wtorek, 23 maja 2017

SELLSWORD - and now we ride (2016)

W 2013 roku w Wielkiej Brytanii powstała kolejna ciekawa formacja grająca heavy/power metal i mowa tutaj o Sellsword. W swoich inspiracjach wymieniają Lost Horizon, Iron Maiden czy Sabaton. Stawiają na rycerski klimat, na proste chwytliwe melodie i klasyczne rozwiązania. Ich styl opiera się na pracowitych gitarzystach Henrym i Jacku, a także na specyficznym wokaliście Stuarcie, którzy grają prosto z serca i bez jakiś nie potrzebnych eksperymentów. Zespół w tym roku w końcu wydał swój pierwszy album i „... and now we Ride” to solidne wydawnictwo, które zadowoli maniaków heavy/power metalu w klasycznej formie. Jacek to nasz rodzimy gitarzysta, który potrafi zaskoczyć ciekawymi riffami, czy melodiami. Tak więc odwala kawał dobrej roboty. Okładka debiutanckiego albumu sugeruje że mamy do czynienia z epickim heavy metalem, jednak to nie do końca tak. Jest sporo power metalowych elementów, jest sporo z tradycyjnego heavy metalu. Epickość jest obecna, ale nie przytłacza całości. „The Warrior” to solidny kawałek, który ukazuje melodyjny charakter płyty. W stonowanym i toporniejszym „Battleground” można dostrzec wpływy Sabaton czy Sacred steel. Dalej mamy nieco żywszy i bardziej energiczny „crossing the blades”, czy „Rise and take command”. Równie dobrze wypada rytmiczny „Againts the Wind”, w którym słychać echa żelaznej dziewicy czy Manilla Road. Do grona ciekawych kompozycji warto zaliczyć marszowy „Ashen Hand” czy „The Siege”. Całość zamyka 10 minutowy kolos „Meet Your maker” który bardzo dobrze podsumowuje cały album. „and now we ride” to solidny krążek w kategorii heavy/power metal, z tym że nie ma tutaj czegoś co by rzuciło słuchacza na kolana. Ot co wtórny album, który jest dobrym czaso umilaczem w oczekiwaniu najważniejsze premiery.

Ocena: 6/10

sobota, 20 maja 2017

MIDNIGHT MESSIAH - led into temptation (2017)

W latach 80 obok takich tuz jak Saxon, Angel Witch czy Iron Maiden działało też wiele innych kapel, które spełniało się w NWOBHM. Wiele z nich przepadło w gąszczu innych wydawnictwach, jednak jest kilka formacji, które przetrwały ten trudny okres. W latach 80 działał też zespół o nazwie Elixir, który grał rasowy NWOBHM i nagrał kilka ciekawych albumów, jednak 2012 kapela się rozpadła, a na jej gruzach powstał Midnight Messiah, który założyli gitarzysta Phil Denton i wokalista Paul Taylor. Najlepsze jest to, że niby nowa kapela idzie śladami Elixir, stawia na klasyczne brzmienie, na rozwiązania, które sprawdzały się  w latach 80. Prostota, dynamika i zadziorność to atuty Midnight Messiah. Już debiut był świetny i oddawał ducha NWOBHM i byłem ciekaw jak wypadnie kontynuacja. 4 lata przyszło czekać fanom na "Led into temptation", ale warto było czekać.

Nowy album kipi energią, ciekawymi motywami i potrafi zaimponować klasycznym brzmieniem. Niby mamy tutaj proste melodie, motywy, ale jakoś brzmi to naturalnie, jakby wyjęto to z lat 80. Plusem Midnight Messiah jest, że bazują na korzeniach muzyków czyli Elixir i nie próbują eksperymentować. Tak więc mamy tutaj charyzmatycznego Paula, którego wokal przypomina nieco Biffa z Saxon. Jest też Phil, który stawia na chwytliwe i klasyczne partie gitarowe, które przypominają te z lat 80. Nie ma mowy o nudzie, bo nowe dzieło Brytyjczyków jest dobrze wyważone i każdy znajdzie coś dla siebie.

"Second coming" to coś dla fanów Judas Priest, Saxon i miłośników szybszego heavy metalu. Ostry riff, rozpędzona sekcja rytmiczna to atuty tego otwieracza. Tytułowy "Led into temptation" to ukłon w stronę rasowego NWOBHM, choć nie brakuje tutaj elementów stricte hard rockowych.Nieco mroczniejszy "The sinner must die" przypomina nam najlepsze dokonania Black Sabbath czy Mercyful Fate z okresu "Mellisa". Dalej mamy przybrudzony i zadziorniejszy "Hellbound", hard rockowy "The Merry widow" czy przebojowy "Return of the king". "The dark lands" to również prosty, zadziorny kawałek, który czerpie garściami z Black Sabbath czy Mercyful fate.  Na sam koniec mamy stonowany "Right place, wrong time" i bardziej energiczny  "King of the night".

Solidny materiał, który jest swoistą kontynuacją "the root of the all evil". Jest klasycznie, nie brakuje ciekawych, wciągających melodii, a całość jest spójna i urozmaicona. Nowy krążek jest równie udany co debiut, tak więc fani heavy metalu lat 80, zwłaszcza NWOBHM będą zadowoleni.

Ocena: 8/10

HEAVY JUSTICE - And So We Fall.. (2017)

Czy komuś coś mówi nazwa Heavy Jutstice? Na pewno wiele osób powie, że nie i w sumie nic dziwnego.  Jest to amerykańska formacja, która powstała w 1999r  i jakoś przez ten cały czas pozostawała w ukryciu.  Niby ukazał się debiutancki album "Apocalyze", ale nawet i to nie pozwoliło zespołowi zdobyć większego rozgłosu. Po 4 latach band wraca z nowy dziełem w postaci "And so we fall..". Czy tym razem zespół przebije się przez gąszcz różnych wydawnictw jakie ukazały się w tym roku?

Nowy skład, nowe nadzieje i szansa na pewną świeżość. Zespół zasilił gitarzysta Irvin i perkusistka Michelle. Jednak zespół dalej w najlepsze gra heavy metal, choć jest to bardzo spore uproszczenie stylu kapeli. W ich muzyce nie brakuje elementów stricte thrash metalowych czy power metalowych, tak więc zespół jest bardziej wszechstronny niż się wydaje.  Nowy album ma mroczną szatę graficzną, która rzeczywiście oddaje klimat zawartości. Jest mrocznie, ponuro, zadziornie i momentami topornie. Zespół świetnie się bawi w urozmaicaniu melodii i motywów, tak więc dzieje się sporo, a Heavy Justice ucieka od monotonni. Jeżeli miałbym wskazać na jakieś wady to pewnie wytknąłbym brak jakiś takich rasowych przebojów, co wcale nie oznacza że ich nie ma.  Już otwieracz znakomicie spełnia się w tej roli. "The macabre melody" jest melodyjny, zadziorny i ma w sobie moc power metalu i pazur thrash metalu. Gdzieś w tym wszystkim można doszukać się wpływów Metaliki czy Iced Earth. Drugi kawałek na płycie to "Fall of Giants", który jest bardziej urozmaicony i bardziej pokręcony. Marszowe tempo i ostre riffy nadają charakteru kawałkowi. Irvin i Greg dają czadu i nie zanudzają swoją grą. Jednym z moich faworytów jest rozpędzony i złowieszczy "Davy Jones", który ociera się o ostatnie dzieła Kreator czy Sodom. Jest moc i o to w tym chodzi. Mroczny "Mariana" to taki ukłon w stronę Black Sabbath czy Kinga Diamonda. Ciekawie wypada również nieco toporniejszy "Demon Seed". Muzycy grać potrafią i najlepszym tego dowodem jest instrumentalny "Edge of the inferno", który jest przepełniony ciekawymi melodiami i popisami gitarowymi. Całość zamyka ciężki i energiczny "Bone to Dust", który również ma w sobie sporo elementów thrash metalu, co jeszcze bardziej zaostrza apetyt na kolejne dzieła zespołu.

Debiut nie wzbudzał większych emocji i przeszedł bez echa. Brakowało wiele elementów i całość była nieco chaotyczna. Zespół wyciągnął wnioski i nagrał znacznie ciekawszy album. Jest ostrzej, agresywniej i mamy wiele ciekawych melodii. Jeszcze nie można mówić o perfekcji, ale jest poprawa i to znacząca. "And so we fall..." to solidny album, który zadowoli nawet tych bardziej wymagających.

Ocena: 7/10


DRAGONFORCE - Reaching into infinity (2017)

Wielka Brytania nie należy do państw, w których rodzaj muzyki heavy metalowej określanej mianem power metalu jest bardzo popularny. Ten kraj słynie z ery NWOBHM, z charakterystycznego heavy metalu i hard rocka, z kolei power metal zaczął później się pojawiać i to tak bez większego szału. Jednak kilka kapel udało się przetrwać do czołówki najlepszych formacji grających ten rodzaj muzyki. Na szczycie brytyjskiego power metalu jest bez wątpienia Dragonforce. Działają od 2001 r i dali się poznać jako specjaliści od naprawdę szybkiego grania. Niektórzy nawet posądzają band o przyspieszanie utworów w studio. Chwytliwe melodie, szybka sekcja rytmiczna, rozbudowane pojedynki na solówki Sama Totmana i Hermana Li i wokal Zp Heart stały się szybko rozpoznawalnym znakiem kapeli. Dorobili się 7 albumów, a najciekawsze jest to że kapela prawdziwą rewolucję przeszła wraz z pojawieniem się Marca Hudsona. Nowy wokalista wniósł świeżość, kapela przestała wydłużać utwory na siłę, zaczęła urozmaicać materiał, przestała grać tylko szybko, ale zaczęła stawiać na ciekawe motywy i element zaskoczenia. Nowa jakość Dragonforce zaczęła imponować, bo zespół dojrzał i stał się czymś więcej niż pędzącym do przodu zespołem. Najnowsze dzieło w postaci "Reaching into infinity" to album, który wprowadza zespół w nowe rejony i można potraktować jako punkt zwrotny w karierze zespołu. To niby Dragonforce jaki znamy, ale jednak jest coś nowego.


Jest w końcu na okładce smok, który już dawno powinien się pojawić. Niby nic nowego nie widać, zresztą same brzmienie wydaje się być identyczne jak na ostatnich wydawnictwach. Tutaj większych zmian nie uświadczymy. Sami muzycy dalej trzymają wysoki poziom. Marc nawet jeszcze bardziej się rozwinął i potrafi urozmaicać swoje partie wokalne. Nie ma śpiewania w jednej tonacji. Gitary są bardziej wyważone, momentami bardziej finezyjny i roi się od różnych smaczków. Tak urozmaiconego albumu w historii zespołu jeszcze nie było. Dragonforce stara się wkroczyć w nowe rejony, stara się próbować nowych rzeczy, tak więc nie ma mowy o graniu na jedno kopyto. Co zaskakuje to na pewno to, że nie jest to typowy album tego zespołu,gdzie cały czas atakują nas szybkie petardy. Tutaj jest sporo niespodzianek, które nadają całości innego wymiaru.

Po raz pierwszy panowie postawili na instrumentalne intro i "Reaching into infinity" jest klimatyczne i tajemnicze. Jest nutka progresywności, jest heavy metalowy pazur i w sumie ciężko rozpoznać w tym typowy Dragonforce jaki znamy z poprzednich płyt. Szybko wkracza pierwszy killer, a mianowicie "Ashes of the Dawn". To ten utwór znany jest nam z promocji albumu. Dobry wybór, bo jest to rasowy, szybki, melodyjny Dragonforce jaki znamy. Ostry riff i chwytliwy refren robią swoje. Marc Hudson pozwolił wznieść się zespołowi na wyżyny i to słychać. Ciekawie zaczyna się "Judgment Day", w którym klawisze odgrywają kluczową rolę. Jest nieco futurystycznie, jest bardzo melodyjnie. Sam główny motyw imponuje i gitarowo też mamy ostro cięte partie. Jest bardzo szybko i zadziornie, tak więc mamy radosny Dragonforce, który kochamy. Szybka perkusja rozpoczyna "Astral Empire" i tutaj momentami przypomina się twórczość Gamma Ray, tylko że na sterydach. Utwór śmiało mógłby trafić na poprzedni krążek.Początek "Curse of Darkness" mocno przypomina twórczość Iron Maiden, a sama melodia wygrywana przez klawiszowca przypomina klimatem twórczość Kinga Diamonda. To jest pierwsze bardzo pozytywne zaskoczenia. Do tego jeszcze ta motoryka Gamma Ray czy Helloween. Znakomity przebój i tyle w temacie. To nie koniec niespodzianek. Czy ktoś by pomyślał, że spece od szybkiego grania nagrają swoją pierwszą balladę? "Silence" ma klimat, ma ciekawą linię melodyjną i podniosły refren. Kawał dobrej roboty i pokazanie się z nieco innej, nie znanej nam strony."Midnight messiah" to ukłon w stronę lat 90 i kultowych kapel power metalowych. Radosny, szybki killer, który zachwyca wykonaniem i przebojowością. Refren gra tutaj pierwsze skrzypce. Największy szok doznałem przy kawałku "War". Spokojne wejście rodem z płyt Metaliki, a potem mocny, ostry riff na miarę płyt Overkill, czy Artillery. Jednym słowem Dragonforce wkracza rejony speed/ thrash metalu i wyszło im to znakomicie. Tak ostro i tak energicznie to jeszcze oni nie grali, a sam utwór wpisuje na listę najlepszych kawałków tej grupy. "Land of shattered dreams" to kolejny power metalowy killer, który pokazuje nam Dragonforce w czystej postaci. Taki podręcznikowy przykład jak grać melodyjny power metal. Jak widać zespół próbuje różnych nietypowych rozwiązań i nie boi się próbować innych rzeczy, co zaskakuje. Album bardzo urozmaicony i bardzo nietypowy jak dla Dragonforce. Najlepszym tego dowodem jest 11 minutowy kolos "The edge of the world", w którym sporo się dzieje. Słychać inspirację Iron Maiden czy Gamma Ray. Jest epicki klimat i sporo ciekawych motywów. Trzeba przyznać, że dali radę.Całość zamyka przebojowy "our final stand" który kipi mocą i przebojowością. Znakomite podsumowanie znakomitego albumu.


Godzina szybko zlatuje i szok zostaje długo. Dragonforce stać na balladę i epicki kolos? Potrafią grać jednak coś więcej niż pędzący power metal i słychać że są dojrzalszymi muzykami. Stać ich na urozmaicenie i bardziej wyszukane motywy. Płyta zaskakuje, a przy tym daje się cieszyć muzyką z jakiej Dragonforce gra od lat. Dalej jest to szybki, radosny power metal. Nowe smaczki na plus i płyta jest dla formacji rewolucyjna. Nie ma słabych elementów i można mówić o jednym z najlepszych albumów Dragonforce.

Ocena: 9.5/10

SACRED STEEL - Heavy Metal Sacrifice (2016)

To amerykańska scena metalowa słynie z tego, że znają się na epickim heavy metalu. Omen, Manowar czy Cirith Ungol cisną się od razu na język i w sumie jest sporo kultowych kapel grających taką muzyką. Natomiast Sacred Steel, który również się specjalizuje w tym rodzaju heavy metalu pochodzi o dziwo z Niemiec. Muzycznie przypominają Manilla Road, Omen czy Manowar. Choć już dawno wypracowali własny styl, który nie da się pomylić z innym zespołem. Na ich wyjątkowy charakter składa się przybrudzone brzmienie gitar, epicki klimat i specyficzny wokal Gritta, który napędza Sacred Steel. Mają na swoim koncie 9 albumów i każdy z nich to wartościowe wydawnictwo, które warto znać. Jeżeli o mnie chodzi to ostatni naprawdę udany album tej grupy to „Hammer of Destruction”. Jest tam agresja, dynamika i niezwykła przebojowość. Najnowsze dzieło w postaci „Heavy Metal Sacrifice” to bez wątpienia najlepszy krążek od czasów właśnie „Hammer of Destruction”. Znów słychać agresję, szybkość i tą przebojowość, która cechowała tamten album. Co ciekawe album brzmi dość świeżo, a przy tym są wszystkie symptomy z których słynie band. Sama okładka i brzmienie są identyczne jak na poprzednich wydawnictwach, tak więc tutaj nie odczujemy drastycznych zmian. Natomiast to co jest w środku to kwintesencja epickiego heavy/power metalu. Zaczyna się klasycznie bo od melodyjnego intra w postaci „Glory Ride”. Szybko wkracza mocny, energiczny riff i speed/power metalowa motoryka zaczyna świetny „Heavy metal Sacrifice”. Następnym udanym kawałkiem jest rozbudowany i klimatyczny „The Sign of the Skull”, który oddaje to co najlepsze w tej kapeli. Jonas i jens pokazują tutaj jak zgranym są duetem i jak świetnie się uzupełniają. Sacred Steel zawsze dobrze wypadał w szybkich, agresywnych i troszkę thrash metalowych kompozycjach i to słychać w energicznym „Hail the godz of war” czy „Vulture Priest”. Na płycie nie brakuje chwytliwych melodii co odzwierciedla „Children of The Sky”, w którym nie brakuje nawiązań do Iron Maiden. Sporo dzieje się w dłuższym „Let There be steel”, gdzie zespół proponuje nam liczne przejścia i urozmaicenia. Znaczne przyspieszenie uświadczymy w agresywniejszym „The Dead Walk the earth”. Na koniec warto wspomnieć o klimatycznym i bardziej emocjonalnym „Beyond the gates of ninevah”. Każdy z tych utworów jest dojrzały i potrafi wciągnąć w świat Sacred Steel. Jest znów moc, świeżość i pomysłowość, a to przedkłada się na jakość zawartości „Heavy Metal Sacrifice”. Można ten album wliczyć do grona tych najlepszych w dyskografii Niemców.

Ocena: 8.5/10

ALESTORM - No grave but the sea (2017)

Jeżeli ktoś ma już dość Alestorm i ich pirackiego metalu w folkowym wydaniu, gdzie do głosu dochodzą elementy stricte heavy metalowe jak i power metalowe, ten śmiało może odpuścić najnowsze dzieło Brytyjczyków.  "no gave but the sea" to już 5 album tej intrygującej kapeli. Nie ma mowy o zmianie stylu, ani też o eksperymentach Dostajemy po prostu rasowy album Alestorm z całym pirackim klimatem, dużą dozą dystansu muzyków, a także luzu który przewija się przez wszystkie albumy.  Co znajdziemy na nowym krążku?

Ano, to co zawsze. Charakterystyczny, piracki głos Christophera, ciekawe i chwytliwe melodie, imprezowy klimat, pirackie motywy i atmosfera, a także duża dawka mocnego heavy/power metal o folkowym zabarwieniu. Nie ma nic nowego i to jest pewien minus. Bo troszkę ciężko zaskoczyć słuchacza podanym po raz kolejnym podobnym motywem. Można odnieść wrażenie to wszystko było już na wcześniejszych albumach i to w lepszej jakości. Otwieracz "No grave but the sea" jest przebojowy i napchany ciekawymi melodiami. Dobrze się tego słucha, jednak wkrada się monotonia i wtórność. Drugi kawałek na płycie to "Mexico", który promował album i w sumie jest to rasowy Alestorm. Jest radosna melodia, piracki klimat i imprezowy feeling. Więcej agresji i zadziorności uświadczymy w marszowym "To the end of the world", który wypada ciekawiej niż dwa pierwsze utwory. Kawałek nawiązuje do debiutu co bardzo cieszy. "Alestorm" na pewno wyróżnia się harsh wokalem i ostrzejszym charakterem, ale ciężko mówić tu o zachwycie. Dużo pirackiego klimatu i folku mamy w "Bar und imbiss" i dopiero serce zaczyna szybciej bić wraz z rozpędzonym "Pegleg Potion", który ma charakter bardziej power metalowy. 6 minutowy "Man the pumps" też nie wzbudza większych emocji i raczej można mówić o solidnym, dłuższym utworze. Jasnym punktem płyty jest dynamiczny i przebojowy "rage of the pentahook". "Treasure island" to nie cover Running wild i nie jest to też taka perełka jaką stworzył Rolf. Niby jest to długi utwór i bardziej rozbudowany, to jednak nie rzuca na kolana.

Wszystko zagrane poprawnie i nie ma jakiś elementów zaskoczenia. Alestorm gra swoje, ale staje się to trochę nudne i pozbawione pomysłowości. Płyta z serii posłuchać i zapomnieć, a szkoda, bo można było to zrobić znacznie lepiej.

Ocena: 5/10

środa, 17 maja 2017

FIRE ROSE - Devil on high heels (2016)

Szwajcarski hard rock czy heavy metal zawsze cieszy się sporym zainteresowaniem i w sumie nic dziwnego, bowiem można trafić na sporo wartościowych zespołów. Ostatnim takim miłym zaskoczeniem był „The devil on high heels”, choć to tylko debiutancki album. Jest to młoda formacja, która gra dynamiczny i przebojowy hard rock z domieszką heavy metalu. Niby nic odkrywczego, niby dużo w tym lat 80 i wpływów Dokken, Motley Crue, Wasp czy Pretty Maids. Jednak panowie znają się na swojej robocie i wszystko wyszło im bardzo naturalnie. Płyta szybko zapada w pamięci i spora w tym zasługa lidera grupy czyli Simona Giesa i to on w sumie odpowiada za warstwę instrumentalną. Stawia na profesjonalizm, na przebojowość i chwytliwe melodie, a to sprawdza się idealnie. Fire Rose to również świetny i utalentowany wokalista Pascal Dahindens, który ma taką naturalną chrypę. To wszystko przedkłada się na poziom i jakość prezentowanej muzyki. Już sam otwieracz „Wheel on fire” brzmi jak kawałek stworzony w latach 80. Bardzo prosty w swojej formule i niezwykle przebojowy, przez co zapada na długo w pamięci. „Fire'n Ice” jest już bardziej toporny, bardziej skierowany do fanów Accept czy Wasp. Zespół odnajduje się w rockowym i luzackim graniu w stylu Ac/Dc co pokazuje w „Don't need somebody”. Nie mogło zabraknąć szybszego heavy/speed metalowego grania i „Heavy Metal Still burns” brzmi jak kawałek stworzony przez Doro w czasach Warlock. Na płycie jest sporo treściwych przebojów, które śmiało mogłyby podbić radiostację. Dobrym tego przykładem jest „Fades to Grey” czy „Failing”, który przywołuje na myśl Accept czy Hammerfall. Nawet ballada „I love you” brzmi naturalnie i niezwykle klimatycznie. Trzeba przyznać, że panowie odrobili zadanie domowe. Kolejnym świetnym szybkim killerem na płycie jest melodyjny „Light of hope” czy rytmiczny „Together we stand”, który też dostarcza sporo frajdy słuchaczowi. Całość zamyka „We are Wild”, który osadzony jest w twórczości Judas priest i w sumie to też sprawdza się w muzyce Fire Rose. Ten szwajcarski band nie gra niczego oryginalnego, ale taka wzruszająca wycieczka do lat 80 też czasami jest potrzebna. Fire rose robi to profesjonalnie i nie boi się ocierać o wtórność. Ich muzyka jest prosta, przebojowa i trafia w serce słuchacza. Bardzo dobry start.

Ocena: 8.5/10

niedziela, 14 maja 2017

FEANOR - We are heavy metal (2016)

Ileż to jest kapel, które czerpią garściami ze świata Tolkiena. Czasami jest to coś więcej w postaci tekstów utworów, a czasami jest to tylko nazwa kapeli. Ten pisarz ma spory wpływ na wyobraźnię muzyków. Feanor to postać z „Silmarilliona” i ta nazwa została przywłaszczona przez argentyński band grający epicki, true heavy metal. Muzycznie przypominają Wizard, czy Manowar aniżeli Blind Guardian. Mają na swoim koncie 3 albumy, a ostatnio wydali „We are Heavy metal”, który ukazał się po 6 latach milczenia. To wydawnictwo przyciąga uwagę choćby z tego względu, że zespół zasilił nowy perkusista Frank, a także wokalista Sven'D Anna, który jest nam znany z Wizard. Ostatnie płyty Wizard były średniej klasy i jakoś mi nie odpowiadały. Feanor stara się przypomnieć stare dokonania Wizard i te ich nawiązania do Manowar. Jest to tutaj wszystko to co powinno być w takim true heavy metalowym wydawnictwie. Jest charyzmatyczny wokalista, jest odpowiednie soczyste brzmienie i ten bojowy klimat. Sama płyta naprawdę dobrze wypada na tle dokonań Wizard czy Manowar. Tytułowy kawałek „We are heavy metal” to dobry otwieracz, a przede wszystkim wizytówka płyty. Tutaj od razu dowiadujemy się czego naprawdę należy się spodziewać po płycie. Stonowany, marszowy „Eol the dark” przypomina mi pierwsze albumy Manowar. Jest ta naturalność, jest bojowy klimat i ciekawe przejścia. Jeszcze lepiej wypada niezwykle dynamiczny „The Discepline of Steel” czy epicki i mroczniejszy „Dagor Nuin Giliath” czy klimatyczny „White and blue”. Nie ma mowy o graniu na jedno kopyto i uświadamia nas o tym bardziej hard rockowym „Crying Games”. Do grona ciekawych kompozycji na pewno warto zaliczyć epicki „The Visitors” czy petardę w postaci „The Epic of gilgamesh part I”, który wieńczy album. To wszystko potwierdza jak udany jest nowy album Feanor, który zadowoli fanów Manowar czy Wizard. Warto obczaić „We are Heavy metal”, bowiem nikt nie powinien się zawieść na tym wydawnictwie.

Ocena: 8/10

sobota, 13 maja 2017

PALADINE - Finding Solace (2017)

Jaka jest recepta na dobry epicki heavy/power metal? Każdy zespół z tego gatunku pewnie ma sobą, ale są pewne cechy które są powielane. Klimat, a najlepiej taki rycerski, powiązanym ze światem wojen czy historii. Nie może się obejść bez urozmaiceń i wszelkiego rodzaju zmian temp. W takich przypadkach też bardzo istotny jest wokal, który potrafi budować napięcie i nadać całości podniosłość. Gdy spojrzy się na młody grecki zespół o nazwie Paladine to można stwierdzić, że mają w sobie to wszystko i drzemie w nich potencjał. Dowód nie trzeba daleko szukać, bowiem wystarczyć odpalić debiut w postaci "Finding Solace".

Nie ma tutaj czegoś, czego bym już nie słyszał. Nie ma odkrywania nowych rejonów, nie ma też rzucania się na oryginalność i udawanie kogoś kim się nie jest. Grecki band stawia na uczciwość i autentyczny materiał. Słychać, że jest to muzyka prosto z serca, taka jaka gra im w sercach. Można się w ich muzyce doszukać wpływów Manowar, Majesty, czy Hammerfall, ale gdzieś w tym wszystkim są sobą i mają swój charakter. Przede wszystkim panowie potrafią wmieszać w to wszystko niemiecką toporność, tak więc i zapędy Accept można doszukać się w niektórych momentach. Wokal Nicka też sprawia, że Paladine jest do rozpoznania i odróżnienia od innych kapel. Jest to wokal nieco zadziorny, taki nietypowy i nie ma mowy o jakiejś kopi wielkiego wokalisty.

Taka płyta powinna otwierać się klimatycznie, z wyczuciem bez chaosu. "Dragonrider" zaczyna się epicko, niczym ballada Blind Guardian. Jednak z każdą sekundą napięcie rośnie, a kiedy wkraczają gitary to od razu można poczuć moc. 7 minutowy kolos na wstępie sprawdza się i to jeszcze jak. Jeszcze więcej energii i zadziorności ma w sobie "Masters of present and past". Znakomity refren wciąga nas w świat fantasy i o to chodzi. Na płycie nie brakuje petard heavy metalowych i to pokazuje właśnie "Knight Of Black Rose".  Niby prosto i dość wtórnie, ale jak to się sprawdza. Marszowe tempo i zapędy Manowar można doszukać się w bardziej klasycznym "Paladine". Jest jeszcze klimatyczna i akustyczna ballada "Finding Solace", która przyciągnie uwagę fanów Blind Guardian."Midnight Sky" to ukłon w stronę Iron Maiden i nawet początek zalatuje "The Clayirvoant". Jest melodyjnie, szybko i przebojowo i to chodzi. Całość zamyka "The Metalizer", który ma coś z ostatnich płyt Judas Priest.

Paladine na swoim debiucie serwuje prawdziwą heavy metalową ucztą. Piękna okładka to tylko początek prawdziwej przygody. Dla fanów Hammerfall, czy Majesty pozycja obowiązkowa. Soczysty epicki heavy metal w tradycyjnym wydaniu.

Ocena: 8.5/10

CROMONIC - Time (2017)

Kiedy ktoś mówi power metal to od razu na myśl przychodzi Europa i lata 90. Kultowe albumy Gamma Ray, Hellloween, Edguy, Sonata Arctica, Stratovarius czy Rhapsody. To słodkie melodie, szybkie tempo, chwytliwe refreny i duża dawka pozytywnej energii. To świat magii, czarodziejów, smoków, fantasy, a czasami nawet sience fiction. Dzisiaj już coraz ciężej o zespoły, które wzbudzają podobne emocje co zespoły z lat 90, co raz trudniej dostać power metal w takiej formie, jaką otrzymywaliśmy w latach 90. Szwedzki Cromonic jednak pokazał w tym roku swoim debiutem "Time", że można.

Cromanic to szwedzki band, który  swoje narodziny miał już w 2005r i właściwie genezy należy szukać nawet dalej bo w zespole Fretarnia. W cromanic działał przecież Bo Pettersson i Tomas Wappling, którzy działali w Fretarnia. Obecnie w zespole mamy gitarzystę  Patrika Von Porata i wokalistę Pasi Humppiego, którzy również znani są z Fretarnia. Akurat to, że pojawiają się muzycy tego nieco zapomnianego zespołu to jest bardzo dobry znak. "A nightmare Story" to taka perełka power metalu z roku 2002 i jeden z kultowych albumów, który każdy fan tego gatunku powinien znać. Od tamtego czasu jakoś tak było cicho o Fretarnia, ale teraz mamy Cromonic, który dopisuje kolejny rozdział tej formacji. Sama muzyka nie wiele odbiega, choć jest bardziej melodyjna, nieco słodsza, ale jakość, styl jest niemal identyczny. Patrik dalej ma w sobie to coś, dzięki czemu riffy są chwytliwe, proste a zarazem pełne polotu i finezji. Melodie same trafiają do nas. Do tego wszystkiego mamy niezwykłego Pasiego, który potrafi nadać utworom mocy i przestrzeni. Wszystko by stworzyć perełkę power metalu jest tutaj obecne. Brzmienie czyste i podrasowane, dzięki czemu wszystko jest bardziej przejrzyste i łatwiejsze w odbiorze. Okładka nieco tajemnicza i sugeruje nam jakiś progresywny materiał, jednak prawda jest inna.

Wejście w postaci "Another World" nasuwa nieco otwarcie płyty "Stalingrad" Accept. Jednak po paru sekundach wiadomo co jest grane. Power metal z lat 90 w najlepszym wydaniu odżywa na nowo. Szybkie tempo, lekkość płynąca w partiach gitarowych i zadziorny wokal, który nadaje odpowiedniego tonu i charakteru całości. Refren nieco znajomy i oklepany, ale czy to ma jakieś znaczenie? Na taki power metal zawsze jest głów i wciąż słuchacze nie są nasyceni. Nieco magii i tajemniczości mamy w klimatycznym "Time". Jednak nie jest to powieść grozy jak w utworze Mercyful Fate. Oj nie, panowie wolą uderzyć w klimaty Sonata Arctica, czy stratovarius. Tutaj nawet klawisze są bardziej uwypuklone i to one odgrywają kluczową rolę. Sam utwór potrafi przypomnieć Axxis z czasów "Time Machine". Z pewnością jest to bardziej urozmaicony kawałek z taką nutką progresywności. Kolejny znakomity motyw klawiszowy mamy w klimatycznym i bardzo melodyjnym "Tale of Pain". Utwór potrafi nawiązać do Masterplan czy Dark Moor, co jest sporą zaletą. Pasi pokazuje pazur w ostrym i bardziej toporniejszym "Mental Cry" w którym można doszukać się wpływów Persuader. Na płycie nie brakuje przebojów godnych twórczości Gamma Ray czy Helloween i dowodem tego jest choćby "Revenant". Z kolei "Paradise" i "The Hunt" to przejawy epickości na płycie. Nieco bardziej rozbudowane utwory o stonowany tempie, w którym nie brakuje progresywnego zacięcia. Na koniec jest jeszcze bonus w postaci "Dragonsong", który pełni rolę ballady.

Muzycy z Fretarnia nie próżnowali i nagrali album bez skazy. Wybrzmiewa na "Time" doświadczenie, znajomość gatunku i pracowitość. Panowie odświeżyli nam lata 90 i power metal tamtych lat. Nie ma słabych kompozycji, każdy utwór jest na wagę złoto. Cromonic jeszcze nikomu nic nie mówi. Jednak poczekajmy jak fani zaczną łączyć fakty i przypomną sobie Fretarnia. Sukces murowany!

Ocena: 9/10

czwartek, 11 maja 2017

ETERNAL IDOL - The unrevealed guest (2016)

W roku 2016 z inicjatywy wytwórni płytowej Frontiers i Fabio Lione znanego z Rhapsody of Fire powstał zespół Eternal Idol. Oczywiście nazwa została zaczerpnięta z twórczości Black Sabbath. Bardziej można na to spojrzeć jak na Hollow Haze w nowej formie i z nową nazwą. Muzycy którzy tworzą Eternal Idol to w zasadzie członkowie tego włoskiego zespołu, grającego symfoniczny metal z dużą dawką progresywności. Hollow Haze jakoś nigdy specjalnie nie przypadł mi do gustu, ale teraz Fabio Lione podziałał na moją wyobraźnię. Ostatnie dokonania Rhapsody of Fire czy Angra były wartościowe dlatego liczyłem, że i debiutancki album Eternal idol w postaci „The Unrevealed Guest” będzie ciekawym wydawnictwem.

Nie da się ukryć, że nie jest to dzieło kompletne czy też płyta, która podbije serca fanów Rhapsody czy fanów power metalu. Pojawiają się symptomy symfonicznego metalu czy power metalu, ale dominuje w sumie progresywność i taka wszelaka nowoczesność. Ciężko przez to się przebić, zwłaszcza że muzycy nie dbają specjalnie o przebojowość czy dynamikę utworów. Na pewno też irytuje wokalistka Georgia, który momentami przeszkadza tylko Fabio w partiach wokalnych. Trudno znaleźć plusy i jakieś pozytyw, ale kilka kompozycji jest wartościowych. „Evil tears” jako otwieracz sprawdza się, choć pierwsze moje skojarzenia to Nightwish. Dużo podniosłości i ciekawych przejść ma „Awake in Orion”, ale też jest sporo niedociągnięć. Troszkę power metalu mamy w „is the answer far from god?” czy przebojowy „Hall of Sins”. Na płycie znajdziemy też mroczniejszy „Blinded”, stonowany „Desidia”, czy klimatyczny i romantyczny „A song in the wind”. Całość zamyka „Beyond”, w którym panuje ciekawy i tajemniczy klimat, który wciąga. Dzieje się sporo i to dobre zwieńczenie płyty.

Nie jest to coś co zadowoli fanów Rhapsody i chyba Eternal Idol jest skierowany do maniaków Hallow Haze, czy muzyki progresywnej. Sporo tutaj komercji i takiej rockowej lekkości. Mało w tym power metalu, a szkoda bo mogło być znacznie ciekawej niż jest.


Ocena: 5.5/10

poniedziałek, 8 maja 2017

DREAMTALE - Seventhian ...memories of time (2016)

Od kiedy w fińskim Dreamtale pojawił się wokalista Erkki i gitarzysta Seppo to zespół zaczął lepiej funkcjonować, a ich muzyka stała się jeszcze bardziej dynamiczna i przebojowa. To właśnie od czasu wydania „Phoenix” zespół wydaje coraz lepsze albumy i każdy z nich to kawał energicznego i słodkiego power metalu, który wprawia w dobry humor. Zespół nie kryje swoich fascynacji Stratovarius, Freedom Call, czy Gamma Ray. Mimo tego udało im się stworzyć własny styl i stać się jednym z najbardziej rozpoznawalnych kapel grających power metal. Na nowe dzieło w postaci „Seventhian...Memories of Time” przyszło czekać nam 3 lata. Jest to dwupłytowe wydawnictwo, gdzie druga płyta zawiera kawałki z pierwszych albumów. Najważniejszą częścią jest jednak pierwszy cd z nowymi utworami. Właśnie na tym pierwszym krążku chciałbym się skupić. Erkki mimo upływu lat wciąż zachwyca swoją formą i manierą wokalną. Jego głos sprawia, że Dreamtale jest jedyny w swoim rodzaju. Na nowym albumie sporo dobrej roboty odwalają gitarzyści Rami i Seppo, którzy nie ograniczają się do jednego motywu czy oklepanych melodii. Tak więc można natknąć się na chwytliwe melodie i zadziorne riffy, które zapadają w pamięci na znacznie dłużej. Dreamtale to nie tylko świetne partie gitarowe i wyjątkowy głos Erkki, to również melodyjne i słodkie partie klawiszowca Akseli. To właśnie on odpowiada za niezwykłą melodyjność na płycie, a także za słodki wydźwięk całości.

Jeśli chodzi o kompozycje to mamy dynamiczny „Dreality” w roli otwieracza, który ma nieco w sobie z dyskotekowych przebojów. Jakoś to nie przeszkadza, bo właśnie taki jest dreamtale. Bardziej cenię sobie kawałki w stylu „For our future”, który nasuwa twórczość Gamma Ray czy Helloween. Nieco wycofane klawisze i już kompozycja zyskuje na mocy i zadziorności. Kawałek napędza chwytliwy i wciągający refren, a także mocny riff. Co z tego, że taki „October is mine” jest kiczowaty, skoro potrafi zauroczyć przebojowością. Album jest urozmaicony i nie ma mowy o graniu na jedno kopyto. Pierwszym miłym zaskoczeniem jest nieco hard rockowy „Picnic Inferno”w którym zespół przemyca patenty Rainbow czy Deep Purple. Wyszła z tego niezła mieszanka. Echa Gamma Ray czy dawnego helloween można uświadczyć w niezwykle melodyjnym i lekkim „true life”. Trzeba przyznać, że jest to idealna kompozycja na koncerty. Nieco progresywny i bardziej nowoczesny Na płycie nie brakuje power metalowych petard i jedną z takich na pewno jest „Fusion illusion” czy „Embrace my scars”, który wieńczy album. Z takich nieco bardziej stonowanych i hard rockowych kawałków mamy „Names on the Wall” czy „greenback hunter”. Duży plus tego wydawnictwa to bez wątpienia różnorodność i spora przebojowość.

Dreamtale wciąż jest w bardzo dobrej formie i po raz kolejny potwierdza swoim albumem, że są jednym z najbardziej pracowitych zespołów, którzy wiedzą czego chcą i wiedzą jak to osiągnąć. „Seventhian..memories of time” to płyta dynamiczna, bardzo power metalowa i oddające to co najlepsze w dreamtale i power metalu. Finowie umocnili swoją pozycję, więc pozostaje nam już tylko czekać na kolejny świetny album z ich strony.

Ocena: 9/10

niedziela, 7 maja 2017

CHRONOMANCY - Age of Chivalry EP (2017)

Grecki Chronomancy to zespół, który idzie w ślady Ross The Bossa i Manowar. Stawiają na epickość, na podniosły klimat i ciekawe riffy. Działają od 2010 r. i mają już za sobą naprawdę udany debiut "Here and now". Zespół kuje żelazo póki gorące i efektem tego jest mini album "Age of Chivalry". Klimatyczna, rycerska okładka jest tutaj idealnym odwzorowaniem tego co znajdziemy na płycie.

Ciężko sobie wyobrazić ten zespół bez takich osobistości jak wokalista Yiannis, Mary, czy duetu gitarowego, który tworzą Tyrtaues i Yiangos. Gitarzyści stawiają na podniosłe riffy, na klasyczne rozwiązania i epicki klimat. Jest dbałość o technikę, ale też o wykonanie. Z kolei Mary nadaje kompozycjom mrocznego klimatu i takiej tajemniczości. Kompozycje dzięki niej nabierają przestrzeni i melodyjności. Epickość i cały ten rycerski klimat jest piętnowany przez wokalistę Yiannisa, który ma w sobie to coś, co od razu nakreśla nam jaki rodzaj heavy metalu słuchamy. Idealnie dopasowany wokal. Nowy materiał to właściwie kontynuacja tego co było na debiucie, ale też pewne kosmetyczne ulepszenia. Brzmienie, riffy, czy partie Mary są tym co jest lepsze w porównaniu do debiutu. Płytę otwiera klimatyczne intro "Emperor of the fanding Sun", a potem mamy zadziorny i nieco toporniejszy "March of the Swordmaster", który nasuwa na myśl twórczość Manowar. Sporo dzieje się w klimatycznym i emocjonalnym "The once and future king", który ukazuje melodyjne oblicze zespołu. Nieco żywszy i bardziej przebojowy jest "Percival" i jest to jeden z ciekawszych momentów płyty. Chronomancy wie jak stworzyć epicki klimat, jak wykreować ten rycerski feeling i słychać to w marszowym, wręcz bojowym "Deaths Head". Całość zamyka klimatyczna ballada "Library of oak trees".

Nie jest to może coś nowego, może nie jest to materiał idealny, bo znajdą się pewne uchybienia, ale i tak jest to pozycja ciekawa. Jeśli kocha się twórczość Manowar i wszelkiego rodzaju epicki heavy metal to trzeba obczaić co gra obecnie Chronomancy. "Age of Chivarly" to pozycja godna uwagi.

Ocena: 7/10

piątek, 5 maja 2017

CRITICAL SOLUTION - Barbara The Witch (2017)

Norweski horror thrash metal to najlepsze określenie zespołu Critical Solution, który działa od 2005r. Zespół faktycznie stawia na szybki, melodyjny thrash metal i czerpią garściami z takich kapel jak Metallica, Testament, Artillery. Jednak nie jest to rasowy thrash metal, bowiem Critical solution przemyca w swojej muzyce sporo elementów klasycznego heavy metalu spod znaku Iron Maiden, mercyful Fate, czy Motorhead. Mieszanka wybuchowa, a do tego dochodzą klimaty Kinga Diamonda, bowiem zespół kocha tematykę grozy. To widać po okładce najnowszego dzieła zatytułowanego "Barbara the Witch". Z resztą sama muzyka też jest jakby wyjęta momentami z płyt Kinga i pierwsze skojarzenia to "The Eye" czy "The Puppet Master". Czy można lepszej zapowiedzi?

Zespół opiera się w głównej mierze na wokaliście Christerze, który wie jak śpiewać zadziornie, agresywnie i klimatycznie. Może nie wyciąga górek jak King i nie ma tej maniery, ale śpiewa po swojemu i pasuje do thrash metalowej otoczki. Pod względem gitarowym też sporo dzieje się na nowym albumie i mam wrażenie, że to najciekawszy krążek tej formacji. Pojawiają się liczne przejścia, ozdobniki, tak więc nie ma powodów do narzekania, bowiem zespół nie stawia tylko na młucenie. Na sam start mamy organy kościelne, mroczny klimat i od razu można poczuć ciarki przy intrze "Natas fo Live". Szybko wkraczają ostre gitary i mamy pierwszy killer w postaci "The Village". Riff jest wzorowany na twórczości Mercyful Fate, Kinga Diamonda, czy Metaliki. Wyszło to znakomicie. Więcej klasycznych patentów mamy w urozmaiconym i melodyjnym "Barbara The Witch", co nie zmienia faktu, że są tutaj słyszalne wpływy Kinga Diamonda. "Red Hooded devils" ma klimat i wejście rodem z największych hitów Diamonda. Jest budowanie napięcia i liczne przejścia czy wstawki progresywne. Energia i pazur w "Peter Crow" przywołuje na myśl "Loa house" Kinga czy album "9" Mercyful Fate". Podoba mi się taka forma przekazu i podania twórczości Kinga Diamonda. Kolos "The Burning Pyre" nie nudzi, wręcz przeciwnie i zespół znów pokazał, że nie brakuje im pomysłów, a wykonanie nie ma się co bać. Nie ma czasu na ballady i Critical Solution trzyma poziom do samego końca. Wystarczy wsłuchać się w ostry "The Headless Horseman", który ma w sobie spore ilości thrash/speed metalu. Wszystko oczywiście podane w melodyjnej formie.  "A lady in white" to kolejny mroczny i klimatyczny kawałek, w którym główną rolę odgrywa groza i marszowe, wręcz posępne tempo. Prawdziwa perełka i smaczek dla fanów mistrza. Zespół znów przyspiesza w petardzie "Retur of The Witch". Całość zamyka klimatyczny "Into the Abys" i to również jest w stylu Kinga Diamonda.

Debiut "Evil Never Dies" był nieco chaotyczny i nieokiełznany, z kolei drugi album "Sleepwalker" był rzemieślniczy i brakowało mu tego klimatu grozy i przebojowości co jest na "Barbara The Witch". Critical Solution pokazał, że można nieco inaczej podać thrash metal jak i twórczość Kinga Diamonda. Jest groza, są chwytliwe melodie, są szybkie petardy utrzymane w speed/thrash metalowym klimacie, ale jest też sporo heavy metalowych patentów. Wszystko ładnie zgrane i nie ma mowy o błędzie. Najlepsze dzieło tej norweskiej formacji i czekam na więcej.

Ocena: 10/10

ASTRAL DOORS - Black eyed Children (2017)

Nils Patrik Johannson znany jest jako wokalista, który brzmi niczym Ronnie James Dio. Jego głos jest mocny, mroczny i bardzo zadziorny i ma coś z maniery Dio. Nic też dziwnego, że muzycznie trzyma się twórczości Black Sabbath, Dio czy Rainbow. Ostatnie lata spędził z zespołem Civil War, który tworzyli dawni muzycy Sabaton. Nie tak dawno świat obiegła informacja, że Nils rezygnuje z posady wokalisty Ciwil War. Od razu pojawiła się szansa, że Nils wyda nowy album wraz ze swoim macierzystym zespołem Astral Doors. Tak, też się stało i na świat wyszedł 8 krążek Astral doors zatytułowany "Black Eyed Children".

Mroczna i ponura okładka sugerowała pewne zmiany stylistyczne, ale tak prawdę ich nie ma, a zespół dalej gra swoje. Tak więc mamy swoistą kontynuację "Notes from the Shadows" czy "Jerusalem". Astral Doors to w dalszym ciągu mocny melodyjny heavy metal z domieszką power metal, w którym kluczową rolę odgrywa specyficzny wokal Nilsa i klimatyczne partie klawiszowca  Jocke Roberga.Nie ma tutaj niespodzianki czy elementu zaskoczenia. Od lat grają swoje i to się sprawdza, więc nie ma potrzeby urozmaicać swoją muzykę. Już otwieracz "We cry out", który promował najnowsze dzieło szwedów jest bardzo klasyczny i w zasadzie to jest typowy Astral Doors. Prosty i zadziorny riff rodem z płyt Ronniego James Dio. Jest zadziornie i melodyjne, czyli tak jak być powinno. Wolniejszy "Walls" potrafi zauroczyć klimatem i stonowanym tempem. Tutaj można poczuć mrok, który bije z okładki. Dalej mamy nieco epicki "God is The Devil", który jest mieszanką Dio, Battle Beast czy Sabaton. Jest słodsza warstwa instrumentalna, ale mimo tego jest to jeden z mocniejszych kawałków na płycie. Echa Rainbow można doszukać się w finezyjnym i energicznym "Die on  Stage", który zadowoli największych mankamentów.  Mocnym plusem tego kawałka jest przebojowość i ostry riff.  Prawdziwym hitem jest bez wątpienia "Tommorow Dead" o marszowym tempie i mrocznym klimacie. Muzycznie tutaj Astral Doors wkracza w rejony Black Sabbath z Tonym Martinem czy nawet twórczości Axela Rudiego Pela. Na płycie nie mogło zabraknąć typowej, szybkiej petardy, którymi zespół raczy nas od lat. Tak też pojawia się energiczny "Good vs bad", który imponuje wykonaniem i jakością. Brzmienie płyty jest bardzo dobrze wyważone i podkreśla wszelkie atuty grupy. "Lost Boy" ma duszę hard rockową i potrafi oczarować mocnym, ostrym riffem. Nieco luzu też tutaj się przyda jak najbardziej. "Slaves to ourselves" to kawałek, który kusi ostrymi i zróżnicowanymi partiami gitarowymi. Dzieje się tutaj sporo i nie ma powodów do narzekania. Główną atrakcją jest tytułowy kawałek "Black Eyed children" liczący ponad 8 minut. Jest mroczno, epicko i zespół zawarł tutaj sporo ciekawych motywów, tak więc dzieje się sporo tutaj. Bardzo pozytywnym kawałkiem jest bonus "Jesus Christ Moviestar", który zawiera chwytliwe melodii.

Astral Doors nie zawiódł po raz kolejny, ale dalej mamy to samo i w niektórych przypadkach można odnieść wrażenie, że zespół zjada własny ogon. Miła w odsłuchu płyta, która zawiera klasyczny heavy metal w stylu Dio. Takiej muzyki nigdy nie jest za dużo. Może nie jest to najlepszy album Astral Doors, ale warto go znać!

Ocena: 7.5/10

SACRED GATE - Countdown to armageddon (2016)

Nie tak dawno cieszyłem, że na niemieckiej scenie pojawił się kolejny mocny zespół grający heavy/power metal i mam tu na myśli Sacred Gate. Radość nie trwała długo, bo zespół się rozpadł w tym roku tj 2016 r. Powodem było to, że panowie nie potrafili dogadać się między sobą i różnice personalne zrobiły swoje. Szkoda, bo zespół do tej pory trzymał naprawdę wysoki poziom. Zarówno „When eternity ends” jak „Tides of War” były naprawdę udanymi albumami, które potrafi zaimponować mocnymi i wyrazisty riffami, czy sporą przebojowością. Zespół mimo swojej wtórności wyrobił swój styl, który opierał się na soczystych i wyrafinowanych partiach gitarowych i wyrazistym wokalu Rona Sleatsa. Zanim zespół się rozpadł to jeszcze udało się zarejestrować i wydać trzeci ostatni album w postaci „Countdown to Armageddon”. Płyta nie różni się od swoich poprzedniczek i pod wieloma względami jest to nic innego jak kontynuacja tamtych płyt. Jest to dalej mocny i zadziorny heavy/power metal. Nie da się ukryć, że jest to płyta która brzmi jak wiele innych z tego kręgu, ale mimo to potrafi zapaść w pamięci. Sukces tkwi w samym materiale, który wypełniają dojrzałe i przemyślane kompozycje, które oddają to co najlepsze w Sacred Gate. Na samym wstępie mamy stonowany i nieco toporniejszy „Angel of Darkness” i tutaj czuć tą niemiecką precyzję. Dalej mamy zadziorny „Legions of The North”, który jest utrzymany w klasycznym klimacie. Fani Grave Digger czy Accept powinni być zadowoleni. Jeszcze ciekawszy w swojej konstrukcji jest „Flames of War”, który jest bardziej melodyjny i bardziej żywiołowy. Na płycie jest sporo klasycznego heavy metalu, który słychać w „Hellriders” czy „Sacred Gate”. Do grona ciekawych kompozycji warto zaliczyć na pewno marszowy „The oath of the damned” czy energiczny „Countdown to armageddon”, które potrafią oczarować klimatem. To wszystko sprawia, że płyta jest niezwykle równa i dynamiczny. Nie jest to może najlepszy album tej grupy, ale to kawał solidnego heavy metalu. Kto wie może jeszcze kiedyś powrócą z Sacred Gate?

Ocena:7/10

wtorek, 2 maja 2017

STEEL RANGERS - Rise (2016)

Jesienią 2008r został założony Steel Rangers i jest to jeden z ciekawszych kapel francuskich, które obracają się wokół gatunku hard rock/heavy metal. W tym roku tj 2016 udało się w końcu wydać najnowsze dzieło zatytułowane „Rise” i jest to miły hołd dla lat 80. Już sama okładka nasuwa właśnie nam ten złoty okres dla tej muzyki. Zawartość płyty jak i soczyste, tradycyjne brzmienie są tylko potwierdzenie. Na pewno sporym plusem tej młodej formacji jest charyzmatyczny wokalista Mike, który manierą ma podobną do Klausa Meine'a z Scorpions. Bardzo dobrze odnajduje się w hard rockowej stylistyce. Zresztą sama muzyka Steel Rangers to taka mieszanka patentów Scorpions, Wasp, Accept, Europe czy Survivor. „Rise” to przede wszystkim zbiór solidnych kompozycji, dużej dawki przebojowości i takiej naturalności. Płyta brzmi jakby została zarejestrowana w latach 80. Każdy utwór zawarty na płycie potrafi oczarować wykonaniem i klimatem lat 80. Nico i Bastian to zgrany duet gitarowy i stawiają na zadziorność i hard rockowe szaleństwo. To od razu się rzuca w przebojowym otwieraczu „Jr Ewing”, który idealnie zapowiada to co czeka nas w dalszej części płyty. Sporo wpływów Scorpions można uświadczyć w rytmicznym „Steel Starr” czy nieco ostrzejszym „Never Surrender”. Klasyczny riff, lekkość i taki naturalny charakter to z pewnością atut nieco wolniejszego „Pump it up”. Dalej mamy nieco bardziej komercyjny „Survivor” czy klimatyczną balladę „Come & love me”. Płyta jest urozmaicona i mamy tutaj wszystko. Oprócz wolnych kompozycji czy radiowych przebojów mamy też nieco szybsze kompozycje jak „Rise” czy „Trendkiller”. Nie ma za grosz oryginalności, ani też pokazanie czegoś nowego. To jest po prostu płyta z klasycznym hard rockiem, który jest mocno zakorzeniony w latach 80. Fani Survivor, Scorpions czy Wasp powinni szybko się odnaleźć w świecie Steel Rangers.

Ocena: 7.5/10

niedziela, 30 kwietnia 2017

HARDLINE - Human Nature (2016)

Johny Gioeli to znakomity wokalista i jeden z tych muzyków, który potrafi poruszyć emocje słuchacza. Znany jest przede wszystkim z twórczości Axel Rudi Pell, ale ma też swój własny band, który założył z bratem joeym Gioeli. Mowa o amerykańskiej kapeli o nazwie Hardline, która powstała w 1991 r. Przez te lata skład zespołu się zmieniał, ale mimo pewnych roszad kapela przetrwała. Jedynym oryginalnym członkiem został sam wokalista Johny Gioeli. Na nowy krążek przyszło czekać 4 laty, ale trzeba przyznać że nie był to czas zmarnowany. Hardline zawsze był znany ciekawych i ciepłych melodii, z krystalicznego brzmienia i takiego nieco romantycznego klimatu. Dalej jest to ich atutem i choć skład zespołu się zmienił to nie da się pomylić z innym zespołem. 5 album zatytułowany „Human Nature” ukazał się akurat w momencie kiedy zespół świętował 25 lecie istnienia. Sama płyta to dzieło pełne i bardzo dopieszczone, zarówno pod względem brzmienia jak i kompozycji. Najlepsze jest to, że zespół dalej gra swoje i nie kombinuje ze stylem. Co na pewno robi wrażenie to świetny i bardzo energiczny otwieracz w postaci „Where Will we go from Here”. Dynamiczna sekcja rytmiczna i melodyjny riff czynią kawałek naprawdę mocnym punktem płyty. Można nawet doszukać się wpływów Axel Rudi Pell. Bardziej przebojowy i hard rockowy jest „Nobody's Fool” , w którym popis swoich umiejętności daje gitarzysta Josh Ramos. Jest finezja, nutka lekkości i dobre wyczucie rytmu. Mocną stroną tego albumu są ballady,a najlepszy tego dowodem jest „ Human Nature” czy przepiękny „Take You Home”, który ukazuje jak świetny głos ma Johny. Nie tak łatwo o dobrą, wzruszającą balladę, która potrafi poruszyć i wzruszyć. Tym bardziej należy się szacunek dla muzyków. Nie brakuje mocnych i zadziornych kawałków co pokazuje ostrzejszy „Running on Empty”. Utwór napędza żywiołowy riff i chwytliwy refren. Klasyczne brzmienie i nutkę Deep Purple mamy w „The World is falling Down”, który jest jednym z najlepszych utworów na płycie. Końcówka płyta też jest bardzo udana co potwierdza dynamiczny „In the dead of the night”, melodyjny „United We Stand” czy klimatyczny „Fighting the Battle”. To wszystko sprawia, że nowy Hardline naprawdę może się podobać. Panowie dalej grają swoją czyli melodyjny i pełen uczuć hard rock/Aor, gdzie główną rolę odgrywa świetny Johny Gioeli. Dla fanów takiej muzyki pozycja obowiązkowa, zwłaszcza że nie tak łatwo o taki udany album hard rockowy.



Ocena: 8/10

czwartek, 27 kwietnia 2017

ELIXIR - Where the secret lies (2016)

Urugwajski Elixir powraca po 4 latach z nowym dziełem i „Where the secret lies” to solidny album, który może niektórym fanom przypaść do gustu. Nie jest to może muzyka, która rzuca na kolana poprzez oryginalność czy wysokiej klasy aranżacje, jednak panowie potrafią mieszać power metal z nowoczesnym patentami i progresywnym metalem. Taka mieszanka sprawdza się w ich przypadku co już pokazali na debiucie. Na „Where the secret lies” mamy swoistą kontynuację „Unleash the magic”, z tym że nowe dzieło jest bardziej dopracowane i bardziej przejrzyste. Brzmienie jest bardziej soczyste i podrasowane, dzięki czemu gitary brzmią ostro i zadziornie. Zespół działa od 2009 r i w sumie nabył trochę ogłady i doświadczania, co sprzyja nowemu krążkowi. Mocnym atutem kapeli jest wokalista Brunno, który potrafi śpiewać czysto i niezwykle uczuciowo. To przedkłada się na jakość kawałków, a także odbiór samej płyty. O zaplecze instrumentalne dbają dwaj gitarzyści, a mianowicie Matias i Marcos. Starają się połączyć tradycyjne patenty z nowoczesnymi i różne się to kończy. Czasami powstaje coś godnego uwagi, a czasami utwór, który budzi kontrowersje. Otwieracz „World is not over” jest nijaki i bardziej komercyjny. Klawisze są zbyt słodkie i zbyt nachalne. W „Broken heart” jest nutka progresywności i hard rocka, co czyni ten kawałek o wiele ciekawszym. Płytę słusznie promował „Beyond dreams”, który jest bardziej już utrzymany w power metalowym stylu. W podobnym klimacie utrzymany jest energiczny „You 'll never walk alone” czy przebojowy „Rising Star”. Zespół na pewno słabiej wypada przy wolniejszych kawałkach co pokazuje „The Sailor Song” o wiele lepiej radzą sobie z szybszych graniem. Dowodem tego na pewno jest świetny „Where the Secret Lies”. W tym kierunku powinni pójść na kolejnym wydawnictwie. Do grona ciekawych kompozycji warto dodać dynamiczny i niezwykle melodyjny „Southern pride” i progresywny „Release myself”. Ogólnie płyta Elixir nie zawodzi, ale tez nie powala na kolana. Dostajemy solidny album, który potrafi umilić czas i zabawić nas. Jednak nie jest to coś, co zmusi nas do przemyśleń czy refleksji. Na pewno są lepsze płyty z tego roku co zasługują na miejsce w top 10 roku 2016.

Ocena: 6.5/10

poniedziałek, 24 kwietnia 2017

DISTANT SUN- Into The Nebula (2016)

W 2010 r powstał Distant Sun i jest to kolejny świetny power metalowy zespół prosto z Rosji. Najlepsze jest to, że muzycy Distant Sun w dużej mierze gra w innym świetnym zespole, a mianowicie Shadow Host. Oba zespoły mają podobny styl, podobny klimat i podobny potencjał. Jednak Distant Sun zabiera nas w rejony science – fiction co jeszcze bardziej mi odpowiada. Już debiutancki album „Dark Matter” był świetny i pozbawionych jakiś wpadek czy nie potrzebnych wypełniaczy. Na następcę tamtego dzieła przyszło nam czekać tylko rok i najlepsze jest to, że najnowsze dzieło „Into The Nebula” niczym nie ustępuje poprzednikowi, a nawet go przebija. Nowy krążek jest bardziej dojrzały, bardziej zadziorny i ma większą liczbę przebojów. Wszystkiego jest więcej i w lepszym wydaniu. Klimat sciencie fiction został jeszcze bardziej pogłębiony co jeszcze bardziej winduje ten album na szczyty w notowaniach tegorocznych. Tak płyta ta zasługuje na wysokie miejsce w rankingach bo nie dość że pokazuje jak grać power metal, to jeszcze znakomicie łączy klasyczne patenty z nowoczesnymi. Mamy więc mieszankę agresywności, nowoczesnego brzmienie i typowej klasycznej przebojowości na miarę Gamma Ray, Primal Fear czy Iron Savior. Ostre niczym brzytwa riffy i charyzmatyczny wokalista Alexey to cechy charakterystyczne Distant Sun. Nowy album od początku do końca zachwyca świeżością, dynamiką i niezwykłą przebojowością. Klimatyczna okładka jeszcze bardziej zachęca do sięgnięcia po to wydawnictwo. Na płycie jest tylko 9 utworów, ale to wystarczy by zachwycić słuchacza. Już sam otwieracz „My Trust” to strzał w dziesiątkę. Mamy tutaj wszystko czego nam potrzeba. Thrash metalową motorykę, agresję, power metalową przebojowość i złożone popisy gitarowe. W podobnej konwencji utrzymany jest rozpędzony „Game of War”. Jeszcze więcej agresji i technicznego grania uświadczymy w bardziej thrash metalowym „God Emperor” i w sumie jest to jeden z najlepszych utworów na płycie. Sporo dzieje się przez te 5 minut. Dalej mamy nieco cięższy „Inspired by fear”, który ma zapędy bardziej heavy metalowe i na myśl nasuwa się Primal fear w tym przypadku. Jak ktoś lubi bardziej progresywne zacięcie i bardziej rozbudowane kawałki, ten polubi z pewnością „Adromeda”, w którym zespół momentami ociera się o twórczość Metalliki. Do grona mocnych kawałków trzeba zaliczyć energiczny „the battle that never ends” czy balladowy „I do believe”. Bardzo dojrzały album wyszedł Rosjanom i znajdziemy tutaj troszkę thrash metalu w stylu Metalliki i sporo power metalu rodem z Gamma Ray czy Primal fear. Wartościowy album, który może daleko zajść w ostatecznych rankingach roku 2016.

Ocena: 9/10

niedziela, 23 kwietnia 2017

SLECHTVALK - Where wandering shadows and mists collide (2016)

Jeżeli ktoś lubi melodyjny death metal, czy viking metal i jest wielbicielem twórczości Amon Amarth ten bez problemu przekona się do holenderskiej kapeli o nazwie Slechtvalk. Kapela powstała w 2000r i w zasadzie początkowo to był projekt jednego człowieka, a mianowicie Shamgara. Jednak w końcu udało się przekształcić projekt w prawdziwy zespół. Obecnie zespół powrócił z nowym albumem zatytułowanym "Where Wandering shadows and mists collide" i to po 6 latach przerwy. Jak wypada najnowsze dzieło na tle innych?

Z pewnością można powiedzieć, że jest dojrzałe, przemyślane i dopieszczone pod względem różnych elementów. Mamy soczyste, ostre niczym brzytwa brzmienie, które potrafi nas osaczyć z każdej strony. Jest też klimatyczna i kolorystyczna okładka, która zachęca do sięgnięcia po ten album. Zawartość krążka również jest dobrze wyważona i urozmaicona, tak więc nie ma powodów do nudzenia się. Shamgar i Seraph tworzą zgrany duet gitarowy i na płycie roi się od chwytliwych melodii i agresywnych riffów. Tak więc dzieje się sporo pod tym względem. W centrum uwagi jest bez wątpienia Shamgar i jego specyficzny i techniczny wokal. Od razu słychać, że jest to muzyka z pogranicza melodyjnego death metalu i viking metalu.

Płytę otwiera szybki i dynamiczny "We Are", który od razu pokazuje nam czego można się spodziewać po tej płycie. Marszowy i mroczniejszy "Asternas" ma w sobie więcej epickiego charakteru. Sporo ciekawych motywów zespół przemyca w tym utworze, a techniczny aspekt jest imponujący. "Betrayed" jest bardzo melodyjny i przebojowy, a stylem przypomina nieco twórczość Kalmah. Dalej mamy bardziej rozbudowany i klimatyczny "March to Ruin", który również ma nas porwać epickim charakterem. W "Nemesis" można doszukać się dawnej przeszłości zespołu czyli elementy black metalu. Duża agresja i dynamika wypływa z energicznego "The Shrouded grief" czy "Malagh Defiled". Imponuje również rozbudowany kolos w postaci "Wandering Shadows" czy melodyjny "Homebound", który zamyka album.

O najnowszym albumie holendrów można napisać wiele i w sumie mogą być różne opinie na jego temat. Dla jednych będzie to zbyt agresywne, a dla jednych zbyt monotonne. Jednak gdy się słucha tego krążka to od razu słychać, że zespół lubi robić to co robi, lub ten rodzaj metalu i wie jak tworzyć go by był atrakcyjny dla słuchacza. Na "Where wandering shadows and mists collide" dzieje się sporo i jest to płyta która może przypaść do gustu fanom takiego grania. Polecam!

Ocena: 8/10

sobota, 22 kwietnia 2017

LABYRINTH - Architecture of a God (2017)



Świat zapomniał o Labyrinth i w sumie zespół w dużej mierze sam sobie to zgotował. Liczne zmiany personalne i borykanie się z różnymi problemami, a do tego długa abstynencja w wydawaniu nowej muzyki. Ten włoski band powstał w 1994 r na fali boomu na power metal i szybko zyskali sławę w latach 90. Wtedy właśnie wydali swoje najlepsze albumy, na czele z "Return to Heaven Denied". Jednak potem różnie to było z płytami tej kapeli i w sumie ostatni album to kontynuacja "Return to heaven denied", która ukazała się w 2010 r. Od tamtej pory  zespół umilkł. Zawsze można ich było ustawić obok Secret Sphere,Vision Divine, czy Highlord. Jednak teraz po 7 latach Labyrinth wraca z nowym składem i nowym albumem w postaci "Architecture of a god".

Zatrudniono klawiszowca Olga Smirnoffa, Johna Maculuso, a także Nicka Mazzucconi i od razu można odnieść wrażenie, że muzyka Labyrinth ożyła i zyskała na jakości. Jest bardziej klasycznie, bardziej w stylu pierwszych płyt. Klasyczna okładka to nie jest tani trik, by zwieść fanów. Włoski band wrócił do swoich korzeni, do progresywnego power metalu, w którym jest miejsce dla wyszukanych melodii, dla dojrzałych riffów i specyficznego klimatu. Muzyka zawarta na nowej płycie jest złożona, bardzo wciągająca i nie taka łatwa jak mogło by się wydawać. Trzeba ją stopniowo dawkować i odkrywać jej wewnętrzne piękno. Tego nie da się zrobić szybko i byle jak. Płyta kryje wiele uroczych motywów i to jest atut "Architecture of a God". Motorem napędowym są nie tylko gitarzyści, ale też wokalista Roberto Tiranti, który dalej zostaje w czołówce najbardziej uzdolnionych wokalistów. Śpiewa emocjonalnie, techniczne i bardzo czysto. Nadaje kompozycjom zadziorności i progresywnego charakteru.

Płytę promował "Someone says", który ma w sobie moc i power metalowego kopa. Dawno Labyrinth nie stworzył takiej petardy, która tak szybko zapada w pamięci. Wszystko tutaj zachwyca począwszy od chórków, wokali, aż po warstwę instrumentalną. Drugim utworem, który posłużył do promocji nowego krążka był otwieracz "Bullets". Klimatyczny kolos, który śmiało może konkurować z Dream Theater czy Ayreon. Ciekawe wprowadzenie, z taką nutką niepewności, rockowego feelingu i nowoczesności. Utwór szybko nabiera mocy i dynamika. Bardzo dobre otwarcie krążka. Mocne partie basowe są atutem "Still Alive". Jest to nieco inna kompozycja, bowiem tutaj jest bardziej spokojnie, bardziej rockowo. Idealny dowód, na to że kapela nie gra na jedno kopyto. Więcej agresji, power metalowego kopa uświadczymy w rozpędzony "Take on My legacy", który jest jednym z moich osobistych faworytów. Prawdziwa petarda i tego mi brakowało na ostatnich płytach Labyrinth. Melodyjne i pomysłowe partie klawiszy nadają odpowiedniego tonu rytmicznemu "A new Dream". Labyrinth potrafi wykreować tajemniczy i klimat taki nieco futurystyczny co potwierdza w rozbudowanym i złożonym "Architecture of God". Dzieje się tutaj sporo i nie wszystko udaje się uchwycić tak od razu. Na albumie znalazło się też miejsce na cover kultowego kawałka Roberta Milesa, czyli "Children". Bardzo fajnie wyszło przerobienie utworu z pogranicza techno na heavy metal. Jednak można. "Those Days" też łagodniejszy i bardziej progresywny w swej naturze, z kolei "We belong to yesterday" jest bardziej melodyjny i zadziorny. Warto jeszcze wspomnieć o power metalowej perełce w postaci "Stardust and Ashes".

7 lat czekania to kawał czasu, ale warto było. Labirynth powrócił z jednym z swoich najlepszych albumów. Ta płyta ma bardzo specyficzny klimat, który wciąga i nie daje o sobie zapomnieć. Kompozycje są dopracowane, dynamiczne i pełne ciekawych melodii. Na taki Labyrinth fani długo czekali. Świetna konkurencja dla Ayreon.

Ocena: 9/10

piątek, 21 kwietnia 2017

CLOVEN HOOF - Who mourns for the morning star? (2017)




W oczekiwaniu na cud.........

Nazwa Cloven Hoof budzi we mnie respekt i przywołuje miłe wspomnienia z tą grupą, bo ich muzyka jest mi bardzo bliska. Pierwsze trzy albumy tej grupy na czele z "A Sultan's Ransom" to czysta klasyka i czołówka heavy/power metalu lat 80. Muzyka tej grupy zawsze jednoczyła fanów Angel witch, Grim Reaper czy Satan. Jednak mimo tego, że jest to brytyjska grupa to ich muzyka nie tylko nawiązuje do NWOBHM, ale też amerykańskiego heavy/ power metalu. Cloven Hoof to niezwykły band, który potrafi też przenieść coś z Cirith Ungol czy Liege Lord. Zespół przechodził wiele ciężkich prób i okresów, ale kiedy udało się wrócić to nie był to powrót w glorii i chwale. "Resist to serve" to był solidny album, ale czegoś brakowało i raczej można było mówić o rozczarowaniu. Cały czas czekałem na cud, że doczekam się naprawdę albumu na miarę marki Cloven Hoof. W końcu pojawiła się nadzieja. Światło dzienne ujrzał "Who Mourns for the mornig Star?"



Cud się zdarzył. Jednak nie obeszło się bez poświęceń. Zmiany personalne były nieuniknione i właściwie z poprzedniej płyty został tradycyjnie basista Lee Payne i gitarzysta Chris Coss. Drugim gitarzystą został 23 letni  Luke Hatton, a także perkusista Danny White i wokalista George Call, którzy są znani z Omen, czy Aska. No nie powiem muzycy są bardziej dopasowani niż na poprzedniej płycie. Najlepszym wyborem okazał się George Call, który wnosi ożywienie do zespołu i muzyki Cloven Hoof. Znów jest agresywnie, jest moc w tej muzyce i George Call przyprawia o dreszcze. Już w Aska pokazał klasę i swój potencjał. Na nowym albumie Brytyjczyków śpiewa dynamicznie i z pazurem i nie stroni od wysokich rejestrów. To właśnie on przyczynił się do sukcesu i wspomnianego cudu. Cloven Hoof brzmi jak za dawnych lat i ma w sobie to coś. Jest melodyjnie, agresywnie, przebojowo i wszystko jest zagrane z polotem i pomysłem. Nie ma tutaj podróby lat 80, tutaj jest żywy heavy metal. Materiał jest bardziej spójny i bardziej wyważony, a najlepsze jest to, że każdy utwór prezentuje zupełnie inne oblicze zespołu.

Mamy dynamiczny i rozpędzony "Star Rider", który oddaje to co najlepsze w muzyce metalowej. Chwytliwe i melodyjne partie gitarowe. Dynamiczna sekcja rytmiczna i wyrazisty wokalista. Jest klimat lat 80, jest moc i duch starych płyt Cloven Hoof. Oj dawno panowie tak nie grali i szczeka opada. Nie zmienia to faktu, że utwór bardziej utrzymany w klimatach amerykańskich. Nutka hard rocka, echa starego Judas Priest są cechami urozmaiconego i klimatycznego "Song of Orpheus". Zespół nie idzie na łatwiznę i słychać chęć tworzenia nowych utworów, a nie powielanie znanych patentów. Ostro tnące gitary w "I talk to the dead" są urocze i przypominają drugą młodość Accept, której jesteśmy obecnie świadkami. Mocny kawałek, który śmiało mógłby znaleźć się na ostatnim krążku Saxon. Więcej brytyjskiego grania z lat 80 mamy w komercyjnym i lżejszym "Neon Angels". Odpłynąć można w bardziej stonowanym i dojrzałym "Morning Star". Piękny jest ten spokojny, balladowy początek i mocniejsze rozwinięcie kawałka. Klasa sama w sobie. Najszybszy na płycie "Time to Burn" to killer na miarę hitów z "Painkiller" Judas Priest. Kwintesencja Cloven Hoof, a także encyklopedyczny przykład jak grac ostry, wysokich lotów heavy/power metal. Aż dziw bierze, że to Cloven Hoof, który nie grzeszył ostatnio pomysłowością. Zadziorny i melodyjny "Mindmaster" potrafi oczarować złożoną strukturą i popisami wokalnymi Georga. Bardzo klasyczny też jest "Go tell the spartans", który mocno nawiązuje do lat 80 i NWOBHM.Całość zamyka rozbudowany i klimatyczny "Bannockburn". Idealne zwieńczenie tej świetnej płyty.

Nigdy nie przestawaj wierzyć...

Cloven Hoof powrócił z świata  umarłych. Powrót z "Resist to serve" nie był wymarzony, ale liczył się fakt, że kultowa kapela lat 80 wróciła. Trzeba było dokonać kilku zmian personalnych, przemyśleć kwestie aranżacji i stylu. Drugie uderzenie brytyjskiej formacji jest bez błędne. Wrócił stary dobry Cloven Hoof. Jest agresja, moc, przebojowość i atrakcyjne melodie. Panowie stanęli na wysokości zadania, a moim bohaterem jest wokalista George, który wybawił Cloven Hoof. Najlepszy album od czasów genialnego "A Sultans Ransom".

Ocena: 9.5/10

REPTILE - Solid Metal Rules (2016)

Ciężko w dzisiejszym świecie muzyki heavy metalowej o album, który zaskoczy formułą, zaskoczy słuchacza swoją formą i charakterem. Wiele zespołów najzwyczajniej w świecie idzie na łatwiznę i nie stara się zaskoczyć fanów jakiś nowym elementem, czy pokazanie nowych trendów. Ciężko o taki zespół, który postawi na jakieś inne rozwiązania, który przedstawi nową jakość heavy metalu i przeciw stawi się prostemu heavy metalowi mocno wzorowanemu na latach 80. Kolumbijski Reptile może nie tworzy czegoś nowego, ale stara się pokazać nieco inny charakter heavy metalu. Niby nawiązują do lat 80 czy 90, niby nawiązują do klasyki, ale starają się grać po swojemu i z własną wizją. Odejście od typowego heavy metalowego wokalisty na rzecz bardziej thrash metalowego wokalisty już czyni Reptile bardziej oryginalnym zespołem od wielu innych młodych zespołów. Ciekawe logo, tematyka kawałków poruszająca sferę zła, czy nienawiści, a także pomysłowość na kompozycje sprawiają, że debiutancki album Reptile w postaci „Solid Metal Rules” zasługuję na uwagę fanów takiej muzyki. Na płycie znajdziemy 8 utworów dających 35 minut muzyki. Może i mało, ale jakość to rekompensuje. Zaczyna się szybko i mocno, bo od złowieszczego „Wake up Fool!” Tak czas się obudzić, bo wkracza Reptile i nie ma zamiaru stosować półśrodków. Mocny riff i złożona współpraca gitarzystów rzuca się od razu w uszy, choć bardziej przykuwa uwagę wokal Avernala, który buduję od podstaw muzykę Reptile. Śpiewa agresywnie, momentami thrash metalowo, ale też gdy trzeba to i czysto, bardziej heavy metalowo. Zespół znakomicie potrafi połączyć melodyjność z agresją, przy tym tworzyć prawdziwe przeboje co potwierdza to „Luciferian Street killer”. Z kolei tytułowy „Solid metal rules”ma w sobie więcej klasycznych patentów i ukazuje nieco inne oblicze zespołu. Niezwykle melodyjny i szybki „Reptile” pod wieloma względami przypomina stare hity Iron Maiden. Podobieństw będzie całkiem sporo jak się dobrze wsłuchać w ten kawałek. Klimatyczny instrumental w postaci „Ancient lizard” znakomicie obrazuje jak uzdolnionych muzyków ma Reptile w swoim składzie. Najdłuższy na płycie i zarazem najszybszy jest „Pagans” i tutaj zespół wspina się na wyżyny swoich umiejętności. Dzieje się sporo i nie ma mowy o monotonności. Więcej thrash metalu i wpływów Kreator mamy w melodyjnym „Sweet smell of Hell”. Całość zamyka klimatyczny i mroczniejszy „Waves of Desolation”. Wytwórnia Stormspell wypuściła kolejny mocny album heavy metalowy i w sumie dobrze że pomagają młodym kapelom jak Reptile wejść w wielki świat muzyki. „Solid metal rules” to bezbłędny album, który pokazuje że heavy metal nie musi być taki przewidywalny i oklepany.

p.s okładka tego albumu to jedna z najlepszych okładek roku 2016 !

Ocena: 9/10

środa, 19 kwietnia 2017

NIGHT DEMON - Darkness Remains (2017)



Wychowałeś się na starych płytach Iron Maiden czy Saxon? Masz plakaty Diamond Head i vinyle pierwszych płyt Angel Witch? W twoim sercu jest tradycyjny heavy metal i NWOBHM? Brakuje ci nowych dźwięków w tych klimatach? To na pewno nie jest ci obcy zespół o nazwie Night Demon. Ta amerykańska formacja jest młoda, ale głodna sukcesu i wie jak zabrać słuchacza do lat 80. Działają od 2011r, ale już debiutancki album "Curse of the damned" cieszył się sporym zainteresowaniem i szybko przyniósł sukces zespołowi. Na drugi album przyszło czekać 2 lata, ale warto było, bowiem "Darkness Remains" to czysta perfekcja i kwintesencja tego co mieliśmy w latach 80. Night Demon oddaje hołd dla NWOBHM.

Wszystko jest tutaj jak z lat 80. Prosta i rysowana ręcznie okładka, przybrudzone brzmienie czy wreszcie wokalista Jarvis Leatherboy. Jego głos jest taki naturalny, taki charyzmatyczny i mocno przesiąknięty latami 80. "Welcome to the Night" to idealny otwieracz i wprowadzenie w świat Night demon, jeśli ktoś nie zna ich twórczości z poprzedniego albumu. Jest szybko, prosto i bardzo przebojowo. Bardziej zadziorny i hard rockowy jest "Hallowed Ground", z kolei speed metalowy "Maiden Hell" to kwintesencja stylu Night demon. Bardziej urozmaicony jest "Stranger in the Room", który z wolniejszego tempa przeradza się w szybszy i bardziej dynamiczny utwór. Na nowym albumie skrzydła rozwinął gitarzysta Armand, który gra o wiele ciekawiej niż na debiucie. Potrafi grac prosto i agresywnie jak w "life on the run" czy lekko i energicznie jak w "Dawn Rider". Dalej mamy pomysłowy i dynamiczny "Black Widow", który jest jednym z najlepszych kawałków tej formacji. Można jednak grać prosto, ostro i bardzo melodyjnie, na wzór kapel z lat 80. Fani Judas Priest czy Scorpions na pewno pokochają zadziorny "On Your Own". Instrumental w stylu Iron Maiden też znalazł swoje miejsce i "Flight of  the manticore" jest po prostu fenomenalny. NWOBHM wybrzmiewa tutaj w każdym utworze. Zamykający "Darkness Remains" to stonowany utwór, który ma w sobie coś z wczesnego Black Sabbath.

Night Demon jest z każdym albumem jeszcze ciekawszy, jeszcze bardziej dojrzały i pomysłowy. Kapela kwitnie, a ich muzyka jest imponująca. Panowie oddają hołd NWOBHM i to w świetny sposób. Czekamy na kolejne wydawnictwa! "Darkness Remains" na pewno namiesza w tegorocznych zestawieniach.

Ocena: 9.5/10

AYREON - The Source (2017)



Trzeba być geniuszem muzycznym by połączyć progresywny metal z power metalem, elementami symfonicznego metalu, do tego jeszcze trzymać się koncepcyjnych opowieści utrzymanych w świecie sience fiction. Jest pewien holenderski muzyk, który dał się poznać jako wszechstronny muzyk, który nie potrafi zaszufladkować swoich pomysłów do jednego projektu, zespołu. Jest niczym Ced z Rocka Rollas, który tworzy cały czas muzykę dla różnych zespołów, czy swoich projektów. Mowa o Arjenie Anthonym Lucassenie, który jest jedynym w swoim rodzaju muzykiem, który już dawno temu stworzył swój styl, który nie da się pomylić z innym. Potrafi tworzyć futurystyczny klimat, który jest budowany w oparciu o wspaniałe głosy gości, progresywne zagrywki klawiszowców, a także charakterystycznych partii gitarowych, które wymyśla. Znakomicie przychodzi mu łączenie światów dream Theater, Blind Guardian, Deep Purple, Rainbow, Uriah Heep, Iron maiden, avantasia czy innych znanych kapel, a przy tym być sobą. Tak to jest geniusz, który często wydaje swoją muzyką. W tym roku przyszedł czas na kolejny album Ayreon, czyli progresywnej metalowej opery. Najbardziej lubię z Ayreon "The universal migrator" i pierwsze albumy. Akurat "The Source" to preguel opowieści, która została przedstawiona na "01011001".

Najnowsze dzieło Lucassena to dziewiąty album pod nazwą Ayreon i jest to powrót do korzeni, do sience fiction, do bardziej gitarowego grania, do bardziej dynamicznego i właśnie na taki obrót sprawy czekałem. Sama liścia gości jest imponująca bowiem pojawiają się tutaj ikony Nightwish, Blind Guardian, edguy, czy Kamelot. Mamy dwupłytowy album co daje 90 minut muzyki. Jest to pierwszy album wydane pod skrzydłami wytwórni Mascot Label group.

Sama muzyka jest dojrzała, bardzo głęboka i emocjonalna. To jest coś więcej niż zlepek różnych melodii, motywów. Dźwięki budują napięcie, tworzą historię i przenoszą słuchacza do innego świata. Już otwierający kolos "The Day that the worlds break down" urzeka patosem, przepychem i wykonaniem. Dzieje się tutaj sporo i bierze udział tutaj sporo znakomitych wokalistów.  Przepych nie przytłacza, a tylko imponuje pomysłowością Arjena. W końcu jest też mocniej, bardziej gitarowo niczym na ostatnim albumie Star One. Wkracza ostry riff, który idealnie współgra z futurystycznymi klawiszami. Jest w tym gdzieś coś z Dream Theater, Blind Guardian, Queeen czy Deep Purple. Kupuje to od samego początku. Jest tutaj Floor Jansen, Hansi Kursch, Russel Allen czy Tobias Sammet. Kwintesencja Ayreon i progresywnego metalu. Spokojny, nieco folkowy "Sea of Machines" to taki ukłon w stronę Blind Guardian.  Znów pojawia się ciekawy motyw, sporo urozmaiceń i smaczków. Całość jest po prostu imponująca. Chórki sprawiają, że jest większy rozmach i bardziej operowy charakter. Echa Queen można doszukać się w nowoczesnym i agresywnym "Everbody dies", który wcześniej promował już "The Source". Kolejnym mocnym kawałkiem jest mroczny "Star of Sirrah", który stylem przypomina otwieracz.  Dalej mamy spokojny i emocjonalny "All that was", w którym kobiety rządzą. Jest to utwór bardziej folkowy, bardziej skierowany do fanów Nightwish. Najszybszym i najbardziej power metalowym kawałkiem na płycie jest "Run apocalypse Run", który idealnie pasowałby na ostatnim albumie Star One. Co może się tutaj podobać to bez wątpienia riff rodem z płyt Rainbow. Pierwszą płytę zamyka pomysłowy "Condemnad to live", którzy urzeka pomysłowym riffem i wykonaniem. Nie jest to typowy kawałek, a mimo operowego charakteru i zapędów pod Queen robi się jednym z mocniejszych punktów na płycie.


Drugi krążek zaczyna się od marszowego i urozmaiconego "Aquatic Race", który pokazuje nieco inne oblicze Ayreon. "The dream Dissolves" to utwór bardziej klimatyczny i progresywny. Dzieje się tutaj naprawdę sporo i sience fiction jest wszech obecny. Ostry riff, klasyczne rozwiązania to cechy przebojowego "Deathcry of a Race". Wyjątkowo dobrze spisuje się Tobias Sammet, co słychać po chwytliwym refrenie. Nawiązania do lat 70, do złotego okresu Rainbow czy Deep Purple mamy w rytmicznym "Into The Ocean". W takiej stylizacji Arjen wypada znakomicie i to nie pierwszy jego taki wyskok w tamte rejony. "Bay of dreams" jest bardziej futurystyczny i świetnie nawiązuje do ścieżki dźwiękowej filmu "Tron". Więcej power metalu mamy w rozpędzonym i energicznym "Planet Y is alive" i tutaj czadu daje Kursch, Allen, Karevik i Sammet. Kolejną petardą na płycie jest "Journey to Forever", który zdominowali Sammet i Kursch. Nie jest to klon Edguy czy Blind Guardian, ale utwór bardzo przebojowy i łatwy w odbiorze. Mógłby bez problemy odnieść sukces na antenie radiowej. Całość zamyka pomysłowy i bardzo futurystyczny "March of The Machines". To jest świetny przykład, że nawet przy wykorzystaniu minimum środków można stworzyć ciekawy i intrygujący utwór.

Przyszłość, świat opanowany przez maszyny, cała tematyka sience fiction zawsze mnie kręciła, ale to co robi Arjen zawsze mi imponuje. Tak jak King Diamond jest od opowiadania po przez muzykę historii grozy, tak Arjen opowiada niesamowite historie sience fiction. Melodie, ozdobniki jakie znajdziemy na "The source" są z górnej półki. Tworzył je fan sience fiction, któremu tematyka ta nie jest obca. Od tej strony jest to arcydzieło i dzieło skończone. Muzycznie również mamy album perfekcyjny. Dobrze wyważony, urozmaicony, dynamiczny, ale i przebojowy. Jest tutaj wszystko to co powinno zawierać arcydzieło. Epickie kolosy, lekkie przyjemne ballady, klimatyczne przerywniki, power metalowe galopady, czy bardziej wyszukane kompozycje. Dzieje się sporo, a te 90 minut muzyki nie nudzą, wręcz przeciwnie wciągają i na długo zostają w pamięci. Pokuszę się o stwierdzenie, że "The source" to jedno z najlepszych dzieł Arjena i to nie tylko pod szyldem Ayreon. Geniusz znów nas zaskoczył i pokazał, że nie ma sobie równych.

Ocena: 10/10

BLACK HAWK - The end of the World (2017)



Niemiecki Black Hawk to jeden z tych zespołów, który mógł rozwijać się w latach 80 i wtedy zdobywać sławę, ale losy potoczyły się inaczej. Swój debiutancki album wydali dopiero w 2005 r.  Teraz po 4 latach wracają z 6 albumem i "The end of the World" to kawał soczystego teutońskiego metalu spod znaku Udo, Accept czy Grave Digger. Choc nie brakuje w tym elementów amerykańskiego heavy/ power metalu reprezentowanego przez Attacker.  Najważniejsze jest to, że Black Hawk zaciera złe wrażenie jakie pozostawił po poprzednim albumie zatytułowanym "A mighty metal axe".

Okładka jest typowa dla tego zespołu i w zasadzie nie wzbudza większego zainteresowania, ale na szczęście muzyka jest o wiele ciekawsza. Nawet brzmienie panowanie dopracowali i zadbali by było ostro i zadziornie. Wolfgang i Gunter dwoją się i troją by ich partie były energiczne, zapadające w pamięci i zagrane z polotem. Udało się to w sumie, bo na płycie jest całkiem sporo chwytliwych melodii i motywów. Może nie ma w tym za grosz oryginalności i często pojawiają się jakieś znane motywy czy melodie. Na przykład taki "Killing for Religion" to kopia "The wrong side of Midnight" Udo. Szybki "Ruler of The Dark" to z kolei utwór, który śmiało mógłby znaleźć się na debiucie Running Wild. Riff "What a World" przypomina nieco "East meet West" Warlock. Z kolei rozpędzony i drapieżny "Street of Terror" nawiązuje do twórczości Attacker. Kompozycje, które wymieniam nie są złe, wręcz przeciwnie, ale brakuje im oryginalności. Mroczny, epicki "The End of the World" to kompozycja bardzo klimatyczna i urzekająca marszowym tempem, a także intrygującymi solówkami. "scream in the Night" to z kolei zrzynka z Paragon i zespół jakoś się z tym nie kryje. Ostro cięte gitary i specyficzny wokal Udo Bethke są tutaj niemal identycznie jak w Paragon. Przebojowy "Legacy of Rock" to taki miks Dio i Battle beast,choć nie brakuje nawiązań do "To the Metal" Gamma Ray. Dalej mamy power metalowy "Just like in Paradise", który brzmi jak kalka "Wastelands" Avantasia i "March of Time" Helloween. Całość zamyka energiczny "Dragonride", który idealnie wieńczy ten album, w którym jest sporo znanych motywów i melodii.

Nie ma oryginalności, nie ma świeżości, ale jest bardzo solidny materiał, którzy przypomni nam kilka znanych melodii. Mimo pewnych wad i tak jest ciekawiej niż na ostatnim albumie Black Hawk. Każdy fan heavy/power metalu powinien obczaić najnowsze dzieło Niemców. Warto!

Ocena: 7.5/10

wtorek, 18 kwietnia 2017

RISING STEEL - Return of warlord (2016)

Rising Steel to debiutancki band prosto z Francji, który powstał w celu graniu klasycznego heavy metalu, który ma nam przypominać o dokonaniach Motley Crue, Judas Priest, accept, Iron maiden czy Helstar. Potrafią też nawiązać do rodzimych kapel i mam tutaj namyśli choćby świetny Nightmare. Może nie grają niczego odkrywczego to jednak trzeba przyznać, że mają w sobie ogromny potencjał. Grają z pasją i każdy z muzyków zna się na swojej robocie. Emmanuelson to uzdolniony wokalista i ciekawej barwie głosu, która idealnie pasuje do heavy metalowej otoczki. Nadaje kompozycjom charakteru i drapieżności. Równie dobrze radzą sobie gitarzyści i trzeba przyznać, że Tony i Mighty V. wygrywają ciekawe riffy. Przede wszystkim bije z nich surowość, naturalność i drapieżność. Nie brakuje w tym pomysłowości i nutki szaleństwa. Mimo wtórności debiutancki krążek „Return of the warlord” może się spodobać fanom mocnego, mrocznego heavy metalu o rycerskim charakterze. Okładka płyty raczej nasuwa skojarzenia z Manowar czy Stormwarrior, jednak płyta ma nieco inny charakter. Weźmy choćby mroczny i zadziorny otwieracz „breaking the Silence”, który brzmi jak hołd dla Mercyful Fate czy Helstar. Niezwykle szybki i dynamiczny utwór, w którym nie brakuje elementów wyjętych z thrash metalu. W nieco innym klimacie jest „monster”, bowiem tutaj pojawiają się dźwięki bardziej melodyjne, bardziej hard rockowe. Wysoki poziom dalej jest utrzymany. Fanom szybszego grania na pewno przypadnie przebojowy „The Watcher” czy energiczny „People of the Moon” , które mają coś z Iron Maiden. Oprócz tego typu kawałków na płycie jest pełno mrocznych i zadziornych kompozycji stylizowanych na twórczości Mercyful Fate. Bardzo dobrze to obrazuje toporniejszy „Dead or Alive” czy klimatyczny i nieco okultystyczny „Evil Master”. Końcówka płyty jest również udana i potwierdza to przebojowy „Never Give Up” i dynamiczny „Hell's Control”, które przypominają dokonania Judas Priest. Nie znalazło się miejsca dla wolnych kompozycji i to jest kolejny atut płyty. Nie ma niepotrzebnych zwolnień i grania czegoś na siłę. Solidne, surowe brzmienie oddaje styl i charakter Rising Steel. Bardzo wartościowy debiut francuskiej formacji, która ma pomysł na siebie i wie jak nagrać wysokiej klasy album. Trzeba będzie bacznie obserwować ich karierę.

Ocena: 8/10

sobota, 15 kwietnia 2017

WARDRUM - Awakening (2016)

Od dłuższego czasu Wardrum to jeden z najlepszych zespołów pochodzenia greckiego, który specjalizuje się w heavy/power metalu. Wiedzą jak grać agresywnie, jak tworzyć ciekawe melodie i jak nagrywać solidne albumy co nie raz już potwierdzili. Najnowszy album „Awekening” to kolejny niezbity dowód, że Wardrum to świetny zespół, który zna się na power metalu i wie jak grać agresywnie i melodyjnie. „Awakening” to swoista kontynuacja „Messenger” i można dostrzec wiele podobieństw między tymi krążkami. Podobne brzmienie, analogiczna konstrukcja utworów czy wreszcie poziom zawartości. Panowie potrafią stworzyć przeboje i bardzo urozmaicony materiał. Nie ma mowy o monotonności czy nudnych wypełniaczach. „The unrepentant” to dynamiczny i agresywny kawałek, który jest utrzymany w klimatach Helstar czy Judas Priest. Dobrze wypada też nieco progresywny „right within Your heart” czy energiczny „Let the flames grow”. Od samego początku przypadł mi do gustu przebojowy i nieco hard rockowy „Virtues of humanity”. Jest to lekki i chwytliwy kawałek, który imponuje gitarowymi zagrywkami Kosta i J. Demiana. W podobnych klimatach utrzymany jest „Medusa” czy bardziej power metalowy „Time is the enemy”. Mocnym atutem płyty jest to, że album jest zdominowany przez power metalowe petardy. Dobrym tego przykładem jest „Baptised in fire” czy „Shade of hope”. Do grona mocnych kawałków na pewno też trzeba zaliczyć zamykający „the awekening”, który ma w sobie pokłady hard rocka. Wardrum dorzuca do swojej dyskografii kolejny jakże udany krążek i tym samym umacnia swoją pozycję w power metalowym światku. Warto poświęcić czas „Awakening”, który potwierdza jak dobrym zespołem jest grecki Wardrum.

Ocena: 8/10