sobota, 22 czerwca 2024

RELEASE THE TITANS - Odyssey (2024)


 Pamiętacie norweski Guardians of Time?  Ich płyty były na bardzo wysokim poziomie i potrafi nagrać power metal, który porywał i zachwycał. Tamtej kapeli nie ma już. Szkoda, ale jak to jest w przypadku takich rozpadów, zawsze liderzy mają pomysł na nowy zespół. Tym razem stało się podobnie. Lider grupy, gitarzysta formacji Guardians of Time tj Paul Olsen w roku 2022 wydał swój nowy single pod szyldem Release the Titans. Początkowo miał to być jednoosobowy projekt Paula. Na szczęście przerodziło się to w zespół z prawdziwego zdarzenia. Dołączył jeszcze perkusista Geir Vagane, który również grywał w Guardian of Time. Sebastian Madsen pełni funkcję drugiego gitarzysty, a Iben Solberg. Efektem współpracy tych panów jest debiutancki album "Oddysey" i jest to z pewnością pozycja, której fan power metalu nie powinien pominąć.

Brawa za klimatyczną okładkę, która nie krzyczy od razu, że mamy do czynienia z power metalem. Samo brzmienie też wysokiej klasy i dodaje całości mocy.  Stylistycznie band gra power metal przesiąknięty progresywnością i nowoczesnością. Brzmi to ciekawie i pokazuje, że drzemie potencjał w tej grupie. Paul pokazuje, że wciąż ma pomysły na świetną muzykę. "Odyssey" nie brzmi jak debiut i słychać, że panowie znają się na rzeczy. Oczywiście całą uwagę skupia Paul, który pełni funkcję wokalisty i gitarzysty. Wokal robi wrażenie i nadaję charakteru całości. Barwa i technika są godne pochwały. Popisy gitarowe na linii Madsen - Olsen są urozmaicone i pomysłowe. Nie sposób się nudzić.

Zawartość to 10 kawałków dających 42 minuty. Płyta zaczyna się tajemniczo i początkowe sekundy "Dawning of Man" nie wiele zdradzają. Kiedy wkraczają gitary, to można poczuć moc i pomysł na ciekawą melodie. Jest marszowo, zadziornie i podniośle. Brzmi to świeżo, zadziornie i jest w tym coś intrygującego. Troszkę więcej dynamiki jest w "World Ablaze", aczkolwiek tutaj band pokazuje swoje zamiłowanie do progresywnego metalu. Główny motyw "Exodus" brzmi jakoś tak znajomo, ale czy w czymś to przeszkadza? Nie i można czerpać radość z tego kawałka, który jest rasowym hitem. Dalej mamy agresywny i energiczny "sole survivor", gdzie power metal dominuje. Band błyszczy w takich kompozycjach. W podobnej tonacji jest też zadziorny "Horizons Beyond" czy "Cygnus X1".

Znajdzie się kilka słabszych momentów, może gdzieś tam dodałby ze dwa killery, ale przemawia za tym jakość. Słychać pomysłowość, dbałość o detale i smykałkę do granie ciekawego power metalu, przesiąkniętego progresywnością. Guardian of Time to był wyjątkowy band, grającej w pierwszej lidze i słychać, że Release the titans ma potencjał stać się równie rozpoznawalną marką.

Ocena: 8/10

piątek, 21 czerwca 2024

PORTRAIT - The Host (2024)


 
Kiedyś wiele zespołów nagrywało materiał trwający 40-50 min, często zawarte w 8-10 kompozycjach i wszyscy byli szczęśliwy. Teraz w modzie jest nagrywanie długich płyt, gdzie jest nawet po 14 czy 16 utworów. Tak jakby ilość była najważniejsza, a nie jakość. Szwedzki Portait też właśnie wydał swój najdłuższy album w historii zatytułowany "The Host", na którego fanom przyszło czekać 3 lata. Portrait przyzwyczaił nas do wysokiego poziomu i klimatów kinga Diamonda. Poniekąd te wymagania spełnili, ale do ideału troszkę zabrakło.

To pierwszy album z nowym gitarzystą tj Karlem Gustafssonem, który razem bardzo dobrze uzupełnia się z Krystianem Lindell. Jest dużo mrocznych dźwięków, sporo riffów, zagrywek, które nasuwają na myśl faktycznie twórczość Kinga Diamonda. Ciekawe jest też to, że mamy całkiem sporo szybkich, rozpędzonych riffów, czy też takich stricte w klimatach NWOTHM. To sprawia wrażenie, że band brzmi troszkę wiele innych tego typu kapel. Ozdobą Portrait zawsze był niesamowity wokal Pera Lengstedta, który wciąż potrafi śpiewać górki niczym sam King i do tego śpiewać drapieżnie i klimatycznie. Jeden z moich ulubionych wokalistów w akcji, to może też dlatego jestem mało obiektywny.  Daje czadu i to od pierwszych dźwięków. Wymiata zwłaszcza w tych szybkich petardach jak "Dweller of the Threshold". Szybkie tempo, mocny riff i dobra praca gitar, a do tego niesamowity głos Pera. Wszystko brzmi tak jak trzeba. Okładka jak zwykle mroczna i pełna różnych smaczków. Ten aspekt zawsze imponował w tym zespole. Brzmienie też jest z górnej półki. Jak gdzieś szukać minusów to w samych kompozycjach i długości trwania albumu.

Materiał jest za długi i można by to obdzielić na dwa albumy. Kocham klimat grozy, takiej starej szkoły horrorów i to właśnie czuje podczas intra "Hoc Est Corpus Meum". Robi się tajemniczo i czeka się z niecierpliwością na pierwsze uderzenie. Wejście godne mistrzów, bowiem "the  Blood Covenant" to jazda bez trzymanki. Troszkę mniej grania pod kinga diamonda, a bardziej ucieczka w heavy/ speed metal mocno zakorzeniony w latach 80. Gitarzyści czarują swoją grą, a Per powala swoim głosem. Killer i jeden z najlepszych kawałków roku 2024. Więcej mroku i wpływów Kinga Diamonda mamy w "The Sacrament" i to dalej granie na wysokim poziomie, choć tutaj band nieco zwolnił. Troszkę balladowy jest "One last kiss" i ten spokojny charakter jest tutaj akurat sporym atutem. Prawdziwa cisza przed burzą. "Treachery" to utwór nastawiony na melodyjność i przebojowość. Agresywność i szybkość z początku płyty powraca w rozpędzonym "Sound the Horn". Prawdziwa jazda bez trzymanki. W takiej stylistyce na tej płycie band wypada najkorzystniej. Ileż pasji, pomysłowości, świeżości band przemyca w przebojowym "Die in my Heart". Prawdziwa perełka i jedna z najważniejszych kompozycji na krążku. Refren "Voice of the outsider" buja i na długo zostaje w głowie. Portrait znów czaruje nas swoimi genialnymi pomysłami. Końcówka płyty to rozpędzony "Sword of the reason" i znów agresywnie band gra i momentami brzmi to jak black/speed metal. Finał to 11 minutowy kolos zatytułowany "The Passions of Sophia". Kawałek rozbudowany i przemyca sporo ciekawych motywów, ale wg mnie troszkę wydłużony na siłę.

Portrait znów to zrobił i nagrał album na miarę swojego talentu. Dobrze jest widzieć, że takie zespoły jak Attic czy właśnie Portrait godnie kontynuują dziedzictwo Kinga Diamonda. Jest mrocznie, agresywnie, przebojowo i na miarę talentu Portrait. Troszkę zabrakło do ideału, ale i tak płyta robi furorę i utrzymuje wysoką jakość płyt Portrait. Jedna z tych płyt, którą trzeba znać i mieć na swojej półce ze skarbami.

Ocena: 9/10

czwartek, 20 czerwca 2024

XENERIS - Eternal Rising (2024)


 Lubię sięgnąć po wydawnictwa wydane przez wytwórnie Frontiers Records. Zazwyczaj trafiam na pomysłowe wydawnictwa, w których nacisk kładziony jest na chwytliwe melodie, na przebojowość i próby docierania do szerszego grona. Tym razem padło na debiut włoskiego Xeneris, który właśnie wydał swój debiutancki album zatytułowany "Eternal Rising". Kolorystyczna okładka przykuwa uwagę i zachęca do zapoznania się z owym wydawnictwem. To co czeka słuchacza tutaj to łatwy w odbiorze symfoniczny heavy/power metal. Każdy kto ceni przede wszystkim melodyjność, przebojowość ponad oryginalność ten trafił w odpowiednie miejsce. Ten album jest przede wszystkim rozrywką i umila nam czas.

Xeneris zrodził się w 2022r na gruzach Kalidia i słychać że obrali za cel granie symfonicznego, podniosłego i bardzo przebojowego power metalu, który opiera się na patentach z lat 90. Gdzieś tam słychać echa Nightwish, Frozen Crown, Amberian Dawn czy After Forever. Płyta skierowana do fanów właśnie takich dźwięków, gdzie jest kładziony nacisk na podniosłe motywy, na epickość i przebojowość. Eksponowany jest tutaj przede wszystkim wokal wokalistki Maryan, która ma ciekawą barwę i technikę. To za jej sprawą płyta jest taka łatwa w odbiorze i przebojowa.  Na posterunku jest też gitarzysta Frederico Paolino, który zadbał o miłe dla ucha melodie. Postawił też na urozmaicenie i przebojowość, co sprawia że płyta szybko wpada w ucho, choć nie ma tutaj niczego nadzwyczajnego czy też oryginalnego. Wszystko jest na swoim miejscu i jest to debiut, który dostarcza sporo frajdy.

Płyta już na samym wstępie pozytywnie zaskakuje. Jest przecież podniosły i naszpikowany symfonicznymi ozdobnikami "barbossa",  dalej wkracza power metalowy killer w postaci "Before the river of Fire". To właśnie ten drugi robi tutaj imponujące wrażenie, bowiem kipi z niego energia, drapieżność i  zarazem przebojowość. Brzmi to świetnie i więcej tego typu hitów poproszę. Tytułowy "Eternal Rising" to tez ukłon w stronę klasycznych płyt z kręgu symfonicznego power metalu. Tak słucham tego wszystkiego i aż smutek ogarnia że taki Nightwish nie ma podjazdu do tego co gra teraz np taki Xeneris. Przebojowy "Pandoras Box" czy marszowy "To the Endless Sea". Orientalne melodie, nieco echa bliskiego wschodu, coś z Myrath można wyłapać w pomysłowym "Shahrazard".  Jeszcze na wyróżnienie zasługuje bardziej zadziorny i przebojowy "The Glorious Fight", który również zapewnia nam podróż do lat 90, do klasycznego symfonicznego power metalu. To właśnie w takich utworach Xeneris brzmi najlepiej. Oby więcej tego typu utworów w przyszłości.

"Eternal Rising" to debiut godny uwagi i pokazuje, że Xeneris to zespół z potencjałem na coś więcej. Potrafi tworzyć ciekawe melodie, wciągające motywy gitarowe i nie mają problemów z kreowaniem hitów. Wokalistka Maryan potrafi oczarować głosem i wnieść sporo świeżości i symfonicznego charakteru. Wszystko się dobrze spina i troszkę zabrakło pomysłów na cały album, żeby było bez błędnie. Zdarzają się słabsze momenty, ale to nie psuje ostatecznego odbioru płyty. Warto posłuchać!

Ocena: 7/10

środa, 19 czerwca 2024

HELLBUTCHER - Hellbutcher (2024)

Frontowa okładka to zawsze jedna z pierwszych rzeczy na którą zwracam przy wyborze płyty. Zwłaszcza kiedy jest to coś mi nie znajomego. Takie kryterium obrałem przy wyborze debiutanckiego krążka szwedzkiej formacji Hellbutcher. Band powstał w 2022r i teraz 31 maja wydali swój pierwszy pełnometrażowy album o banalnym tytule "Hellbutcher". Płyta robi wrażenie i podbije serca wielu słuchaczy. Wystarczy mieć otwarty umysł i być gotowym na prawdziwe uderzenie mocy.

Band przede wszystkim gra black metal, ale nie brakuje tutaj elementów z pogranicza speed/heavy metalu, czy thrash metalu. Wszystko skupia się w okół mrocznego klimatu, szybkiego tempa, melodyjnych zagrywek gitarowych i pomysłowych motywów. Każdy dźwięk jest przemyślane i idealnie dopasowany. Cały album jest spójny od samego początku i nie ma tu chybionych dźwięków. Co ciekawe to nie jest stricte black metalowy album. Pełno tu thrash metalowej motoryki, a przebojowe i chwytliwe melodie, niezwykle pomysłowe solówki, to z kolei skłania nas ku speed czy heavy metalu. Pojawiają się momenty gdzie nawet można się doszukać NWOBHM. Ta wielowymiarowość "Hellbutcher" jest sporym atutem i może pozyskać sporo fanów. Nie ma grania na jedno kopyto i każdy kawałek coś niesie ze sobą.

Warto też zwrócić uwagę na skład, który tworzy szwedzki hellbutcher.  Za bas i wokal odpowiada Per Gustavsson.  Co niektórzy mogą kojarzyć go z Nifelheim, gdzie prezentował podobny styl muzyczny. Jego wokal jest mroczny i agresywny, co przybliża nas do black metalu, czy thrash metalu. Sporo dobrej roboty odwalili gitarzyści. Duet Andersson/ Folkare imponuje techniką, pomysłowością i zgraniem. Panowie dają czadu od pierwszych dźwięków i nie ma tutaj mowy o prostackim graniu przez bandę debiutantów. Tutaj grają fachowcy i grają muzykę na wysokim poziomie.

Piękna okładka, soczyste brzmienie i 33 minut prawdziwej jazdy bez trzymanki. Czego można chcieć więcej? Co za piękne wejście gitar mamy w otwierającym "The Sword of Warth". Brzmi bardzo heavy metalowo, bardzo old schoolowo i melodyjnie. Szok, jak genialnie otwiera się ten kawałek. Wkraczają gitar, mocny riff i rozpędzona sekcja rytmiczna i pierwszy killer zaliczony. Mamy tutaj wszystko co kocham w takiej mieszance gatunków. Jeszcze szybciej, jeszcze bardziej agresywnie jest w "Perdition", ale band nie zapomina o melodyjnych zagrywkach, o pomysłowości.  Lata 80 dają o sobie znać w thrash metalowym "Violent Destruction". Niby klasycznie, a zarazem współcześnie i z dbałością o każdy detal.  Niezwykle melodyjny i przebojowy na swój sposób jest "Hordes of the Horned God". Niby nic odkrywczego, a rozrywa na strzępy. Brawa za mroczny klimat w "Possessed by the devils flames", który przemyca patenty wyjęte z nwobhm. Znowu jazda bez trzymanki i to na wysokim poziomie. Końcówka płyty to zadziorny i złowieszczy "Satans Power". Brzmi to nawet surowo, ale brutalność wylewa się hektolitrami. Mocna rzecz. Na sam koniec również killer w szybkim tempie, czyli "Inferno Rage", który wpisuje się w styl poprzednich kompozycji.

Nie ma ballad, nie ma epickich wycieczek w długodystansowce i rozbudowane kompozycje, nie ma udziwnień  czy progresywnych elementów. Panowie stawiają na proste, sprawdzone patenty, a przede wszystkim na szybkość, agresję, melodyjność. Debiut kopie tyłek aż miło i takie płyty też są potrzebne. Ktoś powie że na jedno kopyto, że jedno wymiarowo, ale taka jazda bez trzymanki na wysokich obrotach też ma swój urok. W swej kategorii jedna z najlepszych płyt roku 2024.

Ocena: 9.5/10
 

wtorek, 18 czerwca 2024

THUNDERLORD - Destroyer (2024)


 Mam dziwne przeczucie, że to wydawnictwo podzieli fanów heavy metalu. Dlaczego? Z jednej strony mamy tradycyjny heavy metal o wyraźnych wpływach Manowar, Grave Digger, Manilla Road, czy Judas Priest, a z drugiej strony nie okiełznany i surowy wokal Petera Keltera. Wokalista jest specyficzny i bardziej drze mordę niż śpiewa. Nie każdemu przypadnie do gustu jego nieco death metalowy charakter i brak techniki. Fani prostych dźwięków również nie przekonają się do muzyki brazylijskiej formacji Thunderlord. Natomiast, jeśli ktoś szuka dobrej rozrywki i nie ma większych wymagań, ten śmiało może sięgnąć po nowe dzieło thunderlord o nazwie "Destroyer".

Okładka kiczowata, wokal też potrafi poróżnić słuchaczy i w sumie najmocniejszym punktem są partie gitarowe duetu Kelter/Bonora. Stawiają na proste motywy, zagrywki i przede wszystkim melodyjność. Ich muzyka ma szybko wpadać w ucho i dostarczyć radości. Brzmienie też jest dalekie od ideału, ale trąci trochę klimatem lat 80. Sam styl grupy nie jest jakiś wyróżniający się na tle innych grających podobnie, ale specyficzny wokal i dbałość o melodie sprawia że grają solidny i godny uwagi heavy metal.

Tytułowy "Destroyer" brzmi znajomo i słychać tutaj echa wielkich zespołów i lat 80. Wszystko brzmi tak jak trzeba i choć nie ma w tym za grosz oryginalności, to jednak radość jest. Szybkie tempo, duża dawka melodyjności i ten specyficzny wokal. Brzmi to ciekawie. Echa true metalu pojawiają się w przebojowym i podniosłym "Cimmerian Sword". Nastrojowy, troszkę w klimatach blind guardian "motherland" to urokliwa ballada, którą można zagrać przy ognisku. Klasyczny riff, echa Judas Priest "Hot Rockin", czy Grave Digger można usłyszeć w przebojowym "Heavy metal Fire" i jest to jeden z najlepszych kawałków na płycie. Pewne zagrywki w stylu running wild można uświadczyć w "Warrior". Dobrze wypada też energiczny "Iron mike".


Solidne rzemiosło, które potrafi umilić czas i dostarczyć kilka ciekawych melodii i dobrze skrojone riffy. Sam wokal, wykonanie, czy też brak elementu zaskoczenia sprawiają, że płyta traci na jakości względem lepszych płyt, które ukazały się w tym roku. W zespole jest potencjał i pewnie jeszcze kiedyś o nich usłyszymy.

Ocena: 6/10


ALASTOR - Nigdy nie było mnie tu (2024)


 
Wstyd się przyznać, ale wielkim znawcą muzyki Alastor nie jestem. To jeden z najważniejszych zespołów polskiej sceny metalowej, której początki sięgają lat 80. W tamtym czasie nagrali 3 albumy, potem mieli kilka różnych przejść, aż ostateczni powrócili w roku 2005 i działają do tej pory.  Nigdy się jakoś specjalnie nie zagłębiałem w ich twórczość i gdzieś tam pojedyncze kawałki wpadły w ucho. Teraz postanowiłem sprawdzić jak podziała na mnie nowy album zatytułowany "Nigdy nie było mnie tu". Płyta ukazała się 17 czerwca roku 2024 i teraz już wiem, że sporo mnie ominęło jeśli chodzi o poprzednie wydawnictwa. Band gra na wysokim poziomie mieszankę thrash metalu i groove metalu, z nutką takiego punkowego klimatu. Nowy album kipi energią i przebojowością. Idealnie trafili w mój gust.

Mroczny klimat daje o sobie znaki już przy pierwszym kontakcie z okładką. Brzmienie też przybrudzone i nieco przeszywające. Do tego same dźwięki i partie gitarowe Mariusza Matuszewskiego kreują taki klimat. W tej sferze Mariusz potrafi zaimponować techniką, pomysłowością i chwytliwymi solówkami. Jest w tym wszystkim pasja, miłość do metalu i dzięki temu powstają takie piękne motywy.  Gdzieś tam echa Pantera, Machine Head, echa Exodus, Anthrax czy wiele innych znanych kapel, ale Alastor robi swoje i nie próbuję być na siłę jakąś kopią. Chwała im za to. Alastor nie byłby sobą bez charyzmatycznego wokalu Roberta Stankiewicza, który nadaje całości drapieżności i brutalności. Mimo upływu czasu wciąż sporo energii i agresji w jego głosie. Znakomicie to wszystko ze sobą współgra.

Każdy utwór niesie ze sobą coś wyjątkowego. Od razu powalił mnie na kolana rozbudowany, klimatyczny i bardzo melodyjny "nie umiem kochać". Taki thrash metal to ja biorę w ciemno. Ten wachlarz dźwięków i partii gitarowych jest tu bogaty. Troszkę bardziej progresywny jest kawałek o tytule "Flaga". Znów niezła dawka klimatu, intrygujących solówek. Oj dzieje się, a band nie tkwi w jednym miejscu, przy jednym riffie. Kolejny killer na płycie to "Gniew na świat" i ta pomysłowość na refreny, na główne motywy są imponujące. Podobne dźwięki do otwieracza przemyca "Nikt" i w dalszym ciągu band utrzymuje przebojowy charakter. W dodatku band nie boi się brzmieć nowocześnie, bardziej współcześnie. Dalej mamy jeszcze nastrojowy "Mój świat", mroczny i bardziej stonowany "Jeżeli", czy też agresywny i pomysłowy "Nie wiedząc nic". Pięknie całość zamyka 8 minutowy "Jedna Droga", który jest prawdziwym rollercoasterem. Raz szybko, raz powoli i nastrojowo. Oj dużo dobrego się tu dzieje.

73 minuty to kawał czasu i może wdzierać się nuda, zwłaszcza kiedy gra się thrash metal. Tutaj tego zjawiska nie ma i band od początku do końca stara się intrygować i szokować słuchacza. Jestem w szoku, bo to kolejna świetna płyta wydana przez polski band w roku 2024. To pokazuje jak dobrze się ma nasza rodzima scena. Piękny widok! Nowy album Alastor zachwyca, a ja muszę teraz jeszcze raz zrobić sobie wycieczkę do wcześniejszych wydawnictw, by nadrobić straty.

Ocena: 9/10

poniedziałek, 17 czerwca 2024

BLACK COUNTRY COMMUNION - V (2024)


 
Tajemnicza okładka w klimatach s-f, niczym ostatnie szaty graficzne eletric light orchestra, ale to tym razem szata graficzna najnowszego dzieła super grupy Black Country Communion. Gdyby nie napis grupy, to w życiu bym nie powiedział, że sięga po nowy album tej grupy. Brakuje tego charakterystycznego loga i komiksowego charakteru okładki. Jednak mimo, że okładka inna od poprzednich, to muzyczne dalej jest to stary dobry Black Country Communion,  w którym roi się od wpływów Deep Purple, czy Led Zeppelin. Wnieśli troszkę świeżości i dobrze widzieć, że panowie wrócili i dalej tworzą. "V" to 5 album grupy i to wciąż wysokiej klasy hard rock. Fani lat 80 czy 70 będą zachwyceni.

Wielkie nazwiska gwarantują w tym przypadku wielką muzykę. Jest niezmordowany Gleen Hughes, który nic nie stracił na mocy, pomysłowości i drapieżności. Niesamowity muzyk, który w nawet nijakie kompozycje potrafi tchnąć nowe życie i stworzyć coś genialnego. Jego głos naprawdę potrafi oczarować. Geniusz w czystej postaci. Tak samo Joe Bonamassa, którego też nie trzeba przedstawiać.  Prawdziwy mistrz kreowania klimatycznych riffów, melodii. Gitarowy geniusz w czystej postaci. Popis umiejętności daje też klawiszowiec Sherinian, no i perkusista Bonham. Każdy z tych muzyków to mistrz w swoim fachu i razem znów tworzą znakomitą mieszankę progresywnego rocka, hard rocka i blues rocka. Dźwięki same płynę i płyta potrafi oczarować swoim klimatem i pomysłowością. Dobrze się tego słucha już od pierwszych sekund.

Materiał bardzo wyrównany i jest sporo perełek. Moje serce skradł przede wszystkim nastrojowy "Love and Faith". Jest progresywnie, podniośle i pomysłowo. Podoba mi się główny motyw gitarowy, który brzmi jakby powstał do wyższych celów, może do jakiejś opery czy coś. Brzmi to obłędnie i takich kompozycji nam trzeba. Duch Deep Purple, Blackmore;a i Led Zepellin unosi się nad całością. Dobrze widzieć, że taka muzyka wciąż powstaje i ma swoich odbiorców. Funkowy, nieco taki komercyjny "Stay Free" pokazuje powiew świeżość. Jest luźno, ale i z pazurem. Oj wpada w ucho ten utwór. Dużo Deep purple i starego dobrego hard rocka można uchwycić w przebojowym "Enlighten", który od razu robi smaka na całość. Ciężko i bardziej mroczniej jest w "Red Sun". Każdy zagrany dźwięk jest przemyślany i dobrze dopasowany. Hard rock w najlepszej postaci. Znalazło się miejsce na balladę i "Restless" ma to coś co porusza i zapada w pamięci. Troszkę pazura band pokazuje w "Letting go" czy "too far gone". Nie do końca przemawia do mnie zamykający "The open road".

7 lat czekania na nowy materiał, ale warto było czekać, bowiem band nagrał album bardzo dobry. Nie jest może perfekcyjnie, ale jest kilka perełek, a i materiał jest zróżnicowany i przebojowy. Dobrze się tego słucha od pierwszych sekund aż do końca. Jest klasycznie, jest hard rockowo, jest dużo nawiązań do klasyki. Najlepszy album Black Country Communion? Na pewno nie, ale warto posłuchać.

Ocena: 8.5/10

niedziela, 16 czerwca 2024

LUCIFERS HAMMER - Be And Exist (2024)


 Jeśli chodzi o pochodzący z Chile band o nazwie Lucifers Hammer to uwielbiam album "Time is Death". Znakomita dawka energii, klasycznych patentów i przebojowy materiał, który na długo zapadł w pamięci. Ten album miał premierę w 2018r. Teraz mamy rok 2024,  a band wydaje swój 4 pełnometrażowy album zatytułowany "Be and Exist". To popis umiejętności gitarzystów. Hades i Hypnos zmajstrowali znakomitą wizytówkę tego co potrafią. Jest czym się zachwycać, a sam album to kolejna ważna pozycja, jeśli mówimy o roku 2024.

Co ciekawe panowie Hades i hypnos stworzyli 3 kawałki instrumentalne. "Cosmovision" to takie typowe intro, które buduje napięcie i klimat."The Part of being" to nastrojowy instrumentalny utwór, gdzie mamy akustyczne gitary.  Perełką jest ten 3 instrumentalny utwór, który o dziwo jest tym najdłuższym. "The Fear of Anubis" to najlepszy kawałek na płycie. Jest epicki, pomysłowy i bardzo gitarowy, no i ma spore wpływy Running Wild. Cudo! Band nie kryje zamiłowań do twórczości Iron maiden i dobrze to obrazuje przebojowy "Real Nightmares". Tworzenie melodii, dynamika i przebojowość godna żelaznej dziewicy. Nastrojowy i pełen smaczków "Glorious Night", to bardzo udany hołd dla heavy metalu lat 80. Imponuje też marszowy, troszkę ocierający się o hard rock "Antagony", przebojowy "Medusa Spell", czy rozbudowany "Be and Exist".  Partie gitarowe to jedno, ale warto pochwalić Hadesa również za bardzo udane partie wokalne. Nadają całości klimatu lat 80 i takie charakteru klasycznego heavy metalu.

Lucifers Hammer po raz kolejny wydał udany album i to jedna z najważniejszych kapel heavy metalowych w Chile. Mają charakter, talent i smykałkę do tworzenia rasowych hitów. Potencjał jest i nie boją się go wykorzystać. Płyta na pewno warta uwagi!

Ocena: 8.5/10

CRYPT SERMON - Stygian sermon (2024)


 Nie jeden fan doom metalu wypatrywał najnowszego krążka amerykańskiej formacji Crypt Sermon o tytule "Stygian Rose". Każdy kto kocha choć troszkę mrocznego klimatu, kocha rozbudowane aranżacje, stonowane tempo i spore pokłady wpływów Candlemass, sorcerer czy też Eclessia ten znajdzie coś dla siebie.  Crypt Sermon działa na rynku od 2013r i dorobił się w sumie 3 pełnometrażowych albumów, a ich nazwa jest już dobrze rozpoznawalna. Względem poprzedniego albumu "the ruins of fading Light" mamy kilka zmian personalnych. Nowy skład, nowy album, ale styl i jakość dalej ta sama.

Co do zmian personalnych, to Matt Knox powrócił po latach do funkcji basisty, Frank Chin porzucił funkcję basisty dla bycia gitarzystą, a Tenner Anderson objął robotę klawiszowca. Panowie wpasowali się do stylu grupy i słychać to zgranie od pierwszych sekund. Panowie stawiają na klimat, na wyszukane dźwięki i pomysłowe rozwiązania. Całość robi wrażenie i to niemal na każdym kroku. Bardzo dobrze układa się współpraca gitarzystów i tutaj zarówno Chin, jak i Jansson dają niezły popis umiejętności. Panowie starają się nas zaskoczyć, a przy tym nie stracić klasycznego wydźwięku. Wszystko jest bardzo spójne i potrafi oczarować słuchacza już od samego początku. Zwłaszcza kiedy na otwarcie mamy taką perełkę jak "Glimmers in the underworld". Ponad 8 minutowy kolos, który przemyca sporo pięknych melodii i zagrywek gitarowych. "Thunder" jest utrzymany w podobnych klimatach. Utwór udany, ale nie powala tak na kolana jak otwierający. Troszkę więcej ikry, dynamiki mamy w "Down in the Hollow", w którym jest sporo mrocznego, przeszywającego klimatu. Dalej mamy pomysłowy i melodyjny "Heavy is the crown of Bone". Piękny, nastrojowy i nieco rockowy jest rozbudowany "Scrying Orb". Na sam koniec zostaje nam tytułowy "Stygian Rose". 11 minut z epickim doom metalem wysokiej klasy, gdzie jest urozmaicenie i sporo ciekawych partii gitarowych. To tylko pokazuje jak dużo potencjału jest w tym zespole. No i ten wokal Brooksa wilsona potrafi oczarować słuchacza. Znakomity głos, który pasuje do takiej formuły, w jakiej obraca się Crypt Sermon.

W kategorii doom metalu jest to bardzo ważna pozycja. Jest klimat, jest stonowane tempo i masa ciekawych ozdobników. Przede wszystkim jest klasycznie, ale też pomysłowo i z klasą. Crypt Sermon w formie i pokazuje, że trzeba się z nimi liczyć w kategorii doom metalu.

Ocena: 8/10

sobota, 15 czerwca 2024

HUMAN ZOO - Echoes Beyond (2024)


 
Tęskniliście za niemieckim Human Zoo? Bo ja tak. Dwa ostatnie albumy w ich wykonaniu to prawdziwa uczta dla fanów starej dobrej szkoły hard rocka. Nie brakowało wpływów Deep Purple, Rainbow, a przede wszystkim Gotthard, czy Pink Cream 69.  To była spora dawka przebojowości i drapieżności. Wysoka klasa sprawiła, że band szybko trafił do moich ulubieńców obracających się w tym gatunku. Ostatni album ukazał się w 2016r i teraz po 8 latach powracają z "Echoes Beyond", czyli albumem studyjnym nr 5.

W dalszym ciągu panowie grają wysokiej klasy hard rock i wciąż kluczową rolę ogrywają partie Borisa Matakovica, który gra na saksofonie.  Klawiszowiec Zarko Mestrovic odpowiada za przestrzeń, lekkość i rockowy feeling.  Z kolei gitarzysta Ingolf Engler odpowiada za zadziorność, drapieżność i takie klasyczne riffy. To za jego sprawą jest bardzo gitarowo, tak w klimacie lat 80. Wzoruje się na klasyce gatunku i to bardzo mi odpowiada. W tej dziedzinie jakoś nie lubię eksperymentów. Trzeba też pamiętać, że Human Zoo ma stanowisku wokalistę Thomasa Seeburgera, który ma wyrazistą barwę, technikę i umiejętności nadania klimatu danej kompozycji. Prawdziwy rockowy śpiewak, który idealnie pasuje do muzyki human zoo. Band jak zwykle zadbał o miłą dla oka okładkę i mocne, soczyste brzmienie, które nadaje całości odpowiedniej mocy.

Band nie bawi się i od razu na start daje nam mocny i pełen wigoru "Gun 4 a while", który pokazuje jak grać hard rock wysokich lotów i jak tworzyć miłe dla ucha melodie. Wszystko się tutaj zgadza. Oldcholowo brzmi "In my dreams" i znów band wykreował chwytliwą melodię i klasyczny riff, który szybko wpada w ucho. Energiczny "to the ground" ma pewne elementy Scorpions. Stonowany i nieco balladowy "Ghost in me" dobrze buja i śmiało może podbijać stacje radiowe. Troszkę komercyjny "Hello Hello" też jest prosty i uroczy, ale to jest jego zaleta. Kolejny kawałek, który szybko zapada w pamięci. Niby nic odkrywczego, a dostarcza sporo radości. Sporo dobrego wnoszą przebojowy "Echo", czy nastrojowy "Heartache". Pomysłowy riff dostajemy w "Waiting till the dawn" i jakoś zaleciało klimatem westernu. Jest jeszcze rozpędzony i dynamiczny "ready 2 rock", który potwierdza jakość muzyki zawartej na nowym krążku. Jest pazur, jest hard rockowe szaleństwo i wszystko to co najlepsze w Human Zoo.

8 lat czekania, ale jest w końcu nowy album niemieckiego Human Zoo, który jest świetnym prezentem na 20 lecie działalności zespołu. Muzyka solidna i dostarcza sporo frajdy maniakom hard rocka. Nie brakuje pomysłowych riffów czy przebojów. Najważniejsze, że dalej grają swoje i wciąż na wysokim poziomie.

Ocena: 8.5/10

piątek, 14 czerwca 2024

NEW HORIZON - Conquerors (2024)


 Po dzień dzisiejszy bardzo miło wspominam debiut szwedzkiego projektu muzycznego o nazwie New Horizon. To był rok 2022 i "Gate of The Gods" był przebłyskiem talentu Erika Gronwalla. Płyta porywała przebojowością, chwytliwymi melodiami i zawiesiła poprzeczkę bardzo wysoko. Mija 2 lata i pod skrzydłami oczywiście Frotniers Records przyszedł czas na drugi album. Trudne zadanie, zwłaszcza że nie ma na pokładzie Erika.  Udało się znaleźć godnego zastępce. Melduje się Nils Molin z Dynazty. Czy można było lepiej trafić? Wątpię. Nowy wokalista, nowe możliwości, nowe horyzonty i nowy album, który wciąż trzyma wysoki poziom z debiutu. "Conquerors" sieje zniszczenie, czy nam się to podoba czy nie.

Nils to wiadomo klasa sama w sobie. Mógłby śpiewać bez warstwy instrumentalnej, a i tak byłoby pięknie, nastrojowo i przebojowo. Wszechstronny i spełniony wokalista, który może wszystko. Do tego w znakomitej formie jest multiinstrumentalista Jona Tee. Prawdziwy geniusz, który z niczego tworzy coś wyjątkowego i godnego zapamiętania. Dwóch muzyków, dwóch geniuszy, dwóch profesjonalistów i nic więcej nie trzeba. Słuchając płyty można odnieść wrażenie, że ta przebojowość mocno wyjęta jest z płyt Dynazty. Do tego pełno patentów nawiązujących do Beast in Black czy Sabaton. Każdy kto melodyjny, zróżnicowany i podniosły power metal, gdzie nie brakuje mocnych, zadziornych riffów, kiczowatych klawiszy, ten poczuje się jak w domu. Panowie niby nic nowego nie odkrywają, a brzmią świeżo i potężnie.

Okładka daleka od ideału, ale brzmienie to już inna bajka. Jest wyraziste, dopieszczone i pełne mocy. Podkreśla każdy dźwięk i potrafi przyprawić o dreszczyk. Pierwszy killer w postaci "Against The odds" sprawia, że szczęka opada. Szybkość, energia, świeżość i duża dawka power metalu. Do tego rozmach, podniosłość. Co za moc, a to dopiero początek. Dalej mamy genialny singlowy "King of Kings" i jest coś z Dynazty, coś z Sabaton, a coś z Beast in Black. Pomysłowe melodie, wciągający refren i całość znakomicie zagrana. Tak się gra power metal! Stonowane tempo, epickość i przepiękne ozdobniki w "Daimyo" i znów nie ma się do czego przyczepić. Nie trzeba pędzić, żeby siać zniszczenie. Cudo! Band potrafi bawić się konwencją, potrafi oczarować klimatem i pomysłowymi aranżacjami. Tak jest w przypadku "Apollo". Te refreny na tej płycie są po prostu genialne. Potrafią też pokazać pazur i grać agresywnie, z nutką nowoczesności. "Fallout War" to właśnie taki typ utworu. Perfekcja w czystej postaci. Elize Ryd zalicza gościnny występ w "Before the Dawn" i to o dziwo dobrze skrojona ballada, która ma rozmach i taki charakter kawałków Avantasia. Na koniec mamy klasyk i jeden z najważniejszych utworów Iron Maiden, czyli "Alexander The Great". Panowie zagrali to po swojemu i brzmi to naprawdę świetnie. Zadanie zostało wykonane i nagrali udany cover klasyka żelaznej dziewicy. Jest moc.

Nie ma Erika, jest inny światowej klasy śpiewak. Mamy nowe, świeże pomysły Jona Tee i panowie wkraczają na nowe horyzonty i znów sieją zniszczenie. Power metal w najlepszym wydaniu i nic by tutaj nie zmienił. Gitary, wokal, układ kompozycji, aranżacji, czy pomysłowość co do refrenów i melodii. Czysta perfekcja i oby więcej takich płyt nagrywali.

Ocena: 10/10


czwartek, 13 czerwca 2024

ANGEL SWORD -World Fighter (2024)


 Z każdym albumem fiński Angel Sword staje się silniejszy i coraz bardziej mocniejszy. Z brzydkiego kaczątka wyrasta piękny łabędź i czuć różnicę względem poprzednich płyt. Pomijaj miłą dla oka okładkę, z której bije klimat lat 80, a nawet 70, ale sama muzyka, styl zostały ulepszone. Band usiadł tym razem do tworzenia i przemyślał jak to powinno wszystko brzmieć. Dopracował wiele szczegółów i wyszedł udany album, który śmiało można określić ich najlepszym. Tak można określić ich najnowszy krążek zatytułowany "World Fighter". Premiera wydawnictwa odbędzie się 14 czerwca nakładem Dying Victim Productions.

Oldscholowy klimat z okładki daje osobie znać przez cały album i to jest miły dodatek. Można się poczuć jak w latach 80 i tutaj rządzi prostota, przebojowość i naturalność. Znajdziemy tutaj zróżnicowane, bowiem mamy szybsze kompozycje, jak i te bardziej stonowane. Nie brakuje hitów, nie brakuje ciekawych melodii i całościowo nowy krążek prezentuje się bardzo dobrze. Na tle tylu świetnych płyt w ostatnim czasie, to jest to duży plus na konto Angel Sword.

Angel sword to przede wszystkim charyzmatyczny i zadziorny wokal Jerrego Razorsa. Wyróżnia się na tle innych wokalistów i ma to coś, co pozwala go zapamiętać. Spełnia się też on w roli gitarzysty i razem z Mikko Lindholmem stawiają na oklepane zagrywki i łatwo wpadające w ucho melodie. Nie trudzą się i nie bawią się w eksperymenty. Ma być w klimacie lat 80, ma być prosto, przebojowo i do celu. Band dobrze się bawi i tą pozytywną energią potrafi zarazić.

Kto szuka oryginalności i czegoś nowoczesnego, to się zawiedzie. Ileż klimatu lat 80 jest w otwierającym "vigilantes". Niby nic nowego tu nie mamy i brzmi jak wiele innych kapel, ale jest w tym pasja i miłość do heavy metalu. Kawał dobrej roboty. Nutka hard rocka pojawia się w dynamicznym "Weekend Warrior" i to jest przykład, że band potrafi nagrać łatwo wpadający w ucho hit. Prosto i do celu. Stonowany, epicki i mroczny jest "Church of Rock".  Niby jakoś tak spokojnie, ale czuć moc, epickość i nawet coś tam z manowar można wyczuć w tym utworze. Najkrótszy na płycie jest "Powerglove" i tutaj band postawił na szybkość i drapieżność. Zalatuje troszkę iron maiden z pierwszych płyt. Przepiękny jest "Against All Odds' i sam główny motyw gitarowy zasługuje tutaj na pochwałę i wyróżnienie. Band zaczyna pokazywać swój potencjał. Tytułowy "World Fighter" to również spokojniejszy utwór, o nieco hard rockowym zacięciu.

Angel Sword zalicza wzrost formy i pokazuje, że przemyśleli kilka spraw i teraz zaczynają grać kawał porządnego heavy metalu z nutką hard rocka, a wszystko w klimatach lat 80. Proste patenty, chwytliwe melodie i charyzmatyczny wokal. Wszystko pasuje do siebie i kawałki są miłe w odsłuchu, a band zaczyna w końcu błyszczeć. Zobaczymy co zaprezentują na następnej płycie. Póki co posłuchajcie "World Fighter".

Ocena: 8/10

wtorek, 11 czerwca 2024

HOLYCIDE - Towards Idiocracy (2024)


 
Sodom jest jeden, ale to nie przeszkadza w niczym by sięgnąć zamienniki. Hiszpański Holycide, który działa od 2004r to jeden z tych zespołów, który mocno wzoruje się na twórczości Sodom, czy też Kreator. w tym roku wydali swój trzeci pełnometrażowy album zatytułowany  "towards Idocracy", który ukazał się 6 czerwca nakładem Xtreem Music.

Band tworzą doświadczeni muzycy, których można kojarzyć z innych kapel. Basista Vicente Paya gra w Golgotha, czy Sons of Cult. Wokalista Dave Rotten oraz perkusista  Santiago Garcia Arryoyo grają w Avulsed. Salva Estaben gra w Charontid, a drugi gitarzysta Ancor Santana grywał w The Hole. Dla wielu te nazwy i tak nic nie mówią, ale pokazuje to że muzycy mają pojęcie o muzyce metalowej i potrafią grać. Holycide to thrash metalowy zespół z prawdziwego zdarzenia. Stawiają na agresywne partie gitarowe, brutalny wokal i szybkie tempo. To stara szkoła thrash metalu i nie znajdziemy tutaj nowoczesnych rozwiązań. Dobrze się tego słucha, choć jest to wszystko do bólu wtórne.

Sama okładka i główna postać nasuwają na myśl od razu okładki Sodom i to tylko potwierdza, jak dużo Holycide czerpie z niemieckiej kapeli. Sama zawartość płyty to tak naprawdę dawka szybkiego thrash metalowego łojenia. Otwierający "A.I supremacy" zachwyca pomysłowym riffem i banalnym refrenem. Niby nic nowego tu nie ma, a jest radość z odsłuchu. Wokal i praca gitar robi tutaj robotę. Nic innego band nie prezentuje w melodyjnym "Towards Idiocracy". Schemat bardzo podobny. Troszkę się wyróżnia "Power Corrupts" , gdzie partie basu potrafią zapaść w pamięci. Thrash metalowa uczta. Killerem tutaj na pewno jest "Technophobia", gdzie można poczuć wpływy niemieckiego thrash metalu. Przepiękny hołd dla starych płyt Kreator i Sodom. Dalej band nie zwalnia i serwuje nam same szybkie i agresywne kawałki. Troszkę może na jedno kopyto, ale mimo tego dobrze się słucha tych kompozycji. "Pleased to be Deceived" to utwór, który też warto wyróżnić, bo tutaj band pokazuje, że potrafi postawić też na melodyjność i chwytliwość. Mocna rzecz.

Holycide dorobił się 3 albumów i każdy z nich to uczta dla fanów starego dobrego thrash metalu. Nowy album to podtrzymuje co band grał do tej pory. Każdy kto kocha proste i ostre thrash metalowe łojenie,  a przy tym wychował się na klasykach Sodom czy Kreator powinien tego posłuchać. Warto!

Ocena: 8/10

poniedziałek, 10 czerwca 2024

FRENATRON - Seeking for Death (2024)


 
Tassack pokazał w tym roku, że Polacy potrafią grać thrash metal na wysokim, światowym poziomie. Jak się okazuje, to nie koniec perełek w tej kategorii jeśli chodzi o polską scenę metalową.  Rok 2024 to rok premiery debiutanckiego krążka pochodzącej ze Szczecina formacji Frenatron. "Seeking for Death" to thrash metal w czystej postaci i to na wysokim poziomie. Agresja, szybkie tempo, brutalny wokal i duża dawka zadziornych solówek i to szaleństwo, które cechowało pierwsze płyty Kreator, Slayer czy Sodom.  Jedna z najmilszych niespodzianek roku 2024.

Band nie próbuje być na siłę oryginalnym w tym co robią, nie próbują eksperymentować, zamiast tego obrali kierunek opierania się na sprawdzonych chwytach czy zagrywkach. Klimat lat 80 i 90 unosi się nad całością. Żadna to ujma, a wręcz przeciwnie. To atut, który band przeistacza na swoją korzyść. Kto kocha stare płyty thrash metalowe i tą surową agresję, drapieżność, która jest nie do okiełznania, ten trafił pod właściwy adres. Szokuje na pewno umiejętność muzyków i miłość do gatunku i talent do tworzenia zadziornych i łatwo wpadających w ucho utworów. To nie takie proste, kiedy tyle już zostało powiedziane w tym gatunku. Band poradził sobie wzorcowo.

Okładka przykuwa uwagę i przypomina jakiś stary film grozy. Mi troszkę skojarzyło się z okładką "Hotem Siedem bram piekieł" z 1981r. Samo brzmienie też mocno wzorowane na starych płytach.  Panowie serwują nam prawdziwą wycieczkę do lat 80 czy 90 i bazowanie na nostalgii też mi nie przeszkadza, póki ktoś czerpie garściami od najlepszych, ale robi to dobrze i z poszanowaniem klasyki. Grunt, żeby muzyka była na wysokim poziomie i nie beształa klasyki gatunku.

Frenatron powstał w 2015r i tworzy go trio muzyków. Tonnio na perkusji, Ciapek na basie i Mlek Waters na wokalu i gitarze. Panowie dają czadu i to od pierwszych sekund. Mlek Waters to jest Damian Górecki ma imponującą barwę głosu i technikę. Potrafi śpiewać agresywnie, ale zarazem potrafi nadać całości melodyjnego charakteru. Odwala tutaj kawał dobrej roboty. Jako gitarzysta też wypada naprawdę dobrze, bo nie ma w kółko wałkowania jednego motywu i cały czas się coś dzieje.

"Intro"
wprowadza nas w klimat płyty, ale po krótkiej chwili wkracza pierwszy killer w postaci "Lethal Ejaculator" i tutaj panowie nie biorą jeńców. Thrash metal w czystej postaci i najlepsze jest, że jest w tym pasja, miłość do grania i panowie zarażają pozytywną energią. Jest moc! Dalej mamy tytułowy "Seeking for death" i Frenatron nie zwalnia tempa. Jest szybko, agresywnie, ale też bardzo melodyjnie. Słucha się tego jednym tchem. Riff w "Metal Attack" wgniata w fotel i znów band czerpie z klasyki. Przypominają się stare klasyki z lat 80 czy 90. Band zwalnia  w nieco toporniejszym "Addicted to the Gore". Dużo dobrego dzieje się w tej kompozycji, a band pokazuje że daleko im do debiutantów. Band też potrafi się dobrze bawić, co potwierdza "Scumfuck Crew". Każdy utwór daje powód do radości i potrafi porwać.

Co tutaj dużo pisać, kawał dobrej roboty odwalili panowie z Frenatron. Thrash metal w czystej postaci i to kolejny dowód na to, że thrash metal w Polsce też ma się dobrze. Szybko, agresywnie i z pazurem, tak można określić muzykę zawartą na "Seeking for death". I to się nazywa debiut! Czekam na kolejne dzieła tej kapeli. Potencjał jest i to ogromny! Musicie tego posłuchać!

Ocena: 9/10

niedziela, 9 czerwca 2024

HOLY MOTHER - RISE (2024)


"Face This Burn" z 2021r to był naprawdę udany powrót po latach. Płyta przypadła mi do gustu, dlatego z miłą chęcią chciałem poznać w jakiej formie jest amerykański Holy mother. Warto wspomnieć, że skład zespołu znowu uległ zmianie. Funkcję basisty objął Wayne Banks, zaś Mickey Lyxx funkcję dodatkowego gitarzysty. W takim o to zarejestrowano "rise", który ukazał się 7 czerwca nakładem Massacre Records. Cudów może nie ma, ale jest kilka ciekawych dźwięków, na które zwrócić uwagę.

Holy Mother to przede wszystkim niesamowity głos Mike;a Tirelli, który przesądza o atrakcyjności tego zespołu. Bez niego byłoby pewnie ciężko się przebić i wyróżnić na tle silnej konkurencji. To jest muzyk, który ma wizję i talent. Spełnia się w swojej roli i stworzył markę, która jest rozpoznawalna. Na nowej płycie też miewa swoje przebłyski geniuszu. Jednym z nich jest zadziorny, przebojowy "Power" i utwór od razu skradł moje serce. Takie granie może na pograniczu komercyjności, ale wpada w ucho i na długo zostaje w pamięci. Podobne emocje wzbudza agresywniejszy i dynamiczny "Fire" i tutaj też dostajemy rasowy hit, który również potrafi zapaść w pamięci. Tytułowy "Rise" też przypadł mi do gustu. Stonowane tempo, mroczny klimat robią tutaj robotę.  Takie granie na pograniczu heavy metalu i hard rocka, a wszystko w nowoczesnej odsłonie.  "Hex" czy "Rain" nie wnoszą wiele do całości i mogłoby by ich nie być.

Fanem Holy Mother nie jestem i może fani zespołu coś więcej tutaj usłyszą? Poza kilkoma utworami stwierdzam, że ta płyta nie ma za wiele do zaoferowania. Świetny wokal, mocne brzmienie i kilka ciekawych melodii to trochę za mało by siać zniszczenie i postrach wśród konkurencji. Płyta dobra do posłuchania na parę razy i do zapomnienia. Szkoda.

Ocena: 5.5/10
 

EVERGREY - Theories of Emptiness (2024)


 
Nigdy nie byłem zwolennikiem progresywnego power metalu, ale ilekroć słyszę muzykę szwedzkiego Evergrey to nie mogę wyjść z podziwu, jak tworzą genialną muzykę. To paleta pięknych dźwięków, emocji, mieszanka mroku, melancholii i romantyzmu. Ten band jest wyjątkowy i tworzy coś wyjątkowego i zawsze wokół ich jest taka aurora magii i wyjątkowości. To jeden z tych zespołów, który potrafi zauroczyć i przenieść do innego świata. Regularnie wydają albumy i zawsze jest to wyjątkowe przeżycie. Tym razem "Theories of Emptiness" to płyta znacznie ciekawsza od poprzednika i wracamy do poziomu "Escape of the phoenix". Nie dajcie się zwieść okładce, która nijak ma się do zawartości.

Okładka nie podoba mi sie, ale mocne, zadziorne i nowoczesne brzmienie jak najbardziej. Evergrey pokazuje, że nie trzeba ostrych partii gitarowych, nie trzeba wysokich partii wokalnych, czy rozpędzonej sekcji rytmicznej by siać zniszczenie. Oni rozwalają system poprzez emocje, poprzez rozwalenie systemu od wewnątrz. Przepiękne są te popisy gitarowe duetu Danhage/Englund, gdzie stawiają na wyszukane melodie, finezje i lekkość. Rikard Zander jak zwykle odpowiada za klimatyczne partie klawiszowe, a Englund to ktoś więcej niż typowy metalowy wokalista. To wszechstronny wokalista, który buduje klimat, który tworzy magię wokół siebie i potrafi oczarować swoją barwę. Odnajduje się w każdej stylistyce. Mocny skład, doświadczeni muzycy, którzy wciąż mają świeże pomysły i wizję jak grać interesujący progresywny power metal, który nie nudzi, a intryguje i zachęca do analizy. Coś pięknego.

Na płycie dominują stonowane dźwięki i typowa power metalowe łojenie nie ma tu miejsca. Jasne otwierający "Falling from the sun" ma sporo mocnych partii gitarowych, ale jest tu stonowany i klimatyczny refren i sporo spokojniejszych dźwięków. Power metal jest w tym wszystkim miłym dodatkiem, a nie głównym składnikiem. Stonowany, mroczny i przebojowy "Misfortune" ma to coś, choć jest ponury i taki przeszywający. "To become someone else" to taka wizytówka tego albumu i definicja tego co gra Evergrey. Nie ma szybkiego tempa, nie ma agresji ani przebojowości, ale jest dojrzałość, pomysłowość i chęć tworzenia czegoś nie oczywistego. Brzmi to naprawdę obłędnie i można odnieść wrażenie, jakby czas się zatrzymał. Kawał dobrej roboty robi Rick Zander na klawiszach, a najbardziej podoba mi się taki "Say", gdzie ociera się o lata 70. Znów spokojny, nieco może komercyjny kawałek, ale zachwyca swoją pomysłowością i przebojowym refrenem. Wszystko się zgadza. Melancholia, wycieczka w takie mroczne rejony każdego z nas, to jest właśnie piękny i nastrojowy "Ghost of my hero". Band pokazuje pazur w mocniejszym "We are the north" i ciężki riff, nowoczesne brzmienie i progresywny wydźwięk robi robotę. Troszkę radiowy i rockowy jest "Our way though silence", zaś "Cold Dreams" to rozbudowany kawałek o progresywnym charakterze. Dużo ciekawych motywów upchano w tym utworze.

Jeśli lubicie szybkość, agresję, dynamikę i ostry wokal to nie jest to płyta dla Was. Ona jest skierowana przede wszystkim do fanów progresywnego grania, do tych co kochają emocjonalną muzykę, która chwyta za serca, ale też daje do myślenia i analizowania. Pełno tu smaczków i pomysłowych melodii, które na długo zostają z słuchaczem. Można słuchać i za każdym razem coś nowego odkryć. Evergrey w szczytowej formie i nie mogę się doczekać czym nas zaskoczą następnym razem?

Ocena: 9.5/10

sobota, 8 czerwca 2024

NIGTHMARE - Encrypted (2024)


 Od kiedy odszedł Jo Amore z francuskiego Nightmare, to można odnieść wrażenie, że band na siłę próbuje wepchać do stylu zespołu kobiecy wokal i coś ogólnie mają problem z tym stanowiskiem, bowiem była Maggy Luyten, była też Madie, a teraz jest Barbara Mogore. Trzeba się przyzwyczaić do nowego wcielenia Nightamre. Jo Amore nie wróci, a trzeba się cieszyć że band tworzy i czasami jest to na miarę starych płyt. Tak było z "Dead Sun", który przypadł mi do gustu. Nie oczekiwałem niczego specjalnego od najnowszego "Encrypted", a tutaj wyszedł album równie ciekawy co "Dead Sun", a może nawet ciut lepsza. W końcu płyta oddająca to co najlepsze w Nightmare i śmiało dorównująca starym płytom z Amore na wokalu.

Tak naprawdę patrząc na skład, to z oryginalnego składu został basista Yves Champion,  a mimo to band istnieje i ma się dobrze. Barbara ma ciekawą barwę głosu, potrafi zaśpiewać ostro, ale też i spokojnie, stawiając na melodyjność. O dziwo te dwa czynniki współgrają i głos Barbary pasuje do tego co gra Nightmare. To już połowa sukcesu. Wyjątkowo dobrze też wypada praca gitarzystów, gdzie Franck Milleri i Matt Asselberghs dostarczają nam sporo dopracowanych, zadziornych i agresywnych riffów. W tym wszystkim jest porządek, koncepcja i dbałość o detale. O melodie i chwytliwość również nie trzeba się martwić. Materiał jest zróżnicowany i każdy znajdzie coś dla siebie.

Pierwszy raz, gdzie można było poznać talent nowej wokalistki, to była nowa wersja "Eternal Winter" i można było się przekonać, że ma ciekawą barwę głosu i pasuje do stylistyki grupy. Wiadomo do Amore nie ma nawet startu, ale jeśli band ma dalej działać i tak ma to wyglądać, to nie ma nic przeciwko. Niech jakość przemówi sama za siebie. Band wytacza mocne działa już na samym starcie, bowiem "Nexus Inferis" to mocny utwór, gdzie można śmiało doszukać się heavy/power metalowej stylistyki w której band od lat się obraca. Jednak gdzieś w tym wszystkim są echa melodyjnego death metalu i zespołu Arch Enemy. Taki bardziej brutalny aspekt gry Nightmare można też uświadczyć w agresywnym " The Blossom of My Hate". Band pokazuje, że potrafi odnaleźć się w bardziej brutalnym graniu, gdzie ocieramy się o melodyjny death metal. Nie brakuje hitów i każdy utwór potrafi porwać swoją stylistyką i taki "Voices from the other side" czy "Saviours of The Damned" są tego dobrym przykładem. Nightmare zwalnia troszkę w stonowanym "Wake Up the Night" i ten mroczny heavy metal w przebojowej odsłonie z nutką komercji nie jest taki zły. Dobrze się tego słucha od pierwszych sekund. Nie czuje zażenowania. Mocne granie utrzymuje Nightmare już do samego końca, gdzie warto zwrócić uwagę na zadziorny i mroczny "Borderlines".

Nightmare nie traci zapału i dalej tworzy nowy materiał, nie mając w składzie charyzmatycznego Jo Amore, który był znakiem rozpoznawczym Nightmare. Pani Barbara pasuje do muzyki Nightmare i mam nadzieję, że zostanie w zespole troszkę dłużej. Przyda im się stabilizacja, zwłaszcza że nowy krążek napawa optymizmem i zapada w pamięć.  Fanom przypadnie do gustu, a i ci co nie znają Nightmare mogą też sięgnąć po ten krążek, bo może to jest ten czas że pokochacie ich twórczość. Ten album może mieć właśnie taką moc.

Ocena: 8.5/10

czwartek, 6 czerwca 2024

DREAMGATE - Dreamgate (2024)




Jednak w dzisiejszych czasach da się jeszcze nagrać płytę z kręgu power metalu i symfonicznego power metalu, który będzie miał klasyczne brzmienie i będzie się opierał na sprawdzonych i oklepanych patentach. Włoski Dreamgate pokazuje, że można wciąż tworzyć prosty i przebojowy power metal, który będzie hołdem dla Helloween, Rhapsody, edguy, czy Timeless Miracle. Band powstał w 2022r i teraz przyszedł czas na ich debiutancki album zatytułowany po prostu "Dreamgate". Płyta ukazała się 2 czerwca nakładem wytwórni Underground Symphony.

Ten album to dobry przykład, że czasami nie trzeba kombinować i można pójść przetartymi szlakami i dać fanom odtwórczy materiał, a zarazem miły w odsłuchu i poukładany.  Słychać to doświadczenie muzyków, którzy grają w Erdan, Ghost City czy Dark Horizon. Panowie znają się na rzeczy i potrafią porwać słuchacza swoją grą, umiejętnościami i pomysłami na kompozycje. Dopełni szczęści mamy miłą dla oka okładkę. Troszkę nie do końca przekonało mnie spłaszczone, nieco stłumione brzmienie.
Motorem napędowy Dreamgate jest bez wątpienia gitarzysta De Angelis i klawiszowiec Battini. Ten duet stawia na melodyjność i klimat. Bardzo dobrze się uzupełniają. Jest jeszcze typowy power metalowy śpiewak w postaci Brunetti, który nasłuchał się Fabio Lione i Michaela Kiske.

To co band gra i jak bardzo dobrze gra odzwierciedla tytułowy "Dreamgate". Brzmi jak zagubiony przebój z lat 90.  Takich klasycznie brzmiących hitów jest znacznie więcej. Otwierający "Sun King" to taki prosty, klasyczny power metal, który potrafi zauroczyć od pierwszych dźwięków. Podobne emocje wzbudza solidny "Life is one". Brakuje może trochę pazura i drapieżności, ale utwór sam w sobie nie jest zły. Lekko, przebojowo, troszkę nawet majestatyczne i epicko jest w "No sweat no victory" i to jeden z ważniejszych momentów na płycie. Dalej mamy symfoniczny "The lost Symbol", rozpędzony "The all" i nastrojową balladę w postaci "Ball and chain". Całość wieńczy "belmonts Fate", który nieco przypomina mi kultowy timeless miracle.

Dreamgate zalicza udany debiut i "Dreamgate" to uczta dla fanów klasycznego power metalu. Płyta skierowana do miłośników prostych melodii, dużej dawki przebojowości i oklepanej formule, która czerpie garściami z twórczości Helloween, Rhapsody, czy Insania. Bardzo udana wycieczka do lat 90, gdzie power metal rozkwitał w najlepsze. Płyta warta uwagi to na pewno.

Ocena: 7.5/10

poniedziałek, 3 czerwca 2024

LEADBREAKER - Ovedrive (2024)


 Tak właśnie wyglądały okładki lat 80. Pełno kiczu, prostych motywów i banalne rysowanie. Okładka najnowszego albumu szwedzkiego Leadbreaker wpisuje się w ten trend. Tak można się nagrać, że ktoś nam podsunął właśnie jakiś staroć z lat 80. Tutaj niespodzianka, bo "Ovedrive" miał premierę 31 maja tego roku nakładem wytwórni Stormspell Records, który lubi wydawać tego typu płyty. Co może nie których zachęcić, by sięgnąć po to wydawnictwo to obecność Ceda Forsberga w roli producenta i osoby odpowiadającej za brzmienie.

Kto szuka klasyczne, proste heavy metalowe granie, które brzmi jak mieszanka Judas Priest, Accept, Anvil czy raven ten się szybko odnajdzie w tym graniu. Nie ma tutaj za grosz oryginalności, pomysłowości, świeżości, jest za to spora dawka klasycznych rozwiązań i prostych motywów. Pierwsze skrzypce w zespole gra Daniel olson, który pełni rolę gitarzysty i wokalisty. Jako wokalista ma specyficzną manierę, troszkę nie okiełznaną, ale idealnie pasującą do tej formuły, który prezentuje band. Takie proste granie z pogranicza hard rocka i heavy metalu. Klimat lat 80 jest wszechobecny na każdej płaszczyźnie i tego nie da się oszukać.  Wspiera go w zagrywkach gitarowych Adam Blom i tutaj panowie stawiają w sumie na sprawdzone i oklepane patenty. Przez co nie mają zbytnio nas czym zaskoczyć, ale frajda z słuchania jest.

Jak przysłało na lata 80 mamy krótki i treściwy materiał trwający 40 minut. Mamy też szybki, zadziorny otwieracz i tutaj w tej roli "Ovedrive". Trzeba przyznać, że taka bardziej speed metalowa stylistyka bardziej pasuje zespołowi. Troszkę bardziej hard rockowo jest w przebojowym "Bitchit Highway" i udał się ten hołd dla Accept, Judas Priest i Dokken. Band pokazuje pazur w drapieżnym "Hammer of Vengeance" i oczywiście dalej trzymamy się klimatów lat 80. Brzmi to dobrze i słychać pasje i zamiłowanie do klasyków metalu. Speed metalowa formuła wraca w udanym "The Machine", choć nie ma tu za grosz oryginalności. Echa Accept są w stonowanym "Mean Heart", który jest jednym z najbardziej chwytliwych momentów na płycie. Czasami proste motywy są najlepsze. Całość wieńczy szybki i agresywny "Electro Raider". Znów spora dawka pozytywnej energii i przepiękne wehikuł czasu do lat 80.

Drugi album szwedzkiej formacji Leadbreaker bardziej dopracowany i bardziej przebojowy. Band gra muzykę jakiej pełno i troszkę im brakuje do najlepszych z tego gatunku, ale jest szczerość, miłość do metalu i umiejętność tworzenia hitów i chwytliwych melodii. Jest potencjał na coś więcej, tylko muszą to wydobyć z siebie panowie z Leadbreaker.

Ocena: 8/10

niedziela, 2 czerwca 2024

WITHERFALL - Sounds of Forgotten (2024)


Jednym z nie wielu zespołów, który może kontynuować spuściznę i styl iced Earth jest bez wątpienia amerykański Witherfall, który działa od 2013r. Pomijam już fakt, że zespół stworzył Jake Dreyer, czyli dawny gitarzysta Iced Earth. Tutaj sam styl, klimat, wokal i partie gitarowe mocno nawiązują do dokonań Iced Earth. Nie przeszkadza mi to, dopóki jest to robione z klasą i na wysokim poziomie. Witherfall nie zawodzi i do tej pory nagrywał bardzo wartościowe albumy. Nie inaczej jest z najnowszym "Sounds of the Forgotten", który ma do zaoferowania coś więcej niż mocne riffy, a mianowicie ponury, nieco romantyczny klimat. Ma to swój urok.

Witherfall to nie tylko popisy gitarowe Jake;a Dreyer, który potrafi czarować swoją grą, to również wyrazisty i agresywny wokal Josepha Michaela. Jego głos odnajduje się w każdym stylu, w każdym rodzaju utworu. Sieje zniszczenie w tych szybkich killerach, ale tez potrafi ukoić i wprowadzić w romantyczny nastrój w tych wolniejszych momentach. Właściwy człowiek na właściwym miejscu. Warto też wspomnieć, że od 2022 perkusistą został Chris Tsaganeas.

Na płycie znajdziemy 10 utworów i każdy z nich ma swój charakter i styl. Mi najbardziej pasuje to agresywne granie na pograniczu power metalu i thrash metalu jakie serwują w otwierającym "They Will let You Down". Oj brzmi to jak stary dobry Iced Earth. Nastrojowy, nieco romantyczny "Where do i begin", pokazuje, że band potrafi też nagrać emocjonalny utwór. Pojawiają się też tutaj elementy progresywne. Witherfall zachwyca również w rozpędzonym "Insidious". Jest pazur, zróżnicowanie, mroczny klimat i pomysłowy refren. Mocna rzecz! Podobne emocje wywołuje rozbudowany "Ceremony of Fire", który ma ponury klimat, stonowane tempo, ciężki riff i partie gitarowe i podniosły refren. Momentami czuje się jakbym słuchał Kinga Diamonda. Końcówka płyty taka jakaś łagodniejsza, bardziej romantyczna i balladowa. "When it all falls away" to potwierdza tylko. Podobny feeling panuje w klimatycznym "What Have you Done?". Na szczęście przez te 10 minut dzieje się znacznie więcej niż tylko spokojne i nastrojowe granie. Band pokazuje tutaj też pazur i drapieżność. Tak więc nie ma powodów do nudzenia się.

"Sounds of the Forgotten"  to kolejny bardzo udany album od formacji Witherfall. Nic w sumie dziwnego, bo kiedy ma się utalentowanych muzyków w składzie i jest pomysł na siebie to można zdziałać cuda. Band nic nie zmienia i gra dalej swoje. Mamy więc wysokiej klasy mieszankę power metalu, thrash metalu, a nawet coś z progresywnego metalu. Album może nie robi furory jak poprzednie, ale miło że ktoś idzie w ślady Iced Earth. Fani zespołu będą zadowoleni. Czy przekona to malkontentów? Pewnie nie...

Ocena: 8/10
 

IDOL THRONE - A Clarion Call (2024)


 2 lata temu pozytywnie mnie zaskoczył Idol throne swoim debiutanckim albumie. Wysokiej klasy mieszanka power metalu, thrash metalu i szczypty progresywnego metalu. Ten sam skład co nagrał "The sybelline Age", nagrał też drugi album "A Clarion Call", który ukazał się 31 maja nakładem Stormspell Records. Kto uwielbia debiut, ten od razu pokocha nowe dzieło, bo to swoista kontynuacja i nie ma niespodzianki.

Tym razem dostajemy na pewno ciekawszą i bardziej klimatyczną okładkę, a i brzmienie też kipi energią i imponuje drapieżnością. Styl się nie zmienił i band dalej gra swoje. Ta mieszanka power metalu i thrash metalu wychodzi im na dobre.  Nie brakuje chwytliwych melodii, ale i też agresywnych riffów, które potrafią wyrwać z kapci. To wszystko jest przemyślane i dobrze dopasowane. Sporo też w tym wszystkim zasługa muzyków, a przede wszystkim gitarzystom tj Bowman i Schultz, którzy dwoją się i troją, aby zagrywki gitarowe były melodyjne, zadziorne, ale też potrafiły pozytywnie zaskoczyć. Nie idą tutaj na pewno na łatwiznę.  Jake Quintanilla jako wokalista też się sprawdza i dodaje charakteru zespołowi. Ma ciekawą barwę i talent do odnajdywania się w różnych stylach. Potrafi się dopasować do każdej sytuacji. Sama muzyka zawarta na płycie jest dynamiczna, zróżnicowana i bardzo melodyjna. Dużo się dzieje i naprawdę dobrze się tego słucha od początku do końca.

Na pierwszy ogień idzie "Ecliptykon", czyli agresywny utwór o thrash metalowym zabarwieniu. Mocne otwarcie. Dalej mamy bardziej melodyjny i przebojowy "Covenant of the Immortal", który pokazuje, że melodie też odgrywają ważną role w muzyce Idol Throne. Pisałem wcześniej o progresywności i pojawia się ona w rozbudowanym "King Amogn Jackals" czy "Falconer Cry". Obie kompozycje nastawione na wyszukane motywy, na progresywny charakter. Co za wejście gitar, perkusji mamy w "Petrified" i to jest jeden z mocniejszych momentów na płycie. W takiej stylizacji band wypada najlepiej.Tytułowy "A Clarion Call" też niezwykle nastrojowy i melodyjny. To także takie podsumowanie co tak naprawdę gra ten band i czego można się po nich spodziewać.

Idol throne idzie dalej drogą obraną na debiucie. Jeszcze do ideału brakuje i może nawet nowy album trochę słabszy od poprzednika, ale to wciąż bardzo udana mieszanka thrash metalu i power metalu. To jest materiał godny uwagi, a każdy znajdzie coś tutaj dla siebie.

Ocena: 8/10


sobota, 1 czerwca 2024

WARLORD - Free Spirit Soar (2024)


 
Pewnie nie jeden fan Warlord miał obawy co do nadchodzącego "Free Spirit Soar".  Rodziło się tyle pytań, wątpliwości. Śmierć członka muzyka, lidera grupy zawsze jest ciosem. Jedne zespoły potrafią się pozbierać i zmotywować się do działania, szukając sił do dalszego działania, a inni kończą działalność. William J Tsamis odszedł 2021r i pewnie nie jeden fan postawił krzyżyk, że wraz z śmiercią Tsamisa, umarł też Warlord. Okazało się, że nie.  W składzie pozostał jedyny członek starej ekipy tj perkusista Mark Zonder. Basista Bynoe też już był w Warlord. Skład uzupełniają gitarzyści Juris z Crystal Viper,  Pires z Auro Control klawiszowiec Jimmy Waldo z Alcatrazz, no i wokalista Giles Lavery z Dragonsclaw. Tak o to w roku 2023 Warlord otworzył nowy rozdział, a owocem współpracy tych znanych osobistości jest "Free Spirit Soar".

To jedna z tych płyt, która wywołała mieszane uczucia przy pierwszych odsłuchach. Brakowało może mi zadziorności, przebłysku geniuszu z starych płyt, nie poczułem też tej pasji i epickości z "The holy empire". Jednak kiedy posłuchałem Lordian Guard, którego też stworzył Tsamis, to zacząłem pojmować klimat i styl tej płyty. Jest melodyjnie, wręcz melancholijnie i nastrojowo. To wszystko ma taki łagodny wydźwięk, bardziej taki charakterystyczny dla rocka czy hard rocka. Ostrych riffów nie uświadczymy, ani ostrego wokalu, ale miłe dla ucha dźwięki i nastrojowe granie owszem.

Do ideału sporo brakuje, do najlepszych płyt też nie ma podjazdu, ale jakimś gniotem czy niewartościową płytą tego też nie można nazwać. Band stara się i próbuje też oddać hołd dla zmarłego kolegi i to jest godne podziwu. Wiedzieli, że wiele fanów będzie negatywnie nastawiona, a mimo to zebrali się i nagrali nowy album. "Free spirit Soar" pojawia się po 9 letniej przerwie i to kawał czasu. Jednak mieli wizje, pomysł żeby przerwać ciszę i decyzja nie była zła. Zabrakło może trochę pewności, wiary w to że może się udać.Brakuje mi też heavy metalowego pazura, mocy, bo momentami brzmi to trochę komercyjnie i zbyt łagodnie.

Na nowym albumie znalazły się dwa na nowe nagrane kawałki Lordian Guard. "Behold a pale Horse" i ta wersja Warlord jakoś bardziej mi pasuje. Jest w niej jakby więcej życia i do pracowania. Kawałek nastrojowy, stonowany, ale pełen melodyjnych partii gitarowych. Trzeba czasu, żeby przekonać się do specyficznego wokalu i lekki, łagodnych partii gitarowych. Na swój sposób ma to swój urok. Drugi utwór to zamykający "Revalation XIX" , który stawia na marszowe tempo, na epickość i ciekawie rozplanowane partie gitarowe. Też dzieje się tutaj sporo dobrego. Tylko trzeba się wsłuchać w melodie, w te ukryte smaczki. Szukając blasku dawnych lat i heavy metalowej mocy można poczuć rozczarowanie. "The Rider" brzmi to płasko, bez wyrazu, bez heavy metalowej mocy, jakby ktoś wyłączył bezpieczniki. Mimo tych wad, utwór może się podobać, bo nadrabia klimatem i melodyjnością. Singiel "Conqerors" od razu przypadł mi do gustu, może dlatego że brzmi jakby go nagrała europejska kapela grająca power metal. Niezwykle przebojowy utwór.  Ten nastrojowy klimat i takie stonowane tempo stają się atutami w "Worms of the Earth". Refren robi wrażenie. Lekkość i chwytliwy refren to plusy tytułowego "Free Spirit Soar". Heavy metal można poczuć w mrocznym "The bell Tolls". Troszkę przypominają się czasy Tony Martina w Black Sabbath. Jest w końcu dreszczyk emocji. W "Twin" można znaleźć sporo intrygujących solówek i zagrywek gitarowych. Pamiętajcie, że i tu jest lekko i nastrojowo.

Gdyby nie nazwa "Warlord" to by nie było tylko zgrzytów fanów i narzekania, że jak to tak można grać dalej bez Tsamisa. Ten album nie jest zły, bo jest dużo ciekawych melodii i podniosłych refrenów. Na na nerwy działa słabo brzmiąca sekcja rytmiczna , brak mocy, heavy metalowego pazura i nieco komercyjny wydźwięk całości. Brzmi to dość świeżo i oryginalnie, więc jakiś potencjał tam jest. Nie brzmi to jak stary Warlord, ale skreślać ich poczynania też ciężko. Bo grają dobrze i jest w tym potencjał. Dobry album, ale ostatecznie rozczarowuje, bo to już nieco inny Warlord i może zamiast bazować na nazwie, można było zacząć tworzyć nową markę, który by nie wywołała tylu różnych dyskusji. Płyta znajdzie swoich fanów.

Ocena: 7/10

piątek, 31 maja 2024

CLOVEN HOOF - Heathen Cross (2024)


 Dziś jest ten dzień. Dzień jakże ważny dla maniaków heavy metalu i przede wszystkich tych, którzy uwielbiają twórczość brytyjskiego Cloven Hoof. To jest z tych zespołów, który mnie zawiódł i zawsze dostarcza muzykę na wysokim poziomie.  "Heathen Cross" to już 9 dzieło tej formacji i co ciekawe to taka próba powrotu do pierwszych płyt i stylistyki bardziej nwobhm niż heavy/power metal który był na ostatnich płytach.Chris Dando został zatrudniony w roli klawiszowca, ale to nie koniec niespodzianek. W 2023r do zespołu dołączył nowy wokalista i znów padło na amerykańskiego śpiewaka, który specjalizuje się w amerykańskim power metalu. Mowa o Harrym Conklinie. Ciekawa mieszanka wyszła. Jednym przepasuje taki duet, takie zestawienie, a innym będzie przeszkadzać ten power metalowy wokal w heavy metalowej stylistyce Cloven Hoof.

Brzmienie tutaj niby jest takie klasyczne, pełne nawiązań do lat 80, ale nie jest też idealne. O wiele ciekawsza jest sama okładka, która kryje mrok, tajemniczość i do tego jest malowana ręczna. Jedna z piękniejszych okładek roku 2024. Harry to wiadomo światowej klasy wokalista i potrafi zrobić różnice na plus w danym utworze. Odnajduje się w tej bardziej heavy metalowej stylistyce i mi akurat ta mieszanka dwóch różnych światów przypasowała. Jego zadziorny głos dodaje nieco pikanterii. Cloven Hoof to przede wszystkim dopracowane i przemyślane partie gitarowych. Duet gitarowy tworzony przez Chrisa i Luke'a imponuje dynamiką i zróżnicowaniem. Jest granie z polotem i pasją i to daje się we znaki. Kawał dobrej roboty panowie odwalili, a to się chwali.

Tytuł płyty od razu skojarzył się z "Headless Cross" Black Sabbath i te skojarzenie jeszcze później się pojawiają. Od razy odsyłam do znakomitego, klimatycznego "Sabbat Stones", który jest miłym hołdem dla ery Tony Martina i jakoś przypomniał mi się "Headless Cross". Poziom równie wysoki i pokazuje, że Cloven Hoof to wysokiej klasy band. Riff w "Redeemer" jest jakoś znajomy, a do tego jest troszkę elementów judas Priest. Harry Conklin błyszczy i potwierdza swoją wielkość. Klawisze rodem z Deep Purple nadają klimatu przebojowemu "Do what thou wilt" i ten mroczny klimat da się wyczuć. Troszkę zbyt przekombinowany jest "Last mand Standing". Troszkę za bardzo topornie i troszkę jakby na siłę. Szybko, melodyjnie jest w rozpędzonym "Darkest before the dawn", gdzie jest pełno nawiązań do twórczości Iron maiden. Jeden z najlepszych kawałków na płycie. Podobne emocje wzbudza agresywniejszy "Frost and Fire" i to znów rasowy killer. W takiej stylizacji band wypada znakomicie. Fani Black Sabbath ery Tony Martina muszą też zwrócić uwagę na zamykający "The Summoning". To najdłuższa kompozycja na płycie, gdzie pojawiają się elementy progresywne i nawet coś z Rainbow. Bardzo udany utwór, który pokazuje zróżnicowanie na tej płycie.

Cloven Hoof jak zwykle nie zawiódł i nagrał album wysokiej jakości. Miło jest usłyszeć ich w tej bardziej klasycznej stylistyce. Od razu można poczuć, że słuchamy płyty  nagranej przez brytyjski band. Harry podołał zadaniu i wniósł troszkę świeżości do muzyki Cloven Hoof. Na pewno nie można pominąć tej pozycji.


Ocena: 8.5/10

czwartek, 30 maja 2024

RHAPSODY OF FIRE - Challange the wind (2024)


 
Nie ma Luca Turilli, nie ma Fabio Lione, nie ma Alexa Holzwartha, a włoski Rhapsody wciąż gra i tworzy nową muzykę. Ze starego składu przetrwał klawiszowiec Alex Staropoli, który też odgrywa ważną rolę w muzyce Rhapsody.  Pierwszy album, po zebraniu nowego składu był strzałem w dziesiątkę. "The Eight mountain" to jeden z ich najlepszych albumów, a wokalista Giacomo Voli pokazał się z znakomitej strony. Z miejsca stał się jednym z najlepszych wokalistów młodego pokolenia. Druga cześć tej sagi w postaci "Glory for salvation" to tylko dobry album, a najnowszy"Challange the Wind" jest między nimi. Nie jest to płyta idealna, ale lepsza od poprzedniczki.

Jest Power metal, jest podniosłość, jest szybkość, rozmach, epickość i duża dawka ciekawych melodii. Niby wszystko się zgadza, a jednak potrafi się wedrzeć nuda i przewidywalność. Do ideału brakuje troszkę i chyba najbardziej brakuje błysku geniuszu i tych przebojów z "The Eight Mountain".  Giacomo to wiadomo mistrz i potrafi czarować swoim głosem. Na pochwałę zasługuje również gitarzysta Roberto De micheli, który jest mocno zaangażowany i stara się wygrywać ciekawe melodie czy solówki. Jest poprawa względem poprzednika, ale do perfekcji troszkę zabrakło.

Rhapsody nie odkrywa ameryki i gra to  w czym jest najlepszy, czyli symfoniczny power metal i to jest właśnie co znajdziemy tutaj. Można też odnieść wrażenie, że band czasami chce grać bardziej komercyjnie, nastrojowo, żeby trafić do szerszego grona słuchaczy.

Okładka jakoś nie skradła mojego serca, brzmienie jest z górnej półki, co raczej nikogo zadziwi. Co do zawartości to na pewno fani nie będą narzekać, a może i ci co nie przepadają  za  Rhapsody przekonają się do nich dzięki temu albumowi? Otwarcie płyty jest w wielkim stylu, bo dostajemy tytułowy "challange the wind", który jest power metalową ucztą. Ta podniosłość, epickość i niesamowity śpiewa Giacomo imponują i pokazują potęgę Rhapsody. "Whispers Of Doom" to kolejny szybki, melodyjny i energiczny kawałek, który łatwo wpada w ucho. Dobrze wypada też zróżnicowany i bardziej zadziorny "The Bloody Pariah", który finezyjne i zagrane z polotem solówki. Najdłuższy na płycie jest "Vanquished by Shadows" i w sumie pierwsza część utwory zachwyca. Jest z pazurem, jest dynamika, melodyjność i duża dawka power metalu, druga część nieco bardziej progresywna. Utwór troszkę może za długi, ale jest tutaj sporo wysokiej klasy motywów. Dzieje się sporo dobrego w tym kawałku."Kreel magic staff" jest taki nieco ospały, taki bardziej romantyczny i ocierający się o komercje. Szybko, agresywnie jest w "Diamond Claws" czy w przebojowym "Black Wizard", które znów dostarczają emocji, mocy albumowi. Najsłabszy na płycie jest nijaki "a brave new hope" i lepiej brzmi zróżnicowany i pomysłowy "Holy Downfall" i ta współpraca na linii Roberto De Micheli i Alex Staropoli jest godna podziwu. Zamykający "Mastered by the dark" ma przebłyski, ciekawe zagrywki gitarowe i do tego marszowe tempo, które potrafią zauroczyć. Udane zwieńczenie całości.

Nie jest to najlepszy album Rhapsody, ale najgorszy też nie. Miło jest widzieć, że dalej grają, dalej tworzą i nagrywają nowe płyty, które mimo wszystko trzymają wysoki poziom. Jest kilka momentów, które bym zmienił, inaczej rozegrał, ale sama płyta dostarcza sporo pozytywnych emocji i zachęca do ponownych odsłuchów. Fani będą zachwyceni, a malkontenci mogą w końcu przekonać się do stylu Rhapsody. 

Ocena: 8/10

wtorek, 28 maja 2024

INFINITE CORRIDOR - Serpent Gate (2024)


 
Infinite Corridor to duński projekt muzyczny, którzy tworzą dwie osobistości. Wokalista Adam Faggayas oraz gitarzysta Balazs Toth. Obaj panowie uzdolnieni i już pierwszy singiel wypuścili w roku 2021. Od razu dali do zrozumienia, że przede wszystkim gra im w sercu tradycyjny heavy metal, choć nie brakuje wpływów power metalu. Panowie nie tak dawno wydali debiutancki album "Serpent gate" i co ciekawe, to kolejny przykład, że nawet w pomniejszonym składzie można działać cuda. Okładka robi wrażenie, przyciąga uwagę i z muzyką jest podobnie.

Warto wspomnieć, że nad miksem i brzmieniem czuwał Sebastian Levermann z Orden Ogan, a za partie perkusyjne odpowiada  Dirk Meyer Berhorn. Gościnnie pojawił się również Tim Ripper Owens, ale pomijając wielkie nazwiska, to tutaj muzyka sama się broni. Wokalista Adam ma ciekawą barwę i technikę śpiewania. Idealnie pasuje do takiego zadziornego grania i ma wiele do zaoferowania. To jest jeden z tych głosów, które chce się słuchać. Sporo do muzyki, stylu grupy wnosi gitarzysta Balazs Toth, który stawia na pomysłowe riffy, motywy gitarowe i w zasadzie sporo się dzieje i nie pozwala nam się nudzić. Nie jest to na pewno debiut, który jest bez mocy i godnych uwagi kawałków.

Wystarczy odpalić pierwszy utwór tj "Dreamwalker", który ociera się o power metal. Jest mocno, agresywnie i z pazurem. Słychać, że w Infinite Corridor drzemie potencjał. Sam riff przypomina nieco klimat Grave digger czy Paragon. Przyznaje się bez bicia, że ciarki mnie przeszły kiedy wkroczył "Straight Ahead" i samo wejście mocno inspirowane jest Iron Maiden. Jak to zostało rozplanowane i zagrane jest godne podziwu. Prawdziwa perełka i jeden z najlepszych utworów na płycie.Ponury, marszowy i mroczny "Wings of freedom" po prostu wgniata w fotel. Sam klimat, jakość i pomysłowość przypomina ostatni album Joe Lynn Turnera. Cudo, a minus tylko taki że kawałek trwa trochę ponad 2minuty. Dalej mamy prosty i toporny "Break the mirror" i to solidne granie, już bez przebłysku geniuszu."Ashwatthama" to znów ukłon w stronę agresywniejszego grania i znów band stara się nas zaskoczyć. Melodyjny "Serpent gate" też jest uroczy i przemyca miłe dla ucha solówki. Jest melodyjnie i z pomysłem. "Dreamwalker" z Timem Ripperem Owensem brzmi nawet lepiej niż wersja z albumu.

Dwóch muzyków, dwóch uzdolnionych ludzi, którzy chcą grać heavy/power metal stawiając nacisk na melodie, mocne riffy, a przede wszystkim klimat. Drzemie w tej formacji ogromny potencjał. Szukają muzyków, żeby stworzyć zespół z prawdziwego zdarzenia. Tego im życzę, bo stać ich na tworzenie wysokiej klasy muzykę. Płyta godna polecenia!


Ocena: 8/10

niedziela, 26 maja 2024

HEXTAR - Doomsayer (2024)


 "Doomsayer" to debiutancki album włoskiej formacji Hextar, która obrała sobie za cel granie mieszanki heavy metalu i power metalu. Proste melodie, mało wyszukane motywy gitary i ogólnie nastawienie na dobrą zabawę i granie oparte na sprawdzonych patentach. Dzięki temu może Hextar nie będzie może kandydować do najbardziej oryginalnej kapeli, ale dostarczy sporo pozytywnych emocji fanom takiego grania.

Band tworzą doświadczeni muzycy  i choć działają od 2018r, to w tym roku doszło do pewnych zmian personalnych. Do zespołu dołączył perkusista Amedeo Paolini, a także gitarzysta Niccolo Giacometti, którzy dobrze wpisali się do stylu grupy.  Wokal Emilliano Zina też jest dobry w tym całym rozplanowaniu, ale jakoś niczym specjalnym się nie wyróżnia na tle innych śpiewaków. Na pewno pasuje do tego co gra band i potrafi nadać całości melodyjnego charakteru. Brakuje w tym troszkę elementu zaskoczenia i świeżości.

Nie brakuje na pewno tutaj dobrych utworów i taki jest bez wątpienia "Nothing is Eternal". Rasowy power metal w tradycyjnym wydaniu. Dobrze się tego słucha, a band tutaj błyszczy. Dobrze wypada też rozbudowany "The otherwidly Sin", ale brakuje tutaj jakiegoś zrywu i próby zaskoczenia słuchacza. "Hour of Glory" miał być w zamyśle bardziej nastrojowy i epicki, prawie się ta sztuka udała. Troszkę więcej energii i przebojowości niesie ze sobą "The fight beyond the sleep", choć też wydaje się być na siłę wydłużany. Końcówka płyty też dostarcza dwa zadziorne i rozpędzone kawałki, które pokazują że w zespole drzemie potencjał i potrafią grać. "The story so far" czy "Doomsayer" to udane kompozycje, które wpadają w ucho.

Solidne rzemiosło, dobrze zagrany heavy/power metal, gdzie wokalista się spełnia, a gitarzyści grają swoje. Brakuje elementu zaskoczenia, świeżości, głodu żeby osiągnąć sukces i stworzyć coś powalającego na kolana. Dobra muzyka, ale nic ponadto.


Ocena: 6.5/10

MAD HATTER - Oneironautics (2024)


 Szalony kapelusznik wraca i znów ma dla nas dawkę klasycznego power metalu, który mocno nawiązuje do kultowych płyt z lat 90. To jest band, który może nieco bazuje na nostalgii, na naszych uczuciach do sprawdzonych i lubianych patentów. Nie próbują kombinować, a wolą iść wydeptanymi ścieżkami. Działają od 2017r a już ich nazwa jest rozpoznawalna dla fanów takich klimatów, choć wydali tylko dwa albumy. Po 4 letniej przerwie przyszedł czas na nowy materiał i "Oneironautics" to w zasadzie nic innego jak kontynuacja wcześniej opracowanego stylu. Nie ma niespodzianki.

Poprzedni album mocno mnie wciągnął i został w sercu. Nowy album może ciut słabszy, ale to wciąż wysoki poziom grania. W Mad Hatter znaczącą rolę odgrywa Petter Hjerpe, który jest uzdolnionym wokalistą i to już pokazał na wcześniejszych płytach i również w Morning Dwell. Rasowy power metalowy śpiewak, który potrafi zaśpiewać tak naprawdę wszystko. Partie gitarowe Petera są zagrane z pasją, miłością do power metalu i przede wszystkim nastawił się na przebojowość i melodyjny charakter kompozycji. Całości uroku dodają partie klawiszowe Olsonna, które wnoszą dużo melodyjności do utworów. Muzycy są doświadczeni, więc też nie pozwolą sobie na nagranie byle czego. Dobrze się tego słucha od początku do końca.  Jeśli chodzi o okładkę, to jest ona najlepsza w dorobku grupy i samo brzmienie też jest mocne i drapieżne. Wszystko jest na swoim miejscu.

Materiał w sumie jest dość krótki, bo trwa 37 minut. Intro szybko zlatuje, a potem mamy dwa w sumie krótkie i bardzo treściwe killery, które nawiązują do stylu Magic Kingdom, Sonata Arctica, czy gamma ray. "Lord of Dragons" i "Death in Wonderland", to sentymentalna wycieczka do lat 90 i to słychać od pierwszych dźwięków. Szybkość, dynamika i pazur to cechy rozpędzonego "i will find my way", który zachwyca od pierwszych sekund. Nic odkrywczego, nic nowego, ale popyt na klasyczny, europejski power metal zawsze się znajdzie. Piękna melodia, baśniowy klimat znakomicie wprowadzają w przebojowy "The Witches Of Blue Hill", który gdzieś tam przemyca patenty Edguy, ale też wielu innych znanych formacji z lat 90. Tak jest to wtórne i mało odkrywcze, ale dostarcza sporo frajdy. Stonowany, nastrojowy "Lost in Wonder" też nie jest zły i też potrafi zauroczyć swoim niecodziennym stylem. Koniec płyty, to 3 power metalowe petardy i każdy z nich to prawdziwa uczta dla fanów power metalu.

Można ich skarcić za brak oryginalności, za brak eksperymentów i szukanie własnego stylu. Kochać można za godnym oddaniem stylu power metalu z lat 90, dbałość o detale i chwytliwe melodie, które mają zachwycać. To muzyka stworzona dla fanów power metalu, nie dla poszukiwaczy nowych odmian metalu, czy świeżości w tym gatunku. To nie jest ten adres. Mad Hatter utrzymuje wysoki poziom i warto sięgnąć po nowe dzieło szwedzkiej formacji.


Ocena: 8/10

sobota, 25 maja 2024

BLOODORN - Let the fury Rise (2024)


 
Żyjemy w czasach, gdzie pojawianie się supergrup muzycznych jest na porządku dziennym. Dla fanów to jest zawsze kolejna okazja by posłuchać swoich idoli może w nieco innej formule. Dodatkowo to jest zawsze szansa na wydanie arcydzieła, który poruszy daną sceną metalową. Bloodorn, który powstał w 2020r  właśnie wydał 24 maja swój debiutancki album zatytułowany "Let the fury Rise". Band nie robił wielkiego szumu wokół siebie, dlatego to jest dla mnie tym większy szok, że tak naprawdę znikąd przyszło takie uderzenie.

Band powstał w roku 2020r i zebrała się tutaj prawdziwa śmietanka muzyków grających w wielkich zespołach.  Drapieżny, charyzmatyczny Mike Livas to jeden z najlepszych wokalistów młodego pokolenia. Dobrze jest nam znany z płyt Silent Winter. Na basie jest Francesco Ferraro z Freedom Call,  na perkusji Michael Brush z Magic Kingdom,a na gitarze Nils Courbaron. Każdy z nich to gwiazda i prawdziwa osobowość, a jednak tworzą jeden  zgrany team. Razem tworzą coś wyjątkowego, spójną całość, wchodzą na wyższy poziom, przeważnie dla wielu niedostępny.

Okładka jest jaka jest, ale w tym przypadku nawet mogłoby być białe tło i tylko napis zespołu. Nie miałoby to znaczenia. Liczy się muzyka, a ta jest tutaj z górnej półki. 11 strzałów, 11 bez błędnych kompozycji, 11 killerów, 11 hitów, 11 kompozycji, które razem tworzą prawdziwy majstersztyk w dziedzinie power metalu. Można doszukać się w ich muzyce wyraźnych wpływów np Gamma Ray, co słychać po układzie kompozycji i drapieżności w gitarach. Nieco kiczowate klawisze przywołują taki Sabaton czy Beast in black. Podniosłe i przebojowe refreny mają coś z Bloodbound czy też beast in black.Słychać wpływy wielu kapel, ale w ostatecznym rozrachunku band stara się być sobą i iść własną ścieżką, która łączy sobie cechy takiego thrash metalu i power metalu. Ma być przebojowo, szybko, drapieżnie i zarazem melodyjnie czy przebojowo. Bloodorn znalazł receptę, by połączyć te dwa światy.

Czas przyjrzeć się utworom. Każdy jest na swój sposób rasowym killerem.

Overture - intro niezwykle melodyjne, podniosłe i budujące napięcie. Od razu wiadomo, że szykuje się coś wyjątkowego.

Fear the coming Wave - wchodzą kiczowate klawisze, czuć nawiązanie do takiego Sabaton czy Beast In Black. Praca Nilsa w sferze partii gitarowych jest godna podziwu. Mocny riff robi robotę, a do tego dochodzi niezwykle przebojowy refren., który szybko wpada w ucho. Wokal Livasa jest godny pochwały i pod tym względem to jeden z najlepszych albumów roku 2024.

Under the secret Sign - znów klawisze dają o sobie znać, może i kiczowato, ale jak to znakomicie współgra z szybkim tempem i agresywnym riffem. Band znakomicie łączy te elementy ze sobą i wychodzą takie killery. Dragonforce niech posłucha i może niech się jeszcze czegoś nauczy.

Rise UP Again - przykład, że band potrafi brzmieć też bardziej współcześnie i przy tym zbudować kompozycje bardziej złożoną. Do tego ten mroczny klimat.

Tonight We Fight - kolejny przebój na płycie, które dostarcza sporo frajdy i pierwszorzędnej rozrywki. Te popisy gitarowe Nilsa na płycie są godne podziwu i stanowią trzon tej płyty.

God Wont Come - coś z melodyjnego death metalu można tutaj wyłapać i agresja, jak i szybkość jest imponująca. Obecność Refa Panera i Nicolette Rosellinii zrobiło swoje i wyszedł z tego niezwykle energiczny kawałek, który po raz kolejny potwierdza wielkość Bloodorn.

Forging the Future - tutaj można poczuć wpływy Gamma Ray i nie tylko praca gitar, ale też partie wokalne też momentami ocierają się o styl Hansena. Power metal w najlepszym wydaniu.

Let the Fury Rise - piękne wejście klawiszy i gitary. Znakomita mieszanka szybkości, agresji i przebojowości. Bloodorn błyszczy i pokazuje w pełni swoją potęgę. Kocham taki power metal i band trafia idealnie w mój gust.

Six wounded Wolves - refren troszkę przypomina mi Bloodbound, a cała reszta to czysta agresja i drapieżność. Wszystko jest tutaj idealnie i nie ma się do czego przyczepić. Każdy element jest przemyślany i trafiony.

Bloodorn - główny motyw brzmi znajomo to fakt, ale czy to ma znaczenie? Mamy nową gwiazdę, mamy supergrupę z prawdziwego zdarzenia, która tworzy muzykę z górnej półki. Ten utwór to ich wizytówka, która określa ich styl i jakość. Power metal ma się naprawdę dobrze i miło widzieć, że pojawiają się nowe gwiazdy.

Square Hammer -cover Ghost i brzmi to o wiele ciekawiej niż oryginał. Ja to kupuje!

To nie pierwszy raz kiedy supergrupa nagrywa genialny album i pokazuje sens istnienia takich projektów czy zespołów. Bloodorn to nowa gwiazda power metalu i pewnie jeszcze nie raz namiesza w tegorocznych zestawieniach. Szok i niedowierzanie, że taka płyta trafiła mi się. Idealnie podziała na moje zmysły i spełniła najskrytsze marzenia i oczekiwania. Dla takich płyt warto czekać! Power metal w najlepszym wydaniu.


Ocena: 10/10

piątek, 24 maja 2024

ICY STEEL - The wait, the choice and the bravery (2024)


Epicki heavy metal to nie jest specjalność włoskiej sceny metalowej, ale istnieją takie zespoły jak Icy Steel, którzy próbują swoich sił w tej dziedzinie. "The wait, the choice and the bravery" to najnowszy krążek tej formacji, która działa od 2005r.  To już 6 album w ich bogatej dyskografii. Nie jest to może szczyt ich umiejętności, ale jest to kawał dobrze skrojonego materiału, który dobrze się słucha.


6 lat minęło od ostatniego wydawnictwa i warto dodać, że od tamtego czasu skład się trochę zmienił bo doszedł Andy mornar, czyli nowy gitarzysta. Wraz z Stefano Galeano stanowią zgrany duet i panowie stawiają na klimatyczne riffy. Panowie stawiają na mroczny klimat, na stonowane dźwięki i epicki rozmach. Ma to swój urok i choć panowie czerpią garściami od najlepszych, bo przecież coś z Manilla Road można wyłapać, to jednak chcą iść własną drogą i chcą mieć swój styl.  Wokal Stefano też jest specyficzny i czyni ten album bardzo intrygujący. To wszystko sprawia, że Icy Steel jest pozycją godną uwagi.

Band nie ryzykuje i na start stawia klasycznie brzmiący, marszowy "Hidden But Alive", który pokazuje potencjał tej grupy. Ktoś tu się na słuchał Manowar, ale to akurat spory plus. Brzmi to naprawdę bardzo dobrze. Ponury klimat wylewa się z stonowanego "When i Hold The Sword".  Brakuje może trochę świeżości i pazura. Im dalej w las tym można dostrzec, że band zbytnio nie próbuje nas zaskoczyć, tylko serwuje podobne dźwięki, tylko troszkę inaczej podane. "The Epic sound of the wind" to dobry tego przykład, ale motyw przewodni jest tutaj naprawdę uroczy i potrafi na długo zapaść w pamięci. Popisy wokalne Stefano można docenić w zadziornym "Agony of the righteous man" i tutaj dużo dobrego się dzieje. Jednym z najlepszych kawałków na płycie jest "Eternal Flame of the icy warlock" i te nawiązania do Iron maiden bardzo urocze są. Mocna rzecz! Podobne inspiracje można wyłapać w najszybszym na płycie "In the fire of the redemption". Niby nic nowego band nie odkrywa, a słucha się tego z dużą przyjemnością. Mocny riff, pomysłowo rozplanowane partie gitarowe i wyszedł bardzo uroczy utwór.

Daleko do ideału, daleko do perfekcji, nie ma też niczego nowego tutaj, ale słychać ambitne podejście muzyków do tematu. Podążanie za epickim rozmachem i mrocznym klimatem jest tutaj godne podziwu. Pochwała dla zespołu za pracowitość i zapał. Płyta godna uwagi, zwłaszcza jeśli gustujemy w epickim heavy metalu.

Ocena:
7.5/10