czwartek, 10 marca 2016

GAELBAH - Haxen (2015)

Kapel grających heavy/power metal jest co raz więcej i trzeba mocno się napracować by zaistnieć na rynku i przebić się przez silną konkurencję. Można stosować wiele trików by pozyskać fanów i zainteresowanie potencjalnych słuchaczy. Oczywiście kiedy marketing nie występuje i kiedy zespół nie jest rozpoznawalny, a debiut nie uzyskał większego zainteresowania, to dobrym zabiegiem jest zaproszenie gości. Takie nazwiska jak Sheepers czy Bayley potrafią podziałać na wyobraźnię. Tak manewr wykonał hiszpański Gaelbah na najnowszym albumie „Haxan”. Kapela działa od 2003 r, ale mają na swoim koncie dopiero dwa albumy. Mają doświadczenie, wiedzą jak grać heavy metal, w którym przemawia twórczość Judas Priest, Primal Fear, Helstar czy Gamma ray. Ogólnie zespół nie porywa się z motyką na słońce i nie ma zamiaru tworzyć coś innego. Starają się grać mocno, agresywnie i melodyjnie. Dzięki temu nowy album mimo pewnej wtórności może się podobać i trafić do szerokiego grona słuchaczy. Skojarzenia z Primal Fear są jak najbardziej na miejscu bowiem wokalista Alejandro ma podobną manierę. Potrafi odnaleźć się w wysokich rejestrach co potwierdza w ostrym „Searching for the light”. Gości też sprawiają, że płyta jest jeszcze bardziej zróżnicowana. Taki „Black Widow” z Blazem na wokalu ukazuje mroczne oblicze kapeli i to, że Gaelbah sprawdza się w wolnych, topornych kompozycjach. Jest jeszcze osadzony w klimatach Judas Priest „Live Your Pain z Sheepersem na wokalu. Kolejny mocny punkt nowego dzieła hiszpańskiej formacji. Skojarzeń z Primal Fear na płycie jest znacznie więcej. Wystarczy odpalić zadziorny „Burn the Gods” by się o tym przekonać. Płyta bardzo dobrze się zaczyna i od samego początku dobrze nastraja słuchacza. Mamy na start melodyjny „Haxan” , a potem szybszy „Salvation”, który osadzony jest w twórczości Judas Priest. Na płycie bardzo dobrze sprawdzają się rozpędzone petardy pokroju „World on Fire” czy „To Hell”. Cały czas pojawiają się ciekawe i godne zapamiętania melodie i najciekawsza z nich zdobi „Night on bald mountain”. Na płycie pojawiają się momenty nieco słabsze, gdzie poziom nieco opada, ale całościowo album się broni. Soczyste brzmienie i ostre riffy Jose i Josemi potrafią podziałać na zmysły. Fani Primal Fear od razu pokochają to wydawnictwo. Polecam.

Ocena: 8/10

6 komentarzy:

  1. Jak dla mnie płyta takie mocne 9/10, bo jednak coś mi zgrzytało w brzmieniu.

    OdpowiedzUsuń
  2. Dla mnie płyta bardzo słaba, takie 6/10.

    OdpowiedzUsuń
  3. A ja nie słyszałem nigdy tego zespołu, ale nazwę znam. Czyli mówisz, że warto?

    OdpowiedzUsuń
  4. Artur - jak dla mnie nie warto.

    OdpowiedzUsuń