Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Symphonic Metal. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Symphonic Metal. Pokaż wszystkie posty

poniedziałek, 24 lutego 2025

ENBOUND - Set it Free (2025)


 9 lat kazał czekać swoim fanom szwedzki Enbound. Teraz 21 lutego ukazał się 3 album studyjny tej formacji i "Set it Free" to znów płyta, która przypadnie do gustu fanom symfonicznego power metalu, gdzie jest miejsce też na progresywność i bardziej złożone formuły.  W ich muzyce znajdziemy wpływy symphony x, Kamelot, Avantasia czy Theocracy.

Enbound gra muzykę, która opiera się na wyszukanych melodiach, na symfonicznym, podniosłym klimacie i patentach iście progresywnych. Stawiają na klimat, na złożona konstrukcję kompozycji. Potrafią zaskoczyć i stworzyć intrygujące kompozycje. Za partie wokalne odpowiada Lee Hunter, który potrafi oczarować swoim głosem i zbudować odpowiedni klimat. Bez problemu potrafi odnaleźć się w różnych stylizacjach, co jest sporym atutem. Gitarzysta Marvin Flowberg dwoi się i troi, by sporo działa się na płycie, by każdy znalazł coś dla siebie. Na pewno jego gra zasługuję na uwagę i pochwałę.

Płyta zawiera 11 kompozycji dających 50 min muzyki. Płytę otwiera "Assaulted Taste", który pokazuje, że band potrafi zmiksować progresywny heavy metal z symfonicznym power metalem. Efekt końcowy jest oczywiście zadowalający. Jednym z najlepszych utworów na płycie jest energiczny "Maximize" , który kipi energią, przebojowością i tutaj słychać na pewno echa Avantasia. Enbound błyszczy w klimatycznym "Set it Free" i tutaj nastawienie na granie bardziej nowocześniej i agresywniej. Jest miejsce na bardziej rockowe kompozycje i to potwierdza "Invincible". Power metal wraca w szybszym i bardziej chwytliwym "Extreme", który przypomina dokonania Kamelot. Jeszcze warto pochwalić za "Overload", który pokazuje, że można grać agresywnie, nowocześnie i z pomysłem. Jeden z najlepszych momentów na płycie i szkoda, że nie ma więcej tego typu kawałków.

Nie ma efektu wow, nie ma przejawu geniuszu, ale band prezentuje godny uwagi miks power metalu, progresywności i symfonicznego metalu. Wszystko rozegrane z pomysłem i dbałością o detale. Płyta nastawiona na klimat, złożoną formułę i wyszukane melodie. Nie jest to najlepsze co usłyszałem w tym roku, ale fanom gatunku może przypaść do gustu.

Ocena: 7/10

czwartek, 11 stycznia 2024

CATHUBODUA - Interbellum (2024)


 Po 5 latach przerwy belgijski band o nazwie Cathubodua powraca z nowym albumem zatytułowanym "Interbellum". Troszkę przykre, że po takiej przerwie band zmajstrował tylko 30 minut nowej muzyki. Dziwne, że sam album trafił do kategorii pełnometrażowego albumu, a nie mini albumu. Płyta ukaże się 23 lutego tego roku nakładem Massacre Records. Każdy kto gustuje się w symfonicznym metalu i kocha kobiece głosy pokroju Floor Jansen ten śmiało może wypatrywać nowego dzieła belgijskiej formacji.

Siła tej płyty w melodiach, aranżacjach, w dynamice i urozmaiceniu. Słychać od pierwszych dźwięków, że band gustuje w wszelkich odmianach symfonicznego metalu. Tu nie tylko elementy power czy heavy metalu słychać. Robi to wrażenie od pierwszego kawałka, aż do końca. Band spiął się i nagrał dojrzały i przemyślany album, który bardzo szybko się chłonie. Znajdziemy tutaj sporo pięknych ozdobników, smaczków, które tylko zwiększają ostateczną wartość muzyki tutaj zawartej. Sama kapela przeszła ostatnio lekkie zmiany i tak pojawił się nowy perkusista Herald Bouten i gitarzysta Tom Van Den Bosschelle.  Zmiany zmianami, ale warto pochwalić duet gitarzystów, którzy stawiają na chwytliwe melodie, wyraziste riffy i pomysłowe solówki. Dużo dobrego się dzieje w tej kwestii i cały czas czymś band próbuje nas zaskoczyć. W dodatku wokalista Sara wypada naprawdę przekonująco i jest również ważnym elementem tej układanki. Bez niej band zatraciłby swój charakter i może nieco komercyjny wydźwięk.

Płyta zawiera 6 kawałków i pierwszy z nich to podniosły, niezwykle energiczny "Effigy of aftermath", który ma motorykę power metalową. Słychać też coś z melodyjnego death metalu, coś z folk metalu i mieszanka wyszła wybuchowa z tego. Zupełnie inny jest "Foretelling", gdzie band stawia na nastrój, na nieco folkowy wymiar. Lekki i przebojowy kawałek, który potrafi zapaść w pamięci. Band pokazuje pazur w zadziornym "Will Unbroken", gdzie znów udaje się przemycić ciekawe partie melodyjne i dawkę przebojowości. Proste motywy, a cieszą. Szybszy i bardziej dynamiczny jest "Amidst Gods", gdzie znów band stawia na power metal wydźwięk. "The mirror" za spokojny i jakiś taki nijaki. Finał to 8 minutowy "Goddess fallacy", który nieco został wydłużony na siłę. Zawiera kilka ciekawych melodii i motywów, wiec zakończenie na plus.

Cathubodua nagrał solidny album, który miło się słucha i potrafi dostarczyć frajdy. Nie dochodzi do większego przeżywania tej muzyki, nie ma fajerwerków czy ekscytacji. Ot co solidna porcja symfonicznego metalu, który na pewno wstydu zespołowi nie przynosi. Ba, może się nawet spodobać potencjalnemu słuchaczowi.

Ocena: 7/10

piątek, 23 lipca 2021

WHYZDOM - Of wonders and wars (2021)


 17 września to data premiery "Of wonders and Wars", czyli 5 wydawnictwa francuskiej formacji Whyzdom. Nie jest to może pierwszoligowy band jeśli chodzi o symfoniczny metal, ale jest to solidny band, który zasługuje na uwagę, zwłaszcza jeśli gustuje się w muzyce pokroju Nightwish, epica czy Xandria. Nowy album nie namiesza w tegorocznych zestawieniach, ale w swojej stylistyce sprawdza się całkiem dobrze.

Przede wszystkim jest tutaj uzdolniona wokalistka Marie Mac Leod, który czaruje swoim operowym głosem i skupia całą uwagę słuchacza. To jest bez wątpienia mocny punkt najnowszej płyty.  Dobrze spisują się też gitarzyści Vynce i Regis, którzy wiedzą jak stworzyć odpowiednie tło dla głosu Marie. Nie brakuje ciekawych zagrywek, solówek, czy podniosłych motywów. Brakuje w tej sferze nieco pazura i energii. Przez to płyta jest nieco monotonna i stonowana.

Na plus zaliczyć należy pomysłowy otwieracz "Wanderers and dreamers", który porywa nas mocnym riffem i metalową otoczką. Dobrze się tego słucha i przy okazji pokazuje że w Whyzdom drzemie potencjał. Kolejny udany kawałek to mroczny i klimatyczny "Child of Damnation", który mocno przypomina stare dobre czasy Nightwish. Na płycie są też elementy progresywne co słychać w pokręconym "Ariadne". Do grona ciekawych utworów można śmiało zaliczyć "war" czy "The final Collapse", które pokazuje nieco żywsze granie. Całość wieńczy złożony "Notre Dame", który idealnie podsumowuje całe wydawnictwo.

Niby nic odkrywczego, niby nie jest to idealne granie, to jednak Whyzdom dostaje plusa za solidne motywy, za podniosłość, klimat i dobrze rozegrane kompozycje. Dobrze się tego słucha i nie ma tutaj miejsca na kicz. Dużo tutaj wpływów Epica czy Nightwish, co tylko zwiększa wartość tej płyty. Warto mieć na uwadze nowe dzieło francuskiego Whyzdom, który solidnie pracuje na swój sukces od 2007r.

Ocena: 7/10

sobota, 22 maja 2021

NERGARD - Eternal White (2021)

Andreas Nergard to utalentowany norweski muzyk, który radzi sobie niemal z każdym instrumentem i dał się poznać za sprawą takich kapel jak Rudhira czy gaia Epicus. Od 2010 roku spełnia się w swoim projekcie muzycznym sygnowanym nazwą Nergard. To taki ciekawy miks heavy/power metalu z nutką symfonicznego metalu i hard rocka.  W tym roku pojawia się 3 wydawnictwo Nergard zatytułowane "Eternal White".

Okładka jest przepiękna i zwiastuje wyjątkowy album. Epickość i ten bojowy klimat można gdzieś tam wyczuć, bo jest podniośle i zagrane wszystko z rozmachem. Jednak liczyłem na rasowy power metal i tego tu w sumie nie dostałem. Otwierający "God forgive my haunted mind" potrafi oczarować rozmachem i podniosłym klimatem. Epickość spotyka symfoniczny metal i brzmi to dość ciekawie. Troszkę więcej power metalu spod znaku Nightwish czy Stratovarius dostajemy w przebojowym "Pride of the north". Płyta miewa przebłyski i ciekawe aranżacje, ale brakuje power metalowego kopa i jakiegoś elementu zaskoczenia. Taki "From cradle to grave" to granie zbyt komercyjne i zbyt łagodne. Przeraża nijaki i nieco popowy "Carry me". Więcej energii i zadziorności dostajemy w melodyjnym "where no one would shed a tear". Powinno być więcej tego typu kompozycji. W nastrojowym "Now Barely three" gościnnie pojawia się Tim Ripper Owens. Udany kawałek, choć i tutaj brakuje ostatecznego szlifu.


Piękna okładka, epickość i podniosły klimat to jednak nie wszystko. Czego brakuje na "Eternal White"? Bez wątpienia killerów, power metalowego pazura i dynamiki. Niby jest rozmach i kilka ciekawych melodii. Troszkę zmarnowano potencjał, który drzemał w tym wydawnictwie. Może następnym razem będzie lepiej?

Ocena: 6/10

 

czwartek, 11 lutego 2021

EPICA - Omega (2021)


 "Omega" to 10 album w dość bogatej dyskografii Epica. Te holenderska formacja ma swój własny styl i od lat gra swoje. Nic nie muszą udowadniać, bo to jedna z najlepszych kapel grających symfoniczny metal z domieszką power metalu. Lata lecą i wciąż trzymają poziom. Od poprzedniego wydawnictwa minęło 5 lat, a "Omega" nie wnosi rewolucji w muzyce Epica. To kolejny wartościowy krążek w ich dorobku. Jednak nie przebija "The quantum enigma", który wciąż zaliczam do jednego z najlepszych wydawnictw Epica.

Nowy album  to przednia rozrywka i mamy tutaj wszystko to co składa się na styl Epica. Jest podniosłość, jest pazur, jest przebojowość, tylko tym razem jak dla mnie za mało mocy i power metalu, który dominował na "The quantum enigma". Materiał na "Omega" jest o wiele ciekawszy i bardziej chwytliwy niż na "The holographic principle" i to jest już spory atut. Na płycie dostajemy sporo intrygujących i dojrzałych partii gitarowych od utalentowanego Marka jak i Isaaca. Panowie grają dalej swoje i mamy tutaj wszystko do czego nas przyzwyczaili na przestrzeni lat. Naprawdę dobrze się tego słucha. Najlepiej wypada fenomenalna Simone Simons, która jest wysokiej klasy wokalistką.

Wszystko pięknie i można by powiedzieć, że szykuje się album petarda. No niestety brakuje mi tutaj agresji, dynamiki i przede wszystkim power metalu. Przez to płyta sporo traci. Świetnie prezentuje się melodyjny i pełen symfonicznych smaczków "Abyss of time - countdown to singularity". Rasowy killer w wykonaniu Epica. Nie ma tutaj eksperymentowania i to dobry znak. Nastrojowy "The skeleton key" i tutaj jest więcej progresywności i romantycznego klimatu. Niby dobry utwór, to jednak czegoś mu brakuje. Pazur pojawia się w "Seal of solomon", który przemyca orientalne motywy. Nieco odświeżono formułę Epica i to udany kawałek. Podobnie wygląda sprawa podniosłego "Code of Life", który nieco przypomina twórczość Myrath.Mamy też 13 minutowy kolos, czyli trzecia część "Kingdom of heaven" i choć dzieje się tu sporo, to jak dla mnie kawałek na dłuższą metę po prostu męczy. Jak dla mnie nudny też jest "Rivers", który promował ten album. Całość wieńczy podniosły i nieco progresywny "Omega".

Płyta to kawał solidnego symfonicznego metalu, to na pewno. Słychać, że to album Epica, ale brakuje mi tutaj nieco agresywności, power metalu. Czasami wkrada się nuda, czy komercyjność co psuje ostateczny efekt. Fani będą brać w ciemno, a nowi słuchacze raczej nie zmienią stosunku do Epica. To już wolę album Everdawn.

Ocena: 7/10

sobota, 3 października 2020

LEAVES EYES - The last Viking (2020)


 Fanem niemieckiego Leave's Eyes jakoś nigdy nie byłem. Kilka utworów może wpadło w ucho i tyle. Tym razem postanowiłem dać szansę nowemu wydawnictwu tej grupy. Co tym razem się zmieniło? Wszystko za sprawą naprawdę udanego "Chain of the golden horn", który pokazuje, że band potrafi tworzyć hity. Sam utwór to taka mieszanka Nightwish i Running Wild. Bardzo ciekawy klimat i faktycznie można poczuć otoczkę wikingów. Singiel mnie kupił, a jak przedstawia się sam album "The last viking"?

Płyta na pewno skierowana jest do fanów symfonicznego metalu czy melodyjnego metalu. Znajdziemy tutaj muzykę dla fanów Nightwish, Epica czy Xandria. Ważną rolę w zespole odgrywa uzdolniona technicznie Elina Sirala. Nadaje ona kompozycjom podniosłości i symfonicznej oprawy. Jasne nie jest ona Liv Kristine, ale też idealnie pasuje do tego grania.

"The last Viking" to już trzecia część sagi o wikingach i ta tematyka i klimat pasuje idealnie do symfonicznego metalu i samej kapeli. Band zadbał o ciekawą szatę graficzną i soczyste brzmienie, które podkreśla niesamowity klimat tej płyty.

Wszystko pięknie, szkoda tylko że czasami wieje tu nudą i band jakby nie potrafił wysokiego poziomu. Mamy na wstępie wspomniany wcześniej hit i to jest świetny początek. "Dark Love empress" to już spokojniejszy utwór, ale przypomina najlepsze czasu Within Temptation i dlatego utwór się broni.Kolejny killer na płycie to zadziorny i bardziej power metalowe "serpents and dragons", który przypomina dokonania Epica. Bardzo dobrze wypada marszowy i melodyjny "war of kings", który imponuje wciągającym refrenem. Należy też wyróżnić zadziorny "For victory", w którym gitarzyści zachwycają elektryzującymi solówkami. Pozytywne emocje wzbudza podniosły i epicki "Serkland". Całość zamyka równie interesujący kolos w postaci "The last viking", który idealnie podsumowuje cały krążek i definiuje w pełni styl Leaves Eyes.

Leaves Eyes regularnie wydaje albumy i trzyma swojego stylu. Można ich lubić albo nie. Ja sam wielkim fanem tej grupy nie jestem, bo za dużo jak dla mnie komercji i słodkiego klimatu. Nowe wydawnictwo jednak ma swoje dobre i momenty i jako całość się broni. Jeden z ciekawszych albumów tej grupy.

Ocena: 7/10

środa, 1 kwietnia 2020

NIGHTWISH - Human. :II: Nature (2020)

Nie tak dawno czytałem wywiad z basistą Iron Maiden i najlepsze co mi zapadło w pamięci, to że Nightwish może być gwiazdą pokroju Iron Maiden. Kiedyś może Nightiwsh był gwiazdą i potrafił tworzyć płyty genialne i klimatyczne. To się już skończyło. Nie ma Tarji, jest za to również uzdolniona Floor Jansen. Pierwszy album z Floor był udany i miał swoje dobre momenty.  Teraz po 5 latach Nightwish wraca z nowym krążkiem. "Human. :II: Nature" to album, który ciężko z recenzować. Jedno jest pewne. Nie jest to wydawnictwo do którego będę wracał. To już nie jest Nightwish jaki znam i kocham. To już muzyka zmierzającą w kierunku innym niż metal.

Band zasilił utalentowany perkusista Kai Hahto, którego znamy z Wintersun. Szkoda, że marnuje się w tym co teraz gra Nightwish. Ten kultowy fiński band grał niegdyś symfoniczny power metal, a teraz tworzą symfoniczną muzykę, która brzmi bardziej jak soundtrack jakiegoś filmu przygodowego.  Nie sądziłem, że Nightwish tak skończy. Floor brzmi miło, ale nie ma miejsca na rozwinięcia skrzydeł. Płyta jest przesadzona i te dźwięki przytłaczają. Za dużo wszystkiego i za mało konkretów. Nie ma w tym metalu, a jak już jest to jest go mało. Płyta ma charakter bardzo komercyjny i ciężko go ocenić. Plusem jest brzmienie i próba stworzenia płyty z rozmachem. "Human. :II: Nature" to album, który może oczarować mocnym, wysokiej klasy brzmieniem i ciekawymi aranżacjami. Jednak to już nie jest ten sam band co kiedyś.

Nightwish poszedł za modą i nagrał 2 płytowy album. Pierwszy krążek to 9 kompozycji. Jest tutaj rozbudowany i podniosły "Music". Tak utwór ma może potencjał i ma ciekawe motywy, ale jako całość jest jakiś taki nijaki i rozlazły. Płytę promował w sumie słaby, ale i tak najlepszy z tej płyty "Noise". Utwór brzmi jak ostatnie dwie płyty i to nie jest dobry znak. "Harvest" w otoczeniu akustycznych gitar brzmi za bardzo komercyjnie. Ciężko strawny utwór i przykład jak nisko upadł Nightwish. Dalej mamy rockowy "How's the heart ?", który też niczego nie wnosi do płyty. W sumie z całej płyty na uwagę zasługuje nieco mocniejszy "Tribal", choć i ten utwór jest daleki od ideału. Druga płyta to jeden 28minutowy kawałek "All the Works of Nature Which Adorn the World", który rozbity jest na 8 kawałków. Tutaj jest dopiero test na cierpliwość. Straszne nudy.

Nightwish to był kiedyś zespół, który tworzył symfoniczny power metal. Pamiętam jak band mnie oczarował "Wishmaster". To co słyszę na tym albumie to kpina i prawdziwa parodia Nightwish. Tak wiem, band ma się rozwijać itp itd, ale ja jestem na nie. Szkoda, że band oddalił się od swojego stylu. Nawet nie wiem czy zagorzały fan Nightwish polubi ten nowy krążek.

Ocena. : 2/10

wtorek, 5 listopada 2019

BLIND GUARDIAN TWILIGHT ORCHESTRA - Legacy of the dark lands (2019)

Od lat się mówiło, że muzycy z Blind Guardian pracują nad albumem, której w głównej mierze ma być albumem symfonicznym, w którym królować ma orkiestra. Taki pomysł strzelił do głowy liderom tej kultowej grupy power metalowej i to jeszcze wczasach nagrywania "Nightfall in middle - earth", które było już wielkim przedsięwzięciem. Nie dość, że był to pierwszy koncept album tej grupy, to już wykazywał bogate aranżacje i świeże podejście do power metalu, gdzie nie brakowało nawiązań do muzyki klasycznej. W sumie nic dziwnego, że band chciał pójść w tą stronę i bardziej zagłębić się w te rejony. Ostatnie albumy Blind Guarddian pokazują, że fascynacja symfonicznym metalem i klasyczną muzyką nie zmalała, a wręcz przeciwnie. Co jakiś czas pojawiały się pogłoski, że band nieustannie pracuje nad symfonicznym albumem z orkiestrą w roli głównej. Wiele czekało na ten krążek i po 20 latach w końcu ma swoją premierę "Legacy of the Dark Lands". Band w ramach okazji tak wielkiego przedsięwzięcia pod szylem Blind Guardian Twilight Orchestra.

Co łączy ten projekt z Blind Guardian? Oczywiście obecność Hansiego Kurscha, który jest w świetnej formie wokalnej. No i jest jeszcze Andre Olbrich, choć nie występuje tutaj jako gitarzysta. No jest jeszcze logo i klimatyczna okładka, która przywołuje na myśl stare płyty tej grupy. Oczywiście są jeszcze nawiązania do ostatnich dwóch płyt Blind Guardian, zwłaszcza jeśli chodzi o obecność orkiestry. Tutaj za warstwę instrumentalną odpowiada praska filharmonia. Nie powiem aranżacje są bogate, zagrane z rozmachem i niezwykłym feelingiem. Brzmi to wszystko jak ścieżka dźwiękowa do filmu fantasy, albo innego przygodowego blockbustera. Klimat też udało się wykreować pierwsza klasa. Narratorzy znani z "Nightfall in middle earth" budują napięcie i odgrywają kluczową rolę. To właśnie oni tutaj najbardziej błyszczą.

Przy tworzeniu warstwy lirycznej pomógł pisarz Markus Heitz i album Blind Guardian można potraktować jak sequel do powieści Markusa, czyli "The dark lands". Sama historia opowiada o apokaliptycznym sekrecie w mrocznych czasach, kiedy panuje trzydziestoletnia wojna.

Blind Guardian od razu zaczął dmuchać balonik jaki to album nie nagrali i jak wyjątkowe jest to dzieło w metalowym światku. Dmuchali i dmuchali, aż w końcu balonik  pękł.

Przesyt formy nad treścią, a może po prostu tęsknota za starym Blind Guardian? Co jest powodem, że ta płyta utknęła w mojej głowie jako eksperyment, jako chęć próbowania muzyka w czymś nowym? Blind Guardian to kultowy zespół grający power metal i w tym są najlepsi. Rozumiem chęć pójścia w innym kierunku i rozwijania się, ale jakoś tego nie kupuję. To już nie jest ten sam band.

Urokliwe są krótkie przerywniki, gdzie słychać dialogi narratorów. Tutaj jest dreszczyk i bazowanie na nostalgii związanej z "Nightfall in middle earth". No wystarczy odpłynąć w takim pełnym grozy "The gatherring". No przerywniki są magiczne. Nie powiem taki "War feeds War" ma klimat i wciągające partie orkiestrowe. Jednak nie ma tutaj mocy i nie ma nawet przebojowości. Świetny klimat i podniosłość to za mało. Z kolei "Dark Cloud Rising" jest spokojny i nastrojowy niczym jakaś baśń. Nie da się nawet ukryć, że gdzieś tam słychać nawet Queen. "The Great Ordel" to taki nieco bliźniak do "Grand Parade" . Płytę promował melodyjny "The point of no return" i to chyba najciekawszy utwór z tej płyty. Z kolei "Harvest of Souls" to kopiuj-wklej "Sacred Mind" z ostatniej płyty.

Jest rozmach, jest może i pomysłowość czy stworzenie czegoś innego niż inne zespoły. Jednak to, że płyta na swój sposób jest oryginalna i wyjątkowa oznacza że jest ponadczasowa i wytaczająca nowe ścieżki w metalowym świecie? Otóż nie i ta płyta nic nie wnosi. Taki patenty band prezentował już dwóch poprzednich płytach. Tutaj jest za dużo wszystko, a za mało konkretów. Nie jest to płyta metalowa, jako symfoniczny album jest lepiej. Właściwie to płyta, która sprawdza się jako soundtrack filmowy, czy wariacja na temat muzyki klasycznej i tyle. Mam nadzieję, że ten album zamknie rozdział blind guardian z orkiestrą i wrócą do metalu, do power metalu jaki grali kiedyś. Z tęskniłem się za takim graniem w ich wykonaniu.

Ocena:

Jako płyta metalowa : 2/10

Jako album Blind Guardian 1/10

Jako album symfoniczny 7/10

Jako soundtrack 8/10

Płyta inna niż standardowa i w zasadzie standardowa oceny tu nie sprawdzą się i niech każdy sobie posłucha i wyrobi swoją opinię. Ciekawość swoją zaspokoiłem i raczej już nie będę do tego tworu wracał. Czekam kolejne 4 lata na nowe dzieło Blind Guardian.

czwartek, 8 czerwca 2017

HOLLOWSTONE - Walking between the worlds (2016)

Jakoś nigdy wcześniej nie natknąłem się na amerykański Hollowstone, pomimo że mają na swoim koncie dwa albumy i działają od 2008 roku. Nadarzyła się w końcu okazja bo zespół wydał najnowszy krążek w postaci „Walking Between The Worlds”, który ukazał się w 2016 r. Zespół stara się grać power metal wplątując w to progresywny rock, heavy metal czy symfoniczny metal. Mieszanka dość odważna i w sumie różnie to się kończy. Raz sukcesem, a raz niepowodzeniem. Sami muzycy grać potrafią i wiedzą jak przyciągnąć uwagę słuchacza. Przykładem jest wokalistka Chelsea Wratchild, która potrafi śpiewać w wysokich rejestrach i momentami zadziornie. To ona jest motorem napędowym zespołu. Najnowsze dzieło nie jest może czymś nadzwyczajnym, ale może wciągnąć fanów symfonicznego power metalu czy też fanów progresywnego metalu. Klimatyczna okładka i soczyste, mocne brzmienie to nie jedyne plusy „Walking Between the worlds”. Zawartość też nie wiele odstaje i potrafi przekonać słuchacza do tego co oferuje zespół. Zaczyna się wyśmienicie bo od rozpędzonego „The dreaming city”, w który dzieje się sporo. Zespół tutaj wtrącił zagrywki neoklasyczne, symfoniczną podniosłość i progresywność które przejawia się w partiach gitarowych. Power metal też da się wyczuć. W „Time” zespół ociera się o progresywny rock i swoje robią klawisze, które dodają klimatu Deep Purple. Nieco ostrzejszy i mroczniejszy jest „Into oblivion” , który pokazuje że zespół potrafi grać nowocześnie. „Battle Cry” to nie cover Judas Priest, choć nie brakuje elementów wyjętych z twórczości Brytyjczyków. Bardzo podoba mi się marszowy, epicki i bardziej urozmaicony „Festival of Souls”, w którym zespół znakomicie miesza wszelkie elementy z poprzednich kawałków. „Dissapear” z nutką death metalu przypomina twórczość Epica. Jest to kolejny ostrzejszy kawałek na płycie. Całość zamyka klimatyczny i ponury „lost soul of the asylum”. Bardzo specyficzna płyta, która znajdzie swoje wąskie grono fanów. Mamy tutaj klimat, ciekawe i bardziej złożone kompozycje, gdzie melodie nie są wcale takie proste. Jednak wszystko jest ładnie i pomysłowo rozegrane. Każdy kto lubi symfoniczny metal czy progresywny metal powinien zapoznać się z Hollowstone.

Ocena: 7/10

niedziela, 29 stycznia 2017

DEATHLESS LEGACY - Dance with Devils (2017)

Eksperymenty w muzyce metalowej nie są złe, wszystko zależy od proporcji, od tego w jakim kierunku chce zespół pójść. Jeżeli nie brakuje w tym ciekawych pomysłów, intrygujących melodii i atrakcyjnych rozwiązań to taki eksperyment ma racji bytu. Nie ukrywam, że nazwa Deathless Legacy początkowo nie wiele mi mówiła. Jak się ukazuje jest to włoski band, który zaczął w 2006 roku jak cover band zespołu Death SS. W 2013 r zmienili nazwę na obecną i w sumie ich muzykę nie tak łatwo sklasyfikować.

Z jednej strony słychać heavy metal spod znaku Mercyful Fate, czy King Diamond. W sumie te podobieństwa można dostrzec pod względem lirycznym czy panującego klimatu. Jest mrok i okultyzm. Aranżacje momentami ocierają się o ostatnio popularny Ghost, choć nie brakuje też elementów wyjętych z twórczości Nightwish czy nawet Powerwolf. Mieszanka iście wybuchowa, do tego główną rolę odgrywa specyficzna wokalistka Steva La Cinghiala, która ma smykałkę do nadania utworom melodyjnego charakteru. Bardzo fajnie się jej słucha i dzięki temu muzyka jest bardzo chwytliwa. Mają na swoim koncie 3 albumy, a najnowszy „Dance with the Devils” jest zaskakująco dobry. Ta płyta wyróżnia się na tle innych wydawnictw. Jest trochę dziwna, a w dodatku łączy w sobie tyle sprawdzonych patentów i smaczków różnych gatunków. Dzięki temu Deathless Legacy uzyskał urozmaicenie i niezwykłą przebojowość.

Intryguje mroczna okładka rodem z płyt black metalowych, jednak zawartość jest zupełnie inna i na pewno zaskakuje od samego początku. Zaczyna się klimatycznie i tak dość tajemniczo i można odnieść wrażenie że słuchamy najnowszego dzieła Powerwolf. Orkiestra i taka chrześcijańska otoczka. „Join The Sabbath” też cechuje się niezwykłym klimatem, symfonicznymi smaczkami i taką motoryką spod znaku Powerwolf. Do tego do chodzi tematyka rodem z płyt Mercyful Fate. Zespół nie szczędzi pewnych folkowych zapędów co słychać po melodiach jakie tu słyszymy. Z czasem utwór nabiera też cech symfonicznych rodem z ostatnich płyt Nightwish. Ostatecznie wyszedł niezwykle chwytliwy i pomysłowy utwór, a sam album zaczyna jeszcze bardziej intrygować i ciekawić słuchacza. Po takim wejściu zespół stara się utrzymać dobre tempo i dlatego „Heresy” to bardziej komercyjny, troszkę bardziej progresywny utwór, który również łatwo zapada w pamięci. Nie brakuje też szybkich, wręcz power metalowych kompozycji i właśnie taki jest „Witches Brew”. Wokalistka Steva jest bardzo specyficzna, ale to właśnie ona jest główną atrakcją zespołu. Na pewno też wyróżnić należy mocniejszy, agresywniejszy „The Black oak”, który wciąga w ten swój posępny klimat. Do tych szybkich i przebojowych utworów na pewno warto zaliczyć „Voivode”. Znów skojarzenia z Nightwish są i to nie jest takie złe zjawisko. W podobnym klimacie jest utrzymany rozpędzony „Devilborn”. Całość zamyka nieco teatralny „Creatures of the night”.

„Dance with devils” to płyta inna niż wszystkie jakie można spotkać obecnie na rynku. Spontaniczna, nie przewidywalna, pełna różnych smaczków i elementów kilku gatunków. Zespół ma ciekawy image sceniczny, który ma budzić grozę. Wzorują się gdzieś na twórczości Kinga Diamonda i to widać, jak i słychać. Płyta może i jest komercyjna, ale podoba mi się i na pewno często będę do niej wracał. Polecam dla tych co są otwarci na muzykę.

Ocena: 9/10

czwartek, 20 października 2016

SIRENIA - Dim days of Dolar (2016)

Sirenia to norweski odpowiednik After Forever, Epica czy Nightwish. To zespół który umiejętnie łączy elementy symfonicznego metalu i gothic metalu. „The 13th Floor” był ciekawym i w miarę udanym albumem, który potrafił zaspokoić fanów takiej muzyki. Późniejsze dokonania były różne i nie zawsze potrafiły trafić do fanów. Zespół oddalał się bardziej w stronę komercyjności czy rocka. Taka forma już nie do końca mi odpowiadała. Teraz zespół ma nową wokalistkę w postaci Emanuelle Zoldan, która przez dziesięć lat pełniła rolę chórzystki w zespole. Trzeba przyznać, że zespół nabrał nowej jakości dzięki niej. W efekcie „Dim Days of Dolor” to najlepsze dzieło jakie stworzył ten zespół.

Przyczyn tego stanu rzeczy jest kilka. Pierwszym na pewno jest nowa wokalista, która umiejętnie odnajduje się w symfonicznym metalu i pomaga w tym jej operowy głos. Ma odpowiednie wyszkolenie techniczne i umiejętności. Każdy utwór nabiera odpowiedniej tonacji, jak i pazura. Lepsze, mocniejsze brzmienie, które od razu kojarzy się z ostatnim albumem Epica. Morten i Jan też odwalają kawał dobrej roboty. Dzięki nim materiał jest bardziej metalowy i ma pewne elementy death metalu. Skojarzenia z Nigtwish, a zwłaszcza Epica są jak najbardziej na miejscu. Nowa jakość, nowa Sirenia i już mi się to podoba. Singlowy „the 12 th Hour” idealnie oddaje ten stan rzeczy. Utwór jest agresywny, rozpędzony, bardzo metalowy i niezwykle zróżnicowany. Na takie kompozycje właśnie czekałem w wykonaniu Sirenia. Nawet otwieracz „Goddess of the sea” sprawdza się idealne. Podniosłe, gotyckie chóry i już można poczuć ciarki na plecach. Nieco lżejszy i bardziej melodyjny „Dim days of Dolor” to taki ukłon w stronę pierwszych płyt Sirenia. Bardzo podoba mi się mroczny klimat i główny motyw „Cloud Nine”. Kompozycja ma w sobie sporo nowoczesnych patentów, co też na swój sposób jest zaskakujące. „Veil of Winter” to nieco rockowy kawałek z ciekawymi partiami wokalnymi. Melodyjny i niezwykle zadziorny „Ashes to Ashes” to kolejna mocna rzecz na płycie. Do grona ciekawych kompozycji na pewno warto zaliczyć ostrzejszy „Playing with fire”, czy podniosły „Fifth Column”. Całość zamyka równie udana i wciągająca ballada „Aeons Embrace”.

Przez długi czas lekceważyłem ten zespół, zwłaszcza ich ostatnie dokonania, które były zbyt komercyjne i rockowe. Brakowało mocy, pazura i heavy metalowego charakteru. Teraz z nową wokalistką Sirenia nabrał polotu i świeżości. Teraz mogą konkurować z najlepszymi zespołami.

Ocena: 8.5/10