wtorek, 20 października 2026
BOGUSŁAW BALCERAK'S CRYLORD - Birds of Steel (2026)
czwartek, 16 lipca 2026
GALNERYUS - A cry from the sky above (2026)
Nie sposób lekceważyć potęgi japońskiego Galneryus. Po ponad dwóch dekadach działalności zespół wciąż pozostaje jednym z najważniejszych przedstawicieli japońskiej sceny power metalowej. Muzycy wielokrotnie udowadniali, że potrafią tworzyć materiał najwyższej próby, a ich pozycja w świecie neoklasycznego power metalu jest w pełni zasłużona.
Album „A Cry from the Sky Above” ukazał się 15 lipca 2026 roku jako czternaste studyjne wydawnictwo grupy. Motywem przewodnim płyty jest nadzieja odnajdywana w świecie pogrążonym w chaosie. To kolejne godne uwagi i warte pochwały dzieło tej zasłużonej formacji.
Od sześciu lat skład zespołu pozostaje niezmienny, a kluczową rolę nadal odgrywa utalentowany gitarzysta Syu. To prawdziwy lider, którego charakterystyczna gra wyznacza kierunek artystyczny Galneryus, nadając muzyce niepowtarzalny klimat i energię. Syu nie boi się eksperymentować z aranżacjami, dzięki czemu kompozycje pozostają różnorodne i pełne świeżych pomysłów. Jego gitarowe popisy są największą atrakcją twórczości zespołu i również tym razem nie jest inaczej. Znakomicie układa się także jego współpraca z klawiszowcem Yuhkim. Ich partie wzajemnie się uzupełniają, tworząc przestrzeń, melodyjność i odpowiedni rozmach.
Największą zaletą albumu pozostaje wykonanie. Syu po raz kolejny prezentuje światowej klasy technikę, jednak jego solówki nie są jedynie pokazem wirtuozerii – każda z nich ma swoje miejsce i służy budowaniu kompozycji. Równie imponująco wypada Sho, który z łatwością przechodzi od subtelnych, emocjonalnych zwrotek do potężnych refrenów pełnych charakterystycznych wysokich partii wokalnych.
Po raz kolejny album zachwyca mocnym, dopracowanym brzmieniem, które doskonale podkreśla talent wszystkich muzyków. Zespół zadbał o każdy detal produkcji, dzięki czemu materiał brzmi nowocześnie, a jednocześnie zachowuje swój klasyczny charakter. Okładka przyciąga wzrok, choć momentami sprawia wrażenie zbyt mocno inspirowanej estetyką generowaną przez sztuczną inteligencję. Płyta zawiera dziewięć utworów, które składają się na ponad godzinę muzyki.
Album otwiera dynamiczny „Call of the Horizon”, który od pierwszych sekund przypomina, że Galneryus najlepiej odnajduje się w szybkim, neoklasycznym graniu. Singlowy „The Light of Hope” jest jednym z najmocniejszych punktów wydawnictwa. Chwytliwy refren, znakomite melodie i efektowne solówki sprawiają, że utwór ma wszelkie predyspozycje, by na stałe zagościć w koncertowych setlistach. To właśnie taki Galneryus kochają fani – bezkompromisowy, pełen energii i prawdziwie power metalowy.
Środkowa część albumu przynosi więcej różnorodności. „Let No Time Decay” oraz „Beyond the Sunrise” oferują ciekawsze rozwiązania aranżacyjne, jednocześnie podkreślając ogromne umiejętności muzyków i ich zamiłowanie do klasycznego power metalu. Utwory te brzmią niezwykle świeżo i sprawiają, że słuchacz ma ochotę na jeszcze więcej muzyki Galneryus.
Znalazło się również miejsce dla bardziej nastrojowego i rockowego „Break the Silence”, które skutecznie przełamuje dominującą na płycie galopującą energię. Z kolei epickość, rozmach i podniosły charakter rozpędzonego „To the Last Breath” czynią go jednym z najlepszych utworów na albumie. To właśnie tutaj najmocniej słychać piękno neoklasycznego power metalu w wykonaniu Japończyków.
Nieco słabiej prezentuje się bardziej stonowany i miejscami zbyt zachowawczy „Echoes of Fate”, choć również on posiada swoje chwile. Następnie docieramy do „Without You” – piętnastominutowego kolosa, który stanowi prawdziwą ozdobę albumu. Zespół pokazuje tutaj swoje bardziej liryczne i emocjonalne oblicze. Nie brakuje epickiego rozmachu, świetnych melodii oraz wszystkich elementów, które od lat definiują styl Galneryus. To imponująca muzyczna podróż i jeden z najjaśniejszych punktów całego wydawnictwa.
Na zakończenie otrzymujemy instrumentalny „Where You Were”, który pozwala złapać oddech po intensywnych emocjach i stanowi eleganckie zwieńczenie albumu.
Nowe wydawnictwo Japończyków jest pełne doskonałego rzemiosła, emocjonalnych melodii i instrumentalnych fajerwerków, które z pewnością usatysfakcjonują przede wszystkim wiernych fanów zespołu. Prawdopodobnie nie zapisze się ono w historii na równi z najbardziej przełomowymi dziełami Galneryus, jednak po raz kolejny potwierdza, że formacja utrzymuje niezwykle wysoki poziom artystyczny. Nie jest to nowe otwarcie, lecz kolejny dowód na to, że Galneryus pozostaje jednym z najbardziej konsekwentnych, rozpoznawalnych i klasowych zespołów współczesnego power metalu.
Ocena: 9/10
środa, 17 września 2025
ANGELO PERLEPES MYSTERY - Spelled by fire (2025)
Wstyd się przyznać, ale wcześniej nie miałem styczności z twórczością Angelo Perlepesa i jego formacji Mystery. To grecka kapela, która działa na scenie już od 1989 roku. Na swoim koncie mają cztery albumy, po czym zapadli w aż 21-letnie milczenie. W 2024 roku do zespołu dołączył charyzmatyczny wokalista Billy Vass, a wraz z nim – jak się okazało – powiew świeżości i nowa energia. W zaciszu studia przygotowano coś naprawdę wyjątkowego. 12 września ukazał się piąty pełnometrażowy album "Spelled by Fire" – i trzeba przyznać, że to powrót w wielkim stylu.
Płyta skierowana jest przede wszystkim do miłośników muzyki w duchu Yngwie Malmsteena, Rainbow czy Iron Mask. Znajdziemy tu połączenie hard rocka, neoklasycznego power metalu i melodyjnego metalu. Sercem i duszą tego wydawnictwa jest oczywiście gitarzysta Angelo Perlepes, który stawia na finezję, melodyjność i niebanalne pomysły. Technika jest tu na najwyższym poziomie – Angelo niemal w każdym utworze daje popis swoich umiejętności, a jednocześnie nie traci z oczu spójności kompozycji. Świetnie w to wszystko wpasowuje się Billy Vass – jego barwa głosu i sposób interpretacji nadają całości przebojowego charakteru. To dzięki niemu płyta przywołuje ducha takich zespołów jak Rainbow, Iron Mask czy Yngwie Malmsteen.
Materiał jest przemyślany, różnorodny i zagrany z wielką pasją. Cały czas coś się dzieje – nie ma miejsca na nudę. Ogromnym atutem jest umiejętność budowania epickiego, pełnego majestatu klimatu, w czym greckie zespoły potrafią się znakomicie odnaleźć.
Już otwierający i rozbudowany utwór "Spelled by Fire" robi wrażenie – czuć tu ogromne inspiracje Malmsteenem, a popisy gitarowe Angelo są prawdziwą ucztą dla ucha. To sześć minut czystych emocji i muzycznego piękna. Podobne wrażenie robi "Wizards of the Western Coast" – riffy wyraźnie inspirowane twórczością Iron Mask i Malmsteena od razu sygnalizują, że mamy do czynienia z power metalem w najlepszym, neoklasycznym wydaniu.
Przebojowy i pełen magii "Visions Will Find a Way" zachwyca świeżością i energią. Z kolei "Caress of Darkness" to perełka – utwór mroczny, stonowany, jakby łączący klimat starego Rainbow z Dio, odrobinę Black Sabbath z czasów Tony’ego Martina i nutkę Axel Rudi Pell. Prawdziwe cudo.
Dynamiczny, porywający "Stormrider" wprowadza ducha Ritchiego Blackmore’a – ten utwór, choć trwa prawie siedem minut, mija błyskawicznie. Marszowy, epicki "Fiat Lux" momentami przywodzi na myśl klimat utworu "Casbah" Axel Rudi Pell czy Black Sabbath z ery Martina. Hard rockowy "Mercyful Night" przenosi słuchacza w czasy klasycznego Rainbow i lat 80. – to ukłon w stronę złotej ery gatunku.
Jednym z najbardziej monumentalnych utworów jest "Sign of the Cross" – mroczny, epicki i przepełniony potężnym refrenem. Brzmi niczym zaginiony klasyk Rainbow z czasów Dio. Z kolei "For the Love of God" to emocjonalna podróż, której siedem minut potrafi całkowicie zahipnotyzować słuchacza.
Na zakończenie dostajemy prawdziwego asa – "The Journeyman", który przypomina najlepsze lata Rainbow i wieńczy album z rozmachem, pozostawiając słuchacza z poczuciem obcowania z czymś wielkim.
Gdy muzyka cichnie, w głowie wciąż wybrzmiewają dźwięki tej płyty. Chce się do niej wracać raz za razem. "Spelled by Fire" to coś więcej niż tylko zbiór dobrze zagranych utworów – to pokaz kompozytorskiego kunsztu, prawdziwy muzyczny spektakl pełen magii i emocji. Nie wiem, czy to najlepszy album w karierze Angelo Perlepesa, ale z pewnością jest to jeden z najlepszych albumów roku 2025.
Ocena: 10/10.
środa, 9 lipca 2025
BOGUSLAW BALCERAK'S CRYLORD - Losy bloody Heroes (2025)
Bogusław Balcerak to bez wątpienia jeden z najwybitniejszych gitarzystów na polskiej scenie metalowej – artysta, którego kunszt wykonawczy i kompozycyjny dorównuje najlepszym światowym nazwiskom. Jego styl to esencja neoklasycznego power metalu – z wyraźnymi wpływami mistrzów gatunku takich jak Yngwie Malmsteen, Joe Stump czy Dushan Petrossi. Działając pod szyldem Bogusław Balcerak’s Crylord od 2009 roku, artysta dostarczył słuchaczom już sześć albumów studyjnych. Najnowszy z nich, "Lost Bloody Heroes", ukazał się 7 lipca i stanowi kolejny triumf w jego dorobku.
To bezsprzecznie płyta dla koneserów gitarowego rzemiosła i fanów klasycznej neoklasyki w nowoczesnym wydaniu. Balcerak potwierdza, że jego talent, technika i wyczucie formy są na światowym poziomie. Partie gitarowe zachwycają nie tylko precyzją, ale i emocjonalną głębią. Solówki balansują pomiędzy wirtuozerią a melodyjnością – są jak barokowe freski malowane dźwiękiem. Riffy – pełne energii i charakteru – nadają kompozycjom wyrazistość i epicki sznyt.
Do współpracy przy tym albumie Balcerak zaprosił wokalistę Marka Boalsa, którego ekspresyjny głos idealnie współgra z dramatyzmem i rozmachem muzyki Crylord. Boals nie tylko dostarcza potężnych refrenów i ostrych fraz, ale także z wyczuciem buduje klimat utworów – od subtelnych napięć po wybuchową energię. Sekcję rytmiczną uzupełnia Rob Wróblewski, który z chirurgiczną precyzją podbija tempo i dynamikę materiału.
Choć okładka może budzić skojarzenia z grafiką generowaną przez sztuczną inteligencję, doskonale wpisuje się w estetykę fantasy i dramatycznego klimatu płyty. Liczy się jednak przede wszystkim zawartość muzyczna – a ta stoi na bardzo wysokim poziomie.
Płyta trwa nieco ponad godzinę, lecz nie ma tu miejsca na dłużyzny. Wręcz przeciwnie – każdy utwór wnosi coś unikalnego. Już otwierający album „Night Sky Glooms” jest wybuchową mieszanką energii i melodyjności. To dynamiczne otwarcie od razu przywodzi na myśl klasyczne dokonania Malmsteena. Następnie mamy bardziej stonowany, nastrojowy „Final Hour”, w którym melancholia miesza się z rockową elegancją.
„Born to Rock” to prosty, ale niezwykle chwytliwy numer – lekki i zmysłowy, z refrenem, który zostaje w głowie na długo. Szybsze tempo i ostrzejsze riffy przynosi „Inside of the Hell”, typowy power metalowy killer o bezkompromisowym charakterze. Tytułowy „Lost Bloody Heroes” to prawdziwa perła – zadziorny, melodyjny i pełen dramatyzmu. Ciarki gwarantowane.
Hardrockowe wpływy można usłyszeć w bujającym „Hold On”, a imponujące techniczne popisy słychać szczególnie w rozpędzonym „Saracen”. Kolejny mocny punkt to „New Horizon” – nieco lżejszy, ale melodyjny i rasowy hołd dla klasyków pokroju Ritchiego Blackmore’a i Rainbow.
Z kolei „Voodoo Night” zaskakuje mrocznym klimatem i ciężkim, pełnym napięcia riffem – to jeden z najbardziej atmosferycznych momentów albumu. Kulminacją całej płyty jest najdłuższy utwór „World’s Away” – balladowe intro przechodzi tu w pełnoprawną power metalową epopeję, pokazując pełnię możliwości zespołu.
Bogusław Balcerak udowadnia po raz kolejny, że jest artystą nie tylko technicznie doskonałym, ale też konsekwentnym i pełnym muzycznej wizji. Lost Bloody Heroes to płyta, która urzeka nie tylko fanów neoklasycznego power metalu – to album dopracowany, przemyślany i pełen pasji. Fakt, że Balcerak tworzy regularnie i na tak wysokim poziomie, to prawdziwy powód do dumy dla polskiej sceny metalowej.
Ocena: 9/10
piątek, 13 grudnia 2024
MAGIC KINGDOM - Blaze Of Rage (2024)
10 lat temu belgijski gitarzysta Dushan Petrossi wydał wraz z Magic Kingdom znakomity "Savage Requiem", który pokazał jak grać wysokiej klasy neoklasyczny power metal. Dushan to niezwykle utalentowany gitarzysta, który stara się wypełniać lukę po Yngwie Malmsteene, który nic ciekawego ostatnio nie wydaje. Magic Kingdom to band, który stać na wielkie płyty. W 2019r dołączył Michael Vescera, który przecież śpiewał u boku Yngwiego. Z nim ukazał się "Metalmighty" , który był tylko solidny. Czas naprawić błędy i zmazać tamto złe wrażenie. Lekarstwem na to jest najnowsze dzieło Magic Kingdom, czyli "Blaze of Rage", który ukazał się dzisiaj tj 13 grudnia nakładem Massacre Records.
W składzie zespołu niezmiennie dzieli i rządzi Dushan, którego styl gry na gitarze jest dobrze znany. Na nowym albumie jest pełno neoklasycznych zagrywek, pełno szybkich zrywów, a nawet troszkę ostrzejszego grania ocierającego się o death metal. To na pewno zaskakuje, bo album nabiera przy tym na agresji i drapieżności. Micheal Vescera to wiadomo klasa sama w sobie i mimo swoich lat wciąż zachwyca, choć tutaj troszkę tak bezpiecznie śpiewa. Warto wspomnieć, że szeregi zespołu w 2023 r zasilił perkusista Gabriel Deschamps. Stylistyka w zasadzie ta sama i w dalszym ciągu na pierwszy plan idą popisy gitarowe Dushana, pomysłowe riffy, chwytliwe melodii i finezyjne solówki. Czuć powrót do najlepszych płyt.
Intro w postaci "Sanctus Maleficus" to kwintesencja neoklasycznego power metalu i stylu Magic Kingdom. Jest moc i robi apetyt na całość. Idziemy dalej, a tam kolejny killer w postaci "The Great Rebellion". Utwór niezwykle energiczny, agresywny i pełen różnych smaczków. Końcówka kawałka ociera się o death metal i to miłe zaskoczenie. 9 minut szybko mija w tym utworze. Klasycznie jest w melodyjnym "Blaze of Storming Rage", który zachwyca dynamiką i pomysłowym motywem przewodnim. Troszkę progresywności wdziera się w "Undead at the Gates", z kolei "The great Invasion" to znowu hicior pełen neoklasycznych smaczków. Jeden z najlepszych momentów na płycie i to żywy dowód na to, że Magic Kigdom błyszczy na tej płycie. Band na nowym krążku potrafi też grać agresywnie i drapieżnie, co również potwierdza w rozpędzonym "Unscared War Alliance". Troszkę urozmaicona wprowadza rozbudowany i podniosły "The great Retribution".Piękny i niezwykle melodyjny jest też "Bells Of triumph", który potrafi oczarować od pierwszych sekund. Ballada "Lonely in the Universe" troszkę jakby na siłę wrzucona do zawartości płyty i w sumie nie potrzebna.
"Blaze of Rage" to album urozmaicony, dojrzały, pełen hitów i killerów, ale tez nie brakuje dłużyzn, czy nie równości. Mimo pewnych niedociągnięć to i tak płyta znacznie lepsza niż poprzednia i pokazuje, że Magic Kingdom wciąż stać na bardzo energiczny i pełen neoklasycznych smaczków album. Pozycja oczywiście godna uwagi i chwalenia.
Ocena:9/10
sobota, 12 października 2024
GLORIUS - Renacer (2024)
Nazwa glorius nic mi nie mówiła. Nadarzyła się okazja, by to zmienić. "Renacer" to najnowsze dzieło zespołu Glorius, który pochodzi z Boliwii. Band działa od 2019r i najlepsze w tym wszystkim jest to, że grają neoklasyczny heavy/power metal, który przemyca patenty Yngwiego Malmsteena, Magic Kingdom, czy Galneryus. Czerpać garściami od najlepszych to połowa sukcesu, bo trzeba jeszcze to umiejętnie podać, by brzmiało świeżo i na równie wysokim poziomie. Ta sztuka tej młodej kapeli się udało, a drugi album zatytułowany "renacer" po prostu zachwyca.
Okładka troszkę taka kiczowata i nie zdradzająca co tak nas naprawdę czeka. Jednak zawartość już robi wrażenia. Jest energia, ciekawe pomysły, jest sporo starego dobrego neoklasycznego power metalu, a całość jest bardzo równa i trzyma wysoki poziom. Do ideału nie wiele zabrakło. Przepięknie układa się współpraca klawiszowca Mauricio i gitarzystą Johnem Pavlo. Od razu słychać chemię między nimi i ona jest motorem napędowym w muzyce Glorius. Nie można zapomnieć o wszechstronnie uzdolnionym wokaliście o imieniu Victor. Odnajduje się w wysokich rejestrach, potrafi nadać klimat i przebojowego charakteru. Wszystkie elementy łączą się w spójną całość.
Najpierw wkracza klimatyczne intro, a potem "Renacer", który daje wyraźny sygnał co band gra i w jakim kierunku chce pójść. Dobrze się tego słucha i dostarcza sporo radości. Brakuje takiego grania i na takim udanym poziomie. Jeszcze piękniejszy i barwniejszy jest "Salvame" i co za ekspresja mocy i talentu zespołu. Robi się co raz ciekawiej. Neoklasyczny power metal w najlepszym wydaniu dostajemy w energicznym "Capitan", z kolei nastrojowy, stonowany "Mi Vida Tu Vida" to kompozycja, która uderza w nasze emocje. Łapie za serce i porusza swoim przepięknym klimatem. "Fantasia Barroca" to instrumentalny kawałek, który pokazuje że band ma spory potencjał i umiejętności. Balladowy "Amor Infinito" troszkę zbyt długi i taki trochę monotonny. Całość wieńczy nastrojowy i bardziej energiczny "Dios", który znów pokazuje to co najlepsze w Glorius.
Wiadomo, że tym albumem Glorius ameryki nie odkrywa i również nie wprowadza rewolucji w neoklasycznym power metalu. Robią swoje, czerpią od najlepszych zespołów tego gatunku, ale robią to bardzo dobrze i tworzą ciekawe kompozycje, które potrafią zapaść w pamięci. Bardzo miłe zaskoczenie roku 2024.
Ocena: 8.5/10
niedziela, 6 października 2024
GALNERYUS - The stars Will Light the way (2024)
Każdy kto jest fanem neoklasycznego power metalu na pewno zna japoński Galneryus, który działa od 2001r i słynie z tego że tworzy muzykę na wysokim poziomie. Ostatni album "Between Dread and Valor" to był solidny album, ale nie robił takiej furory jak te największe dzieła tej grupy. Mija rok, a Galneryus wraca z nowym materiałem. "The Stars will light the way" miał premierę 25 września nakładem Warner Music Japan. Galneryus wraca w wielkim stylu i przypomina, że wciąż ich stać na świetny album z neoklasycznym power metalem, gdzie mamy wpływy Magic Kingdom, czy Yngwie Malmsteena. Concertoo moon wydał równie ciekawy album, to i Galneryus nie mógł być gorszy.
Skład nie zmienił się od 2020r i wciąż pierwsze skrzypce gra utalentowany gitarzysta Syu, który potrafi porwać słuchacza swoją grą, finezją i przebłyskiem geniuszu. Potrafi oczarować słuchacza od pierwszych sekund. Tym razem pomysły na kompozycje są bardziej imponujące i zachwycające. Znów gdzieś tam w tym wszystkim słychać geniusz tej grupy. Yuhki znakomicie współgra z Syu i jego partie klawiszowe wprowadzają słodszy i bardziej melodyjny charakter. Bije z tego bardzo pozytywna energia, która zaraża. Jest jeszcze uzdolniony wokalista w postaci Masatoshi Ono, który wpisuje się w styl grupy i dostarcza nam tego power metalowego pierwiastka. Dyskografia Galneryus jest bardzo bogata i szok, że grupa mimo 20 letniego stażu wciąż brzmi tak świeżo i wciąż tak błyszczy. Normalnie szok!
Czeka nas ponad godzina słuchania. Intrygujące intro i ciekawy klimat "Go towards The Utopia" daje pewien przedsmak co nas czeka. Słodkość daje o sobie znać. Na szczęście jest podana w odpowiedniej dawce. Mocne wejście w "Reason we Fight" oddaje piękno neoklasycznego power metalu. Jest tu wszystko co trzeba, a nawet więcej. Nic dziwnego, że Galneryus od lat robi furorę. Przepiękny jest "Lost in the darkness", który czerpie garściami z Yngwie Malmsteena, ale też coś z Ritchie Blackmore;a można uświadczyć. Te solówki, gdzie jest dialog Syu i Yuhki są obłędne i potrafią skraść serce. Więcej epickości i urozmaicenia wprowadza "Finally, It comes". Przykład, że w wolniejszych kompozycjach band też potrafi niszczyć. Znakomicie wypada rozpędzony "In waters gaze", który zadowoli najbardziej wymagającego fana power metalu. Echa Stratovarius można wyłapać w "Heartless" i to jest killer z prawdziwego zdarzenia. Taki Galneryus to ja kocham! Broni też się lekki, melodyjny i bardzo przebojowy "Voice in sadness", a rozmach i epickość w kolosie "I believe" szokuje i tylko potwierdza powrót do wielkiej formy tego zespołu. Złożone i przepiękne partie gitarowe Syu, który przenoszą słuchacza do innej rzeczywistości. Coś pięknego.
"The stars will light the way" to płyta na jaką czekali fani Galneryus i fani neoklasycznego power metalu. Dużo pozytywnej energii, masa wciągających partii gitarowych czy melodii. Band znów błyszczy i zachwyca. Jasne jest kilka słabszych momentów i troszkę brakuje do ideału, ale i tak bardzo wysoki poziom. Dla niektórych po prostu nieosiągalny. Witamy Galneryus znów na szczytach !
Ocena: 9/10
czwartek, 5 września 2024
BOGUSŁAW BALCERAK'S CRYLORD - Endless Life (2024)
Były zachwyty nad Timeless Fairytale, a teraz trzeba pochwalić polski projekt muzyczny Crylord, który został stworzony przez gitarzystę Bogusława Balceraka. Projekt działa od 2009r i przyniósł nam w sumie 5 albumów studyjnych. Najnowszy "Endless Life" , który ujrzał światło dzienne 4 września tego roku to wg mnie najlepsze co Bogusław stworzył pod szyldem Crylord. W dalszym ciągu zostajemy w stylistyce, gdzie pełno neoklasycznego power metalu, gdzie nie brakuje melodyjnego metalu, nutki progresywności i rockowych patentów. Dla fanów Iron mask, Yngwie Malmsteena, czy Alcatrazz pozycja obowiązkowa.
Porzucono pomysł na dużą liczbę gości jak wcześniej i zamiast tego Goran Erdman w całości zaśpiewał cały materiał. Dzięki temu zabiegowi całość jest spójna, klimatyczna i przebojowa. Przypominają się jego stare dobre czasy u boku yngwie Malmsteena. Stylistyka podobna i jakość nie wiele gorsza. Goran to wokalista wysokiej klasy i potrafi pozytywnie zaskoczyć swoją techniką i manierą. Bogusław z koeli wygrywa swoje partie życia. Jest w tym wszystkim finezja, pomysłowość i niezwykła technika. Kto by pomyślał, że w Polsce można grać i tworzyć muzykę z tego gatunku.
Sama okładka też najciekawsza w dorobku Boguslaw Balcerak;s Crylord, podobnie jak i brzmienie, które uwypukla wszystkie dźwięki i potrafi przeszyć słuchacza. Odpalając płytę już na dzień dobry dostajemy klimatyczny "Train to Nowhere", który od razu pokazuje co band gra i na jakim poziomie. Co za jakość, co za pasja i co mocna dawka neoklasycznego power metalu. Troszkę nutki progresywności mamy w "King of the Hill", z kolei lekkość i romantyczny feeling to atuty "Endless Life". Troszkę bardziej rockowy jest w swojej konstrukcji "Hard Enough", potem jeszcze pojawia się nieco przekombinowany "Stargazer". Za dużo chcieli tutaj upchać. Druga część płyty to rozpędzony "Fly never Burn", który oddaje piękno neoklasycznego power metalu. Stonowany "Feel for love" potrafi oczarować romantycznym klimatem i rockowym charakterem. szybko w ucho wpada "Troublemaker" za sprawą pomysłowego riffu. Całość wieńczy bardziej złożony i nastrojowy "Face the End", w którym znowu powraca nieco progresywny charakter.
Sukces tej płyty tkwi w chemii jaką tworzą między sobą Bogusław i Goran Erdman. Panowie rozumieją się i uzupełniają. Bogusław czaruje swoją grą. Pięknymi solówkami i pomysłowymi riffami. Goran otacza nas klimatycznym i pełnym emocji głosem. Panowie czarują i dostarczają najlepszy album projektu muzycznego Boguslaw Balcerak;s Crylord. Duma rozpiera, że taki album zmajstrował polski gitarzysta.
Ocena: 8.5/10
piątek, 30 sierpnia 2024
TIMELESS FAIRYTALE - A story To tell (2024)
Wyobraźcie sobie, że powstaje album, gdzie słychać echa starych Yngwie Malmsteena, echa płyt Rainbow z Joe Lynn Turnerem, coś z klasycznych płyt Royal Hunt, czy Evil Masquerade, a nawet debiutu Alcatrazz. Czy bralibyście taki album w ciemno? Za pewne nie jeden z Was nie potrzebowałby dodatkowych zachęt i recenzji. Czasami marzenia się spełniają i "A story to Tell" to jest urzeczywistnienie powyższego wyobrażenia. To debiut formacji Timeless Fairytale. Słowo debiut nijak ma się do tego znajdziemy tutaj. Szykujcie się na prawdziwe zniszczenie.
Takich płyt zdecydowanie jest za mało. Kocham takie połączenie stylistyczne, gdzie mam coś z neoklasycznego power metalu, w klimatach starych płyt Yngwie Malmsteena. Serce skacze z radości, kiedy pojawiają się klimaty Rainbow, czy też Alcatrazz. Luca Sellitto to mistrz gitary i wyczynia tutaj prawdziwe cuda. Fani Yngwie Malmsteena, joe stumpa, czy Ritchiego Blackmorea powinni być zadowoleni. Oj czaruje i to od pierwszych dźwięków. Słychać pasję, niezwykłą technikę i pomysłowość. Można słuchać i słuchać i wcale się nie nudzi. Do pełni szczęścia brakuje tylko głos, który nie będzie odstawał od tych partii gitarowych. Melduje się niesamowity Henrik Brockmann, którego kojarzymy z Royal Hunt czy Evil Masquerade. Wszystko staje się być jasne i można odpłynąć w końcu przy tych niesamowitych dźwiękach.
Zapinamy pasy i lecimy w niesamowitą podróż. "Entering the Fairytale" to przepiękny monolog gitary i przebłysk geniuszu Luca. Co za wprowadzenie. Ten romantyczny nastrój w "Forever and a day" jest uroczy i od razu słychać co band ma do zaoferowania. Partie gitarowe kipią energią i do tego jest w tym jakaś magia. Klawisze budują nastrój i wprowadzają w świat neoklasyczny. No i ten refren, który nadaje całości przebojowości. Rasowy killer, który robi smaka na resztę utworów. Power metal możemy znaleźć w rozpędzonym "New Dawn" . Przypominają się najlepsze lata Yngwie Malmsteena czy Alcatrazz. Gdzieś coś tam z Rainbow czy Evil Masquerade można wyłapać w lekkim i nieco hard rockowym "Master of illusion". Ten utwór od razu skradł moje serce. Niby nie typowy, niby nieco lżejszy, ale wyróżnia się pomysłową melodią i aranżacjami. Pokaz mocy i drapieżności mamy w power metalowym "Emptiness" i to jest killer z prawdziwego zdarzenia. Wciąż jest głód na takie granie i Timeless Fairytale staje na wysokości zadanie i spełnia marzenie nie jednego fana neoklasycznego power metalu. Tytułowy "A story to tell" to bardziej emocjonalne granie o rockowym zabarwieniu. Można też odpłynąć przy mocarnym "Forsaken Dream" i Luca znów pokazuje że jest gitarzystą wysokiej klasy. Pomysłowy riff dostajemy w melodyjnym "The last chance", no i jeszcze ten marszowy i nieco hard rockowy "Trust Your Heart" i mam ciary, bo przypominają mi się płyty Rainbow z Turnerem. Cudo!
Nie ma się do czego przyczepić. Nie musiałem też długo zastanawiać się nad oceną. Kocham takie granie, takie dźwięki i taki poziom artystyczny. Prawdziwa perełka roku 2024. Chcę więcej i więcej muzyki Timeless Fairytale i liczę że to nie projekt muzyczny jednej płyty. Szukajcie i słuchajcie.
Ocena: 10/10
sobota, 4 maja 2024
CONCERTO MOON - Back beyond Time (2024)
Japońska potęga, jaką jest bez wątpienia Concerto moon powraca po 4 latach przerwy z nowym albumem zatytułowanym "Back Beyond Time". Na pewno nie jest to najlepszy album tej formacji, ale jakiegoś wstydu im nie przynosi. To w dalszej mierze wciąż Concerto moon jaki znamy i kochamy. Sporo neoklasycznych patentów i nawiązań do twórczości Yngwie Malmsteena, czy Ritchiego Blackmore;a. Od samego początku pierwsze skrzypce gra gitarzysta i geniusz Norifumi Shima. To jedyny członek z klasycznego składu. Okładka może i nijaka, ale zawartość na pewno jest godna uwagi.
Jak zwykle imponuje samo brzmienie płyty, co podkreśla jak utalentowani są muzycy Concerto Moon. Znajdziemy tutaj dużo klimatycznych hard rockowych zagrywek, sporo takich motywów, które mocno nawiązują do Rainbow. Dla mnie to akurat spora zaleta, bo uwielbiam Rainbow. Bardzo dobrze spisuje się wokalista Wataru Haga, który dołączył do zespołu w roku 2018. Ma ciekawą barwę i potrafi zbudować rockowy feeling i czasami oczarować swoim kunsztem i techniką. Właściwy człowiek na właściwym miejscu.
Słabe punkty? Z pewnością troszkę taki ostrożny i mało wyrazisty "The light of Dawn". Brakuje tutaj tego błysku geniuszu. Cała reszta mocno przypomina mi okres Rainbow z Joe Lynn Turner na wokalu. Płytę otwiera rozpędzony "The Gold Digger", gdzie dostajemy neoklasyczny power metal w najlepszym wydaniu. Ach te popisy gitarowe pana Shima czysta klasa. Pomysłowy riff i duża dawka pozytywniej energii to atuty "Hope Seeker", który jest kolejny mocnym kawałkiem na płycie. Troszkę bardziej hard rockowy jest stonowany "Story of my life", z kolei "Reaching out for mercy" wyróżnia się ciekawym motywem przewodni i również ukazuje hard rockowe oblicze zespołu. Kolejny killer na płycie to szybki i bardzo melodyjny "Find my way" który też oddaje to co najlepsze w muzyce Concerto moon. Troszkę bardziej komercyjny jest "The mindless Crime", gdzie znów roi się od wpływów Rainbow. Końcówka płyty to zadziorny i dobrze wyważony "Heartless world". Jak znakomicie układa się współpraca Shima i klawiszowca. Dogadują się bez słów. Całość wieńczy szybki i bardzo przebojowy "Evil and lies". Co za energia, co moc. Brawo Concerto moon.
Concerto moon nigdy tak naprawdę nie zawiódł. Zawsze dostarcza materiał na bardzo wysokim poziomie. Tym razem jest podobnie. Płyta jest bardzo przebojowa, zróżnicowania i mocno nawiązuje do dokonań Rainbow. Pojawiają się słabsze momenty, ale giną w gąszczu geniuszu Norifumi Shima. Płyty tego zespołu można tak naprawdę brać w ciemno.
Ocena: 9/10
środa, 16 listopada 2022
RING OF FIRE - Gravity (2022)
Mark Boals to jeden z najlepszych wokalistów i śpiewał u boku najlepszych gitarzystów i w Ring Of Fire również sprawdzał się idealnie. Miło wspominam "Battle of Leningrad", który po dzień dzisiejszy znakomicie oddaje pięknego neoklasycznego power metalu. Duża dawka przebojowości i ciekawych partii gitarowych. To było 8 lat temu, a teraz Ring of Fire wraca z nowym albumem zatytułowanym "gravity". Okładka nie dawała mi spokoju i jednak czułem, że coś pójdzie nie tak. Stało się, powstał najsłabszy album z Markiem Boalsem w roli wokalisty.
Tutaj wszystko poszło nie tak. Dziwna i nijaka okładka, brzmienie jakieś takie płaskie, a sam materiał pozostawia wiele do życzenia. Nie ma ciekawych melodii, nie ma porywających refrenów, ani jakiś killerów. Bardzo nudny jest to materiał. Niby w składzie nowe osobistości, ale są to znane i utalentowane osoby. Jest gitarzysta Aldo Lonobile, który w tym roku błyszczał w Black Eye, jest basista Stefano Socha, jest perkusista Mocerino z Fallen Sanctuary, ale mimo jest coś nie tak. Już 7 minutowy "The Beginning" jest jakiś taki zawiły, pokręcony i momentami jest przerost formy nad treścią. Mark w bardzo dobrej formie, tylko zbytnio nie ma do czego śpiewać. "Storm of the pawns" ma dobre otwarcie, ale z czasem też przeradza się w koszmarka, który jest ciężko strawny. Pozytywne emocje wzbudza rozpędzony "Melanchonia", który przypomina to co jest urokliwe w neoklasycznym power metalu. Co tutaj robią kompozycje typu "Sky blue"? Komercja i nic ciekawego, co byłoby warte wspomnienia. Troszkę orzeźwienia wnosi melodyjny "Run for your life" i choć to tylko solidne granie, to i tak ciekawsze niż niemal cała płyta.
Mega rozczarowanie. Ta płyta to jedna z najsłabszych płyt w tym roku i z pewnością nie godna marki Ring of Fire i talentu Marka Boalsa. Szkoda, bo tyle lat czekania poszło na marne. 2 godne uwagi kawałki to za mało. Szkoda czasu na takie płyty.
Ocena: 4/10
poniedziałek, 11 stycznia 2021
BOGUSŁAW BALCERAK'S CRYLORD - Gates of valhalla (2014)
Na płycie znajdziemy pomysłowe i wciągające partie gitarowe w wykonaniu Bogusława i znakomicie współgrają z klimatycznymi partiami klawiszowymi Łukasza Dybalskiego.Panowie dobrze się dogadują i płyta kryje sporo wyjątkowych melodii. "Gates of Valhalla" to drugi album Crylord i udana kontynuacja debiutu "Blood of the prophets". Warto wspomnieć mamy wysokiej klasy wokalistów, którzy pojawiają się gościnnie na płycie. Jest Rick Altzi, czy Mark Boals i to tylko upiększa ten album.
Jest kilka perełek i jedną z nich jest rozpędzony, power metalowy "Judgment Day" i znakomicie wpleciono motywy neoklasycznego power metalu. Jest coś z Iron Mask, Virtuocity, czy Rign of Fire. Normalnie szok, że tego typu utwór nagrał polski band. Mamy też marszowy i progresywny "Deadnight Serenade", który pokazuje nieco inne oblicze zespołu. Elementy rocka i Royal Hunt można usłyszeć w prostym i przebojowym "We came to Rock", w którym pojawia się Mark Boals. Kapela potrafi stworzyć emocjonalny i rozbudowany utwór i tego przykładem jest "War memorial", który jest jednym z najlepszych utworów na płycie. Można też odpłynąć w neoklasycznym "Pompeii", który jest pełen w pływów Yngwiego Malmsteena, Rainbow, czy Iron Mask. Mocna rzecz!
Neoklasyczny power metal z elementami rocka i progresywnego metalu to nie jest rodzaj muzyki, który jest często grany na polskiej scenie metalowej. Bogusław Balcerak błyszczy tutaj i stworzył projekt muzyczny, który zmienia ten pogląd. Klasa światowa i warto znać Crylord!
Ocena: 8/10
poniedziałek, 3 sierpnia 2020
Dimitriy Pavlovskiy Powersquad - Mysterizer (2020)
Co może kryć ta bajkowa okładka? Wygląda jak wycinek z jakiejś bajki i taka okładka wręcz zachęca by sięgnąć po ten krążek. Co kryje się za tą szatą graficzną? Bez wątpienia bardzo ciekawa muzyka. Na wstępie warto zadać sobie pytanie czy kojarzymy Majesty of Revival i gitarzystę Dimitriy Pavlovskiy. Jeśli tak to będzie Wam łatwiej odnaleźć się w Powersquad. To projekt solowy tego uzdolnionego gitarzysty i pod tym szyldem gra od 2011r. Najnowsze dzieło zatytułowane "Mysterizer" to tak naprawdę płyta, którą nie da się łatwo zaszufladkować. Nie jest może to jakiś majstersztyk, ale płyta może się podobać.
Skład Powersquad uzpełniają wokalista Vitalli i klawiszowiec Ruslan, a tak za całość odpowiada multiinstrumentalista Dimitriy, którego potrafi stworzyć ciekawym motyw gitarowy, czy jakąś atrakcyjną melodię. Sama stylistyka tego projektu to taka mieszanka progresywnego metalu, neoklasycznego metalu i power metalu. Tego ostatniego czynniku jest jednak najmniej. Dominuje bez wątpienia melodyjny metal. Echa neoklasycznego grania mamy już na wstępie i "Book of myths" to udany utwór z szybkim tempem i dużą dawką przebojowości. Dobry start. Elementy progresywne pojawiają się w "Fill the sky" i to jest troszkę pokręcony utwór, ale ma też dobre momenty. Bardzo przypadł mi do gustu melodyjny i energiczny "Vivid" i to się nazywa miły dla ucha neoklasyczny power metal. Dimitriy pokazuje tutaj swój talent i kunszt gry na gitarze. W podobnym klimacie utrzymany jest melodyjny "Endless Sun" i tutaj też nie brakuje power metalu, co mnie bardzo cieszy. Nie w pełni zachwyca mnie tytułowy "Mysterizer", gdzie czasami pojawiają się nie potrzebne motywy. Jednak mimo wszystko, to wciąż atrakcyjny kawałek, który jest mieszanką neoklasycznego power metalu i progresywnego metalu. Całość zamyka nieco mało wyrazista ballada "Gardens of Eden".
"Mysterizer" to solidne wydawnictwo, które może zachwycić wąskie grono słuchaczy. Dalekie to ideału i brakuje troszkę mocy i bardziej trafionych przebojów. Gra Dimitriya ratuje to dzieło przed klęską, ale potencjał jest i kto wie może jeszcze się kiedyś rozkręcą? Oby!
Ocena: 5/10
poniedziałek, 25 maja 2020
DANGEROUS PROJECT - Cosmic Vision (2020)
Okładka taka klasyczna i od razu zdradza nam czego można się po tym albumie spodziewać. Latająca gitara i tęcza to symbole, które nie można lekceważyć. Tym razem nie jest to neoklasyczny power metal zagrany bez pomysłu i polotu. To nie kolejna papka, która nie wzbudza emocji. Tutaj jest gracja, jest nutka tajemniczości i tutaj słychać echa lat 80. Dużo patentów Alcatrazz czy starego Yngwiego Malmstena, czy nawet Rainbow. To wszystko ze sobą współgra i spora w tym zasługa wokalisty Jose Goana, który zasługuje na tytuł wielkiego wokalisty. Potrafi nadać kompozycjom klimatu, a jego wysokie partie są imponujące. Właściwy człowiek na właściwym miejscu. Warto też pochwalić klawiszowca Lubera, który nadaje całości lekkości i nieco hard rockowego feelingu. W neoklasycznym power metalu to zawsze gitarzysta jest bohaterem i to wokół niego wszystko się kręci. Tutaj Oscar J. Martin gra pierwsze skrzypce i jego warsztat daleki jest od amatora. Gra tutaj tak pewnie, z taką finezją, że może równać się z samym mistrzem Yngwim. Najlepsze jest to, że nie jest to monotonne wałkowanie jednego motywu i jest dużo urozmaicenia.
Muzycy są fenomenalni i tylko utalentowani ludzie byli wstanie stworzyć tak klimatyczny materiał. Intro "Evil Strike" już na wstępie daje nam sygnał, że szykuje się coś wielkiego. Prosty i nieco hard rockowy "Hide in the shadows" to wypisz, wymaluj Alcatrazz z pierwszej debiutu. Coś pięknego. Tak już nikt nie gra i to jest piękna wycieczka do lat 80. Lekki i z nutką hard rocka jest też "Burning angel", który zabiera nas w rejony Rainbow. Solówki w tytułowym "Cosmic Vision" przyprawiają o dreszcze. Tak się gra neoklasyczny power metal. Dialog gitary i klawiszy w "Keeper of the sun" jest uroczy i warty pochwały. Takie pojedynki i popisy są na wagę złota i trzeba mieć wyobraźnie by tak grać. Cudo! Można też odpłynąć przy przebojowym "Never surrender" czy zadziornym "Into the eternity".
Dangerous Project to nowa jakość neoklasycznego power metal. To definiowanie tego gatunku na nowo i powrót do jego korzeni. "Cosmic vision" to debiut, który powala na kolana i imponuje aranżacjami i pomysłowością. Podobają mi się nawiązania do Rainbow czy Alcatrazz, bo takiego grania ostatnio jest bardzo mało. Szok i niedowierzanie że można tak grać .
Ocena: 9.5/10
piątek, 22 maja 2020
ALOGIA - Semendria (2020)
Piękna okładka, mocne, zadziorne brzmienie to tylko powierzchnia, a wnętrze tego albumu jest źródłem energii tego wydawnictwa. Miłym dodatkiem są tutaj znakomite nazwiska, które urozmaicają ten album. Na start mamy tytułowy "Semendria", w którym swój popis umiejętności daje nie kto inny jak mistrz Mark Boals. Solówki, partie gitarowe przyprawiają o dreszcze. Znakomicie wpleciono jeszcze w to wszystko flet. No szczęka mi opadła jak to cudo usłyszałem. Podobne emocje wzbudza energiczny i klimatyczny "Eternal Fight". Tutaj wymiata Tim Ripper, który przypomina sobie jak śpiewał u boku Yngwiego Malmsteena. Co za petarda. Równie dobrze prezentuje się "Raise Your fist", który jest utrzymany w szybszym tempie. Niesamowity hit w klimatach iron mask. Mamy też nieco lżejszy, z nutką hard rockowego feelingu "Like a Fire", czy rozpędzony i z niesamowitymi solówkami "Cant bring you down". Jest też Fabio Lione, który wymiata w "Visantia" i to jest gratka dla fanów Rhapsody czy Iron Mask. Na sam koniec mamy nastrojowy "From east to west".
Mój pierwszy kontakt z Alogia i jestem w pełni zadowolony. Dostałem wysokiej klasy neoklasyczny power metal w takim wydaniu jaki najbardziej lubię. Duża dawka przebojowości i sporo ciekawych partii gitarowych. Mocna rzecz i jest to uczta dla fanów muzyki pokroju Iron Mask czy Yngwiego Malmsteena.
Ocena: 9/10
niedziela, 17 listopada 2019
MAGIC KINGDOM - Metalmighty (2019)
Dushan przyzwyczaił nas do tego, że często lubi zmieniać wokalistów. Tym razem posadę wokalisty dostał Micheal Vescera, który śpiewał również u Yngwiego Malmsteena, tak więc pasuje do takiego grania. Wszystko pięknie, tylko że tym razem materiał jest niestety troszkę słabszy. Przede wszystkim materiał na nowej płycie bywa nie równy. Pojawiają się perełki i mocne utwory, ale też nie brakuje słabszych momentów. Co od razu do mnie przemówiło to klimatyczna okładka, a także mocne, zadziorne brzmienie, który podkreśla talent Duschana. Jego partie brzmią po prostu wybornie i słucha się ich z dużą przyjemnością.
Płytę otwiera pomysłowy i energiczny "Unleash the Dragon", który oddaje to co najlepsze w neoklasycznym power metalu. Kawałek idealnie pasuje do wokalu Micheala. Jeszcze lepiej wypada melodyjny i nieco agresywniejszy "Wizards and witches". Pierwszy słaby punkt na płycie to rockowy i bardziej komercyjny "In the den of mountain trolls". Dushan Petrossi błyszczy w szybszych kawałkach i taka petarda jak "Fear my fury" po prostu porywa słuchacza. Solówki tutaj są zagrane z polotem i niezwykłą lekkością. Słucha się tego jednym tchem. To jest Magic Kingdom na jaki czekałem. Bardziej heavy metalowy z nutką drapieżności "Metalmighty" też jest solidny, choć tutaj za dużo chaosu, a za mało konkretów. Warto zwrócić uwagę na rozbudowany i przebojowy "Temple of no gods". Wszystko tak naprawdę nijak ma się do takiej perełki jaką jest "Dark Night, Dark Thouths". Co za moc, co za polot i finezja. Początkowe partie gitarowe przyprawiają o dreszcze. Tutaj Dushan pokazuje swój prawdziwy kunszt. Świetna kompozycja i jak dla mnie najlepsza na płycie.
"Metalmighty" to solidna porcja neoklasycznego power metalu w wykonaniu Dushana Petrossi. Jest kilka perełek i kilka naprawdę ciekawych utworów, ale całościowo jest nierówno i brakuje kilka dopracowań. W porównaniu z innymi płytami Magic Kingdom czuje zawód, bo stać tego uzdolnionego gitarzystę na znacznie więcej.
Ocena: 7/10
czwartek, 20 czerwca 2019
IRON SPAWN - Bloodstorm (2019)
"Bloodstorm" to album, w którym sporo dzieje się i tutaj spora zasługa Daniego. Stawia na pomysłowe i wyszukane motywy. Nie brakuje finezji, lekkości czy szybkości. Wpływ Iron Mask czy Yngwiego Malmsteena jest słyszalny. Miłym dodatkiem jest głos charyzmatycznego Yama B, który idealnie pasuje do takiego grania. Zwłaszcza jego wysokie partie wokalne są miłą ozdobą tego wydawnictwa.
Jeden z pierwszych utworów na płycie to "In the shadows" i to jest prawdziwy strzał między oczy. Jest szybko, jest pomysłowy riff i prawdziwa jazda bez trzymanki. Więcej luzu i rockowego zacięcia mamy w klimatycznym "Alone in the dark". Nutka progresywności pojawia się w "Burning Angel". Więcej neoklasycznego power metalu mamy rozbudowanym i epickim "The Chosen One". Ten utwór to kopalnia ciekawych i intrygujących zagrywek gitarowych. Na szczególną uwagę zasługują dwie petardy czyli "Desperate Cry" i "An orchid in the snow". Miłym dodatkiem okazał się "Out in the fields" z repertuaru Gary;ego Moore;a.
Płyta jest na wysokim poziomie i świadczy o tym materiał, jak i soczyste takie nieco japońskie brzmienie. Jest trochę słodyczy i trochę agresji. Całość idealnie współgra z neoklasycznym power metalem jaki prezentuje nam Iron Spawn. Przemyślany album, który będzie sporą frajdą dla fanów Yngwiego Malmsteena czy Iron Mask.
Ocena: 9/10
sobota, 17 lutego 2018
AMBERIAN DAWN - Darkness of eternity (2017)
Ocena: 7/10
środa, 8 lutego 2017
IRON MASK - Diabolica (2016)
Iron Mask to dla mnie przede wszystkim dwa pierwsze wydawnictwa w postaci „Revenge is my name” oraz „Hordes of The Brave”. Te płyty charakteryzowała niezwykła energia i przebojowość, a popisy gitarowe przyprawiają o ciarki. Kiedy Iron Mask powrócił w 2010 z kolejnym albumem to może już nie był tak wysoki poziom, ale od tamtej pory nie zeszli poniżej pewnego wysokiego poziomu. „Fifth son of the Winterdoom” to ostatnie dzieło i choć było nieco hard rockowe to i tak potrafił porwać słuchacza i wciągnąć w ten cały neoklasyczny świat. Teraz po 3 latach band wraca z nowym albumem w postaci „Diabolica” i jest to pierwszy krążek z Diego Valdezem. Co ciekawa forma i wykonanie kompozycji pod wieloma względami przypomina pierwsze dwa krążki. Dużo jest energii, ciekawych zagrywek gitarowych Duschana. Jest lekkość, jest pomysłowość i urozmaicenie, w dodatku Diego znakomicie odnajduje się w muzyce Iron mask. „I dont forget i Dont forgive” to utwór, który idealnie odzwierciedla ten stan rzeczy. Kawałek zagrany z pasją i polotem, a sama konstrukcja przypomina dwa pierwsze albumy. Nieco bardziej rozbudowany jest melodyjny „Doctor Faust”, który ma w sobie sporo ciekawych motywów muzyki klasycznej. Podniosły i niezwykle przebojowy „Galileo” to kolejna petarda na płycie. Słychać, że Iron mask jest w znakomitej formie. Duschan nie opuszcza poziomu w równie dynamicznym „Oliwer twist”, który również oddaje to co najlepsze w neoklasycznym power metalu. Nieco marszowy, nieco rockowy „March 666” potrafi oczarować klimatem i podniosłością. Do promocji albumu posłużył przebojowy „All for metal” i to był na pewno dobry wybór. Kawałek prosty w swojej formie i od razu wpada w ucho. Druga połowa płyty jest nieco bardziej zaskakująca. Pojawia się stonowany i mroczniejszy „The Rebellion of Lucifer”, który zabiera nas w klimaty Dio czy Black Sabbath. Nieco zadziorny i bardziej metalowy „Ararat” z przepięknym refrenem w roli głównej. Znakomitym zwieńczeniem płyty jest kolos w postaci „Cursed in the Devils Mill”.
Ocena: 9.5/10
czwartek, 10 listopada 2016
YNGWIE MALMSTEEN - World on Fire (2016)
Ocena: 8/10



















