Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Progressive Heavy metal. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Progressive Heavy metal. Pokaż wszystkie posty

czwartek, 9 kwietnia 2026

MYRATH - Wilderness of mirrors (2026)


Myrath zdążył już wypracować sobie silną markę i jest doskonale znany fanom progresywnego heavy/power metalu z nutą bliskowschodniego folku. Świeżość oraz pomysłowość zawsze były znakiem rozpoznawczym tej słynnej kapeli z Tunezji. Po dwóch latach przerwy zespół powraca z siódmym albumem studyjnym zatytułowanym „Wilderness of Mirrors”, który ukazał się 27 marca nakładem earMusic. Niestety tym razem da się odczuć lekki spadek formy w porównaniu z poprzednimi wydawnictwami.

Z jednej strony wciąż słychać charakterystyczny styl, do jakiego Myrath zdążył nas przyzwyczaić. Nie brakuje intrygujących melodii i progresywnego sznytu, jednak gdzieś po drodze ulotniła się dawna przebojowość i odrobina tajemniczości. Zespół dostarcza solidny materiał, ale całość brzmi bardziej komercyjnie i zdecydowanie mniej zadziornie. Momentami można odnieść wrażenie, że muzycy celowo próbują dotrzeć do szerszego grona odbiorców. Niestety niekiedy ociera się to o kicz i brak wyrazistego charakteru.
Na gitarze wciąż czaruje Malek Ben Arbia, który potrafi wyczarować interesujące riffy i pomysłowe melodie. Wszystko brzmi bardzo estetycznie, jednak dominują tu raczej stonowane i spokojniejsze brzmienia. Owszem, budują one nastrój i mają swój klimat, ale brakuje w nich prawdziwego metalowego pazura. Za mikrofonem niezmiennie stoi Zaher Zorgati, którego wokal idealnie pasuje do takiej klimatycznej, bardziej wyważonej muzyki. Mimo to spodziewałem się materiału utrzymanego w nieco innym tonie.

Już otwierający album „The Funeral” wprowadza baśniowy nastrój, choć zastosowane chórki i liczne ozdobniki z czasem mogą nieco irytować. Sam riff i warstwa instrumentalna prezentują się jednak interesująco. W utworze „Until the End” pojawia się gościnnie Elize Ryd z Amaranthe — to rasowy hicior, który błyskawicznie wpada w ucho. Do grona ciekawszych kompozycji należy także podniosły i przebojowy „Breathing Near the Road”, w którym pojawiają się emocje, dobry klimat i pomysłowość. Na płycie znajdziemy również rytmiczny i niezwykle melodyjny „Les Enfants du Soleil”, choć i tutaj wciąż brakuje heavy metalowego ognia. Z kolei klaskanie w „Still the Dawn” może odstraszać, bo momentami przywodzi na myśl popowe schematy. To raczej zbędny utwór, który niewiele wnosi do całości. Znacznie ciekawiej wypada „The Clown” — melodyjny i pomysłowy numer pełen pozytywnej energii i drapieżności. Wreszcie zaczyna się coś dziać. Dalej mamy równie udany „The Edge of Night”, gdzie pojawia się więcej heavy metalowego pazura. To zdecydowanie jeden z najmocniejszych momentów na płycie. Końcówka albumu przynosi już klimat starego, dobrego Myrath, którego tak bardzo cenię. Podniosły i egzotyczny „Echoes of the Fallen” imponuje rozmachem, ciekawym motywem przewodnim i chwytliwym refrenem — prawdziwa klasa. Płytę zamyka równie majestatyczny i pełen smaczków „Through the Seasons”.

Nowy album Myrath ma swoje znakomite momenty i szkoda, że cały materiał nie utrzymuje poziomu zbliżonego do finałowej części płyty. Niestety pojawiają się także słabsze fragmenty, niepotrzebny kicz i zbyt wyraźne ukłony w stronę komercji. Mimo wszystko warto dać tej płycie szansę, choć nie jest to już ten sam wysoki poziom, do którego zespół zdążył nas przyzwyczaić. Na minus zaliczyłbym również okładkę, która wygląda jak wygenerowana przez sztuczną inteligencję.

Ocena: 7/10

wtorek, 24 marca 2026

ASSIGNMENT - With the end comes silence (2026)


 

Assignment to niemiecki odpowiednik takich kapel jak Ayreon, Savatage czy Symphony X. Formacja specjalizuje się w progresywnej odmianie power metalu. Po sześciu latach przerwy powracają z szóstym albumem studyjnym zatytułowanym „With the End Comes Silence”. Zespół potrafi oczarować słuchacza i zaimponować interesującym materiałem. Dużym atutem jest również głos Diego Valdeza – wokalisty doskonale znanego z takich zespołów jak Iron Mask czy Heller, prawdziwego specjalisty w swoim fachu.

Ten doświadczony band działa już od 1994 roku i przez ten czas zdążył wypracować sobie rozpoznawalną markę. Nic więc dziwnego, że nową płytę zdobi dopracowana, klimatyczna okładka. Również w kwestii brzmienia muzycy stanęli na wysokości zadania – materiał jest mocny, selektywny i bardzo czytelny. Każdy dźwięk wybrzmiewa klarownie, a sami muzycy imponują umiejętnościami. Wszystko to przekłada się na dojrzały album pełen interesujących detali i muzycznych smaczków.

Na płycie znajdziemy bardziej rozbudowane motywy gitarowe, złożone melodie oraz kompozycje wyraźnie osadzone w progresywnym charakterze. Zespół wykazuje się zarówno techniką, jak i pomysłowością. Na szczególne wyróżnienie zasługuje gitarzysta Goran Panic, który pokazuje się tutaj jako niezwykle utalentowany muzyk. Stawia na różnorodność, świeżość i bardziej wyszukane melodie, dzięki czemu jego partie nadają materiałowi wyjątkowego charakteru. Wokalista Diego Valdez prezentuje natomiast najwyższą klasę – jego potężny głos potrafi momentami przywodzić na myśl Ronniego Jamesa Dio czy Jo Amore z francuskiego Nightmare.

Album zawiera dziesięć utworów, które łącznie wypełniają około godzinę muzyki. Materiał jest przemyślany i pełen ciekawych momentów. Płytę otwiera klimatyczny „Fallen”, który momentami przywodzi na myśl twórczość Ayreon. Już tutaj Diego Valdez pokazuje pełnię swoich możliwości wokalnych, a jego barwa chwilami przypomina Jo Amore z najlepszych lat Nightmare.

Dużą dawkę melodyjności i przebojowości przynosi „Nothing to Say”, natomiast „Beyond Recognition” wprowadza nieco mroczniejszy nastrój. Zespół konsekwentnie stawia na wyszukane melodie i dopracowane motywy. Więcej agresji oraz power metalowej energii pojawia się w zadziornym „Those World’s”, gdzie muzycy pokazują bardziej dynamiczne oblicze.

Jednym z największych atutów tej płyty jest umiejętność budowania klimatu i odpowiedniego nastroju. Ponad siedmiominutowy „The Tower” znakomicie to potwierdza. Z kolei „Call for Heaven” to utwór bardziej przystępny i łatwo wpadający w ucho, oparty na klasycznych zagrywkach i dobrze znanych heavy metalowych patentach.

Power metalowa stylistyka powraca w bardziej agresywnym „Angel of Berlin” – tutaj zespół błyszczy pełnią możliwości. Szkoda jedynie, że na płycie nie ma nieco więcej tak bezpośrednich i energetycznych „killerów”. Mimo to kompozycja imponuje pasją, świeżością i pomysłowością.

Tytułowy „With the End Comes Silence” ukazuje progresywne oblicze zespołu. Podniosły, epicki charakter oraz liczne pomysłowe motywy sprawiają, że przez ponad osiem minut dzieje się tu naprawdę dużo interesujących rzeczy. Całość zamyka ponad sześciominutowy „the curtain Falls”, który stanowi świetne podsumowanie albumu. To udany miks melodyjnego heavy/power metalu oraz progresywnego heavy metalu. Wyraźnie czuć tu doświadczenie zespołu oraz ogromną dbałość o detale.

Assignment nagrał bardzo wartościowy album, który ma naprawdę wiele do zaoferowania. Mocne, wyraziste i podkręcone melodie oraz chwytliwe riffy stanowią jego siłę napędową. Słychać tu dbałość o szczegóły, różnorodność oraz wyjątkowy klimat. Zespół potrafi oczarować słuchacza i dostarczyć materiał godny uwagi.

To płyta skierowana przede wszystkim do fanów progresywnego heavy metalu oraz wymagających słuchaczy, którzy cenią kunszt i piękno muzyki. Osobiście dorzuciłbym jeszcze dwa szybsze utwory – momentami brakuje też nieco większej konsekwencji. Mimo tych drobnych niedociągnięć album robi bardzo dobre wrażenie.

Ocena: 8/10

piątek, 28 listopada 2025

SHADOWKILLER -Sworn to Avenge (2025)


 

Amerykański Shadowkiller przerywa pięcioletnie milczenie i powraca z nowym albumem. To oczywiście projekt muzyczny tworzony przez dwie postacie znane z Ancient Empire, formacji o bogatym dorobku. Zespół działa od 2010 roku i ma na koncie pięć albumów. Najnowsze dzieło, zatytułowane „Sworn to Avenge”, ukazało się dziś, 28 listopada, za sprawą wytwórni Stormspell Records. Kto uwielbia progresywny heavy metal z nutą power metalu w stylu Ancient Empire, Savatage czy Iced Earth, ten śmiało może sięgnąć po najnowszy materiał Amerykanów.


Na płycie ponownie pojawiają się perkusista Gary Neff oraz gitarzysta i wokalista Joe Liszt. Panowie od lat doskonale się rozumieją i wspólnie kreują charakterystyczne brzmienie Shadowkiller. Potrafią postawić na złożone partie gitarowe, zakręcone melodie oraz mroczniejszy klimat. Nowy album konsekwentnie podąża tą ścieżką. Owszem, brak tu zaskoczeń, a momentami daje się odczuć lekkie zmęczenie materiału i wyczerpywanie się pomysłów, jednak „Sworn to Avenge” pozostaje wydawnictwem zróżnicowanym i dopracowanym. Na pochwałę zasługuje przede wszystkim klimatyczna okładka oraz potężne brzmienie.


Płytę otwiera najdłuższy utwór – „The Haunting”, trwający ponad siedem minut. To pełnokrwisty progresywny heavy metal, w którym naprawdę wiele się dzieje. Miejscami jednak odnosiłem wrażenie lekkiego przerostu formy nad treścią. Stonowane tempo i mroczny klimat dominują w zadziornym „Souvenirs Toi”, który prezentuje więcej emocji i ciekawszych pomysłów. Intensywność wzrasta wraz z ostrzejszym „Into the Night”, opartym na mocnym riffie i chwytliwej energii – to właśnie takie oblicze Shadowkiller najbardziej lubię.


Nie brakuje elementów progresywnych także w bardziej rockowym „The Heart of a Warrior” – to utwór stonowany, rozbudowany, choć momentami nazbyt spokojny. Moim absolutnym numerem jeden pozostaje jednak rozpędzony, power-metalowy „Bellum Sacrum” – prawdziwa petarda, aż szkoda, że na płycie nie ma więcej kompozycji w podobnym stylu.


Album skierowany jest przede wszystkim do fanów zespołu oraz miłośników progresywnego heavy metalu. Znajdziemy tu bogate motywy gitarowe, zakręcone melodie i kompozycje stworzone z wyczuciem. To materiał godny uwagi, choć osobiście wciąż bardziej cenię wcześniejsze wydawnictwa grupy.


Ocena: 7/10

wtorek, 19 listopada 2024

STARCHASER- Into The Great Unknown (2024)


 
To nie koniec genialnych płyt w tym roku. Na horyzoncie pojawił się nowy album szwedzkiego Starchaser. Po 2 latach band powrócił z nowym dziełem zatytułowanym "Into the Great Unknown", który ukazał się 15 listopada nakładem wytwórni Frontiers Records. Płyty z tej wytwórni często stoją na wysokim poziomie, a do tego sam debiut Starchaser wymiatał. To dawały podstawy do oczekiwania czegoś wielkiego. Nie zawiodłem się! To kolejna perełka roku 2024.

Muzycznie dostajemy tutaj mieszankę melodyjnego heavy metalu, power metalu, a nawet progresywnego heavy metalu. Jest to rozegrane z pomysłem, dbałością o detale i podniosłością. Melodie są wyszukane i intrygujące. Można za każdym razem odkrywać ten materiał na nowo. Duży plus za zróżnicowanie, za przebojowość i pomysłowe aranżacje. Słychać wpływy Tad Morose, M.ill.ion, Lions Share, czy też Masterplan. Band ma swój styl i nie muszą nikogo podrabiać. Tutaj mamy muzyków z górnej półki, którzy potrafią czarować i tworzyć muzykę która jest portalem do innego świata. Partie klawiszowe to dzieło Kaya Backlunda robią robotę i dodają całości progresywności i podniosłości. Odwala kawał dobrej roboty. Gitarzysta Kenneth Johnsson grywał w Tad Morose i te powiązania są słyszalne. Utalentowany jest i stać go na wiele. Solówki czy riffy są dojrzałe, dopracowane i w sumie ciężko wytknąć jakieś słabe punkty w tej sferze. Całość spina niesamowity i klimatyczny wokal Urlicha Carlssona, który idealnie współgra z tym co gra zespół. Momentami przypomina nieco styl Jorna, czy Urbana Breeda. Mistrzowski skład i mistrzowski materiał.Do tego mocne i soczyste brzmienie, a całość zdobi piękna okładka w klimatach s-f.

46 minut znakomitej muzyki to jest to co nas czeka po odpaleniu płyty. Zaczyna się niewinnie pod intra" stella Exodus". Dalej wkracza energiczny i przebojowy "Into the Great Unknown" i nie ma się do czego przyczepić. Killer i pokaz prawdziwej mocy. Mrok, ciężki riff to atuty "Battalion of Heroes", który zachwyca na każdym polu. Progresywność imponuje w partiach klawiszowych w "Who am I" i jest to kolejny hit. Prosty refren w "One by one" przypomina mi trochę pierwszy płyty Masterplan, czy Tad Morose. Współpraca gitarzysty i klawiszowca jest kluczowa w muzyce w Starchaser i wystarczy odpalić taki "Shooting Star". Znakomity przykład jak band wymiata i ma smykałkę do tworzenia muzyki na wysokim poziomie. Sporo emocji dostarcza "The Nightmare King", a na sam koniec dostajemy kolejny hity, czyli "In a time of Steel".

Mamy tu wszystko. Hity, wyjątkowe melodie, złożone partie gitarowe, niesamowity wokal i klimatyczne partie klawiszowe. Muzyka dojrzała skierowana do prawdziwych smakoszy wyjątkowych dźwięków. Znakomita płyta znakomitego zespołu. Starchaser po raz drugi zachwyca i rozwala system. Brawo panowie!

Ocena: 9.5/10


czwartek, 14 marca 2024

STARGATE - Escaping the Illusion (2024)


 "Escaping the Illusion" to już 6 album w dorobku tej greckiej formacji o nazwie Stargate. Band łączy w swojej muzyce elementy neoklasycznego metalu, progresywnego metalu, power metalu, a także poniekąd aor, czy hard rocka. Nie boją się pójść pod prąd i stworzyć coś innego, wyjątkowego. Brawa za odwagę i odwiedzanie nowych rejonów. Ta płyta zabiera słuchacza w zupełnie inny świat, może nie jest też  łatwa w odbiorze, ale ta odmienność przyciąga. To wszystko przypłacono przebojowością i melodyjnością. Troszkę szkoda, bo to psuje całkowity efekt.

Klimatyczna, nieco post apokaliptyczna okładka przykuwa uwagę i zachęca by sięgnąć po owe wydawnictwo. Band tworzą muzy doświadczeni, których znamy nie od dziś. Gitarzysta Antimos grywa w Crystal Tears, klawiszowiec Bandis i perkusista Kourou grają w Horizons End. W roku 2023 do zespołu dołączył wokalista Manos Fatsis, Panowie grać potrafią i potrafią też oczarować słuchacza i zaskoczyć daną formułą.

Przepiękny jest podniosły, klimatyczny "Hidding all the tears" i tutaj słychać co potrafi ten zespół. Prawdziwe czary. Mieszankę neoklasycznego heavy metalu i progresywnego metalu można uświadczyć w "The Deepest Sea". Imponujące partie gitarowe, podniosłość i finezyjność znajdziemy w "Lonely Queen". Potrafią też postawić na romantyczność, taki nieco rockowy pazur co znakomicie wypada w "I am Here". Prawdziwa perełka. Trochę hard rocka można doszukać się w zamykającym "Outcast". Druga połowa płyty trochę słabsza w moim odczuciu.

Fanem progresywnego metalu nie jestem, może dlatego też trochę miałem problem z tym albumem. Jest spory potencjał, jest co odkrywać przez kolejne miesiące. Płyta kryje sporo smaczków. Nie wszystko do mnie przemówiło i trafiło w gust, ale chylę czoło przed jakością i rozmachem, który band nam tu serwuje. Płyta zasługuję na uwagę i niech każdy odkryje jej piękno na swój sposób.

Ocena: 8/10

czwartek, 1 lutego 2024

PROJECT ARCADIA - Of Sins And Other Tales (2024)


 Bułgarski gitarzysta Plamen Uzunov nie spoczywa na laurach i właśnie powraca po 10 letniej przewie ze swoim bandem o nazwie Project Arcadia. Skład znany z "A time of changes" z 2014r nie przetrwał i w 2022r zespół przeszedł przemeblowanie. Do grupy dołączył basista Rich Gray i perkusista Fabio Alessandrini, których znamy z Anninhilator.  Milcho Kolew pełni rolę drugiego gitarzysty, a na wokalu zaś mamy Deibys Artigas. Nowy album zatytułowany "Of Sins and other Tales" to pozycja skierowana do miłośników progresywnych odmian heavy metalu. To oni tak naprawdę w pełni dostrzegą zalety tej płyty, a co z resztą odbiorców?

Nigdy nie uważałem siebie za jakiegoś maniaka progresywnego metalu i może też mam lekki problem z odkryciem w pełni piękna i atutów tej płyty. Poza takimi banałami jak okładka i brzmienie, które są z górnej półki, mamy też styl grupy, aranżacje, to w jaki sposób prezentują melodie i motywy. Dużo się dzieje i wiele rzeczy nie od razu można wyłapać i trzeba czasu i kilka odsłuchań. Na pewno za co band należy pochwalić, to za świeżość, zróżnicowany materiał, na złożoną konstrukcję utworów, na szukanie oryginalnych pomysłów. Ja osobiście dałby więcej ognia i drapieżności. Zróżnicowanie płyty znakomicie oddaje 4 częściowy kawałek zatytułowany "Of Sins". Pierwsza część to taki rasowy heavy/power metal, który imponuje dynamiką i przebojowością. Druga część to już bardziej nastrojowe i progresywne granie. Nie każdemu musi przypaść do gustu. Trzecia część nieco hard rockowa i jakoś taka bardziej przebojowa. Czwarta część bardziej agresywna i zarazem mroczna. To pokazuje jak wszechstronny jest to zespół i jak potrafi urozmaicić swój materiał.  Gitarzyści Plamen i Milcho dwoją się i troją żeby od strony gitarowej sporo się działo i żeby roiło się od intrygujących partii. Fani takich dźwięków będą zachwyceni. Warto pochwalić też wokalistę Deibysa Artigasa, który potrafi tworzyć klimat i zaskoczyć ciekawą barwą i techniką. Prawdziwy czarodziej, który sporo wnosi do muzyki Project Arcadia.

Utwory, które mnie najbardziej ruszyły to stonowany, zadziorny i zarazem przebojowy "Rusty Cage". Mocne otwarcie płyty. Nieco rockowy i pomysłowy "The Portrait" czy mroczny "To the muse".

Duży nacisk położone na klimat, na wyszukane motywy i bardziej złożone konstrukcje utworów. Dla jednych będzie to prawdziwa uczta, a dla laika lekka męczarnia. Troszkę wdziera się monotonność w środkowej części płyty i gdzieś tam mi zabrakło ognia i większej dawki chwytliwych melodii. Nie odkryłem w pełni może potencjału tej płyty, bo z pewnością progresywny metal to nie bajka. Płyta z pewnością godna uwaga i każdy powinien ją odkryć po swojemu i odkryć jego atuty.

Ocena: 8/10

sobota, 27 stycznia 2024

MOURNING DIVINE -Be Free : No more masters (2024)


Nazwa Mourning Divine nic mi nie mówiła. Obstawiałem jakiś debiut młodej kapeli, a tutaj niespodzianka bo ta niemiecka formacja działa od 2009r. Dorobiła się nawet 3 albumów, a ten najnowszy "Be free - no more masters" właśnie ujrzał światło dzienne. Troszkę mam tutaj mieszane uczucia.

Z jednej strony ciekawe połączenie symfonicznych ozdobników z progresywnym heavy metalem i power metalem. Duża dawka melodii i ciekawie rozprowadzonych partii gitarowych. Roi się od pomysłowych riffów, czy solówek. Z drugiej strony mamy troszkę specyficzne partie wokalne, niskobudżetowe brzmienie i same pomysły na kompozycje też nie zawsze są trafione. Na pewno na pochwałę zasługuje duet gitarowy Michael Korner i Ronny Lenz. Wystarczy odpalić taki "Networked" i można odpłynąć przy tych dźwiękach. Troszkę przypominają się klimaty Timelless Miracle czy Falconer. Ciekawa mieszanka folku i power metalu. Sama melodia i aranżacje pierwsza klasa. Tak ta płyta kryje takie perełki. Otwierający "Overture Circle of Life" to z kolei przepiękne instrumentalne granie w symfonicznej oprawie. Klimat robi wrażenie. Mroczny i posępny "Demons of the night" momentami może skojarzyć się z Apostalica. Brzmi to dość ciekawe i można dać się porwać muzyce niemieckiej formacji. Bywają jednak takie momenty jak "No more masters" gdzie można odnieść wrażenie, że zabrakło mocy i drapieżności. Za łagodne to i jakieś bez wyrazu. "The final" nie przekonuje jako ballada, a tytułowy "Be Free" też miewa przebłyski i był potencjał na coś więcej.

Szokuje forma i styl w jakim band się obraca. Szokuje na pewno pomysłowość na melodie. To tyle z plusów. Dominuje łagodność, nieco komercyjny charakter i zabrakło pomysłów na cały album. Potencjał i umiejętności są, tak więc w przyszłości może nas pozytywnie zaskoczą. Póki co troszkę zabrakło by stworzyć coś godnego polecenia.

Ocena: 5/10
 

sobota, 4 listopada 2023

SERENITY - Nemesis AD (2023)


 Georg Neuhauser i Marco Pastorino to znakomity duet i już można było się przekonać o tym za sprawą Fallen sanctuary, Na szczęście to nie koniec ich współpracy i panowie poszerzyli ją jeszcze o Serenity. Marco Pastorino dołączył do austriackiej formacji w 2023 i dzięki temu kapela zyskała świeżość, przebojowość i dynamikę. Serenity od lat nagrywa bardzo ciekawe i pomysłowe wydawnictwa i z najnowszym "Nemesis AD" jest podobnie.

Serenity od 22 lat trzyma bardzo dobry poziom i nigdy nie rozczarował. To specjalista od mieszania symfonicznego power metalu z progresywnym metalem. Potrafią czarować i zaimponować pomysłowością i dbałością o szczegóły. Na nowej płycie nie brakuje intrygujących melodii, rozmachu, podniosłości i chwytliwości. Każdy element ma swoje miejsce i tworzy spójną całość. Można się przeczepić, że za dużo romantyczności i takiego nastrojowego klimatu, może za mało agresji i mocnego, zadziornego power metalu. Fani Fallen Sansctuary będą zadowoleni, bo słychać sporo powiązań z tamtym bandem i ich ostatnim albumem. Dla mnie to akurat spory plus. Georg jest na posterunku jeśli chodzi o wokal i wiadomo że to mistrz przepięknych dźwięków. Partie gitarowe wygrywane przez Marco i Christiana mają swój urok i potrafią zaskoczyć urozmaiceniem.

Sam materiał jest klimatyczny i sporo dobrego się dzieje. Nie ma na szczęście grania na jedno kopyto. Można delektować się energicznym "The Fall of Men" z gościnnym udziałem Roya Khana, który oddaje co najlepsze w symfonicznym power metalu. Kto lubi przeboje z prawdziwego zdarzenia ten musi odpalić melodyjny "Ritter, tod und Teufel". Znakomity motyw przewodni, duża dawka energii i ta przebojowość z ostatniej płyty Fallen Sanctuary. Jestem kupiony! Rozbudowany i bardziej symfoniczny "Reflections", gdzie znów daje o sobie rozmach i pomysłowość.  Dużo dobrego się tutaj dzieje. Jednym z najlepszych utworów na płycie jest "Sun of Justice", który uderza bardziej w rejony klasycznego europejskiego power metalu. Prawdziwa perełka. Niestety druga cześć płyty jest troszkę słabsza, bowiem więcej mamy progresywnego metalu, troszkę bardziej wyszukane melodie, a nie wszystkie zagrywki do mnie trafiają. Odbiło się to na jakości, ale nie ma mowy o gniocie, czy słabym albumie.

Płyta ma swój urok, ma swój klimat i sporo nastrojowych melodii. Nie wszystko jest idealnie, nie obyło się bez wpadek. Mimo pewnych nie dociągnięć, to wciąż muzyka jest na wysokim poziomie. Płyta przypadnie do gustu fanom Fallen Sanctuary, a i fani Serenity też nie będą narzekać. Marco i Georg tworzą naprawdę zgrany duet i czekać na więcej płyt z ich udziałem. Tak trzymać panowie.

Ocena: 8/10

sobota, 9 września 2023

MYRATH - Karma (2023)


 Uwaga! Tunezyjski Myrath wrócił z nową dawką muzyki. To jeden z tych zespołów, który ma własny styl. Nie patrzy na trendy, na innych i robi swoje. Działają od 2006 r i zawsze starają się postawić na świeżość, na wyszukane i bardziej złożone melodie i motywy gitarowe. Nie idą na łatwiznę i szukają najlepszych rozwiązań. Na ich płyty czeka się z utęsknieniem. Mało komu udaje się połączyć egzotyczne, folkowe dźwięki wywodzące się z tamtejszej kultury, z progresywnym heavy metalem i nutką power metalu. Do tej pory nie zawiedli i najnowsze dzieło zatytułowane "Karma" podtrzymuje ten trend. To kolejny album z górnej półki.

Okładka miła dla oka i oddaje świat, w którym obraca się Myrath. Od razu wiadomo co nas czeka. Jak przystało na ich płyty jest wszystko dopracowane i nawet brzmienie robi wrażenie i współgra z całością. W dalszym ciągu swoim głosem czaruje Zaher Zorgati, który potrafi budować napięcie i nadawać utworom emocje. Te utwory mają coś do powiedzenia i potrafią zapaść w pamięci. Tak jak do tej pory, sporo w tym wszystkim krajowej kultury i ich folku. W połączeniu z progresywnym heavy/power metalem daje to wybuchową mieszankę. Myrath to też jakość dopasowanych dźwięków i świeże podejście do tworzenia melodii, czy głównych motywów gitarowych. Band ma swój styl i chwała im za to.W sferze partii gitarowych czaruje Malek Ben Arbia, który jest gdzieś na drugiej linii frontu. Schowany za wokalem i całymi tymi ozdobnikami.

11 utworów, bardzo zróżnicowanych, ale całościowo dający pełen obraz tego co gra Myrath. Mamy chwytliwy i przebojowy "To the stars". Dość łagodnie, bardzo przebojowo i może nieco radiowo, ale utwór czaruje pod każdym względem. Rozmach, epickość to atuty "Into the Light", z kolei melodyjny "Let it Go" stawia na przebojowość i chwytliwość.Egzotyczne dźwięki i upiększenia umilają nam czas podczas słuchania  "Words Are Falling". Dynamikę i drapieżność dominują w "Temple Walls" i to kolejna perełka na płycie. Uroczy jest nawet rockowy "The Empire", zaś za serce potrafią złapać energiczny "Heroes" czy pełen emocji "carry on".

Myrath wciąż trzyma wysoki poziom i wciąż ma coś do zaoferowania. Potrafią być ambitni, bardzo tajemniczy i specjalistami w swoim fachu. Kto szuka świeżości, pomysłowości i nietuzinkowych rozwiązań ten powinien posłuchać "Karma".

Ocena: 9/10

niedziela, 16 kwietnia 2023

ARCHON ANGEL - II (2023)


 To jeden z tych albumów, na które czekałem z niecierpliwością. Archon Angel pokazał na debiucie, że trzeba się z nimi liczyć w kategorii melodyjnego grania. Łączą elementy progresywnego metalu, hard rocka i melodyjnego metalu. Uwagę przykuwa głos Zaka Stevensa, którego dobrze znamy choćby z Savatage. Pozostałą cześć ekipy stanowią włosi, których dobrze znamy z Secret Sphere. Do tego wszystkiego mamy gwiazdę wytwórni Frontiers Records czyli Alessandro Del Vecchio. 3 lata czekania i oto jest "II", który stanowi rozwinięcie pomysłów z debiutu. Szykujcie się na prawdziwą ucztę dla zmysłów.

Muzyków w zasadzie nie trzeba przedstawiać. Zak to wiadomo wokalista z górnej półki, który zaśpiewa wszystko.Gitarzysta Lonobile i klawiszowiec Del Vecchio znają się z Edge Forever, tak więc tą chemię i tutaj słychać. Panowie czarują i nie tkwią przy jednym motywie. Bawią się konwencją i cały czas nas czymś zaskakują. Jest miejsce na agresję, melodyjność i finezję. Podobnie jak przy debiucie tak i tutaj dopracowano album pod niemal każdym względem. Imponująca okładka, która zapada w pamięci. Mamy też wysokiej próby brzmienie, który idealnie współgra z zawartością

Kiedy odpalimy płytę to wita nas delikatny i pełen emocji "Wake of Emptiness" i dużo dobrego się tutaj dzieje. jest podniosłość i rozmach. To jest ten dobrze znany nam Archon Angel. Czas pójść w stronę mocniejszych dźwięków i to właśnie następuje w "Avenging the dragon", który wyróżnia się mocnym riffem i wciągającymi partiami gitarowymi.   Band nabiera rozpędu w "Quicksand" i to jeden z najciekawszych kawałków na płycie, który ociera się nawet o power metal. Elementy progresywności i epickości można uchwycić w marszowym "Away from the sun" i to kolejna perełka. Nie można też pominąć mocny i wyrazisty "afterburn", który też w pełni oddaje styl Archon Angel. Ten kto szuka pazura, zadziorności i prawdziwej petardy, ten powinien odpalić "I will Return", który też momentami przemyca patenty z power metalu. Całość zamyka urozmaicony i pełen smaczków "Lake of Fire".

Nic nie trzeba więcej dodawać. To album z górnej półki i każdy kto kocha melodyjny metal i progresywny heavy metal ten powinien posłuchać co ten gwiazdorski skład ma do powiedzenia. Płyta emocji, finezji i wyszukanych i pięknych melodii. Tego trzeba posłuchać!

Ocena: 9/10

piątek, 17 marca 2023

KAMELOT - The Awekening (2023)


 W roku 1991 narodził się Kamelot. Jeden z najważniejszych zespołów grających power metal. Odegrał ważną rolę w przecieraniu szlaku w sferze progresywnego power metalu z nutką symfonicznego metalu. Dorobili się 13 albumów i wiele z nich to klasyki gatunku, a band dorobił się statusu kultowego. Nic nie muszą udowadniać, chociaż dla wielu fanów najlepsze lata przypadają na okres wokalisty Roya Khana. Od 2012r w zespole jest Tommy Karevik, który udźwignął presję i skierował troszkę w innym kierunku, Z zmian personalnych warto wspomnieć, że w 2019r dołączył Alex Landenburg. Szczerze mówiąc, nie sądziłem że Kamelot powróci do swoich złotych czasów, a tutaj najnowsze dzieło zatytułowane "The Awakening" to w moim odczuciu jeden z ich najlepszych albumów. Jest power metal, podniosłość, przebojowość, ten przebłysk geniuszu z starych płyt i ta świeżość. Wrócił stary dobry Kamelot. Tak mamy prawdziwe przebudzenie. Tytuł nie kłamie.

Zapowiedzi faktycznie zwiastowały powrót do najlepszych czasów Kamelot. Przepiękna i pełna ciekawych motywów okładka to już był dobry zwiastun. Z każdym singlem było co raz lepiej. Niby dalej band ten sam, stylistyka ta sama, ale jakoś Kamelot wszystko poukładał i przemyślał. Przede wszystkim jest sporo power metalu, którego mi ostatnio brakowało na płytach tego zespołu. Brakowało mi mocy, pazura i przebojowości. Tutaj band nadrabia swoje zaległości i atakuje z podwojoną siłą. Tommy Karevik też jakoś bardziej błyszczy i czaruje swoim głosem.  Na wyżyny swojego talentu wznosi się gitarzysta Thomas Youngblood, który znów poczuł w sobie smykałkę do tworzenia pełnego gracji i emocji power metalu. Nie wierzyłem, że ten dzień kiedyś nadejdzie.

 Płyta zawiera 13 utworów i każdy sporo wnosi. "Overture" to podniosłe intro, które już potrafi przyprawić o ciarki. Czuć rozmach. Dawno Kamelot nie grał tak bez błędnie jak w "The Great Divide". Co za świeżość, pomysłowość i przebojowość. To jest przejaw geniuszu i to najlepszy kawałek tej grupy od wielu lat. Jest nutka progresywności, jest też sporo symfonicznych ozdobników i przede wszystkim power metal. Killer, ale to dopiero początek. Podobne emocje wywołuje melodyjny "Eventide", który również szybko zapada w pamięci. Mocny, zadziorny riff i pełen romantyzmu i podniosłości refren potrafią powalić na kolana. Dalej mamy nowoczesny i pełen progresywności "One more flag in the ground". Refren znów bije świeżością i przebojowością. Kawałek będzie robił robotę na koncertach. Więcej power metal z kolei uświadczymy w bardziej energicznym "Opus of the night" z gościnnym występem Tina Guo. Z kawałka bije niezła energia i duża dawka melodyjności. Więcej romantyzmu i takiego komercyjnego wydźwięku ma "Bloodmoon". Znalazło się miejsce na bardziej progresywne granie jak to zaprezentowane w "The looking glass". Uroczy też jest podniosły i taki troszkę zakręcony "New babylon" w którym liczy się podniosłość i symfoniczne ozdobniki. Nawet ballada "Willow" jest z górnej półki. Znakomicie Kamelot bawi się konwencją i stylistyką w "My pantheon" i dużo dobrego się tutaj dzieje. Jest pazur i pomysłowość.

Kamelot przebudził się i wrócił do swoich najlepszych lat. Znów zaczął grać z pazurem, z pomysłem, a najlepsze jest to, że znów jest w tym power metal, pasja i miłość do metalu. Ta muzyka dostarcza radości, zaraża pozytywną energią i na długo zostaje w pamięci. To najlepszy album z Tommym na wokalu i jeden z ich najlepszych albumów. Jedna z największych niespodzianek roku 2023!

Ocena : 9.5/10

wtorek, 1 listopada 2022

BLACK HOLE - Whirlwind of mad men (2022)


 Wielkie Brawa dla Black Hole za jedną z najciekawszych okładek metalowych roku 2022. Jest szczypta grozy, jest tajemniczy klimat i w sumie do końca nie wiadomo co kryje w sobie. Czy to melodyjny death metal, czy coś z pogranicza heavy/power metalu.  Jednak to nie blog o okładkach i sztuce tworzenia grafiki, lecz o muzyce. Tutaj francuski Black Hole też pozytywnie zaskakuje, bowiem "Whirlwind of mad men" to pozycja skierowana do miłośników mieszanki symfonicznego metalu z progresywnym power metalem. Fani Evegrey, Lords of Black czy Kamelot powinni zapoznać się z tym wydawnictwem.

Band działa od 1995 r i słuchając ich muzyki można dojść do wniosku, że kluczową rolę odgrywa klimatyczny wokal Fabio Torsi, który inspiruje się najlepszymi głosami w dorobku progresywnego power metalu. Dysponuje ciekawą techniką, charyzmą i barwą głosu. Idealnie współgra z tym, co wygrywają mu gitarzysta Acker i klawiszowiec Burghard. Ten duet wzajemnie się uzupełnia i stawiają na świeżość, bardziej współczesne brzmienie i bardziej złożone melodie. To wszystko sprawia, że nowy album Black Hole naprawdę może się podobać.

Troszkę przesadzili z długością materiału i z liczbą utworów, ale jest sporo perełek. Jedną z nich jest melodyjny i pełen symfonicznych ozdobników" Chasing The kraken". Riff w "Walking with the devil" brzmi jakoś tak znajomo, ale tutaj akurat prostota jest kluczem do sukcesu. Wyszedł z tego niezwykle zadziorny i chwytliwy kawałek. Dalej furorę robi tytułowy "Whirlwind of mad men" i tutaj też postawiono na mocny i wyrazisty riff. Oj dzieje się tutaj sporo dobrego. Potem band serwuje nam sporo progresywnych kompozycji i znów imponują w lekkim i przebojowym "Never surrender". Słychać, że w zespole drzemie ogromny potencjał. Brawo za pomysłowość! Podobne emocje wzbudza podniosły i pełen energii "my friend". Ciekawie wyszedł cover Iron Maiden i "Fear of the dark" brzmi jak ich autorski kawałek i to spora zaleta.

Daje kredyt zaufania tej kapeli, bo grają z finezją, polotem i mają pomysł na siebie. Chcą mieszać progresywny metal i symfoniczny power metal i jeśli mają kontynuować to co zaprezentowali tutaj, to jestem za i czekam na kolejne wydawnictwa. Maja pomysł na siebie i to przedkłada się na jakość. Bardzo wyrazisty album i zarazem bardzo dojrzały. Tego trzeba po prostu posłuchać!

Ocena: 8.5/10

piątek, 26 sierpnia 2022

TAD MOROSE - March of the Obsequious (2022)


 "March of the Obsequious" to już 10 studyjny album szwedzkiej formacji Tad Morose. Najlepszy okres zespół już ma dawno za sobą. Kiedy odszedł Urban Breed to ta kapela straciła na mocy, atrakcyjności i stał się średniej klasy zespołem, który nie wiele ma do zaoferowania. Niestety, ale ten krążek nie wiele zmienia w tej kwestii.

Mroczny klimat, nowoczesne brzmienie i dużo progresywnych i współczesnych rozwiązań sprawiają, że materiał nie jest łatwy w odbiorze i w zasadzie szybko męczy swoją formułą. Co z tego, że muzycy doświadczeni i potrafią grać. Szkoda tylko, że nie przedkłada się to na jakość. Ciężko tutaj o jakąś ciekawą melodię czy mocny riff, który mocno by zapadł w pamięci. Tytułowy kawałek niby ma mroczny klimat i sporo nowoczesnego wydźwięku, tylko jakość specjalnie niczym się nie wyróżnia. To już nic dobrego nie zwiastuje. Stonowany, ponury, wręcz toporny "Witches Dance" tylko potwierdza w jak słabej kondycji jest band. Z tych ponurych kawałków już ciekawszy jest "Pandemonium", który przemyca troszkę elementów judas priest z czasów rippera.Pod względem melodii wyróżnia się 'Phanthasm" czy progresywny "Escape". Jest w końcu ożywienia i coś się zaczyna dziać, choć do ideału wciąż daleko. Nudą wieje w "This Perfect Storm" czy nijakim "Legion".

Zaspokoiłem swoją ciekawość i już wiem, że obecny Tad Morose nie odpowiada mi i nie mam zamiaru zagłębiać się i szukać na siłę pozytywów.  Nie ma atrakcyjnych melodii, wszystko na siłę zagrane i szkoda że band próbuje być bardziej nowoczesnym zespołem. Ten mroczny klimat jakoś średnio mi pasuje do nich. Lepiej poświęcić czas na ciekawsze wydawnictwa. Fani Tad morose i tak pewnie posłuchają i będą chwalić. Dla mnie strata czasu....

Ocena: 4/10

czwartek, 31 marca 2022

AMORIELLO - Phantom Sounds (2022)

Kto lubi mieszankę progresywnego metalu, nutki hard rocka i heavy metalu, ten na pewno obczai najnowsze dzieło gitarzysty Thomasa Amoriello. "Phanthom Sounds" to już drugi album tego amerykańskiego muzyka i pewnie nie ostatni. Fanom takiej muzyki może się to spodobać, mnie osobiście jakoś ciężko było przebrnąć przez ten album. Nie pomogła nawet obecność Pieta Sielcka, Herbiego Langhansa i wielu innych gości.

Pierwsza rzecz to brzmienie, które jest jakieś niszowe i momentami potrafi troszkę odstraszyć swoim prowizorycznym dźwiękiem. Thomas ma swój własny styl i nie boi się wejść w dziwne rejony. Jednym może się to podobać, a innym nie koniecznie. Taki otwierający "Villain"mimo obecności Herbiego brzmi momentami nieco dziwnie i ciężko strawnie. Można rzec progresywny metal pełną gębą.  Kawałek miewa też ciekawe momenty i nawet refren ma w sobie to coś. Pokręcony kawałek, który miewa wzloty i upadki. Błyszczy na pewno rozpędzony "Unroly king", który imponuje dynamiką i przebojowością. Tak to jest jeden z najlepszych utworów na płycie i gdyby taki był cały album to byłby zadowolony. Zaskoczył mnie na pewno "Medieval Warrior" z Pietem Sielckiem, bo to progresywny heavy metal i tu nie ma power metalu i z pewnością nie ma Iron Savior. Jakiś heavy metalowy pazur można wychwycić w "Haunted" czy "Mach Five".


Nie jest to z pewnością łatwy w odbiorze album, który zachwyca swoją dynamiką i przebojowością. Tutaj jest zupełnie inaczej. Tutaj liczą się pokręcone motywy, bardziej złożona struktura utworów i progresywność w pełnym znaczeniu tego słowa. Nie trafiła do mnie ta płyta, ale nigdy też nie pałałem wielką miłością do progresywnego metalu.

Ocena: 5/10
 

piątek, 18 lutego 2022

STAR ONE - Revel in time (2022)


 Byłem niemal pewny, że nowy Star One rzuci mnie na kolana i z miejsca stanie się mocnym kandydatem do płyty roku. Liczyłem na dzieło pokroju "Space Metal" czy  "Victims of the modern age", które po dzień dzisiejszy mają swoje miejsce w moim sercu. Geniusz Arjen Lucassen stworzył bardzo ciekawy projekt pod szyldem star One. Faktycznie to ciekawa mieszanka progresywnego heavy metalu, power metalu i rocka. W dodatku faktycznie nazwa "space metal" pasuje idealnie do prezentowanej muzyki. Podstawą jest tematyka s-f i to się sprawdza. Na "Revel in Time" przyszło czekać 12 lat i choć faktycznie słychać że to płyta Star One, to jednak nie jest to płyta idealna.

Okładka jest piękna i bardziej nasuwa skojarzenia z Ayreon niż z poprzednimi coverami Star One. Z pewnością oddaje klimat s-f, a także charakter płyty. Jest mrocznie, tajemniczo i nie wszystko da się odkryć przy pierwszej wizycie w świecie zaprezentowanym na "Revel in time". Zadbano jak zawsze o jakość, o ciekawe aranżacje i dużą dawkę progresywności. Arjen idzie sprawdzonymi ścieżkami. Tak więc nie brakuje kobiecych chórków, nie brakuje urozmaiceń, wyeksponowanych klawiszy i tego ponurego klimatu. Wszystko co cechuje star one jest, ale brakuje mi przejawu geniuszu, brakuje faktycznie jakiś petard czy killerów. Płyta trzyma wysoki poziom i nie ujmuje ani Arjenowi ani świetnym gościom. Jednak uleciała gdzieś moc i płyta bardziej nastawiona jest na progresywny aspekt i bardziej nowoczesny wydźwięk. Troszkę szkoda, bo zmarnowano potencjał jaki tu drzemał.

Nie tylko okładka przywołuje na myśl Ayreon, bowiem sam fakt że niemal każdy utwór ma innego gościa też przypomina formę Ayreon. Chyba jednak wolałem jak wcześniej dominował Russel Allen, Wilson, Dan Swano i Floor Jansen. Lista gości może i imponuje, ale nie zmienia to faktu że muzycznie brakuje do ideału.

Skupiamy się na podróżach w czasie i znów jest sporo nawiązań do kultowych filmów. Tym razem jest ukłon w stronę Terminatora, Interstellar, Donie Darko czy Powrót do przyszłości. Brawo za pomysł i to po raz kolejny. Taki otwierający "fate of man" to rasowy killer i przykład tego co najlepsze w muzyce Star One. Właśnie takich perełek oczekuje od tego zespołu. Majstersztyk w swojej formule, aranżacji i rozmachu. Trzeba przyznać że Brittney Slayes wnosi sporo świeżości i energii do tej płyty. Jest i Russel Allen w "28 days", który przypomina styl z poprzedniej płyty. Ponury kawałek o progresywnym zabarwieniu. Troszkę dodałbym energii do tego kawałka. Klawisze w "Prescient" są urocze i na początku budują znakomity klimat. Utwór łagodny i jak dla mnie za mało tu się dzieje jak na 6 minut. Jeff Scott Soto daje czadu w "Back from the past", który ma coś z Rainbow, ale i twórczości Axel Rudi Pell. Łezka się w oku zakręciła i to kolejny mocny punkt tej płyty. Dobrze wypada też "The year of 41" i udany występ Joe Lynn Turnera. Jest hard rockowy pazur i klimat lat 80. Damian Wilson czaruje w " Bridge of Life', a Dan Swano niszczy w agresywnym "Today is yeasterday" i te kawałki to takie rasowe kawałki Star One. Sprawdzone gwiazdy i sprawdzone patenty zaowocowały mocnymi utworami. Floor Jansen też wciąż zachwyca swoim głosem, a "A hand on the clock" to tylko potwierdza. Finał to 10 minutowy kolos "lost Children of the universe", który najlepiej podsumowuje całość i jeszcze raz potwierdza że arjen to prawdziwy geniusz i czarodziej.

Poprzednie płyty Star One miały więcej killerów, więcej power metalu i energii. Nowy album ma nas uraczyć klimatem, ozdobnikami i progresywnością. Skłamię jeśli napiszę, że to słaby album. Nie jest to też ideał na miarę dwóch poprzednich płyt. To po prostu kolejny bardzo dobry album autorstwa Arjena, który wciąż zachwyca swoim geniuszem. Płyta na pewno ciekawsza niż ostatni krążek Ayreon.

Ocena: 8/10

wtorek, 25 stycznia 2022

AMOTH - The hour of the wolf (2022)


 Po 6 latach od wydania "revenge" fiński band Amoth powraca z nowym dziełem. "The hour of the wolf" to płyta skierowana do wszystkich tych, którzy nie boją ciekawych rozwiązań aranżacyjnych, którzy lubią pewien powiew świeżości i element zaskoczenia. Ta fińska formacja, która działa od 2006r może się pochwalić tym, że lubią czerpać z twórczości Iron maiden czy Kinga Diamonda, ale przede wszystkim mają swój pomysł na progresywny heavy metal.

Okładka robi tutaj bez wątpienia furorę. Czuć klimat Kinga Diamonda i lat 80. Jest moc! Brzmienie też mocno jest wzorowane na latach 80.  Płyta jest bardziej dopieszczona i bardziej zróżnicowana niż poprzednie krążki. Wymaga większej uwagi słuchacza, ale z każdym odsłuchem odkrywa ten krążek znacznie więcej. Gwiazdą tutaj jest Pekka Montin z Ensiferum. Jego głos nadaje całości klimatu i pewnej nutki tajemniczości. Mnie od razu zaskoczył "Alice", który brzmi jak jakiś progresywny rock z lat 70 z nutką heavy metalu z lat 80. Brzmi to oryginalnie i dość świeżo. Kawałek intryguje i zachęca by zobaczyć co jeszcze kryje to wydawnictwo. Agresywnie, wręcz thrash metalowo mamy w rozpędzonym "Wounded Faith" i tutaj popisy gitarowe Mikeala i Tomiego są godne podziwu. Co ciekawie wypada na tej płycie to zwolnienia i agresywne przyspieszenia. Panowie pokazują naprawdę niezłą technikę. Kto szuka wciągającego nastroju i ciekawych melodii ten z pewnością znajdzie to w instrumentalnych kawałkach "Wind serenade". Band pokazuje też pazur w zadziornym "We own the night" czy melodyjnym "The hour of the wolf", który wieńczy ten krążek.

Amoth długo kazał czekać swoim fanom na nowy album. Z pewnością płytę docenią fani progresywnych dźwięków i klasycznego heavy metalu z lat 80. Wciąż staram się jeszcze odkrywać atuty tej płyty. Jest sporo ukrytych smaczków i motywów, więc wszystko przede mną. Fanem progresywnego grania nie jestem, więc nie wszystko może mi pasuje, ale jest potencjał, a kapela ma pomysł na siebie. Nie kopiują nikogo i idą swoją ścieżką. Doceniam to, ale i bez tego muzyka zawarta tutaj jest bardzo dobra i zasługuje na uwagę słuchaczy. Polecam!

Ocena: 8/10

niedziela, 1 sierpnia 2021

SPIRIT OF LAO DAN - Secret Life (2021)


 Raimund Burke do tej pory wydawał płyty stricte instrumentalne, gdzie rządziła przede wszystkim gitara i jego popisy shredowe, a brakowało oczywiście partii wokalnych. Projekt Spirit of lao dan, który powstał w 2019r ma to zmienić. Debiutancki album zatytułowany "Secret life" to oczywiście ukłon w stronę poprzednich płyt Raimunda, bowiem mamy elementy progresywnego metalu, heavy metalu i hard rocka.

Moją uwagę przykuła obecność znakomitych wokalistów jak Razmus Anderson, Henning Base, Oliver Hartmann czy David Readman. Wielkie głosy, które potrafią oczarować słuchacza, nawet wtedy kiedy muzyka nie powala. Tutaj nie jest źle z warstwą instrumentalną, bowiem Raimund potrafi stworzyć ciekawe partie gitarowe i często stawia na shredowe granie, które jest urocze. Troszkę za dużo jak dla mnie tych progresywnych patentów i za mało chwytliwych melodii. Przez co płyta nie jest taka łatwa w odbiorze. Od strony technicznej "Secret Life" wypada naprawdę dobrze i zaskakuje mocnym i soczystym brzmieniem. Co mnie kupiło, to nie samowity klimat Chin, który unosi się nad całością. Dobrze to słychać w nastrojowym "The One" czy otwierającym "Intro/Chinese". W grze Raimunda słychać inspiracje twórczością Malmsteena, Rotha, czy Schenkera. Grać potrafi i ma w sobie to coś co przyciąga.  Płyta jest progresywna i tego nie da się ukryć,a taki tytułowy "Secret Life" to tylko potwierdza. Ten utwór przesycony jest również ciekawymi partiami solowymi.  Mnie osobiście podoba się "If all on earth", gdzie słychać w pływy Deep Purple. Tylko jakoś głos Rolanda Grapowa średnia mi tu pasuje.

Znakomite nazwiska, ciekawa stylistyka i czarujący gitarzysta to jak się okazuje, momentami za mało by zwojować świat. "Secret Life" to dojrzała płyta, tylko szkoda że nie zapada na długo w pamięci. Brakuje jak dla mnie rasowych hitów i jakiś zapadających w głowie melodie. Niby wszystko jest dobrze, ale płycie brakuje ostatecznego szlifu.

Ocena: 6.5/10

piątek, 2 kwietnia 2021

PRIMITAI - Violence of the Skies (2021)


 Brytyjski band o nazwie Primitai potrafi zaskoczyć swoich fanów i nie trzyma się kurczowo jednego gatunku. W ich muzyce znajdziemy power metal, progresywny metal, nieco hard rocka, czasami pojawiają się elementy thrash metalowe, a wszystko podane w nowoczesnym opakowaniu. Tak więc najnowsze dzieło "violence of the skies" jest skierowane do tych wszystkich, którzy mają otwarty umysł i cenią sobie wszelkiego rodzaju melodyjny metal.

Styl tej grupy opiera się na złożonych i dopracowanych partiach gitarowych duetu Bilic/ Giron. Panowie nie idą na łatwiznę i stawiają na pomysłowe rozwiązania i dużą dawkę melodyjności. Jednak nie jest to też materiał, który jest łatwy w odbiorze. Kluczową rolę odgrywa też wokalista Guy Miller.  Jego głos idealnie pasuje do takiego grania i wnosi je na zupełnie inny poziom.

Zawartość jest urozmaicona i kryje wiele miłych niespodzianek, tylko można by nieco skrócić sam materiał o parę minut. Podoba mi się otwarcie płyty dynamicznym i przebojowym "Stars are my guide", który przemyca sporo elementów power metalu. Klasycznie brzmi prosty i energiczny "The uprising" to kolejny przebój na płycie. Tym razem jest to udany miks heavy/power metalu i hard rocka. Band potrafi oczarować niesamowitym klimatem, co potwierdza progresywny "Valley of Darkness". Paul Quinn z Saxon pojawia się gościnnie w "Put to the sword" i można tutaj poczuć wpływy starego dobrego Saxon. W sumie każdy utwór potrafi zaciekawić słuchacza i nie ma tutaj miejsca na nudę.

Primitai znów nagrał bardzo dojrzały album, który pokazuje że można w dzisiejszych czasach nagrać przemyślany i pomysłowy album, który zaskakuje formułą i aranżacjami. Kto lubi mieszankę power metalu, progresywnego metalu i hard rocka ten powinien zapoznać się z "Violence of the skies".

Ocena: 8/10

poniedziałek, 11 stycznia 2021

BOGUSŁAW BALCERAK'S CRYLORD - Gates of valhalla (2014)

Bogusław Balcerak to uzdolniony gitarzysta, który grywał w Hetman, ale teraz rządzi w własnym projekcie muzycznym o nazwie Crylord. Ta formacja funkcjonuje od 2009r i to kolejny dobry przykład że Polska kryje wiele ciekawych kapel. Crylord to taka mieszanka Rign of Fire czy Virtuocity, tak więc kapela serwuje nam mieszankę progresywnego rocka, power metalu, neoklasycznego metalu. Mieszanka wybuchowa i z pewnością wart uwagi.

Na płycie znajdziemy pomysłowe i wciągające partie gitarowe w wykonaniu Bogusława i znakomicie współgrają  z klimatycznymi partiami klawiszowymi Łukasza Dybalskiego.Panowie dobrze się dogadują i płyta kryje sporo wyjątkowych melodii. "Gates of Valhalla" to drugi album Crylord i udana kontynuacja debiutu "Blood of the prophets". Warto wspomnieć mamy wysokiej klasy wokalistów, którzy pojawiają się gościnnie na płycie. Jest Rick Altzi, czy Mark Boals i to tylko upiększa ten album.

Jest kilka perełek i jedną z nich jest rozpędzony, power metalowy "Judgment Day" i znakomicie wpleciono motywy neoklasycznego power metalu. Jest coś z Iron Mask, Virtuocity, czy Rign of Fire. Normalnie szok, że tego typu utwór nagrał polski band.  Mamy też marszowy i progresywny "Deadnight Serenade", który pokazuje nieco inne oblicze zespołu. Elementy rocka i Royal Hunt można usłyszeć w prostym i przebojowym "We came to Rock", w którym pojawia się Mark Boals. Kapela potrafi stworzyć emocjonalny i rozbudowany utwór i tego przykładem jest "War memorial", który jest jednym z najlepszych utworów na płycie. Można też odpłynąć w neoklasycznym "Pompeii", który jest pełen w pływów Yngwiego Malmsteena, Rainbow, czy Iron Mask. Mocna rzecz!

Neoklasyczny power metal z elementami rocka i progresywnego metalu to nie jest rodzaj muzyki, który jest często grany na polskiej scenie metalowej. Bogusław Balcerak błyszczy tutaj i stworzył projekt muzyczny, który zmienia ten pogląd. Klasa światowa i warto znać Crylord!

Ocena: 8/10
 

środa, 6 stycznia 2021

IMMORTAL GUARDIAN - Psychosomatic (2021)


 Kto szuka świeżości, oryginalności i wyszukanych motywów czy melodii, ten powinien sięgnąć po najnowsze dzieło amerykańskiej formacji Immortal Guardian. "Psychosomatic" to dopiero drugie wydawnictwo tej kapeli, a już można mówić że to jedna z ciekawszych kapel młodego pokolenia. To z specjaliści od łączenia patentów neoklasycznego power metalu, progresywnego metalu, ale są też elementy rocka, czy melodyjnego metalu. Wszystko jest wymieszane z pomysłem i z niezwykłą finezją. To prawdziwi czarodzieje i nic dziwnego, że swój styl określają mianem "super metalu". Coś w tym jest.

O potędze tej kapeli stanowi bez wątpienia gitarzysta Gabriel Guardiola, który również odpowiada za partie klawiszowe. Kryje on w sobie ciekawy pomysł i to przedkłada się na świeżość tej płyty. Jest tu sporo intrygujących melodii i ostrych riffów. Stylistycznie momentami może przypominać Symphony X, czy Evegrey, ale to nie jedyne skojarzenia, ale band nikogo nie kopiuje i ma swój własny styl. Mocnym atutem tej formacji jest równie utalentowany wokalista Carlos Zema. Wokalista potrafi czarować swoim głosem i nadaje kompozycjom sporo emocji i klimatu. To dzięki niemu band brzmi tak oryginalnie i ma charakter.Nowy album został zarejestrowany z nową sekcją rytmiczną i trzeba przyznać, że spisuje się bardzo dobrze.

Okładka jest może nie do końca w moich klimatach, ale jest za to mocne, soczyste brzmienie, które podkreśla nowoczesny wydźwięk całości. Sam materiał jest bardzo urozmaicony i przemyślany.  Otwierający "Psychosomatic" opiera się na orientalnym motywie i brzmi to klimatycznie. Nie brakuje również tutaj elementów neoklasycznych. Całość wypada naprawdę ciekawie. Progresywny "read between the lines" zaskakuje pomysłowymi melodiami i zadziornością. Carlos tutaj popisuje się swoim niezwykłym głosem. Dalej mamy melodyjny "Lockdown" i tutaj mamy więcej rasowego power metalu i brzmi to po prostu obłędnie. Podobne emocje wywołuje przebojowy "Phobia", który zabiera nas w rejony europejskiego power metalu. Dużo energii i agresywności dostajemy w rozpędzonym "Goodbey To farewells". Więcej rasowego progresywnego metalu dostajemy w stonowanym i nieco mroczniejszym "Find A Reason". Całość wieńczy pomysłowy i dynamiczny "New Day rising".

Immortal Guardian wykorzystuje patenty różnych gatunków, ale nie ma w tym chaosu i jest w tym miejsce na melodyjność i świeżość. "Psychosomatic" to płyta niezwykła, pełna intrygujących melodii i wyszukanych motywów. Band pokazuje, że można w dzisiejszych czasach brzmieć świeżo. Płyta godna uwagi, a band po prostu zachwyca swoją muzyką.

Ocena: 9/10