piątek, 24 czerwca 2016

DENNER / SHERMANN - Masters of Evil (2016)

Mercyful Fate to zespół, który odbił swoje piętno w muzyce heavy metalowej i wiele osób wciąż liczy na powrót tej kapeli. Kto wie może, kiedyś doczekamy się reaktywacji tej formacji z Kingiem Diamondem na czele. Fani jeszcze bardziej uwierzyli w spełnienie tego marzenia, kiedy to nagle Hank Shermann i Micheal Denner puścili do sieci filmiki, gdzie grają najważniejsze motywy dwóch klasycznych albumów Mercyful Fate czyli „Melissa” i „Don't break the oath”. Na tym panowie nie poprzestali i szybko przeszli do założenia własnego bandu pod nazwą Denner/Shermann. Kultowy duet gitarowy, który potrafi oczarować swoimi zagrywkami do współpracy zaprosił Seana Pecka, który jest pod wielkim wpływem Kinga Diamonda. Sekcję rytmiczną stworzył Snowy Shaw, który grywał z Kingiem Diamondem i Marc Grabowski, który grał z Hankiem w Demonica. Świetne nazwiska i przywróciła nadzieja, że usłyszymy coś na miarę starych płyt Mercyful Fate. Szybko wydana epka w postaci „Satan's Tomb” to potwierdziła. Wysokiej klasy heavy metal, który przypominał twórczość Mercyful Fate z najlepszych lat. Epka miała mocne i zapadające w głowie kawałki. Choćby tytułowy „Satan;s Tomb” był tego dowodem. Pozostało nic tylko czekać na pełnometrażowy album. „Masters of Evil” to pierwszy album z prawdziwego zdarzenia, to album, który jest miłym prezentem dla fanów Mercyful fate. Styl, brzmienie, czy okładka są tak wypracowane i dopieszczone, że można odnieść wrażenie, że słuchamy nową odsłonę Mercyful Fate. Nie ma co ukrywać Denner/ Shermann na swoim debiutanckim albumie idą wydeptanym szlakiem, wykorzystując mroczną tematykę związaną z szatanem i okultyzmem, stawiając na szorstkie, przybrudzone brzmienie. Wszystko jednak bazuje na ich umiejętnościach, na ich zagrywkach, na tym co wygrywają przez cały album. Jest sporo mocnych riffów, ciekawych solówek i przejść. Szkoda tylko, że momentami jest to toporne i już tak łatwo nie trafia do słuchacza jak na „Satan's Tomb”. Brakuje troszkę urozmaicenia, jakiegoś zaskoczenia, czy takich wybijających się hitów. To jest spory minus, który szkodzi płycie. Pierwszą próbką nowego albumu był „Angels Blood”. Wiele osób narzekało na ten utwór, ale mi się od razu spodobał. Mocny riff, mroczny klimat i duch starych płyt Mercyful Fate. Bardzo dobrze wypadają tutaj liczne przyspieszenia. Denner i Shermann to kultowy duet, który potrafi oczarować swoją grą i tak tutaj jest. To dopiero początek ciekawych zagrywek tych panów. Płytę promuje „Son of Satan” , do którego nakręcono też klip. Można rzec idealny wybór, bo kawałek jest mroczny, klimatyczny i niezwykle chwytliwy. Sporo się dzieje przez te 6 minut trwania tego utworu. Zaczyna się upiornie, niczym ścieżka do filmu „Omen”. Kompozycja nabiera mocy, kiedy duet Denner / Shermann przyspiesza. Słychać wpływy Judas Priest czy Cage. Ciekawa mieszanka wyszła. Najlepszy utwór na płycie i szkoda, że nie ma więcej kawałków tego typu. „The Wolf feeds at night” to rasowy heavy metalowy kawałek, który mógłby znaleźć się na „Don't break the oath”. Nieco nijaki jest stonowany „Pentagram and the cross”. Ratuje go w sumie tylko praca gitar, ale brakuje jakby dopracowania. Kolejnym mocnym punktem na płycie jest nieco ostrzejszy i szybszy „Masters of Evil”. Znów słychać echa macierzystego zespołu Seana czyli Cage. Kawałek sam w sobie jest energiczny i zapada w pamięci. Właśnie takich utworów powinno jak być najwięcej. Co może też czasami irytować to piski Seana. Ci co znają jego głos i jego twórczość raczej to zaakceptują. „Servents of Dagon” to mroczny kawałek, w którym czasami zespół ucieka w stronę doom metalu. Bardzo ciekawe zagrywki gitarowe, szkoda tylko że mało w tym melodyjności. „Escape from Hell” to kolejna petarda, która zabiera nas w rejony Judas Priest czy Cage. Szybka sekcja rytmiczna, mocny riff i pomysłowe solówki, to jest to co charakteryzuje ten utwór. Na sam koniec mamy mroczny, marszowy „The Baroness”, który dobrze wieńczy album i pokazuje nam jaki poziom prezentuje „Masters of Evil”. Choć brakuje tutaj wokalu Kinga Diamonda i jego talentu kompozytorskiego, to jednak Denner/Shermann sprawili, że muzyka Mercyful Fate ożyła i znów mogą pisać kolejne rozdziały. Jest jeszcze kilka rzeczy do poprawki, ale i tak miło jest widzieć i słyszeć, że marzenie sprzed kilku lat spełniło się. Warto było czekać. Teraz nic tylko liczyć, na to że panowie kiedyś dojdą do porozumienia z Kingiem i zrobią prawdziwą reaktywację Mercyful Fate.
Masters of Evil” warto mieć w swojej heavy metalowej kolekcji. Mocna rzecz.

Ocena: 8.5/10

INGLORIOUS - Inglorious (2016)

„Nadzieja Brytyjskiego Rocka” czy „ młodsza wersja Deep Purple” takich słów używa się do określenia debiutanckiego albumu brytyjskiej formacji Ingloriuous. Wielkie słowa, które dają jednocześnie tyle nadziei, co obaw. W końcu nie tak łatwo jest osiągnąć poziom Deep purple, Rainbow czy Whitesnake. Skoro taki Voodoo Circle czy Demons Eye dają radę to czemu innym kapelom może się nie udać. Brytyjski Inglorious to żywy przykład, że taka muzyka wciąż jest pożądana i wziąć cieszy zarówno stare pokolenie jak i młode. Każdy fan hard rocka ma ochotę posłuchać wyrazistego i specyficznego wokalistę o bluesowych korzeniach, czy finezyjnych solówek, które przenoszą nas do prawdziwego raju rockowych dźwięków. Inglorious to na pewno nie grupa żółtodziobów, którzy nie wiedzą czego chcą. Oni mają swój styl, mają pomysł na granie, a kiedy grali covery Rainbow to nic dziwnego, że wielu z nas zobaczyło w końcu jakiś młody zespół, który nie boi się nieco odświeżyć znaną nam formułę. „Inglorious” to jedna z najważniejszych premier roku 2016.

Już sama okładka płyty dało jasno do zrozumienia z czym mamy do czynienia tak naprawdę. Klimat płyt Deep Purple, Rainbow czy Whitesnake wybrzmiewa w niej i to w każdym detalu. Kapela powstała w 2014 r z inicjatywy frontmana Nathana Jamesa, który ma coś z natury Iana Gilliana, Doggie White'a czy Joe Lynn Turnera. Prawdziwy hard rockowy głos, który jeszcze bardziej zbliża nas do świata Deep Purple czy Rainbow. Bardzo ważnym elementem układanki Inglorious jest duet gitarzystów. Will Taylor i Andreas Erikson znakomicie się uzupełniają i potrafią się bawić melodiami. Urozmaicają swoją grę przez wykorzystywanie bluesowych rozwiązań i różnych progresywnych elementów. W efekcie dostajemy niezłe riffy i pomysłowe solówki, które potrafią zauroczyć swoim wykonaniem. Na płycie dzieje się sporo i wszystko to przywołuje miłe wspomnienia i wielkie albumy z lat 70. Mocne brzmienie też odgrywa tutaj znaczącą rolę, bo dzięki temu wiemy, że panowie żyją w naszych czasach, a płyta to nie żaden zaginiony skarb lat 70. Co mnie zaskoczyło w przypadku Inglorious to przede wszystkim materiał, który ma w sobie coś magicznego. Kompozycje są przemyślane, dojrzałe i dobrze wyważone między finezją, agresywnością i hard rockowym szaleństwem. Nie ma mowy tutaj o granie na jedno kopyto czy bezmyślne kopiowanie mistrzów. Wszystko brzmi świeżo i magicznie. Kiedy na samym wstępie atakuje nas intro wygrywane przez klawiszowca to już wiadomo co gra Inglorious. „Until I Die” to kompozycja wzorowana na twórczości Blackmore'a i Rainbow. To jest dobry znak, dobry wzór do naśladowania. Sam riff z pewnością o wiele ostrzejszy i bardziej nasuwający Black Sabbath pod wieloma względami. Wyszedł z tego klasyczny hard rockowy hit, który pokazuje, że muzyka Rainbow żyje w młodzieńcach z Inglorious. Szybki, rozpędzony i nieco rock;n rollowy „Breakway” ma coś z Toto, ma coś z Led Zeppelin, jednak brytyjski band cały czas pozostaje sobą. Ostry riff pokazuje, że zespół nie ma zamiaru oszczędzać się czy grać pod publikę. Słychać, że grają z miłości do klasycznego rocka z lat 70, że chcą udowodnić światu że ta muzyka wciąż jest warta uwagi i jej ogień nie zgasł. „High Flying Gypsy” to kolejny hit, choć bardziej stonowany z nutką progresywności. Bluesowy „Holy water” to już większy ukłon w stronę Whitensnake czy Deep Purple. Takie lekkie, rockowe kawałki zawsze są mile widziane. Ukazują wyjątkowe zdolności gitarzystów, którzy nawet w takich kompozycjach potrafią oczarować i poruszyć emocje słuchacza. Nieco żywszy jest bez wątpienia „Warning” w którym czadu daje Nathan James. Dobry dowód na to, że ten frontman odnajduje się w każdej stylistyce. Ballada w wykonaniu tej brytyjskiej formacji przywraca nadzieję w tego typu kawałki. Często napotykamy stworzone na siłę balladę, które tylko pełnią funkcję wypełniaczy. Tutaj „Bleed For You” robi spore wrażenie. Ciekawy, wciągający motyw główny i przepiękny wokal Nothana czynią ten utwór jednym z najlepszych na płycie. Jednym z najostrzejszych kawałków na płycie jest bez wątpienia zadziorny „You're Mine” . Mocny riff, ostry wokal Nothana i odpowiednia tonacja i killer gotowy. W podobnym tonie utrzymany jest tytułowy „Inglorious” czy zamykający „Unaware”, który idealnie wieńczy ten album.


Jesteśmy świadkami narodzin nowej gwiazdy hard rocka. Inglorious to jeden z najciekawszych zespołów, jakie ostatnio pojawiły się na rynku. Nagrali swój pierwszy album, który w swojej kategorii jest po prostu świetny. Charyzmatyczny wokalista, ciekawe, świeże podejście gitarzystów, którzy wiedzą jak połączyć finezyjność z nutką szaleństwa. Echa Deep Purple czy Rainbow są słyszalne i stanowią miłą ozdobę tego wydawnictwa. Nie jest łatwo nagrać muzykę w klimatach tych zespołów, nie jest łatwo nawiązać stylistycznie do nich i to jeszcze na podobnym poziomie. Jednak brytyjska formacja Inglorious dała rade i widzę przed nimi świetlaną przyszłość. Oby tak dalej panowie.

Ocena: 9/10

czwartek, 23 czerwca 2016

BRYMIR - Slayer of Gods (2016)

5 lat przyszło czekać fanom fińskiego Brymir na nowy album. Warto było jednak czekać na drugi album tej formacji, która specjalizuje się w graniu melodyjnego death metalu z domieszką symfonicznego metalu czy pagan metalu. Działają od 2006 roku i przez te 10 lat wypracowali swój styl, swoją jakość dlatego nie było obaw co do poziomu „Slayer of Gods”. To co znajdziemy na tej płycie to kawał dobrej muzyki, która z jednej strony dostarcza nam ostre, rozpędzone utwory przesycone death metalem. Jednak nie brakuje też bardziej melodyjnych kompozycji, czy też takich bardziej podniosłych i przesyconych symfonicznymi patentami. Jest w czym wybierać i nie ma mowy tutaj o rutynie. Na plus na pewno warto zaliczyć klimatyczną i z ciekawymi detalami okładkę frontową czy wreszcie samo brzmienie. Postawiono w tym elemencie na moc i wyrazistość dźwięków. Fanatycy nie będą zawiedzeni w tym elemencie. Joona i Sean stworzyli zgrany duet gitarowy, który stawia na energię i chwytliwość. To słychać od samego początku. „For Those Who Died”, gdzie położono nacisk na szybkość i dynamikę. Ten wariant sprawdza się. Z kolei „Risen” urzekł mnie symfonicznym charakterem i wpływami Rhapsody. Gdzieś ten duch power metalu jest wyczuwalny. Mocna rzecz. Więcej death metalu i mroku można uświadczyć w energicznym „The Black Hammer”. Co ciekawe najdłuższym utworem na płycie jest 8 minutowy „Slayer of Gods”, który przemyca już te wszystkie charakterystyczne elementy Brymir. Jest szybkość, jest symfoniczność, jest epickość, są ciekawe przejścia, jest budowanie napięcie. Gdzieś w tym wszystkim jest też miejsce na agresję i melodyjny death metal. Złożona struktura, ale jasna i łatwa w odbiorze. Kwintesencja tego gatunku i definicja muzyki Brymir. „Thus i became Kronos” wyróżnia się dynamiką i ciekawymi partiami klawiszowymi. Zespół radzi sobie z takimi petardami i trzeba im to przyznać. Na nowym albumie jest wszystkiego pełno i poza ciekawymi elementami symfonicznymi i klimatem, mamy też sporo intrygujących i mocarnych riffów, które potrafią rzucić na kolana. Tak właśnie jest z świetnym „Stormsoul” czy nieco black metalowego „The rain”. Ten dobrze wyważony i energiczny album wieńczy równie bez błędny „Pantheon of forsaken Gods”. Każdy utwór ma swój charakter i prezentuje inne oblicze zespołu. Nie ma jak się nudzić przy takim materiale. Zespół wspiął się na wyżyny w swoich umiejętności i oby jak najwięcej takich albumów w kategorii melodyjnego death metalu. Pozostaje mi tylko zaprosić Was przed odbiorniki w celu posłuchania tego magicznego krążka, jakim bez wątpienia jest „Slayer of Gods”

Ocena: 10/10

AETHERIAN - Tales of Our Times EP (2015)

Ciężko czasami wyrobić sobie zdanie o danym zespole, kiedy zespół ma na swoim koncie tylko epkę i dema. W przypadku greckiego Aetherian musiało to wystarczyć. Jest to grecki band, a raczej projekt muzyczny, który powstał w 2013 roku. Trzech muzyków złączyło siły by grać melodyjny death metal, który jest osadzony w mrocznym uniwersum. „Tales of Our Times” to jedyny mini album, który ujrzał światło dzienne w 2015 r. Ten krążek to znakomite potwierdzenie tego co potrafi ten zespół. Wiedzą jak grać ciekawe melodie, jak urozmaicać utwory, jak budować klimat, napięcie, a ich specjalnością jest dobre wyczucie i umiejętność zaskakiwania. Cały czas się coś dzieje i można odnieść wrażenie, że popisy gitarowe czy mocarny wokal Panosa pełnią rolę uzupełniającą. To właśnie klimat, cała ta mistyczna otoczka jest na pierwszym planie. Już otwierający „Whispers in the End” zaczyna się spokojnie i tak romantycznie. Potrafi urzec swoją lekkością i naturą. Bardzo dobry start. Więcej mocy i przebojowości uchwycimy w „As Seaons Pass”. Z kolei więcej podniosłości i epickiego charakteru uświadczymy w bardziej rozbudowanym „For those about to Fail”. Zespół popisuje się na każdym kroku i w takim energicznym „Tales of our Times” na przykład pokazują swoje umiejętności gitarowe. Zadziorny i dość agresywny kawałek, w którym całkiem sporo się dzieje. Całość zamyka nieco dłuższy „Dreary Voice”, który znów jest wycieczką do mrocznego świata. Sam kawałek jest bardziej progresywny i zespół stara się wtrącić różne ciekawe motywy. Utwór znakomicie podsumowuje płytę. Sam zespół potrafi grać, ma ciekawe pomysły i odnajdują się w świecie melodyjnego death metalu. Teraz pozostaje czekać na pierwszy pełnometrażowy album.

Ocena: 7/10

KHRYSOAR - Chaos (2015)

Każdy kto ceni sobie twórczość Wintersun, Amon Amarth czy Tyr z pewnością bez większych problemów przekona się do cypryjskiego projektu muzycznego o nazwie Khrysaor. Ten projekt został założony w kwietniu 2014 r z inicjatywy Alexisa Yiangoulisa i Thirsosa Makloklasu. Panowie za cel obrali sobie granie podniosłego, klimatycznego melodyjnego death metalu w symfonicznym wydaniu. Co ich charakteryzuje to filmowa oprawa dźwięków, tajemniczy i wciągający klimat, a także urozmaicanie kompozycji w danej strukturze. Na swoim koncie mają póki co debiut w postaci „Chaos”, który ukazał się w 2015r. Choć minął rok od premiery to płyta wciąż zaskakuje swoją świeżością i ciekawym, wciągającym materiałem. Wystarczy spojrzeć na frontową okładkę, która daje nam wyraźny sygnał że czeka nas prawdziwa uczta. W zamian za 40 minut naszego czasu dostajemy soczyste, mocarne brzmienie, a także wysokiej klasy muzykę z kręgu symfonicznego death metalu. Thirsos to nie tylko jeden z założycieli tej kapeli, to również dobry basista i jeszcze lepszy wokalista. To właśnie jego mroczne i zadziorne wokale nadają całości niesamowitego death metalowego charakteru. Album „Chaos” to przede wszystkim urozmaicenie i ciekawe, pomysłowe melodie. Otwierający „Winter Breeze” potrafi urzec swoim ciekawym, tajemniczym klimatem. Można poczuć się jak podczas seansu filmowego. Z kolei „The Conqueror” to przykład agresji i prawdziwej death metalowej jazdy bez trzymanki. Więcej urozmaicenia i melodyjnego grania uświadczymy w przebojowym „When the sun rises in the west” czy epickim „The great Web”. Końcówka płyta jest bardzo emocjonująca, bo wtedy pojawia się niezwykle chwytliwy i podniosły „Lone Wolf”, w którym jest sporo licznych przejść. Całość zaś zamyka nieco bardziej rozbudowany i marszowy „Exodus”, który pokazuje w pełni potencjał tego zespołu oraz jakość tej płyty. Bardzo dobry start w metalowym świecie i oby na tym nie poprzestali, bo słychać, że stać ich na wiele.

Ocena: 7.5/10

wtorek, 21 czerwca 2016

AGONIZER - Visions of the Blind (2016)

Pamięta ktoś jeszcze band o nazwie Agonizer? To właśnie ich debiut z roku 2007 należał do najciekawszych. „Bith/ The End” wyróżniał się na tle innych wydawnictw dzięki pomysłowości muzyków, ciekawego podejścia do melodyjnego metalu czy też power metalu. To właśnie dzięki nim uwierzyłem, że power metal nie zawsze musi być do bólu przewidywalny i pozbawiony elementów zaskoczenia. Uwierzyłem, że można grać nowocześnie, progresywnie i nie patrzeć się na trendy, jednocześnie wykorzystując patenty wyjęte z klasycznych albumów dla tego gatunku. Wielki album, dobry start, a jednak Agonizer nie miał wcale tak łatwo. Liczne perturbacje sprawiły, że przyszło czekać nam 9 lat na następny album. Już teraz wiem, że warto było czekać na „Visions of The Blind”, który jest kolejnym krokiem fińskiej formacji powstałej w 1998 r w świecie muzyki.

Koncepcja mimo upływu czasu nie zmieniła się. Zespół wykorzystuje świadomie wszystkie swoje atuty. Nowoczesne brzmienie, progresywne elementy, mocne zagrywki Jariego, który wie kiedy zagrać mocniej, szybciej, a kiedy zgrać finezyjnie. Po tylu latach wciąż zachwyca i wpływy Kiuas, Masterplan czy Ride The Sky są wyczuwalne. Agonizer ma jednak swój styl i nie da się go tak łatwo zaszufladkować do konkretnej stylizacji i przyporządkować do konkretnego zespołu, który wpłynął na niego. Przez 9 lat mogło się wiele zmienić, ale w przypadku Agonizer skład został taki sam, muzyka i styl też. Jedynie można odnieść wrażenie, że zespół postanowił więcej wtrącić agresji czy też power metalowych patentów. Słychać, że nowy album pod wieloma względami jest bardziej power metalowy. Dynamika, przebojowość, forma konstruowania kompozycji. Nie ma się czego bać, bo „Visions of the Blind” to bardzo dobra kontynuacja „Birth/ The End”. Już „All alone” jako otwieracz sprawia, że można doznać szoku. Zespół nie zatracił swoich umiejętności ani oryginalności. Jakbyśmy słyszeli zaginiony kawałek z debiutu. Dalej mamy złowieszczy „The Devil”, który jest jeszcze mocniejszym utworem. Jeszcze większa agresywność i dominacja power metalu co zaskakuje. „Pieces” to kwintesencja power metalu i zespół zabiera nas do krainy tradycyjnej formy power metalu, tak więc fani takich formacji jak Masterplan czy Gamma Ray będą zachwyceni. Agonizer wciąż jest bardzo elastycznym zespołem i potrafi odnaleźć się w różnych rejonach. Folkowa ballada w stylu Blind Guardian? Czemu nie. Taki „Haze” to dobry przykład, że panowie potrafią poruszyć emocje słuchacza. Coś pięknego. „Sliced” to nowoczesny heavy metal z mocnym riffem w roli głównej. Taka muzyka zawsze cieszy, szkoda że coraz ciężej o takiej klasy nowoczesny metal. Emocje nie opadają w szybkim i zadziornym hicie „Eye of The Storm”. Agonizer wie jak grać power metal pozbawiony barier i uprzedzeń, wie jak porwać słuchacza. Połowa płyty za nami, a druga połowa nie jest wcale gorsza. Melodyjny i energiczny „Trail” to kolejna power metalowa petarda w wykonaniu fińskiej formacji. Co może się podobać to liczne przejścia i wyszukane melodie, które dodają uroku. Panowie wcale nie idą na łatwiznę co często spotyka inne znane nam zespoły. Wokalista Passi też imponuje swoją formą i agresywnością. Czyni tutaj cuda i upływ czasu tylko upiększył jego wokal. Sposób śpiewania i maniera przypominają styl Ricka Altziego z Masterplan. Na pewno warto wyróżnić również żywiołowy „Lullacry”, przebojowy „A lie” czy rozpędzony „Trooper”, który przywraca wiarę w power metal. Na koniec zespół postawił na marszowy i rozbudowany „Nothing Changed”.


13 utworów i godzina materiału wydaje się sporo jak na album z taką muzykę. Agonizer wybrnął i z tego problemu. Nagrali urozmaicony materiał, który zawiera przede wszystkim mocne, power metalowe petardy, które pokazują co to znaczy wysokiej klasy power metal naszych czasów. Tak powinien brzmieć nowoczesny, agresywny power metal. Nie brakuje też momentów wzruszających i pięknych pod względem emocji. Agonizer kazał nam czekać 9 lat na nowy album, ale warto było. Dopracowali każdy detal i dzięki temu nie ma mowy o jakiś minusach. Czysta perfekcja i pewien wyznacznik dla przyszłych pokoleń i obecnych zespołów, które starają się grać nowocześnie i melodyjnie. Debiut Agonizer zrobił furorę, ale „Visions of the blind” zapewni im miejsce wśród najlepszych formacji grających power metal czy też wszelkiego rodzaju melodyjny metal. Polecam!

Ocena: 10/10

sobota, 18 czerwca 2016

SARISSA - Nemesis (2016)

Działali w latach, działali w latach 90, a teraz w 2016 roku powracają po 12 latach nieobecności z nowym wydawnictwem. Tak Sarissa powraca do świata żywych i zamierza przypomnieć swoim fanom stare dobre czasy. W końcu Sarissa to band z doświadczeniem, przeszłością i statusem. Jakby nie patrzeć jest to jeden z tych zespołów, który miał wkład w grecki heavy metal. Ze starego składu został tylko Jimmy Selalmazidis, który pełni rolę basisty. Trochę lat minęło, ale Sarissa wciąż skupia się na graniu prostego, zadziornego heavy metalu z domieszką power metalu. Daleko im do najlepszych zespołów, ale nowy album zatytułowany „Nemesis” to kawał solidnego grania. Może nie ma zbyt dużej liczby chwytliwych kawałków, może nie jest to oryginalne, ale dobrze się tego słucha. Zwłaszcza, że w muzyce greckiej formacji nie brakuje odesłań do twórczości Dio, Judas Priest czy nawet Megadeth. Jednym z najlepszych kawałków na płycie jest otwierający „Daughter of the Night” w którym to zespół pokazuje, że potrafi tworzyć przeboje, które zapadają w pamięci. Prosty motyw, dobra melodia i wciągające solówki to sprawdzony sposób by nagrać hit. Dalej mamy energiczny „No Mans Land” z wyraźnymi wpływami Iron Maiden. Toporny i mroczniejszy „Sacrifice” to taka mieszanka świata Accept i DIO. Efekt wyszedł całkiem dobrze i nie ma powodów do narzekania. „Into the Night” jest bardziej nastawiony na melodyjność i nie da się tutaj ukryć wpływów Iron maiden. Na płycie zbyt dużo jest średnich heavy metalowych kawałków pokroju „Fight The Devil”, które tak naprawdę nic ciekawego nie wnoszą do całości. Wokalista George też jakby nie daje z siebie wszystkiego i momentami ociera się o monotonność. Brakuje elementu zaskoczenia, co by nieco ożywiło ten krążek. Nawet zamykający „Warriors” pozostawia sporo do życzenia i można wyczuć pewne braki. Nie jest źle, ale mogło być lepiej i takie odczucie wywołuje sama płyta. Dobrze się tego słucha, ale jest to płyta na jeden raz. Warto odnotować, że grecki band Sarissa powrócił po 12 latach i ma się całkiem dobrze. Pozycja dla zagorzałych fanów heavy metalu.

Ocena: 6/10

czwartek, 16 czerwca 2016

TWINS CREW - Veni Vidi Vici (2016)

Power metal to taki gatunek muzyczny, który można lubić albo nienawidzić. Wiele z nas postrzega ten rodzaj metalu za zbyt słodki, przebojowy i daleki od tego jaki powinien być metal. Wiele też słuchaczy twierdzi, że kolejne płyty w tym gatunku to swoiste kalki Masterplan, Helloween czy Gamma Ray. Nie brakuje młodych zespołów, które faktycznie starają się zdążyć za swoimi idolami i czasami nawet zbyt bardzo upodobnić do nich. Jednak są takie zespoły w tym światku, które potrafią zadziwić i przywrócić dobre imię tego gatunku. Właśnie cała nadzieja w takich bandach jak Twins Crew. Szwedzka machina tworząca melodyjny heavy/power metal z nutką epickości, rockowego szaleństwa, w którym słychać echa Sonata Arctica, Helloween, Blodbound, Iron Maiden czy Deep Purple. Mają na koncie trzy albumy. Dwa nagrane dotychczas zaskakiwały pozytywnie i kiedy wydawało się, że bliźniacy Dennis i David dotarli do granic swoich możliwością, wydają kolejny album, który jest jeszcze lepszy od poprzednika. Tak właśnie jest z najnowszym krążkiem zatytułowanym „Veni Vidi Vici”.

Zjawisko jest o tyle ciekawe, bowiem nie ma tutaj eksperymentowania czy też prób zmian stylu, a wręcz odwrotnie. Twins Crew udoskonalił swoją formułą z dwóch poprzednich albumów. Tak więc mamy typowe, mocne, energiczne riffy braci Janglova imponują niczym wyczyny braci Greywolf w Powerwolf. Bracia dobrze się rozumieją i wzajemnie uzupełniają. Jest agresja, jest przebojowość i pomysłowość. Dawno nie miałem tak frajdy z odsłuchu partii gitarowych. Na plus są oczywiście skojarzenia z twórczością Rainbow czy Deep Puprle. Tutaj swoje 3 groszy dorzuca klawiszowiec Nicko DiMarino. Dodaje muzyce niezwykłej przestrzeni i takiego nieco magicznego klimatu. Całość spina znakomity wokalista Andreas Larssona, który specjalizuje się w podniosłych i wysokich rejestrach. Idealna symbioza, która przedkłada się na jakość nowego albumu. Wszystkiego jest jakby więcej i to na jeszcze wyższym poziomie. Dwa poprzednie wydawnictwa były świetne i zawiesiły poprzeczkę wysoko, ale „Vini Vidi Vici” jest po prostu idealny. Wszystko jest tak jak być powinno. Szwedzkie, mocne i zadziorne brzmienie, które podkreśla umiejętności muzyków i miła dla oka okładka to cechy, które mają wkład w ten ideał. W każdym albumie liczy się muzyka i to właśnie zawartość ma największe znaczenie. Ta na „Vini Vidi Vici” jest świeża, zróżnicowana i wypchana przebojami. Dawno nie było tak dobrze zgranego materiału w świecie power metalu. Zaczyna się dość nie typowo bo podniosłego „Divide Et Impera”, który brzmi jak mieszanka ostatniego Blind Guardian i Powerwolf. Jest pomysłowo i klimatycznie i to wystarczy na początek. Riff wydobywający się z melodyjnego „Vini Vidi Vici” brzmi znajomo i nasuwa namyśl Sabaton, Powerwolf, czy Bloodbound. Marszowe tempo dodaje całości epickości, które jest tutaj wręcz niezbędna. Dodatkowym atutem staje się naturalna przebojowość i ciekawe partie gitarowe. Wszystko idealnie współgra, a to dopiero początek. „Show No Mercy” to wysokiej klasy power metalowa petarda. Są cechy neoklasycznego power metalu, twórczości Kaia Hansena, ale nie tylko. Liczne przejścia i zmiany motywów czynią ten utwór przykładem dla przyszłych pokoleń odnośnie tego jak grać tradycyjny power metal w nowej odsłonie. Nieco toporny „Stand Your Ground” to już nieco inna bajka. Występuje tutaj bowiem sporej ilości toporność i wpływy Accept są słyszalne od samego początku w tym kawałku. Więcej Gamma Ray,czy Helloween uświadczymy w rozpędzonym „Sky is Falling”, który jest jednym z najciekawszych kawałków na płycie. Coś z Deep Purple mamy w hard rockowym „Burn The Witch” i to takie pierwsze miłe urozmaicenie płyty. Na płycie jest całkiem sporo szybkich hitów i tutaj należy wyróżnić „Out of Time” czy „Forever Free”, które również mają coś z Rainbow i Gamma Ray. Całość zamyka piracki „Ghost of The Seven Seas”.


Nie ma mocnych na Twins Crew. Wystarczyło im nagrać trzy albumy by dojść do perfekcji. Najnowsze dzieło to kwintesencja gatunku i przykład, że nie wszystko zostało jeszcze powiedziane i wciąż można nagrywać wysokiej klasy materiał z muzyką przesiąkniętą wpływami Gamma Ray czy Bloodbound. Gorąco polecam !

Ocena : 10/10

poniedziałek, 13 czerwca 2016

SEPTAGON - Deadhead Syndicate (2016)

Niemiecki Lanfear jest znany przede wszystkim fanom progresywnego heavy metalu i power metalu. Grają od 1993 roku i mają na swoim koncie kilka albumów. W sumie od 2012 r panowie milczą i nie dają o sobie znać. Na pewno wynika to poniekąd z tego, że gitarzysta Markus Ullrich, basista Aleksander Palma i perkusista Jurgen Schrank powołali w 2013 r do życia speed/thrash metalową formację Septagon. Zespół zasilił wokalista Markus Becker i gitarzysta Stef Binning- Gollub. Muzycznie Septagon można umieścić obok Artillery czy Paradox. Nie ma dominacji agresji i brutalności, a nie brakuje w tym wszystkim dobrych, chwytliwych melodii. Panowie nie boją się wtrącić elementy czysto power metalowe bądź progresywne. Taki właśnie jest debiutancki „Deadhead Syndicate”. To nawet i dobrze, że nie mamy do czynienia z kolejnym klonem Megadeth czy Kreator. Na to w sumie wskazywała mroczna i old schoolowa okładka. Zawartość po prostu zaskakuje swoją formą i aranżacjami. Nie ma tutaj typowego łojenia, nie ma typowej agresji czy ostrego wokalu. Markus śpiewa czysto i po swojemu. Stawia na technikę i emocje, co daje w efekcie zbliża nas do świata czysto heavy metalowego czy też power metalowego. Mamy momenty, które potrafią zaskoczyć i mówię tutaj chociażby o mrocznym i rockowym „Henchman of Darkness”. Kiedy wsłuchamy się w tytułowy „Deadhead syndicate” to można dostrzec power metalową formułę i to w sumie cieszy, że panowie w żaden sposób nie ograniczają się. Niczego z pewnością nie zdradza nam intro „Ignite The Apocalypse”. Co na pewno jest mocną stroną tego wydawnictwa to dobrze rozłożone solówki i partie gitarowe. Balansowanie między thrash metalową brutalnością, a power metalową przebojowością i melodyjnością służy albumowi. To właśnie takie petardy jak „Exit... Gunfire” czy melodyjny „Ripper” stanowią trzon tego krążka. Duża dawka przebojowości pojawia się w „Septagon Conspiracy”, z kolei więcej thrash metalowej formuły uświadczymy w ostrzejszym „Unwated Company” . Na koniec mamy nieco punkowy, ale z pewnością równie thrash metalowy „Secret Silver Panorama Machine”. Werdykt co do płyty może być tylko jeden. Jestem na tak i podoba mi się nowe oblicze muzyków z Lanfear. Septagon ma dobry start i oby nie był to jednorazowy wybryk panów z Lanfear. Polecam i to nie tylko fanom speed/thrash metalu.


Ocena: 8/10

niedziela, 12 czerwca 2016

ANCIENT EMPIRE - Other World (2016)

Joe Liszt to muzyk znany fanom heavy/speed metalu z takich zespołów jak Shadowkiller, Rocka Rollas czy też Hellhound, który ostatnio podbił moje serce. Oprócz tych bandów ma jeszcze Ancient Empire czyli zespół grający klasyczny heavy metal z nutką NWOBHM w klimatach s-f. W tym zespole pomagają mu Steve i Rich Pelletier, którzy również znani są z występów w Hellhound. Muzycznie usłyszmy w Ancient Empire zarówno wpływy Hellhound, jak i Shadwokiller. Panowie nie boją się też nawiązać do twórczości Iron maiden co wychodzi im nadzwyczaj dobrze, co pokazali na swoim debiucie „When Empires Fall”. Teraz po dwóch latach przyszedł czas na drugi album i „Other World” to kawał rasowego klasycznego heavy metalu, który z jednej strony przenosi nas do alt 80, a z drugiej strony brzmi świeżo i jak przystało na nasze czasy. Spora w tym zasługa brzmienia i ostrych riffów, które napędzają całość. Joe swoim wokalem tylko podkreśla jakość muzyki Ancient Empire i czynią ją jeszcze bardziej w klimatach lat 80. Tutaj wszystko jest autentyczne i prosto z serca. Kompozycje są pomysłowe, chwytliwe i pełne ciekawych rozwiązań. „Fight Another day” rozpoczyna się ciekawą melodią rodem z płyt Crystal Viper i to już powoduje uśmiech na twarzy. Kawałek szybko nabiera na szybkości i agresywności. Słychać wyraźne wpływy Judas Priest. Stonowane tempo, bardziej epicki klimat to z pewnością atuty „Dark Before the dawn”, który przemyca elementy Iron Maiden, Manowar, czy Crystal Viper. Szkoda, że band nie wykorzystuje otoczki s-f i nie przedkłada tego na klimat albumu. „Embrace the horror” robił smaka na jakiś mroczny klimat, ale tego tutaj nie ma. Nieco żywszy i bardziej energiczny jest bez wątpienia „Resistance”, który utrzymany jest w speed/power metalowej stylizacji. Echa Udo i Iron Savior mamy w toporniejszym „Other World”. Tutaj gdzieś można poczuć klimat s-f. Tytułowy utwór to w sumie jeden z najlepszych kawałków na płycie. Bardzo dobrze zespół radzi sobie w epickim graniu z marszowym tempem i to właśnie potwierdza wciągający „The Forsaken”. Całość zamyka nieco dłuższy „Empire of Man”, który już jest bardziej złożony i bardziej energiczny. Jednym słowem prawdziwa power metalowa petarda, w której słychać coś z Gamma Ray, coś z Running Wild czy też Scanner. Lepszego zakończenia nie mogli nam zgotować. Drugi album Ancient Empire jest bez wątpienia bardziej dojrzały i jeszcze bardziej dopracowany. Nie ma tutaj słabych kompozycji, a każda z nich to prawdziwa frajda dla fana heavy/power metalu. Warto zapoznać się z „Other World” !

Ocena: 9/10

piątek, 10 czerwca 2016

THORNBRIDGE - What Will Preavail (2016)

Przychodzi taki dzień, że na tle wielu kapel grających podobnie pojawi się młody zespół, w którym upatrujemy przyszłą gwiazdę. Zespół, który będzie nadzieją danego gatunku. Takie zjawisko niezbyt często ma miejsce, ale jednak ostatnio trochę takich kapel się pojawiło, które mocno namieszały na rynku. Rok 2016 to nieustanne niespodzianki i największą z nich jest pojawienie się Thornbridge. Niemiecki band, który powstał w 2008 roku w końcu ma okazję pokazać się światu i przedstawić swoją muzykę. Panowie przenoszą nas do świata Helloween, Gamma Ray, Running Wild, Orden Ogan czy starego Dark Moor. Jednym słowem Thornbridge to klasyczny power metal, za którym wielu z nas tak bardzo tęskni. „What will Prevail” to coś więcej niż debiut i kolejny album na rynku, to narodziny nowej gwiazdy, które ma szanse ożywić nieco rynek muzyczny.

Już sama okładka frontowa utrzymana w klimatach Kinga Diamonda i Running Wild przyprawia o dreszcze, jednocześnie mówi do nas „ Weź, posłuchaj mnie”. Jest po prostu coś w tej okładce takiego magicznego i klasycznego, że nie trudno dać się skusić. Najlepsze jest w tym wszystkim, że niemiecka formacja ma swój pomysł, ma wizję jak grać power metal i robi to prosto z serca. Może nie jest to nic nowoczesnego i oryginalnego, ale oddaje to co najlepsze w takiej muzyce. Fani oczekują dobrej zabawy, szybkich riffów, zgranych i pomysłowych solówek z nutką finezji i hitów. Melodyjność i pomysłowość jest tutaj niezbędna, by mówić o sukcesie. Thornbridge przypomina mi młodzieńcze lata oraz to dlaczego tak kocham ten gatunek. Dobrze się tego słucha i zostaje na długo w pamięci. Skojarzenia z Orden Ogan jeśli chodzi o kompozytorstwo jak i chórki są jak najbardziej zrozumiałe i przed tym nie da się uciec. W końcu Patrick Rogalski maczał palce przy chórkach Orden Ogan. Co ciekawe sam wokal Jorga mocno przypomina głos Levermanna. Jednak Thornbridge nie jest kopią Orden Ogan, ale wpływów tej kapeli nie da się ukryć. Brzmienie bardziej nawiązuje do lat 90 i podobnie jest z kompozycjami. Jest nacisk położony na przebojowość, epicki klimat i urozmaicenie. Dzieje się sporo i właściwie nie ma na co narzekać. Band dopracował wszystko i możemy śmiało mówić o jednym z najlepszych albumów power metalowych roku 2016. Zachwyca tez praca Jorga i Patricka, którzy rozumieją się bez słów i tą chemię słychać. „Blow up the gates of Hell” to jest właśnie to czego oczekuje się od tego grania. Mocnego riffu, szybkiego tempa i odpowiedniej melodyjności. Kawałek sam wprawia nas w dobry nastrój i czuć energię bijącą z niego kawałka. Ostrzejszy jest „The dragons Reborn”, który momentami przypomina Primal Fear czy Gamma Ray. Jednym słowem klasyczny power metal osadzony w latach 90. Brawa należą się za świetne epickie chórki w tym kawałku. Marszowy i nieco toporniejszy „What Will Prevail” nasuwa namyśl najlepsze Grave Digger, paragon czy właśnie Orden Ogan. Bardzo udany kawałek, który jest wizytówką tego albumu jak i samego zespołu. Energiczny „Coachmans Curse” jak „Eternal Life” to power metalowe petardy, które napędzają ten album i dają mu kopa. Z kolei mroczny klimat pojawia się w żywym „Tower of Lies” i zadziornym „Galley of Horrors”.


Power metal rządzony jest przez takie tuzy jak Helloween, Gamma Ray, Edguy, Avantasia, Freedom Call i do grona tych najlepszych ma szanse wbić się niemiecki band Thornbridge. Brzmi jak młodszy brat Orden Ogan, tylko stawiają na bardziej klasyczne rozwiązania. Debiut brzmi jak album nagrany przez doświadczony band, a nie młody band, który rozpoczyna poważną przygodę z muzyką. „what Will Prevail” to jedna z najlepszych płyt power metalowych jakie ostatnio słyszałem. Gorąco polecam!

Ocena: 9/10

wtorek, 7 czerwca 2016

KHYMERA - The great Design (2015)

Muzyka hard rockowa i jej obecny kształt ma swojego wizjonera i człowieka, który tchnął w ten gatunek nowe życie. Tą osobą bez wątpienia jest amerykański basista, kompozytor i producent Dennis Ward. Miał ogromny wpływ na tą muzykę i dał światu takie kapele jak Place Vendome, Sunstorm, Pink Cream 69, Unisonic czy właśnie Khymera. Jest znany przede wszystkim z wygładzonego, soczystego i dopieszczonego brzmienia, a także geniuszu jeśli chodzi o kompozytorstwo. To człowiek, który ma swój styl i potrafi tworzyć prawdziwe hity, które zabierają nas do świata Magnum, Pretty maids, Aerosmith, czy A.S.A.P. Khymera to projekt muzyczny, który powstał z inicjatywy włoskiego muzyka Daniela Livareniego i wokalistę Kansas czyli Steve'a Walsha. Projekt muzyczny stał się zespołem, kiedy dołączył właśnie Dennis Ward. Teraz po 7 latach Khymera wydała długo oczekiwany trzeci album w postaci „The Grand design”. Khymera stała się właściwie dzieckiem Dennisa i przejął on kontrolę nad wieloma kwestiami. Zajął się produkcją, komponowaniem i to on również zajął się partiami wokalnymi. Mimo pewnych zmian i pewnego progresu, jest to swoista kontynuacja tego co słyszeliśmy na „The Greatest Wonder”. Dobre, chwytliwe melodie, łagodny, ciepły klimat, do tego wyrazisty i emocjonalny wokal Dennisa i mamy udany album w klimatach melodyjnego hard rocka i AOR. Na płycie przede wszystkim dobrze prezentuje się klawisze, które zabierają nas w rejony Magnum, Pretty Maids. Nutka progresywności też czai się w prezentowanej stylistyce. Otwierający „Never Give Up on You” to dobry zwiastun i zachęta by zapoznać się z całością. Mocnym uderzeniem jest „A night to Remember”, z kolei lekki „She'sgot the Love” to rasowy hard rockowy przebój. Na wyróżnienie również zasługuje przesiąknięty progresywnością „The Grand Design”. Sporo utworów urzeka swoim pięknym, romantycznym klimatem i lekkością. Dobrze to odzwierciedla „Streetlights”, który ukazuje komercyjne oblicze tego krążka. Szkoda, że na płycie jest tak mało udanych hitów jak „Finally”, w którym słychać echa Deep Purple. Solidny materiał, kwintesencja muzyki hard rockowej i AOR to jest to co można napisać o nowym albumie Khymera. Jest wszystko to do czego przyzwyczaił nas Dennis. Niedosyt lekki pozostał, bo nie jest to płyta idealna i pozbawiona wad. Jedną z nich jest mała liczba przebojów i zbyt duża liczba utworów.

Ocena: 6.5/10

sobota, 4 czerwca 2016

HOLY GRAIL - Times of Pride and Peril"

Co ma wspólnego heavy/power metalowy Holy Grail z heavy/speed metalowym White Wizzard? W obu tych kapelach pojawił wokalista James Paul Luna i perkusista Tyler Meahl. Pojedynek tych formacji jest bardziej na korzyść amerykańskiej Holy Grail. Ta kapela jest bardziej dojrzała i gra na wyższym poziomie. Holy Grail to zespół, który gra agresywnie, z pewną werwą i potrafią zaskoczyć swoją formą. W 2013 roku za sprawą „Ride The Void” podbili świat i wielu z nas zakochało się w ich muzyce. Można było poczuć jakby się słuchało mieszanki Judas Priest, Diamond Head i Tank. Kawał porządnego heavy metalu z domieszką power metalu i to im pozostało. Nowy album w postaci „Times of Pride and peril” to nic innego jak swoista kontynuacja tego co słyszeliśmy na „Ride The Void”. Choć można poczuć niedosyt, bo płyta nie dorównuje swojej poprzedniczce.

Czego zabrakło? Hmm niech pomyślę. Może przemyślanych i atrakcyjnych pod względem melodii hitów, które porwą nas w ten wir muzyki Holy grail. Tutaj wszystko jest jakby ugrzecznione i pozbawione energii. Uleciała przebojowość i ciekawe melodie. W efekcie pozostał nam solidny heavy/power metal, który ma w sobie zbyt dużo rzemieślnictwa. „Apetheosis” to dobry przykład tego właśnie średnich lotów heavy metalu, który momentami jest nijaki. Płyta sama w sobie nie jest zła, bo mamy przecież utwory, które zapierają dech w piersiach i mam tu na myśli otwierający „Crystal King”. Bardzo dobra kompozycja utrzymana w stylizacji Judas Priest, która cechuje się mocnym riffem i niezłym popisem wokalnym Jamesa. Mocnym uderzeniem jest również energiczny „Sudden Death”, który potwierdza że Holy Grail to dobry band, który grać potrafi. Nieco inne oblicze kapeli pokazuje stonowany „Those Who Will Remain” w którym więcej jest z hard rocka niż heavy metalu. Dobrze się słucha takich petard jak „Descent into Mealstrom” czy „No more Hereos”, które mają coś z Bloodbound czy Gamma Ray. Najlepszym utworem na płycie jest zamykający „Black Lotus”, który jednocześnie jest najdłuższym kawałkiem na krążku. Przez 9 min dzieje się naprawdę sporo. Co zachwyca w tej kompozycji to złożone i rozbudowane partie solowe i spora dawka energii. Na plus również klimaty neoklasyczne. Taki utwór daje nadzieje, że kolejny album może być tylko lepszy.

Na pewno nie udało się nagrać tak udanego krążka jak „Ride The Void”, ale nowe dzieło jest solidne i też ma kilka mocnych punktów. Jednym z nich jest soczyste brzmienie i petarda w postaci „Black Lotus” czy „Crystal King”. Zespół gra mocny, zadziorny heavy/power metal i wie jak grać na wysokim poziomie i z pewnością nie raz nas zaskoczą, ale nowy album jednak troszkę rozczarował i brakuje tutaj wykończenia. Szkoda, bo album nie jest wcale taki zły jak mógłby się wydawać.

Ocena: 7/10

czwartek, 2 czerwca 2016

THE UNGUIDED - Lust and Loathing (2016)

Bracia Roger i Richard Sjunnesson tworzyli zgrany duet w Sonic Syndicate, jednak ze względu na różne poglądy muzyczne opuścili ten band w 2010 r. Szwedzi nie zakończyli swojej podróży na tym etapie i postanowili ewoluować i stworzyć coś własnego. Tak o to narodził się The Unguided, który miał być czymś co przypomni nam właśnie twórczość Sonic Syndicate, a jednocześnie zabierze nas w rejony muzyczne Soilwork, In Flames, czy Scar Symmetry. W efekcie powstał naprawdę ciekawy band, który potrafi pomieszać grove metal, metalcore, czy melodyjny death metal, wykorzystując harsh wokale, partie czystego, epickiego wokalu i futurystyczne klawisze. Nutka progresywności i nowoczesności też jest tutaj obecna. By przekonać się o wyjątkowości tego zespołu nie trzeba daleko sięgać, wystarczy odpalić najnowsze dzieło w postaci „Lust and Loathing”.

Nie jestem fanem eksperymentów, ale to co gra ten szwedzki band trafia w mój gust. Jest to nowoczesne, zaskakujące, pełne świeżości i bardzo chwytliwe. Jest agresja, dynamika i przebojowość, a to sprawia że płyta jest łatwa w odbiorze. Wokal Rolanda Johanssona dodaje uroku i nieco komercyjności i takiej rockowej otoczki. Richard Sjunnesson swoim harsh wokalem nadaje całości agresywności i brutalności. Ciekawa mieszanka wychodzi z tego. Partie gitarowe też są urozmaicone i pełne niespodzianek. W połączeniu z pokręconymi i wyszukanymi partiami klawiszowymi stanowią mur nie do przebicia. Soczyste i czyste brzmienie tylko podkreśla atuty zespołu i ich umiejętności. Słucha się tego z wypiekami na twarzy. „Enraged” to trafiony otwieracz, który pokazuje ową przebojowość i świeżość. Dyskotekowe klawisze, odrobina słodkości wymieszanej z brutalnością, rockowym klimatem i progresywności. Wszystko współgra i nie ma mowy o chaosie. W takim „The Worst Day” można uświadczyć z pewnością komercję, ale pojawia się tylko w początkowej fazie, bo tutaj dominuje melodyjny death metal. Świetny klimat s-f pojawia się w melodyjnym i chwytliwym „King of Clubs”, który jest jednym z największych hitów na płycie. Lżejszy w swojej formie jest nieco rockowy „Heartseeker”. Na płycie jest sporo mocnych kawałków z ostrym riffem i taki właśnie jest „Phobos Grip” czy „Operation EAE”. Całość zamyka klimatyczny i nieco futurystyczny „Hate”.

Ta płyta może łączyć pokolenia i fanów różnych gatunków. Ma w sobie coś z modern rocka, coś melodyjnego death metalu, metalcoru czy groove metalu. Jednocześnie na płycie pojawia się komercyjność i patenty jakby wyjęte z popu, co słychać choćby w refrenach. Płyta imponuje swoją formą i aranżacjami. Zespół jest zgrany i dojrzały i wie jak stworzyć materiał godny uwagi. Nie często trafi się na taki krążek, gdzie bije taka świeżość i taka pomysłowość co do samego stylu. Jeśli tak ma wyglądać przyszłość to nie mam nic przeciwko temu. The Unguided zaimponował mi i czekam na więcej.

Ocena: 8.5/10

poniedziałek, 30 maja 2016

BLACK ACES - Shot in the Dark (2016)

Dawno nie było żadnego klona Ac/Dc czyż nie? Może zapomnieć o tym, że moda na muzykę w stylu Ac/Dc się skończy. Popyt na taką muzykę wciąż jest, zwłaszcza że Ac/Dc zbliża się ku emeryturze. Na szczęście jest kilka zespołów, które kontynuują twórczość Ac/Dc i właściwie każdego roku wypływa jakiś band, który gra mocnego hard rocka w stylu elektryków. Black Aces działa od 2013 r i wcześniej jakoś większego rozgłosu nie zdobyli, ale teraz wszystko się zmieni za sprawą debiutu „Shot In the Dark”. Energiczny hard rock z domieszką rock;n rolla, który zabiera nas do lat 70 i początków Ac/Dc, kiedy to zespół napędzał Bon Scott. Tutaj w Black Aces jest równie charyzmatyczny Tyler, który ma coś z maniery Bona Scotta. Pomijając już kwestię samego wokalu, panowie zadbali o to by brzmienie również mocno było osadzone w latach 70 czy 80. To wszystko jeszcze bardziej nas zbliża do najlepszych płyt Ac/Dc i jeszcze dodaje większego uroku. Sukces debiutanckiego krążka australijskiej formacji leży przede wszystkim u podłoży zgranego duetu gitarzystów i sporej ilości przebojów. Riffy są mocne i zadziorne, wszystko ładnie bujała i dostarcza nam dobrej zabawy. Solówki melodyjne i z nutka finezji, a do tego ta lekkość. Dość szybko przemija muzyka zawarta na tej płycie co tylko potwierdza o jakości. Otwierający „Shot in the dark” to prawdziwa jazda bez trzymanki i na taki hard rock zawsze warto czekać. Przebojowy „Girl like You” brzmi jak hołd dla „Highway to Hell”.Bardziej heavy metalowy „Back in the Chain” to już bardziej rock;n rollowa petarda z szybszym riffem. W „Sick As Dog” można doszukać się wpływów „Ballbreaker”. Pozytywną energią kipi rozpędzony „Let it Roll”. Płyta wypchana jest dobrymi kawałkami, a każdy z nich to prawdziwa petarda. „Rough Touch” to przykład jak grać mocny hard rock w stylu Ac/Dc i to na wysokim poziomie. Na koniec mamy stonowany i mroczniejszy „The Walls”, który wyróżnia się pod względem samej konwencji. Niby nic nowego i to wszystko już słyszeliśmy, ale wciąż wzbudza wielką radość taki prosty, energiczny hard rock w stylu Ac/Dc. Taka muzyka nigdy się nie znudzi i można jej słuchać w nieskończoność.

Ocena: 8.5/10

sobota, 28 maja 2016

SILVERBONES - Wild Waves (2016)

Muzyka i twórczość Running Wild miała i w sumie dalej ma ogromny wpływ na muzykę heavy metalową. Charakterystyczne melodie, brzmienie gitar, odpowiednie pirackie refreny i przebojowość to jest coś co Running Wild robił na wysokim poziomie i pokazał wszystkim że można. Rock'n Rolf stworzył jedną z najlepszych kapel metalowych, która natchnęła Ceda z Blazon Stone, muzyków Powerwolf, Lonewolf, czy też właśnie Silverbones. Ten ostatni nie jest jeszcze tak znany, w końcu ich debiutancki album „Wild Waves” ma 15 czerwca tego roku. Co warto wiedzieć o tej kapeli i samym albumie?

Silverbones powstał w 2013 r inicjatywy Adrea Franceschi, który zajął się również wokalem, graniem na basie i komponowaniem kompozycji. To on też dostarczył pomysłu na frontową okładkę „Wild Waves”. Jest takim włoskim Rock;n Rolfem, który pełni wiele funkcji i stara się być kapitanem na swoim pokładzie. Sam zespół grał już wiele koncertów, w tym również na ziemi polskiej i ma już 3 letnie doświadczenie. Jeśli chodzi o muzykę Silverbones to jest to heavy/speed/power metal w stylu Running Wild. Sporą rolę odegrał Ced z Blazon stone, który zadbał o odpowiednie brzmienie i jakość całej płyty. Na płycie słychać echa wczesnego Running Wild z okresu „Port Royal” czy „Blazon stone”. Zaczyna się typowo, bo od intra. Akurat „Cry For Freedom” to mocne intro, które oddaje najlepsze lata Running Wild. To się nazywa dobry start. Sporo klasycznego grania spod znaku Rock;n Rolfa uświadczymy w przebojowym „Wild Waves”, który najlepiej oddaje klimat całej płyty. „Royal Tyrants” w rzeczy samej brzmi jak zaginiony kawałek z płyty „Port Royal” a wszystko dzięki odpowiedniej melodyjności i klimatowi. „Queen Anna's Revenge” zaczyna się od akustycznej partii gitarowej i w sumie tak zaczynały się najciekawsze kawałki Running Wild. Ta rozbudowana kompozycja również należy do tych najlepszych na płycie. Zespół całkiem dobrze radzi sobie w sferze gitarowej co potwierdza talent Ricardo. Bardziej stonowany jest „The Undead”, który ukazuje mroczny klimat. Nie brakuje szybszych petard i w tej roli sprawdza się energiczny „Raiders of the New World” czy melodyjny „Wicked Kings”, które również mają coś z płyty „Port Royal”. Na sam koniec mamy jeden z najlepszych przebojów na płycie, a mianowicie „Hellblazer” i rozbudowany „Black bart” trwający prawie 8 minut. Znakomite zwieńczenie tak udanej płyty w klimacie Running Wild.

Nie jest łatwo nawiązać do ponadczasowego Running Wild, który tak wiele osiągnął i stworzył taki jedyny w swoim rodzaju styl. Jednak Blazon Stone czy właśnie Silverbones pokazują, że można. „Wild Waves” to miła wycieczka do twórczości Running Wild z okresu „Port Royal”. Sam zespół ma w sobie to coś, co sprawia że debiutancki album brzmi jakby nagrała go doświadczona kapela z wieloletnim stażem. Nie ma słabych utworów, a każdy kawałek to miła frajda dla fanów takiej muzyki. Warto mieć ten album w swojej kolekcji, zwłaszcza jeśli płynie w nas piracka krew.

Ocena: 9/10

piątek, 27 maja 2016

AVENGEUS - New Beginning (2016)

Czasami przychodzi taki dzień, że mamy ochotę na granie świeże, nowoczesne z elementami różnych gatunków. Taki mocny zastrzyk energii, który pozwoli nam odprężyć się i dać się porwać emocjom. W tej kategorii dobrze sprawdzi się nowość na szwedzkiej scenie metalowej w postaci Avengeus. 5 muzyków w 2011 założyło band, który potrafi odnaleźć się na gruncie melodyjnego metalu, w którym wybrzmiewają wpływy Ac/Dc, Dokken, Metallica, Nightmare czy Primal fear. Młody i pełen werwy band postanowił dać światu dobrze zgrany metal z elementami hard rocka, który opiera się na mocnych riffach, soczystej sekcji rytmicznej i wyrazistym wokalu Niclasa. Dzięki niemu bez wątpienia całość brzmi bardziej nowocześnie i soczyście. Jednak pierwsze skrzypce w tym zespole grają gitarzyści, którzy urozmaicają tą płytę i nadają jej odpowiedniego tonu. Jest rytmiczność, jest pazur i cały czas się coś dzieje. Nie można się tutaj nudzić i kilka utworów naprawdę potrafi miło zaskoczyć. „As The Pillars Burn” to dobry przykład tego miłego zaskoczenia, bo jest to prawdziwa petarda. Ostry, zdecydowany riff, odpowiednie tempo i dobre zgranie gitar. To jest porządny heavy/power metal, który zadowoli nawet tych bardziej marudnych słuchaczy. W podobnej konwencji utrzymany jest toporniejszy „Hunger”, który ukazuje agresywniejszą stronę zespołu. Wpływy Metaliki słychać w stonowanym „What Must Die”, zaś „Replaced” to dobry przykład hard rockowego przeboju. Słabym punktem na krążku są komercyjne kawałki, które mają pełnić funkcję ballad. Niestety taki spokojniejszy „Fading Misery” jest niewypałem. Na koniec mamy rozbudowany „The End” , który w sumie jest najciekawszym utworem na płycie, który pokazuje że jednak zespół stać na ciekawy i bardziej złożony kawałek z pewnymi progresywnymi zacięciami. W tej sytuacji werdykt jest tylko jeden. „New Beginning” to udany debiut szwedzkiej formacji, która grać potrafi i wie jak grać heavy metal w nowoczesnej oprawie. Jedynie czego brakuje to „kropki nad i” i ostatecznego szlifu.


Ocena: 7/10

środa, 25 maja 2016

KNIGHTMARE - Wolves of Retribution (2016)

4 lata przyszło czekać fanom amerykańskiej formacji Knightmare, która skupia się na graniu pozytywnie zakręconego heavy/power metalu, w którym słychać echa Hammerfall, Jag Panzer, czy Iron maiden. Wychodzi z tego niezła mieszanka i można łatwo się pogubić czy to amerykańska formacja czy też brytyjska. W swojej formule bliżej im do tych zespołów brytyjskich z lat 80. Nie jest to żadna ujma, ale pokazuje jak zespół bywa elastyczny. Ta amerykańska formacja działa od 2010 r i nagrała już dwa albumy, z czego „Wolves of Retribution” to ich najnowsze dzieło. Panowie nie pokusili się o bardziej oryginalną nazwę zespołu, to teraz tylko tracą na tym. Takich zespołów o takiej nazwie troszkę jest i to w samej Ameryce. No cóż, ale band nie składa broni, a ich najnowszy krążek to prawdziwa uczta dla fanów tradycyjnego heavy/power metalu. Muzyka mocno osadzono jest w latach 80 i nie chodzi mi tu tylko o dobrze dostrojone brzmienie czy klimatyczną, ręcznie narysowaną okładkę. Po prostu to jak zespół skomponował utwory, to jak brzmi wokalista Anthony tylko bardziej nas zbliża do tamtych lat. Skojarzenia z Iron maiden czy Jag Panzer są i to w dużej ilości, ale to akurat spora korzyść dla płyty. Jest melodyjnie i nie brakuje hitów, które napędzają płytę. Mamy tylko 8 utworów dających 47 minut muzyki utrzymanej na wysokim poziomie. Już Jared i Reid zadbali o to byśmy się nudzili. To właśnie ich wspólna praca i popisy nadały temu wydawnictwu charakteru i ognia. Zaczyna się od mocnego wejścia w postaci „Children of Hell”. Brzmi to jak hołd dla NWOBHM i wczesnego Iron maiden. Jeszcze lepiej wypada nieco marszowy „Wolves of Retribution” i to jest kwintesencja twórczości żelaznej dziewicy i heavy metalu lat 80. Pierwszym bardziej złożonym kawałkiem na płycie jest rytmiczny „Underground Revolution”. Nutka power metalu pojawia się w szybszym „Days of The King” czy melodyjnym „Set in Stone”. Najlepiej prezentują się dwa kolosy o charakterze epickim czyli „Savage Den” oraz mroczny „Demon's Waltz”, które potrafią zauroczyć swoimi aranżacjami. Można by rzec jedna płyta z wielu, ale jednak amerykańska otoczka, specyfika i kompozycje sprawiają że ma swój własny urok. Płyta robi spore wrażenie i zapewne tak szybko nie zapomnimy o niej. Pozycja obowiązkowa nie tylko dla maniaków Iron Maiden czy amerykańskiego heavy/power metalu.

Ocena: 8/10

niedziela, 22 maja 2016

HAMMERSCHMITT - United (2016)

Fanów Hard rocka powinien zainteresować powrót niemieckiej formacji Hammerschmitt, która powstała w 1997 r. Nie jest to może kapela, którą stać na coś wielkiego, ale ich najnowszy krążek w postaci „United” wstydu nie przynosi. Płyta jest pełna cytatów i odesłań do twórczości Dokken, Motley Crue, Slade, Def leppard czy Ac/Dc. Przewijają się znane nam motywy, riffy i rozwiązania w poszczególnych kawałkach. Tak więc pod wieloma względami „United” to płyta wtórna i pozbawiona świeżości. Ma jednak kilka atutów. Jednym z tych najważniejszych to owa przebojowość, która napędza ten album. W takiej muzyce ten czynnik jest wręcz niezbędny, by płyta była udana. Hammerchmitt wyróżnia się specyficznym wokalistą Benem, który nie grzeszy techniką czy agresywnością. Śpiewa w swoim stylu i dzięki temu Hammerschmit ma swój charakter. Znacznie więcej pracy włożyli w całość gitarzyści i tutaj Summi jak Gernot radzą sobie z swoimi obowiązkami. Na płycie znajdziemy kilka mocnych kawałków, które zapadną głęboko w pamięci. Na pewno takim utworem jest heavy metalowy otwieracz „Metalheads”, który brzmi jak mieszanka Hammerfall i U.D.O. Rytmiczny i mocny riff, do tego spora dawka przebojowości i hit gotowy. Równie pozytywne emocje wzbudza agresywniejszy „Mean streak”, czy lżejszy „Crazy World”, który jest hołdem dla Scorpions. Nieco irytuje cover The cranberies w postaci kultowego „Zombie”, który nie wymaga już żadnych poprawek czy odświeżeń. Do udanych kawałków, które cechują się niezwykłą melodyjnością warto zaliczyć „Still On Fire”. Całość zamyka klimatyczna i wciągająca ballada „Killed by Death”, która łapie za serce. Solidny album, który miło się słucha w wolnej chwili. Dobry do odprężenia i jako tło do podróży samochody, ale nie jest to coś ambitnego, co zostanie z nami do końca roku.

Ocena: 5.5/10

sobota, 21 maja 2016

LONEWOLF - The Heathen Dawn (2016)

Micheal Hellstrom to gitarzysta znany przede wszystkim z twórczości Elvenstorm. Dla wielu fanów klasycznego heavy/speed metal mistrz i człowiek, który czego nie dotknie to tworzy coś niezwykłego i magicznego. Elvestorm to jeden z najlepszych bandów grających klasyczny heavy/speed metal i przykład geniuszu. Tak dzięki nim muzyka takich kapel jak Running Wild, Stormwarrior czy Paragon dalej istnieje i ma się dobrze. Dobre jest to, że ten świetny gitarzysta zasilił francuski band Lonewolf, który również specjalizuje się w klasycznym heavy/speed metalu spod znaku Running Wild. Band od lat nagrywa świetne albumy i w sumie ani razu nie zawiódł fanów. Wypracowali swój styl, który mocno ociera się o twórczość Grave Digger i Running Wild. Charakterystyczny wokal Jensa i spora dawka energicznych i melodyjnych solówek to ich znak rozpoznawczy. Ten piracki duch jest to uchwycenia w każdej kompozycji. Bez Micheala Hellstroma ten band czynił cuda i nagrywał świetne albumy, a teraz mają na pokładzie tego gitarzystę mogą tworzyć coś genialnego i ponadczasowego. Najnowszy album „The Heathen Dawn” to kontynuacja tego co mieliśmy na poprzednich płytach. Jednak jest więcej elementów wyjętych z Running wild, jest więcej piractwa, jest więcej przebojów, a sam album zasługuje na miano jednego z najlepszych w dyskografii francuzów. Płyta wyróżnia się lekkością jeśli chodzi o aranżacje i choć jest tutaj nacisk na heavy/speed metalową formułę to nie brakuje elementów stricte power metalowych. Inną rzeczą jest fakt, że zespół nie pozwolił sobie na nudę i nijakie kompozycje. Każdy z nich to czysta perfekcja i wycieczką w różny rejon. To jest właśnie największy atut tej płyty. Cały czas trzyma w napięciu i dostarcza sporej frajdy. Band się bawi elementami muzyki Running Wild i wszystko tworzy w taki sposób, że jest w tym świeżość i nutka zaskoczenia. Już sama frontowa okładka jasno daje do zrozumienia czego mamy się spodziewać po tej płycie. Jednak nikt by nie przypuszczał, że płyta tak wyładowana jest hitami, które powalają na kolana. „A call to Wolves” to epickie intro, które ma w sobie magiczny klimat i w rzeczy samej przypomina nam intra Running Wild. Podniosła melodia, żwawy riff, niezwykła lekkość i przebojowość, a z drugiej strony energia i agresja. To się nazywa czysty geniusz i „Wolfsblut” wpisuje się w ten wysoki standard. Z kolei riff i początkowa faza „Demons Fire” przypomina do bólu „empire of the Undead” Gamma Ray. Choć i tutaj nie brakuje miłych nawiązań do Running Wild. Prawdziwa petarda w nieco power metalowej konwencji. Running Wild potrafił umiejętnie wykorzystać elementy akustyczne, by budować piracki klimat. Lonewolf w „Keeper of the Underworld” tez dobrze wykorzystują ten patent i wyszedł im prawdziwy hit. Od samego początku z kawałka wydobywa się piracki klimat. W innej konwencji utrzymany jest marszowy „When the angels Falls”, który przemyca troszkę elementów topornego grave Digger czy przebojowego Hammerfall. Jest to również pierwszy nieco ostrzejszy i mroczniejszy utwór na tej płycie, co tylko pokazuje jak dobrze funkcjonuje tutaj różnorodność. Przebojowość i chwytliwa melodia to atuty znakomitego „Until the End”. Micheal z Elvenstorm pokazuje tutaj swoje wszelkie atuty i gitarowy geniusz. Dobra kompozycja dla fanów Crystal Viper. Dalej mamy bardziej power metalową petardę w postaci „Rise to Victory” i tutaj przypominają się stare dobre czasy Running Wild z ery „Pile of Skulls”. Tytułowy „Heathen Dawn” to kwintesencja heavy/power metalu i znakomite nawiązanie do twórczości Hammerfall, Accept czy Manowar. Oczywiście styl i klimat osadzony jest w pirackim świecie Running Wild. Całość zamyka również pomysłowy i żywiołowy „Song for the Fallen”, który idealnie wieńczy ten album. Ta kompozycja to również hołd dla twórczości Rock'n Rolfa, ale odświeżona i podana w stylu Lonewolf. Na próżno szukać tutaj wad i potknięć. Nie ma słabych kawałków, nie ma nudnych melodii, jest za to różnorodność, duża dawka trafiony i wciągających melodii. Nowy album pokazuje świeżość, klasę, a jednocześnie zamiłowanie Lonewolf twórczością Running Wild. Mają na swoim koncie sporo albumów i nie łatwo jest wybrać ten najlepszy. „The Heathen dawn” zajmuje wysokie miejsce na podium w dyskografii francuskiego zespołu.

Ocena: 10/10

piątek, 20 maja 2016

SPLIT HEAVEN - Death Rider (2016)

Koniec czekania nowy album Split heaven już jest i można znów delektować się solidnym heavy metalem w stylu lat 80. Jednak 3 lata nie zostały zmarnowane i zespół dokonał pewnych zmian. Zatrudniono nowego wokalistę w postaci Jasona Conde- Houstona, który znany jest nam z speed metalowego Skelator. Z kolei Carlo Hernandez objął funkcję gitarzysty, a sam zespół jeszcze bardziej skupił się na aspekcie kompozytorskim. Owocem tych zmian jest 4 album zatytułowany „Death Rider” i podobnie jak dwa poprzednie krążki ukazał się on pod skrzydłem Pure steel Records. Jason to wokalista doświadczony i radzi sobie w takim graniu, zwłaszcza że ma spore możliwości. Dzięki niemu nowy krążek Split Heaven na mocy i zyskuje jeszcze większą przestrzeń. To sprawia, że zespół potrafi nas zaskoczyć. Jego styl śpiewania przypomina momentami Jamesa Rivera czy Ralfa Scheepersa. Sama muzyka ociera się o wczesny Judas Priest, Iron Maiden, Anvil, czy Helstar. Rozpędzona sekcja rytmiczna, ostre riffy, spora dawka przebojowości napędzają owe wydawnictwo, a to tylko jeszcze bardziej zbliża nas do lat 80. Niby prosty styl, ale trzeba przyznać, że zdaje egzamin. Tak samo działa na nas okładka, który jest pełna mroku. Na płycie znalazło się 10 kompozycji osadzony w stylistyce heavy/speed metal z domieszką NWOBHM. Największą atrakcją na płycie są oczywiście te szybkie petardy, które są w jakiś sposób powiązane z twórczością Skelator. Dobrze nas wprowadza energiczny „Death Rider” czy przesiąknięty Accept „Awaken The Tyrant”. Złożone partie solowe Carla stanowią trzon rytmicznego „To The Fallen”, który ma być wycieczką po twórczości Judas Priest. Duch Running Wild, czy Warlock słychać w „Speed of Hawk” i takie proste, speed metalowe kompozycje zawsze znajdą szerokie grono słuchaczy. Nieco odstaje od reszty hard rockowy „Ghost of Desire” z riffem mocno przypominającym dokonania Scorpions. Z kolei najostrzejszym kawałkiem na płycie jest „Sacrifice”, który ma pewne znamiona thrash metalu. Bardzo dobrze urozmaicona jest ta płyta i co chwilę coś się dzieje i taki „Descarga Letal” to przykład przebojowości na tym krążku. Całość zamyka solidny „Destructor” i w taki o to sposób kończy się nowy album meksykańskiej formacji. Słychać wzrost formy i dopracowanie materiału. Zespół zyskał na mocy dzięki nowemu wokaliście i fani speed metalu nie będą czuć się zawiedzeni. Płyta od samego początku do samego końca trzyma w napięciu i dostarcza sporo frajdy.

Ocena: 8/10

środa, 18 maja 2016

ENFARCE - Superhero Diares part II (2016)

W roku 2014 fiński power metalowy band Enfarce rozpoczął swoją historię o pozaziemskim bohaterem, który otrzymał sygnał z Ziemi. Jego misją jest usunąć wszelkie zło na ziemi oraz problemy, które pojawiają się na Ziemi. Nie wszystko zawsze idzie po jego myśli i często musi pokonywać różne przeszkody. Enfarce postanowił ową historię rozbić na dwa albumy, co przypomina wyczyn Helloween w postaci „The Keeper Of the Seven Keyes”. Skojarzenia z Helloween, Gamma Ray, Avantasia, Insania czy Edguy są tutaj obecne i przed tym nie da się uciec. Pierwsza część „Superhero Diares” nie do końca mnie przekonała, bowiem brakowało mi rasowych przebojów i takiej pomysłowości ze strony zespoły. Debiutancki album był jakby obdarty z hitów i godnych zapamiętania melodii, a przecież płyty Gamma Ray czy Helloween właśnie słyną z tego. Na szczęście Enfarce postanowił nam zrobić niespodziankę i druga część „Superhero Diares” jest już o wiele ciekawsza i bardziej zbliżona do twórczości wczesnego Helloween.

Niby stylistyka pozostała bez zmian i dalej mamy słodki europejski power metal przesiąknięty twórczością Helloween z lat 80, Gamma ray, czy Freedom call. Również tematycznie pozostajemy w świecie s-f. Wychodzi z tego ciekawa mieszanka i dzięki temu zespół może wyróżniać się na tle innych młodych power metalowych kapel. O wiele lepiej brzmi wokalista Ricky, który często przypomina wyczyny Micheala Kiske. Rozwinął się i słychać pracował nad swoją formą. Najwięcej pracy w nowy album włożyli gitarzyści Ade i Matias. Dopracowali swoje zgranie i w końcu są efekty. Sporej ilości złożonych i melodyjnych solówek, które faktycznie nasuwają „The Keeper of the seven Keys” Helloween. W każdym utworze właściwie pojawia się ciekawy, wyrazisty riff i dobrze rozplanowane solówki. Nie można się tutaj nudzić jak w przypadku debiutu i aż dziw bierze, że to dalej ten sam zespół. Zmiana jest ogromna i to na lepsze. Enfarce od razu wbija się do grona tych najciekawszych power metalowych kapel ostatnich lat. „the Nebula Overture” to melodyjne intro z futurystyczną melodią, która brzmi nieco jak te z gier na Pegazusa. Dalej mamy 6 minutowy „death of fallen Star”, który zaczyna się marszowym motywem. Jednak z każdą sekundą nabiera mocy i przebojowości. Nasuwa się wczesny Helloween, Insania, Trick or Treat czy Gamma Ray z okresu „Powerplant”. Riff prosty, ale niezwykle melodyjny i energiczny,a co najlepsze mocno uderza w najlepsze płyty najlepszych zespołów power metalowych. Płynne przejścia gitarzystów i spora dawka melodyjnych zagrywek sprawia, że mamy do czynienia z prawdziwą petardą. W „The Landing” można przekonać się jak rozwinął się duet gitarzystów w postaci Ade/ Matias”. Ich gra jest urozmaicona i dobrze rozplanowana. Nie można się nudzić przy tym co wygrywają nam. Niby mamy krótki kawałek, a tyle się w nim dzieje. Ricky wokalnie też się rozwinął i podszkolił się w tej dziedzinie. Tak agresywnie jak w „I enforce” jeszcze nie śpiewał i to budzi podziw. „Into The Delirium” bardzo energiczny przerywnik, który może być czymś na miarę „Fairytale” Gamma Ray. Na płycie pełno ciekawych motywów i każdy z nich ma swój charakter, swój styl. Taki „Super heroine” to taka mieszanka wczesnego Eguy, Gamma Ray czy Lost Horizon. W podobnej konwencji utrzymany jest pozytywnie zakręcony „Save Us”, który o dziwo nie jest coverem Helloween. Na szczególną uwagę zasługuje kolos w postaci „The Conclussion Ends it all”. W 10 minutach zespół zawarł sporo ciekawych motywów i sam utwór kipi energią i w żaden sposób nie nudzi, co jest sporym osiągnięciem. Całość zamyka kolejna petarda w postaci „ Song of the stars”, który przypomina poniekąd Timeless Miracle.

Tak jak pierwszy album był nudny, przewidywalny i bez ikry, tak druga część „Superhero Diares” jest zupełnym przeciwieństwem. Mamy hity, album kipi energią i od samego początku do samego końca trzyma w napięciu. Każdy utwór to prawdziwa uczta dla maniaków starego Helloween, Gamma ray, czy Insania. Niby nic nowego, a daje tyle radości. Gorąco polecam.

Ocena: 9/10

niedziela, 15 maja 2016

GRAND MAGUS - Sword Songs (2016)

Nikt tak dobrze nie łączy epickiego heavy metalu z mrocznym i ponurym doom metalem tak jak Grand Magus. Szwedzki band raczy nas swoją muzyką od roku 1999 i właściwie przez ten cały czas dali się nam poznać jako ambitny i dobrze wyszkolony band, który zna swoją wartość. Szybko opracowali swój styl bazując na prostych i pomysłowych motywach, na mrocznym klimacie, a także na specyficznym wokalu JB Christoffersonowi. Grand Magus to przede wszystkim zespół, który przez wszystkie albumy pokazuje swój potencjał i nigdy właściwie nie zawiódł swoich fanów. Choć ostatnie albumy w tym „The Hunt” nie wzbudzały takich emocji jak świetny i dobrze wyważony „Iron Will” z roku 2008r. To też oczekiwania względem najnowszego „Sword Songs” nie były specjalnie wygórowane. Liczyłem na typowy materiał do jakiego przyzwyczaił nas ten band i właściwie nic ponadto. Nie sądziłem, że zespół jest jeszcze wstanie zrobić taki zryw i zbliżyć się do poziomu z „Iron Will”. Już otwieracz „Frejas Choice” pokazuje, że zespół znów zaczyna tworzyć hity. Melodyjne solówki, elementy NWOBHM, czy wreszcie pomysłowy główny motyw to elementy, które tylko potwierdzają wysoką formę zespołu. Do promocji albumu posłużył klip do „Varangian” i to był dobry wybór. Utwór łatwy w odbiorze i w pełni oddający klimat nowego krążka. W dodatku zachęca do zapoznania się z całością. Co mi zaimponowało na „Sword Songs” to nietypowa dynamika i naprawdę sporo tutaj szybkich kompozycji. „Forged in Iron – Crowned in Steel”, przesiąknięty Iron Maiden „Last one To Fall” czy ostrzejszy „Master of the land” znakomicie oddają właśnie ten styl kompozycji. Podobnie jak na „Iron Will” tak i tutaj kluczową rolę odgrywa soczyste i mocarne brzmienie, które podkreśla epickość i umiejętności muzyków. W sumie urozmaicenie, to kolejna cecha, która przypomina mi o albumie z roku 2008. Zespół cały czas zaskakuje choćby nieco hard rockowym „Frost and fire”, klimatycznym „Hugr”, czy wreszcie epickim i marszowym „Every Day theres a battle to Fight”. Ten ostatni to kwintesencja Grand Magus i ich stylu. Wysoki poziom utrzymany do samego końca, a to się ceni. W rozszerzonej wersji mamy dodatkowy kawałek w postaci energicznego „In for the kill” i coveru Deep Purple i tutaj mamy świetny „Stormbringer”. Nie ma słabych momentów i właściwy każdy utwór to prawdziwy killer, który znów pozwala nam zachwycać się muzyką Grand Magus na nowo. Najlepszy album od czasów „Iron Will”.

Ocena: 9.5/10

DESTRUCTION - Under Attack (2016)

Ostatnim udanym albumem niemieckiej formacji Destruction był „D.e.v.o.l.u.t.i.o.n” i głównym tego powodem w sumie jest fakt, że wnosił on spore ilości świeżości. Nieco skostniały Destruction ożył i zaczął grać w tamtym okresie naprawdę interesująco. Kolejne albumy niestety były nieco monotonne i takie na jedno kopyto. Teraz po 4 latach band powraca z nowym krążkiem zatytułowanym „Under Attack”. W końcu pojawiła się nadzieją, że znów dostaniemy ostry i bezkompromisowy krążek, który przypomni kultowe krążki tej formacji. Czy rzeczywiście sen o klasycznym albumie Destruction spełnił się?

Na pewno plusem jest to, że płyta jest agresywna, dynamiczna, nawiązuje do starych płyt, a przy tym jest bardzo thrash metalowo. Zespół dawno nie brzmiał tak soczyście i tak mocarnie. Nie ma nudy, nie ma zbędnych kawałków i elementów, który psują ten efekt. Schmier mimo swoich lat wciąż sprawdza się w roli wokalisty. Jest zadziorny, jest technika, a wszystko idealnie współgra z warstwą instrumentalną. Nie tak dawno śpiewał na płycie Panzer, która jeszcze bardziej ukazała jego umiejętności wokalne. Słychać na nowym albumie, że formę wciąż ma. Brzmienie jest mocną stroną tego albumu i tylko podkreśla jaki jest ten album. Zespół postawił na agresywne riffy, na szybkie tempo i rasowy thrash metal w teutońskim wydaniu. Tytułowy „Under Attack” zaczyna się klimatycznie i spokojna akustyczna melodia potrafi oczarować. Utwór szybko nabiera mocy i przeradza się w prawdziwą petardę. Jest to jeden z najlepszych kawałków jakie ostatnio stworzył Destruction. Do niego nakręcono klip i to on posłużył do promocji krążka. Jeszcze lepszy jest „Generation Nevermore”, w którym popis swoich umiejętności daje gitarzysta Mike. Jest pomysł na główny riff, jest szybkość i słucha się tego z wielkim podziwem. Typową niemiecką toporność uświadczymy w bardziej technicznym „Dethroned”. Tutaj zespół momentami zbliża się do stylu Death Angel, co bardzo mi przypadło do gustu. Na płycie pojawił się też kolos „Getting used to the evil”, który pokazuje progresywne oblicze. Sam utwór jest słabszym punktem płyty. Dużo jest prawdziwych killerów, które imponują dynamiką i agresją. W tej kategorii znajduje się „Pathogenic”, „Elegant Pigs” czy złowieszczy „Second To None”, który zawiera wszystko to co najlepsze w Destruction. Do tych najciekawszych utworów warto zaliczyć brutalny „Stigmitized”. To jest właśnie niezbity dowód na to, że Destruction przypomniał sobie stare dobre czasy. Na plus też zaliczam cover Venom w postaci „Black Metal”.

Jednak Destruction nie zapomniał jak grać wysokiej próby thrash metal. Różnie to z nimi jest, różne płyty nagrywali i zdarzały się wpadki, ale teraz zespół powraca z naprawdę udanym i przemyślanym albumem. „Under Attack” to ich najlepszy album od czasów „D.e.v.o.l.u.t.i.o.n” i w sumie bardziej nawiązuje do tych klasycznych wydawnictw.

Ocena: 9/10

IRON SAVIOR - Titancraft (2016)

Wkład Pieta Sielcka w rozwój heavy/power metalu jest spory i jest to jeden z najważniejszych muzyków w tym gatunku. W końcu to właśnie on odpowiada za maczanie przy płytach takich zespołów jak Paragon, Stormwarrior, Persuader, Wizard, czy Blind Guardian. Często spełnia się w roli producenta, kolesia odpowiedzialnego za brzmienie. Jakby tego było mało, to jeszcze często występuje w roli gościa, który użycza swojego wokalu czy pomysłowości w tworzeniu ciekawych riffów czy solówek. W sumie na tym nie koniec jeśli chodzi o wkład tego pana w gatunek heavy power metalu. Piet Sielck w końcu stworzył też swój zespół o nazwie Iron Savior, który miał łączyć dwie pasje jakimi są powieści i tematyka sience fiction oraz heavy metal. Z heavy metalem miał już wiele wspólnego w latach 80. Razem z Kaiem Hansen w czasach szkolnych tworzyli zespół Gentry. Potem był Second Hell i Iron Fist, czyli pierwsze wcielenia Helloween. Jednak Pieta zabrakło w późniejszym znanym nam składzie z „Walls of jericho”. Piet zajął się produkcją i tworzeniem brzmienia dla wielu kapel heavy metalowych. Przyjaźń z Kaiem przetrwała i w efekcie panowie ponownie spotkali się właśnie przy projekcie w postaci Iron Savior. Szybko projekt stał się zespołem z prawdziwego zdarzenia. Zespół muzycznie był jak brat bliźniak Gamma Ray czy Judas Priest. Charakterystyczny i zadziorny wokal Pieta, specyficzne brzmienie do jakiego przyzwyczaił nas Piet już na wielu innych płytach stały się oznaką Iron Savior. Band w odróżnieniu od wielu innych zespołów obrał tematykę sience fiction, co jeszcze nadało zespołowi oryginalności. Tak od 1996 r band działa sukcesywnie wciąż wydając wysokiej klasy albumy. Dla wielu fanów okres z Kaiem Hansenem był tym złotym. Jednak po odejściu Kaia, Piet dalej trzymał zespół w ryzach i nagrywał świetne albumy. Przykładem tego jest „Condition Red” czy „ Baterring Ram”. Po wydaniu „Megatropolis” była dłuższa cisza i zespół wrócił dopiero po 4 latach za sprawą solidnego „The landing”. Rozpoczął się nowy etap zespołu. Do Iron Savior wrócił Jan Soren eckert, a zespół zaczął znów nagrywać bardziej urozmaicone albumy. Wielkim albumem okazał się „Rise the Hero”, w którym zespół pokazał jak grać power metal i jak nawiązać do swoich najlepszych albumów. Jednak apetyt wzrósł i fani z niecierpliwością zaczeli wyczekiwać kolejnego wydawnictwa, który będzie jeszcze lepszy. Sam zespół wydał po drodze koncertowy album i „Megatropolis” z lepszym brzmieniem. Iron savior jest na fali, a ich najnowszy krążek w postaci „Titancraft” to potwierdza.

Klimatyczna okładka osadzona w tematyce s-f przypomina stare okładki i ma w sobie coś co przyciąga uwagę. Drugą rzeczą, która też wzbudziła ogromne zainteresowanie nowym krążkiem był klip do „Way of The Blade” i to też coś nowego jeśli chodzi o twórczość Iron Savior. Jakoś nigdy nie stworzyli klipu do swojego kawałka. „Way of The Blade” to jeden z najostrzejszych kawałków jakie stworzył Piet Sielck. Ostry riff bardziej nasuwa Judas priest, Primal Fear czy Gamma ray. Jest energia, agresja, jest chwytliwy refren, który ukazuje wszelkie atuty Iron savior. Piet Sielck to nie tylko dobry wokalista i utalentowany gitarzysta, to również świetny kompozytor. Jeden z tych utworów, który idealnie przypomina okres „Unification”. Na „Titancraft” nie brakuje typowych power metalowych petard. Przykładem tego jest również energiczny i melodyjny tytułowy „Titancraft” ,który również przemyca sporo cech z „Unification” czy „Condition Red”. Słychać, że zespół jeszcze bardziej się rozwinął od ostatniej płyty. Jeszcze więcej ciekawych popisów gitarowych, a same kawałki są bardziej dopieszczone. Co jest atutem tej płyty to różnorodność i wyrównany poziom. Oprócz power metalowych petard w stylu „Strike Down The Tyranny” mamy tez wiele innych kompozycji, które pokazują nieco inne oblicze zespołu. „Seize The Day” to również energiczny kawałek, z bardziej rytmicznym tempem, ale całość ma bardziej heavy metalowy posmak. Tutaj można poczuć wpływy Judas Priest. Kolejny hit na płycie. Bardziej stonowany i toporniejszy jest „Gunsmoke” i też więcej tutaj z heavy metalu niż z power metalu. Jednak mocny riff i prosty refren robią swoje i kawałek również zapada w pamięci niemal od razu. Najdłuższą kompozycją na płycie jest „Beyond The Horizon”, w którym zespół postawił na epicki i tajemniczy klimat, a także na dość proste rozwiązania. Może zabrakło nieco ognia i jakiś bardziej rozwiniętych partii solowych. Dalej mamy ostry i stonowany „The Sun won't Rise in Hell”, który również przemyca wszelkie atuty takich kapel jak Judas Priest i Primal Fear. Piet stworzył kolejny hit, którego nie powinno zabraknąć na koncertach. Jeśli chodzi o wolniejsze kawałki to warto wspomnieć tutaj o nieco hard rockowym „Brothers in Arms” i pięknej balladzie „I surrender”, która dorównuje tym najlepszym w historii zespołu. Całość zamyka „Rebellious”, który też osadzony jest w świecie Primal fear i Judas Priest.

„Titancraft” to już 9 studyjny album tej niemieckiej formacji, która już dawno temu stała się jedną z najważniejszych kapel heavy/power metalowych i nie chodzi tutaj tylko o scenę niemiecką. Charakterystyczny styl i Piet Sielck na czele to jest maszyna nie do zatrzymania i zdarcia. Każdy album Iron Savior to wielkie święto i prawdziwa uczta dla fanów tej muzyki. Nowy album to przede wszystkim spore ilości elementów z starych płyt, a także twórczości Judas Priest. Efekt tego zabiegu jest taki, że mamy jeden z najlepszych albumów jakie nagrał ten band.

Ocena: 9/10

AXEVYPER - Into The Serpent's Den (2016)

Każdy z nas ma swoje albumy, które ukształtowały nasz gust, płyty, które zmieniły nasze życie i stały się naszym mały ołtarzykiem. Takie klasyki jak „Battle Cry” Omen, „Death or Glory” Running Wild czy „Piece of Mind” Iron Maiden sprawiły, że każdy album z taką klasyczną odmianą heavy metalu jest chwalony, wielbiony i na takie albumy fani czekają z wielką cierpliwością. W tym roku to właśnie włoski Axevyper sprawił, że wspomnienia ożyły i znów możemy się poczuć jak w okresie kiedy wypływały na rynek właśnie wspomniane wcześniej klasyki. Dzięki ich najnowszemu dziełu „Into The Serpent;s Den” przenosimy się do lat 80 i złotego okresu Iron Maiden, Running Wild, Omen czy Manilla Road. Jednak ta płyta ma swój charakter styl i swój własny potencjał. Kto wie może za parę lat również będziemy o tej płycie mówić jako klasyk?

Wiele za tym przemawia. Przede wszystkim sama konstrukcja płyty, jej wykonanie jest perfekcyjna i dobrze wyważona. Nie ma przewagi agresji, czy przebojowości. Wszystko jest równomiernie rozprowadzone i nie ma mowy o błędzie. Panowie zadbali o aspekt techniczny, by płyta emanowała mocą i zadziornością. Klimat lat 80 oczywiście daje się we znaki i to jest bardzo dobre zagranie ze strony zespołu. Luca Cicero też wokalnie nasuwa nam lata 80. Śpiewa czysto i z niezwykłą pewnością. Jego specyficzna maniera dodaje tylko uroku i autentyczności zespołowi. Lata 80 żyją w jego strunach głosowych. Motorem napędowym zespołu jest Tiberi/ Machetii, którzy odpowiadają za sferę gitarową. Soczyste riffy i melodyjne, złożone solówki są ich autorstwa. Przypominają nam wiele znanych zgranych duetów gitarzystów. Wpływy Iron Maiden są bardzo wyraźnie i to nie tylko w kwestii gitar, ale też samej sekcji rytmicznej. Odpowiednie nastrojony bas, odpowiednia dynamika i przebojowość są żywcem wyjęte ze starych, klasycznych albumów żelaznej dziewicy. Jak to wygląda od strony samych kompozycji?

Mamy 8 utworów, które łącznie dają 45 minut klasycznego heavy metalu. „Brothers of the Black Sword” to 7 minutowy otwieracz z mocnym i zadziornym riffem wyjętym z twórczości Iron maiden. Jeśli chodzi o solówki to dzieje się naprawdę sporo w tym utworze i panowie nie oszczędzali się w popisach co bardzo cieszy. Nie mogło zabraknąć prawdziwej petardy z domieszką starego Running Wild, czy Omen i taki „Metal Tyrant” to kawał szybkiego, soczystego heavy metalu z domieszką speed metalu. W przypadku „Soldiers of the underground” można mówić o Iron Maiden na sterydach, a solówka wygrana przez basistę to jedna z głównych atrakcji na płycie. Na taki heavy metal zawsze warto czekać i nawet wtórność nie jest tutaj straszna. Klimatem i epickim charakterem może zauroczyć rozbudowany „The Adventurer”. Mroczny klimat i pewna nutka tajemniczości to zalety „Under The Pyramids”, który przypomina mi poniekąd „Poverslave” Iron Maiden. Jedną z najszybszych kompozycji na płycie jest „Solar Warriors”, ale i tak główną atrakcją płyty jest rozbudowany i pełen niespodzianek „Beyond the gates of the Silver Key” który znakomicie wieńczy ten jakże udany album.

Ciężka praca, pomysłowość i miłość do klasycznego heavy metalu sprawiły, że zrodził się naprawdę świetny album, który definiuje nam klasyczny heavy metal z lat 80. Nowy album Axevyper to przykład, że włochy to nie tylko symfoniczny power metal, to również kraj w którym działają zespoły które wychowały się na twórczości Iron Maiden czy Running Wild. „Into The Serpents Den” sprawia że przypominają mi się klasyki z lat 80 i chyba oto w tym wszystkim, czyż nie? 100 % czystego heavy metalu! Gorąco polecam!

Ocena: 9/10