sobota, 6 lutego 2016

STRIKER - Stand in Fire (2016)

Jestem pod wielkim wrażeniem jeżeli chodzi o pracowitość i rozwój kanadyjskiego bandu o nazwie Striker. Powstali w 2007 i nagrali tylko 4 albumy, ale to już wystarczyło by dostać się do grona najciekawszych speed metalowych zespołów ostatnich lat. Nie nagrali słabego krążka i dość szybko wypracowali swój styl. Niby panowie nic odkrywczego nie grają, bo w sumie brzmią jak Enforcer, Skull Fist, Steelwing i wiele innych młodych kapel grających w stylu lat 80. Jednak Striker to idealna maszynka do tworzenia hitów, to specjaliści w swoim fachu. Już oni wiedzą jak stworzyć energiczny materiał, w którym każdy utwór to potencjalny hicior, gdzie każdy riff to prawdziwa jazda bez trzymanki. Kto jak kto, ale Striker wiedzą jak grac szybko, z pomysłem i z mocnym kopem. Nowy album w postaci „Stand in Fire” to w sumie typowy album dla tej formacji, a jednocześnie pewien powiew świeżości.

W zespole pojawił się nowy gitarzysta, a mianowicie Trent Halliwell, który nadał muzyce Striker więcej przestrzeni i różnorodności. Jego współpraca z Timothym Brownem układa się znakomicie i panowie nadają na tych samych falach. Na nowy albumie roi się od melodyjnych i dobrze rozegranych solówek. Same riffy to kwintesencja heavy metalu z lat 80. Jednak co miło mnie zaskoczyło na nowym krążku to fakt wykorzystania pewnych elementów hard rocka. Nie ma ich za dużo, ale są miłym dodatkiem i jeszcze bardziej urozmaicają wydawnictwo. Dobrze nawet wpasowało się w strukturę striker partie zagrane na saksofonie. To wszystko nadało muzyce Striker większej przestrzeni i lekkości, jednocześnie pozostaliśmy wciąż w świecie heavy metalu z lat 80. Rozwinęli się nie tylko gitarzyści, ale i sam wokalista. Dan Cleary to jeden z najlepszych wokalistów heavy metalowych młodego pokolenia i to nie podlega wątpliwości. Jego wyczyny na „Stand in Fire” są imponujące i czynią ten album jeszcze bardziej dojrzalszym. Na sam start mamy petardę w postaci „Phoenix Lights” i to jest właściwie Striker jaki kochamy. Jeszcze bardziej chwytliwy jest „Out of Blood” i tutaj już można uświadczyć pewne urozmaicenia i drobne kosmetyczne poprawki. Pojawia się nutka hard rocka i dobrze wpasowany saksofon. Album promował hit w postaci „Too late” i muszę przyznać, że dawno nie słyszałem tak dobrze rozplanowanego kawałka w stylu lat 80. Tutaj naprawdę czuć klimat tamtych płyt. Chwytliwy refren, nutka hard rocka i zespół wkracza w nowe rejony. Tytułowy „Stand in Fire” to jeden z najostrzejszych kawałków na płycie, które pokazują że zespół wciąż wie jak nagrywać prawdziwe speed metalowe petardy. Nutka hard rocka wdziera się w rozpędzony „The Iron Never Lies”, z kolei instrumentalny „Escape from shred City” pokazuje umiejętności muzyków i ich prawdziwy talent. Sam kawałek ociera się o shredowe granie. Na płycie tak jak na poprzednich wszystko opiera się na szybkich, energicznych, speed metalowych petardach i tutaj one dominują. To właśnie taki „Outlaw” czy „Locked In” są głównym motorem napędowym Striker. Dalej mamy rytmiczny i bardziej hard rockowy „United” i balladowy „One Life”, które pokazują troszkę inne oblicze Striker.

To było pewne, że Striker nie zawiedzie i nie wyda słabego albumu. Jednak nikt by nie przypuszczał, że nagra równie świetny krążek co „Armed To the Teeth”. Krążek kipi energią, pomysłowością i nie brakuje jej pazura. Striker rozwija się i rośnie w siłę. Ciekawe co jeszcze pokażą w najbliższym czasie.

Ocena: 9/10

RESURRECTION KINGS - Resurrection Kings (2016)

W tym roku mamy starcie dwóch gitarzystów Dio, a mianowicie Viviana Campbella i Craiga Goldiego. Każdy z nich w tym roku wydał debiutancki album swojej kapeli, każdy z nich oddaje hołd dla zmarłego Ronniego James Dio z którym dzielili najlepsze lata swojej kariery. Każdy z nich nagrał jeden z swoich najlepszych albumów od czasu grania u boku Dio. Każdy z tych albumów to kwintesencja heavy metalu i stylu Dio. Vivian Campbell zabrał nas do okresu pierwszych trzech płyt z początku lat 80. Goldy z kolei zabiera nas do czasów „Magica” czy „Master of The Moon”, a czasami nawet do „Dream evil”. Najlepsze jest to, że każdy tworzy muzykę przesiąkniętą twórczością Dio, ale każdy nagrał inny album, w innej tonacji i o innym charakterze. „Heavy Crown” to płyta energiczna, bardzo heavy metalowa, z kolei „Resurrection Kings” ma w sobie więcej z hard rocka. Ten sam cel, ten sam zabieg, dwa różne efekty, dwa różne albumy z takim samym przesłanie.

Sam zespół Resurrection Kings powstał w 2015 roku i Craig Goldy zebrał ciekawych muzyków. Jest jego kumpel z okresu grania u boku Dio czyli Vinni Appice. Co ciekawe gra on też w Last in Line, który również gra muzykę w stylu Dio. Ciekawe jak on sobie radzi z odróżnianiem tych dwóch zespołów? Na wokalu pojawił się Chas West, który śpiewał w Foreigner czy Lynch Mob. Odnajduje się w takiej muzyce i jego styl i technika zapewniają Resurrection Kings wysoką jakość. Śpiewa troszkę w stylu Dio, ale nie stara się być kopią co jest jego atutem. Kompozycją nadaje niezwykłego hard rockowego klimatu Na basie zaś pojawił się Sean Mcnabb który jest znany nam choćby z Dokken. Jest zgrany zespół, pomysł na granie, na kompozycje i na to by muzyka Dio wciąż żyła. Brakuje mi jednak nieco kopa, energii, którą mamy na „Heavy Crown” Last in Line. Tutaj na „Resurrection Kings” za dużo jest hard rocka, za dużo emocjonalnych motywów i szukania jakiejś głębi. Czasami Craig za bardzo kombinuje i za bardzo stara się urozmaicić owy album przez co traci to na chwytliwości i na atrakcyjności. Nie jest to zły album, ale z pewnością nie jest idealny. „Distant Prayer” to z pewnością dobry otwieracz, to również idealny hołd dla Dio. Mocny riff, idealnie osadzony w twórczości Dio z ostatnich jego płyt. Craig wraca do gry i to w wielkim stylu, bo dawno nie stworzył tak udanego kawałka i tak wyrazistego riffu. Nieco marszowy „Livin Out Loud” ma coś z Rainbow i tutaj można uświadczyć większą dawkę hard rocka aniżeli heavy metalu. Lekki, finezyjny „Wash Away” to jeden z najlepszych przebojów na płycie i nieco komercyjny wydźwięk dodaje mu urok. „Who Did You Run To” to kwintesencja stylu Dio i fani „Magica” będą zachwyceni tym kawałkiem. Craig znów daje czadu, a riff jest naprawdę idealny w swojej konwencji. Chas West ma mocny głos i momentami przypomina mi wokalistę Voodoo Circle i dobrze odzwierciedla to hard rockowy „Falling For You”. Echa Foreigner słychać w romantycznym „Never Say Goodbey”. Mocnym punktem na płycie jest nieco ostrzejszy „Path of Love” o bardziej heavy metalowym charakterze. Szkoda, że na płycie jest mało takich petard jak „Don;t have to fight no more” i na sam koniec mamy nieco bardziej progresywny „What You take”, który ukazuje owe kombinowanie Craiga.


Miło widzieć, że Craig Goldy żyje i ma się dobrze. Dobrze, że nie marnuje swojego talentu i wraca do gry. Resurrection Kings to bardzo zgrany band, który gra muzykę z pogranicza heavy metalu i hard rocka, trzymając się jasno określonych granic. Stawiają na finezję, lekkość i nawiązania do twórczości Dio. Mieszanka z tego wyszła całkiem udana, aczkolwiek czuję niedosyt. Brakuje mi pazura na tej płycie, brakuje prawdziwych heavy metalowych petard. Może drugi album będzie jeszcze bardziej dopieszczony? Póki co wstarciu Campbell kontra Goldy, wygrywa zdecydowanie Campbell i jego Last in Line.

Ocena: 7.5/10

LAST IN LINE - Heavy Crown (2016)


„The Last in Line” to kultowy album, który miał wpływ na scenę heavy metalową, to jeden z najlepszych albumów świętej pamięci Ronnie James Dio. To był też złoty okres dla Viviana Campbella, który obecnie marnuje się w Def Leppard. To właśnie śmierć Dio troszkę zmotywowała Viviana i jego dawnych kolegów by znów zebrać stary skład znany z trzech pierwszych albumów, czyli Holy Diver, The Last in Line i Sacred Heart. W składzie oprócz Viviana pojawili się Jimmy Bain, Vinny Appice, Claude Schnell na klawiszach, zaś na wokalu zatrudniono Andrew Freemana, który śpiewał w The Offspring czy tez Lynch Mob. Celem było oddanie hołdu dla Dio i granie kawałków z pierwszych 3 albumów Dio. Zespół przybrał nazwę Last in Line i od roku 2012 super grupa już prawnie działała. Panowie tak dobrze się czuli i nabrali takich sił podczas koncertowania, że postanowili nagrać nowy materiał, który ma nas zabrać do twórczości Dio z początku lat 80. Czy rzeczywiście „Heavy Crown” to kontynuacja tego co najlepsze było na „The Last in line”?

Tutaj zaczynają się schody. Tamten album to czysta perfekcja i ideał, który nie da się ot tak odtworzyć, nawet jeśli ma się podobny skład. Od tamtego dzieła minęło trochę czasu i właściwie sam Dio nie nagrał potem albumu w takim samym stylu co „The Last in Line”. Świetne „Master of The Moon”, „Killing The Dragon” czy „Lock up the Wolves” były już innymi albumami aniżeli „The Last In Line”. Odpowiedni klimat, gra Viviana, odpowiedni ładunek przebojowości i dobrze dopasowane brzmienie. To wszystko idealnie współgrało, tak więc przez grupą Last in Line stało nie lada wyzwanie. Zespół promował swój debiutancki album „Heavy Crown” jakże udanym „Devil In Me”, który w rzeczy samej dotyka geniuszu Dio i wczesnego okresu w postaci „The Last in Line”. Może nie ma takiego ciężaru, może nie ma takiej perfekcji, ale brzmi to nadzwyczaj dobrze. Dobry otwieracz, który przywołuje wspomnienia. Stary skład zdziałał cuda, a nowy nabytek w postaci Andrewa też nie zawodzi. Ma coś z głosu Dio i dodatkowo pozostaje sobą i nadaję całości odpowiedniego, własnego charakteru. Zabieg przemyślany i trafiony. Drugim znanym nam utworem z nadchodzącej płyty był szybszy „Martyr” i takich petard, takiego heavy metalu w stylu Dio zawsze będzie słuchać z zamiłowaniem i zapałem. Na taki melodyjny i energiczny heavy metal zawsze warto czekać . Mocny riff, ciekawe zagrywki Viviania, który jakby ożył na tym albumie. Dawno nie grał z takim zapałem i z taką pomysłowością. Jego partie naprawdę zasługują na uwagę i nie wiele stracił na swoim talencie. Wciąż potrafi nas oczarować swoimi riffami i finezyjnymi solówkami. W tym aspekcie na pewno nie ma zawodu, wręcz przeciwnie słychać echa „The Last in Line” czy „Holy Diver”. Sam utwór to prawdziwa perełka i jeden z najlepszych hołdów dla twórczości Ronniego. Reszta płyty to zagadka i nie wiadomo czego się spodziewać. Mroczny, stonowany „Starmarker” ma coś w sobie magicznego. Spokojniejszy riff, echa Black Sabbath czy późniejszej twórczości Dio. Dobry utwór, który dodaje urozmaicenia i odrobiny zaskoczenia. Troszkę nijaki jest „Burn This house Down” i w sumie to przez brak mocy i jakiegoś ciekawego motywu, który by ożywił ten smętny kawałek. Kwintesencją twórczości Dio i to pod każdą postacią jest tutaj bez wątpienia energiczny „I am revolution”. Żywiołowy riff przesiąknięty „Heaven and Hell” czy „Mob Rules” do tego dobre tempo sekcji rytmicznej i prawdziwy popis wokalny Andrew. Gdzieś echa „Egypt” słychać w stonowanym i ponurym „Blame it on me”, który jest kolejnym mocnym punktem debiutu Last in Line. Na albumie pojawia się całkiem sporo energicznych i nieco szybszych kawałków i to mnie bardzo cieszy. Nie ma grania na jedno kopyto opierając się na jednym motywie. Takie kompozycje jak „Arleady Dead” czy „Orange Glow” naprawdę cieszą i przywołują wspomnienia. „Curse The Day” bardziej rockowy, bardziej komercyjny, ale zapada w głowie dzięki pomysłowej melodii i aranżacji. Po tytułowym „Heavy crown” spodziewałem się znacznie więcej. Kompozycja nie jest zła, ale brakuje tutaj stanowczości, mocnego kopa i bardziej trafionego refrenu. Ostatnim utworem jest „The Sickness” i tutaj znów czuć klimat „The Last in Line” tak więc idealny kawałek by zakończyć tą wspaniałą podróż do świata DIO.


Wiele osób pewnie martwiło się czy jest to możliwe nagrać album na miarę „The Last in Line” bez Ronniego na wokalu i jako kompozytora. Jednak udało się i to z całkiem niezłym efektem. Szkoda, że zaraz po wydaniu albumu z naszego świata odszedł basista Jimmy Bain. To stawia zespół pod znakiem zapytania. Mam nadzieje, że znajdą godnego następce i będą kontynuować to co zaczęli na „Heavy Crown”. Świat potrzebuje takich zespołów jak Last in Line. W tym roku również Craig Goldy wydał debiutancki album z swoim Resurrection Kings i to w podobnych klimatach. Jednak efekt końcowy troszkę mniej udany niż w przypadku Last in Line. Udany hołd dla pierwszych trzech albumów Dio. Brawo !

Ocena: 8.5/10

LAST DAYS OF EDEN - Ride the World (2015)

Czas na kolejny debiut roku 2015 tym razem padło na hiszpański Last Days of eden. Jest to młoda formacja, która działa sukcesywnie od 2011 roku. Mają na swoim koncie liczne koncerty, dema, singiel, mini albumu, a także debiutancki album „Ride The world”, który ukazał się stosunkowo nie tak dawno. Ani M fojaco ma nieco komercyjny wokal, ale z pewnością przypasuje tym co lubią nieco popowe oblicze symfonicznego metalu. To ona jest najsłabszym ogniwem kapeli. Nie ma operowego głosu, ani też mocy by przekonać do siebie. Niemniej jednak pasuje do tego co zespół gra. A co grają? Symfoniczny heavy/power metal, który jest wzorowany na ostatnich dokonaniach Nigtwish czy Within Temptation. Zwłaszcza do tych pierwszych łatwo ich porównać. Wokalistka brzmi jak Anette, a same melodie i konstrukcja utworów nasuwa na myśl Nightwish. Jest podniośle, są proste i chwytliwe melodie, jest nutka komercji, tak właśnie brzmi hiszpański band. Jeśli to was przekonuje, to śmiało możecie sięgnąć po ich debiutancki album czyli „Ride The World”. Płyta brzmi jakby nagrał jakiś klon Nightwish i w sumie sporo tutaj nawiązań do dwóch ostatnich dokonań Nightwish. Podniosłe chórki, klimatyczna otoczka, komercyjny wokal Ani czy wreszcie sporo urozmaicenie w sferze kompozycyjnej. Klawiszowiec Juan i gitarzysta Dani G dobrze się rozumieją i to oni dostarczają nam prawdziwej rozrywki. Ich partie zostały zagrane z pomysłem. Jest melodyjnie, jest różnorodnie i słychać, że mamy do czynienia z metalem, a nie jakimś popem dla nastolatek. Dobre brzmienie, dobre przygotowanie wróży dobry album. Czy rzeczywiście tak jest? Otwieracz „Invicible” jest solidny, trafia w to co gra Nightwish, ale brakuje nieco mocy i pazura. Na szczęście jest ciekawa melodia i spora ilość przebojowości. Nieco folkowy Queen of The North” brzmi jak kalka „I want my tears back” Nightwish. Warto jeszcze wspomnieć o przebojowym „The Last Stand”, który pokazuje co to znaczy symfoniczny heavy/power metal w stylu Nightwish. Brzmi to imponująco. Bardzo fajnie też wypada przesiąknięty wpływami celtyckimi „Ride The World”. W podobnym klimacie utrzymany jest melodyjny „Here Come The Wolves” i zaczyna powoli wdzierać się monotonia. Można odnieść wrażenie, że zespół chce stworzyć album na jednym motywie. „Moonlight” znów ma identyczną melodię celtycką co poprzednie kawałki i to raczej nie jest zabawne. Najostrzejszy riff w sumie zdobi „Paradise”, który jest już w innym stylu utrzymany. Warto jeszcze wspomnieć o 16 minutowym kolosie w postaci „Game of war”, który najlepiej pokazuje potencjał i pomysłowość zespołu. Niby nic nowego, niby rasowy klon Nightwish, ale ja to kupuje. Bardzo dobry debiut, bardzo dobrze zgrany materiał i sporo chwytliwych kawałków które zabierają nas do świata symfonicznego metalu stworzonego przez Nightwish.

Ocena: 8/10

środa, 3 lutego 2016

KATANA - The Greatest Victory (2015)

„storms of War” wydany w 2012 r przez szwedzki band o nazwie Katana cieszył się sporym zainteresowaniem. Wielu fanów tradycyjnego heavy metalu rodem z lat 80 miło wspomina tamten album, zwłaszcza że zespół urósł do kategorii kolejnego solidnego klona Iron maiden. Szwedzka stal jest naprawdę solidna i Katana to tylko potwierdza. Niby kolejny typowy zespół, który wzoruje się na kapelach z lat 80 i właściwie idzie ścieżką wytoczone przez te formacje na przestrzenie kilkunastu lat. Dla jednych to jest wielka wada, a dla drugich prawdziwa frajda i możliwość znów przeżywania lat 80. Minęły 3 lata od tamtego wydawnictwa, a szwedzki band postanowił wydać 3 album w postaci „The Greatest Victory”. Dostajemy właściwie kontynuację poprzedniego wydawnictwa. Podobna okładka na której głównym bohaterem jest samuraj i znów podobne niskiej jakości brzmienie. Nawet struktura i forma komponowania jest identyczna. Jednak mimo wszystko kompozycje mają mniejszą siłę przebicia. Nie ma już takiej liczby przebojów i spadła troszkę jakość. W dalszym ciągu muzyka Katany opiera się na specyficznym wokalu Johana, a także na zgranym duecie gitarzystów. Tobias i Patrik grają dość oszczędnie i nie dają z siebie wszystkiego. Proste i mało przemyślane riffy czy solówki nie zadowalają w pełni. Brakuje ikry i elementu zaskoczenia. To wszystko przedkłada się na to, że najnowsze dzieło szwedów jest tylko dobre, a nie bardzo dobre. Zabrakło pewności zespołu i to słychać od samego początku. „Shaman Queen” nie jest dopracowany i tylko w połowie zadowala. Mocny riff jest całkiem przyzwoity, tylko jakość nie zapada to w pamięci. O wiele lepiej zespół wypada w bardziej hard rockowych kawałkach pokroju „Yakuza”. To jest taki prosty kawałek, ale robi swoje i zapada w pamięci. Mamy pierwszy przebój, który nadaję się by śpiewać z zespołem na koncertach. „Shogun” to już wolniejszy i toporniejszy kawałek, który ma coś z Accept. To typowe kopiowanie iron Maiden pojawia się w radosnym „Kingdom never Come”. Właśnie takiej Katany chcemy słuchać i takich utworów zespół potrzebuje by utrzymać się na rynku muzycznym. Na płycie nie mogło zabraknąć też prawdziwej petardy i w tej roli idealnie sprawdza się „Within an inch of Your Life”. Zespół jednak dalej ma problemy jeśli chodzi o wolniejsze granie i to słychać w takim „Mark of The Beast”. Na sam koniec mamy rozbudowany „In the shadows”, który pokazuje że zespół jest w słabszej formie na tej płycie. Katana to kapela jakich pełno i w tym roku tj 2015 raczej przepadają w gąszczu ciekawszych płyt. Są pracowici, potrafią grać solidny heavy metal, jednak na razie nie stać ich na coś więcej. Pozycja skierowana do zagorzałych fanów gatunku.

Ocena: 6.5/10

poniedziałek, 1 lutego 2016

MAZE OF TERROR - Road To Kill (2016)

Dla wielu z nas świat thrash metalowy kończy się na takich kapelach jak Exodus, Slayer, Overkill, Metallica, Megadeth czy Kreator. Starczy nam to co stworzyli Ci wielcy. Jednak każdego roku pojawiają się młode kapele, które starają się nas zaskoczyć i zaimponować. W końcu obecnie coraz ciężko dostać thrash metal w tradycyjnie formie. Wszystko idzie w kierunku nowoczesności, agresywniejszego brzmienia i z wykorzystaniem patentów bardziej wyszukanych. Dobrze, że są takie zespoły jak Maze Of Terror, które sprawiają, że wspomnienia znów powracają i znów chce się nam słuchać thrash metalu, a wszystko za sprawą „Road to kill”. Młody band z Peru, który powstał w 2011r pokazuje, że warto śledzić na bieżąco thrash metalowy świat. Grają klasyczny thrash metal osadzony w latach 80 czy też 90, wykorzystując twórczość Kreator, Slayer, czy Megadeth. Najciekawsze jest to, że nie ma mowy tutaj o nudnej kopii, lecz panowie starają się tworzyć coś własnego. Co ich wyróżnia to bez wątpienia surowość, która przewija się w brzmieniu, a także w wokalu Leviathana. Dodatkowo wyróżniają się niezwykłą melodyjnością, czy też przebojowością. Laviathan to lider grupy i jego głos nadaje całości agresji, zaś jego partie basowe nadają odpowiedniej dynamiki. By dobrze się bawić przy takiej muzyce i czerpać radość trzeba czegoś więcej niż agresji i szybkich riffów. Trzeba dobrze wykreowanych riffów, przemyślanych aranżacji i naprawdę atrakcyjnych melodii. Na debiutanckim albumie Maze of Terror dostajemy to wszystko i to jeszcze z nawiązką. Zaczyna się wybornie bo od agresywnego „Rotting Force” i to jest taka klasyka gatunku. W „There will be blood” słychać wpływy Exodus czy Testament. Spotykamy się tutaj z bardziej technicznym thrash metalem. Dobra partia basu, mocny riff, zgrany duet gitarzystów to motor napędowy chwytliwego „Violent mind of Hate” czy złowieszczego „World's Dead Side”. W „bringer of Torture” pojawia się nutka progresywności, a także patentów wyjętych z twórczości Megadeth. Encyklopedycznym przykładem jak grać power metal jest rozpędzony „Protectors”, który przypomina mi wczesny Kreator. Nie zawsze ma też się do czynienia z 10 minutowym kolosem, będącym prawdziwą podróżą w głąb thrash metalu. W „Gilles de rais” dzieje się sporo i o dziwo ten utwór nie nudzi w żaden sposób. Zespół pokazał na co ich stać i że drzemie w nich ogromny potencjał. Ciężko mówić tutaj o debiucie i pierwszym ataku Maze of Terror, a jednak. Płyta ma szanse na ogromne zainteresowanie bo oddaje to co najlepsze w gatunku, zabiera nas do korzeni gatunku, do najlepszych lat thrash metalu. Z jednej strony lata 80 i Kreator czy Megadeth, a z drugiej strony lata 90 i taki Slayer czy Tastement. Brać w ciemno!

Ocena: 8.5/10

DEADLY NIGHTS - Descend into madness (2016)

Jestem fanem horrorów i wychowałem się na takich klasykach jak „Powrót żywych trupów”, „Coś” czy „Martwe Zło”. Kiedy zobaczyłem okładkę debiutanckiego albumu amerykańskiej formacji Deadly Nights to już wiedziałem, że sięgam po płytę, która trafi w mój gust. „Descend Into Madness” to bardzo treściwy album młodej kapeli, która zapatrzona jest w lata 80. Gdzie nie spojrzymy tam widać i słychać klimat tamtych lat. Prosta, klimatyczna i zarazem nieco kiczowata okładka czy zadziorne i nieco przybrudzone brzmienie to tylko pierwsze symptomy lat 80. Nad samą produkcją czuwał Joe Demaio z Manowar. Sama muzyka zawarta na tym krążku jest prosta i łatwo w padająca w ucho. Recepta Deadly Nights jest prosta i na pewno nie odkrywcza. Grać prosto z serca, z dużą dawką energii i przebojowości. Chwytliwe refreny i melodyjne riffy sprawdzają się i napędzają album. Można czuć niedosyt, że na pierwszy krążek trafia tylko 30 minut czystej muzyki heavy/speed metalowej, ale są tego plusy. Album w żaden sposób nie nuży i potrafi nas zabawiać przez pół godziny i to bez większego problemu. Sweet Daddy Bones i Robzilla to dwaj gitarzyści, którzy stoją na straży chwytliwych solówek, ciekawych pojedynków. To właśnie oni napędzają Deadly Nights i to za ich sprawą muzyka jest atrakcyjna dla słuchacza. Styl głównie uderza w speed metal czy NWOBHM i nie powinny dziwić wpływy Iron Maiden, Saxon, czy Mercyful fate. Płyta prosta, wtórna, ale za to jak dopracowana i jak rozegrana. To budzi podziw, nawet jeśli takich płyt w ostatnim czasie coraz więcej. Zaczyna się fenomenalnie bo od klimatycznego intra „Descend” i dawno nie słyszałem tak pomysłowego i trafionego intra. Dalej mamy „Into The Further” czyli podróż do lat 80 i Iron maiden. Właściwie album wypchany jest prawdziwymi petardami i wystarczy wsłuchać się w rozpędzony „slaughter” czy thrash metalowy „Heart of mine”. Bardzo lubię „Martwę Ciszę” i horrory Jamesa Wana to też ucieszył mnie hołd dla niego w postaci „The Ballad of Mary Shaw”, który jest kolejnym killer. Z kawałka kipi energia i pomysłowość. Lekkość i rytmiczność przewija się w pozytywnym „Behind The Mask”. Na samym końcu pojawia się „forever” przesiąknięty NWOBHM i outro w postaci „Madness”, który mógłby zdobić album Kinga Diamonda. Mało znany band z New Jersay pokazał jak grać prosty heavy/speed metal w stylu lat 80 i z dodatkiem klimatu grozy. Korzystają z sprawdzonych patentów, ale to się sprawdza i chętnie przypatrzę się bliżej ich karierze w przyszłości. Album godny uwagi maniaków heavy metalu lat 80.

ocena:7.5/10

niedziela, 31 stycznia 2016

IRON DRIVER - Prisoner of Time (2015)

Tradycyjny heavy metal w stylu Enforcer, Skull Fist czy Steelwing prosto z Rosji? Brzmi jak kiepski żart, ale Iron Driver to dowód na to, że jednak to się dzieje naprawdę. Zespół jest pod wielkim wpływem wczesnego Judas Priest i właśnie to jest ich celem. Starają się nam pokazać, że wciąż można grać jak Judas Priest na „British Steel” czy „Screaming for Vengeance”. Wokalista o pseudonimie Pasta brzmi właśnie jak młody Rob Halford. Może brakuje mu techniki, ale pasuje do tego co zespół gra. Siła tej kapeli tkwi w gitarzystach, którzy radzą sobie z tworzeniem riffów i solówek na styl Judas Priest. Nie ma w tym tyle gracji i takiej techniki, ale pasja i miłość do metalu jest, więc i efekt jest nie najgorszy. Śmiało można rzec, że debiutancki album „Prisoner of Time” to wspaniała wycieczka do lat 80 i wczesnego Judas Priest. Sama okładka przypomina już nam okładkę „Turbo” czy „Screaming for Vengeance” Judasów, zresztą podobnie jest z logiem zespołu. Jest ten kicz i prostota z lat 80. To sprawia, że pojawia się uśmiech na twarzy i bez większego zastanowienia chce się sięgnąć po wydawnictwo iron Driver. Muzyka jest w sumie również prosta i taka klasyczna jak okładka. Zespół nie kombinuje i nie stara się stworzyć czegoś własnego, raczej stara się iść przetartymi już szlakami. Nie jest to muzyka najwyższych lotów i tego trzeba być świadomym, jednak radość z odsłuchu jest. Początek w postaci „Eagle of Steel” jest dobry i tak właśnie powinno zaczynać się albumy. Po prostu z mocnego kopyta. „Speed” w rzeczy samej jest popisem szybkości i to taki nieco żywszy kawałek. Zespół ucieka się do speed metalowej motoryki i wychodzi im to na dobre. „Iron driver” to kompozycja utrzymana w klimatach Iron maiden, choć nie brakuje tutaj elementów hard rocka. Takim prawdziwym hitem na płycie jest bez wątpienia szybszy i chwytliwy „Harvester of Haze”, który pokazuje na co zespół stać. Klasyczny heavy metal lat 80 wybrzmiewa idealnie w lżejszym „Prisoner of Time”. Rosyjski band ani na chwilę nie rezygnuje z wzorowania się na Judas Priest. Całość zamyka dreszczowy instrumentalny kawałek w postaci „Smoke Through The Water”, który tak naprawdę wiele nie wnosi do całości. Materiał jest solidny i w miarę równy, przez co płyta naprawdę dobrze wypada w ostatecznym rozrachunku. Jednak traci jeśli ją zestawimy z innymi płytami z gatunku. W tym roku wyszło o wiele więcej ciekawszych płyt z tego kręgu, które brzmią świeżej i mają więcej wartościowych utworów. Na razie Iron Driver zaznaczył swoją obecność na rynku, a czas pokaże co z tego wyjdzie.

Ocena: 6/10

sobota, 30 stycznia 2016

SERENITY - Codex Atlanticus (2016)

Brakuje mi obecności power metalowego Heavenly, który imponował przebojowością i taką baśniową otoczką. Czuję niedosyt po ostatnim albumie Sonata arctica, a jedyny w swoim rodzaju Kamelot bardziej skupił się na efektywności, tracąc troszkę na jakości. Kiedy wielcy i znani nam grupy zawodzą to wtedy przychodzi czas na kapele, które przemijały i jakoś nie zapadały nam w pamięci. Tegoroczny album austriackiego Serenity w postaci „Codex Antlanticus” zaspokoi fanów dawnego Kamelot i klasycznego Heavenly czy Sonata Arctica. Z drugiej strony to album świeży i wykraczający poza pewne ramy, co czyni go jeszcze bardziej intrygującym i zaskakującym.

Serenity jest z nami już od 2001 r i dorobił się w sumie 5 albumów. To są całkiem dobre statystyki, ale najbardziej cieszy fakt, że zawsze nagrywali naprawdę udane krążki. Tak więc nowością nie jest to, że nagrany przez nich album to prawdziwa uczta dla fanów progresywnego power metalu. Jednak, żeby nie było zbyt banalnie to Serenity stara się mieszać ten gatunek z różnymi innymi pobocznymi gatunkami. W taki oto sposób na płycie pojawiają się w dużej ilości elementy stricte power metalowe, symfoniczne, a nawet neoklasyczne. Mieszanka wybuchowa, ale nie przyprawia o mdłości. W takiej mieszance często można się pogubić i stracić główny sens. Tutaj panowie panują nad wszystkim. Miało być nowocześnie, zaskakująco, świeżo, energicznie i melodyjne, a to z pewnością się udało. Dzięki temu wyszedł najlepszy album tej formacji i jeden z najciekawszych power metalowych albumów jaki ostatnio miałem okazje słuchać. Co napędza ten zespół to bez wątpienia wyjątkowy Georg, którego głos jest po prostu fenomenalny. Pełen emocji, zróżnicowania i do tego ta technika, która imponuje na każdym kroku. Chłopak daje niezły popis umiejętności na nowym albumie i to słychać. Cały jego urok został uchwycony w balladzie „My Final Chapter”. Piękna kompozycja, która zabiera nas w rejony baśni i oazy spokoju. Podobne emocje wywołuje „The Perfect Woman” z gościnnym udziałem Amandą Sommerville. Płyta zyskała na przebojowości i zróżnicowaniu, a wszystko dzięki gitarzyście Crisowi Tin, który dołączył do grupy w 2015r. To właśnie jego zagrywki, jego solówki i praca najbardziej zasługuje na uwagę. Dobrze wpasował się w styl zespołu, jednocześnie nadał mu nowego blasku. Cris był motorem napędowym Visions of Atlantis i teraz będzie znaczącym elementem układanki Serenity. Kiedy płytę otwiera intro w postaci „Codex Antlanticus” to już wiadomo, że nie będzie to kolejny oklepany i nijaki power metal, tylko podróż w nieznane. „Follow me” to właśnie taka mieszanka nowoczesności, progresywności, power metalu i rocka. Utwór jest bardzo płynny i lekki. Nasuwa się wiele fińskich kapel i to można uznać za zaletę. Pierwszym mocnym uderzeniem na płycie jest rozpędzony i podniosły „Sprouts of Terror”, z kolei „Iniquity” to ciekawa mieszanka stylów Rhapsody i Masterplan. Nie brakuje naprawdę dobrych i godnych zapamiętania melodii, a każdy utwór to prawdziwa uczta dla fanów melodyjnego grania. Taki „Reason” przypomina mi poniekąd ostatnie dokonania Dark Moor. Jest podobna konstrukcja i budowanie melodii. Marszowy „Caught in aMyth” jest bardziej zawiły, bardziej złożony, a przede wszystkim ukazuje epickie walory stylu Serenity. Końcówka płyty to przesiąknięty folkiem „Spirit in the Flesh”, a także romantyczny i klimatyczny „Order”.

Austriackiej formacji udało się nagrać zróżnicowany materiał, który pokazuje jak powinien brzmieć ostatni album Kamelot. Serenity pokazał na nowym albumie co to znaczy wysokiej klasy progresywny power metal z domieszką symfonicznego metalu. Bije z tego wydawnictwa doświadczenie, pomysłowość i świeżość. Miła niespodzianka, bo nie liczyłem że ten zespół jest stać na taki krążek. A jednak.

Ocena: 9/10

czwartek, 28 stycznia 2016

FORBIDDEN SEED - From sand to Eternity (2015)

Rok 2015 jest niezwykle udany dla greckiej sceny metalowej i właściwie wystarczy skupić się na dwóch znakomitych pozycjach jakie są Diviner czy właśnie Forbidden Seed, który inspiruje się Tad Morose, Crimson Glory, Iced earth, Nocturnal Rites, czy Judas Priest. Choć ich muzykę można porównać do inner Wish, Nightmare czy też Primal fear. Jednym słowem jest to wymarzony świat dla maniaków melodii, szybkiej sekcji rytmicznej i ostrych riffów. Jeśli tak to debiutancki album tej formacji w postaci „From Sand to eternity” jest idealny dla Was.

Przede wszystkim zespół potrafi wciągnąć w swój świat, potrafi zaskoczyć i w dodatku wie jak grać heavy/power metal na wysokim poziomie. „From sand to eternity” to przede wszystkim ostry wokal Constantina Marisa, który sprawia że utwory brzmią nowocześnie i agresywnie. To on założył tą kapelę i w sumie przez 10 lat rozwijał ideę Frobidden Seed. To właśnie on również razem z Georgem Matikasem tworzą zgrany duet gitarowy. Stawiają przede wszystkim na złowieszczy klimat, na ostre i mocne riffy, które nawiązują do klasycznych rozwiązań. Tak więc jest melodyjnie i zarazem agresywnie. Brzmi to na swój sposób nowocześnie i może podobać się tym co lubią mocny, soczysty i nowoczesny heavy/power metal. Sama zawartość jest równie ciekawa i wciągająca co okładka frontowa. Sporą rolę odgrywa klimatyczne i takie nieco tajemnicze intro w postaci „Dawn”. Świetne, wręcz filmowe otwarcie albumu. Dalej mamy już prawdziwą jazdę bez trzymanki, czyli ostry i melodyjny „Judgment Bell”. To jest podróż przez twórczość Iced earth, Nocturnal Rites, Mystic Prophecy, Judas Priest i wiele innych zacnych kapelach. Heavy/power metal jaki być powinien na miarę naszych czasów. Więcej tradycyjnego heavy metalu uchwycimy w stonowanym „Beginning of the End”, z kolei taki przebojowy „Kill the Sun” mógłby zdobić album Helloween czy Gamma Ray. Power metal z prawdziwym pazurem i godnym uwagi motywem. Tytułowy kawałek w postaci „From sand to Eternity” jest rozłożony na 4 części i każdy z tych kawałków potrafi wbić w fotel. Pierwszy jest mroczny i stonowany „Blessed are Those”, który ma coś z dawnego Mercyful Fate. Drugą część stanowi klimatyczny i marszowy „Desert Bride”. Trzecia część to bardziej progresywny i melodyjny „Oblivion”, który ma wlać nieco ożywienia do tej złożonej historii. Cały tytułowy utwór zamyka „Empire of the Sun”, który brzmi jak tytułowy kawałek z najnowszego albumu Iron Maiden. Ciekawy, mroczny klimat, jeszcze bardziej intrygujący i wciągający motyw główny i mamy jeden z najlepszych kawałków na płycie. Całość zamyka równie pomysłowy i urozmaicony „Life itself”, który pokazuje jaki potencjał drzemie w zespole.

Nie brakuje ciekawych pozycji w gatunku power metal, jeśli chodzi o rok 2015. Jest naprawdę w czym wybierać. Jeśli lubi rozbudowane pomysły, ciekawe i intrygujące pomysły, jeśli cenimy sobie ostre riffy, atrakcyjne melodie i wysokiej klasy jakość to debiutancki album greckiej formacji spełni nasze oczekiwania. Bardzo miła niespodzianka ze strony Forbidden Seed.

Ocena: 8.5/10

poniedziałek, 25 stycznia 2016

HYDRA'S FATE - Worlds Apart (2015)

Na niemieckiej scenie metalowej nie tak dawno pojawił się ciekawy zespół, a mianowicie Hydra's Fate. Działają od 2013r i dali się poznać jako zespół, który lubi mieszać hard rocka z heavy i power metalem. W efekcie dostajemy muzykę, która w dużej mierze przypomina tą wykonywaną przez takie zespoły jak Sinner, Primal Fear, czy Brainstorm. Nie brakuje też w ich muzyce elementów progresywnego metalu wyjętego prosto z twórczości Queensryche czy Symphony X. W efekcie dostajemy ciekawą mieszankę stylów, którą naprawdę dobrze się słucha. Debiutancki album formacji zatytułowany „Worlds Apart” to kawał dobrej muzyki, którą ciężko sklasyfikować jako dzieło młodzieńców, którzy dopiero rozpoczynają swoją przygodę w metalowym światku.

Słabym punktem tego wydawnictwa jest szata graficzna, która nie zachwyca do końca. Tutaj można dostrzec jeszcze brak doświadczenia. Znacznie lepiej jest gdy odpalimy płytę. Od razu z głośników wydobywa się soczyste i mocne brzmienie. To dzięki niemu cały materiał zyskuje na mocy i jest bardziej nowoczesne. Specyficzny wokal Markusa Branda dodaje zespołowi autentyczności i oryginalności. Największą bronią zespołu jest jednak duet gitarzystów, bo zarówno Igor jak i Sebastian potrafią grac finezyjnie, z zachowaniem z zasad techniki i z pomysłem. Często to właśnie partie gitarowe budują napięcie i podgrzewają temperaturę. Na płycie znajdziemy 10 kompozycji i każda z nich to kawał innego heavy metalu. „Aeternitas” to bardziej tradycyjny heavy/power metal, który jest wzorowany na twórczości Brainstorm czy Primal Fear. Nie jest to nic oryginalnego, ale wypada naprawdę dobrze w swojej kategorii. Bardziej amerykańskie korzenie można wyłapać w klimatycznym i bardziej amerykańskim „Falling Too Fast”. Pomysłowy riff i godna uwagi praca gitarzystów kłania się w melodyjnym „Desire”. Więcej progresywności i mrocznego klimatu uświadczymy w „Liar's Conscience”, który też pokazuje elastyczność zespołu. Z kolei tytułowy „Worlds Apart” ma w sobie więcej lekkości i hard rockowego szaleństwa. Bardzo energiczny i prosty w swojej formule utwór, który na pewno trzeba zaliczyć do grona przebojów. W podobnej konwencji utrzymany jest pomysłowy „The Lost Kingdom”, który wyróżnia się się swoją lekkością i przebojowością. W takim „Road to Nowhere” można doszukać się wpływów Iron Maiden, choć zespół nie próbuje nikogo w pełni kopiować. Wyszedł bardzo ciekawy energiczny kawałek, który powinien być zagrany na każdym koncercie Hydra's fate. Całość zamyka nieco żywszy „Vanitas”, który podsumowuje ten album w znakomity sposób.

Nie ma mowy o czymś nowym w przypadku „Worlds Apart”. Już z taką muzyką mieliśmy nie raz do czynienia, ale nie ma podstaw żeby skreślać ten zespół. Potrafią grać heavy/power metal z domieszką hard rocka i progresywności. Mają ciekawy styl, potrafią budować napięcie, a kompozycje brzmią świeżą, co tylko pokazuje potencjał niemieckiej grupy. Z pewnością nie raz jeszcze o nich usłyszymy, a póki co cieszmy się ich jakże udanym „Worlds apart”.

Ocena: 7.5/10

piątek, 22 stycznia 2016

BLACKSLASH - Sinister Lighting (2015)

Szwecja przoduje jeśli chodzi o kapele grające heavy metal na wzór wielkich formacji z lat 80 i reprezentują oni tak zwany NWOTHM. Rocka Rollas, Enforcer czy wielu innych tego typu kapel już pokazało nam że można odtworzyć z niezłym skutkiem klimat lat 80. Co z tego, że brzmią jak klony Iron maiden czy Judas Priest, skoro sprzedaje się to, a każdy fan czerpie z tego radość. Jak się okazuje Niemcy nie chcą być gorsze w tej kwestii i też starają się wypromować swoje kapele grające heavy metal w stylu lat 80. Jedną z takich kapel jest Blackslash. Kapela powstała w 2007 roku z inicjatywy braci Haas. Clemens pełni rolę wokalistę i trzeba przyznać, że jego głos sprawia że faktycznie czujemy się jak w latach 80. Może nie jest jakiś charyzmatyczny, ale śpiewać potrafi i w dodatku agresywnie wtedy kiedy trzeba. Jego brat Christian wraz z Danielem Holderle odpowiadają za całą warstwę gitarową i za melodyjność. To właśnie oni mają największy wpływ na styl grupy, na to jak to wszystko brzmi. Stawiają na klasyczne rozwiązania, na prostotę i przede wszystkim przebojowość. Wybrzmiewa często w tym wszystkim stary Judas Priest, Saxon czy Iron maiden, ale to żadna ujma dla materiału. To właśnie dzięki tym zapożyczeniom materiał jest bardziej przyswajalny i łatwiejszy w odbiorze. Można odnieść wrażenie, że zespół właśnie tak chciał zainteresować słuchaczy. Zresztą już sama okładka jest w stylu Żelaznej dziewicy. Wystarczy spojrzeć na główną postać okładki, która wygląda identycznie jak Eddie. Zespół postawił na proste i skromne brzmienie, które ma nas przybliżyć do lat 80. To jest akurat bardzo dobre i przemyślane zagranie zespołu. Sam materiał jest taki jak być powinien. Chwytliwy, energiczny, zagrany z polotem i pasją. Słychać, że zespół dobrze się bawił i czerpie radość zgrania heavy metalu. W tym roku tj 2015 wydali swój drugi album w postaci „Sinister Lightning” i to dopiero jest uczta dla fanów heavy metalu. Album zaczyna się od melodyjnego otwieracza „Empire Rising”, który jest przesycony NWOBHM i starym Iron Maiden. Nie brakuje przebojów i właściwie każdy utwór nadaję się na hit. Taki „Steller Master” na pewno. Jeśli ktoś lubi bardziej rozbudowane kompozycje, gdzie liczy się nie tylko duża liczba motywów, ale też klimat ten powinien wsłuchać się uważnie w „Edge of the World”. Trzeba przyznać, że gitarzyści nie oszczędzają się i w każdym utworze mamy niezłe solówki, duże pokłady melodyjności i energii. Bardzo dobrze to odzwierciedla „Rock'n Roll” czy rozpędzony, wręcz speed metalowy „Wild and Free”. Na tego typu płytach często najsłabszym punktem są ballady, ale nie w przypadku Blackslash. „Made of Steel” jest zbudowana na prostym i pięknym motywie, a sama otoczka jest taka naturalna, nie wymuszona. Do tego ciekawy refren i dobry spokojny klimat, co sprawia że utwór wypada naprawdę bardzo dobrze. Całość zamyka równie udany co reszta utworów „Don't Touch Me”, który też jak najbardziej przedstawia zespół w dobrym świetle. Płyta jest może i prosta, może i wtórna, ale słucha się tego naprawdę przyjemnie. Odżywają miłe wspomnienia z nabywania płyt Iron Maiden czy Judas Priest. To już drugi album niemieckiej formacji, ale można odnieść wrażenie że jeszcze nie raz nas zaskoczą. Fani tradycyjnego metalu powinni tego posłuchać.

Ocena: 8/10

czwartek, 21 stycznia 2016

MEGADETH - Dystopia (2016)

Kiedy źle dzieje się w zespole, kiedy brzmienie i jakość muzyka sięga dna, kiedy wszystko staje się parodią dawnego stylu to jakie jest najlepsze rozwiązanie dla zespołu? Jak się okazuje zmiany personalne potrafią wiele wnieść do grupy muzycznej, nadać nowego charakteru, nadać nowej jakości, sprawić że wszystko zacznie brzmieć zupełnie inaczej. To właśnie świeża krew jest we stanie wprowadzić nowy porządek i przypomnieć najlepsze czasy danego zespołu. Taki zabieg pomógł Anthrax, który przeżywa drugą młodość. Jak się okazuje to samo spotkało inny wielki thrash metalowy zespół, a mianowicie Megadeth. Kiedy w 2014 r kapelę opuścił gitarzysta Chris Boderick i perkusista Shawn Drover którzy byli w Megadeth przez 10 lat to mogło się wydawać, że to cios dla Megadeth. W końcu za ich czasów powstał całkiem udany i dość klasyczny „Endgame”. Jednak ostatnie albumy to spadek formy i sięganie dno i tylko zmiany mogły wyprowadzić zespół na prostą. 3 lata oczekiwania, wielkie zmiany i w końcu nowy album „Dystopia”, który w swojej formule przypomina bardziej klasyczne albumy. Jednak czy faktycznie mamy wielki powrót Megadth?

Nie trzymając Was w napięciu powiem, że tak. Megadeth powraca w wielkim stylu i nie było się zabrać nas w rejony „Rust in Peace” czy „Peace sells... but who's buing?”. Jednocześnie jest powiew świeżości, zespół znów gra z pasją i nie boi się ciekawych i intrygujących rozwiązań. Udało się im połączyć nowoczesność, klasyczne patenty z domieszką progresywności i melodyjności. Nowy nabytek w postaci Kiko Loureiro tchnął w ten upadający band życie i wypełnił go swoim duchem. Jego wkład w muzykę Megadeth i nową jakość jest olbrzymia. Na „Dystopia” mamy świetnie rozplanowane i zagrane solówki. Jest technika, pazur, jest pomysłowość, a wszystko zagrane tak lekko, przejrzyście i dbałością o detale. Solówki jak i riffy po prostu płyną i są główną atrakcją „Dystopia”. Dziw bierze, że wokalista, który słynie z działalności w power metalowym bandzie o nazwie Angra odnajdzie się tak idealnie w thrash metalowym Megadeth. Ciężko było przewidzieć, że nada takiej nowej jakości i że będzie miał taką swobodę. Niby wiemy, że to Megadeth, jednak w takiej nowej formie. Jest nutka tej progresywności i melodyjności z Angry i to słychać. Taka mieszanka sprawia, że Dystopia to jeden z najlepszych albumów Megadeth. Nie ma mowy o nudzie, nie ma miejsca na średniaki czy wypełniacze, które nie mają znaczenia. Tutaj każdy utwór ma swoją wartość. Perkusista Chris Adler też odgrywa swoją rolę bezbłędnie i szkoda tylko, że wokal Dave Mustaina na przestrzeni lat troszkę stracił na mocy i agresywności. Jednak i to da się przeboleć i zaakceptować, dopóki panowie będą nagrywać taki album jak „Dystopia”.

Darowano sobie intra i nie potrzebne wstawki. Album zaczyna się od znanego nam z promocji płyty „The threat is real”. Jest to bardzo energiczny i zarazem agresywny kawałek, który przez swoje techniczny warsztat jak najbardziej nawiązuje do takiego „Rust in Peace” czy „Peace Sells”. Słychać to co kiedyś zespół z sobą prezentował, czyli pomysłowe i dość oryginalne riffy, charakterystyczne partie gitarowe i nutkę przebojowości. Tutaj klasę pokazuje Kiko i właśnie dzięki niemu nowe oblicze Megadeth jest takie imponujące. Świetny kawałek i dobry start. W „Dystopia” można najwięcej uświadczyć wpływów Kiko. Kawałek jest bardziej power metalowy, bardziej melodyjny. Jest lekki i bardzo przyjemny i w sumie przypomina „Peace Sells” pod wieloma względami. Podobne emocje wywołuje singlowy „Fatal Illusion”, który łączy sobie agresywność i melodyjność, co również przypomina nam wczesny okres Megadeth. Wszystkie te trzy spełniły się w promowaniu albumu i to dzięki nim zainteresowanie tym albumem wzrastało z każdym dniem. Co dzieje się po tych kawałkach? Czy poziom zostaje utrzymany? Jak najbardziej tak i taki „Death from Within” to też taki klasyczny i techniczny Megadeth do jakiego przywykliśmy. „Bullet to the Brain” to bardziej mroczny i progresywny kawałek. Mimo nowoczesnego wydźwięku to kawał soczystego heavy/thrash metalu i tutaj też słychać ile wnosi Kiko do muzyki Megadeth. Dzięki niemu nawet proste kawałki nabierają nowej jakości i brzmią fenomenalnie. „Post American World” to kompozycja, która również mocno osadzona jest w klasycznych albumach Megadeth. Dawno Megadeth nie grał tak ostro i z takim pazurem. Wokal Dave'a brzmi bardzo intrygującego. Jest moc i nawet mimo swoich lat wciąż zachwyca swoją manierą. Co tutaj dużo pisać, kolejny hicior na płycie. Najdłuższym kawałkiem na płycie jest „Poisonous Shadows”. Dzieje się tutaj sporo i wystarczy pochwalić zespół za ciekawe, klimatyczne otwarcie. Dawno Megadeth nie stworzył tak wciągającego, rozbudowanego kawałka. Echa starych płyt mamy też w thrash metalowej petardzie w postaci „Lying state”. Może i jest w niej sporo power metalu i może kipi melodyjnością, ale jest to jeden z najlepszych kawałków jakie stworzyli wciągu ostatniej dekady. Kompozycja kipi energią, świeżością, a solówki po prostu rzucają na kolana. Podobne emocje wywołuje rytmiczny „The Emperor” i instrumentalny „Conquer or Die”. Na koniec mamy cover Fear czyli „Foreign Policy”. To kolejny dowód na to, że Megadeth przeżywa drugą młodość i jest w szczytowej formie.

Ostatnie albumy Megadeth nie dawały nadzieję na poprawę i na to, że panowie nagrają kiedyś album, który śmiało będzie umieścić obok największych dzieł zespołu. Jednak zmiany personalne, ściągnięcie do zespołu Kiko z Angry i perkusisty Lamb of God sprawiły, że Megadeth ożył. Mamy przeboje, ostre riffy, mamy wciągające i płynące solówki, które przenoszą Megadeth na zupełnie nowy poziom. „Dystopia” to przemyślany i dopieszczony album, który od samego początku do końca trzyma wysoki poziom i zaskakuje pod każdym względem. Jedno z największych niespodzianek tego roku. Gorąco polecam.

Ocena: 9/10

środa, 20 stycznia 2016

HOLOCAUST - Predator (2015)

Dzieckiem NWOBHM jest bez wątpienia brytyjska formacja Holocaust, która w latach 80 stworzyła swój własny, nie powtarzalny styl, który zainspirował kolejne pokolenie muzyków. Wystarczy przejrzeć katalog Gamma Ray czy Metallica. Ta formacja powstała w 1977 r i nagrała wiele ciekawych albumów, które tylko potwierdziły klasę zespołu. Potem różnie to z nimi było, ciężko było doczekać się kolejnych albumów, a przecież końcówka lat 80 była burzliwa dla zespołu. Ostatnie wydawnictwo ukazało się w 2003 r. „Primal” nie był szczytem ich możliwości, więc wciąż fani czekali na jakiś konkretny album ze strony Brytyjczyków. 12 lat przyszło czekać na 8 wydawnictwo grupy i „Predator” zasługuje na uwagę zwłaszcza jeśli pamiętamy stary dobry Holocaust.

To już nieco inny zespół. Ze starego składu został właściwie John Mortimer, który pełni rolę gitarzysty i wokalisty. Słychać, że lata wpłynęły na jakość wokalu Johna, ale to wciąż Holocaust taki jaki znamy z lat 80. Nowa sekcja rytmiczna tknęła troszkę życia w muzykę brytyjskiej formacji. Niby lata upłynęły a wciąż zespół pozostał przy swoich cechach, wciąż stawiają na mroczny klimat, na mocne, nieco ponure riffy i zadziorność. To wciąż się sprawdza, zwłaszcza kiedy dany wypełnia nutka przebojowości. Płyta nie jest perfekcyjna, bo są momenty kiedy słychać niedopracowanie i brak zdecydowania ze strony muzyków. Mroczna okładka nasuwa album death/black metalowa co wcale nie współgra z tym co słyszymy. Klimat rzeczywiście jest taki jak na okładce, ale muzyka nie jest ponura i bez wyrazu. Mamy bowiem liczne chwytliwe melodie i proste riffy, które wpadają w ucho. Dobrze to odzwierciedla nieco toporny „Predator”, który otwiera album. Bardziej klasyczny wydźwięk ma „Expander”, który ma nutkę hard rockowej maniery i mamy tutaj większej ilości NWOBHM. Właśnie taki Holocaust fani kochają. Jednym z ciekawszych kawałków na płycie jest „Lady Babylon” przesiąknięty Black Sabbath i Angel Witch. Marszowe, ponure tempo sprawdza się idealnie w tym kawałku. Płytę ożywia z pewnością ostrzejszy „Shiva”, który przypomina klasyczne kawałki Holocaust. Jest to też przykład, że na krążku roi się od dobrych riffów, ale wszystko jest jakieś ospałe i bez takiej ikry. Brakuje takiej lekkości i przekonania muzyków. Solidnym kawałkiem jest też „Revival”, ale najciekawiej wypada pogodny „Shine out”, który jest przykładem rasowego przeboju. Szybsze tempo, mocniejszy riff i już utwór zyskuje na jakości.

Holocaust powrócił i może nie zawiódł, ale świata też nie rzucił na kolana swoim nowym albumem. Słychać, że jest to ten znany nam dobrze band grający NWOBHM, choć już swój blask jakby nieco stracił. Grają solidny heavy metal z domieszką NWOBHM i właściwie nic ponadto. Fani heavy metalu lat 80 i samego Holocaust powinni zaznajomić się z tym wydawnictwem. Warto.

Ocena: 6.5/10

poniedziałek, 18 stycznia 2016

MARIUS DANIELSEN 'S LEGEND OF VALLEY DOOM - Legend of Valley Doom part I (2015)

Metalowe opery z ciekawymi gośćmi zawsze przyciągają spore rzeszę słuchaczy, jednak już dawno nie było ciekawego albumu. Wiele muzyków którzy tworzą takie metal opery po prostu tracą się w komercji, przez co owa metal opera traci na swojej wartości. Wielu z nas chciałoby znów poczuć się jak przy pierwszym albumie Avantasia, kiedy nie tylko nazwiska działały na wyobraźnie ale również sama muzyka. To nie nazwiska mają być ostoją tego albumu, lecz muzyka i ich wpływ na zawartość. Ich obecność ma być przejawem geniuszu i przypieczętowaniem sukcesu nagranej płyty i przyczynić się do tego, że będzie zapamiętana na długie lata. To ma być coś wielkiego, a nie tylko zbiór nazwisk. Marius Danielsen to muzyk znany z Darkest Sins i to właśnie on podjął się wielkiego wyznania i postanowił stworzyć metalową operę z prawdziwego zdarzenia. Tym razem mamy prawdziwą śmietankę świata power metalu i niektórzy będą w szoku że udało się zebrać tylu muzyków w jednym miejscu. Każdy z nich sprawił że ta płyta jest magiczna i już ponadczasowa. „Legend of Valley Doom part I” to płyta która ma szansę być tą najlepszą w roku 2015 i czymś wyjątkowym i godnym zapamiętania. Nie chodzi o to że mamy świetnych gości, ale sama muzyka pokazuje że można stworzyć power metalową perfekcję, w której będą echa takich kapel jak Rhapsody, Freedom call, Timeless Miracle czy właśnie Avantasia znaną nam z pierwszych płyt. To co było jeszcze do tej pory marzeniem każdego fana power metalu stało się rzeczywistością.

Marius zebrał ponad 40 świetnych muzyków, którzy uczynili ten album jeszcze bardziej szczególnym i zróżnicowanym. Lista muzyków jest długa i najlepiej ją rozpisać w kolumnie byście mogli ogarnąć rozmiar tego przedsięwzięcia i poziom owego albumu. A poniżej lista muzyków :
Wokal:
Marius Danielsen (Darkest Sins)
Edu Falaschi (ex-Angra, Almah)
Tim Ripper Owens (ex-Judas Priest, ex-Iced Earth, ex-Yngwie Malmsteen)
Mark Boals (ex-Yngwie Malmsteen, Iron Mask, Royal Hunt)
Jonas Heidgert (Dragonland)
Elisa C. Martin (Hamka, ex-Dark Moor, ex-Fairyland)
Alessio Garavello (ex-Power Quest, A New Tomorrow)
Kai Somby (Intrigue)
Artur Almeida (Attick Demons)
George Tsalikis (Zandelle)
John Yelland (Disforia, Judicator)
Simon Byron (ex-Crystal Empire, Sunset)
Mikael Holst (Timeless Miracle)

Gitara:
Timo Tolkki (ex-Stratovarius, Avalon)
Chris Caffery (Savatage, Trans-Siberian Orchestra)
Ross the Boss (ex-Manowar, DeathDealer)
Robb Weir (Tygers of Pan Tang)
Tobi Kersting (Orden Ogan)
Jimmy Hedlund (Falconer)
Marco Wriedt (Axxis, 21Octayne)
Olivier Lapauze (Heavenly)
Felipe (Twilight Force)
Alex TheKing Mele (Kaledon)
Esa Ahonen (Cryonic Temple)
Kristian Tjelle (ex-Nocturnal Illusion)
Gard Austrheim (My Decending Ark, ex-Fatty Sunroad)
Marius Danielsen (Darkest Sins)
Sigurd Kårstad (Darkest Sins)

Syntezatory/klawisze:
Peter Danielsen (Eunomia, Darkest Sins)
Alessio Lucatti (Vision Divine, Etherna)

bas:
Barend Courbois (Blind Guardian)
Mike LePond (Symphony X)
Anniken Rasmussen (Darkest Sins)
Ignacio Lopez (Skiltron)
Giorgio Novarino (ex-Crystal Empire, ex-Bejelit)
Marius Danielsen (Darkest Sins)

perkusja:
Alex Holzwarth (Rhapsody of Fire)
Ludvig Pedersen (Darkest Sins)

Trzeba przyznać, że jest to imponująca lista i niektóre nazwiska wręcz zaskakują. Bo kto by się spodziewał dawną wokalistkę z Dark Moor czy też wokalistę z nieco zapomnianego Timeless Miracle. Marius stworzył naprawdę coś wyjątkowo i tutaj już nawet nie chodzi o świetnych gości i ich ilość, ale też chodzi o samą historię, w której osadzony jest projekt, a także to co można usłyszeć po odpaleniu płyty. Sama historia opowiada o miejscu zwanym doliną przekleństwa, w której mieszkańcy żyli spokojnie i w pokoju. Jednak czyha na nich niebezpieczeństwo, które rodzi się za ich granicami. Niestety dochodzi do wojny i początkową nie udaje im się pokonać mrocznego króla. Szukają odpowiedzi w starożytnych podziemiach i tam poznają przypowieść o wojowniku, który przywróci pokój i zbawi ich od złego. Trzeba przyznać, że sama historia jest imponująca i przypomina te historie z starych płyt Rhapsody. Muzyka odpowiednio została dopasowana i właściwie mamy epicki power metal, który od samego początku wciąga nas w ten świat fantasy. Mamy 12 utworów i razem stanowią piękną i jednolitą całość. Zaczyna się od podniosłego intra, które wprowadza nas w świat magii, królów i doliny przekleństwa. „The Battle of Bargor Zun” to pierwsza próbka mocy i to czego można się spodziewać po tym projekcie. 7 minut czystego power metalu w stylu lat 90 i tutaj mamy wpływu wielu wielkich kapel. Cieszy to, że brzmi to tak klasycznie i naturalnie. Dawno nikomu nie udało się tak brzmieć. Łezka w oku się kręci i chce się tylko więcej. Epicki i bardziej urozmaicony jest taki „Prophecy of the Warrior King”, który ma w sobie pewne elementy progresywnego metalu. Bardzo dobrze wpasował się tutaj Tim ripper Owens i może czas by też może założył jakiś własny band bo szkoda jego talentu. Czekać pozostaje tylko na nowy album beyond Fear. „Chamber of Wisdom” jest bardziej klimatyczny, bardziej podniosły i to tylko pokazuje jak to wszystko idealnie współgra z samą historią. Sam utwór zabiera nas do starych płyt Freedom Call czy Rhapsody. Prawdziwa klasyka wybrzmiewa w utworach Mariusa. Każdy utwór to prawdziwy przebój i dobrym przykładem jest tego nieco marszowy, ale niezwykle melodyjny „Mirror of Truth”, który ma coś z Timeless Miracle co mnie bardzo cieszy. W podobnym klimacie utrzymany jest „Haunting My dreams”, który jest wielkim powrotem Mikeala Hosta znanego właśnie z Timeless Miracle. To jest przejaw jego wielkiego powrotu i wystarczy czekać na wydanie nowego albumu przez ten band. Póki co są na etapie rejestrowanie nowego materiału. Sam utwór przypomina utwory z debiutanckiego albumu Timeless Miracle co tylko pokazuje jak świetnym kompozytorem jest Marius i jak idealnie dopasował wokalistów do utworów. Punktem kulminacyjnym jest 14 minutowy „The Legend of Valley doom”, który jest taką wisienką na torcie. Dzieje się tutaj sporo i przewija się sporo ciekawych motywów i właśnie tak powinien brzmieć epicki power metal. Dawno nie było tak udanego kolosa w power metalowym światku i to jest kolejny przejaw geniuszu Mariusa oraz jego metalowej opery. Elisa C martin znana z starych płyt Dark Moor to jedna z moich ulubionych wokalistek power metalowych i miło jest znowu ją usłyszeć. W takim energicznym i klimatycznym „Lost in a Dream” odnajduje się idealnie. Kompozycja spokojnie mogłaby się znaleźć na starych płytach Dark Moor. Imponuje że Marius zabiera nas w podróż po największych płytach power metalu, pokazuje jakby różne etapy i różne formy power metalu i to jest po prostu piękne. Muzyka power metalowa w pigułce. Ostrzejszy i złowieszczy „Raise Your shields” to popis świetnego Marka Boalsa, który jest jednym z najlepszych współczesnych wokalistów. To co on wyprawia przyprawia o dreszcze. Marius wpasował go idealnie do kompozycji, która jest przesycona Iron Mask czy twórczością Yngwie Malmsteena. Coś pięknego i chce się tylko jak dłużej go słuchać w takim wydaniu. Spore ilości Avantasia i Dark Moor pojawia się w prostym i przebojowym „Free as The wind”. Co ciekawe nawet ballada „Fallen Heroes” łapie za serce i pokazuje jaki ładunek emocjonalny panuje na płycie. Całość zamyka „Outro” i szkoda że to już koniec.

To co wydawało się jeszcze nie tak dawno marzeniem każdego fana power metalu stało się rzeczywistością. W końcu jesteśmy świadkami wielkiego wydarzenia, bowiem o to światło dzienne ujrzał album, który jest bez wątpienia najlepszą metalową operą jaka kiedykolwiek powstała. Marius stworzył coś ponadczasowego, pokazał że można zebrać prawdziwą śmietankę muzyków, zebrać całą rodzinę power metalową rodzinę w jednym miejscu. Nagrać płytę, które będzie odzwierciedleniem wciągającej historii. „Legend of Valley Doom” to power metal w pigułce, to jakby nie tylko historia fantasy, ale historia power metalu i opowiedziana przez wielkich muzyków tego gatunku. Coś pięknego i to się nazywa płyta roku! Bohaterowie power metalu powracają!

Ocena: 10/10

niedziela, 17 stycznia 2016

ADVICE - destiny by dawn (2015)

W latach 80 działał Advice ale mało kto to pamięta bo zespół nie zrobił większego rozgłosu swoimi licznymi demami, singlem czy mini albumem. Dość cicho było o tej niemieckiej formacji, która w 1982 r została założona z inicjatywy Petera i Detlefa. Muzycznie zespół grał muzykę w stylu Gravestone, Accept, Savage grace czy wczesnego Helloween. Była to bardzo wartościowa muzyka, tylko zespół jakoś nie miał szczęścia by wydać swojego debiutanckiego albumu. W 1983 r skompletowali już swój cały skład i wtedy zaczęli dawać koncerty. Do roku 1994 zespół funkcjonował, a potem zakończył działalność bez oficjalnego wydawnictwa. Teraz po latach kapela wraca na scenę i w końcu udaje się wydać oficjalny album jakim jest „Destiny by dawn”.Ciężko mówić o debiutanckim albumie, kiedy tak naprawdę mamy składankę utworów które już wcześniej pojawiły się na jakiś promocyjnych kasetach czy demach. Jednak zebrano wszystko na jednym albumie i zremasterowano. Tak więc Advice znów żyje i ma się całkiem dobrze.

Olaf i Yannek to nowe nabytki zespołu. Natomiast w składzie pozostali Ralf, Walter i Runig. W składzie nie ma ju,ż Detlefa, który zmarł w wypadku motocyklowym w roku 2011. To co znajdziemy na płycie to najlepsze kawałki zespołu i prawdziwa uczta dla fanów heavy/speed metalu lat 80. Nie ma kombinowania, czy tworzenia czegoś nowego, panowie chcą przedstawić nam swoje początki, dając nam prawdziwy heavy metal lat 80. Na płycie znajdziemy 14 utworów, które pokazują potencjał grupy i to że można śmiało postawić obok tych najlepszych z lat 80. Szybka, energiczna i pełna mocy sekcja rytmiczna, do tego specyficzny wokal Ralfa, który nadaje odpowiedni klimat, a także melodyjności. Cechuje się może mało agresywnym wokalem, a słucha się go nadzwyczaj przyjemnie. Sprawia, że naprawdę nie sposób pomylić ten band z innym. Duet jaki stworzyli Walter i Detlef był po prostu imponujący. Panowie doskonale się rozumieli i dobrze się razem bawili. Nie brakowało szaleństwa, finezji, lekkości i przebojowości. Przypominają się te największe duety gitarowe, które były motorem napędowym kultowych albumów heavy metalowych. To jest po prostu klasyczna szkoła heavy metalu. Pierwsze 4 utwory pochodzą z „Destiny by dawn promotion tape” który został nagrany w 1989r. Zaczyna się idealnie, bo od energicznego „Nuclear Force”, który jest utrzymany w stylu starego Helloween i Gravestone. Jeszcze ostrzejszy jest „Bat night battle”, który ma sporo z thrash metalu. Tutaj bardzo dobrze słychać jak świetnie radził sobie duet gitarzystów w tamtym czasie. Dobre zgranie, pomysłowość i niezła technika. Świetnie się tego słucha i przypominają się najlepsze płyty z lat 80. Sam refren też prosty, ale spełnia swoją rolę i zachęca nas do śpiewania. Utworów o tytule „Heavy metal” było już sporo w historii heavy metalu, ale Advice stworzył bardzo ciekawy i taki złożony utwór, który zaczyna się w średnim tempie, a potem przybiera na mocy. Bardzo mocna i energiczna kompozycja, która pokazuje pomysłowość niemieckiej formacji. Panuje niezła chemia co w efekcie daje nam prawdziwe killery, które czynią album idealnym w swojej konwencji. „The law” to ukłon w stronę właśnie wczesnego Helloween, Gravestone czy Savage grace. Kawał mocnego i złowieszczego speed/power metalu. Te popisy gitarowe zasługują na owację na stojącą, bo to co panowie tutaj wyprawiają przyprawia o ciarki. Następne 5 utworów zostało już nagrane w roku 1986. „Children of the Dark” to soczysty i dynamiczny heavy metal osadzony w twórczości Anvil, Accept, czy Judas Priest. Dalej mamy energiczny i rozpędzony „No way out”, który znów pokazuje pazur i agresywność zespołu. Tutaj znów Advice przypomina wczesny Helloween. „Leather Warrior” w pewnych aspektach przypomina „Eletric Eye” Judas Priest i to właściwie kolejny hicior grupy. Zespół stawia na szybkość, na emocje i na to by cały czas się coś działo, dlatego na płycie najwięcej jest petard, które napędzają ten album. Właśnie taki „The Fighter”, energiczny „Force & trouble” są główną atrakcją na tej płycie. Ostatnie utwory zostały nagrane podczas koncertu w 1987 roku i pełnią rolę bonusów na płycie.

Dobrze, że Advice wrócił i udało im się wydać w końcu te kompozycje w normalnej wersji, z odpowiednim brzmienie, bo jest to kawał solidnego heavy/speed metalu. Niemieckie zespoły zawsze cechują się pracowitością i niezłym warsztatem muzycznym. Tak jest i w przypadku Advice, który nie nagrywa słabych kawałków i każdy jaki znajdziemy na „Destiny by dawn” to killer i kwintesencja gatunku oraz stylu Advice. Dla fanów heavy metalu lat 80 pozycja obowiązkowa.

Ocena: 9/10

sobota, 16 stycznia 2016

RHAPSODY OF FIRE - Into the Legend (2016)

Rhapsody of Fire to żyjąca legenda power metalu i tego nikt nie podważy. Panowie w sumie to co już mieli nagrać to nagrali i ostatnim czasy bardziej zawodzili swoich fanów i słuchaczy. Gdzieś się pogubili w swoim stylu stawiając przede wszystkim na efektywność i bogate aranżacje. „Dark Wings of Steel” obnażył wszelkie słabości zespołu i pokazał, że panowie są w kiepskiej formie. Mało power metalu, mało petard, że o hitach nie wspomnę. Rozrachunek jest w ich przypadku bardzo prosty. Ostatni jako taki udany album to „The Frozen tears of Angels” z 2010r, który faktycznie miał przebłyski i był przemyślany jeśli chodzi o kompozycje. Z kolei ostatni stricte klasycznym albumem i najbardziej udanym pod każdym względem jest „Power of dragonflame”. Rok 2016 to kolejny rok, w którym Rhapsody of Fire prowadzony Staropolliego i Fabio Lione miał nas zaskoczyć i zabrać prosto w świat tej żyjącej legendy. Czy „Into The Legend” w końcu jest tym na co czekali fani od lat? Czy to płyta godna ich statusu i czy ma w sobie więcej power metalu? Jedno jest pewne. Rhapsody of Fire nie powiedział jeszcze ostatniego słowa.

Kiedy w 2011 Luca Turilli odszedł i założył swój Rhapsody to pojawił się strach jak to wpłynie na Rhapsody prowadzony przez Fabio Lione. Luca pierwszy album nagrał bardzo udany i było tam sporo power metalu. Jednak on chciał skupić się na bardziej filmowym aspekcie, przez co gdzieś też zatracił blask na ostatnim albumie. Z kolei Rhapsody of Fire od czasu odejścia Luca Turilli troszkę ucierpiało, ale ma to swoje plusy. Przede wszystkim panowie troszkę zaskoczyli poszukiwanie nowych smaczków i nowych elementów. Starali się tworzyć świeże kompozycje, które nie będą kalką starych i oklepanych kompozycji. Zabieg udany, ale nie przynosił dotychczas pożądanych rezultatów. Większość z nas skreśliło Rhapsody of Fire nie spodziewając się już niczego dobrego z ich strony. Od ostatniego wydawnictwa minęły 3 lata i w końcu możemy cieszyć tym co zespół chciał nam zaprezentować. Odświeżona znana nam formuła. Power metal w symfonicznej oprawie, gdzie znajduje się miejsce na pewne progresywne elementy czy też pewne wtrącenia folkowe. W dodatku „Into The Legend” jest niezwykle dynamicznym i dojrzałym albumem. Tutaj z jednej strony jest nawiązanie do przeszłości i znów granie energicznego i przebojowego power metalu, a zarazem Rhapsody próbuje tworzyć coś nowego. Jest podniosłość, masa epickich motywów, dobrze w mieszane operowe wokale, zwłaszcza kobiecy. Do tego dobrze rozbudowane pomysły, duża dawka chwytliwych melodii. W końcu na płycie Rhapsody of Fire słyszę ciekawe popisy gitarowe, pomysłowe przejścia i dobrze zbudowane solówki. Wszystko zagrane jest z pasją i polotem. Może ogłoszę herezję, ale jest to najlepszy album od czasów „Power of Dragonflame”. Nie ma jakiś większych wpadek, a całość naprawdę dobrze wypada w ostatecznym rozrachunku. Każdy utwór coś w nosi do tej płyty, każdy kawałek to inna przygoda. Nie ma tutaj mowy o rutynie i klepanie jednego motywu. Rhapsody dokonał nie możliwego i nagrał krążek, który nie jest typowy i nijakim power metalowym wydawnictwem bez wyrazu.

Brzmienie to klasa sama w sobie, ale z tego ten band przecież słynie. Mnie cieszy widok smoka na okładce, bo przecież bez niego ciężko sobie wyobrazić szatę graficzną Rhapsody. Fabio pomógł ostatnio Angrze wyjść na prostą i słychać, że jest w szczytowej formie. Tak to już jest jak ma się w zespole jednego z najlepszych power metalowych wokalistów. W 2015 r grupę zasilił nowy basista i może nie słychać jego wkładu, ale na pewno wniósł nutkę świeżości. Zespół przede wszystkim tworzy jak za dawnych lat. Bawią się przy tym, tworzą pomysłowe kawałki, a wszystko tętni własnym życiem. Na płycie znajdziemy 10 kompozycji dających ponad godzinę materiału. Zaczyna się tak jak przystało na Rhapsody of Fire, czyli podniosłym i klimatycznym intrem w postaci „In Principio”.Płytę promował hit w postaci „Distant Sky” i to ten utwór przywrócił nadzieję w to, że Rhapsody of Fire powraca w wielkim stylu. Dawno zespół nie nagrał tak udanej petardy, która przypomina mi czasy „Power of dragonflame”. Jest energia, przebojowość i Robert de Micheli pokazuje na co go stać. Jego solówki są wręcz klasyczne i godne pochwały. Bardzo mocny start jak przystało na klasyczne albumy Rhapsody of Fire. Pierwszym elementem zaskoczenia jest wykorzystanie elementów celtyckich w tytułowym „Into The Legend”. Kompozycja podniosła, momentami utrzymana w klimatach operowych, czy też nawet i progresywnych. Jednak to jest kolejna power metalowa petarda, która przypomina czasy „Power of dragondflame”. Dawno zespołowi nie wyszedł tak chwytliwy refren. Cieszy fakt, że nie zapomnieli jak zaskakiwać i jak tworzyć power metalowe hity. Na płycie znajdziemy dużo rozbudowanych kawałków, a jednym z nich jest prawie 8 minutowy „Winter's Rain”. Dużo tutaj elementów progresywnych, do tego riff zagrany z takich posmakiem nowoczesności i marszowe tempo. Niby nic nadzwyczajnego, ale to też pokazuje jak zespół urozmaicił nowy album. Ten kawałek to przede wszystkim intrygujące i wciągające partie solowe klawiszowca Staropoliego i gitarzysty Roberta. Spokojnie, wręcz balladowo zaczyna się „A voice in the cold wind”. Bardzo dobrze wybrzmiewa tutaj melodia celtycka i latynoskie rytmy. Kompozycja należy do tych zaskakujących ze względu na sam motyw i konstrukcję. Troszkę nie typowy kawałek dla Rhapsody of Fire, a z drugiej strony wiemy że to ten nasz ukochany band, który potrafi stworzyć podniosły i wciągający symfoniczny power metal. Bardzo radosna i klimatyczna kompozycja, która wnosi sporo świeżości do świata Rhapsody of fire. Jednym z mocniejszych i agresywniejszych utworów na płycie jest „Valley of Shadows” i tutaj czuć ten power metal w pełnej okazałości. W dalszym ciągu zespół raczy nas podniosłymi i chwytliwymi refrenami, które przywołują na myśl te klasyczny. W momencie kiedy wchodzą solówki to słuchacza przechodzą ciarki. Bardzo klimatyczna i dość mroczna kompozycja, w której dzieje się sporo. To jeszcze nie koniec niespodzianek. Dalej mamy równie dynamiczny i rozpędzony „Realms of Light”, który również buduje napięcie i pokazuje że panowie wciąż potrafią grać power metal. Kolejna złożona i emocjonująca kompozycja. Fanów klasycznych albumów ucieszy przede wszystkim fakt, że album zdominowały naprawdę szybkie i power metalowe kompozycje i taki „rage of darkness” przypomina stare dobre albumy Rhapsody of Fire. No i nie mogło się obyć bez epickiego, dojrzałego kolosa, która ma wykraczać poza nasze wyobrażenia. Rhapsody of Fire lubi tworzyć kolosy i ma do tego smykałkę, ale dawno im żaden nie wyszedł na tyle, żeby móc go przeżywać. Nawet w tym aspekcie można dostrzec poprawę i wzrost formy. „The Kiss of Life” to 16 minutowa kompozycja, która ma ciekawe przejścia. Zaczyna się podniośle, napięcie rośnie z każdą sekundą, a główny riff po prostu cieszy. Jest mocny, prosty i porywający. Wszystko brzmi tak jak powinno i wiemy, że to jest symfoniczny power metal. Nie brakuje tutaj power metalu, epickości, przebojowości i złożonych, finezyjnych solówek. Nie pamiętam kiedy ostatnio Rhapsody nagrał tak udany i wciągający kolos. Po prostu brawo i szacunek się należy. Jedynie nie do końca wypaliła ballada „Shinning Star”. Z nią jest tak, że jest miła dla ucha, romantyczna, ale troszkę zbyt komercyjna. Troszkę odstaję od reszty, która jest niezwykle mocna.

Przyznam się Wam, że naprawdę skreślił Rhapsody of Fire. Ostatnie ich albumy były jakieś takie bez ikry, bez mocy i dalekie od tych klasycznych albumów. Jestem wielki fanem „Power of Dragonflame” bo jest mocny i przede wszystkim energiczny album, którego rozpycha przebojowość. To było w 2002 i od tamtego czasu minęło sporo i wiele też się zmieniło. Nie ma Luca i innych muzyków, Rhapsody rozdzielił się i wciąż szuka różnych smaczków co by urozmaicić swój materiał i styl. Szukali nowych inspiracji i efektem wyszła ciekawa mieszanka power metalu, folk metalu, symfonicznego metalu i nawet jest też miejsce dla progresywności. Jest klasycznie, ale jest też coś nowego. „Into The Legend” to album, który śmiało można postawić obok tych najlepszych i śmiało krzyczę światu, że to ich najlepszych album od czasów „Power of dragonflame”. Witamy z powrotem panowie, power metalowy świat oczekiwał na was.

Ocena: 9/10

ELDRITCH - Underlying Issues (2015)

Jednym z kluczowych zespołów jeśli chodzi o progresywny power metal jest bez wątpienia włoski Eldritch. Zrobili sporo dla gatunku i właściwie od 1991 roku ich muzyka ma wielki wpływ na gatunek. To oni są wymieniani jednym tchem razem z innymi wielkimi zespołami. Swoją pozycję zbudowali dzięki dobrym albumom, które nigdy tak naprawdę nie zawodziły. Za każdym razem była to święto dla fanów progresywnego power metalu. W sumie dorobili się 9 albumów i ten ostatni „Underlying Issues” tylko potwierdza w jakiej świetnej formie jest zespół. Ich nowe dzieło może nie jest czymś nowym w ich karierze, ale z pewnością pokazuje że band wziąć potrafi tworzyć nowe hity i wciąż potrafi zaskoczyć. Wiele kwestii zostało wręcz przerysowane z poprzednich albumów. Pokręcone motywy, nieco mroczny klimat i duży nacisk na melodie. Co może się podobać na „Underlying Issues” to z pewnością nieco nowoczesny wydźwięk. Na pewno album ma pazur i zespół nie kryje się z agresją i mrokiem na tej płycie. Wyszła z tego naprawdę niezła mieszanka. Do tego dochodzi mocne i soczyste brzmienie, który podkreśla agresywność gitar, a także klimatyczna okładka, która działa jak magnez. To wszystko składa się na idealną całość, która przenika nas od samego początku. Terence to naprawdę świetny i specyficzny wokalista, który potrafi śpiewać i to tak że ciarki przechodzą słuchacza. To jest właśnie znak firmowy tej kapeli. Eugene i Rudj to dwaj gitarzyści, którzy dbają żeby płyta była agresywna i zarazem nowoczesna. Udaje im się wywiązać ze swojego zadania i to nie podlega wątpliwości. Mamy na płycie 11 kompozycji i każdy z nich to prawdziwa frajda dla fanów gatunku. Mamy mocarny i urozmaicony „Changing Blood”, ostrzejszy „Danger Zone” czy lekki i niezwykle melodyjny „All and More”. Zespół stawia na nowoczesność i klimat, a to idealnie odzwierciedla „The Face i Wear” czy chwytliwy „Bringers of Hate” w którym kluczową rolę odgrywają progresywne klawisze. Najwięcej power metalu uświadczymy w „The Light” czy nieco thrash metalowym „Slowmotion K Us”. Można odnieść wrażenie, że to właśnie te petardy stanowią trzon tej płyty i jej prawdziwą atrakcję. Mimo pewnych zawirowań i urozmaicenia płyta nie zawodzi i właściwie może zapaść w pamięci i to na długo. W swojej kategorii jest to jedna z najciekawszych płyt i z pewnością może konkurować z nowym Queensryche.

Ocena: 8.5/10

czwartek, 14 stycznia 2016

DRAGONY - Shadowplay (2015)

Pamiętam te czasy kiedy mieliśmy do wyboru wiele różnych albumów power metalowych i o to różnych stylizacji. Rok 2015 jest na swój sposób rokiem który znów pokazuje różne formy power metalu i naprawdę jest w czym wybierać. Ostatnio brakowało mi power metalu w stylu Rhapsody, Hamerfall, czy Dionysus. Jednym z takich zespołów, który gdzieś zmieszał te zespoły jest Gloryhammer. Dobrym kompanem dla tej formacji jest też austriacki Dragony. Kapela w 2011 r błysnęła naprawdę solidnym debiutem w postaci „Legends” i teraz po 4 latach powraca z nowym krążkiem. „Shadowplay” to dzieło kompletne i krok na przód jeśli chodzi o Dragony. Dlaczego?

Zespół postanowił się jeszcze bardziej rozwinąć i jeszcze bardziej dopracować swój materiał jak i styl. Zespół dalej trzyma się epickiego power metalu, w którym nie brakuje symfonicznych czy też bardziej progresywnych smaczków. Słychać też progres i pewne zmiany. Zespół jakby bardziej postawił na dynamikę, na zróżnicowanie i na przebojowość. Skrzydła rozwinął wokalista Samer, którego wokal jest bardziej przejrzysty i słychać że pracował sporą nad techniką. Dzięki niemu kawałki są podniosłe i mają w sobie sporo emocji. Kawał dobrej roboty odwalają z pewnością również Simon i Andreas, którzy odpowiadają za sferą gitarową. Co utwór to inny motyw, to inna historia i inne rozplanowanie. Taki otwierający „Wolves of The North” to taki europejski power metal z połowy lat 90 i taki hołd dla Rhapsody czy Dionysus. Dobrze wtrącone zostały tutaj klawisze i same budowanie napięcie jest imponujące. Jeszcze większa dawka power metalu i dynamiki jest w rozpędzonym „Shadowrunner”, który jest jednym z najlepszych utworów na płycie. Z kolei klimatyczny i spokojny „The Maiden's cliff” zabiera nas do świata Blind Guardian. Dragony przede wszsytkim na nowym albumie nie boi się mieszać różne patenty i wzbogacać kompozycje pod względem aranżacji. W takim „Warlock” mamy wręcz przepych, ale fanom ostatniego albumu Blind Guardian czy starych płyt Rhapsody może taka forma kompozycji przypaść do gustu. Na pewno plusem jest to, że w takich kawałkach jak właśnie „Warlock” czy „Babylon” że sporo się dzieje i nie ma mowy o nudzie. Nie brakuje prostych i chwytliwych kompozycji co potwierdza to choćby „Dr. Agony” czy nieco słodszy „Unicorn Union”. Jak sami widzicie płyta jest naprawdę urozmaicona i nie ma mowy o kurczowym trzymaniu się jednego motywu. Najbardziej kontrowersyjnym kawałkiem na płycie jest nieco dyskotekowy „True Survivor”, który jest coverem Davida Hasselhoffa.

Mimo pewnych słabszych momentów, mimo tego że nie ma tutaj niczego odkrywczego to i tak „Shadowplay” zasługuje na uwagę. Zwłaszcza tym albumem powinni zainteresować się fani Rhapsody, hammerfall czy Blind Guardian. Mamy tutaj nacisk na podniosłość, epickość i zróżnicowane motywy. Jest szybkość i wiele urozmaiceń w samej stylizacji co chroni album przed monotonią i utartym schematem. Solidna płyta, która nie zawiedzie słuchaczy, którzy gustują w takich klimatach.

Ocena: 8/10

wtorek, 12 stycznia 2016

GHOST MACHINERY - evil Undertow (2015)

Pete Ahonen to znana postać w świecie muzyki określanej melodyjnego heavy/power metal. Jest to lider dwóch znaczących kapel, które reprezentują fińską scenę heavy metalową. Mowa tutaj o Burning Point i jego brat bliźniak w postaci Ghost Machinery. Kapele te są ze sobą powiązane, nie tylko za sprawą Pete'a, ale też przez podobny styl w jaki obracają się obie kapele. Burning Point pozyskał byłą wokalistkę Battle Beast i radzi sobie całkiem dobrze. Jak wygląda sprawa z Ghost Machinery? Mieli pewny zastój, ale teraz po 5 latach powracają z nowym materiałem i z pewnością „Evil Undertow” to taki Ghost Machinery w pigułce.

Melodyjność to główny składnik tego krążka, to właśnie ona jest tym do czego zawsze dąży Ghost Machinery. Niezależnie czy stylistycznie wkraczają w rejony hard rocka, heavy metalu, czy power metalu, grunt żeby wszystko było łatwo przyswajalne i przebojowe. Tutaj liczy się właśnie to jak zapaść w pamięci, to jak trafi się do słuchacza. Najlepszą drogą są przeboje i udane melodie. Na nowym albumie finów tego wszystkiego jest pod dostatkiem i właściwie od samego początku wiadomo, że mamy do czynienia z melodyjnym heavy metalem. Nie do końca pasuje do tego wszystkiego mroczna i nieco nowoczesna okładka. Na szczęście zespół pozostaje wiernym tradycyjnym rozwiązaniom jeśli chodzi o sam materiał jak i brzmienie. Jednym kontrowersyjnym elementem w muzyce Ghoste Machinery są nieco słodkie klawisze, które mogą irytować. Jednocześnie to dzięki nim całość jest niezwykle melodyjna i ma większą przestrzeń. Dzięki nim proste kawałki jak otwierający „Army of strangers” brzmią o wiele lepiej. Ta płyta to przede wszystkim bardzo dobra warstwa instrumentalna, która jest urozmaicona i przemyślana. Nie ma mowy o stagnacji i wałkowaniu tych samych motywów w kółko. Kawał dobrej roboty odwalił tutaj Pete oraz gitarzysta Mikko. Jest rytmiczność, jest prostota i chwytliwość, a to wszystko przyczynia się do łatwego odbioru płyty. Dobre popisy gitarowe to choćby atut stonowanego „Kingdom of Decay”, który pokazuje na czym polega melodyjny heavy metal. Pierwszym takim prawdziwym power metalowym hitem jest „Go to Hell” i zdecydowanie to jest to w czym zespół się naprawdę sprawdza. Słodkość i nadmierne wykorzystanie klawiszy nieco odbiły się na jakości tytułowego „Evil Undertow”, który jest troszkę nijaki. Nie zabrakło też miejsca dla AOR i spokojnego hard rocka i dowodem na to jest „Brave Face”, czy melodyjny „Tools of the Trade” czy rockowy „Lost to Love”. Co ciekawe największy hit z tej płyty znajduje się na jej końcu. „The Last line of Defense” to taki prosty, pełen pozytywnej energii przebój. Zespół definitywnie lepiej wypada właśnie w takich power metalowych petardach. Stara szkoła grania europejskiego power metalu i co ciekawe wszyscy jakoś lepiej wypadają w tym kawałku. Zwłaszcza wokal Pete'a jest jakoś taki mocniejszy i bardziej wyrazisty.

Ghost Machinery przerywa milczenie i wraca z nowym albumem, który pokazuje co to znaczy melodyjny heavy metal na wysokim poziomie. Panowie może nie zaskakują niczym nowym, ale umacniają swoją pozycję. Znajdziemy tutaj mieszankę hard rocka, heavy i power metalu, a wszystko tak zmieszane by melodyjność czy przebojowość grały tu pierwsze skrzypce. Ghost Machinery na „Evil Undertow” pokazuje przede wszystkim fińską tradycję w graniu melodyjnego heavy metalu. Dobra robota!

Ocena: 8/10

niedziela, 10 stycznia 2016

PARAGON - Hell Beyond Hell (2016)

To już 26 lat działalności niemieckiej formacji Paragon. Jeden z najbardziej niedocenionych zespołów, który nigdy nie zdobył takiej sławy na jaką zasłużył. Zespół, który działa sukcesywnie od 1990, który nagrał znakomite albumy, które zapisały się w historii heavy/power/speed metalu. „Steelbound” czy „Law of The Blade” to prawdziwe klasyki gatunki i kwintesencja niemieckiego heavy/power metalu. Paragon stworzył swój styl, który był pochodną Grave Digger, Iron Savior czy Gamma Ray, ale tak to już jest w niemieckim obozie, że wiele zespołów ma wiele wspólnego ze sobą. Wydany w 2012 r „Force of Destruction” był przebudzeniem mocy i naprawdę zespół przeszedł sam siebie. Nagrali klasyczny album i Piet Sielck znów zadbał o jakość muzyki zawartej na płycie. Duet Sielck i Paragon to machina nie do zatrzymania. Minęły 4 lata a apetyt na muzykę tej niemieckiej formacji wzrósł i chce się jeszcze więcej takiego heavy/power metalu. Czas na „Hell Beyond Hell”. Sprzedałem duszę diabłu by poznać prawdę o tej płycie. Premiera 18 marca 2016, ale już teraz pozwolę Wam przybliżyć jaki jest nowy album Niemców.

Paragon to doświadczenie i wieloletnia gwarancja jakości. „Hell Beyond Hell” to przecież 11 album niemieckich weteranów i nie ma tutaj miejsca na wpadkę. Słychać, że to płyta zespołu który wie co robi, który wie jak zadowolić słuchacza i wykorzystuje swoje atuty na korzyść. Styl został bez zmian i mamy jakby rozwinięcie pomysłów z „Force of Destruction”. To akurat jest bardzo dobry pomysł, co by pozyskać jeszcze nowych fanów. Tamten album to była perełka i w sumie najnowsze dzieło wiele mu w tym nie ustępuje. Podobny charakter, podobny rozkład utworów, podobny feeling, takie samo ostre i mocne brzmienie wykreowane ponowne przez Pieta Sielcka. Ta współpraca z nim służy zespołowi. Jednak są tez pewne zmiany w składzie, które sprawiły że album brzmi jeszcze bardziej klasycznie i jeszcze bardziej świeżo. Do zespołu powrócił martin christian, który był z Paragon od samego początku. To on był przy tym jak powstawał taki „Law of the Blade”. Jego wkład w nowy materiał jest słyszalny. W dodatku stworzył naprawdę ciekawy duet z Janem Bertramem. Stawiają na technikę, na klimat i prawdziwą jazdę bez trzymanki. Nie brakuje petard, nie brakuje urozmaicenia i elementów zaskoczenia. Prawdziwy miszmasz i klasyczny materiał, który porwie fanów największych dzieł tej formacji. Za okładkę odpowiada Lars Paukstadt, co jeszcze bardziej przywołuje wspomnienia o najlepszych dziełach Paragon. Mówi się, że to najlepszy skład Paragon i w sumie nie jest to wcale przesadne stwierdzenie. Jest chemia i muzycy dobrze czują się ze sobą. W efekcie dostajemy kolejny wielki album tej formacji. „Rising Forces” to jeden z najlepszych otwieraczy w historii płyt Paragon. Prawdziwa petarda. Mocny, agresywny riff, który ociera się o thrash metal, no i ten typowy dla Niemców refren. Kawałek bardzo energiczny i w dodatku pokazuję wysoką formę muzyków, zwłaszcza gitarzystów. Metalowy hymn na sam start? Czemu nie. Pomysłowość to atut od lat w przypadku Paragon. W „Hypnotized” pokazuje właśnie tą cechę. Ciekawy, naprawdę hipnotyzujący riff i odpowiednia dynamiką czynią ten kawałek killerem. Fani Gamma Ray czy Iron Savior będą w siódmym niebie. W wolniejszym tempie jest utrzymany tytułowy „Hell Beyond Hell”. Tutaj zespół zabiera nas w rejony klasycznego Judas Priest czy Accept. Echa najlepszych płyt metalowych można wyczuć w epickim, marszowym „Heart of the Black”. Tutaj można przekonać jak dobrze radzi sobie nowy perkusista Soren Tuckenburg. Sam utwór jest bardzo rozbudowany, ale też pokazuje że zespół potrafi grać łagodniej, bardziej komercyjnej i w sumie nie tracić na mocy. Bardzo melodyjny przebój, który zasługuje na odrębną recenzję. Kto lubi wojnę gangów i do tego thrash metalowy feeling ten od razu polubi rozpędzony „Stand Your Ground”, który jest kolejnym killerem. Refren oddaje nie tylko ducha klasycznych albumów Paragon, ale też Iron Savior. To też dowód na to, że Christian odgrywa kluczową rolę w muzyce niemieckiej formacji. Horror „Pociąg z mięsem” Clive'a Barkera zainspirował muzyków i w efekcie powstał toporny i dość mroczny „Meat Train”. Jedną z najlepszych kompozycji na płycie jest bez wątpienia szybki i agresywny „Buried in Blood”, który momentami przypomina nawet stary dobry Slayer. To jest właśnie to co lubię w Paragon. Potrafią stworzyć prawdziwy killer, który przejdzie wszelkie nasze oczekiwania. Dobra robota i oby jak najwięcej takich kawałków w heavy/power metalowym światku. Nowy album zaskakuje pod względem epickości i długich kawałków. Drugim takim zaskoczeniem na płycie jest „Devils Waitingroom”.Bardzo ciekawa kompozycja, która zaczyna się jak jedna z ballad Scorpionsów, potem nabiera bardziej mrocznego, wręcz doom metalowego charakteru. Popis gitarzystów w tym kawałku jest godny uwagi i zasługuje na owacje na stojąco. Jeden z pierwszych utworów który powstał w ramach nowego album. Co ciekawe konstrukcja nie jest typowa dla Paragon, a mimo to brzmi jak jeden z ich kawałków. Bonusem na płycie jest klasyczny „Thunder in the dark”, który utrzymany jest w średnim tempie. Fani Judas Priest i Iron Savior będą zachwyceni. Przy tworzeniu tego kawałka maczał sam Piet Sielck.

Na takie płyty warto czekać, nawet jeśli są to 4 lata. Paragon znów nagrał świetny album bardzo heavy metalowy, bardzo energiczny i dobrze wyważony. Nowy perkusista dobrze się sprawdza, a powrót do składu Martina Christiana to taka wisienka na torcie. Płyta wypchana po brzegi killerami i nie ma mowy tutaj o nudzie czy wypełniaczach. Idealny przykład jak powinien brzmieć heavy/power metal na wysokim poziomie. Paragon przeżywa drugą młodość i czekam na kolejne wydawnictwa, bo na tym się nie skończy. Jak się wybrać do piekła to tylko z Paragon i ich albumem. Polecam. Klasa sama w sobie.

Ocena: 9.5/10