sobota, 18 kwietnia 2015

REAPERS REVENGE -Wall of Fear and Darkness (2014)

Na rynku muzycznym pojawił się kolejny młody zespół, a jest nim Reapers Revenge. Niemiecki band, który powstał w 2013 r z myślą grania prostego heavy metalu, który mocno jest zbliżony do stylu Iron Fire, czy Nocturnal Rites i innych tego typu zespołów. Debiutancki album „ Wall of Fear and Darkness” to zbiór utworów zbudowanych na znanych motywach, na przetartych schematach i znanych nam gdzieś z innych zespołów melodiach. Można powiedzieć, że to monotonne i wtórne, a wszystko wskazuje na dzieło, które należy zignorować. Jednak nie działajmy zbyt pochopnie. Niemiecka formacja wie jak się bawić, wie jak grać heavy metal z radością i ukazać przy tym trochę własnego zapału. Taki prosty „Dawn of New day” przypomina mieszankę Hammerfall i Bloodbound i jest to solidny heavy metal. Zespół wie jak podejść słuchacza, kładąc nacisk na melodie. Niby nic nowego,ale słucha się tego przyjemnie. W momencie kiedy zespół zwalnia i stawia na stonowane tempo i ponury klimat jak w „Anthony” to ujawniają się wszelkie wady. Nawet brzmienie traci na swojej wartości. Na płycie oczywiście są i ciekawe momenty co potwierdza chwytliwy „Indoctrination” . Marszowy „In Chains” też zapada w pamięci i stawia zespół w dobrym świetle i nie psuję tego nawet wokal Christiana, który momentami irytuje. Głównie to wynika z brakuje odpowiedniego wyszkolenia technicznego. Niedosyt jest również pod względem popisów gitarowych i chciałoby się usłyszeć więcej takich szarsz jak te zaprezentowane w zamykającym „Hellbound”. No niestety duet gitarzystów gra dość oszczędnie i daje nam poznać się z lepszej strony. Może zostawali to co najlepsze na drugi album? Oby tak było, bo jak nie to nie zwrócą na siebie uwagi i świat o nich zapomni.

Ocena: 5/10

czwartek, 16 kwietnia 2015

PYRAMAZE - Disciples of the Sun (2015)



Wielu osobom Pyramaze kojarzy się z osobą Matta Barlowa czy też Lance’a Kinga. Teraz ta duńska formacja ma nową twarz,  a jest nią Terje Haroy, który dołączył do zespołu w 2015r.  Od dłuższego czasu Pyramaze przeżywał kryzys, ale w końcu udało się wyjść i wydać nowy album w postaci „Disciples of The Sun”.  Z jednej strony typowy album tego zespołu, który zabiera nas do świata progresywnego Power metalu. Jednak można odnieść wrażenie, że zespół szukał nieco innych smaczków, różnych nowych, świeżych pomysłów. Dzięki czemu dostaliśmy ciekawe dzieło, które przypomina choćby dokonania Symphony X czy Kamelot. Brakuje może agresji, tego ognia, tej pewności co na poprzednich albumach. W zamian mamy nowoczesny metal podany w dość ciekawej formie, które ma przekonać tych którzy szukają czegoś bardziej oryginalnego. Tutaj Pyramaze wykazał się i nagrał materiał dość wymagający. To jest proste i chwytliwe granie, które od razu przemawia do słuchacza. Sporo tutaj połamanych dźwięków i  kontrowersyjnych aranżacji. Przez co płyta może nie trafić do każdego słuchacza.  Nowy wokalista z pewnością jest dobry technicznie, ale nie do końca mi pasuje do tego zespołu. Teraz jakoś za mało w tym wszystkim Pyramaze. Album wyróżnia się soczystym i solidnym brzmieniem. To jednak dzisiaj jest standard. Skupmy się zatem na samej muzyce.  Nieco symfoniczny „The Battle of paridas” to jeden z pierwszych mocnych uderzeń zespołu. Utwór ostry, progresywny , ale słucha się go naprawdę przyjemnie. Przypomina mi się nieco tegoroczny album Angry.  Tytułowy „Disciples of the Sun” to ukłon w stronę Masterplan, ale o dziwo jest to kompozycja melodyjna i łatwo zapadająca w pamięci.  Riff rodem z neoklasycznego Power metalu to atut „Back for More”, który pokazuje, że Pyramaze jest stać na dobre hity. „Fearless” to kompozycja również utrzymana w szybszym tempie i tutaj mamy taki nowoczesny Power metal. Nie potrzebne są kombinacje i udziwnienia jak w „Unveil czy zamykającym „Photgraph”.  Płyta jest dojrzała, jest świeże podejście do tematu progresywnego Power metalu. Sporo pomysłowych zagrywek gitarowych i innych smaczków, które sprawiają że płyta ma sporo atutów.  Może nie jest to najlepsze dzieło tej duńskiej formacji, ale  z pewnością pokazuje, że powrócili i wciąż wiedzą jak nagrać solidny materiał z kręgu progresywnego Power metalu. Płyta godna polecenia.

Ocena: 7/10

LUV HUNTER - Luv Hunter (1990)

Patrząc na zdjęcia amerykańskiej kapeli Luv Hunter to na myśl przychodzi glam metal i zespołu pokroju Motley Crue czy Steel Panther, jednak nie dajcie się temu zwieść. W końcu ten mało band, który został założony w 1990 roku nagrał tylko debiutancki album „Luv Hunter” i było to dzieło w którym można było usłyszeć heavy metal, progresywny metal, a nawet rasowy amerykański power metal, ale z pewnością nie glam metal. Tak o to mało band nagrał wyjątkowo ciekawy album, którego muzyka była skrzyżowaniem Crimson Glory, Fates Warning, Queensryche czy Leatherwolf. Uwagę przyciąga już klimatyczna okładka, której głównym motywem jest popękane kamienne serce. Taki romantyczny, nieco tajemniczy klimat został też wykreowany w samej zawartości. Brzmienie nieco surowe, na miarę amerykańskich płyt z kręgu heavy/power metalu i to przedkłada się na to, że ten jedyny album Luv Hunter to prawdziwa uczta dla tych co gustują w starych płytach, zwłaszcza spod znaku Queensryche. Te skojarzenia z tym kultowym bandem progresywnego metalu są jak najbardziej na miejscu. Zadbali o to przede wszystkim duet gitarzystów Robbins/ Kauffman. Sporo tutaj finezji, kompozycje są lekkie i zagrane z pomysłem, a samo wykonanie jest skierowane w stronę progresywnego heavy metalu. Jednak najwięcej tutaj robi wokalista David Milligan, który do bólu przypomina najlepsze lata Geoffe'a Tate'a. 10 kompozycji i właściwie sam materiał jest niezwykle urozmaicony. Otwieracz „Times are changin” to ukłon w stronę topornego heavy metalu, choć nie brakuje tutaj thrash metalowej agresji. Dalej mamy łagodniejszy, bardziej melodyjny „Dreamwave” , który ukazuje owy romantyczny klimat tego wydawnictwa. W takim „Make it Right” można było doszukać się w pływów Accept czy Metal Church, ale tutaj najciekawsze są wokalne popisy Davida. Tak on był główną atrakcją Luv Hunter. Nie brakowało też mrocznego klimatu, który najbardziej odzwierciedla „Goin Nowhere” czy „Life on The Edge”. Dobrze wypadały kompozycje o nieco bardziej hard rockowym charakterze i mam tutaj na myśli choćby tytułowy „Luv Hunter” . Jednym z najbardziej chwytliwych utworów na płycie jest niezwykle melodyjny „She's Like Fire”, w którym były słyszalne inspiracje Dokken. Jako fan power metalu najbardziej ucieszył mnie energiczny „Victory Battle”. Mimo potencjału jaki drzemał w grupie, mimo ciekawego debiutu nie udało się podbić rynku ani przetrwać próby czasu. Mało kto pamięta Luv Hunter i czas to zmienić, bo grali naprawdę ciekawy heavy metal o progresywnym charakterze. Dla fanów Queensryche jest to pozycja obowiązkowa.

Ocena: 7/10

wtorek, 14 kwietnia 2015

HIGH TENSION - Master Of Madness (1987)

Jednym z tych mało znanych zespołów heavy metalowych, który próbował kilka razy uchronić się przed zapomnieniem przez fanów i popadnięciem w zapomnienie jest niemiecki High Tension. Kapelę założyli bracia Weisshaar w 1979r i najciekawszy okres tej formacji to oczywiście lata 80. Próbowali potem powrócić w 1994r, jednak album „4” nie odniósł większego sukcesu i potem znów reaktywowali się w 2008r i tak pojawił się piąty album w postaci „Meanstreak”. Najciekawszy okres działalności High Tension to oczywiście okres lat 80 i wtedy zespół wydał 3 całkiem przyzwoite wydawnictwa. Dwa pierwsze albumy były po prostu przeciętnie i brak godnego pochwały utworu, sprawiły że zespół był o krok od totalnego zapomnienia. Na szczęście w 1987 r ukazał się „Master of Madness”, który należy uznać za najlepszy album tej niemieckiej formacji, choć dalekie jest to od arcydzieła. To co znajdziemy na tym krążku to solidny typowy niemiecki heavy metal wzorowany na Accept, Steeler, czy Warlock, choć nie brakuje tutaj też odesłań do Scorpions. Właśnie na tym albumie zespół pokazał, że drzemie w nich potencjał. High Tension wprowadził do swojej muzyki więcej agresji i energii, co zaprocentowało naprawdę udanym materiałem. W dalszym ciągu zespół napędzał Armin Weisshaar, który pełnił rolę gitarzysty i wokalisty. Dobrze radził sobie z powierzonymi zadaniami, a jego współpraca z bratem jeśli chodzi o riffy i solówki była godna uwagi. Urok tkwił w szczerości i pomysłowości. Przejawiała się ona przede wszystkim w rozpędzonych, nieco speed metalowych kompozycjach. Właśnie takie petardy jak „Touch of Steel” czy „Stiletto Heels” w pełni pokazywały wartość tej kapeli i na co ich tak naprawdę stać. Płyta była niezwykłe urozmaicona i tak mamy miks Judas Priest i Running Wild w „Hard Lies”, który jest takim metalowym hymnem, który ma porwać tłum do zabawy. Hard rockowe czasy Accept z okresu „Metal Heart” przejawiają się w przebojowym „Kings And Queens” . High Tension nawet nagrał swój „Screaming For Love Bite” i mam tutaj na myśli „Leather Beuty” który brzmi podobnie do utworu Accept. Kolejnym szybszym utworem na płycie jest nieco rock'n rollowy „Crazy World” z wyjątkowo ciekawą solówką. Więcej klasycznego Accept słychać w stonowanym „Sweet Fourteen”, z kolei taki „The Mom Fanfare” to dowód na to jakie ciekawe pomysły miał zespół. Co tutaj więcej pisać kawał solidnego niemieckiego heavy metalu w stylu Accept. Jakby miał wybrać najciekawszy album tej mało znanej kapeli to wybrałbym właśnie „Master of Madness”, który był również re edytowany jako „Leather Beuty” w 1990r i „High Tension” w 1993 r.

Ocena: 7/10

poniedziałek, 13 kwietnia 2015

KISKE/SOMMERVILLE - City of Heroes (2015)



Micheal Kiske wrócił na dobre do muzyki heavy metalowej.  Można rzec, że Avantasia sprawiła, że jeden z najlepszych metalowych głosów powrócił i to w wielkim stylu. Zaczęło się niewinnie bo od Place Vendome, potem przyszedł czas na Unisonic i projekt muzyczny który Kiske stworzył z Amandą Sommerville i kilkoma innymi muzykami. Projekt powstał w 2010 r pod nazwą Kiske/ Sommerville. Znów początków można się doszukiwać w Avantasii, gdzie doszło do spotkania tych dwoje utalentowanych muzyków . Debiutancki album „Kiske /Sommerville” był mieszanką melodyjnego metalu, hard rocka, heavy metalu i Power metalu. Proporcje składników były niekorzystne dla fanów starego Helloween, czy tych którzy chcieli czegoś ostrzejszego niż lekkie i przyjemne słodkie granie. Oczywiście nic złego o tej płycie nie można było napisać bo to było dzieło bez wątpienia przemyślane i pomysłowe. Duet kobiecego wokalu i męskiego okazał się strzałem w dziesiątkę, przez co projekt nabrał innego wymiaru. Muzyka była lekka, przyjemna i szybko trafiała do słuchacza. Może było więcej hard rocka, mniej Power metalu, ale mimo upływu czasu ta płyta wciąż zachwyca. Nie sądziłem, że dojdzie kiedyś do nagrania drugiej płyty. Jednak plotki o kolejnej płycie opowiadali kilka lat temu sami muzycy. Tak o to doszło do nagrania „City of Heroes”.

Muzycy udzielali się we własnych kapelach i w innych super projektach, jednak mimo to udało im się znaleźć czas i co ciekawe nagrać jeszcze ciekawszy album niż debiut.  Przede wszystkim tak jak w przypadku nowego Unisonic jest więcej Power metalu, więcej szybkich momentów i po prostu wszystkiego jest więcej. Tym razem Matt Sinner i Magnus Karlsson spisali się jeśli o komponowanie utworów. Fani starego Helloween, Avantasia czy Unisonic będą zachwyceni w 100 procentach. Soczyste, ciepłe, nieco hard rockowe brzmienie, idealnie podkreśla jakość muzyki i tego co potrafią muzycy.  W lepszej formie wokalnej są bez wątpienia główni bohaterowie, ale nie tylko oni tutaj zasługują na brawo. Magnus dawno nie zagrał tak ciekawych, pełnych ekspresji i emocji partii gitarowych.  Dał tutaj więcej z siebie niż choćby na ostatnim Primal Fear. Słychać, że jest to dzieło doświadczonych muzyków, którzy pokazali, że są wszechstronni i w ich sercu gra nie tylko typowy, ostry, rasowy heavy/Power metal. Choć tego Power metalu mamy naprawdę znacznie więcej. Płytę promował genialny „City of Heroes”. Nic dziwnego, że ta petarda otwiera krążek. To jest kawałek, który zabiera nas klimaty starego Helloween, Avantasia czy Unisonic. Mocny, energiczny, ale zarazem bardzo melodyjny riff to podstawa tego kawałka. Do tego niezwykle porywający i chwytliwy refren, który oddaje to co najlepsze w Power metalu. Świetnie zaśpiewanie zarówno przez Amande jak i Michaela. Jeden z najlepszych utworów w twórczości Kiske i jeden z najciekawszych przebojów roku 2015.  Drugim utworem, który promował nowy album był „Walk on Water”. To ukłon w stronę melodyjnego metalu z domieszką gotyckiego metalu i hard rocka. Sam refren nasuwa namyśl Nightwish czy inne tego typu zespołu. Może jest lżejszy ale to równie ciekawy utwór.  Coś dla fanów Silent Force czy Primal Fear też coś jest i tutaj całkiem dobrze radzi sobie „Rising Up”. Nie do końca są trafione klawisze stylizowane momentami na styl Sabaton. Bardziej rozbudowany „Salvation” to mieszanka progresywnego hard rocka, heavy/Power metalu a nawet symfonicznego metalu. Dzieje się tutaj sporo i stonowane tempo tylko podkreśla epicki wydźwięk.   Mieszankę melodyjnego Power metalu i hard rocka mamy w „Lights Out”. Znów typowy chwytliwy przebój charakterystyczny dla tej formacji. Lżejszy i rockowy „Breaking Neptune” mimo swojego komercyjnego stylu ma w sobie też całkiem sporo mocy. Wystarczy się w słuchać w te partie gitarowe Magnusa.  Niezwykle piękna jest ballada w postaci „Ocean of Tears” a zaraz po niej Power metalowa uczta. Atakuje nas szybszy „Open Your Eyes” , melodyjny „Last Goodbey  czy ostrzejszy „Run with a Dream”. Ten moment płyty jest uroczy i kto wie może kolejny album będzie cały właśnie taki?
Jednak mimo pewnego hard rockowego feelingu słychać, że „City of Heroes” to bardziej dojrzały album aniżeli debiut. Więcej tutaj heavy/Power metalu, a same kompozycje są bardziej urozmaicone i bardziej dopracowane. Nie ma słabego kawałka, a całość jest równa i niezwykle przebojowa. Miło, że Kiske jest w tak świetniej formie i udziela się w większej ilości zespołów. Była plotka że Kiske/ somerville ruszą w trasę koncertową. Mam nadzieję że i ta plotka się potwierdzi. Póki co zapraszam was do miasta bohaterów, którymi bez wątpienia są Amanda, Micheal, Mat, Magnus, no i mało znana komu perkusistka Veronika Lukesova.

Ocena: 9/10

niedziela, 12 kwietnia 2015

Septicflesh - Titan (2014)

„Titan” to dziewiąty studyjny album greckiego Septicflesh. Ta płyta ukazała się w 2014 roku nakładem Ward Records i jest to wydawnictwo, które w pełni podkreśla status zespołu. W końcu to jedna z potęg muzyki określanej mianem symfonicznego death/black metalu. Grecki Septicflesh przez lata nagrywał solidne albumy, które podbijały serca fanów takich bandów jak Dimmu Borgir, Emperror, Moonspell czy Behemoth. Grecki band to przede wszystkim spec od łączenia symfonicznego charakteru z brutalnością. Nowy album został nagrany z rozmachem i wielkim przepychem. W końcu poza zespołem w aranżacjach udział wzięła Praska Orkiestra Symfoniczna pod batutą Adama Klemensa oraz Praski Chór Dziecięcy. To już jest dobry dowód na to, że kapela chciała zaskoczyć i stworzyć naprawdę wyjątkowy album. Może „Titan” nie jest najlepszy dziełem w historii greckiego bandu, ale z pewnością nie przynosi im wstydu . Jak dla mnie na dzień dzisiejszy to jest jeden z ich ciekawszych dzieł, który na długo zapada w pamięci.Na płycie jest symfoniczny metal, jest black/death metal, a nawet troszkę psychodelicznego rocka. Kompozycje imponują pomysłowością, świeżością i rozmachem. Wokal Spirosa to jeden z tych atutów zespołu dzięki którym Septicflesh jest sobą i można ich rozpoznać bez większego problemu. Brakuje może nieco większego urozmaicenia w tym względzie, no ale wszystkiego nie można mieć. Znacznie ciekawej prezentuje się sekcja rytmiczna, która niszczy swoją mocą i zadziornością. Dobre słowo można też napisać o partiach gitarowych, które są zagrane z dużą swobodą. Nie ma mowy o graniu na siłę i tylko dla korzyści majątkowych. Właściwie gdyby nie ta orkiestra i te symfoniczne wstawki to album nie byłby taki ciekawy jakby mogło się to wydawać. Od strony technicznej „Titan” imponuje soczystym i czystym dźwiękiem. Klimatyczna okładka przypomina te z płyt Moonspell. Sama muzyka jest urozmaicona i wciągająca. Mamy 45 muzyki pełnej emocji i niespodzianek. Zaczyna się od podniosłego „War in Heaven” i tutaj naprawdę sporo si dzieje, a symfoniczne elementy są imponujące i pełne ekspresji. Dalej mamy ostrzejszy „Burn”, który jest kwintesencją stylu Septicflesh. „Sam album promował singiel „Order of Dracul” i to nie powinno dziwić, bo jest to rasowy przebój, który potrafi porwać swoim melodyjnym charakterem. Właściwie każdy utwór to coś pięknego, a najlepiej zespół wypada w takich kompozycjach jak „Prototype” czy „Dogma”. Całość zamyka „The First Immortal” , który podkreśla to co przewijało się przez cały album. Grecki Septicflesh nagrał naprawdę ciekawy krążek, w którym jest brutalność i podniosłość. Sotiros i Christos dają czadu w kwestii gitarowych, a orkiestry są tutaj taką wisienka na torcie. Efektem jest przemyślana i zagrana z przepychem wydawnictwo, które w swojej kategorii jest czymś czego nie można sobie odpuścić.

Ocena: 8/10

Mornië Utúlië - Sny (2015)

Mornië Utúlië to specyficzna nazwa, która oznacza po prostu nadeszła ciemność. Taką nazwę postanowił wykorzystać Bartek Brożek do swojego projektu muzycznego. Warto zaznaczyć, że sama nietypowa nazwa Mornië Utúlië zosta la zaczerpnięta z języka elfickiego, stworzonego przez J.R.R. Tolkiena. Nazwa zespołu w pełni oddaje to co Bartek gra i w pełni podkreśla tajemniczość oraz to że mamy do czynienia z mieszanką alt rocka, progresywnego metalu, czy też death/black metalu. Sam projekt zrodził się w 2013 roku i w tym samym roku ukazała się epka. W roku 2015 przyszedł w końcu czas na pełnometrażowy album w postaci „Sny”. Już klimatyczna okładka potrafi podziałać na nasze zmysły i jest ona odzwierciedleniem tego co znajdziemy na płycie. Wyszukane motywy, pokręcone melodie i pomysłowe aranżacje. Może od strony technicznej nie brzmi może to najlepiej i są pewne nie dociągnięcia. Wokal Bartka też nie jest tym co przekonuje i momentami ciężko zrozumieć o czym śpiewa, choć śpiewa po polsku. Pozostałe partie też mają swoje gorsze momenty, które potrafią zanudzić. Plusik z pewnością za tajemniczy klimat i ciekawe kompozycje, które mogą przekonać fanów oryginalnych dźwięków. Podoba mi się też tematyka o śmierci, której każdy z nas się przecież boi. Przejdźmy do samych utworów. Mamy ponury, melancholijny „ Kim jesteś?”. Klimatyczny „Poza czasem” to jeden z najciekawszych utworów na płycie i zawdzięcza to przede wszystkim death metalowej formule. Ciekawe elementy symfoniczne pojawiają się w „Odchodzę”. Nie brakuje elementów progresywnych co potwierdza kolos w postaci „Ślepowidzenia” czy „W nocy płynie chłodny wiatr”. Jest to specyficzna muzyka skierowana do fanów oryginalnych dźwięków, do tych co szukają czegoś innego i chcą poczuć się jak w innym świecie. Jeśli szukacie rozrywki i ciekawej, łatwej muzyki, która wpada w ucho, to źle trafiliście.


Ocena: 5.5/10

JAG WIRE - Made in Heaven (1985)

Co powiecie na melodyjny metal z domieszką hard rocka, a także Aor? Tak się składa, że w latach 80 istniała kapela o nazwie Jag Wire, która brzmiała jak mieszanka wczesnego Axel Rudi Pell, Warriors, Motley Crue, Dokken, czy też Accept. Ich specjalizacją było grania właśnie takiej muzyki będącej skrzyżowaniem melodyjnego metalu i hard rocka. Zespół nie odniósł większego uznania i przepadli bez wieści i mało kto pamięta, że istniała taka formacja. Jag Wire powstał na początku lat 80 w Los Angeles i zostawili po sobie tylko debiutancki album „Made in Heaven” który ukazał się w 1985r. Jak sama okładka wskazywała Jag Wire był też jednym z tych zespołów, które reprezentował dość całkiem udanie gatunek glam metal. Ta amerykańska formacja jak na swoje możliwości nagrała godny uwagi materiał, który opierał się na pomysłowych i dopieszczonych pod względem techniki partii solowych. Uwagę przykuwały finezyjne i intrygujące pojedynki gitarzysty Howarda Drossina i klawiszowca Vince;a Gilberta. W takich utworach jak „On The Run” można odczuć, jak ten duet potrafi zrobić niezłe show i na myśl przychodzą najlepsze lata Pretty Maids. Stylistycznie może Jag Wire nie wyróżnia się na tle innych kapel z lat 80, ale potrafili wykorzystać w odpowiednim celu syntezatory, przez co melodyjność został wniesiona na wyższy poziom. Jag Wire wiedziała jak wmieszać w to wszystko hard rockowe patenty, przez co ich muzyka była lekka i przyjemna. Nie brakowało hitów, a ni chwytliwych refrenów, które potrafi zabawić nas i dostarczyć nam prawdziwych emocji. Taki właśnie był Jag Wire. Mimo tylu lat ta płyta wciąż zachwyca a wokalista Art Deresh, którego wysokiego rejestry przyprawiały o dreszcze. Dobrze to odzwierciedla hard rockowy „Heat of The Night”. Zespół nawiązywał w swojej muzyce też do Foreigner czy Survivor i często efektem tego były lekkie, hard rockowe kawałki z wykorzystaniem syntezatorów tak jak to jest zaprezentowane w otwierającym „All My Love”. Podobać się może również szybszy „Takin The City”. Niezwykle klimatyczna jest ballada „Made in Heaven”, który pokazywała łagodniejsze oblicze zespołu. Piękny motyw, wzruszający refren i wykonanie sprawiło, że jest to jeden z najlepszych utworów na płycie. To, że więcej tutaj Aor niż metalu to żadna ujma. Najbardziej komercyjnym kawałkiem jest „Love Cant wait” czy „Nothing At All” ale dalej jest to ciepły i przyjemny dla ucha hard rock/ Aor. Całość zamykał „Traitor”, który zawierał bardziej progresywne partie klawiszowe i riff na miarę starego Accept, Okładka i brzmienie pozostawiały wiele do życzenia, ale muzyka nadrabiała wszelkie wady. Nie ma słabych utworów, a całość błyszczy przebojowością i niezwykłą melodyjnością. Idealna mieszanka melodyjnego metalu, hard rocka i Aor. Mimo tylu lat ta muzyka wciąż zachwyca i szkoda, że Jag Wire nagrał tylko jeden album. Polecam.

Ocena: 8/10

piątek, 10 kwietnia 2015

RAZORROCK - Eletric City (2015)

Pozwólcie że was zabiorę do elektrycznego miasta zbudowanego przez szwajcarski band o nazwie Razorrock. Fundamentem tego miasta jest hard rock i heavy metal wzorowany na latach 80. Styl taki mało odkrywczy i nie wnosi nic nowego do tejże dziedziny. Jednak przyjrzyjmy się plusom. Młoda kapela która czekała prawie 10 lat na wydanie swojego debiutanckiego albumu zbierała doświadczenia i nauczyła się tworzyć. Efektem tego jest całkiem udany „Eletric City”. Można powiedzieć płyta jakich wiele na rynku muzycznym. Styl to nic innego jak mieszanka hard rocka i heavy metalu, w której słychać wpływy Motorhead; Motley Crue; Iron Maiden; DIO, czy Judas Priest . Tak więc o oryginalności też można zapomnieć, jednak mimo tego wszystkiego, mimo pewnych narzekań jest to płyta godna uwagi. Bije z niej energia, szczerość i przyjemność z grania takiego oklepanego heavy metalu w stylu lat 80. Elia Gamboni to wokalista, który porywa dzięki swojej charyzmie, a nie przez technikę czy ostry charakter śpiewania. Pasuje on do tego co gra zespół i tutaj nie można narzekać. Niedosyt jest od strony partii gitarowych, bowiem Martino i Fabio grają dość oszczędnie i brakuje elementu zaskoczenie. Jakiegoś zrywu i czegoś co by rzuciło na kolana. Gitarzyści pokazali się nieco od rzemieślniczej strony, ale na szczęścia materiał broni się sam. Tytułowy kawałek przypomina nieco „Paranoid” wiadomego zespołu. „Never Look Back” to typowy hard rockowy kawałek, który zachwyca swoją lekkością i formą. Kto lubi szybkie, nieco speed metalowe granie ten pokocha „Doctor $”. Zespół dobrze się bawi i potrafi nawet i zaskoczyć ciekawą aranżacją. Harmonijka w „Red Bearded Man” to coś innego i może się podobać. Zespół nawet wybrnął z typowej ballady jaką jest „Silent and Deep”. Razorrock dobrze się bawił przy tworzeniu tej płyty i świetnie to uwieńczył „Rock;n roll will never die” czy w speed metalowym „Razorrock” który ma znamiona Agent Steel czy Iron Maiden. Mimo pewnych nie dociągnięć, kilku słabszych momentów jest to równy materiał, który bardzo przyjemnie się słucha od początku do końca. Zespół postawił na prostotę, na chwytliwość i energię. W efekcie dostaliśmy udany krążek, który zabiera nas do krainy w której rządzi heavy metal i hard rocka wzorowany na latach 80. Warty obczajenia album.

Ocena: 6.5/10

RADICAL DREAM - Radical Dream (1990)

W latach 80 powstało wiele kapel, które kochało mieszać heavy metal i hard rock. Jednym z takich zespołów był Radical Dream. Ta amerykańska formacja powstała w 1987 roku i działała do 1992 roku. Nagrali tylko jeden album w postaci „Radical Dream”. Nie udało im się zyskać popularności no i nic dziwnego, skoro jakość prezentowanej muzyki pozostawiała wiele do życzenia. Niskiej jakości brzmienie, które tylko zagłuszało dźwięki czy też brak pomysłów na ciekawe i godne zapamiętania hity, to tylko pierwsze z brzegu niedociągnięcia tej płyty. Radical Dream na pewno mógł porwać ciekawymi popisami gitarowymi i tutaj bracia Garcia dali niezły show. Jest trochę shredowego zacięcia, jest nutka finezji i szaleństwa, a wszystko z zadbaniem techniki. To jest z pewnością jeden z atutów tej kapeli. Jak nie wierzycie to radzę posłuchać „Guitar Solo”. Również wokal Krisa Cordero, która brzmi jak mieszanka Jamesa Hettfielda z Metaliki i Kaia Hansena z okresu „Walls of Jericho”. Bardzo specyficzny wokal, który na długo zostaje w pamięci. Już w klimatycznym otwieraczu „Crazy Girl” pokazuje na co go stać. W tym utworze można wyłapać toporny charakter, a także riff na miarę thrash metalowych produkcji. „Fight” jest nieco przekombinowany i tutaj dziwne brzmienie gitar dyskwalifikuje ten kawałek jako godny uwagi. „No Goodbey” to jeden z najciekawszych utworów na płycie. Lekki, przyjemny i niezwykle melodyjny. Nie przeszkadza tutaj hard rockowa formuła. „Rock Me” brzmi z kolei jak mieszanka Accept i Scorpions. Ballada „Tears” też ma w sobie to coś, co zachwyca. Najlepiej zespołowi w klimatach Accept tak jak to jest zaprezentowane w „Now You See Me”. Płyta jakich wiele w tamtym czasie i nie zapada w pamięci. Brzmienie i brak wyrazistych kompozycji, sprawia że ta płyta jest tylko solidna i posłuchania na jeden raz. Warto znać ten krążek choćby dla takiego „No Goodbey”.

Ocena: 6/10

czwartek, 9 kwietnia 2015

LADY REAPER - Lady Reaper (2015)

W latach 80 właściwie każda płyta tętniła życiem, emanowała z niej radość, a zespół nie grał na siłę, tylko z przyjemności i dla zaspokojenia swoich żądz. Ciężko dzisiaj o takie płyty i takie zespoły, które grają z miłości do metalu. Grają to co lubią i robią to na wysokim poziomie. No jak się dobrze poszuka to można to zauważyć u wielu młodych kapel, które imitują te zespoły z lat 80. Skull Fist czy Enforcer to dobre przykłady. Włochy też postanowili wychować swój własny band, który pójdzie w takim kierunku. Zespół, który będzie grał lekki, przyjemny dla ucha heavy metal z domieszką hard rocka, a wszystko wzorowane na latach 80. Tak z pewnością Lady Reaper to zespół, który przyniesie chwałę Włochom. To młoda kapela, która działa od 2011r jednak dopiero w tym roku udało im się wydać swój pierwszy album. Okładka nieco w stylu Edguy czy Hellion, daje znak, że zespół ma dystans do siebie i że stawia na dobry humor. Idealnie to oddaje, to co znajdziemy na płycie. Ta pozytywna energia znakomicie wybrzmiewa w rock'n rollowym „Ace of Hearts” i słychać tutaj odwołanie do Saxon, czy Motley Crue, a nawet Kiss. Kawał dobrej roboty odwala duet Red/Jekyll. Ich partie gitarowe są zagrane z polotem, energią i radością. Wszystko brzmi tak lekko i przyjemnie, że przez to płyta jest łatwiejsza w odbiorze. Właściwie na płycie jest sporo hard rocka i tutaj wystarczy przytoczyć „Tomahawk” z pewnymi wpływami Krokus. Najciekawsze kompozycje jednak to te, w których jest więcej tradycyjnego heavy metalu i NWOBHM. Taki „Spit out from Hell” czy rozpędzony „Dr. Chainsaw” to znakomity przykłady właśnie takiego grania. Spokojniejszy „Catch The moon” pokazuje jak dobrym wokalistą jest Simone, który przemyca sporo cech punk rocka. Ostatnim utworem o którym chce wspomnieć jest „Lady Reaper” i to jest kwintesencja tej kapeli. W pełni oddaje ich styl i to co gra im w duszy. Sam album jest bardzo pozytywny i słucha się go naprawdę przyjemnie. Nie ma nudnych kawałków i jakiegoś kombinowania. Jest prosta i łatwo przyswajalna muzyka. Właśnie to jest atutu i to co wyróżnia ten zespół na tle innych. Można brać w ciemno, bowiem Lady reaper nie zawodzi.

Ocena: 8/10

BLACKWELDER - Survival of The Fittest (2015)

Doczekaliśmy się czasów, że wiele muzyków szuka odskoczni od swoich macierzystych kapel, wielu z nich tworzy jakieś projekty poboczne czy też jednoczy się z innymi wielkimi muzykami w tak zwane super grupy. W tym roku sporo potworzyło się takich super grup i jedną z nich jest Blackwelder. Miło w końcu zobaczyć, że Ralf Sheepers znany przede wszystkim z Primal Fear postanowił poświęcić czas innemu zespołowi. To jest główny czynnik, który sprawił, że z większą niecierpliwością czekałem na pierwsze uderzenie zespołu. Właściwie dość cicho było wokół samego albumu. Pojawiła się w sieci mała próbka i pozostaje detale, ale dalej nic nie było wiadomo. Czas opuścić kurtynę i przedstawić wam debiutancki album tej super grupy, który nosi tytuł „Survival of The Fittest”.

Blackwelder od samego początku był postrzegany jako ciąg dalszy Seven Seraphim. W końcu to Andrew Szucs jest tym który stworzył ten zespół. Jest pan Priester znany z Angra, Englen znany choćby z Yngwie Malmsteena no i Ralf Sheepers w roli wokalisty. Mamy więc poniekąd mieszankę tych zespołów i w efekcie wybrzmiewa z płyty progresywny power metal z domieszką neoklasycznego power metalu. Wszystko opiera się na mocnej sekcji rytmicznej, pomysłowych i bardziej złożonych partiach Andrew. To on jest tutaj właściwie główną atrakcją, a jego partie są po prostu świetne. Emocje wybrzmiewają w każdej solówce i riffie. Tak powinno się grać progresywny power metal. Bez wątpienia jedna z ciekawszych płyt pod względem popisów gitarowych. Ralf też jakby więcej daje tutaj z siebie niż na ostatnim albumie Primal Fear. Można odnieść wrażenie, że Blackwelder ma do zaoferowania znacznie więcej fanom Primal Fear niż im się wydaję. Otwieracz „The night of New Moon” to taki utwór typowy dla formacji Ralfa. Jest agresja, przebojowość i coś z Judas Priest. Podobne klimaty wybrzmiewają w „Spaceman” lecz tutaj Andrew nadaje kompozycji owego progresywnego charakteru. Ciekawe klawiszowe ozdobniki i pierwsze emocjonujące solo w wykonaniu Andrewa. Jego talent i skłonności do neoklasycznego grania potwierdza instrumentalny „Adeturi”. Stonowany, podniosły, choć troszkę marszowy „Freeway of Life” też pokazuje jak zespół potrafi urozmaicić swój materiał. To nie koniec niespodzianek. „Inner Voice” wyróżnia się pomysłowym riffem i klimatem w stylu Angra. Na płycie jest pełno szybkich killerów, które są jakby mieszanką Primal Fear, starej Angry czy Yngwiego Malmsteena. Dobrze to prezentuje „With Flying Colors”, melodyjny „Remeber the Time” czy klimatyczny „Play some more”. Bardzo podoba mi się energiczny i mocny „Oriental Spell” z wyraźnym neoklasycznym charakterem. Na koniec znów mamy coś dla fanów Primal Fear. Taki nieco bardziej heavy metalowy „Judgment Day”. Nie ma słabych utworów czy nudnych momentów, które najchętniej by się wycięło.

Fani Primal Fear czy Angry bedą w siódmym niebem, z tym że nie jest to jakiś klon. Blackwelder ma gdzieś cechy macierzystych kapel muzyków, ale tutaj udało się stworzyć własny charakter, coś co brzmi dość świeżo i jest dalekie od plagiatu. Blackwelder obok Serious Black czy Shadowquest najbardziej mnie zachwycił jeśli mowa o supergrupy. Dawno nie słyszałem tak udanej mieszanki progresywnego power metalu z neoklasycznym graniem. Pozycja obowiązkowa dla fanów power metalu. Prawdziwa moc!

Ocena: 9/10

EPICURUS - Spowiedź EP (2015)

1 kwietnia 2015 roku spełniły się marzenia młodego Epicurus i światło dzienne ujrzał ich pierwszy mini album. To właśnie on jest przedmiotem niniejszej recenzji. Nadarzyła się okazja by przyjrzeć się kolejnemu młodemu zespołowi z Polski i postanowiłem wykorzystać ową szansę. Nie ma się co oszukiwać bowiem Epicurus to młody zespół, przed którym jeszcze sporo i bałem się że amatorszczyzna wygra i nie pozwoli mi się nacieszyć heavy metalem. Kiedy odpaliłem debiutancki mini album zatytułowany „Spowiedź” to doznałem szoku. Dostałem naprawdę solidny krążek, przepełniony ostrymi riffami, zgranymi melodiami, zagranym z zachowaniem nowoczesnych trendów jak i tradycyjnych rozwiązań. To jest przykład, że w Polsce też można tworzyć żywiołowy heavy metal z nutką nowoczesności.

Jednak po kolei. Epicurus powstał w 2014 r i zaczęło się od Daniela Ząbczyńskiego i Karola Fujarskiego. Szybko udało się skompletować pozostałych członków. Na perkusji zasiadł brat Karola, basem zajął się Krystian Krzywka, z którym Daniel chciał już znacznie wcześniej stworzyć zespół. Największym problem był wokal, ale tutaj zaproszono do współpracy Bartka Psurka, która udzielał się w innym zespole Daniela, a mianowicie Dispehii. Zespół szybko zaczął się dogadywać i postanowili zarejestrować swój materiał. Z jednej strony dostajemy to co zawsze w muzyce heavy metalowej, czyli szybkie, ostre riffy, melodyjne solówki, wyrazisty i czysty wokal. Lecz tym razem trzeba pochwalić zespół za umiejętność połączenia tradycyjnej konwencji heavy metalowej z nutką nowoczesności. Tutaj bardzo pomysłowo wykorzystano screami i elementy coru. Słychać, że są zapaleni i dokładni w tym co robią. Tak są głodni sukcesu i to przedkłada się na jakość prezentowanej muzyki. Na epce fakt mamy tylko 4 utwory, ale pozwalają one określić umiejętności zespołu. Pierwszym utworem na płycie jest „Spowiedź” i to jest heavy metal z pazurem. Mocny riff brzmi naprawdę soczyście i nie ma się do czego przyczepić. Utwór w całości skomponowany przez Daniela i to jest mój ulubiony kawałek z tej płyty. „Chce uciec” to z kolei kompozycja ostrzejsza i bardziej skierowana w stronę nowoczesnego metalu. Dalej mamy „Wybór”, który brzmi jak mieszanka stylów Judas Priest i Iron Maiden. Całość zamyka mroczniejszy „Mój Kraj” i tutaj zespół ociera się o power/thrash metal. Jest to mocniejszy utwór, ale wciąż jest to melodyjne i chwytliwe granie.

To tylko epcka, tak więc też w pełni nie ukazuje tego co potrafi Epicurus. Jednak naświetla nam ich styl i umiejętności. Grać potrafią, mają pomysł na siebie i dobrze się rozumieją. „Spowiedź” to solidna porcja heavy metalu, w którym dochodzi do skrzyżowania tradycyjnego heavy metalu z tą nowoczesną odmianą. Efekt jest satysfakcjonujący i nic tylko czekać na pełnometrażowy album.

Ocena: 8/10

SENSORIUM - The Art of Living (2015)

Michael Timoshko, Sasha Korg i Sergey Golikov to osoby, które przyczyniły się do powstania Sensorium. To jest młoda kapela pochodząca z Izreala, która gra mieszankę progresywnego power metalu i symfonicznego metalu. Może nie jest to muzyka w jakiś stopniu nowa czy świeża, ale z pewnością potrafią zaciekawić i przyciągnąć słuchacza. Mimo że grają dopiero 3 lata i dopiero teraz pokazują światu swój pierwszy album zatytułowany „The art of Living”, to jednak nie dają po sobie tego poznać. Podobnie jak w innych tego typu zespołach kluczową rolę odgrywa wokalistka. Tutaj Ksenia Glonty prezentuje wysoki poziom i jej operowy głos dodaje kompozycjom klimatu jak i symfonicznego charakteru. To właśnie dzięki niej skojarzenia z Within Temptation, Epica czy Nightwish. Jednak to nie jest tak, że poza atrakcyjnym wokalem izraelski band nie ma już nic do zaoferowania. Energiczna i pełna urozmaicenia sekcja rytmiczna czy zgrany duet gitarzystów to kolejny cechy które potwierdzają, że Sensorium to nie jakiś amatorski band, który nie wie jak porwać fanów takiej muzyki. Zespół zadbał o brzmienie, które podkreśla talent zespołu. Jest czyste i idealnie pasuje do zawartości. Właśnie okładka troszkę amatorska za wiele nie zdradza i z pewnością mało kto by obstawił, że czaka nas całkiem przyjemna i przemyślana muzyka z kręgu symfonicznego power metalu. Po krótkim intrze atakuje nas energiczny „Consumed” i to jest taki ukłon w stronę europejskiego power metalu z lat 90. Utwór nie tylko wyróżnia się szybszym tempem ale naprawdę udanym riffem. Na płycie jest znacznie więcej takich pozytywnych momentów. Jednym z nich jest „Haunting Verity”, w którym jest nutka elektroniki, melodyjny „Moments of Hope, czy rozbudowany „People of the Midnight Lands”. Nie ma mowy o graniu na jedno kopyto czy nudzie i zespół znakomicie sobie radzi by nie popaść w monotonność. Takie killery jak „End of the World” czy „Illusion” to dobre petardy, które przyprawiają o ciarki. Właśnie takie rozwiązania na tej płycie zachwycają i proszą się o owacje na stojąco. Zespół mając dość ograniczone pole manewru wybrnął z tego zaułku i nagrał album pełen emocji i metalowych uniesień. Jest podniosły klimat, jest energia, heavy metalowy pazur, jest dojrzałość i bogate aranżacje. Nie da się przejść obok takiej płyty obojętnie. Fani symfonicznego metalu i takich kapel jak Epica czy Nightwish będą w pełni zachwyceni. Sensorium to jeszcze póki co mały znany band z Izraela, ale to jest przykład, że tam heavy metal też jest i ma się całkiem dobrze. Kolejne miłe zaskoczenie roku 2015.

Ocena: 7.5/10

środa, 8 kwietnia 2015

JETTBLACK - Raining Rock (2012)

A co powiecie na energiczny hard rock w stylu Sinner, Airbourne czy Ac/Dc? Jednym z takich moich odkryć, którym się jeszcze nie chwaliłem tutaj jest brytyjski Jettblack. Działają od 2007 roku i wyróżnia ich zapał, a także umiejętność wymieszania hard rocka, heavy metalu, jest coś z lat 80, coś z 90, jest nowoczesne, soczyste brzmienie, a wszystko znakomicie zmiksowane w spójną całość. Wyróżnia ich charyzmatyczny frontman, który ma prawdziwy hard rockowy wokal. Jest chrypa, jest pazur i miłość do hard rocka. To przedkłada się na jakość granej muzyki. Zespół potrafi się dobrze bawić, a szaleństwo której pojawia się w partiach gitarowych to klucz do sukcesu. Właśnie dzięki takiemu podejściu ich album „Raining Rock” spodobał się fanom i zgarnął pozytywne recenzje. Mnie to wcale nie dziwi, bo faktycznie jest to bardzo przemyślany i dopracowany album, w którym przeszłość spotyka teraźniejszość. Po krótkim itrze zabawę rozpoczyna „Raining Rain” i to bardzo udany hołd dla starego Def leppard. Kawałek jest prosty, chwytliwy i zakorzeniony w latach 80. Mocny riff i współpraca gitarzystów, to cechy, które nie raz się pojawią na tym wydawnictwie. Jest też i komercja, bo bez tego ciężko sobie wyobrazić solidny i urozmaicony hard rockowy album. „Prison of Love” to przykład takiej kompozycji, choć i tutaj doszukać się można starego Deep Purple czy Def Leppard. Szybszy, bardziej metalowy „System” to jeszcze inna para kaloszy. Tutaj zespół pokazuje pazur i to że potrafią grać ostrzej. Płytę promował z dość dobrym skutkiem spokojniejszy „Black Gold”.Płyta jest naszpikowana ciekawymi, chwytliwymi melodiami co potwierdza taki „Something about this Girl” czy rock'n rollowy „Temptation”, w którym można wyłapać patenty Ac/Dc. Stonowany, marszowy „In Between Lovers” też ma swój urok i jest niezbitym dowodem na elastyczność muzyków z Jettblack. Coś z Zz Top można wyłapać w energicznym „Side of Road”. Jako bonus można spotkać „Raining Rock” z Udo Dirkschneiderem i to dopiero jest ciekawa wersja. Nie ma słabych momentów, nie ma wad, za które można by skarcić ten album. Solidny hard rock z domieszką heavy metalu. Nic tylko słuchać i słuchać.

Ocena: 8/10

wtorek, 7 kwietnia 2015

NIGHTMARE - The Will to Overpower (2015)



Nightmare to popularna nazwa w metalowym światku. Ta najbardziej znaną kapelą o takiej nazwie jest formacja heavy/Power metalowa prosto z Francji. Nie można jednak też zapominać bez wątpienia też o kolumbijskim Nightmare, który specjalizuje się w graniu tradycyjnego heavy metalu stylizowanego na twórczość Iron Maiden, Saxon czy Judas Priest. Kiedy patrzy się na logo i zdjęcia zespołu to aż ciężko uwierzyć, że Nightamre zrodził się w 1999r. W tym szoku nas tylko utwierdza muzyka i styl w jakim zespół się obraca.  Sekcja rytmiczna brzmi jak ta z Iron Maiden, wokalista Ripper brzmi troszkę jak Rob Halford w latach 70. To wszystko sprawia, że jeszcze bardziej czujemy się jak w latach 80. Nawet brzmienie zespół wykreował na miarę płyt z lat 80. Wszystko brzmi klasycznie i właściwie nie ma tutaj większej filozofii. Ma być prosto i chwytliwie.  Właściwie nie ma większego zaskoczenia czy poszukiwanie czegoś świeżego. Tutaj nawet gitarzyście dość oszczędnie grają, ale wszystko z zachowaniem odpowiedniego poziomu. Zespół ma za sobą już 3 albumy, a najnowszy „the Will to Owerpower” ukazał się po 5 letniej przerwie. Mamy 10 utworów dających 45 minut muzyki, tak więc i tutaj zespół postanowił nawiązać do lat 80. Zaczyna się od speed metalowego „Sex” i to dobrze rokuje jeśli chodzi o dalszą część. „Sabotage” to również szybsza kompozycja, która zachwyca niezwykle melodyjnym riffem, wzorowanym na twórczości Iron Maiden.  W klimatach Scorpions jest utrzymany „Hard rock” czy „Singing of the Witches”.  Tam gdzie zespół przyspiesza są emocje i od razu taki “The upcoming madness” czy energiczny „Ride The Fire” przyprawiają o szybsze bicie serca. W takiej właśnie stylizacji zespół wypada najlepiej. Tak więc mamy muzykę wtórną i oklepaną, ale miłą w odbiorze, która jest dobrą formą rozrywki zwłaszcza dla tych którzy lubią heavy metal w stylu lat 80.

Ocena: 7/10