Brytyjska scena metalowa kryje wiele znakomitych zespołów. To nie tylko Iron Maiden, Judas Priest czy Black Sabbath. To również fenomenalny Cloven Hoof – jedna z moich absolutnie ulubionych formacji. Początki zespołu sięgają 1979 roku, a lata 80. przyniosły mu zasłużoną rozpoznawalność. Ukoronowaniem tamtego okresu był ponadczasowy album „A Sultan's Ransom”, który do dziś pozostaje moim ulubionym wydawnictwem w dyskografii Cloven Hoof. Później zespół zniknął ze sceny, by powrócić w 2001 roku. Nie był to jednak comeback na miarę legendy tej formacji. Prawdziwe odrodzenie nastąpiło dopiero wraz z albumem „Resist or Serve” z 2014 roku. Od tamtej pory Cloven Hoof utrzymuje znakomitą formę, regularnie wydając świetne albumy, które podbijają serca fanów i zajmują wysokie miejsca w rocznych podsumowaniach.
Przez skład przewinęło się wielu wokalistów, ale obecnie za mikrofonem stoi prawdziwa gwiazda heavy i power metalu – Harry Conklin. Jego kapitalny występ na „Heathen Cross” z 2024 roku tylko potwierdził jego klasę. Dla mnie był to jeden z najlepszych albumów w historii Cloven Hoof. Teraz przyszedł czas na następcę. „Never a Prophet in Your Own Land” ukaże się 25 września nakładem High Roller Records.
To już dziesiąty album studyjny tej zasłużonej i doświadczonej formacji, która od lat udowadnia, że potrafi tworzyć muzykę z najwyższej półki. Nowe wydawnictwo jest kolejnym mocnym punktem w dyskografii zespołu. Czy dorównuje jednak „A Sultan's Ransom” lub „Heathen Cross”? Niekoniecznie. Płyta jest niezwykle zróżnicowana i oferuje zarówno heavy metalowy pazur, power metalową szybkość, jak i hardrockową przebojowość. Każdy znajdzie tutaj coś dla siebie. Choć wszystko wydaje się być na swoim miejscu, zabrakło mi nieco fajerwerków, które tak zachwycały na poprzednim albumie. Ubyło odrobinę mocy i chwytliwości, ale mimo to poziom pozostaje imponująco wysoki – dla wielu zespołów wręcz nieosiągalny.
Harry Conklin ponownie zachwyca swoją formą, co nie powinno nikogo dziwić. To jeden z najwybitniejszych głosów współczesnego heavy i power metalu. Na uznanie zasługuje również gitarowy duet Lee Payne i Ash Baker Halton, który stawia na klasyczne rozwiązania, ale nie boi się świeżych pomysłów i stylistycznej różnorodności. Muzycy swobodnie poruszają się między hard rockiem inspirowanym Deep Purple i Rainbow, klimatycznym heavy metalem oraz dynamicznym power metalem. Dzięki temu album ani przez chwilę nie nuży.
Na płycie znalazło się dziesięć utworów, które łącznie trwają niespełna 47 minut. Album otwiera znakomity, powermetalowy „Terror from the Sky”. Słychać tu ducha Ritchiego Blackmore'a i Rainbow, a całość imponuje szybkością, dynamiką i znakomitymi melodiami. Cloven Hoof po raz kolejny udowadnia, że potrafi zaskakiwać ciekawymi pomysłami i chwytliwymi refrenami. W „Conquistador” zespół znakomicie balansuje między hard rockiem a heavy metalem. Dominuje tu bardziej stonowane tempo oraz klimat przywodzący na myśl dokonania Deep Purple. Nowy album imponuje różnorodnością – każdy utwór wnosi do całości coś nowego.
Miłośnicy Iron Maiden i klasycznego nurtu NWOBHM z pewnością od razu zakochają się w utworze „Never a Prophet”. Kompozycja rozpoczyna się tajemniczo i niemal epicko, by po chwili eksplodować energią i drapieżnością. To jeden z najmocniejszych punktów albumu. Wpływy Rainbow czy Alcatrazz słychać z kolei w przebojowym, oldschoolowym „Gypsy Roller”, który przenosi słuchacza prosto do lat 80. Takich kompozycji zdecydowanie potrzeba współczesnej scenie. Niewielki spadek formy pojawia się przy nieco mniej wyrazistym „The Bigger They Are”, jednak emocje szybko wracają za sprawą dynamicznego „The Man in the Iron Mask”. To kolejny dowód na to, że Cloven Hoof wciąż należy do ścisłej czołówki klasycznego heavy metalu.
Odrobinę mroku i tajemniczości wnosi „Flying Dutchman”, oparty na tradycyjnych, sprawdzonych rozwiązaniach. Z kolei „Prodigal Son” wprowadza więcej hardrockowego charakteru, podkreślając wszechstronność zespołu. Album zamyka znakomity „Seven Sacred Wonders”, w którym wyraźnie słychać inspiracje NWOBHM oraz Iron Maiden. To świetne zwieńczenie całości i kolejny dowód klasy tej formacji.
Cloven Hoof od lat pozostaje jednym z filarów brytyjskiego heavy metalu i niezmiennie nagrywa albumy na bardzo wysokim poziomie. „Never a Prophet in Your Own Land” to prawdziwa uczta dla fanów heavy i power metalu z wyraźną domieszką hard rocka oraz klasycznego ducha NWOBHM. Harry Conklin po raz kolejny błyszczy, potwierdzając swoją pozycję jako jednego z najlepszych wokalistów gatunku. Być może nie jest to najlepszy album w historii Cloven Hoof, ale to wciąż wydawnictwo reprezentujące klasę, której większość zespołów może jedynie pozazdrościć.
Ocena: 9/10

Brak komentarzy:
Prześlij komentarz