środa, 20 lutego 2019

IRON SAVIOR - Kill or Get Killed (2019)

Zabij albo daj się zabić to motto, które sprawdza się w życiu. To również złota reguła na rynku muzycznym. Trzeba tworzyć taką muzykę, która pozwoli przetrwać i tym samym zniszczyć konkurencję. Czy taka formacja jak Iron Savior musi faktycznie brać udział w wyścigów szczurów i bawić się w przepychanki z innymi kapelami? Co jak co, ale ta niemiecka machina nie potrzebuje takich zagrywek, bowiem istnieją od lat i zawsze stoją na straży heavy/power metalu mocno osadzonego w niemieckiej stylistyce. Piet Sielck jako lider dba o jakość swoich płyt i tutaj nie tylko chodzi o samo brzmienie. Razem z Kai Hansem dali podwaliny pod niemiecki power metal i podobnie tak jak Kai dostarcza swoim fanom ciekawych pomysłów i muzyki na wysokim poziomie.

Iron Savior na dobre powrócił w 2011 r  po 4 letniej ciszy. "The landing" pokazał że ta kapela wciąż potrafi zaskoczyć swoich fanów i dostarczyć wysokiej jakości materiał. "The rise of hero" to jeden z ich najlepszych albumów. Zespół na dobre się rozkręcił i często serwował nam albo album studyjny albo jakiejś inne wydawnictwo.  Po 2 latach od wydania składanki "Reforged" przyszedł czas na 10 album studyjny zatytułowany "Kill or get Killed". Jest to pierwszy album z nowym perkusistą tj Patrickiem Klose.

Okładka utrzymana w klimacie s-f, jest w roli głównej stworek przypominającego królową z serii "Alien", jest typowe dla Sielcka brzmienie i te charakterystyczne riffy. Nie ma tutaj niczego nowego, wręcz można odnieść wrażenie że band zjada już swój własny ogon, a owy materiał to kalka już znanych z poprzednich płyt utworów. Nawet jeśli, to nie mam nic przeciwko jeśli band gra na takim wysokim poziomie. Zresztą po co coś zmieniać, skoro to się sprawdza?  Jest dużo power metalu, jest dużo mocnych riffów i godnych odnotowania przebojów. Może wystarczy napisać od razu, że "Kill or get killed" to klasyczny, stary dobry Iron Savior, który z miejsca zaliczyć do najlepszych w dyskografii niemców? Wtedy każdy na pewno odetchnie z ulgą.

"Titancraft" był troszkę słabszy, ale poza tym to Iron Savior zawsze dostarcza swoim fanom bardzo udane albumy. Materiał to 10 zgranych i mocnych kawałków, które identyfikują styl tej formacji. Tytułowy "Kill or get killed" to power metalowa petarda. Mocny riff atakuje nas od razu. Ile w tym gracji i dopracowania. Tutaj nie ma przypadków i każda linia melodyjna jest idealnie zagrana. Iron Savior zawsze potrafił dostarczyć ciekawych melodii i porywających refrenów. Tutaj to jest i przypominają się czasy kultowego "Condition Red" czy nawet "Unification". Tak klasyczny Iron Savior na jaki czekałem. Iron Savior tak jak Primal Fear lubi czerpać z Judas Priest i to słychać w zadziornym i ostrym "Roaring Thunder". Piet tym kawałkiem pokazuje jak rozwinął się wokalnie i jak jego wokal nabrał przestrzeni i nieco metalowego pazura. Brzmi to znakomicie. Sam riff wyjęty jakby z "Painkiller" Judas Priest. Wszystko świetnie prowadzone i wyszedł kolejny wielki przebój. Refren tutaj jest taki oldscholowy, taki nieco może oklepany, ale sprawdza się idealnie.  W podobnym klimacie utrzymany jest rozpędzony "Eternal Quest", który znakomicie promował album. Znów znakomity popis wokali Pieta. Bawi się swoim głosem i wychodzi mu to znakomicie. Kawałek jakby wyjęty z pierwszych płyt i czuć inspiracje Gamma Ray i twórczością Kaia Hansena, z którym przecież nagrywał pierwsze płyty Iron Savior. Sielck i Kustner dają czadu w partiach solowych i mamy godne uwagi pojedynki i wbijające w fotel solówki. Stary dobry Iron Savior i już sam początek rzuca na kolana. Ciekawe robi się dalej. "From Dust and Ruble" zaczyna się troszkę jak utwór UDO, do tego gdzieś tam ulatuje słodkość Beast in Black.  Jest to bardzo intrygujący kawałek i taki nieco jakby nie w stylu Iron Savior. Kłania się tutaj klasyczny, niemiecki heavy metal z lat 80. Utwór bardzo fajnie buja i wciąga w ten lekki i przyjemny świat. Znów Sielck wykreował przedni refren, który porwie fanów podczas koncertów. Kolejny hit odnotowano. No to po odpoczynku wracamy do mocnego, ostrego power metalu. Mamy świetny, dynamiczny "Sinner or Saint", który imponuje znakomitym gitarowym łojeniem. Sekcja rytmiczna tworzy świetny klimat i taki nieco oldscholoowy wydźwięk.  Kawałek nasuwa mi czasy ostrego "Battering Ram". Kolejne zaskoczenie, to marszowy, taki nieco rycerski "Stand up and fight".  Iron Savior w takiej wersji jeszcze nie słyszałem, ale brzmi to znakomicie. Refren brzmi znajomo, ale nie jest to świat Iron Savior. Gitary ostrą tną, a refren po prostu zagrzewa do boju. Szczęka opadła, a to jeszcze nie koniec. Szybciej, mocniej to zasada "Heroes Ascending", który przypomina Pieta z czasów Savage Circus. No świetna robota, co słychać znów w sferze instrumentalnej. Nie ma pójścia na łatwiznę i w każdym utworze mamy coś innego, inny rodzaj power metalowego zniszczenia.  Refren brzmi jakby powstał w czasach "Unification". Był "Heavy metal never Dies" to teraz czas na "Never stop believing", który znów zabiera nas do heavy metalu z lat 80. Utwór bardzo fajnie buja i ukazuje zabawę Pieta sprawdzonymi patentami. Brzmi to perfekcyjnie. Niezwykle lekki i przyjemny kawałek, w którym można doszukać się elementów hard rocka. Na "Condition Red" pojawił się 7 minutowy utwór i teraz po tylu latach znów na płycie mamy 7 minutowy utwór. "Untill we meet again" to kompozycja złożona, ale nie pozbawiona klimatu, podniosłości i pomysłu. Wyszedł z tego niezwykle dojrzały utwór, który pokazuje epickie oblicze tej formacji.Całość zamyka kolejny killer, tym razem jest to "Legends of Glory". Znów Piet postawił na ostry, rasowy riff, który ma imponować agresją i zadziornością. Tak też jest. Bije z tego kawałka moc.


Mieć na koncie 10 albumów,  być na rynku od 1996r, mając za sobą wiele innych różnych produkcji, projektów muzycznych i wciąż tworzyć tak znakomite płyty jak "Kill or get killed" to trzeba być Pietem Sielckiem.  Mimo upływu lat wciąż ma wiele do powiedzenia w power metalu. Nie patrzy na modę i rynek muzyczny robi po prostu swoje. Nagrywa materiał w swoim stylu i raz jest lepiej raz gorzej. Tym razem dostaliśmy płytę z górnej półki. Ci którzy czekali na album na miarę "Condition Red" czy "Batterring Ram" mogą odetchnąć z ulgą, bowiem Piet spełnił swoją misję i nagrał jeden z swoich najlepszych albumów. Z albumu bije moc, jest dużo power metalu i sporo przebojów, które na stałe wbiją się do setlisty koncertowej. Nie mam dość Iron Savior i już chcę kolejny album na takim poziomie. Zgłaszam mojego kandydata do płyty 2019.

Ocena: 10/10

SPIRITS OF FIRE - Spirits of Fire (2019)

Rok 2019 Tim Ripper Owens może zaliczyć do bardzo zapracowanych, no bo w końcu ukazują się 3 płyty z jego udziałem. The Three Tremors, A new Revenge no i Spirits of Fire. Pierwszy zawiódł, pomimo że Tima wspierało dwóch innych, również uzdolnionych wokalistów. Druga płyta czeka na swoją premierę, a Spirits of Fire, który zapowiadał się dobrze też nie robi furory. Coś Tim Ripper nie może nigdzie zagrzać miejsca na stałe. Cały czas jakieś projekty, gościnne występy i granie coverów. Za dużo rozdrabnia się na dobre, zamiast skupić się na tych najważniejszych zespołach. Lubię jego głos, jego manierę wokalną i technikę. Szanuje go za to co zrobił z Judas Priest, Iced Earth, czy Yngwie Malmsteenem, jednak nie mogę pochwalić go za to zrobił w Spirits of Fire.

Jest dużo pisków, zadziornego śpiewania, ale jakoś brzmi to chaotycznie i bez smaku. Co ciekawe Spirits of Fire to prawdziwa super grupa, na którą składają się muzycy wysokiej klasy. Na gitarze jest Chris Caffery (ex Savatage),na perkusji Mark Zoner z Warlord, a na basie Steve Digiorgio z Testament. Wielkie nazwiska i znakomite kapele za sobą i jak może to nie wypalić? No niestety album pokazuje, że może.

Każdy najwidoczniej chciał dać popis swoich umiejętności, przez co płyta traci na atrakcyjności. Stylistycznie chcieli nawiązać do klasycznych kapel z gatunku heavy metalu. Gdzieś tam jest Judas Priest, Dio czy Metal Church, ale brzmi to nijako. Ciężko przebrnąć przez tą papkę różnych dźwięków. "Temple of the Souls" to pierwszy przykład z brzegu, gdzie ten chaos jest słyszalny od samego początku. Jasnym punktem jest energiczny otwieracz "Light Speed Marching", gdzie słychać echa Judas Priest. Ten utwór zrobił mi smaka na całość. Ostry riff i duży pokład ciężaru wyróżnia "All comes Together",  a w "Spirits of Fire" Chris daje mały popis swoich nieprzeciętnych umiejętności.  Dobrze wypada "Stand and fight", który również prezentuje agresywny styl grupy, szkoda że nieco przekombinowany i bez polotu. Mroczny klimat i motywy rodem z Black Sabbath to atuty "The path".

Tak powybierać niektóre pomysły, niektóre pozmieniać i niektóre rozwinąć i coś by z tego było. Tim Ripper stara się na siłę być agresywnym, stara się pokazać z jak najlepszej strony, ale nie idzie mu to za dobrze. Znane gwiazdy tym razem przeszkadzają sobie nawzajem, zamiast stworzyć coś ponad czasowego. Zmarnowany potencjał i kolejne tegoroczne rozczarowanie.

Ocena: 5/10

LAST IN LINE - II (2019)

Kiedy w 2016 r ukazał się debiutancki krążek formacji Last in Line to świat zamarł i był to wydarzenie muzyczne. W zasadzie wtedy po raz kolejny można był usłyszeć niemalże stary skład Dio z okresu "Last in Line" z wyjątkiem oczywiście samego Dio. Tak nazwiska i otoczka wokół tego wydarzenia była ogromna i w efekcie z dużej chmury był niewielki deszcz. "Heavy Crown" to udany album, może nawet robić wrażenie, ale to już nie to co było za czasów Dio. Plus dla kapeli, że nie poprzestała tylko na graniu utworów Dio na żywo. Postanowili wyjść z własnym materiałem i trzeba było zmierzyć się z krytyką. Teraz po3 latach band powraca z drugim albumem zatytułowanym "II".  Z zespołu odszedł klawiszowiec Claude Schnell, a Jimmy Bain niestety odszedł do świata zmarłych. Czy to zwiastun słabego albumu?

Bez wątpienia drugi album Last In Line ma więcej do czynienia z hard rockiem, rockiem niż z metalem, a już na pewno najmniej z muzyką Dio. Zawodzi tutaj w zasadzie wszystko. Okładka jest prosta i po prostu brzydka. Brzmienie jakieś takie spłaszczone i nie robi większego wrażenia. Vivian nie zaskakuje swoimi riffami czy solówkami. Poszedł na łatwiznę i gra partie bez werwy, bez pomysłu i bez wiary że to ma sens. Gwiazdą tego zespołu jest nie kto inny jak właśnie wokalista Andrew Freeman, który wypada tutaj bez zarzutów. Jest pazur i nawet słychać echa Ronniego w jego głosie, co jest spory plusem. A jak wygląda sam materiał?

"Black out of the sun" to jeden z kawałków, który promował album. To również jeden z najciekawszych kawałków na płycie, pomimo że nie rzuca na kolana. Podoba mi się tutaj mroczny klimat i riff rodem z Black Sabbath.  Drugim utworem, który był znany wcześniej to "Landslide" i tutaj słychać zapędy zespołu do hard rocka. Czyżby chęć zagrania coś w stylu Def Leppard? Band ogrania nie moc w nijakim "Gods And Tyrants" który przez dłuższy czas strasznie się ciągnie. Na uwagę zasługuje w tym kawałku całkiem udane solo. Energia jest może i w "The year of the gun", ale nie brzmi to dobrze. Jest chaos i jakiś taki nieład. Pop/ rock mamy w komercyjnym "The unknown". Obudzić można się na sympatycznym "Sword from the stone", który ma coś z starego Rainbow, czy Deep purple. Znakomicie dopasowany główny motyw. Dużo tych utworów bo aż 13, jednak ciężko tutaj o jakiś jeszcze ciekawy zryw i utwór, który warto wspomnieć.

Rozczarowanie? To bardzo delikatne słowo, w przypadku tego bandu. No jest potencjał, są doświadczeni muzycy, jednak dominuje tutaj brak pomysłu i jakiegoś takiego charakterystycznego stylu. Taka nazwa i takie dziedzictwo zobowiązuje do muzyki na wysokim poziomie i najlepiej w stylu, z którego panowie dali się poznać na płytach DIO. Nazwa i nazwiska tym razem potrafią zwieść słuchacza i skraść cenny czas.

Ocena: 4/10

GYPSY - Gypsy (2019)


Nie dajcie się zwieźć frontowej okładce tej płyty. To nie jest wydawnictwo z kręgu Heavy metalu czy NWOBHM, które zostało zarejestrowane w latach 80. Ta płyta to debiut Australijskiej formacji o nazwie Gypsy, która działa od 2015r. Band tworzy 3 muzyków, ale za to jakich uzdolnionych muzyków, którzy wiedzą czego chcą od życia. Debiutancki krążek "Gypsy" to płyta naszpikowana klasycznymi patentami, punkowym pazurem, drapieżnością i prostymi pomysłami. To płyta nagrana tak po prostu od serca przez fanów lat 80 dla fanów starego Iron Maiden, Angel Witch czy Saxon.  Całe brzemię zespołu spoczywa na barkach gitarzysty i wokalisty Tommy Adamsa. Wokalnie jest w nim charyzma i nie okiełznanie. Taka surowość i nieoszlifowanie znakomicie współgra z stylem zespołu i z tym co słychać na "Gypsy". Nie tylko okładka, ale też i brzmienie została tak skręcone by lata 80 były jeszcze bliżej nas. Całość prezentuje się bardzo apetycznie i to od pierwszych dźwięków.

Weźmy taki "Warchild", który otwiera album. To znakomita mieszanka klasycznego heavy metalu i speed metalu. Można doszukać się nawet nawiązań do NWOBHM co jest sporym atutem. Jest energia, fajny i prosty motyw gitarowy i taka prawdziwa jazda bez trzymanki. Oldschoolowy "In the City" brzmi jakby band wzorował się na pierwszym albumie Iron Maiden.Nie brakuje też starego rasowego rocka co mamy w klimatycznym "Rain". Dużo energii i niezłego kopa niesie ze sobą  "Treu Lies" czy "Leaving Home". Band potrafi też wlać w to wszystko troszkę hard rocka i to sprawdza się w stonowanym "Metropolis". Całość dopełnia 11 minutowy kolos w postaci "Winter", który o dziwo nie nudzi i nie został nagrany tylko dla statystyki. Wartościowy kawałek, w którym band przemyca sporo ciekawych motywów.

Nie, to nie jest płyta idealna, która zaburzy wasz światopogląd na temat klasycznego heavy metalu jaki znamy z lat 80. "Gypsy" to płyta solidna, wtórna i miła dla ucha. Zagrana przez miłośników lat 80 dla innych fanów tego okresu metalu. W efekcie mamy dobrze skrojony materiał, który może się podobać. Czekam na dalsze losy tej grupy, bo potencjał jest.

Ocena: 7/10

poniedziałek, 18 lutego 2019

HERMAN FRANK - Fight the Fear (2019)

Kiedy w 2014r Herman Frank odszedł z Accept to było pewne że skupi się przede wszystkim na swoim solowym projekcie. Efektem tego był udany "The Devil Rides Out", który pokazał że Herman Frank wciąż jest na fali i potrafi tworzyć wysokiej klasy heavy metal.  Teraz po 3 latach powraca z nowym dziełem zatytułowanym "Fight The Fear".  To już 4 album pod szyldem Herman Frank i znany niemiecki gitarzysta trzyma wysoki poziom i wciąż kontynuuje to co prezentował na poprzednich albumach. Stara dobra niemiecka szkoła heavy metalu. Znakomitym dopełnieniem Hermana jest idealnie dysponowany Rick Altzi. Co ciekawe Rick Altzi nigdy indzie nie brzmi tak dobrze jak na solowych płytach Hermana Franka. Ta charyzma, ta chrypa i pazur pasuje znakomicie do ostrych i topornych riffów. Zgrany duet, który po prostu nie zawodzi. "Fight the fear" to niezwykle udany album, który wyróżnia się dopieszczoną, mocną produkcją. Ta płyta to przede wszystkim kopalnia ostrych riffów i wysokiej klasy przebojów. No nie sposób się nudzić z tą płytą. "Untill the end" to przede wszystkim ostry i rozpędzony otwieracz. To też utwór, który ukrywa patenty Acccept i pomysłową solówkę. Herman Frank w najlepszym wydaniu. Jeszcze więcej energii i pazura ma w sobie "Fear", który imponuje polotem i pomysłowością. "Terror" brzmi jak brat "Teutonic Terror", co słychać w początkowej fazie utworu. Marszowy i niezwykle ciężki utwór, który warto znać. Heavy/power metal mamy w dynamicznym "Sinners", który przypomina debiut Panzer z Hermanem na pokładzie. Mamy też mroczny i niezwykle ciężki "Hatred", który jest wizytówką niemieckiego heavy metalu. Dobrze wypada też żwawy i nieco hard rockowy "Hitman" czy elektryzujący "Rock You" w którym Herman znów stawia na ciężar. Kolejny hit na płycie to bez wątpienia "Are you ready", a całość dopełnia lekki, klimatyczny "Lost in heaven". Podsumowanie może być tylko jedno. Znów znakomity krążek na koncie Hermana Franka i nie można jej pominąć bo to wartościowy krążek.

Ocena: 8.5/10

BOOZE CONTROL - Forgotten Lands (2019)

Oczekujesz od heavy metalu czegoś nowego? Chcesz doznać dreszczy i przeżyć szok podczas dostarczanych przez band dźwięków? Lubisz jak band zaskakuje cię ciekawymi pomysłami i kiedy idzie z duchem czasu? Cóż to najwidoczniej najnowsze dzieło niemieckiej formacji Booze Control nie jest skierowane do Ciebie. W ich muzyce jest sporo sprawdzonych i ogranych patentów. Mamy odesłania do lat 80, do NWOBHM, do złotej ery Judas Priest czy Iron Maiden. Ta stosunkowo młoda kapela działa sobie od 2009r i ma na swoim koncie 4 jakże udane wydawnictwa. Najnowsze dzieło w postaci "Forgotten Lands" to po prostu kontynuacja tego co mieliśmy na poprzednich płytach. Jeśli nie przeszkadza Wam fakt, że to prosty oldcholowy heavy metal  to z pewnością owy krążek jest wart grzechu.

Okładka może nieco kiczowata, może nieco przypomina okładki Praying Mantis, ale i tak jest urocza i przykuwa uwagę. W połączeniu z przybrudzonym brzmieniem tworzy zgrany duet. Jednak to wszystko nie miało by znaczenia, gdyby nie udany materiał. Ten tutaj jest dobrze wyważony i wyrównany, tak więc nie ma mowy o nudzie czy graniu na jedno kopyto. 

Dobry start to podstawa i taki właśnie jest tytułowy "Forgotten Lands". Jest energia, jest szybkość i duża porcja przebojowości. David daje niezły popis swoich umiejętności wokalnych. Taki zwykły,rasowy metalowy głos. Duch lat 80 i ery NWOBHM jest tutaj wszechobecny. Bardzo znajomo brzmi "Attack of the Axeman" i na taki metal zawsze jest popyt. Bardzo dobrze odrobiona praca przez muzyków Booze Control. Fani starego Iron Maiden, czy Judas Priest na pewno docenią ten utwór. Pomysłowe partie basu to motor napędowy w "The nameless",z kolei "Off the deep" cechuje niezwykle zgrane partie gitarowe Davida i Jendrika. Panowie w zasadzie od początku do końca trzymają wysoki poziom i dają naprawdę czadu. Zacięcie hard rockowe mamy w przebojowym "Spellbound" i jest to jeden z najciekawszych utworów na płycie.  Dużo energii i dynamiki przemyca rozpędzony "Slaying Mantis", który pokazuje jak band jest elastyczny. Dalej mamy "Playing with Fire", który również zabiera nas do twórczości Iron Maiden. Płytę urozmaica nieco bardziej stonowany "Doom of sargoth", czy rozbudowany "Cydonian Sands", który zamyka album.

Niby nic nowego, niby Booze Control nagrywa identyczny album, a jednak jest sporo frajdy podczas słuchania i takiego klasycznego heavy metalu rodem z lat 80 nigdy nie jest za mało. Płyta jest dopracowana i warta uwagi!

Ocena: 8/10

niedziela, 17 lutego 2019

VANDOR - In the land of Vandor (2019)

Jedno spojrzenie na powyższą okładkę i już przypominają mi się czasy Faithful Breath. To tyle jeśli chodzi o klimatyczną okładkę debiutanckiego krążka szwedzkiej grupy o nazwie Vandor. "In the land of the vandor" to płyta, która zadowoli fanów klasycznego, europejskiego power metalu. Band młody bo działa od 2015 r i nie tworzy niczego nowego, a wręcz przeciwnie czerpie garściami z Helloween, Dark Moor, Montany czy Dragonhammer. Ci, którzy oczekują od tego wydawnictwa czegoś oryginalnego, czy ponad czasowego to się zawiodą. Ta płyta ma być sentymentalną wycieczką do klasycznych płyt z gatunku power metalu i taka jest. Band napędza Vide Bjerde i Jack L. Stroem, którzy tworzą zgrany duet gitarowy. Jest szybkość, jest słodkość i pełno chwytliwych melodii, co przedkłada się na jakość materiału. Nie jest to może płyta, która rzuca na kolana, ale ta szczerość i jakże trafione pomysły na kompozycje są urocze i potrafią poruszyć słuchacza. Band stawia na proste motywy,  na sprawdzone patenty. Brzmienie też mocno wzorowane na latach 90 i trzeba przyznać, że pasuje do tego co gra zespół. "Wrath of the nights" to otwieracz, który pojawia się po krótkim intrze. Jest to rasowy power metal w stylu starego Helloween, czy Gamma Ray.  Takich utworów w power metalowym świecie już było pełno i nie ma tutaj żadnej świeżości czy elementu zaskoczenia.  Bajkowa aura i słodkie klawisze przyozdabiają rozpędzony  "Beneath the sky", który przypomina nieco Stratovarius jak i najlepsze lata Insania Stockholm. Nie brakuje też przebojów, które zapadają na długo w pamięci. Taki na pewno jest "Warriors of Time". Jednym z najbardziej charakterystycznych utworów na płycie jest melodyjny "Possessive Eyes", który imponuje wciągającym refrenem, a także pomysłowym głównym motywem. Brzmi znajomo, ale w niczym to nie przeszkadza. Na płycie pojawia się 13 minutowy kolos w postaci "Uncover the earth", który jest dość spokojny. Troszkę za mało tutaj ognia, za mało power metalu. Kolejną petardą na płycie jest energiczny "The land of Vandor", który znów zabiera nas do klasycznego Helloween. Vandor to klasyczny europejski power metal dedykowany dla fanów Helloween czy Insania Stockholm. Jak ktoś lubi proste i niezobowiązujące granie, ten bez wątpienia odnajdzie się na "In the land of Vandor".

Ocena: 7/10

poniedziałek, 11 lutego 2019

AVANTASIA - Moonglow (2019)

Skąd biorą się duże marki w heavy/power metalowym światku? Dróg by być na szczycie jest wiele. Jedną z nich jest tworzenie czegoś nowoczesnego, czegoś co inny nie grają, tak więc można wypracować swój oryginalny styl. Można też stawiać na przebojowość i dostarczać fanom niezapomnianych i ponadczasowych hitów. Najlepszą drogą jest nagrywanie albumów na wysokim poziomie, które przechodzą do historii w metalowym świecie. To wszystko sprowadza się do osoby lidera, do mózgu całego projektu muzycznego czy zespołu. Gdzie byłby Iron Maiden gdyby nie Steve Harris? Czy Helloween zaszedł by tak daleko gdyby nie Kai Hansen? Czy istniałby Edguy lub Avantasia bez Tobiasa Sammeta? Zapewne nie.  Tobias Sammet to ciekawa postać w power metalowym świecie Młody chłopak zapatrzony w Michaela Kiske zaczął tworzyć power metal i nic dziwnego że poszedł drogą wokalisty. Jego wokal na początku był stricte power metalowy, choć z czasem dojrzał i dzisiaj brzmi bardziej dojrzale. Jest może bardziej rockowy i może nie osiąga takich fajnych górek to jednak brzmi wciąż intrygująco. Niezwykle oryginalny wokalista z niego. Geniusz muzyczny objawia się u niego w postaci pisania niesamowitych kawałków. To jest jego znak rozpoznawalny. Co dwa lata dostarcza swoim fanom nową muzykę, która zawsze jest na wysokim poziomie. Nie tak dawno był znakomity "Ghostlights" wydany pod szyldem Avantasia, no i też składanka Edguy z nowymi utworami. Teraz po dwóch latach przyszedł czas na "Moonglow" czyli na 8 album Avantasia.

Jak ten czas leci. Na początku miał to być tylko projekt muzyczny, odskocznia od macierzystego Edguy. Teraz można odnieść wrażenie, że to właśnie Avantasia zawiera najlepsze pomysły Tobiasa. Umysł tego muzyka jest fenomenalny i ta jego twórczość jest bogata i godna podziwu. 

Z Avantasia jest tak, że fani wciąż wypatrują power metalowej opery w stylu z pierwszych dwóch płyt. Tak, też uważam to za największe osiągnięcie Tobiasa, ale to nie oznacza że pozostałe płyty są słabe. Sammet odszedł od rasowego power metalu, na bardziej pokręcony melodyjny metal z domieszką power metalu, rocka, symfonicznego metalu czy nawet popu. Jest komercyjnie, ale jest więcej różnorodności, jest bardziej dojrzale i więcej takiej magicznej otoczki. "The scarecrow" to był szok, że jednak można inaczej grać niż na metalowej operze i wciąż zachwycać. Ostatni "Ghostlights" pokazał że można wymieszać rock,power metal, melodyjny metal i pop. Power metalu na ostatniej płycie było całkiem sporo. Jak z tym jest na "Moonglow"? Też przemyca Sammet sporo elementów power metalu, choć ciężko mówić tutaj o typowym power metalowym albumie. Sammet przeciera jakby zupełnie nowe szlaki w power metalu.  Jeśli kochamy ostatnie dzieła Sammeta to na pewno bardziej odnajdziemy się na "Moonglow".

Okładka jest fenomenalna. Jest pełna intrygujących kolorów i sporo mrocznych motywów. Nie wygląda jak typowa okładka Avantasia, co już potrafi zaskoczyć przeciętnego słuchacza. Brzmienie jak przystało na Sammeta jest z górnej półki. Jest moc i jest nutka takiej magii.

Goście tym razem tacy już sprawdzeni. Jak zwykle pojawia się Jorn, Kiske czy Atkins. Z nowych nazwisk mamy Petrozza, Candice Night czy Hansi Kursch. Jednak moim skromnym zdaniem jest ich za mało.

Czas się zagłębić w zawartość. Zaczyna się magicznie, spokojnie, może nieco rockowo, bo od rozbudowanego "Ghost in The moon". Jest podniośle, jest melodyjnie i gdzieś tam przewija się power metalowy riff.  Sammet zabiera nas do czasów "Mystery of Time". Nie ma mowy o power metalu z czasów metalowej opery, ale jest znakomita mieszanka rocka, symfonicznego metalu i power metalu. Magiczny klimat i wciągające chórki w refrenie robią swoje i potrafią zauroczyć słuchacza. Drugi utwór to power metalowa petarda w postaci "Book of Shallows". Riff brzmi jak zrzynka z "Do me like a caveman" Edguy. Jest ciężko, jest power metal pełną gębą i goście tutaj wymiatają. Jorn, Kursch i Atkins dają tutaj czadu. Jak te głosy znakomicie ze sobą współgrają. W połowie utwór nabiera więcej mocy i ociera się nawet o thrash metal. To jest idealnie miejsce dla wokalisty Kreator. Ciekawe jakby brzmiał album jakby był wypełniony takimi petardami. Prawdziwa perełka. Płytę promował "Moonglow" z Candice Night z Blackmore Night. Jej głos jest po prostu przepiękny i wnosi taki anielski klimat. Komercja jest z rodem z "Lost in space", choć stylistycznie bliżej tutaj do Nightwish. Utwór mało power metalowy, ale wymiata za sprawą rockowej otoczki i znakomitego refrenu, który od razu zapada w pamięci. Kolejny znakomity hit Avantasia. Drugim utworem, który Sammet udostępnił przed premierą był "The Raven Child". Niezwykły kolos, który poziomem i stylem przypomina "The Scarecrow". Znakomity początek z Hansim w roli głównej to wypisz wymaluj Blind Guardian. Swoje robi też Jorn, który dodaje sporo swoich emocji. Końcówka to czysty power power metal. Jeden z najlepszych utworów Avantasia. Czysta poezja i niezbyt dowód na geniusz Tobiasa. Dalej mamy power metalowy "Starlight" z gościnnym udziałem Ronnie Atkinsa.  Mamy echa Pretty Maids, choć tutaj mocny riff i szybsze tempo robią swoje. Przypominają mi się stare szlagiery Edguy. Mocna rzecz. Geoff Tate pojawia się w "Invicible" czyli spokojnej balladzie, która ma coś z "Inside out". Nutka progresywności pojawia się w rozbudowanym "Alchemy", gdzie znów pierwsze skrzypce gra Geoff Tate. Utwór nawiązuje do albumu "Ghostlights", co nie jest żadną wadą. Tutaj pojawią się też nieco mocniejsze riffy. Znów Tobias imponuje pomysłowością w sferze refrenu. Kolejny kolos to "The piper at the gates of a dawn", który mógłby śmiało znaleźć się na "Hellfire club". To taki klasyczny edguy i nawet miło jest usłyszeć te kiczowate partie klawiszowe. Na taki power metal zawsze warto czekać. W utworze szaleją Tate, Lande i Atkins. Murowany koncertowy hit. Jak jest Bob Catley to musi być klimatycznie i rockowo, a tak jest w "Lavender", który brzmi jak zagubiony kawałek Magnum. Stałym gościem Avantasia jest Micheal Kiske i tym razem dostał mu się power metalowy killer w postaci "Requiem for a dream". Oczywiście Kiske jest w znakomitej formie, a te echa Helloween są urocze. Sammet potrafi pisać pod Kiske. Jako bonus mamy cover w postaci "Maniac" i to taki miły dodatek, bo Tobias nie raz przerabiał znany hit z lat 80.


"Moonglow" to nie metalowa opera, to nie też "The scarecrow" i w sumie najbliżej mu do "Ghostlights".  Jest power metal i to w równie dużej ilości co na "Ghostlights", choć mam wrażenia że "Moonglow" jako całość prezentuje się lepiej. Sammet nie zawiódł i stworzył kolejne dzieło, które nie tak szybko przeminie. Dajcie się porwać w świat Avantasia i jego lidera Tobiasa Sammeta. Geniusz muzyczny naszych czasów ma się dobrze i idzie na przeciw wszystkiemu i wszystkich. "Moonglow" startuje jako mój kandydat do płyty roku i niech wszyscy mówią co chcą.

Ocena: 9.5/10

THORNBRIDGE - Theatrical Masterpiece (2019)

Najpierw na niemieckiej scenie metalowej pojawił się Running Wild, który w swojej speed metalowej formule postawił na piracki klimat i z tym związaną tematyką. Potem nadszedł czas Blind Guardian, który stawiał na opowieści o bardach i tematyce związanej z "Władcą Pierścieni". Potem nadszedł czas podobnych kapel jak Savage Circus czy Orden Ogan, który szły w ślady wspomnianych kapel. Teraz do tego grona zaliczyć należy kolejny jakże zdolny band, jakim bez wątpienia jest Thornbridge. Drugi album "Theatrical Masterpiece", podkreśla jak wysokiej rangi jest ten band i jak wiele jeszcze przed nimi.

Płytę znów zdobi klimatyczna okładka i to już świadczy o klasie tej płyty, Brzmienie wyjęte jakby z płyt Orden Ogan czy Blind Guardian. Jest przestrzeń i taka magiczna otoczka.  Znakomicie to współgra z Jorgem Naneder i jego znakomitym głosem. Jest charyzma i prawdziwy power metalowy pazur. Momentami przypomina mi wyczyny Hansiego Kurscha. Najnowsze dzieło Niemców to zbiór ciekawych melodii, ostrych riffów i wciągających pojedynków gitarowych Nanedera i Rogalskiego. Mamy tutaj starą szkołę grania power metalu i to jest właśnie piękne. Panowie sięgają po patenty odkryte przez rodaków na przestrzeni ostatnich dekad grania power metalu. Duża dawka przebojowości, szybkość i power metalowa jazda bez trzymanki to jest właśnie to co znajdziemy na "Theatrical Masterpiece. Band rozwija to co prezentował na debiutanckim krążku i nic dziwnego, skoro ten styl przysporzył im sporo fanów.

Po krótkim intrze atakuje nas tytułowy "Theatrical Masterpiece", który ociera się o styl Orden Ogan i starego dobrego Blind Guardian.  Bije z tego kawałka niezła energia i wciągający klimat. Nieco ciężej i bardziej topornie jest w "Keeper of the Royal Treasure", który przemyca piracki klimat z dawnych płyt Running Wild. Riff i agresywność "Revalation" brzmi jak kopiuj wklej z najlepszych kawałków Savage Circus. Brzmi to znakomicie i nie mam nic przeciwko takim kalkom. Liczy się wykonanie i szczere intencje. Dużo power metal w stylu Blind Guardian uchwycimy w szybszym i zadziornym "Demon in Your Heart". Gamma Ray z okresu Powerplant, czy też Running Wild można usłyszeć w pomysłowym i niezwykle melodyjnym "Journey to the other side" i na takie hity warto czekać. Cieszy mnie zwłaszcza podniosły refren, który jest mocno inspirowany Blind Guardian. Również intrygujący jest killer w postaci "Trace of Destruction", który bazuje na rozpędzonej sekcji rytmicznej i wciągającej melodii.  Coś z Running Wild mamy w przebojowym"The Helsmen" czy w pirackim "Set the sails".

Jestem fanem niemieckiego power metalu, zwłaszcza jeśli to są klimaty Blind Guardian czy Orden Ogan. Thornbridge stawia na klasyczne patenty i to zdaje egzamin. Nowe dzieło niemców jest pełne energii i znakomitych motywów. Pozycja obowiązkowa dla fanów power metalu. Kto wie, może u niektórych może namieszać w tegorocznych zestawieniach.

Ocena: 9/10

sobota, 9 lutego 2019

BEAST IN BLACK - From hell with Love (2019)

Freedom Call, Gloryhammer, Sabaton czy Powerwolf uważajcie! Na rynku słodkiego i melodyjnego power metalu pojawia się nowy gracz. Beast in Black to bestia zrodzona w roku 2015 w Finlandii z inicjatywy Antona Kabanena. Ślady z dawnej kapeli tj Battle Beast są i to nic dziwnego, bo przecież Anton był tam gitarzystą. Beast in Black ma za sobą jakże udany debiut, teraz powraca po 2 letniej przerwie z "From Hell With love". Nie ma zaskoczenia. Band robi swoje i kontynuuje to co wypracował na poprzednim albumie. Doświadczeni muzycy w tym przypadku to czynnik, który uspokaja, bo wiadomo że muzycy z taką historią nie mogą zawieść. Tak też jest. Dostajemy płytę, która burzy pewien schemat słodkiego power metalu, która pokazuje zupełnie nowy patent na melodyjny power metal.  Nie obędzie się bez narzekania true heavy metalowych fanów, bez docinek że to jakiś pedalski metal, czy innego tego typu docinki. Jednak jedno jest pewne. " From hell with love" pokazuje że można grać świeżo, z jajem i pomysłem.

Abstrahując od komiksowej okładki, która już sugeruje nam że nie jest to thrash metalowy album, a właśnie słodki power metal to trzeba przyznać, że brzmienie jest wzorcowe. Podkreśla przebojowość i podkreśla kluczowe znaczenie klawiszy. To o co chodzi z tą świeżością? Nie tak łatwo do świata słodkiego power metalu zaprosić disco/pop z lat 80. Wyobraźcie sobie że łączymy muzykę  Hammerfall, czy Judas Priest z muzyką z pogranicza Modern Talking, Fancy czy Alphaville. Nie łatwe zadanie, zwłaszcza żeby ostre gitary nie gryzły się z komercją i nadmierną słodkością. Jednak Beast in Black to fenomen i pokazuje, że ta sztuka jest możliwa.

Anton i Kasperi stworzyli zgrany duet gitarowy i ta maszyna działa bez zarzutu. Jednak oni są jakby na drugim planie. Tutaj na pierwszym miejscu jest znakomity i jedyny w swoim rodzaju wokalista Yannis Papadopoulos, który idealnie pasuje do tego słodkiego power metalu przesiąkniętego disco/popem z lat 80. Dzięki niemu właśnie czuć ten duch lat 80.

A jak materiał? Tutaj nie ma miejsca na słabe utwory czy niewypały. Przebój goni przebój, tak jakby ktoś odpalił listę przebojów na stacji radiowej.  "Cry out for Hero" to rasowy otwieracz z werwą i kopem. Na dzień dobry band wita nas power metalową jazdą bez trzymanki. To taka mieszanka Batlle Beast i Sabaton, a ja to kupuje. Bee Gees gdzieś nas atakuje w dyskotekowej melodii napędzającej "from hell With Love". Jakby wyłączyć tutaj gitary to mamy prawdziwy hit disco. Fani Abby,  czy Alphaville odnajdą się w takim wydaniu power metalu. Sam utwór może i kiczowaty, ale to jest hit. Świetnie się tego słucha, a refren to prawdziwy rarytas. W podobnym klimacie utrzymany jest stonowany "Sweet true lies". Ten duch lat 80 jest tutaj wszędobylski. Czasami się zastanawiam czy to jeszcze metal czy już pop. Nie przeszkadza mi to, bo słucha się tego znakomicie. "Repentless" to podniosły i zarazem niezwykle epicki kawałek, który ma coś z starego Freedom Call czy Nightwish. Disco znów wraca z "Die by the blade", który też nie bez powodu promował owy album.Nawet ballada "Oceandeep" wypada tutaj wzorcowo. Fani gier komputerowych na pewno docenią melodyjny i klimatyczny "True believer",  który idealnie wpasowuje się w pop lat 80.  Marszowy "Heart of Steel" to znakomite nawiązanie do twórczości Sabaton. Jednym z ostrzejszych utworów na płycie jest"No surrender" i ten riff jest po prostu fenomenalny. Pochwalę ich jeszcze za znakomity cover "No easy way out", który idealnie pasuje do całości.

Beast in Black potrzebował tylko dwóch albumów, żeby wejść do pierwszej ligi melodyjnego power metalu. Znakomita mieszanka popu, disco z lat 80 z melodyjnym power metalem. Wybuchowa mieszanka, a mając w zespole takie utalentowany osoby to można zdziałać cuda. Cud się stał i mamy perfekcyjny album, który przejdzie do historii i będzie dla następnych pokoleń. Czy Battle beast będzie stać na równie udany krążek? Zobaczymy.

Ocena: 10/10

THE THREE TREMORS - The three tremors (2019)

Tim Ripper Owen to bardzo zapracowany człowiek i co raz więcej pojawia się projektów muzycznych z nim w roli głównej. Jednym z takich nowych projektów jest The Three Tremors, w którym partnerują Timowi Sean Peck z Cage oraz Harry Conklin z Jag Panzer. Projekt powstał w 2018r i jest dedykowany fanom Judas Priest, Dio, Attacker czy Cage. Mamy więc do czynienia z heavy/power metal w amerykańskiej odmianie. Co ciekawe kiedyś w roku 2000 pod tą samą nazwą mieli działać Geoff Tate, Bruce Dickinson i Rob Halford. Kocham tych wokalistów i zawsze ich wyczyny przyprawiają mnie o dreszcze, dlatego byłem ciekaw jak zabrzmią wszyscy 3 wokaliści razem. Jest to ciekawe eksperyment, tylko że panowie maja bardzo zbliżone głosy przez co robi się lekkie zamieszanie. Gitarzyści tną ostre riffy i mamy na debiutanckim krążku "The Three Tremors" sporo mocnego grania, szkoda tylko że wyszła z tego niezła papka. Chaos jest tutaj wszędobylski. Otwierający "Invaders from the sky" to utwór szybki, ostry i wyjęty jakby z twórczości Cage. Nie brakuje na płycie też patentów charakterystycznych dla Judas Priest i przykładem tego zjawiska jest "Bullet for the damned". Jest to jeden z najciekawszych kawałków na płycie. Płytę promował "Wrath of gods" i nic dziwnego bo to całkiem poukładany heavy metalowy kawałek. Do grona ciekawych utworów warto zaliczyć melodyjny "The cause". Szybko i agresywnie jest też w "Lust for the blade", z którego nic nie wynika. Mamy też energiczny "Fly or die", który też brzmi bardzo chaotycznie i co z tego że jest szybkie tempo i agresywny riff. Tak właśnie jest z The Three Tremors, czyli szybko, agresywnie i chaotycznie. Jest to głośny i dynamiczny album, ale skierowany jakby do amatorów heavy metalowej muzyki. Tym razem wielkie nazwiska nie przedłożyły się na jakość płyty. Pozostaje posłuchać to dzieło i zapomnieć.

Ocena: 4/10

czwartek, 31 stycznia 2019

WRETCH - Man or Machine (2019)

Fifth Angel czy Iron Angel to takie świeże przykłady, że stare, zapomniane kapele z lat 80 mogą się odnaleźć we współczesnym rynku heavy metalowym. Wretch to kolejna amerykańska kapela, która działała już w latach 80, jednak nie umiała się przebić. W 2006 r dopiero wydali swój pierwszy album, a teraz po roku przerwy ma się pojawić w marcu ich 4 album zatytułowany "Man or Machine". Jak ktoś pokochał ten zespół za przebojowość, dynamikę i klasyczne patenty jakie ukazali w "The hunt" to  z pewnością polubi najnowsze dzieło amerykanów. Płyta brzmi bardzo oldschoolowo i nie chodzi już tylko o samo mocne, zadziorne brzmienie. Kompozycje zostały skomponowane z myślą o fanach Attacker, Fifth Angel czy Metal Church.  Styl w jakim band się obraca to przede wszystkim US heavy/power metal, choć nie brakuje też patentów wyjętych choćby z NWOBHM. Klasyczne riffy, duża dawka dynamiki to jest to co znajdziemy na tym krążku, choć band dostarcza nam sporo przebojów, które potrafią od razu zapaść w pamięci.  Znów to zrobili. Mamy kolejny mocny album w ich dyskografii.

Wretch to przede wszystkim charyzmatyczny Juan Ricardo, który nadaje całości odpowiedniego amerykańskiego charakteru i to on jest tutaj jakby na pierwszym planie. Trzeba przyznać, że niezłe show robią gitarzyści. Fani starych, klasycznych pojedynków gitarowych spod znaku choćby Judas Priest będą w siódmym niebie. Micheal i Nick dają czadu i słychać że jest pasja i zgranie. Brakowało mi takich popisów gitarowych. Przecież bez tego ani rusz w heavy/power metalu.

Płytę otwiera ciężki, ale zarazem niezwykle melodyjny i taki old schoolowy "Man or Machine". Znakomity wehikuł czasu do lat 80. Brzmi to znakomicie zwłaszcza, że band nie szczędzi tutaj dobrych melodii. Jest pierwszy killer. Mocny też jest "Destroyer of Worlds" , który przypomina najlepsze dokonania Sacred Steel. Mamy też nieco szybszy i bardziej żywiołowy "Schwarzenberg", w którym jeszcze więcej power metalu. Dobrze w to wszystko się wpasował cover Judas Priest w postaci "Steeler". Bardziej złożony jest "Requiem Aeternam" i pojawiają się liczne przyspieszenia i zwolnienia. Stara szkoła grania heavy metalu jednak króluje. Na koniec pojawia się "the inquisitor trilogy", który składa się z 3 kompozycji.  bardzo dobre podsumowanie całości.

Znów wretch pozytywnie zaskoczył. Na takie albumy warto czekać. Jest agresja, jest oldschoolowy materiał i nowoczesne brzmienie. Znakomita płyta, która pokazuje jak powinien brzmieć power metal w amerykańskim wydaniu. Nie można pominąć w marcu premiery nowego dzieła Wretch.

Ocena: 9/10

środa, 30 stycznia 2019

STEEL ENGRAVED - Steel Engraved (2019)

Znów wilkołak na okładce frontowej i ile razy już widziało się podobne okładki do tej zdobiącej najnowsze dzieło niemieckiej formacji o nazwie steel Engraved. Pierwsze skojarzenie to oczywiście okładki Lonewolf, Powerwolf, czy nawet Savage Circus. Jednak mimo wszystko muszę przyznać, że okładka "Steel Engraved" ma klimat i potrafi przyciągnąć uwagę. "Steel Engraved" to już trzecia album w dyskografii tej niemieckiej kapeli, która działa od 2007r. W 2006 r kapela ta funkcjonowała pod nazwą Stainless Steel. Co warto wiedzieć o nich? Jest to młody band, który stara się iść zupełnie inną drogą niż większość niemieckich kapel. Można odnieść wrażenie, że Steel Engraved chce grać heavy/power metal, ale w tej bardziej nowoczesnej odsłonie. Nowy album pokazuje, że zespół stawia na ciężki riff, mroczny klimat i ciekawe ozdobniki w postaci ciekawych chórków, czy nieco nowoczesnych partii klawiszowych. Toporne, przybrudzone brzmienie to jeden z niewielu czynników, które przypominają o tym, że to jest niemiecki band.  Więcej tutaj szwedzkiej sceny metalowej czy też nawet fińskiej. Muzycznie panowie przypominają mi trochę Arthemis, czy Bloodbound.

Zawartość jest solidna i naprawdę warta uwagi, pomimo że nie mamy do czynienia z jakimś arcydziełem. "Where Shadows remain" to trafny otwieracz, który imponuje przebojowością i zadziornością. Co od razu się rzuca to bez wątpienia Marco Schober w roli wokalisty. Ma charyzmę i potrafi zaskoczyć w wyższych rejestrach. No pasuje idealnie do warstwy instrumentalnej. Bardziej pospolity wydaje się "Generation Headless", który ma w sobie taki rozpoznawalny riff i duch najlepszych kawałków Bloodbound. Z kolei "The oppressed will fly" to już bardziej stonowany utwór, gdzie dominuje ciężar i toporność. Intrygujące partie klawiszowe i odrobina nowoczesności napędzają "Slave To Yourself", który  zaliczyć należy do tych najciekawszych kawałków na płycie. Więcej power metalu i popisów gitarowych mamy w rozpędzony "Nightwarriors" czy "Rebellion". Dobrze wypada też nieco hard rockowy ""Your inner self" czy agresywniejszy "Close Your Eyes".


7 lat czekania na nowy album Steel Engraved dało w efekcie solidny album z nowoczesnym heavy/power metalem. Niestety nie ma mowy o dziele rzucającym na kolana, ani też płycie ponad czasowej. Solidne rzemiosło, które warto posłuchać w wolnej chwili.

Ocena: 6/10

wtorek, 29 stycznia 2019

KING DIAMOND - Songs For the dead Live (2019)

To już 12 lat mija od czasu wydania ostatniego albumu Kinga Diamonda. Każdy z fanów nie może doczekać się nowego pełnometrażowego wydawnictwa. Problemy zdrowotne pokrzyżowały nieco plany króla horror metalu. Jednak na dzień dzisiejszy trwają pracę nad nowym materiałem, a w międzyczasie King Diamond raczy nas kompilacjami, czy właśnie albumem koncertowym. Ten najnowszy koncertowy album zatytułowany "Songs for Dead live" został zarejestrowany w Filadelfii w 2015 roku. Była to trasa podczas, której King zagrał w całości jeden ze swoich kultowych albumów, czyli "Abigail".  Kawałki z tej płyty brzmi znakomicie. Mimo upływu czasu jest to wciąż heavy metal wysokich lotów. Kiedy na scenie mamy ciekawą oprawę i Kinga tworzącego oprawę niczym z horrorów, to trzeba przyznać że są to doznanie o wiele lepsze niż przy słuchaniu studyjnego albumu. Co ciekawe King mimo swoich lat brzmi wybornie, co słychać choćby w klimatycznym "Arrival". Górne rejestry są po prostu imponujące. Jeszcze lepiej wypada "The Family Ghost", który w pełni oddaje styl w jakim obraca się King Diamond.  Miło jest popatrzeć jak King znakomicie bawi się na scenie podczas tego kawałka. No jest moc, a wykonanie po prostu perfekcyjne. Popis formy wokalnej King daje w "Abigail", który wymiata mimo tylu lat. Oprócz "Abigail" mamy tutaj też kawałki które można zaliczyć do tych najlepszych i najbardziej znanych. Mamy rozpędzony "Welcome Home", który na żywo zawsze robi ogromne wrażenie.  Miło jest też usłyszeć przebojowy "Eye of the witch" , który przyprawia o ciarki za sprawą klimatycznych partii klawiszowych.  Nie mogło też zabraknąć kawałków z okresu Mercyful Fate i miło jest usłyszeć "mellisa" czy właśnie "Come to the sabbath".  Andy Larocque i Mike Wead dają czadu przez cały koncert i można doznać szoku, że są w tak znakomitej formie. Setlista jak najbardziej udana, forma muzyków imponuje i całościowo "Song for the dead Live" to zgrabnie przyrządzony album koncertowy. Jednak to nie jest jeszcze to na co czekam. To już najwyższa pora na nowy materiał. Pozycja obowiązkowa dla fanów Kinga, ale i też fanów dobrych albumów na żywo. Gorąco polecam.

Ocena: 9/10

WITHIN TEMPTATION - Resist (2019)

Fanem Within Temptation nigdy nie byłem. Szanuje jednak tą kapele za rozpowszechnianie symfonicznego metalu i za niezwykły głos Sharon Den Adel, która stała się ikoną symfonicznego metalu. Band działa od 1996r i dorobili się 8 albumów, a te najlepsze band wydał na początku swojej kariery. Mam tutaj na myśli "The Silent Force" i "Mother earth", które zawierają najwięcej hitów Within Temptation. Te dwa krążki wyznaczyły styl tej kapeli i nigdy potem już nie udało się zespołowi zbliżyć do ich poziomu. Teraz po  5 latach przerwy band powraca z nowym albumem zatytułowanym "Resist" i jet to ciąg dalszy podróży zespołu w rejony popu, alternatywnego rocka, z domieszką symfonicznego metalu. Ten ostatni element jest podawany w jak najmniejszych ilościach. Resist to na pewno płyta dopieszczona pod względem brzmieniowym i to słychać. Jest mocne, z pazurem i z klimatem. Szkoda tylko, że inaczej ma się sprawa z zawartością. Echa starego Within Temptation można wyłapać w marszowym, ale i bardzo przebojowym "The reckoning". Dobrze też się słucha  podniosłego i nieco komercyjnego "Endless War". Refren tutaj jest bardzo udany i zapada w pamięci.  Płytę cały czas napędza wokal Sharon i znakomicie sprawdza się w nieco ostrzejszym "Raise Your Banner", który jest jednym z najciekawszych utworów na płycie.  W tym kawałku pojawia się też gościnnie Anders Friden. W "Supernova" pojawiają się z kolei elementy muzyki elektronicznej. To już inny styl Within Temptation, choć trzeba przyznać jak na taki eksperyment to i tak poszło im nie najgorzej.Nie wiele wnosi spokojniejszy "In Vain", czy przekombinowany "Firelight". Do grona ciekawych utworów na pewno warto jeszcze zaliczyć chwytliwy "Mad World". Na sam koniec mamy znów bardziej komercyjny "Trophy hunter". Fani Within Temptation może więcej wycisną z tego albumu, bo mi tak średnio podszedł. Jest kilka utworów, które można posłuchać bez zażenowania. Mocne brzmienie i świetny wokal Sharon to troszkę za mało. Ot co średni album, który nie wiele wnosi do twórczości tego zespołu. Może jeszcze kiedyś wrócą do grania z "Mother Earth"?

Ocena: 5/10

niedziela, 27 stycznia 2019

SKELETOON- They never say die (2019)

Włoski Skeletoon to kapela, która idzie w ślady Helloween, Freedom Call, Trick or Treat czy Freedom call. Ich styl muzyczny określa się mianem "nerd metalu" czy właśnie radosnego power metalu. Działają od 2011 r i postanowili oddać hołd latom 80 i mówi tutaj o całej popkulturze z tamtego okresu. "They never say die" to trzeci album w dyskografii tej formacji i to też trzecia część "nerd sagi", która ma stanowić 5 części. Band stara się zabrać swoich słuchaczy w podróż po kultowych grach, filmach i komiksom, którą w pełni oddają świat zespołu i owej sagi.Na debiucie nie brakowało ciekawych gości z kręgu power metalu, tak samo na nowym krążku nie zabrakło znanych muzyków. Jest Micheal Luppi, Giacomi Voli, Morby czy Alessandro Conti, którzy jeszcze bardziej podkreślają ten radosny power metal i ta słodkość jest tutaj naprawdę urocza. Przypominają się kultowe albumu Edguy, Helloween czy Avantasia.

Płytę otwiera klimatyczny "Hell-o", który jest hołdem dla "keeper of the seven keys". Jest lekkość, jest szybkość i niezwykła melodyjność. Słychać też od razu ten radosny power metal. Mimo wtórności brzmi to znakomicie i chce się większej dawki power metalu na takim poziomie.  Produkcja jest soczysta i dobrze wyważona, co idealnie współgra z stylem kapeli i z tym co mamy na płycie. Znakomici goście to nie tylko przynęta dla nas, ale też miły dodatek do całości.  Co nie przeszkadza też wyróżnić Tomiego Foolera, który jest wokalistą Skeletoon. Na płycie dzieje się dużo, zwłaszcza jak skupimy się na partiach gitarowych Piletto i Cappellariego. Stawiają na dobrą zabawę, na chwytliwe melodie i radosny power metal. "The truffle shuffle army: bizardly bizzare", który znów nas zabiera do czasów Helloween z okresu "Keeper of the seven keys". Bije z tego niezwykła radość i moc.  Niby nic nowego, niby brzmi to jak kopia pomysłów Helloween, ale słucha się tego bardzo dobrze. Band zwalnia w spokojniejszym "To leave a land", który znakomicie nastraja. Tytułowy "They never say die" to taka mieszanka Freedom Call, Gamma ray, Edguy i Helloween. Jednym słowem klasyczny europejski power metal na wysokim poziomie. Szybkie tempo i znakomite melodie to atuty tej petardy. Band potrafi też zaskoczyć w stonowanym "Last chance", który uderza w stronę melodyjnego metalu. Płytę promuje "I have the key", który znakomicie oddaje to co słychać na "They never say die". Z kolei "The chainmaster" to taki ukłon w stronę pierwszego dzieła Avantasia. Taka mieszanka radosnego metalu z power metalem i hard rockiem. Brzmi to wyjątkowo dobrze. Skeletoon dobrze wypada w 8 minutowym "When legends turn real", gdzie przeplata się wiele ciekawych motywów i o nudzie tutaj nie ma mowy. Pozwolę sobie jeszcze wyróżnić "Farewell" czyli cover Avantasia, który tak samo świetnie czaruje jak oryginał. Znakomicie ten kawałek wpasował się do całości.

To już 8 lat na scenie Skeletoon i swoich zagorzałych fanów mają i ja do nich też się dopisuje. Zgrany band, który idzie przetartymi szlakami i chcą porwać słuchaczy za sprawą sentymentu do klasycznych płyt radosnego power metalu. Ta szczerość i miłość do tego stylu jest tak mocna, tak urocza że ja to kupuje. "They never say die" to płyta ciekawsza niż dwa poprzednie i kto wie może namieszać w tym roku.

Ocena: 9/10

piątek, 25 stycznia 2019

RHAPSODY OF FIRE - The Eighth Mountain (2019)

Jedną z najbardziej wyczekiwanych płyt roku 2019 dla wielu fanów melodyjnego power metalu, czy też symfonicznego metalu jest bez wątpienia najnowsze dzieło Rhapsody of Fire. Przez ostatnie lata wiele się działo w szeregach Rhapsody of Fire. Cofnijmy się do roku 2016. Wtedy ukazał się jeden z ich najlepszych albumów, czyli "Into the Legend". Kiedy band znów się odrodził, nagle coś się zaczęło psuć. Fabio Lione będący w zespole od początku odszedł by poświecić się innym kapelom jak choćby Angra. Zaraz po nim odszedł też Alex Hozwarth. Ze starego składu już został tylko Alex Staropoli. Wiele fanów nie widziało sensu, by Rhapsody dalej funkcjonował pod nazwą Rhapsody of Fire. Po co ciągnąć coś z innymi muzykami, kiedy nie będzie to już to samo? Też takie miałem myśli. Zmienił się tok myślenia kiedy band wydał "Legendary Years" gdzie band odświeżył w nowym składzie najlepsze kawałki zespołu z początków kariery. Pojawiła się nadzieja, że ten band jeszcze może nas zaskoczyć. Rozpoczęło się odliczenie do premiery najnowszego dzieła w postaci "The Eighth Mountain". Czas zacząć nową sagę i nowy rozdział Rhapsody of Fire.  Cała akcja marketingowa i próbki nowego krążka nastawiały bardzo optymistycznie. Jak jest naprawdę?

To co dzieje się z marką Rhapsody troszkę śmieszy, bowiem już mamy dwa obozy Rhapsody. W jednym jest Rhapsody of Fire z Alexem Staropoli, a w drugim Turilli/Lione Rhapsody gdzie grają pozostali dawni muzycy Rhapsody. Kto wyjdzie z tej batalii cało zobaczymy....

"The Eighth mountain" to płyta która oddaje to co najlepsze w tej kapeli. Podniosłe motywy, dużo symfonicznych ozdobników, różne ciekawe orkiestrowe aranżacje, złożone motywy, klimat fantasy i ta lekkość w tworzeniu kompozycji. Obawy były czy nowi muzycy wpasują się w styl Rhapsody of Fire, czy podołają i czy udźwigną legendę. Giacomo Voli to nowy głos Rhapsody i ma coś z Fabio Lione, ale ma swój własny styl. Jest szeroki wachlarz jego możliwości, a w dodatku znakomicie radzi sobie z wysokimi rejestrami. Wnosi on świeżość i nową energię do zespołu. Alex Staropoli też mógł postawić na nieco inne rozwiązania.  Sekcja rytmiczna, którą tworzą Sala i Lotter to też mocny punkt tej płyty. Jest szybko i do przodu, ale nie jest to bezmózga łupanina. Ciężko uwierzyć, że ten band tworzą nowi ludzi, bo muzyka mówi nam jakbyś wrócili do korzeni i podali to w nowoczesnej oprawie.

Alex Charleux stworzył znakomitą okładkę i jest pełna miłych dla oka motywów. Jest chłód i klimat fantasy. Świetne dopełnienie znakomitego materiału, który od początku do końca porywa słuchacza. Jest podniosłe otwarcie w postaci "Abyss of Pain", który już przyprawia słuchacza o ciarki. To dopiero początek.Rhapsody of Fire  to specjalista w symfonicznym power metalu i czasami brakowało takiego mocnego kopa i energii. Brakowało nieraz pary i jakiegoś pomysłu by kawałek brzmiał atrakcyjnie. Kiedy wkracza "seven Heroic deeds" to od razu słychać ten power z początków działalności Rhapsody, jest powiew świeżości i takie nowoczesne opakowanie. To właśnie tak ma brzmieć Rhapsody w naszych czasach. Giacomo daje tutaj popis swoich umiejętności i pokazuje, że nie jest żółtodziobem, który stawiał kroki w talent show.  Więcej, więcej power metalu jest w rozpędzonym "Master of Peace" i znów słychać takie pozytywne zagrywki Staropoliego i tą słodkość z pierwszych płyt. Mocna rzecz. "Rain of Fury" to kawałek, który promował album i to w najlepszy sposób. Jest pazur, jest ciekawy riff i aranżacje orkiestrowe. Przebojowość bije z tego kawałka na kilometr. Nieco inaczej zaczyna się "White Wizzard", bowiem spokojnie, nieco balladowo, ale to utwór bardzo urozmaicony. Nie można mu odmówić podniosłości i orkiestrowej oprawy. Tak to wciąż kompozycja w power metalowym stylu. Bajkowy klimat i folkowe patenty to zalety "Warrior Heart", który ukazuje jak świetnym wokalistą jest Voli. Prawdziwy diament! Mocny riff atakuje nas w "The courage to forgive", który jest bardziej stonowany i marszowy. Nie ma tutaj szybkości, a mimo to jest to killer.  Ta lekkość znów sprawia, że ta muzyka po prostu płynie i wciąga słuchacza. Na płycie mamy 2 kolosy, które stawiają na epickość i prawdziwą symfoniczną ucztę, gdzie roi się od ciekawych motywów i aranżacji.  "March Against the Tyrant" jak sama nazwa wskazuje to prawdziwy bojowy marsz w kierunku bitwy.  Znakomite przejścia i dawkowanie power metalu sprawiają że utwór trzyma w napięciu jak dobry thriller. Niesamowite przeżycie. "Clash of Titans" to podręcznikowy przykład power metalu i to tego najwyższej próby. Jest szybkość, dobra współpraca gitarzysty i Alexa. Nie ma się do czego przyczepić, choćby się chciało. Echa pierwszych płyt Rhapsody mamy też w rozpędzonym "Legend goes on", który też band pokazuj światu na długo przed premierą. Nic dziwnego, bowiem to taki klasyczny Rhapsody jaki kocham. Całość zamyka drugi kolos czyli "Tales of Hero's Fate", który jest prawdziwą ucztą dla uszu. Jest tutaj dużo power metalu i przeplatają się naprawdę ciekawe motywy. Przede wszystkim klimat wciąga, a wisienką na torcie jest narracja świętej pamięci Christophera Lee.  Łezka w oku się zakręciła.


Same "ochy" i "achy" tu wypisuje i nic negatywnego. Tak się składa, że band dopracował każdy detal. Zarówno oprawa, brzmienie jak i zawartość są na wysokim poziomie. Band zabiera nas do korzeni swojej twórczości, ale też stara się odświeżyć zużytą formułę. Mamy w efekcie jeden z najlepszych albumów tej formacji. Znakomita kontynuacja "Into the Legend" i miłe zaskoczenie. Ciekawe co na to Turilli i Lione? Czekamy na ich odpowiedź.

Ocena: 9.5/10

GATHERING OF KINGS - First Mission (2019)

Kiedy widzi się takie nazwiska jak Altzi, Strid czy Papathanasio to nie zastanawiam się czy sięgnąć po płytę. Po prostu to robię, czasami nawet w ciemno. Gathering of Kings to projekt muzyczny, który mocno wzoruje się na Phenomena, a dodatkowo nie kryje swoich inspiracji Yes, Ufo czy innymi tego typu kapelami. Za cel obrano melodyjny rock, hard rocka z nutką melodyjnego metalu.  W tym roku przyszedł czas na ich debiutancki album zatytułowany "First Mission". Za produkcję odpowiada  Thomas Plec Johansson znany z pracy z Dynatzy czy The night flight  Orchestra. Z kolei materiał napisał Victor Olsson. Trzeba przyznać, że zapowiedzi, marketing i lista gości podziałały jak magnes i od razu wiedziałem, że chce posłuchać tego wydawnictwa. Piękna, bajkowa nieco futurystyczna okładka, to taki ukłon w stronę melodyjnego rocka z lat 80. Do tego sporo dobrego robi soczyste, takie nieco krystaliczne brzmienie, które podkreśla różne ozdobniki i wciągające partie klawiszowe.  Płytę otwiera klimatyczne intro w postaci "The gathering", które wprowadza nas w świat Gathering of kings. Dalej mamy wciągający, melodyjny "Forever and a Day", który nawiązuje do lat 80. Nutka progresywności i chwytliwa melodia są tutaj mocnym atutem. Nie brakuje też komercyjności co potwierdza to "Love will stay alive". Znakomicie wypada też podniosły i nieco marszowy "Endless Paradise". Jeszcze lepiej wypada przebojowy "Saviour", który przenosi nas do lat 80. Prosty motyw i nutka nostalgii robi swoje. Płyta jest magiczna i taka dopieszczona, dlatego każdy utwór jest tutaj na wagę złota.  "Lonely Road" to kolejny killer na płycie i żywy dowód na to, że hard rocka naszych czasów może być urokliwy. Całość zamyka zadziorny "Battle Cry", który pokazuje jak urozmaicony jest ten krążek. Debiut Gathering of kings to płyta dopieszczona, przebojowa i pełna ciekawych melodii. Dzieje się tutaj dużo i fani melodyjnego hard rocka nie mogą czuć się zawiedzeni. Perełka, którą trzeba znać !

Ocena: 9/10

czwartek, 24 stycznia 2019

COME TASTE THE BAND - Reignition (2019)


Come taste the band to przede wszystkim tytuł kultowego krążka Deep Purple, ale to również nazwa norweskiej formacji, która powstała w 1997r w celu grania kawałków Deep Purple, Rainbow czy Whitesnake. Kapele założył gitarzysta Jo Henning Kaasin i wokalista Vidar Heldal. Skład się zmieniał na przestrzeni lat, zmieniali się goście. Pojawiał się Hughes, Doggie White czy Joe Lynn Turner. W roli basisty pojawia się Ståle Naas, z kolei na perkusji Birgera Löfmana i Svenne'a Janssona na klawiszach. Come taste the band w końcu stara się tworzyć własny materiał, a efektem tego jest najnowsze dzieło w postaci "Reignition". Na płycie pojawia się Doggie White i Joe Lynn Turner, co jeszcze bardziej daje nam jasny sygnał, że mamy do czynienia z muzyką z pogranicza Rainbow, deep Purple czy Whitesnake. Skromna okładka, rasowe, nieco przybrudzone brzmienie oddają klimat lat 70, czy 80. Muzyka klasyczna , old schoolowa i słucha się tego bardzo dobrze. Przyznaję że nie ma efektu "wow", nie ma petardy, która rzuca na kolana. Odgrzewane kotlety nie zawsze są smakowite. Tym razem działa sentyment i głód na takie granie. "Not that kind of woman" to pierwszy utwór na płycie i kipi z niego pozytywna energia i taki power. Jest zapał i pomysł na takie granie. Ciekawe czy album by się bronił bez gwiazd w postaci Turnera i White'a? Oto jest pytanie. Wciąga pomysłowy "Under your skin", w którym partie basowe są po prostu urocze. Czasami proste motywy są najlepsze. W podobnych klimatach jest utrzymany spokojny, nieco  mroczny "Slave for your loves". Bardziej przebojowy jest "Tied Down" z gościnny udziałem Joe Lynn Turnera. Stonowany i bardziej zakręcony "Cradle to grave" , w którym nie brakuje progresywności. Całość zamyka klimatyczny i nieco romantyczny "So long old friend". Miło, że takie granie jest jeszcze w cenie i że mimo upływu lat wciąż można napotkać muzykę w stylu Rainbow, czy Deep Purple. Mamy świetnych gości, szkoda tylko że poziom nie jest taki jak na płytach tych kultowych kapel. Mimo wszystko warto posłuchać i powspominać stare dobre czasy.

Ocena: 7/10

środa, 23 stycznia 2019

METAL INQUISITOR - Panopticon (2019)

Wystarczyło 5 albumów, aby niemiecki Metal Inquisitor stał się szybko nową gwiazdą na heavy metalowym rynku. Stali się rozpoznawalni i lubiani, a najlepsze jest to, że nawiązują do lat 80. Co znajdziemy w ich muzyce elementy NWOBHM, a także klasycznego heavy metalu. Panowie czerpią garściami z twórczości Angel Witch, Judas Priest, czy Iron Maiden.Band działa od 1998r i już wyrobił swój styl i markę. Teraz po 5 latach przerwy powracają z najnowszym krążkiem zatytułowanym "Panopticon", który jest swoistą kontynuacją tego co mieliśmy na poprzednich wydawnictwach. Wciąż siłą napędową kapeli jest charyzmatyczny wokalista  El Rojo, a także duet Blumi/ T.p który stawia na dynamikę, melodyjność i klasyczność. Nie ma tutaj niczego nowego, nie ma odkrywania nowych rejonów, a wręcz przeciwnie mamy odświeżanie sprawdzonych patentów i rozwiązań. Metal inquisitor w takim aspekcie band sprawdza się znakomicie. Okładka narysowana ręcznie i przesiąknięta mrocznym klimatem przyciąga oko słuchacza i to od samego razu. Sam otwieracz "Free fire zone" już znakomicie wprowadza nas w nowy krążek. Jest moc, szybkie tempo i przebojowy charakter. Rozpędzony "Change of front"  to ukłon w stronę pierwszych płyt Iron Maiden. Bardzo dobrze wypada "Beyond Nightmares", który pokazuje lekkość i pomysłowość. Jeszcze więcej energii mamy w"Trial by combat"  i to jest kolejny kawałek przesiąknięty Iron maiden. Znalazło się też miejsce na speed metalowy "Shock Tactics" czy na zadziorny "Scent of Fear" . Całość zamyka melodyjny "Descipline and punish", który idealnie podsumowuje całość. Materiał jest treściwy i dopracowany, a to przedkłada się na jakość płyty. Nie ma słabych punktów i każdy utwór ma w sobie to coś. Płyta godna uwagi! Warto było czekać 5 lat na nowe dzieło niemców.

Ocena: 8/10

piątek, 18 stycznia 2019

GLORYFUL - Cult of Sedna (2019)

Uwaga Niemcy w natarciu! Ledwie rok 2019 się rozpoczął a już na dzień dobry mamy najnowsze dzieła dwóch młodych kapel prosto z Niemiec. Gloryful i Metal Inquisitor wydali swoje najnowsze wydawnictwa i oba są na wysokim poziomie. Gloryful działa od 2010 roku i już nagrali 4 albumy. Muzycznie jest to soczysty heavy/power metal, który ociera się o twórczość Grave Digger, Brainstorm,  czy Mystic Prophecy. "Cult of Sedna" to dojrzała płyta, a przede wszystkim bardzo energiczna i zagrana z polotem. Słychać tutaj, że jest pasja i miłość do power metalu. To przedłożyło się na zgrany, przemyślany i energiczny materiał. Roi się od chwytliwych refrenów, od mocarnych riffów i od tej niemieckiej precyzji. Gloryful jest na fali i to słychać. Ten album to potwierdzenie, że band się rozwija i trzyma wysoki poziom. Okładka jak na ten band dość urocza, a brzmienie tym razem ostre jak brzytwa. Co cieszy to na pewno, że wokalista Johny la bomba daje z siebie więcej i słychać ten pazur w jego głosie.  To właśnie on nadaje charakteru zespołowi i napędza band w energicznym "The oath". Gloryful dostarcza chwytliwy riff i dużą dawką melodyjności w przebojowym "Brothers in arms". Shredmaster i Adrian to duet dynamit i nie boją się niczego. Grają to co gra im w sercu i są tego efekty. Klasa sama w sobie, a to dopiero początek. Uroczy jest też refren w heavy metalowym "Void of Tommorow". Echa Judas Priest, czy Primal Fear pojawiają się w zadziornym "The haunt", który szybko stał się moim faworytem. To jest power metal na jaki warto czekać. Band urozmaica nam materiał na nowej płycie i nie popada w rutynę. Hard rockowy "True till Death" oparty na prostej melodii i stonowanym tempie pokazuje że band odnajduje się w wielu stylizacjach. W podobnych klimatach jest też nieco komercyjny "Desert Stranger", ale to nie jest ujma dla tego wydawnictwa, a wręcz przeciwnie. Dzięki takim kawałkom jest luz na płycie i swego rodzaju lekkość. Drugim takim rasowym rozpędzonym power metalowym killerem na krążku jest "My sacrifice" i to jest najlepsze co nas spotyka na tej płycie. Całość zamyka udany, ale nieco jakby nieskończony instrumentalny utwór "Into the next chapter". Gloryful porwał, wciągnął w swój świat i zniszczył mnie totalnie. Wyszedł zgrany i pełen zaskoczeń album. Przede wszystkim nie ma miejsca na nudy i cały czas band serwuje kompozycje z górnej półki. Jak dla mnie jest to ich najlepszy album i pokazuje ich styl i jakość. Tego trzeba posłuchać !

Ocena: 8.5/10

czwartek, 17 stycznia 2019

ANCIENT BARDS - Originie (The black crystal sword saga part II) (2019)

Włoski Ancient Bards kazał swoim fanom czekać 5 lat na nowe dzieło. Tym razem band postanowił przyszykować coś specjalnego. Postanowili zmierzyć się ze swoim kultowym albumem "The alliance of the kings (the black crystal sword saga part I), który okazał się niemalże idealnym krążkiem w kategorii symfonicznego power metalu. Podniosłe chórki, melodyjne riffy, duża dawka energii i charyzmatyczna wokalistka Sara Squadrani to wszystko przedłożyło się na jakość płyty. To właśnie znajdziemy na nowym dziele. Udało się nagrać album o podobnym ładunku emocjonalnym i na podobnym poziomie artystycznym. "Origine - The black crystal sword saga part II) to płyta przemyślana, dojrzała i pełna różnych smaczków i ozdobników. Robi to ogromne wrażenie podczas odsłuchu, a najlepsze jest to że nie ma mowy o nie trafionych motywach, czy słabych melodiach. Tutaj wszystko ładnie ze sobą współgra i tworzy znakomitą całość. Od razu słychać, że mamy do czynienia z płytą z wyższej półki. W zespole sprawdza się też bez wątpienia nowy gitarzysta tj Simone Bertozzi. W partiach gitarowych mamy sporo ciekawych przejść, liczne zrywy i sporo wciągających riffów. Nie ma tutaj miejsca na nudę. "Impious Dystopia" to prawdziwy rarytas i przykład, że wciąż można grać pełen gracji i finezji symfoniczny power metal. Przypominają mi się stare dobre czasy Rhapsody. Kolejny hicior na płycie to bez wątpienia przebojowy "Fantasy's wings". Z kolei folkowe patenty i podniosłość to zalety "Aureum Legacy".Band zwalnia dopiero w balladowym "Light", który porywa tym swoim bajkowym klimatem. Sara idealnie się sprawdza w takim graniu i jej głos tutaj po prostu błyszczy.Power metal w dużej ilości wybrzmiewa na pewno w rozpędzonym "Titanism" i na sam koniec band dostarcza nam znakomitego kolosa w postaci "The great divide", który idealnie podsumowuje ten krążek. Klasa sama w sobie i dla takiej perełki warto czekać do końca płyty. Ancient Bards zrobił to co do niego należało i nagrał płytę na miarę swoich możliwości. Płyta oddaje to co najlepsze w symfonicznym power metalu i może śmiało namieszać w tegorocznych zestawieniach. Warto poznać jak obecnie gra Ancient Bards!

Ocena: 9/10

DELFINIA - Deep Elevation (2019)

Na rynku ukazał się debiutancki album powermetalowej grupy DELFINIA z Ukrainy. Kapela,a raczej projekt muzyczny powstała z inicjatywy wokalisty, Konstantina Naumenko (TITANIUM, SUNRISE) oraz Darii Naumenko (SUNRISE, NOVI). Płyta zatytułowana "Deep Elevation" skierowana jest do fanów Sonata Arctica, Sunrise, Titanum, czy właśnie Stratovarius. Aby trafić do szerszego grona słuchaczy postanowiono zaprosić znakomitych gości jak Roland Grapow, czy Olaf Thorsen. Klimatyczna okładka i soczyste, nieco słodkawe brzmienie znakomicie podkreśla z jakim albumem mamy do czynienia. Nie znajdziemy tutaj agresywne riffy, czy jakieś ciekawe galopady. Ot co jest to krążek solidny i niestety nic ponadto. Takie melodie jakie tutaj uświadczymy są bardzo pospolite i niczym się nie wyróżniają.  Mamy tutaj melodyjny "Loneliness" , który przemyca taki fiński klimat i tą typową dla tamtego rejonu słodkość. Nie brakuje też elementów progresywnych, które się pojawiają w "The world of dream".  To przykład, że nawet w spokojniejszych klimatach Delfinia się sprawdza bardzo dobrze. Olaf Thorsen tutaj znakomicie się odnajduje. Więcej przebojowości mamy w chwytliwym "Im here". Mamy jeszcze bardziej rozbudowany "Call of the wind", który jest nieco nudny i brakuje tutaj jakiegoś ciekawego motywu co by porwał słuchacza. Całość zamyka klimatyczna ballada w postaci "Autumn Dream", który podkreśla że na tej płycie postawiono na uroczy klimat i bardziej spokojne granie. Brakuje na pewno tego power metalu, jakiegoś zrywu i energii, która by pobudziła słuchacza podczas odsłuchu tego wydawnictwa. Czuje spory niedosyt, zwłaszcza że mamy tutaj w składzie utalentowany duet wokalistów. Może jeszcze kiedyś uda się nagrać coś wartego uwagi.

Ocena: 5/10

środa, 16 stycznia 2019

BLOODY TIMES - On a mission (2019)

Simon Pfundstei i John Greely powracają z nowym albumem sygnowanym marką Bloody Times. Ten projekt muzyczny został powołany do życia w 2014 r i już mają na swoim koncie dwa albumy. Najnowsze dzieło w postaci "On a mission" to w dalszym ciągu hołd dla klasycznego heavy metalu. Co znajdziemy tutaj to wpływy takich zespołów jak Manowar, Judas Priest, Savatage czy Running Wild. Na nowej płycie nie brakuje imponujących gości jak Ross The Boss, Rainer Pfundstein, czy Marco Cossu. "On a mission" to płyta solidna, ale na pewno nie jest to płyta, która jest świeża i rzucająca na kolana. Takich płyt jest pełno na rynku, dlatego niczym specjalnym się nie wyróżnia. Oklepane riffy, soczyste brzmienie i znane nazwiska to trochę za mało, żeby stworzyć mocny album. Płytę otwiera "Alliance" czyli 8 minutowy epicki kolos, który mocno nawiązuje do Manowar i jeszcze Ross The Boss w roli gościa. Najlepszy kawałek na płycie i potem już trochę siada całe tempo. Stonowany, nieco zadziorny "Fort Sumter" to już po prostu czysty heavy metal, bez zbędnych ozdobników. Niestety nie za wiele się tutaj dzieje. Z topornością na pewno przesadzono w "Curse of Geneiveve". Nie wiele wnosi nijaki "Operation Focus" i ta płyta już pozostaje taka średnia bez większych fajerwerków. Najlepszy z tego wszystkiego jest otwieracz, a reszta utworów niestety nie zapada na długo w pamięci. Płyta z serii posłuchać i zapomnieć.

Ocena: 5/10

poniedziałek, 31 grudnia 2018

RAVAGER - Thrashletics (2019)

Ravager to  młody band prosto z Niemiec, który specjalizuje się w graniu rasowego thrash metalu. Jest to młoda kapela, która działa od 2017r. i jest bardzo głodna sukcesu. Mają na swoim koncie już całkiem udany debiut, a drugi krążek "Thrashletics" będzie miał premierę w lutym 2019. Jeśli kochacie twórczość Death Angel, Sodom czy Destruction to na pewno pokochacie ten band i ich najnowsze dzieło. Okładka może i nieco kiczowata, a brzmienie niczym specjalnym się nie wyróżnia, ale zawartość jest dopracowana i przemyślana. Nie brakuje agresji, szybkości, ani też technicznego grania. To wszystko brzmi naprawdę dobrze i taki "Mindblender" rzuca na kolana. Niby prosty motyw, niby to wszystko było, ale ta agresja, ten szczery przekaz po prostu jest uroczy. Bardzo dobrze wpisuje się w tło nieco punkowy wokal Phipsiego. Elementy Death Angel są tutaj wyczuwalne od pierwszych minut. Potencjał kapeli można wyczuć w energicznym "Thrashletics out of hell", który imponuje dynamiką, agresją, ale przede wszystkim techniką. Niemiecką toporność można wychwycić w zadziornym "Society of blunted state", który też trzyma bardzo wysoki poziom. Gitarzyści Dario i Marcel dają czadu, jeśli chodzi o partie gitarowe i mamy sporo udanych i chwytliwych riffów. Jednym z nich jest "Dysphoria" . Jest to kolejny killer na płycie. Zaskoczeniem jest 8 minutowy "slaughter of the innocents", w którym band upycha sporo ciekawych motywów i nie ma tutaj mowy o nudzie. Na sam koniec mamy szybki "Kill for nothing" czy rozbudowany "dead furure". Trzeba przyznać, że płyta jest wyrównana i bardzo thrash metalowa. Słychać oldscholowe motywy i nawiązanie do największych kapel. Roi się od killerów i dzięki temu płyta zyskuje sporo na wartości. Warto znać ten krążek.

Ocena: 8/10

STEEL RAISER - Acciaio (2019)

Na 15 lutego przewidziana jest data premiery najnowszego dzieła Steel Raiser.  Ja jednak chcę Wam przedstawić ten album już dzisiaj. Ten włoski band powstał w 2006 roku i dał się poznać jako band, który mocno nawiązuje do twórczości Primal Fear. Alfonso Giordano to ikona tej kapeli i to dzięki niemu jest tak rozpoznawalna. Wysokie rejestry i pazur w głosie to jego znak rozpoznawczy. Dodatkowo stawia na wyróżniający go image. Steel Raiser to przede wszystkim mocne riffy, szybkie tempo i duża dawka przebojowości. Poprzednie trzy albumu to przede wszystkim speed metal. Z kolei najnowsze dzieło zatytułowane "Acciaio" to już nieco inne granie. Można odnieść wrażenie, że band nieco ograniczył szybkie, speed metalowe łojenie na rzecz bardziej stonowanego heavy metalu spod znaku Accept.  Co ciekawe nawet Alfonso w niektórych momentach brzmi jak Udo Dirkschneider.  Po krótkim itrze, atakuje nas melodyjny, ale stonowany "Demon Angel" i to jest właśnie zwiastun nieco innego oblicza Steel Raiser.  Dalej mamy  zadziorny "Heavy metal Hero", w którym więcej hard rocka i heavy metalu z lat 80, aniżeli speed/power metalu. Fanom Judas Priest, czy Primal Fear może przypaść do gustu przebojowy "The king of the night".  Z kolei w "Genghis khan" band wraca do swoich korzeni i tutaj mamy taki rasowy speed/power metal. Prawdziwa petarda i to jeden z najlepszych kawałków na płycie. W podobnej konwencji utrzymany jest "Highway Eagle". Co mnie zaskoczyło to na pewno spokojna, romantyczna ballada w postaci "Whenever". Dobrze, że band próbuje nieco innych rzeczy i że próbuje zaskoczyć słuchacza. Kolejnym hitem na płycie jest rozpędzony "Night of  theDuster", który brzmi jak zagubiony track Primal Fear z "Nuclear Fire". Dużo ciężaru i mroku mamy w agresywnym "Spirits of Vengeance" i to również przykład jak band dobrze funkcjonuje mimo 4 letniej przerwie. w "Man of rage" band tak dokręca śrubę, że ocierają się o thrash metal, co również bardzo zaskakuje. Na sam koniec Steel Raiser zostawia "Up the Fist" i znów to ukłon w stronę Primal Fear. Znów to zrobili! Znów nagrali bardzo udany album, który stara się pokazać że Steel Raiser potrafi grać też rasowy heavy metal, a nie tylko speed/power metal rodem z płyt Primal Fear. Płyta godna uwagi i zadowoli nie tylko maniaków tej kapeli. Bardzo dobry start roku 2019.

Ocena: 8/10

czwartek, 27 grudnia 2018

FROZEN LAND - Frozen Land (2018)

Rok 2018 to rok udany dla melodyjnego heavy/Power metalu. Były płyty idealne, zaskakujące, a czasami pojawiały się płyty, które przyprawiały o dreszcze. Nie obeszło się też bez płyt, która z miejsca stały się klasykami i żywymi przykładami, że jednak w danym gatunku można jeszcze stworzyć perełkę. Kto z nas nie chciałby usłyszeć albumu, który może konkurować z największymi osiągnięciami Sonata Arctica, Stratovarius, czy Helloween. Taką płytą okazał się debiut fińskiego bandu o nazwie Frozen Land. Kapela działa od 2017r i  w składzie mają choćby perkusistę z znanego astralion. Gwiazdą tej kapeli jest bez wątpienia wokalista Tony Meloni, który czerpie inspiracje z Timo Kotipelto czy Micheal Kiske. Znakomicie odnajduje się w wysokich rejestrach, gdzie po prostu wymiata. Okładka zdradza, że mamy do czynienia z power metalem, ale nie zdradza że to płyta perfekcyjna. Samo brzmienie wzorowane na wczesnych płytach Sonata Arctica, czy Stratovarius. Jest gdzieś wyczuwalny ten chłód i ta słodkość z Helloween z lat 80. Całość prezentuje się perfekcyjnie. Płytę otwiera melodyjny "Losers Game", który brzmi jak mieszanka Helloween, Sonata Arctica i Timeless Miracle. Jest moc, jest ciekawy riff i duża przebojowość. Prawdziwa magia wybrzmiewa z tego utworu, a to dopiero początek. Jeszcze lepszy jest chwytliwy "Delusions of Grandeur", który zabiera nas do najlepszych płyt Statovarius. Sam główny motyw brzmi jakby stworzył go Timo Tolkki. Jednym słowem rasowy przebój. "The Fall" nieco bardziej stonowany, ale w niczym nie ustępuje w przebojowości poprzednim utworom. Imponuje ta lekkość, ta chwytliwość i prostota. Jak to nie wiele trzeba, że stworzyć imponujące dzieło w kategorii power metalu. Jeszcze inny jest "Underworld", który czerpie garściami z twórczości Bloodbound, czy sabaton. Epickość jest tu wszechobecna. Gitarzysta Toumas i klawiszowiec Lauri tworzą zgrany i imponujący duet, który wzajemnie się uzupełnia. Specjaliści od energii i znakomitych melodii.  Rozpędzony "The rising" to świetny przykład tego. Echa Running Wild pojawiają się w folkowym "Unsong Hereos". Dużo tutaj power metalowych petard, a kolejną z nich jest rozpędzony "Mask of the youth". Frozen land nawet nie zawiódł w balladzie, gdzie "I would" ma prze uroczy klimat. Całość zamyka udany cover E-type w postaci "Angels Crying". 45 minut zleciało bardzo szybko i w tym czasie zwiedziliśmy rejony największych tuz power metalu. Frozen land nie odkrywa niczego nowego, ale jest to wszystko znakomicie podane i fani Helloween czy Sonata Arctica na pewno nie pogardzą taką młodszą wersją swoich idoli. Panowie pokazali, że można jeszcze w tym gatunku nagrać płytę perfekcyjną i oparta na oklepanych patentach. Jestem w szoku i czekam na dalsze losy tej formacji. Jedna z najlepszych płyt roku 2018.

Ocena: 10/10

RUNELORD - The Battle for Greatness (2018)

Ced Forsberg i Georgy Peichev powracają z drugim albumem sygnowanym nazwą Runelord. "The battle of greatness" to swoista kontynuacją "A message from the past". Dalej mamy do czynienia z energicznym, przebojowym heavy/power metalu w epickim wydaniu. Co znajdziemy tutaj to dużo pozytywnych melodii, chwytliwych motywów gitarowych i sporej dawki przebojowości. Ced nie raz przekonywał nas o swoim talencie i nigdy też nie wydał słabego albumu, dlatego byłem spokojny o nowy album Runelord. Sama okładka też jest bardzo klimatyczna i w pełni oddaje to co znajdziemy na płycie. Kiedy odpalamy płytę, to od razu atakuje nas zadziorny "Worthy Valhalla" w którym imponuje przede wszystkim ten zadziorny riff rodem z ostatnich płyt Judas Priest. Z kolei marszowy "Temple of Vitalism" w pełni oddaje rycerski klimat i to jest bardzo urocze. Ced daje popis swoich gitarowych umiejętności w pokręconym "Nidhugg Curse", gdzie przeplata się sporo ciekawych motywów. Jest epickość, pazur i duża dawka przebojowości. Dobrze wypada też agresywniejszy "salvation agressor", który nawiązuje do twórczości Grave Digger. Runelord najlepiej wypada w nieco szybszych kawałkach typu "Lighting Sword Berer" czy "Age of Necromancy", który ukazuje potencjał muzyków i przebojowe oblicze tego projektu. Kawał solidnego heavy/power metal, który imponuje aranżacjami i pomysłowością Ceda. To kawał porządnego grania, w którym pełno ciekawych, intrygujących partii gitarowych i chwytliwych refrenów. Znów Ced dostarczył bardzo udany album, który trzeba mieć w swojej kolekcji. Płytę oczywiście polecam i tak jak zawsze można brać w ciemno.

Ocena: 8/10

sobota, 15 grudnia 2018

GAIA EPICUS - Alpha & Omega (2018)

Najgorszym doradcą przy wyborze danej płyty może okazać się sentyment. Miłe wspomnienia z wcześniejszymi krążkami danej grupy sprawiają że sięgamy po kolejne albumy bez większego zastanowienia. Tak właśnie miałem z nowym dziełem Gaia Epicus. Cenię sobie ich wcześniejsze dzieła jak choćby "Victory" czy "Satrap". Niestety, ale od kiedy Gaia Epicus to projekt solowy Hansena to muzyka stała się bardziej przewidywalna i mało ambitna. "Alpha & Omega" rodziła się jakby w bólach i te 6 lat czekania zostało zmarnowane. Dostaliśmy w zamian za swoją cierpliwość papkę, w której trochę starego power metalu z pierwszych płyt, trochę mocniejszego grania z elementami thrash metalu z czasów "Victory". Jednak same pomysły są co najwyżej dobre. Na sam start mamy szybki i energiczny "War againts Terror", który trąci mieszanką thrash i power metalu. Dobry riff i partie gitarowe sprawiają, że utwór broni się sam. W podobnym klimacie utrzymany jest "System is down".  Konstrukcja kawałka przywołuje czasy "Victory", co jest akurat miłą niespodzianką. "Crush" posłużył do promocji krążka, co wzbudziło spore kontrowersje. Wynikało to z tego, że utwór brzmi jak kalka "Enter Sandman" Metaliki. Riff  mało oryginalny, ale słucha się tego nie najgorzej. Bardzo przypadł mi do gustu stricte power metalowy "Dont be a fool", który utrzymany jest w duchu pierwszych płyt, co jest sporym plusem. Szkoda, że płyta nie jest utrzymana w takich klimacie.Thomas Hansen uwielbia Gwiezdne Wojny i często przekonuje o tym swoich fanów umieszczając utwór nawiązujący do tej tematyki. Tym razem mamy "Join the dark side", który jest niestety średniej jakości. W historii zespoły były ciekawsze kawałki z tej tematyki. Dobrze wypada odświeżony "Fire and ice". Kolejny przejaw thrash metalu mamy w agresywnym "Blinded by Hate" i to również jeden z ciekawszych momentów na płycie. Gaia Epicus gra przede wszystkim power metal i to potwierdza dynamicznym "Land of the rising sun", który został położony wokalnie na całej linii. Na sam koniec rozbudowany "Alpha & omega", który jest tylko dobry, a mógł być znacznie ciekawszy pod względem motywów.  Gaia Epicus to projekt solowy Hansena, który już nic ciekawego nie wnosi do dyskografii, a tym bardziej do gatunku power metalu. Szkoda, bo kiedyś jeszcze było ich stać na ciekawe wydawnictwa.

Ocena: 5/10

DARK MOOR - Origins (2018)

"Origins" to tytuł, który sugerowałby powrót Dark Moor do swoich korzeni. Od razu trzeba to sprostować, że jednak tak nie jest. Hiszpański band raczej sięga do korzeni, ale muzyki regionalnej tamtych rejonów.  To było do przewidzenia, bo od kiedy w zespole jest wokalista Alfred Romero to band wydaje w zasadzie różne albumy. Nie boją się eksperymentów i raz wychodzi im to na plus, a raz kończy się porażką. W  "Ancestral Romance" czy "Autumnal" to próbowanie nowych rzeczy potrafiło zauroczyć słuchacza i w sumie z "Origins" jest tak samo. Tutaj band sięga po patenty z "Ancestral Romance" czy "Ars musica". Nie brakuje elementów progresywnych, folkowych, rockowych, czy właśnie patentów charakterystycznych dla melodyjnego metalu. Podobnie jak w "Ancestral Romance" tak i tutaj band sięga do swojego regionalnego folku i to się sprawdza. W efekcie powstał znów album świeży, zaskakujący i bardzo klimatyczny. Nie jest to jednak Dark Moor z czasów "Tarot" czy "The gates of oblivion", gdzie dominował power metal i neoklasyczne zapędy. Brakuje tego mi tutaj, bo to był najlepszy okres zespołu. "Origins" w kategorii rockowych wydawnictw, ciekawostki, czy w ramach samej dyskografii Dark moor jest wydarzeń i nie można tego pominąć.  Z resztą już sama okładka zwiastuje nam zupełni inny album od poprzednich i rzeczywiście tak jest. "Birth of the Sun" to kawałek, który otwiera krążek i zarazem go promował. Skoczny, folkowy kawałek, który nawiązuje choćby do Blackmores night. Nieco inne granie, ale bardzo mi przypadło do gustu. Refren to nieco ukłon w stronę wcześniejszych płyt i to się nazywa dobre otwarcie płyty.  Energiczny "The spectres of dance" to już więcej z power metalu i melodic metalu.  Enrik Garcia ma znacznie więcej do roboty w sferze gitarowej. Bardzo fajnie wypadł folkowy, może nawet nieco piracki "Raggle  Taggle Gypsy". Spokojny, romantyczny "And for ever" łapie za serce i potrafi oczarować swoją prostotą.  Echa power metalu można wyłapać w szybszym "Mazy" i jeszcze na sam koniec mamy klimatyczną balladę w postaci "Green lullaby", który zachwyci fanów Queen, czy Blind Guardian. Dark moor po tylu latach wciąż ma się dobrze i cały czas eksperymentuje i pokazuje swoje inne oblicze.  Tym razem owe oblicze zespołu i bardzo korzystne i warto poznać Dark Moor roku 2018.

Ocena: 7.5/10