czwartek, 29 stycznia 2015

BROKEN OATH - A Different Way (2014)

Kiedy sięga się po debiutancki album jakiejś młodej, nieznanej szerszemu gronu kapeli to nigdy nie wiadomo czego można się spodziewać. Tak więc są dwie opcje, albo to będzie miłe zaskoczenie, albo po prostu coś czego nie da się przesłuchać do końca. Sporo młodych ciekawych kapel wypuszcza szwedzki rynek, tak więc byłem spokojny o jakość debiutanckiego krążka Broken Oath. Jak szybko się przekonałem „A Different Way” to płyta zawierającą melodyjny, energiczny hard rocka z wyraźnymi elementami heavy metalu. Fani Devils Train, Pretty Maids czy Sinner powinni być zachwyceni.

Formuła kapeli jest bardzo prosta. 80 % to czysty, młodzieżowy, szalony hard rock o melodyjnym charakterze, a pozostałe 10 % to nic innego jak mocny, zadziorny heavy metal o nieco nowoczesnym wydźwięku. Brzmienie też tak zrobione, że brzmi to jak przystało na młodzieńcze, hard rockowe granie na miarę naszych czasów. Co wyróżnia Broken Oath? Z pewnością wokalista i zarazem gitarzysta Lars Hoijer, który przypomina stylistycznie Jamesa Hetfielda z Metaliki.Zespół nie spina się i gra bardzo luźno, bez jakiś dziwnych stawek i eksperymentów. Sekcja rytmiczna nadaję odpowiedniego tempa, a partie gitarowe sprawiają że kompozycje kipią energią. Materiał zawiera kompozycje komercyjne jak choćby „Two brids” czy „Addicted”, ale znacznie więcej tutaj hard rockowych przebojów typu „I'll” czy „Broken Oath”. Słucha się tego przyjemnie, a serce szybciej zaczyna bić przy takich petardach jak „Shallow Grave” czy „No Control”, w których zespół stawia na energiczny riff i bardziej chwytliwe solówki. W takiej wersji Broken Oath najbardziej mi się podoba. Na wyróżnienie z pewnością zasługuje rozpędzony „Like a Slave” który ma motorykę bardziej rock'n rollową. W podobnym klimacie utrzymany jest przebojowy „Devils in Me”. O tym, że Broken Oath potrafi się odnaleźć w heavy metalowym graniu dobrze przekonuje nas „World Whisper” czy w zamykającym „Misery of Dead”, który został zagrany w myśl nowoczesnego heavy metalu.

Szwedzki Broken Oath wystartował z całych sił i nagrał naprawdę solidny album, który nie zawodzi. Każdy kto szuka rozrywki, szalonego hard rocka, czy melodyjnego heavy metalu to z pewnością to znajdzie na „A Different way”. Udany debiut szwedów i teraz nic tylko czekać na kolejną dawkę hard rocka w ich wykonaniu.

Ocena: 7/10

LEVEL 10 - Chapter One (2015)

Coraz więcej zespołów, które tworzą super gwiazdy. Jaki jest sens takich kapel, projektów muzycznych? Cóż rzadko kiedy ma to na celu stworzenie czegoś świeżego, czy pomysłowego jak to jest w przypadku projektu Dracula. Co innego gdy jest to metalowa Opera, której przewodzi jakiś pomysł i jest jakiś konkretny powód by powołać do życia takie coś. W przypadku Level 10 nie ma żadnego głębszego sensu założenia tego zespołu czy też projektu muzycznego. Czy będzie to jednorazowy wybryk Mata Sinnera i Russela Allena, którzy powołali do życia ten band, czy będzie to zespół z krwi i kości. Cóż patrząc na skład jaki udało się zebrać, to raczej długo to nie przetrwa. Skład imponuje bo wystarczy spojrzeć na takie nazwiska jak Randy Black na perkusji, duet gitarowy Grapow/ Bayrodt no klawiszowiec Del Vacchio znany z Voodoo Circle. Im większe nazwiska tym i większe wymagania i chęć posłuchania czegoś nowego. Jednak debiutancki album „Chapter One” pokazał, że nie zawsze wielkie nazwiska oznaczają wielką muzykę,

Patrząc na nazwiska już w głowie układamy sobie styl grupy. Masterplan wymieszany z Adrenalina Mob, Primal Fear, Voodoo Circle i Silent Force. Właściwie tak to mniej więcej wygląda, a najgorsze jest w tym, że zespół chyba sam nie wiedział co chciał grać. To sprawiło, że płyta brzmi dość chaotycznie i za dużo tutaj wszystkiego. Jest progresywny metal, jest power metal, jest nowoczesny heavy metal, jest nawet hard rock. Za dużo ta super grupa chciała zawrzeć na albumie i przez to poniosła klęskę. W ich muzyce nie ma niczego nowego, nie ma powiewu świeżości i właściwie można odnieść wrażenie, że ta muzyka została nagrana na siłę. Miło, że Mat Sinner i Russel Allen postanowili coś stworzyć razem i tak szybko przeszli do działania, ale niestety nie dostaliśmy najlepszej płyty, jaki ten skład mógł nam zaoferować. Przed totalnym niepowodzeniem album chroni oczywiście znakomity skład. Wielcy muzycy, którzy są mistrzami swoich instrumentów. Mat Sinner to jeden z najlepszych basistów na rynku muzycznym, Russel Allen, to jeden z najbardziej utalentowanych i wszechstronnych wokalistów. Do tego dwóch znakomitych gitarzystów, który każdy z nich ma swój nie do podrobienia styl. Jest też Randy Black, który umie nadać nawet słabej kompozycji niezłej mocy. To właśnie oni sprawiają, że dość często dostajemy w miarę udane motywy i mamy kilka całkiem udanych kompozycji. Do przewidzenia było, że dostaniemy tutaj wysokiej jakości brzmienie, ale czy nie jest zbyt grzeczne do tego wszystkiego? No z pewnością sprawia, że płytę słucha się dość przyjemnie do samego końca. Jest wszystko właściwie. Jest udany otwieracz „Cry No More”, który okraszony jest chwytliwym refrenem łatwo wpadającym w ucho. Tutaj też można poczuć moc gitar i to jak wiele może zdziałać wielkiej klasy gitarzysta w miałkim utworze. Dobra pierwszy killer w klimacie Primal Fear czy Masterplan jest. Typowy, nieco oklepany, ale jest to jeden z mocniejszych punktów tej płyty. Elementy Symphony X, czy Voodoo Circle mamy w progresywnym „Soul of a Warrior”, który wykazuje również cechy hard rocka. Klawisze i riff nieco przypominają Rainbow i sam utwór nie jest zły. Szkoda tylko, że zespół tak skacze z kwiatka na kwiatek, przez co wprowadza niezłe zamieszanie. Fanom melodyjnego power metalu z pewnością spodoba się rozpędzony „When The Nighttime Comes”. Kolejny przebój, z jakże godnymi uwagi solówkami w stylu starego Helloween. Pierwsze zgrzytanie zębów pojawia się przy przekombinowanym rockowym „One Way Street”. Tylko solówki są tutaj godne uwagi, reszta nie rusza w żaden sposób. Album promował „Blasphemy”, który miał pokazać, że panowie potrafią grać nowoczesny heavy metal, coś w stylu Adrenalina Mob. Jednak i w tej dziedzinie zespół poległ. Utwór ma toporny i nie przyswajalny riff, który już na samym wstępie odstrasza. Melodyjny heavy metal w stylu Silent Force też pojawia się rytmicznym „Last Man on Earth” i jest to solidna kompozycja, ale też bez większego szału. Najlepszymi kąskami są oczywiście szybkie, power metalowe petardy w stylu „In For The Kill”. Gdyby album był w takiej tonacji, to bym był bardziej zachwycony. Tak męczą się muzycy i my razem z nimi. Nic dobrego nie wyszło też z komercyjnej ballady zatytułowanej „All hope is gone”. Na otarcie łez mamy jeszcze dwa udane kawałki. Pierwszym jest melodyjny, nieco hard rockowy „Forever”, w którym słychać echa Primal Fear, ale nie tylko. Drugim jest „Demonized”, który jest najciekawszym kawałkiem z tej płyty. Judas Priest z ery „Angel of Retribution”, Primal Fear z okresu „Seven Seals” i riff jest tutaj znakomity. Soczysty, agresywny i bardzo dynamiczny. Russel też daje z siebie znacznie więcej. Wyszedł z tego znakomity heavy/power metal wysokich lotów.

Znów wiele szumu, znów wielkie nazwiska i znów nie dosyt. No cóż najwidoczniej za dużo gwiazd i każdy chciał za dużo zawrzeć na tym krążku. Cóż pozostaje znakomity wokal Allena no i jedna z najlepszych pojedynków na solówki. W jednym narożniku były gitarzysta Helloween i lider Masterplan – Rolnad Grapow, a w drugim lider Silent Force, gitarzysta znany choćby z Primal Fear. Ich współpraca jest znakomita i to jedna z największych atrakcji tego albumu. Materiał wydaję się nieco chaotyczny, ale z pewnością można znaleźć tutaj killery. Jest potencjał na coś więcej i kto wie może go kiedyś go wykorzystają. Choć wątpię, że panowie jeszcze znajdą czas na ten projekt muzyczny. Fani Primal Fear, Adrenalina Mob czy Masterplan już pewnie znają ten album na pamięć, a ja powiem że warto posłuchać ten album, choć nie jest to nic genialnego.

Ocena: 7.5/10

środa, 28 stycznia 2015

ENDAMAGED - At The Gates (2014)

Endamaged to młoda kapela, która powstała w 2010 r w Rzymie. Celem było granie prostego, chwytliwego i niezwykle melodyjnego heavy metalu z domieszką NWOBHM. Endamaged chciał zająć miejsce obok takich kapel jak Skull Fist czy Enforcer, które znakomicie odświeżają formułę klasycznego heavy metalu z lat 80. Właśnie to znajdziemy na debiutanckim albumie „At The Gates”. Heavy/speed metal będący hołdem dla Abbatoir, Judas Priest,Iron Maiden, Agent Steel tak można określić debiut włochów.


Nie ma tutaj głębszej ideologii ani też jakiejś głębiej, która stała by za powstaniem tego albumu. Zespół nie miał w planach tworzenie czegoś nowego, a jedynie pokazać, że wciąż można grać prosty, melodyjny heavy metal jak w latach 80. Zespół zrobił wszystko by tak właśnie było, żeby cały czas słuchacz miał skojarzenia z starym Iron Maiden czy Abbatoir. Sekcja rytmiczna jest wykreowana na wzór Iron Maiden. Dobitnie to już słychać w energicznym otwieraczu „Soldier God”. Zespół został dobrze wyszkolony techniczne co potwierdza bardziej speed/power metalowy „Death (The 4th seal)”. Szybkie tempo, ostry riff, niezwykła melodyjność i klimat lat 80 to jest coś co charakteryzuje nie tylko ten kawałek. Trzeba przyznać, że Endamaged robi niezłe wrażenie i spora w tym zasługa znakomitego wokalisty Roberto Mastrepietro, który najlepiej radzi sobie w górnych rejestrach. Nie raz przyprawi on zdumienie, że wciąż sam tam jeszcze tacy młodzi utalentowani wokaliści. Z swojego obowiązku dobrze się też wywiązują gitarzyści. Duet Grossi/Delli od samego początku do końca serwuje nam klasyczne riffy, a także bardzo złożone i za grane z lekkością solówki. Nie sposób się nudzić zwłaszcza, kiedy sporo się dzieje w takich rozbudowanych kompozycjach jak „Lies of The Vulture” czy w mroczniejszym „Master of Abyss”.Co może się podobać w debiutanckim albumie tej młodej kapeli to fakt, że stronią od eksperymentowania i uciekania się do ballad. Płytę właściwie zdominowały takie petardy jak „When The walls Fall Down” czy „No Grave but the sea”. Pozwolę sobie jeszcze wyróżnić z całej płyty szybki, niezwykle energiczny „Into The Pit...Endamaged”, który zawiera wszystko to co składa się na styl grupy. To taki Endamaged w pigułce i słychać, że ta kapela ma potencjał.


Co raz więcej kapel, które grają stary, dobrze sprawdzony heavy/speed metal zakorzeniony w latach 80. Z każdym rokiem przybywa nam zespołów, które inspirują się Abbatoir, czy Iron Maiden. Choć Endamaged to kapela pokroju Enforcer czy Skull Fist, to jednak wyróżnia ich nieco mroczniejszy klimat, bardziej power metalowy wokalista, który niszczy w wysokich rejestrach. Nie ma słabych kompozycji, a dopełnieniem wszystkiego jest nieco przybrudzone brzmienie i klimatyczna okładka, które jeszcze bardziej zbliżają nas do lat 80. Kawał dobrej roboty i czekamy na kolejne płyty tej włoskiej formacji.


Ocena: 8/10

CARNAL AGONY - Preludes & Nocturnes (2014)

Lubicie kapele w stylu Zero Down czy 3 inches of Blood? Nie przeszkadza wam mieszanka melodyjnego, epickiego heavy/power metalu z thrash metalem? Potraficie znieść specyficzny wokal, który jest nieco brutalny i bardziej kojarzący się z death metalem? Jeśli na wszystkie pytania odpowiedzieliście pozytywnie to możecie się teraz zabrać za debiutancki album szwedzkiej kapeli Carnal Agony, który został zatytułowany „Preludes & Nocturnes”. Płyta miała swoją premierę w roku 2014 i pomimo upływu czasu można uznać ten krążek za dość ciekawy nie tylko ze względu na stylistykę kapeli.


Zespół wyszedł z założenia, że nie ma sensu skupiać się na jednym stricte gatunku i nie chcieli być też zaszufladkowani do konkretnego rodzaju heavy metalu. Muzycy lubią wiele gatunków heavy metalu i nie chcieli się w jakiś sposób ograniczać i efektem było połączenie cech kilku gatunków. Mamy melodie i przebojowość wyjętą z heavy/power metalu. W tym aspekcie zespół przypomina nieco styl Crystal Viper czy Iron Maiden. Duet gitarzystów stworzony przez Anderssona/ Perssona często w swojej grze stawiają na agresywność, na dynamikę, która ma być hołdem dla Metaliki czy In Flames. Nie brakuje thrash metalowych riffów i motywów, ale to dobrze, że zespół chce przemycić również patenty rodem z Testament. Z kolei wokal Davida sprawia, że w muzyce Carnal agony jest też coś z death metalu. Jego wokal jest agresywny, nieco zachrypnięty, przez co zespół wyróżnia się na tle innych podobnych kapel. Zgrany i utalentowany zespół to połowa sukcesu. Trzeba jeszcze wykazać się pomysłowością w sferze kompozytorskiej. Co ciekawe Carnal Agony wychodzi i z tego obronną ręką. Zespół płytę otwiera ostrym „War Prayer”, który właśnie ma riff rodem z twórczości Testament, z kolei mroczny klimat przypomina dokonania Mercyful Fate. Epicki heavy metal o którym wspominałem wcześniej pojawia się w rycerskim „The Frozen Throne” i tutaj można zrozumieć, dlaczego okładka frontowa jest utrzymana w takim epicko – rycerskim klimacie. Więcej heavy metalu mamy w „Rebellion” i tutaj udało się wykreować identycznie melodyjne partie gitarowe co na płytach Crystal Viper. Z tym, że Carnal agony przedstawia to w znacznie agresywniejszej formie. „Night of the Warewolf” ma riff godny starych płyt Judas Priest i to mocny atut tego kawałka. Ostry power/thrash metal uświadczymy w rozpędzonym „Fire walk With Me”, który ukazuje w pełni potencjał tej młodej kapeli. Na wyróżnienie zasługuje też przebojowy „Crystal Lake”, który również mógłby zdobić płytę Crystal Viper. Płyta jest dość urozmaicona, co potwierdza choćby bardziej true metalowy „Secrets within the shrine”, który ma coś z Manowar.


Sporo pomysłów, sporo patentów z różnych gatunków, death metalowy wokal, melodie rodem z Crystal Viper i formuła heavy/power/thrash metalowa i efekt tego wszystkiego jest naprawdę budzący podziw. Nie ma chaotycznej papki, a jest całkiem przemyślane wydawnictwo, w którym gościnny występ zaliczył Uli Kusch, a perkusista Sinergy Ronny Milianowicz czuwał nad produkcją. Bardzo udany debiut, który trzeba znać.


Ocena: 8/10


V - ANGER - In Shovel We Trust (2014)

W roku 2014 swój debiutancki album „In Shovel We Trust” wydał włoski band V- Anger. Nie jest to płyta, która przypadnie do gustu fanom melodyjnej odmiany heavy metalu. Właściwie jest to płyta skierowana do fanów ostrego i agresywnego grania, w którym usłyszymy mieszankę death, thrash czy nu metalu. Ten młody zespół nie kryje się też z zamiłowaniem do Hardcoru, co przyczynia się do dość ciekawego stylu kapeli. Jednak czy jasno określony styl i nacisk położony na agresję czyni ten album bez błędnym i majstersztykiem.


No właśnie nie do końca tak jest. Wokalista Alex Dominzi ma odpowiedni wokal do takiej muzyki i trzeba przyznać, że to jest jeden z mocniejszych punktów tej płyty. To dzięki niemu płyta brzmi agresywnie i dość brutalnie. Sekcja rytmiczna też tutaj nie sprawia zawodu, bowiem jest szybko, z werwą i z przestrzeganiem reguł technicznego grania. Gorzej wygląda sprawa gry gitarzysty Maxa, który zbyt kurczowo trzyma się jednego stylu. Za mało urozmaiceń i zaskoczeń. Nie wiele wynika z jego gry i właściwie jedyne co dostaje to brutalność i agresję. Najlepiej wypada takie proste granie do przodu, gdzie zespół stawia na techniczny thrash/death metal. Dlatego też najlepsze wrażenie robią kompozycje pokroju „Revenge” czy „No More”, w których zespół nie kryje inspiracji Machine Head czy Slayer. Fani nowoczesnych dźwięków w stylu Korn czy Hatebreed z pewnością docenią takie kompozycje jak „Mad For Hate” czy „My Land”. Do grona ciekawych kompozycji można śmiało zaliczyć bardziej melodyjny „Hate For All” o bardziej thrash metalowym charakterze. Czasami można odnieść wrażenie, że zespół nie panuje nad całości i wdziera się wtedy totalny chaos. Taki nieład można wyłapać w nieco brutalniejszym „Biotech is Godzilla”. Sam materiał trwa trochę ponad 40 minut i co może się nie podobać, to takie nieco granie na jedno kopyto i przy braku jakiś urozmaiceń i odskoczni może to być dość uciążliwe.


Solidny materiał, ostre niczym brzytwa brzmienie, brutalny wokal, czy w końcu niezwykła dynamika to cechy dzięki którym debiutancki album włoskiej formacji V- Anger jest całkiem udany. Jest to płyta, która zadowoli fanów death/thrash metalu czy hardcoru. Jednym słowem pozycja obowiązkowa dla tych co lubią takie zespoły jak Slayer, Hatebreed, Korn, Napalm Death czy Fear Factory.


Ocena: 6/10

wtorek, 27 stycznia 2015

SHADOWQUEST - Armoured IV Pain (2015)

W dzisiejszych czasach co raz łatwiej o kapelę złożoną z gwiazd danego gatunku, gdzie kiedyś było to wręcz nie realne. Z podziwem i nie dowierzaniem patrzałem jak rodzą się takie projekty muzyczne jak Dracula, jak formuje się wypełniony gwiazdami Serious Black czy Level 10. Od takich kapel oczekuje się czegoś wyjątkowego, czegoś świeżego i płyty na miarę ich dokonań, czy też doświadczenia. Zazwyczaj jednak łatwo się przekonujemy, że nazwiska to nie wszystko i trzeba się wykazać nie bywałą pomysłowością i techniką by wybrnąć z tego bez większego zażenowania. Nie tak dawno uwagę fanów power metalu przykuła kolejna super grupa o nazwie Shadowquest. To właśnie za sprawą ich debiutanckiego albumu „Armoured IV Pain” fani Masterplan, Sinegry, Dionysus, Stratovarius, czy Bloodbound mogą czuć się jedną wielką rodziną. Wszyscy właśnie patrzymy na narodziny jednej z najciekawszej formacji ostatnich lat, przed którą jest świetlana przyszłość. Wszystko dzięki „Armoured IV Pain”.

Jasne Shadowquest jak wiele innych zespołów złożonych z wielkich gwiazd przemyca elementy, które niegdyś pojawiały się w pierwotnych kapelach muzyków. Tak więc nie powinno nas zdziwić, że czasami usłyszymy coś znajomego, coś w stylu Bloodbound, Dionysus czy Masterplan. Można by rzec kolejny super band nie tworzy nic nowego, ale jednak prawda jest tutaj bardziej ukryta. Ta kapela chciała udowodnić, że europejski power metal nie umarł, że ma się całkiem dobrze. Celem było stworzenie melodyjnego, energicznego, chwytliwego, momentami epickiego power metalu, w którym jest miejsce na symfoniczne patenty, a nawet heavy czy progresywne. Shadowquest postanowił stworzyć swój własny styl i ta sztuka udała się, choć dopiero postawiono pierwszy krok ku temu. Jeszcze wiele przed nimi. Co wyróżnia Shadowquest to, że chcieli nieco odświeżyć power metal i przywrócić mu należyty wydźwięk. Dobrym rozwiązaniem było wybranie nowoczesnego i mocnego brzmienia, które podkreśla jakość płyty i klasę zespołu. Jeszcze dłużej można by się rozpisać o osiągnięciach poszczególnych muzyków. Jedno jest pewne, perkusista Ronny Milanowicz, gra równie dynamicznie i zróżnicowanie co na płytach Dionysus. Mocny bas tworzący odpowiedni epicki, nieco rycerski charakter w takim „Last Farewell” to zasługa Jariego Kainulaniego, który dał się nam poznać w Masterplan czy właśnie Stratovarius. Wyjątkowy charakter Shadowquest jednak przejawia się w znakomitym duecie gitarowym Huss/ Winderberg, którzy współgrają z klawiszowcem Kasparem Dahlqvistem. Gitarzyści nie odpoczywają ani na chwilę i cały czas nas zasypują a to ciekawym agresywnym riffem czy solówkami w których jest nutka finezji i lekkości. Wszystko zagrane z pomysłem i do tego cały czas wtóruje im Kasper, który buduje symfoniczny klimat, a czasami kiedy trzeba to stworzy progresywny podkład. Słychać, że duch Dionysus czy Ride The Sky jest razem z nami podczas słuchania tej wyjątkowej płyty. Każdy z muzyków odegrał swoją rolę na medal, a Patrik Johansson na wokalu to taka wisienka na torcie. Spec od wysokich rejestrów i nadawania kompozycjom drapieżności. Jeden z najlepszych wokalistów heavy/power metalowych, który odbudował dobre imię Bloodbound. Czego można chcieć więcej? Jedynie tego, żeby zespół tworzył jak najwięcej takich petard jak „Blood of The Pure” z podniosłym refrenem w stylu starego Hammerfall i riffem przypominającym twórczość Bloodbound. Jednym z ostrzejszych utworów na płycie jest „All One”, który ma cechy typowego power metalu w stylu choćby Gamma Ray czy Helloween. To kawał ostrego grania, z dość nowoczesnym klimatem. Ja to kupuje i tak właśnie wyobrażam sobie power metal na dzień dzisiejszy. Prawdziwym hitem ukazuje się „Live Again”, który przypomina najlepsze dokonania Stratovarius. Swoją wartość tutaj przedstawia klawiszowiec Kasper, który jest odpowiedzialny za budowanie klimatu i podkreślanie melodyjności danej kompozycji. Dobrym rozwiązaniem jest ukrycie ich za gitarami, tak więc nie zdominowały całości i tylko pełnią rolę uzupełniającą. Trochę Sabatonu, trochę Powerwolf czy Revolution Renaissance można uświadczyć w marszowym bardziej epickim „Midnight Sun” . Zespół bardzo elastycznie przechodzi między szybkimi i wolnymi utworami i jest to płynnie robione, a całość nie jawi się jako papka zagrana na jedno kopyto. Gitarzyści pazur pokazują w mroczniejszym „We Bring Power”, gdzie riff ociera się nawet o thrash metal. Nie brakuje też pewnych symfonicznych elementów, a te najlepiej wybrzmiewają w „Insatiable Soul. W podobnym klimacie jest epicki „Where Memories Grow”, który zamyka album.

Shadowquest zrobił to co do niego należało i nagrał album na miarę tych wielkich nazwisk. Nie brakuje odesłań do Bloodbound czy Dionysus, ale to było do przewidzenia. Podobnie jak to, że debiutancki album tej super grupy będzie mocny i dojrzały. Wykonanie, pomysły na kompozycje i aranżacje to wszystko stoi na wysokim poziomie. Co ciekawe ta grupa nie tylko wprowadza powiew świeżości do power metalu, ale pokazuje jak można go zagrać z pomysłem, nowocześnie, ale nie porzucając tradycyjnych rozwiązań. Nastał czas glorii i chwały Shadowquest i mam nadzieję, że nie poprzestaną na tym jednym albumie. Polecam.

Ocena: 8.5/10

P.s podziękowania dla zespołu za udostępnienie materiału 

TRAUMA - Rapture and Wrath (2015)

Pamięta ktoś jeszcze amerykański band o nazwie Trauma? Był to zespół który założył Cliff Burton, tak ten sam co grał w Metalice w 1981r. Kapela grała heavy/power metal, w którym były echa Exciter, Agent Steel, czy Abbatoir. To właśnie debiutancki album zatytułowany „Scratch and Scream” pokazał jaki potencjał drzemie w tej kapeli. Grali energiczny, rozpędzony heavy/power metal na miarę innych klasycznych krążków z kręgu US power metalu. Jednak Trauma podzieliła los wielu równie dobrych kapel z tamtych lat. W wyniku nie porozumień i problemów z organizacją przepadli i słuch o nich zaginął. O dziwo na tym się nie kończy historia tej kapeli, która jest owiana kultem. Po 31 latach od wydania debiutu Trauma powraca z nowym wydawnictwem. „Rapture and Wrath” to znakomita kontynuacja tego co zespół grał w latach 80 i właściwie nie dostrzeżecie różnicy między tymi albumami. Tak więc Trauma dokonał niemożliwego, nie dość że powrócił po 30 lat, to jeszcze udało im się nagrać album, który brzmi jakby został zarejestrowany w latach 80. Do tego klimat i wykonanie sprawia, że mamy do czynienia z prawdziwym klasykiem.

Ze starego składu został perkusista Kris oraz wokalista Donny Hiller, który wciąż ma w sobie to coś. Niezwykłą techniką i manierą przypominającą Geoffa Tate i Bruce'a Dickinsona. Odnajduje się on w wolnych kompozycjach jak i szybszych, a jego specjalnością są górne rejestry. Mimo 30 lat, jego wokal wciąż brzmi świeżo i tak specyficznie jak w latach 80. Spora też w tym zasługa nieco przybrudzonego brzmienia, która ma podkreślić klimat lat 80 i nawiązać do tego co mieliśmy na debiucie. W pełni się to udaje, a zagrywki Kurta Frya też są tutaj godne podziwu. Nie ma już partii podzielonych między dwoma gitarzystami, a sam Kurt radzi sobie całkiem dobrze. Słychać, że zna się na swojej robocie, wie jak nadać kompozycji melodyjności i dynamiki. Jest na czym zawiesić ucho. Najważniejszym zadaniem było utrzymać styl i poziom znany z debiutu i to Kurtowi w pełni się udało. Mamy 10 utworów dających przeszło 50 minut muzyki. Pierwszym uderzeniem jest energiczny „Heart of Stone”, który ma coś z dawnego DIO, coś z US power metal, a także coś z NWOBHM. Duża dawka melodii, autentyczny klimat lat 80 i mocny riff sprawiają, że jest to jeden z najlepszych utworów Trauma. Również wielkim przebojem na nowej płycie jest „When i Die” i to jest heavy metal z domieszką power metalu mocno osadzone w latach 80. Stonowany, true metalowy „The long Way Home” to kompozycja już bardziej urozmaicona. Znajdziemy tutaj coś z ballady w początkowej fazie, coś z hard rocka i coś z heavy metalu. W agresywniejszym „The Walking Dead” można posmakować mocniejszego riffu i mroczniejszego klimatu. Najlepiej zespół wypada o dziwo w rycerski, hymnowym „Egypt” czy rozpędzonym „Under The Lights”, gdzie więcej jest US power metal, ale też Iron Maiden z okresu „Killers”. Na koniec mamy równie udany „Too Late”, który znakomicie podsumowuje całość.

„Rapture and wrath” to nie jest może wielki powrót, który rzuci fanów heavy metalu na kolana. Brakuje odpowiedniego ładunku emocji i liczby killerów, by to osiągnąć, ale album jest solidny. To kawał heavy/power metalu w amerykańskim stylu, osadzonym w latach 80 i śmiało dorównujący debiutowi. Tak więc śmiało można rzec, że warto było powrócić po 30 latach nie bytu.

Ocena: 6.5/10

niedziela, 25 stycznia 2015

TRIAL - Vessel (2015)

Kiedy w roku 2012 ukazał się debiutancki album szwedzkiej formacji Trial o tytule „The Primordial Temple” to jednak zespół nie porwał słuchaczy swoją muzyką. Problem tkwił nie tyle w stylu jaki zespół prezentuje co w samej jakości muzyki. O młodej szwedzkiej kapeli zapomniałem, a teraz oni się przypominają fanom mrocznego heavy metalu w stylu Portrait, In Solitude, czy Midnight Priest swoim nowym albumem za tytułowanym „Vessel”. To się nazywa odrodzenie niczym feniks, to się nazywa zaskoczenie z prawdziwego zaskoczenia. Nie sądziłem, że ta kapela będzie w stanie nagrać taki album, a przede wszystkim, że jest wstanie podrasować swój styl z niezbyt udanego debiutu. Sporo wad było, ale wszystko udało się wyeliminować, a efektem tego jest nowy krążek.

Można odnieść wrażenie, że Szwedzi pozostali wierni swoim priorytetom. Nie obrali innej drogi muzycznej. W dalszym ciągu jest to heavy metal osadzony w latach 80. Zespół miał na celu od samego początku granie mrocznego heavy metalu na wzór Mercyful Fate, In Solitude, czy Portrait. Za pierwszym razem polegli, gdyż wykonanie zostało położone, a same pomysły były po prostu nie trafione i nie do zaakceptowania. Muzycy też zaprezentowali się jako amatorzy. Nagle mijają 4 laty i wszystko się zmieniło. Linus to rasowy heavy metalowy wokalista, który mógłby śpiewać w Portait, czy Enforcer. Jego specjalnością są wysokie rejestry, które mogą przypominać manierę Kinga Diamonda. By odnieść w pełni sukces trzeba mieć znakomite podłoże instrumentalne. Co ciekawe nawet gitarzyści dostali jakby olśnienia. Ich praca układa się teraz wręcz idealnie. Jest agresja, są przejścia, bogate aranżacje i złożone solówki. To przedkłada się na to, że właściwie mamy same rozbudowane kompozycje. Jedynie otwieracz „Vessel” trwa 3 minuty. To kompozycja, która nieco odstaje od innych stylistycznie. Nie ma tutaj ostrego riffu, nie ma szybkiego tempa, właściwie ocieramy się od doom metalowy klimat, a także melodie rodem z jakiejś mrocznej ballady. Utwór buduje napięcie i wciąga nas w magiczny świat Trial. Ellstrom i Johansson dojrzeli jako gitarzyści i teraz wygrywają riffy wysokiej klasy. Ten z „To New Ends” to znakomity przykład tego. Szybki, energiczny oddający to co najlepsze w heavy metalu, nie tylko tym z lat 80. najlepsze jest tym albumie, że mamy 7 kompozycji dający ponad 50 minut. Ten licznik nabija choćby taki kolos jak „Ectasy Waltz”. To ciekawa mieszanka progresywnego rocka i heavy metalu w stylu Kinga Diamonda. Dzieje się tutaj sporo, ale najciekawsze są te przejścia i zmiany motywów. Nie sposób się tutaj nudzić. Marszowy, bardziej rycerski, bardziej epicki „Through Bewilderment” to perełka. Tak się gra heavy metal najwyższych lotów i niezła przemiana. Od słabych i nie doświadczonych grajków aż do mistrzów. W „A ruined World” mamy więcej energii, więcej agresji, ale wszystko utrzymane w podobnym klimacie. Wszystko dzięki temu jest bardzo spójne i dopracowane. „Where Man Becomes All” to kawałek, który wyróżnia się mocnym basem i niezwykłymi przejściami. Ukoronowaniem tego niezwykłego materiału jest trwający 13 minut kolos o tytule „Restless Blood”. To jest potęga i nie tylko mamy mocny riff, nie tylko sporą dawkę melodii, ale też klimat rodem z „Melissa” Mercyful Fate.

Szwedzi najwidoczniej zaprzedali swoje dusze diabłu. Amatorzy, którzy grali mało wyrazisty heavy metal bez jakiegokolwiek ikry i przekonania nagle stają się dojrzałymi muzykami. Pomysły są świeże i powalają błyskotliwością, a także znakomitym charakterem. Fani Portrait czy Mercyful Fate z pewnością docenią wysiłek całej ekipy. Ta płyta nie ma słabych punktów. Dopasowano bardziej przybrudzone brzmienie, a okładka utrzymana w takim nieco doom metalowym klimacie tylko dodaje smaku całości. Panie i panowie macie przed oczami jeden z najlepszych heavy metalowych albumów roku 2015, ba nawet ostatnich lat. Perełka w swoim gatunku. Jedno z większych zaskoczeń bieżącego roku.

Ocena: 10/10

WOLFPAKK - Rise Of The Animal (2015)

Trzeba przyznać, że rok 2015 jest pełen póki co różnych projektów muzycznych, płyt z ciekawymi gośćmi. Wystarczy wspomnieć nową płytę Orden Ogan, Dracula którą tworzy Holter i Lande, czy w końcu takie super grupy jak Level 10 czy Serious Black. Do tej całej śmietanki trzeba dopisać nowy Wolfpakk. „Cry Wolf” który miał premierę w 2013 roku bardzo mi się podobał. Niemiecki projekt muzyczny założony przez Marka Sweeneya (ex Crystal Ball) i Micheala Vossa ( Mad Max) w 2010r pokazał tym albumem, że wciąż można grać niezobowiązujący, prosty melodyjny hard rock z domieszką heavy metalu. Nie sądziłem, że tak panom współpraca będzie się układać, że powstaną kolejne odsłony Wolfpakk. Jednak solidnego hard rocka nigdy za wiele, zwłaszcza jeśli jest na poziomie i z ciekawymi gośćmi. Nowy album „Rise of The Animal” będzie miał swoją premierę 27 lutego i jest to data, która warto sobie zapisać w kalendarzu.

Kto oczekuje czegoś nowego, powiewu świeżości, czy elementu zaskoczenia, to może poczuć się zawiedziony. W końcu Vossa i Sweeneya czuwają nad całością i to oni są odpowiedzialni za aspekt komponowania. Nic więc dziwnego, że dalej zostajemy w świecie hard rocka i melodyjnego heavy metalu. Nowy album nie różni się pod tym względem niczym od dwóch poprzednich płyt. Jednak mam wrażenie, że trochę uleciała przebojowość i pomysły też jakby o klasę niższe. Temu projektowi od samego początku towarzyszą znakomicie goście i to oni w sumie przyciągają znacznie większe grono słuchaczy. Wielkie nazwiska robią swoje i jest to dobry sposób na marketing. Do tego są oni gwarantem pewnego dobrego poziomu. Z poprzednich płyt również przerysowano soczyste, czyste, ale i drapieżne brzmienie, które podkreśla hard rockowy charakter tego wydawnictwa. Lista gości jest bardzo długa i przytoczę tylko kilka takich nazwisk jak: Axel Rudi Pell, Rick Altzi, David Reece, czy Mike Terrana. Oj nazwiska są naprawdę imponujące, szkoda tylko że kompozycje zazwyczaj nie są tak świetne jak gości, którzy w nich występują. Energiczny, nieco power metalowy otwieracz „Rider of The Storm” to dobry strzał między oczy. Nic dziwnego że wybrano tutaj Andiego Derisa jako gościa. Znakomicie pasuje do tej formuły. Do grona najlepszych utworów na tej płycie śmiało można zaliczyć „Sock it To Me”, który promował ten album. Jest to kompozycja hard rockowa wzorowana na twórczości Krokus i nic dziwnego, że swojego głosu użyczył tutaj Marc Storace z Krokus. Również trzeba wyróżnić rozbudowany, bardziej progresywny „Highlands” z pewnymi elementami Rainbow. Tutaj kawał dobrej roboty odwala Joe Lynn Turner, który wciąż nieźle się trzyma. Folkowo, celtyckie melodie są tutaj miłym dodatkiem i czynią ten utwór bardziej świeżym i oryginalnym. Najdłuższym kawałkiem jest tytułowy „Rise of The Animal” i dzieje się tutaj sporo. Od power metalowego riffu, przez epicki klimat, aż po złożone i rozbudowane solówki. W dodatku helloweenowy refren zaśpiewany przez Michaela Kiske czynią ten utwór wyjątkowym kąskiem dla fanów melodyjnego metalu i power metalu. Te kompozycje najbardziej się wybijają z całości, ale to nie oznacza, że reszta jest już nic nie warta. Mamy mocny „Monkey on Your Back”, który ma solidny riff, jednak przesadzono tutaj z komercją. Podobnie sprawa wygląda z „Black Wolf”, która przejawia nawet cechy pseudo ballady. Do kompozycji godnych uwagi trzeba by jeszcze zaliczyć przebojowy „Somewhere Far Beyond” czy agresywny „Running out of Time”, jednak to za mało, żeby rzucić słuchacza na kolana.

Sprawa więc wygląda następująco. Mamy projekt muzyczny stworzony przez dwóch doświadczonych muzyków w dziedzinie hard rocka i heavy metalu, mamy znakomitych gości, mamy porządne brzmienie, a mimo wszystko płyta nie robi furory jak choćby poprzednia. Niestety, ale nie włożono serca przy komponowaniu, przez co dostaliśmy mało energiczny i przekonujący materiał. Kompozycje brzmi jakby je tworzono na siłę, bowiem nie ma emocji i ikry w nich. Płyta dobra do przesłuchania czy jako tło podczas podróży, jednak nie spodziewajcie się czegoś ambitnego, czy na poziomie arcydzieła. Tego tutaj niestety nie ma.

Ocena: 6/10

SOULHEALER - Bear The Cross (2014)

Do trzech razy sztuka. Pierwszy album fińskiego Soulhealer nie był dopracowany i miał pewne wady wynikające z faktu, że było to pierwsze wydawnictwo. „Chasing The dream” brzmiał dojrzale, ale niedosyt był, który leżał u podłoży mało przebojowego materiału. Trzeci album zatytułowany „Bear The Cross” wydaje się póki co najciekawszym dziełem Soulhealer. W końcu muzyka przemawia sama za siebie. Nie ma zmian personalnych, nie ma zmian stylistycznych, a jednak nowy album sprawia lepsze wrażenie niż dwa poprzednie wydawnictwa. Przyczyn tego stanu należy nie doszukiwać się w muzykach, stylu, lecz wykonaniu utworów i w samych pomysłach w kwestii kompozycyjnej. Poświęcono więcej uwagi tym elementom, wybrano najciekawsze motywy, pominięto to co jest nie potrzebne. Skupiono się na melodyjności, na przebojowym aspekcie i energii. Nie ma grania na siłę, ani próba kopiowania kogoś, choć słychać sporo nawiązań do Bloodbound, Blaze Bayley czy Skanners. W sumie jest to nieuniknione kiedy się gra tego typu rodzaju heavy metal, który jest do bólu wtórny. Na szczęście Soulhealer nie kryje się z tym w żaden sposób i z radością grają to co grają. Już sam start płyty jest ciekawy i robi wrażenie, bo „Unleash the Beast” to prawdziwa petarda. Szybki heavy metal osadzony w stylu Blaze'a Bayleya. Wynika to nie tylko z riffu, melodyjności, ale też z tego, że wokalista Jori ma podobną manierę wokalną. Jednym to się spodoba, a innym nie. Nie brakuje ciekawych melodii co tylko potwierdza „Bear The Cross” czy maidenowy „Fall from Grace”. Oczywiście czym byłby ten album bez zwolnień i urozmaiceń, dlatego obecność takiego ponurego „Dead Man Walking” czy hard rockowego „Thorns in My heart” nie dziwi mnie. Płyta byłaby ciekawsza bez tego typu wstawek i urozmaicania na siłę. Metal wzorowany na twórczości Judas Priest mamy w „The Viper's Kiss” czy „Blinding By the light”. Jak można łatwo wywnioskować materiał jest solidny, energiczny i miły w odsłuchu. Może nie jest to granie na wysokim poziomie, ale i tak ciekawsze niż to które Soulhealer prezentował na dwóch poprzednich wydawnictwach. Może wraz z kolejnym albumem to i poziom muzyki wzrośnie? Oby tak było.

Ocena: 7/10

sobota, 24 stycznia 2015

LECTOR - Bubonic Dawn (2014)



Jedni wolny czas spędzają na słuchaniu muzyki, inni na uprawianiu sportu, a jeszcze inni na czytaniu książek. Są też tacy co każdą chwilę poświęcają tworzeniu.  Rzadko dzisiaj o takiego muzyka z prawdziwego zdarzenia. Prawdziwego pracoholika, który ma głowę pełną pomysłów i który każdą chwilę spędza na pisaniu nowych utworów. Mało takich osób i kiedyś było w heavy metalu więcej takich ludzi z pasją, którym komponowanie sprawia przyjemność i są wyrazem ich uczuć. Gdyby dzisiaj tak wskazać na kogoś z takim wielkim potencjałem, z dużą ilością ciekawych pomysłów to wskazałbym Ceddericka z Rocka Rollas. Wciąż mnie zaskakuje swoją pracowitością, komponowaniem z pasją i pomysłowością. Bardzo łatwo przychodzi mu komponowanie, w końcu ma już na swoim koncie nie mają ilość płyt. Blazon stone, 3 płyty Rocka Rollas, Breitenhold, Mortyr no i teraz doszedł jeszcze Lector.  Tak jak do tej pory pokazał, że zna się na heavy/Speed metalu, na speed/Power metalu w stylu Running Wild, a także na thrash metalu. Tak z Lector  chce pokazać, że nie jest mu obcy również i Heath metal czy doom metal. Efektem tego jest debiutancki album Lector zatytułowany „Bubonic Dawn”.

Co warto wiedzieć o zespole? Powstał w 2010 r i główną rolę odgrywa w tym bandzie Robbin, który pełni rolę wokalisty i gitarzysty. To on jest też odpowiedzialny za komponowanie. Cedderick  gra na perkusji i na basie, a także brał współudział przy komponowaniu. Tym razem heavy/Speed metal jest na dalszym planie. Liczy się przede wszystkim nostalgiczny, posępny nastrój, specyficzny wokal Robbina, który przypomina wokalistę z Ghost, ale nie tylko.  Kiedy trzeba to śpiewa agresywnie i wtedy mamy do czynienia z Death metalową konwencją. Styl Lector jest dość ciekawy, bowiem zespół stawia na mroczny klimat, na posępne riffy, na specyficzne melodie, przez co zyskuje na oryginalności i świeżości.  Brzmi to intrygująco, bowiem udało się tutaj zmieszać heavy/Speed metal z Death i Doom metalem.  Nawet momentami słychać coś z Metaliki co tylko jeszcze bardziej pokazuje rozmach stylistyczny Lector.  Zresztą to z czym mamy do czynienia już można wyczytać z klimatycznej i ciekawej okładki.  Już otwieracz „Dream World” pokazuje, że to nie będzie drugi Rocka Rollas czy Blazon Stone.  Psychodeliczny klimat i wokal rodem z płyt Ghost, ale sam riff bardzo energiczny i ukazuje też ukłon w stronę NWOBHM.  Utwór numer dwa to „Monolit Chase”, który  zawiera  znacznie więcej cech Death metalu czy doom metalu, co słychać  choćby po konwencji utworu. Robbin tutaj śpiewa znacznie agresywniej i nie szczędzi swojego gardła. Z tych najciekawszych kompozycji z pewnością jest rozbudowany „Lucifer och hatets armé” . Są tutaj wpływy Black Sabbath czy też Metaliki, ale brzmi to wyjątkowo dobrze.   Wiele się dzieje w ponurym  Kosmisk tom het” od psychodelicznego rocka, aż po death metal czy w końcu heavy speed metal.   Z całej płyty należy wyróżnić  epicki, a zarazem bardziej energiczny „Bubonic Down” czy melodyjny „Landscapes of Darkest Despair” w którym łatwiej doszukać się motoryki Running Wild.  Dalej mamy dema takich utworów jak „Dust In The wind” czy „Dream World”. Wokalnie Ced udziela się właściwie w jednej kompozycji i jest to „This is My Message to You”.

O „bubonic Dawn” można napisać wiele.  Jednak najważniejsze jest to, że ta płyta wyróżnia się na tle innych. Psychodeliczny klimat, sporo mroku, do tego specyficzny wokal Robbina sprawia, że tak łatwo nie zapomnimy tego wydawnictwa.  Jest heavy/speed metal czyli to z czego znany jest Ced, lecz tym razem miło nas zaskoczył.  Dlaczego? Bowiem tutaj nacisk położono na bardziej death metalowe patenty, na zacięcie doom metalowe przez co płyta nabiera bardziej charakterystycznego wydźwięku.  Nie da się też wszystko wyrazić w słowach, bowiem ta płyta ma w sobie to coś, czego nie da się ubrać słowami. Najlepiej jest po prostu wziąć ten album i przesłuchać.  Gwarantem jakości jest sam Ced, który do tej pory nie zawodzi i z każdym wydawnictwem potwierdza tylko swój talent, swój muzyczny geniusz oraz to że muzyka to jego pasja, prawdziwe hobby, a nie zawód jak dla niektórych. Polecam

Ocena: 8/10

STORMWITCH - Seasons of The Witch (2015)

Stormwitch to jeden z tych zespołów, które zalicza się do grona tych kultowych. Nie ma się co dziwić, w końcu ta niemiecka kapela w latach 80 nagrała sporo naprawdę godnych uwagi albumów. Byli równie dobrzy co Gravestone, Grim Reaper czy szwedzki Oz. No któż z nas nie pamięta „
Tales of Terror” czy debiutu w postaci „Walpurgis Night”. Co ciekawe zespół wciąż gra i nie ma zamiaru wybrać się na zasłużoną emeryturę. Choć dawno panowie nic wartościowego nie nagrali, to jednak dalej robią swoje. Na nowy album zatytułowany „Seasons of The Witch” przyszło czekać nam aż 11 lat. Jest to kawał czasu i można się tylko zastanowić czy był jakiś sens, żeby dalej ciągnąć historię tego zespołu. O to jest pytanie.

Mając tyle czasu można stworzyć coś wartościowego co pokazał choćby Accept, ale można też polegnąć, zapominając o swoich najlepszych czasach, tym samym kompromitując się i psując własną markę. Z starego składu Stormwitch został wokalista Andy Aldrian oraz basista Jurgen Wannenwetsch. Mogło się wydawać, że pozostali nowi muzycy wniosą trochę ożywienia do tego skostniałego zespołu, jednak tak się nie stało. Właściwie czekaliśmy 11 lat by dostać 35 minut miałkiego heavy metalu obdartego z mocy, emocji i drapieżności. Tak więc mamy sztuczny twór, który ma gdzieś klimat lat 80 i to jest jeden z niewielu plusów tego wydawnictwa. Kiepskie, sztuczne brzmienie, perkusja, która brzmi jak automat no i wokal Andiego, który męczy i strasznie irytuje. Ciężko doszukać się jakiś plusów. Nawet materiał pomimo że jest krótki to i tak męczy swoją konwencją i słabej jakości wykonaniem. Dobrze skupmy się na pozytywach, chociaż jest ich mało. Strzałem w dziesiątkę jest otwieracz „Evil Spirit”. To jest solidny heavy metalowy utwór, z ciekawym riffem, z szybszym tempem i ostrzejszym wokalem Andiego. Tak można poczuć poziom starych płyt, szkoda tylko że jest to jeden z nielicznych przebłysków na płycie. „Taliesin” pokazuje w jakiej formie zespół jest naprawdę. Miałki i pozbawiony przebojowości hard rock, to nie jest to czego fani oczekują od tego zespołu. Rytmiczny „True Until The End” ma być imitacją Judas Priest z lat 80, szkoda że poziom nie ten. Ballada „Runescape” to jakaś kpina i żart. Nie ma emocji i klimatu, jest tylko męczenie się muzyków i przy okazji nas słuchaczy. Przejaw jakieś mocy i heavy metalu mamy w „At The End of the World” i „The Trails of Tears”. Jednak i tutaj brakuje tego czegoś. Ciekawego wykonania, elementu zaskoczenia i czegoś co by chwyciło.

Stary dobry Stormwitch, który grał solidny heavy metal w stylu lat 80 przepadł i teraz mamy coś co jest imitacją tamtego zespołu. Została nazwa i irytujący Andy, a także stylistyka będąca miksem heavy metalu i hard rocka. Jednak cała reszta przeminęła i lepiej byłoby dla Stormwitch zaprzestać grać i zakończyć działalność. Kolejne rozczarowanie roku 2015.

Ocena: 3/10

JORN LANDE & TROND HOLTER present DRACULA - Swing Of death (2015)

By stworzyć ciekawy projekt muzyczny czy też rock operę trzeba czegoś więcej niż tylko ciekawych gości i muzyków. Dlatego nie powiodło się ostatniej Avantasii, ale jeśli ostatnia solowa płyta Jona Olivy Paina wam się podobała i lubicie muzykę ambitną, w której mamy do czynienia z mieszanką progresywnego rocka, heavy metalu, w której sporo ciekawych ozdobników to Jorn Lande i Trond Holter wychodzą naprzeciw waszym oczekiwaniom. Panowie razem współpracowali już przy okazji solowego Jorn, lecz teraz panowie postanowili stworzyć projekt muzyczny pod szyldem Dracula. Celem tego było opowiedzenie historii Counta Vlada III. Znamy go jako księcia Walii, jako Vlada albo też właśnie Draculę. Tak więc nie brakuje odniesień do mitologii i innych historii o wampirach. Efektem współpracy tych dwóch panów powstał „Swing Of death”. Płyta, która jest nie tylko rock operą, ale też koncepcyjnym albumem z prawdziwego zdarzenia, a nie jakieś sztuczne silenie się na koncept album jaki zaprezentował Blind Guardian.

Jorn Lande to gość, który specjalizuje się w takich projektach muzycznych, w rock operach i wszędzie jego pełno. To jest fakt, ale w sumie ciężko sobie wyobrazić kogoś innego kto by tutaj pasował, do tego co wygrywa Tronds Holter. Jorn tutaj jest główną postacią w całej historii. To on odgrywa Draculę, zaś pozostałe kobiece partie śpiewa wokalistka Lena Fløitmoen, która gra rolę Miny/Lucy. Mamy więc mroczną historię, która ma wzbudzić różne emocje. Od strachu, aż po współczucie i wzruszenie. By to osiągnąć, trzeba czegoś więcej niż dobrych muzyków i ciekawej historii koncepcyjnej. Trzeba tutaj magii i niezwykłego klimatu. Muzyka musi przemówić, zabrać nas w inny świat, sprawić że uczestniczymy w tych wydarzeniach, a nie tylko bacznie się przyglądamy z boku. Historia pokazuje wewnętrzną walkę Draculi, to że wie co to jeszcze jest prawdziwa miłość, ale cały czas kierowany jest rządzą krwi. To właśnie to pożądanie krwi i samotność nie pozwala mu ponownie przeżywać miłości. Opuszcza w końcu Transylwanię i poznaję w końcu Lucy. Staje się ona jego najlepszą przyjaciółką, lecz demony przeszłości nękają Draculę. Zaczyna ona mu przypominać pierwszą miłość czyli Minę. To staje się jego obsesją i misją jego staje się porwanie jej i uczynienie jej jego narzeczoną, czyli królową ciemności. Stylistycznie mamy tutaj mniej więcej to co zaprezentował Jon Oliva Pain na swoim ostatnim solowym albumie. Jest progresywny rock, jest heavy metal, hard rock, a także wiele smaczków, które czynią zawartość jeszcze bardziej dopieszczoną i bogatszą. Jest to muzyka, która powinna trafić do każdego. Płytę promował znakomity „Walking on Water”, który jest jednym z ostrzejszych kawałków na krążku. Trond wygrywa tutaj riff przesiąknięty Masterplan czy Black Sabbath. Jedna z najlepszych kompozycji Jorna w ciągu ostatnich lat. Trond pokazuje na tym albumie przede wszystkim jakim utalentowanym gitarzystą jest. Słychać w jego grze wpływy Yngwiego Malnsteeena, Iommiego, czy Blackmore'a. Jego gra jest urozmaicona, pełna smaczków i stoi na wysokim poziomie. Nie dość, że niszczy mocą i stylem, to jeszcze klimatem i techniką. No jest to prawdziwa uczta dla smakoszy mocnych riffów i złożonych, czasami progresywnych rockowo- metalowych solówek. Znakomicie tutaj udało mu się nawiązać do klasyki typu Queeen, Meat Loaf, Alice Coopera, a także wielu innych ciekawych bandów z lat 70 czy 80, a wszystko okraszone nowoczesnym wydźwiękiem. To musi się podobać. Płytę otwiera spokojniejszy, bardziej rockowy „Hands Of Your God”, który porywa klimatem i buduje odpowiednie napięcie. Dawno nie słyszałem tak pomysłowego kawałka jak „Swing Of death”. Czuje się, że to jest rock opera z prawdziwego zdarzenia. Bardzo pomysłowy główny motyw, chwytliwy refren i do tego gdzieś tam są echa folku. Utwór mógłby w sumie zdobić taki album Avantasii. Pianino i potężny wokal Jorna to zgrany duet co potwierdza romantyczny „Masquerade Ball”, w którym jest pełno smaczków. Kolejnym ciekawym utworem jest „Save Me” w klimacie Queen z niesamowitym wokalnym popisem Leny. Trond znakomicie przechodzi między poszczególnymi motywami i znakomicie urozmaica ten materiał i tak „River of Tears” to kolejny mocny kawałek z ostry riffem, złożonymi solówkami przesiąknięte stylem Blackmore'a czy Yngwiego. W podobnej tonacji jest utrzymany bardziej rozbudowany „Queen of The dead”. Coś z Alice Coopera mamy w „Into The Dark” z kolei progresywny „Under The Gun” przypomina mi nieco Masterplan. Trond Holter to znakomity gitarzysta i jeśli ktoś ma wątpliwości co do tego, to niech odpali instrumentalny „True Love Through Blood”, który ma w sobie magię. Mamy tutaj szybkość, finezję, lekkość i niezwykłą technikę. Jest pod wielkim wrażenie.

Koncept album czy rock opera to ma być coś wyjątkowego, to ma być płyta magiczna, która zabierze nas do innej rzeczywistości. To ma być płyta, która wciągnie nas w ten magiczny świat i pozwoli przeżywać opowiadaną historię. Rzadko kiedy rock opera, czy projekt muzyczny wzbudza we mnie takie emocje i rzadko kiedy dostaję taką ciekawą mieszankę. Jest miło zaskoczony tym co stworzył duet Jorn Lande i Trond Holter. Pokazali jak to się robi i nie inni się uczą od nich. Brawo. Póki co jest to najlepsza płyta jaką usłyszałem w tym roku. Polecam każdemu, bo płyta jest urozmaicona i powinna trafić do szerokiego grona słuchaczy.

Ocena: 10/10

STORMHUNTER - An Eye For An I (2014)

Czy arcydziełem jest płyta, która została najbardziej promowana i przez wielu okrzyknięta najlepszą? Machina marketingowa, czasami stara nam się wmówić konkretną opinię i sprzedać co jest właściwie sztuczne i dalekie od tego co się opowiada na początku. Niestety właśnie w taki sposób jesteśmy zapychani muzyką komercyjną, zespołami które już są i które są bardzo dobrze promowani. Jest też drugi świat. Świat podziemny, w którym jest wiele również świetnych zespołów, które mają nieco pod górkę. Brak jakiegoś porządnego kontraktu, albo zazwyczaj jego brak, brak wsparcia ze strony wytwórni, a także wiele innych przeszkód z którymi te zespoły się borykają. Jednak właśnie zazwyczaj tam muzyka jest tworzona z pasji, z miłości i szacunkiem dla innych wielkich zespołów. Nie jest to muzyka tworzona dla pieniędzy, czy dla zdobycia sławy. Tutaj liczy się spełnienie muzyków i zadowolenie fanów. Niemiecki Stormhunter to przykład właśnie takiej podziemnej kapeli. Grają od 1998 r i nagrali już trzy albumy, z czego „An Eye For An I” ukazał się w 2014r. O samej premierze było cicho i nawet nie zauważyłem że umknęła mi ich premiera. Nadrabiam jednak zaległości czym prędzej, bo przespałem najważniejszy album roku 2014. O tym dlaczego tak jest wyjaśnię w dalszej części recenzji.

Nie mamy do czynienia z amatorami, zespołem który nie wie jak nagrać wysokiej klasy materiał i to w sumie pokazali na poprzednich wydawnictwach. Dali się poznać, jako szczera kapela, która gra energiczny, tradycyjny speed/power metal wzorowany na Stormwarrior czy Running Wild. Nowy album to właściwie kontynuacja tego stylu i nie ma niespodzianki. Choć po dłuższej namyśle , jednak jest. Bardziej dojrzały materiał, dopracowany wokal, wyższej klasy brzmienie, które nadaje całości odpowiedniego pazura i ognia. Największym zaskoczeniem było tutaj to, że poczułem moc którą kiedyś można poczuć na albumach Blind Guardian, ba nawet Persuader się tutaj kłania. Stormhunter jednak nie chce podążać za trendami, stawać się modnym i kierować się ostrymi riffami i nowoczesnym brzmienie. Słychać tutaj starą szkołę, zakorzenioną w starym speed metalu z lat 80. Kiedy zagłębimy się w poszczególne kompozycje i rozłożymy na czynniki pierwsze to dostrzeżemy co się za tym wszystkie kryje. Prosty, energiczny, bardzo melodyjny i klimatyczny speed/ power metal. Dawno nie słyszałem tak udanego hołdu dla Stormwarrior, Running Wild czy Blind Guardian, choć tego ostatniego bandu jest najmniej w Stormhunter. Frank Urschler jako wokalista rozwinął się i słychać, że jego wokal jest bardziej dopracowany pod względem technicznym. Na „Crime and Punishment” mógł nie co irytować, ale zostało to naprawione i teraz jest idealnie. „An Eye For an I” to albumy który porwie was przede wszystkim ciekawymi przejściami, intrygującymi i wciągającymi solówkami, które zaspokoją najbardziej wymagająca fana takich ostrych popisów. Dawno nie miałem takiej frajdy z słuchania solówek i riffów. Tutaj jest jakiś magiczny czynnik, ale w sumie już okładka ma w sobie coś magicznego i hipnotyzującego. Może i się ośmieszę, ale jest to jedna z piękniejszych okładek jakie ostatnio widziałem, a widziałem ich sporo. W pełni oddaje ona jakość zawartości. Zaczyna się od stonowanej melodii, która nasuwa intro i na myśl przychodzi oczywiście Running Wild, czy nawet Iron Maiden i Judas Priest. Jednak „A thousand Part” szybko przeradza się w speed/power metalową petardę. Riff rodem wyjęty z Stormwarrior czy Running Wild. Chwytliwy refren i niezwykła dynamika, czy szalone pojedynki na solówki, to schemat, który zostaje powielony niemal w każdej kompozycji. Akurat tutaj nie ma potrzeby szukać innego środka czy eksperymentować. Lepiej po prostu sięgnąć do klasyki i taki „Among The Blind” to hołd dla starego Running Wild i robią to równie świetnie co Ced z Blazon Stone. Podobne skojarzenia można mieć w przypadku energicznego „Cathodic Messiah” i tutaj można by rzec, że zespół jeszcze bardziej przyspieszył i pokazał że stać ich na dużo. W takim nieco stonowanym „Victimized” mamy przebój na miarę tych, które tworzył Rolf Kasperek. Album promował energiczny „Tortured Mind” i to jest taki utwór, który faktycznie interpretuje styl niemieckiej formacji. 100 % Stormhunter. Nie mogło tez oczywiście zabraknąć instrumentalnego kawałka i tutaj „Prelude to Madness” sprawdza się znakomicie. Melodyjny riff, stonowane tempo i nawet fani Crystal Viper pewnie się ucieszą z tego co usłyszą. Bardziej epicki, bardziej rycerski „Hell (is what You make off it)” to kawałek, który ma w sobie coś z Blind Guardian choćby w sferze refrenów. Z kolei klimat nasuwa Stormwarrior, Running Wild czy Crystal Viper. Heavy Metalowy hymn? A proszę bardzo i tutaj Stormhunter się odnajduje. „An Eye for an I” to właśnie przykład takiej bardziej true metalowej kompozycji. Bardzo treściwy jest melodyjny „Parasite” i jego przesłaniem jest pokazanie, że można grać old schoolowy speed metal na miarę starego Running Wild. W zamykającym „Springs in The Air” można nawet doszukać się pewnych cech Persuader.

12 utworów w dość jasno określonej konstrukcji, z jakże wyraźnym przesłaniem. Speed/power metal wzorowany na starym Running Wild, Stormwarrior czy też Crystal Viper można zagrać, można odtworzyć i zrobić to na wysokim poziomie. Stormhunter nie ma wsparcia, nie może zrobić takiego szumu wokół siebie, choć na to zasługują. Takie jest przekleństwo zespołów z podziemia, ale Stormhunter nie potrzebuje tanich sztuczek, nie musi nam niczego wciskać, bowiem ich muzyka sama przemawia. Ta z najnowszego albumu jest wyśmienita i ociera się o perfekcję. Jeden z najlepszych hołdów dla Running Wild jakie słyszałem. Czekam na więcej.

Ocena: 9.5/10

środa, 21 stycznia 2015

ANTHEM - Absolute World (2014)

Zapał i pracowitość japońskiego Anthem jest naprawdę godna podziwu. Bardzo regularnie wydają nowe albumy i każdy z nich to kawał porządnego heavy/power metalu. Tyle już tego się uzbierało, że można stracić rachubę, ale najważniejsze w tym wszystkim jest to, że ta formacja nie zbacza z obranego kursu. Gra swoje i na takim samym dobrym poziomie, jaki prezentuje od bardzo dawna. Nie zawiodłem się na Anthem i nowy album zatytułowany „Absolute World” nie zmienia tego stanu rzeczy. Ta płyta to kontynuacja tego co zespół wypracował na „Burning Oath” i „Heraldic Device”. Wiele zostało przerysowane począwszy od brzmienia, od aranżacji i konstrukcji utworów. To jest bez wątpienia spory plus, bo przecież soczyste, mocne brzmienie połączone z agresywnymi i melodyjnymi partiami gitarowymi Shimizu. To on bez wątpienia wraz z wokalistą Yukio trzyma zespół w ryzach i jest źródłem jego mocy. Bardzo dobrze odzwierciedla instrumentalne umiejętności Shimuzu utwór instrumentalny w postaci „Absolute Figure”. Mieszanka progresywności, symfoniki i neoklasycznego wydźwięku, tak można by określić ten utwór. Już sam otwieracz „ Shine on”pozytywnie nastraja słuchacza. Chwytliwy i zapadający w pamięci melodyjny metal. Nutka power metalu sprawdza się w ostrzejszym „Stranger” czy przebojowym „Pain”, które zaliczam do najciekawszych kompozycji z całej płyty. Bardziej romantyczny „Love of Hell” ma nieco inny nastrój, inny wydźwięk. Jest więcej łagodności, trochę komercji, ale utwór sam w sobie jest udany. Energiczne, pełne werwy granie dostajemy też w „Let it Die” czy mroczniejszy „Egde of Time” i to jest najlepsza odsłona Anthem. Jak najwięcej takich utworów na płycie i będę się jeszcze długo cieszyć popularnością. Bardzo dobry album, ale to było do przewidzenia.

Ocena: 8/10

wtorek, 20 stycznia 2015

BLIND GUARDIAN - Beyond The red Mirror (2015)

W heavy metalowym światku są zespoły na których płyty czeka się z utęsknieniem i wielką nadzieję, że znów będzie to wielkie dzieło. Takie zespoły działają na nasza podświadomość poprzez magię swojej nazwy, poprzez znakomite lata doświadczenia, wielkie dzieła na swoim koncie czy też sentyment. Oj takich zespołów każdy mógłby wymienić po kilka i na pewno dla wielu osób takim zespołem jest Blind Guardian. O osiągnięciach tej zasłużonej kapeli power metalowej można by napisać elaborat, w którym można by się rozczulić jakie to świetne albumy nagrali w przeszłości i jak z rewolucjonizowali gatunek power metalu. Od dłuższego czasu zespół ten przeżywa kryzys i nic dziwnego że tonący statek opuścił perkusista Thomen Stauch. Blind Guardian żyje wspomnieniami i żyje w cieniu swojej wielkości. Niestety taka jest prawda. Próby powrotu do korzeni były już na „A twist in the Myth” czy poprzednim „At The edge of Time”. Oba albumy nie są złe, ba nawet można je zaliczyć nawet do udanych. Nutka progresji, folkowe melodie, na ostatnim zespół nawet poszedł dalej, udając się w rejony epickiego, symfonicznego metalu. Zespół próbuje nowych rzeczy i chce pokazać jak to niby się rozwija i nowy album”Beyond The Red Mirror” to ma być kolejny tego przykład. Kolejny krok na przód w stylu tej kapeli i przykład, że można się rozwijać. Zaczynali jako speed metalowa kapela, potem pokazali się z bardziej power metalowej strony, potem pojawiła się progresywna strona zespołu i na koniec stali się bardziej symfonicznym zespołem. Niezła historia, ale czy taki obrót stawia długo wyczekiwany nowy album”Beyond The Red Mirror” w dobrym świetle? Zobaczmy czy magia nazwy i sentyment do tej wielkiej kapeli, która zmieniła moje poglądy muzyczne zadziałała i czy faktycznie mamy z tak arcydziełem jaki to przedstawiali wszyscy dotychczasowy recenzenci.

Nie można spojrzeć na nowy album nie znając poprzedniego „At the Edge of Time” czy „A Twist in the Myth”, które są podstawowym gruntem brzmienia nowego albumu i to jaki styl zespół prezentuje. Na poprzednim albumie zespół wykorzystał orkiestrę, symfoniczne patenty, dzięki czemu uzyskaliśmy takie podniosłe, epickie kawałki jak „Wheel Of Time”. Był powiew świeżości, było coś nowego, ale jednocześnie została stara konwencja i była ta ich słynna przebojowość. To sprawiło, że „At The Edge of Time” to był jeden z ich najlepszych albumów. Jak można było przewidzieć w tamtym czasie, zespół postanowił rozwinąć właśnie te cechy i obrano drogę bardziej symfoniczną. Dotychczas 4 lata trzeba było czekać na nowy album Niemców, ale tym razem trzeba było 5 lat by stworzyć nowy materiał. Wiele pracy zespół włożył, żeby album brzmiał z takim przepychem i rozmachem. Efekt niezły. Tylko co z tego, że jest ciekawy pomysł, jest sporo orkiestry i innych urozmaiceń jak nie ma w tym Blind Guardian? Nie ma tych charakterystycznych przejść perkusji, ciekawych wejść na początku kompozycji, brak chwytliwych melodii, czy mocnych riff. Nie jest to już ten Blind Guardian, który znaliśmy z poprzednich wydawnictw, nie jest to już też zespół, który gra mocny i energiczny power metal. Można powiedzieć, że zespół zdradził swoje początki, korzenie i własną tożsamość tylko po to żeby stworzyć coś innego, coś co wydałoby się świeże. Czy naprawdę Blind Guardian musi udawać jakiś drugie Rhapsody czy Symphony X? Przecież oni są od zupełnie innego zadania. Z „At The Edge of Time” mamy symfoniczne patenty, orkiestrę, rozmach i nacisk na rozbudowane kompozycje, z kolei z „A Twist in the Myth” przerysowane niedopracowane brzmienie, które zniekształca wydźwięk gitar i niszcząc potężny głos Hansiego. Wykorzystanego z tamtego krążka też spore cechy progresywnego metalu i tak dostaliśmy dość ciężko strawny album, który w niczym nie przypomina dawny Blind Guardian. Tak kolejne obietnicy i przechwalenia pozostały bez potwierdzenia.

Wytwórnia płytowa Nuclear Blast to jedna z tych największych i zadbała o promocję tej płyty. Liczne pochlebne recenzję przed premierą, singiel czy trailery zapowiadające całość. Był szum i zapowiedzi, że zespół nagrał znakomite dzieło. W końcu historia będąca kontynuacją tej z „Imaginations from the other side” naprawdę zobowiązuje do tego żeby było to coś wielkiego. Niestety przeczucia, że będzie to słaby album zwiastował singiel „Twilight of the Gods”. Średni riff, refren, który nie zapada w pamięci i styl przypominający „A Twist in The Myth” to nie wróżyło nic dobrego. Co ciekawe ostatecznie jest to jeden z najlepszych utworów na płycie, w którym są echa Blind Guardian, który znamy. Nie ucieszy was pewnie fakt, że to jedna z nielicznych power metalowych kompozycji na nowym wydawnictwie. Przejdźmy zatem do pozostałych kompozycji na tym albumie. Na samym wstępie witają nas gregoriańskie śpiewy, ponury, ale zarazem podniosły chór. Tak właśnie zaczyna się pierwszy kolos w postaci „The Ninth Wave”. Można przeżyć początkowo, że to jest Blind Guardian. Chór bardziej kieruje nas w stronę takiego Therion czy Rhapsody. Układ płyty przypomina oczywiście poprzednika, czyli na początek i koniec mamy kolosa. Sam utwór niestety bardzo przekombinowany, za dużo tutaj progresji, jakiś nie potrzebnych bitów, czy też odesłań do Queen. Niby wiele się dzieje, niby zespół stara nam przedstawić różne motywy, ale jest to chaotyczne i ciężko strawne. Tutaj zespół pokazał, że bliżej im do „A Twist in the Myth” niż kultowego „Imaginations from the Other Side”. Już sam wstęp po prostu zniechęca, bo przecież same genialne chórki to za mało, żeby zachwycić prawdziwego fana Blind Guardian. Pierwszym utworem, który w jakiś sposób gdzieś tam mnie poruszył jest „Prophecies”. Nie ma tutaj dominacji orkiestry, nie ma w tym kawałku też aż takiego kombinowania, co bardzo cieszy. Utwór jest utrzymany w średnim tempie, ale może nas ucieszyć bardziej chwytliwy refren. Sam riff, to co wygrywa Olbrich i Siepen przypomina oczywiście „A Twist In The Myth”, ale i tak jest ciekawej niż na dziwacznym otwieraczu. Jednym z najciekawszych momentów na płycie jest „At The Edge of Time”.Jak samo nazwa wskazuje utwór brzmi jak zagubiony track z poprzedniej płyty. Jest to kompozycja podniosła i tutaj ta orkiestra składająca się z 90 muzyków robi swoje i sprawia że kawałek brzmi epicko i niezwykle podniośle. Nie jest to stary Blind Guardian, ale jest w końcu jakiś ciekawy pomysł, jest lekkość i przebojowość. Jak dobrze się w słuchamy to są i również elementy folkowe. Co można zarzucić temu utworowi jak i całej płycie to z pewnością nie potrzebne wydłużanie kompozycji i takie silenie się na pseudo rozbudowane, progresywne kawałki. Na dłuższą metę jest to bardzo męczące. „Ashes of Eternity” to miał być chyba najostrzejszy utwór na płycie przywołujący „Imaginations From the Other side”. Niestety słychać tutaj więcej „A Twist in The Myth”, a progresywne patenty psują to czym mógł być ten kawałek. Cieszy, że tutaj jest jakiś mocniejszy riff, jest też power metalowa formuła. Szkoda, że wyszedł z tego drugi średni kawałek pokroju singlowego „Twilight of The Gods”. Co ciekawe takie średnie kawałki jak ten tutaj przytoczony są najmocniejszymi momentami na płycie. Prawdziwe emocje przeżyłem dopiero przy 7 kompozycji zatytułowanej „The Holy Grail”. Ostry, power metalowy kawałek w starym stylu. Już riff jest taki prosty, ale niezwykle drapieżny i nie ma w tym nic tandetnego. Podniosły refren i niezwykła melodyjność przypomina mi o dziwo „Somewhere Far Beyond”. Właśnie takich utworów wyczekiwałem, takiej płyty od początku do końca. Niezwykle smutne jest to że echa starego Blinda mamy w dwóch czy trzech kompozycjach. Killerów poza tym utworem nie ma. Tak jak na całej płycie popisy gitarowe Olbricha są bez ikry i przekonania, tak w tym kawałku brzmi to wszystko prawidłowo. Dalej mamy „Sacred Mind” i co ciekawe ma podobny styl do „Sacred Worlds”. Stonowane tempo, podobna konwencja i rozbudowana formuła. Utwór nieco przekombinowany, ale podoba mi się tutaj podniosły i zapadający w pamięci refren. Utwór ma sporo ciekawych motywów i momentów, ale też nieco za długi jest. Na pewno ucieszy starych fanów tutaj liczne przyspieszenia i power metalowe rozwiązania. Kolejnym przykładem, że ten Blind Guardian który znamy przepadł jest ballada „Miracle Machine”. Nie jest to podobne do takich klasyków jak „Bards Songs” czy „Lord of The Rings” i więcej tutaj niestety Queen. Tak o to wielki band zatracił własną tożsamość. Czyżby brak pomysłów? Czy chęć pozyskania nowych fanów?Całość zamyka „Grand Parade”, które Olbrich opisał jako jeden z jego najlepszych utworów jakie kiedykolwiek skomponował. Zastanawiam się niby czemu? Bo jest długi? Bo dzieje się z nim sporo? Czy to, że jest tutaj przesyt epickości, orkiestry i symfonicznych patentów, lekceważąc moc gitar i wokalu Hansiego? Miał to być drugi „Wheel Of Time”, ale nie jest tak. Utwór oczywiście ma sporo ciekawych motywów, zwolnień, ciekawych solówek. Jednak tutaj orkiestra ratuje sprawę i odciąga naszą uwagę od niedociągnięć w kwestii aranżacji i partii gitarowych, które wieją nudą. Tak jedynie orkiestra i przepych jest tutaj mocny i godny uwagi. Może takie jest przesłanie tego albumu? Orkiestra zajmie się wszystkim, a reszta jakoś przeleci i nikt niczego nie zauważy.

Szybki rachunek. Singiel okazał się jednym z najlepszych utworów na płycie, a przecież sam w sobie jest to średni utwór. To tylko potwierdza jakość tego wydawnictwa. Kilka ciekawych fragmentów mamy w „Grand Parade” czy „Prophecies”. Do udanych należy zaliczyć „At The Edge Of Time” czy power metalową petardę „The Holy Grail”, który przypomina poniekąd dawny Blind Guardian. Pierwszy raz zespół tak zatracił swoją tożsamość, porzucił power metal na rzecz symfoniki, pierwszy raz Oliver Holzwarth nie jest jest sesyjny basistą od czasów „imaginations From The Other Side” no i pierwszy raz napisaną kontynuację historii z tamtego albumu. Nie wszyło i Bogu dzięki, że nie mamy tytułu pokroju „Imaginations from the other side part II”. Ciekawa, klimatyczna okładka to z kolei jeden z najciekawszych rzeczy w tym wydawnictwie, bo niskiej jakości brzmienie wzorowane na „A twist in the Myth” najlepiej przemilczeć. 5 lat czekania na nowy album Blind Guardian i wielkie oczekiwania względem tego albumu były czasem nadziei, że stać ich na jeszcze dobry album. Niestety ten zespół umarł, zdradzając swój styl, tracąc wyjątkowość i magię. Teraz już nawet nazwa Blind Guardian nie ma w sobie magii i nie wiem czy chce jeszcze usłyszeć kolejne płyty Blind Guardian. Jedno z największych rozczarowań ostatnich lat.

Ocena: 5/10