piątek, 1 sierpnia 2014

POWER UNIT - Time Chaser (1990)

Johannes Losback to szwedzki gitarzysta, który fanom heavy metalu powinien być znany przede wszystkim z twórczości znanego bandu o nazwie Wolf. Jednak mało kto wie, że swoją karierę muzyczną zaczynał w kapeli Power Unit, który powstała w 1987 roku. Tam właśnie po raz pierwszy pokazał, że jest wyjątkowym gitarzystą, w którym drzemie potencjał. Zespół nie zdobył większego zainteresowania i szybko przepadł bez wieści, ale udało się tej formacji zostawić po sobie debiutancki album zatytułowany „Time Chaser”.

W żadnym wypadku Power Unit nie przedziera żadnych nowych szlaków, ani wyznacza nowych trendów, a jedynie powiela kilka znanych patentów już z lat 80. Na płycie można wyłapać inspirację muzyką Accept, Judas Priest czy Krokus. Choć można by tą listą poszerzyć o wiele innych kapel, bowiem Power Unit to kapela jedna z wielu. Może i nie wyróżniali się oryginalnością, ale trzeba przyznać im że „Time Chaser” to solidna pozycja jeśli chodzi o heavy metal. Jeśli ktoś szuka mocnych riffów, melodyjnych solówek, chwytliwych przebojów to z pewnością tutaj to znajdzie. Minusem tego wszystkiego jest nieco zgładzone, nieco hard rockowe brzmienie, które pozbawia ten album mocy. Również o nieco hard rockowym brzmieniu tej kapeli przesądza wokalista Yngve, który nie dysponuje ciekawą drapieżną manierą ani chrypą, tylko czystym i ciepłym głosem, który pasuje do hard rockowego grania. „Tonight The Night”, spokojna i romantyczna ballada „Broken Dreams” to jedne z tych przykładów, że hard rock się często pojawia w muzyce szwedów. Chwytliwy „Love at first Sight” też jest bardziej hard rockowym kawałkiem niż heavy metalowym, ale jest to wciąż granie na dobrym poziomie. Do mnie jednak najbardziej przemówiły te żywsze, nieco mocniejsze kompozycje. Melodyjny otwieracz „Time Chaser” to właśnie jeden z takich ciekawszych momentów na płycie. W takich utworach jak ten można delektować się naprawdę interesującymi popisami gitarowymi Johannesa i Henrika. Słychać, że zależało im na melodyjnym aspekcie. Rasowy heavy metal usłyszymy w „Lost Paradise”, który brzmi jak utwór stworzony dla fanów Accept. Z takich kompozycji ukazujących Power Unit w dobrym świetle jest też „What The Future Will Bring”.

Power Unit nie jest zespołem wyróżniających się na tle innych, ale trzeba im przyznać, że nagrali solidny album, który zawiera mieszankę heavy metalu i hard rocka. Tutaj trzeba zwrócić uwagę przede wszystkim na Johannesa, który wygrywa sporo ciekawych motywów, które staną się przepustką do jego kariery. W końcu granie w Wolf należy uznać za spory sukces.

Ocena: 6.5/10

środa, 30 lipca 2014

UNISONIC - Light of Dawn (2014)

Micheal Kiske i Kai Hansen to jeden z najważniejszych duetów w historii metalu. Jeden z najwybitniejszych wokalistów, który nie kryje swoich inspiracji Elvisem Presleyem i Brucem Dickinsonem, no i Hansen jako ten który wie jak grac szybko, jak stworzyć pomysłowy riff i jak sprawić że muzyka staje się czymś więcej. Razem stworzyli klasykę w postaci „Keeper of The Seven Keys”. Jednak dwie części strażnika to było za mało żeby w pełni posmakować na co ich stać. I tak przez tyle lat był nie dosyt. Jednak zrobili swoje i zapisali się jako jeden z najważniejszych duetów, który mógł konkurować z najlepszymi. Hansen spełniał się w Gamma Ray, a Kiske solowo. Ponownie ich drogi skrzyżowały się na „Land of The Free”, potem Avantasia i wreszcie koncert w ramach Avantasia, który sprawił że Hansen dołączył do Unisonic. Tak zaczęło się wrzenie, jaranie się fanów, a przede wszystkim fakt, że marzenie się spełniają. Jeden z największych i najważniejszych duetów powrócił. Co z tego, że debiut Unisonic nie był tym co niektórzy chcieli, nie był trzecim „Keeper of The Seven Keys”. Liczył się powrót, dalszy etap wspólnego grania, tworzenia muzyki, nawet jeśli miało to być coś innego, coś świeżego. Tak muzyka Unisonic to coś innego. Lekki powiew świeżości jeśli chodzi o melodyjny metal czy hard rock. Drugi album miał być cięższy, bardziej power metalowy. W sumie mini album „For The Kingdom” dawał takie nadzieje. Czy rzeczywiście „Light of Dawn” takim albumem jest? Czy fani dostaną to co chcieli?

Cóż, mogę Wam zdradzić, że jest tutaj power metalu może i więcej niż na poprzednim albumie, są skojarzenia z „Keeper of The seven Keys”, jest momentami i ciężej, ale nie zmienili swojego stylu z debiutu. Zostali wierni mieszance melodyjny metal i hard rock. Jedni się oburzą, a inny będą szczęśliwi, że kapela ma swój własny styl i nie próbuje na siłę być drugim Helloween. Tak jak na poprzednim albumie tak i tutaj jest sporo lekkich i przyjemnych melodii. Wszystko skupia się wokół wokalu Kiske, który pokazuje na każdym utworze że nie wie co starość i upływający czas. Najlepszy jego występ od niepamiętnych czasów. Można nawet się pokusić o stwierdzenie że jest bardziej dojrzały i techniczny niż w latach 80. A najlepsze to, że elastycznie wpasowuje się do hard rockowych motywów. Przerysowano też z debiutu znakomite popisy gitarowe. Te tutaj są zagrane z pasją, z polotem i pomysłem. Dawno nie słyszałem tak gitarowego albumu, w którym tyle się dzieje. Gitary przemawiają do nas pięknym językiem, który nas zaklina. Coś pięknego. Mandy Mayer daje z siebie tutaj znacznie więcej niż w Gotthard czy Krokus i słychać że rozumie się z Kaiem. Nawet nie wiem czy to nie najciekawszy duet gitarowy w jakim wystąpił do tej pory Kai. Dzieje się sporo i naprawdę samym tym elementem nabija sobie punkty ten album. Soczyste brzmienie, kolorystyczna okładka przypominająca okładki Eletric Light Orchestra są miłym dodatkiem i dzięki nim płyta brzmi fantastycznie. Nie podlega wątpliwości, że i tym razem udało się zagrać materiał na wysokim poziomie, choć odnoszę wrażenie że nieco ucierpiała przebojowość. A może po prostu debiut był takim dziełem, że nowy album nie jest wstanie go przebić pomimo swojej energii. W porównaniu do wielu innych płyt z kręgu hard rocka i melodyjnego metalu to „Light of Dawn” wyróżnia się lekkością i szerokim wachlarzem motywów, elementów, które są wyjęte z różnych gatunków. Instrumentalny otwieracz w postaci „Venite 2.0” to intro godne strażnika, choć tutaj można uświadczyć zróżnicowanie. Zespół bowiem zabiera nas w rejony symfonicznego metalu i brzmi to naprawdę mocarnie. Nutka epickiego klimatu zrobiła swoje. Lekka, przyjemna i emocjonalna muzyka. Każdy z fanów Gamma Ray i starego Helloween czekał na petardy, na szybki power metal jak za dawnych lat. To dostajemy w przebojowym „Your Time Has Come” i łezka w oku się kręci. Można jednak odtworzyć tamten klimat, można sięgnąć do ery „Keeper of The Seven Keys” bez jego profanacji. To jest power metal w najczystszej postaci. Szkoda że dzisiaj ciężko o takie właśnie utwory. Kiske tutaj pokazuje na co go stać i to dlaczego należy do czołówki wokalistów. No i te gitary. Tego mi brakuje w Helloween i Gamma Ray. Klimat szybkiego power metalu zostaje utrzymany w rozpędzonym „For The Kingdom” który doczekał się z reszta mini albumu, który promował ten album. To samo usłyszycie w sumie w cięższym „Find Shelter”, choć tutaj siła przebicia i procent przebojowości znacznie słabszy. Jednak jakby nie patrzeć, jest to kolejny mocny punkt tego albumu, który potrafi przypomnieć stare czasy Helloween. Do tej grupy utworów, w której przoduje nutka power metalu i cięższego metalu zaliczę również „Throne of Dawn”. Utwór został wybrany do koncertowej setlisty i słusznie. Jest to jeden z największych przebojów grupy. Początkowy riff to ukłon w stronę starego Black Sabbath, a refren to z kolei ukłon w stronę starego Helloween. Kiske też stara się śpiewać na wyższych obrotach i nie zapominając przy tym o emocjach. Piękny utwór, który w pełni potwierdza że Unisonic to super grupa o super możliwościach. Najkrótszym utworem po intrze jest „Manhunter”. Słychać tutaj, że to robota Hansena. Wyszedł mu znakomity utwór, który jest czymś na miarę takich hitów jak „Future World” czy „I Want Out”. Wiem, herezje jakich mało, ale właśnie tak czuję ten utwór. Lekki, radosny, energiczny, z łatwym i podniosłym refrenem, a solówki zagrane są jak właśnie w tamtych klasycznych hitach Hansena. Spore zmiany temp, przejść. Szkoda, że utwór jest taki krótki. Tak coś z power metalu, coś z „Keeper of The Seven Keys” mamy jeszcze w „Exceptional”, To jest utwór fenomen dla mnie. W pełni ukazuje talent głownych bohaterów czyli Kiske i Hansena, ale jest czymś innym. Jest to melodyjny metal i hard rock na wysokim poziomie. Jest powiew świeżości i nakreślenie tym co jest Unisonic i co gra. Znakomicie udało się zerwać z przeszłością, od sławy Helloween i stworzyć coś nowego. Znowu dać innym inspirację i wiarę że można grać z pomysłem. O tym utworze można dyskutować długo. O tym jakie ciekawe wejście ma, o tym jak oryginalny refren tutaj wymyślono, o tym jak Hansen wpisał się tutaj wciągającym motywem w środkowej części. Nic dziwnego, że ten utwór Unisonic gra na koncertach. Jak dla mnie najciekawszy utwór roku 2014. Motyw „Not gonna take Anymore” brzmi znajomo. Na myśl przychodzi Edguy, Avantasia, Queen, Sabaton. Choć konstrukcja, wykonanie i emocje kierują nas w stronę „Star Rider”, który zdobił debiut Unisonic. To jest właśnie atut tej grupy. Bycie elastycznym i tworzenie znakomitego hard rocka, który wieje świeżością, który imponują lekkością i pomysłowością. Ciekawy motyw gitarowy otwiera lekki „Night of The Long Knives”, choć utwór szybko nabiera hard rockowego tempa i zadziorności godnej Scorpions. Rytmiczny, melodyjny kawałek, który ukazuje możliwości Kiske, który jest w znakomitej formie. Mamy też dwie romantyczne i dojrzałe ballady w postaci „Blood” i „You and I”. jest to piękne granie, który zdobędzie swoich fanów. Jednak nic by się też nie stało jakby ich zabrakło. Melodyjny „When the dead is done” to melodyjny metal w którym nie zabrakło cech hard rocka i power metal. Mieszanka do jakiej nas przyzwyczaił Unisonic już na poprzednich wydawnictwach. Tonacja, charakter przypomina nieco „Never Change Me”. Na koniec warto wspomnieć o „Judgement Day” który pełni rolę bonusa. Utwór z serii ni to grzeje ni to ziębi.


Płyta o dziwo tak szybko nie zawładnęła mną. Lepszą siłę przebicia miał debiut. Materiał jest bardziej wyrównany, bardziej spójny jako całość. Tutaj ma się wrażenie, że najlepsze wrażenie robią utwory które zespół udostępnił przed premierą. Mimo tego faktu i tak płyta broni się. Atuty te same co na debiucie. Zgrany duet, wysoki poziom wykonania, od początku do końca występują atrakcyjne i pomysłowe partie gitarowe, no i niesamowity wokal Kiske. Jest tutaj wszystko to do czego Unisonic nas przyzwyczaił do tej pory, może jest i ciężej w niektórych momentach, może i jest jakby więcej power metalu, ale można odnieść wrażenie, że to za mało. Nie miałbym nic przeciwko aby cały album był jak „Your Time Has Come”. Niespodzianki nie ma, bo jest to jeden z najciekawszych albumów roku 2014. Fani i tak pewnie po marudzą, że nie jest to krążek na miarę „Keeper of The Seven Keys” i mają do tego prawo. Cieszę się, że jednak panowie szukają własnego stylu, chcą próbować czegoś innego i chcą wnieść nieco świeżości do melodyjnego metalu. Brawo, oby tak dalej.

Ocena: 9/10

P.s Podziękowania dla Mystic Production za udostępnienie materiału

HELICON - Mysterious Skipjack (1994)

W latach 90 za dobrze się nie działo w metalu i niektóre kapele zachwiały swoją pozycję osiągniętą w latach 80. Tradycyjny metal i power metal gdzieś zatraciły swój urok, ale wcale to nie oznacza że w tym okresie się nic nie działo i żadna kapela nie potrafiła błysnąć geniuszem. Tak się składa, że był to czas narodzin dwóch wyjątkowych niemieckich kapel, który większość słuchaczy nie wie o ich istnieniu, co jest błędem. Jednym z nich jest Centaur a drugi to właśnie ponadczasowy Helicon. Dwie znakomite, niemieckie kapele grające melodyjny power metal z domieszką progresywnego metalu. Nie jest to drugi Helloween czy Gamma ray, to zupełnie nowa jakość power metalu.

Helicon to niemiecka formacja założona w 1986 roku i działająca do roku 1996. Przez 10 lat działania udało się nagrać dwa wyjątkowe albumy, z czego drugi krążek zatytułowany „Mysterious Skipjack” to prawdziwa perełka. Kapela nigdy nie zdobyła zasłużonej sławy i dla wielu ten zespół nie istnieje. Nic dziwnego, w końcu Helicon nie był promowany tak jak Gamma Ray czy Helloween, choć należał też do wytwórni Noise. „Mysterious Skipjack” ukazał się w 1994 roku, czyli w czasie, gdy Gamma Ray i Helloween powracały do swojej wysokiej formy, a power metal dopiero się rodził na nowo. Może nie uwierzycie, ale Helicon w tym czasie grał ciekawiej niż nie jedna kapela power metalowa, pozostawiają daleko w tyle Gamma Ray czy Helloween. Stylistycznie bardziej ich styl bym porównał do Centaur, choć to też nie jest takie proste, bowiem Helicon stworzył swój własny, charakterystyczny styl. To nie jest wcale stworzyć własny styl, nie ulegając klonowaniu wielu innych wielkich kapel, a ja jednak Helicon jest jednym w swoim rodzaju zespołem. Co się na to składa? Sporą rolę odegrał fenomenalny Uwe Heepen jako wokalista. Pokazał na tym albumie, że można śpiewać z pazurem, ale też trzymając się specyficznej maniery. Znakomicie odnajduje się zarówno w szybkich, power metalowych kompozycjach, gdzie trzeba się wykazać umiejętnością śpiewania w wysokich rejestrach, ale też w spokojniejszych kawałkach, gdzie trzeba słuchacza porwać ciepłą barwą. Jeden z najciekawszych wokalistów z lat 90 i szkoda że w roku 2013 zmarł, bo jest to wielka strata dla power metalu. „Mysterious Skipjack” to płyta magiczna i wyjątkowa. Co też jest jej mocnym atutem to przybrudzone brzmienie, takie ostre i klimatyczne. Jedno z tych najlepszych z jakim miałem do czynienia. Płyta zaczyna się od mocnego uderzenia perkusisty i od razu w „American Fever” słychać jak perkusista Andre ma urozmaicony styl i jak potrafi zauroczyć swoją grą. Dzieje się sporo i ten progresywny charakter jest dobrze wyważony. Nie jest przesadzone z dziwnymi smaczkami, a dalej słychać że jest to melodyjny power metal. Różnica jest tylko tak, że w danym utworze sporo się dzieje, a zespół stawia na pomysłowe i wyszukane melodie i motywy. Refren tutaj to podręcznikowy power metalowy refren, który nasuwa Gamma Ray czy Helloween. Gdy się w słuchamy w klimat kompozycji, w brzmienie gitar to można odnieść wrażenie, że słuchamy jednego z wczesnych albumów Scanner. Najlepsze jest to że zespół stawia na dłuższe kompozycje, ale mimo to kawałki nie nudzą, wręcz przeciwnie zaskakują formą, pomysłowością i wykonaniem. Rzadko kiedy można trafić na taką płytę w której solówki są zagrane z polotem, riffy są soczyste, ciężkie i pomysłowe, rzadko kiedy płyta porywa słuchacza stricte warstwą instrumentalną, ale album Helicon jest inny. Już w „Streetgang” słychać ponury, ciężki i nieco mroczniejszy riff, który można by śmiało zaliczyć do thrash metalu. Trzeba przyznać, że gitarzyści Christian i Tom są bardzo elastycznie i nie mają problemu z wygrywaniem różnych partii. Wiedzą jak zaskoczyć słuchacza, jak go zachwycić i tutaj ich popisy są perfekcyjne. Jest zabawa, pomysłowość i technika, czyli wszystko to co decyduje o interesujących zagrywkach gitarowych. Trzeci na płycie to 9 minutowy kolos zatytułowany „Power Magic” i słowo magia świetnie tutaj pasuje. Zaczyna się klimatycznie, tak spokojnie, jednak to jest prawdziwa power metalowa petarda. Szkoda, że dzisiaj już ciężko o taki power metal, że już nie gra z takim przekonaniem, z taką energią i pazurem. Helicon tutaj tworzy nową jakość power metalu i śmiało można ich ustawić obok tych najlepszych kapel. Gdy się widzi taki zespół, taki geniusz w muzykach, to od razu się wie, że odnajdą się w każdej formie metalu, nawet w tej w której trzeba powstrzymać się od szybkiego tempa i pójść w stronę spokoju i emocji. „Wild Vice Woman” to jedna z piękniejszych ballad, jakie słyszałem i choć trwa ponad 6 minut, to jednak wciąga i łapie za serce. Świetnie w komponował się w to wszystko głos Uwe, który sprawia że kompozycja momentami brzmi jak utwór Smokie. Tak dotarliśmy do jednego z najlepszych utworów power metalowych jakie kiedykolwiek słyszałem, mowa tutaj o zadziornym i przebojowym „Mysterious Skipjack”. Zaczyna się tajemniczo, ale szybko wkracza melodyjny i pomysłowy riff, który napędza utwór. Tutaj właśnie można się przekonać jak dobrze wyszkoleni byli gitarzyści. Ciężko wskazać kto w tym czasie grał z taką pomysłowością, z takim oddaniem i finezją. Takie emocje towarzyszyły mi jak pierwszy raz usłyszałem styl gry Kaia Hansena. Nawet refren jest tutaj ponadczasowy i bardzo koncertowy. Perełka i przykład co to jest kwintesencja power metalu. Dalej mamy melodyjny „Giant Heart”, nieco stonowany, z domieszką progresywnego rocka „Darkness of Love” czy nieco toporniejszy „Versatille”. Epickość, groza i niepewność sprawiają, że „Fly in The Sky” to najbardziej klimatyczny kawałek na płycie i kolejny dowód na to, że Helicon jest jedyny w swoim rodzaju. Całość wieńczy energiczny „Shuffle”, który znów pokazuje jak powinno grać się drapieżny power metal.

„Mysterious Skipjack” to przykład, że można stworzyć ciekawy power metal, w którym progresywny elementy czynią materiał bardziej dojrzałym i ambitniejszym. Helicon tym albumem pokazał, że jest jednym z najlepszych z zespołów power metalowych, który wyróżnia się na tle innych kapel. Ta płyta to uczta dla fanów znakomitych linii wokalnych i finezyjnych popisów gitarowych, to obowiązkowa pozycja dla maniaków gatunku, dla tych co lubią melodyjne granie i pomysłowe rozwiązania jeśli chodzi o motywy. Płyta i zespół jedyny w swoim rodzaju, szkoda że nagrali tylko dwa albumy i nigdy nie zdobyli takiej sławy na jaką zasłużyli.

Ocena: 10/10

poniedziałek, 28 lipca 2014

STARCHILD - Starchild (2014)

Im większy wkład w promocję, tym większe zainteresowanie fanów daną płytą. Szkoda, że w tej machinie pomijane są naprawdę dobre płyty, które nie miały takiej z pompą promocji. To właśnie takie płyty cierpią, a fani rzadko kiedy zadają sobie trud żeby zainteresować się płytą we własnym zakresie. Zauważyłem, że tak właśnie pominęli niemiecki band Starchild, który w kwietniu wydał swój debiutancki album zatytułowany „Starchild”. Zespół powstał w 2013r, ale nie dajcie się zwieść. Nie mamy do czynienia z amatorami. Starchild to iście gwiazdorski skład, dlatego też się dziwię, że fani heavy/power metalu zlekceważyli ten album. Cisza na forach i brak jakichkolwiek recenzji to tylko potwierdzało. Czas przerwać ciszę na temat tego wydawnictwa.


Jeśli chodzi o mnie o zespole usłyszałem za sprawą ich klipu. Wtedy już wiedziałem , że płyta Starchild może być jedną z najciekawszych w tym roku. Emocję podgrzewał oczywiście skład zespołu. Jest Micheal Ehre z Gamma Ray, Jens Becker z Grave Digger. Mniej znani to Esmeralda czy gitarzysta Dennis Hormes. Lider tej grupy jest jednak Sandro Giampietro, który pełni rolę wokalisty, drugiego gitarzysty i kompozytora. W tej ostatniej roli ma doświadczenie choćby z Unisonic czy płyt Micheal Kiske. O samym zespole i ich genezie było dość cicho i w sumie nie wiele się zmieniło w tej kwestii. Warto zaznaczyć, że nazwa kapeli wzięła się od meksykańskiej czaszki, która jest ponoć obcego pochodzenia. To z kolei determinuje warstwę liryczną kompozycja. Dominuje tematyka s-f i to też uchwycono na okładce, która do bólu przypomina „The dark Ride” Helloween. Chwyt zamierzony. Zresztą to nie pierwsze i nie ostatnie skojarzenie z Helloween. Płyta jest właśnie skierowana do fanów takich kapel Edguy, Helloween czy Gamma Ray.

Skoro wymieniłem inspiracje muzyczne Starchild to łatwo można odczytać w jakiej stylistyce kapela się obraca. Jest to przede wszystkim power metal, ale nie brakuje odesłań do melodyjnego metalu czy hard rocka. Warto zaznaczyć,że z jednej strony Starchild to kapela, która nie tworzy niczego nowego, ale z drugiej strony dostarcza słuchaczowi bardzo udaną mieszankę heavy/power metalu, w którym słychać nawiązania do klasyków power metalu, w którym można wyodrębnić power metal jaki był w latach 90 faworyzowany. Tak więc szybkie, melodyjne riffy, o nieco słodkim charakterze, z radosnym wydźwiękiem i z wokalistą, który śpiewa czysto i w wysokich rejestrach niczym Kiske. To wszystko tutaj się pojawia, ale co najważniejsze przyczynia się do tego że płyta jest naprawdę bardzo dobra. Decyduje o tym nie tylko styl, nawiązanie do moich ulubionych kapel typu Edguy czy Helloween, ale też bardzo poukładany i dopracowany materiał. Już gdy wkracza „Starchild” to słychać, że zespół wie jak tworzyć ciekawe melodie, jak porwać słuchacza energią i dynamiką. Pierwszy przebój, który od razu w pada w ucho. Tutaj już zespół nas zabiera w tajemniczą historię o czaszce, która jest pochodzenia obcego. Jest na ziemi od 900 lat i chce wreszcie odlecieć i wrócić do domu. Nieco przypomina to „Indiana Jones i królestwo kryształowej czaszki”.Na szczęście płyta nie kończy się na tym jednym kawałku i jest tutaj więcej takich hitów. Wszystko skupia się wokół lidera Sandro, który jest wokalistą i gitarzystą. Wokal brzmi identycznie jak wokal Micheala Kiske i to akurat żadna ujma dla Sandro. Najwidoczniej kilkuletnia współpraca z Kiske wyszła na dobre Sandro i mógł nieco podłapać od samego mistrza. Śpiewa czysto i często stara się być bardziej autentyczny, charyzmatyczny, jednocześnie nie zapominając o emocjonalnym wydźwięku. W utworze „Black and White Forever” można usłyszeć jak te dwa wokale są podobne, ponieważ tutaj gościnnie wystąpił Michel Kiske. Sandro często wygrywa podobne riff jak Hansen czy Weikath za czasów „The Keeper of The seven Keys” i jednym z takich przykładów jest „Its My race”. Sam utwór opowiada o uczuciu jakie się ma, gdy dążymy do wygrania. To jest właśnie ten niemiecki power metal do jakiego przywykliśmy na przestrzeni lat. Z kolei gdy zespół wkracza w łagodniejsze grania, to gdzieś ulatuje ta przebojowość i ciekawe melodie, a zaczyna wiać nudą. Dobrze to ukazuje „Still My Planet”, który jest bardziej rockowy i komercyjny. Przynajmniej można się delektować kolejnym ciekawym tekstem, który opowiada o tym że nie dbamy o swoją planetę, tak jakby gdzieś była inna planeta, a przecież nie ma innej. Jest tylko nasza planeta Ziemia. Do grona ciekawych utworów można też zaliczyć melodyjny „Thief Of The crown”,czy energiczny „Morningstar”, zaś „Runnerpokazuje że Sandro to bardzo dobry gitarzysta, który wie jak zachwycić słuchacza ciekawym i wciągającym motywem. Do tego jego solówki są takie zagrane z finezją i pomysłem. Ponury klimat Grave Digger przewija się momentami w rytmicznym „Reaching The Land”. Zadbano nawet o to, by płyta była urozmaicona co potwierdza nieco progresywny „Visions”.

Starchild wypada dobrze i nie ma się czemu dziwić, w końcu wykonanie materiału jest solidne i dopracowane. Nie ma się do czego przyczepić, chyba że skupimy się stricte na pomysłach na poszczególne kompozycje. To było właściwie do przewidzenia, kiedy w zespole ma się takich doświadczonych muzyków. Można by jeszcze nie które kompozycje poprawić i bardziej dopieścić, ale i tak mimo tego materiał wydaje się być solidny i ma sporo ciekawych hitów, które przywołują stare dobre czasy Helloween, Edguy czy Gamma Ray. To jest właśnie ta cecha, która przesądziła o tym, że jest to udany album, który można polecić fanom power metalu. Miłe zaskoczenie, zwłaszcza że o samym Starchild nie było głośno. Teraz powinno się to zmienić.

Ocena: 7.5/10

P.s Podziękowania dla Thomasa Bremera za przesłanie płyty

niedziela, 27 lipca 2014

CRYSTAL EYES - Killer (2014)

Koniec milczenia. Czas powrócić do życia. Tak też zrobił szwedzki band Crystal Eyes, który jest jednym z najbardziej rozpoznawalnych kapel grających heavy/power metal. Kapela nagrała sporo wartościowej i godnej zapamiętania muzyki. Ostatni ich album zatytułowany „Chained” do tej pory miło wspominam i często odświeżam. Lata mijały, a ja się zastanawiałem gdzie podział się Crystal Eyes. Przez ten czas, skład tej formacji nieco się przetasował. Mikeal znów spełnia się w roli wokalisty i gitarzysty, zaś Niclas Karlsson uzupełnił skład jako drugi gitarzysta. Świeża krew, sporo czasu na dopracowanie materiału i możliwość zaskoczenia swoich fanów. To wszystko mogło sprawić, że w „Killer” widziano nadzieję na coś wyjątkowego. Jak jest w rzeczywistości?

Właściwie można odnieść wrażenie, że zespół zamiast się rozwijać i iść dalej w kierunku obranym na „Chained” cofa się. Zespół dalej jest wierny swojemu stylowi, dalej trzyma się heavy/power stylizacji. Jednak można odczuć na nowym albumie jakby zmęczenie muzyków, a nawet i ich wypalenie. Nic nie zostaje w pamięci na dłużej. Kompozycje zamiast porywać chwytliwą formułą, potrafią zmęczyć swoją wtórnością i oklepanymi motywami. Uleciała ta przebojowość, która napędzała poprzednie albumy. Jasne pojawia się kilka przebłysków, zgranych solówek, porywających refrenów, ale wszystko podane w małej ilości. Jest niedosyt, zwłaszcza Mikeal dawał szansę na coś bardziej klasycznego. Okładka najwidoczniej oddaje w pełni zawartość. Jest prosto, jest typowe heavy/power metalowe granie, bez duszy, bez emocji i takie nieco mało wyraziste. Może i jest to ten typ muzyki, która zapewnia rozrywkę i mile spędzony czas, ale nic ponadto. Nie jest wymagająca ani też zaskakująca, a na pewno nie ambitna. Jak to wygląda od strony zawartości? W sumie tak jak to nakreśla otwieracz „Killer”. Prosty i znany nam heavy/power metal. Nie ma nic odkrywczego ani też niczego nadzwyczajnego. Ot co średnich lotów utwór, który chce nas porwać szybkością i melodyjnością. Więcej energii i zadziorności wnosi „Warrior”. Tym razem Mikeal pokazuje się z lepszej strony jeśli chodzi o wokal. Więcej techniki, więcej pazura a to nadaje odpowiedniego charakteru kawałkowi. W końcu refren też brzmi bardziej profesjonalnie i nie brzmi komicznie, jak to ma miejsce w otwieraczu. „Solar Mariner” ma w sobie więcej power metalu i tutaj mieliśmy dostać przede wszystkim szybki kawałek. Jest to jeden z ciekawszych utworów na płycie, ale też nie obeszło się tutaj bez wad i niedociągnięć. Nieco bardziej hard rockowy „Spotlight Rebel” ukazuje właśnie jakie jest to średnie granie. Wieje nudą i to wszystko już było i to w lepszej formie. Poza tym mam wrażenie, że Crystal eyes złagodniał. Nie pomaga przyspieszenie w „Lord Of Chaos”. Choć tutaj nawiązanie do klimatów Hammerfall należy uznać za plus. Płyta trwa tylko 38 min, a ma się wrażenie że to była co najmniej godzina.

Tyle czekania i w imię czego? Nudy i oklepanych patentów? Chcieli nagrać prosty i typowy heavy/power metalowy album. Nie udało się. Zabrakło pomysłowości i większej dawki przebojowości. Crystal Eyes powrócił po 6 latach, ale w sumie może lepiej jakby dali sobie już spokój skoro nie mają pomysłu na siebie. Można sobie odpuścić.

Ocena: 5/10

sobota, 26 lipca 2014

DERDIAN - Human Reset (2014)

Włoski Derdian rośnie na nowego lidera symfonicznego power metalu i godnego następcę Rhapsody, którego żywot dobiega końca. Zespół ma na swoim kilka albumów, z czego wszystkie trzymają wysoki poziom. To, że Derian stać na dużo wiedziałem, to że grają na wysokim poziomie też wiedziałem, to że są jednym z najlepszych zespołów w tym gatunku też, nie wiedziałem natomiast, że stać ich na podniesienie poprzeczki i tym samym nagranie czegoś wyjątkowego i przebijającego ich dotychczasowe dokonania. A jednak udało się tego dokonać na „Human Reset”.

Słychać, że jest dzieło włochów, słychać, że jest z nimi duch starych płyt Rhapsody, słychać, że jest to dzieło doświadczonych muzyków. Zespół poszedł na całość i nagrał energiczny album i to z rozmachem. Są zróżnicowane wokale, jest nutka operowego klimatu, jest progresywność, jest power metal no i masa przebojów. Derdian stara się też nie raz zaskoczyć i zaimponować ciekawymi pomysłami. To wszystko przedkłada się na to, że Human Reset” to najlepsze dzieło włochów. Wokalista Ivan sprawia, że płyta jeszcze bardziej przypomina dokonania Rhpasody. Nie szczędzi swojego głosu i często w chodzi w wysokie rejestry. To jego najlepszy występ w Derdian, który potwierdza jego klasę. Konstrukcja utworów jest o tyle ciekawa, bowiem klawisze nie zagłuszają gitar, nie dominują i pełnią rolę uzupełniającą. Materiał jest przemyślany i bardziej dojrzały niż na poprzednich wydawnictwach. Zaczyna się podniośle i z wielką pompą i inaczej nie idzie opisać otwarcia w postaci „Eclipse”. Dalej mamy „Human Reset” czyli książki przykład jak grać symfoniczny power metal na wysokim poziomie. Przypominają się lata 90 i najlepsze lata Rhapsody. Dario i Enrico to trzon tego zespołu i konstruktorzy całej warstwy instrumentalnej. To dzięki nim, melodie w „In Everything” są pełne ekspresji i świeżości. Oj tak, gitary brzmią tutaj fenomenalnie i jest co przeżywać. Zacięcie progresywne też ma swój urok, co potwierdza „Mafia”. Nie ma mowy o graniu w kółko tego samego i jednostajności. Zespół postarał się, żeby na płycie sporo się działo i taki „Absolute Power” brzmi jak utwory Dark Moor z dwóch ostatnich płyt, co traktuję oczywiście jako plus. Kto lubi power metal, szybki riff i przebojowość, ten będzie zachwycony „Music Is Life”. Właściwie każdy utwór to przygoda, to kolejne zachwyty i nie zapomniane chwile. „God's Dont give a damn” to znakomity przykład, jaki pomysłowy jest Derdian, jak lubi zaskakiwać, jak lubi urozmaicać swój repertuar. Główny motyw został okraszony ciekawym klimatem i progresywnym wydźwiękiem. Brzmi to fenomenalnie. Najostrzejszy na płycie wydaję się być „Alone” i jest to utwór pełen zawirowań gitarowych. Jest też epickość, która zresztą nie pierwszy raz się ujawnia na tym albumie. Talent Derdian odnajduje odbicie w instrumentalnym „Delirium”, a całość zamyka rozbudowany „My life Back”.


Tego albumu nie da się opisać słowami. Zachwyty, ochy i achy będą długo towarzyszyć. Najlepszy album z kategorii symfoniczny power metal i owszem. A najlepsze to, że brzmi tak tradycyjnie, nawiązując do płyt Rhapsody. Derdian wyrósł na lidera tego gatunku, a „Human Reset” to płyta perfekcyjna.

Ocena: 10/10

HUMAN BUTCHERY - Psychopath Abduction (2014)

Ktoś lubi brutalne granie? Nie przeszkadza wam agresywnym wokal, który nie pozwala zrozumieć o czym wokalista śpiewa? Brutalny death metal, grin i gore to wasz żywioł? To z pewnością debiutancki album Human Butchery zatytułowany „Psychopath Abduction” będzie dla was czymś w sam raz.

Ten młody meksykański band tworzy trzech muzyków i słychać, że wiedzą co chcą grać i mają pomysł na siebie. Szkoda tylko, że słuchając ich muzyki miałem wrażenie, że to zlepek różnych pomysłów, a całość przejawia spory chaos? Słuchając tej płyty można od razu wyłapać, że to dzieło młodych, jeszcze niedoświadczonych muzyków. Drażnić może wiele rzeczy. Największą przeszkodą może być tutaj wokal Carlosa Gamboa, który pełni również rolę gitarzysty. Jak wkracza w wysokie rejestry to jest jeszcze dobrze, ale w niskich rejestrach brzmi to strasznie. Nie słychać o czym Carlos śpiewa, a jego maniera potrafi na dłuższą metę drażnić. Miało być brutalnie i jest, ale czy tylko to się liczy? „The muse of Murder” to taki typ utworu, który ukazuje właśnie wszelkie wady, zwłaszcza drażniący wokal Carlosa. „Necrophilla” to bardzo szybki kawałek, z ciekawym motywem w tle. Tutaj jednak przekonujemy się, że mocną stroną zespołu jest warstwa instrumentalna. Szybka perkusja, wyrazisty bas, to jest coś co pamiętam przede wszystkim z tego albumu. Jest nutka progresji w „Psychopath Abduction” i trochę thrash metalu w „Blood Rivers” ale to trochę za mało, żeby uczynić ten materiał zróżnicowany i bardziej strawny dla przeciętnego słuchacza.

To jest debiut i zrozumiałe że są nie dociągnięcia. Jednak wad jest tutaj zbyt dużo. Nie trafiony wokal, zbyt duża dominacja brutalności, granie jakby na jednym motywie, chaos w aranżacjach czy w końcu płaskie i sztuczne brzmienie. Nigdy fanem brutalnego grania nie byłem i debiutancki album Human Butchery tego póki co nie zmienił. Może ktoś żyje gatunkami brutalny death czy grind bardziej doceni dokonanie tego zespołu.

Ocena: 2/10

P.s podziękowanie dla Mario Gallardo za przesłanie materiału

AGGRESSOR - Release of Aggression (2013)

Bardzo popularną nazwą zespołu jest Aggressor i w wyszukiwarce można uzyskać kilka wyników. Większość z tego co uzyskujemy to właściwie kapele grające thrash czy death metal. Nic dziwnego, w końcu ta nazwa jest prosta i bardzo dobrze oddaje styl thrash metalu. Ciekawą propozycją okazuje się tutaj być meksykański Aggressor, który należy do grupy młodych kapel szukających swojego miejsca w muzycznym światku. Od ich debiutu „Release of Aggression” minął rok to jednak album ten nie stracił na swojej mocy i świeżości. W czym tkwi jego siła?

Przede wszystkim jest to album, który został nagrany przez zgranych muzyków, którzy dobrze się rozumieją, którzy wiedzą jak zadowolić fanów thrash metalu. Grają może prosty, wtórny i znanym nam wszystkim thrash metal rodem z płyt Kreator, Destruction czy Megadeth, ale ma to swój urok. Zwłaszcza, że grają prosto z serca, szczerze i sprawia im to wielką radość. Przy okazji odtwarzają nam lata 80 czy 90. Nawet przybrudzone brzmienie odgrywa tutaj swoją rolę, przybliżając nam jeszcze bardziej tamte czasy. Ciekawe logo kapeli, kolorystyczna okładka przypominające te z płyt Sodom sprawiają, że nie można się oprzeć ciekawości jak całość się prezentuje pod względem muzycznym. Album otwiera rozbudowany „Release of Aggression” który od razu zdradza, że mamy do czynienia z typowym thrash metalowym łojeniem. Jest szybkość, agresja, dbałość o techniczny aspekt, tak więc zespół niczego nie pominął. Meksykański Aggressor bardzo zapatrzony jest w niemiecki thrash metal i to do tego stopnia, że lider grupy Jack Daniel brzmi jak Mile Petrozza. Podobnie jak lider Kreator gra na gitarze i śpiewa. Wokalnie można dostrzec sporo podobieństw w manierze wokalnej i w stylu jakim obaj panowie śpiewają. Mocny riff, ostre wejście i szybko „Genetic Experiment” przeradza się w prawdziwą petardę. Właściwie album został zbudowany na tego typu utworach. „Crippled Justice” czy „Broken Ritual” pokazuje, że duet gitarowy w Aggressor potrafi nie tylko zaimponować agresywnością, ale i pomysłowością. Każdy utwór został oparty na melodyjnych i zadziornych motywach, które mogą się podobać. Można im zarzucić, że każdy utwór jest podobny do siebie, nieco zagrany na jedno kopyto, że brakuje elementu zaskoczenia. Ma to też swoje plusy, bowiem dostajemy 8 ostrych, czysto thrash metalowych utworów i nie ma tutaj miejsca na komercję, na nie potrzebne zwolnienia. Znów przypomina się nie jeden album Kreator. Bardziej urozmaicony riff dostajemy w „Social Virus”, który swoim nieco progresywnym charakterem przypomina dokonania Anthrax. Od początku do końca zespół stawia na szybkość, agresję i nic się nie zmienia w „Days of Rage”. Co ciekawe nawet cover Judas Priest w postaci „Painkiller” w pasował się do konstrukcji albumu.

Płyta skierowana do prawdziwych fanów thrash metalu, do maniaków tego gatunku. Każdy kto lubi Kreator, czy Destruction polubi od razu to co gra meksykański Aggressor, bez względu na to że nie grają niczego nowego, że grają nieco jakby na jedno kopyto. Można, a nawet trzeba im to darować, zwłaszcza że nie jeden będzie właśnie za tego typu graniem, gdzie od początku do końca dostajemy prawdziwe thrash metalowe łojenie. Takich płyt thrash metalowych też nigdy za dużo.

Ocena: 8/10

P.s podziękowanie dla Mario Gallardo za przesłanie materiału :D

SEBASTIAN BACH - Give Em Hell (2014)

Fani Skid Row mają znów powód do radości, bowiem założyciel tej formacji Sebastian Bach, który pełnił tam rolę wokalisty powraca ze swoim nowym albumem. „Give Em Hell” to nic innego jak kontynuacja tego co zaprezentował na dwóch poprzednich albumach. W dalszym ciągu Sebastian Bach potwierdza, że wie jak nagrać solidny miks heavy metalu i hard rocka, nawiązując przy tym do twórczości Skid Row.

Ciężko oderwać się od przeszłości, ale w sumie po co jak ten okres w Skid Row określił styl Sebastiana Bacha, to w czym się dobrze czuje i wypracował tam swój styl. Tak więc są tutaj pewne nawiązania, słychać podobieństwa, ale to akurat można uznać za zaletę tej płyty. To z czym mamy do czynienia to z solidnym materiałem utrzymanym w stylu hard rocka i heavy metalu. Słychać w tym wszystkim Skid Row, ale też coś z Def leppard czy momentami z solowego Halford. Wciąż Sebastian Bach stara się nadać swojej muzyce nieco nowoczesnego brzmienia, ale na szczęście nie odbija się to negatywnie na poziomie kompozycji. Wszystko staje się jasne, kiedy wkracza otwieracz „Hell Inside My Head”. Słychać, że jest to hard rock najwyższej próby, w dodatku jest moc heavy metalu i taka mieszanka brzmi znakomicie. Ciężko w ogóle poznać, że w zespole pojawił się nowy gitarzysta, a mianowicie Devin Bronson. Może nie przyczynił się do zmiany stylu, a wniósł do zespołu nieco świeżości i kilka ciekawych zagrywek. Kolejnym mocnym punktem na płycie jest „Harmony”, który pokazuje że na płycie są hity. Sebastian bach stara się nam pokazać, że można grać ciekawy i nieco nowocześniejszy hard rock, w którym ma być powiew świeżości i takie można odnieść wrażenie, gdy słucha się stonowanego „Temptation” czy agresywnego „Dominator”. Na wyróżnienie z wolniejszych utworów zasługuje bluesowy „Rock'n Roll is Vicious game”. Dość dobrze prezentuje się „Push Away” czy „Forget You” w których jest coś z Aerosmith czy Def Leppard.

Sebastian bach niczym nie zaskoczył, ale przynajmniej po raz kolejny dostarczył nam solidny materiał mieszczący się w stylistyce hard rocka i heavy metalu. Fani Skid Row i takiej mieszanki gatunków powinni być zadowoleni.

Ocena: 6.5/10

czwartek, 24 lipca 2014

HOLLYWOOD HEADS - Cross Over (2013)

Czas na kolejną dawkę hard rocka. Tym razem trafiło na Hollywood heads. Młoda kapela prosto z Moskwy. Działają od 2011 r, ale dopiero w roku 2013 pokazali całemu światu co gra im w duszy. Hollywood Heads gra energiczny hard rock, w którym można też doszukać się elementów heavy metalu i punku. To był też dobry okres by zarejestrować mini album w postaci „Cross Over”.

Na płycie znalazły się w sumie 4 utwory i każdy z nich utrzymany w innej tonacji. „Blood City” to utwór nieco cięższy, nieco nowocześniejszy, ale z pewnością dający poczuć smak hard rocka. W takim „Aerogrill” można doszukać się elementów Ac/Dc czy Krokus, a także innych znanych kapel z lat 80. To akurat może się podobać, zwłaszcza że gitarzysta Fox ma niezłą zabawę podczas wygrywania swoich partii. Jest zabawa, jest luźna atmosfera, a to sprawia że słucha się muzyki Hollywood Heads z dużą przyjemnością. „Game” nieco bardziej heavy metalowy, nieco ostrzejszy. Można tutaj doszukać się konstrukcji na miarę Red Hot Chilli Peppers. Nieco radiowy wydźwięk jest tutaj akurat sporym plusem. Moim faworytem pozostał najszybszy i najradośniejszy kawałek na płycie, a mianowicie „Hollywood Heads”. Rozpędzony rock'n roll w najlepszym wydaniu. Bardzo dobrze wszystko wykonano. Nie ma się do czego przyczepić, bo nawet wokalista Gine King jest autentyczny, śpiewa prosto z serca i idealnie wpasowuje się w tło. Dzieję się sporo, a przecież to tylko 4 utwory.

Czekam na debiutancki album i wtedy będę wstanie zweryfikować umiejętności Hollywood Heads, ale póki co podoba mi się to co grają ci młodzieńcy. Jest energia, pasja i miłość do rocka i o to chodzi.

Ocena: 7/10

RUNNING DEATH - The Call of Extinction EP (2012)

Czekam na nowy album niemieckiej kapeli Running Death. Dawno nie słyszałem tak zgranej kapeli, która ma w sobie taki zapał i chęć grania. Chcą stać się ważnym członkiem niemieckiego thrash metalu i póki co są na dobrej drodze ku temu. Kapela powstała w 2004 r., ale od tamtego czasu cały czas pracuje na swój sukces. Może nie mają jeszcze pełnometrażowego debiutu, ale już nie jednokrotnie pokazali na co ich stać i że drzemie w nich prawdziwy potencjał. Grają thrash metal i to taki przesiąknięty rodzimymi kapelami pokroju Sodom czy Kreator. Nie wierzycie? To czym prędzej sięgajcie po ich mini album „The Call of Extinction”, który ukazał się w 2012 roku.

Młodzi muzyce, nie dają po sobie poznać, że nie mają takiego doświadczenia jak Kreator czy Slayer. Dają z siebie wszystko i przede wszystkim robią wszystko z dbałością o szczegóły. Nie grają chaotycznie, nie szpanują i nie próbują naśladować którąś z wielkich kapel, a to się ceni. Na pewno nie trzymają się kurczowo thrash metalu i jednego motywu. Materiał jest urozmaicony i to potwierdza choćby bardziej melodyjny „Killing For Gods”, w którym mamy nieco punkowego klimatu. Nie brakuje też typowych ostrych riffów, ciężkich partii gitarowych i tego wszystkiego za co kochamy ten gatunek. Zawsze takie petardy jak „Hunting Heads” są pożądane. Trzeba , że zespół znakomicie sobie radzi w szybszej stylistyce. Nie zapominają o agresji, o dynamice, a także o tradycyjnych rozwiązaniach. Takie nawiązanie do klasyków zawsze są mile widziane. Nie można też złego słowa napisać o wokaliście Simonie, który podkreśla agresywny charakter kompozycji i to dzięki nie mu w sumie wiemy, że jest to thrash metal. Wsłuchując się wyłącznie w instrumentalną sferę można momentami zwątpić. Taki otwieracz „Unleashed” ma sporo cech heavy metalu. Z pewnością taki przebój jak „The Call of Extinction” sprawdzi się na koncertach. To jest właśnie znakomity dowód na to, że ta kapela ma w sobie potencjał. Nie tylko potrafi grać, stworzyć przebój, ciekawe melodie i motywy, ale potrafi zaciekawić słuchacza swoją muzyką, choć nie jest ona w niczym oryginalna.

Od tego wydawnictwa minęły dwa lata, tak więc za trochę czasu Running Death powinien wydać pełnometrażowy album i wtedy przekonamy się na co ich tak naprawdę stać. Póki co jestem zachwycony i to jest właśnie thrash metal jaki uwielbiam.

Ocena: 8/10

LOUDGUNS - Sunset Runaway (2014)

Zostawmy na chwilę power, thrash metal i inne tego typu gatunki. Czas zajrzeć do świata hard rocka. W tym roku było kilka ciekawych pozycji i nie którzy mają już tutaj swoje typy. A co powiecie na zespół, który gra w stylu lat 80? Czy posłuchalibyście mieszanki Pretty Maids, Axxis, Whitesnake, czy Dokken? Lubicie hard'n heavy i mieszanki heavy metalu i hard rocka? To z pewnością nowy album fińskiej formacji Loudguns namiesza w waszych statystykach i na długo zagości w waszej domowej kolekcji płytowej. „Sunset Runaway” to album który łączy w sobie melodyjny metal, hard rocka i wszystko to co dawało sukces temu gatunkowi w latach 80.

Z pewnością mocnym atutem jest tutaj to, że całość brzmi jak z lat 80. Ciepłe, ale równie czyste brzmienie to jeden z tych argumentów, który to potwierdza. Im dalej zagłębiamy się w materiał tym więcej tych symptomów związanych z latami 80. Brzmienie gitar, konstrukcja utworów, chórki i sporo podobnych motywów wyjętych z twórczości Pretty Maids, Def Leppard, Rainbow, Dokken czy Axxis. Mieszanka wybuchowa i taka też jest. Każdy z muzyków jest ważny, ale i tak pierwszy kto będzie nam się rzucał to wokalista Laasi Varaanen, który ma w sobie to coś. Śpiewa pewnie i z charyzmą, ukazując to co najpiękniejsze w hard rocku. Niczym nie ustępują gitarzyści, którzy wiedzą jak oddać klimat płyt z lat 80, jak dogodzić fanom tej muzyki. W „Silent Cries” słychać riff wyjęty jakby z dokonań Dio, otwieracz „Line of Fire” z wysuniętymi klawiszami zabiera nas do klimatów Pretty Maids, zaś przebojowy „We need a Hero” przypomina najlepsze lata Def Leppard. Zespół znakomicie urozmaica swoją muzykę, zabierając nas do najpiękniejszych rejonów hard rocka. Tutaj mamy nie tylko mocne i energiczne granie, bowiem jest też czas na spokój i piękne melodie, wyjęte z ciepłych, rockowych ballad, co dowodzi „War Remains”. Kto lubi Rainbow ten z okresu Turnera, ten powinien docenić finezyjny „Paintings in the Dark”. Sporo rocka z lat 80, tego również nadającego się do radia usłyszymy w nieco komercyjnym „Rain keeps failling”. Czy tylko ja słyszę tutaj Scorpions? No i całość zamyka piękna ballada „So Close To Home” , która pod względem czułości, klimatu przypomina miłosne ballady Foreigner.

Nowy album Loudgund to właściwie muzyka hard rockowa w pigułce. Fińska kapela zabiera nas w podróż w muzyczne rejony Def leppard, Pretty Maids, Axxis, Foreigner, Scorpions czy Dokken. Nie sposób się nudzić, zwłaszcza że tyle się dzieje, tyle hitów i tyle różnego rodzaju hard rockowego grania. Nie przesadzę, jak nazwę Loudguns jednym z najlepszych zespołów młodego pokolenia, które wie jak grac hard rocka na wysokim poziomie.

Ocena: 9/10

TERRATOMORF - Ya Legenda EP (2014)

W Rosji heavy metal nie kończy się na Aria, jest też wiele młodych kapel, które próbują swoich sił w graniu heavy metalu. Dobrym przykładem jest choćby Terratomorf, który w tym roku wydał swój mini album zatytułowany „Ya legenda”. Komu nie przeszkadza rosyjski język w muzyce heavy metal ten może spróbować swoich sił z tym wydawnictwem.

Na pierwszy rzut oka można stwierdzić, że arcydzieło to raczej nie jest. Kiczowata okładka, rosyjski język w roli głównej już zwiastowało nic specjalnego. A zespół potwierdza obawy już za sprawą pierwszych dźwięków. Grają prosty heavy metal z domieszką hard rocka, który nadaje się do zabawy i jako tło do picia. Jednak nie spełnia wymogów ambitnego grania. Wokalista Ruslan Kaplan średnio mi pasuje do takiego grania i brakuje mu techniki i charyzmy. W połączeniu z rodzimym językiem daje to niskiej jakości heavy metal. Artue Berkut z zespołu Aria pojawia się gościnnie w „Sudba”, ale niczego to nie ratuje. Taki lekki, nie przekonujący heavy metal, który brzmi jak dzieło muzyków, którzy faktycznie debiutują i szukają swojego charakteru. Szkoda tylko, że mało w tym rzeczywistego heavy metalu. Brzmienie też jest tutaj chybione. Nieautentyczne i sztuczne. Próba grania ciężkiego i mrocznego heavy metalu w tytułowym „Ya Legenda” tylko uwypukla wszelkie wady tego zespołu. Dobrze zaczyna się „V nebesa” lecz i tutaj nie można oprzeć się wrażeniu, że kapela gra tak jakby z nudów, bez przekonania i wiary, że mogą coś zdziałać razem. To przedkłada się na chaotyczność i wykonanie, a te jest tutaj naprawdę średnich lotów, żeby nie używać słowa „słabe”. Najlepiej prezentuje się z tej płyty dość melodyjny „Gorod Dushi”. Jest mocny, żywiołowy riff, jest nutka hard rocka. No i przede wszystkim emanuje z tego radość, a nie spinanie się by grać heavy metal.

Kolejna moja wyprawa w tamte rejony Europy zakończyły się niepowodzeniem. Chyba długo mi zajmie znalezienie czegoś w stylu i na poziomie Shadow Host. Specyficzny zespół z tego Terratomorf, ja jednak jestem na „nie”.

Ocena: 2.5/10

MORNING DWELL - Morning Dwell (2014)

Zapewne wielu z nas chciałoby usłyszeć wielki powrót Edguy do grania znanego z takich albumów jak „Vain Glory Opera” czy „The savage Poetry”. Znajdą się też osoby co chciałyby posłuchać czegoś w stylu „The Keeper of The Seven Keys” Helloween czy może płyt na miarę zespołu Insania. Ostatnio jest głód właśnie na taki właśnie power metal, zakorzeniony w latach 90 i niektórym kapelom udało się znakomicie odtworzyć tamten okres. Wystarczy spojrzeć na sukces Last Bastion i Lord Symphony. Teraz do tej dwójki można dopisać jeszcze szwedzki Morning Dwell, który również w tym roku debiutuje albumem „Morning Dwell”.

Zespół powstał w roku 2012 i był to początkowo solowy projekt wokalisty Pettera Hjerpa. Jednak szybko Morning Dwell stał się zespołem z krwi i kości. Zatrzymajmy się nieco dłużej przy osobie Pettera, bowiem to rasowy power metalowy wokalista. Śpiewa czysto i stara się trzymać wysokich rejestrów i jego maniera to taki miks Kiske i Sammeta. Można nawet mówić o klonie, ale jest to bardzo udany klon, który odtwarza najlepsze lata tych wokalistów. Nie mam nic przeciwko temu, zwłaszcza że sama warstwa instrumentalna przywołuje na myśl wczesne lata Helloween i Edguy. Idąc tym samym styl szwedów nie jest oryginalny, ani też jakoś pomysłowy, ale nie to liczy się. Istotą tej kapeli jest, że stawią na starą szkołę europejskiego power metalu, że stara się zagrać w stylu, który gdzieś tam ewoluował w stronę cięższego i nowocześniejszego, zostawiając tradycyjny power metal w cieniu. Miło jest usłyszeć coś właśnie w starym stylu Helloween czy Edguy, zwłaszcza że coraz ciężej o takie albumy. Tutaj wszystko dopasowano, żeby album był jak najbliższym tym wydawnictwom na których się wzorowali. Tak więc okładka przypomina okładkę „The Keeper of The seven Keys”, a brzmienie albumy Edguy. Duet gitarzystów Ulf i Michel przypomina bardzo grę Weikatha i Hansena, ale też słychać w tym pojedynki solowe godne Dirka i Jensa z Edguy. Nie jest to może żadne oryginalne granie, ale panowie się znają na swojej robocie i jest nad czym się zachwycać. Słychać takie stare, oklepane rozwiązania, które mimo to wciąż zachwycają. „Unlock The Doors” pod każdym względem brzmi znajomo. Główny riff już się gdzieś przewinął albo to w Helloween, Edguy czy może Gamma Ray. Solówki też przypominają Helloween/ Gamma Ray, ale to wszystko brzmi bardzo dobrze, pomimo że jest to bardzo wtórne granie. Radość i słodkość ze wczesnych płyt Edguy przejawia się w „Orange Moped” i jest to kolejny szybki utwór. W tym kawałku można się przekonać, że również sekcja rytmiczna dobrze sobie radzi z odtworzenie stylu Helloween czy Edguy. Nieco gorzej zespół radzi sobie z bardziej rozbudowanym granie, z utworem z nieco wolniejszym tempem i „Strongest of them All” wypada dość blado i nieco przynudza swoim wykonaniem. Gdy się wciągniemy w album to przekonamy się, że na płycie nie brakuje dobrych melodii czego przykładem jest „Forever and Ever”, ani też przebojów co dowodzi „Predator” czy „Spread Your Wings”. Rasowe power metalowe petardy to choćby „The Gatekeeper” czy melodyjny „World Inside” . Morning Dwell postanowił również niczym Helloween nagrać kolos trwający ponad 10 minut i „The Story Never Ends” sprawdza się w tej roli naprawdę dobrze.  Jest sporo przejść i urozmaiceń, tak więc na pewno nie można tutaj narzekać na nudę.

Od strony muzycznej płyta jest bardzo dobra i przywołuje na myśl najlepsze lata Edguy i Helloween, kiedy te kapeli zaczyna zdobywać sławę, kiedy miały wpływ na rozwój power metalu. Jest na „Morning Dwell” wszystko co trzeba, a jedynym minusem jest wtórność, która czasami może też drażnić, bo chciałoby się usłyszeć więcej własnego stylu Morning Dwell aniżeli kopii Edguy. Jednak nawet w tej kategorii Morning Dwell zasługuje na uwagę fanów power metalu.

Ocena: 7.5/10

środa, 23 lipca 2014

SIXPOUNDER - Ruled By Anger (2012)

Trzech muzyków, których połączyła jedna pasja, jedna miłość i jeden cel. Nie znani do tej pory nikomu postanowili podzielić się swoim zamiłowaniem do thrash metalu z nami. Nie zamykajmy się na młode kapele, które szukają swojego miejsca na rynku. Wiem, że łatwo jest nam sięgnąć po kolejny album Overkill czy Testament, a znacznie ciężej odpalić płytę mało znanego zespołu z meksyku. O sixpunder, który powstał w 2007 roku słyszało zapewne garstka ludzi, a nie którzy zlekceważyli ich muzykę. Niesłusznie. Ich debiutancki album „Ruled by Anger” to jeden z najciekawszych debiutów roku 2012.

Wiele muzyków w thrash metalu widzi tylko agresywną muzykę, która porusza tematykę cierpienia, śmierci i mroku, czasami ocierając się o przyziemne kwestie. Jest to istotny czynnik, bez którego ciężko sobie wyobrazić ten gatunek heavy metalu. Jednak nie można tutaj zapomnieć o innych elementach jak choćby szybka sekcja rytmiczna, ostre riffy i zadziorny wokal. Często jednak zapomina się o ciekawych melodiach, o chwytliwych motywach, czy też o urozmaiceniu przez co wiele kapel przepada bez echa w gąszczu wielu podobnych rzeczy. Sixpounder wyróżnia się tym, że nie stara się na siłę odtworzyć lata 90, lecz stara się nam zaprezentować thrash metal naszych czasów. Tak więc, nie brakuje tutaj nowoczesnego brzmienia, nowego podejścia do tematu i bardziej technicznego wyrafinowania. Muzycy nie dają po sobie poznać że to ich debiut, co tylko potwierdza ich umiejętności. W pamięci zapada przede wszystkim wokalista Angelo, który dba o to, że nie brakowało mocy ani pazura na płycie. Nie grzeszy może techniką, ale oddaje charakter tej muzyki, a to jest najważniejsze. Skupmy się na zawartości. Płytę otwiera „Stand for All Life” i początkowo można wpaść w konsternację czy to faktycznie jest thrash metalowy album. Jak wkracza szybsze tempo to wszystko się wyjaśnia. Nie jest to kopiowanie Megadeth czy Slayer i zespół stara się odnaleźć swój charakter, a to zawsze jest doceniane. Sporo pracy włożył w aranżacje gitarzysta Eliasib, który w swoich partiach nie żałuje mocnych, agresywnych riffów. Na płycie roi się od przemyślanych i złożonych solówek. Słychać w takich utworach jak „Ruled by Anger” czy „Rise In terror” pasję i zamiłowanie nie tylko do thrash metalu ale i heavy metalu. Perkusista Daniel daje popis swoich umiejętności w „The Marksman”, który jest dość szybkim i rytmicznym kawałkiem. Zespół nie tworzy nic na siłę i wie kiedy skończyć, przez co płyta nie nuży się, a 35 minut zostaje dobrze zagospodarowane. Gdybym miał wskazać najszybszy utwór na płycie to bym wskazał bez wątpienia „The One”, który z jednej strony jest szybki i taki brutalny na swój sposób. To jednak można z drugiej strony doszukać się coś z NWOBHM czy heavy metalu. Całość zamyka „Became a Saint”, który znakomicie definiuje thrash metalu. Jest to też utwór nieco inny od pozostałych. Więcej rytmiki i zróżnicowania, a mniej przysłowiowego łojenia. To wszystko dobrze wróży jeśli chodzi o przyszłość formacji.

Meksykańska formacja pokazała, że sława i nazwa to nie wszystko. Liczy się też pasja i miłość do grania. Oni to mają i słychać, że czerpią z tego radość. Nagrali album treściwy, a przede wszystkim energiczny i od początku do końca przemyślany i godny zapamiętania. Jeden z najciekawszych debiutów w dziedzinie thrash metalu. Czekam na kolejne wydawnictwo tej formacji.

Ocena: 8/10

P.s Podziękowania dla Marrio Gallardo za umożliwienie posłuchania tej płyty

wtorek, 22 lipca 2014

MIECZ WIKINGA - Grona Gniewu (2004)

Jak dobrze poszukamy to i w na polskiej scenie heavy metalowej znajdziemy ciekawe zespoły i nie chodzi mi o to rozpoznawalne jak Turbo, Kat, Crystal Viper czy ostatnio Screram Maker. Bardziej mam na myśli coś w stylu Arondight czy Open Fire. Kolejnym takim nieco zapomnianym zespołem heavy metalowym, który nagrał równie świetny album i nigdy nie zdobył większej sławy jest Miecz Wikinga. Ta kapela powstała w 2000 r i zaistniała na rynku za sprawą debiutu „Grona Gniewu”, który został wydany w 2004 roku. Od premiery minęło 10 lat, a ta płyta wciąż się trzyma dobrze, wciąż zachwyca swoim wykonaniem, poziomem i charakterem.

Udało się nagrać wyjątkowy album, pomimo że Miecz Wikinga niczego nowego nie nagrał. Każdy kto posłucha ich muzyki, powie a że to już słyszał na płytach Turbo, Ceti, czy Iron Maiden, Saxon, Judas Priest. Jednak mimo tych słyszalnych inspiracji Miecz Wikinga nie podoba w bezczelne kopiowanie tych zespołów. Stara się tutaj wykreować coś własnego, stawiając na mroczne, nieco przybrudzone brzmienie, na melodyjne riffy i solówki, a także na ojczysty język. Przede wszystkim od samego początku dobre wrażenie robi wokalista Darek. Ma on mocny, wyrazisty głos, który sprawia, że kawałki są bardzo heavy metalowe. Otwieracz „Tron Szyderczych Prawd” ukazuje wszelkie jego atuty i ciężko w sumie wyobrazić jak śpiewa on w innym języku niż polskim. Na uwagę też zasługuje zgrana sekcja rytmiczna, która nasuwa namyśl okres NWOBHM i Iron Maiden z czasów gdy wokalistą był Paul Di Anno. O poziomie tej płyty zadecydował nie tylko wokal Darka, ale też jego popisy gitarowe w duecie z Robertem. Słychać, ze wzorowali się na Iron Maiden, Turbo czy Judas Priest. Nie mam nic przeciwko temu, zwłaszcza gdy jest to zagrane z pasją i miłością do heavy metalu. Dobrym tego przykładem jest „Żelazne Miraże” czy melodyjny „Grona Gniewu”. Nawet dobrze prezentuje się ballada „Anielski Puch”, która wprowadza nieco urozmaicenia do tej heavy metalowej płyty. Też bardziej złożony i zaskakującym utworem jest „Karmazyn”, który też mocno osadzony jest w twórczości Iron Maiden. Słuchając „Odsieczy Czas” to nie wiem czemu, alem od razu nasunął mi się Mercyful Fate. Utwór jest cięższy i ma bardziej ponury klimat niż pozostałe utwory. Fani Running Wild powinni docenić hit w postaci „Jesteś Krainą Sposobności”. Całość zamyka „Husaria Lepszego stworzenia”, który momentami ociera się o thrash metal.


I co z tego, że płyta nie ma wypełniaczy, jest energiczna, ma sporo hitów i ma heavy metalowy pazur, jak nie nie dało to szansy kapeli na rozwój. Miecz Wikinga się przeistoczył w Harpia, ale muzycy i tak milczą od kilku lat. Rozpadł się jeden z ciekawszych polskich zespołów heavy metalowych, który śmiało mógł konkurować z zagranicznymi zespołami. Szkoda, ale na pocieszenie został jeszcze debiutancki album „Grona Gniewu” który każdy fan heavy metalu powinien znać.

Ocena: 8/10