poniedziałek, 26 września 2016

ASTRALION - Outlaw (2016)

Nagrać dobry debiut to jedno, ale podtrzymać wysoki poziom i swój styl to drugie. Fiński band o nazwie Astralion to jeden z tych zespołów, który oczarował swoim debiutem w postaci „Astralion”. Płyta ukazała się w roku 2014, a brzmiała jakby ukazała się w połowie lat 90, kiedy to był boom na power metalu. Wpływy Sonata Arctica, Freedom Call, Stratovarius, Firewind czy Gamma Ray są słyszalne w muzyce Astralion. W sumie jest to normalnie, zwłaszcza kiedy weżnie się pod uwagę fakt, że zespół ten tworzą muzycy znani z Olympos Mons. Debiut to była prawdziwa uczta dla fanów melodyjnego power metalu. Był to zbiór energicznych hitów, utrzymanych w szybkim tempie, w których główną rolę odgrywały pomysłowe riffy, złożone solówki i poniekąd prostota. Wszystko ubarwił wokal Iana, który wciąż ma w sobie to coś. Technika i umiejętność odnajdywania się w wysokich rejestrach to bez wątpienia atuty tego pana. Na nowy album przyszło czekać nam 2 lata i cały czas się zastanawiałem, czy zespół podoła i stworzy album na miarę świetnego debiutu. Moje wątpliwości zostały rozwiane i śmiało mogę stwierdzić, że „Outlaw” to wycieczka w znane mi rejony, ale nie ma mowy tutaj o nudzie i powielaniu kiepskich pomysłów. Zespół bierze na warsztat elementy znanych bandów i tworzy coś własnego. Wszystko jest tak jak na debiucie, tylko materiał jest bardziej dopieszczony i słychać, że zespół się rozwinął przez ten czas. Soczyste brzmienie, które podkreśla melodyjność i wyszkolenie techniczne zespołu odgrywa znaczącą rolę. Na tym jednak nie koniec. Rozwinęła się współpraca gitarzysty Newmanna i klawiszowca Henry'ego. Wzajemnie się uzupełniają i tworzą ciekawe linie melodyjne. Jest radość, pozytywna energia w tych melodiach, a owa słodkość została dobrze wyważona. Jeśli ktoś szuka klasycznego power metalu na wysokim poziomie, który zabierze nas do lat 90, ten powinien sięgnąć po nowy album Astralion. Nie ma tutaj słabych punktów, a każdy utwór to prawdziwa jazda bez trzymanki. Na start mamy „Deathphone”, który atakuje nas mocnym riffem i ostrzejszymi zagrywkami Newmanna. Można tutaj doszukać się wpływów Gamma Ray. Urok fińskiego power metalu uświadczymy w rozpędzonym „Black Adder”, który mógłby zdobić album Stratovarius, Symfonia czy Sonata Arctica. Klawiszowiec daje upust swojemu talentowi i wyszła z tego utworu niezła petarda. Niby oklepany styl, ale dostarcza tyle frajdom maniakom tego gatunku. Stonowany i nieco rockowy „Be careful what You Wish For” wpasowuje się w styl Helloween z ostatnich płyt. Kawałek nieco inny, ale podtrzymuje wysoki poziom zawartej muzyki. Najlepiej zespół jednak radzi sobie w szybkich kawałkach i najlepszym tego dowodem jest rozpędzony „Nightmares never Give Up”. Stonowany „Wastelands of Ice” też ukazuje bardziej heavy metalowe oblicze, ale to dobrze, że zespół potrafi być elastyczny i stać ich na jakieś zaskoczenie. Tytułowy „The Outlaw” przypomina nieco „Breaking the silence” z repertuaru Firewind. Znów zespół pokazuje pazur i swój talent. Dość łatwo przychodzi im stworzenie ciekawej i wciągającej melodii. Ostrzejszy „Ghost of Sahara” o progresywnym zacięciu potwierdza tylko ten stan rzeczy. Całość zamyka kolos „The great palace of the Sea” w którym nie brakuje folkowych zacięć i nawiązań do twórczości Running Wild. No dawno nie słyszałem tak udanego i wciągającego kolosa, który nie nudzi. To jest najlepsza wizytówka tego albumu i niezbity dowód na potencjał jaki drzemie w tej kapeli. Brawo Astralion, oby jak najwięcej takich albumów jak „ Outlaw”. Dzięki takim kapelom i takim album power metal wciąż ma się dobrze i wciąż potrafi dostarczyć tyle radości. Jedna z tych płyt, którą każdy fan power metalu powinien mieć w swoich zbiorach.

Ocena: 9.5/10

sobota, 24 września 2016

CHARRED WALLS OF THE DDAMNED - Creatures watching over the dead (2016)

Jednym z tych wokalistów, który nieco marnuje swój talent jest bez wątpienia Tim Ripper Owens. Grał z Yngwie Malmsteenem, z muzykami z Dio Disciples, w Judas Priest, Beyond Fear czy w Iced Earth i jakoś nigdzie nie potrafił zagrzać dłużej miejsca. Szkoda, bo ma świetny wokal i znakomicie radzi sobie z różnymi kawałkami. Jedynym bandem, który jeszcze jako tako żyje i pozwala wykazać się Timowi jest Charred Walls of The Damned. Band ten powstał z inicjatywy muzyków znanych z takich kapel jak Iced earth, Testament czy Death. Dwa pierwsze albumy okazały się naprawdę udane i przyszły zespołowi bardzo szybko. Na „Creatures watching over dead” przyszło poczekać fanom aż 5 lat. Ten długi czas nie wpłynął na styl grupy ani też na jakość muzyki, bowiem dalej jest ciekawa mieszanka heavy/power/thrash metalu. Mocnym atutem jest tutaj bez wątpienia amerykański charakter kompozycji, mroczny klimat, a także niesamowity Tim, który wciąż potrafi zaskoczyć. Sam album to gratka dla fanów Iced Earth, Judas Priest czy Nevermore. „My eyes” to treściwy otwieracz, który oddaje to co najlepsze w tym zespole. Mocny riff i duża dawka melodyjności, to jest właśnie to. CWOTD wciąż brzmi ostro i mrocznie, a właśnie to jest atut w ich kompozycjach. Jeszcze szybszy i bardziej thrash metalowy „The Soulless” nie daje już żadnych złudzeń. Panowie wciąż potrafią grać na wysokim poziomie. Mocny kawałek, który na długo zostaje w pamięci. Wolniejszy „Afterlife” urzeka formą i nieco rockowym klimatem. Nutka nowoczesności, echa hard rocka i to jest coś co wyróżnia stonowany „As i Catch my Breath”. To tylko pokazuje jak zróżnicowany i dopracowany jest materiał. Nie ma mowy o monotonności czy wałkowaniu jednego motywu. Kto lubi mieszankę power/thrash metalu i Judas Priest na pewno po lubi energiczny i niezwykle melodyjny „Reach into the light”. Końcówka płyty jest również emocjonująca bo pojawia się stonowany i ostry „Living in the shadow of yesterday”. Całość zamyka kolejna petarda i tutaj „Time has passed” naprawdę zaskakuje. Mam nadzieję, że to pozwoli Timowi zostać na dłużej w branży i przede wszystkim pozwoli zostać nieco dłużej w jednej kapeli. Nie ma co marnować takiego talentu jaki posiada Tim. Nowy album Charred walls of the damned to mocna rzecz, które jest dedykowana maniakom heavy/power/thrash metalu.

Ocena: 8.5/10

piątek, 23 września 2016

ABRASION - Leave Your mark (2016)

Brazylia kryje wiele ciekawych zespołów, zwłaszcza te, które grają heavy/power metal. Co raz więcej płyt pojawia się z tamtego rejonu. Nie brakuje głodnych sukcesów debiutantów, ale i też stare bandy starają się nie odpuszczać. Niektóre zespoły powracają do biznesu po dłuższym zastoju i też chcą pokazać, że nie zatracili swoich umiejętności. Tak też jest z Abrasion, który powstał w 1993 roku i wydał nawet swój debiutancki album. Jednak na drugi album przyszło czekać nam 15 lat. Jednak warto było, bo „leave Your mark” to dojrzały i przemyślany krążek. Nie ma mowy o czymś nowym czy zaskakującym, a mimo to płyta może się podobać. Muzycy grają prosto z serca i słychać potencjał jaki w nich drzemie. Słychać też na nowej płycie, że panowie kochają to co robią i znają się na rzeczy. Płyta tętni własny życiem i każdy utwór to kwintesencja heavy metalu wymieszanego z power metalem i hard rockiem. Aldo Carmine to lider tej grupy i to jego wokal oraz popisy gitarowe napędzają to wydawnictwo. Bez niego nie było by Abrassion ani tak udanego albumu. Miła dla oka okładka sprawdza się w roli zaproszenia. Od razu chce się odpalić ten album i sprawdzić na co stać ten band. Niespodzianka czeka nas właściwie na samym starcie. Tytułowy „Leave Your Mark” ma kopa i heavy metalowego ognia. Ostry riff nadaje kompozycji agresywności i power metalowego charakteru. Fani Primal Fear czy Gamma Ray pokochają ten otwieracz. Duch NWOBHM wybrzmiewa w rytmicznym „The frontier”, który nawiązuje do Iron maiden czy Saxon. Kolejny rasowy przebój na płycie i apetyt rośnie z każdym kawałkiem. Echa Accept czy Dokken słychać w hard rockowym „all kinds of feelings”. Dobrze wypadają też szybkie kawałki i tutaj energiczny „Metalize” znakomicie to odzwierciedla. Przypomina się stary dobry Judas Priest. Najostrzejszym kawałkiem na płycie jest nieco surowszy „No Diplomacy”, który momentami ociera się o twórczość Megadeth. Całość zamyka świetny i melodyjny „Eternal Flame”, który najlepiej oddaje potencjał zespołu i jakość tej płyty. Dla wielu mało znany band, dla wielu kapela, która można sobie odpuścić. Jednak warto zmienić nastawienie i sięgnąć po najnowsze dzieło brazylijskiej formacji. Sprawdzone patenty to nie zawsze znaczy nuda i niska jakość materiału. Abrasion to dobry przykład tego zjawiska.

Ocena: 9/10

wtorek, 20 września 2016

RAMPART - Codex Metalum (2016)

Rampart to propozycja w kategorii klasycznego heavy metalu prosto z Bułgarii. Jest to kolejna kapela, która mocno inspiruje się latami 80. Nie chce kombinować, tylko odtworzyć znane nam elementy. Wokalistka Maria Diese założyła ten band w roku 2006 w celu grania klasycznego heavy metalu, który przypomni nam najlepsze lata Wizard, Picture, Iron maiden, Judas Priest, czy Lonewolf. Mają za sobą 3 albumy, a „Codex metalum” to ich najnowsze dzieło, które ma podbić serca maniaków czystego heavy metalu mocno osadzonego w latach 80. Nie brakuje mocnych punktów i prawdziwych atutów. Mocne, soczyste brzmienie, miła dla oka okładka, czy praca gitarzystów to bez wątpienia elementy, które podwyższają standard najnowszego albumu Rampart. Co może irytować to wtórność i wokal Marie, który momentami drażni. Nie po drodze jej z techniką, przez co często śpiewa intuicyjnie. Kiedy wkracza otwieracz „Apocalypse of Theatre” to od razu wiadomo, że nie jest to band pierwszoligowy. Brakuje troszkę ogłady i elementu zaskoczenia. Wszystko jest ugrzecznione i przewidywalne. Praca gitar to motor napędowy Rampart i to właśnie dzięki Sebastianowi i Victorowi utwory nabierają uroku. Riffy są zadziorne i na swój sposób agresywne. Nutka toporności i melodyjności, a kompozycje od razu są łatwiejsze w odbiorze. To słychać choćby w epickim „The Metal Code” czy speed metalowym „Sacred Anger”. Zdecydowanie zespół znacznie lepiej radzi sobie z takimi petardami jak „Into the Rocks”, które stanowią główną atrakcję tego wydawnictwa. Najsłabszymi kawałkami na płycie są „Of Nightfall” oraz „Colours of the Twilight”, które są nijakie i pozbawione pomysłowości. Na sam koniec płyty mamy cover Blind Guardian w postaci „Majesty”. Ciężko ocenić ten cover. Początek z pozytywką i zmienioną melodią potrafi zaskoczyć pozytywnie. Energia może jest, ale praca gitar i słaby wokal Marie kładą cały utwór. Szkoda. Sam album nie jest zły, miewa momenty i kilka ciekawych kompozycji. Niestety jest to druga bądź trzecia liga. Jednym słowem, posłuchać i odstawić na półkę.

Ocena: 6/10

sobota, 17 września 2016

MARAUDER - Bullethead (2016)

Było kwestią czasu kiedy grecki Marauder wyda kolejny album, w końcu co jaki czas wydają nowe wydawnictwo, które potwierdza że jeszcze mają coś do powiedzenia. Słyną z tego, że grają klasyczny metal z domieszką power metal, a wszystko oczywiście w epickiej stylizacji. Każdy kto lubi muzykę Omen, Dio, Saxon, Hammerfall, Virgin Steele czy Demon, ten z pewnością odnajdzie się w świecie tej kapeli. Nie tworzą niczego nowego, ani też nie dokonują rewolucji. Grają swoje i robią to na całkiem przyzwoitym poziomie, co zresztą nie raz pokazali. Najnowsze dzieło w postaci „Bullethead” to 6 krążek, który ukazał się po 4 letniej przerwie. Ten album otwiera nowy rozdział Marauder, bo w końcu jest to pierwszy album z Nikosem w roli wokalisty. Do muzyki greckiego bandu wnosi sporo toporności i mrocznego klimatu. Minusem jest to, że momentami ciężko przebrnąć przez materiał zawarty na płycie. Dowodem na to jest stonowany „Metal Warriors”, który ukazuje pewne niedociągnięcia materiału. Mimo pewnych wad, również tych w sferze brzmieniowej to jednak muzyka potrafi dostarczyć emocji. Epicki i rozbudowany otwieracz „Son of Thunder” ma w sobie coś magicznego i wciągającego. Szybki i melodyjny „Spread Your Wings” to z kolei przykład, że i petard nie brakuje na nowym albumie. Zespół często sięga po sprawdzone chwyty z lat 80 i to się sprawdza. Hard rockowy i zadziorny „Tooth Nail” to taka wycieczka do twórczości Accept czy Grave Digger. Marszowy „Dark Legion” to ukłon w stronę epickiego heavy metalu w stylu Omen, czy Cirith Ungol, zaś „Predators” czy „Echoes in the Dark” to hołd dla niemieckiej toporności heavy metalowej. Końcówka płyty w postaci „Shadowman” i „Set me Free” to uczta dla fanów NWOBHM. Jak widać Marauder urozmaicił swój nowy materiał i zadbał o przebojowy charakter kawałków. Nowy album nie wnosi nic nowego do ich twórczości, ale pokazuje jak ten zespół jest ważny dla greckiej sceny metalowej. Warto znać „Bullethead”, który jest miłą mieszanką epickiego heavy metalu i power metalu.


Ocena: 7.5/10

środa, 14 września 2016

DISTANT PAST - Rise of The Fallen (2016)

Jednym z ciekawszych zespołów ostatnich lat jakie się pojawiły w progresywnym światku jest Distant past. Ta szwajcarska formacja, która powstała w 2002 r z inicjatywy Adriano Troiano ma na swoim koncie 5 albumów, liczne koncerty i występy u boku wielkich kapel. Swój styl kształtowali na przestrzeni 14 lat i doszli już do pewnego poziomu, który nie zawodzi bardziej wymagających słuchaczy. Z jednej strony panowie nie tworzą niczego nowego ani ponadczasowego, ale nie można im odmówić dobrych pomysłów na kompozycje i ciekawych aranżacji. Jednym słowem każdy kto lubi dużą dawką melodyjności, przebojowości w power metalu ten będzie zadowolony. Szwajcarski band swoją moc czerpie z gitarowego duetu Curty/Schafer. Panowie często stawiają na wyraziste, intrygujące riffy, które porywają słuchacza swoją lekkością i ciekawą formą. Wykonanie naprawdę stoi na wysokim poziomie. Choć stylistycznie panowie przypominają wiele znanych bandów, to jednak potrafi stworzyć coś własnego. Ostatnie dzieło „Rise of The Fallen” ukazał się w tym roku i właściwie to jest to do czego przyzwyczaił nas ten band. Mamy dynamikę, energiczne solówki, ciekawe aranżacje i trafione melodie, które czynią ten album prawdziwym skupiskiem hitem. Dobrze się stało, że płyta nie została zdominowana przez progresywną konwencję. Nowy album przyciąga uwagę klimatyczną i dobrze skonstruowaną okładkę. Postać Jezusa i diabła w odpowiedniej kolorystyce robi wrażenie. Również brzmienie stoi na wysokim poziomie. Każdy z tych elementów składa się na wysoki poziom wydawnictwa. Już sam otwieracz „Master of Duality” to kwintesencja power metalu i progresywnego heavy metalu. Mocny i zadziorny riff pełni tutaj kluczową rolę, a nutka przebojowości dodaje lekkości kawałkowi. Troszkę toporniejszy „Die As One” to kawałek który pokazuje umiejętności gitarzystów. Zespół potrafi płynnie przejść do marszowego tempa i takiej rycerskiej formy w „ark of Saviour”, który jest kolejny mocnym punktem tej płyty. Zespół trzyma równy poziom i kolejne pozycje w postaci zadziornego „Scriptual Truth” czy mrocznego i bardziej thrash metalowego „Redemption” to tylko potwierdzają. Jednym z najciekawszych utworów na płycie jest rozbudowany „Heroes Die”, który ukazuje progresywność zespołu. Całość zamyka klimatyczny i bardziej epicki „By the light of the morning star”. Płyta kończy się dość szybko, ale emocje pozostają na długo. „Rise of The Fallen” mimo swojej wtórności robi spore wrażenie i imponuje lekkością i dobrze wyważonym materiałem, który nie przytłacza nadmiarem progresywnych elementów. Szwajcarski Distant Past znów pokazał swój potencjał i niezwykłe umiejętności w rejestrowaniu ciekawego i wciągającego materiału. Polecam.

Ocena: 8/10

niedziela, 11 września 2016

KAI HANSEN & FRIENDS - XXX Three decades in metal (2016)

Wiele znanych muzyków w swojej karierze muzycznej dorobiło się solowych albumów. W muzyce rockowej czy metalowej było już całkiem sporo takich przypadków, ale przez te 30 lat mój idol Kai Hansen jakoś się nie dorobił swojej. Co prawda początkowo pierwszy album Gamma Ray miał być takim solowym albumem. Jednak Gamma Ray stała się zespołem z prawdziwego zdarzenia, który był swoistą kontynuacją tego co Kai robił w Helloween. Choć nie było czasu na własny solowy album, to jednak Kai hansen stał się bogiem power metalu i w sumie dzięki temu że pozwolił rozwinąć skrzydła wielu innym kapelom z tego kręgu. Pomógł błysnąć Blind Guardian, nabrać wiatru w żagle Iron Savior, czy Primal Fear. Wiele niemieckich zespołów jest gdzieś powiązana z twórczością Gamma Ray, Helloween czy właśnie Kaiem. Przyszedł czas w końcu na Kaia i jego solowy album.


Nic dziwnego, że wiele tych osób którym pomógł zaprosił do swojej pierwszej solowej płyty. Sama płyta zrodziła się tak po prostu naturalnie, bez silenia się na konkretny cel. Kai po prostu zebrał muzyków, zaczął pisać utwory bez granic, bez określonych ram, stawiając świeże spojrzenie. Do współpracy zaprosił basistę Alexa Dietza (Heaven shall burn), gitarzystę Erika Freese'a oraz perkusistę Daniela Wildinga znanego z Carcass. „XXX – three decades in metal” to pozycja, która rzeczywiście obrazuje 30 lat działalności Kai'a w heavy metalu, tak jak zresztą to opisywał w wywiadach. Cieszy na pewno lista gości, których zebrał lider Gamma Ray. Jest Piet Sielck, jest Tobias Sammet, Ralf Sheepers czy Hansi Kursch. Dzięki nim płyta jest bardziej zróżnicowana i nie przewidywalna. Problemem jednak jest zbyt duża ilości komercji w niektórych kompozycjach i brak przebojowości do jakiej przyzwyczaił nas Kai na przestrzeni lat. Jasne, fajnie się tego słucha, są mocne momenty, ale jako całość to można poczuć niedosyt i brak sporej ilości power metal. Dominuje w sumie nowoczesny hard rock i mocny heavy metal.

Płytę promował otwierający „Born Free” i to bardzo solidny kawałek z mocnym riffem w pisującym się w twórczość Gamma Ray i pokazuje też fascynację Judas Priest. Radosny wydźwięk kawałka też znakomicie oddaje to jaką osobą jest Kai. Najlepszym utworem na płycie jest rozbudowany, marszowy „Enemies of Fun” w którym świetnie sprawdza Ralf i Piet. Mocny, urozmaicony kawałek, który przypomina „To the Metal” czy „Metal Gods” Judas Priest. To jest właśnie cały Kai i tutaj jest ten geniusz do tworzenia hitów. Szkoda, że cały album nie jest taki jak ten kawałek. Z kolei „Contract song” brzmi jak mieszanka „Master of Confusion” i „Between the hammer and the anvil” Judas Priest. Schody zaczynają się w średnim „Making headlines” w którym występuje gościnnie Tobias Sammet. Utwór troszkę nijaki i taki płaski. Brakuje ognia i jakiegoś takiego zaskoczenia. Jest to tylko solidny kawałek, który przypomina „Mother Angel”. Nie mogło zabraknąć Micheala Kiske czy Franka Becka, którzy fajnie się uzupełniają w rozpędzonym „Stranger in Time”, który jest jednym z nie wielu power metalowych utworów. Ten kawałek to taki hołd dla czasów Helloween z lat 80. „Fire and Ice” jest bardziej komercyjny, choć nie brakuje ciekawych momentów tutaj, zwłaszcza mocnym punktem tutaj jest ciężki riff i nieco mroczniejszy klimat. Zaczyna się w tym momencie część mało metalowa, a bardziej rockowa. Ciężko dopasować to do twórczości Kaia. „Left behind” czy „All or nothing” to kompozycje bardziej nowoczesne, bardziej rockowe i mało metalowe. Gdyby nie wokal Kai to bym nie pomyślał, że wyszło to od człowieka, który stworzył power metal, Gamma ray czy Helloween. Dalej mamy nieco żywszy „Burning Bridges” w którym wokalnie udziela się gitarzysta Freese. Obok dwóch pierwszych utworów najlepszym na płycie kawałkiem jest power metalowy „Follow the Sun” z świetnym występem Hansiego z Blind Guardian. Tak to jest to do czego nas Kai przyzwyczaił na przestrzeni lat. Szkoda, że tak mało jest takich petard na tym albumie.

Kocham Kai, mam obsesję na jego punkcie. Uwielbiam to w jaki sposób komponuje muzykę, cenię jego geniusz gitarowy i to jaką osobą jest. Niestety solowy album „XXX three decades in metal” sprawia że mam mieszane uczucie. Cieszę, że Kai wydał nowy album, że mogę posłuchać nowych jego utworów. Jednak nie przekonuje mnie do końca komercyjny charakter i nieco rockowy feeling tej płyty. Na płycie nie brakuje ciekawych momentów, jak i elementów zaskoczenia. Całościowo album jednak troszkę rozczarowuje i gdzieś szybko przepada w natłoku wielu innych, ciekawszych płyt. Szkoda, pozostaje tylko czekać na nowy album Gamma Ray.

Ocena: 5.5/10

THE SILENT RAGE - The Deadliest Scourge (2016)

The Silent Rage to kolejny debiutujący band na greckiej scenie metalowy i kolejny ciekawy młody zespół, który ma pomysł na siebie i muzykę z pogranicza heavy/power metalu. Stylistycznie The Silent Rage przypomina momentami Rage, Inner Wish, Nightmare czy Grave Digger. Jest to mocny heavy/ power metal, który oparty jest na mocnych riffach, wyrazistych melodiach i dużej dawce przebojowości. W dzisiejszych czasach pełno jest takich kapel i żeby się wyróżnić trzeba czegoś więcej niż dobrych utworów. Trzeba mieć uzdolnionego gitarzysty, który na swoje barki weźmie ciężar tworzenia linii melodyjnej i całej warstwy instrumentalnej. Wokalista musi być specyficzny i przyciągać uwagę swoim talentem. Ma nadawać kompozycjom pazura i odpowiedniego charakteru. W The Silent Rage tak właśnie jest. Steve Vernardo śpiewa agresywnie i dzięki niemu każdy utwór brzmi wyjątkowo dobrze. W samych lewatywach można pisać o duecie gitarzystów Nikos/Kostas, który napędza całość tej kapeli. Panowie dają czadu i to właśnie dzięki nim debiutancki album „The deadliest scourge” jest mocny i energiczny. Ci co jeszcze nie natknęli się na grecki band powinni wiedzieć,że kapela powstała w 2006 r z inicjatywy gitarzysty Nikosa. Nagrali kilka mini albumów, dem, ale dopiero teraz po 10 latach udało się wydać debiutancki album. Najciekawsze jest, że w ogóle nie słychać, że mamy do czynienia z debiutantami. Płyta jest soczysta, dynamiczna i zawiera wiele ciekawych i wciągających kompozycji. Rozpędzony i nieco toporny „My race won't last” to dobry otwieracz i przykład, że band czerpie garściami z niemieckiej sceny metalowej. Nie jest to jakiś powiew świeżości na scenie heavy/power metalowej, ale co zadziwia to pomysłowość. Dobrze dopasowane motywy i elementy stanowią zgraną całość. Tytułowy „The Deadliest Scourge” jest jeszcze bardziej agresywny i momentami ociera się o thrash metal. Zespół jest pewny swoich aranżacji i czerpie z tego radość. Nie ma silenia się na konkretne melodie i w zasadzie wszystko jest takie naturalne i zagrane z miłości do metalu. Szybkość i melodyjność na miarę twórczości Gamma Ray czy Helloween to atuty przebojowego „Stormwarrior”. Właśnie to jest niezbity dowód na to, że w kapeli drzemie olbrzymi potencjał. Pozytywnie emocje wzbudza też ostrzejszy „Sin of a Pilgrim”, który zabiera nas w rejony Judas Priest. Ta płyta mimo oklepanych rozwiązań potrafi zaskoczyć i zaimponować słuchaczowi. Kiedy wkracza nieco nowoczesny i toporny „Proselytize The Masses” to od razu wiadomo, że zespół stara się tworzyć własny styl, bez wdawanie się w niepotrzebne klonowanie wielkich zespołów. Do grona ciekawych kompozycji warto zaliczyć nieco hard rockowy „The Right to dream”, czy rytmiczny „A piece of Eden”, który ukazuje bardziej progresywną stronę zespołu. Całość zamyka klimatyczna ballada „Shadow spirit”. Każdy z zawartych na płycie utwór to kawał dobrze wyważonego heavy/power metalu. Nacisk został położony na mocne, nieco przybrudzone brzmienie, na ciekawe melodie i ostre zagrywki gitarowe. W efekcie powstał naprawdę solidny i warty uwagi album, który w dobrym świetle stawia ten młody i utalentowany band. Kolejny grecki band imponuje swoim kunsztem, techniką i pomysłowością. Jednym słowem grecka scena metalowa rośnie w siłę.

Ocena: 7.5/10

czwartek, 8 września 2016

BASTARD NATION - Decleration DAy (2016)

8 lat to kawał czasu i tyle przyszło czekać fanom Bastard nation na najnowsze dzieło. Przez ten czas może wiele się zdarzyć i często ma to negatywny wpływ na muzykę danego zespołu. Na szczęście Bastard Nation wykazał się doświadczeniem i zapobiegł temu. Nawet udało się rozwinąć skrzydła i nagrać ciekawszy album od „Birth of a Nation”. Na drugim albumie jest wszystko więcej i można odnieść wrażenie, że zespół włożył w niego więcej serca i zaangażowania. W efekcie „Decleration
Day” to ciekawa pozycja dla maniaków niemieckiego heavy/power metal. Taki styl właśnie preferuje ten band i nie powinno nikogo zdziwić skojarzenia z Running Wild, Grave Digger czy Brainstorm. Panowie starają się brzmieć klasycznie i wpływy z lat 80 słychać. Nawet brzmienie zostało odpowiednio dopasowane. Jest nieco surowe, ale podkreśla ciekawe i urozmaicone zagrywki gitarowe. Duet Timo/ Oliver sprawdza się i panowie rozumieją się wzajemnie. Mocne riffy, które nawiązują do klasyki gatunku i złożone, pełne finezji, lekkości solówki to jest właśnie to co napędza nowy album. Muzycy są utalentowani i dzięki ich umiejętnościom i pomysłowości dostajemy solidny materiał. Zadziorny i rytmiczny „Mary Celeste” z wyraźnymi wpływami Accept czy Saxon sprawdza się jako otwieracz. Więcej power metalu, w takim amerykańskim wydaniu mamy w szybszym „Another World”. Duch Running Wild można usłyszeć w pirackim „The master of the Seven seas”, który jest jednym z najciekawszych utworów na płycie. Ciekawe zagrywki gitarowe i lekkie solówki mamy w rytmicznym „Black Fleet”. Coś z Iron Maiden usłyszmy w przebojowym „Desert Son” czy „Rising Fortune”. Nie jest to może ten sam poziom, ale słucha się tego przyjemnie. Toporny i ostrzejszy „Awaken The Bastard” to taki ukłon w stronę twórczości Grave Digger. Kawał dobrej roboty tutaj panowie odwalili. Na płycie nie zabrakło epickiego charakteru i tutaj marszowy „Palatinatia” znakomicie się sprawdza. Całość zamyka „Mean Mistreater”, który ma w sobie spore pokłady energii. Takie utwory ożywiają album i dają niezłego kopa. Przydałoby się więcej takich petard. Efekt końcowy na „Decleration Day” jest imponujący. Mamy solidny album w klimatach heavy/power metal. Nacisk został położony na przebojowość i klasyczny wydźwięk. Fani Running Wild czy grave Digger powinni zapoznać się z tym wydawnictwem.

Ocena: 8/10

wtorek, 6 września 2016

BOMBUS - Repeat until death (2016)

Mroczny klimat, ostry wokal ocierający się o takie gatunki jak core czy death metal raczej nie wiele mają wspólnego z hard rockiem. Szwedzki band Bombus, który pochodzi z Gottenburga pokazuje, że można jakoś połączyć te elementy układanki w jedną całość. Panowie od 2008 roku zaskakują nas swoją pomysłowością i do tej pory nagrali dwa albumy. Trzeci krążek „Repeat Until death” ukazał się w tym roku i jest to jedna z najciekawszych pozycji w kategorii hard rocka i heavy metalu. Wizytówką tego albumu w sumie jest już frontowa okładka. Widać bowiem, że czeka nas przednia zabawa podczas odsłuchu płyty i rzeczywiście tak jest. Dobra energia, spora ilość przebojowość i hard rock w nowoczesnej formie to jest właśnie to co znajdziemy na „Repeat until death”. Szwedzki band idealnie miesza gatunki i nie boi się do hard rocka dodać nieco pikanterii. Końcowy efekt powala i szokuje. Jednak można tak dobrze wymieszać zupełnie różne gatunki. W ich muzyce można doszukać wpływów takich kapel jak Metallica, Kyuss czy Motorhead, ale jednocześnie jest to dalekie od każdego z stylów wypracowanych przez te kapele. Bombus to przede wszystkim duet dwóch panów, a mianowicie Feffe i Matte. Stawiają na hard rockowe szaleństwo, na chwytliwe melodie, ale lubią zagrać ostry riff i nieco zaskoczyć słuchacza. Wokal tez odgrywa ważną rolę w muzyce Bombus, bo to on właśnie czyni ich muzykę niepowtarzalną i taką nieco inną od tego co prezentują inne kapele hard rockowe. Na płycie nie ma słabych utworów. Otwierający „ Eyes on the Price” już imponuje swoją formułą i wykonaniem. Zespół zna się na rzeczy i wie jak porwać słuchacza. Taki hard rock w nowoczesnej formule może się podobać. Lekki i bardziej rockowy jest „Rust” czy banalny w swojej konwencji „Horde of Flies”. Bombus nie ma też obiekcji by komponować również kompozycje bardziej komercyjne i to potwierdza spokojniejszy „I call You Over”. Do grona mocnych utworów na pewno zaliczyć należy ostrzejszy „Repeat Until Death” czy stonowany i taki nieco marszowy „Get your Cuts”. Z tego wywodu należy wyciągnąć jeden słuszny wniosek. Bombus jest w formie i jego płyty zawsze imponują wykonaniem i pomysłowością. Jedna z najciekawszych pozycji w kategorii hard rock jeśli chodzi o rock 2016. Warto znać ten zespół.

Ocena:8.5/10

niedziela, 4 września 2016

SODOM - Decision Day (2016)

Zawsze bliżej mojemu sercu była niemiecka czwórka thrash metalu aniżeli wielka czwórka z Metaliką na czele. Podoba mi się naturalność, ta brutalność, toporność i specyficzne podejście do thrash metalu. Niemieckie zespoły stawiają na agresję i na dziką stronę thrash metalu. Kocham twórczość Kreator podobnie jak Sodom. Ci drudzy kupili mnie przede wszystkim kultowym „Agent orange”. Trzeba przyznać, że ostatnie albumy Sodom też są wysokiej klasy. „In War and pieces” czy wreszcie świetny „Epitome of Torture” z 2013 r to płyty, które pokazują to co najlepsze w muzyce Sodom. Jest ta charakterystyczna toporność, agresywność i szybkość. Specyficzny wokal Toma i ostre zagrywki Barnemanna nie da się pomylić z innym zespołem i to one są motorem napędowym. To właśnie dzięki nim ostatnie albumy tak świetnie wypadły i śmiało mogą konkurować z kultowymi krążkami Sodom. Tym większe oczekiwania były wobec najnowszego dzieła w postaci „Decision Day”. Okładka taka klasyczna i potrafi oczarować swoim stylem i kolorystyką. Zawartość również jest mocna i zaskakująca. Sodom troszkę poszedł w podobnym kierunku co Kreator na ostatnim swoim albumie. Jest więcej melodyjności, więcej zabawy melodiami, jest zróżnicowanie i przez te atuty „Decision Day” stał się z miejsca jednym z ich najlepszych albumów. Płyta jest mocna, agresywna, brutalna, ale jednocześnie świeża, melodyjna i bardzo dynamiczna. Nie ma tutaj miejsca na monotonność czy nudę. Cały czas się coś dzieje i to mi się podoba. Zaczyna się melodyjnie i tak spokojnie. Jednak „In retribution” szybko przeradza się w prawdziwą thrash metalową petardę. Mocny riff, rozpędzona sekcja rytmiczna i zadziorny wokal Toma. Niby taki typowy utwór Sodom, a ma w sobie tyle świeżości i przebojowości. Podoba mi się takie podejście do thrash metalu. Bardziej złożony jest „Rolling Thunder” i można tutaj nawet chwycić pewne znamiona heavy metalu. Dużo ciekawych melodii ma w sobie tytułowy „Decision Day” i kawałek można śmiało zaliczyć do jednych z największych przebojów na płycie. Refren tutaj potrafi porwać i zostać na długo w pamięci. Album promował bardzo sukcesywnie „Caligula” i jest to taki nieco mroczniejszy kawałek. Stonowany i bardziej heavy metalowy „Strange Lost World” pokazuje nieco inne oblicze Sodom. Dalej jest to wysoki poziom do jakiego nas przyzwyczaił ten band. Płyta jednak zdominowana jest przez petardy i to potwierdza „Vaginal Born Evil” czy „Beligerence”. Nowy album to przede wszystkim mocne i łatwo wpadające w ucho riffy. Dobrze to obrazuje „Blood Lions” czy „Reffused to Die”. Bardzo wyrównany i urozmaicony krążek, który dostarcza sporo frajdy. Z jednej strony klasyczny album Sodom, a z drugiej strony mamy nową jakość i pewnego rodzaju świeżość. Sodom może być jednak bardziej melodyjny, bardziej złożony i przebojowy. Jednym słowem „Decision Day” to jeden z najlepszych albumów tej niemieckiej grupy.

Ocena: 10/10

VALERIAN - Stardust Revolution (2016)

Nie często ma się styczność z melodyjnym power metalem z Indonezji. Zwłaszcza, że zespoły z tamtego rejonu nie są aż tak promowane jak te w Europie. Słuchając Valerian i ich debiutanckiego albumu „Stardust Revelation” to można odnieść wrażenie, że ten aspekt się zmienia. Mają szanse zaistnieć na dobre na rynku muzycznym, zwłaszcza że ich krążek to prawdziwa uczta dla fanów Freedom Call, Helloween, Gamma Ray, Angra czy Stratovarius. Valerian gra melodyjny power metal w nieco słodkiej formule. Jednym może podobać się taka konwencja, zwłaszcza że główną rolę odgrywają nieco dyskotekowe klawisze. Na pewno nie braknie przeciwników tej kapeli zwłaszcza, że może taki styl irytować. Dzięki zagrywkom klawiszowca Daniela całość brzmi melodyjnie, a momentami bardzo progresywnie. Jasne to co znajdziemy na „Stardust Revelation” nie jest czymś oryginalnym i zaskakującym, ale ma w sobie to coś co sprawia, że płyta zostaje na długo w pamięci. Kiedy wtórność jest wszechobecna, to trzeba nadrabiać w innych kwestiach. Ridwan nadaje całości pazura i takiej lekkości. Jego wokal idealnie pasuje do tego co gra ten band. Motorem napędowym kapeli jest bez wątpienia duet gitarowy jaki tworzą Dimas i Harman. Ich wyczyny są na poziomie i w sumie panowie nadrabiają energią i pomysłowością. Chwytliwość jest tutaj rozwiązaniem na wszelkie problemy i czyni album o wiele ciekawszym. Dobrze wypadają kompozycje osadzone w klimatach Helloween i mam tutaj na myśli „In your Hand” czy „Symphony of Endless Desire”. Typowy symfoniczny power metal można tak naprawdę dostrzec w tytułowym „Stardust Revolution”. Może i jest to słodkie i oklepane, ale przypomina klasyczne płyty power metalowe z lat 90. Dobrze wypada też dynamiczny „Hereos Land Odyssey”, który nasuwa nam twórczość Rhapsody of Fire. Podobne skojarzenia wywołuje podniosły „Sinner's Euphoria”. Dalej mamy dynamiczny „My Everlasting” i zadziorny „Glorious Anthem”, który mają coś z Gamma Ray. Jest pozytywna energia, słodki klimat i radość z grania. Kiedy każdy utwór jest chwytliwy i ma ciekawą melodię to można przebaczyć wtórność i kilka wad, które się pojawiają na debiutanckim krążku. Całościowo „Stardust Revelation” broni się i może nawet się podobać.

Ocena: 7.5/10

piątek, 2 września 2016

HELLHOUND - Nothing Left (2016)

Dla niektórych zespołów lata 80 okazały się przepustką do sławy i złotym okresem jeśli chodzi o nagrywanie kluczowych wydawnictw. Jednak dla niektórych bandów z takich czy innych powodów był to okres przekleństwa. Stworzyć ciekawy band o intrygującej nazwie, mieć własny styl i pomysł na siebie i nie wydać przy tym debiutanckiego albumu brzmi jak dowcip. Ten czarny scenariusz spełnił się amerykańskiej formacji Hellhound. Zaczynali już w 1981 r i starali się tworzyć thrash metal o bardziej heavy metalowym charakterze. W swojej muzyce nie kryli wpływów Exodus, Testament czy Artillery. Mieli w sobie to coś, jednak nie wypaliło w latach 80. Teraz band powrócił do świata żywych i dzięki pomocy Stormspell Records udało się w końcu wydać debiutancki album w postaci „Nothing Left”.

Powroty po tylu latach nie zawsze kończą się sukcesu i nie pomaga czasami nawet to, że kapela już zaczynała w latach 80 czy 90. Hellhound odradza się i w składzie są mocne nazwiska, ludzie którzy mieli spory udział w twórczości Ancient Empire czy Shadowkiller. Tak więc dał pewną gwarancję, że poziom muzyki zawartej na płycie jest wysoki. Stormspell Records to wytwórnia, które lubi pomagać takim kapelą, a co ważne też nigdy nie wydała jakiegoś słabego i bez wyrazu albumu. To co dostajemy od Hellhound to agresywny, melodyjny i energiczny thrash metal z domieszką heavy metalu. Thrash metalowy pazur nadaję każdej kompozycji wokalista Joe Liszt, który dysponują niezłą techniką i manierą. Z kolei Bob Edwards wspiera Joe'go na linii partii gitarowych i razem tworzą coś niezwykłego. Płyta kipi energią i każdy utwór to jazda bez trzymanki. Nie brakuje ciekawych przejść, szaleństwa czy godnych uwagi riffów, które można wpisać do grona tych najciekawszych z roku 2016. Echa lat 80 czy 90 są, ale „Nothing Left” z soczystym, ostrym brzmienie pokazuje, że jest to płyta naszych czasów. Jeśli tak ma się prezentować thrash metal na dzień dzisiejszy to nie mam nic przeciwko temu. Wracając do samej płyty, to trzeba też podkreślić, że zespół o każdy drobny detal i właściwie nie znajdziemy tutaj wpadki czy wady, która przekreśli całość.

Płyta zaczyna się od mocnego wejścia. „Red Sun, Black Sand” to prawdziwa petarda i na pewno wyróżnia ją surowsze brzmienie gitar i taka nutka szaleństwa. Słychać, że to thrash metal, choć nie brakuje elementów wyjętych z US heavy metalu. Nawiązania do Attacker czy helstar są jak najbardziej słyszalne. Co może się podobać na debiutanckim krążku Hellhound to spora dawka przebojowości i takiej melodyjności. Przejawia się to znakomicie w „The Bleeding Edge”, który należy zaliczyć do grona najciekawszych kawałków na płycie. Mocna linia basowa wygrywana przez Richiego w „Circle of Trust” potwierdza jego umiejętności i jeszcze bardziej urozmaica album. Dalej mamy żywiołowy „Hollow Faith”, który potrafi wciągnąć w ten swój ponury świat. Tutaj zespół oddala się w rejony topornego niemieckiego thrash metalu. Pewien powiew nowoczesności mamy w mroczniejszym „Blood Fued”. Zespół pozwolił sobie nawet na wtrącenie elementów power metalu w chwytliwym „As the needle Drips”, który pokazuje jak zespół potrafi być elastycznym i odnaleźć się w każdej konwencji. Z kolei klimatyczny „Beyond time & space” to taki ukłon w stronę technicznego Heathen czy Megadeth. Album wieńczy kolejna petarda, tym razem „Killing Spree”, która ma coś z wczesnego Helloween.


Nie ma miejsca na nie potrzebne ballady, na kombinowanie, zespół i tak sporo czasu stracił. Czas nadrobić straty i wrócić na dobre do muzycznego biznesu. „Nothing Left” to jedna z najważniejszych premier roku 2016. Na płycie znajdziemy 9 znakomitych perełek utrzymanych w stylistyce heavy/thrash metalu z dużą dawką melodyjności i agresywności. Tyle lat przyszło czekać na debiutancki album Hellhound, ale warto było wierzyć w ich powrót. Płyta jest dobrze wyważona i pokazuje, że thrash metal ma się bardzo dobrze. Hellhound, który powstał w latach 80 powrócił, a dowodem tego jest ich debiutancki album „Nothing Left”. Zapnijcie pasy, czeka Was bowiem jazda bez trzymanki. Emocje gwarantowane.

Ocena: 9,5.10

środa, 31 sierpnia 2016

BOOZE CONTROL - The Lizard Rider (2016)

Wystarczy jedno spojrzenie na okładkę „The Lizard Rider” i od razu wszystko jest jasne. Mamy przed sobą najnowsze dzieło niemieckiej formacji Booze Control, która działa sukcesywnie od 2009r. Stawiają małe kroczki w wielkim heavy metalowym świecie, ale ich muzyka mimo oklepanej formuły i wtórności jest urocza i miła dla ucha. Takich kapel jest coraz więcej i jest naprawdę w czym przebierać, a ostatnio można wręcz stracić rachubę w tym wszystkim. Booze Control to nic nowego w metalowym światku, to też nie żadna wariacja na temat heavy metalu z lat 80. To po prostu czysty, klasyczny heavy metal mocno osadzony we wczesnym Iron Maiden, Judas Priest, Omen czy Grim Reaper. Ich atutem jest swego rodzaju lekkość, brak jakiś wymuszonych zagrywek, umiejętność tworzenia ciekawych hitów i pomysł na siebie. Jasne jest to kolejna kapela, która brzmi jak wiele innych w tym gatunku, ale trzeba mieć na uwadze, że coraz ciężej jest zaskoczyć potencjalnego słuchacza. Niby wszystko to co słyszę na trzecim krążku niemieckiej formacji jest mi znane, to jednak słucha się tego przyjemnie. Muzyka Booze Control to w zasadzie mocny, zadziorny wokal Davida Kuriego, a także ciekawe i banalne momentami zagrywki duetu gitarowego w postaci David/Jendrik. Panowie dają czadu, choć nie tworzą niczego oryginalnego, ani też wspinając się na wyżyny swoich zdolności technicznych. Atutem jest tutaj szczerość, granie z miłości do metalu, a także chwytliwe kompozycje, które trafiają do słuchacza. Kiedy wkracza otwieracz „The Wizard” to już wiadomo, że okładka nie kłamała i naprawdę mamy wycieczkę do lat 80. Oklepany, energiczny riff i żywioły refren i hit gotowy. Szybki „Vile Temptress” nasuwa stare kawałki żelaznej dziewicy, a to już spora zaleta. Nie tak łatwo nawiązać do pierwszych dwóch płyt Iron Maiden i to w takim stylu. Pozytywnie zaskakuje marszowy i bardziej złożony „Nevermore”. To nie koniec wrażeń. Pojawiają się też takie momenty jak „Rats in the Walls” gdzie wychodzi sztuczna perkusja i niezwykła prostota. Czasami, aż się prosi o jakiś zryw i element zaskoczenia. Najlepiej zespół wypada w szybkich i nieco bardziej speed metalowych formułach i to potwierdza przebojowy „Metal frenzy” czy „Fury Road”. To właśnie ta część płyty sprawia, że płyta jest o wiele ciekawsza. Całość zamyka „Exciter”, który tylko potwierdza w jakim stylu gustuje zespół i jak brzmi tak naprawdę cała płyta. Szkoda, że nie ma większego urozmaicenia i nieco większego zaskoczenia. Wszystko momentami jest na jedno kopyto, co przedkłada się na ostateczny werdykt. Solidny heavy metal w stylu lat 80, jednak ten zespół stać na więcej.

Ocena: 6/10

poniedziałek, 29 sierpnia 2016

VISIONS OF ATLANTIS - Old Routes New Waters (2016)

Zmiany, zmiany w austriackim Visions of Atlantis, który po dzień dzisiejszy jest wliczany do tych kluczowych zespołów grających symfoniczny power metal. Zespół słynął do tej pory z przebojowości, z ciekawych wokalistek i pomysłów. Album „Delta” z 2011 r udowodnił, że kapela jeszcze wszystkiego nie pokazał i właściwie nabierała rozpędu. Niestety rok 2013 doprowadził do dwóch zmian. Dwie kluczowe osoby odeszły z zespołu i tak Maxi Nil i Mario Plan przestali być częścią Visions of Atlantis. W ich miejsce zatrudniono Clementine Delauney i znany z Dragony Siegfried Samer. Kiedy w ogóle przyjrzymy się składowi to można dostrzec kilka zmian względem „Ethera”. Pojawiają się ponownie klawiszowiec Chris Kamper, gitarzysta Werner Fiedler i basista Mike Koren, którzy twrozyli pierwszy skład zespołu. W taki oto sposób na nowej epce w postaci „Old routes – New Waters” zespół próbuje zmierzyć się ze swoją przeszłością i pierwszymi trzema albumami. . Udało się zebrać niemal klasyczny skład, udało się stworzyć ciekawy klimat i na nowo zagrać nam znane kawałki z pierwszych trzech albumów. Jednak co ja poczułem podczas odsłuchu to nic poza rozczarowanie. Była nadzieja, że zmiany pozwolą zespołowi się otworzyć na nowe rejony, pozwolą wyzwolić się muzykom, a może nawet natchną do czegoś wielkiego. Niestety nowe dzieło pokazuje brak pomysłów i pójście w stronę komercyjności. Czyżby zespół pozazdrościł sukcesów Nightwish czy Within Temptation? To nie tędy droga i oby zespół to szybko zauważył. Choć na „Old Routes- new Waters” mamy tylko 5 utworów to i tak wydaję się to drogą przez męki. Jasne pojawiają się ciekawe momenty i ciekawe zagrywki, ale całość jest niespójna i jakaś bez wyrazu. „Lovebearing Storm” może i jest dynamiczny, może i ma w sobie power metal, jednak końcowy efekt nie powala. Brzmi to troszkę chaotycznie i sztucznie. Nie ma klimatu, a moc uleciała jakby z tego zespołu. Nieco progresywny i przekombinowany „Lost” wyróżnia się przebojowością i melodyjnymi solówkami. Jest to lekki kawałek, ale może się podobać. Ballada w postaci „Winternight” też wypada jakoś tak blado i raczej negatywnie nastawia słuchacza do całości. „Seven Seas” też sporo stracił w porównaniu z oryginalną wersją. Również zawodzi spokojniejszy „Last Shut of Your Eyes”. Visions of Atlantis chce wrócić do swoich początków, wrócić do formy z pierwszych płyt. Póki co na chęciach się skończyło. Pozostał niesmak i wielkie rozczarowanie i aż strach pomyśleć jak będzie brzmiał kolejny pełnometrażowy krążek tej formacji.

Ocena: 4/10

niedziela, 28 sierpnia 2016

LORDI - Monstereopheonic (2016)

Od jakiegoś czasu muzyka Lordi jakoś mnie nie przekonuje. Zmiany personalne miały wpływ na to co grają i w jaki sposób grają. Brakuje składu i ładu i ostatnie albumy pokazują słabą formę zespołu. Lordi sławę już zdobył i pomogły w tym stare dobre albumy i występ w Eurowizji, tak więc nic nie muszą udowadniać. Jednak fani chcą słuchać coś mocnego, coś co zapada w pamięci. Czy najnowsze dzieło w postaci „Monsterophonic -Theaterror vs Demonarchy” coś zmienia w tej kwestii? Otóż tak. Jak sama nazwa wskazuje mamy dwie strony zespołu. Z kolei Demonarchy to utwory, które opowiadają o wiedźmie czy wilkołakach i ukazują nowoczesną wersję lordi. Tak więc jest nawiązanie do tradycji, do tego co zespół grał na początku jak i coś nowego, zaskakującego. Album sam w sobie może nie należy do najlepszych w historii zespołu, ale i tak jest o wiele ciekawszy niż ostatnie dzieła. Nie brakuje mocnych riffów, nie brakuje przebojów i urozmaicenia. Płyta ma w sobie hard rockowego pazura i heavy metalowe uderzenie. Wokal wciąż jest mocną stroną lordi i w sumie słychać to przez całą płytę. „Lets go slaughter He man” to znakomity kawałek, który opiera się na chwytliwym refrenie i przejrzystej melodii. Dawno Lordi nie stworzył tak dobrego hitu i przypominają się czasy „Deadache”, który bardzo lubię. Album promował „Hug Your Hardcore”, który jest dość nowoczesnym kawałkiem. Pierwsze skojarzenie to Ramstein. Nie brakuje tutaj hard rocka i pomysłowego refrenu. Kompozycja na pewno się broni i pokazuje pewnego rodzaju świeżość w muzyce Lordi. Zaskakuje na pewno melodyjny i bardziej heavy metalowy „Down the Devil” i na takie utwory warto czekać. Lordi sprawdza się w tego typu kompozycjach. Dobrze sprawdzają się tutaj partie klawiszowe, które na ostatnich albumach były nijakie. Stonowany i nieco mroczniejszy „Mary Is dead” też potrafi zauroczyć swoim klimatem i pomysłową konstrukcją. „Sick Flick” to kolejny mocny kawałek na płycie, który ukazuje bardziej hard rockowo-heavy metalowe oblicze. „None for one” zaskakuje lekkością i ciekawymi urozmaiceniami. Moim faworytem jest rozpędzony „Demonarchy”, który ukazuje zupełnie inne oblicze Lordi. To brutalniejsze oblicze bardzo pasuje do nich. Do grona mocnych kawałków warto też zaliczyć „Heaven sent hell on earth” czy rozbudowany „And the zombie says”. Całość zamyka nieco dłuższy „The night Monsters Died”, który pokazuje że Lordi próbuje nieco urozmaicić swój styl. To akurat dobry znak, że zespół chce się rozwijać, a przy tym być wiernym swoim priorytetom. Lordi powrócił z naprawdę udanym albumem, który pokazuje że wciąż stać ich na dobre wydawnictwo. Polecam!

Ocena:7.5/10

sobota, 27 sierpnia 2016

TWILIGHT FORCE - Heroes of mighty Magic (2016)

Twilight Force jest jednym z tych zespołów, przy których łezka się w oku kręci. Nie wiele zespołów power metalowych potrafi przywołać wspomnienia lat 90 i stać się przy tym młodszą wersją rhapsody. Trzeba się w takim wypadku wykazać nie tylko pomysłowością, wyszkoleniem technicznym, ale też i swoistym talentem. Bez tych rzeczy ciężko jest stworzyć coś godnego wielkich zespołów, które stworzyły ten gatunek. Szwedzki Twilight Force na debiutanckim krążku pokazał, że choć istnieją od 2011r to jednak potrafią umiejętnie zbliżyć się do klasycznych albumów Helloween, Sonata Arctica czy Rhapsody. Stawiają na klimat fantasy, na słodkość, podniosłość i chwytliwe melodie. W ich muzyce jest to wszystko, co zawsze pojawiają się w power metalowych kapelach. Mamy szybkość, energię, swobodę, przebojowość i urozmaicenie. Drugi album Twilight Force w postaci „Heroes of mighty Magic” to swoista kontynuacja tego co mieliśmy na „Tales of Ancient Prophecies”. Jednak nowy album jest bardziej dojrzały i bardziej dopieszczony pod względem samych kompozycji. Na albumie wiele się dzieje przez ponad godzinę i mamy wiele ciekawych rozwiązań, które przenoszą nas do lat 90. Już sama okładka zdradza nam z czym tak naprawdę mamy do czynienia. By grać jak rhapsody trzeba mieć świetnego wokalistę i Chrileon z pewnością takim jest. Odnajduje się w górnych rejestrach jak i w tych niższych. Potrafi oczarować swoją manierą i techniką. Ciężko sobie wyobrazić ten band bez niego. Nowy album to również świetny popis gitarzystów, którzy dwoją się i troją by zasypać nas różnymi atrakcyjnymi riffami i solówkami. Faktycznie album jest pełen tego typu rzeczy. To jeden z atutów nowego wydawnictwa, który przez cały czas trzyma w napięciu. Płytę promował otwieracz „Battle of Arcane Might” oraz „Powerwind”, które oddają w pełni styl Twilight Force. Symfoniczny power metal z ciekawymi melodiami i szybkimi riffami, to jest właśnie to. „Guardians of The Seas” potrafi zauroczyć swoim klimatem fantasy. Bardzo dobrze wypada tutaj zabawa tempem i melodiami. Tutaj można też delektować się dobrze dopasowanymi chórkami. Co zaskakuje to na pewno 10 minutowy „There and back again”, który potrafi przenieść słuchacza do świata fantasy. W kawałku dzieje się naprawdę sporo i jest czym się zachwycać przez te 10 minut. Mimo długości trwania utwór nie nudzi, wręcz przeciwnie. „Riders of The Dawn” czy „Keepers of Fate” to takie rasowe power metalowe petardy, które przypominają najlepsze lata Rhapsody, Helloween czy Angra. „Rise of Hero” to nieco słodszy kawałek, ale też naszpikowany słodkości i symfonicznymi patentami. Jednym z moich faworytów na płycie jest niezwykle szybki „To the Stars”, który ociera się momentami o twórczość Dragonforce czy Avantasia, Edguy. Kwintesencja power metalu i wszyscy powinni brać przykład ze szwedów. Tytułowy „Heroes of mighty Magic” to kolejny rozbudowany kawałek na płycie, choć ten jest bardziej podniosły i mające pewne wpływy Hammerfall. Każdy utwór to czysty power metal, mocno zakorzeniony w latach 90. Można dojść do wniosku, że Twilight Force opanował do perfekcji granie symfonicznego power metalu w stylu Rhapsody. Oni żyją latami 90 i miło, że są jeszcze takie zespoły, które potrafią nas zabrać do tego złotego okresu dla power metalu.

Ocena: 10/10

HELSTAR - Vempiro (2016)

Ostatnie płyty amerykańskiego Helstar właściwie niczym nie zaskakiwały. Za każdym razem dostaliśmy mocny heavy/power metal w amerykańskim wydaniu z nutką nowoczesności. Helstar od dłuższego czasu stawiał na mocne, zadziorne riffy i soczyste brzmienie, które jeszcze bardziej podkreśli agresywność partii gitarowych. Taka formuła sprawdzała się, ale „This Wicked Nest” był taki nieco oklepany i tylko solidny. Brakowało tego klimatu i tego elementu zaskoczenia. Choć album nie był zły, to jednak był to czas na jakieś zmiany. James Rivera i spółka postanowili wrócić do korzeni i nawiązać do czasów „Nosferatu”, który jest złotym okresem Helstar. Oczywiście pojawiły się wątpliwości czy zespół podoła i czy rzeczywiście stać ich na taki akt odwagi. Co ciekawe „Vampiro” brzmi bliźniaczo podobnie do słynnego „Nosferatu”. Spora w tym zasługa mrocznego i złowieszczego brzmienia, a także ciekawych aranżacji, które zabierają nas do lat 80. Okładka też ma coś ze starych okładek i od razu daje nam sygnał, że będzie klasycznie. James Rivera śpiewa w swoim stylu, choć bardziej przypomina na tym albumie siebie z lat 80. W zespole pojawił się dawny gitarzysta Dark Empire i jego wkład w nowy materiał jest spory. Wraz z Larrym wygrywa naprawdę mocne i porywające riffy, które brzmią jak te z pierwszych płyt. „Awaken unto Darkness” czy nieco stonowany „Blood Lust” to pierwsze z brzegu dowody na ten stan rzeczy. Jeszcze lepszym kawałkiem jest nieco thrash metalowy „To dust You will become”, który potrafi oczarować chwytliwym riffem i ciekawą sekcją rytmiczną. Nie mogło zabraknąć na płycie prawdziwych petard i w tej roli znakomicie sprawdza się energiczny „From the pulpit to the pit” czy klimatyczny „Malediction”. Każdy utwór to prawdziwa uczta dla fanów gatunku jak i zespołu. Jednym z moich ulubionych kawałków z tej płyty jest „Repent in Fire” z nutką NWOBHM. Mocny kawałek, który bardzo szybka wpada w ucho przez prostą formułę. Z tych dłuższych utworów mamy „Black Cathedral” i „Abolish the Sun”, które przesiąknięte są twórczością Mercyful fate. Całość zamyka spokojniejszy „Dreamless sleep”. Trzeba przyznać, że Helstar zaskoczył tym, że jest wstanie jeszcze nagrywać takie albumy, bowiem „Vampiro” mógłby spokojnie być wydany zaraz po „Nosferatu”. Ten klimat lat 80 jest tutaj wyczuwalny, a same aranżacje też są jakby żywce wyjęte z tamtej epoki. Dobra robota Helstar!

Ocena: 9/10

piątek, 26 sierpnia 2016

THERMIT - Saints (2016)



Od samego początku kibicowałem zespołowi Thermit. W końcu to jest kolejny polski band o ogromnym potencjale. Jest to poznańska formacja, która powstała w 2009 r z inicjatywy Jendrasa, Przydepa i Młodego.  Panowie od dłuższego czasu podbija serca fanów heavy metalu i thrash metalu, zwłaszcza fanów takiego Overkill, Kreator, czy Artillery.  Nie raz już słuchacze docenili ich talent i umiejętności przyznając różnego rodzaju nagrody i wyróżnienia.  Wydali dema czy singiel i to one zwróciły uwagę fanów Thrash metalu czy heavy metalu i pokazały że mamy kolejny band, który może śmiało podbić zagraniczny rynek muzyczny.  Rok 2016 będzie przełomowy dla Thermit i polskiej sceny metalowej. To właśnie w tym roku światło dzienne ujrzał debiutancki krążek zatytułowany „Saints”, który jest wielkim wydarzeniem muzycznym.

Nie jest łatwo stworzyć album, który będzie idealny w swojej formule, który ożywi znaną nam koncepcję i motywy.  Trzeba mieć umiejętności i pomysł by stworzyć materiał  pomysłowy i zaskakujący, przy tym świeży i klasyczny. Thermit dokonał tego bez większego problemu. Ich debiutancki album „Saints” to encyklopedia na temat tego jak grać wysokiej klasy thrash metal, a jednocześnie melodyjny i zadziorny heavy metal. Te dwa światy zostały skrzyżowane i w efekcie powstał znakomity krążek, który przyciągnie fanów tych dwóch gatunków. „Saints” to przede wszystkim płyta energiczna, złowieszcza i nie zwykle przebojowa.  Na sukces tej płyty wpływ miał przede wszystkim utalentowany wokalista Trzeszcz, który nadaje kompozycjom odpowiedniej dynamiki i pazura. Jest  w tym thrash metalowa agresja i metalowa przebojowość. Znakomicie sprawdza się w takim graniu. Z kolei Jendras i Mlody dają czadu w sferze partii gitarowych i panowie idą na całość. Nie bawią się w pół środki i dają tyle ile sił im wystarcza. Słychać zapał, pomysłowość i dobre zgranie. Dawno nie słyszałem takiego szaleństwa jeśli chodzi o solówki i riffy. Kawał dobrej roboty odwalili panowie i zasługują na oklaski. W tyle nie zostaje nikt, nawet sekcja rytmiczna, która napędza całość i czyni ten album prawdziwą petardą. Polski band nagrał 10 kawałków co daje nam ponad 50 minut muzyki. Zaczyna się z grubej rury, bo „Lady Flame” to kwintesencja heavy metalu. Mocny, energiczny riff, spora dawka melodyjności  i  patentów wyjętych z lat 80. Jest w tym nutka thrash metalu i Power metalu. Sam kawałek to hit i przykład, że polski band może konkurować z najlepszymi.   Moc thrash metalu w polskim wydaniu mamy w ostrzejszym „Zombie Lover”, który pokazuje co potrafią gitarzyści. Te solówki przyprawiają o dreszcze i napawają optymizmem. To się nazywa thrash metal w klasycznym wydaniu. Wysoki poziom z otwieracza został utrzymany. Pełno przejść i urozmaicenia mamy w szybszym „Perfect plan”, który w rzeczy samej jest perfekcyjny. Zespół dobrze się bawi przy tym co gra i to słychać. Dzięki takiej atmosferze materiał bardzo szybko  wchodzi i nie trzeba żadnych wspomagaczy. Troszkę od całości odstaje toporniejszy i nieco punkowy „Smoke & Soot”. Thermit potrafi zaskoczyć i dobrze im wychodzi ten zabieg. Stworzyć mrocznego i pomysłowego kolosa, który trwa 8 minut jest nie lada wyczynem. „Fairtyland” to jedna z najlepszych kompozycji na płycie. Nie przeszkadza fakt, że więcej w niej słychać z twórczości Black Sabbath niż Kreator.  Główną atrakcją „Saints” bez wątpienia są szybkie, melodyjne i chwytliwe petardy utrzymane w thrash metalowej konwencji. To właśnie taki energiczny „The last  meal of the king” czy przebojowy “Mr. Two face” są trzonem tej płyty. Całość zamyka niezwykle melodyjny i Power metalowy „Saints”, który jest niezbitym dowodem na to, że Thermin to wysokiej klasy band.

Na świecie są jeszcze takie miejsca, w których marka Thermit jeszcze nic nie mówi, ale to się zmieni. Debiut polskiej formacji to czysta perfekcja i przykład, że można stworzyć materiał łączący klasyczny melodyjny heavy metal z agresywnym thrash metalem. „Saints” to jedna z najciekawszych heavy metalowych płyt jakie powstały na ziemi polskiej i jest to dzieło, które śmiało może konkurować z najlepszymi. Ta płyta jest dynamiczna, chwytliwa i urozmaicona w swojej konwencji. Thermit postawił pierwszy poważny krok w swojej karierze i teraz czekamy na kolejny. Miło jest widzieć kolejną utalentowaną grupę grającą heavy metal, który jest wstanie podbić serca nie tylko rodaków, ale i też maniaków z zagranicy.  Duma rozpiera na samą myśl.

Ocena: 9.5/10

wtorek, 23 sierpnia 2016

BASTIAN - Rock of Daedalus (2016)



Włoski band o nazwie Bastian powraca z nowym albumem tj „Rock of Daedalus” i bez wątpienia jest to wydarzenie dla maniaków heavy metalu i hard rocka, a także energicznego hard’n heavy.  Band powstał w 2003 r z inicjatywy gitarzysty Sebastiano Conti.  Ten projekt muzyczny skupia wokół siebie ciekawe osobistości. Teraz na drugim albumie pojawia się wokalista Micheal Vescera, który znany jest z twórczości Yngwiego Malmsteena i Obsession. Jego talent wokalny jest znany nie od dziś i sprawdza się on w takim klasycznym graniu osadzonym w latach 80. Na drugim krążku pojawia się też perkusista John Macaluso znany też z grania u boku Malmsteena.  Debiut był porządną dawką heavy metalu i hard rocka  z ciekawymi gośćmi. W zasadzie „Rock of Daedalus” jest kontynuacją tego co mieliśmy na debiucie i niektóre pomysły zostały tutaj rozwinięte.  Jest lekkość, jest przebojowość, a riffy zagrane z pomysłem i dozą szaleństwa. Słychać, że panowie wzorowali się na twórczości Thin Lizzy, Rainbow, czy Black Sabbath.  Ta płyta przyciąga już uwagę miłą dla oka okładką, ale na tym nie jest koniec atrakcji. Brzmienie też jest dopieszczone i podrasowane, ale przywołuje lata 80, co było głównym zamierzeniem.  Micheal Vescera  już niczym nie zaskakuje, ale dobrze że nie traci formy i że wciąż sprawdza się w takim graniu. Dzięki niemu płyta brzmi klasycznie i nawiązuje do wielkich kapel i wielkich płyt. To on napędza ten album i to nie podlega wątpliwości. Sporo  w ten album włożył też jego lider czyli Sebastiano. Stawia on na chwytliwość i pomysłowość. Wszystko jest zagrane z poszanowaniem klasyki gatunki, odpowiednich standardów technicznych i z finezją.  Czuć ten hard rock i duch starych płyt Black Sabbath czy Rainbow. Dobrze to odzwierciedla klimatyczny „Man of Light”.  Nieco progresywny „Strange Thoughts”  otwiera ten album, ale pokazuje że Bastian nie ma zamiaru grać na jedno kopyto i znajdziemy tutaj rożne odsłony hard’n heavy.  Stonowany i mroczny „The Pide Piper nasuwa właśnie twórczość Black Sabbath.  Na płycie sporo się dzieje i pojawiają się lekkie kompozycje jak „Vlad” . To właśnie ten kawałek zabiera nas w bardziej emocjonalne rejony.  Dalej mamy energiczny „Man In Black”, który nawiązuje do zespołów w których występował Micheal.  Jest agresywny riff, odpowiednie dynamiczne tempo i duża dawka przebojowości.  Bez wątpienia jest to jeden z najciekawszych kawałków na płycie.  Do gronach dobrych kompozycji warto też zaliczyć  nieco rozbudowany i bardziej progresywny „Steel Heart”. W tym kawałku Sebastiano daje upust swoim umiejętnościom i słychać, że ma w sobie to coś.  Nie potrzebnie został tutaj umieszczony spokojny „Wind song”.  Za dużo w tej balladzie klimatów country i komercyjności.  Vescera i Conti to ciekawe połączenie i zgrany duet, który jest wstanie dostarczyć fanom wysokiej klasy hard’n heavy.  Nie jest to album bez wad, ale jest to kawał solidnego grania, które spodoba się maniakom płyt z lat 80. 


Ocena: 7.5/10