piątek, 13 marca 2026
ANGUS MCSIX - And the all seeing astral eye (2026)
czwartek, 12 marca 2026
MEGA COLOSSUS - Watch out (2026)
Fanom Judicator, Ancient Empire, Brocas Helm, Skull Fist, Enforcer czy Iron Maiden można śmiało polecić najnowszy album amerykańskiej formacji Mega Colossus. „Watch Out!” to czwarty album studyjny zespołu, który działa od 2016 roku, a płyta ukazała się 6 marca. Niezależnie od tego, co kto ma na co dzień w duszy, ten krążek zdecydowanie zasługuje na uwagę.
środa, 11 marca 2026
EXISTANCE - Wildfire (2026)
Francuski Existance jest obecny na scenie heavy/power metalowej nie od dziś. Swoje pierwsze kroki stawiali w 2008 roku i w dość szybkim tempie nagrali pięć albumów studyjnych. Najnowszy z nich, zatytułowany „Wildfire”, ukazał się 6 marca. W ich muzyce wyraźnie słychać wpływy takich zespołów jak Mystic Prophecy, Ratt, Iron Maiden czy Judas Priest. To przede wszystkim mieszanka klasycznego heavy metalu i power metalu z delikatną domieszką hard rocka. Zespół potrafi tworzyć kompozycje ciekawe i chwytliwe, dzięki czemu płyta może okazać się bardzo atrakcyjna dla potencjalnego słuchacza.
Mroczna i klimatyczna okładka przywodzi na myśl grafiki znane z albumów Jorn czy Primal Fear i doskonale pasuje do stylistyki muzycznej zespołu. Również samo brzmienie jest dopracowane – potężne, selektywne i nadające całości odpowiedniej drapieżności. Existance to przede wszystkim charyzmatyczny wokalista Julian Izard, który potrafi operować wysokimi rejestrami i nadać utworom wyraźny, rockowy feeling. Izard wraz z Antoine’em Poiretem odpowiada również za partie gitarowe, dbając o melodyjność i efektowne, a przy tym bardzo smakowite solówki. Wszystko zostało zagrane z pasją i autentyczną miłością do heavy metalu, co bezpośrednio przekłada się na jakość materiału i jego odbiór. To po prostu solidna, czysta rozrywka.
Album zawiera dziewięć utworów i trwa około 41 minut. Nie ma tu zbędnych dłużyzn, a całość została dobrze rozplanowana. Otwierający płytę „Wildfire” kusi mrocznym klimatem i klasycznym heavy metalowym charakterem. Już na starcie zespół pokazuje talent do pisania chwytliwych numerów. Bardzo efektowny jest rozpędzony „Ocean’s Cry”, który zachwyca tempem i wyraźnymi wpływami Iron Maiden – to naprawdę mocna propozycja. Miłośnicy prostych, nośnych riffów w stylu Judas Priest z pewnością docenią „Riding Fast”, będący wyraźnym ukłonem w stronę heavy metalu lat 80.
Nutę hard rocka słychać w zadziornym „Eternal Flame” – to solidny utwór, choć nie porywa tak bardzo jak wcześniejsze kompozycje. Power metalowy klimat powraca w energicznym i bardzo przebojowym „See the Light”, który w pełni pokazuje potencjał tej formacji. Kolejnym mocnym punktem płyty jest „Against the World” – zadziorny kawałek, w którym można wychwycić echa Manowar i Judas Priest. Utwór ma bardziej epicki charakter i wyróżnia się odpowiednim rozmachem.
Hardrockowy klimat oraz pewne skojarzenia z Def Leppard pojawiają się w „Love Affair”. Z kolei „Brighter Days” to znakomita mieszanka power metalu i klasycznego heavy metalu – dynamiczna, świeża i pełna energii. Oby więcej takich killerów. Najdłuższym utworem na płycie jest zamykający album „Angel of Darkness”, w którym warto pochwalić szczególnie rozbudowane i pomysłowe partie solowe. Naprawdę sporo dobrego się tu dzieje.
Existance pozytywnie zaskakuje albumem „Wildfire”. To płyta zróżnicowana, energiczna i bardzo przebojowa. Zespół czerpie pełnymi garściami z klasyki gatunku, jednocześnie dostarczając słuchaczowi sporo muzycznej frajdy. Solidna rozrywka na wysokim poziomie – zdecydowanie warto sprawdzić, co ma do zaoferowania Existance.
Ocena: 8/10
poniedziałek, 9 marca 2026
WRECK-DEFY - Dissecting the leech (2026)
Nazwa Wreck-Defy była dla mnie do tej pory nowością i wcześniej nie miałem styczności z tym zespołem. Jak się jednak okazuje, ten kanadyjski band thrashmetalowy działa już od około 10 lat. W ich muzyce można odnaleźć inspiracje takimi zespołami jak Annihilator, Overkill czy Testament. Na swoim koncie mają już sześć albumów studyjnych, a najnowszy krążek zatytułowany „Dissecting the Leech” ukazał się 6 marca nakładem Massacre Records. W końcu pojawiło się w tym roku coś mocniejszego i jednocześnie naprawdę wartościowego. Zespół pozytywnie mnie zaskoczył.
Na nowym albumie Wreck-Defy pojawia się wielu interesujących gości, którzy dodatkowo podnoszą poziom i atrakcyjność wydawnictwa. Usłyszymy tu między innymi Chris Poland, Stu Block czy Michael Gilbert. Trzon zespołu stanowi jednak przede wszystkim charyzmatyczny i utalentowany wokalista Greg Wagner. Słychać wyraźnie, że dysponuje dużym talentem i bez problemu odnalazłby się także w stylistyce heavy lub power metalu. Jego głos jest bez wątpienia jednym z najmocniejszych punktów zespołu i potrafi przyprawić o dreszcze.
Nie byłoby jednak aż tak wielu zachwytów nad nowym materiałem Wreck-Defy, gdyby nie znakomite partie gitarowe Matt Hanchuck. Muzyk świetnie balansuje między energicznym, agresywnym thrash metalem a elementami zaczerpniętymi z heavy i power metalu. Nie brakuje tutaj chwytliwych melodii, wpadających w ucho refrenów ani mocnych gitarowych motywów. Na płycie dzieje się naprawdę sporo, a Wreck-Defy wyraźnie pokazuje, że trzeba się z nimi liczyć na thrashmetalowej scenie. Duży plus należy się również za urozmaicone partie wokalne, sporą przebojowość oraz momenty zaskoczenia. Zespół imponuje energią i pomysłowością.
Album rozpoczyna się od prawdziwego killera w postaci „Under the Sun”. Szybkie tempo, agresywny wokal i ostry jak brzytwa riff zwiastują bardzo udane wydawnictwo. To mocne otwarcie sprawia, że od razu chce się więcej muzyki Wreck-Defy. Następny w kolejności „Do It Again” jest nieco bardziej toporny, ale dzięki temu wprowadza pewne urozmaicenie do całości. Dalej pojawia się bardziej stonowany i rozbudowany „Millennial Dystopia”, który wyraźnie czerpie inspiracje z dokonań Megadeth. Bardzo dobrze wypada także melodyjny i przebojowy „Revolt”, w którym zespół pokazuje swoje najmocniejsze atuty.
Nieco bardziej techniczny utwór tytułowy „Dissecting the Leech” momentami wydaje się jednak zbyt przekombinowany i nie do końca do mnie przemawia. Kolejnym mocnym punktem płyty jest natomiast „Another Day”, w którym zespół zahacza o power metal i stylistykę kojarzoną z Iced Earth. To zdecydowanie jeden z najmocniejszych fragmentów albumu. „I Don’t Care” skręca z kolei bardziej w stronę klasycznego heavy metalu, choć można odnieść wrażenie, że kompozycji przydałoby się jeszcze nieco dopracowania.
Mocniejsze uderzenie powraca w „The Haunting Past”, gdzie zespół prezentuje się w swoim najbardziej naturalnym wydaniu. Właśnie w takim, bardziej agresywnym stylu Wreck-Defy brzmi najlepiej. Całość zamyka rozpędzony „Apocalypse”, w którym dostajemy stuprocentowy thrash metal z wyraźnym klimatem lat 90.
Wreck-Defy nie nagrał albumu idealnego – zdarzają się tu słabsze momenty. Zespół potrafi jednak zagrać agresywnie, a jednocześnie postawić na chwytliwość i melodyjność. Słychać w tym wszystkim autentyczną pasję oraz zamiłowanie do thrash metalu. Jeśli w przyszłości muzycy dopracują styl komponowania i aranżacje, może być jeszcze ciekawiej. Na pewno warto sprawdzić najnowsze dzieło kanadyjskiego Wreck-Defy.
Ocena: 7,5/10
sobota, 7 marca 2026
METAL DE FACTO - Land of the rising sun part 2.(2026)
Fiński zespół Metal De Facto w 2024 roku właściwie pozamiatał scenę power metalu za sprawą pierwszej odsłony albumu Land of the Rising Sun. Było tylko kwestią czasu, kiedy grupa powróci z kontynuacją – i ten moment nadszedł 6 marca. Druga część Land of the Rising Sun jest bez wątpienia nieco słabsza od swojego poprzednika, ale wciąż pozostaje bardzo przyjemnym w odbiorze wydawnictwem. Mimo to trudno oprzeć się wrażeniu pewnego niedosytu, ponieważ oczekiwania po znakomitej pierwszej części były naprawdę wysokie.
Oba albumy nagrał ten sam skład Metal De Facto. Za mikrofonem ponownie staje Aitor Arrastia, który imponuje zarówno techniką, jak i charakterystycznym stylem śpiewu. Jego wokal potrafi nadać kompozycjom odpowiedniego rozmachu, klimatu i przebojowości – to bez wątpienia jeden z największych atutów zespołu. Klawiszowiec Benji Connelly odpowiada za budowanie atmosfery i napięcia, natomiast prawdziwa siła grupy tkwi w gitarowym duecie Mikko Salovaara – Esa Orjatsalo. Panowie potrafią zaserwować rasowy power metal na bardzo wysokim poziomie, choć niestety nie zawsze udaje im się utrzymać równą formę – zdarzają się momenty słabsze i nieco mniej dopracowane. Na płycie znajdziemy kilka prawdziwych killerów, ale szkoda, że całość nie jest bardziej wyrównana.
Album otwiera rozbudowany, a zarazem najdłuższy na płycie utwór „Sengakuji Temple”. Nie brakuje w nim patosu, epickiego rozmachu oraz wyraźnych nawiązań do japońskiej estetyki. Wszystko brzmi imponująco, choć momentami można odnieść wrażenie, że forma zaczyna dominować nad treścią. Melodyjny i nieco słodszy „Across the Milky Way” to z kolei bardzo pogodny, chwytliwy power metal – lekko kiczowaty, ale zdecydowanie wpadający w ucho. Następnie otrzymujemy energiczny i przebojowy „Gojira”, który pokazuje, że zespół potrafi stworzyć naprawdę atrakcyjny motyw gitarowy i odwołać się do klasycznego europejskiego power metalu.
Jednym z mocniejszych punktów albumu jest niezwykle chwytliwy „My Plastic Escape”, w którym wyraźnie słychać inspiracje stylistyką zespołów takich jak Helloween czy Trick or Treat. Klimaty kojarzące się z Gamma Ray, Sonata Arctica czy Stratovarius pojawiają się natomiast w zadziornym i dynamicznym „Fury and Beauty” – to naprawdę solidna dawka energii. Podobne emocje wzbudza żywiołowy „Pen Is Mightier Than Sword”, gdzie Metal De Facto ponownie dostarcza radosny, klasycznie brzmiący power metal – prawdziwą petardę.
Słabiej wypadają natomiast ballady, którym wyraźnie brakuje wyrazistości, a także „Wheel of the Rising Sun”, sprawiający wrażenie zbyt cukierkowego i pozbawionego wyraźnego charakteru. Te fragmenty albumu aż proszą się o większe dopracowanie.
Na płycie znajdziemy kilka znakomitych momentów i utworów, które bez wątpienia można nazwać killerami. Problem polega jednak na tym, że materiał nie utrzymuje równego poziomu i obok świetnych kompozycji pojawiają się też słabsze fragmenty. W ogólnym rozrachunku to wciąż dobry i godny uwagi album, choć nie dorównuje klasą pierwszej części. Pozostaje lekki niedosyt i delikatne rozczarowanie – a szkoda, bo potencjał był ogromny.
Ocena: 8/10
piątek, 6 marca 2026
SONS OF ETERNITY - Human Beast (2026
Młody niemiecki zespół Sons of Eternity działa na scenie od sześciu lat i próbuje swoich sił w stylistyce heavy/power metalu. Po solidnym debiucie grupa wraca po trzech latach z drugim albumem studyjnym zatytułowanym Human Beast. Płyta ukaże się 27 marca nakładem Massacre Records.
W muzyce Sons of Eternity słychać wpływy takich formacji jak Brainstorm, Nevermore czy Symphorce. Na plus należy zapisać fakt, że zespół stara się brzmieć nowocześnie – nie boi się eksperymentów, sięga po elementy progresywne, a całość spowija nieco mroczniejszy klimat.
Muzycy Sons of Eternity są utalentowani i doświadczeni. Wkładają dużo serca oraz dbałości o detale w tworzone kompozycje. Słychać, że to dzieło instrumentalistów, którzy dobrze znają się na swoim fachu i potrafią wiele zdziałać. Mocnym punktem zespołu jest wokalista Matthias Schenk – świetnie odnajduje się w niższych rejestrach i potrafi budować napięcie. Bardzo dobrze wypada także duet gitarowy tworzony przez Jonasa Rossnera i Matthiasa Kirchgessnera. Gitarzyści grają z pazurem, pomysłem i wyczuciem chwytliwych melodii, a jednocześnie kładą nacisk na progresywne zacięcie i nowoczesne brzmienie. Każdy z muzyków prezentuje na nowym albumie wysoki poziom, a zarówno produkcja, jak i okładka podkreślają mroczny charakter wydawnictwa.
Już otwierający album utwór „Sons of Eternity” szybko wpada w ucho. To kompozycja mroczna, bardziej rozbudowana i nastawiona na gęsty klimat, który łatwo zapada w pamięć. Singlowy „Forever” to z kolei pokaz mocy i agresji – tutaj zespół prezentuje swój power metalowy charakter w pełnej krasie. Można odnaleźć skojarzenia z Iced Earth czy Primal Fear. W „Resistance” pobrzmiewają echa późniejszego Iron Maiden – to utwór złożony i nastrojowy. Agresywny riff, szybsze tempo i power metalowa stylistyka stanowią najmocniejsze atuty rozpędzonego „Human Beast”. Właśnie w takim wydaniu zespół błyszczy najbardziej.
Nieco spokojniejszy i bardziej przebojowy charakter ma hardrockowy „The Line”. To jednak nie koniec perełek na płycie. Warto zwrócić uwagę na znakomity „Fight”, w którym zespół prezentuje pełnię swoich możliwości. Oby w przyszłości pojawiało się więcej tak dopracowanych kompozycji. Całość zamyka rozbudowany i bardziej progresywny „Abyss of Life”.
Sons of Eternity po raz drugi udowadnia, że potrafi tworzyć interesujący materiał z pogranicza heavy i power metalu. Nowy album niemieckiej formacji tylko to potwierdza. Płyta jest solidna i dostarcza kilku naprawdę ciekawych momentów. Nie wszystko jest może idealne i zdarzają się drobne niedociągnięcia, jednak całościowo to udana pozycja. Human Beast to album, który zdecydowanie zasługuje na uwagę.
Ocena: 7/10
środa, 4 marca 2026
ACHILLES STEEL - Welcome to the war (2026)
Amerykański Achilles Steel działał przez krótki okres w latach 80., kiedy to zarejestrował demo. Wkrótce potem zespół rozpadł się i na długie lata zapadła cisza. Dopiero w 2024 roku formacja niespodziewanie powróciła na scenę. Muzycy postawili na rycerski heavy metal z nutą epickości, wyraźnie inspirowany dokonaniami takich grup jak Medieval Steel, Warlord, Omen czy Virgin Steele. Kto by pomyślał, że mało znany zespół z lat 80. powróci po tak długim czasie – i to od razu z debiutanckim albumem? „Welcome to the War” ukazał się 23 lutego nakładem Stormspell Records. Nie jest to może jedna z najlepszych płyt 2026 roku, ale z pewnością solidna porcja klasycznego heavy metalu.
Trzon Achilles Steel stanowi gitarowy duet Dave’a Chamberlaina i Johna Kelley’a. Muzycy konsekwentnie podążają ścieżką tradycyjnego, nieco zachowawczego heavy metalu o rycerskim zabarwieniu. Mentalnie i stylistycznie pozostają mocno zakorzenieni w latach 80. Nie jest to wada sama w sobie, jednak w ich kompozycjach momentami brakuje drapieżności, dynamiki i świeżości. Podobnie rzecz ma się z wokalistą – Steve Kelley nie zawsze przekonuje barwą i ekspresją. Jego głosowi brakuje charyzmy oraz odpowiedniego ładunku mocy, który wyniósłby utwory na wyższy poziom. Ostatecznie zespół oferuje solidny heavy metal, lecz brakuje mu argumentów, by konkurować z czołówką gatunku.
Na uwagę zasługuje okładka albumu – przyciąga wzrok i doskonale oddaje klimat materiału. Produkcja jest surowa, lekko przybrudzona, momentami niedoszlifowana, co z jednej strony nadaje jej oldschoolowego uroku, z drugiej – odbiera nieco przejrzystości. Zespół stawia na proste, chwytliwe motywy i klasyczne rozwiązania kompozycyjne. Na płycie znalazło się osiem utworów.
Album otwiera energetyczny „Welcome to the War”, kipiący duchem lat 80. i bojową atmosferą. Więcej epickiego, amerykańskiego heavy metalu otrzymujemy w „Achilles Steel” – to kompozycja może i nieodkrywcza, ale przyjemna w odbiorze. Zadziorny riff i przebojowość stanowią największe atuty dynamicznego „Stand Up”. Lekki, wpadający w ucho „Battlefield” buja w bardzo udany sposób i pokazuje zespół w korzystnym świetle. Epicki, klimatyczny „The Unknown Soldier” również broni się nastrojem, choć aż prosiłoby się o bardziej dopracowane aranżacje. Wyraźnie słychać tu inspiracje Virgin Steele czy Medieval Steel. Słabszym punktem wydawnictwa jest toporny „Sins of the Father”, któremu brakuje finezji. Z kolei rozbudowany „Children Born of War” potwierdza, że formacja potrafi tworzyć bardziej złożone kompozycje. Na zakończenie otrzymujemy energiczny i drapieżny „Feel the Steel” – dynamiczny utwór zakorzeniony w klasyce gatunku, który unaocznia potencjał drzemiący w zespole.
Achilles Steel spełnił swoje marzenie, wydając debiutancki album po tylu latach od pierwszej próby zaistnienia na scenie. W latach 80. nie udało im się przebić ani utrzymać na rynku. Jeśli jednak nie dopracują stylu i kompozycji, we współczesnych realiach również może być im trudno osiągnąć trwały sukces. „Welcome to the War” to rzetelny, klasyczny heavy metal – solidny, lecz niewykraczający poza ramy gatunku. Przed zespołem wciąż sporo pracy, ale przyszłość pokaże, czy wykorzystają swój potencjał.
Ocena: 6/10
wtorek, 3 marca 2026
MALIANT - Oracle (2026)
22 stycznia światło dzienne ujrzał debiutancki album włoskiej formacji Maliant. „Oracle” to przede wszystkim propozycja z pogranicza metalu symfonicznego, choć nie brakuje tu również wpływów power metalu oraz melodyjnego death metalu. W muzyce zespołu można odnaleźć inspiracje twórczością Epica, Amaranthe, Bring Me The Horizon czy Arch Enemy. Grupa stawia na współczesne, świeże i momentami agresywne brzmienie. Choć nie jest to album bez skazy, z pewnością zasługuje na uwagę.
Motorem napędowym zespołu jest utalentowana wokalistka Kyrah Aylin, która z wyczuciem buduje napięcie, kreuje tajemniczy klimat i nadaje kompozycjom podniosłego charakteru. Istotną rolę odgrywa również gitarzysta Valerio De Rosa, znany m.in. ze współpracy w projekcie Ellefson-Soto. Jego gra wnosi do muzyki nowoczesność, dynamikę i drapieżność, a jednocześnie pokazuje dbałość o detale. Słychać, że za materiałem stoi konkretny pomysł, choć momentami pojawiają się drobne niedociągnięcia i mniej wyraziste fragmenty. Mimo to całość pozostaje przyjemna w odbiorze i prezentuje solidny poziom w swojej kategorii. Warto również docenić dopracowaną oprawę wizualną oraz profesjonalne brzmienie albumu.
Krążek oferuje niespełna 39 minut muzyki utrzymanej w klimacie symfonicznego metalu. Otwierający „Annihilation” to mocne uderzenie i jeden z najciekawszych punktów programu. Potężny riff, szybkie tempo i agresywne partie wokalne — momentami przywodzące na myśl Arch Enemy — doskonale ukazują potencjał zespołu. W przebojowym „Elementary” pojawiają się elementy elektroniki, które nadają kompozycji świeżości i nowoczesnego charakteru.
„Rise and Fall” eksponuje power metalowe inspiracje, a chwytliwy refren sprawia, że utwór ma duży koncertowy potencjał. Zadziorny „Stigmata” przyciąga uwagę mrocznym riffem i lekko progresywnym zacięciem. „The Ritual Fire” kontynuuje dynamiczną narrację, oferując drapieżność połączoną z symfonicznymi aranżacjami. W bardziej stonowanym i klimatycznym „Mirror of Deception” ponownie pobrzmiewają echa Arch Enemy.
Nieco bardziej komercyjny „Cyber 9” wpisuje się w stylistykę całego wydawnictwa, utrzymując równy poziom i potwierdzając, że zespół potrafi tworzyć przystępne, a jednocześnie solidne kompozycje. Album zamyka bardziej rozbudowany „The Witches Brew”, który mimo kilku mankamentów stanowi interesujące zwieńczenie całości. To solidna dawka symfonicznego metalu — bez rewolucji, ale z wyraźnym potencjałem.
Gdyby cały album dorównywał energii i pomysłowości otwierającego utworu, efekt końcowy byłby jeszcze bardziej imponujący. Miejscami zabrakło większej konsekwencji i dopracowania, które pozwoliłyby utrzymać najwyższy poziom przez cały czas trwania płyty. Mimo to Maliant prezentuje się obiecująco i daje podstawy, by z optymizmem patrzeć w przyszłość. To udany debiut, który stanowi solidny fundament pod kolejne, być może jeszcze dojrzalsze wydawnictwa.
Ocena : 7/10







