wtorek, 12 maja 2026

ENORION - Tales and dreams (2026)


Ile ja bym dał, żeby wrócił stary, dobry Dark Moor — ten klimat i styl z płyt The Gates of Oblivion czy Dark Moor. Hiszpański band z biegiem lat zatracił swój charakter i tożsamość. Z tej wielkiej powermetalowej kapeli została już właściwie tylko nazwa. Ciężko dziś znaleźć godnego następcę, bo ten specyficzny styl Dark Moor — balansujący między neoklasycznym power metalem a symfonicznym rozmachem — nie jest łatwy do podrobienia.

W końcu jednak znalazł się ktoś na tyle odważny, by spróbować wypełnić pustkę po dawnym Dark Moor. Brazylijski Enorion działa od 2015 roku, ale dopiero teraz doczekaliśmy się debiutanckiego albumu. Tales and Dreams ukazał się 11 maja i aż trudno uwierzyć, że premiera przeszła praktycznie bez większego echa. Mało kto gra dziś z taką pasją i tak wyraźnym zapatrzeniem w klasyczne dokonania Dark Moor. Mi do szczęścia naprawdę niewiele więcej potrzeba.

Debiutancki album „Tales and Dreams” to jedna z najciekawszych niespodzianek na scenie power metalowej w 2026 roku. Już od pierwszych sekund słychać fascynację twórczością Dark Moor, co akurat jest ogromną zaletą, bo takiego grania zwyczajnie dziś brakuje. Największą siłą albumu pozostaje klimat. „Tales and Dreams” brzmi jak muzyczna podróż przez świat snów, dawnych legend i mrocznych opowieści fantasy. Idealnie współgra to ze stylistyką zespołu.

Na płycie nie brakuje orkiestracji, przestrzennych klawiszy i monumentalnych refrenów, ale całość ani przez moment nie zamienia się w przesadnie pompatyczny chaos. Wręcz przeciwnie — album ma zaskakująco elegancki, niemal filmowy charakter. To prawdziwe bogactwo dźwięków, a same melodie są wyszukane, pełne pasji i świeżości. Enorion odrobił lekcję i przygotował niezwykle dojrzały debiut.

Partie wokalne Felippe Castello są emocjonalne i znakomicie współgrają z symfonicznymi aranżacjami. W spokojniejszych momentach album przywołuje skojarzenia z najlepszymi płytami Dark Moor. Wokalista wyraźnie inspiruje się stylem śpiewania Alfred Romero, ale robi to z wyczuciem i smakiem. To przemyślany i udany zabieg.

Album najlepiej działa jako spójna całość — słuchany od początku do końca tworzy historię pełną emocji, nostalgii i fantasy. Pełno tutaj pięknych ozdobników: klawiszowych ornamentów, finezyjnych partii gitarowych oraz orkiestrowych chórków budujących odpowiedni nastrój. W zespole działa dwóch bardzo utalentowanych gitarzystów — Oliveira i Dragon — i obu należą się ogromne pochwały. Ten duet stawia na świeżość, pomysłowość oraz różnorodność aranżacyjną. Cieszy fakt, że muzycy mocno inspirują się klasycznym okresem Dark Moor.

Oczywiście nie obyło się bez wad. Momentami wkrada się pewna powtarzalność i można odnieść wrażenie, że zespół miejscami krąży wokół podobnych patentów. Mimo wszystko całościowo album robi bardzo duże wrażenie. Band potrafi porwać słuchacza od pierwszych sekund, a na dzień dobry wita nas pomysłowy „All I Have to Say”. Utwór zachwyca bogatymi aranżacjami i świeżym podejściem do symfonicznego power metalu. Nawiązania do Dark Moor są tutaj wyjątkowo wyraźne. Jeszcze więcej ducha starego Dark Moor znajdziemy w przebojowym „Diggi Daggi” — to znakomita mieszanka neoklasycznego power metalu i symfonicznego rozmachu. Kompozycja imponuje chwytliwością oraz bogactwem aranżacji.

W „Enorion” zespół wyraźnie przyspiesza i prezentuje pogodny, pełen energii power metal. Można tu usłyszeć echa wczesnych dokonań Insania czy Helloween. To klasyczny power metal w najlepszym wydaniu. Nie obyło się jednak bez słabszych momentów. Spokojniejszy „From Far and Nowhere” przypomina, że mamy wciąż do czynienia z debiutantami. Utworowi brakuje wyrazistości i większej siły przebicia. Znacznie lepiej wypada nastrojowy „United in Shadows” — zagrany z polotem, dbałością o detale i odpowiednią dawką emocji. Enorion świetnie odnajduje się również w szybszym repertuarze, czego najlepszym przykładem jest „Crying for Salvation”. Brzmi to klasycznie, ale jednocześnie świeżo i niezwykle energetycznie. Właśnie tak powinien dziś brzmieć power metal.

Orientalne motywy i lekko progresywny charakter stanowią największe atuty „Anhanga”. Utwór rozwija się z pomysłem i mocnym naciskiem na klimat. Z kolei „Revenge” wypada niestety dość nijako — tutaj szczególnie słychać brak doświadczenia. Kompozycji brakuje zarówno wyraźnego kierunku, jak i odpowiednio mocnego refrenu. Pozytywnie nastraja natomiast „Sons of Tomorrow”, przemycający odrobinę stylistyki Avantasia czy Helloween. To kolejny dowód na to, że zespołowi wyjątkowo łatwo przychodzi tworzenie klasycznych powermetalowych hymnów. Ponad sześciominutowy „The Force” to z kolei wyraźny ukłon w stronę twórczości Dark Moor. Zespół postawił tutaj na podniosły klimat i rozbudowane aranżacje. W takim wydaniu Enorion prezentuje się zdecydowanie najlepiej.

„Tales and Dreams” najlepiej działa wtedy, gdy słucha się go od początku do końca. Album nie opiera się wyłącznie na pojedynczych hitach, lecz przede wszystkim na budowaniu świata i atmosfery. Enorion stworzył debiut nierówny, ale pełen wyobraźni, emocji i autentycznej pasji — taki, który daje nadzieję na jeszcze ciekawsze wydawnictwa w przyszłości. Najważniejsze jednak jest to, że w końcu pojawił się zespół próbujący godnie wypełnić pustkę po dawnym Dark Moor. I za to Enorion należą się ogromne brawa. To jedno z najprzyjemniejszych zaskoczeń tego roku.

Ocena: 8.5/10

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz