poniedziałek, 30 maja 2016

BLACK ACES - Shot in the Dark (2016)

Dawno nie było żadnego klona Ac/Dc czyż nie? Może zapomnieć o tym, że moda na muzykę w stylu Ac/Dc się skończy. Popyt na taką muzykę wciąż jest, zwłaszcza że Ac/Dc zbliża się ku emeryturze. Na szczęście jest kilka zespołów, które kontynuują twórczość Ac/Dc i właściwie każdego roku wypływa jakiś band, który gra mocnego hard rocka w stylu elektryków. Black Aces działa od 2013 r i wcześniej jakoś większego rozgłosu nie zdobyli, ale teraz wszystko się zmieni za sprawą debiutu „Shot In the Dark”. Energiczny hard rock z domieszką rock;n rolla, który zabiera nas do lat 70 i początków Ac/Dc, kiedy to zespół napędzał Bon Scott. Tutaj w Black Aces jest równie charyzmatyczny Tyler, który ma coś z maniery Bona Scotta. Pomijając już kwestię samego wokalu, panowie zadbali o to by brzmienie również mocno było osadzone w latach 70 czy 80. To wszystko jeszcze bardziej nas zbliża do najlepszych płyt Ac/Dc i jeszcze dodaje większego uroku. Sukces debiutanckiego krążka australijskiej formacji leży przede wszystkim u podłoży zgranego duetu gitarzystów i sporej ilości przebojów. Riffy są mocne i zadziorne, wszystko ładnie bujała i dostarcza nam dobrej zabawy. Solówki melodyjne i z nutka finezji, a do tego ta lekkość. Dość szybko przemija muzyka zawarta na tej płycie co tylko potwierdza o jakości. Otwierający „Shot in the dark” to prawdziwa jazda bez trzymanki i na taki hard rock zawsze warto czekać. Przebojowy „Girl like You” brzmi jak hołd dla „Highway to Hell”.Bardziej heavy metalowy „Back in the Chain” to już bardziej rock;n rollowa petarda z szybszym riffem. W „Sick As Dog” można doszukać się wpływów „Ballbreaker”. Pozytywną energią kipi rozpędzony „Let it Roll”. Płyta wypchana jest dobrymi kawałkami, a każdy z nich to prawdziwa petarda. „Rough Touch” to przykład jak grać mocny hard rock w stylu Ac/Dc i to na wysokim poziomie. Na koniec mamy stonowany i mroczniejszy „The Walls”, który wyróżnia się pod względem samej konwencji. Niby nic nowego i to wszystko już słyszeliśmy, ale wciąż wzbudza wielką radość taki prosty, energiczny hard rock w stylu Ac/Dc. Taka muzyka nigdy się nie znudzi i można jej słuchać w nieskończoność.

Ocena: 8.5/10

sobota, 28 maja 2016

SILVERBONES - Wild Waves (2016)

Muzyka i twórczość Running Wild miała i w sumie dalej ma ogromny wpływ na muzykę heavy metalową. Charakterystyczne melodie, brzmienie gitar, odpowiednie pirackie refreny i przebojowość to jest coś co Running Wild robił na wysokim poziomie i pokazał wszystkim że można. Rock'n Rolf stworzył jedną z najlepszych kapel metalowych, która natchnęła Ceda z Blazon Stone, muzyków Powerwolf, Lonewolf, czy też właśnie Silverbones. Ten ostatni nie jest jeszcze tak znany, w końcu ich debiutancki album „Wild Waves” ma 15 czerwca tego roku. Co warto wiedzieć o tej kapeli i samym albumie?

Silverbones powstał w 2013 r inicjatywy Adrea Franceschi, który zajął się również wokalem, graniem na basie i komponowaniem kompozycji. To on też dostarczył pomysłu na frontową okładkę „Wild Waves”. Jest takim włoskim Rock;n Rolfem, który pełni wiele funkcji i stara się być kapitanem na swoim pokładzie. Sam zespół grał już wiele koncertów, w tym również na ziemi polskiej i ma już 3 letnie doświadczenie. Jeśli chodzi o muzykę Silverbones to jest to heavy/speed/power metal w stylu Running Wild. Sporą rolę odegrał Ced z Blazon stone, który zadbał o odpowiednie brzmienie i jakość całej płyty. Na płycie słychać echa wczesnego Running Wild z okresu „Port Royal” czy „Blazon stone”. Zaczyna się typowo, bo od intra. Akurat „Cry For Freedom” to mocne intro, które oddaje najlepsze lata Running Wild. To się nazywa dobry start. Sporo klasycznego grania spod znaku Rock;n Rolfa uświadczymy w przebojowym „Wild Waves”, który najlepiej oddaje klimat całej płyty. „Royal Tyrants” w rzeczy samej brzmi jak zaginiony kawałek z płyty „Port Royal” a wszystko dzięki odpowiedniej melodyjności i klimatowi. „Queen Anna's Revenge” zaczyna się od akustycznej partii gitarowej i w sumie tak zaczynały się najciekawsze kawałki Running Wild. Ta rozbudowana kompozycja również należy do tych najlepszych na płycie. Zespół całkiem dobrze radzi sobie w sferze gitarowej co potwierdza talent Ricardo. Bardziej stonowany jest „The Undead”, który ukazuje mroczny klimat. Nie brakuje szybszych petard i w tej roli sprawdza się energiczny „Raiders of the New World” czy melodyjny „Wicked Kings”, które również mają coś z płyty „Port Royal”. Na sam koniec mamy jeden z najlepszych przebojów na płycie, a mianowicie „Hellblazer” i rozbudowany „Black bart” trwający prawie 8 minut. Znakomite zwieńczenie tak udanej płyty w klimacie Running Wild.

Nie jest łatwo nawiązać do ponadczasowego Running Wild, który tak wiele osiągnął i stworzył taki jedyny w swoim rodzaju styl. Jednak Blazon Stone czy właśnie Silverbones pokazują, że można. „Wild Waves” to miła wycieczka do twórczości Running Wild z okresu „Port Royal”. Sam zespół ma w sobie to coś, co sprawia że debiutancki album brzmi jakby nagrała go doświadczona kapela z wieloletnim stażem. Nie ma słabych utworów, a każdy kawałek to miła frajda dla fanów takiej muzyki. Warto mieć ten album w swojej kolekcji, zwłaszcza jeśli płynie w nas piracka krew.

Ocena: 9/10

piątek, 27 maja 2016

AVENGEUS - New Beginning (2016)

Czasami przychodzi taki dzień, że mamy ochotę na granie świeże, nowoczesne z elementami różnych gatunków. Taki mocny zastrzyk energii, który pozwoli nam odprężyć się i dać się porwać emocjom. W tej kategorii dobrze sprawdzi się nowość na szwedzkiej scenie metalowej w postaci Avengeus. 5 muzyków w 2011 założyło band, który potrafi odnaleźć się na gruncie melodyjnego metalu, w którym wybrzmiewają wpływy Ac/Dc, Dokken, Metallica, Nightmare czy Primal fear. Młody i pełen werwy band postanowił dać światu dobrze zgrany metal z elementami hard rocka, który opiera się na mocnych riffach, soczystej sekcji rytmicznej i wyrazistym wokalu Niclasa. Dzięki niemu bez wątpienia całość brzmi bardziej nowocześnie i soczyście. Jednak pierwsze skrzypce w tym zespole grają gitarzyści, którzy urozmaicają tą płytę i nadają jej odpowiedniego tonu. Jest rytmiczność, jest pazur i cały czas się coś dzieje. Nie można się tutaj nudzić i kilka utworów naprawdę potrafi miło zaskoczyć. „As The Pillars Burn” to dobry przykład tego miłego zaskoczenia, bo jest to prawdziwa petarda. Ostry, zdecydowany riff, odpowiednie tempo i dobre zgranie gitar. To jest porządny heavy/power metal, który zadowoli nawet tych bardziej marudnych słuchaczy. W podobnej konwencji utrzymany jest toporniejszy „Hunger”, który ukazuje agresywniejszą stronę zespołu. Wpływy Metaliki słychać w stonowanym „What Must Die”, zaś „Replaced” to dobry przykład hard rockowego przeboju. Słabym punktem na krążku są komercyjne kawałki, które mają pełnić funkcję ballad. Niestety taki spokojniejszy „Fading Misery” jest niewypałem. Na koniec mamy rozbudowany „The End” , który w sumie jest najciekawszym utworem na płycie, który pokazuje że jednak zespół stać na ciekawy i bardziej złożony kawałek z pewnymi progresywnymi zacięciami. W tej sytuacji werdykt jest tylko jeden. „New Beginning” to udany debiut szwedzkiej formacji, która grać potrafi i wie jak grać heavy metal w nowoczesnej oprawie. Jedynie czego brakuje to „kropki nad i” i ostatecznego szlifu.


Ocena: 7/10

środa, 25 maja 2016

KNIGHTMARE - Wolves of Retribution (2016)

4 lata przyszło czekać fanom amerykańskiej formacji Knightmare, która skupia się na graniu pozytywnie zakręconego heavy/power metalu, w którym słychać echa Hammerfall, Jag Panzer, czy Iron maiden. Wychodzi z tego niezła mieszanka i można łatwo się pogubić czy to amerykańska formacja czy też brytyjska. W swojej formule bliżej im do tych zespołów brytyjskich z lat 80. Nie jest to żadna ujma, ale pokazuje jak zespół bywa elastyczny. Ta amerykańska formacja działa od 2010 r i nagrała już dwa albumy, z czego „Wolves of Retribution” to ich najnowsze dzieło. Panowie nie pokusili się o bardziej oryginalną nazwę zespołu, to teraz tylko tracą na tym. Takich zespołów o takiej nazwie troszkę jest i to w samej Ameryce. No cóż, ale band nie składa broni, a ich najnowszy krążek to prawdziwa uczta dla fanów tradycyjnego heavy/power metalu. Muzyka mocno osadzono jest w latach 80 i nie chodzi mi tu tylko o dobrze dostrojone brzmienie czy klimatyczną, ręcznie narysowaną okładkę. Po prostu to jak zespół skomponował utwory, to jak brzmi wokalista Anthony tylko bardziej nas zbliża do tamtych lat. Skojarzenia z Iron maiden czy Jag Panzer są i to w dużej ilości, ale to akurat spora korzyść dla płyty. Jest melodyjnie i nie brakuje hitów, które napędzają płytę. Mamy tylko 8 utworów dających 47 minut muzyki utrzymanej na wysokim poziomie. Już Jared i Reid zadbali o to byśmy się nudzili. To właśnie ich wspólna praca i popisy nadały temu wydawnictwu charakteru i ognia. Zaczyna się od mocnego wejścia w postaci „Children of Hell”. Brzmi to jak hołd dla NWOBHM i wczesnego Iron maiden. Jeszcze lepiej wypada nieco marszowy „Wolves of Retribution” i to jest kwintesencja twórczości żelaznej dziewicy i heavy metalu lat 80. Pierwszym bardziej złożonym kawałkiem na płycie jest rytmiczny „Underground Revolution”. Nutka power metalu pojawia się w szybszym „Days of The King” czy melodyjnym „Set in Stone”. Najlepiej prezentują się dwa kolosy o charakterze epickim czyli „Savage Den” oraz mroczny „Demon's Waltz”, które potrafią zauroczyć swoimi aranżacjami. Można by rzec jedna płyta z wielu, ale jednak amerykańska otoczka, specyfika i kompozycje sprawiają że ma swój własny urok. Płyta robi spore wrażenie i zapewne tak szybko nie zapomnimy o niej. Pozycja obowiązkowa nie tylko dla maniaków Iron Maiden czy amerykańskiego heavy/power metalu.

Ocena: 8/10

niedziela, 22 maja 2016

HAMMERSCHMITT - United (2016)

Fanów Hard rocka powinien zainteresować powrót niemieckiej formacji Hammerschmitt, która powstała w 1997 r. Nie jest to może kapela, którą stać na coś wielkiego, ale ich najnowszy krążek w postaci „United” wstydu nie przynosi. Płyta jest pełna cytatów i odesłań do twórczości Dokken, Motley Crue, Slade, Def leppard czy Ac/Dc. Przewijają się znane nam motywy, riffy i rozwiązania w poszczególnych kawałkach. Tak więc pod wieloma względami „United” to płyta wtórna i pozbawiona świeżości. Ma jednak kilka atutów. Jednym z tych najważniejszych to owa przebojowość, która napędza ten album. W takiej muzyce ten czynnik jest wręcz niezbędny, by płyta była udana. Hammerchmitt wyróżnia się specyficznym wokalistą Benem, który nie grzeszy techniką czy agresywnością. Śpiewa w swoim stylu i dzięki temu Hammerschmit ma swój charakter. Znacznie więcej pracy włożyli w całość gitarzyści i tutaj Summi jak Gernot radzą sobie z swoimi obowiązkami. Na płycie znajdziemy kilka mocnych kawałków, które zapadną głęboko w pamięci. Na pewno takim utworem jest heavy metalowy otwieracz „Metalheads”, który brzmi jak mieszanka Hammerfall i U.D.O. Rytmiczny i mocny riff, do tego spora dawka przebojowości i hit gotowy. Równie pozytywne emocje wzbudza agresywniejszy „Mean streak”, czy lżejszy „Crazy World”, który jest hołdem dla Scorpions. Nieco irytuje cover The cranberies w postaci kultowego „Zombie”, który nie wymaga już żadnych poprawek czy odświeżeń. Do udanych kawałków, które cechują się niezwykłą melodyjnością warto zaliczyć „Still On Fire”. Całość zamyka klimatyczna i wciągająca ballada „Killed by Death”, która łapie za serce. Solidny album, który miło się słucha w wolnej chwili. Dobry do odprężenia i jako tło do podróży samochody, ale nie jest to coś ambitnego, co zostanie z nami do końca roku.

Ocena: 5.5/10

sobota, 21 maja 2016

LONEWOLF - The Heathen Dawn (2016)

Micheal Hellstrom to gitarzysta znany przede wszystkim z twórczości Elvenstorm. Dla wielu fanów klasycznego heavy/speed metal mistrz i człowiek, który czego nie dotknie to tworzy coś niezwykłego i magicznego. Elvestorm to jeden z najlepszych bandów grających klasyczny heavy/speed metal i przykład geniuszu. Tak dzięki nim muzyka takich kapel jak Running Wild, Stormwarrior czy Paragon dalej istnieje i ma się dobrze. Dobre jest to, że ten świetny gitarzysta zasilił francuski band Lonewolf, który również specjalizuje się w klasycznym heavy/speed metalu spod znaku Running Wild. Band od lat nagrywa świetne albumy i w sumie ani razu nie zawiódł fanów. Wypracowali swój styl, który mocno ociera się o twórczość Grave Digger i Running Wild. Charakterystyczny wokal Jensa i spora dawka energicznych i melodyjnych solówek to ich znak rozpoznawczy. Ten piracki duch jest to uchwycenia w każdej kompozycji. Bez Micheala Hellstroma ten band czynił cuda i nagrywał świetne albumy, a teraz mają na pokładzie tego gitarzystę mogą tworzyć coś genialnego i ponadczasowego. Najnowszy album „The Heathen Dawn” to kontynuacja tego co mieliśmy na poprzednich płytach. Jednak jest więcej elementów wyjętych z Running wild, jest więcej piractwa, jest więcej przebojów, a sam album zasługuje na miano jednego z najlepszych w dyskografii francuzów. Płyta wyróżnia się lekkością jeśli chodzi o aranżacje i choć jest tutaj nacisk na heavy/speed metalową formułę to nie brakuje elementów stricte power metalowych. Inną rzeczą jest fakt, że zespół nie pozwolił sobie na nudę i nijakie kompozycje. Każdy z nich to czysta perfekcja i wycieczką w różny rejon. To jest właśnie największy atut tej płyty. Cały czas trzyma w napięciu i dostarcza sporej frajdy. Band się bawi elementami muzyki Running Wild i wszystko tworzy w taki sposób, że jest w tym świeżość i nutka zaskoczenia. Już sama frontowa okładka jasno daje do zrozumienia czego mamy się spodziewać po tej płycie. Jednak nikt by nie przypuszczał, że płyta tak wyładowana jest hitami, które powalają na kolana. „A call to Wolves” to epickie intro, które ma w sobie magiczny klimat i w rzeczy samej przypomina nam intra Running Wild. Podniosła melodia, żwawy riff, niezwykła lekkość i przebojowość, a z drugiej strony energia i agresja. To się nazywa czysty geniusz i „Wolfsblut” wpisuje się w ten wysoki standard. Z kolei riff i początkowa faza „Demons Fire” przypomina do bólu „empire of the Undead” Gamma Ray. Choć i tutaj nie brakuje miłych nawiązań do Running Wild. Prawdziwa petarda w nieco power metalowej konwencji. Running Wild potrafił umiejętnie wykorzystać elementy akustyczne, by budować piracki klimat. Lonewolf w „Keeper of the Underworld” tez dobrze wykorzystują ten patent i wyszedł im prawdziwy hit. Od samego początku z kawałka wydobywa się piracki klimat. W innej konwencji utrzymany jest marszowy „When the angels Falls”, który przemyca troszkę elementów topornego grave Digger czy przebojowego Hammerfall. Jest to również pierwszy nieco ostrzejszy i mroczniejszy utwór na tej płycie, co tylko pokazuje jak dobrze funkcjonuje tutaj różnorodność. Przebojowość i chwytliwa melodia to atuty znakomitego „Until the End”. Micheal z Elvenstorm pokazuje tutaj swoje wszelkie atuty i gitarowy geniusz. Dobra kompozycja dla fanów Crystal Viper. Dalej mamy bardziej power metalową petardę w postaci „Rise to Victory” i tutaj przypominają się stare dobre czasy Running Wild z ery „Pile of Skulls”. Tytułowy „Heathen Dawn” to kwintesencja heavy/power metalu i znakomite nawiązanie do twórczości Hammerfall, Accept czy Manowar. Oczywiście styl i klimat osadzony jest w pirackim świecie Running Wild. Całość zamyka również pomysłowy i żywiołowy „Song for the Fallen”, który idealnie wieńczy ten album. Ta kompozycja to również hołd dla twórczości Rock'n Rolfa, ale odświeżona i podana w stylu Lonewolf. Na próżno szukać tutaj wad i potknięć. Nie ma słabych kawałków, nie ma nudnych melodii, jest za to różnorodność, duża dawka trafiony i wciągających melodii. Nowy album pokazuje świeżość, klasę, a jednocześnie zamiłowanie Lonewolf twórczością Running Wild. Mają na swoim koncie sporo albumów i nie łatwo jest wybrać ten najlepszy. „The Heathen dawn” zajmuje wysokie miejsce na podium w dyskografii francuskiego zespołu.

Ocena: 10/10

piątek, 20 maja 2016

SPLIT HEAVEN - Death Rider (2016)

Koniec czekania nowy album Split heaven już jest i można znów delektować się solidnym heavy metalem w stylu lat 80. Jednak 3 lata nie zostały zmarnowane i zespół dokonał pewnych zmian. Zatrudniono nowego wokalistę w postaci Jasona Conde- Houstona, który znany jest nam z speed metalowego Skelator. Z kolei Carlo Hernandez objął funkcję gitarzysty, a sam zespół jeszcze bardziej skupił się na aspekcie kompozytorskim. Owocem tych zmian jest 4 album zatytułowany „Death Rider” i podobnie jak dwa poprzednie krążki ukazał się on pod skrzydłem Pure steel Records. Jason to wokalista doświadczony i radzi sobie w takim graniu, zwłaszcza że ma spore możliwości. Dzięki niemu nowy krążek Split Heaven na mocy i zyskuje jeszcze większą przestrzeń. To sprawia, że zespół potrafi nas zaskoczyć. Jego styl śpiewania przypomina momentami Jamesa Rivera czy Ralfa Scheepersa. Sama muzyka ociera się o wczesny Judas Priest, Iron Maiden, Anvil, czy Helstar. Rozpędzona sekcja rytmiczna, ostre riffy, spora dawka przebojowości napędzają owe wydawnictwo, a to tylko jeszcze bardziej zbliża nas do lat 80. Niby prosty styl, ale trzeba przyznać, że zdaje egzamin. Tak samo działa na nas okładka, który jest pełna mroku. Na płycie znalazło się 10 kompozycji osadzony w stylistyce heavy/speed metal z domieszką NWOBHM. Największą atrakcją na płycie są oczywiście te szybkie petardy, które są w jakiś sposób powiązane z twórczością Skelator. Dobrze nas wprowadza energiczny „Death Rider” czy przesiąknięty Accept „Awaken The Tyrant”. Złożone partie solowe Carla stanowią trzon rytmicznego „To The Fallen”, który ma być wycieczką po twórczości Judas Priest. Duch Running Wild, czy Warlock słychać w „Speed of Hawk” i takie proste, speed metalowe kompozycje zawsze znajdą szerokie grono słuchaczy. Nieco odstaje od reszty hard rockowy „Ghost of Desire” z riffem mocno przypominającym dokonania Scorpions. Z kolei najostrzejszym kawałkiem na płycie jest „Sacrifice”, który ma pewne znamiona thrash metalu. Bardzo dobrze urozmaicona jest ta płyta i co chwilę coś się dzieje i taki „Descarga Letal” to przykład przebojowości na tym krążku. Całość zamyka solidny „Destructor” i w taki o to sposób kończy się nowy album meksykańskiej formacji. Słychać wzrost formy i dopracowanie materiału. Zespół zyskał na mocy dzięki nowemu wokaliście i fani speed metalu nie będą czuć się zawiedzeni. Płyta od samego początku do samego końca trzyma w napięciu i dostarcza sporo frajdy.

Ocena: 8/10

środa, 18 maja 2016

ENFARCE - Superhero Diares part II (2016)

W roku 2014 fiński power metalowy band Enfarce rozpoczął swoją historię o pozaziemskim bohaterem, który otrzymał sygnał z Ziemi. Jego misją jest usunąć wszelkie zło na ziemi oraz problemy, które pojawiają się na Ziemi. Nie wszystko zawsze idzie po jego myśli i często musi pokonywać różne przeszkody. Enfarce postanowił ową historię rozbić na dwa albumy, co przypomina wyczyn Helloween w postaci „The Keeper Of the Seven Keyes”. Skojarzenia z Helloween, Gamma Ray, Avantasia, Insania czy Edguy są tutaj obecne i przed tym nie da się uciec. Pierwsza część „Superhero Diares” nie do końca mnie przekonała, bowiem brakowało mi rasowych przebojów i takiej pomysłowości ze strony zespoły. Debiutancki album był jakby obdarty z hitów i godnych zapamiętania melodii, a przecież płyty Gamma Ray czy Helloween właśnie słyną z tego. Na szczęście Enfarce postanowił nam zrobić niespodziankę i druga część „Superhero Diares” jest już o wiele ciekawsza i bardziej zbliżona do twórczości wczesnego Helloween.

Niby stylistyka pozostała bez zmian i dalej mamy słodki europejski power metal przesiąknięty twórczością Helloween z lat 80, Gamma ray, czy Freedom call. Również tematycznie pozostajemy w świecie s-f. Wychodzi z tego ciekawa mieszanka i dzięki temu zespół może wyróżniać się na tle innych młodych power metalowych kapel. O wiele lepiej brzmi wokalista Ricky, który często przypomina wyczyny Micheala Kiske. Rozwinął się i słychać pracował nad swoją formą. Najwięcej pracy w nowy album włożyli gitarzyści Ade i Matias. Dopracowali swoje zgranie i w końcu są efekty. Sporej ilości złożonych i melodyjnych solówek, które faktycznie nasuwają „The Keeper of the seven Keys” Helloween. W każdym utworze właściwie pojawia się ciekawy, wyrazisty riff i dobrze rozplanowane solówki. Nie można się tutaj nudzić jak w przypadku debiutu i aż dziw bierze, że to dalej ten sam zespół. Zmiana jest ogromna i to na lepsze. Enfarce od razu wbija się do grona tych najciekawszych power metalowych kapel ostatnich lat. „the Nebula Overture” to melodyjne intro z futurystyczną melodią, która brzmi nieco jak te z gier na Pegazusa. Dalej mamy 6 minutowy „death of fallen Star”, który zaczyna się marszowym motywem. Jednak z każdą sekundą nabiera mocy i przebojowości. Nasuwa się wczesny Helloween, Insania, Trick or Treat czy Gamma Ray z okresu „Powerplant”. Riff prosty, ale niezwykle melodyjny i energiczny,a co najlepsze mocno uderza w najlepsze płyty najlepszych zespołów power metalowych. Płynne przejścia gitarzystów i spora dawka melodyjnych zagrywek sprawia, że mamy do czynienia z prawdziwą petardą. W „The Landing” można przekonać się jak rozwinął się duet gitarzystów w postaci Ade/ Matias”. Ich gra jest urozmaicona i dobrze rozplanowana. Nie można się nudzić przy tym co wygrywają nam. Niby mamy krótki kawałek, a tyle się w nim dzieje. Ricky wokalnie też się rozwinął i podszkolił się w tej dziedzinie. Tak agresywnie jak w „I enforce” jeszcze nie śpiewał i to budzi podziw. „Into The Delirium” bardzo energiczny przerywnik, który może być czymś na miarę „Fairytale” Gamma Ray. Na płycie pełno ciekawych motywów i każdy z nich ma swój charakter, swój styl. Taki „Super heroine” to taka mieszanka wczesnego Eguy, Gamma Ray czy Lost Horizon. W podobnej konwencji utrzymany jest pozytywnie zakręcony „Save Us”, który o dziwo nie jest coverem Helloween. Na szczególną uwagę zasługuje kolos w postaci „The Conclussion Ends it all”. W 10 minutach zespół zawarł sporo ciekawych motywów i sam utwór kipi energią i w żaden sposób nie nudzi, co jest sporym osiągnięciem. Całość zamyka kolejna petarda w postaci „ Song of the stars”, który przypomina poniekąd Timeless Miracle.

Tak jak pierwszy album był nudny, przewidywalny i bez ikry, tak druga część „Superhero Diares” jest zupełnym przeciwieństwem. Mamy hity, album kipi energią i od samego początku do samego końca trzyma w napięciu. Każdy utwór to prawdziwa uczta dla maniaków starego Helloween, Gamma ray, czy Insania. Niby nic nowego, a daje tyle radości. Gorąco polecam.

Ocena: 9/10

niedziela, 15 maja 2016

GRAND MAGUS - Sword Songs (2016)

Nikt tak dobrze nie łączy epickiego heavy metalu z mrocznym i ponurym doom metalem tak jak Grand Magus. Szwedzki band raczy nas swoją muzyką od roku 1999 i właściwie przez ten cały czas dali się nam poznać jako ambitny i dobrze wyszkolony band, który zna swoją wartość. Szybko opracowali swój styl bazując na prostych i pomysłowych motywach, na mrocznym klimacie, a także na specyficznym wokalu JB Christoffersonowi. Grand Magus to przede wszystkim zespół, który przez wszystkie albumy pokazuje swój potencjał i nigdy właściwie nie zawiódł swoich fanów. Choć ostatnie albumy w tym „The Hunt” nie wzbudzały takich emocji jak świetny i dobrze wyważony „Iron Will” z roku 2008r. To też oczekiwania względem najnowszego „Sword Songs” nie były specjalnie wygórowane. Liczyłem na typowy materiał do jakiego przyzwyczaił nas ten band i właściwie nic ponadto. Nie sądziłem, że zespół jest jeszcze wstanie zrobić taki zryw i zbliżyć się do poziomu z „Iron Will”. Już otwieracz „Frejas Choice” pokazuje, że zespół znów zaczyna tworzyć hity. Melodyjne solówki, elementy NWOBHM, czy wreszcie pomysłowy główny motyw to elementy, które tylko potwierdzają wysoką formę zespołu. Do promocji albumu posłużył klip do „Varangian” i to był dobry wybór. Utwór łatwy w odbiorze i w pełni oddający klimat nowego krążka. W dodatku zachęca do zapoznania się z całością. Co mi zaimponowało na „Sword Songs” to nietypowa dynamika i naprawdę sporo tutaj szybkich kompozycji. „Forged in Iron – Crowned in Steel”, przesiąknięty Iron Maiden „Last one To Fall” czy ostrzejszy „Master of the land” znakomicie oddają właśnie ten styl kompozycji. Podobnie jak na „Iron Will” tak i tutaj kluczową rolę odgrywa soczyste i mocarne brzmienie, które podkreśla epickość i umiejętności muzyków. W sumie urozmaicenie, to kolejna cecha, która przypomina mi o albumie z roku 2008. Zespół cały czas zaskakuje choćby nieco hard rockowym „Frost and fire”, klimatycznym „Hugr”, czy wreszcie epickim i marszowym „Every Day theres a battle to Fight”. Ten ostatni to kwintesencja Grand Magus i ich stylu. Wysoki poziom utrzymany do samego końca, a to się ceni. W rozszerzonej wersji mamy dodatkowy kawałek w postaci energicznego „In for the kill” i coveru Deep Purple i tutaj mamy świetny „Stormbringer”. Nie ma słabych momentów i właściwy każdy utwór to prawdziwy killer, który znów pozwala nam zachwycać się muzyką Grand Magus na nowo. Najlepszy album od czasów „Iron Will”.

Ocena: 9.5/10

DESTRUCTION - Under Attack (2016)

Ostatnim udanym albumem niemieckiej formacji Destruction był „D.e.v.o.l.u.t.i.o.n” i głównym tego powodem w sumie jest fakt, że wnosił on spore ilości świeżości. Nieco skostniały Destruction ożył i zaczął grać w tamtym okresie naprawdę interesująco. Kolejne albumy niestety były nieco monotonne i takie na jedno kopyto. Teraz po 4 latach band powraca z nowym krążkiem zatytułowanym „Under Attack”. W końcu pojawiła się nadzieją, że znów dostaniemy ostry i bezkompromisowy krążek, który przypomni kultowe krążki tej formacji. Czy rzeczywiście sen o klasycznym albumie Destruction spełnił się?

Na pewno plusem jest to, że płyta jest agresywna, dynamiczna, nawiązuje do starych płyt, a przy tym jest bardzo thrash metalowo. Zespół dawno nie brzmiał tak soczyście i tak mocarnie. Nie ma nudy, nie ma zbędnych kawałków i elementów, który psują ten efekt. Schmier mimo swoich lat wciąż sprawdza się w roli wokalisty. Jest zadziorny, jest technika, a wszystko idealnie współgra z warstwą instrumentalną. Nie tak dawno śpiewał na płycie Panzer, która jeszcze bardziej ukazała jego umiejętności wokalne. Słychać na nowym albumie, że formę wciąż ma. Brzmienie jest mocną stroną tego albumu i tylko podkreśla jaki jest ten album. Zespół postawił na agresywne riffy, na szybkie tempo i rasowy thrash metal w teutońskim wydaniu. Tytułowy „Under Attack” zaczyna się klimatycznie i spokojna akustyczna melodia potrafi oczarować. Utwór szybko nabiera mocy i przeradza się w prawdziwą petardę. Jest to jeden z najlepszych kawałków jakie ostatnio stworzył Destruction. Do niego nakręcono klip i to on posłużył do promocji krążka. Jeszcze lepszy jest „Generation Nevermore”, w którym popis swoich umiejętności daje gitarzysta Mike. Jest pomysł na główny riff, jest szybkość i słucha się tego z wielkim podziwem. Typową niemiecką toporność uświadczymy w bardziej technicznym „Dethroned”. Tutaj zespół momentami zbliża się do stylu Death Angel, co bardzo mi przypadło do gustu. Na płycie pojawił się też kolos „Getting used to the evil”, który pokazuje progresywne oblicze. Sam utwór jest słabszym punktem płyty. Dużo jest prawdziwych killerów, które imponują dynamiką i agresją. W tej kategorii znajduje się „Pathogenic”, „Elegant Pigs” czy złowieszczy „Second To None”, który zawiera wszystko to co najlepsze w Destruction. Do tych najciekawszych utworów warto zaliczyć brutalny „Stigmitized”. To jest właśnie niezbity dowód na to, że Destruction przypomniał sobie stare dobre czasy. Na plus też zaliczam cover Venom w postaci „Black Metal”.

Jednak Destruction nie zapomniał jak grać wysokiej próby thrash metal. Różnie to z nimi jest, różne płyty nagrywali i zdarzały się wpadki, ale teraz zespół powraca z naprawdę udanym i przemyślanym albumem. „Under Attack” to ich najlepszy album od czasów „D.e.v.o.l.u.t.i.o.n” i w sumie bardziej nawiązuje do tych klasycznych wydawnictw.

Ocena: 9/10

IRON SAVIOR - Titancraft (2016)

Wkład Pieta Sielcka w rozwój heavy/power metalu jest spory i jest to jeden z najważniejszych muzyków w tym gatunku. W końcu to właśnie on odpowiada za maczanie przy płytach takich zespołów jak Paragon, Stormwarrior, Persuader, Wizard, czy Blind Guardian. Często spełnia się w roli producenta, kolesia odpowiedzialnego za brzmienie. Jakby tego było mało, to jeszcze często występuje w roli gościa, który użycza swojego wokalu czy pomysłowości w tworzeniu ciekawych riffów czy solówek. W sumie na tym nie koniec jeśli chodzi o wkład tego pana w gatunek heavy power metalu. Piet Sielck w końcu stworzył też swój zespół o nazwie Iron Savior, który miał łączyć dwie pasje jakimi są powieści i tematyka sience fiction oraz heavy metal. Z heavy metalem miał już wiele wspólnego w latach 80. Razem z Kaiem Hansen w czasach szkolnych tworzyli zespół Gentry. Potem był Second Hell i Iron Fist, czyli pierwsze wcielenia Helloween. Jednak Pieta zabrakło w późniejszym znanym nam składzie z „Walls of jericho”. Piet zajął się produkcją i tworzeniem brzmienia dla wielu kapel heavy metalowych. Przyjaźń z Kaiem przetrwała i w efekcie panowie ponownie spotkali się właśnie przy projekcie w postaci Iron Savior. Szybko projekt stał się zespołem z prawdziwego zdarzenia. Zespół muzycznie był jak brat bliźniak Gamma Ray czy Judas Priest. Charakterystyczny i zadziorny wokal Pieta, specyficzne brzmienie do jakiego przyzwyczaił nas Piet już na wielu innych płytach stały się oznaką Iron Savior. Band w odróżnieniu od wielu innych zespołów obrał tematykę sience fiction, co jeszcze nadało zespołowi oryginalności. Tak od 1996 r band działa sukcesywnie wciąż wydając wysokiej klasy albumy. Dla wielu fanów okres z Kaiem Hansenem był tym złotym. Jednak po odejściu Kaia, Piet dalej trzymał zespół w ryzach i nagrywał świetne albumy. Przykładem tego jest „Condition Red” czy „ Baterring Ram”. Po wydaniu „Megatropolis” była dłuższa cisza i zespół wrócił dopiero po 4 latach za sprawą solidnego „The landing”. Rozpoczął się nowy etap zespołu. Do Iron Savior wrócił Jan Soren eckert, a zespół zaczął znów nagrywać bardziej urozmaicone albumy. Wielkim albumem okazał się „Rise the Hero”, w którym zespół pokazał jak grać power metal i jak nawiązać do swoich najlepszych albumów. Jednak apetyt wzrósł i fani z niecierpliwością zaczeli wyczekiwać kolejnego wydawnictwa, który będzie jeszcze lepszy. Sam zespół wydał po drodze koncertowy album i „Megatropolis” z lepszym brzmieniem. Iron savior jest na fali, a ich najnowszy krążek w postaci „Titancraft” to potwierdza.

Klimatyczna okładka osadzona w tematyce s-f przypomina stare okładki i ma w sobie coś co przyciąga uwagę. Drugą rzeczą, która też wzbudziła ogromne zainteresowanie nowym krążkiem był klip do „Way of The Blade” i to też coś nowego jeśli chodzi o twórczość Iron Savior. Jakoś nigdy nie stworzyli klipu do swojego kawałka. „Way of The Blade” to jeden z najostrzejszych kawałków jakie stworzył Piet Sielck. Ostry riff bardziej nasuwa Judas priest, Primal Fear czy Gamma ray. Jest energia, agresja, jest chwytliwy refren, który ukazuje wszelkie atuty Iron savior. Piet Sielck to nie tylko dobry wokalista i utalentowany gitarzysta, to również świetny kompozytor. Jeden z tych utworów, który idealnie przypomina okres „Unification”. Na „Titancraft” nie brakuje typowych power metalowych petard. Przykładem tego jest również energiczny i melodyjny tytułowy „Titancraft” ,który również przemyca sporo cech z „Unification” czy „Condition Red”. Słychać, że zespół jeszcze bardziej się rozwinął od ostatniej płyty. Jeszcze więcej ciekawych popisów gitarowych, a same kawałki są bardziej dopieszczone. Co jest atutem tej płyty to różnorodność i wyrównany poziom. Oprócz power metalowych petard w stylu „Strike Down The Tyranny” mamy tez wiele innych kompozycji, które pokazują nieco inne oblicze zespołu. „Seize The Day” to również energiczny kawałek, z bardziej rytmicznym tempem, ale całość ma bardziej heavy metalowy posmak. Tutaj można poczuć wpływy Judas Priest. Kolejny hit na płycie. Bardziej stonowany i toporniejszy jest „Gunsmoke” i też więcej tutaj z heavy metalu niż z power metalu. Jednak mocny riff i prosty refren robią swoje i kawałek również zapada w pamięci niemal od razu. Najdłuższą kompozycją na płycie jest „Beyond The Horizon”, w którym zespół postawił na epicki i tajemniczy klimat, a także na dość proste rozwiązania. Może zabrakło nieco ognia i jakiś bardziej rozwiniętych partii solowych. Dalej mamy ostry i stonowany „The Sun won't Rise in Hell”, który również przemyca wszelkie atuty takich kapel jak Judas Priest i Primal Fear. Piet stworzył kolejny hit, którego nie powinno zabraknąć na koncertach. Jeśli chodzi o wolniejsze kawałki to warto wspomnieć tutaj o nieco hard rockowym „Brothers in Arms” i pięknej balladzie „I surrender”, która dorównuje tym najlepszym w historii zespołu. Całość zamyka „Rebellious”, który też osadzony jest w świecie Primal fear i Judas Priest.

„Titancraft” to już 9 studyjny album tej niemieckiej formacji, która już dawno temu stała się jedną z najważniejszych kapel heavy/power metalowych i nie chodzi tutaj tylko o scenę niemiecką. Charakterystyczny styl i Piet Sielck na czele to jest maszyna nie do zatrzymania i zdarcia. Każdy album Iron Savior to wielkie święto i prawdziwa uczta dla fanów tej muzyki. Nowy album to przede wszystkim spore ilości elementów z starych płyt, a także twórczości Judas Priest. Efekt tego zabiegu jest taki, że mamy jeden z najlepszych albumów jakie nagrał ten band.

Ocena: 9/10

AXEVYPER - Into The Serpent's Den (2016)

Każdy z nas ma swoje albumy, które ukształtowały nasz gust, płyty, które zmieniły nasze życie i stały się naszym mały ołtarzykiem. Takie klasyki jak „Battle Cry” Omen, „Death or Glory” Running Wild czy „Piece of Mind” Iron Maiden sprawiły, że każdy album z taką klasyczną odmianą heavy metalu jest chwalony, wielbiony i na takie albumy fani czekają z wielką cierpliwością. W tym roku to właśnie włoski Axevyper sprawił, że wspomnienia ożyły i znów możemy się poczuć jak w okresie kiedy wypływały na rynek właśnie wspomniane wcześniej klasyki. Dzięki ich najnowszemu dziełu „Into The Serpent;s Den” przenosimy się do lat 80 i złotego okresu Iron Maiden, Running Wild, Omen czy Manilla Road. Jednak ta płyta ma swój charakter styl i swój własny potencjał. Kto wie może za parę lat również będziemy o tej płycie mówić jako klasyk?

Wiele za tym przemawia. Przede wszystkim sama konstrukcja płyty, jej wykonanie jest perfekcyjna i dobrze wyważona. Nie ma przewagi agresji, czy przebojowości. Wszystko jest równomiernie rozprowadzone i nie ma mowy o błędzie. Panowie zadbali o aspekt techniczny, by płyta emanowała mocą i zadziornością. Klimat lat 80 oczywiście daje się we znaki i to jest bardzo dobre zagranie ze strony zespołu. Luca Cicero też wokalnie nasuwa nam lata 80. Śpiewa czysto i z niezwykłą pewnością. Jego specyficzna maniera dodaje tylko uroku i autentyczności zespołowi. Lata 80 żyją w jego strunach głosowych. Motorem napędowym zespołu jest Tiberi/ Machetii, którzy odpowiadają za sferę gitarową. Soczyste riffy i melodyjne, złożone solówki są ich autorstwa. Przypominają nam wiele znanych zgranych duetów gitarzystów. Wpływy Iron Maiden są bardzo wyraźnie i to nie tylko w kwestii gitar, ale też samej sekcji rytmicznej. Odpowiednie nastrojony bas, odpowiednia dynamika i przebojowość są żywcem wyjęte ze starych, klasycznych albumów żelaznej dziewicy. Jak to wygląda od strony samych kompozycji?

Mamy 8 utworów, które łącznie dają 45 minut klasycznego heavy metalu. „Brothers of the Black Sword” to 7 minutowy otwieracz z mocnym i zadziornym riffem wyjętym z twórczości Iron maiden. Jeśli chodzi o solówki to dzieje się naprawdę sporo w tym utworze i panowie nie oszczędzali się w popisach co bardzo cieszy. Nie mogło zabraknąć prawdziwej petardy z domieszką starego Running Wild, czy Omen i taki „Metal Tyrant” to kawał szybkiego, soczystego heavy metalu z domieszką speed metalu. W przypadku „Soldiers of the underground” można mówić o Iron Maiden na sterydach, a solówka wygrana przez basistę to jedna z głównych atrakcji na płycie. Na taki heavy metal zawsze warto czekać i nawet wtórność nie jest tutaj straszna. Klimatem i epickim charakterem może zauroczyć rozbudowany „The Adventurer”. Mroczny klimat i pewna nutka tajemniczości to zalety „Under The Pyramids”, który przypomina mi poniekąd „Poverslave” Iron Maiden. Jedną z najszybszych kompozycji na płycie jest „Solar Warriors”, ale i tak główną atrakcją płyty jest rozbudowany i pełen niespodzianek „Beyond the gates of the Silver Key” który znakomicie wieńczy ten jakże udany album.

Ciężka praca, pomysłowość i miłość do klasycznego heavy metalu sprawiły, że zrodził się naprawdę świetny album, który definiuje nam klasyczny heavy metal z lat 80. Nowy album Axevyper to przykład, że włochy to nie tylko symfoniczny power metal, to również kraj w którym działają zespoły które wychowały się na twórczości Iron Maiden czy Running Wild. „Into The Serpents Den” sprawia że przypominają mi się klasyki z lat 80 i chyba oto w tym wszystkim, czyż nie? 100 % czystego heavy metalu! Gorąco polecam!

Ocena: 9/10

piątek, 13 maja 2016

SHAKRA - High Noon (2016)

Uwaga jeden z najciekawszych hard rockowych zespołów ostatniej dekady wraca z nowym albumem. Mowa o szwajcarskim Shakra, który zabierze nas raz jeszcze w rejony hard rocka i heavy metalu, a fanom przypomni lata świetności Krokus, Def Leppard, Ac/Dc, Gotthard, Dokken czy Pretty maids. Do zespołu powrócił wokalista Mark Fox, z którym powstały jedne z najlepszych albumów zespołu i to dawało szanse, że najnowsze dzieło „High Noon” będzie wielkim powrotem i czymś na miarę marki tego zespołu i ich statusu.

Nie da się ukryć, że rzeczywiście tak jest. Płyta kipi energią, słychać, że panowie dobrze się bawili przy jego rejestrowaniu, a sama muzyka jest kwintesencją ich stylu, doświadczenia. Na płycie znajdziemy materiał równy, dobrze rozplanowany i przemyślany. W każdym utworze słychać to co najlepsze w gatunku hard rock. Jest dobra zabawa, nutka szaleństwa, pozytywna energia, łatwo w padające w ucho przeboje i trafione melodie. To właśnie dzięki tym cechom Shakra na przestrzeni lat tak dobrze się trzyma i tak szybko zapracował na swój sukces. Jeśli ktoś szuka czegoś nowego na „High Noon” ten może poczuć się oszukany, bo tutaj nie ma nic co by nas jakoś zaskoczyło. Dostajemy typowy album Shakra, który raczej potwierdza ich talent i status jaki osiągnęli. Mocne brzmienie, miła dla oka okładka to jest to z czego słynie Shakra, a „High Noon” w tych kwestiach również nie rozczarowuje. Najlepsze co jest w tym albumie to sam materiał, bowiem każdy utwór ma w sobie coś innego i każdy z nich to inna przygoda. Energiczny „Hello” otwiera płytę i to naprawdę mocny otwieracz. Mocny riff, szybkie tempo, mieszanka hard rocka i heavy metalu i już można poczuć się w siódmym niebie. Sinner, Dokken i wiele innych klasyków przewija się przez ten kawałek. Utwór szybko wpada w ucho dzięki chwytliwemu refrenowi. Tytułowy „High Noon” bardziej stonowany, bardziej marszowy i przypominający dokonania Def leppard. Rock;n rollowy „Into Your Heart” zabiera nas w rejony Ac/Dc i Motorhead. Bardzo energiczny kawałek, który pokazuje w jakiej znakomitej formie jest Shakra. Zespół radzi sobie z mrocznym klimatem i cięższym granie co potwierdza w toporniejszym „Around The world”. W jeszcze inne rejony zabiera nas „Eye to Eye”, który ma sporo elementów bluesowych i wyjętych z twórczości Voodoo Circle. Do grono udanych kawałków na pewno warto zaliczyć szybszy „The storm” który ukazuje jak zgranym duetem gitarowym jest Thom i Thomas. Soczyste solówki i mocne riffy, które nadają sporo dynamiki utworom. Nawet gdy utwór jest prosty jak „Stand Tall” czy „Wild and Hungry” to mimo tego praca gitarzystów nadaję im odpowiedniego hard rockowego ducha. Jest energia, jest kop, a utwory zyskają na agresywności.

Może album brzmi jak komplikacja najlepszych motywów hard rockowych i mieszanka różnych rejonów hard rocka, ale całość jest spójna. Nowy album to prawdziwa perełka w hard rockowym świecie i na takie płyty warto czekać. 3 lata przerwy, stary wokalista i już zespół powraca w wielkim stylu. Dobra konkurencja dla tegorocznego Nordic Union.

Ocena: 9.5/10

wtorek, 10 maja 2016

SUNRISE - absolute Clarity (2016)

Nie tak dawno zaimponował mi ukraiński Conquest, a teraz moją uwagę przykuł inny ukraiński band grający power metal, a mianowicie Sunrise i ich najnowszy album w postaci „absolute Clarity”. Jest to kolejny zespół, który jest ślepo zapatrzony w kultowe power metalowe zespoły. Nie chcą grać oryginalnie, nie chcą szukać innej tożsamości i popadać w bezmyślne komponowanie, które nie przysporzy im szerokiego grona słuchaczy. Łatwiej było im obrać strategię, która polega na wzorowaniu się na klasycznych albumach Helloween, Sonata Arctica czy Stratovarius. Takich kapel jest coraz więcej i to nie powinno nikogo dziwić, w końcu na takie proste, słodkie i klasyczne europejskie granie z lat 90 wciąż jest popyt. Ukraińska formacja ma talent do odtworzenia tamtych lat i klasycznych albumów Stratovarius czy Sonata Arctica. Odpowiedni ładunek słodkości, szybkości i przebojowości i można zdziałać wiele. Tamte kapele miały charakterystycznych wokalistów, którzy idealnie się sprawdzali w takim graniu i z Sunrise jest tak samo. Laars który ostatnio pojawił się w Conquest jest również wokalistą Sunrise i jego maniera jest bardzo zbliżona do Kakko czy Kotipelto, co przyczynia się do jeszcze bardziej autentycznej kopii Stratovarius czy Sonata Arctica. Brzmienie wygładzone i krystaliczne czyste też jest mocno wzorowane na twórczości fińskich formacji. Zresztą już sama okładka wiele nam zdradza. Sam materiał jest równy, a do tego dobrze wyważony. Nie ma mowy o wypełniaczach, a każdy utwór to rasowy przebój i podręcznikowy przykład jak grać europejski power metal. Otwierający „Tower of fear” przypomina Avantasia z pierwszych dwóch płyt i wczesny Helloween. To taki klasyczny europejski power metal z lat 90. Prosty, energiczny i pełen słodkości. Ja to kupuje, choć wiem że znam już zawartość. Styl grupy nabiera odpowiedniego klimatu dzięki klawiszowcu Maratowi, który czyni muzykę Sunrise słodką i bardzo melodyjną. Dobrze to odzwierciedla „Star Ocean” czy „Live in peace”. Nieco trochę może irytować dyskotekowa forma klawiszy, ale w takim stonowanym „Prayer for You” nadaje to odpowiedniego komercyjnego charakteru i klimatu. Nie brakuje mocnych i rozpędzonych power metalowych petard co pokazuje „What You have done” czy prosty i energiczny „Hope and pray”. Całość dobrze podsumowuje chwytliwy „Thunder in the Distance”, który pokazuje Sunrise w całej okazałości. Takich płyt było już sporo i Sunrise nic nowego nie dostarcza nam. Jednak podjęli się innego wyzwania, a mianowicie stanie się drugim Stratovarius czy Sonata Arctica i w tym są naprawdę dobrzy. Momentami można zatracić się i zapomnieć, że to album ukraińskiej formacji. Płyta godna uwagi fanów power metalu.

Ocena: 8.5/10

niedziela, 8 maja 2016

OXYM - Passing through Gateways (2016)

Oxym to nie żadna nowość na rynku muzyki heavy metalowej. To nie żadna młoda kapela, która chce zaistnieć w metalowym światku. To kapela z tradycją, korzeniami sięgającymi lat 70 i 80, to formacja składająca się z doświadczonych muzyków, którzy tworzyli w okresie NWOBHM, sukcesów Black Sabbath, Angel Witch, Iron Maiden czy Judas Priest. Żyli pośród legend i znają się na rzeczy. Los nie był łaskawy, bowiem w latach 80 nagrali singiel „Music Power” i właściwie gdzieś po drodze przepadli w gąszczu innych zespołów. Teraz po latach kapela powraca i w końcu udało im się wydać swój pierwszy pełnometrażowy album w postaci „Passing Through Gateways”. Już po samej okładce można stwierdzić, że mamy w rękach album nawiązujący do lat 80 i tak też jest. Produkcja, brzmienie, styl w jakiej zespół się obraca,wpływy które wybrzmiewają w ich muzyce i komponowanie to czyste lata 70 czy 80. Prostota, odpowiedni klimat, przybrudzone brzmienie i duża dawka pomysłowego grania, które potrafi odtworzyć idealnie tamte lata. Wszystko jest autentyczne bo panowie tworzyli w tamtych czasach. Choć z starego składu została tylko sekcja rytmiczna, to i tak słychać jakby panowie nagrali cały materiał w latach 80. Udało im się zaskoczyć fanów i słuchaczy heavy metalu bo ich debiutancki album to płyta, obok której nie można przejść obojętnie. Oryginalny i wyrazisty wokal Petera Hulmesa, a także dobrze dopasowany duet gitarzystów w postaci McCarthy i Scholes sprawiają, że ta płyta brzmi świeżo i klasycznie. Spora dawka trafionych i godnych zapamiętania melodii, mocne i przemyślane riffy czynią ten album mocnym i magicznym. Właściwie nie ma tutaj słabych kompozycji. Stonowany i mroczny „4 minutes Warning” to właśnie taka mieszanka Angel Witch czy Black Sabbath. W takim „Kickstart” słychać właśnie pomysłowość i dobre zgranie gitarzystów. W „Two way Mirror” można doszukać się wpływów Saxon, Judas Priest, a nawet Metal Church. Jest tutaj więcej mroku i agresji, co dodaje większego kopa kawałkowi. Panowie nie boją się wtrąceń doom metalowych co potwierdza ponury „From The City”. Z kolei rozpędzony „High Speed Lover” miał w sobie więcej z hard rocka, z kolei przebojowy „Buy The Time” to mieszanka Deep Purple i Iron Maiden. Świetny prowadzący motyw gitarowy to prawdziwa uczta dla maniaków klasyki. Do grona mocnych punktów płyty warto zaliczyć rytmiczny „Love at a Distance” czy żywiołowy „Witch Hunt at Salem”, które stanowią trzon tego albumu. Ktoś powie, że takich retro płyt jest coraz więcej, ale akurat Oxym jest o tyle ciekawy, bo ten zespół powstał w latach 70, funkcjonował w latach 80 i wie jak grać heavy metal z domieszką NWOBHM w stylu lat 80. W końcu tworzyli już w tamtym okresie, a teraz pokonując różne przeszkody na swojej drodze wydali swój pierwszy album, który powinien porwać świat i wzbudzić wielkie zainteresowanie wśród fanów Black Sabbath, Angel Witch czy Iron maiden. Gorąco polecam.

Ocena: 8.5/10

sobota, 7 maja 2016

VEKTOR - Terminal redux (2016)

Najlepszą odskocznią od szarej rzeczywistości i naszej codzienności jest ucieczka do świata snu i marzeń. Naszą wyobraźnię najlepiej pobudza sztuka w postaci książek czy filmów. To są te najłatwiejsze przykłady. Wszystko dostajemy na tacy i nie trzeba się zbytnio wysilać. Czy muzyka może dostarczyć podobnych bodźców? Czy muzyka może pobudzać wyobraźnię i być naszą furtką do świata fantasy i marzeń?

Mamy do czynienia z różnymi płytami i z różnym rodzajem muzyki i w sumie nie każda potrafi wzbudzić takie emocje. Niektóre płyty pełnią rolę czaso umilaczy i czy też formę odpoczynku. Mają nas zabawiać i dostarczać dobrej rozrywki. Jednak są jeszcze takie płyty, które przenoszą nas do innego świata, który pozwala odpłynąć w myślach i wykreowanym przez naszą wyobraźnię świecie. Tak też jest z muzyką amerykańskiego bandu Vektor. Ta młoda kapela, która działa od 2004 r nie przestaje nas zadziwiać. Mają na swoim koncie 3 albumy, a na ten najnowszy w postaci „Terminal Redux” przyszło nam czekać 5 lat. Ten czas dobrze spożytkował zespół tworząc jeden z najciekawszych albumów thrash metalowych, jakie powstały w ostatnim czasie. Nie dość, że jest to pierwszy album pod skrzydłami wytwórni Earache to jeszcze jest to pierwszy koncepcyjny album. Ciekawa historia osadzona w klimatach Star Wars czy Star trek dodaje tylko uroku i wyjątkowości nowego krążkowi. Zespół na przestrzeni lat doskonalił swój styl i na „Terminal redux” słychać jak dobrze wszystko współgra ze sobą. Vektor nie boi się wyszukanych melodii, psychodelicznego klimatu, tematyki s-f i mieszania thrash metalu z progresywnością. Efekt jest powalający i to czyni amerykański band jednym z najlepszych w tej dziedzinie. W końcu ktoś przejął pałeczkę po Voivod i nie boi się wyznaczać nowych trendów. Nowy album opowiada historię samotnego astronauty, który uczestniczył w różnego rodzaju badaniach naukowych. Po przejściach, z pewnymi skutkami ubocznymi odzyskuje pamięć. W poszukiwaniu ratunku trafia do galaktyki Cygnus. Lata izolacji i uczestnictwo w eksperymentach zmieniło naszego bohatera w postać rządną władzy. To on podburza lud galaktyki i doprowadza do zamachu stanu. Za cel obiera sobie równowagę w galaktyce. Historia jest dobrze rozpisana i ma sporo ciekawych wątków. Od razu zespół wciąga nas w świat s-f i przygód galaktycznych. Dobór odpowiedniego klimatu, melodii i motywów gitarowych tylko dopełniło uroku. Całość znakomicie ze sobą współgra. Oczywiście cały czas pierwsze skrzypce gra wokal Davida oraz jego popisy z drugim gitarzystą, czyli Erik'em. David skupia się na agresywności i technice, a to tylko podkreśla profesjonalizm bandu. Na płycie jest pełno rozbudowanych kompozycji i wyszukanych motywów, dlatego nie ma mowy o nudzie czy kopiowaniu czyjegoś stylu. Band odwalił kawał dobrej roboty. Na sam początek „Charging The Void” czyli 9 minutowy kolos, który wprowadza nas w świat s-f i progresywnego thrash metalu. Vektor pokazuje klasę i swój prawdziwy kunszt. Jest energia, pomysłowość i agresja, które znakomicie się uzupełniają. Wiele spokojniejszych momentów znajdziemy w drugim kawałku, czyli „Cygnus Terminal”. Sporo dzieje się w tej kompozycji i można znaleźć tutaj wiele ciekawych rozwiązań i przejść. Z kolei fani melodyjnych solówek i ostrych riffów powinni zwrócić uwagę na rozpędzony „LCD”, który ma coś ze starego Toxik. Nie brakuje też rasowych thrash metalowych petard, który nawiązują do kultowych albumów tego gatunku. W tej roli znakomicie spisuje się zwięzły „Ultimate artificer”. Nie ma słabych momentów i w sumie zespół dość fajnie urozmaica materiał. Pojawia się stonowany i marszowy „Psychotropia”, klimatyczny „Pillars of Sand”, czy spokojniejszy, wręcz balladowy „Collapse”. Dzięki temu udało się uciec przed nudą i rutyną. Kwintesencja Vektor, ich stylu i tego co potrafią mamy w finałowym „recharging the Void”, który trwa ponad 13 minut. Lepszego zamknięcia nie mogli panowie wymyślić.



Brakuje słów by opisać „Terminal Redux”, bowiem ta płyta jest inna niż wszystkie w tej dziedzinie. Ma swój charakter, swój styl i swoją historię. Muzyka jednak może być sposobem na pobudzenie wyobraźni i furtką do świata fantasy. Vektor to spec od tworzenia wysokiej klasy płyt osadzony w progresywnym thrash metalowym świecie. Potrafią nagrywać kolosy i przy tym nie nudzić. To się nazywa klasa. Po raz kolejny udowodnili, że są jednym z najlepszych bandów jakie pojawiły się w przeciągu ostatniej dekady.

Ocena: 10/10

czwartek, 5 maja 2016

SKELETOON - The Curse of Avenger (2016)

Roland Grapow to nie tylko jeden z najlepszych power metalowych gitarzystów, czy lider grupy Masterplan, to również muzyk, który lubi wspierać młode zespoły i występować gościnnie na ich płytach. Ostatnio widzieliśmy go w różnych projektach muzycznych typu Level 10 czy serious Black, a teraz w tym roku pojawia się na debiutanckim albumie włoskiej formacji Skeletoon. Panowie zespół założyli w 2011 roku a ich celem było granie czystego europejskiego power metalu wzorowanego na twórczości Gamma Ray, Helloween, Brainstorm czy Black majesty. Nie zwykle ciężko jest zaistnieć w świecie power metalowym, zwłaszcza jeśli tworzy się muzykę podobną do setek innych zespołów. Czym więc może nas kupić włoski Skeletoon? Przede wszystkim szczerymi intencjami, zgraniem i chemią jaka jest między zespołem, pomysłami i jakości prezentowanej muzyki. Słychać, że mają energię w sobie i chęć do grania, a do tego stawiają na pozytywną energię. Jasne nie tworzą nic nowego, ale w swojej konwencji radzą sobie całkiem dobrze i fani gatunku nie zawiodą się. Za całość odpowiada lider grupy, czyli Toomi Fooler, który odpowiada za wokal, za komponowanie i teksty. To właśnie jego wokal w dużej mierze zabiera nas do klasycznych wydawnictw power metalu. Momentami przypomina Kiske czy Cavalierego z Black Majesty, co jest atutem. Zaś Dimitri Meloni to koleś, który zagrał te wszystkie zgrane i energiczne solówki na debiutanckim albumie. Jego praca robi wrażenie, zwłaszcza że nie boi się grac finezyjnie, lekko i melodyjnie. Nie zapomina też o detalach technicznych przez co jego zagrywki to miód dla uszu. „Timelord” to mocne otwarcie płyty, choć nie brakuje tutaj aspektu progresywnego co słychać w początkowej fazie utworu. Roland Grapow pojawia się w dwóch power metalowych petardach, a mianowicie „What i Want”, który zabiera nas w rejony Helloween/ Gamma Ray i przebojowym „Hereos Dont Complain”, który mógłby trafić na płyty Avantasia czy Edguy. Tytułowy „The Curse of Avanger” to kwintesencja gatunku i dobry przykład jak dobrym zespołem jest Skeletoon. Zespół potrafi też urozmaicać swój materiał przez dodatki hard rockowe co pokazuje w mocniejszym „Jokers Turn” czy spokojniejszym „Bad Lover”. A na koniec mamy ukłon w stronę Gamma Ray czyli „Heavy Metal Dreamers”. Cel był od samego początku zamierzony i plan wypalił. Udało się nawiązać do najlepszych zespołów gatunków i stworzyć bardzo klasyczny materiał, który zadowoli nawet bardziej wymagających fanów gatunku. Gorąco polecam, bo to co wyprawia Skeletoon na debiutanckim krążku zasługuje na uwagę i owacje na stojąco. Kawał porządnego power metalu w stylu lat 90.

Ocena: 8.5/10

wtorek, 3 maja 2016

SUNSTORM - Edge of Tommorow (2016)

Ostatnimi czasy Joe Lynn Turner dawał osobie znać w postaci plotek na temat reaktywacji Rainbow aniżeli poprzez nową muzykę. Występował ostatnio jako gość na różnych płytach i warto tutaj przytoczyć bardzo dobry występ w Avantasia czy na płycie Magnusa Karlsonna. O wydawnictwach sygnowanych jego imieniem nazwiskiem póki co można zapomnieć. Szkoda, że tak mało muzyki Joe ostatnio wydaje. Debiut Rated X, który ukazał się w roku 2014 w pełni nie zachwycił i jedynym dobrym zespołem w jakim występuje teraz Joe Lynn Turner to Sunstorm. Jest to muzyczny projekt założony z inicjatywy byłego wokalistę Rainbow oraz dawnych muzyków Pink Cream 69. Wraz z Dennisem Wardem, Uwe Reitenauerem i Chrisem Schmidtem postanowili grać melodyjny heavy metal z domieszką hard rocka i AOR. Na swoim koncie mają 4 albumy, a ten najnowszy „Edge of Tommorow” jest jednym z najlepszych dzieł Turner w ciągu ostatnich lat. Przede wszystkim w końcu poszli w stronę troszkę cięższego grania i są tego efekty.

Nowy skład, nowa jakość i nowe spojrzenie na pewne rozwiązania przyczyniły się do stworzenia jeszcze ciekawszego wydawnictwa. Słychać rozwój, pewne kosmetyczne zmiany, ale to wciąż Sunstorm jaki znam od kilku lat. Jest kontynuacja tego co mieliśmy na „Emotional Fire”, są nawiązania do Rated X, czy Rainbow. Fani Turnera będą zachwyceni i wielu z nich czekało na taki krążek i to od kilku lat. Kolorowa okładka i ciepłe brzmienie to kwintesencja Aor i takiego typowego hard rockowego grania. Alessandro Del Vecchio znany z Voodoo Circle daje całości przestrzeni i niezwykłej lekkości. To właśnie jego partie klawiszowe czynią nowy album świeży i bardzo melodyjny. Niby są nawiązania do Rainbow, ale tutaj nie ma mowy o jakimś kopiowaniu. Najbardziej typowym kawałkiem w stylu Rainbow jest rozpędzony i energiczny „You Hold Me Down”. Typowy riff, odpowiednie zagrywki gitarowe Simone'a czynią ten kawałek petardą. W sekcji rytmicznej mamy perkusistę Primal Fear Francesco Jovino oraz basista Nik Mazzucconi.. Jest zgranie i dynamika, a to jest jest właśnie kolejny atut „Edge of Tommorow”. Już sam otwieracz pozytywnie nastawia słuchacza. „Don't walk away from a Goodbey” który ukazuje wysoką formę zespołu i Joego. Jego wokal wciąż zachwyca swoją lekkością i emocjonalnym ładunkiem. Kto jak kto, ale potrafi on nadać kompozycjom takiego romantycznego charakteru. Sam utwór jest lekki, melodyjny i pełen ciekawych motywów. Dobry start. Płytę promował utwór „Edge of tommorow”, do którego nakręcono również klip. To jest właściwie Sunstorm w pigułce. Mieszanka Aor, melodyjnego metalu i wszystkich odsłon Joe Lynn Turnera. Do tego nutka komercyjność, z której przecież słynie były wokalista Rainbow. Stonowany „Nothing left to say” zachwyca ciekawymi i finezyjnymi solówkami, a w dodatku nieco mocniejszym riffem. Najcięższym utworem na płycie jest mroczny i agresywny „Heart of Storm”, który pokazuje, że Joe Lynn wciąż potrafi zaskoczyć i zaimponować swoim talentem. Tutaj muzycy dają upust szaleństwu i pomysłowości. Mocna rzecz. Klawisze dają o sobie znać w spokojniejszym „The sound of Goodbey”, który jest kolejny rasowym przebojem, który sprawdziłby się w stacji radiowej. Pomysłowy riff i odpowiednia tonacja to atuty „The Darkness of this Dawn”, który mocna nawiązuje do Magnum. Niby cały czas dostajemy Aor i melodyjny metal, a cały czas wszystko jest zróżnicowane i wzbogacone różnymi ciekawymi motywami. Wysoka forma wokalna Turnera, pomysłowe zagrywki gitarowe i wysoki standard aranżacji sprawia, że właściwie każdy utwór to uczta dla fanów takiej muzyki. Ciężko właściwie wytknąć jakieś błędy czy też niedociągnięcia. Można było jedynie dać jeszcze ze dwa szybsze kawałki i płyta byłaby kompletna. Ballady to jest to w czym sprawdza się Turner i klimatyczny „Angel Eyes” to znakomity dowód na to. Wszędobylski romantyzm i nutka melancholii od razu przenika słuchacza. Dalej mamy żywszy i bardziej energiczny „Everything You've got”, który znów ożywia płytę i nadaję jej mocniejszego tonu. Takie kompozycje nadają płycie jeszcze bardziej hard rockowego feelingu i przypominają nam czasy Rainbow. Całość zamyka „Burning Fire” osadzony w klimatach Dio .

Nie ma już Turnera i Rainbow, nie ma już jego solowych płyt pod szyldem Joe Lynn Turner, ale wciąż jest obecny w metalowym światku. Mimo upływu czasu wciąż zachwyca swoim talentem i techniką śpiewania. Jest to jeden z moich ulubionych wokalistów i lubię słuchać ten jego ciepły melodyjny metal z domieszką Aor i hard rocka. Sunstorm to jeden z jego najlepszych zespołów i znakomity hołd dla fanów Rainbow. „Edge of Tomnmorow” to najlepszy album tej formacji i jeden z najlepszych płyt rockowych roku 2016.

Ocena: 9.5/10

poniedziałek, 2 maja 2016

HELL IN THE CLUB - Shadow of the Monster (2016)

Ostatnio moją uwagę przykuła okładka „Shadow of Monster” włoskiego zespołu Hell In the Club na której widać Freddy Krugera. Jak się okazuje jest to młody i dobrze zgrany zespół, któremu w głowie hard rock i rockn'n roll z domieszką heavy metalu. Stawiają na dobrą zabawę, szaleństwo i lekkość płynącą z granej muzyki. Nie spinają się być grać ambitnie i wyróżniać się na tle innych zespołów. Skupiają się na tym by grać prosto z serca i bez kombinowania. To im wychodzi na dobre. Muzycznie przypominają Gothard, Krokus, czy Dokken. Mają na swoim koncie już 3 albumy, a ostatnim dziełem jest „Shadow of Monster”, który nie jest wymagającym wydawnictwem. Dostajemy tutaj prosty i łatwo wpadający w ucho materiał, który idealnie sprawdza się w aucie i na imprezach. Skład zespołu tworzą znani i doświadczeni muzycy, którzy na co dzień grają w Secret Sphere, Elvenking, czy Sacred Hell. Nie ma mowy o wpadce czy słabym albumie, jednak warto mieć na uwadze, że Hell in The Club to muzyka prosta i bardziej rockowa. Co znajdziemy na nowym dziele? Mamy progresywny „Dance”, który otwiera album i wprowadza troszkę zamieszania. „Enjoy The Ride” to utwór, który nasuwa Airbourne czy Ac/Dc. Kawał porządnego hard rocka, który jest miłą rozrywką. Wokalista Elvenking Davide Moras jak się okazuje całkiem dobrze radzi sobie w hard rockowej formule, co pokazuje w nieco bluesowym „Hell Sweet Hell”. Jego specyficzna maniera nadaje całości odpowiedniego uroku. Trzeba mieć na uwadze, że płyta mimo swojej banalnej formuły i mało oryginalnej oprawie ma sporo hitów. Wystarczy wsłuchać się w mocniejszy „Shadow of the Monster” czy „Appetite”, które nasuwa Def Leppard z złotego okresu. Andrea Piccardi odpowiada za wszelkie partie gitarowe i solówki, a w tym aspekcie radzi sobie całkiem dobrze. Jasne nie ma tutaj nic nowego i wiele podobnych riffów słyszeliśmy. Pod względem technicznym jak i wykonania jest przyzwoicie i przedkłada się to na jakość. Najlepszym utworem na płycie jest „Try Me,Hate Me”, który brzmi jak mieszanka Def leppard i Motorhead. Bardzo energiczny rock'n roll, który zapada w pamięci. W tym wszystkim jedynie nie podoba mi się cover The brains, ale można jakoś to przeboleć. Trzeci album Hell in the Club już za nami, ale nie jest to płyta o której będą długie dyskusje i płyta o której będziemy pamiętać za parę miesięcy. Dobra dawka hard rocka i właściwie na tym koniec jeśli chodzi o „Shadow Of The Monster”.

Ocena: 6/10

sobota, 30 kwietnia 2016

MARTYR - You are Next (2016)

Pure Steel Records z dobrym skutkiem pomaga niektórym kapelą wypłynąć na szersze wody, ale co ciekawsze pomaga starym zapomnianym kapelom wrócić do życia. Holenderski Martyr, który powstał w 1982 r nie musi być znany każdemu fanowi heavy/speed/power metalu i może nie każdy musi znać ich działalność. Ich najlepszy płyty przypadają na lata 80 i wtedy panowie dali się poznać jako zgrany zespół, który nie kryje wpływów Iron Maiden, czy Judas Priest. Choć w późniejszych latach nie kryli wpływów amerykańskich bandów typu Warlord czy Metal Church. „Cicrle of 8” nie był udany i raczej wzbudzał rozczarowanie niż najlepsze dzieła tego zespołu. Teraz po 5 latach panowie powracają z nowym albumem, który został zarejestrowany przez bardziej klasyczny skład. „You are next” to nic innego jak solidny heavy metal w mrocznej, nieco przybrudzonej oprawie z solidnymi riffami i klimatem lat 80. Nie ma mowy o czymś nadzwyczajnym, czy ponad czasowym, ale jest to muzyka, która jest łatwiejsza w odbiorze. Taki „Into Darkest of All Realms” to soczysty heavy/power metal w amerykańskiej oprawie. Mocny riff wygrywany przez duet Heesakkers/Bouwamn przypomina stare, dobre czasy Martyr. Panowie stawiają na prostotę i szczerość. Muzyka prosto z serca i z hołdem dla lat 80 zawsze jest w cenie. Zastanawiałem się jak odnajdzie się po latach Robert w roli wokalisty, ale słychać, że wciąż ma w sobie to coś. Jego wokal jest mroczny, a do tego jego specyficzna maniera i to sprawia, że kompozycje mają swój charakter. Dobrze to słychać w rytmicznym „Infinity” czy ponurym „Unborn Evil”. Agresywniejszy „Monster” czy „Crawl” zabierają nas w rejony thrash metalu i to nawet z niezłym skutkiem. W sumie najlepiej wypadają kompozycje, w których słychać echa Iron Maiden i mam tu na myśli „In the end” czy przebojowy „Don't need Your money”. Nie jest to płyta do której będziemy wracać często, czy może płyta która wstrząśnie metalowym światkiem. Jednak jest to kawał solidnego heavy metalu w dość mrocznej oprawie. Panowie z Martyr wracają do gry, szkoda tylko że nie stworzyli czegoś co by zrobiłoby rozgłosu wokół nich. Płyta skierowana do maniaków heavy metalu z lat 80.

Ocena: 5.5/10

czwartek, 28 kwietnia 2016

NINJA - Into The Fire (2016)

Do tej pory niemiecki band Ninja był kojarzony z niemieckim podziemnym heavy metalem i latami 80. W sumie do 1997 roku kapela całkiem sobie dobrze radziła i udało się nawet zarejestrować 3 albumy. Ich muzyka była prosta i łączyła w sobie elementy hard rocka, a także heavy metalu. Stylistycznie przypominało to mieszankę Ac/Dc, Accept, Krokus, Judas Priest i W.A.S.P. Jeśli chodzi o ten aspekt to mimo upływu czasu nie wiele się zmieniło w Ninja. Mimo długiej przerwy wciąż wiedzą jak grać solidną mieszankę metalu i hard rocka. Najlepsze jest to, że wciąż brzmią jak w latach 80. Nie popsuło tego nowy skład, długoletnia przerwa i granie w obecnych czasach, gdzie pełno kombinowania i eksperymentów. Ninja pozostaje sobą, a ich najnowsze dzieło „Into the Fire” to kawał solidnego grania w stylu lat 80. Proste motywy, zadziorny wokal i pełne werwy solówki, które nadają całości pazura. Ze starego składu został gitarzysta Urlich i wokalista Holger. To dzięki nim wciąż czuć klimat lat 80 i to dzięki nim Ninja nie stracił swojej tożsamości. Nowy gitarzysta i sekcja rytmiczna nadają całości świeżości i energii. Nie ma mowy tutaj o nudzie i przewidywalności. Panowie stawiają na klasyczne rozwiązania i prostotę, a to przedkłada się na jakość wydawnictwa. Od samego płyta atakuje nas atrakcyjnymi melodiami. „frozen Time” to ukłon w stronę Scorpions, Dio czy W.A.S.P. Klasyczny kawałek, który mocno nawiązuje do płyt z lat 80. Niby nic nowego, a jednak słucha się tego z wypiekami na twarzy. Mamy też mocarny i rozpędzony „Thunder”, który ukazuje toporność i agresję jaka drzemie w zespole. Fani Judas Priest czy Accept będą w pełni zadowoleni. Hard rockowy „Vegabond Heart” to ukłon w stronę maniaków Scorpions, czy Ac/Dc. Lekki, przyjemny riff i romantyczny klimat i już przenosimy się do złotych lat 80. Prawdziwy hit, który pokazuje potencjał kapeli. Epicki, marszowy „Masterpiece” to przykład, jak grać mocny i podniosły true metal w stylu Manowar czy Majesty. Ja to kupuje i chce jak najwięcej takich petard. Ballada w postaci „Always Been Hell” to prawdziwa uczta dla fanów łagodnych i czułych dźwięków. Wszystko zgrywa się w perfekcyjną całość. Fani Rainbow czy Axela Rudi Pella będą w pełni usatysfakcjonowani ostatecznym efektem. Mieszanka Krokus i Saxon wybrzmiewa znakomicie w żywiołowym hicie „Blood of my Blood”. Trzeba przyznać, że płyta wypchana jest po brzegi hitami i wystarczy odpalić pozytywnie nakręcony „Last Chance”, czy melodyjny „Supernatural”. Całość zamyka świetny i podniosły „Into The fire”. Nie ma słabych kawałków, a całość jest równa i dynamiczna. Pełno hitów i klimat lat 80. Kolejna zapomniana kapela lat 80 wraca i to w jakim stylu. Oby więcej takich płyt. Wydana w 2014 r samodzielnie, teraz w 2016 wydana pod skrzydłami Pure Steel Records.


Ocena: 8.5/10

poniedziałek, 25 kwietnia 2016

OMEN - Hammer Damage (2016)

Każdy z nas nie raz marzył o tym by znów usłyszeć nowy album takich legend jak Cirith Ungol czy Omen. Każda z tych amerykańskich formacji odbiła swoje piętno na heavy metalu i przeszło do historii. Wszystko dzięki ciekawej stylizacji i danie podwalin pod epicki heavy metal. Kto wie jakby wyglądał true metal bez tych formacji. Ich złoty okres przypadł na lata 80 i potem to już różnie było z nimi. Ich blask zgasł i w sumie świat gdzieś zapomniał o nich, a najwięksi fani wciąż żyli marzeniami, że te dwie formacje wrócą do grania heavy metalu. Dzień ten nadszedł. Cirith Ungol ogłosił powrót, a Omen w tym roku wydaje swój 7 album. „Hammer Damage” przerywa 13 letnie milczenie i choć nie jest to ich najlepsze dzieło, to miło jest widzieć kultowy band w akcji.

To wydawnictwo ma plusy i minusy. Może też podzielić fanów Omen, ale mimo pewnych wad i niedoskonaleń jest to album, który ma coś z dawnych dzieł i także coś z ostatnich dzieł. Jednocześnie słychać, że Omen nie chce stać w miejscu i próbuje nowych rozwiązań. Ciężko jest się pogodzić z topornym brzmieniem i wokalistą Kevinem Groocher, który momentami irytuje. Jego wokal nie jest zły, bowiem śpiewa technicznie i agresywnie, ale czasami traci to melodyjności i brzmi trochę nijako. Brzmienie jest mroczne i przybrudzone, a to przywołuje na myśl dokonania Grave Digger aniżeli stary dobry Omen. Na szczęście jest Kenny Powell, który jest w wyjątkowej dobrej formie. To właśnie on wraz z perkusistą Stevem Wittingiem są ostoją tego zespołu i oryginalnymi członkami z lat 80, którzy przetrwali próbę czasu. Kenny daje niezły popis umiejętności na nowym albumie i pod tym względem słychać spore nawiązania do lat 80. Jest gdzieś ta pomysłowość lekkość i przebojowość. Najważniejsze, że dalej panowie grają epicki, amerykański heavy metal i to na poziomie do jakiego nas przyzwyczaili. Na nowym albumie znajdziemy 9 kompozycje, które stanowią niezłą ucztę dla fanów Omen i heavy metalu z lat 80. Całość otwiera „Hammer Damage” i to jest akurat średni otwieracz. Przede wszystkim wydobywa się z niego ta toporność, mroczny klimat i brak tej lekkości z lat 80. Utwór sam w sobie nie jest zły, bo napędza go ostry riff i zadziorny wokal Kevina. Stonowane tempo, marszowy riff, duża dawka melodyjności i epicki klimat to atuty „Chaco Canyon”, który już bardziej ucieszy starych fanów Omen. Jest tutaj duch starych płyt i brakuje tylko świętej pamięci J. D. Kimbella. Miło, że panowie nazwali album na część zespołu w którym śpiewał J. D Kimbell. Czyli Hammer Damage. Echa power metalu słychać w drapieżnym i energicznym „Cry havoc”. Taki nowy wizerunek Omen też nie jest zły i wnosi trochę świeżości. Klimat, melancholia i epickość pełną gębą to atuty „Eulogy for a Warrior”, który nasuwa bardziej klasyczne albumy Omen. Na nowym krążku jest też kilka prawdziwych petard i taki melodyjny „Knights” czy przebojowy „Caligula” świetnie to odzwierciedlają. Słychać tutaj gdzieś echa starych płyt i Kenny pokazuje na co go stać. W każdym utworze wygrywa mocne i agresywne riffy, a solówki w jego wykonaniu są soczyste i pełne ciekawych zawirowań. Dawno nie był w tak dobrej formie. Z takich klimatycznych i epickich kawałków warto wymienić tutaj „Hellas” z wyraźnymi wpływami NWOBHM. Końcówka płyty również emocjonująca, bo w tej fazie pojawia się ostry i toporny „Era of Crisis”, który przypomina poniekąd twórczość Attacker. Całość zamyka instrumentalny „A.F.U”, który jest dowodem na to, że Omen jest w formie, a Kenny Powell znów błyszczy w partiach gitarowych.

„Hammer damage” nie jest najlepszym dziełem Omen, jest też daleki od tych klasycznych albumów. Jednak mimo toporności, niedopracowanego brzmienia i momentami irytującego wokalisty nagrali album dopracowany i miły w odsłuchu. Nie brakuje epickości, ciekawych melodii, a także klasycznych patentów. Jednym słowem jest to jeden z ich najciekawszych albumów jakie ostatnio nagrali. Oby zostali w muzycznym biznesie na dobre.

Ocena: 8/10

SCREAM MAKER - Back Against the world (2016)

Kiedy w 2014 r ukazał się debiutancki album polskiego zespołu heavy metalowego o nazwie Scream Maker to świat oszalał. Fani NWOBHM dostrzegali w nich sporo Judas Priest czy Iron maiden, a każdy był dumny że mamy zespół, który może powalczyć z takim Steelwing czy Enforcer. Niestety, ale ja tego zachwytu nie podzielałem. Album był nijaki i zbyt hard'n heavy i za bardzo radosny. Brakowało uderzenia, hitów i większej dawki heavy metalu zwłaszcza tego z lat 80. W zespole drzemał potencjał, ale go nie wykorzystali w 2014 roku. Teraz po dwóch latach czas na nowe dzieło w postaci „Back Againts the World”.

Fani i kto tylko mógł wsparł finansowo zespół, by ten album mógł powstać, a w nagrodę ci bohaterowie znaleźli się na okładce autorstwa Olgi Pycii. Niby prosta okładka, a już nasuwa klasykę z lat 80. Od czasu debiutu zespół nie tylko dojrzał, nie tylko poprawił to co nie sprawdzało się,ale również zmienił skład personalny. Pojawił się Dawid Pięta w roli drugiego gitarzysty obok Arjonmajka. Nadał muzyce bardziej heavy metalowego wydźwięku i materiał stał się o wiele bardziej energiczny. Jest mniej hard'n heavy, a więcej klasycznego heavy metalu w stylu Iron maiden, Scorpions, Judas Priest czy Anvil. Scream Maker się rozwinął i poprawił to co wymagało poprawy. W końcu materiał jest przejrzysty, energiczny i przebojowy. Tak każdy kawałek coś wnosi do płyty, ma swój charakter i swoją wartość. Nie ma mowy tutaj o wypełniaczach i półśrodkach. Zespół idzie na całość i nie ma zamiaru się rozdrabniać. Zaczyna się od klasycznego „Can You See the Fire”, który niszczy cały debiut. Mocny, wyrazisty riff osadzony w starym NWOBHM, heavy metalu lat 80 i twórczości Iron Maiden, czy Scorpions. Do tego wszystkiego Sebastian Stodołak, który brzmi jeszcze lepiej niż na debiucie. Jego głos jest mocniejszy i o wiele barwniejszy. Momentami przypomina mi Graham Bonneta z okresu Rainbow. Dynamika, echa starego Helloween można wyłapać w rozpędzonym „Nosferatu”. Dawno na polskiej scenie nie było tak dobrze skonstruowanego heavy metalu w stylu lat 80. Pięta i Ajronmajk stworzyli zgrany duet, który stawia na lekkość, finezję i klasyczne rozwiązania. Słucha się tego naprawdę dobrze. Nie ma efektu monotonności jak w przypadku debiutu. „Far Away” bardziej hard rockowy przypominając Dokken, Scorpions czy też Accept. To prosty i bardzo solidny kawałek, który pokazuje elastyczność polskiej formacji. Takiej petardy jak „King is dead” raczej nikt by się nie spodziewał. Szybkie tempo, konwencja przypominający stary Iron Maiden i niezwykła przebojowość. Nasz polski heavy metal w tym przypadku może równać się z zagranicznym i to jest powód do dumy. Bałem się na początku, że panowie przesadzili z liczbą utworów. Jednak zadbali o urozmaicenie i dzięki temu płyta wcale nie nudzi i z każdym utworem jeszcze bardziej wciąga. Tytułowy „Back against the world” to dobra mieszanka hard rocka i heavy metalu. To taka kwintesencja stylu Scream maker. Nawet rozbudowany i stonowany „Godsend” potrafi wciągnąć w swój tajemniczy klimat. Momentami przypomina to twórczość Dio czy Black Sabbath, co zresztą nie dziwi, bo zespół robi akcję oddawania hołdu Ronniemu poprzez granie jego utworów. „Retribution” to kolejny kolos i kolejny kawałek, który pokazuje, że zespół się rozwinął i to pod każdym względem. Co warto jeszcze wyróżnić? Na pewno energiczny i nieco power metalowy „Black Fever” czy hard rockowy „All Because of You”.

Diametralna zmiana stylu, dopracowanie swojego stylu, poprawienie kompozytorstwa i zatrudnienie nowego gitarzysty dało pożądany efekt. Powstał album z klasycznym heavy metalem wzorowanym na latach 80, na płytach iron maiden, Scorpions, Anvil czy Judas Priest. To co nie zadziałało na debiucie, w końcu sprawdziło się na drugim albumie. Miłe zaskoczenie i w końcu wiem, że ten band to obecnie jeden z naszych najbardziej wartościowych zespołów na rynku. Brawo, dobra robota i oby tak dalej.

Ocena: 8.5/10

piątek, 22 kwietnia 2016

VELOCITY - The King Will Die (2016)

Czas przywitać nową gwiazdę niemieckiego heavy/power metalu, a jest nią band o nazwie Velocity. Niby z jednej strony idą szlakiem przetartym przez Gamma Ray, Mob Rules, czy Helloween, ale starają się być sobą i tworzyć coś własnego. Ich muzyka to mieszanka znanego nam power metalu z niemieckiej sceny metalowej, heavy metalu brytyjskiego spod znaku saxon, Judas Priest i Iron Maiden. Całość dopełnia nutka thrash metalowej agresji tworzonej na wzór Paradox czy artillery. Wiele czynników, wiele elementów układanki, ale efekt końcowy jest imponujący. „The King Will Die” to coś więcej niż debiut niemieckiej formacji, która szuka swojego miejsca na scenie metalowej, to płyta która pokazuje prawdziwy potencjał tej grupy. Silesu/Moldt dają czadu w sferze gitarowej i przez cały krążek pokazują na co ich stać. Dynamiczne riffy, złożone pojedynki na solówki i spora ilość ciekawych melodii. Taki rozkład sprawia, że każdy utwór to rasowy przebój i uczta dla fanów gatunku. Niby nic nowego nie dostajemy, a słucha się tego niezwykle przyjemnie. Motorem napędowym w tym przypadku jest również świetny wokalista Dennis Mayer, który radzi sobie z agresywnymi partiami, jak i tymi bardziej technicznymi. Śpiewanie w górnych rejestrach to jego as w rękawie, z którego często korzysta. Sam materiał jest warty sceny niemieckiej i umiejętnościom muzyków. Nie ma słabych utworów i każdy z nich to hit, który potrafi zapaść na długo w pamięci. „Storms of the North” to stonowany i chwytliwy otwieracz, który zabiera nas w rejony true metalu i innych bardziej rycerskich odmian heavy metalu. Więcej dynamiki i power metalu uświadczymy w „The Collector” czy melodyjnym „The Hunter and The Prey”. Sporo się dzieje w tych kawałkach, a to dopiero początek. Na dobre zespół rozkręca się w energicznym „N.W.O” i to jest jeden z tych najlepszych kawałków na płycie. Przede wszystkim wciąga w nim prosta motoryka i chwytliwy refren. Na krążku nie mogło zabraknąć bardziej rozbudowanego kawałka i tutaj „Sorrowing Meadows” sprawdza się idealnie. Zespół wtrąca tutaj różne ciekawe motywy, przez co kawałek potrafi zaskoczyć w niektórych momentach. Velocity radzi sobie z każdym wyzwaniem i każdą przeszkodą. Nawet ballada nie jest dla nich problemem. „No more tears” to przykład, że w dzisiejszych czasach można nagrać romantyczną i dojrzałą balladę. Na sam koniec został nam tytułowy „The King Will Die”, który brzmi jak mieszanka Running Wild i Judas Priest. Mocna rzecz, która jest idealnym podsumowaniem tego dzieła. Niby to wszystko słyszeliśmy, ale Velocity przypomina jak powinno się grać heavy/power metal na wysokim poziomie. Jeśli szukacie niezapomnianych doznać, prawdziwej jazdy bez trzymanki i hitów, które was poruszą, to „The King will Die” Wam tego dostarczy. Miłe zaskoczenie i jeden z ciekawszych debiutów roku 2016.

Ocena: 8.5/10

SAVAGE MASTER - With Whips and Chains (2016)

Nie tak dawno, bo w roku 2014 heavy metalowym światem wstrząsnął amerykański band o nazwie Savage Master. Wielu fanów zaczęło upatrywać w nich nowy Warlock, Chastain czy Crystal Viper. Podobna stylistyka, ładunek i podejście do tematu. Do tego wspólnym mianownikiem jest zadziorna wokalistka o niezwykłych umiejętnościach. Stacey Peak to prawdziwa heavy metalowa królowa, która potrafi przypomnieć nam najlepszych frontmanów heavy metalowych z lat 80. Ma technikę, charyzmę i niezwykłą technikę. Nie ma wątpliwości, że to dzięki niej kapela i jej debiut są tak rozchwytywane. „Mask of The Devil” to wysokiej klasy materiał, który miał w sobie mrok Mercyful fate i pomysły, które przypominały twórczość Black Sabbath. Już tamte dzieło było wysokich lotów i dopieszczone, tak więc ciężko było sobie wyobrazić album, który przebije debiut. Jednak Savage Master wykonał misję niemożliwą i to z sukcesem. „With Whips and chains” to drugie dzieło tej formacji, które pod każdym względem jest lepszym albumem niż debiut.

Niby z jednej strony mamy wszystkiego więcej, a z drugiej strony zespół dalej gra to samo i dalej wykorzystuje te same patenty, które zaprezentował na debiucie. Kiedy przyjrzymy się dokładniej strukturze i konwencji „Wtih Whips and Chains” to dostrzeżemy kontynuację debiutu „Mask of The Devil”. Stacey na nowym albumie rozwinęła skrzydła i śpiewa jeszcze agresywniej. Nabrała pewności siebie i podszkoliła się w technice. Robi to spore wrażenie i to od pierwszych sekund albumu. Co ciekawe Larry i Adam nie są w cieniu Stacey i też dają upust swoim umiejętnościom. W ich partiach słychać szaleństwo, pomysłowość,a przede wszystkim klimat lat 80. Wiele powie, że to wszystko nie raz słyszeliśmy i w sumie nic nowego nie prezentuje Savage master. Zgadza się, ale mało kto dzisiaj potrafi grac tak klasycznie i z taką ikrą. Co jeszcze przerysowano z debiutu to klimatyczną frontową okładkę, bo ta na nowym albumie jest niemal identyczna. Również brzmienie jest jakby wyjęte z debiutu, choć bardziej dopracowane.

Całość zaczyna klimatyczne intro „Call of The Master”, które zabiera nas do lat 80 i czasów, kiedy intra na płycie coś znaczyły i odgrywały kluczową rolę. Strzał w dziesiątkę z tym intrem, które nasuwa nam intra Iron maiden, czy Running Wild. Dalej mamy „dark Light of the moon”, który ma ma w sobie prawdziwego kopa. Riff jest ostry, a całość utrzymana w przebojowym charakterze. Wpływy wczesnego Iron Maiden, Walorck czy Black Sabbath są łatwe do wychwycenia. Stonowany i nieco toporniejszy „With Whips and Chains” to przykład jak grać wysokiej klasy heavy metal w klasycznej odsłonie. Podoba mi się tutaj nawiązania do Mercyful Fate czy Accept. Mocny riff i ciekawa linia melodyjna to jak widać standard na nowej płycie amerykańskiej formacji. Kolejny mocnym utworem na płycie jest rozpędzony „Path of Necromancer”, który przypomina mi stare płyty Warlock. W końcu ktoś przejął jakby pałeczkę po Warlock. Nutka hard rocka wdziera się w „looking for Sacrifice”, który ma coś z Judas Priest. Zespół cały czas nawiązuje do różnych formacji i do lat 80, ale stara się być przy tym sobą i tworzyć coś zaskakującego. Ciężko dzisiaj o takie kompozycje, o taki właśnie heavy metal i to na takim poziomie. Na płycie nie brakuje przebojów i wystarczy tutaj przytoczyć niezwykle melodyjny „Satan's crown” czy dynamiczny „Burned at the Stake”. Całość zamyka petarda „Ready to Sin” utrzymana w speed metalowej formule. Czy można życzyć sobie lepszego zwieńczenia płyty? Na pewno nie.


Savage Master już debiutem podbił heavy metalowy świat i serca wielu fanów heavy metalu z lat 80. Kiedy Warlock czy Mercyful fate przestał istnieć cały czas fani czekają na zespoły, które pójdą w stronę tych zespołów i przejmą spuściznę po tych legendach. Ciężko jest to osiągnąć, bo nie jest tak łatwo nawiązać do tamtych stylów, osiągnąć taki poziom i jednocześnie wpasować się w trend ówczesnych czasów. Amerykańska formacja wyszła naprzeciw oczekiwaniom fanom i stworzyła styl, który zadowoli maniaków klasyków i formacji typu Warlock czy Mercyful fate. Znają się na swojej robocie, a z taką wokalistką jak Stacey Peak są wstanie wiele osiągnąć. „With whips and chains” to póki co ich najlepszy album, który jest czystą perfekcją. Jedne z najlepszych wydawnictw w tym roku. Trzeba mieć ten krążek w swojej kolekcji.

Ocena: 10/10