Choć początki kanadyjskiego Witches Hammer sięgają lat 80., to jednak zespół na dobre zaczął funkcjonować dopiero od 2018 roku. Formacja pozostaje przedstawicielem podziemnej sceny speed/thrash metalowej – nie jest to nazwa powszechnie rozpoznawalna ani otoczona kultem, jak wiele legend gatunku. 13 lipca, po pięcioletniej przerwie, ukazał się trzeci album studyjny zespołu zatytułowany „Final Storm”.
Nie jest to być może najlepszy materiał, jaki dane mi było usłyszeć w tym gatunku, ale Witches Hammer serwuje solidną dawkę surowego, oldschoolowego thrash metalu mocno zakorzenionego w dokonaniach takich zespołów jak Kreator, Sodom czy Slayer. Nie znajdziemy tutaj wielkich innowacji ani prób wyznaczania nowych kierunków, jednak muzyka posiada swój charakter i potrafi sprawić przyjemność fanom klasycznego grania.
Już sama okładka jasno sugeruje, że mamy do czynienia z zespołem wiernym podziemnym korzeniom thrash metalu. Podobnie jest z produkcją – daleko jej do sterylnego, nowoczesnego brzmienia. Zamiast tego postawiono na surowość, mroczny klimat i pewną niedoskonałość, która idealnie współgra z charakterem albumu. „Final Storm” brzmi tak, jakby został wyciągnięty z taśmy nagraniowej z połowy lat 80.
Płyta oferuje bezkompromisowy speed/thrash metal z wyraźnymi wpływami wczesnego thrashu oraz black metalu. Gitary tną ostro i agresywnie, sekcja rytmiczna nie zwalnia tempa, a charakterystyczny, szorstki wokal Raty Crude doskonale pasuje do mrocznej atmosfery całości. Produkcja jest ciężka, ale jednocześnie zachowuje odpowiednią selektywność i ducha starej szkoły, którego oczekują miłośnicy klasycznego metalu.
Największą siłą zespołu pozostaje duet Jardine/Banco. Muzycy stawiają na sprawdzone rozwiązania – proste, ale skuteczne riffy, mocne rytmy i kompozycje osadzone głęboko w latach 80. Problem w tym, że momentami brakuje większej dawki świeżości, odważniejszych pomysłów i elementów zaskoczenia, które pozwoliłyby wyróżnić album na tle wielu podobnych wydawnictw.
Warto zaznaczyć, że „Final Storm” łączy nowe kompozycje z materiałem opartym na pomysłach powstałych jeszcze w latach 80., co nadaje płycie wyjątkowo autentyczny charakter i pozwala poczuć ducha pierwszej fali ekstremalnego metalu.
Trwający około 38 minut album od pierwszych sekund otwierającego „Into the Gates of Hell” pokazuje, że Witches Hammer nie zamierzają iść na kompromisy. To szybki, agresywny i bezpośredni metal, w którym najważniejsze są energia oraz klimat. Echa wczesnego Kreatora wyraźnie słychać w rozpędzonym i pełnym furii „We Are Legion”. Oczywiście trudno mówić tutaj o oryginalności, ale utwór skutecznie spełnia swoją rolę i dostarcza solidnej dawki adrenaliny.
Nieco więcej melodii i pomysłowości pojawia się w „Nocturnal Oblivion”, który pokazuje, że zespół potrafi wyjść poza schemat i urozmaicić swoją muzykę. Z kolei ponury, cięższy „Mantle of Death” buduje bardziej złowieszczą atmosferę. Na albumie dominują jednak szybkie i agresywne kompozycje, takie jak „Death of No Reprieve”, które choć skuteczne, po pewnym czasie mogą powodować poczucie pewnej monotonii. Całość zamyka najdłuższy, ponad ośmiominutowy „Twisting in Torment”, będący rozbudowanym finałem płyty.
Witches Hammer pozostaje zespołem reprezentującym undergroundowy thrash metal i „Final Storm” tego statusu nie zmienia. To album pełen energii, agresji i szacunku do klasycznych wzorców. Szkoda jedynie, że całość momentami jest zbyt jednowymiarowa i niewiele fragmentów na dłużej pozostaje w pamięci. Potencjał jednak jest widoczny – być może kolejne wydawnictwa pozwolą zespołowi rozwinąć skrzydła i pozytywnie zaskoczyć większą liczbę słuchaczy.
Ocena: 6,5/10

Brak komentarzy:
Prześlij komentarz