Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Tygers of pan Tang. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Tygers of pan Tang. Pokaż wszystkie posty

piątek, 11 września 2026

TYGERS OF PAN TANG - Electrifyed (2026)


 Tygers Of Pan Tang to jedna z tych nazw, których chyba żadnemu fanowi klasycznego heavy metalu przedstawiać nie trzeba. W latach 80. byli ważną częścią NWOBHM i właśnie wtedy wydali swoje najlepsze płyty. Potem była cisza, aż w 1999 r. wrócili na nowo, szukając swojej tożsamości i własnego charakteru. Ostatnie płyty brytyjskiego Tygers Of Pan Tang pokazały, że zespół umiejętnie balansuje między hard rockiem a klasycznym heavy metalem. Takie płyty jak „Ritual” dowodzą, że ten zespół stać jeszcze na wartościowy i godny uwagi album.

Teraz, po trzech latach, przyszedł czas na 14. album studyjny zatytułowany „Electrifyed”, który ukazał się 11 września nakładem Mighty Music. Nie jest to może drugi „Ritual” ani coś na miarę płyt z lat 80., ale to całkiem solidny album od weteranów NWOBHM.
Nie ma tutaj przesadnego kombinowania ani próby przypodobania się współczesnym trendom. Jest riff, solówka, mocny wokal i rytmika, która od razu przypomina, dlaczego brytyjski heavy metal z przełomu lat 70. i 80. miał w sobie tyle charakteru. Tygers Of Pan Tang nie udają młodego zespołu. Grają tak, jak chcą, i właśnie dzięki temu „Electrifyed” ma swój urok. Grają swoje i pod tym względem nie kombinują.

Dużo frajdy daje słuchanie gitar. Robb Weir nadal wie, jak zbudować riff, który nie potrzebuje żadnych ozdobników, żeby dobrze zabrzmieć. Nowy gitarzysta John Footitt również wnosi sporo do tego materiału i momentami właśnie gitarowa współpraca jest jednym z jego najmocniejszych punktów. Nie chodzi tutaj o wyścig, kto zagra szybciej i bardziej technicznie. Najważniejsze są melodie i feeling.

Jack Meille także dobrze pasuje do tego zestawu. Jego wokal nie próbuje być kopią dawnych frontmanów Tygers Of Pan Tang i bardzo dobrze. Dzięki temu współczesne oblicze zespołu nie brzmi jak rekonstrukcja sprzed czterdziestu lat. To nadal Tygers, ale z własnym charakterem.

Band zadbał o bardziej hardrockowe brzmienie i miłą dla oka okładkę. Materiał zawiera 10 premierowych utworów i daje nam 46 minut muzyki. Na pierwszy ogień idzie klimatyczny i przebojowy „Rise Up”. Band potrafi umiejętnie wymieszać patenty heavy metalowe z hard rockiem. O wiele ciekawszy jest bardziej rozpędzony „Forevermore”. W końcu coś więcej się dzieje i band pokazuje, że potrafi zagrać z werwą i polotem. Do ideału jednak daleko. Podobnie ma się sprawa zadziornego „The Powers That Be”. To akurat jeden z ciekawszych utworów, w którym band pokazuje pazur i próbuje nawiązać do lat 80. Coś z Dokken czy Saxon można wyłapać w „Electrifyed”, a utwór opiera się na mocniejszym riffie. Szkoda tylko, że band nie próbuje nas zaskoczyć i trochę bardziej pokombinować ze stylem. Grają bezpiecznie i trzymają się jasno określonych ram.
Na pewno na wyróżnienie zasługuje marszowy i bardziej epicki „The Nail”. Zabrakło trochę dopracowania, by powstał z tego utwór perfekcyjny. Pewne echa Judas Priest można wyłapać w prostym i zadziornym „Dark Skies”. Podobne emocje wywołuje zamykający album „Revenge Is Sweet”. Dobry utwór, ale też nic ponadto.

Tygers Of Pan Tang wydał kolejny album i nie jest to żadna świętość dla fanów NWOBHM i klasycznego heavy metalu. To kolejny solidny materiał w ich dorobku, ale nie jest to album, który powala na kolana. Zabrakło hitów i riffów, które zostałyby na dłużej ze słuchaczem. Ten zespół stać na więcej, więc czuję duże rozczarowanie.

Ocena: 6/10

środa, 8 marca 2023

TYGERS OF PAN TANG - Bloodlines (2023)


 Już 5 maja światło dzienne ujrzy 13 album brytyjskiego Tygers of Pan Tang. "Bloodlines" to kawał solidnego heavy metalu i miło widzieć że ten zasłużony band wciąż tworzy nową muzykę i wciąż żyje.  Nowy krążek nie dorównał dwóm poprzedni, bo to trochę trudne zadanie było, ale band wciąż trzyma formę. To pierwszy album, na którym można usłyszeć gitarzystę Francesco Marras i basistę Huw Holdinga.

Jak za każdym razem płytę zdobi ciekawa i zapadająca w głowie szata graficzna. Soczyste, takie przesiąknięte latami 80 brzmienie też robi robotę. Band trzyma formę i to słychać. Cieszy fakt, że głos Jacopo Meille wciąż zachwyca i nadaje całości klimatu lat 80. To za jego sprawą jest tu pełno klasycznego heavy metalu, hard rocka i nawet nwobhm, z którego band się wywodzi. Od strony instrumentalnej jest dobrze, ale jakoś nie ma tej mocy co choćby na "ritual".

4 lata czekania i dostajemy 10 utworów.  Płytę otwiera klimatyczny "Edge of the world". Dobrze rozegrany kawałek, w którym jest pazur, jest ciekawy motyw i dobrze wprowadza słuchacza w świat Tygers of Pan Tang. Dalej mamy bardziej hard rockowy "In my blood", ale to już tylko dobry kawałek, który niczym specjalnym się nie wyróżnia. Troszkę zabrakło pomysłu. Znacznie ciekawszy w swojej aranżacji jest energiczny "fire on the horizon". Właśnie w takich kompozycjach band brzmi najkorzystniej. Potem troszkę band serwuje nijakich kompozycji, które nie wiele wnoszą do płyty. Jest też nastrojowa ballada "Taste of love", w której momentami  band brzmi jak Scorpions. Do grona ciekawych kompozycji warto wspomnieć "Kiss the sky", czy melodyjny "A new Heartbeat".

Tygers of Pan Tang pisze dalsze strony swojej historii i na pewno cieszy że band żyje i ma się dobrze. Wciąż potrafią grać ciekawą muzykę i tym razem zabrakło po prostu ciekawych pomysłów. Trafiają się przebłyski i godne uwagi motywy, ale jako całość ten album wypada jakoś tak średnio, co najwyżej dobrze. To za mało, jak na zespół z taką bogatą historią.

Ocena: 6/10

sobota, 14 września 2019

TYGERS OF PAN TANG - Ritual (2019)

Nie łatwo jest oddać klimat czasów, kiedy rządził NWOBHM. Nie łatwo jest odtworzyć ten styl i te szalone pomysły. Niektórzy ponoszą porażkę, kiedy próbują przypomnieć nam tamte czasy. Jednak inaczej jest kiedy za owy temat bierze się ktoś kto tworzył taką muzykę i wciąż tworzy muzykę. Tygers of Pan Tang to kultowy band, który powstał w 1978r. Na przestrzeni lat zmieniał się skład, a band tworzył naprawdę ciekawe albumy. Obecnie to już nieco inny zespół, w którym ze starego składu został tylko gitarzysta Robb Weir. Panowie jednak starają się być wierni swoim korzeniom i nie zapominają o NWOBHM. Jak sami muzycy to określają, każde nagrywanie kolejnego albumu to dla nich rytuał. I tak też postanowili nazwać swój nowy album, czyli "Ritual". To już dwunasty krążek tej kultowej formacji, ale drugi z tym składem i drugi pod skrzydłami wytwórni Mighty Music.

Premiera dopiero 22 listopada, ale powiem że warto czekać na to wydawnictwo. Nie trzeba być fanem tej kapeli i znać ich poprzednie wydawnictwa by sięgnąć po "Ritual". To płyta, która oczywiście utożsamia się z latami 80 i korzeniami Tygers of pan Tang, ale to też wydawnictwo urozmaicone i bardzo współczesne. Sporą robotę robi klimatyczna i minimalistyczna okładka, a także współczesne i mocne brzmienie.  Idąc dalej trzeba pochwalić panów, że zgrali się i dobrze się czują w swoim towarzystwie. To słychać od pierwszych minut i choć płyta jest urozmaicona to tworzy spójną całość. Znajdziemy tutaj spokojne kawałki, ale nie brakuje też mocnego heavy metalowego pazura, czy też wycieczki do czasów NWOBHM. Tygers of pan tang na nowym albumie pokazuje, że idą w podobnym kierunku co Praying Mantis i to wcale mi nie przeszkadza. Dobrze wplecione motywy hard rockowe zawsze są mile widziane.

Wokalista Jacopo błyszczy tutaj i rozwinął skrzydła w porównania do poprzedniego wydawnictwa. Znakomicie odnajduje się w mocniejszych utworach, ale najbardziej pasują do niego te hard rockowe aranżacje. Ta płyta to też dobra praca gitarzystów i Micky oraz Robb dają niezły popis umiejętności i to taka stara szkoła grania. Podoba mi się to.

Koniec pitolenia i przejdźmy do szczegółów. Zaczynami od mocnego wejścia gitar w "Worlds Apart". Mocny riff daje się we znaki i to może zadowolić fanom starych płyt tej kapeli. Nie brakuje nawiązań do NWOBHM. W "Destiny" band pokazuje swoje bardziej hard rockowe oblicze, ale i w takim wydaniu brzmi autentycznie i słucha się tego naprawdę dobrze. Zwalniamy nieco tempo, wkraczamy nieco w rejony Scorpions czy Def Leppard i dostajemy killer w postaci "Rescue Me". Wolne, wręcz marszowe tempo jest tutaj naprawdę urocze. Prawdziwy hit i tyle. Zaskakuje na pewno petarda w postaci "Raise some Hell". Szybki, energiczny kawałek, który znakomicie wtrąca elementy NWOBHM. Do tego ten riff rodem z płyt DIO. Czysta magia i jeden z najlepszych kawałków na płycie. Znakomicie słucha się "Spoils of War", który również brzmi klasycznie. Nie brakuje tutaj nawiązań do Judas Priest. Brzmienie tylko podkreśla atuty tego zespołu i uroki tego utworu. Jacopo to znakomity wokalista i z każdym kawałkiem tylko mnie przekonuje, że to właściwy człowiek na właściwym miejscu. Nutka Ac/Dc jest w przebojowym "White lines" i znów czuć tą chemię i dobrą zabawę muzyków, która udziela się słuchaczowi. Znalazło się też miejsce dla klimatycznej ballady "Worlds cut like knives".  Ostry riff i szybsze tempo wraca w dynamicznym i zadziornym "Damn You". To kolejny wysokiej klasy utwór na płycie i nie ma mowy o nudzie. Hard rock wraca w melodyjnym i nastrojowym "Love will find a way". Znakomity przykład jak dobrze funkcjonuje na tym albumie przebojowość i urozmaicenie. Do mocnych utworów o heavy metalowym zacięciu trzeba zaliczyć "The art of noise". Na sam koniec dostajemy kolejny energiczny killer, czyli "Sail On".

Tygers of Pan Tang żyje i ma się dobrze. To już nieco inne czasy, inni muzyce, ale wciąż grają muzykę atrakcyjną, taką współczesną i na wysokim poziomie. "Ritual" to płyta urozmaicona, przebojowa, klimatyczna i pełna ciekawych kompozycji. Panowie dali z siebie wszystko i efekt jest powalający. Przemyślany album w którym nie brakuje elementów NWOBHM, hard rocka czy heavy metalu, a najlepsze jest to że płyta jest autentyczna i ma swój charakter. Ja to kupuje!

Ocena: 9/10

środa, 18 stycznia 2017

TYGERS OF PAN TANG - Tygers of pan Tang (2016)

Z klasycznego składu tygers of pan Tang został właściwie gitarzysta Robb Weirr, który odpowiada za brzmienie i jakość utworów. Wiele się zmieniło, heavy metal nabrał nieco innego znaczenia, a przez ten czas ta brytyjska formacja pozostała sobą i wciąż stara się grać NWOBHM z elementami klasycznego heavy metalu z lat 80 i hard rocka. Na 11 album zatytułowany po prostu „Tygers of pan tang” przyszło czekać fanom 4 lata. Nowy album z jednej strony podsumowuje karierę, a z drugiej pokazuje że zespół stara się rozwijać, zwłaszcza na płaszczyźnie hard rockowej. Wokalista Jacopo daje zespołowi swobodę i możliwość poszerzania horyzontów. Jego wokal sprawdza się w różnych rodzajach kompozycjach i to słychać na „Tygers of pan Tang”. Micky i Robb stawiają na łatwe melodie, chwytliwość i rockowe szaleństwo. Dzięki temu płyta jest łatwa w odbiorze i może trafić do tego grona słuchaczy, które nie do końca znają twórczość tej brytyjskiej formacji. Zespół potrafi nawiązać do swojej przeszłości co potwierdza singlowy „Only The Brave”. Na pewno zaskakują kompozycje rockowe jak „Glad Rags” który nasuwa namyśl twórczość Def Leppard czy Ac/Dc. Dalej na płycie mamy ciepłą i emocjonalną balladę w postaci „The Reason why”, który potrafi złapać za serce. Sama konstrukcja przypomina dokonania Foreigner. Fani na pewno pokochają rozpędzony „Never give in”, który ma coś z Saxon czy Judas Priest. Mocna kompozycja, z szybkim tempem i ostrymi partiami gitarowymi. Dobry dowód na to, że brytyjska formacja jest w formie. W podobnym klimacie utrzymany jest „Do it Again”, który oddaje to co najlepsze w NWOBHM. Nieco nowocześniejszy „Blood red sky” to kompozycja dynamiczna i niezwykle zadziorna. Całość zamyka bardzo udany przebój „The Devil You know”, który bardzo dobrze podsumowuje cały krążek. Tyger of pan tang żyje i ma się dobrze, w dodatku nagrywa naprawdę solidne krążki, co potwierdza ich nowy album. Jest moc, jest polot i dobra zabawa. Płyta jest zróżnicowana i ma kilka przebojów, co tylko jeszcze bardziej zachęca do zapoznania się z najnowszym dziełem Brytyjczyków. Solidna porcja hard rocka i klasycznego heavy metalu.

Ocena: 8/10