sobota, 15 grudnia 2018

GAIA EPICUS - Alpha & Omega (2018)

Najgorszym doradcą przy wyborze danej płyty może okazać się sentyment. Miłe wspomnienia z wcześniejszymi krążkami danej grupy sprawiają że sięgamy po kolejne albumy bez większego zastanowienia. Tak właśnie miałem z nowym dziełem Gaia Epicus. Cenię sobie ich wcześniejsze dzieła jak choćby "Victory" czy "Satrap". Niestety, ale od kiedy Gaia Epicus to projekt solowy Hansena to muzyka stała się bardziej przewidywalna i mało ambitna. "Alpha & Omega" rodziła się jakby w bólach i te 6 lat czekania zostało zmarnowane. Dostaliśmy w zamian za swoją cierpliwość papkę, w której trochę starego power metalu z pierwszych płyt, trochę mocniejszego grania z elementami thrash metalu z czasów "Victory". Jednak same pomysły są co najwyżej dobre. Na sam start mamy szybki i energiczny "War againts Terror", który trąci mieszanką thrash i power metalu. Dobry riff i partie gitarowe sprawiają, że utwór broni się sam. W podobnym klimacie utrzymany jest "System is down".  Konstrukcja kawałka przywołuje czasy "Victory", co jest akurat miłą niespodzianką. "Crush" posłużył do promocji krążka, co wzbudziło spore kontrowersje. Wynikało to z tego, że utwór brzmi jak kalka "Enter Sandman" Metaliki. Riff  mało oryginalny, ale słucha się tego nie najgorzej. Bardzo przypadł mi do gustu stricte power metalowy "Dont be a fool", który utrzymany jest w duchu pierwszych płyt, co jest sporym plusem. Szkoda, że płyta nie jest utrzymana w takich klimacie.Thomas Hansen uwielbia Gwiezdne Wojny i często przekonuje o tym swoich fanów umieszczając utwór nawiązujący do tej tematyki. Tym razem mamy "Join the dark side", który jest niestety średniej jakości. W historii zespoły były ciekawsze kawałki z tej tematyki. Dobrze wypada odświeżony "Fire and ice". Kolejny przejaw thrash metalu mamy w agresywnym "Blinded by Hate" i to również jeden z ciekawszych momentów na płycie. Gaia Epicus gra przede wszystkim power metal i to potwierdza dynamicznym "Land of the rising sun", który został położony wokalnie na całej linii. Na sam koniec rozbudowany "Alpha & omega", który jest tylko dobry, a mógł być znacznie ciekawszy pod względem motywów.  Gaia Epicus to projekt solowy Hansena, który już nic ciekawego nie wnosi do dyskografii, a tym bardziej do gatunku power metalu. Szkoda, bo kiedyś jeszcze było ich stać na ciekawe wydawnictwa.

Ocena: 5/10

DARK MOOR - Origins (2018)

"Origins" to tytuł, który sugerowałby powrót Dark Moor do swoich korzeni. Od razu trzeba to sprostować, że jednak tak nie jest. Hiszpański band raczej sięga do korzeni, ale muzyki regionalnej tamtych rejonów.  To było do przewidzenia, bo od kiedy w zespole jest wokalista Alfred Romero to band wydaje w zasadzie różne albumy. Nie boją się eksperymentów i raz wychodzi im to na plus, a raz kończy się porażką. W  "Ancestral Romance" czy "Autumnal" to próbowanie nowych rzeczy potrafiło zauroczyć słuchacza i w sumie z "Origins" jest tak samo. Tutaj band sięga po patenty z "Ancestral Romance" czy "Ars musica". Nie brakuje elementów progresywnych, folkowych, rockowych, czy właśnie patentów charakterystycznych dla melodyjnego metalu. Podobnie jak w "Ancestral Romance" tak i tutaj band sięga do swojego regionalnego folku i to się sprawdza. W efekcie powstał znów album świeży, zaskakujący i bardzo klimatyczny. Nie jest to jednak Dark Moor z czasów "Tarot" czy "The gates of oblivion", gdzie dominował power metal i neoklasyczne zapędy. Brakuje tego mi tutaj, bo to był najlepszy okres zespołu. "Origins" w kategorii rockowych wydawnictw, ciekawostki, czy w ramach samej dyskografii Dark moor jest wydarzeń i nie można tego pominąć.  Z resztą już sama okładka zwiastuje nam zupełni inny album od poprzednich i rzeczywiście tak jest. "Birth of the Sun" to kawałek, który otwiera krążek i zarazem go promował. Skoczny, folkowy kawałek, który nawiązuje choćby do Blackmores night. Nieco inne granie, ale bardzo mi przypadło do gustu. Refren to nieco ukłon w stronę wcześniejszych płyt i to się nazywa dobre otwarcie płyty.  Energiczny "The spectres of dance" to już więcej z power metalu i melodic metalu.  Enrik Garcia ma znacznie więcej do roboty w sferze gitarowej. Bardzo fajnie wypadł folkowy, może nawet nieco piracki "Raggle  Taggle Gypsy". Spokojny, romantyczny "And for ever" łapie za serce i potrafi oczarować swoją prostotą.  Echa power metalu można wyłapać w szybszym "Mazy" i jeszcze na sam koniec mamy klimatyczną balladę w postaci "Green lullaby", który zachwyci fanów Queen, czy Blind Guardian. Dark moor po tylu latach wciąż ma się dobrze i cały czas eksperymentuje i pokazuje swoje inne oblicze.  Tym razem owe oblicze zespołu i bardzo korzystne i warto poznać Dark Moor roku 2018.

Ocena: 7.5/10

sobota, 8 grudnia 2018

METAL CHURCH - Damned if You Do (2018)

Pomówmy o nowym albumie Metal Church. Jest to już drugi krążek po powrocie Mike'a Howe'a, a także pierwszy z Stetem Howlandem w roli perkusisty. Oczekiwania były ogromne, bo i "XI" był dojrzałym i dopracowanym krążkiem. Niestety, ale najnowsze dzieło Metal Church zatytułowane "Damned if You Do" to tylko dobry album, który nie ma szans namieszać w tegorocznych rankingach. To płyta przewidywalna i bez ikry. Wszystko zostało zagrane ostrożnie, bez ryzyka, kopiując oklepane riffy i motywy. Dalej jest to muzyka do jakiej nas przyzwyczaili, czyli heavy power metal, który nawiązuje przede wszystkim do ostatniego dzieła. Nie brakuje też nawiązań do lat 80, ale to wszystko jest zrobione tak na średnim poziomie. Kurdt jako lider zawodzi, bo nie dostarcza jakiś pomysłowych, wybitnych partii gitarowych. Tego mi tutaj brakuje. Co z tego, że jest Mike i przeżywa drugą młodość. Jest znakomity na tym albumie, ale to za mało żeby stworzyć arcydzieło. Niestety, ale od kapeli tego formatu oczekuje się więcej. Płyta ma znakomitą i przykuwającą oko okładkę, a także mocne, drapieżnie brzmienie, ale problem tkwi w samych kompozycjach. Najlepiej wypadają utwory, które band udostępnił nam przed premierą. Mamy ocierający się o thrash metal "By the numbers", który imponuje energią i mocnym riffem. Jest też oczywiście przebojowy "Damned if You do", pełniący rolę otwieracza. Znakomity strzał, tylko trochę irytuję to "hmm". Trzeci znany kawałek to dynamiczny "Out of balance", który najbardziej przypadł mi do gustu. Jest energia, jest pazur i taki duch starych płyt Metal Church. Cieszy też bardziej złożony i mroczniejszy "Black Things", który stara się przypomnieć nam czasy "Human Factory". W podobnej stylistyce utrzymany jest "Revolution underway", choć tutaj wdziera się nuda. Kurdt bardziej się wysila się pod względem partii gitarowych w kawałku "Rot away", który wyróżnia się pomysłowym riffem. Totalnie nie pasuje mi do całości hard rockowy "Monkey finger". Całość zamyka żywszy "The war eletric", gdzie zespół stara się grać bardziej melodyjniej. Czas oczekiwania się skończył i dostaliśmy album co najwyżej dobry. Czuje rozczarowanie, bo liczyłem na powtórkę z "XI". Niby jest to heavy metal, ale nudny i po prostu przewidywalny. Metal Church z Mikem Howem stać na więcej. Szkoda

Ocena 6/10

piątek, 30 listopada 2018

MARIUS DANIELSEN' S LEGEND OF VALLEY DOOM - Marius danielsen legend valley of doom part II (2018)

W power metalu pojawiały się już płyty, które były rozbite na dwie części. Takie duże przedsięwzięcie, taki koncepcyjne albumu nie raz wnosiło sporo do gatunku i stanowiło znakomity hołd dla gatunku. Takie płyty właśnie jak "Metal Opera" Avantasia, czy choćby "The Keeper of the seven keys" Helloween to kwintesencja gatunku i takie ponadczasowa dzieła. Lata lecą i wciąż w tym gatunku jest jeszcze wiele do zdziałania.  Gitarzysta i wokalista, a przede wszystkim świetny kompozytor Marius Danielsen, który może kojarzyć się z Darkest Sin właśnie wyszedł z podobnym pomysłem co Tobias Sammet. Stworzył swój własny świat, swoją własną power metalową operę i zaprosił równie świetnych gości, którzy tak naprawdę mieli ogromny wkład na ten gatunek muzyczny.  Pierwsza część "Marius Danielsen Legend of valley doom" ukazała się w 2015 roku i była to płyta, która namieszała w zestawieniach. To wydawnictwo z miejsca stało się klasykiem. Płyta jest perfekcyjna i jest przykładem dla innych kapel jak grać power metal. 3 lata upłynęły i przyszedł czas na kontynuację. Od razu dodam, że oczekiwania miałem ogromne względem tego dzieła. Druga część to idealne wypełnienie jedynki, jednak już nie ma efektu "wow", nie ma już takiego szoku. Jest za to, na co wszyscy czekali, czyli dopracowany, podniosły i pomysłowy power metal o niezwykłej podniosłości. To płyta równie piękna i dopracowana, jednak ustępuje na pewno pierwszej części. Tam było więcej przebojów i utwory były jakby bardziej zapadające w pamięci, co nie oznacza że dwójka jest słaba czy coś. Otóż nie, bowiem to dalej jest power metal wysokich lotów i wciąż ta płyta ma szansę na tytuł płyty roku. Na pewno cieszy soczyste, takie  baśniowe brzmienie, które idealnie odzwierciedla klimat płyty. Goście są znakomici i mamy Kiske, Bayleya, Owensa, Boalsa, Hayera czy Luppiego. Wszystkiego jest bardzo dużo i przy jednym odsłuchu nie tak łatwo to ogarnąć i za każdym razem można coś fajnego odkryć podczas słuchania płyty.

Skupmy się na materiale. Wejście w postaci "King Thorgans hymn" nasuwa mi Bling Guardian i to bardzo klimatyczne otwarcie płyty. Jest epickość, podniosłość i pomysłowy motyw. Nie ma tu gitar, ani typowe power metalu, a mimo to utwór rzuca na kolana. Dalej mamy już bardziej rasowy power metal w postaci "Rise of the dark empire", który wykorzystuje to co najlepsze w tym gatunku. Mamy więc motywy kojarzące się z Edguy, Helloween czy Rhapsody. Sam utwór cechuje mocny riff, podniosły refren i spora dawka energii. Spokojniejszy "Tower of knowledge" to już bardziej rockowy kawałek, w który postawiono na klimat i emocje. Rozpędzony "Visions of the night" to kolejny killer na płycie. Dużo dzieje się w rozbudowanym i zakręconym "Crystal Mountains", który imponuje rozmachem i pomysłowymi aranżacjami. Miły dla ucha jest "Under the silver moon", ale nie potrzebnie tyle razy otrzymuje balladowy kawałek. Co ciekawe perełką na płycie jest "Angel of Light" z świetnym występem Kiske. To uczta dla fanów Helloween czy Avantasia. Znakomity riff, dobrze dopasowane melodie. Na koniec mamy dwie epicki perełki, które są zagrane z polotem, pomysłem i taką miłością do power metalu. Mowa o "Temple of the ancient god" i "Princess lariana's forest".

Warto było czekać 3 lata na drugą część, bo jest to świetny album z ciekawymi motywami i dużą dawką power metalu. To taki encyklopedyczny przykład jak grać power metal. Druga część troszkę słabsza, ale wciąż wysokich lotów. Płyta godna uwagi.

Ocena: 9/10

poniedziałek, 26 listopada 2018

VEONITY - Legend of the Starborn (2018)

Szwedzki Veonity powraca z nowym albumem. "Legend of the Starborn" to już trzeci krążek tej formacji i tym razem band starał się pójść w stronę bardziej epickiego power metalu. Pierwszy album to taki soczysty heavy/power metal w true heavy metalowym wydaniu. Drugi krążek zabrał nas w stronę zadziornego power metalu w klimatach s-f.  Tym razem band kieruje się w stronę rycerskiego,bardziej baśniowego power metalu. Klimat fantasy znakomicie współgra z tym co mamy na nowym krążku.  Band cały czas mocno się inspiruje Iron Savior, The storyteller, czy Hammerfall. Znakomicie udaje im się łączyć elementu heavy metalu i power metalu. Od 2013 r band tworzy ci sami ludzie i to też przedkłada się na jakość płyt. Dostarczają słuchaczom sporo frajdy, bo ich muzyka jest prosta, melodyjna i łatwo wpada w ucho. Dopełnieniem jest klimatyczna okładka frontowa i soczyste brzmienie, które podkreśla jakość utworów. Nadaje całości drapieżności i takiej mocy. Już otwierający "Rise again" to europejski power metal wysokiej próby, w którym band krzyżuje patenty Helloween, czy Iron Fire. Brzmi to wybornie i chce się zagłębiać w dalszą część płyty.  Drugi utwór to marszowy, rozbudowany "Starborn", w którym nie brakuje nowoczesnego wydźwięku i progresywnego charakteru. Jeszcze więcej dzieje się w przebojowym "Guiding light", który jest power metalem z górnej półki. Edguy, Avantasia, Hammerfall, Gamma Ray i co tam jeszcze chcecie usłyszeć. Band czerpie garściami z tuzów power metal, ale daje też sporo od siebie i to słychać, a efekt jest powalający. Mocny i wyrazisty riff "Winds of Asgard" od razu daje się we znaki i imponuje lekkością i świeżością. Wokalista i gitarzysta Anders Skold daje popis swoich umiejętności w chwytliwym "Sail Away". To właśnie on jest motorem napędowym Veonity i z prostego kawałka potrafi stworzyć coś wyjątkowego. Jego głos jest dopracowany technicznie i znakomicie sprawdza się w wysokich partiach wokalnych. Moim faworytem szybko stał się pomysłowy "Warrior of the north", która chwytliwa melodia od razu zapada w pamięci. Kiedy wkracza główny motyw gitarowy, to kolana się uginają. Ile w tym mocy, ile w tym energii, no coś pięknego. Power metal wysokiej próby.  Lekki, rytmiczny i pełen świeżości "Gates of Hell" to taki miks Gamma Ray i Bloodbound. Kiedy wszystko wychodzi, to nawet ballada staje się mocnym punktem, tak też jest z "Lament". Bardzo urokliwy i wzruszający kawałek. "To the Gods" nawiązuje do najlepszych kompozycji Hammerfall i sam refren jest tutaj bardzo chwytliwy. Mocny kawałek, który podkreśla świetną formę zespołu. Całość zamyka marszowy, stonowany "United we stand". Znowu Veonity pokazuje się z bardzo dobrej strony. Troszkę podrasowali swój styl, obrali nieco inne klimaty, stawiając na fantasy. Dalej jest to mieszanka heavy i power metalu, gdzie rządzą proste, pomysłowe melodie i epickie ozdobniki. Ta płyta znajdzie szerokie grono słuchaczy i nie można jej pominąć w tegorocznych zestawieniach.

Ocena: 9/10

FIONN LEGACY - Knights of the sky and wind (2018)

O tej płycie nie wiadomo za wiele. Jest to debiutancki krążek projektu muzycznego pod szyldem Fionn Legacy. Został powołany do życia przez kompozytora i muzyka o pseudonimie JP Mask. Do współpracy zaprosił kilku wokalistów jak choćby Omar Alarcon czy Viktor veiga. To co band gra określić można mianem symfonicznego power metalu mocno wzorowanego na twórczości Luca Turilli, czy Rhapsody.  Na płycie znajdziemy 7 kawałków, które zabierają nas do najlepszych lat Rhapsody i przypominają o tym, że symfoniczny power metal nie musi być pełen udziwnień i do bólu przewidywalny. Fionn Legacy to pozycja dla tych co cenią sobie prawdziwy posmak power metalu w symfonicznym metalu. Ta płyta kipi energią i pełno tutaj ciekawych zagrywek gitarowych, ciekawych melodii, które na długo zapadają w pamięci. Przede wszystkim ta płyta zawiera dojrzały materiał, który rzuca na kolana swoimi aranżacjami i wykonaniem. Szczęka opada. "Star Tales" to takie klimatyczne intro, które wprowadza słuchacza w ten baśniowy, rycerski klimat. Tytułowy "Knights of the sky and wind" to wypisz, wymaluj stary, klasyczny Rhapsody. Nie brakuje tutaj też ducha starego Helloween. Dużo dzieje się tutaj i popisy gitarowe są tutaj imponujące. Podniosły i taki rycerski wokal idealnie współgra z całością. Energiczny "Valley of the lazards" to kolejna świetna i bezbłędna kompozycja. Szybkie tempo, podniosłe motywy i chwytliwy refren robią tutaj furorę. Nieco spokojniej jest w melodyjnym, epickim "Spirits of Dryads" i to pokazuje jak uzdolnionych muzyków mamy w tym projekcie. Płyta zawiera sporo killerów i jednym z nich jest power metalowy "The traitor". Końcówka płyty to przede wszystkim podniosły i rozbudowany "The last battlecry" i ballada w postaci "The fall of a hero". Niby granie takie wtórne, a dostarcza sporo frajdy, zwłaszcza jak ktoś lubi klimaty wczesnego Rhapsody. Płyta godna uwagi i może zadowolić nie jednego maniaka symfonicznego power metalu.

Ocena: 8.5/10

piątek, 23 listopada 2018

HEX CROW - Creatures of the Night (2018)

Wychowałem się na takich klasykach jak "Killers" Iron Maiden, "Screaming for Vengeance" Judas Priest, "Angel Witch" Angel Witch, czy  "Rock the Nations" Saxon. NWOBHM dało podwaliny pod znakomite brytyjskie formacje i  ostatnio pojawia się coraz więcej młodych kapel, które chcą nam przypomnieć właśnie tamte czasy, klimat tamtych starych płyt. Fenomenem w tym roku jest kolumbijski Hex Crow, który działa od 2016r.  Rok 2018 jest dla nich znaczący bo to właśnie 26 października tego roku przypada premiera debiutanckiego "Creatures of the night", który zabiera nas do lat 80 za sprawą prostej klimatycznej okładce, szorstkiego, surowego brzmienia rodem z płyt NWOBHM. Fenomen tej płyty tkwi przede wszystkim w prostej, szczerej zawartości. Wybrzmiewa z tego umiejętność grania i pomysłowość.  Band znakomicie odtwarza lata 80 i gdyby nie data premiery to powiedziałby, że to zagubiony krążek z lat 80. Wszystko jest tutaj przemyślane i nie ma mowy o farcie, czy przypadku. Zaczyna się klimatycznie, bo od intra w postaci "Arrival". Szybko atakuje nas mocny riff i rozpędzona sekcja rytmiczna w "The ritual". Mocny wstęp i to taka sentymentalna podróż do lat 80. Znakomicie Hex Crow miesza style Iron Maiden i Judas Priest z początku swojej kariery. "Sex slave" to taki wypisz wymaluj Judas Priest z "Killing Machine" i nawet wokalista Daniel Mantilla brzmi jak Rob Halford z tamtego okresu. Na płycie błyszczy też gitarzysta Sebastian, który stawia na klasyczne riffy i rozwiązania. Jest miłość do metalu i hołd dla starych, kultowych płyt i to się ceni. Stonowany, mroczny "Unborn" czerpie z Angel Witch, a nawet Black sabbath. Energiczny, wręcz przebojowy "Devils Eye" to taki iron maiden z pierwszych dwóch płyt. Świetny utwór, który pokazuje że można przywołać lata 80 i to bez większego wysiłku. Brawo! Band gra klasyczny heavy/speed metal i właśnie taki szybki, rasowy speed metal mamy w dynamicznym "The Chosen One". Całość zamyka świetny "Rock'n roll", który również przypomina stare kawałki żelaznej dziewicy. Miła niespodzianka znikąd. Band prezentuje się znakomicie i jest w nich potencjał. Debiutancki krążek to potwierdza. Ta płyta ma szansę dostać się do top 10. Gorąco polecam, zwłaszcza fanom starych płyt Iron Maiden.

Ocena: 9.5/10

TORIAN - God of Storms (2018)

Dotychczasowe dzieła niemieckiej formacji Torian nie robiły na mnie większego wrażenia. Zawsze ta grupa była wrzucona do wora z innymi kapelami o których można zapomnieć. Tak zleciało 16 lat zespołowi i przez ten czas nagrali 4 albumy. Świata nie zwojowali, ale z pewnością pokazali że chcą dalej grać melodyjny heavy/power metal. Panowie nie kryją zamiłowania do takich kapel jak Helloween, Iron Maiden, czy Blind Guardian. W tym roku światło dzienne ujrzał "God of Storms", który  zaskakuje przede wszystkim aranżacjami, ciekawymi partiami gitarowymi i taką pozytywną energią. W muzyce jaką prezentują panowie nie ma nic oryginalnego, ale w przypadku "God of Storms" można mówić o dojrzałości i świeżości. Band wzbija się na wyżyny swoich możliwości. "Evil vs Evil" to energiczny kawałek, z mocny riffem i z pazurem. Chwytliwy refren brzmi jak wypisz wymaluj Orden Ogan. Brzmi to naprawdę obiecującą i chce się odkrywać pozostałe elementy nowej płyty. Gitarzyści swoje umiejętności w pełni ukazują w rozpędzonym "Far from midian sky". Carl i Alexander znakomicie rozumieją się, dlatego nie brakuje szybkich motywów, jak też i bardziej  podniosłe. Jest urozmaicenie, tak więc nie można narzekać na nudę. Marszowy i bardziej zadziorny "Saint of the fallen" to również ciekawy utwór. Band najlepiej wypada bez wątpienia w szybkich kawałkach typu "Crimson born" czy "Blackened Souls". Całość zamyka epicki i rozbudowany "A glorious downfall", który idealnie podsumowuje "God of storms". Nie jest to album idealny, bez skazy, ale całościowo wypada to bardzo dobrze. Mamy mocne riffy, kilka bardziej rozbudowanych utworów. Materiał jest dopracowany i miły w odsłuchu, dlatego warto sięgnąć po nowe dzieło Torian.

Ocena:7/10

czwartek, 22 listopada 2018

ACCEPT - Symphonic Terror - Live at Wacken 2017 (2018)

Heavy metal i muzyka klasyczna to niby dwa różne gatunki muzyczne, ale razem znakomicie ze sobą współgrają. Wiele kapel metalowych już próbowało zabiegów z orkiestrą i zawsze było to ogromne przedsięwzięcie. W 2017 r na festiwalu Wacken w ramach " a night to remember" legenda niemieckiego heavy metalu - Accept zagrał wyjątkowy koncert. Nie dość, że zespół zagrał kawałki z najnowszego krążka, to jeszcze pojawiły się utwory które Wolf Hoffman skomponował w ramach swojej solowej płyty, a także największe hity Accept zagrane z orkiestrą. Był to wyjątkowy koncert, który rzeczywiście zapadł w pamięci. Band postanowił uwiecznić tą wyjątkową noc w ramach koncertówki wydanej jako CD/DVD. "Symphonic Terror" to pozycja obowiązkowa dla maniaków Accept, ale też dla fanów którzy lubią kiedy heavy metal spotyka muzykę klasyczną. Płyta wyróżnia się znakomitą produkcją i świetnym klimatem.  Całość otwiera "Die by sword" czyli znakomity otwieracz z najnowszej płyty, który pokazuje to na co stać Accept. Kolejnym świetnym kawałkiem z nowej płyty jest "Koolaid", który na żywo wypada jeszcze lepiej. Wolf dał podczas tego koncertu niezłe show. Jego solówki są lekkie, zagrane z polotem i niezwykłą dbałością o technikę. Pierwszą część zamyka rozpędzony "Final Journey", który atakuje nas mocnym riffem. Druga część tego koncertu to kawałki z solowej płyty Wolf Hoffman. Znane kawałki z muzyki klasycznej rozegrane przez Wolfa i orkiestrę stanowią nie lada gratkę. To jest prawdziwy popis talentu Wolfa. Znakomicie prezentuje się "Scherzo" czy "Symphony no 40 in G". No i ostatnia ta najciekawsza część, czyli Accept z orkiestrą. Wkracza "Princess of the Dawn" i jakoś dziwnie brzmi to z orkiestrą. Trzeba jednak przyznać, że orkiestra buduje tutaj niezły klimat i jest taka nutka epickości. Znakomicie rozpoczyna się "Stalingrad", niczym jakaś ścieżka filmowa. Tutaj ta bojowość i podniosłość kreowana przez orkiestrę znakomicie współgra. Dobrze wypada też hard rockowy i przebojowy "Dark side of my heart". Utwór, który najlepiej wypada w aranżacji z orkiestrą to bez wątpienia marszowy "Shadow Soldier". Dziwnie brzmi natomiast rozpędzony "Fast as shark" z orkiestrą. Ten utwór ma być ostry jak brzytwa, a orkiestra jakby nieco złagadza charakter tego kawałka. Na koniec mamy jeszcze dwa znakomite klasyki w postaci "Metal Heart" i "Balls to the wall". Album jako ciekawostka, jako pamiątka tej wyjątkowej nocy sprawdza się idealnie. Warto mięć ją w swojej kolekcji. Accept znów zrobił krok do przodu i pokazał jakby brzmiał w wersji orkiestrowej. Każdy z fanów o tym marzył, by posłuchać Accept w takich aranżacjach. Miło, że band spełnił skryte marzenia fanów Accept.

Ocena: 9/10

SINBREED - IV (2018)

Kocham niemiecki Sinbreed, który  bierze to co najlepsze z Seventh Avenue, Blind Guardian czy Bloodbound. Jednak najnowsze dzieło o nazwie "IV" sporo mi namieszało w głowie. Z jednej strony dostajemy to co zawsze, czyli melodyjny, energiczny power metal, a z drugiej strony pojawia się nowy wokalista. Od strony instrumentalnej najnowsze dzieło jest naprawdę imponujące. Jest moc, jest duża dawka melodii, energicznych riffów i ciekawych pojedynków na solówki. Dzieje się naprawdę sporo i przypomina mi to debiutancki krążek. Nie można mówić, że płyta jest słaba. No ale, właśnie nowy wokalista w postaci Nicka Hollemana burzy znany nam porządek. Nie ma charakterystycznego i mocarnego Herbiego, a zamiast niego jest były wokalista Vicious Rumors, który nie ma takiej zadziorności w głosie, ani charyzmy co Herbie. Plusem jest to, że odnajduje się w wysokich rejestrach i słychać że power metal jest mu bliski. Całościowo jak się połączy jego głos i , całe tło to jakoś się to trochę "gryzie". Wokalista piszczy i nie wiele z tego wynika, momentami więc drażni wokal Nicka. Niemcy działają od 2008r i to już 4 albumy na ich koncie i w zasadzie  każdy z nich coś wnosił do twórczości kapeli. Co takiego wnosi nowy? Na pewno nieco inny wokal, znów grę dwóch gitarzystów i jakby większą melodyjność. Zespół brzmi już teraz jak kapela jedna z wielu, a szkoda. Materiał na płycie to 48 minut solidnego power metalu. Dużo się słyszało przed premierą, co nieco zepsuło niespodziankę. Na samym wstępie mamy "First under the sun", który mocno czerpie z niemieckiej sceny metalowej. Mocny, energiczny riff i duża dawka power metalu. Utwór, który mógłby zasilić twórczość Brainstorm, Edguy czy Bloodbound. Nie ma nic odkrywczego, ale bardzo dobrze się tego słucha. "Falling Down" to kolejny mocny killer, który jest w stylu do jakiego przyzwyczaił nas band. Szybko, ostro i do przodu. Flo i Manuel to dobrze zgrany duet gitarowy, którzy stawiają na ciekawe przejścia i prawdziwą power metalową jazdę bez trzymanki. Ich chemia wybrzmiewa w każdym kawałku, zwłaszcza w takim petardach jak "Wasted Trust". W podobnej konwencji utrzymany jest przebojowy "Into The Arena". Znów warto odnotować znakomitą współpracę gitarzystów. Nieco inaczej brzmi przekombinowany, nieco progresywny "Final Call", z kolei energiczny "Pride Strikes" to ukłon w stronę albumu "Shadows". Całość zamyka pomysłowy "through the fire", który ma kilka ciekawych ozdobników. Wszystko niby jest ok z tym albumem. Jest dobrze przygotowany materiał, mamy mocne riffy, pomysłowe solówki, jest power metal i sporo przebojów. Nie da się nudzić przy tym krążku, ale mam wrażenie że wraz z stratą Herbiego band stracił swoją charyzmą. Teraz to trochę brzmi jak płyta jednego z wielu bandów grających power metal. Ciężko ocenić ten album, zwłaszcza że sam materiał naprawdę jest z górnej półki. Niech każdy sam posłucha i wyrobi swoją opinię.

Ocena: 8/10

poniedziałek, 19 listopada 2018

WARKINGS - Reborn (2018)

Warkings to band, który czerpie garściami z twórczości Wardrum, Firewind, Death Dealer czy Wizard. Co ich może wyróżniać na tle innych kapel to bez wątpienia pomysłowy image sceniczny gdzie każdy wygląda jak prawdziwy wojownik.  Warkings to band, który uderza w rynek power metalowy i melodyjnego heavy metalu. Potencjał jest, bo mają w składzie choćby uzdolnionego wokalistę George'a Neuhauser znanego z Serenity. Znakomicie odnajduje się w epickich motywach, a także w wysokich rejestrach. To dzięki niemu band tak błyszczy i przyciąga uwagę potencjalnego słuchacza. W tym roku Warkings wydał swój debiutancki album "Reborn", który może zgromadzić nie małe grono fanów. Sama okładka jest bardzo intrygująca i pełna różnych ciekawych motywów. Widać inspirację okładkami Manowar. Brzmienie jest wyraziste, mięsiste i bardzo soczyste. Odpalając płytę od razu atakuje nas rozpędzony "Give em war", który pod względem głównego motywu gitarowego i chwytliwości przypomina Firewind, Primal Fear, czy Iron Fire. Brzmi to znakomicie. "Never Surrender"  też potrafi zauroczyć dynamiką i przebojowym refrenem. Proste patenty, a dają tyle radości. Brawo panowie! Dalej mamy marszowy, nieco ponury "hephaistos", który pokazuje, że band w takiej stylistyce też się sprawdza.  Dużo na tej płycie takiego radosnego, energicznego power metalu i "Gladiator" to tylko potwierdza. Niby nic nowego, a cieszy i zapada w pamięci. "Battle cry" to z kolei kompozycja bardziej skierowana na epicki klimat.Kolejny miły dla ucha przebój to "Sparta". Najlepiej wypada w takich szybszych motywach jak ten w "The last battle". Płyta może się podobać, bo jest dynamiczna, ma sporo mocnych riffów i naszpikowana jest dużą liczbą przebojów, dlatego ta płyta jest taka łatwa w odbiorze. Warto zapoznać się z Warkings.

Ocena: 8/10

ARTILLERY - The Face of Fear (2018)

Ostatnie płyty Artillery były nijakie i nie wiele pamiętam z odsłuchu tamtych wydawnictw.  Duńska formacja  może się pochwalić tym, że działa od 1982 r i że mają na swoim koncie 9 albumów, tak więc mamy do czynienia z doświadczoną kapelą. Ten band to specjalista od mieszania heavy/speed metalu z thrash metalem, stawiając na chwytliwe melodie i agresywne riffy. Ta formuła zawsze u nich się sprawdza, a jakość danej płyty zależy od tego jak to jest podane i jaki mamy czynnik przebojowości. Najnowsze dzieło "Tha Face of Fear" to w zasadzie żadna rewolucja w muzyce Artillery, ale jest to skręt w dobrą stronę. Band gra bardziej dojrzale i pomysły są bardziej trafione. W końcu swój potencjał wokalny miał okazję pokazał Micheal Bastholm Dahl, który nadaje całości agresywnego wydźwięku. To również dzięki niemu płyta jest taka melodyjna i przebojowa. Wystarczy odpalić tytułowy "The face of fear", który idealnie to odzwierciedla ten stan rzeczy. Utwór zadziorny i brzmi niczym ostatnie dokonania Overkill, co jest pozytywnym zaskoczeniem. Dużo mroku i urozmaicenia mamy w pokręconym "Crossroads to conspiracy", który jeszcze bardziej nas utwierdza w przekonaniu, że band jest w  dobrej formie. Stonowany i marszowy "New Rage" to ukłon w stronę heavy metalu klasycznego. "Sworn Utopia" to już taka thrash metalowa jazda bez trzymanki. Bracia Strutzer dają niezłego czadu w sferze partii gitarowych. Jest polot, jest pomysłowość i ciekawe pojedynki i to bez zbędnego męczenia słuchacza.  Dobrze wypada też nieco toporniejszy "Thirst for the worst", który może się spodobać fanom ostatnich płyt Kreator. Całość zamyka agresywny "Preaching to the converted", który idealnie podsumowuje najnowsze dzieło Artillery. Jest bardzo dobrze i na taki album Duńczyków czekałem. Jest szybko, melodyjnie, jest power metal, speed metal, jest i thrash metal. Wszystkiego po trochu i mamy bardzo dobrze to wszystko wyważone. Płyta godna uwagi.

Ocena: 8/10

niedziela, 18 listopada 2018

STEELBALLS - Thunder strikes again (2018)

3 lata działalności, miłość do speed/heavy metalu z lat 80 i pomysłowość to jest to co może nam zaoferować młody band o nazwie Steelballs. Formacja idzie w ślady Striker, Skull Fist, czy Enforcer. Nie kryją zamiłowania do heavy metalu z lat 80, zwłaszcza do takich kapel jak Iron Maiden, Agent Steel, czy Helloween. To wszystko świadczy o tym, że Argentyńska formacja nie ma zamiaru odkrywać nowych rejonów muzycznych, ani też być oryginalnym. Ich misją jest zabrać słuchacza do przeszłości, powspominać stare dobre lata 80. Stawiają na klasyczne patenty, na te sprawdzone, może i oklepane, ale najważniejsze jest to że się sprawdza. Odrobina energii, pazura, kilka dobrych melodii i zgrany skład i mamy materiał godny uwagi. Steelballs to przede wszystkim uzdolniony wokalista Juan Pablo, który odnajduje się  w wysokich rejestrach i w mocniejszym graniu. Motorem napędowym kapeli jest bez wątpienia duet gitarowy tworzony przez Juana Herrera  i Paolo. Melodyjność, przebojowość, ciekawe pojedynki, mocne riffy to jest ich znak rozpoznawczy. Dzięki temu muzyka Steelballs jest tak atrakcyjna. Sprawdziło się to na mini albumie i sprawdziło się na debiutanckim krążku "Thunder Strikes Again". Już otwierający "The oath" to miła wycieczka do lat 80 i starego dobrego speed metalu. W rozpędzonym "inquisitor of faith" band ukazuje swoją miłość do twórczości Iron Maiden. Dużo energii i agresji mamy w dynamicznym "Night of the reaper", który też miesza style agent steel, czy właśnie iron maiden. Praca gitarzystów jest tutaj po prostu imponująca. To jest właśnie prawdziwy speed metal. Nieco hard rockowy "Out in the streets" nawiązuje do NWOBHM i partie basowe są godne uwagi. Płyta tętni swoim życiem i wypchana jest hitami i jeden z nich to "Farewell". W podobnych klimatach utrzymany jest energiczny "The immortal". Całość zamyka spokojniejszy i bardziej marszowy "Behind the mask", który pokazuje, że band w takich stonowanych klimatach też się sprawdza. "Thunder strikes again" to płyta pełna energii i wypchana przebojami. To płyta nagrana z pasją i polotem. Choć nie ma tutaj za grosz oryginalności to jednak brzmi znakomicie i zapada w pamięci. Płyta godna uwagi, zwłaszcza fani speed metalu będą zadowoleni.

Ocena: 9/10

piątek, 16 listopada 2018

ASHES OF ARES - Well of Souls (2018)

Barlow i Vidales to nazwiska, które kojarzą się fanom power metalu przede wszystkim z takimi markami jak Pyramaze czy Iced Earth. Bardzo utalentowani muzycy, którzy z niczego są wstanie stworzyć coś ciekawego i intrygującego. W 2012r panowie powołali do życia projekt muzyczny o nazwie Ashes of Ares, który ma na celu pogodzić fanów Iced Earth i Pyramaze. Debiutancki krążek, który okazał się w 2013r był krążkiem niezbyt wymagającym i również niezbyt dopracowany. Ot co solidny album, który przeszedł bez echa. Panowie się nie poddają i 5 latach przerwy powracają z "Well of Souls", który w zaparte kontynuuje to co było przedstawione na debiucie. Jednak na tej płycie jest jakby bardziej dopracowany materiał. Mamy bardziej przekonujące motywy, jest więcej ciekawych melodii i ogólnie jest więcej rzeczy in plus. Nawet Matt Barlow nie męczy tak swoim wokalem, a sprawia że płyta ma bardziej agresywny charakter. Stylistycznie jest to wypadowa stylów wypracowanych przez iced Earth czy właśnie Pyramaze. Nie ma zaskoczenia i w sumie nie ma jakiegoś miłego zaskoczenia. Podniosły i progresywny "Consuming The mana" to marszowy i bardziej złożony kawałek, który prezentuje się naprawdę okazale. Z kolei melodyjny "The alien" to podręcznikowy przykład rasowego power metalowego przeboju. Klimatyczny, balladowy "Soul Searcher" to podróż w rejony iced earth i to bardzo miła wycieczka. Jeszcze ciekawszy jest "Sun dragon", w którym panowie daj upust swoim fascynacjom thrash metalem. Niezwykle agresywny i zapadający w głowie kawałek. Kolejny urokliwy, wręcz romantyczny utwór na tej płycie to "Let all despair", który wciąga słuchacza od samego początku. Warto też  zwrócić uwagę na chwytliwy "Time traveller", który oddaje to co najlepsze w power metalu. Całość zamyka posępny, nieco komercyjny "You know my name". Nie ma mowy o jakiejś rewolucji, ani też o płycie roku. Baarlow i Vidales nagrali bardzo bezpieczny i średni album, który nie wybija się ponad średnią, a szkoda.

Ocena: 6.5/10

sobota, 10 listopada 2018

KAMBRIUM - Dawn of the five suns (2018)

Kambrium to niemiecki band działający od 2005 r i jest to bardzo ciekawa formacja, którą nie da się tak łatwo zaszufladkować. W ich muzyce znajdziemy power metal spod znaku Blind Guardian, czy Falconer, znajdziemy melodyjny death metal w stylu Wintersun, czy Kalmah, a nawet wpływy Children of Bodom, czy Ensiferum. Muzyka Kambrium to mieszanka symfonicznego power metalu, folk metalu, czy właśnie melodyjnego death metalu. Wybuchowa mieszanka, która imponuje pomysłowością, podniosłością i bogatymi aranżacjami.   Sporą rolę odgrywa basista i wokalista Martin Simon, który buduje klimat i nadaje całości epickiego charakteru. Dużo frajdy dostarcza praca Maximiliana i Karstena, którzy stawiają na pomysłowość i bardziej wyszukane motywy.  To jest właśnie to co znajdziemy na 4 albumie tej grupy, który nosi tytuł "Dawn of the five suns". Takie płyty nie okazuje się codziennie i Kambrium zaskakuje nowym krążkiem na każdym kroku. Klimatyczna okładka, soczyste, podniosłe brzmienie to tylko pierwsze aspekty, które nas przekonują o tym, że ta płyta jest z górnej półki. W klimat płyty wprowadza nas podniosłe intro w postaci "Forest hunt". Imponuje energiczny "Dawn of The five Suns", który przemyca sporo patentów wyjętych z twórczości Blind Guardian. Na płycie nie brakuje też szybkiego grania, jak i agresji, a przykładem tego jest "Against all gods". Symfoniczne ozdobniki, czy podniosłe chórki tylko upiększają tą kompozycje. Świetna mieszanka różnych stylów, która się sprawdza w przypadku tej płyty. "Cabrakan, god of mountains" to rozbudowany kolos, w którym nie brakuje epickich momentów, jak i tych bardziej power metalowych. Mamy jeszcze bardziej agresywny "Ghost Shaman", który skierowany jest w kierunku melodyjnego death metalu. Znów zaskakuje nas wyrazisty i mocarny riff, który napędza ten kawałek. Marszowy "Tribe of darkness" to bardziej złożony utwór, który mocno czerpie z twórczości Kalmah.  Na koniec mamy również rozbudowany i pełen ciekawych linii melodyjnych "Lord of Mitclan". Płyta szokuje od samego początku i na długo zostaje w pamięci to co słuchamy. Sporo motywów, bogate aranżacje i ciekawa mieszanka różnych stylów melodyjnego metalu. Petarda i nic tylko słuchacz i odkrywać kolejne smaczki tego wydawnictwa. Jeden z kandydatów do płyty roku? Oj tak.

Ocena :9.5/10

FIFTH ANGEL - The Third Secret (2018)


Dawno, dawno temu w miejscowości bellevue powstała jedna z najciekawszych kapel amerykańskich grających power metal. W latach 80 nagrali dwa bardzo udane albumy i mieli swoje grono fanów. Szybko jednak band zniknął i na kilka lat była cisza. Powrócili w 2010 w ramach koncertu na Keep it true Festival i potem w 2017 r z podobnym celem. Jednak tym razem panowie postanowili zrobić z tego prawdziwe wydarzenie muzyczny. Powrócili na dobre, a efektem tego jest trzeci album w ich karierze zatytułowane "The Third secret", który nawiązuje do trzeciej tajemnicy fatimskiej.

Jest to o tyle wielkie wydarzenie, bowiem przyszło czekać fanom 29 lat na nowy album, a apetyt zaostrzył fakt, że mamy praktycznie klasyczny skład. Czy warto wracać po latach, gdzie rynek muzyczny jest już nieco inny? Mamy wiele różnych odmian metalu, co raz więcej różnych udziwnień i nowoczesnych rozwiązań. Jak odnajdzie się w tym band, który swoje lata świetności miał w latach 80 i do tego dawno nie grali. Do tego obawy, że powroty starych kapel kończą się z różnym skutkiem. Obawy każdy miał i jak się okazuje nie potrzebnie.

"The third secret" to niezwykle udana, dojrzała płyta doświadczonych muzyków, którzy pamiętają bardzo dobrze lata 80, ale też potrafią brzmieć świeżo i nowocześnie. Płyta zaskakuje mocny, ostrym brzmieniem, dobrze wyważeniem między klasycznym brzmieniem z lat 80 oraz nowoczesnością agresją. Brzmi to mocarnie. Sama stylistyka nie wiele się zmieniła, choć band nie stara się grać szybko, agresywnie i nacierając cały czas w power metalowym stylu. Materiał jest bardziej urozmaicony i mamy tutaj dużo patentów z lat 80, mamy coś z NWOBHM, jest amerykański, nawet momentami true heavy metal, czy też hard rock. Jest też oczywiście i power metal, jako ten główny składnik.

Sukces tej płyty leży w 4 znakomitych muzykach. Ken Mary doświadczony perkusista, którego znamy z Flotsam and jetsam. To on nadaje całości odpowiedniej dynamiki i mocy. Z kolei Ed i Kendall zadbali o warstwę instrumentalną. Ich partie gitarowe zagrane są z głową i zarazem finezją. Dzieje się sporo i nie ma mowy o monotonni. Mamy urozmaicone partie i znajdą się stonowane riffy jak i te bardzo szybkie. Jest agresja, melodyjność i hołd dla lat 80. Ta praca po prostu zachwyca. Kendall spełnia się też w roli wokalisty i jego wokal jest dopełnieniem całości. Każdy z tych panów odegrał znaczącą rolę.

Zawartość to 10 kawałków, które zabierają nas do amerykańskiego power metalu i to na wysokim poziomie. "Stars Are Falling" porywa mocnym riffem i przebojowością, lecz jego lekkość, chwytliwość która przejawia się w refrenie od razu daje nam sygnał" Hej ludziska wróciliśmy i pamiętamy swoją przeszłość i lata 80". Brzmi to obłędnie. Owe hard rockowe oblicze bandu objawia się w zadziornym i rytmicznym "We will rise" i tutaj Kendall swoją manierą mocno przypomina Ronniego James Dio. Mroczny riff i marszowe tempo to atuty "Queen of Thieves", który jest jednym z najciekawszych kawałków na płycie. Finezyjność, a nawet neoklasyczność pojawia się w melodyjnym "Dust to Dust". Z kolei "Can you hear me" wprowadza nieco spokoju i romantycznego wydźwięku. Bardzo udany rockowy kawałek o balladowym zabarwieniu. W podobnym klimacie utrzymany jest "Fatima". Dużo amerykańskiego charakteru mamy w epickim "The Third Secret", a na koniec band zostawił nam prawdziwą power metalową petardę w postaci "Heart of Stone" i szkoda że mało jest na tej płycie takich petard.


Na takim album warto było czekać tyle lat. Doświadczenie i talent muzyków przedłożył się na jakość. Panowie nie zapomnieli o swoich korzeniach, o graniu metalu w latach 80 i wykorzystali to na swoją korzyść. Jedna  z najciekawszych płyt tego roku i panowie wrócili do biznesu w wielkim stylu. Brawo!

Ocena: 9/10

FLY AWAY - Flames of Lie (2018)

"Flames of Lie" to propozycja prosto z Brazylii i to od młodej kapeli działającej od 2009 roku. Co można oczekiwać od tej płyty? Solidnego heavy metalu z domieszką power metalu, w którym nie brakuje nawiązań do Savatage, Iron Maiden czy Helloween. Jest to może i niszowe granie, bo i brzmienie jest płaskie i bez ikry, jak również panowie nie wyróżniają się niczym specjalnym jeśli chodzi o umiejętności. Ciekawa, kolorystyczna okładka i logo przypominające logo Gamma Ray to pierwsze symptomy, które zachęcają by sięgnąć po ten krążek. O kapeli za wiele nie wiadomo, można troszkę poczytać na oficjalnym facebooku, który i tak jest pisany w ojczystym języku. Na płycie mamy tylko 8 utworów i utrzymanym w melodyjnym stylu. Nie ma powodów do narzekania, zwłaszcza że otwierający "Mechanical Vise" to mocny, dynamiczny kawałek, w którym bardzo dobrze wypadają gitarzyści i basista. Jest zapał, chęć i miłość do metalu. Bije z tego wszystkiego prawdziwa szczerość, która przesądza o jakości tej płycie w ostatecznym rozrachunku. "Hand of Fate" ma ciekawe wejście perkusisty, lecz potem przeradza się w rozpędzony kawałek, który zabiera nas w rejony starego helloween. Brzmi to niezwykle dobrze, szkoda tylko że brzmienie jest takie niszowe. Jeszcze ciekawe zaczyna się tytułowy "Flames of Lie", który ma wejście rodem z starych płyt Running Wild. No klimat wciąga od samego początku i dalej robi się jeszcze ciekawej. Panowie drastycznie przyspieszają i wychodzi niezwykle udany kolos. Spotykają się tutaj dwa światy. Running Wild i Iron Maiden. Dodać do tego lepsze brzmienie i ciekawsze dźwięk gitar, troszkę mocy, agresji i byłoby jeszcze lepiej. Spokojniejszy "Wings of Time" to bardziej progresywne oblicze kapeli i tutaj słychać wpływy Savatage. Kolejną perełką na płycie jest rozpędzony, bardziej agresywny "Hurricane", który ukazuje w pełni power metalowy kop. Koniec płyty to perełka w postaci "Sleep paralysis". Jest progresywnie, klimatycznie, melodyjnie i znów zespół bardzo umiejętnie urozmaica dłuższą kompozycję. Partie klawiszowe dodają jeszcze ciekawszego mrocznego klimatu i takiego klasycznego brzmienia. "Flames of Lie" to nie jest wybitne dzieło, może poraża brakiem doświadczenia zespołu czy słabym brzmieniem. Pomysły i same kompozycje są po prostu urocze i mimo tych wad mamy do czynienia z naprawdę udanym albumem, który może się podobać. Jestem na tak i czekam na kolejne wydawnictwa tej kapeli!

Ocena: 7.5/10

piątek, 9 listopada 2018

BURNING WITCHES - hexenhammer (2018)

Co jakiś czas pojawiają się płyty, które robią niezłego zamieszania na rynku muzycznym. Płyty, które szokują swoją perfekcją, świeżością, pomysłowością i aranżacjami. Taka perfekcyjna płyta w kategorii heavy metalu musi opierać się na mocnym, wyrazistym, charyzmatycznym wokalu, czy pomysłowych partiach gitarowych. Taka płyta ma zaskakiwać, porywać i szokować. W tym roku kilka takich płyt było. Do tego elitarnego grona dołącza szwajcarski Burning Witches. Najnowszy album "Hexenhammer" to już drugi album tej formacji, którą tworzą same kobiety. Pomysłowy image przywołuje na myśl band Orginal Sin. Muzycznie band czerpie garściami z twórczości Crystal Viper, Elvenstorm, Warlock. Mamy ukłon w stronę lat 80, klasycznego heavy/speed metalu, ale podanego w nowoczesnej formie. Burning Witches działa od 2015r i już na dobre wpisał się do najciekawszych kapel ostatnich lat. 5 kobiet tutaj świetnie udowadnia, że nie tylko mężczyźni  znają się na heavy metalu. Każda z nich to charakterystyczna osobowość i ważny element zespołu.  Seraina Telli to liderka na miarę Leather Leone czy Doro Pesch. Sonia i Romana też dają czadu w sferze partii gitarowych, gdzie liczy się pomysłowość, pazur, a także przebojowość. Płyta w całości prezentuje się okazale i brzmi bardzo klasycznie. Znakomicie reprezentuje styl płyty otwierający "Executed", który poraża dynamiką, agresją i pomysłowość. Na takie granie zawsze jest głód. Mroczniejszy "Lords of War" to ukłon w stronę twórczości Mercyful Fate. Soczyste gitary i zadziorny wokal Seraina napędzają ten kawałek. Dalej mamy klasycznie brzmiący "Open your mind" czy klimatyczny i bardziej progresywny "Don't cry my tears". Jednym z najlepszych kawałków na płycie jest marszowy, wręcz rycerski "Maiden of steel". Wizytówką tego krążka jest drapieżny i zarazem przebojowy "Haxenhammer", który w pełni oddaje styl tej płyty. Prawdziwa perełka.  Speed metalowy "Possesion" to jeden z mocniejszych kawałków na płycie i podoba mi się taka stylistyka. Burning Witches zabiera nas w rejony Orginal Sin, czy Elvenstorm. Na koniec wisienka w postaci coveru Dio czyli "Holy Diver". Tak jak przeczuwałem przed premierą, Burning witches namieszał w tym roku. Nagrali płytę dopieszczoną i przemyślaną, która oddaje to co najlepsze w heavy metalu. Znakomita wycieczka do lat 80. Polecam

Ocena: 10/10

czwartek, 8 listopada 2018

RADIANT - Radiant (2018)

Herbie Langhans znany obecnie z Voodoo Circle, czy Avantasia, swoje początki miał w Seventh Avenue. W 2014r założył hard rockowy band  z kolegami z Seventh Avenue, czyli Flo Gottslebenem i Markusem Beckiem.  Band nazwano Radiant i skupiają się na graniu mieszanki hard rocka i heavy metalu nawiązując do lat 70 i 80. Słychać  w ich muzyce wpływy Bonfire, Dokken, Motley Crue, czy Accept. W tym roku przyszedł czas na debiutancki album zatytułowany po prostu "Radiant" i śmiało można mówić o jednej z ciekawszych płyt roku 2018 jeśli chodzi o hard rock. Z tej płyty bije pozytywna energia, pomysłowość i prawdziwa wycieczka do lat 80. Wszystko już było podane nie raz w innych zespołach, na innych płytach, ale Radiant dba o szczegóły i to słychać. Mamy masę ciekawych pomysłów, chwytliwych refrenów, mocnych riffów i nie zawodny głos Herbiego, który na tym krążku wypada jeszcze lepiej niż na ostatnim wydawnictwie Voodoo Circle.  W zawartości dzieje się dużo i plusem jest to że pełno tutaj przebojów i urozmaicenia. Otwieracz "Yes I am" to rozpędzony hard'n heavy i to w klasycznym wydaniu. Jest mocny riff, jest chwytliwy refren i taka pozytywna energia.  Duet Flo i Carsten stworzyli zgrany zespół i słychać, że jest między nimi chemia. To  przedkłada się na jakość melodii i partii gitarowych. Elementy Rainbow wybrzmiewają w rytmicznym "Im alive", z kolei "Silver linigs" potrafi zauroczyć futurystycznymi partiami klawiszowymi i progresywnym aspektem. Płyta naszpikowana jest przebojami i każdy z nich to prawdziwa perełka. Jeden z moich faworytów to dynamiczny "You Rock", który imponuje swoją lekkością i komercyjnym wydźwiękiem. "Forever one" to kolejny hit, który szybko zapada w pamięci za sprawą porywającego refrenu. Nie brakuje też szybszego, bardziej speed metalowego grania co potwierdza żywiołowy "Liars". Całość zamyka mocny hard rockowy kawałek "Hit the night", który przesiąknięty jest twórczością Scorpions. Brzmienie też mocno inspirowany jest latami 80 i to świetnie współgra z tym co mamy na tej płycie. Dzieje się tutaj sporo i nie można narzekać na brak ciekawych utworów. Płyta na pewno godna uwagi, nie tylko dla fanów Herbiego.

Ocena: 8.5/10

sobota, 3 listopada 2018

BLOOD CURSE - Sorceress (2018)

Patrząc na powyższą okładkę można stracić poczucie czasu. Jest klimatyczna, mroczna i taka oldscholowa. Przyciąga uwagę i zachęca by sięgnąć po "Sorceress". Jest to debiutancki krążek formacji, a raczej projektu o nazwie Blood Curse. Powstał w roku 2016r i tworzą go gitarzysta i wokalista Aaron Franks oraz perkusistka Olivia Franks. Młodzi muzycy, którzy kochają mroczny speed/heavy metal czy nawet NWOBHM. Świetnie pasuje do tego okultystyczna oprawa.. Słychać inspiracje Angel Witch, Mercyful Fate, Satan, czy Black Sabbath. Sama muzyka może nie jest oryginalna, ale szczera i oddająca w pełni hołd dla lat 80. Nawet brzmienie jest takie szorstkie, nieco przybrudzone, by jeszcze lepiej oddać lata 80. Sam wokal Aarona może nie jest wybitny, ale pasuje do tego co grają.  Płytę otwiera "Isabelle", który wprowadza nas w mroczny klimat płyty. Jest klasycznie, dynamicznie i bardzo oldscholowo. Dużo NWOBHM słychać w szybszym i melodyjnym "Sorceress", który przypomina stary dobry Angel Witch. Energiczny "Her Spell" to też ukłon w stronę NWOBHM. Mroczny "Destitute" ma coś z Mercyful Fate, ale też i Iron Maiden. Bardzo dobrze też wypada zadziorny i rytmiczny "Kill You", który zabiera nas do lat 80. Całość zamyka jakże udany cover Angel Witch w postaci "Angel Witch".  Niby granie takie nieco jednostajne i w jednym stylu, ale oddaje znakomicie klimat lat 80. Taka oldscholowa muzyka też potrafi zauroczyć prostotą i drobnymi szczegółami. Tak jest w tym przypadku, dlatego polecam obczaić Blood Curse bo jest to solidny krążek.

Ocena: 8/10

DYNAZTY - Firesign (2018)

A co gdyby tak wymieszać zadziorny, przebojowy hard rocka w stylu Dokken z melodyjnym metalem rodem Unisonic i power metalu na miarę Avantasia czy Battle Beast? Dostajemy właśnie płytę w stylu "Firesign" szwedzkiego Dynazty. Ta kapela to doświadczona formacja, która ma na koncie 6 albumów i 11 lat działalności, co tylko dowodzi z jakim doświadczonym zespołem mamy do czynienia. Co więcej ten band to mistrz w nagrywaniu przebojowych i chwytliwych albumów, a mając na pokładzie Nilsa Molina w roli wokalisty, a także Roba i Mike'a pełniących funkcję gitarzystów można z działać wiele. "Firesign" która zadowoli każdego fana melodyjnego metalu, hard rocka czy power metalu. Jeśli fascynuje was twórczość Avantasia, Dokken, czy Battle beast to z pewnością porwie was najnowsze dokonanie szwedów. Ta płyta to coś więcej niż tylko kolejne dzieło Dynazty w dyskografii, to coś więcej niż typowe dzieło z muzyką z kręgu hard rocka/heavy/power metalu. To przede wszystkim płyta bardzo poukładana, urozmaicona i przepełniona przebojami. Do tego dochodzi zadziorne, mocne i czyste brzmienie, które podkreśla partie wokalne i gitarowe. Na płycie roi się od ciekawych melodii i wciągających motywów. Nie ma grania na siłę, a wręcz przeciwnie. Słychać miłość do muzyki i panowie zarażają tą swoją pozytywną energią. "Breathe with me" to jasny przekaz czego można się spodziewać po całości. Rasowy hit i mimo słodkiej melodii zachwyca swoją formą i wykonaniem. Ja tą szczerość i pomysłowość kupuje.  Mocniejsze uderzenie mamy w zadziornym "The Grey", który swoją przebojowością i stylem przypomina dokonania Avantasia. Jest też dużo power metalu co potwierdza chwytliwy "In the arms of a Devil", który jest jednym z największych przebojów na płycie. Co ciekawe sam refren przypomina mi "Storytime" Nightwish. Bardzo udany refren, który na długo zostaje w pamięci. W "My darkest hour" znów Nils zachwyca swoim wokalem, manierą, techniką i świetnie komponuje się z tym co dzieje się w sferze instrumentalnej. Nowocześnie wybrzmiewa tytułowy "Firesign", który przemyca kilka bardziej progresywnych patentów. Główna melodia, która napędza "Closing Doors" kipi komercyjnością i przypominają mi się  A-ha.  Warto zwrócić uwagę na agresywniejszy "Follow me" czy zadziorny "Starfall". Na takie płyty zawsze warto czekać.  Jest tutaj wszystko czego można sobie zażyczyć. Muzyka na najwyższym poziomie i nie ma miejsce tutaj na nudę i puste kawałki, które nic nie wnoszą. Płyta petarda i z miejsce wpisuje "Firesign" do grona najlepszych płyt roku 2018.

Ocena: 10/10

piątek, 2 listopada 2018

HOLTER - Vlad the impaler (2018)

Pamięta ktoś projekt Jorna Lande i gitarzysty Tronda Holtera o nazwie Dracula? W 2015r wydali znakomity debiutancki krążek pod tytułem "Swing of Death". Teraz po 3 latach Trond Holter powraca z drugim albumem o podobnej koncepcji tylko, że bez Jorna za mikrofonem i pod nazwą Holter. "Vlad the Impaler" to płyta dojrzała, która zawiera elementy symfonicznego metalu, melodyjnego metalu z nutką hard rocka.  Na pokładzie mamy kilka nowych twarzy jak choćby wokalista Nils K. Rue z Pagans Mind czy Eva Erichsen. Może Nils to nie ta klasa co Jorn, ale trzeba przyznać, że spisuje się bardzo dobrze. Przede wszystkim stara się nadać kompozycjom odpowiedniego charakteru, nadawać melodyjnego charakteru. Muzycznie mamy kontynuację debiutu i to słychać na każdy kroku. Jednak kiedy zestawimy nowe ze starym, to jednak "Vlad the impaler" to już nie tak przebojowy i dynamiczny krążek. Gdzieś uleciał ten power, ten kop i ta świeżość. Niby otwieracz "Worlds on fire" ma wszystko to za co pokochaliśmy Dracula. Jednak już nie robi to takiego wrażenia. Co nie zmienia faktu, że utwór jest dobry i zwiastuje przynajmniej solidny album. "Awakened" przemyca elementy hard rocka i symfonicznego metalu. Jest to jeden z ciekawszych momentów na płycie i bije  z niego taka przebojowość jak z debiutu.  Ciekawe aranżacje pojawiają się w "Drums of Doom", która stara się nas porwać szybszym tempem i mocniejszym riffem.  Troszkę słabszy wydaje się "Ill die for You", który ma nieco bardziej komercyjny charakter. Nie wiele wnosi do całości rockowy "Under my skin" czy kontynuacja "Save me" z pierwszej płyty. "Vlad the impaler" to płyta przemyślana i mająca mocne momenty. Trond pokazuje że jest uzdolniony gitarzystą, że potrafi zauroczyć słuchacza swoją pomysłowością i techniką. Brakuje tutaj klasy Jorna i przebojowości i klimatu z debiutu. Mimo tych wad i tak mamy do czynienia z bardzo udanym albumem. Warto posłuchać i wyrobić swoje zdanie.

Ocena: 7.5/10

wtorek, 30 października 2018

BLACKSLASH - Lighting strikes again(2018)


Moją słabością jest niemiecka scena metalowa. Kocham to ich pracowitość, dbałość o szczegóły, pomysłowość i granie na wysokim poziomie. Od 11 lat na tej scenie działa młody i głodny sukcesu band o nazwie Blackslash.  Grają prosty heavy metal z domieszką NWOBHM i speed metalu. Stawiają na proste, sprawdzone patenty, które przyniosły sukces Iron Maiden, czy Judas Priest w latach 80. Blackslash mocno inspiruje się przede wszystkim Iron maiden i to słychać w ich muzyce, ale też widać po okładkach tej formacji, w których mamy stwora podobnego do Eddgiego. Mają na swoim koncie 3 albumy i najnowsze dzieło "Lighting Strikes Again" to swoista kontynuacja "Sinister lighting". Można się pokusić o stwierdzenie, że band zrobił kolejny krok na przód i rozwinął swoje pomysły. Z tej płyty bije doświadczenie, zadziorność, pomysłowość, a przede wszystkim przebojowość.Niemcy znów pokazują, że nie trzeba kombinować, a można wykorzystać to co znamy, odświeżyć i podać na nowo. "Lighting Strikes Again" z okładki frontowej przypomina "Somewhere in Time" Iron Maiden i muzycznie też mamy Iron Maiden z lat 80.  Sama zawartość jest imponująca i sam otwieracz "Lighting strikes again" to prawdziwa speed metalowa petarda. Christian i Daniel to zgrany duet gitarowe i panowie zaskakują na każdym kroku. Chwytliwe melodie i proste motywy to ich znak rozpoznawczy.  Jeszcze lepiej wypada rytmiczny "Night city street lights", w którym  band  wybiera się w rejony hard rocka. Dużo pozytywnej energii bije z rozpędzonego "Skyline rider", który  opiera sie na mocnym riffu i wysokich partii Clamensa. Jego głos idealnie pasuje do tej kapeli i stanowi podstawę tej formacji. Jest do wokalista pełny i doświadczony, który nadaje całości mocy, pazura.  Petarda goni petardę i kolejną z nich jest "Eyes of Stranger".  Klimatyczny i przesiąknięty latami 80 "Steel Held high", czy "Shine on" to przykłady jak z łatwością band tworzy hity. Najdłuższy na płycie jest "Unknown hereos", który imponuje epickim charakterem i rozbudowaną formą. Warto też wspomnieć o energicznym "Right to the top", który podsumowuje cały album. Jednym słowem płyta skierowana do maniaków lat 80 i do fanów żelaznej dziewicy. Blackslash nie gra nic nowego, sięgają po sprawdzone patenty i dają od siebie sporo pomysłowości. Płyta godna polecenia i śmiało można ją umieścić wśród najlepszych płyt roku 2018.

Ocena:9/10

poniedziałek, 29 października 2018

SKULL FIST - Way of the road (2018)

"Way of the road" to już  3 album kanadyjskiej formacji Skull Fist. Sama okładka nie rzuca się w oczy, wręcz ciężko ją skojarzyć z heavy metalowym rynkiem. Na szczęście zawartość nowego krążka jest zupełnie inna. Czuć chęć powrotu do jakości z debiutu. Jest heavy/speed metal wzorowany na latach 80 i jest duża dawka energii. W zasadzie jest to stary dobry Skull Fist, który znamy z "Head of the pack". Bez zmian pozostał fakt, że to Zach Slaughter jest motorem napędowym zespołu. To właśnie jego charakterystyczny i wysoki głos rzuca się od razu i nie da się pomylić z innym bandem.  Na płycie znajdziemy 9 kawałków  dających 5 minut muzyki. Muzyki za dużo nie ma, ale przez to nie ma powodów do narzekania. Materiał szybko przelatuje i na długo zapada w pamięci. Przede wszystkim na plus jest mocne otwarcie płyty rozpędzonym "You belong to me". Bardzo dobrze wypada nieco hard rockowy "No more running", który jest bardziej komercyjnym kawałkiem.  Jeszcze ciekawiej brzmi energiczny i dynamiczny "I am Slave", który oddaje piękno speed metal. Na taki Skull Fist zawsze warto czekać. Zaskoczenie można przeżyć, kiedy wkracza ponury, mroczny "Witch Hunt" w którym słychać nawiązania do twórczości Grand Magus czy Black Sabbath. Casey znakomicie prowadzi partie basowe w marszowy "Way of the road". Kolejnym wartym uwagi kawałkiem jest speed metalowa petarda w postaci "Better late than never", który pokazuje w czym band najlepiej się czuje. "Dont cross me" to zadziorny kawałek z mocnym riffem i jest to kolejny ukłon w stronę debiutanckiego krążka. Całość zamyka melodyjny i chwytliwy "Stay True", który odzwierciedla styl i jakość "Way of the road", który jest hołdem dla lat 80. To pozycja skierowana do maniaków heavy/speed metalu, jak i dobrego hard rocka. Bardzo udana mieszanka i w efekcie dostaliśmy album równie udany co debiut. Brawo panowie!

Ocena: 9/10

PERTNESS - Metamorphis (2018)

Szwajcarski Pertness nie ma lekkiego życia. Działają od 1993r, a jednak swój debiutancki album wydali dopiero w 2007r.  Potem kiedy zespół złapał wiatr w żagle to gdzieś przepadli bez wieści. Po 6 latach ciszy ten jakże ciekawy band grający melodyjny power metal z domieszką melodyjnego death metalu powraca z nowym krążkiem. "Metamorphis" to 4 album tej formacji i nie jest na pewno przejawem metamorfozy. Zespół dalej gra swoje czyli agresywny, dynamiczny, melodyjny power metal z pewnymi elementami melodyjnego death metalu. Jest to pozycja obowiązkowa dla fanów Orden Ogan, Blind Guardian, czy Persuader. Nowym albumem band pokazuje swoją świetną formę, świeżość i pomysłowość, której czasami brakuje w power metalu. Słychać ewidentny powrót do korzeni. Sam otwieracz "Metamorphis" to prawdziwa uczta dla fanów gatunku i definicja stylu Pertness. Tobi Hari w roli nowego perkusisty wymiata i to słychać od pierwszych sekund.  Tom Zurbrugg i Tom Schluchter to trzon tej formacji. Jest między nimi chemia i znakomicie się uzupełniają. Dzięki temu solówki na nowej płycie są pełne energii i agresji. Brzmi to znakomicie. Głosa Toma Schluchtera to największa ozdoba tej formacji. To właśnie wokal jest motorem napędowym Pertness i z jego bierze się moc na tej płycie.  Dalej mamy już bardziej klimatyczny i bardziej stonowany "Fortress", który pokazuje że krążek jest urozmaicony. "World of Lies" ukazuje zapędy nawet bardziej progresywny, ale to dobrze bo przez to nie jest nudno i na jedno kopyto. Energia i patenty rodem z Running Wild słychać w agresywnym "Firestorm". Ten kawałek to dobry przykład jak grać wysokiej klasy power metal o agresywnym wydźwięku. Stary dobry Persuader słychać w rozpędzonym i zadziornym "Im a slave", który z miejsca stał się moim faworytem. Płyta przesiąknięta jest hitami i to słychać na każdy kroku. Na przykład taki melodyjny "Face to face with hell" to rasowy przebój. Patenty stricte death metalowe słychać w agresywnym "Flying to the sun", który znów ma coś z Running wild. Na koniec mamy "Theres a storm in my mind", który pokazuje bardziej klimatyczne granie i band nie kryje tutaj zamiłowania do Blind Guardian. Jednym słowem warto było czekać 6 lat na nowe dzieło Pertness, bo jest to jedno z ich najlepszych wydawnictw w swojej dyskografii. Płyta jest dopieszczona, stworzona z pomysłem, z polotem, po prostu z miłości do power metalu. Nie ma się do czego przyczepić i jedynie można chwalić i rozgłaszać dobrą nowinę, że Pertness wrócił w wielkim stylu. Zgłaszam ich do najlepszej 10 tego roku. Polecam!

Ocena: 10/10

sobota, 27 października 2018

NORDIC UNION - Second Coming (2018)

Ronnie Atkins i Eric Martensson powracają z drugim albumem pod szyldem Nordic union. Dwa lata temu kompozytor, gitarzysta znany z Eclipse i wokalista Pretty Maids połączyli siły w projekcie, który skupiał się na graniu melodyjnego metalu z domieszką hard rocka. Mając w składzie dwóch tak znakomitych muzyków to można było spodziewać się naprawdę udanego albumu. Tak też było z debiutem. Jak wygląda sprawa z "Second Coming"? Czy udało się utrzymać wysoki poziom z poprzedniego wydawnictwa?

Drugi raz to samo już tak nie rajcuje i nie daje już tyle radości. Jest dalej ta sama stylistyka i ta sama formuła jeśli chodzi o komponowanie. Brakuje już nieco kopa i tego pazura. Jednak mimo tych wad nie ma mowy o słabym albumie. Mamy wciąż bardzo dobry hard rock/heavy metal, który może się podobać.  Ten projekt póki co wypada lepiej niż ostatnie dzieła Pretty Maids i to już dobrze świadczy o zawartości. Sam otwieracz "My fear and my faith" pokazuje, że Eric i Ronnie kontynuują to co prezentowali na "Nordic Union". Mocny hard rockowy "Because of us"  to kolejny solidny kawałek, choć słychać już bardziej komercyjny wydźwięk.  Dalej mamy  chwytliwy "Walk me through the fire", który brzmi niczym brak bliźniak "No surrender" Judas Priest. Jednym z moich faworytów jest mocny i zadziorny "the final war", który pokazuje heavy metalowe oblicze tego projektu. Na pewno do albumu wiele nie wnoszą nijakie rockowe kawałki typu "die together". Całość zamyka równie spokojny "Outrun You".

"Second Coming" to solidne hard rockowe granie, ale już bez fajerwerków . Brakuje wyrazistych riffów i mocnych przebojów. Płyta to posłuchania i raczej zapomnienia, a szkoda bo jedynka była znakomita.

Ocena: 5.5/10

ICARUS WITCH - Goodbey cruel world (2018)

Patrząc na okładkę najnowszego krążka Icarus Witch zatytułowanego "Goodbey cruel World" można poczuć klimat grozy i swego rodzaju nie pewność. Nie wiadomo czego można się spodziewać po zawartości. Frontowa okładka mimo wszystko zachęca i przypomina okładki z lat 80, a to jest dobry znak.  Jest to już 5 album tej formacji, ale jest to pierwszy album z nowym wokalistą. Andrew D'cagna ma charyzmę, ma talent i dobrą technikę, dzięki czemu stanowi mocny punkt tej płyty.  Icarus witch działa 15 lat i to doświadczenie słychać na nowym krążku i to właśnie dzięki temu materiał jest równy, dojrzały i pełen mocnych riffów. Nie ma tutaj niczego odkrywczego, ale znajdziemy kawał prostego, solidnego heavy metalu. Na płycie znajdziemy klasycznie brzmiący "Goodbey cruel world" z mocnym i takim standardowym riffem. Mamy też zadziorny, bardziej energiczny "Lightning strikes", który ma sporo z twórczości Judas Priest, abstrahując od tytuły tego utworu. Zespół odnajduje się nawet w hard rockowych aranżacjach, co potwierdza przebojowy "Through Your Eyes" czy stonowanym "Silence of Siren". Całość zamyka również bardziej hard rockowy "Until Bitter End". Band stawia na sprawdzone patenty, na klasyczne rozwiązania i bardzo proste brzmienie. Nie ma nic odkrywczego, ani też zaskakującego, dlatego jest to tylko dobry album.

Ocena: 6/10

piątek, 26 października 2018

HEAVENS TRAIL - Lethal mind (2018)

Heavens trail to projekt muzyczny stworzony  z inicjatywy gitarzysty Jaded Heart czyli Barisha Kepica. Do współpracy zaprosił basistę Micheala Mullera również znanego z Jaded Heart, a także perkusistę Kevina Kotta i wokalistę Ricka Altziego znanych z Masterplan. W efekcie powstał debiutancki album "Lethal mind", który jest solidną mieszanką heavy metalu i hard rocka. Znajdziemy tutaj trochę elementów Masterplan, trochę patentów z Herman Frank, At Vance czy właśnie Jaded Heart. Nie jest to może płyta idealna, ale ma kilka dobrych atutów. Przede wszystkim Rick idealnie sprawdza się w takich aranżacjach. Dodatkowo mamy tutaj mocne i takie typowo niemieckie brzmienie. Plusem na pewno jest też to, że sam materiał jest solidny i robi dobre wrażenie. Bardzo dobrze zapada w pamięci energiczny "Lethal mind", który pokazuje power metalowe oblicze. Mocny riff i duża dawka agresji, sprawia że "Too late" przypomina nieco twórczość Primal Fear. Sprawdzają się też elementy bardziej hard rockowe, co słychać w przebojowym "Feed my soul" czy rockowym "On the rise". Kolejnym mocnym kawałkiem jest "walking in the shadow". Można odnieść wrażenie, że Heavens trail najlepiej wypada w hard rockowych , co potwierdza ostrzejszy "Voodoo", w którym można doszukać się wpływów Deep Purple. To jest mój faworyt z tej płyty. Można znaleźć tutaj kilka ciekawych kompozycji i sporo mocnych riffów, tak więc nie można narzekać. Co innego, że płyta jest daleka od ideału i brakuje jej składu i ładu. Płytę można polecić fanom Ricka Altziego i przede wszystkim im.

Ocena: 6.5/10

SIRENIA - Arcane astreal aeons (2018)

Od kiedy w Sirenia pojawiła się wokalistka Emmanuelle Zoldan to można rzec przeszedł diametralną zmianę. Owszem dalej grają symfoniczny metal z domieszką gotyku, to jednak wszystko jest bardziej dojrzałe, pełne podniosłości, agresji i pazura wyjętego z melodyjnego death metalu. Głos nowej wokalistki, która jest  w bandzie od 2006 r nasuwa na myśl głos Tarji Turnen. Operowa maniera dodaje całości odpowiedniego charakteru. O ile "Dim days of dolor" był pierwszym krokiem w tym nowym kierunku, o tyle najnowsze dzieło zatytułowane "Arcane astral aeons" jest dopracowanym majstersztykiem w swoim gatunku. Nowym nabytkiem Sirenia jest Nils Courbaron, który idealnie sprawdza się w roli gitarzysty. Wraz z Janem tworzy zgrany duet i dają czadu. Nie brakuje mocnych riffów, ciekawych rozwiązań i urozmaiceń. Sirenia zawsze kojarzyła mi się z komercyjnym graniem, a ten album pokazuje zupełnie inne oblicze. Symfoniczny metal z górnej półki, który nie nudzi, a imponuje pomysłowością i aranżacjami. Epickie chórki,  dużo ciekawych ozdobników sprawiają, że album jest majstersztykiem i najlepszym w dorobku kapeli. 

Już otwieracz "In styx Embrace" uświadamia nas, że będzie to inny album. Atakuje nas na dzień dobry podniosłość, epickie chórki i symfoniczne ozdobniki. Na myśl przychodzi stary dobry Nightwish czy Epica. Jest szybkość, dynamika, jest pazur i power metalowy charakter. To musi się podobać. Dużo na tej płycie takiego prostego, melodyjnego grania i to udziela się w przebojowym "Into the night".  Znów pomysłowy riff i wyśmienity głos Emanuelle, który buduje podniosły klimat. Bardzo dobrze wypada też agresywniejszy i taki nieco posępny "desire". Sporo dzieje się też w progresywnym "Aspyxia", który pokazuje jaki potencjał drzemie w muzykach. "Queen of lies" to jeden  z mocniejszych momentów na płycie. Jest to utwór, który kipi energią i błyszczy dzięki elementom melodyjnego death metalu. W podobnym stylu  utrzymany jest zadziorny "The voyage". Każdy utwór to prawdziwy diament i prawdziwa uczta dla fanów melodyjnego grania. Przede wszystkim jest urozmaicenie i dbałość o szczegóły.

Sirenia pokazuje swój potencjał i nagrała najlepszy album w swoim dorobku. To płyta dopracowana i prezentująca muzykę na wysokim poziomie. Jestem miło zaskoczony nowym krążkiem, bo jest już to inny band niż na początku. Warto znać ten krążek, bo to jeden z najciekawszych wydawnictw roku 2018.

Ocena: 9.5/10

czwartek, 25 października 2018

STRIKER - Play to win(2018)

Ile kroć pojawia się nowy album kanadyjskiego Striker to bije szybciej serce.  Ten band to dobrze naoliwiona maszyna, która na każdym polu pokazuje, że stary dobry heavy speed metal z lat 80 może się sprawdzić w obecnych czasach. Ten młody band działa od 2007r i ma na swoim koncie 6 albumów i każdy z nich jest na wysokim poziomie. "Play to win" to idealna kontynuacja "Striker" czy "Stand in the fire". Mamy mocną dawkę szybkiego heavy/speed metalu w starym stylu, a najlepsze jest to że Striker w łatwy sposób tworzy lekki, energiczny i przebojowy materiał. Niby nie ma nic nowego na "Play to win" to jednak płyta imponuje pomysłowością i dbałością o szczegóły. Brzmienie jest idealnie dopasowane do zawartości, jest dużo mocnych riffów, jest też jedyny w swoim rodzaju wokalista Dan Cleary. Płyta nie jest na jedno kopyto, dlatego nie nudzi się i na długo zostaje w myślach. Co ciekawe rozpędzony, agresywny "Heart of lies" nasuwa na myśl powrót do korzeni, do pierwszych płyt zespołu. Jednak nie jest tak, że zespół zrywa z komercyjnym wydźwiękiem. Melodyjny "Head first" to właśnie taki prosty hit, który może idealnie promować album w stacjach radiowych. Dużo tutaj wysokiej klasy przebojów, które dodają kopa płycie. Dobrym przykładem tego jest "On the Run". Stary Judas Priest wybrzmiewa w zadziornym "The front" czy marszowym "Play to win". Znalazło się tez miejsce na bardziej rockowy kawałek w postaci "Standing Alone". W podobnych klimatach jest utrzymany "Summoner" i czuć ten power w tym kawałku. Bardzo dobrze wypada też "Heavy is the heart", który pokazuje w jak dobrej formie jest zespół. Striker ma wypracowany styl i trzyma się tego, zwłaszcza że to się sprawdza idealnie. "Play to win" to płyta, którą trzeba znać i może dla nie których być mocnym kandydatem do płyty roku.

Ocena: 8.5/10

niedziela, 21 października 2018

GUARDIANS OF TIME - Tearing up the world (2018)

Czas szybko leci. Kto by pomyślał, że  norweski Guardians of Time jest już z nami 21 lat. Przez ten cały czas umacniali swoją pozycję w power metalowym światku. To band, który potrafi wykorzystać sprawdzone chwyty i patenty z lat 90 i podać je w odświeżonej formie. Dzięki temu zespół jest w stanie przyciągnąć młodych słuchaczy szukających nowoczesnego brzmienia i agresywnego brzmienia, ale również starszych fanów power metalu, którzy wychowali się na takich klasykach jak Helloween, Gamma Ray czy  Iron Savior.  "Rage and Fire" z 2015 r pokazał, że band jest w szczytowej  formie i bez większego problemu są wstanie nagrać album perfekcyjny. Z tego powodu oczekiwania wobec nadchodzącego "Tearing up the world" były ogromne. Czy udało się nagrać równie udany album co "Rage and Fire" i sprostać oczekiwaniom swoich fanów?

Znów mamy to mocne, agresywne brzmienie, nadające całości nowoczesnego charakteru. Dzięki temu każdy riff, każda solówka jest bardzo wyrazista i pełna mocy. Epicka, drastyczna okładka idealnie pasuje do zawartości. To co wyróżnia ten band to bez wątpienia wyrazisty wokalista Bernt, który dysponuje mocnym i zadziornym głosem. Ważnym elementem jest też gitarzysta Paul Olsen, za sprawą którego pełno jest na płycie różnych, ciekawych motywów gitarowych. Nie ma grania na jedno kopyto, nie ma nudnych melodii i wszystko jest zagrane z pomysłem.

Zawsze warto postawić na mocne otwarcie, które zaskoczy słuchacza. Tytułowy "Tearing up the world" to prawdziwa power metalowa petarda. Od pierwszych sekund atakuje nas mocny riff i rozpędzona sekcja rytmiczna. Jest moc i ona nas otacza z każdej strony. Jest klasycznie, ale też i nowocześnie. Bardzo szybko przypadł mi do gustu nieco bardziej melodyjny i słodszy "Raise the eagle", który nasuwa na myśl Gamma Ray, Freedom Call czy francuski Nightmare.  Dużo pozytywnej energii można uświadczyć w urozmaiconym "We'll bring war". Klasycznie brzmi też melodyjny "Kingdome Come", w których można uświadczyć wpływy Bloodbound czy starego Helloween. Ja to kupuje w tej formie.  "Valhalla  Awaits" to kolejne gitarowe szaleństwo i prawdziwy kunszt tego gatunku. Dużo hitów na tej płycie i jednym z nich jest "brothers of the north", który przemyca patenty Edguy, czy Gamma Ray. Momentami band ociera się o thrash metalowe elementy tak jak to słychać w agresywnym "As i Burn". Na wyróżnienie zasługuje nieco bardziej hard rockowy "Drawn in Blood", który nasuwa na myśl Powerwolf. Całość podsumowuje świetny "Masters we were", który idealnie podsumowuje tą płytę, jak i sam zespół.

"Tearing up the world" to bez wątpienia płyta dopracowana i pozbawiona jakichkolwiek wad. Mamy tutaj wszystko to co trzeba w power metalu. W dodatku band zaskakuje pomysłowością i świeżością. Jest to jeden z najlepszych albumów tej formacji i mocny kandydat do płyty roku. Polecam!

Ocena: 10/10

sobota, 20 października 2018

NORTHWARD - Northward (2018)

Wokalistka Floor Jensen z Nightwish i gitarzysta  Jorn Viggo Lofstad z Pagans Mind jednoczą siły w projekcie hard rockowym o nazwie Northward. Sama idea projektu zrodziła się w 2007r i wtedy już zaczęli pracować nad debiutanckim materiałem. Jednak z powodu własnych zobowiązań wobec macierzystych kapel nie udało się wydać ten album. W 2017 r. reaktywowali projekt i w końcu światło dzienne ujrzał ich debiutancki album. "Northward" to kawał solidnego hard rocka w nieco nowoczesnym wydaniu. Dużo mamy tutaj brudu, takiego nowoczesnego pazura oraz nieco popowego charakteru.  Jest kilka utworów, które są godne uwagi. Dobrze wypada otwierajacy "While love died", który imponuje pozytywną energią i mocnym riffem. "Storm in a Glass" to już bardziej stonowany kawałek o popowym charakterze. To wciąż jednak solidny hard rock. Z kolei utwory takie jak "Paragon" czy "Let me out" pokazuje jaki panuje tutaj chaos. Brakuje ogłady i jakiegoś pomysłu na całość. Nie pomaga nawet mocniejszy riff w "Timebomb" czy szybsze tempo "I need". Znane nazwiska nie dały tym razem gwarancji dobrego albumu. Floor tutaj jakoś mało wyraźna i jednak lepiej wypada w symfonicznym metalu.Płytę należy traktować najlepiej jako ciekawostkę, bowiem nie ma tutaj wartościowej muzyki, która poruszy słuchacza. Najlepiej poświecić czas na inne bardziej wartościowe płyty.

Ocena: 3/10

czwartek, 18 października 2018

ORIONS REIGN - Scores of War (2018)

Kiedy widzi się taką okładkę, która zdobi płytę to w zasadzie bez zastanowienia sięga się po wydawnictwo. Pierwsze skojarzenie to Mob Rules, Firewind, Dark Moor,Iron Mask, czy Magic Kingdom. Właśnie w takich klimatach utrzymany jest najnowsze dzieło Greckiego Orions Reign. Band działa o 2001r i ma na swoim koncie 2 płyty, z czego "Scores of War" ukazał się nie dawno. 10 lat przyszło czekać fanom na nowy krążek tej formacji. Nikt chyba się nie spodziewał, że zespół powróci z taką perełką. Mówimy o płycie perfekcyjnej, która potrafi poruszyć, złapać za serce i rzucić na kolana. "Scores of War" to kandydat do płyty roku i to nie tylko w kategorii power metalu.

Oprócz magicznej okładki mamy tutaj perfekcyjne, soczyste brzmienie, które podkreśla jakość elementów, które składają się na muzykę Orions Reign. Podniosłe chórki, symfoniczne patenty, duża dawka power metalu, jak i epickości. Nie ma klepania jednego motywu, a wręcz przeciwnie jest duży wachlarz różnych melodii, riffów. Pojawiają się znakomici goście jak Mark Boals czy Tim Ripper owens. Micheal i George stworzyli niesamowity duet gitarowy oparty na chemii, wzajemnej miłości do power metalu. Jest szybkość, lekkość, finezja i świeżość. Do tego wszystkiego dochodzi fenomenalny wokalista Daniel Vascencelos, który nadaje całości operowego wydźwięku. Znakomicie odnajduje się w wysokich rejestrach i w tej całej epickiej, operowej otoczce. Wszystkie te elementy razem z sobą znakomicie współgrają.

Znakomicie ten album się rozpoczyna. Marszowe tempo, operowe chórki i nutka rodem z folk metalu. "Elder blood" to kompozycja podniosła, pełna różnych ciekawych ozdobników i dzieje się w niej naprawdę sporo. Najważniejsze, że słychać power metal w najlepszym wydaniu. Dalej mamy rozpędzony i drapieżny "Together we March" z gościnnym udziałem Tima Rippera Owensa. To nie jest typowy, oklepany power metal. Jest element zaskoczenia i powiew świeżości. Znakomicie wypada marszowy, epicki i urozmaicony "The gravewalker" czy szybszy "The undefeated  gaul". Nie zabrakło elementów folk metalu i ukłony w stronę Falconer czy Blind Guardian,co zachwyca w pomysłowym "An Adventure Song". Jeszcze więcej power metalowej jazdy bez trzymanki w klasycznym wydaniu mamy w "Warriors pride" czy energicznym "The last stand" z gościnnym udziałem Marka Boalsa. Całość zamyka epicki "Ride to War", który nasuwa na myśl Manowar, czy Rhapsody.


Nie było głośno o tej płycie i nawet nie było większej promocji. Płyta się ukazał i już namieszała. Na takie płyty warto czekać i pisać o nich. Jest power metal, jest urozmaicenie, duża dawka ciekawych wciągających melodii, dużo miłych dla uszu ozdobników, a całość wybrzmiewa znakomicie. Coś pięknego i można sięgnąć po ten album nie zależnie od naszych zamiłowań. Wystarczy fakt, że lubi się melodyjny metal i już znajdziemy sporo atutów. Muzycy pokazują klasę i niezwykłe umiejętności. Miła niespodzianka i "Scores of War" to jeden z najlepszych albumów tego roku, jeśli nie najlepszy.

Ocena: 10/10

poniedziałek, 15 października 2018

HEIR APPARENT - The view from the below (2018)

Gdyby mi ktoś kilka lat temu powiedział, że do aktywnego działania powróci jeden z najbardziej niedoceniony metalowych zespołów lat 80 o nazwie Heir Apparent to bym go wyśmiał. Jednak to marzenia wielu fanów tej utalentowanej kapeli stają się rzeczywistością. Po 29 latach od czasu wydania kultowego "One small voice" band powraca z 3 wydawnictwem. Takie powroty po latach mogą być niebezpiecznie, bowiem dość łatwo można zniszczyć swój kultowy status i zniesmaczyć fanów nowym dziełem. Heir apparent powraca w niemal starym składzie. Zmianą jest klawiszowiec i wokalista Will Shaw. Ten ostatni znany jest z Anthem i chyba bardziej z swoich coverów, które udostępniał na youtube. Talent to on ma i wyjątkową charyzmę, ale czy to wystarczy by udźwignąć tak duży ciężar?

"The view from the below" to album nieco inny niż poprzednie. Nie jest to heavy/power metal z jedynki, ani też progresywny power metal z dwójki. Jednak na pewno bliżej do "One small voice". Band rozwinął to progresywną stronę i w tym kierunku się udali. Power metal został ograniczony do minimum. Na pewno czuć tą magię i dbałość o szczegóły. Został wysoki poziom artystyczny zawartej muzyki. Jest to dalej zespół, który potrafi stworzyć magiczną atmosferę i zaskoczyć słuchacza daną melodią czy motywem. Ciężko na pewno porównywać ten album z poprzednimi, bo to już nieco inne czasy i już nieco inna muzyka. Jednak ta płyta ma w sobie to coś, co ją wyróżnia na tle innych i oczarowuje. Niby nie ma w sobie agresji, dynamiki, a zapada w pamięci. Piękna, klimatyczna okładka i dobrze wyważone brzmienie jeszcze bardziej podkreślają klasę tej płyty.

Płyta to 45 minut intrygującej muzyki zawartej w 8 utworach. Otwieracz "Man in the sky" potrafi porwać nutką zadziorności i marszowym tempem. Jest w tym mieszanka progresji i heavy metalu lat 80. Will Shaw to właściwy człowiek na właściwym miejscu. Dużo progresji, urozmaicenia i takiej zabawy elementami mamy w klimatycznym "The Door". To bez wątpienia jeden z moich faworytów. "Here we aren't" to kompozycja bardziej spokojna, wręcz balladowa. To pokazuje jak ten album jest pełen emocji i progresywnych elementów. Mało tutaj heavy/power metalu, co może nie których zrazić. Krótki i konkretny "Savior" to taki ukłon w stronę pierwszych płyt i brakuje mi większej ilości tego typu kawałków. Jest kop, pazur i dynamika. Dużo dzieje się też w klimatycznym "Further and farther". Całość zamyka żywszy "Insomnia", który również uwydatnia progresywny aspekt tej płyty.

Nie łatwo ocenić ten album z perspektywy przeszłości kapeli. Mają na swoim koncie 2 kultowe już albumu, do tego dochodzi aspekt że płyta jest jeszcze bardziej progresywna. Jednak mimo tego warto ją docenić. Jest tutaj dużo wartościowej muzyki, dużo wyszukanych melodii i pokręconych motywów. Nie ma łatwych melodii i trzeba czasu by przetrawić pewne kompozycje, jednak warto. Płyta ambitna i godna uwagi. Jedna  z takich bardziej wyróżniających płyt tego roku.

Ocena: 8.5/10

DRAGONY - Masters of the Multivers (2018)

Czas na nowy album Austriackiego Dragony, który kazał czekać swoim fanom 3 lata na nowy materiał. "Masters of the multiverse" to już 3 album tej formacji, która działa od 2009r i cały czas się ma dobrze. Warto wiedzieć o tej kapeli, że powstała z inicjatywy basisty Herberta  Glosa i wokalisty Siegrieda Samera, którzy udzielali się w Visions of Atlantis. To też pozwala od razu wyobrazić sobie co tak naprawdę gra Dragony. Jest to oczywiście melodyjny power metal w europejskiej odmianę z dużą dawką symfoniczności. Nowy album może nie podbije serca wszystkich fanów tego grania i nie stanie się z miejsca płytą roki, ale to kawał solidnego grania, do którego czasami chce się wracać. Okładka nieco odstrasza wykonaniem, bo kojarzy się z grą pc, aniżeli płytą metalową. Na szczęście rozpędzony, podniosły otwieracz w postaci "Flame of Tar Valon". To stara szkoła spod znaku Visions of Atlantis, Rhapsody czy nawet Dark Moor. To jest bardzo dobry znak i pokazuje potencjał tej formacji. Melodyjny i nieco kiczowaty "If it bleeds we can kill it" kusi niezwykłą melodyjnością i lekkością. To taki mały ukłon w stronę fanów Beast in Black, czy Battle Beast. Nieco brzmi jak dance, ale fajnie się tego słucha. Nie brakuje na płycie szybszych kawałków i agresji, co pokazuje "Grey wardens". Trzeba przyznać, że spokojna i podniosła ballada "Fallen Star" zdaje tutaj egzamin i można ją zaliczyć do najciekawszych momentów na płycie. Dużo symfonicznych ozdobników mamy w energicznym "Angels on neon wings". Na sam koniec warto zwrócić uwagę na przebojowy i zadziorny "Eternia Eternal". Co tutaj dużo pisać. Płyta godna uwagi, zwłaszcza dla fanów melodyjnego power metalu spod znaku Visions of Atlantis, czy Rhapsody. Kawał porządnego grania, które ma dostarczać słuchaczowi sporo frajdy. Niby nic oryginalnego, ani też perfekcyjnego a bardzo cieszy.

Ocena: 7/10