piątek, 22 maja 2015

WHYZDOM - Symphony for a Hopeless God (2015)

„Symphony for a Hopelless God” to tytuł nowego albumu francuskiej formacji Whyzdom. Jest to pierwszy album z nową wokalistką to jest Marie Rouyer. Stara się być drugą Simone Simons z kapeli o nazwie Epica. Niestety sam jej wokal jest zbyt komercyjny i nie do końca odnajduje się w Whyzdom. Francuska formacja działa już 8 lat i ma za sobą już dwa albumy. Niestety doświadczenie nie przedkłada się na jakość prezentowanej muzyki. Gatunek muzyczny w jakim obraca się grupa może jest i ciekawy, ale z pewnością nie jest w pełni wykorzystany. Co z tego, że jest symfoniczny metal, że jest orkiestra pełną parą, jak aspekt metalowy został tutaj położony. Wystarczy wsłuchać to co wygrywa duet Morin i Leff., by stwierdzić że jest to pozbawione emocji, energii i metalowego pazura. Można odnieść wrażenie, że wszelkie niedociągnięcia i wpadki kamufluje orkiestra i symfoniczne motywy. To dzięki nim jest podniośle, coś się dzieje na płycie, bo gdyby tak pousuwać tą całą orkiestrę to zostałyby mało ciekawe melodie i monotonne riffy. Ina wadą tej płyty jest to, że całość brzmi jak zlepiony w całość jeden utwór. Cały czas towarzyszy myśl, że słyszy się ten sam riff w kółko. Nie wszystkie kawałki są godne uwagi i wiele z nich najzwyczajniej w świecie nudzi swoją formułą i wykonaniem.”Tears of Hopelles God” to przykład, że zespół potrafi stworzyć ciekawy motyw i wciągnąć nas w wir symfonicznego grania. Pod względem metalowym dobrze prezentuje się ostrzejszy „Lets play with Fire”, który do bólu przypomina twórczość Epica. Na płycie nie brakuje też elementów progresywności i to potwierdza bardzo dobrze „Asylum of Eden”. W sumie najciekawszym kawałkiem wydaję się zamykający „Pandora's Tears” w którym dzieje się sporo i zespół stara się urozmaicać kawałek różnymi przejściami i ozdobnikami. Niestety poza kilkoma przebłyskami i ciekawym brzmieniem nie dzieje się tutaj za wiele. Chciałoby się znaleźć więcej plusów, ale niestety nie da. Jest to płyta monotonna i przesadzona w długości i komercyjności. Posłuchać i zapomnieć, to najlepsze rozwiązanie w tym przypadku.

Ocena: 2.5/10

środa, 20 maja 2015

IRONSWORD - None But the Brave (2015)

Rok 2015 będzie pamiętnym rokiem dla fanów portugalskiego Ironsword. Ten band znany jako jeden z czołowych przedstawicieli epickiego heavy metalu powrócił na dobre. Ta formacja działa od 1995 roku i sukcesywnie wydawała albumy do 2008 roku. Odnieśli sukces, zdobyli fanów i umocnili się na rynku, kiedy nagle nastał okres roszad w zespole i 7 letnia cisza. Lider Ironsword tj J. M powraca i to jeszcze silniejszy niż kiedykolwiek. Przemyślano wiele spraw, zwerbowano nowych muzyków i zarejestrowano nowy materiał w postaci „None But the Brave”.

Udało się zachować styl będący kwintesencją epickiego heavy metalu, w którym jest dużo stonowanego tempa, marszowego charakteru, zagrzewającego do walki wokalu czy też epickich chórów. Ironsword dalej jest wierny klasykom takim jak Omen, czy Manilla Road, dzięki temu brzmią wciąż klasycznie i każdy fan lat 80 będzie zachwycony tym co zespół stworzył. Nie chodzi już tylko o nieco surowe brzmienie, czy klimat, ale też właśnie sposób w jaki wykonano te utwory. Dużo się dzieje, jest naturalność, jest nacisk na lekkość, a zarazem zespół trzyma się ram melodyjności i przebojowości. W efekcie dostajemy materiał dynamiczny, energiczny, melodyjny, a przede wszystkim bardzo epicki. „Forging The Sword” to przykład, że można tworzyć ciekawe otwieracze w dzisiejszych czasach. Tutaj zespół zabiera nas do świata amerykańskiego epickiego heavy/power metalu, choć można też się doszukać czegoś z brytyjskiego metalu lat 80. Zespół zachwyca formą i tym, że wciąż potrafią tworzyć takie perełki. „Kings Of The Night” to z kolei przykład nieco ostrzejszego grania, choć fani Iron Maiden doszukują się klimatu NWOBHM. Energii naprawdę nie brakuje na tej płycie i dobrym przykładem tego jest „Calm Before The Storm”. Zwalniamy dopiero w tytułowym „None but the Brave”, który nastawiony jest na marszowe tempo i bardziej epicki charakter. Może nieco spokojniejszy utwór, ale nie brakuje mu podniosłości. W tym albumie można dostrzec wiele plusów i właściwie wszystko brzmi tak jak powinno. „Ring of Fire” to przykład rasowego ostrego kawałka, w którym jest rozpędzona sekcja rytmiczna, jest ostry riff i ciekawe popisy gitarowe J. M. Właśnie ten aspekt został dopracowany do perfekcji. Każdy utwór jest przyozdobiony ciekawą, wciągającą solówką. To jest właśnie coś dla prawdziwych maniaków klasycznych albumów heavy metalowych. Przypominają się złote lata 80. „Betreyer”czy „Vengeance will be mine” to kolejne szybsze utwory na płycie i trzeba przyznać, że to jest coś w czym zespół dobrze się czuje. Dla fanów NWOBHM zespół stworzył ciekawy „Army of Darkness”, który ma coś z Saxon czy starego Iron Maiden. Piękno epickiego heavy metalu mamy w „Cursed and Damned”, który stylistycznie przypomina kompozycje Manowar czy Majesty. Całość zamyka „The Shadow Kingdom”, który niczym się nie różni od pozostałych kawałków, ale dobrze podsumowuje to jak brzmi cały album.


7 lat czekania na znak ze strony portugalskiego Ironsword, ale warto było czekać. W końcu doczekaliśmy się znakomitego albumu w kategorii epickiego heavy metalu i to cieszy. Płyta jest perfekcyjna i oddaje piękno tego gatunku. Dobra konkurencja dla tegorocznego Darking i najważniejsze jest to, że Ironsword wrócił i to silniejszy niż kiedykolwiek. „None but the Brave” to dobry tego przykład, bo w końcu to jeden z ich najlepszych albumów. Polecam

Ocena: 10/10

poniedziałek, 18 maja 2015

WHITE MANTIS- Fukkin Demo (2014)

Na niemieckiej scenie metalowej nie brakuje młodych kapel głodnych sukcesu i gotowych do walki o każdego słuchacza. Jednym z takich zespołów, które można określić mianem utalentowanych jest bez wątpienia niemiecki White Mantis. Chłopaki grają thrash metal od 2012 roku pod tą nazwą i w roku 2014 wydali demo. Jeżeli ktoś lubi Slayer, Kreator czy Destrustion ten bez wątpienia przekona się do tego co gra White Mantis. Główną rolę w zespole odgrywa Matthias Pletz i właściwie wszystko kręci się wokół niego. W końcu jest gitarzystą i wokalistą, a w tych rolach sprawdza się. Jako wokalista przypomina wokal Mille z Kreator i to jest jego zaleta. Śpiewa agresywnie, ale w taki sposób, że utwór ma swój klimat i jednocześnie jest utrzymany ład techniczny. Podoba mi się to jak śpiewa i ile serca w to wkłada. Jako gitarzysta również daje czadu, ale tutaj nieco zagłusza go Andre Kimbacher, który jest gitarzystą prowadzącym. Współpraca tych dwóch panów jest naprawdę godna uwagi i wystarczy posłuchać otwierającego „My Favourite Chainsaw”. Nie tylko słychać ostry riff i pomysłowe solówki, ale można też dostrzec niezłe poczucie humoru zespołu. „Singularity” to jeszcze ostrzejszy kawałek, choć tutaj zespół pokazuje, że można grać jak Metallica za najlepszych lat. Jest technika, jest pomysł i ciekawa melodia, a to przedkłada się na jakość. Najbardziej przekombinowany jest „The seer”, w którym jest nutka rocka progresywnego, co pokazuje, że zespół potrafi też zaskoczyć. Całość zamyka prawdziwa perełka w postaci „Nuclear Assasin” i to jest to co fani thrash metalu lubią najbardziej. Techniczne granie z naciskiem na agresję i przebojowość. Coś pięknego i pokazuje atuty tej kapeli. Również dobrze dopasowano surowe brzmienie rodem z płyt Sodom, co jest oczywiście kolejnym plusem. Młody ambitny zespół, który wie czego chce i dąży tego z niezwykłym zapałem. Nadzieja niemieckiego thrash metalu tak można określić White Mantis. Nic tylko czekać na pełen album.

Ocena: 8.5/10

CATATONIC SOCIETY - Baptisma (2015)

Ciekawa, intrygująca i zarazem klimatyczna okładka to duży krok ku temu by przyciągnąć słuchacza i zainteresować daną płytą. Tak też się stało w przypadku amerykańskiego Catatonic Society, który powstał w 2013, a ich debiutancki album został ozdobiony właśnie dobrze prezentującą się okładką. „Baptism” to album, który ma udowodnić świat, że trio z Stanów Zjednoczonych wie jak grac rasowy heavy metal z domieszką doom metalu czy thrash metalu. W końcu sami się przyznają, że szukali inspiracji w takich zespołach jak High on Fire, Mastodon, Tool, Slayer, Deep Purple, Goatwhore, Black Sabbath, Led Zeppelin . Efektem tego jest dość ciekawie brzmiący debiut, który podobnie jak frontowa okładka ma w sobie to coś, co na długo zostaje w pamięci.

Mroczny, ponury, momentami doom metalowy klimat to z pewnością coś co czyni ten album wyjątkowy. Okładka znakomicie oddaje klimat tego co słyszymy w każdej kompozycji. Klimat zabiera nas do świata Black Sabbath czy High On Fire i to jest coś co może się podobać. Wokal Jaya to kolejny czynnik, który wyróżnia zespół. Tutaj mamy do czynienia z agresywnym wokalem, który przypomina muzykę z kręgu thrash metalu, death metalu czy nawet deathcoru. Jako gitarzysta Jay Dickinson też stara się grac agresywnie i wygrywa najczęściej ostre, surowe riffy. Takie zagrywki współgrają z jego wokalem i dzięki temu nie ma zgrzytów na płycie. Wszystko współgra i stanowi jednolitą całość. Surowe brzmienie podkreśla agresywność owego materiału, który trwa 55 minut. Dobrym pomysłem było na pewno osadzenie w roli otwieracza ostrzejszy „Left Hand Path”, który obrazuje nam styl zespołu. W „Lost at Sea” mamy przede wszystkim stonowane tempo, stylistykę nasuwającą Crystal Viper. Klimat Black Sabbath czy High on Fire można poczuć w „Gravity”. Jest tutaj coś mistycznego, coś psychodelicznego, ale ma to swój urok. W podobnym klimacie jest tytułowy „Baptisma”, który też zbudowany jest w oparciu o mroczny klimat i doom metalową stylistykę. „Solomon's Temple” to utwór nieco ostrzejszy, nieco progresywny, ale jest utrzymany w podobnym charakterze. Zespół nie ma problemów z przemyceniem pewnych znamion rocka co pokazuje w takim „Last Stand”. Końcówka płyty to energiczny „Shiva The Destroyer” i urozmaicony „Ashes”, który zabierają nas w klimaty NWOBHM i heavy metalu lat 80.

Płyta skierowana do tych co lubią mroczny klimat, co lubią ostry wokal, surowe brzmienie i heavy metal z domieszką thrash metalu w stylu lat 80. Płyta brzmi oryginalnie i wyróżnia się na tle innych produkcji. Tak więc warto zapoznać się z produkcją Catatonic Society i wyrobić swoje zdanie. Z pewnością nie będzie to stracony czas, a dla wielu może to być jedna z ciekawszych płyt roku 2015.

Ocena: 8/10

ELVENPATH - Pieces of Fate (2015)

Niemiecka scena metalowa kryje wiele uzdolnionych kapel, które stać na wiele. Jedną z takich młodszych zespołów, który sukcesywnie z każdym albumem podbija serca fanów heavy/power metalu jest Elvenpath. Istnieją od 2002 r i sukces zawdzięczają dobry kompozycjom, a także temu że grają proste z serca i z pasją. Mówi się o nich, że naśladują takie kapele jak Custard, Majesty, Wizard i choć coś faktycznie w tym jest to nigdy nie popadli w kopiowanie danego zespołu. Mają swój styl, mają pomysł nagranie i radzą sobie całkiem dobrze. Najnowsze dzieło „Pieces of Fate” które zespół wydał w tym roku to bodajże najlepszy dowód na to, że Elvenpath urósł w siłę i trzeba liczyć się z nimi w heavy/power metalowym świecie.

Elvenpath to doświadczona kapela, która już wykreowała swój styl opierający się na prostych motywach gitarowych, na specyficznym wokalu Dragutina, na szczerości i pasji do heavy/power metalu z lat 80 i 90. Może nie ma w ich stylu za grosz oryginalności, ale mimo tego potrafią zauroczyć słuchacza. Ten kto zna ich poprzednie albumy nie będzie zawiedziony „Pieces of Fate”, a ci którzy nie znają też mogą śmiało sięgać po to wydawnictwo. Album jest tak dobry, że może być idealnym otwarciem naszej przygody z niemieckim zespołem. Miłym dodatkiem jest pojawienie się gościnnie na płycie Uwe Lulisa czy Fanny Herbsta. To kolejny powód dla którego warto sięgnąć po nowe dzieło Niemców. Ciekawa okładka frontowa i solidne brzmienie, które eksponuje umiejętności zespołu są tutaj pewnego rodzaju podstawą i czymś co dobry zespół zawsze zapewni. Tak więc od strony wizualnej i technicznej jest tak jak być powinno. Sam materiał trwa ponad godzinę i to jest jeden z tych minusów, który można by skorygować. Album heavy/power metalowy trwający ponad godzinę może stać się monotonny i nudny na dłuższą metę. Na szczęście zespół urozmaica i bawi się motywami na ile to możliwe by nie doprowadzić do tego. Zaczyna się dość tradycyjnie bo od melodyjnego „Mountain of Sorrows”, który zadowoli fanów klasycznych riffów i prostych melodii. Stary Helloween, Iron Maiden, Gamma Ray i co tylko chcecie to usłyszycie w tym kawałku. „Battlefield of Heaven” to z kolei ukłon w stronę NWOBHM i klasycznego heavy metalu. Stonowane tempo, nieco toporny riff i prosty układ kompozycji, to jest właśnie co charakteryzuje ten utwór. Coś z Metal Church można uchwycić w ostrzejszym „Sons of the Blood Cult” i tutaj duet Oliver/Till daje nie zły popis umiejętności. Panowie potrafią zagrać ostro, ale też zaskoczyć, jest harmonia w tym wszystkim, jakiś pomysł i technika. Dobry dowodem na to są zwłaszcza takie kolosy jak „Testament of Tragedy” czy „ On the Elvenpath”. Dobrze odzwierciedlają właśnie ten aspekt zespołu. Dzieje się sporo w tych kawałkach i to właśnie Till i Olivier stają na wysokości zadania, by kawałki te nas nie nudziły. Mamy też spokojny, instrumentalny „Coming home” i progresywny „Sentinel of The past, który jest jednym z mocniejszych momentów na płycie.

Może niemiecki band nieco przesadził z długością materiału, może nie zabrakło kilku killerów w celu podgrzania atmosfery, ale mimo pewnych błędów jest to solidny materiał. Słucha się go przyjemnie i zespół dostarcza nam sporo frajdy. Mamy przede wszystkim proste i łatwo wpadające w ucho melodie czego efektem jest solidny krążek jakim jest „Pieces Of Fate”. Nic tylko odpalić i słuchać, aż się znudzi.

Ocena: 7.5/10

CHITRAL CHITTY SOMAPALA - Sinhabumi (2014)

Największym powodzeniem cieszy się muzyka, w której teksty są dla nas zrozumiałe i wiemy czego słuchamy. Łatwiej się identyfikować z taką muzyką i można coś z niej wynieść. No, a co kiedy mamy ojczysty język Sri Lanki? Jest to wyzwanie. Jednak kiedy widzi się nazwisko Somapala to można być spokojnym o efekt. W końcu to jeden z najbardziej charyzmatycznych wokalistów metalowych naszych czasów. Poznaliśmy go jako frontmana Firewind, Civilization One czy Power Quest. Teraz czas przyszedł na nieco inne klimaty w wykonaniu tego pana. Ktoś chętny na melodyjny rock z elementami progresywnymi i popu? Właśnie taki jest „Sinhabumi”.

To jest coś innego, ale czy gorszego? To już zależy od naszego podejścia i tego czego się spodziewamy. Nie jest to coś do czego nas przyzwyczaił ten znakomity wokalista. Tutaj zabiera on nas do świata rocka i lokalnej muzyki Sri Lanki. Pojawiają się elementy kultury tego kraju, ale to jest akurat miły akcent w tej płycie. Stylistycznie dostajemy mieszankę progresywnego rocka, melodyjnego rocka czy popu. Już otwieracz „Sinhabumi” to nam dość dobrze obrazuje. Słychać, że to właśnie wokal tutaj odgrywa pierwszą rolę, a cała reszta to tylko tło. Chitral mimo lat wciąż brzmi znakomicie i tylko potwierdza swoją klasę. Nie można być z pewnością obojętnym na zagrane z pomysłem partie gitarowe. Tutaj Sebastian Eder się spisał i można poczuć nawiązanie do Briana Maya czy Slasha. Jest ukłon w stronę klasyki. „Me lokaya Ape” to miły rockowy kawałek z wpływami właśnie Queeen . Nie brakuje przebojów i chwytliwych melodii. Wystarczy posłuchać „Ralu Mawathe”, z kolei taki „Miringuwa Parada” przejawia wpływy lokalnej muzyki Sri Lanki.

Płyta jest lekka i przyjemna w odbiorze. Choć tutaj nie ma się co nastawiać na jakiś mocny hard rock czy heavy metal. Ciekawie zostały tutaj wplecione różne motywy lokalnej muzyki i wokal Somapaly znakomicie pasuje do takich klimatów. Produkcja tej płyty została dobrze przyrządzana, niestety same kompozycje nie powalają. Tak więc wygląda to tak: soczyste brzmienie, znakomity wokal Somapaly i brak ciekawych pomysłów na ciekawy rockowy album. Zmarnowano potencjał, a szkoda bo mógł to być udany rockowy produkt.

Ocena: 5.5/10

P.s recenzja przeznaczona dla magazynu HMP

sobota, 16 maja 2015

THERAPHITA - Ülestõus (2014)

Theraphita to przedstawiciel pegan metalu w odmianie black metalowej. Tworzą ten rodzaj muzyki od 1995 roku i radzą sobie całkiem dobrze. Mają na swoim 5 albumów i najnowszym dziełem jest „Ülestõus” z roku 2014. Tym dziełem, zespół przerwał 7 letnie milczenie i tym samym pokazali, że trzeba się z nimi liczyć w kategorii black pegan metal.

O Theraphita można by napisać bardzo długi wywód, ale postaram się skupić na najbardziej istotnych kwestiach. Przede wszystkim początkowo był to solowy projekt Anka, który gra na gitarze i zajmuje się też śpiewaniem. Potem przerodził się ten projekt w Ancestral Damnation, gdzie potem zmieniono nazwę na Theraphita. Tak o to powstał jeden z najciekawszych zespołów metalowych z Estonii. Styl muzyczny opiera się na szybkiej sekcji rytmicznej, na ostrym i bardziej blackmetalowym wokalu Anka, a także na zadziornych riffach. Można doszukać się wpływów Immortal, Skyforger, czy Burzum, ale wszystko z umiarem i bez nachalnego kopiowania. Panowie nie zapominają o melodiach, o tym by muzyka zapadała w pamięci. Znajdziemy sporo zadziornych i agresywnych riffów czy solówek, ale wszystko jest zagrane z pomysłem i z polotem. Dzięki temu łatwo się odbiera muzykę tego zespołu. Właściwie nie tak łatwo jest znaleźć wady w tym wydawnictwie. Od strony technicznej mamy soczyste brzmienie, nieco surową produkcje, które podkreślają ten gatunek pegan metal. Okładka może nie powala i raczej można by tutaj popracować nad czymś bardziej klimatycznym. Jednak to jest drobnostka, która nie ma większego wpływu na całość. 40 minut muzyki to jest to co oferuje nam zespół na swoim nowym krążku. Płytę otwiera energiczny „Ülestõus” , który odpowiednia nas nastraja. Dalej mamy przesiąknięty heavy metalem „Viimsepäeva koidik” nieco w stylu Crystal Viper. Dostajemy nieco oklepany riff i zapadającą w pamięci melodię, a to sprawia że jest to jeden z najciekawszych kawałków na płycie. Bardziej rozbudowana forma to akurat atut tej kompozycji. Nieco wolniejszy „Luupainaja” to ukłon w stronę mroczniejszego grania i tutaj nawet wokal Anka ma taki charakter. Zespół przyspiesza w „Tuhandeaastase orjaöö tuhast”, gdzie można doszukać się wpływów Running Wild. Najostrzejszym kawałkiem na płycie jest „Sõnad sõlmedesse”. Sporo ciekawych przejść i solówek gitarowych zawarto w tym utworze. Nie zabrakło czegoś wolniejszego i dla fanów klimatycznego grania, czego dowodem jest „Surma-arbujad”. Całość zamyka nieco surowszy „Terasest taotud teel” , który podsumowuje to w jakiej tonacji był utrzymany album.

Jak przystało na album z kategorii pegan metal nie zabrakło ostrych riffów, złowieszczego i zadziornego wokalu. Theraphita nie zapomina o ciekawych melodiach i klimacie. To wszystko przedkłada się na to, że „ Ülestõus” to płyta zrównoważona przemyślana i ma kopa. Można polecić to wydawnictwo nie tylko fanom pegan metal, ale każdemu kto gustuje w melodyjnym heavy metalu. Polecam.

Ocena: 7/10

czwartek, 14 maja 2015

BULLSEYE - To The World among Brave (2015)

Jedni widzą w nich drugi Mustach, a jeszcze inni widzą klon Black Label Society, a ja widzę w szwedzkim Bullseye nadzieję dla hard rocka. Ta młoda formacja wraz z swoim debiutanckim albumem „To The World Among Brave” pokazała, że można połączyć tradycyjne rozwiązane znane z Ac/Dc czy Scoprions z nowymi trendami znanymi choćby z płyt Devils Train. Jeśli tak ma brzmieć hard rock naszych czasów to ja jestem za.

Jeśli o mnie chodzi to dawno nie słyszałem tak przemyślanego materiału z kręgu hard rocka. Muzyka tutaj tętni własnym życiem i kipi energią. Jest nie tylko świeżość czy pomysłowość w tym co gra szwedzki band, ale przede wszystkim jest zaangażowanie, granie z polotem i lekkością. Niezwykle ciekawym wokalistą jest Johan Hallström, który brzmi niczym frontman Sabaton czy Diablo Blvd. To właśnie on sprawia, że muzyka szwedów brzmi dość nowocześnie i tak bardziej współcześnie. Jego zasługą jest też to, że materiał brzmi dość ostro i zadziornie. Nawet jak pominiemy świetny hard rockowy wokal to zastaje nam jeszcze energiczna sekcja rytmiczna, która nadaje całości mocnego tempa. Nie można też pominąć tutaj gitarzystę Bosse Normana, który sprawia, że utwory przepełnione są chwytliwymi solówkami i mocnymi motywami, które łatwo zapadają w pamięci. Materiał jest treściwy i nie męczy. Zaczyna się z grubej rury bo od ostrego „Reach out”, który ukazuje, że zespół chce brzmieć świeżo i w miarę nowocześnie. Wychodzi im to znakomicie, zwłaszcza że i klasyczne patenty słychać. Taki bardziej rozbudowany „Push It in” to już prawdziwa perełka. Utwór nie zwykle energiczny i świetnie nawiązujący do Ac/Dc. Tytułowy „To the World Among Brave” pokazuje, że można grać w średnim tempie, jednocześnie rytmicznie i ostro. Niby brzmi znajomo, ale i tak można wyczuć świeżość i pomysł na ostry hard rock. „Beating” to też przykład kompozycji zagranej z zachowaniem nowoczesnego charakteru i wypada to znakomicie. Mocny bas i ostry riff to z kolei atuty „Its alright”,który ukazuje potencjał zespołu. Więcej Ac/Dc możemy usłyszeć w „Failing” czy „Hot For Love” i to właśnie one stanowią jedne z najmocniejszych punktów tej płyty.


Tak o to rodzi się kolejna znakomita kapela, która ma potencjał żeby zrobić prawdziwą karierę. Szwedzki Bullseye to band, który wie jak zagrać soczysty hard rock z nowoczesnym brzmieniem i z tradycyjnym klimatem. Każdy kto szuka energicznego grania, muzyki pełnej szaleństwa i chwytliwych melodii, które rozgrzeją nas do czerwoności to jest to album idealny dla Was. Rozrywka na najwyższym poziomie. Emocje gwarantowane. Gorąco polecam.

Ocena: 8/10

wtorek, 12 maja 2015

HEIR APPARENT - One Small Voice (1989)

Przychodzi taki dzień, że ma się dość agresywnych riffów, że nie ma się ochoty na szybkie galopady i chce się posłuchać czegoś ambitniejszego, czegoś bardziej klimatycznego. Każdy z nas ma często dość codziennej szarości i szuka swojej oazy spokoju, swojej odskoczni, drzwi do innego świata magii i baśni. Jedną z takich płyt jest drugi album Heir Apparent zatytułowany „One Small Voice”. Tym albumem kapela pokazała jaki ogromny potencjał w nich drzemał i wielką stratą dla progresywnego heavy/power metalu był rozpad tej kapeli po wydaniu tego krążka. Na szczęście trochę muzyki po sobie pozostawili, a to co zaprezentowali na drugim albumie przechodzi ludzkie pojęcie.

Co się takiego wydarzyło? Ano amerykańska formacja, która powstała w 1983 roku po nagraniu świetnego debiutu „Graceful Inheritance” postanowiła pójść na przód. Po trasie koncertowej pojawiły się przetasowania w składzie i pojawił się nowy wokalista Steve Benito i klawiszowiec Michael Jackson. Zespół przeszedł do wytwórni Metal Blade, która zajęła się wydanie drugiego albumu „One Small Voice”, który ukazał się w 1989 roku. Zmiany personalne i stylistyczne rzadko kiedy przynoszą pożądany sukces i nie zawsze kończą się zaakceptowaniem przez fanów. Heir Apparent postanowił się jakby odciąć jakby od szybkiego i melodyjnego heavy/power metalu i w pełni oddać się progresywnemu graniu. Klimatyczne, momentami melancholijne, wręcz futurystyczne klawisze, które mają tworzyć odpowiednią atmosferę jak w przypadku takich kapel Dream Theater czy Queensryche. Zrezygnowanie z prostych melodii, na rzecz bardziej złożonych i bardziej pokręconych. Porzucono szybkie tempo i postawiono na wolne, wręcz balladowe, które ma poruszyć nasze zmysły i podziałać na nasze emocje. Porzucono hard rockową przebojowość i postawiono na ambitne refreny. By nowy styl był jeszcze bardziej autentyczny wybrano Steva na wokalistę i to był odpowiedni człowiek do tego zadania. Niesamowita ekspresja, wyjątkowa maniera i technika, a do tego wyczyniał takie cuda co Geoff Tate czy tez wokalista Crimson Glory. Nowy album różnił się od debiutu i to bardzo. Jednak została niezwykła melodyjność i oczywiście poziom granej muzyki. Heir Apparant nagrał bardzo klimatyczny album, który zabiera nas do innego świata. Okładka już zdradza, że będzie to dzieło inne od debiutu i że będzie to bardziej progresywna płyta. Tak też jest. „Just Imagine” zdradza jakie brzmienie mieć płyta. Bardziej wyszukane pomysły, futurystyczny klimat i wszystko otoczone czystym, ciepłym brzmieniem, które bardziej nasuwa płyty z kręgu progresywnego rocka aniżeli heavy/power metalu. Obecność klawiszy sprawia, że muzyka amerykanów brzmi świeżo. „Crossing in Border” to znakomity przykład tego stanu i to też jeden z nie wielu utworów, który przerysowuje energię i dynamikę z poprzedniego wydawnictwa. Jest tutaj heavy/power metalowa motoryka. „Screaming” to lekki i bardziej hard rockowy kawałek, który zachwyca swoją przebojowością. „Alone Again” wzrusza i łapię za serce i takich spokojnych momentów jest znacznie więcej. W podobnym klimacie jest choćby „One Small Voice”. Bogate aranżacje, popisy gitarowe i ciekawe przejścia uświadczyć możemy w progresywnym „Decorated/ The Fifth Season”. Jest też coś dla tych co szukają tutaj power metalu i bardziej agresywnych riffów. Do tego grona trzeba zaliczyć „Cacophony of Anger”,melodyjny „Young Forever” czy ostrzejszy „We are The People”. Swoją zasłużoną sławę zdobył znakomity cover w postaci „The Sound Of Silence”, który nabrał zupełnie innego klimatu w nowym wykonaniu.


Mimo swoich lat, mimo niezwykłej, wręcz ambitnej formuły ta płyta wciąż zachwyca wykonaniem i pomysłowością. Nic dziwnego, że płyta po dzień dzisiejszy ma swoje grono fanów, którzy darzą ją kultem. Ta płyta to coś więcej niż skrzyżowanie melodyjnego heavy metalu i progresywnego rocka, to płyta pełna emocji, gdzie harmonijne klawisze odgrywają znaczącą rolę. Subtelne, dobrze wyważone melodie i melancholijna atmosfera, to cechy które czynią ten album wyjątkowy i bardzo oryginalny. To tylko potwierdza jak utalentowana była ta grupa i szkoda że wciąż należy do grona najbardziej niedocenianych formacji heavy metalowych.

Ocena: 10/10

niedziela, 10 maja 2015

HAVEN - Age of Darkness (1991)

Patrząc na okładkę „Age of Darkness” amerykańskiego Haven to na myśl przychodzą produkcje Heathen czy Angel Dust. Coś w tym jest, bo i muzycznie Haven starał się nawiązać do nich. Był przecież pewien podobny sposób tworzenia kompozycji, ładunek emocji, tylko że Haven nie mógł zaoferować podobnej techniki i agresji. Postawili na bardziej melodyjną odsłonę Heathen i może nie było to złe, to jednak po latach pozostało wrażenie, że zespół do końca nie był pewny tego co gra. Można było ich posądzić o jednowymiarowe granie i nieco chaotyczne pomysły, ale wspomniany wyżej album to mieszanka melodyjnego thrash metalu i amerykańskiego power metalu.

Klimatyczna okładka to jeden z atutów tej płyty i z pewnością tylko jeszcze bardziej zachęca by sięgnąć po ten album. Na mnie właśnie ten aspekt najbardziej podziałał. Haven jako zespół powstał w 1989r i pozostawił po sobie 3 albumy, z czego wspomniany „Age of Darkness” ukazał się w 1991 roku. Mocnym atutem tej płyty jest przybrudzone, bardziej thrash metalowe brzmienie, który dobrze współgra Farnella i Brunera. Może nie grzeszą techniką, ale wiedzą jak zagrać mocny riff i jak nadać kompozycji melodyjnego charakteru. „Divination” to kompozycja która ukazuje w pełni styl tej grupy. Melodyjny thrash metal a elementami US power metal. Solidny riff taki nieco oklepany i taki bez większych emocji. Wiele ratuje tutaj wokal Kevina Ayersa, który znakomicie odnajduje się w wysokich rejestrach. Owy chaos i niezdecydowanie słychać dość wyraźnie w topornym „Holly”, który raczej irytuje niż zachwyca. Zespół właściwie najlepiej wypadał tam gdzie trzeba było wykazać się szybkością i pokazać pazur. To też taki „The Witching Hour”, klimatyczny „Seance” czy melodyjny „Unchanging” stanowią najmocniejsze momenty na tej płycie.

Gdzieś w tym wszystkim był pomysł na granie byli i utalentowani muzycy, ale nie uzyskano w pełni udanego efektu. Było surowe, przybrudzone brzmienie, była i momentami agresja i styl thrash metalowy. Chaos i niezdecydowanie sprawiły że drugi album Haven jest pełen wad. Album z serii posłuchać i zapomnieć. Dalekie to do twórczości Heathen zwłaszcza pod względem jakości.

Ocena: 5.5/10

piątek, 8 maja 2015

CAIN'S OFFERING - Stormcrow (2015)



Nie sądziłem, że doczekam się jeszcze kiedyś nowego albumu projektu muzycznego Cain’s Offering. Debiut „Gather The faithful” nie odniósł większego sukcesu. Niby była to płyta skierowana do fanów Sonata Arctica i Stratovarius, jednak czegoś brakowało. Powiewu świeżości, ciekawych kompozycji, ognia i energii.  Było to zbyt słodkie i zarazem bez wyrazu. Od tamtej płyty minęło 6 lat i o dziwo Timo Kotipelto oraz Jani Liimatainen powracają nowym albumem w postaci „Stormcrow”.

Skład nieco uległ zmianie bo zespół zasilił basista Jonas Kuhlberg oraz Jens Johannson i słychać, że wnieśli troszkę świeżości do Cain’s Offering. Przede wszystkim muzyka zyskała na jakości, stała się bardziej przystępna, dojrzalsza i w pełni oddająca najlepsze cechy Sonata Arctica i stratovarius. Styl nie został zmieniony i dalej dostajemy słodki, melodyjny Power metal  i to w sumie nie powinno jakoś dziwić. Jednak fakt, że jest ostrzej, bardziej przebojowo to już raczej tak.  Brzmienie zostało przerysowane z debiutu i jest troszkę za czyste i za słodkie. No jednak jeśli ktoś pamięta ostatnie albumy Stratovarius, ten raczej przywyknie do takiej produkcji. Skupmy się na tym jak przyłożyli się muzycy do stworzenia nowego albumu. Timo wokalnie nie zaskakuje i co więcej mam wrażenie, że nie dał z siebie 100 % i to przedkłada się na zadziorność materiału. Na szczęście sporo ratuje ex gitarzysta Sonata Arctica tj Jani, który gra znaczniej ciekawiej niż na debiucie. Można uświadczyć znacznie więcej energii, ciekawsze popisy gitarowe i znacznie mocniejsze riffy. To jest bez wątpienia zmiana na plus.  Wizualnie i techniczne album się broni dzielnie, a jak jest z materiałem? Mamy prawie godzinę muzyki i to troszkę za dużo jak na tego typu album. No ale dobrze na start dostajemy 6 minutowy tytułowy kawałek i to jest dobre otwarcie. Jest Power metal, jest szybkość i chwytliwy refren. Nieco progresywny  The Best of Times” jest troszkę przekombinowany, ale też słychać, że Power metal tutaj odgrywa kluczową rolę.  Niestety gdzieś została owa komercja z poprzedniego albumu i daje osobie znać w spokojniejszym „A night to Forget” , który troszkę odstaję od pozostałych kompozycji. Słodkie klawisze rodem z płyt Sabaton też raczej odstraszają niż wprawiają w dobry nastrój.  Fanów dawnej Sonata Arctica czy Stratovarius ucieszy przebojowy „I will build You a Rome”, który oddaje to co najlepsze w tych dwóch zespołach. Jest ostry riff, szybsze tempo i chwytliwa melodia, która jest mocno zakorzeniona w europejskim Power metalu z lat 90. Takie utwory pokazują, że jednak ten projekt ma jakiś sens. Równie pozytywne emocje wzbudza rozpędzony „Constellation of Tears”, który pokazuje na co stać klawiszowca Jensa.  Kto lubi symfoniczny metal i Nightwish ten od razu zauroczy się w podniosłym „Antemortem”.  Do grona ciekawych utworów zaliczyć należy romantyczny „My heart beats for no one” czy melodyjny „Rising Sun”, a całość zamyka „On the shore” , który tez pokazuje komercyjne oblicze zespołu.

Są słabsze momenty na „Stormcrow”, są komercyjne wstawki, ale i tak mimo pewnych nie dociągnięć jest to ciekawszy krążek niż debiut. Przede wszystkim więcej tutaj Power metalu, więcej przebojów, które zapadają w pamięci i wszystko jest bardziej przemyślane. Minęło 6 lat, ale ten czas został dobrze wykorzystany i efektem tego jest naprawdę udany album w klimatach Sonata Arctica i Stratovarius. Polecam

Ocena: 7.5/10

HEADSTONE - Excalibur (1985)

Kiedy jest się jednym z wielu zespołów, kiedy tworzy się muzyką mało wybijającą, to jakoś trzeba przyciągnąć słuchaczy. Cóż mało znany niemiecki band Headstone pochodzący z niemieckiego Oberammergau, który powstał w 1983r szukał sposób, żeby też zainteresować jakoś fanów heavy metalu swoją muzyką. Tak o to ozdobiono debiutancki album „Excalibur” z 1985r sloganem „We Are the heavy metal knights of twenty centuries”. Bije z tego chwytu marketingowego niezła pewność siebie i choć płyta została chłodno przyjęta, to jednak stwierdzam, że ta płyta nie jest taka zła jak wielu to opisuje.

Jasne stylistycznie Headstone to kapela, która kopiuje Accept, Warlock, czy Stormwitch. Tak więc Headstone na jedynym albumie zaprezentował prosty, melodyjny heavy metal, w którym spotkał się teutoński metal z NWOBHM. Jeśli ktoś szuka tutaj rycerskiego i epickiego heavy metalu to może czuć się nieco zawiedziony. Slogan zapowiadający takie granie nie ma potwierdzenia w zawartości. Zabrakło tak więc rycerskości, true metalowych hymnów, może większych hitów. Co zatem mamy? Niezbyt skomplikowane riffy, partie gitarowe wygrywane przez zgrany duet Hoffmann/Liebhauser, mamy energię, szybkość, mamy masę przebojów, a przede wszystkim równy materiał. Mamy przybrudzone, nieco surowe teutońskie brzmienie, no i wokalistę, który wyróżnia się specyficzną manierą. Fani heavy metalu lat 80, NWOBHM czy niemieckiej sceny metalowej nie będą zawiedzeni. Futurystyczne intro w postaci „Opening” raczej zapowiada jakiś hard rockowo, progresywny album aniżeli heavy metalowy. Niezła zmyłka, która nijak ma się do całości. Numer dwa to już przebojowy „Burnt in Ice”, który pokazuje, że ta kapela potrafiła grać porządny heavy metal. Nie było problemu z ciekawymi riffem i energicznymi solówkami, które porywały lekkością i zapałem muzyków. Niezwykła pomysłowość bije z bardziej klimatycznego „Wizzard of Ore”. Tutaj właściwie można zauważyć jakiś przejaw epickości, jakieś echa true metalu. Utwór wyróżnia bardzo posępny bas Wagnera. Dobrze zespół wypada też w szybszym graniu co potwierdza „White Thunder”. W takim „Eagle in the Crest” można doszukać się cech hard rocka spod znaku Krokus. Warto też wyróżnić rozpędzony „Angel of Paradise” czy marszowy „Excalibur”.

Przesadzony slogan, w którym wybrzmiewa wielkie ego zespołu jak i pewność siebie, nie zdało egzaminu, ani nie znalazło potwierdzenia w zawartości. Nie ma mowy o czymś wyjątkowym i jakimś wielkim dziele. „Excalibur” to po prostu kawał solidnego heavy metalu, który oddaje w pełni to co w latach 80 się liczyło i co się cieszyło największym zainteresowaniem fanów heavy metalu. Szkoda, że kapela nie zostało dłużej w tym biznesie. Rozpadli się i nikt już o nich nie pamięta. Może warto sobie odświeżyć „Excalibur'?

Ocena: 6.5/10

środa, 6 maja 2015

FOREFATHER - Last of The Line (2011)

Wielka Brytanii to nie tylko NWOBHM, progresywny rock czy wielkie kapele heavy metalowe. Jak się ukazuje to właśnie stamtąd wywodzi się jedna z ciekawszych kapel reprezentujących viking/black/folk metal. Forefather to zespół, który działa od 1997 roku i do tej pory wydał 6 albumów, z czego ostatni „Last of The Line” ukazał się w 2011 roku. Była to nie lada gratka dla fanów takiej muzyki, ale co ciekawe fani heavy metalu też mogli tutaj coś znaleźć dla siebie. Zespół postawił na melodyjność i nie tylko wpływy Falkenbach czy Finntroll tutaj słychać, bowiem wiele kawałków swoją motoryką, klimatem i melodyjnością przypomina stary dobry Running Wild.

Okładka w sumie przejawia cechy viking metalu, ale są też odesłania do Running Wild. Mnie to bardzo cieszy, bo uwielbiam Running Wild i im więcej skojarzeń z tą kapelą tym lepiej. Stylistycznie Forefather mnie bardzo miło zaskoczył. Dlaczego? Bo nie dostałem oklepanego viking metalu wymieszanego black metalu. Black metal co najwyżej może się momentami przejawić w energicznej sekcji rytmicznej i w wokalu Wolfstana. Kawał dobrej roboty odwalają dwaj muzycy tj Alchastan i Wolfstan. Wszystko brzmi na wysokim poziomie. Wokal mimo brutalności, porywa klimatem i nieco folkową manierą. No i najpiękniejsze są tutaj popisy gitarowe. Wszystko przesiąknięte formułą Running Wild. Przede wszystkim słychać to w głównych motywach, riffach i solówkach. Znakomicie udało się to wpleść w motorykę viking/folk/black metalową. Tak można opisać pokrótce styl angielskiej formacji. Instrumentalny otwieracz „Cometh The King” pokazuje jaki ładunek melodyjności został zawarty na tej płycie. Szybko wkracza do akcji tytułowy „Last of The Line”, który ma nie tylko cechy folk/black metalu, ale też przede wszystkim power/speed metalu rodem z Running Wild. Główny motyw gitarowy od razu nam zdradza skąd zespół czerpie inspiracje. „Chorus of Steel” to kompozycja o ostrzejszym charakterze i można nawet tutaj wyłapać cechy epickiego heavy metalu. Płyta nie jest zagrana na jedno kopyto, bo już taki „By Thy Deeds” zaskakuje średnim tempem i niezwykłą rytmicznością. Płyta też może się podobać, ze względu na folkowo/ vikingowy klimat, który nasila się się w stonowanym „Up High” czy epickim „Doomsday Dawns”, który jest bardziej rozbudowanym kawałkiem. Fanom szybkiego grania spodoba się bez wątpienia energiczny „Wolves of Prayers”, który ma bardziej power metalową motorykę. Trochę black metalu można wyłapać w złowieszczym „Shadows of The dead”.

Forefather to doświadczony zespół, który nie ma problemu z nagrywaniem solidnych albumów. Po raz kolejny dostaliśmy dopracowany album pod względem stylistycznym, brzmieniowym jak produkcyjnym. Muzycy dają się poznać jak pomysłowi goście, którzy wiedzą jak połączyć viking/black/folk metal z melodyjnością i Running Wild. Wyszła z tego nie zła mieszanka, która zadowoli szerokie grono słuchaczy. Mimo upływu czasu, ta płyta wciąż porywa i brzmi świeżo. Polecam.

Ocena: 8/10

poniedziałek, 4 maja 2015

EASY RIDER - From The Darkness (2014)

Hiszpański Easy Rider postanowił przypomnieć o sobie całemu światu. Karierę rozpoczęli w 1990 roku, ale po albumie „Animal” z 2003 roku kapela przepadła bez wieści. Teraz po 11 latach zespół powraca z nowym wydawnictwem. Tak jak lubię klimaty heavy/power metal, tak z zespołem Easy Rider nigdy nie było mi po drodze. Brakowało mi w ich muzyce ognia, przebojowości i czegoś, co by utkwiło w pamięci na dłużej. Zawsze widziałem w nich tylko rzemieślników. Nowy album zatytułowany „From The Darkness” w żaden sposób nie zmienił mojego nastawienia do tej kapeli. To wciąż średnich lotów grania, w którym dominuje monotonność, wtórność i rzemieślnictwo. Ta długa przerwa, która trwała 11 lat nie pozwoliła zregenerować sił, wyciągnąć wnioski i w efekcie dostaliśmy album nudny i pod każdy względem gorszy od poprzednich wydawnictw. Na pewno mocnym atutem zespołu jest od samego początku wokalista Ron Finn, który ma chrypę i wie jak sprawić, że można poczuć swego rodzaju zadzior. Niestety sam Ron nie jest wstanie zapewnić odpowiedniego poziomu muzycznego ani też zapewnić rozrywkę na czas trwania albumu. Zawiedli przede wszystkim gitarzyści, którzy idą na łatwiznę i zbytnio się nie wysilają. Riffy są pozbawione mocy, ognia, a solówki są zagrane jakby na pałę. Ciężko o jakiś ciekawy motyw, o jakiś zryw, zaskoczenie, że nie o wspomnę o melodyjności. Płytę otwiera rozpędzony „After The fall”, ale jest to utwór średnich lotów. Niby jest gdzieś tam power metal w tym, ale za dużo zwolnień i nie potrzebnych przekombinowań. W „The Calling” zespół przemyca więcej cech muzyki rockowej niż metalowej, co do końca mi się nie podoba. Ponury, wręcz marszowy „The Rockpile” niczym nie zaskakuje, chyba że nudnym motywem i brakiem chwytliwości. Więcej komercji uświadczymy w takim „She makes me Live” aniżeli heavy metalu. Taki stan rzeczy tylko potwierdza w jakie formie jest Easy Rider. Pseudo nowoczesny „Defiance” też tylko pogrąża zespół ukazując wady w sferze technicznej. Jedynym pozytywnym utworem z tej płyty jest „Day of The Dead”. Tutaj zespół pokazał, że można grać melodyjnie i w miarę ciekawie. Szkoda, że pomysłów wystarczyło na jeden utwór. Easy Rider powrócił tylko, żeby pokazać w jak słabej formie jest. Ten zespół nie ma już nic do zaoferowania. Szkoda czasu na tego typu albumy.

Ocena: 1.5/10

sobota, 2 maja 2015

DEVILS TRAIN - II (2015)

Często się zdarza, że trafiamy na płyty o mocnym brzmieniu, z niezłą energią, mocnymi riffami i w miarę równym materiałem, ale ostatecznie płyta nie rusza nas. Trafiamy na płytę nie zapadającą w pamięci, która nie potrafi niczym porwać. Takich płyt z serii przesłuchaj i zapomnij każdego roku wychodzi pełno. Jednak czy można było się spodziewać, że muzycy znani z takich bandów jak Mystic Prophecy czy Running Wild wydadzą taki właśnie album? O tóż nie i to już jest nie lada niespodzianką. Już debiut Devils Train nie należał do najlepszych płyt z muzyka hard rockową i heavy metalową, ale było czego posłuchać i kilka kompozycji zapadło w pamięci. Niestety „II” to już album niższej klasy i jest to płyta na jeden raz.

Kiepska i wręcz odstraszająca okładka to ostrzeżenie, żeby nie sięgać po ten krążek. Niestety sentyment do muzyków jest większy i ostatecznie zapoznałem się z tym albumem. Stylistycznie nie ma nic nowego i dalej dostajemy hard rock z elementami heavy metalu. Brzmienie też dalej jest nowoczesne i nastawione na mrok i agresję. Jednak słychać, że Laki Ragazas oszczędza się w riffach i solówkach. Wszystko zagrana na jedno kopyto i bez pomysłu. Lepiej prezentuje się wokalista R.d Liapakis, aczkolwiek mam wrażenie i on się marnuje w tym zespole. Brak wyraźnych hitów, brak jakiegoś zaskoczenia to największa bolączka tej płyty. Na co tak naprawdę zwrócić uwagę? Na energiczny otwieracz „Down On You”, w którym jest przejaw jakiejś radości i pomysłowości. Żywiołowy i nieco cięższy „You and Me” też pokazuje że można stworzyć jeszcze jakieś ciekawe melodie i chwytliwy refren. Sporo jednak na płycie nijakich kompozycji, które pełnią rolę wypełniaczy. Tak należy potraktować „Hollywood Girl”, który ma sporo wpływów Alice Coopera. Podobać się może z pewnością chwytliwy „Mr. Jones” gdzie zespół pokazuje jak ciekawe wmieszać patenty bluesowe. Długo przelatują kompozycje na jedno kopyto, bez większego wyrazu i dopiero tą monotonię przerywa energiczny „Thunderstorm”, który jest najszybszym kawałkiem na płycie. Nie miałbym nic przeciwko takim kompozycjom, gdzie można posmakować Liapakisa w czymś co trochę przypomina Mystic Prophecy. Resztę właściwie należy przemilczeć. Materiał jest na jedno kopyto, gdzie brakuje wyrazistych kompozycji, a całość zagrana na niskim poziom.

Nie zawsze wielka nazwiska są gwarantem udanej płyty. Niestety Devils Train w którym udziela się Jorg Micheal i Rd Liapakis poniósł klęskę przy drugim albumie. Soczyste brzmienie, ostre riffy to nie wszystko. Za brakło ciekawych pomysłów i udanych kompozycji. Dwa czy trzy kawałki to zdecydowanie za mało, żeby zdobyć uznanie słuchaczy. Kolejne rozczarowanie roku 2015.

Ocena: 3/10

czwartek, 30 kwietnia 2015

CIVIL WAR - Gods And Generals (2015)

Wszyscy w tym przede wszystkim fani Sabaton widzieli w Civil War od samego początku zwykły klon kapeli, który dała się poznać jego heavy metalowy nauczyciel historii. Fani Sabaton mocno przeżyli odejście Sundena, Mullbacka, Montelliusa, Myhra z owego zespołu i sformułowanie Civil War. Sabaton zebrał nowy skład i efektem był średni album „Heroes” i pokazanie, że nie mają już nic do pokazania. Zupełnie inaczej jest z Civil War. Choć pierwszy album „Killer Angels” faktycznie przedstawił światu Civil War jako mieszankę Astral Doors i Sabaton, z naciskiem na drugi band. Jednak w tej kapeli drzemał od samego początku potencjał i można było dostrzec, że powstała właśnie jedna z najważniejszych kapel grających heavy/power metal. Może w 2013 r jeszcze co nie którzy mieli wątpliwości. Bowiem nie łatwo jest zmienić styl, stworzyć swój własny i być jednocześnie charyzmatyczną kapelą, która rozpozna się od pierwszych dźwięków. Civil War właśnie osiągnął to za sprawą najnowszego dzieła zatytułowanego „Gods And Generals”.

Ile mamy Sabaton w obecnym stylu Civil War? Ano wyjątkowo mało, jedynie tematyka jest oczywiście zbliżona i to że obie kapele obracają się w gatunku heavy/power metal. Obie lubią stawić na epickość i bojowość, a także budowanie kompozycji na bazie klawiszy. Na tym w sumie koniec. Civil War się rozwinął i poszedł w innym kierunku. Nie boi się wyciągać więcej power metalowych patentów, stawiać na szybkość, nie boi się wtrącić nutki progresywności i nowoczesności. To jest teraz zespół, który zadowoli znaczni szersze grono słuchaczy i wychodzi naprzeciwko ich potrzebom. Refreny momentami pod względem stylu przypominają te z Astral Doors, ale nie ma mowy o kopii. Civil War to nowa jakość power metalu i właśnie patrzymy na jeden z najlepszych obecnych zespołów grających heavy/power metal. Gitarzyści nie boją się zagrać ostrzej, szybciej i zaskoczyć ciekawą melodią. Jest pojedynek na ciekawe motywy i solówki,a wszystko zagrane z luzem i polotem. To sprawia, że płyta od samego początku bardzo łatwo wpada w ucho i na długo zostaje z nami. Płyta jest przede wszystkim perfekcyjna od strony technicznej. Świetne brzmienie podkreśla jakość i poziom muzyki Civil War. Muzycy Sabaton pokazali, że się rozwijają i potrafią zerwać z życiem w cieniu Sabaton. Pokonali ich w własnej grze, jednocześnie przejmując pałeczkę. Mając jeszcze w składzie Nilsa w roli wokalisty to już w ogóle można podbijać świat. Może i popadam w histerię, ale śmiem stwierdzić, że jest to najlepszy album Nilsa. Tutaj jego wokal jest idealny. Mocny, klimatyczny i bardzo epicki. Coś pięknego. Nie da się ukryć, że jest to jeden z najlepszych wokalistów. No dobrze pomówmy troszkę o samych utworach, bo każdy z nich to coś wyjątkowego, niesamowite przeżycia i szok, że w tym gatunku jeszcze można tak grać. Zaczyna się epicko, podniośle niczym w jakimś filmie w którym ma dojść do wielkiej bitwy. „War of The World” to nic innego jak prawdziwa power metalowa petarda. Jeden z najlepszych utworów power metalowych roku 2015. Szybki, ostry riff i tutaj nawet na myśl nie przychodzi Sabaton. Klawisze są łagodne i poważne, co jest lepsze od przesadzonej słodkości. Album promował „Bay of Pigs”, który pokazuje nieco inne oblicze zespołu. Cięższy, mroczniejszy riff i klawisze przesycone progresywnym klimatem. Nils w takich utworach sprawdza się idealnie. Znów świetny refren, który porywa słuchacza. Jak wspomniałem, zespół na dobre zrywa z byciem klonem Sabaton i w takim „Braveheart” mamy znakomity przejaw tego. Lekki, spokojny początek rodem z Queen, ale całość to już zupełnie co innego. Jedynie echa Sabaton gdzieś pojawiają się w refrenie. Myhr gdzieś przypomniał sobie czasy „The Art of War”. Świetnie wpasowano w to epickie, dość gregoriańskie chóry i tym sposobem mamy niesamowity heavy metalowy hymn. „The Mad Piper” na początku skojarzył mi się z Grave Digger i „Tunes o War”. Tutaj zespół zabiera nas do Szkocji. Znów średnie, wręcz marszowe tempo i nie zwykle podniosły refren. Klasa sama w sobie. Takiej petardy w postaci „Uss Monitor” to nawet nie było w historii Sabaton. Niezwykła szybkość, która może zadowolić fanów największych kapel power metalowych na czele z Gamma Ray czy Powerwolf. Serce mi pękło przy pięknym, epickim „Tears from the North” i to jest prawdziwa pieśń, która podgrzewa zapał wojowników idących na wojnę. Utwór spokojny a robi taką furorę. Spokojny klimat, a wszystko zagrane z taką pomysłowością i oddaniem. Brakuje słów by opisać, jakie emocje wzbudza ten utwór. Fani true metalu czy odmiany epickiego metalu będą w siódmym niebie. Co raz ciężej o takie utwory i tutaj chylę czoło przed Civil War. Celtyckie wpływy pojawiają się w melodyjnym „Admiral over The Oceans”. Niezwykłe emocje wzbudza urozmaicony „Schindlers Ark”. To jest mroczny, marszowy utwór, który porusza swoim klimatem i aranżacją. Całość zamyka kolejna petarda w postaci „Gods and Generals”. Tutaj można też gdzieś jeszcze usłyszeć coś z Sabaton w klawiszach. Jednak to już jakieś resztki, które nie przebijają się przez nową jakość Civil War.

Gdyby mi ktoś powiedział kilka dni temu, że Civil War nagra taki album i że będzie to jeden z najlepszych albumów roku 2015 to uznałbym to za żart. Zespół od samego początku miał w sobie coś, ale było w nim za dużo wpływów Sabaton i zespół nie potrafi pokazać swojego prawdziwego ja. Teraz wraz z drugim albumem są odważniejszy i pewniejszy tego co robią. Grają wysokich lotów heavy/power metal, który bije wiele świetnych kapel. Sabaton przegrał bitwę z Civil War. Panie i panowie jesteśmy świadkiem tego jak rodzi się jeden z najlepszych zespołów grających epicki heavy/power metal. Nic tylko słuchać tego arcydzieła, bo nie ma prawa się nudzić.

Ocena: 10/10