie wielkie wydarzenie i prawdziwa radość, w końcu to na twórczości tej wokalistki wychowałem się. Znakomita dyskografia z Warlock i prawdziwe klasyki muzyki heavy metalowej. Potem jej twórczość solowa, która również kryje wiele mocnych wydawnictw. Nie tak dawno królowa heavy metalu świętowała 25 lat swojej działalności. W roku 2012 wydała kolejny album w postaci „Raise Your Fist” i choć nie był to najlepszy krążek Doro to i tak zawiera kilka perełek. Teraz w tym roku Doro miała kolejny powód do świętowania, w końcu minęło 30 lat jej działalności. Znów przyszedł czas na ciekawe koncerty z ciekawymi gośćmi, specjalna setlista no i wreszcie kolejne bogate wydawnictwo koncertowe, które zawiera płyty DVD z koncertem oraz płyty cd z muzyką. „Strong and Proud – 30 years of rock and metal” to najnowsze dzieło Doro. Trzeba przyznać, że dawno nie słyszałem tak udanego albumu koncertowego. Szkoda tylko, że setlista na płycie CD nie jest tak bogata jak na płytach DVD, ale i tak sprawia sporo radości. Minusem jest to, że tak mało utworów Warlock jest zawartych, ale i to nie jest wstanie przekreślić jakości tego wydawnictwa. Gościnnie pojawiają się Blaze Bayley, Udo Dirkschneider czy Hansi Kursch. Sam klimat, publiczność i wydźwięk tego koncertu przyprawia o ciarki. Kawał dobrej roboty odwaliła ekipa Doro Pesch. Królowa mimo swoich lat wciąż potrafi śpiewać zadziornie i uczynić z koncertu prawdziwe heavy metalowe święto. Można było sobie darować covery, ale usłyszeć jak dobrze się bawi publiczność z gośćmi przy takich metalowych hymnach jak „Fear of The dark” czy „Balls tothe Wall” to nie lada gratka. Nawet słynny cover Dio w postaci „Egypt” idealnie sprawdził się podczas tego jubileuszu Doro Pesch. Z Warlock pojawiają się takie klasyki jak „Earthshaker Rock” czy „Hellbound”. Wykonanie bardzo dobre i przypominają się lata 80. Miło też, że pojawia się niesamowita ballada w postaci „Without You”. Z nowej płyty zagrano hymn w postaci „Raise Your Fist in the air” , rozpędzony „Revenge” czy wreszcie zadziorny „Rock Till Death”, który upiększył Hansi Kursch. Bardzo dobrze sprawdzają się odkurzone stare kawałki Doro w postaci „Save My Soul” czy „On the Run” z bardzo dobrego „Fear no evil”. Cały czas publika świetnie się bawi i właściwie miło się tego słucha. Na sam koniec Doro zagrała „You are my family” z jednego z najlepszych albumów Doro czyli „Warrior Soul”, oraz nieśmiertelny „All We Are” jako finał koncertu. Bardzo dobry album koncertowy, który oddaje klimat tego jubileuszu Doro i daje sporo radości, zwłaszcza fanom wokalistki.

Ocena: 9/10

piątek, 2 grudnia 2016

HIGHLORD - Hic Sunt Leones (2016)


Jakoś nigdy nie mogłem się przekonać do twórczości włoskiego Highlord. Niby jeden z kluczowych bandów power metalowych, nie tylko jeśli chodzi o włoską scenę metalową. Znani są z melodyjnych, nieco słodkich partii klawiszowych i progresywnego charakteru. Ostatnie ich płyty jeszcze słabsze od tych z początku kariery. Teraz zespół przeszedł pewne roszady, tak więc pojawiła się nadzieja, że coś się zmieni. Faktycznie nieco zmieniony szyld, mroczna okładka już od razu dają sygnał, że najnowsze dzieło w postaci „Hic Sunt Leones” może być czymś innym niż do tej pory zespół nam serwował. Z jednej strony zespół dalej gra power metal, a z drugiej słychać wpływy neoklasycznego power metalu, progresywnego metalu czy też nawet melodyjnego death metalu. „One world at a Time” to dobry przykład tego, gdzie faktycznie pojawia się partię harsh wokalu. Sam utwór promował album i w sumie to był dobry wybór. Kawałek jest dynamiczny i niezwykle melodyjny. Na pewno pokazuje, że zespół jest w dobrej formie i są w stanie nas czymś zaskoczyć. Troszkę Andrea Marchision śpiewa tak zbyt wysoko i momentami jakoś tak nijako. No, ale power metalowy charakter jak najbardziej został zachowany. Nowy gitarzysta oraz nowy klawiszowiec nawet sobie radzą i potrafią nawet się uzupełniać co słychać w nieco zadziornym „Be king or Be Killed”. Nie brakuje też słodkiego klimatu i takiego włoskiego charakteru co potwierdza „Let There Be fire”. Na pewno większe wrażenie robi zespół w nieco ostrzejszym i bardziej rozpędzonym „ Hic Sunt Leones”, który utrzymany jest w power metalowej konwencji. Mimo starań można odnieść wrażenie, że zespół za bardzo kombinował ze strukturą, wykonaniem przez co utwory nie zapadają w pamięci. Momentami mogą nawet nas zmęczyć swoją konwencją. Tego uczucia nie poprawiają nieco żywsze i bardziej dynamiczne kawałki w postaci „Warmight” czy „Ive chosen my poison”, które zaliczyć należy do tych najciekawszych kompozycji z całej płyty. Całość zamyka kolejna power metalowa petarda czyli „Full Circle”. Nie brakuje mocnych akcentów, jednak na nowym krążku Highlord dominuje przekombinowanie i zbyt nijakie melodie, które nie trafiają do słuchacza. Nie poprawia tego nawet obecność boskiego Apollo z Firewind. Poprawa jest, ale to jeszcze nie to.

Ocena: 5.5/10

środa, 30 listopada 2016

TOXIC WALTZ - From a distant view (2016)

Niemiecki band Toxic Waltz miał całkiem udany debiut w 2014 r i nic dziwnego że szybko przystąpili do wydania kolejnego krążka. „From a Distant View” został nagrany w tym samym składzie i zawiera muzykę będącą kontynuacją tego co mieliśmy na debiucie. Tak więc po raz kolejny Toxic Waltz dostarcza nam ostrego, dynamicznego thrash metalu w klimatach Exumer, Exodus czy Testament. Okładka utrzymana w klimatach s-f na pewno przyciąga uwagę, ale na płycie już klimatu s-f niestety nie uświadczymy, a szkoda. Angelo dalej śpiewa w swoim stylu i słychać, że stara się śpiewać agresywnie, a przy tym bardzo technicznie. Najwięcej roboty odwalają gitarzyści Jimi i Alex. Dwoją się i troją by wszystko było na wysokim poziomie. Zaczyna się typowo, bo od petardy i „Deify” to kawał porządnego thrash metalu. W „Blidness” mamy więcej ciekawych melodii i słychać tutaj nutkę punkowego charakteru. Bardzo dobrze też wypada rozpędzony „From a Distant View”, szkoda tylko że momentami wszystko zlewa się w całość. Jednym z najlepszych utworów na płycie jest melodyjny „Off to the Road”. Tutaj band pokazał, że można grać nieco mniej agresywnie, ale wciąż na wysokim poziomie. Kto lubi bardziej techniczne granie ten na pewno pokocha „13 days to live”. Miłym urozmaiceniem jest tutaj nieco stonowany i bardziej złożony instrumentalny „Eternal Aftermath”. Całość zamyka 6 minutowy „Mass Atrocity” który nie wiele wnosi do albumu, ale dobrze podsumowuje nowy krążek. Nowe dzieło niemieckiej formacji nie jest złe, ale troszkę słabsze od naprawdę udanego debiutu.

Ocena: 6.5/10

sobota, 26 listopada 2016

ATTACKER - Sins of the World (2016)

Wiele kultowych kapel stara się powrócić do swoich korzeni, stara się powrócić po latach nie obecności, a efekt nie zawsze tak jakby tego chcieli muzycy i fani. Jedni odnoszą sukces i przeżywają drugą młodość, a drudzy ponoszą klęskę, jednocześnie pogrążając się jeszcze bardziej. Amerykański band o nazwie Attacker powrócił w 2013 roku z nowym składem i nowym zespołem. To był strzał w dziesiątkę, bowiem panowie nie dość że nawiązali do klasycznych albumów, to jeszcze pokazali nową, świeżą formułę, która była dowodem że zespół wbił się w dobry czas. „Giants of Cannan” miał wszystko to co powinien mieć płyta z kręgu amerykańskiego power metalu. Agresywne solówki, nieco toporniejsze i przybrudzone brzmienie, mocne riffy i wyrazisty wokal. Nowy skład na czele z Bobym Lucasem podołał zadaniu i w sumie potem jakoś tak cicho było na temat Attacker. Po 3 latach niespodziewanie powracają z nowym albumem zatytułowanym „Sins of The World”. Czy udało się utrzymać wysoki poziom poprzedniczki? Oto jest pytanie.

Nie było rozgłosu, ani większej promocji najnowszego dzieła amerykanów, po prostu został wydany. Uwagę przyciąga na pewno klimatyczna okładka, która nieco przypomina okładkę singla „Different World” Iron Maiden. Znowu dobrą robotę odwaliła polka Jowita Kamińska. Ood wieloma względami nowe dzieło przypomina poprzedniczkę i śmiało można mówić o kontynuacji. Mocne, przybrudzone brzmienie, ognisty wokal Bobiego Luca, mocne i mroczne riffy, a także spora dawka chwytliwych melodii. Jedynie jakie można mieć zastrzeżenia to takie, że nowy album jest jakby mniej przebojowy w porównaniu do „Giants of Cannan”. Jednak mimo tego detalu płyta jest wysokiej klasy. Jest heavy/power metal w amerykańskim wydaniu, a ponowie nie stronią od zapożyczeń z najlepszych płyt z tego gatunku. Tak więc nie brakuje podobieństw do Metal Church, Vicious Rumors, czy Helstar. Attacker w latach 80 nagrywał naprawdę świetne albumy, ale od powrotu w 2013 panowie przeżywają drugą młodość. To jak grają teraz powinno być wzorem dla innych kapel grających heavy/power metal. Nie ma słabych punktów i każdy utwór potrafi oczarować swoim stylem i perfekcją. „Sins of Man” pojawia się krótkim intrze i jest to mocny kawałek, który zabiera nas tam gdzie kończył się „Giants of Cannan”. Jeszcze ostrzejszy i bardziej pomysłowy jest rytmiczny „Carcosa”. Bardzo podoba mi się tutaj wtrącenie elementów thrash metal. Dalej mamy nieco stonowany i toporniejszy „Garuda”, który też pokazuje to co najlepsze w Attacker. Niezwykle przebojowy jest „We rise”, który imponuje dużą dawką melodyjności i patentami rodem z płyt Iron maiden. Jednym z najlepszych utworów na płycie jest „World Destroyer”. Znów zespół raczy nas mocnym i agresywnym riffem i marszowym tempem. Dzieje się sporo w tym utworze i najlepsze jest to że panowie tutaj nawiązują do klasycznych wydawnictw. Co może nieco drażnić to na pewno nieco fakt, że utwory są podobne do siebie. Taki „Choice of Weapon” niczym się nie różni od pozostałych kompozycji. Dalej mamy rozpędzony i bardziej power metalowy „Archangel”, choć nie brakuje elementów wyjętych z NWOBHM. Całość zamyka marszowy i bardziej epicki „Where the serpent lies”, który momentami przypomina dokonania Sacred Steel.

Nie ma zaskoczenia, bowiem Attacker gra to do czego nas przyzwyczaił w ciągu ostatnich lat, zwłaszcza mowa tu o płycie „Giants of Cannan”. Nowy album to właściwie kontynuacja poprzedniczki, choć na pewno nie przebija jej pod względem jakości. Wysoki poziom został jednak utrzymany i Attacker znów nagrał świetny, ostry i dynamiczny album, który namiesza w tegorocznych zestawianiach.

Ocena: 9/10

BRIDGEVILLE - Aftershock (2016)

Bridgeville to band, który powstał z inicjatywy wokalisty Martina Steena, który jest znany szerszej publiczności jako frontman Iron Fire. Do współpracy zostali zaproszeni również muzycy z norweskiego Absinth, a wszystko po to by grać hard rock w klimatach def Leppard, Bon jovi czyWhitesnake. Martin Steene to utalentowany wokalista i w dodatku bardzo lubię jego poczynania z Iron Fire, to też z miłą chęcią obczaiłem debiut Bridgeville w postaci „Aftershock”. To co dostałem to miły dla ucha hard rock w komercyjnej odsłonie. Jak ktoś lubi niezobowiązujące, lekkie granie, które nadawałoby się do stacji radiowej ten z pewnością po lubi album Bridgeville. Zadziorny „Mystic River” czy komercyjny „Save Me” to dobry przykłady owego radiowego rocka. Klimatyczny i przebojowy „Aftershock” to utwór, który łatwo wpada w ucho. Znacznie ciekawej band wypada przy ostrzejszym graniu, co potwierdza dynamiczny „Black Rain”. Trzeb przyznać, że hitów na tej płycie nie brakuje. Ballada „Bridge to a broken Heart” zalatuje Aerosmith czy Def Leppard, ale mimo tego broni się. Płytę promował żywiołowy „Abisthia” i w sumie dobry strzał. Utwór potrafi zachwycić prostotą i przebojowością, a o to w tym wszystkim chodzi. Do mnie najbardziej przemówił otwierający „Get on Top” z atrakcyjną melodią i bardziej heavy metalową strukturą. Nie jest to album, który rzuca na kolana i w sumie nie dostajemy tutaj nic nadzwyczajnego. Jednak każdy fan muzyki hard rockowej powinien posłuchać Bridgeville, bo jest to granie na poziomie.

Ocena: 6.5/10

środa, 23 listopada 2016

BARBARIAN - Cult of the Empty Grave (2016)

Włoski Barbarian w tym roku powrócił ze swoim trzecim albumem i „Cult of the empty grave” to miła niespodzianka, bo raczej nikt nie spodziewał się tak udanego wydawnictwa. To, że kapela jest uzdolniona i stać ja na wiele przekonali już nie raz. Jednak wcześniej brakowało takiej precyzji i perfekcji, a to znajdziemy właśnie na nowym dziele. Z jednej strony nie brakuje elementów thrash metalu spod znaku Sodom czy Kreator, nie brakuje cech black metalu, a z drugiej strony wszystko jest niezwykle melodyjne i epicki. Miłym dodatkiem są tutaj łatwe do wychwycenia wpływy wczesnego Running Wild czy Grave Digger. Lider zespołu Borys Crosburn odpowiada za partie gitarowe i w tej kwestii daje czadu. Jest różnorodność, jest moc, agresja i przebojowość. Cały czas coś się dzieje i nie sposób nudzić się przy takich zagrywkach. Klimat epicki dodaje tylko uroku całości. Jego black metalowy wokal odgrywa tutaj kluczową rolę i czyni ten zespół oraz nowy album jedynymi w swoim rodzaju. Otwierający „Bridgeburner” mocno osadzony jest w twórczości Celtic Frost i Running Wild. Wyszła z tego naprawdę ciekawa mieszanka. Jeszcze ostrzejszy jest w swojej naturze „Whores of Redemption”, ale tutaj zespół postawił przede wszystkim na mroczny klimat. Speed/thrash metalowy „Cult of the Empty grave” to bezbłędna petarda, który pokazuje talent Borysa jako gitarzysty. Sam utwór przypomina mi „Diabolic Force” i wystarczy zestawić te dwa utwory pod względem atrakcyjnych solówek. Równie energiczny i dynamiczny jest „Absolute Metal” , który pokazuje jak można grać atrakcyjny agresywny speed/ thrash metal. W „Supreme Gift” zespół udaje się w bardziej toporniejsze strony metalu. Doom metalowy feeling można uświadczyć w marszowym „Bone Knife” . Płytę wieńczy true metalowy „Remorless Fury” i to tylko pokazuje klasę zespołu i jakość tej płyty. Czysta perfekcja i jedna z najciekawszych płyt roku 2016.

Ocena: 10/10

poniedziałek, 21 listopada 2016

SUICIDAL ANGELS - Division of Blood (2016)

Jeszcze kilkanaście lat temu grecki Suicidal Angels był mało znanym zespołem, który szukał swojego miejscu na thrash metalowej scenie. Teraz po upływie czasu stał się jednym z najlepszych zespołów młodego pokolenia grających właśnie thrash metal. Pokazali pasję, niezwykły talent i technikę, które pozwoliły im przetrwać i wybić się spośród tak wiele kapel. Ich kluczem do sukcesu okazała się umiejętność nagrywania urozmaiconego materiału, w którym techniczne, agresywne granie spotyka się z melodyjnością i przebojowością. Nagrali do tej pory 6 albumów i każdy z nich to wysokiej klasy materiał. Ci panowie nie nagrali jeszcze słabego albumu i w sumie na to się jeszcze nie zanosi. Najnowszy krążek „Divission of Blood” jest dopieszczony i na poziomie do jakiego nas przyzwyczaił już dawno temu ten zespół. Chris Tsitsis rozstał się z zespołem w 2015 r, a jego miejsce zajął Gus Drax, który dał się już nam poznać w Paradox. Do Suicidal Angels wniósł nieco speed metalowej maniery i dużą dawkę świeżości, która przejawia się w ciekawych i melodyjnych zagrywkach gitarowych. Tradycyjnie płyta ma soczyste brzmienie i ciekawą okładkę z charakterystycznym dla zespołu aniołem. Płytę zaczyna wyjątkowo energiczny i złowieszczy „Capital of War”, który nasuwa namyśl twórczość Kreator. Stonowany i zadziorny „Divission of Blood” ma w sobie więcej z heavy/speed metalu. Płytę oczywiście zdominowały szybkie kawałki i to potwierdza „Image of Serpent” czy rozpędzony „Set The Cities of Fire”. Na plus warto zaliczyć stonowany i bardziej charakterystyczny „Front gate” czy też melodyjny „Bullet in the Chamber”. Przez te wszystkie lata wokal Nicka nic się nie zmienił. Wciąż napędza muzykę tego zespołu i stanowi jego trzon. To potwierdza choćby „Cold Blood Murder”. Na sam koniec mamy opus magnum czyli 12 minutowy „Of Thy shall bring the light”. Bez wątpienia świetne zwieńczenie albumy i co ciekawe ten utwór to Suicidal Angels w pigułce. Nie ma mowy o nudzie. Kolejny świetny album na koncie tej greckiej formacji. Oni po prostu nigdy nie zawodzą swoich fanów.


Ocena: 9/10

niedziela, 20 listopada 2016

DESTINY - Climate Change (2016)

11 lat przyszło czekać fanom szwedzkiego Destiny na nowy album. Choć jest to zespół z bogatą historią i długim stażem to jednak nie mają duży liczby wydawnictw na swoim koncie. Liczne przejścia i zmiany personalne stanowiły pewien problem, z którym zespół się borykał. Lata 80 i 90 były udane dla Destiny, dlatego ciężko sobie ich wyobrazić w dzisiejszym świecie muzyki metalowej. Jednak „Climate Change” nawiązuje do klasycznych albumów, a przy tym nie przynosi wstydu zespołowi. Dalej grają heavy metal z elementami power/thrash metalu i w sumie na dobre im wyszło zatrudnienie nowych muzyków. Wokalista Jonas Heidgert znany z Dragonland pasuje do tego co gra Destiny i nadaje kompozycjom odpowiedniego charakteru. Sprawdza się w wysokich rejestrach jak i w niższych. Również gitarzysta Veith Offenbacher z Dawn of Destiny radzi sobie z wygrywaniem ciekawych i melodyjnych solówek. Po tylu latach można spodziewać się wszystkiego i zazwyczaj rzadko kiedy komu udało się powrócić w glorii i chwale, jednak Destiny podołał zadaniu. Płyta może jest nieco za długa i ma nieco hard rockowe brzmienie, ale na pewno zasługuje na uwagę słuchacza. Na pewno warto wyróżnić mocniejszy i toporniejszy „Duke of Darkness”, który otwiera ten album. Bardziej złożony i progresywny w swojej konwencji bez wątpienia jest „Living Dead”, ale pokazuje też jak doświadczony i utalentowany jest zespół. Więcej dynamiki i szybkości uświadczymy w bardziej energicznym „Lead into Gold”, który pokazuje że zespół potrafi tworzyć hity. Na uwagę zasługuje również stonowany i mroczniejszy „Sabotage” czy melodyjny „Sheer Death” z wyraźnymi wpływami Iron Maiden. Popis wokalny nowego nabytku Destiny mamy w bardziej żywiołowym „No reservation” i jest to jeden z najlepszych kawałków na płycie. Z kolei „Devil in The dark” czy „beyond all sense” mają w sobie z thrash metalowej maniery i są to najmocniejsze punkty tej płyty. Mimo upływu tylu lat Destiny wciąż stać na bardzo dobry materiał, który nie tylko zabiera nas do klasycznych wydawnictw grupy, ale też pokazuje że starają się patrzeć w przyszłość i szukać nowych rozwiązań.

Ocena: 7/10

METALLICA - Hardwired ...to self destruct (2016)

Cofnijmy się do roku 2008 kiedy to Metallika wydała „Death Magnetic”, który okazał się biletem powrotnym do korzeni tej kultowej amerykańskiej grupy. W końcu po wielu eksperymentach i latach stagnacji zespół wrócił do bardziej thrash metalowego łojenia. Nie brakowało melodyjności, agresji, szybkości czy dobrze wpasowanego heavy metalowego pazura czy elementów crossoverowych. Tamten album mógł się podobać, jednak też podzielił fanów. Jednym podobał się i stał się szybko jednym z najlepszych dokonań grupy, a dla innych był to wpadka. Zgodność na pewno jest co do kiepskiego i nieco sztucznego brzmienia. Jeśli o mnie chodzi, to uwielbiam „death Magnetic” i byłem ciekawy czy zespół pójdzie dalej tą drogą i czy przypomni nam po raz kolejny swoje thrash metalowe korzenie. Jak wiemy Metallika nie raz eksperymentowała i już w 1991 r kiedy pojawił się „czarny album” to formacja zaskoczyła swoich fanów. Poszli w stronę bardziej komercyjną i coraz więcej pojawiało się elementów heavy metalowych, hard rockowych czy nawet bluesowych. Metallika tkwiła w tym nowym image'u przez lata, dlatego też panowie nie raz już przekonywali nas, że w duszy gra im nie tylko thrash metal.

Na następcę „Death Magnetic” przyszło czekać fanom 8 lat. Po drodze były różne wydawnictwa, które umilały czas oczekiwania na nowe wydawnictwo. Na pewno współpraca z Lou Reedem w postaci „Lulu” nieco ostudziły emocje. Ten album pokazał, że wszystkiego można oczekiwać po kolejnym pełnoprawnym wydawnictwie Metalliki. Nie stawiałem jakiś oczekiwać, bo wiedziałem że z nimi to jednak nigdy nie wiadomo. Tak więc najnowsze dzieło potrafi zasiać sporo wątpliwości i dlatego uczucia są bardzo mieszane. Wszystko zależy od tego jak spojrzymy na „Hardwired...to self destruct”. Jeśli spojrzymy przez kontekst klasycznych thrash metalowych wydawnictw to może poczuć się zawiedzeni i oszukani. Jeśli jesteśmy fanami okresu 1991- 2003 to album na pewno przypadnie do gustu, zaś jeśli wciąż przeżywamy „Death Magnetic” to możemy też poniekąd czuć radość. Najnowszy album Metalliki jest bardzo urozmaicony i potrafi przypomnieć nam różne okresy zespołu, ale najbardziej uderza w okres „Load” i „Reload”. Album jest bardziej heavy metalowy, bardziej melodyjny, mający w sobie sporo z twórczości Black Sabbath, Iron maiden czy Deep Purple. Panowie postanowili nagrać wydawnictwo, które będzie mieć elementy thrash metalu, ale również sporo kawałków bardziej stonowanych i heavy metalowych. To sprawia, że płyta potrafi wzbudzić różne, skrajne emocje. Skoro już wiemy do jakiego okresu zespół wraca na najnowszy krążku, to teraz kilka innych ważnych ogłoszeń parafialnych.

Kawałki na nowy album napisali Hetfield i Urlich, a w sumie na płycie mamy 12 utworów dających prawie 80 minut. Nie rozumiem po co to rozdzielać między dwie płyty, bo i tak nie różnią się one jakoś stylistycznie. Jednak pierwszy album bardziej jest przyswajalny, bardziej przebojowy i bardziej mocarny. Drugi już mniej przebojowy, ale na pewno też wartościowy. Okładki nigdy nie były mocną stroną tego zespołu, ale okładka „Hardwired...to self destruct” rozczarowuje na całej linii i jest to jedna z najgorszych okładek metalowych jakie widziałem. Plusem jest bardziej naturalne i mocniejsze brzmienie i tutaj kawał dobrej roboty odwalił Greg Fidelman. Metallika zaskoczyła w sumie jeszcze tym, że do każdego utworu został nakręcony klip i szacunek za pomysłowość i wykonanie.

Dobrze czas przejść do samej zawartości, która jest naprawdę intrygująca, ale potrafi zaskoczyć. Najlepiej w trakcie słuchania zapomnieć o przeszłości zespołu, a także o konkurencji, a najlepiej myśleć o Metallice w kategorii zespołu heavy metalowego i wtedy jakoś lepiej się tego słucha i płyta zyskuje. Otwieracze zawsze były ciekawe jeśli chodzi o Metallikę i tym razem postawiono na treściwy, agresywny i bardzo thrash metalowy kawałek. „Hardwired” to utwór, który jako pierwszy ujrzał światło dzienne. Dawał błędną zapowiedź nowego albumu przedstawiając go jak thrash metalową łupankę w stylu lat 80. Niestety jest to jeden z niewielu utworów, które mają w sobie thrash metalowy charakter. Co mi się tutaj podoba to feeling wyjęty z „Kill'em all”. Melodyjna solówka, nutka speed metalowego pazura. Mocny riff napędza ten kawałek i czyni go prawdziwą perełką. Szkoda, że nie dopracowano tekstu, który momentami potrafi irytować. Bardzo przypadł mi do gustu „Atlas,rise!” i to jeszcze przed premierą płyty. Z jednej strony mamy złożoną konstrukcję utworu i klimat „Death Magnetic”. Udało się tutaj połączyć thrash metalową agresję i melodyjność rodem z utworów Iron maiden. Bardzo melodyjny i heavy metalowy kawałek, który już bardziej obrazuje to jaki jest nowy krążek Metalliki. Pierwszy wstrząs można doznać już podczas kolejnego utworu w postaci „Now that we're dead”. Nie jest to szybki i thrash metalowy utwór w starym stylu. Nie jest to też rejon „Death Magnetic” i bliżej tutaj do „Load” czy „Reload”. Mocny riff na pewno przyciąga uwagę, podobnie jak marszowe tempo. Mroczny klimat i styl aranżacji na myśl od razu nasuwa twórczość Black Sabbath. Nawiązań do tej grupy na nowym albumie jest naprawdę sporo. Nie jest to minus, bo zespół też jakoś nigdy nie krył tego że jest fanem Black Sabbath. Sam utwór może się podobać właśnie przez pomysłowy charakter i wykonanie. Nutka heavy metalu i hard rocka sprawiają, że utwór szybko wpada w ucho. Na pewno jest to jeden z najlepszych kawałków na płycie. Tak więc początek jest wyjątkowo dobry. Kolejnym utworem, który jest bardziej thrash metalowy na płycie jest „moth into flame”, choć i tutaj nie brakuje elementów heavy metalowych, a także melodyjnych zagrywek Kirka. W sumie Kirk troszkę się oszczędza na tym albumie. Brakuje jakieś zrywu, jakiejś pomysłowej solówki i w sumie wszystko jest w normie. Znacznie lepiej wypada James, który zalicza zwyżkę formy wokalnej. Nie ma nie potrzebnego spinania się i udziwniania partii wokalnych. Gdyby nie specyficzny głos Hetfielda to „Dream no more” można by uznać za utwór Black Sabbath z albumu „13”. Niezwykle mroczny, ponury i marszowy kawałek, który bardzo fajnie buja. Nie jest to thrash metal, ale jest wystarczająco ciężko i klimatycznie. Tutaj dopiero James dopiero fajnie śpiewa i robi to bardzo naturalnie. Jego głos idealnie buduje napięcie i klimat. Na plus też należy wymienić wciągający i przebojowy refren, a także nawiązania do H.P Lovecrafta. Miłe zaskoczenia i w sumie nie ma autoplagiatu, które gdzieś było słychać na „Death Magnetic”. Ballady na „Hardwired...to self destruct” nie uświadczymy, ale najbliższe tym rejonom jest rozbudowany i niezwykle melodyjny „Halo on Fire”. Ma w sobie sporo spokojniejszych momentów i elementów wyjętych z „czarnego albumu”. Na pewno jest to również mocny utwór z wyraźnymi wpływami Black Sabbath. Pierwsza płyta zleciała bardzo szybko i choć utwory nie są krótkie to robią wrażenie i nie nudzą, a to spory sukces.

Drugi album zaczyna się od mocnych uderzeń Larsa, który daje znać, że też ma lepszy okres teraz. „Confusion” to też taka mieszanka thrash metalowych patentów, heavy metalowych zagrywek i dużej dawki melodyjności. Kłania się „czarny album”, „Load”, czy też właśnie „Death Magnetic”. Co może się podobać w tym utworze to na pewno ciekawy riff, dobra współpraca Kirka i James, a także spore zmiany temp. Bardzo fajnie zaczyna się „Manunkind”, gdzie pojawiają się elementy akustyczne i w sumie przypominają się lata „And justice for all”. Mocne wejście i znów szybko wkracza bardzo melodyjny i ciężki riff. Mieszanka heavy metalu rodem z Black Sabbath wymieszana z agresywnym thrash metalem. Efekt naprawdę imponujący i choć jest to nieco inne oblicze Metalliki to może się podobać. W sumie utwór ma też elementy Mercyful Fate, co jest kolejnym pozytywnym aspektem. W tym utworze pojawiają się ciekawe i pomysłowe urozmaicenia w środkowej części, dlatego radzę być skupionym. Dalej mamy nieco mniej wyrazisty „Here comes Revenge”, który momentami jest bardziej thrash metalowy, a czasami bardziej hard rockowy. Hard rockowy „Am i Savage” to kolejny ukłon w stronę klasyki Black Sabbath, choć gdzieś tam można doszukać się patentów Ac/Dc. Choć jest to utwór heavy metalowy, to jest bardzo ciężki i mroczny. Nie ma szybkości, to jednak potrafi wciągnąć w ten ponury świat i zapaść w pamięci. Jednym z mocniejszych utworów na drugim krążku jest melodyjny i pomysłowy „Murder One” i tutaj przypominają mi się czasy „And justice for all” czy „Black Album”, ale utwór też jest bardziej heavy metalowy i bardziej w klimatach Black Sabbath. Riff i forma aranżacji sprawiają, że słuchacz buja się w rytm utworu. Murowany hit na przyszłych koncertach i to nie podlega wątpliwości. Zaczynaliśmy od thrash metalowego łojenia i na nim kończymy. „Spit out the Bone” to jest właśnie Metallika na jaką czekał świat. Pewnie gdyby taki był cały album to nie było by mieszanych uczuć, a fani by dostali coś na miarę „Master of the puppets”. Niezwykle agresywny kawałek z mocnym riffem i świetną pracą gitarzystów. Krwisty i bez kombinacji thrash metal w starym stylu. Tak jest to jeden z najlepszych utworów jakie Metallika nagrała od czasów „Black Album”. Prawdziwa petarda i jeden z najmocniejszych punktów płyty. Jednak jeszcze wiedzą jak grać thrash metal.

Pierwsze wrażenia podczas słuchania były mieszane i raczej tęskniłem za thrash metalowym łojeniem z „Death Magnetic”. Byłbym w siódmym niebie mając płytę z takimi petardami jak „Spit out of the Bone”. „Hardwired .. to self destruct” jednak jest nieco inna, bardziej złożona, bardziej heavy metalowa, bardziej w stylu Black Sabbath, ale nie oznacza to że jest słaba. W swojej kategorii tj heavy metalowej naprawdę robi wrażenie. Metallika w sumie nigdy nie nagrała dwóch podobnych albumów, tak więc „Hardwired.... to self destruct” wpisuje się w tą regułą. Album jest równy i nie ma w sumie słabych kawałków. Może nie tak łatwo pochłonąć to wszystko za jednym razem i pojąć formę w jakiej obraca się teraz Metallika. Jednak mimo tego, że jest to dalekie od klasycznego thrash metalowego łojenia to płyta podoba mi się i będę do niej często wracał. Zdanie będą różne, ale nie myślmy o tym co było, o tym co mogłoby być, tylko cieszmy się dźwiękami jakie mamy na nowym krążku, bo są naprawdę z górnej półki.

Ocena: 8.5/10

sobota, 19 listopada 2016

APOLLO - Waterdevils (2016)

Chyba nikomu nie trzeba przedstawiać boskiego Apollo Papathanasio, który przez wiele lat dał się poznać jako charyzmatyczny wokalista o nie banalnym głosie. Dzięki nim wiele kompozycji ma swój klimat, swoją historię i potrafią przyciągnąć słuchaczy przed odbiorniki. Znany przede wszystkim z występów z Spiritual beggers czy firewind, teraz po tylu latach wydaje swój pierwszy solowy album „waterdevils”. Miała to być muzyka przeznaczona na nowy zespół Apollo, ale znajomi doradzili mu, żeby wydał nowy materiał pod swoim szyldem, by zaczął solową karierę. Tak też doszło do wydania „Waterdevils” i o dziwo nie jest to album związany z power metalową historią czy neoklasycznym graniem z jakiego też był znany muzyk. Bliższy jest ten album dziełom Spiritual Beggers, tak więc mamy dużą dawką hard rocka i Aor. Apollo jest utalentowanym kompozytorem i to nie raz pokazał, tak więc byłem spokojny o jakość płyty, jak i formę wokalną apollo. Bardziej ciekawił mnie fakt, czy nie będzie to zbyt podobne do Spiritual Beggers i czy nie przytłoczy to wokalisty. Na szczęście materiał jest na tyle ciekawy, że płyta nie jest nudna i monotonna. „Revolution for the brave” promował album i w sumie to jest dobry otwieracz, który pokazuje co znajdziemy na solowym albumie Apollo. Bardziej dynamiczny „Liberate Yourself” ma w sobie więcej rock'n rollowego feelingu i ducha Deep purple. W takich kompozycjach Apollo wypada naprawdę znakomicie i słychać, że kocha klasycznego hard rocka. Trzeci numer na płycie to „Buried in a Flame” i jest to nieco ostrzejszy kawałek, ale również potrafi oczarować nieco bluesowym charakterem. Stonowany i spokojniejszy „Fallen Endeslly” potrafi wciągnąć w ten magiczny świat. Apollo tutaj wypada imponująco i taka forma rocka w jego wykonaniu odpowiada mi. Komercyjny przebój w postaci „Power” też wypada bardzo dobrze i pokazuje nieco inne oblicze Apollo. Do grona ciekawych kompozycji na pewno warto zaliczyć rytmiczny „I need rock'n roll” , żywiołowy „Chasing Shadows” czy zamykający „Stop”, które zabierają nas w świat Rainbow czy Deep Purple. „Waterdevils” jest daleki od dawnych dokonań Apollo i nie ma nic wspólnego z power metalu. Jednak dla fanów klasycznego hard rocka jest to pozycja obowiązkowa. Klimatyczne riffy, nutka delikatności, świetny Apollo i nuta, która zabiera do najlepszych lat Rainbow czy Deep Purple. Tego trzeba posłuchać !

Ocena: 8.5/10

piątek, 18 listopada 2016

ASSASSIN - Combat Cathedral (2016)

Teutoński thrash metal to nie tylko Sodom, Kreator czy Dstruction, to również wiele innych utalentowanych zespołów, które przyczyniły się do rozwoju tego gatunku. Niemiecka scena kryje wiele naprawdę dobrych kapel z gatunku speed/thrash metal, które śmiało mogłyby być zaliczane do tych najlepszych. Jednym z takich zespołów na pewno jest Assassin. Już w latach 80 wydali wiele dobrych, klasycznych albumów, które zapisały się w historii thrash metalu. W 2002r ponownie się zeszli i zaczęli tworzyć kolejne wydawnictwa. W tym roku wydają swój 5 album w postaci „Combat Cathedral”. Assassin tworzą już teraz nieco inni ludzie i najświeższym nabytkiem jest wokalista Ingo Bajonczak. Mimo roszad to jest to wciąż kapela grający ostry, ciężki i agresywny thrash metal. Liczy się szybkość, mocne riffy i brutalny wokal. To jest właśnie to co dostajemy podczas godzinnego materiału. Szkoda, że zespół nie popracował nad urozmaiceniem materiału, że wszystko zlewa się w jedną całość. Wszystko od strony technicznej błyszczy i może budzić podziw. Kompozycje też nie są złe, tylko żadna z nich nie zapada na dłużej w pamięci. To jest największy problem tego nowego wydawnictwa. „Frozen Before Impact” to jeden z tych utworów, który wyróżnia się swoim bardziej stonowanym tempem i nieco heavy metalową konwencją. Do grona ciekawych warto zaliczyć klimatyczny „Servent of Fear” z akustycznym wstępem. „Slave of time” to jedna z najlepszych petard na płycie i dobrym pomysłem było tutaj urozmaicenie tempa. Mocnymi kawałkami są również techniczny „Ambush” czy energiczny „Cross The Line”. Zespół cały czas dostarcza nam podobnych wrażeń i szkoda, że nie ma tutaj jakiegoś zaskoczenia i prób urozmaicenia materiału. Na sam koniec mamy „Red Alert”, który brzmi jak większość kawałków na płycie. Niby jest to wszystko bardzo dobre, energiczny i agresywne, to jednak nie zapada na długo w pamięci. Raczej nie chce się sięgać często po takie wydawnictwa na którym panuje swego rodzaju monotonia. Szkoda.

Ocena: 6.5/10

wtorek, 15 listopada 2016

SCARBLADE - The Cosmic Wrath (2016)

Co raz większym zainteresowaniem cieszą się zespoły heavy metalowe, w których główną rolę odgrywa kobiecy wokal. To dobrze, że pojawiają się jeszcze takie zespoły jak Battle Beast Savage Master czy ostatnio Scarblade, które idą w ślad Warlock, Hellion czy Chastain. Akurat szwedzki Scarblade działa od 2015 r i w tym roku debiutują wraz ze swoim pierwszym albumem w postaci „The Cosmic Wrath”. Warto też wiedzieć, że zespół wcześniej funkcjonował pod nazwą Ruthless Steel i ich lokalizacją były Ateny. To co prezentuje ten młody band to właśnie prosty, chwytliwy, klasyczny heavy metal w stylu Iron maiden, Judas Priest, Warlock czy Accept. Cały zespół opiera się na wokalach Aliki, która przykłada do swojej roli wiele uwagi. Starra się śpiewać zadziornie, techniczne i melodyjnie przy tym. Trzeba przyznać, że spisuje się na medal. To właśnie dzięki niej debiut brzmi bardzo profesjonalnie i zapada w pamięci. Może okładka na to nie wskazuje, ale tak właśnie jest. Brzmienie troszkę wygładzone, troszkę psuje efekt, ale i tak nie ma tragedii w tej kwestii. To co przekona każdego fana to materiał bo jest prosty i zapadający w pamięci. Zaczyna się od prawdziwego hita w postaci „Die in the Night”, który nawiązuje do heavy metalu z lat 80. Jonatan Berg też nie odpuszcza jeśli chodzi o ciekawe i wciągające solówki czy riffy. Wszystko kipi energią i kusi atrakcyjnymi melodiami. Tak właśnie powinno być. „Power of hate” czy rozpędzony „Evil War” pokazują na co stać Jonatana i trzeba przyznać, że potrafi zaskoczyć swoimi umiejętnościami. Zespół dobrze wypada w nieco szybszym graniu i po raz kolejny ten stan rzeczy potwierdzają w żywiołowym „Live wire”. Całość zamyka równie energiczny i przebojowy „United as one”, który bardzo dobrze podsumowuje to co band zaprezentował na swoim debiucie. Scarblade jest zespołem jakich pełno na rynku muzycznym, jednak specyficzna wokalistka Alika sprawia, że Scarblade zasługuje na uwagę.

Ocena: 7.5/10

niedziela, 13 listopada 2016

RAGE - The devil strikes Again (2016)

W 2015 r świat obiegła informacja, że Victor Smolski kończy swoją przygodę z niemieckim Rage. Lider zespołu Peavy postanowił kontynuować twórczość Rage z nowymi muzykami. Nowy perkusista, nowy gitarzysta i nowy album w postaci „The devil Strikes Again”. Oprócz Rage mają normalnie funkcjonować Refuge z klasycznym składem Rage, a także Lingua Mortis Orchestra. Peavy to jak widać zapracowany muzyk i nie ogranicza się do jednego zespołu. Byłem ciekaw czy wystarczy mu pomysłów na nowy album. Obawy były od samego początku, a wszystko za sprawą odejścia Victora, który ostatnio napędzał Rage. To jego pomysłowe i wysokiej klasy zagrywki stanowiły główną atrakcję. Z Almanac Victor pokazał, że jest utalentowanym muzykiem i stać go na wiele. Odpowiedź Rage też nie jest wcale taka zła. Choć to są dwa różne bandy. Victor poszedł w kierunku symfonicznego power metalu, z kolei Rage próbuje nawiązać do swoich korzeni. Na nowym albumie jest sporo brudnego brzmienia, jest sporo elementów speed/thrash metalowych co ucieszy starych fanów. Niestety kosztem tego uleciała przebojowość, która podobała mi się w „21”. Mimo pewnych niedociągnięć „the devil strikes Again” może się podobać. Tytułowy kawałek „The Devil strikes Again” znakomicie promował ten album i pokazał tez w jakim kierunku poszedł Rage. Jest agresywnie, mrocznie i bardziej thrash metalowo. Dobrze wypada agresywny i bardziej power metalowy „My Way” czy melodyjny „Back on Track”, które nieco urozmaicają nam materiał. Więcej agresji i mroku uświadczymy w dynamicznym „War”, który oddaje to co najlepsze w Rage. Na pewno cieszy obecność takich petard jak „Deaf, dumb and blind”. Utwór łatwy w odbiorze i zbudowany w oparciu o ostry riff i chwytliwy refren. Całość zamyka kolejna speed/thrash metalowa petarda w postaci „The dark Side of the Sun”. Marcos Rodriguez jest innym gitarzystą niż Victor. Jest więcej agresji, więcej mroku, jest więcej dynamiki i w sumie nowa jakość Rage podoba mi się. Przydała się zespołowi taka roszada i powiew świeżości. Fani klasycznych albumów będą zadowoleni i oby utrzymali taki poziom na kolejnych wydawnictwach.

Ocena: 8/10

czwartek, 10 listopada 2016

YNGWIE MALMSTEEN - World on Fire (2016)

Wiele można by pisać o osiągnięciach Yngwie Malmsteena i jego bogatej twórczości. Jest jednym z najbardziej uzdolnionych gitarzystów, który wykreował swój styl. Od samego początku nagrywał bardzo wyjątkowe albumy, które zachwycały swoim magicznym klimatem i bogactwem aranżacji gitarowych. Mam jednak wrażenie, że wszystko gdzieś przeminęło kiedy odszedł Tim Ripper Owens. Teraz wszystkim zajmuje się Yngwie i w sumie jego albumy straciły tym samym na atrakcyjności. Teraz mamy typowe albumy z muzyką instrumentalną, gdzie mamy właściwie same popisy gitarowe. „Spellbound” był tego znakomitym przykładem. Sam album nie był już taki łatwy w odbiorze i nie sprawiał tyle przyjemności co klasyczne krążki tego znakomitego gitarzysty. Teraz po 4 latach dostajemy coś podobnego w postaci „World on fire”. Album zdominowany jest przez kawałki instrumentalne, jednak tym razem poziom jest znacznie wyższy. Ten fakt bez wątpienia ucieszy fanów tego gitarzysty. Dalej mamy wysokich lotów neoklasyczny power metal i szkoda tylko, że jest tak mało linii wokalnych. Znów wszystkim praktycznie zajął się Yngwie. Jednak płyta ma sporo plusów i jednym z nich jest to, że materiał nie został jakoś na siłę przedłużany. Plusem jest też brzmienie i rozplanowanie kawałków. Zaczyna się ostro bo od energicznego „World on fire”, który przywołuje najlepsze dzieła Yngwiego. Pomysłowy riff, odpowiednie tempo i ciekawe rozplanowanie swoich popisów solowych to są atuty tego kawałka. „Sorcery” bardziej marszowy, bardziej epicki i mimo braku wokalu to zachwyca swoją formą. To co jest najpiękniejsze w neoklasycznym power metalu uchwycił dynamiczny „Top down, foot down” czy żywiołowy „No rest for the wicked”. Moim faworytem szybko został epicki, marszowy „Lost in machine” z pewnymi wpływami Rainbow. Przydałoby się więcej tego typu kompozycji. „Largo” potrafi urzec magicznym klimatem i emocjami wygrywanymi przez gitarzystę. Coś pięknego. Całość zamyka również klimatyczny i wciągający „Nacht Musik”. Choć jest to wszystko nam znajome, choć brakuje tutaj więcej partii wokalnych to i tak 20 album wybitnego szwedzkiego gitarzysty miło się słucha i potrafi przyprawić o dreszcze w niektórych momentach.


Ocena: 8/10

środa, 9 listopada 2016

BLAZON STONE - Ready for Boarding EP (2016)

Lata temu Running Wild wydał koncertówkę zatytułowaną „Ready for Boarding” i jest to po dzień dzisiejszy jedna z najlepszych koncertowych wydawnictw. Czasami jednak żałował, że Running Wild wydał album tak zatytułowany, ponieważ jest mocna i zapadająca w pamięci. Tak więc, ucieszył mnie fakt, że klon Running wild w postaci Blazon Stone postanowił wydać mini album tak zatytułowany. Na „ready for Boarding” EP znajdziemy 4 kawałki, które nie znalazły się na żadnym innym krążku Blazon Stone. Mammy tutaj 4 kompozycje, które oddają to co najlepsze w pirackim speed metalu, a najlepsze jest to, że przywołują na myśl klasyczne płyty Running Wild. Nie tylko powalają pirackim klimatem, wysokim poziomem aranżacji, czy przebojowością, ale również niezwykłą melodyjnością. Ced jest bardzo pracowity i imponuje ta jego pomysłowość, dzięki której potrafi tworzyć w takiej ilości hity, które są wysokiej klasy. Wracając do epcki to trzeba przyznać, że okładka jest mroczna i bardzo piracka. Może za bardzo przypomina debiut „Return to port royal”, ale wcale mi to nie przeszkadza. Najważniejsze jest to, że te 4 utwory rzucają na kolana. Zaczyna się od rytmicznego i zadziornego „Ready for Boarding” i tutaj znów Ced mnie zaskakuje że stawia na nieco wolniejsze tempo. Właśnie to jest klucz do sukcesu kolejnych płyt Blazon Stone. Postawić nieco na urozmaicenie, na zaskoczenie i nieco ograniczyć te szybkie, speed metalowe petardy. Utwór kipi energią, a klasyczny riff i refren na miarę kultowych utworów Running Wild czyni ten otwieracz perełką. Heavy metalowy riff i nieco bardziej urozmaicona aranżacja czyni „The Diamonds Curse” zaskakująco dobrym kawałkiem. Dzieje się tutaj sporo, choć kawałek trwa tylko 4 minuty. Od razu pochłania ta lekkość, ta zadziorność gitary Ceda no i piracki refren. To brzmi naprawdę imponująco i współpraca z Erika rozkwita w najlepsze. Czekałem cały czas kiedy Ced w końcu uderzy w rejony „Black Hand inn”, aż tu w końcu słychać bardziej złożony „The Hunting for Gold”. Świetny riff przyprawia o ciarki na plecach i do tego ciekawe chórki i partie wokalne Erika. Co ciekawe to tez nie jest takie szybkie tempo do jakiego przyzwyczaił nas Ced. Oby zespół poszedł w kierunku takim jakim słychać na epce i na „War of The Roses”. Ten perfekcyjny mini album zamyka dynamiczny i żywiołowy „Lost & Alone”, który pokazuje to co najlepsze w Blazon stone. Nikt tak nie kopiuje Running Wild jak Blazon Stone i czasami można dojść do wniosku że uczeń dorównał nauczycielowi. Jedyny minus to, że tak mało utworów na tej epce. Już nie mogę się doczekać kolejnych płyt Blazon Stone oraz Ceda. Prawdziwa uczta dla maniaków Running Wild.

Ocena: 10/10

BLAZON STONE - War of The Roses (2016)

Running Wild z Rolfem na czele nie raz zboczył z tematyki pirackiej poruszając tematy związane z polityką czy wojnami średniowiecznymi. Blazon Stone pod dowództwem Ceda też ostatnio uderza w nieco inne tematy. Najnowszy album zatytułowany „War of the Roses” zabiera nas do średniowiecza by przyjrzeć się wojnie o tron pomiędzy domami Lancaster i York. Pierwsze skojarzenie to oczywiście klasyczny album Running Wild w postaci „Blazon stone”. Zresztą okładka najnowszego dzieła Ceda wygląda jak kopia okładki „Little Big Horna” czyli singla z okresu „Blazon Stone”. Liczne powiązana z tamtym albumem są widoczne gołym okiem, ale nie oznacza to, że mamy do czynienia z nudną i nic nie wnoszącą kopią, które nie ma szans na własną historię i własny kunszt.

Blazon Stone to projekt muzyczny utalentowanego Ceda, który nie kryje zamiłowania do twórczości Running Wild. Nie raz już nas o tym uświadamiał i nikogo nie powinna dziwić wtórność czy fakt, że Blazon Stone brzmi jak kopia Running Wild. Nie da się podrobić Running Wild, ale można świetnie nawiązać do ich stylów i najlepszych płyt. To się Blazon Stone z pewnością udaje. Mają za sobą dwa bardzo dobre albumy, z czego „Return to Port Royal” cieszy się największą popularnością. Fakt mamy tam świetne kompozycje, ale czasami mam wrażenie, że to wynika z tego że fani starego Running Wild dostali w końcu dobrą kopią Running Wild z lat 80. „No Sign of Glory” był już nieco innym wydawnictwem i miało się wrażenie że był bardzo schematyczny i mniej przebojowy. Szybko Ced rozpoczął pracę nad nowym albumem, w międzyczasie pozyskał nowego wokalistę – Erika Forsberga i zakończył działalność Rocka Rollas. Pierwsze próbki naprawdę imponowały i dawały nadzieję na naprawdę bardzo dobry album. Jednak mam wrażenie, że Ced właśnie nagrał najlepszy album Blazon stone i jeden ze swoich najlepszych wydawnictw. Nie chodzi o to, że album zaskakuje tematycznie, czy też wreszcie dysponuje znakomitym wokalistą, ale też materiał jest w końcu bardziej urozmaicony i jeszcze bardziej przebojowy. Na płycie pojawiają się nie tylko szybkie, speed metalowe petardy, ale też jakieś kawałki o średnim tempie, jakiś instrumentalny kawałek w stylu Beckera, czy epickie apogeum, które wieńczy album. Tak śmiało można mówić o wydawnictwie na miarę „Blazon stone” Running Wild.

Sam otwieracz „Born To Be Wild” to miłość od pierwszego riffu. Jest szybkość, zadziorność, klasyczne brzmienie wyjęte z starych płyt Running Wild. Bardzo podoba mi się praca Ceda tutaj, dynamika i przebojowy refren. Piracki hymn w najlepszym wydaniu. Jan Paweł znów pomaga Cedowi wpisaniu tekstów i przykładem jest „Mask of Gold”. Tutaj słychać przykład urozmaicenia w tym kawałku dzieje się sporo. Liczne przejścia, rozbudowane solówki, gdzie nawet bas czy perkusja mają swoje role. Kolejny wielki przebój na płycie, a to dopiero początek. Czego mi brakowało na poprzednich płytach Blazon Stone to takich kawałków jak „Stay in Hell”. W końcu Running Wild też nie grał w kółko na jedno kopyto speed metalowych petard. Kawałek momentami nasuwa kawałki z czasów pierwszych płyt Running Wild. Płytę promował „vici la grande peur”, który zaczyna się spokojnie i bardzo klimatyczne. Wejście gitar i perkusji od razu nasuwa okres „Death or Glory” czy „Blazon Stone”. Niezwykle szybki i energiczny kawałek, który pokazuje na co stać Ceda i Blazon Stone. Ogromny potencjał i muzyczny geniusz. Kompozycja bez skazy i oby jak najwięcej takich hitów w przyszłości. Zaskakuje stonowany i bardziej marszowy „Lusitania”, który przypomina kompozycje z czasów „Blazon Stone” Running Wild. Brakowało takich nieco spokojniejszych kawałków na poprzednich płytach Ceda. Dalej mamy kolejny wielki przebój czyli melodyjny „Black dawn of The Crossbones”. Tutaj popis daje Erik i jego wokal przypomina lata młodości Rock'n Rolfa. Świetny wokalista, który idealnie pasuje do tej stylistyki. Kawałek emanuje niezwykłym pirackim klimatem i spora w tym zasługa świetnych chórków i refrenowi. Nic tylko zapętlić i nucić w kółko. Instrumentalny „Welcome to the Village” brzmi jakby napisał go Jens Becker i to w okresie „Blazon Stone”. Imponujące popisy Ceda tutaj mamy. Mocne wejście i szybkie tempo „By hook or by Crook” czynią ten kawałek kolejną świetną petardą. Nie ma się do czego przyczepić. Riff z „Soldier Blue” brzmi bardzo znajomo i pewnie nie jeden by przytoczył tutaj teraz jakiś kawałek Running Wild. Bez wątpienia słychać erę „Death or Glory” czy „blazon Stone”. Znów Ced popisuje się niezwykłą pomysłowością jeśli chodzi o refreny czy solówki. Kompozycja perfekcyjna i wpisuje się w klasyczne albumy Running Wild. Tym razem Ced zaskakuje formą i naprawdę ciekawymi i urozmaiconymi kawałkami. Nie ma monotonności i granie na jedno kopyto co jest mocnym atutem płyty. Na sam koniec nie mogło zabraknąć kolosa i tutaj „War of the Roses” zaskakuje pod każdym względem. Świetne, klimatyczne wejście, które pozwala poczuć klimat z okładki. Spokojne, akustyczne wejście buduje napięcie, a potem wkracza naprawdę epicki i chwytliwy riff, który napędza całość. Liczne przejścia i sporo ciekawych momentów sprawia, że kompozycja mimo 9 minut nie nudzi. Sporym atutem jest tutaj wciągający refren, który znów ukazuje talent Ceda.

Wszystkie znaki na niebie wskazują w zasadzie jeden możliwy werdykt. „War of The Roses” to najlepsze dzieło Blazon Stone. Nie tylko trafiające w istotę rzeczy czyli granie pirackiego speed metalu w stylu Running Wild, ale też pokazujący że taka muzyka może dostarczać sporo frajdy. Nie ma tutaj niczego odkrywczego, ale nikt raczej nie spodziewał się odkrywania nowych wysp skarbów i tworzenia nowych map. Ced woli odkrywać na nowo znane tereny i dać radość fanom Running Wild, którzy już dawno stracili wiarę w Rolfa i nie zachwycają się jego ostatnimi albumami. To muzyka skierowana do fanów, którzy cenią muzykę, dobrą zabawę i przebojowy piracki speed metal. Jeśli to Was przekonuje to czas dołączyć do kapitana Ceda i dryfować razem z nim po niespokojnych oceanach i przeżywać niesamowitą przygodę będąc na pokładzie Blazon Stone.

Ocena: 10/10

GRAHAM BONNET BAND - The Book (2016)

Mam soją listę ulubionych wokalistów i czołowe miejsce zajmuje na niej brytyjski kompozytor i wokalista – Graham Bonnet. Grał z największymi gitarzystami i wystarczy tylko wspomnieć Blackmore'a czy Malmsteena. Jego barwa głosu zawsze idealnie wpasowywała się w progresywny rock, hard rock czy melodyjny metal. Charyzma, wyjątkowa barwa głosu i charakterystyczna chrypa do atuty Grahama, który jest wyjątkowym wokalistą. Jego twórczość i dzieli się na kilka okresów. Był Rainbow, był Alcatrazz, Impelitteri czy w grupie Micheala Schenkera tak więc dał się poznać w różnych formacjach. Teraz po latach wraca z własnym zespołem sygnowanym nazwą Graham Bonnet Band. Debiutancki album tej formacji nosi tytuł „the Book” i jest to powrót do najlepszych lat wokalisty. Słychać echa Rainbow czy Alcatrazz co dobrze świadczy o płycie. W zespole jest klawiszowiec Jimm Waldo, który znany jest z występów z Alcatrazz, perkusista Warlord – Mark Zonder, a także basista Beth Heavenstone i gitarzysta Conrad Pesinato. Muzycy rozumieją się i znakomicie się uzupełniają. Pierwsze skrzypce gra właśnie Graham i to jego wokale stanowią główną atrakcję płyty. Miło jest słyszeć, że mimo upływu lat Graham wciąż ma to coś w swoim głosie. Bardzo dobrze wypada też współpraca Conrada i Jimma co słychać w nieco progresywnym i zadziornym „Earth's Child” czy rozpędzonemu „Into The Night”, które idealnie odzwierciedlają ten stan rzeczy. Kawałki kipią energią i przebojowością. Z kolei „Rider” to utwór, który jest bardziej stonowany, bardziej komercyjny. Mam swój urok i potrafi zapaść w pamięci. Uwielbiam szybkie kawałki o rock'n rollowym charakterze, które przypominają mi lata Rainbow czy Alcatrazz. Właśnie taki jest żywiołowy „Dead man walking” i to jest moim zdaniem jeden z najlepszych utworów na płycie. W podobnym klimacie i stylu utrzymany jest dynamiczny „Strangest Day”, który imponuje mocnym riffem. Nawet stonowany i balladowy „The Dance” wypada bardzo dobrze i potrafi zauroczyć swoją lekkością. Dalej mamy niezwykle melodyjne i urozmaicone kompozycje w postaci „The book” czy „Everbody has to go there”, które osadzone są w twórczości Rainbow. Całość zamyka kolejny mocny hard rockowy kawałek zatytułowany „California Air”, który idealnie podsumowuje całość. Miało być klasycznie, miało być progresywnie, hard rockowo i przebojowo, a przy tym w stylu do jakiego nas przyzwyczaił Graham. Rzeczywiście „The Book” taki właśnie jest. Jest to album, który identyfikuje osobę Bonneta i jego muzykę. Powrót bardzo udany, zwłaszcza że przypomina jego najlepsze wydawnictwa.

Ocena: 7.5/10

wtorek, 8 listopada 2016

KISSYN DYNAMITE - Generation Goodbey (2016)

Zabawa, sex, rockn'roll to jest to co wybrzmiewa z muzyki niemieckiego Kissin Dynamite. Najbardziej przypadł mi do gustu „Addicted to Metal”, który był dobrą mieszanką hard rocka i heavy metalu. Niestety zapału i pomysłowości zabrakło już na kolejne wydawnictwa. 5 album w postaci „Generation Goodbey” niestety nie zmienia tego w żaden sposób. Jest to nowy album, który miał być powiewem świeżości. Nie słychać tego, zamiast tego jest sporo nie potrzebnych rozwiązań i kombinowania. Nie ma już takiej prostoty i przebojowości co właśnie na „Addicted to Metal”. Zespół niby gra wciąż to samo, stawia na mocne brzmienie i nie szczędzi ciekawych melodii, jednak to już nie jest to samo. Muzyka jest bardziej toporna i nie tak łatwo trafia do słuchacza. „Hashtag Your life” to niestety dobry przykład owej słabizny i braku pomysłu. Nie brakuje tez komercji co słychać w nijakim „Somebody to Hate” czy rockowym „Masterpiece”. Nawet 6 minutowy „Utopia” niczym specjalnym nie zachwyca i tylko ukazuje niedociągnięcia i braki. Jedynym godnym uwagi utworem jest rozpędzony i heavy metalowy „Highlight Zone”. Szkoda, że zespół nie poszedł w tym kierunku. Nuda, nuda i jeszcze raz nuda to jest właśnie to co nas czeka podczas słuchania nowego krążka niemieckiej formacji. Ten czas lepiej poświęcić innym ciekawszym płytom, których nie brakuje w tym roku.

Ocena: 3/10

sobota, 5 listopada 2016

THEOCRACY - Ghost Ship (2016)

Pamiętam do dzisiaj emocje jakie mi towarzyszyły przy trzecim albumie amerykańskiego bandu Theocracy. „As the world bleeds” to płyta, która rzeczywiście oddaje to co najlepsze w power metalu. Szybkość, duża dawka trafionych melodii i ostrych riffów sprawiło, że album stał się jednym z najlepszych wydawnictw roku 2011. W muzyce theocracy jest miejsce nie tylko na power metal, ale też na progresywny heavy metal, czy też patenty symfoniczne. Długo przyszło czekać na kolejne wydawnictwo bo aż 5 lat, jednak warto było. „Ghost Ship” to znakomita kontynuacja poprzednika i kolejne wielkie dzieło tego zespołu. Siłą zespołu jest wyborny wokalista Matt Smith, który potrafi zbudować klimat i napięcie. Świetnie odnajduje się w wysokich rejestrach dzięki czemu Theocracy zyskuje na mocy. „Ghost ship” przyciąga uwagę na samym starcie dzięki znakomitej i miłej dla oka okładki. Jest mrok, klimat i nutka grozy. Brzmienie jest tak samo mocne i dynamiczne jak na poprzednim albumie. Jednak materiał jest jakby bardziej urozmaicony i właściwie każdy znajdzie coś dla siebie. Początek płyty to power metalowe petardy i zarówno „Pape Tiger” jak i „Ghost Ship” pokazują jak znakomitym zespołem jest Theocracy. Grają agresywnie, dynamicznie, stawiając na klasyczne patenty i nowoczesne brzmienie. Efekt jest powalający. Jasne można doszukać się wpływów wielkich kapel jak Gamma Ray czy Rhapsody, ale panowie z Theocracy już dawno stworzyli swój styl. Podniosłe refreny i duża dawka melodyjności połączone z ostrymi i pomysłowymi zagrywkami gitarowymi. Jonathan i Van w tej kwestii dają niezłego czadu. Echa Primal Fear czy Iced Earth mamy w „The wonder of it all”, choć motoryka i agresywny charakter nasuwa momentami płyty bardziej thrash metalowe. Ostry i niezwykle energiczny kawałek, który pokazuje potencjał zespołu. „Wishing well” bardziej podniosły, bardziej majestatyczny i z nutką epickości. Theocracy próbuje być bardziej progresywny, nieco nowocześniejszy w swojej formule i to słychać w nieco bardziej zakręconym „Sitr the Embers”. Fani klasycznego metalu i lat 80 ucieszy z pewnością rytmiczny „Call to arms”, który ukazuje bardziej hard rockowe oblicze zespołu. Końcówka płyty również emocjonująca, bo pojawia się kolejna power metalowa petarda w postaci „Castaway”, a także kolos „Easter”, w którym dzieje się naprawdę sporo. Zespół na nowej płycie wykazuje się pomysłowością i niezwykłą techniką. Każdy utwór to prawdziwa przygoda dla fanów melodyjnego grania. Jeśli komuś przypadł do gustu poprzedni album amerykanów to po lubi „Ghost Ship”. Jest nutka nowoczesności, jest szczypta agresja i jeszcze większa przebojowość i podniosłość. Tak Theocracy należy do najlepszych kapel power metalowych i nie trzeba nam kolejnych dowodów.

Ocena: 9/10

GLEN HUGHES - Resonate (2016)

W świecie rocka jest sporo gwiazd, które wyróżniają się charyzmą i swoim stylem. Jedną z takich gwiazd, które miały ogromny wpływ na rozwój rocka i heavy metalu jest bez wątpienia Glen Hughesa. Utalentowany basista i wyjątkowy wokalista o nietypowej barwie głosu. Znany z Black Sabbath, Deep Puple czy Black Country Comunnion czy projektu z innym wokalistą Deep purple czy Joe Lynn Turnerem. Na swoim koncie ma liczne płyty solowe, a skoro California Breed jak i Black Country Comunnion zostały rozwiązane to przyszedł czas na kolejny album sygnowany nazwą Glen Hughes. „Resonate” to dzieło skierowane nie tylko do fanów Glena, twórczości Black Sabbath czy Deep Purple. To również idealna pozycja skierowana do fanatyków porządnego hard rocka, z mocnym wokalem i pomysłowymi riffami. Taki właśnie jest nowy album Glena. Z jednej strony do bólu klasyczny, a z drugiej cechuje się mocnym, nowoczesnym brzmieniem i świeżością. Album wypełnia 11 zróżnicowanych i mocnych kawałków, które zabiorą nas w świat muzyka, który grywał z Deep purple i Black Sabbath. Znakomicie wypada otwieracz „Heavy”, do którego nakręcono klip. Riff, klimat i konstrukcja tego utworu jak same aranżacje nasuwają oczywiście Deep Purple. Niezwykle wciągający i przebojowy kawałek, który jest jak dla mnie jednym z najlepszych kawałków roku 2016, o którym nie da się tak łatwo zapomnieć. Drugim utworem, który Glen udostępnił przed premierą płyt był „My Town” i to jest nieco cięższy kawałek i bardziej hard rockowy. Kolejny udany przebój na płycie. Z kolei mroczniejszy utwory w postaci „Flow” i „Let it shine” przypominają czasy Black Sabbath. Lachlan Doley w roli klawiszowca i gitarzysta Soren Andersen dają tutaj czadu i pokazują chemię jaka jest między nimi. Bardziej rozbudowany i melodyjny „Steady” to ukłon w stronę twórczości Deep purple. Co jak co, ale Glen wie jak tworzyć kawałki pod Deep Purple. Jednym z moich ulubionych kawałków na płycie jest mroczniejszy i zadziorniejszy „God of Money”, który zachwyca formą i mocnym riffem. Dalej mamy nieco dłuższy i bardziej progresywny „How Long”, który również potrafi oczarować swoim klimatem i stylem. Dla fanów lżejszego grania mamy balladowy „When i Fall” czy „Long Time go” , z kolei maniacy mocnego rocka ucieszy zadziorny „ stumble and Go”. Glen miał rację, że nagrał jeden ze swoich najcięższych albumów i choć nie jestem wielkim fanem tego pana, to „Resonate” przypadł mi do gustu. Sporo mocnych riffów i udanych przebojów, które zabierają słuchacza do twórczości Black Sabbath czy Deep Purple, co bardzo mi odpowiada.

Ocena: 8/10

BURNING POINT - The Blaze (2016)

Muzyka Burning Point zawsze była nastawiona na chwytliwe melodie, na dynamiczny power metal i dla wielu jest to zespół, który nie kryje zamiłowań do Edguy, Ghost Machinery czy Firewind. Wydany w 2012 r „The ignitor” okazał się słabym wydawnictwem i raczej pokazywał, że zespół zatracił swój blask i swoją tożsamość. Muzyka Burning Point jednym słowem stała się nudna. Fani tęsknili za dynamiką, przebojowością, świeżością i poziomem z pierwszych płyt. Nadzieja powróciła, kiedy zespół do współpracy zaprosił Nitte Valo, która ukazała się jako objawienie sceny metalowej. Jej głos na debiutanckim krążku Battle beast był zachwycający i przypominał do bólu głos Ronniego James Dio, co jest sporym atutem wokalistki. W końcu wróciło zainteresowanie nowym dziełem Burning Point. Najpierw był album „Burning Point” gdzie zespół nagrał na nowo swoje największe hity, a teraz po roku wydał swój najnowszy album zatytułowany „The Blaze”. Nie jest to może taka petarda jakbyśmy oczekiwali, ale i tak zespół błysnął i nagrał naprawdę udany album, który momentami przypomina najlepsza dzieła fińskiej grupy. Udało im się stworzyć zróżnicowany, melodyjny i klimatyczny album, który wypełniony jest ciekawymi kompozycjami. Sporo dobrej roboty odwala Nitte, która śpiewa jeszcze lepiej i agresywniej niż za czasów Battle beast. Podszkoliła się pod względem technicznym i jej głos jest bardziej agresywny. Sprawiła, że Burning Point ożył i znów może zachwycać. Ciekawa i taka typowa okładka „The Blaze” oraz soczyste brzmienie przyczyniają się do tego, że faktycznie można poczuć się jak przy odsłuchu pierwszych płyt zespołu. Album zaczyna się od 3 świetnych kawałków, które oddają to co najlepsze w power metalu, pokazują z czego słynie ten band. Te utwory mają w sobie też ducha Battle Beast, co wynika z niezwykłej melodyjności klawiszy. Otwieracz „Master them all” to dynamiczna i energiczna petarda, który zaskakuje taką świeżością i przebojowością. Dawno Burning Point nie grał z taką werwą i pomysłem. Jeden z ich najlepszych kawałków od bardzo dawna. Nieco bardziej rytmiczny i bardziej zadziorny „Time has Come” też zaskakuje pomysłowymi partiami klawiszowymi, a także mocnym riffem. Kawałek bardzo szybko zapada w pamięci dzięki prostym melodiom i chwytliwemu refrenowi. Równie prosty i szybki „Incarnation” robi ogromne wrażenie, bo uwielbiam takie wydanie power metalu. To jest właśnie to i taki początek płyty jest idealny. „My spirit” jest bardziej marszowy, bardziej klimatyczny i stonowany. Nutka hard rocka wymieszana z heavy metalem i to w sumie też zdaje egzamin. Z kolei „The lie” nasuwa klasyczny heavy metal rodem z starych płyt DIO. Też Nitte potrafi znakomicie budować klimat i dominować nad gitarami co tutaj słychać idealnie. Pete i Pekka też zaskakują swoimi zagrywkami i ich współpraca na tym albumie wypada naprawdę zachwycająco. Wystarczy wsłuchać się choćby w taki „Dark winged Angel”, który ociera się momentami o neoklasyczny power metal. Do szybkiego, melodyjnego power metalu zespół wraca w agresywnym „Chaos Rising” i to jest najmocniejszy utwór na tej płycie. „Things that drag me down” jest natomiast bardziej zróżnicowany i bardziej urozmaicony w swojej formule. Do grona udanych kompozycji na pewno warto zaliczyć petardę power metalową w postaci „The king is dead, long live the king” czy zamykający „Metal Queen”. Po tylu latach Burning Point wraca do swojej formy i gra melodyjny power metal na poziomie do jakiego nas przyzwyczaił. Płyta jest zróżnicowana, dynamiczna, przebojowo i dzieje się na niej sporo. Nie ma nudnych kawałków, a jedynie do czego można się przyczepić, ze mało jest petard. Jednak mimo tego faktu płyta broni się. Bije poprzednie wydawnictwa i to bez większego wysiłku. Zachwyca świeżością, a także pomysłowością muzyków. Może momentami kopiuje Battle Beast, ale skoro ma to przenosić taki efekt, to nie mam nic przeciwko. Śmiało można postawić „The blaze” obok pierwszych wydawnictw fińskiej formacji.

Ocena: 8.5/10

MONUMENT - Hair of the Dog (2016)

O white Wizzard jakoś ostatnio cicho, ale muzycy tej młodej i rozpoznawalnej kapeli jednak nie skończyli swojej przygody z muzyką. Peter Ellis, który śpiewał w White Wizzard jest dobrym świetnym klonem Bruce'a Dickinsona i nic dziwnego, że wraz z innym muzykami White Wizzard założył swój własny band. Monument działa od 2011r i skupia się na graniu klasycznego metalu z nutką NWOBHM, a wszystko na wzór Iron maiden, Saxon czy Judas Priest. Debiutancki album „Renegades” był troszkę niedoszlifowany i brakowało „kropki nad i”. Więcej pewności i dopracowania mamy na drugim albumie zatytułowanym „hair of the dog”. To co znajdziemy na nowym wydawnictwie to prosty i chwytliwy heavy metal, który jest bardzo energiczny i zapadający w pamięci. Płyta wypchana jest po brzegi ostrymi riffami, ciekawymi solówkami gitarzystów i przebojami, które pokazują potencjał Monument. „Imhotep” to utwór, który klimatem mocno przypomina album „Poverslave”. Tytułowy „Hair of the Dog” to szybka petarda, który idealnie sprawdza się w roli otwieracza. Stonowany i cięższy „Blood Red Sky” ma coś z Iron Maiden z okresu „Piece of Mind” i to jest spory atut. Bardzo cieszą takie szybkie kawałki jak „Streets of Rage”, które idealnie oddają klimat lat 80. Niby oklepany riff i konstrukcja, a mimo to miło słucha się tego kawałka. Marszowy i bardziej epicki „Crobar” nieco urozmaica nam materiał i jeszcze bardziej porywa swoim przebojowym charakterem. „Emily” czy „Olympus” to świetny przykłady kopiowania patentów Iron Maiden. Trzeba przyznać, że ta sztuka Monument wychodzi bardzo dobrze. Nawet spokojna, nastrojowa ballada „Heart of stone” spisuje się na medal i na sam koniec mamy świetny „Lionheart”, który pod wieloma względami przypomina klasyczne albumy Running Wild. Monument załatwił nam tanią i naprawdę uroczą wycieczkę do lat 80, do najlepszych płyt wielkich zespołów, które odbiły swoje piętno na heavy metalu. Warto przekonać się o mocy Monument!

Ocena: 8.5/10

środa, 2 listopada 2016

DERDIAN - Revolution Era (2016)

Nie tak dawno, bo dwa lata temu włoski Derdian nagrał jeden ze swoich najlepszych albumów w postaci „Human Reset”. Szybko stał się jednym z najbardziej cenionych zespołów grających symfoniczny power metal. Choć nie da się ukryć wpływów Rhapsody, Helloween czy Dark Moor to jednak band stara się być sobą i grać swoja muzykę, która ma być podniosła, dynamiczna i przebojowa. Ich płyty zawsze były na wysokim poziome, ale trzy części „New Era” wymagały nieco odświeżenia i w końcu nadarzyła się taka okazja. „Revolution Era” to album, który zawiera na nowo nagrane kompozycje z pierwszych trzech albumów. Taki zabieg bez wokalisty Ivana wydawał się ryzykowny i nie potrzebny, jednak Derdian poradził sobie z tym problemem. Zaprosili w jego miejsce sporo ciekawych gości. Wśród nich jest Ralf z Primal Fear, Apollo znany nam Firewind, Fabio z Rhapsody, Henning Basse z Brainstorm, czy Elisa znana nam z Dark Moor. Dzięki nim stare znane kompozycje są świeże i potrafią zaskoczyć. Wszystko nabrało większej przestrzeni i sam album wypada znakomicie. Jednak udało im się jeszcze bardziej dopieścić znane nam dobrze kompozycje z pierwszych trzech albumów. Warto przede wszystkim zwrócić uwagę na melodyjny „Beyond The gate”, który osadzony jest w świecie Dark Moor. Z kolei podniosły „Battleplan” przypomina twórczość Rhapsody z lat 90. Fabio daje czadu w „Lord Of war”, który jeszcze bardziej podkreśla powiązania z jego macierzystą kapelą. Nową jakość słychać też w „The Hunter”, w którym szaleje Ralf. Jednak pasuje do symfonicznego power metalu i ten kawałek to potwierdza. Elisa znana z Dark Moor znakomicie wypada w „New Era” i aż przypominają się pierwsze płyty Dark Moor. Na sam koniec warto wspomnieć o „Cage of Light” w którym mamy Apollo Papathanasio na wokalu. Od kiedy nie jest wokalistą Firewind dobrze jest jeszcze go usłyszeć gościnnie na różnych power metalowych albumach. Kto jak kto, ale Apollo znakomicie pasuje do tego typu muzyki. Cały album to kwintesencja symfonicznego power metalu, to przykład jak znakomicie można wykorzystać świetnych wokalistów z kręgu power metalu. Zachwycaliśmy się nie tak dawno metalową operą Mariusa Danielsena, to teraz czas zachwycać się nowym dziełem Derdian.

Ocena: 9.5/10

poniedziałek, 31 października 2016

DEMON - Cemetery Junction (2016)

Powrót Brytyjskiej formacji Demon w roku 2012 za sprawą „Unbroken” był całkiem udany. Miło było zobaczyć jedną z ciekawszych kapel z kręgu NWOBHM znów w akcji. Jasne, nie był to ten sam poziom co na klasycznych albumach grupy, ale i tak było na czym zawiesić ucho. Mieszanka tradycji, klasycznych patentów i elementów heavy metalu, hard rocka i NWOBHM. Od tamtego dzieła minęło 4 lata i zespół powraca z nowym wydawnictwem w postaci „Cemetery Junction”. Mroczna, klasyczna okładka z czerwonym logiem przywołuje na myśl najlepsze płyty grupy i lata 80. Co ciekawe nowy krążek ma naprawdę dobre momenty i kompozycje, które też przypominają najlepszy okres zespołu. Klimat jak i brzmienie płyty też są mocne wzorowany na tamtych lat. Jest brud, odrobina toporności i zadziorność, a to wszystko znakomicie współgra z samymi kompozycjami. Sporą rolę w Demon odgrywa oczywiście wokalista Dave Hill oraz basista Ray, którzy stanowią o jego stylu i jakości. Dzięki nim Demon mimo swoich lat wciąż jest sobą i gra swoje. Na nowym albumie znajdują się 11 kompozycji. „Are You just Like me” to udany i energiczny otwieracz, który potrafi oczarować mrocznym klimatem i zadziornym riffem. Nutka przebojowości i echa starych płyt to bez wątpienia atuty tego kawałka. Jednym z najlepszych utworów na płycie jest nieco marszowy i bardziej hard rockowy „Life in berlin”. Pierwsze skojarzenia to oczywiście „Hold on to the Dream” i wszystko za sprawą podobnego riffu jak i aranżacji. Większa dawka progresywności jak i przebojowości mamy w melodyjnym „Turn on the magic”, który swoim klimatem nasuwa kawałki z „Breakout”, co jest bardzo miłą niespodzianką. Stonowany i bardziej rockowy „Queen of Hollywood” czy balladowy „Thin Disguise” pokazują jak zróżnicowany jest materiał. Mroczniejszy „Cemetery Junction” ma elementy wyjęty z twórczości Deep Purple czy Black Sabbath, co też pokazuje jak klasyczny jest ten album. Do grona ciekawych kompozycji na pewno warto zaliczyć przebojowy „Out of Control” czy bardziej złożony i emocjonalny „Someone's watching You”, który zamyka album. Mimo lat, mimo tylu płyt demon wciąż potrafi grać solidny NWOBHM, który mocno osadzony jest w latach 80. „Cemetery Junction” to na pewno udany krążek, który oddaje to co najlepsze w tej kapeli.

Ocena: 8/10

niedziela, 30 października 2016

A TASTE OF FREEDOM - Carved in our Dreams (2016)

„Carved in our dreams” to pierwszy album francuskiej formacji A Taste of Freedom, która powstała w 2015 r. Dla wielu będzie to kolejny młody band, który tak naprawdę jest jednym z wielu i nie stroni od wszelkich zapożyczeń. Stylistycznie najbliżej im do Bloodbound, Sabaton czy Nightmare. Potrafią grać ostro, szybko i niezwykle melodyjnie. Klawisze nadają troszkę słodkości, ale mimo tego nie są tutaj nachalne i wymuszone. Całość w sumie opiera się na zadziornym i ostrym wokalu Leana Van Raana, który ma niezły warsztat techniczny. Kiedy odpala się „Carved in our Dreams” to od razu atakuje nas soczyste brzmienie i nieco baśniowy klimat. Idealnie to pasuje do stylizacji stricte heavy/power metalowej. „The Hangman” jest prosty w swojej konstrukcji i nie ma tutaj niczego nadzwyczajnego. Jednak od razu można doświadczyć potencjał zespół i ich talent do tworzenia mocnych kawałków. Dalej mamy żywszy i bardziej podniosły „Call me Legion” z pewnymi wpływami symfonicznego heavy metalu oraz neoklasycznego. Jeden z najmocniejszych kawałków na płycie, które pokazuje jak znakomicie współpracują dwaj gitarzyści czyli Jean i Neo. Jest energia, jest pasja i zgranie, a to przedkłada się na jakość kompozycji. Nutka nowoczesności pojawia się w stonowanym „Ghost of Sparta”, z kolei bardziej klasyczny jest „Homo Homini lupus est”. Najbardziej zapadającym utworem na płycie jest bez wątpienia „Maybe Human” z wyraźnymi wpływami Sabaton i słodszy „Hereos of our Time”, który nasuwa na myśl twórczość Freedom call. Cały materiał jest od początku do końca przemyślany i utrzymany na równym poziomie, tak więc nie ma mowy o wpadce. Choć jest to debiut, który jest mało oryginalny to jednak warto zapoznać się z tym co ma do zaoferowania A taste of Freedom. Fani Bloodbound czy Sabaton powinni być zadowoleni.

Ocena: 8/10

środa, 26 października 2016

NIGHTMARE - Dead Sun (2016)

Wydany w 2014 r album „Aftermath” był ostatnim dziełem Nightmare w skład, którego wchodził niezwykle utalentowany wokalista Jo Amore oraz perkusista David Amore. Ukształtowali ten band i byli jego znakami rozpoznawczymi. Coś się skończyło i pojawiły się obawy że to już koniec tego znanego francuskiego zespołu. Jednak w 2015 r Nightmare pochwalił się wokalistką Maggy Luyten, która dała się poznać z płyt Ayeron oraz perkusistą Olivierem Casula. Z nimi nagrano 10 studyjny album w postaci „Dead Sun”.

Bałem się, że to nie wypali i zmiana tak świetnego wokalisty na mało znaną wokalistkę pogrąży zespół i tylko zniszczy to co osiągnęli przez te lata. Jak się okazuje nie taki diabeł straszny jak go malują. „Dead Sun” brzmi troszkę inaczej od poprzednich albumów. Jest nowocześniejszy, taki nieco bardziej brutalny i zaskakujący. Nie brakuje mocnego uderzenia, ciekawych melodii i w sumie wokalista Maggy sprawdza się w muzyce Nightmare. Jej maniera jest specyficzna i dość zadziorna, co idealnie pasuje do tego co gra Nightmare. Maggy sprawiła, że zespół brzmi świeżo i tak nieco inaczej. Jednak to dalej jest ten Nightmare, który gra heavy/power metal o nieco toporniejszym charakterze z nutką thrash metalu. Nowy materiał jest ciekawy, intrygujący i naprawdę potrafi wciągnąć słuchacza. Nie ma nudy, nie ma jakiś nie potrzebnych zwolnień i wciskania nijakich kompozycji. „Infected” zaczyna się melodyjnym riffem, który wprowadza nas w album. Można poczuć ciężar i nową jakość Nightmare. Riff nasuwa motorykę bardziej thrash/death metalową. Momentami jest tak, że czeka się na jakiś growl ze strony Maggy, bo słychać że jest do tego zdolna. Mocne uderzenie na początek zaliczone. Kolejny kawałek z kolei zaczyna się nowoczesnym wydźwiękiem i nutką progresywności. Jednak „sleepless minds” to również udany utwór, który pokazuje jak w dobrej formie jest Nightmare. Dalej mamy bardziej zróżnicowany i rytmiczny „Tangled in the roots”, który imponuje przebojowością i melodyjnością. Jeszcze ciekawszy wydaje się mroczniejszy i taki bardziej thrash metalowy „Red, marble & gold”. Z kolei płytę od samego początku płytę promował bardzo skuteczne melodyjny „Ikarus” . Bardzo dobry przykład, że można grać agresywnie, nowocześnie i bardzo melodyjnie. „Indiffirence” to już bardziej marszowy kawałek o klasycznym brzmienie. Coś dla fanów starych płyt Nightmare. Dla fanów technicznego grania Nightmare przygotował intrygujący „Dead Sun”, który porywa swoją formułą. Końcówka płyty to przede wszystkim stonowany „Inner Sanctum”, dynamiczny „serpentine” i melodyjny „Starry skies gone Black”, które pokazują jak równy i zróżnicowany jest to album.

Nightmare potrzebował zmian personalnych i jakiś zmian kosmetycznych bo w ich muzyce robiło się zbyt schematycznie. Wszystko było już jakby wypalone i nie robiło takie wrażenia jak niegdyś. Nowa wokalistka wlała sporo świeżości i agresywności do muzyki Nightmare, za co należą się brawa. „dead Sun” to naprawdę udane dzieło, które rozpoczyna nowy rozdział zespołu. Pozycja warta uwagi fanów takiego grania.

Ocena: 8.5/10

PRETTY MAIDS - Kingmaker (2016)

Czy tylko ja odnoszę wrażenie, że Pretty Maids zatracił gdzieś swoją moc i nie powtarzalność po odejściu klawiszowca Alana Owena? W końcu to z nim nagrano najlepsze płyty i to on też nadawał odpowiedniego charakteru zespołowi i jego muzyce. Te charakterystyczne, wysunięte klawisze, które stanowiły trzon kompozycji zespołu i przesądzały o melodyjności danych utworów. Tego mi brakuje na ostatnich płytach Pretty Maids. „Kingmaker” czyli najnowszy album duńskiej formacji powiela ten błąd.

Można odnieść wrażenie, że zespół odszedł jakby od metalowego brzmienia na rzecz bardziej hard rockowego charakteru. Niby Pretty Maids dalej daje sobie radę i nagrywa całkiem solidne płyty, ale to już nie to samo z Owenem za klawiszami. „Pandemonium” mimo swojego hard rockowego feelingu potrafił zaskoczyć mocnymi kawałkami. Kolejne wydawnictwa były jakby pozbawione tego i są bliżej hard rockowemu charakterowi. Zespół niestety nic nie zmienił w tej kwestii i najnowsze dzieło w postaci „Kingmaker” to dzieło bardziej hard rockowe i bardziej w stylizacji ostatnich płyt. Nie ma zaskoczenia, nie ma świeżości, nie ma heavy metalowego pazura, a przede wszystkim nie czuć, że to płyta Pretty Maids. Gdyby nie głos Atkinsa, to ciężko tutaj mówić o kolejnym albumie duńskiej formacji. Szkoda, że zespół zatracił jakby swój charakter, swoją tożsamość. Chris Laney jako nowy klawiszowiec jest jak dla mnie nie wyraźny i za bardzo schowany. Kolejnym słabym punktem nowego krążka jest przebojowość, która kuśtyka. Plusem jest na pewno brzmienie, które jest soczyste i wyrównany poziom zawartości. Nie ma jakiś takich nudnych kawałków, co sprzyja płycie, ale nie ma też powodów do zachwytów.

Otwieracze zawsze były powodem do dumy i dawały sporo radości. Jednym słowem były to mocne uderzenia, które potrafi rzucić słuchacza na kolana. „When God took a day off” na pewno jest jednym z mocniejszych kawałków na płycie. Ma mocniejszy riff, szybsze tempo, ale nie jest to jakaś petarda czy najlepszy utwór od czasów „Red hot and heavy”. Na pewno utwór zasługuje na uwagę i w sumie szkoda, że album nie zdominowały tego typu utwory. Ken Hammer to oprócz Ronniego drugi oryginalny członek zespołu, który potrafi stanowi o charakterze muzyki granej przez Pretty Maids. Nagrał wiele ciekawych kawałków i stworzył wiele klasycznych riffów. Ostatnio brakuje nieco polotu i jakiejś pomysłowości. „Kingmaker” na pewno jest nieco ostrzejszy, ale jednocześnie taki mało wyrazisty. Mimo tego jest to jeden z ciekawszych kawałków na albumie. Album promował bardziej hard rockowy „face the world” czy bardziej komercyjny „Humanize me”. Solidne kawałki, które są w cieniu wielkich hitów jakie stworzył zespół na przestrzeni lat. „Bull's Eye” to nieco żywszy kawałek, który ma w sobie heavy metalowy pazur. Przypominają się stare dobre czasy i taki pretty maids już bardziej sobie cenię. Prawdziwą petardą jest bez wątpienia „King of the right here and now”, który przypomina mi czasy „Planet Panic”. Mocna rzecz, która pokazuje że zespół grać mocniej jeszcze potrafi. „Heaven's little Devil” to rockowy kawałek, który nadaje się do radia. Szkoda, że zespół bawi się w takie popowe granie. Na uwagę zasługuje mroczniejszy i bardziej pomysłowy „Civilized Monsters”, który też zaskakuje energicznym riffem. Ten utwór porywa dynamiką i zadziornością. „Sickening” też należy do mocniejszych momentów na płycie. Zamykający album „was that what You wanted” ma nieco nowocześniejszą formę i również nieco ostrzejszy riff.


„Kingmaker” to solidne dzieło, który pokazuje że Pretty maids mimo swoich lat wciąż trzyma poziom. Szkoda, że muzyka stała się bardziej komercyjna, bardziej hard rockowa, a mniej metalowa. Brakuje mi Alana Owena, brakuje mi tych charakterystycznych klawiszy i klimatu. Pozycja skierowana do zagorzałych fanów Pretty Maids, a także fanów hard rocka.

Ocena: 7/10

DEATH ANGEL - The Evil Divide (2016)

Dla wielu fanów thrash metalu „The Killing Season” zespołu Death Angel to jeden z najważniejszych dzieł tej kapeli i jeden z najlepszych wydawnictw roku 2008. Ta płyta miała w sobie nutkę progresywności czy punku. Z drugiej strony był to klasyczny album death Angel z dużą dawką agresji i thrash metalu. Sporym atutem była różnorodność i mroczny klimat. Kolejne wydawnictwa nie były złe, ale nie robiły już takiego wrażenia jak właśnie tamten album. Teraz po 8 latach zespół wydał swój 8 krążek zatytułowany „The Evil Divide” , który pod wieloma względami przypomina tamte dzieło. Podobna szata graficzna, klimat i brzmienie, to tylko pierwsze z brzegu elementy „The Evil Divide”. Sama muzyka też bardziej zróżnicowana i bardziej dopieszczona niż na ostatnich dziełach. Więcej jest w tym swobody, pomysłowości i cech „The Killing Season”. Choćby nutka progresywności czy punku, które przewijają się przez niektóre kompozycje. Najbardziej to słychać w „it cant be this” czy „Lost”, które mają w sobie typową strukturę komercyjną. Typowe przeboje, które znakomicie nadają się do promowania nowej płyty. „The Moth” to z kolei energiczny i agresywny otwieracz, który wiele zdradza i pozytywnie nastawia do albumu od samego początku. W podobnym klimacie jest utrzymany melodyjny „Cause for alarm”, który oddaje to co najlepsze w tej grupie. Jednym z najcięższych utworów na płycie jest „Father of lies”, który został zbudowany w oparciu o mocny riff i toporny charakter melodii. „Hatred United /United Hate” to kolejny mocny kawałek, które nieco ociera się o twórczość Kreator. Death Angel zawsze potrafił stworzyć ciekawe melodie, które na długo zapadały w pamięć, kompozycje które szybko stawały się hitami. Taki też właśnie jest dynamiczny „The Eletric Cell”. Całość zamyka równie udany „Let The pieces fall”. Nowy album death Angel to kawał porządnego thrash metalu, który nawiązuje do klasyków grupy, a przede wszystkim przypomina nam znakomity „The Killing season”. To dobra rekomendacja tego wydawnictwa.

Ocena: 9/10