W czasach, gdy wiele thrashmetalowych zespołów albo odcina kupony od nostalgii, albo desperacko próbuje brzmieć „nowocześnie”, amerykański Hellevate znalazł własną drogę. Grupa stawia na melodyjny thrash metal z wyraźnymi wpływami heavy i speed metalu. „Killicon Valley” to już trzecia płyta formacji z Kansas City — album agresywny, bezpośredni i momentami wręcz wściekły, a jednocześnie zaskakująco różnorodny. Nie jest to bezmyślne kopiowanie wielkich nazw gatunku, lecz świadome czerpanie z klasyki i prezentowanie własnego spojrzenia na dobrze znane patenty. Krążek ukazał się 22 maja i powinien przypaść do gustu fanom Testament, Exodus, Slayer czy Death Angel.
Hellevate działa od 2007 roku i przez ten czas przez skład przewinęło się wielu muzyków. Obecnie kluczową rolę odgrywa wokalista Robert Browne, który nadaje całości odpowiedniego thrashmetalowego pazura. Brakuje mu jeszcze nieco technicznego obycia i pewności siebie, jednak mimo drobnych niedociągnięć dobrze odnajduje się w stylistyce zespołu. Ważnym elementem pozostaje także gitarowy duet Whitmer/Cole, stawiający na chwytliwe melodie i zadziorne riffy. Muzycy korzystają ze sprawdzonych rozwiązań, dzięki czemu materiał jest dynamiczny i bardzo dobrze się go słucha, choć trudno mówić o większych zaskoczeniach.
Pod względem produkcyjnym album prezentuje się bardzo solidnie. Brzmienie jest nowoczesne, ale nieprzesadnie sterylne. Gitary mają odpowiednią ostrość, perkusja brzmi naturalnie, a całość zachowuje koncertową energię. Wyraźnie słychać inspiracje klasycznym thrashem, speed metalem i heavy metalem, jednak bez nachalnego kopiowania legend gatunku. Na plus należy zaliczyć również okładkę, która idealnie oddaje klimat albumu.
Jeśli jednak wskazać słabszy element wydawnictwa, byłaby nim długość materiału. Przy dwunastu utworach momentami pojawia się lekkie zmęczenie, szczególnie w środkowej części tracklisty. Niektóre riffy mogłyby zostać mocniej zróżnicowane, a część kompozycji kończy się dokładnie wtedy, gdy zaczyna rozwijać skrzydła.
Już otwierające album „D.T.C.” oraz „In The Long Grass” pokazują, że Hellevate nie zamierza brać jeńców. Gitary pracują tutaj niczym przemysłowa piła, sekcja rytmiczna pędzi bez chwili wytchnienia, a wokal Browne’a balansuje pomiędzy klasycznym thrashowym wrzaskiem a bardziej współczesną agresją. Co ważne, zespół unika monotonii — utwory mają własny charakter, a melodie i solówki często wykraczają poza schemat zwykłej „nawalanki”.
„Invoke Apocalypse” to prosty i bardzo przystępny numer, pokazujący, jak umiejętnie grupa potrafi połączyć świat heavy metalu z thrash metalem. Zdecydowanie gorzej wypadają bardziej rozbudowane kompozycje pokroju „Demagogue”, które niepotrzebnie wydłużają album. Z kolei „The Rampart” przyciąga uwagę nastrojowym klimatem i chwytliwością. Znacznie słabiej prezentuje się nijaki „Holy Man”, który niewiele wnosi do całości materiału.
W „Jorogumo” otrzymujemy nowoczesny thrash metal z domieszką stylistyki Rage. Może nie jest to nic odkrywczego, ale utwór potrafi sprawić sporo przyjemności podczas odsłuchu. Inspiracje Kreator i Testament wyraźnie pobrzmiewają w agresywnym „Killicon Valley”, które potwierdza potencjał drzemiący w tej kapeli. Bardzo dobrze wypada również ponad siedmiominutowy „Thou Shalt Kill”, gdzie zespół stawia na bardziej złożone partie gitarowe i lekko progresywny charakter. Także tutaj można usłyszeć wpływy Kreator. Nieco chaotyczny „Curse God And Die” pokazuje jednak, że nie wszystko na tej płycie zostało dopracowane idealnie.
Mimo pewnych wad „Killicon Valley” pozostaje jedną z ciekawszych thrashmetalowych premier 2026 roku. Hellevate udowadnia, że nadal można grać szybko, brutalnie i oldschoolowo, nie brzmiąc przy tym jak kolejny tribute band dla legend lat 80. To album skierowany przede wszystkim do maniaków thrash metalu, ale również do słuchaczy poszukujących w tej muzyce świeżej energii i współczesnego podejścia. Warto dać tej kapeli szansę.
Ocena: 7/10

Brak komentarzy:
Prześlij komentarz