poniedziałek, 15 października 2018

HEIR APPARENT - The view from the below (2018)

Gdyby mi ktoś kilka lat temu powiedział, że do aktywnego działania powróci jeden z najbardziej niedoceniony metalowych zespołów lat 80 o nazwie Heir Apparent to bym go wyśmiał. Jednak to marzenia wielu fanów tej utalentowanej kapeli stają się rzeczywistością. Po 29 latach od czasu wydania kultowego "One small voice" band powraca z 3 wydawnictwem. Takie powroty po latach mogą być niebezpiecznie, bowiem dość łatwo można zniszczyć swój kultowy status i zniesmaczyć fanów nowym dziełem. Heir apparent powraca w niemal starym składzie. Zmianą jest klawiszowiec i wokalista Will Shaw. Ten ostatni znany jest z Anthem i chyba bardziej z swoich coverów, które udostępniał na youtube. Talent to on ma i wyjątkową charyzmę, ale czy to wystarczy by udźwignąć tak duży ciężar?

"The view from the below" to album nieco inny niż poprzednie. Nie jest to heavy/power metal z jedynki, ani też progresywny power metal z dwójki. Jednak na pewno bliżej do "One small voice". Band rozwinął to progresywną stronę i w tym kierunku się udali. Power metal został ograniczony do minimum. Na pewno czuć tą magię i dbałość o szczegóły. Został wysoki poziom artystyczny zawartej muzyki. Jest to dalej zespół, który potrafi stworzyć magiczną atmosferę i zaskoczyć słuchacza daną melodią czy motywem. Ciężko na pewno porównywać ten album z poprzednimi, bo to już nieco inne czasy i już nieco inna muzyka. Jednak ta płyta ma w sobie to coś, co ją wyróżnia na tle innych i oczarowuje. Niby nie ma w sobie agresji, dynamiki, a zapada w pamięci. Piękna, klimatyczna okładka i dobrze wyważone brzmienie jeszcze bardziej podkreślają klasę tej płyty.

Płyta to 45 minut intrygującej muzyki zawartej w 8 utworach. Otwieracz "Man in the sky" potrafi porwać nutką zadziorności i marszowym tempem. Jest w tym mieszanka progresji i heavy metalu lat 80. Will Shaw to właściwy człowiek na właściwym miejscu. Dużo progresji, urozmaicenia i takiej zabawy elementami mamy w klimatycznym "The Door". To bez wątpienia jeden z moich faworytów. "Here we aren't" to kompozycja bardziej spokojna, wręcz balladowa. To pokazuje jak ten album jest pełen emocji i progresywnych elementów. Mało tutaj heavy/power metalu, co może nie których zrazić. Krótki i konkretny "Savior" to taki ukłon w stronę pierwszych płyt i brakuje mi większej ilości tego typu kawałków. Jest kop, pazur i dynamika. Dużo dzieje się też w klimatycznym "Further and farther". Całość zamyka żywszy "Insomnia", który również uwydatnia progresywny aspekt tej płyty.

Nie łatwo ocenić ten album z perspektywy przeszłości kapeli. Mają na swoim koncie 2 kultowe już albumu, do tego dochodzi aspekt że płyta jest jeszcze bardziej progresywna. Jednak mimo tego warto ją docenić. Jest tutaj dużo wartościowej muzyki, dużo wyszukanych melodii i pokręconych motywów. Nie ma łatwych melodii i trzeba czasu by przetrawić pewne kompozycje, jednak warto. Płyta ambitna i godna uwagi. Jedna  z takich bardziej wyróżniających płyt tego roku.

Ocena: 8.5/10

DRAGONY - Masters of the Multivers (2018)

Czas na nowy album Austriackiego Dragony, który kazał czekać swoim fanom 3 lata na nowy materiał. "Masters of the multiverse" to już 3 album tej formacji, która działa od 2009r i cały czas się ma dobrze. Warto wiedzieć o tej kapeli, że powstała z inicjatywy basisty Herberta  Glosa i wokalisty Siegrieda Samera, którzy udzielali się w Visions of Atlantis. To też pozwala od razu wyobrazić sobie co tak naprawdę gra Dragony. Jest to oczywiście melodyjny power metal w europejskiej odmianę z dużą dawką symfoniczności. Nowy album może nie podbije serca wszystkich fanów tego grania i nie stanie się z miejsca płytą roki, ale to kawał solidnego grania, do którego czasami chce się wracać. Okładka nieco odstrasza wykonaniem, bo kojarzy się z grą pc, aniżeli płytą metalową. Na szczęście rozpędzony, podniosły otwieracz w postaci "Flame of Tar Valon". To stara szkoła spod znaku Visions of Atlantis, Rhapsody czy nawet Dark Moor. To jest bardzo dobry znak i pokazuje potencjał tej formacji. Melodyjny i nieco kiczowaty "If it bleeds we can kill it" kusi niezwykłą melodyjnością i lekkością. To taki mały ukłon w stronę fanów Beast in Black, czy Battle Beast. Nieco brzmi jak dance, ale fajnie się tego słucha. Nie brakuje na płycie szybszych kawałków i agresji, co pokazuje "Grey wardens". Trzeba przyznać, że spokojna i podniosła ballada "Fallen Star" zdaje tutaj egzamin i można ją zaliczyć do najciekawszych momentów na płycie. Dużo symfonicznych ozdobników mamy w energicznym "Angels on neon wings". Na sam koniec warto zwrócić uwagę na przebojowy i zadziorny "Eternia Eternal". Co tutaj dużo pisać. Płyta godna uwagi, zwłaszcza dla fanów melodyjnego power metalu spod znaku Visions of Atlantis, czy Rhapsody. Kawał porządnego grania, które ma dostarczać słuchaczowi sporo frajdy. Niby nic oryginalnego, ani też perfekcyjnego a bardzo cieszy.

Ocena: 7/10

sobota, 13 października 2018

ARION - life is not beautiful (2018)

Jeśli ktoś lubi melodyjny power metal z domieszką symfonicznego metalu zwłaszcza spod znaku rhapsody of Fire, Amaranthe, Nightwish, a także Battle beast ten odnajdzie się w świecie fińskiego Arion.  Band działa od 2011r i ma na swoim koncie już 2 albumy, z czego ten najnowszy zatytułowany "Life is not beautiful"  ukazał się stosunkowo nie dawno.  Ten album skierowany jest do fanów słodkiego brzmienia i duże dawki melodyjności. Ciężko tutaj o jakieś agresywne motywy, czy też o elementy, które zaskakują.  Główną atrakcją wydaje się być utalentowany wokalista Lassi, który buduje klimat na tej płycie i dodaje mu przebojowego charakteru.  Kawał dobrej roboty zrobił gitarzysta Iivo, który stara się urozmaicać swoją grę. Najlepiej wypada w utworach bardziej rozpędzonych, bardziej power metalowych. Odzwierciedla to dynamiczny i zadziorny "Punish You". Słodkość wybrzmiewa w podniosłym "no one stands in my way". Wokalistka Elize Ryd znana z twórczości Amaranthe pojawia się w przebojowym "At the break of dawn", który jest mocnym punktem tego krążka. Wiele dzieje się w urozmaiconym i energicznym "The last sacrifice", który pokazuje w pełni styl tej kapeli. Nie brakuje też elementów progresywnych co potwierdza tytułowy "Life is not beautiul".  Podsumowując nowy krążek Arior to solidny album, który zadowoli fanów melodyjnego i tych, którzy nie szukają ambitnego grania i muzyki, która zaskoczy. Warto posłuchać, ale nie jest to płyta, która na długo zostaje w pamięci.

Ocena:6.5/10

sobota, 6 października 2018

IMPELLITTERI - The nature of the beast (2018)

Dla wielu fanów melodyjnego heavy metalu i popisów gitarowych najnowsze dzieło Chrisa Impellitteriego może być głównym kandydatem do płyty roku. Dlaczego? "The nature of the beast"  to płyta w stylu do jakiego nas przyzwyczaił ten jakże utalentowany gitarzysta. Jest dużo energii, drapieżności, przebojowości i sporo intrygujących motywów gitarowych. Przede wszystkim jest to płyta, w której dużo się dzieje i nie ma powodów do nudy. Oprócz typowego dla Chrisa shredowego grania, mamy sporo klasycznego heavy metalu, co sprawia że album nie jest na jedno kopyto. Jeśli ktoś kocha poprzednie wydawnictwa, ten po lubi od pierwszych dźwięków "the nature of the beast". Na płycie znajdziemy 2 covery i jest to "Symptom of the universe" oraz "Phantom the opera" z repertuaru  Andrew Llyod Webber.Oba covery zagrane są z polotem i w stylu Chrisa, więc idealnie wpasowują się w całość. Płyta też zaczyna się od mocnego wyrazistego "Hyprocisy", który imponuje agresywnym riffem i świeżością. Dalej mamy rock'n rollowy "Masquerade", który ma coś z Dio czy nawet Rainbow. Jest duch klasycznego heavy metalu i świetnie to pasuje do zadziornego głosu Roba Rocka. Energiczny "Run for Your life" to wizytówka tego albumu i stylu Chrisa. Nic dziwnego, że właśnie ten kawałek promował album Impellitteri. Bardzo dobrze wypada agresywny i melodyjny "Gates of hell", który pokazuje w pełni umiejętności Chrisa. Jest fenomenalny w tym co robi. Z kolei taki "Wonder world" imponuje technicznym aspektem. Warto też zwrócić uwagę na zadziorny "Fire it up" czy bardziej urozmaicony "Kill the beast". Całość zamyka rozpędzony "Shine on", który świetnie podsumowuje cały krążek. Impellitteri przyzwyczaił nas do wysokiego poziomu swoich płyt. Album utrzymuje wysoki poziom "Venom" i można zaliczyć go do jednego z najlepszych w dyskografii Chrisa. Jeden z kandydatów do płyty roku.

Ocena: 9/10

piątek, 5 października 2018

AXXIS - Monster hero (2018)

Były czasy, że niemiecki band o nazwie Axxis był wyznacznikiem jakości i dobrej muzyki z pogranicza heavy/power metalu z domieszką hard rocka. Były nawet momenty, w których zespół błyszczał i wydawał takie perełki jak "Paradise in Flames" czy "Time Machine". Te czasy już nie wrócą, bowiem zespół postanowił wrócić do swoich korzeni i grać prosty heavy metal z elementami hard rocka. Nie miałby nic przeciwko jeśli byłoby to na poziomie godnym uwagi. Niestety ten zespół nie przypomina Axxis, który pokochałem. Nie ma w ich muzyce lekkości, świeżości, czy energii. Można zapomnieć o przebojowości i ciekawych popisach gitarowych. Zespół gra bardzo ubogi metal i nie ma w nim za grosz pomysłowości. Wszystko sprowadzono do prostego i oklepanego grania i to bez wyrazu. Szkoda, bo zespół grać potrafi i ma doświadczonych muzyków. W tym przypadku brzydka i kiczowata okładka w pełni odzwierciedlają zawartość. Samo otwarcie płyty nie jest najgorsze, bowiem "Monster Hero" ma mocny riff i chwytliwy refren. Jednak sama jakość kawałka pozostawia wiele do życzenia. Dużo hard rocka mamy w dynamicznym "Rock is my religion", ale też brzmi to jakoś nijako i kiczowato. Brakuje ostatecznego szlifu i dopracowania. Rozpędzony "Glory of the brave" to ukłon w stronę power metalowego obliczu zespołu. Jest to jeden z najciekawszych momentów na płycie. Na płycie roi się od prostego rockowego grania, które słychać w nieco popowym "Gonna be tough". Nie wiele wnosi marszowy "We are seven" czy rockowy "all we want is rock". Ciężko przebrnąć przez cały materiał, ponieważ nie ma na co zwrócić uwagę. Partie gitarowe obdarte są z mocy i pazura, a i o dobre melodie tutaj ciężko. Axxis ciągnie słabą formę i to jest przykra wiadomość. Czy stać ich jeszcze na jakiś dobry album? Mam nadzieje, że tak.

Ocena: 2.5/10

piątek, 28 września 2018

BRAINSTORM - Midnight Ghost (2018)

Ostatni album niemieckiej formacji Brainstorm, który mnie porwał to był "Downburst" z 2008r. Każdy kolejny album był solidny i miał kilka mocnych momentów, ale już brakowało tego czegoś, co by wyróżniało te wydawnictwa na tle innych podobnych płyt. Brainstorm działa sukcesywnie od 1989r i ma na swoim koncie 12 albumów, z czego ten najnowszy zatytułowany "Midnight ghost" właśnie ujrzał światło dzienne. Jest to z pewnością album, który wzbudza więcej emocji niż poprzednie dzieła. To przede wszystkim krążek pełen ikry, agresji, dynamiki i przebojowości. Album jest zróżnicowany i każdy znajdzie coś dla siebie. Panowie starają się wrócić do swoich korzeni i to jest dobry znak.  Moc tej kapeli tkwi w wokaliście Andy, który nadaje całości agresji i drapieżności. Ciężko sobie wyobrazić kogoś innego w tej roli. Kawał dobrej roboty odwalają gitarzyści. Torsten i Milan dają czadu w sferze gitarowej i dostarczają wiele intrygujących solówek czy riffów. Na tej płycie dzieje się sporo. Sam otwieracz "Devils eye" to power metalowa petarda, która od razu rzuca na kolana. Brakowało mi takich hitów na ostatnich płytach Niemców. Ostry riff pokazuje prawdziwy charakter muzyków i ich umiejętności. Toporność i nieco stonowane tempo sprawdza się w  "reavalig the darkness" . Nutka progresywności i rocka wybrzmiewa w urozmaiconym "Ravenous minds",z kolei dynamiczny "the pyre" to jeden z najciekawszych kawałków na płycie. Warty uwagi jest kolos w postaci "Jeanne boulet", w którym band przemyca sporo ciekawych motywów.  Znalazło się też miejsce dla balladowego "The path" czy heavy metalowego "Haunting Voices". Nie jest to płyta idealna i są pewne nie dociągnięcia., jednak jest to album którego Brainstorm nie musi się wstydzić. Kawał porządnego heavy/power metalu.

Ocena: 8/10

czwartek, 27 września 2018

BLACK MAJESTY - Children of the Abyss (2018)

Czasy "Sands of Time" czy "Silent Company" to najlepszy okres chodzi o australijski Black Majesty. Przez pryzmat tych płyt będą zawsze oceniani, bo to ich największe osiągnięcia. Band od 2001r dzielnie prezentuje melodyjny power metal.  Ich siłą napędową jest wokalista John, który mocno inspiruje się Micheal Kiske. Świetnie odnajduje się w wysokich rejestrach, czy też niższych, bardziej emocjonalnych. To właśnie on nadaje charakteru muzyce Black Majesty.  Styl tej kapeli opiera się na zgranej współpracy gitarzystów Hannego i Steva. Stawiają oni na szybkości, na urozmaiceniu i wyszukanych melodiach. To wszystko jest na nowym albumie i w zasadzie jest to kawał dobrego grania. Energiczny "Dragons Unite" imponuje przebojowością i melodyjnością, a także pazurem z pierwszych dwóch płyt. W połączeniu z mocnym brzmieniem zdaje to swój egzamin. Dużo takiego europejskiego power metalu mamy w dynamicznym "Something's going on". Dalej mamy hicior w postaci "Children of the abyss". Klimatyczny "Wars Greed" zabiera nas w rejony starego Helloween i to jest przykład, że można wrócić do tamtych lat. Nawet nieco wolniejszy "Always running" imponuje finezją i taką łagodnością. "Lonely" to taki wypisz wymaluj melodyjny metal, który zabiera nas do pierwszych płyt i znów to taka miła wycieczka do znanych nam rejonów.Kolejnym mocnym kawałkiem na płycie jest zadziorny "Nothing Forever" , który pokazuje że band jest znów w bardzo dobrej formie. Na sam koniec mamy power metalową petardą "Reach into darkness". Nowy album zaraża pozytywną energia, imponuje polotem i świeżością. Ten band ostatni raz tak dobrze brzmiał za czasów "Silent Company". Jednak warto było czkać 3 lata na nowe dzieło australijskiej formacji. Jedna z ciekawszych płyt tego roku.

Ocena: 8.5/10

niedziela, 16 września 2018

GRAVE DIGGER - The living Dead (2018)

To już prawie 40 lat działania na rynku metalowym weteranów z Grave Digger. Ten czas band postanowił uczcić nową płytą. "The living Dead" to już 20 krążek tej niemieckiej formacji i zespół zaskakuje swoją pracowitością i częstotliwością wydawania albumów. Każdego roku okazuje się jakieś wydawnictwo tej formacji i można odnieść wrażenie, że stawiają na ilość i dobre statystyki. Niestety cierpi na tym jakość tych płyt i ostatnio dobry album to "Return of the reaper" z 2014r. "the living Dead" to w zasadzie typowy Grave Digger z charakterystycznym wokalem Chrisa i topornymi riffami. Nie ma świeżości, ani niczego nowego. To wszystko już było i 100 razy lepiej podane.  "Fear of the living dead" to udany otwieracz, bowiem jest agresywny, dynamiczny i taki z pazurem. Stonowany i nieco marszowy "Blade of the immortal", który niczym specjalnym się nie wyróżnia. Rozpędzony "when death passes by" mocno przypomina Paragon i to jest dobry znak.Nie wiele wnosi zadziorny "the power of metal", który imponuje mocnym riffem.Najlepiej wypada przebojowy "what war lefft behind", który nawiązuje do starych płyt.Parodie Grave digger mamy w hard rockowym "Fist in your face" czy w folkowym "zombie dance". W tym ostatnim przynajmniej próbują czegoś nowego. Jako całość album jest monotonny i po prostu słaby. Nie ma utworów, które zapadają w pamięci. Jeden z najsłabszych albumów Grave digger.

Ocena: 4/10

HITTEN - Twist of Fate (2018)

"Twist of Fate" hiszpańskiego Hitten to świetny przykład, że wciąż jest moda na heavy metal lat 80. Hitten to hiszpański band, który działa od 2011 roku i ma na swoim koncie 3 albumy i każdy z nich jest wart uwagi. Ten najnowszy to hołd dla takich kapel jak Iron Maiden, Helloween, metal Church, czy nawet Scorpions. To mieszanka heavy/speed metalu i hard rocka i brzmi to fantastycznie W 2017r band zasilił Alex Panza, który swoim głosem wniósł band na wyższy poziom. Jego głos jest potężny i robi wrażenie nie tylko pod względem technicznym. Jego atutem są górne rejestry. Dużo dobrych kawałków znajdziemy na tej płycie. Otwierający " Take it All" to solidny melodyjny metal osadzony w latach 80. Bardzo dobrze to brzmi i zachęca do zapoznania się z całością. Dalej mamy nieco szybszy i bardziej hard rockowy "Final Warning". Właśnie w takiej konwencji band wypada najlepiej. Stary dobry Helloween wybrzmiewa w energicznym "Twist of Fate" i jest to jedna z najlepszych kompozycji na tym krążku. Jeszcze więcej agresji ma w sobie speed/power metalowy "Evil Within", który ukazuje najlepiej potencjał jaki drzemie w tej młodej formacji. Echa Scorpions mamy w przebojowym "In the heat of the night", który zabiera nas do lat 80. Dużo pozytywnej energii znajdziemy w rockn rollowym "Rocking out the city", który również brzmi old schoolowy. Kawałek pokazuje, że można stworzyć prosty i chwytliwy przebój, który oddaje w pełni klimat lat 80. Na sam koniec band zostawia nam nieco dłuższy "Hereos", który jeszcze więcej ma w sobie hard rockowego grania. Płyta jest zróżnicowana, dynamiczna i zarazem przebojowa. Dużo tutaj patentów z lat 80 i przez to płyta też sporo zyskuje. "Twist of Fate" to album skierowany do fanów heavy metalu, melodyjnego metalu i hard rocka, a przede wszystkim dla tych co kochają metal z lat 80. Bardzo dobra robota!

Ocena: 9/10

HESSIAN - Mercenary Retrograde (2018)

4 lata temu poznałem amerykański band o nazwie Hessian i był to miłe odkrycie. Band gra klimatyczny heavy metal, w którym można doszukać się okultystycznej atmosfery, elementów muzyki metalowej z lat 80, czy nawet  patentów wyjętych z NWOBHM. Od czasu wydania  debiutanckiego krążka wiele się zmieniło. Mamy nowy album zatytułowany "Mercenary Retrograde" i nowy skład. Hessian tworzą już inni muzycy i na pewno warto zwrócić uwagę na Zak Haaba, który pełni rolę wokalisty i gitarzysty. To właśnie on napędza band i daje sporo charyzmy i odpowiedniego klimatu. Czuć właśnie ten klimat lat 70 czy 80, a to jest właśnie spory atut tego wydawnictwa. Do tego wszystkiego dochodzi klimatyczna okładka i specyficzne brzmienie, które jest jakby wyjęte z lat 70. Na otwarcie mamy melodyjny i złożony "I wish i wad dead". Momentami gdzieś tam w tym wszystkim wybrzmiewa Ghost czy nawet King Diamond.  Mamy też przebojowy i nieco rockowy "Skull Ring". Dalej pojawia się szybszy i bardziej zakręcony "Leg Puller", ale wciąż band trzyma wysoki poziom. bardzo dobrze wypada też spokojniejszy "St Leopold", który wprowadza nieco spokoju. Całość zamyka energiczny "Manos the hands of fate", w którym band przemyca patenty starego dobrego Black Sabbath. Specyficzny album, ze specyficzną muzyką, ale wszystko jest przemyślane i dobrze wyważone. Warto obczaić, bo nie na co dzień pojawiają się płyty z taką klimatyczną muzyką.

Ocena:8/10

poniedziałek, 10 września 2018

CAULDRON - New Gods (2018)

"New Gods" to już 5 album kanadyjskiej formacji Cauldron. Kapela działa od 2006r i mają swoją rzeszę fanów i swoje miejsce w obecnym metalowym światku. Młody band sukcesywnie działa przez te wszystkie lata i już wpisali się do grona młodych, zdolnych zespołów, które nawiązują swoją stylistyką do lat 80. Na nowej płycie Cauldron mamy to wszystko do czego nas przyzwyczaili. Mamy zadziorne i przybrudzone brzmienie, które oddaje w pełni klimat lat 80. Jest też sporo prostych i chwytliwych melodii, a partie gitarowe Iana są godne uwagi. Proste pomysły zdają egzamin i pokazują że czasami wystarczy prosty i godny uwagi motyw i można stworzyć ciekawy kawałek. Na płycie nie brakuje przebojów i nutki hard rockowego szaleństwa. Sama zawartość na "New Gods" to swoista kontynuacja tego co mieliśmy na "In ruin". Ponury i oldchoolowy "Prisoners of the past" to udany otwieracz, który zabiera nas do złotej ery Judas Priest, czy Saxon. Może się podobać też mroczny i nieco psychodeliczny "Letting go". Na płycie znalazło się też miejsce dla nieco rozbudowanego "Save the truth- syracuse". Mamy też hard rockowy "Drown", który pokazuje że ten zespół ma coś w sobie.Najlepiej wypada "Last Request" który ma w sobie najwięcej energii. Najnowszy Cauldron to płyta stonowana, klimatyczna, pełna mroku i nasycona latami 80. Brakuje nieco wyrazistych przebojów i kopa. Mimo to wciąż solidna pozycja.

Ocena: 6/10

sobota, 8 września 2018

THE UNITY - Rise (2018)

Kai Hansen bawi się z Helloween i pewnie jeszcze troszkę minie czasu, zanim zobaczymy nowy album Gamma Ray. Nic dziwnego, że Henjo Richter i Micheal Ehre realizuje się w swoim nowym zespole o nazwie The Unity. Kapela zrodziła się w 2016 r i debiut "the unity" też wypadł znakomicie i zyskał sporo fanów. Muzycznie The unity czerpią garściami z Love might Kill, Gamma Ray, ale najbardziej stylistycznie The unity do Unisonic. Tak więc mamy miks melodyjnego metalu, hard rocka i power metalu. Nowy album o nazwie "Rise" ukazuje się po roku od pierwszego krążka i znów band dostarcza nam mocny krążek. Dzieje się sporo, jest kop, jest energia, jest pazur, jest duża dawka przebojów. Album jest kontynuacją debiutu i słychać, że panowie jeszcze lepiej się dogadują i tworzą zgrany duet. Na płycie znajdziemy 13 kawałków dających około godziny muzyki. Trzeba przyznać, że muzyka jest bardzo dojrzała i pomysłowa. "Last Betrayl" to znakomity otwieracz i to w takim power metalowym stylu. Można doszukać się elementów Unisonic czy Gamma Ray. Henjo i Stefan jeszcze lepiej się dogadują i dają niezły popis swoich umiejętności. Można odnieść wrażenie, że The unity swój urok zawdzięcza uzdolnionemu wokaliście. Jan Manenti śpiewa z niezwykłą ikrą i charyzmą. Nawet widziałbym go w roli wokalisty Gamma Ray. Więcej hard rockowego feelingu można wyłapać w mroczniejszym "You Got me Wrong". Sporo też wnosi do muzyki kapeli klawiszowiec Sascha, który potrafi budować napięcie i tworzyć melodyjną oprawę. Słychać to bardzo dobrze w "The storm".  Band też znakomicie radzi sobie z rozbudowanymi kolosami o progresywnym zabarwieniu. Świetnym tego przykładem jest "Road to nowhere". Kolejnym power metalowym przebojem na płycie jest melodyjny "No hero", który dość szybko zapada w pamięci. Moim faworytem został z miejsca energiczny "Children of The light", który riff ma mocno zakorzeniony w kawałkach autorstwa Henja. Słychać nawiązania do "Fight" czy "Follow me". Duża dawka przebojowości, power metalu i Hejno mógł w końcu błyszczeć w swoich klimatach. Na koniec mamy hard rockowy "Life". Jak widać płyta jest zróżnicowana, ale utrzymana na wysokim poziomie artystycznym. The Unity znakomicie odnalazł się na scenie muzycznej i oby tylko nie zakończyli działalności, kiedy Gamma Ray znów wróci do normalnego trybu pracy. Polecam oczywiście "Rise".

Ocena: 8.5/10

piątek, 7 września 2018

DREAM CHILD - Until death do we meet again (2018)

Ronie James Dio odszedł, a to jakby rozgrzało jego dawnych kolegów do działania i tworzenia nowych supergrup, czy kapel, które mają iść w ślady DIO. Pytanie czy gdyby nie śmierć wielkiego wokalisty czy mielibyśmy Last in Line, Dio Disciples czy Dream Child. Ta kapele łączą nie tylko przekonania, styl, ale poniekąd też muzycy, którzy współpracowali z Ronniem. Tym najnowszym powstałem bandem jest właśnie Dream Child. W składzie mamy oczywiście Craiga Goldiego, który pełni rolę gitarzysty. Jest też Rudy Sarzo na basie, jest też wszędobylski Simon Wright. Nie mogło też zabraknąć wokalisty, który manierą choć trochę przypomni nam o Ronnim. W tej roli idealnie się sprawdził Diego Valdez. Jego wokal jest zadziorny, doniosły i z pewnymi cechami Dio. To wszystko ładnie ze sobą współgra i faktycznie powstał w efekcie znakomity debiut z muzyką stworzoną jakby w latach 80.  Nawet zadbano o brzmienie, by jak najbardziej przypominał nam stare dobre płyty z lat 80. Sama zawartość też ma wydźwięk bardzo klasyczny, tak więc fani starych płyt Ac/Dc, Judas Priest czy Dio. Płytę promował "Under the Wire" czyli takie klasyczne granie z klasycznej ery Dio. Mocny riff, szybsze tempo sprawia, że jest uśmiech na twarzy. Takiej muzyki nigdy za wiele. Craig daje tutaj czadu w sferze gitarowej i znów przypomniał o sobie  w najlepszy sposób. Nic dziwnego, że wybrano ten utwór do promocji płyty. Mamy też rozbudowane kompozycje jak "You can't take me down", który potrafi zauroczyć swoim mrocznym klimatem i ciekawymi przejściami. Dużo klasycznego Dio można wyłapać w zadziornym i marszowym "games of Shadows". Na płycie roi się od prawdziwych hitów i jednym z nich na pewno jest "Playing with Fire" czy energiczny "Midnight song". Czego jest najwięcej to rozbudowanych i dojrzałych kawałków jak tytułowy, czy progresywny "One step beyond the grave". Każdy  z tych utworów jest warty uwagi i ma swoją wartość. Płyta jest bardzo dojrzała, klimatyczna i utrzymana w klasycznym stylu. Miła niespodzianka roku 2018. Czekam na odpowiedź Dio Disciples.

Ocena: 9/10

THE VINTAGE CARAVAN -Gateways (2018)

Tęskni ktoś za rockiem lat 60 czy 70? Mamy tutaj fanów klasycznych dźwięków spod znaku takich kapel jak led zeppelin, Deep purple czy Black Sabbath? The Vintage Caravan wychodzi na przeciw tym oczekiwaniom. Kapela jest stosunkowa młoda, bowiem działa od 2006 roku i już ma na swoim koncie 4 albumy. Islandzkie trio wie jak zbudować mroczny i psychodeliczny klimat. Każdy ich album to prawdziwa uczta dla maniaków takich dźwięków. Porywają nie tylko klimatem, ale jakością swojej muzyki. The Vintage Caravan zawsze dba o najmniejsze szczegóły. Tak też jest z najnowszym "Gateways". Dźwięki są tutaj pomysłowe i potrafią przeszyć słuchacza. Nie ma banalnych rozwiązań, a wszystko jest intrygująco oprawione. Jest finezja, jest magia, ale też i pazur i rockowe szaleństwo. Energia bije z otwierającego "set your sights", który jest wycieczką do świata Deep purple czy led zepellin. Prosty, ale chwytliwy riff "The way" szybko wpada w ucho. Bardziej złożony "On the run" to już granie bardziej progresywne, ale wciąż niezwykle melodyjne i finezyjne. Stonowany, wręcz marszowy "All this Time" w połączeniu z mrocznym klimatem najlepiej oddaje styl w jakim obraca się ten band. Na płycie nie zabrakło też ostrzejszego grania, co potwierdza to "Reset". Dominuje tutaj jednak ponure, psychodeliczne granie, które ma działać na nasze zmysły i uczucia. Ta sztuka tutaj się udało, a zamykający "The chain" to tylko potwierdza. The Vintage Caravan jest w znakomitej formie i zrobili swoje, czyli nagrali kolejny świetny album skierowany do fanów rocka z lat 70 czy 60. Dopełnieniem sukcesu płyty jest klimatyczna okładka i brzmienie z starych płyt. Jedna z ciekawszych płyt roku 2018.

Ocena: 9/10

czwartek, 30 sierpnia 2018

HELION PRIME -Terror of the Cybernetic Space Monster (2018)

"Terror of the Cybernetic Space Monster" to tytuł najnowszego dzieła amerykańskiej formacji o nazwie Helion Prime. Działają od 2014r, ale już są znani z mocnych riffów, amerykańskiego brzmienia, a także umiejętności łączenia tradycyjnych patentów z lat 80 z agresywnym, współczesnym feelingiem. Ten band to maszynka do tworzenia soczystych, godnych uwagi riffów, które przyprawiają o szybsze bicie serca. Tak właśnie jest z najnowszym dziełem, który jest drugim albumem w dyskografii zespołu.  Jest to jednak pierwszy krążek z nowym wokalistą Sozos Michealem. Trzeba przyznać, że idealnie wpasował się w styl kapeli. Jego głos jest ostry, zadziorny i bardzo melodyjny. To właśnie dzięki niemu album jest taki mocny i warty uwagi. Na wydawnictwie znajdziemy 9 kawałków, które razem tworzą zgraną całość. Album otwiera klimatyczne intro "Failed Hypothesis", który wprowadza nas w klimat s-f.  Szybko atakuje nas mocny riff "A king is born", który pokazuje w jakiej stylizacji się obracają. Słychać power metal pełną gębą. Jeszcze więcej mocy i agresji znajdziemy w rozpędzonym "Bury The Sun". Warty uwagi jest też bardziej złożony i urozmaicony "Atlas Obscura". W takim "Urth" można doszukać się elementów thrash metalowych, jak i tych wyjętych z twórczości Gamma Ray czy Helloween. Na płycie znalazło się też miejsce na kolos i tutaj sprawdza się "The human Condition". Dalej znajdziemy spokojny, wręcz balladowy "Spectrum". Kolejną petardą power metalową na płycie jest "Silent skies". Całość zamyka 17 minutowy kolos ""Terror of the Cybernetic Space Monster". Kawałek zawiera sporo ciekawych motywów i riffów.  Świetne zwieńczenie tej jakże udanej płyty. Helion Prime  zaskoczył bardzo doba płytą i śmiało można ją polecić fanom power metalu czy heavy metalu.

Ocena: 8/10

sobota, 25 sierpnia 2018

TOKYO BLADE - Unbroken (2018)

Tokyo Blade to jedna z tych formacji, co kreowała nurt NWOBHM. To kapela, która stylem muzycznym przypomina wczesne płyty Iron Maiden, Cloven hoof, czy Grim Reaper. Kapela powstała w 1982r i sukcesywnie działa w latach 80. Potem po kilkach latach kapela zawiesiła działalność i wróciła w 1995r. Nagrali wtedy 2 albumy i znowu przepadli. Dopiero w roku 2011 udało się brytyjskiej formacji wrócić na dobre. Tokyo Blade kazał czekać swoim fanom 7 lat na nowe wydawnictwo. "Unbroken" to płyta, która zawiera to wszystko do czego ten band nas przyzwyczaił. Jest moc, jest przebojowość, a przede wszystkim klasyczny wydźwięk. Ta płyta brzmi jakby powstała w latah 80. Słychać, że faktycznie mamy do czynienia z nurtem NWOBHM. Tokyo Blade to kapela, w której motorem napędowym jest bez wątpienia zgrany duet gitarowy - Andy i John.Oboje zabierają nas do lat 70 czy 80. Stawiają na proste i chwytliwe motywy. Dużo  w tym pasji i miłości do heavy metalu. Dopełnieniem ich stylu jest charyzmatyczny Alan Marsh, który śpiewa z werwą i pazurem. To właśnie dzięki niemu kawałki są bardzo melodyjne i zapadają w pamięci. Bardzo dobre wprowadza nas w świat Tokyo blade otwieracz "The devils gonna bring you down", z którego bije moc NWOBHM. Bardzo klasycznie brzmi "Bullet made of stone", w którym jest hard rockowy pazur, a także bardzo wyrazisty riff. Lekki, wręcz rockowy "No time to bleed" wprowadza trochę luzu i odpoczynku.  Z tych ciekawszych kawałków warto też wyróżnić rozbudowany "Bad blood", melodyjny "Black water" w klimatach iron maiden, czy zadziorny "The last samurai". Po raz kolejny Tokyo Blade wydał bardzo solidny album, który zawiera bardzo ciekawe kompozycje. Jest przebojowo, jest klasycznie i z pomysłem. "Unbroken" to płyta, którą trzeba znać.

Ocena:8/10

niedziela, 19 sierpnia 2018

DORO - Forever Warriors, Forever United (2018)

Doro Pesch często nazywana jest królową metalu. Charyzmatyczny wokal, ciekawa osobowość, dobra prezencja, a także wypracowana przez lata marka sprawiła, że jest to osoba, która zrobiła sporo dla metalu. Kultowy Warlock, czy też solowa kariera to niemała cegiełka w tworzeniu heavy metalu na niemieckiej scenie metalowej. Królowa metalu lubi współpracować z różnymi gośćmi, zawsze też śpiewa na żywo jakiś cover znanego kawałka metalowego. Tytułu ciężko jej odmówić, ale swoje najlepsze lata ma już dawno za sobą. "Fear no Evil" z 2009 r to w sumie ostatni wartościowy album. "Raise your fist" z 2012r był już znacznie słabszy. Na nowe dzieło przyszło czekać fanom 6 lat i owocem ciężkiej pracy jest dwu płytowy album zatytułowany "Forever warriors, Forever united". Doro poszła w ślad wiele innych muzyków i też postawiła na dwupłytowy album. Szkoda tylko, że cały materiał jest ciężko strawny i niskich lotów. Całość szybko się nudzi i w efekcie można odnieść wrażenie że to pop/rock z domieszką hard rocka i metalu. Forma wokalna Doro nie jest zła i wciąż słychać tą pasję i miłość do metalu. Ogromna promocja nuclear blast nie pomogła ochronić Doro przed porażką.

Hymnowy "All for Metal" przywołuje na myśl prosty i podniosły "All we are" z okresu Warlock. Prosty riff i chwytliwy refren sprawiają, że utwór jest łatwy w odbiorze i zapada w pamięci. Może nie jest to najlepszy kawałek jaki stworzyła Doro, ale z pewnością jest to jeden z najjaśniejszych punktów nowej płyty. Nie mogła zabraknąć szybkiego, wręcz speed metalowego utworu i w tej roli mamy zadziornego "Bastardos". Gitarzyści Luca i Bas grają ostrożnie i za wiele od siebie nie dają, przez co album jest taki nieco nijaki i bez werwy. Płytę promował średni i taki nieco bez pomysłu "If i cant have you - no one will" z gościnnym udziałem Johan Hegg z Amon Amarth. Mamy też hard rockowy "Turn it Up", który zaczyna pokazywać że Doro nie miała pomysłu na nowy materiał. Na pewno cieszy takie szybsze granie jakie można uświadczyć w pozytywnym "Blood, sweat and rock'n roll". Radosny hard rockowy kawałek, szkoda że nie na poziomie do jakiego Doro przecież przyzwyczaiła. Dużo chaosu i jakiś takich nijakich riffów, co słychać w słabszym "Backstage to heaven" czy rockowym "Be strong". Ta pierwsza płyta miała być mocniejsza, bardziej metalowa, a jest smętna, nijaka, bez mocy i pomysłu. Brakuje godnych uwagi kawałków i całość jest ciężko strawna. Druga płyt zdominowana jest przez spokojne, wręcz popowe ballady. Z tej drugiej części znakomicie wypadł "Lift me up", który zaskakuje marszowym tempem i zapadającym w głowie refrenie. Spokojna ballada "it cut so deep" pokazuje, że płyta ma charakter bardziej komercyjny. Więcej tutaj popowych kawałków, niż metalu z okresu warlock. Całość zamyka komiczny "Metal is my alcohol", który idealnie podsumowuje ten słaby album.

6 lat czekanie na marne. Dostać podwójny album, gdzie jest 25 utworów i podoba się 4-5 utworów to porażka na całej linii. Doro to znakomita wokalistka, lubię jej twórczość i zawsze będę czekał na kolejne wydawnictwa, ale "Forever warriors, forever united" nie ma nic do zaoferowania. Ciężko mówić stricte o płycie heavy metalowej. Szkoda Doro, bo taka inna niemiecka ikona jak Udo błyszczy na nowym albumie. Może czas na zmiany w obozie Doro?

Ocena: 3.5/10

niedziela, 12 sierpnia 2018

U.D.O - Steelfactory (2018)

 W tym roku Judas Priest porwał świat swoim albumem "Firepower". Płyta okazała się najlepsza od czasów kultowego "Painkillera" i w dodatku to dzieło klasyczne. Minęło kilka miesięcy i mamy kolejne zaskoczenie. Powraca w wielkim stylu inna legenda heavy metalu. Udo Dirkschneider po swojej 40 letniej działalności wydaje album klasyczny i niezwykle świeży. "Steelfactory" to krążek, który można śmiało zaliczyć do grona najlepszych płyt w dyskografii tego legendarnego wokalisty. Ostatnie lata Udo spędził na koncertowaniu pod szyldem Dirkschneider, gdzie grał najlepsze kawałki Accept.  To miało ogromny wpływ na zawartość najnowszej płyty i na jej charakter. Granie kawałków Accept sprawiło, że Udo sobie przypomniał stare dobre czasy i nagrał materiał, który zabiera nas w podróż do lat 80 i lat 90. To miła wycieczka w rejony "Animal House", "Thunderball", czy też "Russian Roulette" , a nawet "Metal heart". To już świetna zapowiedź tego co nam zgotował Udo.

Udo Dirkschneider przez okres swojej działalności przyzwyczaił do tego, że nie schodzi poniżej pewnego poziomu i zawsze dostarcza dopracowane i pełne heavy metalu albumy. "Decent" był mroczny, toporny i nasuwał na myśl "Timebomb" czy nawet "Balls to the wall". Tamta płyta była bardzo w stylu udo. Z kolei najnowszy krążek zatytułowany "Steelfactory" to taka wycieczka bardziej w rejony starego Accept. Już utwory promujące dały nam to wyraźnie do zrozumienia. Zresztą sama frontowa okładka, w której główną rolę odgrywa fabryka stali. Dawno udo nie miał tak dobrej i klimatycznej okładki. Do tego wszystkiego dochodzi soczyste i mocne brzmienie Jacoba Hansena. Wszystko składa się w spójną całość. Udo mimo swoich lat wciąż zachwyca swoim wokalem i potwierdza że należy do czołówki wokalistów heavy metalowych. "Steelfactory" ma też innych bohaterów. To płyta przede wszystkim znakomitego Andrey'a Smirnova, który bardzo się rozwinął w roli gitarzysty. Pełno finezji i ciekawych złożonych melodii. Poszedł w ślady Fishera czy Hoffmann. Wszędzie pojawiają się pomysłowe riffy i solówki i przez to płyta nabrała klasycznego wydźwięku i takiej świeżości. Przypominają się czasy "Metal heart" czy "Rousian roulette". Jeden z najlepszych gitarzystów jakich posiadał Udo w swoim zespole. Przemiany i rozwój zaliczył też basista Fitty, którego partie są bardziej słyszalne i wyczuwalne. Nowy nabytek w postaci syna Udo - Svena też imponuje wyczucie rytmu i techniką. Perkusista, który szybko odnalazł się w nowej sytuacji. Ta fabryka stali działa bez szwanku i dostarcza nam stal najwyższej próby. Czas zacząć ocenę jakości zawartości.

Typowo się zaczyna z jednej strony, bowiem "Tongue Reaper" to kolejny szybki otwieracz w karierze Udo. Jednak z drugiej strony intro brzmi jakby wyjęte z twórczości Accept. Idealne wprowadzenie. Melodyjne wejście wyjęte jakby z "Metal heart". Po kilku sekundach atakuje nas szybka praca sekcji rytmicznej i ciężki riff. Dawno Udo nie brzmiał tak agresywnie, tak świeżo i tak klasycznie. Refren to taki wypisz wymaluj Udo z czasów "Thunderball" czy "Mastercutor". To też kawałek, w którym Andrey pokazuje że odgrywa kluczową rolę na tej płycie. Szczęka już opadła, a to dopiero początek. Zaskoczenie przeżyłem przy drugiem utworze, bowiem "The move" to utwór z domieszką hard rocka i duchem "Metal Heart". Słychać powiązania z "living for tonight" co słychać w riffie czy refrenie. Czemu tyle lat przyszło czekać nam taką perełkę? Udo też świetnie bawi się swoim głosem w tym kawałku, a Andrey znów stawia na finezję i lekkość. 3 szok przeżyłem przy mroczny, marszowym "Keeper of my soul". Andrey daje tutaj upust swoim korzeniom i wprowadza nieco folkloru rosyjskiego co słychać w melodyjnym i intrygującym głównym motywie.  Jest to kompozycja złożona, rozbudowana i ma coś z "Princess of the dawn". No i ten przeszywający i zapadający w pamięci refren. Coś niesamowitego, to trzeba posłuchać. Hard rockowy feeling i klimaty "metal heart" wracają w melodyjnym i lekkim "In the heat of the night". Znów świetny popis umiejętności Andrey i doświadczenia Udo.  Sporo dzieje się w mocniejszym i toporniejszym "Raise the game". To kompozycja w której znów ciekawie wpleciono motywy folkloru. Mroczny "Blood on fire" to utwór, który zaskakuje pomysłowymi przejściami. Dużo dzieje się w tym kawałku, choć trwa niecałe 5minut.  Znakomicie brzmi fragment zwrotek, w którym wokal Udo świetnie współgra z partiami gitarowymi Andreya. Płytę dzielnie prezentował "Rising high", czyli petarda w klimatach "Tv war" czy "Thunderball". Utwór ma w sobie z stylu "Russian roulette". Fitty daje czadu w topornym "Hungry and angry" i jest to kolejny mocny, heavy metalowy hymn.  Perełką bez wątpienia jest true metalowy "One heart one soul".  To utwór mocno wzorowany na "They want war". Hymnowy refren, melodyjne partie gitarowe i marszowe tempo i w efekcie dostaliśmy jeden z najlepszych kawałków udo, jakie stworzył. Czysta magia. Basista jest na płycie bardziej wyrazisty i to słychać również w melodyjnym i nieco hard rockowym "A bite of evil". Z kolei energiczny "Eraser" to utwór który jest tak potężny jak otwieracz. Znów utwór przesiąknięty accept z lat 80.  W podobnych klimatach utrzymany jest podniosły "Rose in the desert", w którym też band zabiera nas w rejony "Metal heart" i te hard rockowe patenty sprawdzają się na tej płycie idealnie. Mija prawie godzina z nowym udo i czas szybko zleciał. Całość zamyka piękna ballada "The way" i nie ma tutaj złudzeń co do zawartości.

Udo powraca do korzeni i powraca w wielkim stylu. Nagrał album dojrzały, pełen zaskoczeń i pełen świeżych rozwiązań. Przede wszystkim Udo nagrał album klasyczny i bez zbędnych udziwnień. Grania kawałków Accept przypomniało Udo z czego zasłynął i za co go fani kochają. Zrobił to co Judas Priest, czyli nagrał album bez błędny, bardzo klasyczny i na wysokim poziomie. Duże brawa należą się na pewno Andrey, który pokazał klasę i miłość do muzyki, a także dobrą znajomość twórczości Accept."Steelfactory" przebija większość płyt jakie nagrał Udo i śmiało można wpisać ten krążek do top5, jeśli nie nawet top3. Jedna z najlepszych płyt tego roku i już ją widzę w swoich podsumowaniach tegorocznych i to na podium.

Ocena:10/10

czwartek, 9 sierpnia 2018

KING COMPANY - Queen of hearts (2018)

W 2014 roku powstał band King Company i to inicjatywy perkusisty Thunderstone czyli Mirka Rantanena. Wraz z kolegami z którymi się już wcześniej znał powołał hard rockowy band, który zabierze nas w rejony rainbow, deep purple czy Dokken. Pierwszy album "On the road" z2016roku odniósł spory sukces. Choć odszedł Pasi Rantanen i zastąpił go na wokalu Leonarda F Guillan to i tak zespół wciąż żyje i ma się dobrze. Efektem tego jest najnowszy krążek w postaci "Queen of hearts", który idealnie rozwija patenty z debiutu. Płyta jest przebojowa, hard rockowa, ale nie bez pazura i agresji. Już tytułowy "Queen of hearts" na samym starcie pokazuje power i prawdziwą jazdę bez trzymanki. jest szybkie tempo, chwytliwy riff i popis wokalny Leonarda. Świetne otwarcie świetnego albumu.Antii spisuje się w roli gitarzysty i to on nadaje całości agresji i dynamiki. Warto wsłuchać się uważnie w jego partie, bo są pełne finezji. Słychać to lekki, przebojowym "Stars" czy rozpędzonym "Living like hurricane". Duch lat 80 jest tutaj wszędobylski i to jest dobra cecha tej płyty. Nawet ballada w postaci "never say goodbey'" to hołd dla lat 80 i ta komercyjność też wpisuje się w tamte lata. Melodyjny "Learn to fly" to ukłon w stronę Deep purple i nawet Antii stara się zbliżyć do kunsztu blackmorea.Spokojny "Arrival", który zamyka całość to utwór stworzony zmyśla o fanach Deff leppard. Płyta poukładana, dobrze wyważona i bardzo przebojowa. Wyrosła nam konkurencja dla Voodoo Circle i dobrze, bo takiej muzyki nigdy za duzo.

Ocena: 8/10

PRIMAL FEAR - Apocalypse (2018)

Nie zanosi się na to, że niemiecki band Primal Fear wyda jeszcze kiedyś album na miarę "Nuclear Fire" czy debiutu. Nie oznacza to jednak, że ich ostatnie wydawnictwa są bez ikry, bez mocy i bez tego czegoś za co ich kocham. Oj nie, bowiem ostatni "Rulerbreaker" czy "Unbreakable" to jedne z ich najlepszych płyt w dyskografii.  Choć nowe dzieła są mocne, agresywne, przebojowe, to jednak brakuje mi takiego równego materiału z pierwszych płyt. Wpadki małe czasem się pojawiają i to jest największy minus ostatnich płyt. Skład silny, nie brakuje też dobrych kompozytorów, mamy 3 gitarzystów i jednak mimo to coś nie do końca wychodzi. Czy inaczej jest z "Apocalypse"?

Na najnowsze dzieło przyszło czekać fanom 2 lata i to już odstęp czasowy, do jakiego band nas przyzwyczaił. W zamian za ten czas i swoją cierpliwość dostajemy ładnie opakowany album. kolorystyczna okładka i mocarne brzmienie robią swoją. Muzycy też są w dobrej formie i nie ma obaw, że nagrali gniota. Jednak nie jest to też ich najlepszy album. Jeśli o mnie chodzi brakuje mi nieco klasycznego grania, a przede wszystkim power metalu. Jak ktoś lubi "Delivering the Black" czy "Rulerbreaker" ten pokocha "Apocalypse", bowiem te albumy są bardzo podobne.

Jeśli mam wskazać najlepsze utwory z tej płyty, to na pewno warto tutaj wspomnieć przede wszystkim o dwóch kawałkach. Pierwszy to "New Rise", który wyróżnia się niezłą energią, szybkim tempem i power metalową konwencją. To jest prawdziwa petarda i przypomina mi klasyczne albumy tej kapeli. Dlaczego panowie nie nagrają więcej takich perełek? Wtedy mielibyśmy do czynienia  z perfekcyjnym krążkiem. Drugim moim faworytem jest killer w postaci "Blood, sweat and Fear". Utwór dynamiczny o bardzo chwytliwym riffie. Słychać pomysłowość i hołd dla Judas Priest. To taki hit na miarę "Eletric Eye". Ralf daje tutaj popis swoich umiejętności. Wciąż ma w sobie ogień i pazur. Riff robi tutaj największą robotę. Zapada w pamięci i na długo zostaje w myślach. Co tutaj dużo pisać? Jeden z najlepszych kawałków tej formacji. Płytę promowały 3 utwory. "The ritual" to ciężki walec, który kontynuuje styl z dwóch ostatnich płyt.  Klimatyczny, wręcz hard rockowy "King of madness" to kawałek idealny na koncert. Średni wydaje się "Hounds of justice", który jest taki nieco oklepany i wtórny.

Dalej mamy klimatyczny, balladowy "Supernova", który przypomina nieco "Tears of Rage" czy Fighting the darkness". To bez wątpienia kompozycja godna uwagi. Ciężki riff i dużo patentów w stylu judas priest mamy w marszowym "Hail to the fear". Primal Fear przez ostatnie lata przyzwyczaił swoich fanów do nagrywania kolosów. Różnie to się kończy i w zasadzie nie robią większego wrażenia. Inaczej jest z "Eye of the storm", który błyszczy na tej płycie. Dobra praca gitarzystów, pomysłowy rifff, marszowe tempo i niezawodny Ralf robią swoje. Długi i przemyślany kawałek, który warto obczaić.  Na koniec zespół zostawił "Cannonball", który bardziej wpisuje się w ramy heavy/power metal.

Bardzo dużym plusem tego dzieła jest to, że całość brzmi wyrównanie i dobrze się tego słucha. Gdyby tak rozkładać na poszczególny czynniki to już by tak dobrze by nie było. Płyta jest równa, mocna i kontynuuje to do czego band nas przyzwyczaił. Fani "Delivering the black" bedą zadowoleni, fani klasycznych albumów mogą trochę narzekać. Płyta może nie najgorsza w dyskografii, ale też nie najlepsza. Na pewno warto posłuchać, bo niemcy trzymają dobry poziom od lat.

Ocena: 8.5/10

niedziela, 29 lipca 2018

DEE SNIDER - For the love o metal (2018)

Nie ma na rynku muzycznym dobrze znanego Twisted Sister. Choć w 2016 ten band zakończył działalność, to jednak wokalista i lider tej grupy tj Dee Snider skupił się na solowej karierze. Dee Snider swoją karierę solową rozpoczął w 1997 roku i pod tym szyldem nagrał 4 albumy. Wydany w 2016 r "We are the ones", ale nie zrobił większego wrażenia. To był nieco album bez zaskoczenia i bez mocy. Teraz mamy inny skład, inną jakość i najnowsze dzieło w postaci "For the love of metal" rzeczywiście może się podobać. Nowi muzycy dają sporo świeżości i dają niezłego czadu. Utwory są dynamiczne, treściwe i przebojowe. Dee Snider tworzy dalej heavy metal z domieszką hard rocka i stara się nie zapominać o swoim okresie w Twisted sister. Nick i Charlie stworzyli zgrany duet gitarowy i to słychać od niemal samego początku. Jest agresja, jest szybkość, jest melodyjność i hołd dla lat 80. To jest mocny atut tej płyty. "Lies are a business" to wymarzony otwieracz. Ma w sobie sporo energii, a szybkie tempo przyprawia o dreszcze. Niezwykle mocny i dynamiczny kawałek, który dobrze nas wprowadza w klimat płyty. Nie brakuje mrocznych kawałków, w których dominuje toporność rodem z płyt Accept czy Grave Digger. Przykładem tego jest cięższy "Tommorow Concern" czy marszowy "American Made". Bardzo dobrze wypada też melodyjny i zadziorny "Roll over You" czy rozpędzony "i'm ready". Do grona ciekawych kawałków warto też zaliczyć "became the storm" jak i toporny "The hardest way". Całość zamyka tytułowy "For the love of metal", które idealnie podsumowuje całość. Sama płyta nie wnosi niczego nowego do twórczości Dee Snidera, ani też do metalowego światka. Jednak mimo wszystko jest to solidna i poukładana płyta, która daje sporo frajdy słuchaczowi. Jedna z tych płyt w tym roku, które wypada znać.

Ocena: 7.5/10

piątek, 20 lipca 2018

POWERWOLF - The sacrament of sin (2018)

W karierze każdej kapeli przychodzi taki czas, że trzeba zweryfikować swój styl i sposób komponowania nowych utworów. Nie sztuką jest tworzyć w kółko to samo i udawać, że jest twórczym i pełnym ambicji. Sztuką właśnie jest dodawanie nowych elementów, wprowadzanie nowych zagrywek, tworzenie jakby na nowo stylu, ale zostając przy tym przy swoich sprawdzonych patentach. Z historii wiemy, że wielu kapelom wyszło taki zwrot na dobre. O tym, że niemiecki Powerwolf zaczął zjadać własny ogon fani zaczynali już dawno mówić. Kiedy zespół wydał dwa znakomite krążki w postaci "Blood of the Saints" i "Bible of the beast" to w pełni ukształtował swój styl i stał się jego więźniem. To co cieszyło na tych wydawnictwach stawało się denerwować już przy następnych. Wszystko stawało się przewidywalne i łatwe do odkrycia. Muzyka Niemców była z górnej półki, lecz nie było tej euforii i tego efektu wow, co przy wskazanych albumach. Coś należało zmienić i te zmiany nadeszły. Efektem tego jest "The Sacrament of sin".

Nie, nikt ze składu nie odszedł. Dalej mamy braci Greywolf w roli gitarzystów, Atilla tworzy kościelny klimat za sprawą operowego głosu, a klawiszowiec Falk nadaje przebojowości i niezwykłej melodyjności w muzyce Powerwolf. To co się zmieniło zapytacie? Styl kapeli uległ zmianie. Nie, nie ma mowy o porzuceniu power metalu i pójście w innym kierunku. Zostajemy dalej w power metalu, który przypomina dokonania Sabaton, Running Wild czy Bloodbound. Można odnieść wrażenie, że zespół poszukał nowych rozwiązań w twórczości Sabaton. Klawisze wychodzą na pierwszoplanową rolę co słychać w niektórych kompozycjach. Jest nawiązanie do symfonicznego metalu i owa podniosłość i orkiestrowy klimat dają o sobie znać niemal w każdej kompozycji. Efekt końcowy jest piorunujący. Z jednej strony mamy te charakterystyczne riffy, tą przebojowość, dynamikę i melodyjność, a z drugiej strony mamy podniosłość, urozmaicenie, bawienie się sprawdzoną konwencję. Więcej ozdobników się pojawia, klawisze zaczynają odgrywać jeszcze większą rolę. To na co fani czekali, czyli świeżość i odnowienie stylu jest.

Zawsze było klimatyczne intro, które wprowadzało nas w klimat danej płyty. Tutaj mamy od razu przejście do meritum sprawy. "Fire and Forgive" to utwór, który brzmi znajomo. Tak otwieracze zawsze są utrzymane w podobnej konwencji. Początkowa część jest podniosła, klimatyczna, stonowana i to jest pewien znak nowej jakości. Melodie i refren brzmią znajomo, ale przecież dalej chcemy mieć 100 % powerwolf w powerwolf, czyż nie? Utwór perfekcyjny i bardzo energiczny, a wpływy są tym razem zakorzenione w Running Wild, a może nawet w Helloween czy Gamma Ray? Ważne, że jest power metal pełną gębą. Wyznacznikiem nowej jakości i świeżości jest bez wątpienia singlowy "Demons are girls best friend". Kiedy utwór wypłynął do sieci to od razu szczęka mi opadła. Czyż to powerwolf, który znam? Czy może wilk w owczej skórze? Jest ta charakterystyczna przebojowa co słychać w lekkim i przyjemnym refrenie. Natomiast charakter i konstrukcja to już inna bajka. Falk pełni tutaj rolę lidera. Jego partie są majestatyczne i bardzo wciągające. To one nadają całości symfonicznego wydźwięku. Nowa droga powerwolf jest imponująca. Sam kawałek ma sporo elementów rocka co tym bardziej zaskakuje jak zespół to wszystko połączył. Na szczęście nie wszystko zostało zdradzone przed premierę i troszkę smaczków band jeszcze zostawił. Trzeci na płycie jest "Killers with the cross". Jakby ktoś mi to puścił nie podając nazwy to ciężko byłoby podać nazwę Powerwolf. Jest mrocznie, bardzo klimatycznie, a band wybiera się w rejony Bloodbound, a przede wszystkim Sabaton. Jak ktoś się uprze to do szuka się tutaj elementy black sabbath z Tonym Martinem. Jestem w szoku, że powerwolf idzie w taką stronę i muszę przyznać brzmi to perfekcyjnie. Refren swoim stylem i pomysłowością wbija w fotel. Bardzo miłe uczucie, kiedy jeden ze swoich ulubionych zespołów poznajesz na nowo. Jest ta ekscytacja jak przy pierwszych albumach. "Incense & Iron" też był znany nam przed premierą i też zaskoczył mnie swoją formą i stylem. Utwór bardzo w stylu Sabaton it o słychać po riffach czy partiach klawiszowych. Nie jest to żadna wada, ale rzecz konieczna by powerwolf potrafił nas słuchaczy czymś zaskoczyć. Wyszedł z tego znakomity podniosły hymn metalowy. Kolejny utwór na płycie, który nie porywa szybkością,lecz podniosłością i klimatem. Daleki od petard jest też romantyczny, epicki "Where the wild wolves have gone", który jest pierwszą balladą w historii zespołu. Świetna wizytówka tej płyty, która jest czymś nowym i pokazuje band z nieco innej strony. Połowa płyty za nami i czas na kolejny utwór, który zapiera dech w piersi. "Stossgebet" to prawdziwa perełka, która zabiera nas do świata symfonicznego metalu. Brzmi to znajomo i gdzieś tam słychać może Nightwish, może Epica, a może jeszcze coś innego. Sam główny motyw przypomina mi poniekąd "Lady Moon" Axxis. Utwór w zasadzie nie da się porównać do niczego. Nie jest to też typowy powerwolf, choć ma wspólnego z "Kruezfuer" czy "Moscow in the dark". Kawałek niezwykle urozmaicony, klimatyczny i bardzo podniosły. Tak jak nie lubię jezyka niemieckiego, tak tutaj pasuje on idealnie do tego co słyszę. Riff prosty, ale jakże potężny. Klawisze znów pełnią rolę pierwszoplanową. Atilla tak jakby opowiadał nam jakąś mroczną opowieść i wciąga nas w tej magiczny świat. Refren rzuca na kolana po prostu. Jeden z ich najlepszych utworów, jeśli nie najlepszy. "Nightside of Siberia" też zaczyna się inaczej niż wszystkie znane nam kawałki tej kapeli. Jest marszowo, jest bardzo symfonicznie i klawisze też brzmią inaczej niż kościelne organy. Kawałek  nieźle buja i imponuje swoim bojowym okrzykiem. Znów Sabaton gdzieś wybrzmiewa w tle. Tutaj też solówki są niezwykle urokliwe i takie bardziej finezyjne. Oj dzieje się tutaj sporo, choć kawałek trwa nie całe 4 minuty. Dla wielu fanów najlepszy na płycie jest ponoć tytułowy "The sacrament of Sin".  Ciekawe dlaczego? Ma on cechy starych kawałków Powerwolf, a więc mamy tutaj dużo power metalu. Też jednak powstrzymałby się od nazywaniem go typowym kawałkiem powerwolf. Sama energia i power przypomina stary dobry edguy czy gamma ray. "Venom of Venus" to kompozycja bardziej gitarowa i tutaj bracia Greywolf mieli więcej roboty. Kawał dobrej roboty, bowiem partie gitarowe są dynamiczne, zadziorne i melodyjne. Refren znów bardzo podniosły i idealny do odśpiewania w gronie fanów podczas koncertów. Zaskakuje też hard rockowy "Nightime Rebel", który pokazuje nieco bardziej komercyjne oblicze powerwolf. Takie oblicze pasuje do tej kapeli zarówno jak i power metal. Całość zamyka kolejna szybka power metalowa petarda w postaci "fist by fist". Choć i w tym utworze można wyłapać pewne nieco inne rozwiązania. Zespół bawi się swoim style i to słychać.

Już dawno Powerwolf powinien odświeżyć styl i nagrać taki album jak "The Sacrament of Sin". Zachowano najważniejsze cechy stylu Powerwolf dodano kilka nowych rozwiązań i patentów, dorzucano troszkę elementów z sabaton i wyszedł zupełnie nowy powerwolf. Jednak dalej jest to ten zespół, który nas tak oczarował "Bible of the beast". Ta płyta wnosi sporo do ich twórczości i mam nadzieje, że otworzy nowe drogi przed tym zespołem. Po co się zamyka tylko na jeden gatunek, jedno wymiarowy styl, kiedy można być twórczym i nie ograniczonym? Ironi mieli swój "Seventh son of the seventh son", Helloween "the Dark Ride", Gamma Ray "Majestic", a Powerwolf "The sacrament of sin", który jest punktem zwrotnym w ich dyskografii. Brawo! Polecam, bo przed wami jedna z najlepszych płyt tego roku.

Ocena: 10/10

CRYONIC TEMPLE - Deliverance (2018)

Niegdyś szwedzki Cryonic Temple nagrywał świetne i wysokiej klasy albumy, stajać się jednym z tych najlepszych zespołów grających power metal. Jednym tchem wymieniano ich obok takich kapel jak Gamma Ray, dream Evil czy Hammerfall. Zawsze dobrze im wychodziła mieszanka heavy metalu i europejskiego power metalu. Potrafili stworzyć ciekawe i melodyjne przeboje, a także nadać danemu wydawnictwu odpowiedniego charakteru. :Into The glorious battle" był wielki powrotem kapeli po latach milczenia.  Od premiery tamtego dzieła minął rok, a zespół wydaje kolejny album. "Deliverance" to dzieło, które zawiera elementy z których znany jest Cryonic Temple, ale również wnosi sporo nowych rozwiązań. Mamy power metal, mamy kawałki bardziej heavy metalowe, ale gdzieś w to wszystko miesza się progresywność czy elementy klimat s-f. Brzmienie jest z górnej półki i to jest mocny atut tego dzieła. Okładka jest tajemnicza i pozostawia wiele pytań. Czy zawartość daje powody do zmartwień? To jest dobre pytanie. "Rise eternally beyond" to dynamiczny kawałek, stworzony z myślą o starych fanach. Jest power metal, jest energia i ciekawy riff, co daje w efekcie bardzo udany kawałek. Dalej mamy melodyjny "Through the storm", który zabiera nas w rejony melodyjnego heavy metalu. Zawsze w cenie są szybkie petardy jak "Knight of the sky", gdzie zespół stara się brzmieć jak Helloween czy Gamma ray. Mnie nie przeszkadza takie nawiązywanie do jakiejś innej kapeli. Wokalista Mattias daje popis swoich umiejętności w rytmicznym "Deliverance", z kolei spokojny "Loneliest man in space", który ma coś z pop rocka. Progresywność daje o sobie znać w klimatycznym "Temple of Cryonics" czy marszowym "Blood and shame". Trzon tej płyty to 3 świetne power metalowe petardy, a mianowicie chwytliwy "Starchild", zadziorny "End of Days" czy przebojowy "Under Attack", które mają coś z Helloween czy Gamma Ray. "Deliverence" to solidny album, który może nic nie wnosi do dyskografii Cryonic Temple, ale ma kilka godnych uwagi kawałków. Całość jest solidna i miła w odsłuchu. Panowie trzymają formę i to jest najważniejsze. Może kiedyś dojdą do poziomu z pierwszych płyt? Jest na to nadzieja.

Ocena: 7/10

czwartek, 19 lipca 2018

HAUNT - Burst into Flame (2018)

W 2017 r z mini albumem wypłynął amerykański band o nazwie Haunt. Początkowo był to projekt jednej osoby, a mianowicie Trevora Williama Churcha. Muzyk znany jest z roli gitarzysty i wokalisty w zespole Beastmaker. W tym roku Haunt wydał pełnometrażowy album zatytułowany "Burst into lame" i jest to pozycja dla fanó Cauldron, czy Night Demon. Zespół idzie w kierunku klasycznego heavy metalu czy też NWOBHM.  Nie brakuje patentów wyjętych z twórczości Angel Witch czy Iron Maiden. Sporym atutem jest bez wątpienia mroczny, naturalny klimat rodem z płyt doom metalowych. To wszystko sprawia, że "Burst into Flame" to bardzo ciekawy i wciągający album. Na wstępie mamy melodyjny tytułowy kawałek, który pokazuje w jakich klimatach obraca się band. Jest energia, jest pazur i dynamika. Klasa sama w sobie. Melodyjny i przebojowy "Crystal Ball" zabiera nas w rejony NWOBHM, ale nie brakuje też klimatu rodem z debiutanckiego krążka Ghost. Elementy stoner rocka są słyszalne w melodyjnym i lekkim "My mirage". Dobrze wypada też marszowy "frozen in time", który pokazuje jak wiele robi Trevor. Jego wokal jest bardzo specyficzny, ale idealnie pasuje do takiej muzyki. W podobnej formule utrzymany jest rytmiczny "cant get back" czy agresywniejszy "looking glass". Troszkę całość momentami brzmi jak ghost tylko w heavy metalowej wersji. Może nie jest to płyta idealna, ale zapada w pamięci. Miły odsłuch gwarantowany, a fanom lat 80 może przypaść do gustu.

Ocena: 7/10

STORMWITCH - Bound to the Witch (2018)

"Season of the witch" wydany w 2015r to niestety była wpadka niemieckiego Stormwitch, bowiem album był wtórny i nudny. Legenda niemieckiego heavy metalu stała się cieniem samych siebie. Z klasycznego składu został wokalista Andy Aldrian oraz basista Jurgen. Po 3 latach przyszedł czas na nowe dzieło zatytułowane "Bound to the witch". Okładka nie robi większego wrażenia, ale muzyka już tak. Może nie jest to ich najlepszy album w historii, ale brzmi o wiele lepiej niż "season of the witch". Przede wszystkim mamy więcej agresji, a kompozycje są bardziej treściwe. Całość przypomina ostatnie dokonania Saxon czy grave Digger, co jest zaletą. Każdy utwór jest przemyślany, melodyjny i przebojowy w swojej formie. Już otwieracz "Sons of Steel" jest zaskakująco dobry. Prosty riff, marszowe tempo i duch lat 80 sprawiają, że utwór zachęca do zapoznania się z całością. Więcej energii i zadziorności znajdziemy w "Odins Ravens", który przemyca patenty Saxon czy Judas Priest. Dalej znajdziemy przebojowy "The choir of the dead", który pokazuje jak dojrzał Stormwitch do tej płyty. Tytułowy "Bound to the witch" jest nieco bardziej skierowany w stronę hard rocka, ale to wciąż solidne granie.  W podobnych klimatach utrzymany jest marszowy "Stormwitch". Kolejnym punktem zwrotnym na płycie jest rozpędzony "Life is not a dream", który bardziej przypomina klasyczne płyty. Zespół wyjątkowo brzmi ciekawie w rozbudowanym "King george" w którym roi się od ciekawych melodii i solówek. Bardzo udana kompozycja, która nie nudzi.True metalowy "The ghost of mansfield park" przypomina twórczość Manowar, czy Cirith Ungol. W takich klimatach zespół wypada znakomicie, co zresztą słychać. Co ciekawe nawet romantyczna ballada "Nightingale" potrafi chwycić za serce, co jest spory postępem w zespole stormwitch.Jestem zadowolony z końcowego efektu, bo wyszedł z tego bardzo udany album, który pokazuje że można jeszcze nagrać album z klasycznym heavy metalem osadzonym w latach 80. Złe wrażenie po "Season of the witch" zostało zmazane. Polecam najnowsze dzieło Niemców.

Ocena: 8/10

środa, 18 lipca 2018

CRYSTAL VIPER - At the Edge of Time EP (2018)

Dopiero co cieszyliśmy się ze świetnego "Queen of the Witches" rodzimej grupy Crystal Viper, a już dostaliśmy świeżutki mini album "At the Edge of Time". Zaskoczyła mnie informacja, że Marta Gabriel wraz z swoim zespołem tak szybko ruszył do pracy nad nową muzyką, zwłaszcza że band sporo koncertuje i nie tak dawno wydał naprawdę wysokiej klasy album. "Queen of the witches" z jednej strony zabierał nas do najlepszych wydawnictw grupy, ale też wnosił pewne nowe smaczki. Płyta pozostawiła dobre wrażenie, dlatego z ciekawością wypatrywałem "At the Edge of Time". Okładka znów autorstwa Marschalla, aczkolwiek jest jakaś taka nijaka. Warto też wspomnieć, że do grupy doszedł gitarzysta Eric Juris, a Marta skupiła się na śpiewaniu. Dobra zostawmy suche fakty i skupmy się na muzyce. Jeśli o mnie chodzi to cały czas mam mieszane uczucia. Wokal Marty jest jakiś taki niezbyt współgrający  z warstwą instrumentalną. Mam wrażenie, że Marta sobie śpiewa, a zespół coś tam gra w tle. Dawno też nie rzucało się w uszy to jak brzmią poszczególne słowa w języku angielskim. Zwrotki w tytułowym "at the edge of time" są położone i brzmi to trochę komicznie. Sprawę ratuje chwytliwy i melodyjny refren.  Pomijając już kwestie wokalne i inne sprawy techniczne, to trzeba przyznać, że mało w tym wszystkim crystal Viper. Dobra jest moc, agresja, ale gdzie uleciał charakter i duch starych płyt. Zamiast mocne heavy metalu, mamy pędzenie w stronę thrash metalu. Utwór i tak znajdzie zwolenników bo ma w sobie moc, a przecież o to w metalu chodzi, czyż nie? Na płycie mamy ten sam  utwór w wersji polskiej pod tytułem "Zwiastun burzy".  Słysząc ojczysty język można poznać w końcu treść tego utworu. Brzmi to już bardziej naturalnie.  Może czas przejść na język polski? Jest też jeszcze alternatywna wersja "When the sun goes down" i muszę przyznać, że ta wersja brzmi ciekawie. Jest klimat rodem z Kinga Diamonda i to mi się bardzo podoba. Jest świeżość i podanie świetnego kawałka w inny sposób.  Ballada "When Are You" imponuje wokalem Marty. Jak chce to potrafi oczarować słuchacza. Nie mogło zabraknąć coveru i tym razem padło na Quartz. "Tell me Why"  wypada bardzo dobrze i to kolejny mocny punkt tego wydawnictwa. Płytę traktuje jako ciekawostkę, aczkolwiek nie podoba mi się kierunek w jakim idzie Crystal Viper. Zobaczymy co przyniesie kolejna płyta.

Ocena: 6/10

ARMORY - the Search (2018)

Ostatnio brakowało mi mocnego speed metalu osadzonego w klimatach s-f, w którym nie brakuje prawdziwej agresji rodem z starych płyt thrash metalowych. Stęskniłem się za muzykę w stylu agent steel, savage grace czy Toxik. W momencie owej tęsknoty pojawił się najnowszy album szwedzkiej grupy Armory. Ta młoda formacja już w 2016r zaskoczyła mnie swoim debiutanckim albumie. Działo się tam sporo i rzeczywiście kapela wiedziała jak grać speed metal wysokich lotów. "The search" to drugi krążek tej kapeli i już na wstępie rzuca się klimatyczna i pomysłowa okładka. Przypominają się czasy Megaddeth czy Toxik. Ja to kupuję w ciemno. Okładka spełnia swoje zadanie bo zachęca do sięgnięcia po to wydawnictwo i już daje wyraźny sygnał co nas czeka podczas odsłuchu.

Potęga tego zespołu tkwi w samych muzykach, którzy znają się na swojej robocie i słychać, że mają pomysł jak nadać świeżości speed metalowi. Jasne nie ma nic odkrywczego w ich stylu, bo znajdziemy tutaj wpływy wielu kapel. Liczy się za to jak zostało to przyrządzone i podane. Jest agresja, jest pasja, jest miłość do speed/thrash metalu, jest szacunek dla starych i doświadczonych kapel, a przede wszystkim pomysłowość i dynamika. Najnowsze dzieło szwedów jest bardzo dojrzałe i doskonałe w swojej postaci. Brzmienie jest wyjęte jakby z lat 90, kompozycje pełne zaskoczeń i ciekawych rozwiązań. Tytułowy "The search" ujmuje swoją tajemniczością i nutką progresywności. Sam wstęp nasuwa na myśl jakiś melodyjny heavy metal, ale dość szybko wszystko wyjaśniają muzycy. Sungin i Igelman to zgrany duet i dają czadu nie patrząc się na innych. Pojawiają się liczne przejścia, zmiany temp, a przede wszystkim sporo intrygujących melodii czy riffów. Mamy tutaj prawdziwą jazdę bez trzymanki. Jeszcze szybszy wydaje się w swojej konwencji "Hyperion", który imponuje dynamiką i tempem. Zespół zwalnia dopiero w klimatycznym przerywniku w postaci "Star Voyage", który wprowadza nas do przebojowego "Vault Seven". Ta kompozycja ma w sobie kilka patentów wyjętych z twórczości Iron Maiden. Dużo pozytywnej energii można uchwycić w melodyjnych i energicznym "Bringer of Light". Nie mogło zabraknąć kawałka ku chwale heavy metalu i tutaj sprawdza się idealnie "Heavy metal Impact". Bardziej urozmaicony w swojej formule jest zadziorny "The twin sun of solaris". Zespół utrzymuje szybkie tempo w zasadzie przez cały album i "Polomorphic Intruders" czy "Hisignen Warriors" to świetne tego przykłady. Ten ostatni brzmi jak zgubiony kawałek Stormwarrior czy Helloween z okresu "walls of Jericho".

Płyta jest dopieszczona w każdym calu i na długo zapada w pamięci. Za parę lat, ktoś może nawet zakwalifikuje ją do grona klasyki speed metalu. Nie widzę przeciwwskazań, zwłaszcza że album zawiera same perełki i rozwala swoją energią i mocnymi riffami. Armory śmiało można zaliczyć do najlepszych kapel młodego pokolenia, a ich krążek "the search" to mocny kandydat do płyty roku 2018.

Ocena: 10/10



wtorek, 17 lipca 2018

MOB RULES - Beast Reborn (2018)

"Tales from Beyond" z 2016r był wielkim sukcesem niemieckiego bandu o nazwie Mob Rules. Kapela powróciła do swoich korzeni i postawiła znów na energiczny, przebojowy, a przede wszystkim melodyjny power metal. Progresywne elementy zaczęły odgrywać mniejszą rolę. Mob Rules znów był na ustach swoich fanów i tylko kwestią czasu było kiedy band wróci z kolejnym albumem. Po dwóch latach przyszedł czas na "Beast Reborn" , który rozwija to co było na "tales from beyond", aczkolwiek progresywność daje o osobie znać. Do tego wszystkiego Mob Rules dorzucił podniosłość, symfoniczne ozdobniki i wyszedł z tego równie ciekawy krążek. Miło widzieć, że mimo pewnych przeszkód i wpadek zespół ma się dobrze i wydaje właśnie takie albumy jak "Beast reborn". O ile okładka poprzedniego krążka wzbudzała jakieś emocje, tak okładka najnowszego dzieła jest nijaka i bez pomysłu. Warto wspomnieć, że to pierwszy album nowego gitarzysty - Sonke Jenssen. Wraz z Svenem tworzą zgrany duet i jeśli chodzi o aspekt solówek czy riffów, to dzieje się sporo. Panowie stawiają na urozmaicenie i świeżość, przez co nie brakuje lekkości i finezji. Jest czym się delektować, jak ktoś kocha intrygujące solówki. Melodyjny "Children's Crusade" bardzo dobrze odzwierciedla ten element. Płytę promował równie udany i chwytliwy "Ghost of a chance", który pokazuje jak w dobrej formie jest band. Podniosły i niezwykle energiczny "Shores ahead" jest dowodem na to, że symfoniczność wkrada się do Mob rules. Utwór magiczny i potrafi zaskoczyć swoją finezją i ciekawymi popisami gitarowymi. O to chodzi w power metalu. "Sinister light" zaczyna się spokojnie, ale dość daje upust mocy. Kolejny udany kawałek, a zespół pokazuje że nie chce grać na jedno kopyto. Zespół lubi nawiązywać do Helloween czy Edguy co udowadnia w rozpędzonym "Traveller in Time", który szybko stał się moim faworytem. 8 minutowy "War of Currents" to ukłon w stronę progresywnego metalu, ale nawet w tej sferze band zachwyca. Dzieje się sporo, a końcówka wbija w fotel. Całość zamyka rockowy "Way back home". Płyta niezwykle zróżnicowana, poukładana i dojrzała. Mob rules jest w bardzo dobrej formie i to pokazuje, a "beast reborn" zasługuje na uwagę fanów melodyjnego heavy/power metalu. Godna kontynuacja "Tales from beyond".

Ocena: 8.5/10

piątek, 13 lipca 2018

ELVENSTORM - The conjuring (2018)

Jak stworzyć wysokiej klasy album heavy metalowy? Francuski band o nazwie Elvenstorm wraz z swoim najnowszym dziełem "The conjuring" pokazuje jak to robi się. Trzeba ozdobić krążek klimatyczną i pełną szczegółów szatą graficzną. Trzeba postawić na mocne riffy, złożone solówki i dużą dawkę przebojowości. Nie można też zapomnieć o mocnym i soczystym brzmieniu.  To wszystko składa się na to, że album zyskuje na wartości i można mówić wtedy o wysokiej klasy albumie heavy metal.Akurat Elvenstorm to specjaliści w tej dziedzinie i nie pierwszy raz wydają na świat przemyślany i dojrzały krążek, który podbija serca fanów tradycyjnego heavy metalu. Już poprzednik "Blood leads to glory" zaskakiwał jakością i dynamiką. Najnowsze to dzieło to swoista kontynuacja tamtego grania, tak więc nie ma powodów do obaw jeśli chodzi o zawartość. Skład dalej ten sam, w którym główną rolę odgrywa charakterystyczna wokalistka Laura i gitarzysta Micheal, który znany jest z popularnego Lonewolf. Razem tworzą zgrany duet i to słychać. Sam album jest skierowany do fanów Running Wild, Crystal Viper czy Stormwarrior. Co dzieje się podczas odsłuchu?Atakuje nas klimatyczne intro, a potem rozpędzony "bloodlust", który przypomina twórczość Crystal Viper. Energiczny, zadziorny "Ritual of Summoning" to taki klasyczny heavy metal spod znaku Running Wild. Potężny riff i duża dawka gitarowego grania napędza ten kawałek. Dalej mamy speed metalowy "Into the night" , który pokazuje ile energii jest w bandzie.  Mroczny klimat grozy daje o sobie znać w rozbudowanym "Devil Within" czy instrumentalny "Stellar Descension". Końcówka jest bardzo emocjonująca, bo mamy petardę "Cross of damnation", który przemyca sporo patentów Running Wild z czasów "Black Hand inn". Całość zamyka niezwykle chwytliwy "Dawn of destruction", który idealnie podsumowuje całość. Płyta szybko przelatuje i na długo zapada w pamięci. Nie nudzi i zachwyca na każdym kroku. Elvenstorm jest w szczytowej formie i śmiało można ich zaliczać do czołówki heavy metalu. Z kolei "The Conjuring" to kolejna perełka w dyskografii bandu i jedna z najciekawszych płyt roku 2018.

Ocena: 10/10

środa, 11 lipca 2018

MAD MAX - 35 (2018)

Niemiecki mad max dostarcza frajdy swoim fanom oraz maniakom soczystego heavy metalu już od ponad 35 lat. Choć ta kapela nigdy nie była wielkiego formatu, to jednak przez lata wydawała solidne i godne uwagi albumy. Kapela działa od 1981r i nagrała do tej pory 12  krążków, a ten najnowszy zatytułowany "35" ukaże się 10 sierpnia. Najlepsze jest to, że już sama okładka frontowa imponuje pomysłowością i zachęca do zapoznania się z całością. Plusem jest też to, że okładka przypomina te, które zdobiły albumy formacji Krokus. Rzeczywiście kiedy odpali się album, to słychać że nowy album jest dynamiczny, przebojowy i imponuje zadziornością. Jak ktoś lubi Scorpionsów, Stormwitch, Accept, Krokus czy Judas priest ten bez wątpienia szybko odnajdzie się w tej płycie. W porównaniu do poprzedniego krążka "Interceptor" jest wszystkiego więcej, a przede wszystkim mamy godne uwagi riffy, dużo gitarowego grania, dużo klasycznych patentów i każdy utwór to prawdziwy hit. To wszystko składa się na to, że mamy jeden z najciekawszych albumów tej grupy w przeciągu ostatnich lat. Brzmienie jest dobrze wyważone i uwypukla wszelkie atuty. Breforth i Voss dają czadu w sferze partii gitarowych i ich gra zachwyca lekkością i wykonaniem. Dzieje się sporo i to słychać w przebojowym "Running to paradise". Echa scorpions czy accept mamy w singlowym "Beat of the heart", który imponuje hard rockowym feelingiem. Dużo tutaj hitów i kolejnym na płycie jest zadziorny "D.A.M.N" . Nie mogło zabraknąć też szybkich petard i w tej roli sprawdza się "Snowdance", który wnosi nieco ożywienia. Jednym z moich faworytów  jest marszowy "Thirthy 5", który zachwyca mocnym riffem. Na płycie po za hard rockiem znajdziemy też nieco toporniejsze granie co potwierdza "False Freedom". Mocnym atutem jest szybki, energiczny "Goodbey to You" i rozbudowany "Rocky road". Sporo serca włożył w ten album wokalista i gitarzysta Micheal Voss, który jest  w bardzo dobrej formie. Płyta jest przemyślana, wypełniona hitami i mocnymi riffami, dlatego warto zapoznać się z tym krążkiem. Jedna z ciekawszych płyt tej formacji w przeciągu ostatniej dekady.

Ocena: 8.5/10

piątek, 6 lipca 2018

GRAHAM BONNET BAND - Meanwhile, back in the garage (2018)

Graham Bonnet to wyjątkowy wokalista, który dał się poznać jako frontman Rainbow, Impelliteri, czy swojego zespołu Alcatrazz. Ostatnio daje czadu ze swoim  nowym zespołem sygnowanym nazwą Graham Bonnet Band. Pierwszy album "The book" był wyrównany, przebojowy i niezwykle melodyjny. Można było przede wszystkim poczuć nawiązania do twórczości Alcatrazz czy Rainbow. Mimo pewnych zachwytów brakowało mi prawdziwych petard i ciekawych, wciągających partii gitarowych i utworów, które by na długo zapadły w głowie. Po dwóch latach Graham powraca z "Meanwhile, back in the garage", który jest jeszcze ciekawszym dziełem. Płyta ma w sobie jeszcze więcej energii i przebojowości, a przede wszystkim brzmi jakby się ukazała po okresie Rainbow i Alcatrazz. Mimo swoich lat Graham wciąż zachwyca swoim wokalem, manierą i charyzmą. Na nowej płycie wypada znakomicie. Kolejnym atutem tej płyty jest bez wątpienia świetna forma gitarzysty Kurta, który daje czadu. Słychać wpływy Malmsteena i Blackmore'a.  Już otwierający "Meanwhile, back in the garage" pokazuje, że nowy album ma większego powera. Riff jest pomysłowy, energiczny i niezwykle melodyjny. Sam kawałek mógłby śmiało się znaleźć na płycie Alcatrazz czy Rainbow.Bardzo dobrze wypada też zadziorny i rytmiczny "The hotel". Kolejnym mocnym punktem na płycie jest dynamiczny "Long island tea", który wyróżnia się ostrym riffem i szybszym tempem."The house" pokazuje jak dużo dobrego, mocnego hard rocka mamy tutaj.Płyta zdominowana jest przez szybkie kawałki i dowodzi tego choćby "Man on the corner", czy przebojowy "America...where have you gone?". Czas szybko płynie i każdy kawałek imponuje świeżością i wysoką jakością. Nie ma tutaj słabych utworów, a takie perełki jak "Past lives" błyszczą tutaj. Graham to mistrz w swoim gatunku. Wciąż jest jednym z najlepszych wokalistów i znakomicie kontynuuje to co prezentował w Rainbow i Alcatrazz. "Meanwhile, back in the garage" to jedna z najciekawszych płyt tego roku. Gorąco polecam.

Ocena: 9/10

czwartek, 28 czerwca 2018

ANCIENT EMPIRE -Eternal Soldier (2018)

Amerykański band o nazwie Ancient Empire to przykład, że można grać klimatyczny heavy metal na wzór niemieckiego Scanner. Podobieństwo tkwi nie tylko w sferze stylu, maniery wokalnej Joego Liszta, ale również w tematyce science fiction. Ancient Empire nagrał 4 albumy, z czego najnowszy "Eternal Soldier" ukazał się nie dawno. Płyta brzmi klasycznie i ma brzmienie wyjęte z lat 80 czy 90. Znajdziemy tutaj wpływy Iron Maiden, Scanner, a nawet  Riot. Atutej tej formacji jest bez wątpienia gitarzysta i wokalista Joe Liszt, który nadaje odpowiedniego charakteru całości. Na albumie znajdziemy rozwinięcie pomysłów z poprzednich wydawnictw., tak więc nie ma mowy o jakimś eksperymencie, czy szukanie innych rozwiązań stylistycznych.  Zawartość tworzy 8 kawałków dających 47 minut soczystego heavy/speed metalu.Płytę otwiera rozbudowany i klimatyczny "Eternal Soldier", który przemyca sporo ciekawych przejść i melodii. Dobry początek płyty. Melodyjny "War without end" zachwyca duża dawką przebojowości i intrygującymi solówkami. Słychać nawiązania do Iron Maiden, co jest sporym atutem tutaj. "For the one i lost" to z kolei kompozycja bardziej rozbudowana i nastawiona na epicki klimat. Utwór składa się z kilku ciekawych motywów, co pokazuje jak w dobrej formie jest Joe Liszt. Jednym z mocniejszych kawałków na płycie jest bez wątpienia energiczny "Time itself" czy agresywny "The fifth column". Nie ma może szału, ani też płyty roku, ale warto posłuchać i zapamiętać kilka utworów. Ancient Empire potrafi nagrać dobry album i "Eternal Soldier" to dowodzi.

Ocena: 8/10

BULLET FOR MY VALENTINE -Gravity (2018)

"Gravity" to już 6 wydawnictwo walijskiej formacji Bullet For My valentine.Znów ta młoda formacja pokazuje, że lubi eksperymentować i odkrywać nowe rejony. Jeśli o mnie chodzi to lubię ich za takie albumy jak "Scream aim Fire" czy "Venom", z których bije agresja i szybkość. Tam band pokazuje pazur i jak należy grać melodyjny metalcore. Najnowsze dzieło to już nieco inna płyta. Jest agresja, ale nie odgrywa kluczowej roli. Matthew Thuck stara się wnieść świeżość i kilka nowych pomysłów do stylu w jakim obraca się zespół. Pojawiają się elementy muzyki elektronicznej, są syntezatory, jest gdzieś w tym rock, a nawet pop. Płyta wydźwięk komercyjny i ma swoje plusy jak i minusy. Nie jest to najlepszy album tej formacji i nie jest też łatwa w odbiorze, jednak potrafi czasami zaskoczyć pomysłowością czy ciekawymi rozwiązaniami. Dobrze prezentuje się singlowy "Letting Go", który kipi energią i porywa chwytliwym refrenem. Otwierający "Leap of faith" jest dowodem na to, że płyta jest komercyjna i bardziej rockowa. Nie wiele wnosi spokojniejszy "Not dead yet", a zespół dość dobrze wypada w młodzieżowym, wręcz rapowym "Piece of me". Tytułowy "Gravity" odzwierciedla to jaki jest ten album. Mieszanka rocka i nowoczesnego metal, to jest właśnie to co znajdziemy na tym krążku. Kolejnym mocnym punktem na tej płycie jest "Dont need You", który zaskakuje mocniejszym riffem. Bullet For My Valentine rozwija się i próbuje nowych rzeczy i wychodzi im to nie najgorzej. Fanom "Venom" album raczej nie przypadnie do gustu najnowsze dzieło.

Ocena: 5/10

sobota, 9 czerwca 2018

SUNSTORM - The road to hell (2018)

Jak patrzę jak wygląda reaktywacja Rainbow, to robi mi się nie dobrze. Kocham głos Ronniego Romero, ale to Joe Lynn Turner powinien być osadzony w roli wokalisty. Gdyby Rainbow z Joe kontynuował drogę z "Bent out of shape" to byłoby coś pięknego. No nic na szczęście Joe dalej jest w biznesie i co jakiś czas przypomina o sobie. Była płyta z coverami znanych kawałków rockowych czy metalowych, był też występ w Avantasia, był Rated X, no i cały czas funkcjonuje projekt muzyczny o nazwie Sunstorm. Zainicjowany przez Joego i dawnych muzyków Pink cream 69 działa sukcesywnie od 1999r.  W tym roku ukazał się 5 krążek zatytułowany "The Road To Hell". Nie ma tutaj eksperymentów, ani prób udawania kogoś innego. Joe i spółka idą śladami wydeptanymi już na poprzednich dziełach, tak więc mamy tutaj mieszankę Aor, Hard rocka i melodyjnego metalu. Fani Rainbow, Deep Purple czy WET odnajdą się na tym krążku bez problemu. Mimo swoich lat Turner brzmi znakomicie i niczym się nie różni od starych płyt na których śpiewał. W roli otwieracza mamy singlowy "Only the good will surive", który kusi niezwykłą melodyjnością i hard rockowym pazurem. W takim klimatach Joe wypada najlepiej i to fani Rainbow wiedzą najlepiej. Zaskakuje epicki, marszowy i podniosły "The road to hell".  Dalej znajdziemy melodyjny i nieco ostrzejszy "On the Edge", który ukazuje to co najlepsze w Sunstorm. Echa Rainbow słychać w przebojowym "Blind the Sky" czy romantycznym "My eyes on You". Nie mogło zabraknąć też szybszych petard i w tej roli idealnie sprawdza się dynamiczny "Futures to come" czy energiczny "Resurrection", który brzmi jak zaginiony kawałek Rainbow. Bardzo dobrze wypada też lekki i emocjonalny "State of the Heart". Znów Sunstorm nagrał bardzo dobry album, który namiesza w zestawieniach tegorocznych, jeśli chodzi o hard rock. Dobrze jest posłuchać sobie Joe Lynn Turnera w takich klimatach, zwłaszcza że nie ma szans żeby był znów w jednym zespole z Ritchie Blackmorem.

Ocena: 8/10

REFUGE - Solitary man (2018)

Moda na reaktywację starych składów kultowych kapel trwa w najlepsze. Niemiecki band o nazwie Rage swój najlepszy okres przeżył w 1987- 1993 kiedy to w zespole był Manni Schmidt i Chris Efthimiadis. To z nimi  Pavy Wagner nagrał jedne z najlepszych albumów Rage. Potem każdy poszedł w swoją stronę, a Rage radził sobie z różnymi skutkami. Obecnie Rage istnieje w zupełnie innym składzie, a panowie spotkali się w 2014r w celu zagrania kilku koncertów z setlistą składającą się ze wczesnymi kawałkami Rage. Kilka rozmów, głosy fanów plus wytwórnia Frotniers Records, która nakłoniła muzyków do nagrania nowego krążka, z nową muzyką. Tak się narodził Refuge, czyli brat bliźniak Rage. Refuge to niemiecka szkoła heavy/speed/thrash metalu i odnajdą się tutaj fani Rage, Jag panzer, Accept, Grave Digger czy Metal Church. "Solitary man" to wydawnictwo oddające charakter niemieckiej sceny metalowej, to album, który ma przypomnieć stare dobre czasy Rage. Na pewno jest to album przewidywalny, oklepany, ale jednocześnie zadziorny i mocno heavy metalowy. Dobrze się tego słucha, choć wszystko brzmi znajomo. Pavy nieco męczy swoim wokalem, ale warstwa instrumentalna jest na dobrym poziomie. Podobnie wygląda kwestia przybrudzonego brzmienia, który idealnie współgra z mocnymi riffami Maniego. "Summers Winter" jest dynamiczny i jako otwieracz nie jest zły, choć szału nie ma. O wiele lepiej wypada agresywny i nieco thrash metalowy "Bleeding from the inside", czy Black Sabbathowy "Living on the the edge of time". Band dobrze wypada bez wątpienia w przebojowym "Mind over matter" czy rozpędzonym "Hell Freeze Over". Na sam koniec mamy rozbudowany "Waterfalls", który pokazuje bardziej progresywne oblicze tej formacji. Płyta miewa dobre momenty, jednak jako całość już tak nie imponuje, a wręcz traci na wartości. Gratka dla fanów Rage i niemieckiego heavy metalu.

Ocena: 5.5/10


GHOST - Prequelle (2018)

Już 3 razy nabrałem się na sztuczki szwedzkiej formacji Ghost, która sprytnie miesza style określane mianem stoner rocka, doom metalu, heavy metalu, rocka, czy nawet popu. Specyficzny wokal  cardinala Copia, który obecnie ma inny przydomek i image w połączeniu z mrocznym klimatem rodem z płyt Kinga Diamonda sprawiają, że słuchacz szybko w pada w tajemniczy świat Ghost. Kapela istnieje od 2006r i już jest bardzo rozpoznawalna za sprawą swojego stylu i image, czy ciekawych przydomków, które nadają trochę tajemniczości jeśli chodzi o prawdziwe nazwiska muzyków. Do tej pary te lekkie, przekombinowane melodie potrafiły mnie oczarować, a ostatnie dzieło zatytułowane "Meliora" to jeden z najciekawszych albumów z taką muzyką. Na tegoroczny "Prequelle" czekałem bardziej z ciekawości, aniżeli z niecierpliwości. Byłem ciekaw czy Ghost jeszcze mnie tak mocno kręci i wciąga w ten swój świat jak kilka lat temu. Wydaje się, że nowy album ma więcej kopa, pazura i heavy metalowych patentów. Daje się to wyczuć już w singlowym "Rats", który imponuje surowością, taką naturalnością i brytyjską zadziornością. Jeszcze więcej ognia i zadziorności uświadczymy w melodyjnym "Faith". Z kolei taki spokojny i komercyjny "See the light" pokazuje, że ta formuła nieco już się wyczerpała. Ten sam patent co kilka lat temu już tak nie działa na mnie jak wcześniej i nie wzbudza już takich emocji. Jednym z ciekawszych utworów na nowym krążku jest skoczny "Dance Macabre". Wyszedł z tego rockowy hicior, który nadałby się do stacji radiowych. Dobrze wypada też mocniejszy "Witch image". Całość zamyka nijaki "Life Eternal", który nie wiele wnosi do wydawnictwa. W bogatszej wersji znajdziemy choćby cover Pet shop Boys w postaci "Its a sin". Ten cover pokazuje, że zespół mógłby podbić świat popu i stacji radiowych. Płytę można posłuchać, może się podobać, ale mnie już ta formuła nieco męczy. Z Ghost wystarczy mi wciąż świeżo brzmiący debiut i perfekcyjny "Meliora", który działa na czulsze zmysły i potrafi wciągnąć w magiczny świat. Niestety najnowsze dzieło Ghost mimo podobnych dźwięków pozostaje daleko w tyle. Ciekawe czy Ghost jeszcze na jakiś godny uwagi album? Zobaczymy co przyszłość przyniesie.

Ocena: 5.5/10