poniedziałek, 30 marca 2015

ZELARATH - The Claw of Aralez (2015)

Czy można w pojedynkę nagrać udany album? Czy nie mając większego doświadczenia i zespołu z prawdziwego zdarzenia można stworzyć dzieło, które będzie miłe w odsłuchu? Thom Aralez to młody człowiek, który uczęszczał do liceum im Norwida w Warszawie i grywał w Juggernaut, a teraz stworzył własne band, czy też bardziej można to określić jednoosobowy projekt muzyczny. Przyjął nazwę Zelarath i już w tym roku udało się skończyć pracę nad pierwszym albumem zatytułowanym „The Claw Of Aralez”. Jest to płyta skierowana do fanów mocniejszego, brutalniejszego grania, ale również miłośnicy ciekawych melodii mogą spokojnie sięgnąć po ten album, który Thom udostępnił do pobrania za darmo na swojej oficjalnej stronie.

Tyle tytułem wstępu. Sam album jak na debiut i jednoosobowy projekt wyróżnia się dość solidnym brzmieniem, które podkreśla agresję, ale zarazem sprawia że wszystko brzmi naturalnie i soczyście. Thom daje całkiem niezły popis w wokalu i tutaj nie ma się do czego przyczepić, zwłaszcza jeśli gustujemy w growlu czy brutalniejszym wokalu. Od strony gitarowej jest jeszcze lepiej bo riffy są ostre, ale zarazem melodyjne i całość nie jest monotonna. Udało się urozmaicić poszczególne kawałki poprzez chwytliwe melodie i liczne przejścia. Co ciekawe sam styl jaki udało się stworzyć na tej płycie też nie jest tak łatwy do określenia. Głównym składnikiem jest oczywiście death metal, ale nie obeszło się bez elementów thrash metalu, heavy metalu czy też nawet grindcoru. Na płycie mamy 18 kawałków. Na płycie pojawiają się też goście i tak w thrash metalowym „Sensibus” pojawia się Rasky, a w takim klimatycznym „At the End of Eternity” pan Gotowicki. Do grona ciekawych kompozycji trzeba zaliczyć energiczny i nie zwykle przebojowy „Venus”. Miło zaskakuje „Soul Sharing”, w którym udaje się udać w kierunku bluesa rocka czy country. Z kolei taki „Hawk” wyróżnia się atrakcyjnymi solówkami, które zachwycają technika i pomysłowością. Sporo wnosi do albumu instrumentalny „Contrixia” , który w pełni ukazuje talent Thoma i jego umiejętność gry na gitarze. Gdybym miał wskazać najciekawszy utwór to wskazałbym na „Zodiac”. Niby instrumentalny, ale pełen emocji i ciekawych motywów, które zostają na długo w głowie.

Jasne znajdzie się kilka słabszych momentów, jest może nieco za dużo tych utworów, ale jest to solidne dzieło człowieka, który nagrał muzykę prosto z serca. Słychać, że death metal czy grindcore to pasja Thoma i mimo że nie ma zespołu z krwi i kości to nagrał materiał. Nie ma powodów do wstydu, bowiem płyta dobrze się prezentuje. Szacunek dla Thoma i jego ciężkiej pracy. Fani death metalu z pewnością jeszcze bardziej docenią jego wysiłek.

Ocena: 6/10

P.s podziekowania dla Thoma Araleza za udostępnienie materiału

niedziela, 29 marca 2015

HELLDORADOS - Lesson in Decay (2014)


Szukacie energicznego hard rocka, w którym  bez problemu doszukacie się w pływów takich tuz gatunku jak Guns’ N  Roses, Ac/DC, czy Motorhead?  Nie przeszkadza Wam po raz kolejny odgrzana formuła, którą znacie z innych kapel? Liczy się dla Was dobra zabawa, energia i pozytywne nastawienie muzyków?  To w takim razie możecie sięgnąć po nowy album niemieckiego zespołu Helldorados, który nosi tytuł „Lesson In Decay”. Kapela gra już od 7 lat i jest to ich drugie wydawnictwo, więc doświadczenie jest, podobnie jak i pojęcie jak grać solidny hard rock.  Może i okładka albumu działa odstraszająco, a to głównie za sprawą amatorskiego wykonania.  Najlepiej zlekceważyć ten fakt i po prostu przejść do samej muzyki, bo ta już jest godna uwagi. Zespół gra energiczny i chwytliwy hard rock, w którym oczywiście usłyszymy wpływy takich kapel jak Ac/Dc czy Motorhead, choć Helldorados stara się tworzyć własny styl, własny materiał, nie podobając tym samym w bezczelne kopiowanie.  Płyta od samego początku dobrze nastawia słuchacza, bowiem energiczny i rozpędzony „Seven deadly Sins” ukazuje same atuty zespołu.  Żwawa sekcja rytmiczna, solidne, a przede wszystkim pomysłowe partie gitarowe i specyficzny wokal Pierra.  Stonowany „In for the Kill”  czy mocniejszy „By the Progress” to przykłady zagłębienia się w styl Ac/Dc. Zespół nie jest sztywny i nie trzyma się cały czas jednego motywu. Już w takim „The Devil Takes The Hindmost” zespół oddala się w stronę bluesa i rock;n rolla, ale to wciąż bardzo energiczne i przebojowe granie.  Hitów na tej płycie właściwie jest pod dostatkiem i jednym z nich jest „Let Us play”  czy „Something Sweet”.  To co zachwyca w Helldorados to z pewnością ich umiejętność  tworzenia ciekawych szybkich rock’n rollowych kawałków. Taki „Megalomaniac” czy „To Live  Is To Die”.  Bardzo równy materiał, masa przebojów, plus do tego młodzieńczy zapał  i soczyste brzmienie, które podkreśla poziom tej płyty sprawiają, że „Lesson In Deacy” jest udanym albumem.  Polecam.

Ocena: 7/10

sobota, 28 marca 2015

MESSENGER - Captains Loot EP (2015)



Nigdy za wiele heavy/Power metalu w wykonaniu niemieckiego Messenger. Ostatni ich albumy to prawdziwa uczta dla fanów tych gatunków. Panowie są naprawdę w formie, a ich świeżutki mini album zatytułowany „Captain’s Loot” to najlepszy dowód na to.  Messenger to przykład, że można mieszać styl Gamma Ray, Running Wild czy Scanner. Nowy mini album to w sumie rovery, ale są też świeże kawałki. Można tutaj dobrze się bawić wraz z Power metalowym hymnem w postaci „Sing of the Evil Master”. Wokalista Siegfried znakomicie imituje momentami Erica Adamsa czy Ralfa Sheepersa. Klasa sama w sobie i ciężko sobie wyobrazić muzykę Messenger bez jego wokali. Dalej mamy nieco hard rockowy „Tod Dem Dj”, który brzmi jak mieszanka Krokus i Judas Priest. Kawał tradycyjnego heavy metalu w stylu lat 80. Z kolei tą typową niemiecką toporność można uświadczyć w „Asylum XTC”, który ma partie basu godne „Balls to The Wall” Accept. Jednak największą ciekawostką od samego początku były rovery, jakie miały się znaleźć na tym mini albumie. Zespół sięgnął do klasyki i trzeba przyznać że znakomicie sobie poradził. Wersje Messenger mają kopa i pazur, a to zawsze działa korzystnie na słuchacza. Pierwszy jest „Kill The King” i brzmi bardziej Power metalowo, ale taki kierunek nadaje temu utworowi nieco innego charakteru. Znów wokalista interpretuje kawałek na swój sposób, nie bawiąc się w udawanie Dio. Pierwszy cover oczywiście na plus. Dalej mamy „Port Royal” z gościnnym udziałem Preachera. Również ten utwór wypada bardzo dobrze. Mocny, soczysty riff no i wokal na miarę Rolfa. Może to Messenger powinien nagrywać muzykę w stylu Running Wild? Słychać, że dobrze się czują w tych klimatach. Nieco słabiej wypada „Dr. Stein”, ale może to przez jakieś wolniejsze tempo, sztuczną perkusją i bezpłciowe gitary? No tutaj panowie dostają minus. Na koniec jest jeszcze jakże klimatyczny „Dont Talk To strangers” z repertuaru Dio i znów zespół imponuje pomysłowością i techniką. Szkoda, że nie jest to nowy album, tylko mini album właściwie z coverami, ale dobre i to. Jakoś trzeba zaspokoić głód na muzykę Messenger. Polecam fanom klasyki i oczywiście Messenger.

Ocena: 8/10

piątek, 27 marca 2015

LORD VOLTURE- Will To Power (2014)

„Will to Power” to już trzecie wydawnictwo holenderskiego Lord Volture, który reprezentuje starą znaną wytwórnię Mausoleum. W myśl tego co prezentowała ta wytwórnia mamy oczywiście do czynienia z kapelą heavy metalową, w której jest nutka NWOBHM czy speed metalu. Jest duch lat 80 i ślepe zapatrzenie w takie tuzy jak Iron Maiden, Judas Priest, Saxon czy Jag Panzer. Na nowym albumie właściwie Lord Volture nic nie zmienia i idzie utartymi schematami. W sumie to było do przewidzenia, bo zespół dobrze się czuje w takim właśnie stylu i poprzednie dwa albumy były solidne. Każdy fan melodyjnego grania nie miał powodów do narzekania. Skoro to się sprawdza, jest to muzyka prosto z serca, to po co kombinować i zmieniać to. Formuła jeszcze jak widać nie została wyczerpana. Jednak można wyczuć, że na nowym albumie zespół pokazuje nam bardziej drapieżne oblicze. Materiał też pozbawiony jakiś wad i niedopracowań, można nawet poczuć, że zespół jest bardziej doświadczony i dojrzalszy. Samo otwarcie „Where The Enemy Sleep” jest strzałem w dziesiątkę. Jest energia, jest przebojowość, jest szybkość i złożone popisy gitarowe Paula i Leona. Ich relacja układa się pomyślnie, jest w tym nutka szaleństwa i radość z grania, a to przedkłada się na lekkość i chwytliwość. Taki „Taklamakan” wyróżnia się rytmicznym riffem i łatwo zapadającym refrenem. Choć brzmi jak wiele innych utworów z lat 80, to jednak miło go się słucha. W „The Pugilist” zespół zabiera nas w hard rockowe rejony, natomiast taki „Will To Power” zaskakuje szybkością. David wokalnie też wypada na nowym albumie znacznie korzystniej niż na dwóch poprzednich wydawnictwach. Wystarczy posłuchać taki „My sworn Enemy” w którym David brzmi niczym Tim Ripper Owens, co jest jak najbardziej na plus. Tempo siada w „The great Blinding”, gdzie zespół zwalnia i stawia na bardziej progresywny charakter. Może mniej się tutaj dzieje, jest więcej kombinowania, ale tez można tutaj znaleźć kilka ciekawych momentów. Solidny materiał bez zbędnych wypełniaczy i na koniec dostajemy jeszcze dwa bardzo wartościowe utwory, a mianowicie melodyjny „Bandajoz” i energiczny „Line'em Up”, w którym jest nutka NWOBHM i speed metalu. Nawet okładkę i brzmienie dopasowano pod stylizację na miarę lat 80. To wszystko spełnia swoją rolę i ostatecznie można mówić o udanym albumie Lord Volture, który pokazuje że ta kapela potrafi grać heavy metal zakorzeniony w latach 80 i to na całkiem przyzwoitym poziomie. Dobra zabawa gwarantowana!

Ocena: 7/10

środa, 25 marca 2015

MAJESTY - Generation Steel (2015)

Jestem tego zdania, że niemiecki klon Manowar działający pod nazwą Majesty ma swoje najlepsza lata już dawno za sobą. Nie zmienia to jednak faktu, że jest to wciąż jeden z tych zespołów, który trzyma się swojego stylu i nie schodzi poniżej pewnego poziomu. W 2011 roku zespół znów powrócił do nazwy Majesty i jedyne co się nie zmienia od lat to muzyka. Wciąż zespół gra prosty, melodyjny true heavy metal mocno inspirowany na twórczości Manowar. Tak było na „Reign in Glory” choćby czy na „Sword and sorcery” i tak jest na nowym „Generation Steel”. Toż to typowy album tego zespołu i albo się akceptuje ich styl albo jest się wrogiem Majesty i true metalu.

Może nowy album to nie jest ich największe osiągnięcie i z pewnością nie ma startu do klasyków jak „Reign in Glory” czy nawet bardzo udanego poprzednika „Banners High”. Może za mało tutaj takich momentów rzucających na kolana czy utworów, które zrobiły by takie wrażenie jak te sprzed lat. W końcu ciężko zaskoczyć jak któryś raz z rzędu podaje się tą samą formułę To może niektórych nudzić i wręcz odstraszać. Majesty nawet nie kusi się o jakiś eksperyment i idzie po najmniejszej sile oporu. Dostajemy prosty i łatwy w odbiorze materiał, który może nie zabija ostrym brzmieniem, czy potężnym wokalem Maghary. Atuty tego albumu tkwią w czymś zupełnie innym. Tym czymś jest to, że zespół stara nas zauroczyć prawdziwym ture metal, stylem ala Manowar, no i atrakcyjnymi melodiami, które wychwalają metal i stal. Banalne jest to do bólu, ale taki jest Majesty. Niczego nie udają nawet w promującym płytę „Hawks will Fly”, który jest jednym z mocniejszych punktów tej płyty. To jest prawdziwy hit i to jest właśnie cały Majesty. Kolejny heavy metalowy hymn do kolekcji. Tytułowy „Generation Steel” to spokojniejszy kawałek, który ma w sobie nawet nieco hard rockowej maniery. Ja tam w tej kapeli zawsze ceniłem sobie szybkie petardy i tutaj w tej roli „Circle of Rage”, marszowy „Damnation Hero” czy ocierający się o power metal „Knights of the Empire”. Dobrze też potrafi rozbawić radosny „Rulers of The World”, który jest hymnem równie świetnym co te tworzone na przestrzeni wieków przez Manowar. Znakomicie tutaj prezentują się chórki. Na koniec pozwolę sobie wyróżnić dwa epickie kawałki czyli „War for metal” czy „children of The Dark”, które porywają swoim średnim tempem i mocną sekcją rytmiczną. To jest przykład, że stać ich jeszcze na świetne kompozycje.


Majesty nie ma zamiaru zmieniać stylu i rezygnować z metalowych hymnów ku czci Manowar i true metalu. Nagrywają kolejny album i niczego on może nie wnosi do twórczości, może już nie ma tego wysokiego poziomu co kiedyś, ale jest to wciąż muzyka pełna szczerości, miłości do heavy metalu i zagrana prosto z serca. Są hymny, są i petardy, a nawet i wolniejsze kawałki, tak więc dla każdego się coś znajdzie. .

Ocena: 7/10

NIGHTWISH - Endless Forms Most beautiful (2015)

Nie ma już Tarji w Nightwish, które wyniosła ten zespół na wyżyny. Nie ma już też Anette Olzon, który popowy wokal jakoś wpasował się na ostatnim albumie. Teraz nastała era Floor Jensen, która znana jest choćby z After Forever, Revamp czy Star One. Z pewnością jest to charyzmatyczna wokalistka, która jest bardziej uzdolniona niż Anette i z pewnością jej bliżej do Tarji. Mnie osobiście ucieszyła informacja, że to Floor obejmie rolę wokalistki Nightwish. Pojawiła się nadzieja, że nadchodzący album „Endless Forms Most Beautiful” będzie bardziej w starym stylu, że będzie bardziej metalowy. Po części udało się spełnić owe pokładane nadzieje, ale czy rzeczywiście jest to ten Nightwish za którym tak wielu tęskni.

Z pewnością ten album nie jest czymś nowym i właściwie można mówić o rozwinięciu pomysłów z poprzedniego krążka. Znów mamy koncepcyjny album, który został zainspirowany pracami Darwina i zabiera nas do krainy nauki i świata natury. Filmowy charakter materiału tylko to podkreśla jednocześnie epickość, rozmach albumu i klimat zaczerpnięty z poprzedniego wydawnictwa. Zespół znów postawił na efekty i bogate aranżacje, czyli mamy właściwie powtórkę z rozrywki. W sumie to jest nawet na miejscu, bo Nightwish to jeden z najważniejszych zespołów grających symfoniczny metal. Szkoda tylko, że zespół gdzieś traci na swojej agresji i traci heavy metalowy pazur. Na szczęście i tak „Endless Forms Most Beautiful” ma w sobie więcej energii i heavy metalu niż ostatnie dwa albumy. Słuchając nowego krążka, można poczuć się jakby zespół próbował nawiązać do „Once” i w sumie wyszło to nie najgorzej. Z pewnością nie brakuje utworów, które robią wrażenie. Najlepiej wypadają te utrzymane w starym, heavy metalowym stylu. Tu trzeba wyróżnić energiczny „Shudder before the Beautiful”, który przypomina do bólu „Storytime”, czy mocniejszy, agresywniejszy „Weak Fantasy”. To bardzo dobry początek płyty. Co ciekawe gitarzysta Empuu jakoś mało z siebie daje i właściwie za dużo go nie słychać. Więcej tutaj już robi nowy perkusista w postaci Kaia Hanto czy lider grupy Tuomas. Album słusznie promował „Elan”, bo w końcu to typowy singlowy kawałek. Prosty, chwytliwy i ma coś z „Nemo” czy „I want tears my back”. Kawałek jest spokojny, klimatyczny i przede wszystkim porywa swoim chwytliwym charakterem. Nie jest to ich najlepszy kawałek, ale z pewnością wstydu im nie przynosi. Podoba mi się znów wykorzystanie folkowych patentów i stworzenie ciekawej melodii. Jednym z najlepszych utworów na płycie jest również energiczny „Yours is an empty Hope”. Jest w końcu heavy/power metal, mocniejszy riff i pewniejszy wokal Floor, który wspiera Marco. Pierwszym zgrzytem jest na płycie balladowy „Our Decades in the Sun”, który niczego nie wnosi do całości. „My Walden” to kawałek podobny stylistycznie do singlowego „Elan” , z tą różnicą że jest bardziej zadziorny i ma w sobie więcej energii. Mocnym akcentem na płycie jest też tytułowy kawałek, który jest znów mieszanką „Once” i „Imaginaerum”. Bardzo dobra mieszanka i miło znów usłyszeć nieco mocniejsze granie w wykonaniu Nightwish, bo tego brakowało ostatnio. W podobnej tonacji jest utrzymany przebojowy „Alpenglow”, który również zabiera nas do starego dobrego Nightwish i tutaj Floor też stara się śpiewać agresywniej. Miłym dodatkiem są partie fletowe. Całość niezwykle długi, epicki kolos w postaci 20 minutowego „The Greatest show on earth”. Za dużo patosu, za dużo przepychu i filmowego charakteru sprawiają, że utwór momentami przynudza.


Każdy z nas liczył na wielkie wydarzenie i na wielki powrót Nightwish do korzeni. To udało się tylko w połowie i zespół jakby tylko trochę nawiązał do czasów „Once” co już nie lada sukcesem. Przede wszystkim „Endless forms most beautiful” to płyta energiczna, ma kopa, ale to wciąż album będący kontynuacją stylu wypracowanego na „Imaginaerum”, z tym że Floor jest lepszą wokalistką. Szkoda tylko, że nie pokazała swojego prawdziwego charakteru i tej swojej mocy z której słynie. Co by nie napisać, to trzeba oddać że jest to solidny album i jest kilka ciekawych momentów, które sprawią że łezka w oku się zakręci. Warto posłuchać, jak Nightwish prezentuje się z nową wokalistką.

Ocena: 7/10

RISING POWER - Power of The People (1984)

Źródła donoszą, że amerykański band o nazwie Rising Power grał power metal. Bardzo to naciągane, biorąc pod uwagę, że zespół bardziej gustował w heavy/speed metalu w melodyjnej odmianie. Choć najwięcej w ich muzyce elementów charakteryzujących brytyjskie kapele grające NWOBHM czy też hard rocka. Może nie wyróżniali się niczym specjalnym, może nie nagrali sporo albumów, bo skończyło się tylko na debiucie, może nie zdobyli sławy, ale jest to zespół warty uwagi. Jeśli cenisz sobie przebojowość, energiczne i finezyjne solówki, pomysłowe riffy i zapadające w ucho refreny. Jeśli liczy się dla Ciebie szczerość, prostota i dobra zabawa, a ponadto gustujesz w muzyce rodem z Angel Witch, Accept czy Iron Maiden to „Power of People” przypadnie Ci do gustu. Okładka jest paskudna i bardziej nasuwa nam myśl, że to jakieś demo, a nie pełne wydawnictwo. Również i brzmienie nie jest wysokich lotów, ale to wszystko ma swój klimat i współgra z tym co dostajemy na płycie. Zaczyna się śmiesznie, bo od krótkiego intra „Hello”. Surowy „Adrenalized” brzmi naprawdę uroczo. Słychać coś z Iron Maiden, Def Leppard, Accept czy nawet Black Sabbath. Ciekawa mieszanka, a sam utwór to prawdziwa petarda. Szybka sekcja rytmiczna, a do tego Peter Best, który odpowiada za ostry riff i charyzmatyczny wokal. Brzmi to momentami nieco amatorsko, ale jest to kawał porządnej roboty. „Teenage Trauma” może nieco bardziej hard rockowy, ale to też ukłon w stronę brytyjskiej sceny metalowej. Na płycie sporo ciekawych partii gitarowych i jedna z tych najciekawszych zdobi „This Time”. Jest to jeden z najszybszych kawałków i tutaj zespół daje naprawdę czadu. Nie przeszkadza jakość brzmienia czy wokal Petera. Tutaj chodzi o tą grę na gitarze i chwytliwy refren. Prawdziwy hit. Jeszcze więcej hard rocka i dobrej zabawy mamy w „Goddess of Pain and Pleasure”. Lubicie rozpędzony rock'n roll przesiąknięty Ac/Dc i Motorhead? To „Fast & furious” będzie idealny dla was. Dziwne, że seria „Szybkich i wściekłych” nie wykorzystała ten kawałek jako główny motyw? Nadawałby się idealnie. Speed metal mamy w „Master Of Illusion” i tutaj przede wszystkim czaruje perkusista Mike Portnoy, największa gwiazda zespołu. W końcu potem pojawił się w Overkill, Adrenalina Mob czy Fates warning. Dalej mamy bardzo rytmiczne kawałki o przebojowej konwencji, tak więc „Too fast to live” czy „Edge of Trouble” mogły śmiało zdobywać rozgłos w radiu. Więcej już ten zespół nie nagrał, a szkoda bo byli dobrzy w te klocki. Kawał porządnego heavy metalu z domieszką hard rocka i NWOBHM. Gorąco polecam.

Ocena: 8/10

poniedziałek, 23 marca 2015

STORM - Storm (1983)

Wszelkie wady jakie towarzyszyły na debiucie amerykańskiej formacji Storm, zostały rozwiązane na kolejnym albumie. Drugi album ukazał się w 1983 roku i również miał tytuł „Storm”. Te same tytuły, ale muzyka już nieco inna. Debiut to przede wszystkim pop rock i rock'n roll. Drugi krążek, niby dalej cechuje się popowym charakterem, ale jest go znacznie mniej. Mamy do czynienia z bardziej dojrzałym materiałem, a już z pewnością z bardziej rockowym. Mniej komercji, więcej rocka, do tego spora ilość gitarowych popisów. Nowy materiał tętnił życie, a wszystko dzięki lepszej produkcji, która była czysta i soczysta. W stylu można było dostrzec powiew świeżości i pomysłowość. Bardzo miło zaskoczyło wykorzystanie syntezatorów w większym stopniu i tutaj nawet można znaleźć wpływy brytyjskiego Demon. Oczywiście na muzykę Storm wciąż ogromny wpływ ma Queen. Słychać to w konstrukcji utworów, w grze gitarzysty Leara Stevensa, czy w sposobie komponowania. Sporo melodii jest wyjętych z Queen, ale to żadna ujma. Muzycy są bardziej doświadczeni i bardziej dojrzali. Lear gra ostrzej, ale i może się pochwalić bardziej dopracowaną techniką. Słychać to choćby w „Anything for Your Love”. Niby utwór utrzymany w stylu poprzedniego wydawnictwa, ale jest o klasę lepszy. Ciekawsza partia gitarowa, lepszy wokal Jeanette, który nie jest taki irytujący. Już otwieracz „Settle Down” zwiastuje bardziej dojrzały album, który ma ukazać inne oblicze zespołu. Na pewno trzeba zaliczyć wykorzystanie syntezatorów i pomysłowość. To, że jest ostrzej może świadczyć rozpędzony „Running From You” i tutaj zbliżamy się do bram heavy metalu. Niezwykły klimat jest w pięknej balladzie „Coming Home” i tutaj jest znakomicie ukazane jak rozwinęła się wokalistka. To już nie jest ta sama skrzecząca wokalistka z debiutu. Tutaj są emocje, jest śpiewanie prosto z serca i dbałością o technikę. Oczywiście cieszą takie petardy jak „Play With Me”, które pokazują że zespół również potrafi grać ostrzej. Warty uwagi jest rytmiczny „Take Me Away”. Całość zamyka energiczny „So Long” i to jest kolejny wielki hit zespołu, a tych na tej płycie jest sporo. Storm pokazał, że można sięgnąć do twórczości Queen i nie ponieść klęski. Polecam, bo jest to rock na wysokim poziomie.

Ocena: 8/10

niedziela, 22 marca 2015

KALEDON - Antillius: The King of the Light (2014)

O włoskim Kaledon można mówić jak o bliźniaku Rhapsody of Fire. Łączy ich całkiem sporo. Pochodzą z Włoch, działają od końca lat 90 i grają symfoniczny power metal. Dodatkowym atutem jest fakt, że też tworzą albumy koncepcyjne osadzone w klimatach fantasy. Kaledon też może się pochwalić bogatą dyskografię, w końcu nagrali 8 albumów, a ostatni „Antillius: the King of The Light” to jeden z ich najlepszych wydawnictw.

Pomijam to, że zespół tak jak zawsze dba o bogate aranżacje, że stawia na epicki wydźwięk, że musi mieć koncepcyjną historię, że wszystko musi stanowić spójną całość. Odnoszę wrażenie, że Włoski band po raz pierwszy nagrał tak dojrzały materiał. „Artillus” to dzieło, które w przeciwieństwie do poprzednich wydawnictw cechuje się jakby większą przebojowością, więcej tutaj power metalu i atrakcyjnych motywów, które zachwycają świeżością i pomysłowością. Może to być dziwne, ale pierwszy raz jestem w pełni zadowolony z tego co stworzył Kaledon. Nie bali się zagrać agresywniej, co słychać w ostrzejszym „The Calm Before The Storm”. Gitarzyści odwalają tutaj kawał dobre roboty. Czuć, że jest to power metal i to wysokiej klasy. Klawisze nie zagłuszają pracy gitary i pełnią rolę ozdobnika. Choć często to one właśnie budują napięcie i podkreślają melodyjny charakter. Jest energia i moc, czego mi brakowało na ostatnich płytach Kaledon, a przynajmniej nie mogłem trafić na takiego killera jak choćby „Friends will Be Enemies” .Nie brakuje ciekawych riffów co słychać po takim „New Glory for The Kingdom” i aż miło posłuchać takiej pracy gitar, gdzie jest finezja, lekkość i przebojowość. Dodatkowym plusem jest to, że brzmi to jak miks Gamma ray i Rhapsody. Melodyjny i nieco słodszy „The Party” porywa radosnym wydźwiękiem i patentami rodem z Dreamtale czy Freedom Call. Zespół nieźle przyspiesza w „The Envil Conquest” ocierając się o tempo Dragonforce. Im dalej w las tym ciekawiej i pojawiają się bardziej urozmaicone kawałki. Jednym z takim ciekawszych jest bez wątpienia rycerski „Light After Darkness” i to jest przykład, że wciąż można grać oklepany melodyjny power metal zakorzeniony w latach 90 i to na wysokim poziomie. Coś z Blind Guardian słyszę w bardziej klimatycznym „My Will” i najlepsze jest to, że do samego końca, aż po rozbudowany „The Fallen King” nie słychać słabych kompozycji. Wszystko zostało dobrze przemyślane i zagrane z głową.

Kaledon nagrał sporo albumów i sporo o podobnym klimacie i konstrukcji. Jednak żaden nie ma tyle killerów, takiej energii i takiej dawki przebojowości co „Antillius”. Jak dla mnie jeden z ich najlepszych albumów, do którego będę często wracać. Miło jest słyszeć, że duch Rhapsody przemawia w ich muzyce. Gorąco polecam.

Ocena: 8/10

sobota, 21 marca 2015

STORM - Storm (1979)

Rok 1979 to rok w którym ukazał się pierwszy album formacji Storm. To amerykańska kapela, która skrzyżowała style Queen, Blondie, Slade, czy Sweet. Ta kapela grała melodyjny rock, w którym było nieco glamu i popu. Znakiem rozpoznawczym zespołu była wokalistka Jeanette Chase. Niby miała zadatki na popową wokalistkę, ale potrafiła pokazać pazur i rockowe oblicze. Zespół nie zyskał wielkiej sławy, a po nich zostały dwa wydawnictwa. Pierwszy album tj „Storm” ukazał się w 1979 roku i jest to całkiem udany krążek. Może nie zachwyca do końca rock'n rollowa stylizacja, niedopieszczone brzmienie, krojone na miarę lat 70. Może technika i wokal pani Chase pozostawia wiele do życzenia, to jednak zespół nadrabia energią i dobrymi kompozycjami. Pytanie czy lubi muzykę w stylu Sweet i Queeen? Już otwieracz „ I want You” jasno nakreśla styl zespołu i słychać, że zespołowi zależy na zabawie. Lear Stevens odwala kawał dobrej roboty i jego partie są zagrane z polotem i niezwykłą popową lekkością. Słychać to znakomicie w takim „Tell Me thath You Love Me”. Stary Sweet dobrze wybrzmiewa w „What Do You like”. Najbardziej intrygującym i rockowym kawałkiem jest bez wątpienia „Game's Over” czy rozpędzony „Ain't that the Way”. Miłym urozmaiceniem całości są syntezatory, które ozdobiły taki przebój jak „Wake Up”, który ma coś z Blondie. Kto lubi prawdziwy rock'n roll ten doceni ostrzejszy „Young Young” czy „Machine Gun” w którym jest coś z starego Ac/Dc. Jak widać, jest to specyficzna płytka, która jest odzwierciedleniem to co było modne w latach 70. Porządny rock;n roll i tyle w temacie.

Ocena: 6/10

piątek, 20 marca 2015

Wywiad z Nothgard (2014)



 Wywiady, które do tej pory robiłem pojawiały się na łamach HMP, tak więc nie było jakiejś takie potrzeby wrzucać tutaj wywiadów. Jednak jeden z ciekawszych bandów grających melodyjny death metal poprosił o wywiad, więc jest okazja żeby wrzucić pierwszy w sumie nie zależny wywiad. Jeżeli w sumie przyjęła by się ta konwencja to mogę od czasu do czasu wrzucać jakiś wywiad. Na daną chwilę zapraszam do wywiadu z Nothgard.



PMW:Cześć, miło, że postanowiliście poświęcić swój czas i odpowiedzieć na kilka trudnych pytań, zwłaszcza teraz, kiedy zajmujecie się promowaniem nowego albumu. W jaki sposób promujecie "Age of Pandora"? Na jakich aspektach się skupiacie? Jakie formy wybraliście?

Witam i również dziękuje Tobie za poświecenie czasu na wywiad. Cóż, tym razem skupiliśmy się na dwóch agencjach promocyjnych, po jednym dla krajów niemieckojęzycznych (tutaj WORX) i jeden dla międzynarodowych kontaktów (metallmessage). Do tej pory jesteśmy bardzo zadowoleni z obu i to wszystko dobrze się sprawdza jak  do tej pory. Głównie agencje skupiły się na kontaktach pocztowych, a także czasopismach drukowanych. My jako zespół zaś skupiliśmy się na portalach społecznościowych.


Tworzenie nowego materiału zajęło Wam trzy lata. Czy jesteście z tego dumni? Co byś zmienił, gdyby była szansa?


Właściwie jesteśmy bardzo dumni z naszej nowej płyty. Zawsze można by coś zmienić, można by dodać trochę więcej orkiestry w kilku częściach. Jednak mimo tego jesteśmy bardzo zadowoleni z ostatecznego efektu. Zwłaszcza, że nie było to łatwe zadanie zmieszać trzy gitary, bębny, surowe wokale i orkiestrę. Ale hej, postaramy się to zrobić lepiej na następnej płycie ! (śmiech)


Uwagę przyciąga kolorystyczna okładka "Age of Pandora". Można odnieść wrażenie, że bardziej pasuje do power metalu niż do tego co Wy gracie. Nie uważacie podobnie?

Cóż na początku nie myśleliśmy tak, ale wiele osób również dostrzegło to co Ty. Jednak chcieliśmy, by okładka była zgodna z zawartością i tekstami..  Teksty opowiadają o wszystkich złych i dobrych rzeczy w życiu, odcieni i światła i tak dalej. Pandora w mitologii jest rzeczywiście osobą, która symbolizuje to, jak najlepiej, ale mimo że każda piosenka ma swój rysunek w książeczce, co jeszcze lepiej prowadzi słuchacza przez ten album. Jesteśmy bardzo dumni z tych wszystkich rysunków, które zdobią książeczkę nowego albumu.


Zostańmy przy nowym albumie dłużej. Tym razem na albumie jest tylko 10 utworów. Dlaczego tak jest? Nie chcieliście nagrać zbyt długiego albumu?

Tak jest 10 utworów. To dlatego, że wypełnienie albumu przekraczając czas wynoszący ponad 46 minut nie zawsze jest łatwe, Wtedy trzeba  walczyć czy powinniśmy umieścić kolejne utwory na płycie CD, czy też nie. I postanowiliśmy tego nie robić. W tym przypadku każda piosenka ma swój sens na płycie, biorąc go jako "kompletnego produktu". Gdybyśmy umieścić na niej więcej utworów, to mogłoby to  stać się nudne. Stąd właśnie 10 utworów na płycie.


Patrząc na skład zespołu  można zauważyć, że nie ma klawiszowca Rosza z Wami. Zamiast niego pojawia się drugi gitarzysta - Skaahl. Czy to miało wpływ na wasze brzmienie i styl?

Tak, masz rację, nie gramy z klawiszowcem więcej. To dlatego Dom R. Crey komponuje wszystkie orkiestrowe rzeczy i oczywiście były pewne problemy osobiste między zespołem a Roszem. Właściwie nie było żadnego konfliktu czy coś, ale 3 lata temu doszliśmy do wniosku, że lepiej, aby kontynuować bez Rosz bo chcieliśmy iść dalej, poprawić się i rozwijać swój styl. Nie otrzymaliśmy ten cel do tej pory, ale ciężko pracujemy dla niego. Skaahl dołączył do zespołu, ponieważ Przede wszystkim pojawiła się potrzeba posiadania trzeciego gitarzysty, ponieważ chcieliśmy grać nasze piosenki na żywo w jakości jak na cd 

Na albumie pojawia się gościnnie Robert Dahn, wokalista Equlibrium. Jak udało Wam się go zaprosić i czy to były długie negocjacje?

Nie było żadnych negocjacji w ogóle. Robse raz wysłał wiadomość do Dom półtora roku temu i stwierdził, że on naprawdę kocha Nothgard. Więc zaprzyjaźniliśmy się i chcieliśmy razem nagrać jakiś kawałek.

Wytwórnia Trollzon wyda "Age of Pandora". A co się stało z wytwórnią Black Bards? Czy to w jakiś sposób opóźniło wydanie nowego albumu?

Nie pracujemy z Black Bards i to jest w porządku. Było wiele problemów w przeszłości, ale na pewno o nich mówić  w opinii publicznej. Możemy stwierdzić, że jesteśmy bardzo zadowoleni z Trollzorn i to wszystko na ten temat.

Płyta ukaże się we wrześniu. Czego fani mogą się spodziewać? To będzie tak udany album jak Wasz debiut?
 
Do tej pory mamy nadzieję, że będzie jeszcze bardziej udany. Ale uważamy, że tak będzie, bo jesteśmy znacznie bardziej doświadczenie jak w czasie wydania debiutu.Oczywiście każdy zespół twierdzi że są zadowoleni z ich nadchodzącej płyty, ale tym razem naprawdę jesteśmy zadowoleni (śmiech)

Skąd wzięła się nazwa zespołu? Dlaczego po prostu Nothgard? Kto wpadł na ten pomysł?
 
Nothgard pochodzi z Nothgarde co jest mniej lub bardziej oznacza starożytny miecz. Oznacza to, aby zablokować atak i przygotować się do przeciwdziałania. Po prostu myślałem, że to brzmi fajnie i idealnie pasuje  do naszego muzycznego stylu.

Nothgard został założony w 2008 roku i właściwie wszystko zaczęło się od Doma. Czy możesz powiedzieć nam o Waszych początkach? 

Jak powiedziałem, Nothgard została założona przez Dom i Toniego. Zawsze chciałem grać muzykę i pisać własne kompozycje. Po kilku sesjach nasze pierwsze utwory zostały stworzone, i były to takie kawałki jak "Rise after Falling", "Sword of Xanten" i "Funeral March". W koncu zespół bardziej się rozwinął i został ze uważony. Graliśmy nasze pierwsze koncerty i podpisaliśmy w koncu kontrakt z wytwórnią płytową. Po wydaniu płyty, byliśmy na naszej pierwszej trasy promować nasz album "Warhorns z Midgardu". Do tej pory mieliśmy pewne zmiany personalne, ale tak właśnie to działa.

Jak słucham waszej muzyki to słyszę  echa  Kalmah, Skyfire, Wintersun lub Wolfchant. Czy zgadzasz się z tym? Kto jeszcze miał wpływ na Was?
 
No muszę powiedzieć, że nie wiem, Skyfire. Wolfchant nie był inspiracją dla Nothgard . Ponieważ niektórzy członkowie są w obu zespołach, więc próbowaliśmy uniknąć wszelkich podbieństw. Co do Wintersun możesz mieć rację. Dużym wpływem był zdecydowanie Children of Bodom.
 

Gracie melodyjny death metal z elementami folku, lub Pegan metalu. Czy coś pominąłem? Dlaczego takie połączenie i dlaczego te gatunki tak kochasz?


Cóż, nie piszę muzyki z zamiarem, aby wziąć to i to  z każdego gatunku. Piszemy muzykę, którą lubimy, a na końcu musimy być pewni że jest to muzyką, którą my kochamy. Jesteśmy pod wpływem wielu gatunków muzycznych i  trudno powiedzieć, że to czy tamto jest konkretnym elementem konkretnego gatunku.


"Warhorns z Midgardu" jest jednym z najciekawszych debiutów w 2011 roku. Albumu otwiera "Lex talions" i tu ważną rolę odgrywają klawisze.. Mam wrażenie, że tutaj nadużywania tego elementy, bo kompozycja jest bardziej symfoniczna.Taki był zamiar?


Nie sądzę, żebyśmy źle wykorzystali klawisze. Jak powiedziałem wcześniej po prostu tworzymy piosenki, które nam się podobają i cieszymy się z ich wydźwięku. Generalnie chcieliśmy stworzyć trochę bardziej epicki klimat na całym albumie. Nie sądzę, że lex Talionis jest jakaś bardziej symfoniczny.



"Amnimus" jest doskonałym przykładem, że jesteście zespołem, który może tworzyć szybkie, melodyjne kompozycje które zadowolą miłośników wszelkiego rodzaju melodyjnego metalu, czy też power metalu. Czy taki był Wasz zamiar ?

Dziękuję bardzo. Cóż, myślę, że intencją było napisać kolejną kilerską piosenkę, który wydaje się działać haha (śmiech). Poważnie, jak powiedziałem wcześniej po prostu stworzyliśmy utwory, z którymi jesteśmy w 100% pewni, i cieszy nas ich ostateczny wydźwięk.. Nigdy nie usłyszysz na jakimkolwiek albumie Nothgard utwór co do którego nie będziemy przekonani w 100 %.

Z kolei "Under the serpent Sign" jest nieco bardziej folkowy  bardziej radosny. Jesteście bardzo elastyczni i nie trzymacie  się kurczowo jednego motywu, co jest dobrym rozwiązaniem.

Tak, to prawda, Serpent jest bardziej folkowy i bardziej radosna piosenką, która sprawdza się na wszelakich imprezach. 

Ciężko wskazać na jakiś słaby kawałek, dlatego pozwolę sobie jeszcze wyróżnić pomysłowy  "Rise after failling", który ma bardziej heavy metalowy charakter.

Jeszcze raz dziękujemy bardzo za miłe słowa. Rzeczywiście, Rise po Falling jest dość szybki utwór, który nie gramy tak często na żywo A to dlatego,że trochę odstaje w porównaniu do innych utworów. Osobiście bardzo lubię tę piosenkę, ponieważ ma mocnego kopa.


Chciałbym jeszcze na chwilkę powrócić do tematu Wolfchant. Wreszcie Nothgard tworzy trzech muzyków Wolfchant. Nie boicie się grać w dwóch podobnych zespołów? W końcu, może zabraknąć  pomysłów na dwa zespoły.
 

Nie, nigdy. Wolfchant i Nothgard są dwa różne zespoły. Można zauważyć, że podczas słuchania nowej płyty "Age of Pandora", który ukaże się 12 września. Dom pisze cały materiał dla Nothgard jak i w Wolfchant, ale w komponowanie zaangażowany są też pozostali członkowie.

Patrząc na gatunku melodic death metal, muszę powiedzieć, że Wolfchant jest jednym z najlepszych zespołów grających ten rodzaj muzyki. Skąd czerpiecie inspirację i energię, aby stworzyć taką błyskotliwą muzykę?

Nie opisywałbym Wolfchant jako melodyjny death metalu. Zwłaszcza kiedy skupimy się na tekstach. Dla mnie Woflchant to bardziej Pagan metal, i nie tylko dlatego, ze względu na teksty. Ale muszę przyznać, -że ja jako  wielki fan Wolfchant muszę przyznać, że jest to jeden z najlepszych zespołów Epic Pagan Metal jakie są obecnie na scenie metalowej.


"Embraced By Fire" to arcydzieło jak dla mnie i nie słyszałem tak dobrego albumu z tego typu muzyką od dłuższego czasu. Nie mogę się doczekać następnego wydawnictwa. Czy już  pracujecie nad nowym albumem?

Tak, jak widać można sprawdzić na ich stronie facebook, ich kolejny album będzie nosił nazwę "Bloodwinter". Nie wiem jeszcze konkretnej daty premiery, ale z tego co słyszałem to będzie to zabójczy album.


Czy masz zamiar ruszyć w trasę 
Wolfchant / Nothgard? To może być wielkie wydarzenie dla fanów melodyjnego death metalu.

Tak, jak każdy może zobaczyć na naszej stronie Facebook, będziemy w trasie dwa razy. Jedna trasa będzie we wrześniu w Hiszpanii, druga  duża trasa europejska będzie z Equillibrium no i Trollfest w październiku.

Czy Nothgard planuje zagrać w Polsce w najbliższym czasie?

 
Niestety nie ma żadnych jakiś planów by zagrać w Polsce. Będziemy za to grać w Czechach. Jeśli polscy fani metalu są jeszcze bardziej szalony niż te w CZ to nie możemy się doczekać by zagrać tam. haha (śmiech)

Tyle ode mnie. Dziękuję za poświęcony czas.