czwartek, 5 maja 2016

SKELETOON - The Curse of Avenger (2016)

Roland Grapow to nie tylko jeden z najlepszych power metalowych gitarzystów, czy lider grupy Masterplan, to również muzyk, który lubi wspierać młode zespoły i występować gościnnie na ich płytach. Ostatnio widzieliśmy go w różnych projektach muzycznych typu Level 10 czy serious Black, a teraz w tym roku pojawia się na debiutanckim albumie włoskiej formacji Skeletoon. Panowie zespół założyli w 2011 roku a ich celem było granie czystego europejskiego power metalu wzorowanego na twórczości Gamma Ray, Helloween, Brainstorm czy Black majesty. Nie zwykle ciężko jest zaistnieć w świecie power metalowym, zwłaszcza jeśli tworzy się muzykę podobną do setek innych zespołów. Czym więc może nas kupić włoski Skeletoon? Przede wszystkim szczerymi intencjami, zgraniem i chemią jaka jest między zespołem, pomysłami i jakości prezentowanej muzyki. Słychać, że mają energię w sobie i chęć do grania, a do tego stawiają na pozytywną energię. Jasne nie tworzą nic nowego, ale w swojej konwencji radzą sobie całkiem dobrze i fani gatunku nie zawiodą się. Za całość odpowiada lider grupy, czyli Toomi Fooler, który odpowiada za wokal, za komponowanie i teksty. To właśnie jego wokal w dużej mierze zabiera nas do klasycznych wydawnictw power metalu. Momentami przypomina Kiske czy Cavalierego z Black Majesty, co jest atutem. Zaś Dimitri Meloni to koleś, który zagrał te wszystkie zgrane i energiczne solówki na debiutanckim albumie. Jego praca robi wrażenie, zwłaszcza że nie boi się grac finezyjnie, lekko i melodyjnie. Nie zapomina też o detalach technicznych przez co jego zagrywki to miód dla uszu. „Timelord” to mocne otwarcie płyty, choć nie brakuje tutaj aspektu progresywnego co słychać w początkowej fazie utworu. Roland Grapow pojawia się w dwóch power metalowych petardach, a mianowicie „What i Want”, który zabiera nas w rejony Helloween/ Gamma Ray i przebojowym „Hereos Dont Complain”, który mógłby trafić na płyty Avantasia czy Edguy. Tytułowy „The Curse of Avanger” to kwintesencja gatunku i dobry przykład jak dobrym zespołem jest Skeletoon. Zespół potrafi też urozmaicać swój materiał przez dodatki hard rockowe co pokazuje w mocniejszym „Jokers Turn” czy spokojniejszym „Bad Lover”. A na koniec mamy ukłon w stronę Gamma Ray czyli „Heavy Metal Dreamers”. Cel był od samego początku zamierzony i plan wypalił. Udało się nawiązać do najlepszych zespołów gatunków i stworzyć bardzo klasyczny materiał, który zadowoli nawet bardziej wymagających fanów gatunku. Gorąco polecam, bo to co wyprawia Skeletoon na debiutanckim krążku zasługuje na uwagę i owacje na stojąco. Kawał porządnego power metalu w stylu lat 90.

Ocena: 8.5/10

wtorek, 3 maja 2016

SUNSTORM - Edge of Tommorow (2016)

Ostatnimi czasy Joe Lynn Turner dawał osobie znać w postaci plotek na temat reaktywacji Rainbow aniżeli poprzez nową muzykę. Występował ostatnio jako gość na różnych płytach i warto tutaj przytoczyć bardzo dobry występ w Avantasia czy na płycie Magnusa Karlsonna. O wydawnictwach sygnowanych jego imieniem nazwiskiem póki co można zapomnieć. Szkoda, że tak mało muzyki Joe ostatnio wydaje. Debiut Rated X, który ukazał się w roku 2014 w pełni nie zachwycił i jedynym dobrym zespołem w jakim występuje teraz Joe Lynn Turner to Sunstorm. Jest to muzyczny projekt założony z inicjatywy byłego wokalistę Rainbow oraz dawnych muzyków Pink Cream 69. Wraz z Dennisem Wardem, Uwe Reitenauerem i Chrisem Schmidtem postanowili grać melodyjny heavy metal z domieszką hard rocka i AOR. Na swoim koncie mają 4 albumy, a ten najnowszy „Edge of Tommorow” jest jednym z najlepszych dzieł Turner w ciągu ostatnich lat. Przede wszystkim w końcu poszli w stronę troszkę cięższego grania i są tego efekty.

Nowy skład, nowa jakość i nowe spojrzenie na pewne rozwiązania przyczyniły się do stworzenia jeszcze ciekawszego wydawnictwa. Słychać rozwój, pewne kosmetyczne zmiany, ale to wciąż Sunstorm jaki znam od kilku lat. Jest kontynuacja tego co mieliśmy na „Emotional Fire”, są nawiązania do Rated X, czy Rainbow. Fani Turnera będą zachwyceni i wielu z nich czekało na taki krążek i to od kilku lat. Kolorowa okładka i ciepłe brzmienie to kwintesencja Aor i takiego typowego hard rockowego grania. Alessandro Del Vecchio znany z Voodoo Circle daje całości przestrzeni i niezwykłej lekkości. To właśnie jego partie klawiszowe czynią nowy album świeży i bardzo melodyjny. Niby są nawiązania do Rainbow, ale tutaj nie ma mowy o jakimś kopiowaniu. Najbardziej typowym kawałkiem w stylu Rainbow jest rozpędzony i energiczny „You Hold Me Down”. Typowy riff, odpowiednie zagrywki gitarowe Simone'a czynią ten kawałek petardą. W sekcji rytmicznej mamy perkusistę Primal Fear Francesco Jovino oraz basista Nik Mazzucconi.. Jest zgranie i dynamika, a to jest jest właśnie kolejny atut „Edge of Tommorow”. Już sam otwieracz pozytywnie nastawia słuchacza. „Don't walk away from a Goodbey” który ukazuje wysoką formę zespołu i Joego. Jego wokal wciąż zachwyca swoją lekkością i emocjonalnym ładunkiem. Kto jak kto, ale potrafi on nadać kompozycjom takiego romantycznego charakteru. Sam utwór jest lekki, melodyjny i pełen ciekawych motywów. Dobry start. Płytę promował utwór „Edge of tommorow”, do którego nakręcono również klip. To jest właściwie Sunstorm w pigułce. Mieszanka Aor, melodyjnego metalu i wszystkich odsłon Joe Lynn Turnera. Do tego nutka komercyjność, z której przecież słynie były wokalista Rainbow. Stonowany „Nothing left to say” zachwyca ciekawymi i finezyjnymi solówkami, a w dodatku nieco mocniejszym riffem. Najcięższym utworem na płycie jest mroczny i agresywny „Heart of Storm”, który pokazuje, że Joe Lynn wciąż potrafi zaskoczyć i zaimponować swoim talentem. Tutaj muzycy dają upust szaleństwu i pomysłowości. Mocna rzecz. Klawisze dają o sobie znać w spokojniejszym „The sound of Goodbey”, który jest kolejny rasowym przebojem, który sprawdziłby się w stacji radiowej. Pomysłowy riff i odpowiednia tonacja to atuty „The Darkness of this Dawn”, który mocna nawiązuje do Magnum. Niby cały czas dostajemy Aor i melodyjny metal, a cały czas wszystko jest zróżnicowane i wzbogacone różnymi ciekawymi motywami. Wysoka forma wokalna Turnera, pomysłowe zagrywki gitarowe i wysoki standard aranżacji sprawia, że właściwie każdy utwór to uczta dla fanów takiej muzyki. Ciężko właściwie wytknąć jakieś błędy czy też niedociągnięcia. Można było jedynie dać jeszcze ze dwa szybsze kawałki i płyta byłaby kompletna. Ballady to jest to w czym sprawdza się Turner i klimatyczny „Angel Eyes” to znakomity dowód na to. Wszędobylski romantyzm i nutka melancholii od razu przenika słuchacza. Dalej mamy żywszy i bardziej energiczny „Everything You've got”, który znów ożywia płytę i nadaję jej mocniejszego tonu. Takie kompozycje nadają płycie jeszcze bardziej hard rockowego feelingu i przypominają nam czasy Rainbow. Całość zamyka „Burning Fire” osadzony w klimatach Dio .

Nie ma już Turnera i Rainbow, nie ma już jego solowych płyt pod szyldem Joe Lynn Turner, ale wciąż jest obecny w metalowym światku. Mimo upływu czasu wciąż zachwyca swoim talentem i techniką śpiewania. Jest to jeden z moich ulubionych wokalistów i lubię słuchać ten jego ciepły melodyjny metal z domieszką Aor i hard rocka. Sunstorm to jeden z jego najlepszych zespołów i znakomity hołd dla fanów Rainbow. „Edge of Tomnmorow” to najlepszy album tej formacji i jeden z najlepszych płyt rockowych roku 2016.

Ocena: 9.5/10

poniedziałek, 2 maja 2016

HELL IN THE CLUB - Shadow of the Monster (2016)

Ostatnio moją uwagę przykuła okładka „Shadow of Monster” włoskiego zespołu Hell In the Club na której widać Freddy Krugera. Jak się okazuje jest to młody i dobrze zgrany zespół, któremu w głowie hard rock i rockn'n roll z domieszką heavy metalu. Stawiają na dobrą zabawę, szaleństwo i lekkość płynącą z granej muzyki. Nie spinają się być grać ambitnie i wyróżniać się na tle innych zespołów. Skupiają się na tym by grać prosto z serca i bez kombinowania. To im wychodzi na dobre. Muzycznie przypominają Gothard, Krokus, czy Dokken. Mają na swoim koncie już 3 albumy, a ostatnim dziełem jest „Shadow of Monster”, który nie jest wymagającym wydawnictwem. Dostajemy tutaj prosty i łatwo wpadający w ucho materiał, który idealnie sprawdza się w aucie i na imprezach. Skład zespołu tworzą znani i doświadczeni muzycy, którzy na co dzień grają w Secret Sphere, Elvenking, czy Sacred Hell. Nie ma mowy o wpadce czy słabym albumie, jednak warto mieć na uwadze, że Hell in The Club to muzyka prosta i bardziej rockowa. Co znajdziemy na nowym dziele? Mamy progresywny „Dance”, który otwiera album i wprowadza troszkę zamieszania. „Enjoy The Ride” to utwór, który nasuwa Airbourne czy Ac/Dc. Kawał porządnego hard rocka, który jest miłą rozrywką. Wokalista Elvenking Davide Moras jak się okazuje całkiem dobrze radzi sobie w hard rockowej formule, co pokazuje w nieco bluesowym „Hell Sweet Hell”. Jego specyficzna maniera nadaje całości odpowiedniego uroku. Trzeba mieć na uwadze, że płyta mimo swojej banalnej formuły i mało oryginalnej oprawie ma sporo hitów. Wystarczy wsłuchać się w mocniejszy „Shadow of the Monster” czy „Appetite”, które nasuwa Def Leppard z złotego okresu. Andrea Piccardi odpowiada za wszelkie partie gitarowe i solówki, a w tym aspekcie radzi sobie całkiem dobrze. Jasne nie ma tutaj nic nowego i wiele podobnych riffów słyszeliśmy. Pod względem technicznym jak i wykonania jest przyzwoicie i przedkłada się to na jakość. Najlepszym utworem na płycie jest „Try Me,Hate Me”, który brzmi jak mieszanka Def leppard i Motorhead. Bardzo energiczny rock'n roll, który zapada w pamięci. W tym wszystkim jedynie nie podoba mi się cover The brains, ale można jakoś to przeboleć. Trzeci album Hell in the Club już za nami, ale nie jest to płyta o której będą długie dyskusje i płyta o której będziemy pamiętać za parę miesięcy. Dobra dawka hard rocka i właściwie na tym koniec jeśli chodzi o „Shadow Of The Monster”.

Ocena: 6/10

sobota, 30 kwietnia 2016

MARTYR - You are Next (2016)

Pure Steel Records z dobrym skutkiem pomaga niektórym kapelą wypłynąć na szersze wody, ale co ciekawsze pomaga starym zapomnianym kapelom wrócić do życia. Holenderski Martyr, który powstał w 1982 r nie musi być znany każdemu fanowi heavy/speed/power metalu i może nie każdy musi znać ich działalność. Ich najlepszy płyty przypadają na lata 80 i wtedy panowie dali się poznać jako zgrany zespół, który nie kryje wpływów Iron Maiden, czy Judas Priest. Choć w późniejszych latach nie kryli wpływów amerykańskich bandów typu Warlord czy Metal Church. „Cicrle of 8” nie był udany i raczej wzbudzał rozczarowanie niż najlepsze dzieła tego zespołu. Teraz po 5 latach panowie powracają z nowym albumem, który został zarejestrowany przez bardziej klasyczny skład. „You are next” to nic innego jak solidny heavy metal w mrocznej, nieco przybrudzonej oprawie z solidnymi riffami i klimatem lat 80. Nie ma mowy o czymś nadzwyczajnym, czy ponad czasowym, ale jest to muzyka, która jest łatwiejsza w odbiorze. Taki „Into Darkest of All Realms” to soczysty heavy/power metal w amerykańskiej oprawie. Mocny riff wygrywany przez duet Heesakkers/Bouwamn przypomina stare, dobre czasy Martyr. Panowie stawiają na prostotę i szczerość. Muzyka prosto z serca i z hołdem dla lat 80 zawsze jest w cenie. Zastanawiałem się jak odnajdzie się po latach Robert w roli wokalisty, ale słychać, że wciąż ma w sobie to coś. Jego wokal jest mroczny, a do tego jego specyficzna maniera i to sprawia, że kompozycje mają swój charakter. Dobrze to słychać w rytmicznym „Infinity” czy ponurym „Unborn Evil”. Agresywniejszy „Monster” czy „Crawl” zabierają nas w rejony thrash metalu i to nawet z niezłym skutkiem. W sumie najlepiej wypadają kompozycje, w których słychać echa Iron Maiden i mam tu na myśli „In the end” czy przebojowy „Don't need Your money”. Nie jest to płyta do której będziemy wracać często, czy może płyta która wstrząśnie metalowym światkiem. Jednak jest to kawał solidnego heavy metalu w dość mrocznej oprawie. Panowie z Martyr wracają do gry, szkoda tylko że nie stworzyli czegoś co by zrobiłoby rozgłosu wokół nich. Płyta skierowana do maniaków heavy metalu z lat 80.

Ocena: 5.5/10

czwartek, 28 kwietnia 2016

NINJA - Into The Fire (2016)

Do tej pory niemiecki band Ninja był kojarzony z niemieckim podziemnym heavy metalem i latami 80. W sumie do 1997 roku kapela całkiem sobie dobrze radziła i udało się nawet zarejestrować 3 albumy. Ich muzyka była prosta i łączyła w sobie elementy hard rocka, a także heavy metalu. Stylistycznie przypominało to mieszankę Ac/Dc, Accept, Krokus, Judas Priest i W.A.S.P. Jeśli chodzi o ten aspekt to mimo upływu czasu nie wiele się zmieniło w Ninja. Mimo długiej przerwy wciąż wiedzą jak grać solidną mieszankę metalu i hard rocka. Najlepsze jest to, że wciąż brzmią jak w latach 80. Nie popsuło tego nowy skład, długoletnia przerwa i granie w obecnych czasach, gdzie pełno kombinowania i eksperymentów. Ninja pozostaje sobą, a ich najnowsze dzieło „Into the Fire” to kawał solidnego grania w stylu lat 80. Proste motywy, zadziorny wokal i pełne werwy solówki, które nadają całości pazura. Ze starego składu został gitarzysta Urlich i wokalista Holger. To dzięki nim wciąż czuć klimat lat 80 i to dzięki nim Ninja nie stracił swojej tożsamości. Nowy gitarzysta i sekcja rytmiczna nadają całości świeżości i energii. Nie ma mowy tutaj o nudzie i przewidywalności. Panowie stawiają na klasyczne rozwiązania i prostotę, a to przedkłada się na jakość wydawnictwa. Od samego płyta atakuje nas atrakcyjnymi melodiami. „frozen Time” to ukłon w stronę Scorpions, Dio czy W.A.S.P. Klasyczny kawałek, który mocno nawiązuje do płyt z lat 80. Niby nic nowego, a jednak słucha się tego z wypiekami na twarzy. Mamy też mocarny i rozpędzony „Thunder”, który ukazuje toporność i agresję jaka drzemie w zespole. Fani Judas Priest czy Accept będą w pełni zadowoleni. Hard rockowy „Vegabond Heart” to ukłon w stronę maniaków Scorpions, czy Ac/Dc. Lekki, przyjemny riff i romantyczny klimat i już przenosimy się do złotych lat 80. Prawdziwy hit, który pokazuje potencjał kapeli. Epicki, marszowy „Masterpiece” to przykład, jak grać mocny i podniosły true metal w stylu Manowar czy Majesty. Ja to kupuje i chce jak najwięcej takich petard. Ballada w postaci „Always Been Hell” to prawdziwa uczta dla fanów łagodnych i czułych dźwięków. Wszystko zgrywa się w perfekcyjną całość. Fani Rainbow czy Axela Rudi Pella będą w pełni usatysfakcjonowani ostatecznym efektem. Mieszanka Krokus i Saxon wybrzmiewa znakomicie w żywiołowym hicie „Blood of my Blood”. Trzeba przyznać, że płyta wypchana jest po brzegi hitami i wystarczy odpalić pozytywnie nakręcony „Last Chance”, czy melodyjny „Supernatural”. Całość zamyka świetny i podniosły „Into The fire”. Nie ma słabych kawałków, a całość jest równa i dynamiczna. Pełno hitów i klimat lat 80. Kolejna zapomniana kapela lat 80 wraca i to w jakim stylu. Oby więcej takich płyt. Wydana w 2014 r samodzielnie, teraz w 2016 wydana pod skrzydłami Pure Steel Records.


Ocena: 8.5/10

poniedziałek, 25 kwietnia 2016

OMEN - Hammer Damage (2016)

Każdy z nas nie raz marzył o tym by znów usłyszeć nowy album takich legend jak Cirith Ungol czy Omen. Każda z tych amerykańskich formacji odbiła swoje piętno na heavy metalu i przeszło do historii. Wszystko dzięki ciekawej stylizacji i danie podwalin pod epicki heavy metal. Kto wie jakby wyglądał true metal bez tych formacji. Ich złoty okres przypadł na lata 80 i potem to już różnie było z nimi. Ich blask zgasł i w sumie świat gdzieś zapomniał o nich, a najwięksi fani wciąż żyli marzeniami, że te dwie formacje wrócą do grania heavy metalu. Dzień ten nadszedł. Cirith Ungol ogłosił powrót, a Omen w tym roku wydaje swój 7 album. „Hammer Damage” przerywa 13 letnie milczenie i choć nie jest to ich najlepsze dzieło, to miło jest widzieć kultowy band w akcji.

To wydawnictwo ma plusy i minusy. Może też podzielić fanów Omen, ale mimo pewnych wad i niedoskonaleń jest to album, który ma coś z dawnych dzieł i także coś z ostatnich dzieł. Jednocześnie słychać, że Omen nie chce stać w miejscu i próbuje nowych rozwiązań. Ciężko jest się pogodzić z topornym brzmieniem i wokalistą Kevinem Groocher, który momentami irytuje. Jego wokal nie jest zły, bowiem śpiewa technicznie i agresywnie, ale czasami traci to melodyjności i brzmi trochę nijako. Brzmienie jest mroczne i przybrudzone, a to przywołuje na myśl dokonania Grave Digger aniżeli stary dobry Omen. Na szczęście jest Kenny Powell, który jest w wyjątkowej dobrej formie. To właśnie on wraz z perkusistą Stevem Wittingiem są ostoją tego zespołu i oryginalnymi członkami z lat 80, którzy przetrwali próbę czasu. Kenny daje niezły popis umiejętności na nowym albumie i pod tym względem słychać spore nawiązania do lat 80. Jest gdzieś ta pomysłowość lekkość i przebojowość. Najważniejsze, że dalej panowie grają epicki, amerykański heavy metal i to na poziomie do jakiego nas przyzwyczaili. Na nowym albumie znajdziemy 9 kompozycje, które stanowią niezłą ucztę dla fanów Omen i heavy metalu z lat 80. Całość otwiera „Hammer Damage” i to jest akurat średni otwieracz. Przede wszystkim wydobywa się z niego ta toporność, mroczny klimat i brak tej lekkości z lat 80. Utwór sam w sobie nie jest zły, bo napędza go ostry riff i zadziorny wokal Kevina. Stonowane tempo, marszowy riff, duża dawka melodyjności i epicki klimat to atuty „Chaco Canyon”, który już bardziej ucieszy starych fanów Omen. Jest tutaj duch starych płyt i brakuje tylko świętej pamięci J. D. Kimbella. Miło, że panowie nazwali album na część zespołu w którym śpiewał J. D Kimbell. Czyli Hammer Damage. Echa power metalu słychać w drapieżnym i energicznym „Cry havoc”. Taki nowy wizerunek Omen też nie jest zły i wnosi trochę świeżości. Klimat, melancholia i epickość pełną gębą to atuty „Eulogy for a Warrior”, który nasuwa bardziej klasyczne albumy Omen. Na nowym krążku jest też kilka prawdziwych petard i taki melodyjny „Knights” czy przebojowy „Caligula” świetnie to odzwierciedlają. Słychać tutaj gdzieś echa starych płyt i Kenny pokazuje na co go stać. W każdym utworze wygrywa mocne i agresywne riffy, a solówki w jego wykonaniu są soczyste i pełne ciekawych zawirowań. Dawno nie był w tak dobrej formie. Z takich klimatycznych i epickich kawałków warto wymienić tutaj „Hellas” z wyraźnymi wpływami NWOBHM. Końcówka płyty również emocjonująca, bo w tej fazie pojawia się ostry i toporny „Era of Crisis”, który przypomina poniekąd twórczość Attacker. Całość zamyka instrumentalny „A.F.U”, który jest dowodem na to, że Omen jest w formie, a Kenny Powell znów błyszczy w partiach gitarowych.

„Hammer damage” nie jest najlepszym dziełem Omen, jest też daleki od tych klasycznych albumów. Jednak mimo toporności, niedopracowanego brzmienia i momentami irytującego wokalisty nagrali album dopracowany i miły w odsłuchu. Nie brakuje epickości, ciekawych melodii, a także klasycznych patentów. Jednym słowem jest to jeden z ich najciekawszych albumów jakie ostatnio nagrali. Oby zostali w muzycznym biznesie na dobre.

Ocena: 8/10

SCREAM MAKER - Back Against the world (2016)

Kiedy w 2014 r ukazał się debiutancki album polskiego zespołu heavy metalowego o nazwie Scream Maker to świat oszalał. Fani NWOBHM dostrzegali w nich sporo Judas Priest czy Iron maiden, a każdy był dumny że mamy zespół, który może powalczyć z takim Steelwing czy Enforcer. Niestety, ale ja tego zachwytu nie podzielałem. Album był nijaki i zbyt hard'n heavy i za bardzo radosny. Brakowało uderzenia, hitów i większej dawki heavy metalu zwłaszcza tego z lat 80. W zespole drzemał potencjał, ale go nie wykorzystali w 2014 roku. Teraz po dwóch latach czas na nowe dzieło w postaci „Back Againts the World”.

Fani i kto tylko mógł wsparł finansowo zespół, by ten album mógł powstać, a w nagrodę ci bohaterowie znaleźli się na okładce autorstwa Olgi Pycii. Niby prosta okładka, a już nasuwa klasykę z lat 80. Od czasu debiutu zespół nie tylko dojrzał, nie tylko poprawił to co nie sprawdzało się,ale również zmienił skład personalny. Pojawił się Dawid Pięta w roli drugiego gitarzysty obok Arjonmajka. Nadał muzyce bardziej heavy metalowego wydźwięku i materiał stał się o wiele bardziej energiczny. Jest mniej hard'n heavy, a więcej klasycznego heavy metalu w stylu Iron maiden, Scorpions, Judas Priest czy Anvil. Scream Maker się rozwinął i poprawił to co wymagało poprawy. W końcu materiał jest przejrzysty, energiczny i przebojowy. Tak każdy kawałek coś wnosi do płyty, ma swój charakter i swoją wartość. Nie ma mowy tutaj o wypełniaczach i półśrodkach. Zespół idzie na całość i nie ma zamiaru się rozdrabniać. Zaczyna się od klasycznego „Can You See the Fire”, który niszczy cały debiut. Mocny, wyrazisty riff osadzony w starym NWOBHM, heavy metalu lat 80 i twórczości Iron Maiden, czy Scorpions. Do tego wszystkiego Sebastian Stodołak, który brzmi jeszcze lepiej niż na debiucie. Jego głos jest mocniejszy i o wiele barwniejszy. Momentami przypomina mi Graham Bonneta z okresu Rainbow. Dynamika, echa starego Helloween można wyłapać w rozpędzonym „Nosferatu”. Dawno na polskiej scenie nie było tak dobrze skonstruowanego heavy metalu w stylu lat 80. Pięta i Ajronmajk stworzyli zgrany duet, który stawia na lekkość, finezję i klasyczne rozwiązania. Słucha się tego naprawdę dobrze. Nie ma efektu monotonności jak w przypadku debiutu. „Far Away” bardziej hard rockowy przypominając Dokken, Scorpions czy też Accept. To prosty i bardzo solidny kawałek, który pokazuje elastyczność polskiej formacji. Takiej petardy jak „King is dead” raczej nikt by się nie spodziewał. Szybkie tempo, konwencja przypominający stary Iron Maiden i niezwykła przebojowość. Nasz polski heavy metal w tym przypadku może równać się z zagranicznym i to jest powód do dumy. Bałem się na początku, że panowie przesadzili z liczbą utworów. Jednak zadbali o urozmaicenie i dzięki temu płyta wcale nie nudzi i z każdym utworem jeszcze bardziej wciąga. Tytułowy „Back against the world” to dobra mieszanka hard rocka i heavy metalu. To taka kwintesencja stylu Scream maker. Nawet rozbudowany i stonowany „Godsend” potrafi wciągnąć w swój tajemniczy klimat. Momentami przypomina to twórczość Dio czy Black Sabbath, co zresztą nie dziwi, bo zespół robi akcję oddawania hołdu Ronniemu poprzez granie jego utworów. „Retribution” to kolejny kolos i kolejny kawałek, który pokazuje, że zespół się rozwinął i to pod każdym względem. Co warto jeszcze wyróżnić? Na pewno energiczny i nieco power metalowy „Black Fever” czy hard rockowy „All Because of You”.

Diametralna zmiana stylu, dopracowanie swojego stylu, poprawienie kompozytorstwa i zatrudnienie nowego gitarzysty dało pożądany efekt. Powstał album z klasycznym heavy metalem wzorowanym na latach 80, na płytach iron maiden, Scorpions, Anvil czy Judas Priest. To co nie zadziałało na debiucie, w końcu sprawdziło się na drugim albumie. Miłe zaskoczenie i w końcu wiem, że ten band to obecnie jeden z naszych najbardziej wartościowych zespołów na rynku. Brawo, dobra robota i oby tak dalej.

Ocena: 8.5/10

piątek, 22 kwietnia 2016

VELOCITY - The King Will Die (2016)

Czas przywitać nową gwiazdę niemieckiego heavy/power metalu, a jest nią band o nazwie Velocity. Niby z jednej strony idą szlakiem przetartym przez Gamma Ray, Mob Rules, czy Helloween, ale starają się być sobą i tworzyć coś własnego. Ich muzyka to mieszanka znanego nam power metalu z niemieckiej sceny metalowej, heavy metalu brytyjskiego spod znaku saxon, Judas Priest i Iron Maiden. Całość dopełnia nutka thrash metalowej agresji tworzonej na wzór Paradox czy artillery. Wiele czynników, wiele elementów układanki, ale efekt końcowy jest imponujący. „The King Will Die” to coś więcej niż debiut niemieckiej formacji, która szuka swojego miejsca na scenie metalowej, to płyta która pokazuje prawdziwy potencjał tej grupy. Silesu/Moldt dają czadu w sferze gitarowej i przez cały krążek pokazują na co ich stać. Dynamiczne riffy, złożone pojedynki na solówki i spora ilość ciekawych melodii. Taki rozkład sprawia, że każdy utwór to rasowy przebój i uczta dla fanów gatunku. Niby nic nowego nie dostajemy, a słucha się tego niezwykle przyjemnie. Motorem napędowym w tym przypadku jest również świetny wokalista Dennis Mayer, który radzi sobie z agresywnymi partiami, jak i tymi bardziej technicznymi. Śpiewanie w górnych rejestrach to jego as w rękawie, z którego często korzysta. Sam materiał jest warty sceny niemieckiej i umiejętnościom muzyków. Nie ma słabych utworów i każdy z nich to hit, który potrafi zapaść na długo w pamięci. „Storms of the North” to stonowany i chwytliwy otwieracz, który zabiera nas w rejony true metalu i innych bardziej rycerskich odmian heavy metalu. Więcej dynamiki i power metalu uświadczymy w „The Collector” czy melodyjnym „The Hunter and The Prey”. Sporo się dzieje w tych kawałkach, a to dopiero początek. Na dobre zespół rozkręca się w energicznym „N.W.O” i to jest jeden z tych najlepszych kawałków na płycie. Przede wszystkim wciąga w nim prosta motoryka i chwytliwy refren. Na krążku nie mogło zabraknąć bardziej rozbudowanego kawałka i tutaj „Sorrowing Meadows” sprawdza się idealnie. Zespół wtrąca tutaj różne ciekawe motywy, przez co kawałek potrafi zaskoczyć w niektórych momentach. Velocity radzi sobie z każdym wyzwaniem i każdą przeszkodą. Nawet ballada nie jest dla nich problemem. „No more tears” to przykład, że w dzisiejszych czasach można nagrać romantyczną i dojrzałą balladę. Na sam koniec został nam tytułowy „The King Will Die”, który brzmi jak mieszanka Running Wild i Judas Priest. Mocna rzecz, która jest idealnym podsumowaniem tego dzieła. Niby to wszystko słyszeliśmy, ale Velocity przypomina jak powinno się grać heavy/power metal na wysokim poziomie. Jeśli szukacie niezapomnianych doznać, prawdziwej jazdy bez trzymanki i hitów, które was poruszą, to „The King will Die” Wam tego dostarczy. Miłe zaskoczenie i jeden z ciekawszych debiutów roku 2016.

Ocena: 8.5/10

SAVAGE MASTER - With Whips and Chains (2016)

Nie tak dawno, bo w roku 2014 heavy metalowym światem wstrząsnął amerykański band o nazwie Savage Master. Wielu fanów zaczęło upatrywać w nich nowy Warlock, Chastain czy Crystal Viper. Podobna stylistyka, ładunek i podejście do tematu. Do tego wspólnym mianownikiem jest zadziorna wokalistka o niezwykłych umiejętnościach. Stacey Peak to prawdziwa heavy metalowa królowa, która potrafi przypomnieć nam najlepszych frontmanów heavy metalowych z lat 80. Ma technikę, charyzmę i niezwykłą technikę. Nie ma wątpliwości, że to dzięki niej kapela i jej debiut są tak rozchwytywane. „Mask of The Devil” to wysokiej klasy materiał, który miał w sobie mrok Mercyful fate i pomysły, które przypominały twórczość Black Sabbath. Już tamte dzieło było wysokich lotów i dopieszczone, tak więc ciężko było sobie wyobrazić album, który przebije debiut. Jednak Savage Master wykonał misję niemożliwą i to z sukcesem. „With Whips and chains” to drugie dzieło tej formacji, które pod każdym względem jest lepszym albumem niż debiut.

Niby z jednej strony mamy wszystkiego więcej, a z drugiej strony zespół dalej gra to samo i dalej wykorzystuje te same patenty, które zaprezentował na debiucie. Kiedy przyjrzymy się dokładniej strukturze i konwencji „Wtih Whips and Chains” to dostrzeżemy kontynuację debiutu „Mask of The Devil”. Stacey na nowym albumie rozwinęła skrzydła i śpiewa jeszcze agresywniej. Nabrała pewności siebie i podszkoliła się w technice. Robi to spore wrażenie i to od pierwszych sekund albumu. Co ciekawe Larry i Adam nie są w cieniu Stacey i też dają upust swoim umiejętnościom. W ich partiach słychać szaleństwo, pomysłowość,a przede wszystkim klimat lat 80. Wiele powie, że to wszystko nie raz słyszeliśmy i w sumie nic nowego nie prezentuje Savage master. Zgadza się, ale mało kto dzisiaj potrafi grac tak klasycznie i z taką ikrą. Co jeszcze przerysowano z debiutu to klimatyczną frontową okładkę, bo ta na nowym albumie jest niemal identyczna. Również brzmienie jest jakby wyjęte z debiutu, choć bardziej dopracowane.

Całość zaczyna klimatyczne intro „Call of The Master”, które zabiera nas do lat 80 i czasów, kiedy intra na płycie coś znaczyły i odgrywały kluczową rolę. Strzał w dziesiątkę z tym intrem, które nasuwa nam intra Iron maiden, czy Running Wild. Dalej mamy „dark Light of the moon”, który ma ma w sobie prawdziwego kopa. Riff jest ostry, a całość utrzymana w przebojowym charakterze. Wpływy wczesnego Iron Maiden, Walorck czy Black Sabbath są łatwe do wychwycenia. Stonowany i nieco toporniejszy „With Whips and Chains” to przykład jak grać wysokiej klasy heavy metal w klasycznej odsłonie. Podoba mi się tutaj nawiązania do Mercyful Fate czy Accept. Mocny riff i ciekawa linia melodyjna to jak widać standard na nowej płycie amerykańskiej formacji. Kolejny mocnym utworem na płycie jest rozpędzony „Path of Necromancer”, który przypomina mi stare płyty Warlock. W końcu ktoś przejął jakby pałeczkę po Warlock. Nutka hard rocka wdziera się w „looking for Sacrifice”, który ma coś z Judas Priest. Zespół cały czas nawiązuje do różnych formacji i do lat 80, ale stara się być przy tym sobą i tworzyć coś zaskakującego. Ciężko dzisiaj o takie kompozycje, o taki właśnie heavy metal i to na takim poziomie. Na płycie nie brakuje przebojów i wystarczy tutaj przytoczyć niezwykle melodyjny „Satan's crown” czy dynamiczny „Burned at the Stake”. Całość zamyka petarda „Ready to Sin” utrzymana w speed metalowej formule. Czy można życzyć sobie lepszego zwieńczenia płyty? Na pewno nie.


Savage Master już debiutem podbił heavy metalowy świat i serca wielu fanów heavy metalu z lat 80. Kiedy Warlock czy Mercyful fate przestał istnieć cały czas fani czekają na zespoły, które pójdą w stronę tych zespołów i przejmą spuściznę po tych legendach. Ciężko jest to osiągnąć, bo nie jest tak łatwo nawiązać do tamtych stylów, osiągnąć taki poziom i jednocześnie wpasować się w trend ówczesnych czasów. Amerykańska formacja wyszła naprzeciw oczekiwaniom fanom i stworzyła styl, który zadowoli maniaków klasyków i formacji typu Warlock czy Mercyful fate. Znają się na swojej robocie, a z taką wokalistką jak Stacey Peak są wstanie wiele osiągnąć. „With whips and chains” to póki co ich najlepszy album, który jest czystą perfekcją. Jedne z najlepszych wydawnictw w tym roku. Trzeba mieć ten krążek w swojej kolekcji.

Ocena: 10/10

TRAITOR - Venomizer (2015)

Szukacie mocnego, agresywnego i old schoolowego thrash metalu, który przeniesie do lat świetności Kreator, Sodom, czy Slayer? Chcecie posmakować młodzieńczego thrash metalu, w którym panowie grają z miłości do muzyki i grają profesjonalnie mimo swojego wieku? A może już macie dość ostatnich dokonań innych kapel typu Warbringer? To czego szukacie to niemiecki band o nazwie Traitor. To właśnie ich drugi album zatytułowany „Venomizer” jest jednym z najlepszych thrash metalowych albumów jakie ostatnio pojawiły się na rynku. Old schoolowe logo i okładka taka wzorowana na okładkach z lat 80 czy 90. Czy te znaki mogą być źle odczytane?

Traitor to zespół, który został założony w 2004 z inicjatywy Andreasa Mozera i Gerda Hery'ego i trzy razy zmieniali nazwę zespołu, aż w końcu stanęło na tej, którą znamy dzisiaj. Panowie obrali sobie za cel granie klasycznego thrash metalu mocno osadzonego przede wszystkim w rodzimej scenie metalowej. Słychać wyraźne wpływy Sodom czy Kreator, ale zespół nie boi się sięgnąć po motywy, które mają w sobie z amerykańskiej sceny thrash metalowej. Najlepsze jest to, że Traitor mimo wyraźnych inspiracji stara się tworzyć własny styl. Opiera się on na dynamicznej sekcji rytmicznej, prostych motywach gitarowych, ale przede wszystkim agresywnych riffach. Kluczową rolę odgrywa Andreas pełniący rolę wokalisty. To jego wokal sprawia, że to wszystko brzmi autentycznie i nie ma w tym nic sztucznego. Lata 80 i 90 naprawdę są obecne w ich muzyce. Specyficzna maniera i dobry warsztat techniczny czynią go dobrym wokalistą. W stylu grupy zachwyca speed metalowa motoryka i tutaj kawał dobrej roboty odwalają gitarzyści. Gerd i Matthias rozumieją się i wzajemnie się uzupełniają, dlatego nie ma tu wpadek i żadnej fuszerki. Na płycie znajdziemy 12 old schoolowych kawałków thrash metalowych dających 43 minuty porządnej muzyki. „Chernobyl” to klimatyczne intro, które wprowadza nas w klimat płyty i rzeczywiście można poczuć się jak w latach 80. Dobre wprowadzenie w płytę. „Reactor IV” to już typowy rasowy thrash metalowy killer. Mocny riff, złowieszczy klimat, odpowiedni ładunek emocjonalny i pędzące tempo. To jest właśnie to co tygryski lubią najbardziej. Zespół na pewno imponuje swoją pomysłowością i wystarczy posłuchać ciekawego skomponowanego „Torturize”. Kawałek został oparty na chwytliwym i pomysłowym riffem. Agresywny „Toxic Death” to taki ukłon w stronę klasycznego Sodom. Utworem, który posłużył do promowania płyty jest „Venomizer” i to kolejny bardziej techniczny kawałek. Nie brakuje na płycie dobrych melodii, które intrygują i zapadają w pamięci. Wystarczy wsłuchać się w „Teutonic Storm” czy rytmiczny „Chemical Violator”. Co ciekawe Traitor potrafi urozmaicać swój album i odchodzić od typowej nawalanki. Przykładem tego jest bardziej stonowany i przebojowy „Hell hammer” czy „Executioner”.

Niemieckie zespoły nigdy nie zawodzą i zawsze można być spokojnym, jeśli chodzi o zawartość jak i brzmienie. Tutaj brzmienie jest ostre, soczyste i nadaje kompozycjom mocy. Sam materiał jest jeszcze bardziej dopracowany niż na debiucie, a sam zespół niezwykle się rozwinął. Nie ma słabych kawałków, a każdy z nich to prawdziwa uczta dla fanów Kreator czy Sodom. Thrash metal w klasycznej odsłonie i to na jakim poziomie. Jeden z najlepszych thrash metalowych albumów jaki ostatnim czasy ukazał się na rynku. Gratka dla fanów gatunku.

Ocena: 9/10

środa, 20 kwietnia 2016

NUMENOR - Sword and Sorcery (2015)

Debiutancki album serbskiego Numenor zauroczył fanów symfonicznego metalu i epickiego black metalu. To tak jakby ktoś zmieszał Rhapsody Of Fire, Dimmu Borgir, Blind Guardian w jedną spójną całość. „Collosal Darkness” to krążek, który bardziej nastawiony był na agresję, mroczny klimat i prawdziwy posmak black metalu. To właśnie ten gatunek muzyczny przodował na tej płycie. W swojej konwencji imponował pomysłowością i przebojowością, a klimat potrafił przyprawić o dreszcze. Jednym słowem była to świetna przygoda w świat Tolkiena. Ciekawy byłem co jest wstanie jeszcze zaoferować ten band. „Sword and Sorcery” to drugi album tej serbskiej formacji i jest to dzieło zupełnie inne od debiutu. Już sama okładka jak i tytuł albumu nasuwa nam bardziej gatunek heavy/power metalowy. To jest pewien sygnał, że Numenor szykuje nam niespodziankę. Tak zmiany są wyczuwalne na nowym albumie zespołu i to niemal na każdym froncie. Brzmienie soczyste, dynamiczne i idealnie wyważone. Jest pomostem między power metalową manierą, symfoniczną podniosłością i black metalowym klimatem. Panowie w swoje strukturze też troszkę na zmieniali. Niby została podniosłość, symfoniczne patenty i epickość, ale gdzieś tutaj zmniejszono proporcje black metalu na rzecz power metalu. Taka mieszanka i taki sposób podania muzyki bardziej mi odpowiada. Kompozycje nabrały na szybkości i przebojowości, sama zawartość jakby jest przystępniejsza i bardziej zapadająca w pamięci. Na samej płycie znacznie więcej się dzieje. Bardziej urozmaicone partie wokalne to jeden z tych atutów. Oprócz tych stricte black metalowych wokali mamy tez czyste i bardziej metalowe, co tylko pokazuje jak wiele się zmieniło w muzyce Serbów. Gitarzyści też dali w końcu upust swojemu talentowi. Jest technika, ale to nie ona odgrywa kluczową rolę. To finezja, ciekawe przejścia i duża dawka melodyjności nadaje partiom gitarowym uroku. Tak jakby byśmy spotkali zupełnie inny zespół, który nieco inny rodzaj muzyki. Zaczyna się podniośle i klimatycznie, bo „Interlude” to intro które ma nas wprowadzić do nowej wizji Numenor. Pierwszym zaskoczeniem jest „Dragonheart”. Utwór jest słodki, energiczny i oparty na power metalowych patentach. Jest energia, mocny riff, przebojowość, a i coś z black metalu została. To się nazywa pomysł na ciekawy power metal. Stonowany i bardziej epicki „Arcanist” to już ukłon w stronę true metalu czy epickiego metalu. Prosty i podniosły motyw odgrywa tutaj kluczową rolę. Nie brakuje prawdziwych lekkich przebojów i dowodem tego jest choćby „The prince in scarlet Robe”. Nutka folkowego klimatu wdziera się w rytmicznym i dynamicznym „Dragon of Erebor”. Mimo tych urozmaiceń jest to kolejny wielki hit na płycie, które pokazuje jak można zmieszać black metal i power metal. Dalej mamy stonowany i nieco mroczniejszy „Bane of Durin”, który jest taką odskocznią od tych power metalowych petard, które zdominowały album. Całość zamyka ponad 6 minutowy kolos w postaci „Sleeping Sorceress”, który idealnie wieńczy nowy album Numenor. O „Sword and Sorcery” można wiele napisać i właściwie są to same ciepłe słowo. Czysta perfekcja i przykład, że power metal nie musi być przewidywalny. Black metal i power metal na jednym krążku to jest dopiero nie lada niespodzianka jeśli chodzi styl. Jedna z ciekawszych płyt power metalowych ostatnich lat,

Ocena: 10/10

NUMENOR - Colessal Darkness (2013)

Twórczość J.R Tolkiena co raz częściej pojawia się w muzyce heavy metalowej. Jednak jeszcze nie spotkałem się z wykorzystaniem tej tematyki w epickim black metalu. Serbski Numenor udowodnił, że jednak jest to możliwe. Kapela powstała w 2009 r na gruzach Esgaroth i jedynym członkiem z tamtego okresu został Despot Marko Miranovic. Wokalista stworzył nowy band, który miał skupić się na graniu mrocznego i melodyjnego black metalu, w którym słychać elementy takich gatunków jak heavy/power metal czy symfoniczny metal. Taka stylistyka może budzić wątpliwości, czy wykorzystanie tylu elementów faktycznie jest dobrym pomysłem. Zazwyczaj taka mieszanka jest chaotyczna i ciężko strawna, ale nie w przypadku Numenor. Potrafią dobrze wyważyć poszczególne elementy i to sprawia, że ich muzyka jest atrakcyjna i miła dla ucha. Marko stworzył nowy band z nowymi muzykami i w 2013 roku wydał „Colossal Darkness”. Ciężko mówić tutaj o debiucie, bo płyta jest przemyślana i dopracowana. Na krążku znajdziemy 35 minut klimatycznej muzyki, w której jest podniosłość, epickość i duża dawka melodyjności. Okładka czy brzmienie są idealnie dopasowane do tego co słyszymy na płycie. Otwieracz „Opus Draconics” to zgrabne intro, które wprowadza w nas w ten podniosły i mroczny klimat. Po minucie pojawia się pierwsza prawdziwa petarda i „The Eternal Champion” to niezwykle melodyjny utwór o symfonicznym zabarwieniu. Stonowany i bardziej klimatyczny „The hour of the Dragon” też ma w sobie coś przyciągającego uwagę. Brankovic i Kemeny to dwaj gitarzyści, którzy dwoją się i troją, zwłaszcza w takim energicznym „the Alchemist”. Panowie starają się urozmaicać utwory swoimi zagrywkami. Dbają o technikę jak i o emocję, a to ma dobry wpływ na kompozycję. Najciekawszym utworem na płycie jest rozpędzony „Chronomancer” czy marszowy „Servants of Sorcery”. Całość zamyka klimatyczny i nieco teatralny „The sailor on the seas of fate”, który pokazuje potencjał zespołu i wartość tej płyty. Dzieje się sporo na tej płycie i nie ma mowy tutaj o nudzie. Każdy kawałek to inna przygoda i inne przeżycie. Gitarzyści urozmaicają materiał różnymi ciekawymi motywami, a klawisze nadają odpowiedniej melodyjności i podniosłości. Całość dobrze spina wokalista Marko, który śpiewa agresywnie i buduje przy tym mroczny, black metalowy klimat. Jednym słowem dobrze znać ten zespół i ich debiutancki krążek „Colessal Darkness”.

Ocena: 7.5/10

wtorek, 19 kwietnia 2016

DIVINER - Fallen Empires (2015)

Grecki Inner Wish to jeden z najbardziej rozpoznawalnych zespołów heavy/power metalowych w tamtym rejonie świata. Od 2010 r jednak ta kapela milczy i nie daje znaków życia. Nie ma powodów do zmartwień, bowiem z odsieczą nadchodzi Diviner. Kapela założona w 2011 r przez wokalistę Yiannis Papanikolaou i gitarzystę Thimios Krikos, którzy razem pracowali w Inner Wish. Dodatkowo udało im się ściągnąć perkusistę Inner Wish czyli Samoilisa. Panowie postanowili stworzyć alternatywę dla Inner Wish. Stworzyć prawdziwą heavy/power metalową bestię, która porwie i zaskoczy fanów heavy i power metalu. Kiedy słucha się ich debiutanckiego albumu w postaci „Fallen Empires” to można odnieść wrażenie, że cel został osiągnięty.

Ciekawe logo, dobra nazwa zespołu i mroczna okładka, to drobne detale, które jednak sprawiają, że chce się sięgnąć po „Fallen Empires”. Muzycznie to jest ostry, agresywny i melodyjny heavy/power metal osadzony w nowoczesnym i mięsistym brzmieniu. Można ich muzykę porównać do Inner Wish, choć nie brakuje wpływów Nightmare, Primal Fear czy nawet Iced earth. Diviner gra wysokiej klasy muzykę z pogranicza heavy/power metalu i chłopaki znają się na rzeczy. Każdy z nich jest doświadczony i wie jak zainteresować słuchacza. Wokal Yiannisa jest mroczny, drapieżny i nasuwa na myśl Dio czy Tima Rippera Owensa. Można odnieść wrażenie, że jako wokalista rozwinął się jeszcze bardziej i brzmi teraz fenomenalnie. Jednak debiut Deviner to przede wszystkim ostre riffy, spora dawka przebojowości i chwytliwości. Właśnie brakowało takiego soczystego heavy/power metalu, który przyprawi o dreszcze. Brakowało takich mocnych riffów i takich ciekawych solówek ostatnim czasy. Diviner wychodzi naprzeciw naszym oczekiwaniom. Wszystko zostało zapięty na ostatni guzik i nie ma tutaj niespodziewanych wpadek. Każdy utwór to prawdziwa frajda i kwintesencja gatunku heavy/power metal. Tytułowy „Fallen Empire” rozpoczyna tą ucztę. Jest to ostry, dynamiczny kawałek, który spokojnie mógłby zdobyć album Primal Fear. Nutka nowoczesności wybrzmiewa w „Kingdom Come”, zaś „Evilizer” to przykład że twórczość Judas Priest ma wpływ także na grecki band. Nie mogło zabraknąć na płycie szybszych kawałków i właśnie takim utworem jest „Riders from the east” który przypomina dokonania Nightmare. Marszowy i nieco podniosły „The Legend goes on” to taki hołd dla Manowar czy Hammefall. Wyszło znakomicie i słychać, że zespół potrafi być elastyczny. Zespół potrafi wykreować ciekawe motywy, które zapadają w pamięci. Tak właśnie jest z ostrzejszym „Come into My glory” czy mrocznym „The shadow and the dark”. Płytę zamyka nieco progresywny, ale bardziej rozbudowany „Out in the Abyss”. Jest to przykład, że można tworzyć mroczny heavy/power metal i to na wysokim poziomie.


Inner Wish milczy, ale Diviner to bardzo dobra alternatywa. Band brzmi świeżo, wie co to jest heavy/power metal, wie jak grać na wysokim poziomie i jak nagrać świetny album, który poruszy scenę metalową. Ta płyta nie ma wad, a zalet nie da się tak szybko zliczyć. Nikt nie czekał na ten album, nikt pewnie nie brał ich pod uwagę jeśli chodzi o top 2015. Teraz może się to zmienić. Polecam.

Ocena: 9.5/10

poniedziałek, 18 kwietnia 2016

DARK OATH - When Fire Engfuls the Earth (2016)

Ile kroć dany zespół heavy metalowy porusza się w tematyce wikingów, północnej mitologii czy bitew to nieuniknionym jest granie bardziej epickiej odmiany metalu. Za każdym razem podniosłość, budowanie napięcia i stworzenie odpowiedniej otoczki dla tej tematyki jest podobny. Nawet kiedy zespół gra melodyjny death metal to również i tutaj pojawia się epicka odmiana tego stylu. Dowodem na to jest choćby debiutujący w tym roku Dark Oath. Portugalska formacja powstała w 2009 r z inicjatywy gitarzysty Joel Martinsa i Jose Bertelo. W początkowej fazie skład uzupełniał wokalista Carlos Pereira, basista Emerson Nunes i perkusista Pedro Galvao. Z czasem jednak zespół zaczął się rozwijać i zmianie ulegał również skład. Najważniejsza zmiana miała miejsce już w 2010 r kiedy to zatrudniono nową wokalistkę w postaci Sara Leitao. Nagle muzyka nabrała nowego wymiaru i zespół stylistycznie zaczął przypominać Amon Amarth, Wintersun czy właśnie Arch Enemy. Wymieniono również sekcję rytmiczną i w odświeżonym składzie nagrano w końcu debiutancki album „When Fire Engulfs the earth”. Choć jest to pierwsza płyta to jednak trzeba przyznać, że zespół zadbał o aspekt techniczny jak i estetyczny. Soczyste i drapieżne brzmienie odgrywa znaczącą rolę. Nadaje płycie ostrości i odpowiedniej mocy. Mimo pewnej agresji, mroku i death metalowej formuły mamy spore ilości ciekawych i wciągających melodii. Dzięki przebojowości album jest łatwy w odbiorze i nie ma tutaj żadnych udziwnień i nie potrzebnych eksperymentów. Co zaskakuje to na pewno wykorzystanie otoczki czysto symfonicznej. Otwierający „Land of Ours” to utwór, który pokazuje co gra portugalski band i czego możemy się spodziewać po tej płycie. Agresja, przebojowość i chwytliwa melodia to dobra mieszanka. Lekkość i taka finezyjność jest łatwa do uchwycenia w „The Tree of Life”. Już sam główny motyw imponuje pomysłowością muzyków. Pinheiro i Martins to właściwie kręgosłup tego zespołu. To ich zagrywki gitarowe napędzają całość i dostarczają sporych emocji. Wystarczy przytoczyć stonowany i epicki „Battle Sons” czy melodyjny „Watchman of Gods” by się o tym przekonać. Na płycie nie brakuje prawdziwych hitów i tutaj aż się prosi wspomnieć o energicznym „Thousands beasts”. Cieszy również chwytliwy „Wrath Unleashed”, który ma coś z Running Wild w swojej konstrukcji. Podobieństwa słychać choćby w początkowej fazie. Co ciekawe zespół nie ma problemów z stworzeniem utworów przesiąkniętych power metal. Dobrym tego przykładem jest tytułowy utwór czy „Vengeful Gods”. Na sam koniec zespół nam zostawia prawdziwy kolos i „Brother's Fall” to taka wisienka na torcie. Tutaj zespół bawi się na całego stosując różnego rodzaju motywy i urozmaicenia. Sam utwór jest bardzo epicki i klimatyczny. Jeden z najciekawszych momentów na płycie, który ma wielki wkład w ostateczny kształt całości. Portugalski Dark Oath zaprezentował się światu, a ich debiutancki album to prawdziwa uczta dla fanów melodyjnego death metalu, wszelkiego rodzaju epickiego metalu, zwłaszcza dla tych co kochają mitologię i tematykę związaną z wikingami. „When Fire engulfs the Earth” to dopracowana płyta zgranego zespołu, który wie czego chce, który potrafi grać i zaskakiwać ciekawymi pomysłami. Dobry start i oby najlepsze zostawili na kolejne wydawnictwa. Warto zainteresować się Dark Oath i przypilnować ich kariery.

Ocena: 8/10

niedziela, 17 kwietnia 2016

FENRIR - Loki's Slaughter (2016)

Już myślałem, że nic mnie zaskoczy w świecie power metalu. A tutaj proszę australijski band Fenrir pokazuje, że można jeszcze coś ciekawego i świeżego stworzyć. Intrygujący wizerunek sceniczny i pomysł na własny styl to bilet do prawdziwej kariery muzycznej. Młody i ambitny zespół powstał w 2009r i za cel obrali sobie opowiadanie północnych mitologi. Odyn i Lokki to jest coś co jest bliskie im sercu i chętnie z nami się podzielą swoją pasją. Kapela przyciąga uwagę na tle wielu innych młodych kapel. Pomijam już wizerunek sceniczny i tematykę w jakiej się obracają. Jednak sam styl sprawia, że szczęka opada i zastanawiamy się co się tak naprawdę stało. Panowie w swojej muzyce wykorzystują patenty charakterystyczne dla power metalu, heavy metalu i thrash metalu. Najlepsze w tym wszystkim jest folkowy pazur i klimat, który odgrywa kluczową rolę. Mogłoby się wydawać, że taka mieszanka doprowadzi do niestrawności i obrzydzenia, jednak reakcja jest zupełnie odwrotna. Można łatwo wciągnąć się w świat Fenrir i uzależnić od ich muzyki. Thrash metal tutaj jest motorem napędowym i nadaje muzyce Fenrir odpowiedniej dynamiki i agresywności. Patenty power metalowe nadają całości przebojowości, a folk metal jest czynnikiem który łączy to wszystko w spójną całość, dodając takiej tajemniczej otoczki. Panowie długo się zbierali na wydanie debiutanckiego albumu, ale „Lokki's Slaughter” to pozycja, która powstała w pocie czoła i panowie dopracowali każdy szczegół. To nie jest płyta, która powstała z przymusu czy pod naciskiem wytwórni. Słychać, że zespół nie poszedł na łatwiznę i od razu mierzył wysoko. Mocnym atutem zespołu jest wokalista Duncan, który śpiewa agresywnie i klimatycznie. Ma w sobie coś takiego specyficznego, że przyciąga od razu uwagę słuchacza. Anothony i Adrian tez niczym nie ustępują w swoich gitarowych partiach. Dzieje się sporo i panowie zabierają nas w rejony zarówno czysto heavy metalowe czy power metalowe, jak i thrash metalowe czy folkowe. Jest rozrzut spory, ale panowie się nie gubią i to jest piękne. Nie ma mowy o nudzie, a każdy riff czy solówka to kwintesencja muzyki metalowej. Liczne przejścia, pojedynki i dawka niezwykłej melodyjności to jest to co tak fani tej muzyki kochają. Zresztą nie trzeba daleko szukać żywego dowodu na te zjawiska. Tytułowy „Loki's slaughter” to właśnie taka kwintesencja tego co gra Fenrir. Rozpoczyna się heavy metalowo, potem nabiera bardziej power/thrash metalowego charakteru, a cały czas w tle mamy folkowe motywy. Brzmi to naprawdę ciekawie. Dalej mamy melodyjny i bardziej epicki „Onwards to Jotunheim” i rozbudowany „Odins Retribution” , które pokazują pomysłowość kapeli. Stonowany i zadziorny „Berseker” to niby prosty kawałek, ale hard rockowy feeling dodaje mu niezwykłej przebojowości. Więcej folk metalu uświadczymy w szybszym „Freyr's Despair”, który jest kolejnym dłuższym utworem na płycie. Liczne przejścia i bogata aranżacja czyni ten utwór wartym uwagi. Do mocnych punktów warto też zaliczyć thrash metalowy „Heavy Fucking Metal” czy melodyjny „Moongorger”, który śmiało rozrusza nie jedną publikę na koncercie. Panowie dają czadu i tutaj nie ma czasu na smęty i jakieś ballady. Ma być ogień i jazda bez trzymanki. Jest klimat, jest pazur, jest dynamika i przebojowość, a najlepsze jest to że panowie przy tym świetnie się bawią. Thrash metal, heavy metal, folk metal i power metal na jednej płycie. Można? Jak widać można i to w jakim stylu.

Ocena: 9.5/10

sobota, 16 kwietnia 2016

SAVIOR FROM ANGER - Temple of Jugment (2016)

Savior From Anger to w zasadzie włoski zespół, który gra agresywny, nieco toporny heavy/power metal w klasycznej odsłonie. Co ciekawe nie słychać patentów charakterystycznych dla tamtejszej sceny metalowej, zamiast tego jest sporo elementów wyjętych z amerykańskiego power metalu spod znaku Attacker, Vicious Rumors czy Metal Church. Sprawa jest o tyle śmieszniejsza, że ostatnio ten zespół zasilił kultowy wokalista Attacker, a mianowicie Bob Mitchel. Jest to żyjąca legenda i jego obecność w zespole dodaje skrzydeł i otwiera zupełnie nowy rozdział dla Savior From Anger. Skład całkowicie uległ zmianie. Na basie pojawił się Frank Fiordellisi, na perkusji Michael Kusch i dzięki temu kapela brzmi świeżo i bardziej dojrzale. W nowym składzie został nagrany nowy album w postaci „Temple of Judgment”, który w rzeczy samej jest hołdem dla US power metalu. Miło jest widzieć, że Bob Mitchel jest w formie i że śpiewa w typowym dla siebie stylu. Może już nie ma takiego ognia jak w latach 80, ale wciąż potrafi nadać utworom agresywności i bardziej amerykańskiego klimatu. Skojarzenia z Attacker są niemal od początku do końca płyty. Nowa płyta to nowa jakość i zespół rozpoczyna kolejny jakże ważny rozdział swojej kariery. Akurat „Temple of Judgment” to jeden z najciekawszych wydawnictw tej kapeli. Nie chodzi już o to, że udało się nagrać prawdziwie amerykański album power metalowy, który przypomina najlepsze lata Metal Church czy Attacker. Istotą tego dzieła jest to, że pokazuje że tak doświadczona kapela jest wstanie jeszcze czymś zaskoczyć i stworzyć album, który poruszy rynek, serca fanów. Dopracowane brzmienie, miła dla oka okładka pokazuje jak zespół przygotował się tym razem. Zadbano o każdy drobny szczegół co pozwoliło nagrać album niemal perfekcyjny. Błędem jest w sumie to, że muzycy jakby bardziej skupili się na agresywnych riffach, dynamice i o tym by nagrać bardziej amerykański krążek, pomijając przy tym aspekt przebojowości. Szkoda, bo tak nie wiele brakowało by stworzyć idealne dzieło. Co mi się podoba w tym krążku to różnorodność jeśli chodzi o materiał, a także wykorzystanie doświadczenia Boba Mitchela i Craiga Wellsa znanego z kultowych płyt Metal Church. To oni przyczynili się do tego, że Savior From anger nagrał tak wyjątkowy album. Zaczyna się dość tak klasycznie bo od prostego i przebojowego „Across The Sea”, który ma coś z Metal Church. Nie ma odkrywania na nowo heavy/power metalu i próbowania tworzenia czegoś ponadto. Dostajemy w istocie to na co każdy z nas tam po cichu czekał. Mikstura Attacker i Metal Church sprawdza się i przynosi pożądane rezultaty. Mroczniejszy i bardziej toporny „In the Shadows”, który pokazuje nam Savior From Anger z nieco innej strony. Marszowy „Bright Darkness” w swojej strukturze nasuwa nam brytyjskie kapele z lat 80. Jest lżejszy, bardziej przebojowy, ale to żadna ujma. Na tego typu płytach zawsze wielkie emocje wzbudzają prawdziwe petardy, które imponują energią agresją i dynamiką. Tak też jest z „The Eye” czy złowieszczym „Thunderheads”, które wpasowują się w kanon twórczości Metal Church. Bez wątpienia jest to jeden z mocniejszych punktów tej płyty. Power metal pełną gębą mamy w energicznym „Chosen Ones”, który pokazuje potencjał zespołu i jego prawdziwą moc. Spokojniejszy i bardziej hard rockowy „Starlight” jest dowodem na to, że panowie odnajdują się nawet w balladach. Końcówka płyty w żaden sposób nie zwalnia tempa. „The Eyes open wilde” to jeden z najostrzejszych kawałków na płycie i tutaj zespół momentami ociera się nawet o thrash metal. Jedynie czego można żałować, że zespół nie stworzył cały album w takiej tonacji. Dynamiczny „Repetance” i melodyjny „Temple of Judgment” znakomicie podsumowują album pokazując jego prawdziwy potencjał. Ciężko wytknąć błędy i jakieś wady. Na pewno łatwiej pisać o zaletach. Dobrze wyważony materiał który jest wypchany po brzegi ostrymi kawałkami i dobrymi melodiami. Do tego jeszcze kultowy wokalista Attacker i gitarzysta Metal Church. Czego można chcieć więcej? Prawdziwy hołd dla amerykańskiego power metalu. Savior From Anger pokazał Metal Church, że też ich stać na wysokiej klasy album. Oby jak najwięcej takich płyt w wykonaniu włoskiej formacji.

Ocena: 9/10

PHRENETIX - Fear (2015)

Jaki ma być thrash metal? Ma być agresywny, dynamiczny, pełen energii, urozmaicenia i pozbawiony wszelkich półśrodków, który tylko szkodzą całości. Taka muzyka powinna być na wysokim poziomie technicznym, a tematycznie ma być pesymistycznie. Zazwyczaj taka muzyka powinna mieć nieco mroczny klimat i bardziej przybrudzone brzmienie. Im klasycznie tym lepiej. Tak więc miłe są nawiązania do takich klasycznych bandów jak Anthrax, Megadeth czy Overkill. W tym roku bardzo udanym debiutem jest „Fear” . Jest to pierwszy album jaki wydała grupa Phrenetix. Młoda formacja pochodzi z Litwy i działa od 2011r. Ich celem jest grac agresywny, energiczny old schoolowy thrash metal w stylu lat 80 czy 90. I jest przed nimi świetlana przyszłość i to można wywnioskować po „Fear”.

Nic tutaj nie zrodziło się przypadkiem czy też na bazie tylko cytatów z innych kapel. Ta formacja ma pomysł na siebie, potrafi zagrać thrash metal w starym stylu i to na wysokim poziomie. Wszystko to czego oczekujemy od tego typu grania z pewnością znajdziemy właśnie na „Fear”. Mamy rok 2015, a ta płyta brzmi jakby została nagrana kilkanaście lat temu. Panowie nie bawią się w eksperymenty, przez co płyta brzmi autentycznie i szczerze. Od samego początku do samego jest to prawdziwa jazda bez trzymanki w starym stylu. Zespół zdobywa uznanie i nasze zainteresowanie na pewno dzięki samej liderce Linie. Lina to wokalistka i zarówno gitarzystka która napędza zespół. Nie tak łatwo się kapnąć że mamy do czynienia z kobiecym wokalem. Maniera i styl śpiewania pokrywa się w wielu momentach z wokalistami z wielu znanych kapel. To jest właśnie taki mały trick Litewskiej formacji. Lina śpiewa agresywnie i nie szczędzi swego gardła, co tylko podkreśla agresywność materiału. Dobra i zgrana sekcja rytmiczna, do tego ciekawy popisy gitarowe i zapadające w głowie motywy główny to kolejne atuty tego zespoły, które punktują na „Fear”. Cały czas na płycie się coś dzieje, przez co nie ma mowy o nudzie. Sam otwieracz już jest bardzo klasycznym kawałkiem. Słuchając „Ruined by Ambition” mam skojarzenia z Megadeth, Anthrax czy Overkill. Nie ma w tym nic złego, ponieważ band ma swoje interpretacje i pomysły. Mocny riff, odpowiednia szybkość, chwytliwy refren i to wszystko sprawia, że zespół od samego początku robi dobre wrażenie. Nie brakuje nieco wolniejszych momentów, w których zespół pokazuje swoje bardziej heavy/speed metalowe oblicze. Dobrym tego przejawem jest „Time To Act”. Zespół płynie przechodzi między motywami i nie mają większych problemów z stworzeniem ciekawych i chwytliwych melodii. Dzięki temu taki „Posera” ma charakter czysto przebojowy, choć jest to thrash metalowa petarda. Kolejny jakże udanym kawałkiem na płycie jest rytmiczny i rozpędzony „Piece of Life”. Sekcja rytmiczna odgrywa kluczową rolę w zespole, bo to ona nadaję przestrzeni i jest dobrym gruntem pod każdy kawałek. Bardzo dobrze ją słychać w nieco progresywnym „Unconscious Game”. Phrenetix nie ma czasu na jakieś spowolnienia i właściwie do samego końca serwuje nam petardy. „Muddy Tale” i zamykający „Art of Jail” to bardzo dobre zwieńczenie tego solidnego dzieła.


Litwa to nie jest stolica thrash metalu tym bardziej zaskakuje jakość „Fear”. Mamy tutaj przede wszystkim wpływy amerykańskich kapel i to słychać na każdym kroku. Kapela młoda i właśćiwie wszystko przed nią, ale tym albumem pokazali że znają się na rzeczy i jeszcze nie raz o nich usłyszymy. „Fear” należy pochwalić za klimatyczną okładkę, stylistykę na wzór lat 80 czy 90 no i przemyślany i udany materiał, który zaskakuje swoją solidnością. Kawał dobrej roboty!

Ocena: 8/10

piątek, 15 kwietnia 2016

ALSION - Pale Shadows (2015)

Kiedy w 2013 r Thomas Fischer pojawił się w roli nowego wokalisty niemieckiej formacji Alsion wielu tak naprawdę przestało widzieć sens istnienia zespołu. W końcu to właśnie z Tobiasem Kochem powstały najbardziej znaczące dzieła dla Alsion i to właśnie z nim band dokonał najwięcej. Pewien okres się skończył, a zatrudnienie Thomasa utworzyło nowy. 9 lata czekania na trzeci album i pewna stabilizacja zespołu sprawiły, że głód na nowe dzieło wśród fanów był spory. Jednak można odnieść wrażenie, że „Pale Shadows” z roku 2015 to tylko solidne dzieło w kategorii heavy/power metal, które za wiele nie wnosi. Gdzieś znikły emocje i ta pasja, a zamiast tego wdarła się nuda i rutyna. Jednak i w tym dziele można dostrzec pewne plusy. Soczyste i dopracowane brzmienie, które podkreśla zadziorność kapeli. Dobrze wypada też nowy nabytek zespołu, dzięki któremu miejscami ma się wrażenie że w odtwarzaczu leci album Volbeat. Bardzo dobrze wypada też sam materiał, który ma kilka mocnych punktów. Mamy mocne riffy, kilka przyspieszeń i kilka ciekawych melodii, które czynią album miły w odbiorze. Krótki i zwarte kompozycje również są sporym atutem, zwłaszcza kiedy wszystkie są utrzymane w podobnej stylistyce. Brak urozmaicenia i jakiegoś elementu zaskoczenia powoduje, że całość szybko zlewa się w jedną całość. Ingo i Uli grają solidnie i starają się nam przypomnieć stare dobre czasy Stormiwtch, czy Brainstorm. Szkoda tylko, że efekt końcowy nie do końca jest satysfakcjonujący. Z całej płyty warto wyróżnić mocniejszy „From The Ashes”, który ma w sobie spore pokłady energii czy „Burn Them All” z ciekawym głównym motywem gitarowym. Bardziej rozbudowany „Pale Shadows” pokazuje, że zespół grać potrafi, tylko momentami brakuje ostatecznego szlifu. Na płycie nie brakuje typowej niemieckiej toporności co potwierdza zamykający „Through the Fire”. Do grona najciekawszych kawałków na płycie, które potrafią uraczyć nas swoją przebojowością zaliczyć należy „Live or Die”. Brakuje na „Pale Shadows” właśnie takich wyrazistych kompozycji, które na dłużej by zostały w pamięci. 9 lat czekania, a w zamian dostajemy średniej klasy heavy/power metal, który na dłuższą metę staje się dziełem o którym nie będzie pamiętać za jakiś czas. Czas coś zmienić w stylu i czas wyciągnąć jakiś as z rękawa.

Ocena: 5.5/10

środa, 13 kwietnia 2016

CREATURE - Ride the bullet (2015)

Miło jest widzieć, że ostatnim czasy coraz więcej kapel z lat 80 powraca do interesu. Jasne raczej światu już nie zwojują, może nie poruszą metalowego światka, ale sprawią że wspomnienia ożyją i znów poczujemy klimat lat 80. Choćby dlatego miło jest widzieć, że kapele które grały w latach 80 i potem przepadły bez wieści powracają i wciąż tworzą muzykę. Nie zawsze powrót okaże się dobrym pomysłem, czasem kończy się to fiaskiem, ale powrót niemieckiego Creature warto odnotować. Marco, Torsten i Carsten w 1982r powołali tą formację i wciąż ją tworzą co bardzo cieszy. W 1989r kapela wydała swój debiutancki album „Creature” który był solidną mieszanką heavy metalu, hard rocka i NWOBHM. W 1991 r kapela się rozpadła i przez te wszystkie lata nikt nie myślał o powrocie tej formacji. W powrocie zespołowi pomogła wytwórnia Karthago. Zaczęło się od gigu, koncertu, a potem kapela powróciła na dobre. Owocem tego jest drugi album w postaci „Ride the bullet”. Jak się patrzy na okładkę to widać, że kapela żyje latami 80, że chce kontynuować działalność tam gdzie zakończyła. Takie płyty zawsze są w cenie, zwłaszcza jeśli mają być w klimatach lat 80. W zespole nie ma już wokalisty Alexendra Schmitta i basisty Martina Henke, ale mimo tego zespół znalazł godnych zastępców. Ciekawym zabiegiem okazało się zatrudnienie dwóch wokalistek. Jest Sussene i Daniela i dają radę obie wokalistki. Nie ma wpadki w tym zakresie. Jest prostota, jest nacisk na klasyczny wydźwięk i w efekcie wszystko brzmi tak jak trzeba. Kiedy odpala się album i atakuje nas „Nervous Break down” to już wiadomo, że będzie to kawał porządnego heavy metalowego grania. Klasyczny riff osadzony w klimatach Accept czy Judas Priest. Mocną stroną jest przebojowy charakter płyty i dobra praca gitarzystów. Clausen i Janz wciąż mają w sobie to coś i wiedzą jak zabrać nas do lat 80. „Ride the bullet” to kolejny przebój i przykład, że jednak powrót mimo tylu lat może okazać się strzałem w dziesiątkę. Mocny i chwytliwy kawałek, który klimat po prostu potrafi zauroczyć. „Can't you realize” troszkę bardziej hard rockowy i wzorowany na starych płytach Accept, co ucieszy fanów niemieckiego metalu. Warto też pochwalić zespół lekkość i umiejętność tworzenia przebojów. Na nowej płycie nie brakuje nam ich, o czym może świadczyć porywający „Don't Believe in Rumors”. Kto lubi nutkę szaleństwa i Ac/Dc ten doceni rockowy „deep down Dirty”. Sporo klasyki słychać w prostym i zadziornym „Heroes” czy rozpędzonym „Split”. Właściwie nie ma tutaj słabych utworów i każdy znich daje sporo radości i jest niezłą rozrywką. Można naprawdę dobrze się bawić w rytmach radosnego „I cant break out”. Udało się stworzyć równy i dopracowany materiał, który jest mocno osadzony w latach 80. Najlepsze jest to, że ta płyta brzmi autentycznie i ciężko uwierzyć, że została wydana w 2015. Creature wraca w wielkim stylu po 26 latach i nie mają się czego wstydzić, bo jest to bardzo solidny album, który pokazuje że klasyczny metal wciąż ma się bardzo dobrze. Polecam.


Ocena: 8.5/10

niedziela, 10 kwietnia 2016

CAULDRON - In Ruin (2016)

10 lecie istnienia obchodzi w tym roku kanadyjski Cauldron. Jest to kolejny młody band, który powstał w celu podtrzymywania żaru klasycznego heavy metalu. Co raz więcej pośród nas kapel grających na wzór Iron Maiden, W.A.S.P, Judas Priest, ale to cieszy że takie kapele jak Steelwing, Enforcer, Striker czy właśnie Cauldron zabierają nas w sentymentalną wycieczkę do lat 80. Cauldron jest w biznesie 10 lat i nagrał w sumie 4 albumy, z czego „In ruin” to najnowsze dzieło tej formacji. Nic nowego nie prezentują, nie szukają nowych inspiracji, ani nie zdradzają swojego charakteru. Ta płyta to kwintesencja ich stylu, amerykańskiego heavy metalu lat 80 i nie tylko. Czasami stawiając na proste rozwiązania i korzystanie z sprawdzonych motywów można więcej osiągnąć niż dzięki kombinowaniu. Można podpaść fanom, że nie tworzy się nic nowego, że wszystko jest wtórne i mało oryginalne. Jednak czy naprawdę tylko to się liczy? Grunt, żeby płyta miała odbiorców, swoich fanów, swoich zagorzałych wyznawców, którzy staną w obronie danej płyty. Cauldron to sprawnie działająca machina, która jeszcze nie wydała wadliwego produktu, a już ich marka zaczyna być rozpoznawalna. Kiedy nagrywa się takie albumy jak „In ruin” i nagrywa się takie proste hity „No Return/ In Ruin” to można wiele zdziałać. Płyta cechuje się klasyczną okładką z nutką grozy i klimatycznym brzmieniem wzorowanym na latach 80. Do tego dochodzi specyficznym wokal Jasona, który idealnie współgra z warstwą instrumentalną. Jest szybka i dobrze zgrana sekcja rytmiczna i wszędobylski Ian Chains, którego partie gitarowe napędzają ten album. „Empress” to przykład, że można tworzyć klimatyczny utwór, a zaraz stworzyć coś bardzo klasycznego. Ile razy już słyszeliśmy podobne kawałki, ile razy się tym zachwycaliśmy i to wciąż działa na słuchaczy. Prawdziwa klasa sama w sobie. Zwłaszcza cieszy fakt, że zespół potrafi grać prawdziwy speed metal na wysokich obrotach. Taki „Burning at both Ends” to kwintesencja gatunku heavy/speed metal. Niby prosty pomysł, a daje tyle radości i takie wrażenie robi na słuchaczu. To nie koniec przyjemności, bowiem Cauldron ma jeszcze kilka asów w zanadrzu. „Hold Your Life” to taki ukłon w stronę Accept z okresu „Metal Heart”. Skoro taki rytmiczny „Come not Here” potrafi urzec mroczny klimatem. Bardzo dobrze prezentuje się basista w „Santa Mira”. W końcu to on buduje tutaj napięcie i tworzy ciekawy główny motyw. Troszkę Iron Maiden tutaj usłyszymy, ale czy to źle? Dawno nie słyszałem tak udanego klasycznego heavy metalu, a to już tylko dobrze świadczy o Cauldron. „Corridors of Dust” i instrumentalny „Delusive Serenade” pokazują elastyczność kapeli. Potrafi zaskoczyć i zabrać nas do mrocznego, ponurego świata przesiąkniętego nutką doom metalu. Na deser dostajemy hit w postaci „Outrance”. 40 minut klasycznego heavy/speed metalu to dobrze wyważona porcja dla prawdziwego fana. Jeśli wychowaliście się na twórczości Accept, Dio, Iron Maiden czy Judas Priest to Cauldron jest przeznaczony dla Was. Panowie grają bardzo klasycznie i dbają o każdy szczegół. Najnowszy album „In ruin” zasługuje na szczególną uwagę bo jest to jeden z ich najlepszych wydawnictw. Mocna rzecz.

Ocena: 8.5/10

sobota, 9 kwietnia 2016

DARK SADNESS / A NAKED SOULS - Twirl of Shadows (2015)

Ostatnio trafiłem na komplikację Dark Sadness / A naked Souls zatytułowaną „twirl of shadows”.W okresie 1993 -1998 działa właśnie formacja o nazwie Dark Sadness. Była to jedna z tych meksykańskich formacji, która stawia na mroczny death metal z domieszką doom metalu. Formacja ta nie zagościła na długo w świecie muzyki, ale został po nich mały ślad w postaci „Art & Solitude”. To właśnie ten album znajdziemy na składance. Nie ma się co oszukiwać jest to podziemny heavy metal, a sam band już dawno nie istnieje, a owy materiał pochodzi z połowy lat 90. Specyficzny głos Williama sprawia, że faktycznie słychać ten doom metal w muzyce Dark Sadness. Trzeba pamiętać, że na styl Dark Sadness składa się wiele czynników. Stonowane tempo, mroczny klimat, wyszukane partie gitarowe, pomysłowe melodie i dobrze wpasowane klawisze. Pierwsze sześć utworów należy do Dark Sadness. Na uwagę zasługuje klimatyczny „Evil Inside” z chwytliwym riffem w roli głównej. Całkiem dobrze wypada też mroczny i ponury „dark Sadness” który jest przykładem, że da się dobrze połączyć death metal z doom metalem. Najlepszym kawałkiem na płycie wydaje się tytułowy „Art & solitude” z dobrze wtrąconymi klawiszami. Jest to nieco progresywne i chaotyczne, ale ma swój urok. Druga część płyty to już inny meksykański band z połowy lat 90, który już nie istnieje, a mianowicie A naked Soul. Też dochodzi tutaj do skrzyżowania death metalu i doom metalu. Też nie brakuje tutaj brutalności i mrocznego klimatu, a całość bardziej naturalne brzmienie i specyficzny wokalista Jose luis Lopez. Z tych ciekawszych utworów to na pewno jest „Celebration of the lost”, który przyciąga uwagę ciekawymi solówkami i pomysłowym głównym riffem. Dobrze też się prezentuje stonowany i ponury „In the Vastness”, który oddaje piękno doom metalu. „Sometimes” czy „I still remember” . Całość przypomina wczesne dokonania Amorphis i w sumie nie jest to nic nadzwyczajnego. Ot co średniej klasy death metal/ doom metal, który nastawiony jest przede wszystkim mroczny klimat i brutalność. Nie wiele jednak z tego wynika. Nic dziwnego, że kapele szybko przestały istnieć.

Ocena: 6/10

FORCER - Spirit Of metal (2015)

Wiele młodych kapel stara się odtworzyć lata 80, grać niczym Iron maiden, Judas Priest, accept, Tyrant w latach swojej świetności. Każda z kapel stara się oddać ducha tych kapel w swojej muzyce, czyli ducha prawdziwego heavy metalu. Nie jest to łatwe, zwłaszcza że konkurencja nie śpi, a same te wielkie kapele już wyczerpały niemal materiał na klasyczny heavy metal. Na szczęście nie powoduje to brak dobrych płyt w tej tematyce. Młode kapele potrafią zaskoczyć zapałem i pomysłowością. Może to być wtórne i przewidywalne, ale i tak zadowoli prawdziwych maniaków heavy metalu. Moją uwagę ostatnio przykuł meksykański band o nazwie Forcer. Grają heavy/ speed metal i to od 2013 roku, a na swoim koncie mają już debiut. „Spirit of Metal” to dzieło okrojone z oryginalności, ale ma inne ważne atuty. Przebojowość, lekkość, pomysłowość, zgrane i energiczne popisy gitarowe. Szukacie dobrej zabawy, hitów? A może cenicie sobie melodyjne solówki i pojedynki gitarzystów? W takim razie „Spirit of Metal” stanie się waszym nowym gościem w odtwarzaczu cd.

Okładka jest kiczowata, ale ma to swój urok. Przypomina płyty z lat 80, które miały śmieszne okładki, ale ciekawą zawartość. W przypadku Forcer jest podobnie. Ich dzieło jest proste, przewidywalne i w oklepanym stylu. Jednak te wady mają swoją zaletę. Wiemy czego spodziewać się, wiemy że zespół potrafi wykorzystać znane patenty na swoją korzyść. Ta prostota i wtórność jest tutaj urocza i potrafi zauroczyć. Mocnym punktem tego dzieła jest wokalista Fernando, który potrafi śpiewać agresywnie i zadziornie. Jego wysokie rejestry potrafią przyprawić o dreszcze. Co ciekawe Fernando razem z Alexem tworzy zgrany duet gitarowy. W sferze solówek i popisów dzieje się sporo. Nie ma na co narzekać właściwie. Cały czas atakują nas mocne i soczyste riffy, a solówki są zagrane z polotem i nutką finezji. Panowie znają się narzeczy i ich muzyka jest autentyczna. „Spirit of Metal” to 10 kompozycji utrzymanych w klasycznym stylu, tak więc nie brakuje wpływów Iron maiden, czy Judas Priest. Pierwszym hitem na miarę tych wielkich zespołów jest tytułowy „Spirit of Metal”, który pokazuje prawdziwy potencjał tej kapeli. Prosty motyw, chwytliwa melodia i spora dawka energii i mamy hit gotowy. Dalej mamy marszowy i bardziej epicki „Metal Over Rainbow”. Początek nasuwa twórczość Iron Maiden, a później można nawet doszukać się pewnych wpływów Black Sabbath czy Manowar. Nutka hard rocka i takiej surowości mamy w „believing To be powerful” jak i w rytmicznym „Memories are in the past”. Więcej speed metalowej formuły mamy w przebojowym „King of Monsters” czy żywiołowym „Hunter”, który zaliczyć należy do najlepszych kompozycji na płycie. Bije z nich energia i agresja, a wykonanie budzi respekt wobec kapeli. Całość zamyka świetna petarda w postaci „pain”. To jest dobry przykład jak zespół dba o detale i jak dobrze radzi sobie z komponowaniem ciekawych i wciągających utworów.

Duch metalu i lat 80 słychać idealnie na „Spirit of Metal”, tak więc tytuł idealnie odzwierciedla zawartość płyty i tego co dostajemy od Forcer. Meksykańska formacja zna się na rzeczy i wie jak grać heavy metal na wysokim poziomie. Słychać inspiracje klasyki typu Iron maiden czy Judas Priest ale to nic złego. Pozycja obowiązkowa dla każdego maniaka heavy metalu z lat 80.

Ocena: 8/10

TENDONITIS - Stormreaper (2016)

Mieszanka różnych gatunków może różnie się skończyć. Raz może nam przypaść mieszanie dwóch różnych gatunków, a czasami może nas przestraszyć chaos i wykonanie. Jeśli chodzi o thrash metal to nie ma nic przeciwko mieszaniu go z melodyjnym metalem. W przypadku Paradox czy Artillery taki zabieg wypalił, tak więc innym też może ta sztuka się udać. Szwajcarski Tendonitis właśnie pod wieloma względami przypomina Arttillery, Savage Messiah, czy Paradox. Grają agresywnie, zadziornie, ale jednocześnie słychać tą melodyjność i przebojowość w ich muzyce. Taka mieszanka thrash metalu i melodyjnego heavy metalu w ich wykonaniu jest przyjazna i miła dla ucha. Na scenie są już od 13 lat, a teraz udało im się wydać swój drugi album w postaci „Stormreaper”.

Może okładka jest troszkę kiczowata, może panowie nie tworzą niczego ponadczasowego i takich płyt jak „Stormreaper” już troszkę się przewinęło ostatnim czasy. Mimo tych czynników i tak nowe dzieło szwajcarskiej kapeli zasługuje na uwagę. Co zachęca i budzi podziw, to podejście muzyków i chęć tworzenia bardziej nowoczesnego metalu. Słychać to po tym co wygrywają Andi i Dome. Stawiają na mocne, wyraziste riffy, które są agresywne, nowoczesne i bardzo melodyjne. Jednocześnie starają się utrzymać tendencję melodyjności i przebojowości na każdym utworze. Może brakuje czasami jakiego zrywu i elementu zaskoczenia w tym aspekcie. Jednak ten minus zostaje szybko zatuszowany przez naprawdę dobrze zagrany materiał, który wciąga słuchacza i potrafi zostać na nieco dłużej w pamięci. Brzmienie też podkreśla klimat tej płyty i agresję która przewija się w partiach gitarowych. Skupmy się na zawartości. Otwieracz „Ship of Fools” to prawdziwa petarda i przykład, że zespół grać potrafi. Mało w tym oryginalności, ale słucha się tego niezwykle przyjemnie. Mocny riff, duża dawka melodyjności i wyszedł udany utwór. „Stormreaper” już bardziej agresywny i bardziej thrash metalowy. Jest pazur i ciekawy pomysł na riff, a to daje w efekcie kolejny mocny kawałek na płycie. Nowoczesność i mroczny klimat to cechy zadziornego „Clandestine”, z kolei spokojniejszy „Ballad of the Need” pokazuje rockowe oblicze kapeli. Do grona najciekawszych kompozycji warto zaliczyć ostry i nieco brutalny „Human Recreation”, melodyjny „Mindless Voids” czy stonowany „Leidenschaft”. Każdy z utworów jest solidny i zagrany na poziomie, tak więc nie ma tutaj niepotrzebnych wypełniaczy.

Jakie wnioski należy wyciągnąć z odsłuchu? „Stormreaper” to mocny, energiczny i mroczny album, który zawiera solidny materiał, który zabiera nas w rejony thrash metalu i melodyjnego metalu spod znaku Paradox czy Artillery. Nie jest to coś co rzuca na kolana, ale warto znać najnowsze dzieło szwajcarskiego Tendonitis.

Ocena: 7/10

DIVINE WEEP - Tears of The Ages (2016)

Polska scena metalowa naprawdę się rozwinęła. Pojawia się coraz więcej wartościowych kapel, które naprawdę są wstanie zwojować świat. Jeśli już nie świat to bez wątpienia zagraniczną scenę metalową. Axe Crazy, Scream maker czy właśnie Divine Weep. Mamy w czym wybierać, a każdy z tych zespół to specjalista od grania klasycznego heavy metalu z wyraźnymi wpływami Iron Maiden, Judas Priest, Dio, czy Helloween. Jednak tworzyć heavy/power metal na wysokim poziomie, który nasuwa nam scenę amerykańską czy niemiecką nie każdy potrafi. Power Metal u nas jeszcze tak dobrze się nie rozwinął, ale już pojawiały się kapele który pokazały że można. Teraz jest to czas Divine Weep. Przeżyłem nie zły szok kiedy usłyszałem debiutancki album „Tears of the Ages”. Czyżby mamy do czynienia jednym z najlepszych albumów heavy/power metalowych nagranych przez polski band?

Warto pamiętać, że Divine Weep zaczynał swoją przygodę z muzyką już w 1995 r z inicjatywy gitarzysty Barta i perkusisty Dara. Początkowo kapela specjalizowała się w black metal i w takich klimatach starali się utrzymać przez dłuższy czas. Jednak wraz z upływem czasu zmieniały się preferencje muzyczne muzyków i tak w okolicach 2001 r kapela zaczęła tworzyć heavy/power metal w klasycznym stylu. W roku 2011 r do zespołu dołączył drugi gitarzysta, a mianowicie Przemo, a basista Jano pojawił się w 2012r. Skład Divine Weep ustabilizował się i w roku zatrudnili Igora Tarasewicza. Nagrano debiutancki „Age of immortal”, który był dobry krążkiem w swojej konwencji. Pierwsza zmiana personalna zaszła już w roku 2014 r i zastąpiono Przemka Dariuszem Morozem. Kapela jeszcze bardziej się rozwinęła i jeszcze bardziej dopieściła swój styl i tak w roku 2015 nagrali swój drugi album „tears of Ages” , który w tym roku zostanie wydany nakładem wytwórni Stormspell Records, która pod swoim skrzydłem ma wiele utalentowanych i rozpoznawalnych kapel. Niezły zaszczyt kopnął Białystocki band, który jest głodny sukcesu i chce pokazać światu, że u nas w Polsce heavy/power metal też ma się dobrze. Wiele rzeczy zaskakuje i jednocześnie zachwyca w tej płycie. Zagraniczna produkcja, która nasuwa szwedzkie płyty heavy metalowe, czy też wydawnictwa niemieckich kapel power metalowych. To jest spory atut, ale nie jedyny. Miła dla oka okładka ma też w sobie coś magicznego. Przypomina nieco szatę graficzną Sabaton, czy Human Fortress. Im bardziej zagłębi się w muzykę zespołu to przekonamy się że nie ma błędów, a sama muzyka jest na wysokim poziomie. Kiedy odpala się „Tears of the Ages” to właściwie ciężko uwierzyć, że to polska kapela. Świetne melodie, ciekawa konstrukcja kompozycja, pomysłowe riffy i jeszcze energiczne solówki, które nasuwają nam niemiecką czy amerykańską scenę metalową. Tak duet gitarzystów i wokalista Igor sprawiają, że nowy album jest perfekcyjny. Wokalista śpiewa agresywnie, bardzo technicznie, a jego język angielski jest taki jaki być powinien. Znakomicie wkracza w wysokie rejestry przypominając przy tym Tim Rippera Owensa, czy Ralfa Sheepersa. Potrafi nadać kompozycjom agresywnego charakteru i odpowiedniej dynamiki. To jest właśnie motor napędowy tej kapeli. Kiedy pominiemy te wszystkie drobne szczegóły i mniej znaczące kwestie. Kiedy skupimy się już na samej zawartości i stylu jaki reprezentuje to i tak znów kapela pokazuje swoją pomysłowość i talent. Dawno nie słyszałem tak energicznego i dopieszczonego albumu heavy/power metalowego i to jeszcze w wykonaniu polskiej formacji. Śmiało można wysunąć teorię, że to jeden z najlepszych albumów heavy metalowych jaki powstał na ziemi polskiej. Czysta perfekcja i nie ma tutaj jakiś wpadek i smętnych nie potrzebnych kompozycji, które szkodzą całości. Każdy utwór to prawdziwa petarda i prawdziwa uczta dla fanów klasycznych dźwięków, zwłaszcza tych wypracowanych przez Helloween, Gamma Ray, Iron Maiden, Judas Priest, Dio czy Bloodbound. Każdy doszuka się jakiś wpływów i to nie powinno nikogo dziwić, ale w tym wszystkim Divine Weep stara być sobą i pozostać przy swoim stylu.


Całość otwiera „Fading Glow”, który nie grzeszy świeżością. Takich utworów z takim riffem w historii metalu i power metalu było już sporo. Mimo tego utwór sprawia sporo radości i pokazuje umiejętności zespołu. Bardzo dobrze balansują między szybkimi partiami i tymi wolnymi, które mają coś z brytyjskiego metalu. Fani Iron maiden czy Judas Priest też coś znajdą dla siebie w tym kawałku. Chwytliwy refren zabiera nas do świata epickości i to kolejny powód, który czyni ten utwór prawdziwą perełką. Dalej mamy ostrzejszy i nieco nowocześniejszy „The Mentor”, który ma coś z Primal Fear, czy nawet Iced Earth. Pędząca sekcja rytmiczna, ostry riff, duża dawka przebojowości i mamy kolejny wielki hit. Wiele płyt powstało w Polsce i wiele się słyszało, ale Divine Weep po prostu nie przestaje nas zachwycać i zaskakiwać. Ciekawe przejścia i pojedynki gitarowe w tym utworze odzwierciedlają to co najlepsze w tej kapeli. „Days of Revenge” to taka mieszanka Gamma Ray i Iron Maiden. Melodyjny riff, dobra dynamika i ciekawe zagrywki sprawiają, że choć mamy to samą strukturę to i tak utwór prezentuje z sobą coś innego. To jest właśnie piękne. Cały czas dostajemy klasyczny heavy/power metal, ale każdy utwór zabiera nas do innego rejonu, ma w sobie coś magicznego. Jeszcze inaczej brzmi „Last Breath”, który nastawiony jest na klimat i rycerski charakter. Znajdziemy tutaj spore pokłady epickiego charakteru. Stonowane tempo dodaje uroku i namyśl przychodzi Dio czy Iron Fire. Marszowy i utrzymany w średnim tempie „Petrified souls” tez jest bardziej heavy metalowy i bardziej klasyczny. Znajomo brzmi też „Imperious Blade”, ale nie jest to żadna ujma dla kapeli. Nawiązują do wielu kapel i wiele ciekawych i znanych nam albumów. Tworzą z tego coś własnego, coś zapada na długo w pamięci. Mocny riff i ciekawe popisy wokalne Igora czynią z tego prostego kawałka kolejny hit. Judas Priest wybrzmiewa w rytmicznym i nieco topornym „Never Ending Path” i to jest niezbity dowód na elastyczność Divine Weep. Nie mają zamiaru grać na jedno kopyto i starają się co chwile czymś nas zaskoczyć. Tytułowy „Tears of the Ages” to taka kwintesencja stylu Divine Weep i taka wizytówka. Odświeżony „Age of Immortal” pokazuje, że panowie odnajdują się w bardziej rozbudowanych kompozycjach. Miłym dodatkiem jest zaśpiewany po polsku tytułowy kawałek z tej płyty i „Łzy Wieków” nawet w języku rodzimym brzmi świetnie. To się nazywa klasa.


Wywód może i długi, ale „Tears of The Ages” wzbudza właśnie takie emocje. Cały czas można by nawijać i przeżywać jaki to świetny nie jest ten album. Panowie z Białegostoku dokonali coś niezwykłego. Nagrali jeden z najlepszych albumów na ziemi polskiej, który bez wątpienia podbije serca zagranicznych fanów heavy/power metalu, ale też pokaże jak powinno się grać wysokich lotów heavy/power metal w klasycznych wydaniu. Wokalista Igor i zgrany duet gitarzystów to jest to bez czego ciężko sobie wyobrazić ten band. Potencjał ogromny i mam nadzieję, że to będzie już nasz polski Helloween, Gamma Ray czy Blodbound. Stać ich na wiele i mam nadzieje że będą nagrywać tylko takie perfekcyjne albumy, który dadzą nam powody do dumy. Największa niespodzianka roku 2016 i jeden z najlepszych albumów jakie słyszałem w tym roku. Brawo.

Ocena: 10/10