wtorek, 22 lipca 2014

MIECZ WIKINGA - Grona Gniewu (2004)

Jak dobrze poszukamy to i w na polskiej scenie heavy metalowej znajdziemy ciekawe zespoły i nie chodzi mi o to rozpoznawalne jak Turbo, Kat, Crystal Viper czy ostatnio Screram Maker. Bardziej mam na myśli coś w stylu Arondight czy Open Fire. Kolejnym takim nieco zapomnianym zespołem heavy metalowym, który nagrał równie świetny album i nigdy nie zdobył większej sławy jest Miecz Wikinga. Ta kapela powstała w 2000 r i zaistniała na rynku za sprawą debiutu „Grona Gniewu”, który został wydany w 2004 roku. Od premiery minęło 10 lat, a ta płyta wciąż się trzyma dobrze, wciąż zachwyca swoim wykonaniem, poziomem i charakterem.

Udało się nagrać wyjątkowy album, pomimo że Miecz Wikinga niczego nowego nie nagrał. Każdy kto posłucha ich muzyki, powie a że to już słyszał na płytach Turbo, Ceti, czy Iron Maiden, Saxon, Judas Priest. Jednak mimo tych słyszalnych inspiracji Miecz Wikinga nie podoba w bezczelne kopiowanie tych zespołów. Stara się tutaj wykreować coś własnego, stawiając na mroczne, nieco przybrudzone brzmienie, na melodyjne riffy i solówki, a także na ojczysty język. Przede wszystkim od samego początku dobre wrażenie robi wokalista Darek. Ma on mocny, wyrazisty głos, który sprawia, że kawałki są bardzo heavy metalowe. Otwieracz „Tron Szyderczych Prawd” ukazuje wszelkie jego atuty i ciężko w sumie wyobrazić jak śpiewa on w innym języku niż polskim. Na uwagę też zasługuje zgrana sekcja rytmiczna, która nasuwa namyśl okres NWOBHM i Iron Maiden z czasów gdy wokalistą był Paul Di Anno. O poziomie tej płyty zadecydował nie tylko wokal Darka, ale też jego popisy gitarowe w duecie z Robertem. Słychać, ze wzorowali się na Iron Maiden, Turbo czy Judas Priest. Nie mam nic przeciwko temu, zwłaszcza gdy jest to zagrane z pasją i miłością do heavy metalu. Dobrym tego przykładem jest „Żelazne Miraże” czy melodyjny „Grona Gniewu”. Nawet dobrze prezentuje się ballada „Anielski Puch”, która wprowadza nieco urozmaicenia do tej heavy metalowej płyty. Też bardziej złożony i zaskakującym utworem jest „Karmazyn”, który też mocno osadzony jest w twórczości Iron Maiden. Słuchając „Odsieczy Czas” to nie wiem czemu, alem od razu nasunął mi się Mercyful Fate. Utwór jest cięższy i ma bardziej ponury klimat niż pozostałe utwory. Fani Running Wild powinni docenić hit w postaci „Jesteś Krainą Sposobności”. Całość zamyka „Husaria Lepszego stworzenia”, który momentami ociera się o thrash metal.


I co z tego, że płyta nie ma wypełniaczy, jest energiczna, ma sporo hitów i ma heavy metalowy pazur, jak nie nie dało to szansy kapeli na rozwój. Miecz Wikinga się przeistoczył w Harpia, ale muzycy i tak milczą od kilku lat. Rozpadł się jeden z ciekawszych polskich zespołów heavy metalowych, który śmiało mógł konkurować z zagranicznymi zespołami. Szkoda, ale na pocieszenie został jeszcze debiutancki album „Grona Gniewu” który każdy fan heavy metalu powinien znać.

Ocena: 8/10

poniedziałek, 21 lipca 2014

OVERKILL- White Devil Armory (2014)

Mało który zespół thrash metalowy może się pochwalić tak jak Overkill tym, że ma na koncie 17 albumów i wciąż jest na topie, wciąż gra porządny thrash metal, który ma mocnego kopa. Sporym ożywieniem dla zespołu okazał się wydany przed laty „Ironbound”. To było ponowne odrodzenie Overkill w najlepszym stylu. Fani thrash metalu byli zachwyceni bo dostali szybkość, agresję, a fani melodyjnego grania też nie narzekali na nudę, bo w końcu nie brakowało energii i przebojowości. Overkill mądrze to wykorzystał i nagrał kolejny album w podobnej konwencji. „The eletric Age” nie był wcale gorszy od pierwowzoru. Pewne też było że nowy album zatytułowany „White Devil Armory” będzie zagrany na wzór „Ironbound”. To też w sumie zwiastował „Armorist”, który brzmi jak zagubiony kawałek tamtego albumu. Sztuka trudna do zrealizowania, ale w przypadku Overkill bardziej realna. Ten sam skład zespołu, ta sama chemia, zresztą to właśnie ci ludzi nagrali znakomity „Ironbound”. Tutaj nic się nie zmienia, nawet brzmienie nie naruszono tutaj, co jest sporym atutem. Bardziej zaskoczyło, że Boby wciąż utrzymuje taką wysoką formę wokalną, że wciąż brzmi tak świeżo i agresywnie. To się ceni. Jego wokal pasowałby z pewnością do Accept. Tutaj nie bez powodu wspominam o Accept, w końcu Mark Tornillo zaszczycił nas swoją obecnością w „Miss Misery” który występuje na płycie jako bonusowy kawałek. Całościowo album ma podobną konstrukcję co dwa poprzednie krążki, choć za brakło ciekawych pomysłów, albo po prostu zaskoczenia. Bo nie można tutaj się przyczepić do techniki, do tego co grają muzycy. Po prostu to wszystko już słyszeliśmy, to już było i to lepiej podane. „Down to The bone” to udana mieszanka technicznego grania, agresywnego thrash metalu i mocnego heavy metalu. Z kolei riff „Pig” brzmi jak power/speed metalowe łojenie na nowym albumie Grave Digger i to jest dość miłe zaskoczenie. Najlepiej prezentuje się rozpędzony „Where There's Smoke”, który najlepiej oddaje styl i poziom „Ironbound”. Wysoki poziom zostaje utrzymany w „Freedom Rising”, który zaczyna się klimatycznym intrem basowym, a potem przeradza się w żywioły kawałek. Znów udało się stworzyć znakomity przebój, który wyciska z thrash metalu to co najpiękniejsze. Gdy usłyszałem po raz pierwszy raz „Another Day to Die” to na myśl przyszedł mi Accept i Metal Church. Może utwór momentami nieco toporny, ale z pewnością jest to kolejny mocny punkt nowego albumu. „Its All Yours” brzmi z kolei jak utwór wzorowany na stylizacji Megadeth. Nie jest to nic nowego, ale wnosi nieco urozmaicenia do nowego krążka. Całość zamyka „In The Name”, który jest też miłym zaskoczeniem, bo jest to bardziej heavy metalowy kawałek. Może to jest właśnie pomysł na następny album? Średnie tempo i true metal na tapecie? Kto wie? Ja nie miałbym nic przeciwko temu. Overkill jest na fali i nikt tego im nie zabierze. Trzeci z rzędu bardzo udany album. Co z tego, że jest to słabsza kalka „Ironbound”? Co z tego, że nie które pomysły powielono? Co z tego, że może za mało hitów? Ważne, że album miło się słucha i daje prawdziwego kopa. Ta formuła Overkill zachwyca od kilku lat, jednak powoli się wyczerpuje źródło i przyszedł czas na drobne, kosmetyczne zmiany. Ciekawe czy do nich w ogóle dojdzie? Póki co cieszmy się kolejnym udanym albumem Overkill.

Ocena: 8/10

niedziela, 20 lipca 2014

A.S.A.P - Silver and Gold (1989)

Styl Iron Maiden to zasługa nie tylko Steva Hariisa, czy Bruce'a Dickinsona, Sporą rolę odegrał nie kto inny jak Adrian Smith. To dzięki niemu żelazna dziewica zyskała bardzo ciekawe urozmaicone partie gitarowe, energię w partiach solowych i czynnik przebojowości. Adrian w końcu skomponował takie hity jak „2 minutes to Midnight” czy „Can i play with madness”. Razem panowie tworzyli znakomitą muzykę przez prawie 10 lat, jednak przy nagrywaniu „No prayer for The Dying” coś pękło i nie którzy mieli w planach tworzenie nieco innej muzyki, spróbowania czegoś nowego. Bruce Dickinson rozpoczął pracę nad pierwszym solowym albumem, a Adrian Smith po tym jak fani ciepło przyjęli jego autorskie kawałki postanowił też pójść swoją drogą. Tak doszło do powstania A.S.A.P czyli Adrian Smith and Project, który powstał w roku 1989. Udało im się nagrać tylko jeden album zatytułowany „Silver And Gold”. Choć album początkowo nie zdobył uznania i okazał się finansową klapą, to jednak po latach zyskał uznanie wśród słuchaczy i przez wielu jest dość wysoko oceniany. Pytanie tylko czego oczekujemy po tej płycie? Jeśli heavy metalu i dynamiki jak w Iron Maiden to wtedy płyta nie przypadnie do gustu? Ale jeśli oczekujemy czegoś świeżego ze strony Adriana, czegoś innego niż to co grał w żelaznej dziewice to wtedy jest szansa że płyta nam się spodoba.

Jedynie co pozostało po ostatnich płytach Iron Maiden z lat 80 to oczywiście wykorzystanie klawiszy i syntezatorów, które dobrze się sprawdziły na „Seventh son of a seventh son”. To tyle jeśli chodzi o nawiązanie do Iron Maiden, bowiem Adrian Smith poszedł w zupełnie innym kierunku na „Silver And Gold”. Tutaj mamy mieszankę hard rocka, alternatywnego rocka, AOR, progresywnego rocka i heavy metalu. W tym stylu można doszukać inspiracji Sinner, Def Lepaprd a nawet coś z twórczości Bruce Sprigsteena. Co jeszcze też przyciąga uwagę w przypadku A.S.A.P to, że Adrian odpowiada tutaj nie tylko za partie gitarowe, ale przede wszystkim za partie wokalne. Tak, podjął się tutaj tej roli, zwłaszcza że w Iron Maiden też śpiewał chórki i pozostałe poboczne wokale. Jego wokal to prawdziwy rockowy głos, z prawdziwą chrypą i charyzmą. Brzmi nieco jak Joe Cocker czy właśnie Bruce Springsteen. Można rzec, że jego głos idealnie w pasował się w styl i konwencję tego projektu. Adrian Smith skład uzupełnił znajomi z którymi wcześniej współpracował w zespole Urchin czyli Colvell, Young czy Bernett, tylko syn Ringo Starra – Zak Starkey wcześniej nie współpracował z Adrianem. Właśnie od strony instrumentalnej płyta jest bardzo dojrzała i oddaje w pełni piękno muzyki rockowej. Wyszukane melodie, ciekawe przejścia, zwolnienia i nutka przebojowości. Nie jest to proste, komercyjne granie, które każdemu przypadnie do gustu. Zwłaszcza progresywny i rozbudowany „Blood on The Ocean” wymaga większej uwagi ze strony słuchacza. Jednak płyta zaczyna się zupełnie inaczej niż kończy. Otwieracz „The Lion” to prawdziwy hard rockowy kawałek, który przypomina mi Sinner. Mocny riff, chwytliwy refren i przebojowy charakter to atuty tego utworu i nic dziwnego że to jeden z tych najlepszych na płycie. W przypadku „Silver and Gold” można uświadczyć w końcu bardziej rozbudowane solówki i wszystko rozegrane bardzo technicznie, z nutką finezji. Stara szkoła rocka się kłania. Równie imponująca solówka przewija się w „Wishing Your Life Away”. Do grona udanych kompozycji śmiało można zaliczyć przebojowy „Down The wire” czy „After The Storm”. Podoba mi się „Misunderstood”, który ma coś z Deep Purple, zwłaszcza gdy się słucha początkowego riffu. Właściwie każdy utwór to kawał solidnego hard rockowego grania.

Wszystko pięknie, ale troszkę za mało tutaj ciekawych popisów gitarowych, przydałoby się też więcej hitów i petard w stylu otwieracza, bo to już jest perfekcja sama w sobie. Jednak mimo tego płyta wypada bardzo dobrze, zwłaszcza jeśli się gustuje w rockowych rytmach. To w jaki sposób Adrian tutaj grał i śpiewał zasługuje na uznanie i szacunek. Pokazał, że potrafi grać nie tylko metal, ale i wysokich lotów muzykę rockową. Niestety płyta okazała się klapą, a Adrian musiał szukać innej kapeli i innego miejsca w muzycznym świecie.

Ocena: 7.5/10

piątek, 18 lipca 2014

OPERA MAGNA - Poe (2010)

A co powiecie na hiszpański zespół, który stara się przypomnieć nam stare dobre czasy Rhapsody czy Dark Moor? Zespół który gra mieszankę stylów, w którym jest miejsce na symfoniczny metal, power metal czy progresywny metal ? Cóż Opera Magna to specjaliści w takim graniu i mogą przyprawić was o mały dreszczyk emocji. Swoją wielkość zespół zaprezentował na ostatnim albumie zatytułowanym „Poe”, który można postrzegać jako album koncepcyjny, który oparty jest na twórczości Edgara Allana Poe. Przez wielu album okrzyknięty jednym z najważniejszych krążków roku 2010 i coś w tym jest.

Choć nie faworyzuje hiszpański język w metalu, to jednak sprawdza się on tutaj znakomicie. Przypomina to nieco twórczość Dark Moor, jednak to nie jedyny wzór, który naśladowali muzycy z Opera Magna. Wyobraźcie sobie, że zespół przypomina nam najlepsze lata Rhapsody, kiedy był klimat, podniosłość i coś więcej niż tylko nacisk na symfoniczny charakter. Zróżnicowanie i rozbudowane, złożone gitarzystów Mompo i Nula, które często ocierają się o neoklasyczny power metal przypomina do bólu Dark Moor. Choć jest też coś z Gamma Ray czy Angra. Jeżeli ma ktoś bzika na punkcie pięknych i finezyjnych solówek, to tutaj znajdzie sporo ciekawych motywów, które ukazują to co najpiękniejsze w power metalu. „El pozo y el péndulo” to kompozycja definiująca styl power metal. Mieszanka Rhapsody i Dark Moor, ale czy to ważne? Liczy się styl, wykonania i pomysłowość. Tutaj zespół zostawia konkurencję daleko w tyle. Więcej epickości, podniosłego wydźwięku uświadczyć można w melodyjnym „Un sueño en un sueño”, który też brzmi jak kompozycja autorstwa Rhapsody, tylko włoski język zamieniono na hiszpański. Nie brakuje power metalowych petard i wystarczy odpalić „La máscara de la muerte roja” i poczuć moc. Co ciekawe w tym utworze można wychwycić inspiracje Yngwie Malmsteenem. Zespół ze smakiem wykorzystuje neoklasyczne patenty i też bardzo łatwo gitarzyści radzą sobie z takim graniem. Riff tutaj to pierwsza klasa i taki power metal to prawdziwa magia. Dalej mamy szybki „El demonio de la perversidad”, który potwierdza, że wokalista Jose Vicente Broseta jest uzdolniony i można mówić o nim jak o drugim Fabio Lione. Śpiewa czysto, technicznie, emocjonalnie i jest w tym wszystkim moc, a nawet coś z operowego. Nie zabrakło na płycie bardziej rozbudowanych, utrzymanych w progresywnym charakterze kompozycji i tego przykładem jest „El entierro prematuro” czy epicki „Edgar Allan Poe” który trwa prawie 11 minut. Właściwie każdy utwór mógłby starać się o miano przeboju, zwłaszcza melodyjny i utrzymany w neoklasycznym stylu „La caída de la casa Usher ” .

Takie płyty jak ta to rzadkość. Nie często bowiem udaje się nagrać równy i na takim wysokim poziomie materiał. Często coś wychodzi nie tak. A to brakuje przebojów, a to melodie jakieś takie nie przemyślane, a to muzycy jacyś ospali, a to przesadzanie z kopiowaniem innych. Tutaj udało się dobrze wszystko wymierzyć i stworzyć wyjątkowy album, który porusza tematykę znanego pisarza, a mianowicie Edgara Allana Poe. To kolejny powód dla którego warto sięgnąć po ten krążek. Dla fanów melodyjnego power metalu i takich zespołów jak Gamma Ray, Rhapsody czy Dark Moor.

Ocena: 9/10

środa, 16 lipca 2014

DI' ANNO - Di' Anno (1984)

Wychowałem się na głosie Paula Di Anno i jego wyczynach na pierwszych płytach Iron Maiden. Gdy po raz pierwszy usłyszałem jego głos, to urzekł mnie pazur i nieco punkowy styl jego śpiewania. W skrócie wokalista charyzmatyczny i jedyny w swoim rodzaju. „Killers” to ostatni album z Iron Maiden i potem przez cały czas Paul szukał swojego miejsca na rynku muzycznym tworząc różnego rodzaju zespoły, ale nigdzie nie został na dłużej i na zawsze pozostał więźniem dwóch pierwszych płyt Iron Maiden, jako jego największe osiągnięcie. Nic dziwnego, że dla wielu Paul jest kojarzony tylko z tym zespołem, bo dla wielu słuchaczy kolejne etapy jego twórczości są karygodne. No cóż chciałbym was zabrać na wycieczkę po jego twórczości. A pierwszym etapem jego kariery był zespół o nazwie Di' Anno. Kapela powstała w roku 1983 i nagrała w sumie dwa albumy studyjne. Każdy z nich jest inny, bowiem „Nomad” to bardziej heavy metalowy krążek, zaś debiutancki zatytułowany po prostu „Di Anno” jest bardziej hard rockowy. Nie jest to coś na miarę płyt żelaznej dziewicy, ale od tego zaczyna się kariera solowa jednego z najbardziej rozpoznawalnych wokalistów metalowej.

Każdy fan Iron Maiden wyczekiwał pewnie albumu, który będzie kontynuacją stylu wypracowanego na płytach „Iron Maiden” czy „Killers”. Większość słuchaczy sięgnęła po ten album z nadzieją, że usłyszą mieszankę heavy metalu i NWOBHM, z nieco punkowym zacięciem za sprawą wokalu Paula. No cóż zespół Di'Anno to zupełnie inna bajka. Nie jest to klon Iron Maiden, ba jest to zespół grający zupełnie inny rodzaj muzyki. To co zdominowało styl Di' Anno to hard rock, pop -rock czy AOR. Gdzieś tam, w tym wszystkim jest nutka heavy metalu, jednak łagodne brzmienie, klimatyczne klawisze, które budują miły nastrój czy w końcu spokojne i ciepłe riffy dają nam jasno do zrozumienia, że jest to album stricte hard rockowy. Nie sądziłem, że Paul odnajdzie się w takim graniu, a jednak jego głos nie kolidują z warstwą instrumentalną. Na płycie słychać coś z Dokken, Def Leppard, czy Foreigner, a to tylko pierwsze lepsze skojarzenia, bowiem tutaj Di ' Anno nie poprzestał na jednej inspiracji. „Flaming Heart” brzmi jak utwór wzorowany na twórczości Demon. Nie jest to Iron Maiden, nie jest to heavy metal, ale wiecie co? Podoba mi się kierunek muzyczny jaki obrał były wokalista żelaznej dziewicy, choć wielu była temu przeciwna. Pokazał, że jest elastycznym i dojrzałym śpiewakiem, który odnajduje się w łagodniejszym graniu. Drugim hitem na płycie jest „Heart User” i to jest taka mieszanka Rainbow, Krokus i Foreigner. Każdy kto lubi takie lekkie, hard rockowe granie będzie w pełni zadowolony. Gitarzyści Slater i Ward nie udzielają się za wiele, momentami ma się wrażenie że są mniej ważni aniżeli klawiszowiec. Jak się już pojawiają, to starają się postawić na rytmiczność, lekki, ciepły klimat oraz finezyjność rodem z twórczości Ritchiego Blackmore'a. Takie odczucia mam jak słucham „The Runner” czy „The Razor Edge”. Odrobina Def Leppard wdziera się w „Lady Heartbreak”. Całość z kolei zamyka nieco szybszy „The Road Rat”. To wszystko tylko potwierdza, że materiał jest w miarę urozmaicony, ale nie ma to wpływu na jakość prezentowanej muzyki.

Pierwszy solowy album byłego wokalisty Iron Maiden, to może rozczarowanie dla fanów żelaznej dziewicy, NWOBHM czy heavy metalu, ale z pewnością miłe zaskoczenie dla fanów hard rocka czy AOR. Ciepły partie gitarowe, lekki klimat, a także dobre kompozycje czynią ten album solidnym i wartym uwagi. Dalekie to od geniuszu, ale z pewnością nie przynosi wstydu Paulowi Di Anno, całkiem dobrze zaczął swoją karierę. Jednak po tym albumie Di Anno znów zmienił zespół i znów musiał szukać swojego miejsca na rynku muzycznym.

Ocena: 5.5/10

poniedziałek, 14 lipca 2014

JUDAS PRIEST - Redeemer of Souls (2014)

"Nie ma Kk Downinga – nie ma Judas Priest". Takie komentarze często pojawiały się pod utworami, które udostępniał Judas Priest z „Redeemer of Souls”. Brytyjski dinozaur heavy metalu przechodził już zmiany personalne w swoich szeregach, wystarczy przytoczyć zmiany producentów, perkusisty, czy wreszcie czasy w których wokalistą był Tim Ripper Owens. Każda zmiana miała swój wpływ na muzykę Judas Priest, na jej wydźwięk i kształt. W roku 2011 odszedł Kk Downing i w jego miejsce pojawił się Ritchie Faulkner, który nie był znany metalowemu światku. Na koncertach radził sobie całkiem dobrze, więc można było nawet dopuścić myśl, że wniesie on nieco świeżości do zespołu. Długie prace i szlifowanie materiału i spory szum wokół samego „Redeemer of Souls” sprawił, że był to jeden z najbardziej wyczekiwanych albumów roku 2014. Czy tym razem dogodzili muzycy swoim fanom, którzy mieli dość eksperymentów i chcieli klasyczny album judasów?


Z Judas Priest jest tak, że większość fanów chciała by albumu na miarę „Painkillera” albo „Angel of retribution”. Te ostre riffy, szybkie tempo sekcji rytmicznej, rozwinięte i z różnymi przejściami solówki, czy w końcu zadziorny wokal Roba. Któż z nas nie chciał by tego usłyszeć. Nie ma już K.K Downinga, a Rob też ma swoje lata. To jest ciężkie zadanie, poza tym pamiętajmy że Judas Priest to nie tylko „Painkiller” to również znakomite lata 80 i 70, kiedy Judas tak ostro jeszcze nie grał. Taka mała wskazówka do dalszej części recenzji. O samym albumie „Redeemer of Souls” było głośno na długo przed premierą, zespół włożył sporo energii w promocję i może nawet za dużo ujawnili przed premierą, bo zaskoczenia jako takiego zbytnio nie ma. Wiedzieliśmy co otrzymamy. Potwierdziły się obawy, które towarzyszyły mi podczas tego całego szumu przed premierą i mówię tutaj o fatalnym, nieco amatorskim brzmieniu płyty no i braku obecności K.K Downinga. Jasne Ritchie radzi sobie dobrze i słychać, że czuje się dobrze w Judas Priest. Jednak jest on innym gitarzystą i jego popisy z Glennem są inne, mniej złożone, mniej chwytliwe. To wszystko bardziej przypomina lata 70, ewentualnie „British Steel”. Jest właśnie ta prostota w tym aspekcie i to może nawet cieszyć. Na pewno gdyby dać tutaj brzmienie z dwóch poprzednich albumów to nowy album by sporo zyskał i kto wie jak wtedy wysoko by wylądował w zestawieniu płyt judasów. Jest to co jest i trzeba się cieszyć że udało się nagrać aż tyle utworów na płytę. 13 utworów w wersji podstawowej i 5 bonusowych kawałkach. Spora ilość, ale na ostatnim solowym albumie Halforda też było dużo kawałków. Właściwie „Redeemer of Souls” to taki album, który ma sporo wspólnego z tamtym wydawnictwem. Podobny feeling, konstrukcja i rozkład utworów. Mocną stroną jest bez wątpienia tutaj różnorodność, bowiem zespół zabiera nas do lat 70, do lat 80, czy też w końcu do czasów „Painkillera”. Porzucono długie kompozycje, elementy klawiszowe i tak jak obiecali nagrali klasyczny album Judas Priest. Są te znane riffy, przebojowe refreny i prosta konstrukcja przywołująca „British Steel”, czy Killing Machine”. Z pewnością to ucieszy fanów judasów z początku kariery, a nie zadowoli fanów „Painkillera”. Na szczęście udało się jakoś pogodzić fanów obu odsłon Judas Priest. Poza kiepskim brzmieniem, jesteś jeszcze parę innych wad. Jedną z nich jest gra Scotta Travisa. Gra nieco bez przekonania, jakby już miał dość Judas Priest i właściwie tylko w paru kawałkach daje popis swoich umiejętności. Glenn Tipton to człowiek który wziął największą odpowiedzialność, ale i on zagrał jakby na pół gwizdka. A szkoda bo mogło się tutaj znacznie więcej dziać. Największą wadą jest to że płyta ma sporo słabych, wręcz nudnych momentów, które niczego nie wnoszą do wydawnictwa, a tylko zaniżają notę. „Hell & Back” brzmi jak odrzut z solowego albumu Halforda. Ni to ballada, ni to metalowy utwór i to potwierdza jego nijakość. Echa Nostradamusa słychać, ale też i „British Steel”, ale to nie przedkłada się na jakość. Za mało jest też Judas Priest w stonowanym i nieco hard rockowym „Cold Blooded”. Ballada w postaci „Beginning of The End” brzmi jak kalka utworów Black Sabbath z Ozzym. To nie jest Judas Priest jaki lubię, na jakim się wychowałem i do jakiego lubię wracać. Co ciekawe płyta zaczyna się tak jak zawsze czyli z mocnym uderzeniem. „Dragonaut” to energiczny, ostry kawałek, który jest mieszanką nieco „Judas Rising”, „Rapid Fire” i czegoś z „Painkiller”. Zapewne takich utworów wyczekiwali fani Judasów. Pierwszy utworem promującym ten album był tytułowy „Redeemer of Souls”, który jednym z największych hitów na płycie. Prosty, w średnim tempie kawałek, który pokazał, że można nagrać udaną kopię „Hell Patrol”. Sam refren bardzo chwytliwy i nie wiem czy najbardziej nie wyróżnia się ze wszystkich jakie tutaj usłyszymy. Prawdziwą ucztą dla fanów Judasów będzie tutaj „Halls of Valhalla”. Kompozycja utrzymana w stylistyce „Hellrider” czy „ Night Crawler”. To już świadczy o klasie tego kawałka. Jest to najostrzejszy utwór na płycie, który pokazuje atuty tej kapeli. Rob Halford potrafi mimo swojego wieku zaśpiewać nie gorzej niż na „Painkillerze”, a Ritchie Faulkner potrafi godnie zastąpić K.K Downinga. Tutaj jego popisy z Glenem są zjawiskowe i na miarę tych z „Painkillera”. Nawet Scott Travis bardziej żywy jest w tym kawałku i więcej daje z siebie. Szkoda, że takich utworów na płycie nie ma za dużo. Trzeba przyznać, że początek płyty jest mocny i sugeruje że mamy do czynienia z bardzo mocnym albumem. Niestety tak nie jest. „Sword of Damocles” wyróżnia się ciekawą melodią, która przypomina mi „Till The Day I Die” z ostatniego solowego albumu Halforda. Jest to też jedyny utwór, który w pełni wykorzystuje umiejętności Scotta Travisa. Jest taki marszowy, rycerski klimat no i te bujający refren wyśpiewywany przez Halforda. Może się podobać, choć to też kawałek ukazuje jakby nieco inne oblicze Judas Priest. Kolejnym singlem z płyty jest „March of The damned” i ten utwór idealnie pasowałby do „British Steel”. Prosty riff, średnie tempo i taka stylistyka na miarę „United”. Bez wątpienia jest to kolejny mocny punkt płyty, który przemawia za tym, że faktycznie jest to klasyczny album Judas Priest. Dalej mamy „Down in Flames”, który ma ciekawe otwarcie i riff na miarę „British Steel”, ale stylistycznie brzmi jak zagubiony kawałek „Made of Metal”. Nie jest to zły utwór, ale też do grona najlepszych nie potrafię zaliczyć. Wraz z „Metalizer” wraca naprawdę ciężkie granie i tym razem zespół wkracza w rejon „Metal Meltdown” a może nawet „Blood Stained”. To jest ostry, szybki kawałek, który zadowoli fanów właśnie „Painkiller”. Rob też po raz kolejny pokazuje, że mimo swojego wieku śpiewa agresywnie i zadziornie jak za dawnych lat. Właśnie przez takie utwory czuje się niedosyt, ponieważ pokazuje że zespół stać na killery, na mocne granie. Tylko pojawia się kilka średniaków niskich lotów, które psują ten efekt. Szkoda, bo jak dla mnie to jest to zmarnowany potencjał tej płyty. Dać brzmienie z ostatnich płyt i wywalić 3- 4 utwory i byłoby git, a tak co? Niedosyt i lekkie rozczarowanie. Nie wiem jak potraktować też „Crossfire”. Jest to bardziej bluesowy utwór, który zabiera nas do la 70. Nieco hard rockowy, ale z pewnością warty uwagi i zapamiętania. Tylko mam wrażenie, że jakoś tutaj nie pasuje do pozostałej części. Należy pochwalić tutaj za pomysłowość, za chwytliwy refren i kolejny znakomity popis wokalny Roba. Tak jego wokal był pod znakiem zapytania jeśli chodzi o ten krążek. Wielu fanów spisało go na straty, ale chyba zbyt szybko to zrobili. Najlepszy klimat zespół uzyskał w „Secrets of The dead”. Przypomina się „Lochness” czy „Death”. Stonowane tempo i ciekawy refren, zaśpiewany w ciekawy sposób. Niestety jest to też utwór który też nie jest idealny i też można było bardziej to dopracować. Na koniec jest jeszcze „Battle Cry” czyli kolejny szybki, rozpędzony i dynamiczny utwór, który zadowoli fanów „Painkillera”. Gdyby było więcej takich utworów jak właśnie „Battle Cry” czy „Halls of Valhalla” to kto wie, może faktycznie mielibyśmy najlepszy album od czasów „Painkillera”. Niestety jest sporo średniaków i kilka nużących momentów, przez co płyta traci na wartości. W wersji deluxe dostajemy dodatkowo 5 utworów, które niestety niczym specjalnym się nie wyróżniają i dobrze że występują jako bonusy.


Obietnice zostały spełnione i został nagrany klasyczny album Judas Priest. Udało się tego dokonać bez KK Downinga. Dalej jest to Judas Priest i to słychać od pierwszych dźwięków, tak więc nie tylko Downing przesądzał o brzmieniu tej kapeli. Jednak brakuje jego talentu i wygrywania riffów. Ritchie radzi sobie naprawdę dobrze, tylko brzmienie płyty zaniżyło jakość płyty, a szkoda. Judas Priest już nic nie musi udowadniać, ale cieszy fakt, że pojawiły się nowe killery w historii zespołu. Mocną stroną nowego albumu jest to, że sporo zyskuje przy kolejnych odsłuchach. Wtedy dopiero możemy poznać jego prawdziwą naturę i piękno. Kto wie, może faktycznie jest to najlepszy album od czasów "Painkillera"?W porównaniu też z innymi wielkimi zespołami typu Iron Maiden czy Black Sabbath to właśnie Judasi nagrali najbardziej klasyczny album od lat, a to cieszy.

Ocena: 7.5/10

sobota, 12 lipca 2014

STEEL PROPHET - Omniscient (2014)

Pamięta ktoś jeszcze taki zespół jak Steel Prophet? Zespół który był dla wielu amerykańskim Gamma Ray, choć w ich muzyce można było usłyszeć coś z Attacker, coś z Judas Priest czy Iron Maiden. Mieli sporo udanych albumów i tym największym osiągnięciem był „Book of the dead”. Energiczny, melodyjny krążek, ukazujący to co najlepsze w amerykańskim power metalu. Niestety zespół po nagraniu kilku albumów przepadł bez wieści. Teraz po 10 latach powracają z nowym albumem zatytułowanym „Omniscient”.

Tyle lat zmarnowane, tyle lat oczekiwania, ale w sumie warto było czekać, bo zespół wciąż wie jak grać metal. Na pewno ucieszy was fakt, że skład zespołu jest bliski temu z „Book of the Dead”. Jest basista Dennis, gitarzysta Blakmoor i wokalista Mythiasin, czyli najważniejsi członkowie Steel Prophet. To już od samego początku napawało optymizmem. Zresztą już patrząc na okładkę z starym logiem zespołu widać, że Steel Prophet chce nawiązać do swoich korzeni. Zespół mimo swoich lat, mimo sporej przerwy od grania nie zatracił swojego charakteru, ani też nie zapomniał co to jest power metal. Cieszy właśnie, to że słychać od samego początku że to jest Steel Prophet. Może „Omniscient” jest bardziej progresywny, może bardziej specyficzny, bardziej zróżnicowany, ale to wciąż power metal, taki jaki prezentowali choćby na „Book of The Dead”. Wiele przemawia właśnie za tym, że jest to ich najlepszy album od czasów właśnie „Unseen” czy wspomnianego wcześniej „Book Of The Dead”. Płytę otwiera „Tricky of The Scourge”. Utwór progresywny, może nieco przekombinowany, ale utrzymany w stylu Steel Prophet. Najważniejsze, że został zachowany styl amerykańskiego power metalu. Cieszy tutaj zwłaszcza przyspieszenie w środkowej części. Stary, dobry, agresywny i melodyjny Steel Prophet wybrzmiewa w „When i Remake The World”.Słychać, że zespół jest w dobrej formie i nie zatracili swojego charakteru, swoje tożsamości, a przecież tak mogła potoczyć się ich historia. Schleyer to drugi gitarzysta i jest to nowy członek zespołu, który wniósł nieco świeżości, jednocześnie nie zaburzając to do czego zespół nas przyzwyczaił. Na „Book of The Dead” nie brakowało inspirowania się Iron maiden i tutaj też to słychać. Najbardziej w rozbudowanym i urozmaiconym „911”. Z każdym utworem płyta nabiera rumieńców i udowadnia że to najlepszy album od czasów „Book of The Dead”. Nie ustępują i z „Chariots of the Gods” dostajemy kolejny killer, który można też potraktować jak swoisty przebój. W tym utworze można dostrzec to wszystko co składa się na amerykański power metal. Fani Metal church czy właśnie „Giants of Canaan” Attacker będą zachwyceni. Przebojowość i tworzenie melodyjnych riffów to były kiedyś atuty tego zespołu. Ale kiedy to było? Kilkanaście lat temu. Jednak „The Tree of Knoledge” pokazuje, że wciąż mają muzycy to w sobie i wciąż potrafią tworzyć tego typu przeboje. Dalej mamy 6 minutowy „666 is Everywhere” i jest to ciekawy, pomysłowy utwór, który pokazuje że można grać lekko i przyjemnie, jednocześnie nie tracąc na metalowym charakterze. Troszkę słabszy się wydaje „Aliens, spaceships and Richard Nixon”, ale jest to utwór, który przede wszystkim podkreśla tematykę jaka zdominowała ten album. Progresywny „Through Time and Space” ma kilka dobrych momentów, jednak można było to pociągnąć w stronę szybkiego power metalu, aniżeli wyuzdanego progresywnego metalu. Kto lubi Judas Priest z okresu „Painkillera” ten powinien zachwycić się takim „Transformation Staircase”. Całość zamyka utwór „1984”, który brzmi jak zagubiony utwór Anthrax. Co ciekawe nawet Rick śpiewa tutaj jak sam Joe Belladona.

Jeden z ciekawszych albumów jeśli chodzi o amerykański power metal w tym roku. Płyta brzmi nieco jak „Giants of Canaan” Attacker. Jest tutaj podobna agresja, soczyste, przybrudzone brzmienie, popisy wokalne Ricka, czy w końcu identyczna konstrukcja utworów. Steel Prophet wraca do gry i zrobił to najlepiej jak mógł, nagrywając po prostu najlepszy album od czasów „Book Of the Dead”. To dobrze rokuje jeśli chodzi o przyszłość tej kapeli.

Ocena: 8/10

MAD AGONY - Chernobitch (2013)

Ponad 20 lat włoski Mad Agony przymierzał się do wydania swojego debiutanckiego albumu. W latach 90 się nie udało i zespół wtedy się rozpadł. Teraz jednak w roku 2013 dokonał nie możliwego i wydał w końcu pierwszy album zatytułowany „Chernobitch”.

Ten album został stworzony przez nieco innych muzyków, ale z oryginalnego składu pozostał szkielet Mad Agony, czyli wokalista Max Zanetti i gitarzysta Sameal Von Martin. To właśnie oni mieli wpływ na to, że materiał brzmi jak z lat 80/90 i to jest jeden z atutów płyty. Nawet brzmienie zrobiono na podobiznę tego z lat 80/90. Jest w tym nutka brudu i surowości. To z kolei przyczynia się, że riffy brzmią agresywnie, nawet momentami ocierają się o amerykański thrash metal. Najbardziej ten aspekt się rzuca w „Boundaries of Death”, który jest jednocześnie jednym z najciekawszych utworów na płycie. Jednak Mad Agony nie gra w żadnym wypadku thrash metalu, a ich styl można określić jako heavy metal. Andrea i Samael jako duet gitarowy wypada całkiem przyzwoicie. Brakuje może nieco świeżości i pomysłowości, ale gdy się na to przymknie oko to można stwierdzić że pod względem partii gitarowych nie jest tak źle. Przecież już na samym wstępie za sprawą „Chernobitch” Mad agony utwierdza nas w przekonaniu że grać metal potrafią i każdy kto lubi Metal Church, Accept, czy Grave Digger powinien szybko oswoić się z muzyką Mad Agony. Zespół nie kryje też swoich fascynacji Judas Priest i dobrze to zostało uchwycone w „Subconscious Fear”. Kolejnym wartym uwagi utworem jest „Back in Town”, który można nawet uznać, za jeden z ciekawszych hitów Mad agony. Max Zanetti może co niektórych irytować swoją manierą wokalną, ale z kolei ciężko sobie wyobrazić kogoś innego na jego miejscu. Idealnie pasuje do tego co zespół gra.”Presence” to z kolei bardzo udany hołd dla Grave Digger. Reszta materiału już nie zrobiła takiego dobrego wrażenie, ale i tak płyta jest nawet solidna.

Co mi się nie podoba? To że brakuje tutaj właściwie utworów wybijających się ponad przeciętność, brakuje szybszych kompozycji, brakuje urozmaicenia. Nie podoba mi się też nie atrakcyjna w żaden sposób wtórność na tej płycie. Klimat lat 80 i dość solidny materiał ratuje ten album przed porażką.

Ocena: 5/10

P.s Podziękowania dla Vlada Nowajczyka za udostępnienie materiału

czwartek, 10 lipca 2014

LIGHTNING LORD - All Father death Stalkers EP (2013)

Lightning Lord to kolejna młoda formacja, która stara się w swojej muzycy uchwycić cechy NWOBHM, heavy metalu czy też speed metalu. Wszystko oczywiście wzorowane na latach 80. Amerykańska formacja nie grzeszy oryginalnością, ale grają prosto serca i wiedzą jak połączyć te części układanki w jedną sensowną całość. Póki co znany jest mini album „All Father Death stalkers”, który ukazał się w 2013.

Za wiele nie ma nad czym się rozczulać, bo znalazły się tam dwa utwory. Ale można przynajmniej ocenić styl i to co gra Lightning Lord. Jest sporo niedociągnięć na płycie, jak choćby brzmienie i nieco chaotyczny styl, ale z tego widać też zamazany obraz solidnej i pracowitej kapeli. Melodie są tutaj proste, ale zapadające w pamięci, co już dobrze rokuje na przyszłość. Tak, zespół garściami od innych kapel, zwłaszcza Iron Maiden co słychać w takim „Children of the night”, zwłaszcza w początkowej fazie. Gitarzysta Alex grać potrafi, choć brakuje mi tutaj więcej pazura, brakuje jakiś pojedynków na solówki. Technicznie też nie jest najlepiej, ale najważniejsze że jest zapał i że wie jak stworzyć dobry riff. Dobrze radzi sobie Gregory w roli wokalisty, choć nie jest on tam drugim Brucem Dickinsonem. Jest póki co charyzma i umiejętność śpiewania w wyższych rejestrach, ale trzeba jeszcze sporo poprawić. Dobrym utworem jest też „Hellas waiting Arms”, który utrzymany jest w podobnej konwencji.

Lightning Lord grać potrafi i zaprezentowali dwa bardzo udane kawałki, które trzymają się stylistyki heavy/speed metal i NWOBHM. Popracować teraz tylko nad brzmieniem, nad bardziej pomysłowymi motywami i dać więcej urozmaicenia i będzie dobrze.

Ocena: 5/10

P.s Podziękowania dla Vlada Nowajczyka za udostępnienie materiału

wtorek, 8 lipca 2014

SKEPTOR - United We Stand Together We Fall (2014)

Jedno spojrzenie na okładkę debiutanckiego albumu Skeptor, który nosi tytuł „United We Stand Together we Fall” i już wiadomo, że może to być ciekawy album. Zespół założony został w 2011, jednak w tym roku pokarze całemu światu, że wciąż można nagrywać dobre płyty zawierające muzykę, którą można zdefiniować jako progresywny speed/thrash metal o zabarwieniu technicznym.

Skeptor to kolejny ciekawy zespół, który debiutuje w tym roku na rynku muzycznym i nie sądziłem, że będą wstanie konkurować z najlepszymi. Co ciekawe w tym roku konkurencja nie śpi i jest naprawdę w czym wybierać. Wystarczy spojrzeć na Hirax, Exodia czy Suicidal Angels, to takie pierwsze z brzegu przykłady i Skeptor śmiało można umieścić w czołówce jeśli chodzi o thrash metal roku 2014. Pewnie się zastanawiacie co tam taki młody zespół może wiedzieć o thrash metalu i o tym jak nagrać udany album. I tutaj się zdziwicie, bowiem Skeptor wzorował się na twórczości takich kapel jak Toxik, Watchtower, czy Anthrax. Amerykańska formacja w podobny sposób konstruuje utwory i również stawia na spore urozmaicenie i bawienie się motywami w obrębie danej kompozycji. Słychać to dobitnie w tytułowym „United we Stand Together we Fall”. Sporo się dzieje w tym utworze, ale co przykuwa od razu uwagę to naprawdę techniczne granie gitarzystów. Jeff i Daniel dbają, żeby ich riffy miały kopa, ale żeby też ukazywały ich zdolności i umiejętność technicznego grania. Panowie nie zapominają też o najważniejszych aspektach thrash metalu, czyli agresji i dynamice. „Key to Power” czy „Tyrant” to dobre przykłady tego, że zespół nie zapomina o tych cechach. Nawiązania do Toxik jest nie tylko w stylu, ale też jeśli chodzi o wokal Stevena Villa. Śpiewa technicznie, stara się śpiewać czysto i nie oszczędza się w górnych rejestrach i to jest kolejny powód, która sprawia że o Skeptor nie tak łatwo zapomnieć. Zespół nie zapomina o dobrych melodiach czy złożonych solówkach, a taki „Savage Metal” to tylko potwierdza. Materiał trwa nie całe 35 minut, co też można za atut, bo po co na siłę dłużyć dane motywy. Warto też wspomnieć o bardzo udanym zakończeniu płyty za sprawą „Sentenced To death”.

Podsumowując debiutancki album Skeptor to bardzo udana mieszanka progresywnego thrash metalu z speed metalem. Zespół znakomicie balansuje między agresją, dynamiką, a heavy metalową zadziornością i melodyjnością, co sprawia że wyróżniają się na tle innych. Ciężko wychwycić w tej solidnej pracy jakieś słabe punkty. Brawo Skeptor.

Ocena: 8/10

niedziela, 6 lipca 2014

DIAMOND LANE - Terrorizer (2014)

Uwaga amerykański Diamond Lane powraca z nowym albumem zatytułowanym „Terrorizer” i każdy fan melodyjnego heavy metalu i hard rocka nie powinien przegapić tego wydawnictwa.

Trzeba przyznać, że Diamond Lane tak silny i z mobilizowany jeszcze nie był. W końcu udało im się nagrać materiał dopracowany, a przede wszystkim solidny i pełen ciekawych melodii. Każdy kto wychował się na twórczości Pretty Maids, Ac/Dc, Aerosmith czy Ozziego Osbourna bez wątpienia zachwyci się tym co gra Diamond Lane. Jest to mieszanka heavy metalu i hard rocka bazująca na mocnym i charyzmatycznym wokalu Brandona, który ma coś z Ronniego Atkinsa. Otwieracz „The Enemy” dość wyraźnie nam to ukazuje. Jednak całym motorem napędowym jest Jarret i Frankie, którzy są odpowiedzialni za to, by album był mocny, urozmaicony i rytmiczny. To właśnie dzięki nim sporo się dzieje na płycie i nie można narzekać na brak atrakcji. Mamy tutaj wolniejsze kompozycje, które można by puścić w radiu i taki właśnie jest „Slow Destruction” czy popowy „Drift”. Jeżeli taka forma rocka was nie urzekła to zawsze zostaje ostrzejszy wymiar hard rocka, gdzie słychać mocniejszy riff i więcej energii. Taki „New Model” czy „Kiss The Ring” nie powinny was zawieść w tej kwestii. Warto odnotować też umiejętność tworzenia przebojów, o czym dowodzi „Life To Lose”.

Jasne, że Diamond Lane nie tworzy niczego oryginalnego, ani perfekcyjnego, jednak dobrze jest czasem się odprężyć przy hard rockowych dźwiękach. Dobrze jest czasem posłuchać rytmicznego, szalonego, młodzieżowego hard rocka, w którym słychać echa Aerosmith czy Pretty Maids. Płyta warta uwagi mimo pewnych wad, które oczywiście są.

Ocena: 6/10

sobota, 5 lipca 2014

SALVATICA - Evil Seeds (2014)

Specami od melodyjnego death metalu są oczywiście Finowie, ale to wcale nie oznacza, że pozostała część świata nie ma o tym gatunku pojęcia. Wystarczy troszkę się rozejrzeć i w dość szybki i łatwy sposób można trafić na takie zespoły jak choćby duński Salvatica. Działają od 2009 roku i choć mieli trochę trudności z składem, to jednak udało im się przetrwać ciężki okres i nagrać debiutancki album. „Evil Seeds” to album skierowany do maniaków melodyjnego death metalu. Jednak czy tylko ta grupa słuchaczy będzie czerpać radość z słuchania płyty Salvatica? Otóż nie.

Trik polega na tym, że stylistycznie Salvatica nie tak łatwo zaszufladkować do jednego gatunku, bowiem ich w muzyce pojawia się też sporo z folk metalu, momentami black metal czy thrash metalu. Nie brakuje też oczywistych elementów heavy metalu z nutką epickości czy power metalu. Taka konwencja pozwala elastycznie poruszać się między tymi strukturami, które są zróżnicowanie. Daje to w efekcie dość urozmaicony materiał, który nie zanudzi słuchacza jednostajnym charakterem. Urok tej młodej kapeli należy doszukiwać się nie tyle w tym co grają, tylko w sposobie grania owej muzyki. Nie liczy się dla nich tyle agresja, szybkość, co melodyjność, dbałość o aranżacje, o to by kompozycje były przyjemne w odsłuchu i zapadały w pamięci. W dobry nastrój już wprawia początek płyty i energiczny „Psychopatica”, który przypomina dokonania choćby Ensiferum czy Kalmah. Growl Jerdena jest dość brutalny, ale pod względem technicznym nie ma się do czego przyczepić. Wszelką agresją tutaj rozładowuje melodyjny charakter kompozycji i to co wygrywają gitarzyści. Duet Jarden/Richardt może nie wnosi niczego nowego do gatunku, ani też nie powala pomysłowością, ale nie można im odmówić zgrania i dobrych pomysłów. Dzięki właśnie ich pracy można się zachwycać mocnymi riffami jak te w „Winds of Decay” czy „The Ascension”, gdzie ukazane zostaje to że zespół potrafi mocno grać. Nutka black metalu pojawia się w bardzo szybkim, agresywnym „Evil Seeds”, ale właśnie w takiej konwencji zespół wypada najlepiej. Za przebój bez wątpienia robi tutaj „Hate Quest”, zaś w takim „Reanimated” można doszukać się thrash metalowego pazura. Całość zamyka bardziej folkowy „Sect of sleep”.

Nie tylko Finowie stać na bardzo dobry album z gatunku melodyjnego death metalu, czego dobrym przykładem jest debiutancki krążek Salvatica. Duńczycy jednak elastycznie poruszają się po różnych gatunkach, przez co płyta nie jest jednowymiarowa, nużąca i przewidywalna. Myślę, że jeszcze o nich usłyszymy i pewnie jeszcze nie raz będą słuchacze zachwycać się ich muzyką.

Ocena: 8/10

Płyty posłuchałem dzięki uprzejmości Markusa Ecka i METALMESSAGE :D

piątek, 4 lipca 2014

GRAVE DIGGER - The Return of The Reaper (2014)

Panuje od lat taki mit wśród słuchaczy heavy metalu, że wielkie kapele nie potrafią, albo inaczej nie są wstanie już nagrać takich albumów jak w latach 80. Inne czasy, inny etap kariery, a może presja, która ciążyła wówczas na owych kapelach, wszystko odegrało sporą rolę. Dzisiaj już ciężko o albumy na miarę tych wielkich z lat 80. W końcu nie ma powodów by udowadniać, że jest się wielkim zespołem, nie ma powodów do rywalizacji, w końcu marka zrobi swoje. I tak o to zrodził się mit, że wielkie kapele nie są wstanie nagrać nić na miarę starych płyt. Fakt, ciężko znaleźć jeszcze takie zespoły, które mają w sobie jeszcze tą ikrę co w tamtych czasach i nie wiele zmienili swój styl czy poziom. Ale skoro Accept miał swój „Blood Of The nations”, który można postawić obok „Metal Heart” czy „Balls to the Wall”, Gamma Ray nagrała „Empire of The Undead” który może śmiało konkurować z najlepszymi dokonaniami, to inni mogą. Najlepszy w tej dziedzinie chyba wyróżnia się Grave Digger. Nawiązanie do swoich najlepszych albumów wychodzi im nadzwyczaj dobrze. Dali radę powrócić do czasów „Tunes of War” za sprawą „The Clans will rise again” to czemu by tak nie wrócić do równie genialnego „The Reaper” który był największym osiągnięciem wczesnego Grave Digger. Tak też miało się stać o czym świadczyć miał tytul nowego albumu, a więc „Return of The Reaper”.

Wielkie nadzieje, ale w sumie były podstawy, że ta sztuka Niemcom wypali. Nie chodzi o klasę, doświadczenie czy to, że kapela kurczowo trzyma się swojego stylu. Po prostu ostatnio nagrywali bardzo dobre albumy. Wystarczy wspomnieć „The Clans will rise Again” czy „Ballad of a Hangman”. Pomijam nijaki „Clash of The Gods”, który dawał cień wątpliwości. Najpierw pojawiła się znakomita okładka, potem klip „Hell Funeral”. Najlepszy kawałek Grave Digger od lat i w dodatku taki klasyczny. Obstawiałem wszystko, zwłaszcza to że nagrają bardzo dobry album, ale nie liczyłem, że dostanę jeden z najlepszych albumów Grave Digger. Od lat zespół nie grał tak ostro, tak żywiołowo, z pomysłem. Tym razem przemawiają jeszcze inne atuty, które ostatnio ciężko było doszukać się na poprzednich krążkach. Przede wszystkim mroczny, z dreszczykiem klimat przypominający albumy Kinga Diamonda. Okładka w sumie też wygląda jak kalka „Abigail”, ale to jak dla mnie spory plus. Grave Digger silniejszy niż kiedykolwiek, a ich siła wybrzmiewa przede wszystkim w kompozycjach. Od początku do końca jest napięcie, jest energia, są emocje i spora dawka niemieckiego metalu. Nie zabrakło tej rodzimej toporności, ani też charakterystycznych riffów, które są połączeniem ciężaru, mocy i agresji. Jednak tym razem większy nacisk postawiono na prostotę, na szybkość, na przebojowość i to w większym stopniu niż „The Clans will rise Again” co zaowocowało jednym z najlepszych albumów. Styl nie uległ może drastycznej zmianie, ale słychać spore nawiązanie do innego niemieckiego zespołu i mam tutaj na myśli Paragon. Ta szybkość, przebojowość i płynność solówek to jakby przerysowanie stylu Paragon. Co ciekawe Grave Digger brzmi tutaj dość swobodnie, nie jest taki monotonny, ani nużący, wszystko brzmi tak jak powinno, a nawet lepiej. Wokal Chrisa jak zwykle jest ozdobą i tym co zawsze kojarzy się z Grave Digger, a najlepsze to że mimo tyle lat, wciąż zachwyca, a może nawet bardziej niż na pierwszych płytach. Jest jak wino im starszy tym lepszy. Procentuje tutaj też to co miało miejsce w 2009 r, a mianowicie dołączenie Axela Ritta. Dzięki niemu Grave Digger przeżywa drugą młodość, odżył i stał silny jak przed laty i dlatego nie mają żadnych problemów z tworzeniem muzyki na miarę starych płyt. Nowy album jest pełen ciekawych zagrywek, które oddają to co najpiękniejsze w metalu. Pomysłowość bije z albumu od pierwszych sekund, kiedy wybrzmiewa znana melodia z „Return of The Reaper”. Pogrzebowy klimat, który przesiąknięty jest grozą i mrokiem. To od razu dobrze rokuje, zwłaszcza że dzisiaj ciężko o równie ciekawe intra. Zespół szybko przechodzi do ataku i robi to najlepiej jak potrafi bo od energicznego „Hell Funeral”, który słusznie promował album. Idealny przykład jak powinno się grać heavy metal w naszych czasach. Co ciekawe słychać tutaj sporo klasyki i piękne lata 80. Pokuszę się nawet o stwierdzenie, że i Judas Priest z czasów Painkillera pojawia się tutaj. Słychać to choćby w ostrzejszym „War Gods”. To jest o tyle ciekawy utwór, bo taki jakby mniej w stylu Grave Digger. Więcej Judas Priest, czy Paragon. Nie ważne co słyszymy, ważne że jest to jeden z najlepszych utworów tej kapeli, jeden z prawdziwych utworów ku chwale heavy i power metalu. Można? Można. Zostańmy jeszcze chwilę przy Judasach. „Turbo Lover” jest kontrowersyjny, ale tytułowy kawałek z tej płyty Judasów każdy zna i co ciekawe „Tattoed Rider” brzmi właśnie jak taka niemiecka wersja tego utworu. Wyszło to naprawdę znakomicie. Niemiecka toporność, szybkość godna speed/thrash metalowych kapel i stylistyka Paragon to cechy kolejnej petardy na płycie, a mianowicie „Resurection Day”. Od lat basista Jens Becker nie dawał ciekawych popisów. Pamiętamy te popisy w Running Wild czy X-Wild i po tylu latach jest „Seasons of The Witch”. Kawałek bardziej epicki, bardziej stonowany i taki bardziej w stylu Accept, ale ma to swój urok. Kwintesencja heavy metalu i dla takich utworów warto żyć. Szybko i do przodu to recepta na ten album i zdaje to swój egzamin. „Road Rage Killer” wyróżnia się się agresywnym riffem i motoryką Motorhead czy starego Running Wild. Był niemiecka wersja „Turbo Lover”, to teraz czas na niemiecki „Aces of Spades” i „Satans Host” to najlepsza interpretacja słynnego kawałka Motorhead. Płyta urozmaicona i od samego początku wypełniona przebojami i nie brakuje ich do końca płyty. Tym największym hitem jest jednak „Death Smiles at All of Us”. Tutaj znów przypomina się Paragon, ale nie tylko. Jest tutaj też zebranie tego co najlepsze w Grave Digger. Refren może taki bardziej w stylu Hammerfall czy U.D.O, ale czy to jest coś złego? Z pewnością nie.

Grave Digger obalił mit i nagrał album który dorównuje „The Reaper” czy „Tunes of War”. Odważne słowa, ale tutaj właściwie nic nie jest naciągane. Wysoka forma muzyków, podrasowane brzmienie, które wtóruje ostrym riffom, szybkiej sekcji rytmicznej i znakomitym kompozycjom, które zostają w pamięci. Grave Digger nagrał sporo znakomitych albumów, ale tutaj przeszli samych siebie. Tak powinien brzmieć heavy/power metal naszych czasów. Jedno z największych zaskoczeń roku 2014. Rozpruwacz powrócił i konkurencją bój się! To jest kandydat do płyty roku!

Ocena: 10/10

DEATHINITION - Art of Manipulation EP (2013)

Thraash metal to jeden z tych gatunków, który od lat dobrze się rozwijaj w naszym kraju. Na dzień dzisiejszy można się nawet pochwalić kilkoma dobrymi młodymi zespołami, które właściwie wyruszają na podbój całego świata. Jednym z nich, który ma spore szanse na sukces jest pochodzący z Bydgoszczy Deathinition.

Jeszcze nie dorobili się pełnego, debiutanckiego albumu, ale przynajmniej mogą pokazać na co ich stać za sprawą mini albumu zatytułowanego „Art of Manipulation”. Niby znajdziemy tutaj tylko 4 utwory, ale dzięki nim można usłyszeć jaki drzemie potencjał w tej kapeli. Może i czerpią garściami z Exodus, Overkill, Destruction czy Kreator, to jednak zespół nie wdaje się w bezczelne kopiowanie tych kapel. Deathinition stara się stworzyć własny styl, który wyróżnia się na pewno charyzmatycznym wokalem Adama Langowskiego. Dzięki niemu kompozycje brzmią dość oryginalnie i bardzo drapieżnie. Wystarczy posłuchać agresywny otwieracz „My personal Maniac Fear”. Forma podania melodii i całej konwencji thrash metalu brzmi znajomo, ale pomysłowość, solidność i dbałość o szczegóły sprawiła, że Deathinition wybija się spośród tłumu. Często bywa w thrash metalu tak, że zespoły przedobrzają z agresją przez co muzyka traci na chwytliwości i melodyjności. Deathinition znakomicie wyważał składniki w swoim stylu i nie brakuje w ich muzyce dobrych melodii. Dobrym tego przykładem jest„Art of Misunderstanding” . Co ciekawe najlepiej z całej płyty prezentuje się agresywny i rozpędzony „Kłamstwa dla mas”. Znakomicie utwór brzmi w naszym rodzimym języku i sam utwór bardzo zapada w pamięci.

Słyszałem sporo kapel młodego pokolenia, które chce grać thrash metal i przy tym konkurować z najlepszymi formacji. Nie które kapele nie mają siły przebicia, a czasami wydają się za bardzo wtórne. Kiedy usłyszałem Deathinition to wiedziałem, że jest w nich to coś, że jest potencjał, że mają szansę powalczyć z najlepszymi w dziedzinie thrash metalu. Bardzo udany debiut, teraz nic tylko poczekać na pełnometrażowy album.

Ocena: 8.5/10

P.s Podziękowanie dla Vlada Nowajczyka za udostępnienie materiału

środa, 2 lipca 2014

CRYSTAL TEARS - Hellmade (2014)

Tradycji stało się zadość, bowiem po upływie czterech lat grecki Crystal Tears wydał swój nowy album zatytułowany „Hellmade”. Nie dość, że jest to trzeci album tej formacji, która regularnie wydaje swoje krążki co 4 lata, to jeszcze jest to trzeci kontrakt płytowy podpisany z trzecią już wytwórnią płytową. Również po raz trzeci Crystal Tears zmienił wokalistę i tym razem został nim Soren Adamsen, który śpiewał w Artillery. Sporo tych zmian, ale właśnie to nic nowego w przypadku Crystal Tears.

Sam album to właściwie nic nowego, bowiem tutaj zespół pozostaje wierny swojemu stylowi. Tak więc mamy mieszankę heavy/power metal czyli to co zespół już grał od 1997 roku. Tutaj nie uświadczymy żadnych zmian, ale to akurat chyba dobry znak. „Destination Zero” choć brzmi znajomo, ma swój urok. Ciężki riff, mroczniejszy klimat i przybrudzone brzmienie robią tutaj swoje. Już na samym wstępie dobrze wypada Soren, ale to żadna nowość. Jest to doświadczony i zdolny wokalista, który pasuje do takiego grania, do takiego tła. Poprzednie albumu nie grzeszyły ciekawymi kompozycjami, ale „Hellmade” ma już czym się pochwalić. Kostes i Mate stawiają na agresję, na mocny wydźwięk riffów, to też często ocierają się nawet i o thrash metal. Słychać to w „Skies Are Bleeding”. Nie brakuje też na albumie dobrych i godnych zapamiętania melodii, a jedną z nich słychać w „Out of Shadows” który brzmi jak mieszanka Iron Maiden i Helloween z okresu „Master of The Rings” czy „The Dark Ride”. Znalazło się też miejsce na hard rockowe elementy, które się pojawiają w „The Devil Inside”. Za najlepszy utwór można śmiało uznać rozpędzony „Violent New Me”, który jest udaną mieszanką mrocznego power metalu i thrash metalu. Fani nowych płyt Gamma Ray i Primal fear powinni szybko wchłonąć ten kawałek. Nawet cover w postaci „Beds are burning” dobrze wypadł Crystal tears.

Zmiany dobrze podziałały na Crystal tears i może to czas wszystko zachować i brnąć dalej do przodu i nie tracić już więcej czasu na zmiany personalne czy też szukanie nowej wytwórni. Może czas wziąć się w garść i iść za ciosem? Jest dobry, nowy start i teraz nic tylko szybko zacząć pracę nad kolejnym albumem. Może nie wszystko wyszło idealnie, może materiał nieco nierówny, może za mało hitów, ale i tak udany powrót greckiej formacji po 4 latach. Oby następny album pojawił się znacznie szybciej.

Ocena:: 6.5/10

P.s Recenzja przeznaczona dla magazynu HMP

poniedziałek, 30 czerwca 2014

MOONCRY - A mirror's Diary (2013)

Gdy się mówi o niemieckim metalu to większość zaraz myśli o toporności, teutońskiej surowości, czy też solidności jakiej ze sobą prezentują kapele wywodzące się z tego kraju. Zgadzam się, że na tej scenie metalowej można polegać, bowiem sam się nigdy nie zawiodłem, dlatego z pewnym spokojem sięgałem po ostatni album Mooncry. Jest to bowiem niemiecka kapela, która gra mroczny heavy metal, w którym można doszukać się cech gotyckiego metalu, jak również symfonicznego czy też power metalu. To wszystko sprawia, że Mooncry to nie jest kolejny band udający Accept czy Helloween. Tutaj były ambicje na coś więcej i trzeba przyznać, że słuchając „A Mirror's Diary” można śmiało potwierdzić, że warto było.

Już otwierający „Burning Curtains” dobrze zapowiada cały album. Jest moc, jest mroczny klimat, ale jest też coś z melodyjnego metalu. Tak więc, fani również takich gatunków jak melodic metal czy power metal powinni być zadowoleni. W stylu Mooncry słychać wiele ciekawych smaczków. Używanie takich epitetów jak „epicki” czy „podniosły” jest tutaj jak najbardziej na miejscu. Wszystko potwierdza kolejny killer na płycie, a mianowicie „Puppet Crow”. Agresywny i bardzo energiczny utwór, który ukazuje że zespół inspirował się wieloma kapelami, ale mi bardzo to wszystko przypomina Thunderstone czy Masterplan. Czynnik progresywności i wyszukanych melodii odegrał w tym toku myślenia ważna rolę.„Defamed Prime” to taki utwór który przypomina mi twórczość Masterplan. Zwłaszcza styl gry Bertholda przypomina wyczyny Rolanda. Berthold stawia na agresję, urozmaicony, na wyszukane motywy, na mroczny klimat, ale też nie zapomina o technicznym aspekcie aranżacji. O kim warto jeszcze wspomnieć to bez wątpienia o wokaliście Sali Hasanie, który nadaje kompozycjom mrocznego charakteru i to właśnie za jego sprawą pojawia się drapieżność na płycie. Dobrym tego przykładem jest „Pictures of Thee”. Zespół przede wszystkim radzi sobie z dłuższymi kompozycjami, w których trzeba się wykazać pomysłowością i talentem do tworzenia ciekawych motywów. „A Mirror;s Diary” spełnia swoje oczekiwania i jest to bez wątpienia najbardziej ambitna kompozycja na płycie, która w pełni oddaje styl Mooncry.

Mooncry potwierdza regułę, że niemiecka scena metalowa dostarcza ciekawe zespoły. Tym razem mamy band grający mroczny, melodyjny metal w którym jest coś z gotyckiego i symfonicznego metalu. Jest solidny materiał, który potwierdza umiejętności zespołu. Jeśli cenisz sobie mocny, soczysty i klimatyczny heavy metal to jest to coś w sam raz dla ciebie. Emocje gwarantowane.

Ocena: 7/10

P.s Recenzja przeznaczona dla magazynu HMP