power metal warrior
poniedziałek, 21 września 2026
WITCHBURNER - Black raging flames (2026)
piątek, 18 września 2026
TASKFORCE TOXIKATOR - Countdown to Death (2026)
Największą zaletą „Countdown To Death” jest właśnie różnorodność. Taskforce Toxicator nadal gra oldschoolowy thrash, ale nie ogranicza się do nieustannego przyspieszania. Mamy tutaj szybkie partie, ciężki groove, crossover, melodyjne refreny i bardziej ponure momenty. Słychać, że band ma pomysł na siebie i grają na bardzo dobrym poziomie. To nie tylko szybka gra do.przodu, bowiem jest tu miejsce na chwytliwe melodie i przebojowość. W zespole sporą rolę odgrywa Fabian Koch, który dysponuje ciekawa barwa głosu i potrafi napisać drapieżnie i oldscholowo. Bardzo dobrze spisuje się duet gitarzystów i trzeba przyznać że Rothe/Wenning.panowie nie kombinują i stawiają na sprawdzone patenty i taki oldscholowy klimat lat 90. Panowie pokazują, że thrash metal wciąż może brzmieć intrygująco i agresywnie.
Płyta jest zwarta i treściwa, bowiem trwa 38 minut. Znajdziemy tu 12 utworów, które dostarczają sporo frajdy.Już „The Necromancer” rozpoczyna album bez żadnego ostrzeżenia. Szybkie, tnące gitary, agresywny wokal Fabiana Kocha i rozpędzona sekcja rytmiczna pokazują, że tym razem nie będzie miejsca na zbędne kombinowanie. To klasyczny thrash, ale podany z odpowiednią dawką współczesnej energii. Band pokazuje swój potencjał i robi smaka na całość. Kocham taki thrash metal.
Mental Agony” jest nieco bardziej zróżnicowany. Zamiast bezustannego pędu pojawiają się cięższe fragmenty i bardziej mroczny klimat. Zadziorny kawałek, który potwierdza że band czerpie garściami z dokonań Exodus, testament czy Death Angel.
„Intergalactic War” wraca do kosmicznej tematyki, którą Taskforce Toxicator wykorzystywał już wcześniej. Muzycznie jest bardziej hymniczny i melodyjny, a refren zdecydowanie należy do tych, które mogą dobrze sprawdzić się na koncertach. To utwór, który ukazuje nie tylko fascynację zespołu do tematyki s-f, ale pokazuje przebojowe oblicze zespołu.
Jednym z ciekawszych numerów jest „Revived Scum”. Tutaj Niemcy ponownie wciskają gaz do dechy, ale nie zapominają o chwytliwych partiach wokalnych. Utwór ma sporo koncertowej energii i łatwo sobie wyobrazić, jak dobrze może działać podczas występu na żywo. Tutaj band pokazuje w pełni swój potencjał i ten utwór ma wszystko to co thrash metalowy killer powinien mieć. Pomysłowy riff i chwytliwa melodia robią furorę. Prawdziwy killer.
Największą niespodzianką jest dla mnie „Midnight Mass”. Zespół zwalnia tempo, pojawiają się mroczne melodie i bardziej złowieszcza atmosfera. Nie oznacza to oczywiście odejścia od thrashu, ale pokazuje, że Taskforce Toxicator potrafi budować klimat również bez ciągłego grania na maksymalnych obrotach. Utwór pokazuje pomysłowość zespołu i umiejętność urozmaicenia materiału, a to jest ważna cecha.
Deepest Abyss” utrzymuje cięższy charakter albumu i dobrze kontrastuje z szybszymi numerami. Z kolei „Countdown To Death” jest już bardziej bezpośrednim ciosem. Takie kompozycje umacniają tylko ten album. "End Of All Life” pokazuje kolejną stronę zespołu. Jest więcej groove'u, dzięki czemu utwór nie opiera się wyłącznie na szybkości. Po nim „See You In Hell” wraca do bardziej klasycznego thrashowego schematu i ponownie dostajemy dużo energii oraz ostrych gitar.Na sam koniec otrzymujemy „Die Alone” – krótki, konkretny numer, który zamyka album bez niepotrzebnego przeciągania.
„Countdown To Death” ma być konkretną, oldschoolową porcją thrashu zagranej przez muzyków, którzy wiedzą, skąd ten gatunek się wywodzi, ale nie boją się dorzucić czegoś od siebie. To naprawdę udany drugi album. Są tutaj utwory, które zdecydowanie wyróżniają się na tle reszty, ale przede wszystkim całość trzyma równy poziom i nie nudzi. Warto zapoznać się i ocenić jak rozwinął się niemiecki Taskforce toxikator.
Ocena : 8.5/10
ANTHRAX - Cursum perficio (2026)
Jednak Anthrax okazał się szybszy w wydaniu nowego albumu niż King Diamond. Przez lata każdy z tych zespołów mówił o pracach nad nowym albumem, ale nie wiele wynikało z tego. Potem doszła pandemia i tak z każdym rokiem przesuwano premierę. Mamy 18 września 2026r. i w końcu po 10 latach anthrax powraca z 13 albumem studyjnym zatytułowanym " Cursum perficio".Anthrax powraca po dokładnie dziesięciu latach od „For All Kings” i trzeba przyznać, że „Cursum Perficio” to bardzo udany powrót. Nie jest to jednak płyta, która próbuje na siłę udowodnić, że zespół nadal potrafi grać tak agresywnie jak w latach 80. czy na dwóch poprzednich albumach. Anthrax wybrał tutaj nieco inną drogę – jest ciężko, momentami bardzo agresywnie, ale całość została bardziej urozmaicona, dojrzalsza i mniej nastawiona na natychmiastowy efekt. Nie jest to najlepszy album w ich karierze, ale wciąż zasługuje na uwagę.
„Cursum Perficio” jest więc płytą, która pokazuje Anthrax z kilku stron. Są klasyczne thrashowe momenty, są ciężkie i bujające riffy, są bardziej melodyjne fragmenty, a nawet próby wejścia w bardziej eksperymentalne rejony. Największą różnicą w stosunku do „Worship Music” i „For All Kings” jest to, że nowy album jest mniej przebojowy i mniej agresywny. Tamte płyty miały więcej numerów, które od razu chciało się puszczać ponownie. Tutaj trzeba dać muzyce trochę więcej czasu.
Nie znaczy to jednak, że Anthrax stracił pazur. Wręcz przeciwnie – po dziesięciu latach dostajemy zespół, który brzmi pewnie i naturalnie. Scott Ian nadal dostarcza charakterystyczne riffy, Charlie Benante pokazuje, dlaczego jest jednym z najważniejszych perkusistów thrash metalu, Frank Bello świetnie napędza całość, a Joey Belladonna brzmi naprawdę bardzo dobrze. Panowie mimo swojego wieku wciąż zachwycają formą, zwłaszcza Belladona, który nic nie stracił na drapieżności i charyzmie. Jest niczym jak wino.
Okładka nie do końca do mnie przemawia, ale wiadomo liczy się przede wszystkim zawartość. Ta jest zróżnicowana i dojrzała. Płyta skierowana jest do fanów dwóch ostatnich płyt i ewentualnie czasów Busha. Kto szuka czegoś na miarę lat 80 poczuje rozczarowanie. Płyta zawiera 11 kompozycji.
Już otwierające „Persistence of Memory” jest czymś więcej niż zwykłym intro. To niespełna półtoraminutowy, klimatyczny instrumental, który buduje napięcie i przygotowuje grunt pod właściwy początek albumu. Słychać tutaj bardziej mroczne i progresywne podejście, co dobrze współgra z tytułem nawiązującym do „Persistence of Time”.
Po nim dostajemy „The Long Goodbye”, czyli pierwszy pełnoprawny utwór. To kompozycja ciężka, oparta bardziej na średnim tempie niż na typowym thrashowym pędzie. Jest sporo charakterystycznych dla Anthrax riffów i mocnej pracy Charliego Benante, ale utwór potrzebuje trochę czasu, żeby w pełni się rozkręcić. To raczej budowanie atmosfery niż natychmiastowy cios. Pod tym względem "for all Kings" miał lepsze otwarcie. Tutaj band balansuje między thrash metalem.i heavy metalem i na próżno szukać tutaj szybkiego agresywnego grania.
Znacznie bardziej klasycznie robi się w „It's For The Kids”. To jeden z tych numerów, przy których od razu wiadomo, że słuchamy Anthrax. Szybkie riffy, rozpędzona perkusja, charakterystyczne gitarowe zagrywki i potężny fragment przeznaczony wręcz do moshowania. Jest tutaj sporo ducha „Among the Living”, ale bez próby kopiowania tamtej epoki. To jeden z najbardziej przebojowych i bezpośrednich momentów albumu. Chciałbym więcej takich kompozycji i takich killerów. Gdyby cały album taki byłby to byłbym szczęśliwy. Nic dziwnego, że utwór promował ten album.
„Everybody's Got A Plan” trochę zwalnia, ale nie traci ciężaru. To bardziej zróżnicowany numer, w którym Anthrax bawi się tempem i przechodzi od melodyjnych fragmentów do znacznie cięższych partii. Szczególnie dobrze wypadają tutaj partie chóralne i charakterystyczny dla zespołu sposób budowania refrenu. Jeden z utworów, do których zdecydowanie chce się wracać.
Prawdziwym eksperymentem jest „The Edge of Perfection”. To prawie siedem minut muzyki i jeden z najbardziej rozbudowanych kawałków na płycie. Początek jest spokojniejszy, po czym utwór przechodzi w znacznie cięższe, momentami wręcz mroczne rejony. Pojawiają się tutaj klimaty, których nie kojarzymy z Anthrax aż tak mocno – szczególnie w bardziej ekstremalnych fragmentach. To ciekawy dowód na to, że po ponad czterech dekadach zespół nadal ma ochotę trochę poeksperymentować. Jak dla mnie to jest najlepszy utwór na płycie. Jest zagrany z polotem i bije z niego świeżość i pomysłowość. Ten utwór po prostu płynie i mógłby trwać w nieskończoność.
„Infectious” opiera się przede wszystkim na ciężkim, mocno bujającym riffie. Nie jest to typowy thrashowy numer pędzący na złamanie karku. Bardziej chodzi tutaj o groove i ciężar. W drugiej części pojawiają się również bardziej melodyjne wokale, które bardzo dobrze kontrastują z ciężkim podkładem. To jeden z tych utworów, które szczególnie dobrze pokazują inne oblicze nowego Anthrax. To dobry utwór, ale jakoś specjalnie nie zapadła w pamięci. Brakuje mi to tej większej dawki agresji.
„NYC 93” to z kolei powrót do bardziej surowego, klasycznego grania. Jest szybciej, bardziej rytmicznie i zdecydowanie bardziej thrashowo. Tytuł od razu przywołuje konkretny okres historii zespołu, ale muzycznie nie jest to zwykła wycieczka w przeszłość. Riffing i sekcja rytmiczna robią tutaj swoje, a utwór należy do tych bardziej bezpośrednich fragmentów płyty. To kolejny agresywniejszy moment na płycie i taki ukłon w stronę bardziej klasycznego anthrax.
Tytułowy „Cursum Perficio” jest jednym z najdłuższych utworów na albumie i zdecydowanie bardziej rozbudowaną kompozycją. Nie jest to jednak kolejny „It's For The Kids”. Anthrax stawia tutaj na ciężar, klimat i stopniowe rozwijanie utworu. To też do dobry utwór, ale też trochę brakuje tutaj dopracowania i jakiegoś powiewu świeżości.
„T.O.M.B.” to jeden z cięższych kawałków na płycie. Mocny bas Franka Bello, tłuste gitary i charakterystyczny groove sprawiają, że utwór ma sporą siłę. Można odnieść wrażenie, że za chwilę całkowicie eksploduje w thrashowym tempie, ale Anthrax często świadomie pozostaje w cięższym, średnim tempie. I właśnie to jest tutaj interesujące.
„Watch It Go” jest jednym z bardziej zadziornych fragmentów albumu. Pojawiają się szybsze partie, agresywniejsze gitary i trochę bardziej chaotyczna konstrukcja. Słychać tutaj wpływy różnych okresów amerykańskiego metalu, ale wszystko zostaje przepuszczone przez charakterystyczny styl Anthrax. Nie jest to jednak najbardziej przebojowy numer na płycie i momentami kompozycja wydaje się trochę zbyt rozciągnięta.
Na koniec dostajemy „My Victory”. Bardzo dobre zakończenie płyty – ciężkie, melodyjne i utrzymane w stylu, który Anthrax rozwijał już na „Worship Music” oraz „For All Kings”. Joey Belladonna dostaje tutaj sporo przestrzeni i jego wokal świetnie pasuje do bardziej podniosłego charakteru utworu. Utwór znów pokazuje agresywne oblicze zespołu i też można zaliczyć do jaśniejszych punktów nowej płyty.
„Cursum Perficio” nie jest lepsze od „Worship Music” ani „For All Kings”, ale też nie musi być. To bardzo dobry, dojrzały i różnorodny album, który po dziesięciu latach oczekiwania pokazuje, że Anthrax nadal ma coś do powiedzenia. Nie każdy numer trafia w dziesiątkę, ale najlepsze momenty – szczególnie „It's For The Kids”, „Everybody's Got A Plan”, „The Edge of Perfection” i „NYC 93” – pokazują, że legenda Wielkiej Czwórki wciąż potrafi nagrać naprawdę porządny metal. Choć po singlach spodziewałem się znacznie ciekawszej i agresywniejszej płyty. Pozostaje uczucie niedosytu niestety.
Ocena : 8/10
środa, 16 września 2026
HANSEN - Born with a hammer (2026)
Born With A Hammer” jest więc albumem dość nietypowym jak na człowieka, który przez dekady był jednym z symboli europejskiego power metalu. Znajdziemy tutaj heavy metal, hard rock, punkowe naleciałości, bardziej nowoczesne brzmienie, dużo melodii, a nawet momenty mocno inspirowane klasycznym rockiem. Nie wszystko jest równie mocne i właśnie różnorodność może sprawić, że płyta będzie wymagała kilku przesłuchań, zanim wszystkie jej elementy zaczną ze sobą odpowiednio współgrać.
Najważniejsze jest jednak to, że Hansen nie nagrał albumu pod dyktando oczekiwań fanów. Mógł bez problemu stworzyć kolejną płytę opartą na sprawdzonym schemacie, dorzucić kilka szybkich riffów, wielki refren i nazwać to kolejnym powrotem do korzeni. Zamiast tego poszedł trochę na bok i pozwolił sobie na większą swobodę. Dzięki temu „Born With A Hammer” nie jest kolejną próbą powtórzenia sukcesów Helloween czy Gamma Ray. Dla jednych sport minus, a dla drugich spory atut. Nie powiem miło jest usłyszeć Hansena w nieco innych stylistykach niż typowy power metal..w końcu są.elementy punku, regeea czy bardziej nowoczesnego heavy metalu.
Co do składu to mamy tutaj praktycznie powtórkę z pierwszego solowego albumu Hansena. Na basie Alexander Dietz, na perkusji Daniel Walding , na gitarach wspiera Hansena jego syn Tim Hansen oraz Eike Freese. Band jest zgrany, choć mało tutaj solówek czy riffów, które jakoś specjalnie zapadają w pamięci. Trochę ten element tutaj słabo wypada i można czuć niedosyt.
Podobnie jak poprzednie solowy album Hansena są momenty mocne i oddajcie jego talent. Utwory które mogłyby śmiało trafić choćby na album gamma Ray, ale są też eksperymenty i nieco słabsze kawałki. Nie powstał na pewno album, który dorówna klasykom czy w pełni oddaje talent Kaia Hansena, ale na pewno ten album to świetna rozrywka. Album trwa 46 minuty i zawiera 10 kawałków i każdy znajdzie coś dla siebie.
„Feeding The Beast” otwierające album jest tego najlepszym przykładem. Początek jest spokojniejszy, niemal refleksyjny, ale po chwili wchodzą charakterystyczne gitary i mocny, pulsujący riff. To nadal Kai Hansen, ale podany w nieco innej formie. Nie ma tutaj potrzeby kopiowania „Keeper Of The Seven Keys” czy „Land Of The Free”. Hansen korzysta ze swojego doświadczenia, ale próbuje stworzyć coś bardziej osobistego. Utwór ma odpowiednią dawkę ciężaru, melodii i charakterystycznego dla niego wokalu. Udany otwieracz, który trochę nawiązuje do albumu " to the metal" gamma Ray.
„Welcome To Life” pokazuje kolejną stronę tego albumu. Jest bardziej rockowo, dynamicznie i momentami wręcz punkowo. To numer, który szybko wpada w ucho i pokazuje, że Hansen tym razem nie zamierza zamykać się w jednej stylistycznej szufladzie. To jeden z moich ulubionych kawałków na płycie, bo jest tu radość i taki humor jakby wyjęty z pierwszych płyt Gamma Ray. W dodatku czuć power metal, a motyw regeea pokazuje pomysłowość Hansena i smykałkę do tworzenia hitów.
Podobnie jest w „Don't Care”, gdzie pojawia się więcej luzu, prostsze melodie i lekkość, której niekoniecznie spodziewalibyśmy się po człowieku kojarzonym przede wszystkim z europejskim power metalem. To również pozytywnie zakręcony kawałek, gdzie Hansen stawia na nowoczesny rytmy, trochę funku i dobra zabawę. Radosny utwór, ale daleko od tej perfekcji i błysku geniuszu, z którego słynie Kai. Chwytliwości tej kompozycji nie można odmówić.
Jeszcze ciekawiej robi się w „Wait And See”. To jeden z najbardziej nietypowych fragmentów płyty. Jest tutaj nowocześniejszy, momentami niemal industrialny klimat, mocny rytm i riff, który zamiast pędzić w stronę power metalu, buduje bardziej ciężką i mroczną atmosferę. To właśnie takie momenty pokazują, że Hansenowi zależało na stworzeniu albumu, który nie będzie kolejnym odtworzeniem jego przeszłości. Dla mnie tutaj już za dużo kombinowania i za mało Hansena i to z czego słynie.
Największym eksperymentem jest jednak utwór tytułowy. „Born With A Hammer” trwa ponad osiem minut i rozwija się powoli, zaczynając od fortepianu i spokojniejszego klimatu. Z czasem kompozycja nabiera rozmachu, pojawiają się bardziej podniosłe partie i wyraźne wpływy Queen. To zdecydowanie bardziej rozbudowany i emocjonalny numer niż większość materiału. Można mieć wrażenie, że Hansen potraktował go jako pewnego rodzaju muzyczne podsumowanie swojej drogi. Utwór jest piękny i znów pokazuje geniusz Kai Hansena. Wpływy Queen zawsze dało się wyłapać w muzyce gamma Ray i dlatego też ten utwór mógłby być punktem wyjściowym nowego albumu gamma Ray. To utwór, który mocno kojarzy się z "Time for deliverence", a przede wszystkim "the silence". Sporo świetnych tutaj motywów i najlepsze to ten koło 4.minuty kiedy wkracza skoczny motyw gitary i pianina. No i ten świetny wokal Jak. Cudo.
I.D.G.A.F.” przynosi natomiast sporo rock'n'rollowego luzu. To jeden z tych kawałków, w których Hansen pokazuje, że nie zawsze potrzebuje skomplikowanych aranżacji i galopujących gitar, żeby stworzyć coś charakterystycznego. Jest energia, chwytliwa melodia i sporo swobody. Numer ma też wyraźnie klasyczny rockowy rodowód, a zastosowane tutaj rozwiązania pokazują, że muzyczne inspiracje Hansena są znacznie szersze niż sam heavy metal. To taki nieco hard rockowy kawałek, ale znów za mało w tym wszystkim Hansena i za mało konkretów.
„End Of The Road” to już zdecydowanie bliższe temu, czego można oczekiwać od autora „Future World” czy „Rebellion”. Jest melodyjnie, ciężej i bardziej podniośle. To jeden z tych momentów, kiedy od razu wiadomo, kto stoi za kompozycją. Nie jest to jednak próba stworzenia kolejnego Gamma Ray. Raczej przypomnienie, że charakterystycznego stylu Hansena nie da się tak po prostu wyłączyć. To taki pocieszny utwór na miarę "master od confusion" i słucha się tego naprawdę z dużą przyjemnością.
Triple Trouble” ponownie podkręca tempo i wprowadza więcej zabawy. Jest rockowo, przebojowo i bez zbędnego zadęcia. Piękne są pojedynki na solówki Kaia i jego syna. Znów jest pozytywna energią i zapędy w stronę twórczości Gamma Ray. Dobrze się tego słucha.
„Invaders” idzie już wyraźniej w stronę klasycznego heavy metalu. Mocny riff, melodyjny refren i odpowiednia dawka ciężaru sprawiają, że właśnie tutaj starsi fani Hansena mogą poczuć się najbardziej znajomo.
Na zakończenie dostajemy „Wonderland”. To kolejny ukłon w stronę klasycznego heavy metalu, a wpływy Judas Priest są tutaj dosyć łatwe do wychwycenia. Hansen nie ukrywa swoich inspiracji, ale też nie próbuje udawać, że odkrywa metal na nowo. Bierze elementy, na których sam się wychował, i przepuszcza je przez własny styl. To najostrzejszy utwór na płycie, który przypomina kompozycje z "empire of the undead".
Czy każdy fan klasycznego power metalu będzie zachwycony? Niekoniecznie. Jeżeli ktoś oczekuje od Hansena wyłącznie galopujących gitar, wysokich melodii i refrenów w stylu „Somewhere Out In Space”, może być zaskoczony. Jeżeli jednak potraktować ten album jako solową płytę muzyka, który po czterdziestu latach kariery nadal chce zrobić coś po swojemu, „Born With A Hammer” nabiera znacznie większego sensu.
Kai Hansen nie musi już niczego nikomu udowadniać. Tym razem po prostu gra to, na co ma ochotę. I właśnie dlatego ten album jest ciekawszy, niż mogłoby się wydawać po samym nazwisku na okładce.
Ocena : 7/10
wtorek, 15 września 2026
XION - When stars collide (2026)
Szwedzki Xion w roku 2024 zauroczył mnie świetnym debiutem, który idealnie połączył świat thrash metalu , speed metalu i heavy metalu. W ich muzyce można doszukać się wpływów anninhilator, paradox, megadeth, czy też choćby anthrax. Debiut był.kopalnia hitów i bija z niego świeżość i pomysłowość. Teraz po dwóch latach band wraca z drugim albumem studyjnym zatytułowanym "when stars collide" , który ukazał się 8 września nakładem fireflash records. Ich drugi album to bardzo konkretna mieszanka speed i thrash metalu, mocno zakorzeniona w latach 80., ale podana w sposób, który nie brzmi jak kolejna bezmyślna próba odtworzenia brzmienia Metallica, Slayer czy Megadeth. Zespół ma swoje pomysły, a przede wszystkim świetnie czuje się w szybkich, agresywnych numerach, w których równie ważne jak tempo są melodie gitar. To płyta obok, której nie można przejść obojętnie.
Xion to przede wszystkim zgrany duet gitarzystów i trzeba przyznać, że Zetterstrom jak Radman znają się na rzeczy. Słychać, że są zgrani i potrafią balansować między agresją, a chwytliwości a i przebojowości. Znakomicie łączą patenty heavy/speed metalowe z thrash metalem. Bez nich nie byłoby tego charakteru Xion. Na pochwałę zasługuje także Robin Björk. Jego wokal nie jest typowym thrashowym wrzaskiem. Śpiewa bardziej melodyjnie, momentami przypominając klasycznych wokalistów heavy/thrash metalu, dzięki czemu muzyka zyskuje dodatkową warstwę melodyczną. Nie wszystkim może odpowiadać jego wyższy rejestr, ale w średnich partiach brzmi bardzo dobrze i przede wszystkim pasuje do charakteru zespołu.
Największą zaletą „When Stars Collide” jest jednak równowaga. Xion potrafią grać szybko, ale nie zapominają o melodiach. Potrafią być agresywni, ale nie robią z każdego utworu bezładnej kanonady. Są techniczni, ale nie zamieniają albumu w pokaz umiejętności muzyków. Oczywiście wpływy starszych zespołów są bardzo wyraźne, jednak trudno mieć o to pretensje, skoro materiał został napisany z takim wyczuciem i energią.
Okładka Mroczna i tajemnicza. Nie wiele zdradza i pasuje do tego co band gra. Warto pochwalić za mocne i wyraziste brzmienie, które uwypukla każdy dźwięk.Już otwierający „Hands Will Be Cut” jest mocnym wejściem. Jest szybko, ostro i bez zbędnego wstępu, a dwie gitary Erika Zetterströma i Liama Rådman sprawiają, że utwór od razu nabiera charakteru. Słychać tutaj ducha klasycznego thrashu, ale Xion nie ograniczają się do prostego łojenia. Pojawiają się efektowne pojedynki gitarowe, zmiany rytmu i melodie, które sprawiają, że kawałek zostaje w głowie. Band od razu pokazuje swój potencjał i atuty. Mocne wejście, a to dopiero początek. „Burned Onto You” pokazuje natomiast drugą stronę zespołu. Tempo zostaje nieco uspokojone, a na pierwszy plan wychodzi klasyczny heavy metalowy charakter. Jest tu więcej przestrzeni, mocny rytm i bardzo przyjemne gitarowe prowadzenia. To właśnie takie momenty sprawiają, że „When Stars Collide” nie jest monotonną jazdą od początku do końca. Można doszukać się elementów anninhilator, paradox czy anthrax. Xion błyszczy i pokazuje jak tworzyć thrash metalowe hity.
Jeszcze ciekawiej robi się przy „Phantom Of Blood”. To jeden z najlepszych numerów na płycie i jednocześnie świetny przykład tego, jak Xion potrafią połączyć thrashową agresję z bardziej pokręconymi riffami. Słychać tutaj wpływy Megadeth, ale także charakterystyczną dla klasycznego speed metalu melodykę. Numer rozwija się bardzo dynamicznie, a końcówka ponownie przyspiesza i daje gitarzystom kolejną okazję do pokazania swoich umiejętności
„Total Euphoria” to z kolei krótki, niespełna trzyminutowy strzał prosto między oczy. Tutaj nie ma miejsca na kombinowanie – jest szybkość, agresja, ostre riffy i świetne solówki. Xion pokazują, że nie zawsze trzeba budować siedmiominutowe kompozycje, żeby zrobić wrażenie. Czasami wystarczy mocno rozpędzić maszynę i pozwolić jej przejechać po słuchaczu. Piękny hołd dla twórczości choćby anthrax i taki thrash metal.to ja kocham.
Dużym urozmaiceniem jest „Granted Wings (Let Me Fly)”. To spokojniejszy, bardziej emocjonalny fragment albumu, oparty na czystych gitarach i melancholijnym klimacie. Taki numer był tutaj potrzebny, bo dzięki niemu druga część płyty nie zamienia się w jednostajny maraton szybkich riffów. Co ważne, Xion nie próbują na siłę robić z tego wielkiej power metalowej ballady – utwór pozostaje naturalną częścią albumu. Ten kawałek pokazuje inne oblicze zespołu. Nie jest to zły utwór, ale jakoś nie powala tak jak większość materiału.
„Dead By The Night” ponownie zwiększa ciężar, ale tym razem zespół pozwala sobie na bardziej rozbudowane rozwiązania. Jest tutaj trochę progresywnego podejścia i mroczniejszy, niemal klasycznie heavy metalowy klimat. Z kolei „Mirror Shield” przynosi kolejną dawkę melodyki i pokazuje, że Szwedzi bardzo dobrze czują się również w bardziej chwytliwych fragmentach.
Na finał dostajemy „Zero Light” i jest to jeden z najmocniejszych punktów całego materiału. Xion wracają do wysokich obrotów, serwując ostre riffy, potężną perkusję i kolejne świetne partie gitarowe. To zdecydowanie utwór, który najlepiej sprawdza się na zakończenie płyty – zamiast stopniowo wygaszać emocje, zespół kończy album mocnym uderzeniem.
„When Stars Collide” nie jest może albumem, który zmieni oblicze thrash metalu, ale wcale nie musi nim być. To bardzo solidna, energetyczna i świetnie zagrana płyta zespołu, który dopiero buduje swoją pozycję. Xion mają odpowiednie umiejętności, pomysły i przede wszystkim autentyczną pasję do klasycznego metalu. Jeżeli kolejne albumy będą rozwijały ten kierunek, Szwedzi mogą jeszcze nie raz pozytywnie zaskoczyć. Xion znów.pokazal klasę.
Ocena : 9/10
poniedziałek, 14 września 2026
THY LEGACY - the call (2026)
Już za samą okładkę należą się brawa . Jest mrok, klimat i znakomicie oddaje epicki charakter zawartości. Thy Legacy nie ukrywa swoich inspiracji. Mamy tutaj klasyczny heavy metal, epic metal oraz wpływy amerykańskiego power metalu. Słychać fascynację takimi zespołami jak Omen, Manowar, Wrathblade czy Eternal Champion, ale Grecy nie próbują kopiować jednego konkretnego wykonawcy. Zamiast tego biorą z tych źródeł to, co najlepsze: ciężkie riffy, podniosłe melodie gitarowe, wojenny klimat i mocne, łatwo wpadające w pamięć partie wokalne. Thy Legacy to przede wszystkim charyzmatyczny wokalista Retaliator, który buduje napięcie i potrafi nadać epickiego rozmachu. To mocny atut tej kapeli. Dobrze wypada duet gitarowy, który tworzą Guillotine i Retaliator. Panowie nie kombinują i stawiają na klasyczne rozwiązania. Riffy mocno nawiązują do lat 80 i ta szczerość to jest spory atut Thy Legacy.
Już otwierający „Heavy Metal Rising” pokazuje, z czym będziemy mieli do czynienia. To ponad pięć minut klasycznego, epickiego heavy metalu, w którym liczy się przede wszystkim gitarowy riff i odpowiednia atmosfera. Nie ma tutaj nowoczesnych udziwnień ani próby pokazania, jak wiele można zrobić z produkcją. Jest za to surowość i bezpośredniość, która dobrze pasuje do tego typu muzyki. Band już na dzień dobry pozytywnie zaskakuje.
Tytułowy „The Call” jest krótkim, niespełna dwuminutowym utworem, który pełni raczej funkcję przerywnika niż pełnoprawnego numeru. Znacznie więcej dzieje się w „Metal Legion”. To jeden z najbardziej dynamicznych kawałków na płycie i jednocześnie jeden z tych, które najlepiej pokazują potencjał Thy Legacy. Szybki rytm, mocne gitary i energia przywodząca na myśl klasyczny amerykański heavy metal. Tutaj naprawdę można poczuć ducha lat 80. W takim wydaniu band brzmi bardzo korzystnie.
Holy Storm” ponownie pokazuje bardziej epickie oblicze zespołu. Jest ciężar, są melodyjne gitary i charakterystyczny podniosły klimat. Nie jest to muzyka dla osób szukających progresywnych eksperymentów czy skomplikowanych struktur. Thy Legacy stawia na sprawdzone rozwiązania i robi to z dużym przekonaniem. „Chasing Glory” również trzyma poziom, a przy okazji pokazuje, że zespół potrafi napisać numer, który nie opiera się wyłącznie na szybkości. To tylko pokazuje, że band potrafi urozmaicić swój materiał.
Ciekawie wypada „The Amulet”, który jest kolejnym krótkim utworem, tym razem trwającym niespełna dwie minuty. Więcej miejsca otrzymujemy natomiast w „Seven Witches”. To jeden z bardziej charakterystycznych fragmentów płyty, gdzie epic metalowy klimat spotyka się z klasycznym heavy. Jest tutaj odpowiednia dawka tajemniczości, ale przede wszystkim mocne gitarowe granie.
Całość zamyka najdłuższy na płycie „The Road To Helheim”, trwający ponad sześć i pół minuty. To właśnie tutaj Thy Legacy może pozwolić sobie na szersze rozwinięcie swoich pomysłów. Jest bardziej monumentalnie, a kompozycja ma w sobie coś z finału klasycznej epickiej metalowej opowieści. To dobry sposób na zakończenie albumu i jeden z jego mocniejszych punktów.
„The Call” nie jest albumem, który zmieni oblicze epic heavy metalu. Nie jest też jeszcze materiałem na poziomie najlepszych płyt Omen czy klasyków Manowar. Jest za to bardzo przyjemnym debiutem pokazującym, że Thy Legacy ma pomysł na siebie i przede wszystkim rozumie, dlaczego klasyczny heavy metal wciąż działa. Jest w tym sporo pasji, energii i autentycznego zamiłowania do starej szkoły.
Jeżeli ktoś lubi klasyczny heavy metal, epic metal i amerykański power metal, zdecydowanie powinien dać tej płycie szansę. Nie jest to granie odkrywcze, ale jest szczere, dobrze wykonane i przede wszystkim pozbawione zbędnego kombinowania. Jak na debiut – naprawdę solidna rzecz. Teraz pozostaje tylko czekać, czy na kolejnym albumie Thy Legacy rozwinie skrzydła i pokaże jeszcze więcej własnego charakteru. Płyta godna uwagi.
Ocena : 8/10
MP - Reborn (2026)
MP to jedna z tych niemieckich nazw, które mogą nie być tak rozpoznawalne jak Accept czy Running Wild, ale dla fanów starego, klasycznego heavy metalu zdecydowanie nie są anonimowe. Początki zespołu sięgają połowy lat 80., kiedy formacja wydała między innymi „Bursting Out” i „Get It Now”, a jej muzyka mocno zakorzeniona była w tradycyjnym heavy metalu. Później MP na długie lata zniknęło ze sceny, dlatego powrót z nowym materiałem po ponad trzech dekadach jest wydarzeniem przede wszystkim dla tych, którzy pamiętają zespół z jego pierwszego okresu. „Reborn”, który ukazał się 11 września, jest piątym pełnowymiarowym albumem MP i jednocześnie symbolicznym rozpoczęciem kolejnego rozdziału. Co ważne, muzycy nie próbują tutaj na siłę udowadniać, że potrafią grać nowocześnie. Wręcz przeciwnie – wracają do tego, co zawsze było ich największą siłą. Może nie powstał jakiś klasyk na miarę choćby debiutu, ale nowy materiał jest solidny i wstydu nie przynosi.
„Reborn” to dziesięć utworów utrzymanych w stylistyce klasycznego heavy metalu, mocno zakorzenionego w latach 80. Nie ma tutaj przesadnej produkcji, elektronicznych dodatków ani próby przypodobania się współczesnym trendom. Jest za to sporo gitar, prostych i konkretnych riffów, charakterystycznych solówek oraz wokalu Thomasa Zellera, który nadaje całości odpowiednio oldschoolowego charakteru. Co istotne, album nie brzmi jak przypadkowa próba odtworzenia własnej przeszłości. Jest w tym wszystkim doświadczenie muzyków, ale również pewna spontaniczność, dzięki której materiał nie sprawia wrażenia muzealnego eksponatu.
Ze starego składu został wokalista, natomiast reszta składu jest nowa. Na pewno przyciąga uwagę obecność perkusisty Klausa Sterlinga, który grywał w Primal Fear. Jest też gitarzysta Jürgen Fory, który dobrze odnajduje się w muzyce MP i stara się odtworzyć klimat lat 80. Radzi sobie naprawdę dobrze, choć nie jest jakimś wirtuozem gitary. Stawia na proste, sprawdzone i bardziej klasyczne motywy gitarowe. To przekłada się na dobry poziom utworów.
Okładka jest miła dla oka, a brzmienie próbuje nawiązywać do początków kapeli, co jest jak najbardziej na plus. Płyta zawiera 10 utworów, co daje 36 minut muzyki.
Już „Bloodline” ustawia kierunek całej płyty. To krótki, dynamiczny numer, który zamiast długo się rozkręcać, od razu wchodzi z konkretnym riffem i mocnym tempem. „No Way Out” idzie bardziej w stronę klasycznego heavy metalu i pokazuje, że MP potrafi budować utwory nie tylko na szybkości, ale również na chwytliwych gitarowych motywach. Bardzo dobrze wypada także „No Matter What It Takes”, gdzie pojawia się więcej melodii, ale bez utraty metalowego charakteru. To bardzo dobry początek płyty. Jest prosto i oldschoolowo.
Jednym z ciekawszych punktów albumu jest „Hammer Heart”. To właśnie taki numer, który mógłby spokojnie znaleźć się na płycie któregoś z klasycznych niemieckich zespołów z lat 80. Jest prosty, mocny i oparty na riffie, który nie potrzebuje żadnych dodatkowych ozdobników. Duży plus za szybsze tempo i agresywniejszy riff. To pokazuje potencjał tej formacji.
„Demolator” z kolei pokazuje bardziej agresywne oblicze MP. To jeden z najbardziej speedmetalowych momentów albumu, a sam tytuł dobrze oddaje charakter tego kawałka. Nie jest to klasa światowa, ale dobrze się tego słucha.
Na szczególną uwagę zasługuje „Caught In A Lie”, najdłuższy utwór na płycie. Tutaj zespół ma trochę więcej miejsca na rozwinięcie pomysłów i nie ogranicza się wyłącznie do krótkich, szybkich numerów. Jest też „Faster”, zgodnie z tytułem bardziej rozpędzony i bezpośredni, oraz „Outer Limits”, który należy do tych kawałków, które dobrze pokazują, że MP nadal potrafi stworzyć klasyczny metalowy numer bez zbędnego kombinowania.
„Emergency” ponownie stawia na energię i prostotę, natomiast całość zamyka „Shit In Your Brain”. Tytuł jest dość dosadny, ale muzycznie pasuje do charakteru zespołu – bez zbędnego patosu, za to z konkretnym gitarowym graniem. I właśnie ta bezpośredniość jest jedną z największych zalet „Reborn”.
Największym atutem „Reborn” jest właśnie autentyczność. To płyta dla ludzi, którzy nadal wolą konkretny riff, gitarową solówkę i tradycyjny metalowy wokal od przesadnie wypolerowanej produkcji. Nie wszystkie kompozycje mają identyczną siłę, ale album jest zaskakująco równy i przede wszystkim nie nudzi. Po tylu latach MP nie wróciło po to, żeby odcinać kupony od dawnej sławy. Niemcy po prostu nagrali kolejny heavy metalowy album – i chyba właśnie dlatego „Reborn” wypada tak dobrze.
Dla fanów klasycznego heavy i speed metalu jest to pozycja zdecydowanie warta sprawdzenia. Szczególnie jeśli ktoś tęskni za czasami, kiedy metal był przede wszystkim muzyką gitarową, prostą, mocną i pozbawioną niepotrzebnych dodatków. Bardzo udany powrót po latach.
Ocena: 8/10
niedziela, 13 września 2026
HARLOTT - Exsequiis (2026)
I powiem od razu – było warto czekać. „Exsequiis” to dla mnie nie tylko najlepszy album Harlott, ale jeden z najmocniejszych thrashowych materiałów, jakie ukazały się w 2026 roku. Australijczycy wracają tutaj z ogromną energią, ale jednocześnie pokazują, że przez sześć lat nie stali w miejscu. To nadal bezkompromisowy thrash metal, ale bardziej rozbudowany, dojrzalszy i jeszcze lepiej przemyślany pod względem kompozycji. Band jest na scenie od 20 lat i ma na koncie pięć albumów studyjnych, ale najlepszy okazał się ten najnowszy. Zespół stanął na wysokości zadania i nagrał album bezbłędny. Przede wszystkim dojrzały, przemyślany, agresywny i wypchany hitami. To nie tylko szybkie granie do przodu. To rozrywka najwyższych lotów.
Największą siłą „Exsequiis” są jednak gitary. Harlott nie ogranicza się do prostego łupania w stylu retro-thrash. Owszem, fundamentem jest klasyka lat 80. i początku lat 90., ale pojawia się tutaj również sporo bardziej technicznych rozwiązań, zmian tempa i ciekawych przejść. Czasami można odnieść wrażenie, że muzycy chcą pokazać, ile jeszcze można wycisnąć z klasycznej formuły thrash metalu. I właśnie dlatego ten album brzmi świeżo, mimo że jego korzenie są bardzo mocno osadzone w przeszłości. Duet Hudson/Bartley imponuje zgraniem i pomysłowością. Technicznie wymiatają, ale potrafią też zadbać o melodyjny aspekt. Jest w tym agresja i pomysłowość. To jest prawdziwa siła zespołu. Całość świetnie spina utalentowany i rasowy thrashmetalowy wokalista Andrew Hudson, który nadaje muzyce agresji i przebojowości.
Nowy album to 11 kawałków dających 46 minut muzyki. Same killery i świetne strzały, które potwierdzają, w jak świetnej formie jest zespół. Już „Incipiam”, czyli krótkie intro, buduje odpowiednie napięcie przed właściwym atakiem. A ten przychodzi wraz z „Void”. To właśnie taki Harlott, jaki lubię najbardziej – szybkość, agresja, świetne riffy i wokal Andrew Hudsona, który nie próbuje być przesadnie melodyjny. Jest za to wściekłość i odpowiednia dawka jadu. Gitary momentami brzmią jak połączenie klasycznego Slayera, Kreatora i Exodus, ale Australijczycy mają wystarczająco dużo własnych pomysłów, żeby nie można było nazwać tego zwykłą kopią. Mocny start, a to dopiero początek.
„Messiah Simplex” pokazuje z kolei bardziej melodyjną stronę zespołu. Nadal jest ciężko i szybko, ale pojawia się więcej chwytliwych fragmentów oraz świetnych gitarowych harmonii. To właśnie takie momenty sprawiają, że „Exsequiis” nie jest jednowymiarową płytą. Harlott potrafi przyspieszyć, zwolnić, dorzucić mocniejszy riff albo rozbudowane solo i cały czas zachować charakterystyczną thrashową energię. Każdy znajdzie coś dla siebie, a band nie gra na jedno kopyto, za co duży plus.
„Trial By Liar” to jeden z najbardziej przebojowych numerów na płycie. Mocny początek, świetny riff i tempo, które od razu porywa. To utwór, który aż prosi się o granie na koncertach. Nie brakuje tutaj agresji, ale jest też ten bardzo ważny element, którego czasami brakuje młodym zespołom thrashowym – zapamiętywalność. Thrash metal w najlepszym wydaniu, który w pełni oddaje piękno tego gatunku. Znakomity hołd dla takich wielkich graczy jak Slayer, Exodus czy Testament.
Bardzo dobrze wypada również „The God That Knows No Name”. Początek jest nieco spokojniejszy, bardziej heavy metalowy, ale później utwór nabiera mocy i przechodzi w klasyczny, ciężki thrashowy riff. To jeden z tych numerów, w których Harlott pokazuje, jak dobrze potrafi budować napięcie. Z kolei „Kleptogenesis” to już prawdziwa jazda bez trzymanki. Szybkość, agresja i riffy, przy których trudno usiedzieć w miejscu.
Dalej mamy zadziorny, niezwykle agresywny „A Still More Glorious Dawn Awaits”, który utrzymany jest w bardziej stonowanym tempie. Zaskakuje tutaj bardziej heavy metalowe oblicze zespołu i brzmi to naprawdę obłędnie. Techniczny thrash metal pojawia się też w przebojowym „The Joyful Stain”. Trochę przypomina mi się twórczość Death Angel czy Overkill. Elementy heavy metalowe dodają uroku całości. Podobne emocje wzbudza mroczny „Ending”, który momentami przypomina dokonania Anthrax.
Rozpędzony „Vice Borne” nie bierze jeńców. Thrashmetalowa petarda i tak, moi drodzy, gra się thrash metal! Co za moc i pasja. Całość zamyka tytułowy utwór, który jest pięknym zwieńczeniem całości. To kolejny thrashmetalowy killer na płycie.
Po sześciu latach oczekiwania Harlott wrócił mocniejszy niż kiedykolwiek. „Exsequiis” to album niezwykle równy, pełen znakomitych riffów i utworów, które zostają w głowie. Nie ma tutaj przypadkowych kompozycji ani dłużyzn. Jest za to mnóstwo energii, agresji i tego charakterystycznego uczucia, że słucha się zespołu, który naprawdę wierzy w swoją muzykę.
Harlott zrobił album, który spokojnie może stanąć obok najlepszych współczesnych płyt thrashmetalowych. „Exsequiis” pokazuje, że klasyczny thrash wciąż może być świeży, wściekły i ekscytujący. Dla mnie to zdecydowanie najlepsza płyta Australijczyków i jeden z kandydatów do ścisłej czołówki mojego podsumowania 2026 roku. Jedno z największych zaskoczeń tego roku.
Ocena: 10/10
KILLER - The grand finale (2026)
sobota, 12 września 2026
CARBONIC FIELDS - Spiritual Mentis (2026)
Największą zaletą „Spiritus Mentis” jest chyba to, że Carbonic Fields nie próbuje na siłę udowadniać, jak bardzo jest ekstremalny. Zespół rozumie, że sam ciężar nie wystarczy. Potrzebne są melodie, odpowiednia atmosfera i dobre kompozycje. Dzięki temu mamy tutaj trochę szwedzkiego melodyjnego death metalu, trochę progresji i symfoniki, ale wszystko zostało połączone w całkiem spójną całość.
Carbonic Fields to przede wszystkim zadziorny i drapieżny wokal Thomasa D'Herbomeza, który pasuje do tego, co gra zespół, i nadaje całości odpowiedniej agresji. Ważną rolę odgrywa bez wątpienia gitarzysta Mathieu Méheust, który stara się postawić na urozmaicone partie gitarowe i przebojowość. Dzięki niemu dużo dobrego dzieje się na płycie i nie brakuje tutaj hitów. To przekłada się na zawartość albumu i jego poziom.
Od początku słychać, że nie jest to zespół nastawiony wyłącznie na brutalność. „In The Storm” przynosi mocne riffy, growling i konkretną dawkę agresji, ale obok tego pojawiają się melodie oraz partie gitarowe, które nadają utworowi większej przestrzeni. Momentami można tutaj wyczuć ducha szwedzkiego melodyjnego death metalu, ale Carbonic Fields nie próbuje być kopią In Flames czy Dark Tranquillity. Francuzi dodają do tego własne, bardziej progresywne i symfoniczne rozwiązania.
Bardzo dobrze wypada „Porcelain Face”, gdzie zespół pokazuje, że potrafi zwolnić i zbudować odpowiedni klimat. To właśnie takie kompozycje sprawiają, że „Spiritus Mentis” nie męczy po kilku utworach. Mamy zmianę tempa, ciężar, melodie i momenty, w których muzyka staje się bardziej przestrzenna.
„Devil(s)wing” zaskakuje formą i takim bardziej komercyjnym charakterem. To śliczny kawałek o nieco folkowym zabarwieniu. Z kolei „Go(d)escent” pokazuje, że Carbonic Fields coraz lepiej radzi sobie z łączeniem ciężaru z atmosferą.
Jednym z ciekawszych punktów płyty jest „Pentacrual”. To numer mocny, mroczny i niepokojący, ale jednocześnie zachwyca pozytywną energią. Za bardzo zespół kombinuje natomiast w „Let Us Prey” i chyba chciał tutaj za dużo zaprezentować. Wdziera się chaos i próba kombinowania na siłę.
Próbują zaskoczyć w bardziej komercyjnym „Ghost Still Follow” czy rozpędzonym i agresywnym „False Messiah”. W efekcie dostajemy zróżnicowany i solidny materiał.
Francuzi nie są jeszcze wielką nazwą, ale po takim albumie zdecydowanie warto zapamiętać Carbonic Fields. „Spiritus Mentis” pokazuje zespół, który ma pomysł na siebie i przede wszystkim nie boi się rozwijać swojego stylu. Dla fanów melodyjnego death metalu z progresywnym i symfonicznym zacięciem jest to naprawdę solidna pozycja.
Ocena: 7/10
piątek, 11 września 2026
TYGERS OF PAN TANG - Electrifyed (2026)
czwartek, 10 września 2026
CIRITH UNGOL - All the Shadows (2026)
Cirith Ungol od początku swojej działalności podążało własną drogą. Nie interesowało ich kopiowanie najbardziej popularnych odmian heavy metalu, lecz budowanie charakterystycznego, posępnego klimatu opartego na ciężkich riffach, epickich melodiach, doomowym ciężarze i niezwykle charakterystycznym wokalu Tima Bakera. To właśnie ten specyficzny miks sprawił, że grupa z czasem stała się jednym z najbardziej kultowych przedstawicieli amerykańskiego epic heavy metalu. Cieszy fakt, że nowy album brzmi jak typowy album Cirith Ungol i wciąż czuć na nim klimat lat 80.
Największą siłą zespołu pozostaje jednak jego autentyczność. W czasach, kiedy wiele klasycznych formacji próbuje unowocześniać swoje brzmienie, Cirith Ungol nie musi tego robić. Ich muzyka nigdy nie była nastawiona na pogoń za trendami. To metal dla ludzi, którzy cenią sobie klimat, charakter i prawdziwe riffy, a nie produkcyjną sterylność.
Dużą rolę odgrywa również brzmienie gitar. Jest ciężkie, momentami wręcz przytłaczające, ale jednocześnie pozostawia miejsce na melodie. To właśnie ten balans pomiędzy doomowym ciężarem a epickim heavy metalem stanowi znak rozpoznawczy zespołu. Nie jest to muzyka łatwa ani szczególnie przebojowa. Wymaga od słuchacza odpowiedniego nastroju i kilku przesłuchań. Sekcja rytmiczna wciąż buduje odpowiedni klimat, a wokal Tima Bakera nadaje całości drapieżności. To właśnie on jest jednym ze znaków rozpoznawczych Cirith Ungol.
Dobrze spisuje się też gitarzysta Armand Anthony, który działa w zespole od 2024 roku. Znamy go bardzo dobrze z Night Demon, czyli połowa składu Cirith Ungol to muzycy tego zespołu. Najważniejsze, że Armand Anthony sprawdza się w nowej roli i potrafi budować odpowiedni klimat oraz mrok.
Okładka jest typowa dla tego zespołu i miło widzieć, że cały czas trzymają się swojego stylu. Nawet brzmienie jest charakterystyczne dla zespołu. Nie zatracili swojego charakteru i wciąż są sobą. Płyta zawiera osiem kompozycji.
Na dzień dobry wita nas energiczny i zadziorny „All the Shadows”. Pomysłowy riff, klimat lat 80. i nic więcej do szczęścia nie trzeba. Cirith Ungol w najlepszej okazałości. Dalej robi się ciekawie i mrocznie. Wkracza bowiem marszowy i bardziej epicki „This Mortal Stein”. Pięknie band balansuje między doom metalem a heavy metalem.
Band pokazuje też pazur w zadziornym „Turning Blind”, który czerpie z klasyki i nawet NWOBHM. Można doszukać się tutaj również elementów Black Sabbath. Klasa sama w sobie i Cirith Ungol pokazuje swoją wielkość.
Można dać się porwać mrocznemu klimatowi w melancholijnym „Shadow Reflection”. Niby nic odkrywczego tutaj nie ma, ale te klasyczne zagrywki i mroczny klimat robią robotę. Band wciąż brzmi tak, jakby zatrzymał się w latach 80.
W podobnej tonacji mamy bardziej energiczny i drapieżny „Empty Tomb”. W takim wydaniu band wypada znakomicie i tylko pokazuje, że wciąż ma wiele do zaoferowania. Kto lubi mrok, stonowane tempo i emocje, ten musi posłuchać pomysłowego „On Broken Wings”. Za to właśnie kocham ten band.
Echa brytyjskiego heavy metalu, w tym Iron Maiden i NWOBHM, usłyszymy w przebojowym „Hollow Nimbus”. Całość wieńczy ponury, ocierający się o doom metal „Venus in Thirds”, który zabiera nas w podróż w głąb ciemności i mroku. To świat, w którym żyje Cirith Ungol. Jest w tym magia i coś wyjątkowego.
Lata lecą, zmieniają się trendy, pojawiają się nowe zespoły, rośnie konkurencja, ale w przypadku Cirith Ungol czas jakby się zatrzymał. Ten band dalej jest sobą, tworzy swoją charakterystyczną, pełną mroku i tajemnicy muzykę, która wciąga i wciąż dostarcza sporo emocji. Żyją latami 80., nie zmieniają się i robią swoje. Ta szczerość i autentyczność jest godna podziwu. Każdy fan zespołu musi mieć ten album w swojej kolekcji. Warto czekać na premierę 30 października.
Ocena: 9/10
poniedziałek, 7 września 2026
ACCEPT - Teutonic titans 1976-2026 (2026)
Pięćdziesiąt lat na scenie to wynik, którym może pochwalić się naprawdę niewielu wykonawców. Accept nie zamierza jednak świętować tak imponującego jubileuszu zwykłą składanką największych hitów. Niemieccy giganci heavy metalu przygotowali coś znacznie bardziej efektownego. „Teutonic Titans 1976–2026” to 19 klasycznych kompozycji zespołu nagranych ponownie, ale tym razem w towarzystwie całej armii znakomitych gości. Kocham Accept i jest to jeden z moich ulubionych zespołów, dlatego nie mogłem odpuścić sobie tej składanki. Niby z jednej strony ciekawy pomysł, ale może byłoby lepiej, gdyby całościowo śpiewał tylko Mark Tornillo? Szkoda też, że pominięto wiele płyt z dyskografii Accept, a szkoda, skoro mówimy o świętowaniu 50 lat działalności zespołu.
Lista zaproszonych muzyków robi ogromne wrażenie. Rob Halford, Phil Anselmo, Kirk Hammett, Billy Sheehan, Mikkey Dee, Tobias Forge, Hansi Kürsch, Chuck Billy, Gary Holt, Sebastian Bach, John Bush, K.K. Downing czy Chris Jericho – to tylko część nazwisk, które pojawiają się na tej wyjątkowej jubileuszowej produkcji. Można było obawiać się, że tak duża liczba gwiazd doprowadzi do chaosu i sprawi, że album będzie bardziej paradą znanych nazwisk niż muzyczną całością. Na szczęście Accept zachowuje kontrolę nad tym przedsięwzięciem.
Największą zaletą albumu jest jednak to, że mimo ogromnej liczby gości nadal brzmi jak Accept. Fundament pozostaje ten sam: charakterystyczne riffy Wolfa Hoffmanna, mocna sekcja rytmiczna, ciężar i prostota kompozycji. Produkcja jest zdecydowanie bardziej współczesna niż w oryginalnych nagraniach, dzięki czemu stare kompozycje otrzymują potężne, nowoczesne brzmienie. Nie wszystkim może odpowiadać tak mocne odświeżenie klasyków, bo oryginalne wersje mają oczywiście swój niepowtarzalny charakter. Też wolę zapuścić kultowe klasyki, ale nowa składanka Accept to dobra rozrywka i na pewno ciekawostka dla fanów.
Już otwierający „Fast As A Shark” pokazuje, że będzie konkretnie. Phil Anselmo przejmuje mikrofon, Kirk Hammett dorzuca swoje gitarowe akcenty, a Billy Sheehan i Mikkey Dee zapewniają potężną sekcję rytmiczną. Klasyczny numer Accept zyskuje jeszcze więcej agresji i energii, choć jego charakter pozostaje nienaruszony. Nie powiem, podoba mi się ta wersja klasycznego killera Accept.
Jeszcze większym wydarzeniem jest „Balls To The Wall”. Usłyszeć Roba Halforda wykonującego jeden z największych hymnów Accept to po prostu metalowa uczta. Do tego dochodzą Matthias Jabs ze Scorpions, Rex Brown i Jason Bowld. To właśnie takie momenty sprawiają, że „Teutonic Titans” ma sens – nie chodzi wyłącznie o ponowne nagranie znanych utworów, ale o pokazanie, jak ogromny wpływ Accept wywarł na kolejne pokolenia muzyków. Duet Mark Tornillo / Rob Halford wgniata w fotel.
Świetnie wypada również „Metal Heart” z Dino Jelusickiem oraz „Losers And Winners”, gdzie Mark Tornillo dzieli wokal z Hansim Kürschem. Ten drugi utwór jest zresztą jednym z najbardziej interesujących momentów całego albumu. Kürsch doskonale odnajduje się w charakterystycznym, niemieckim heavy metalowym klimacie Accept i dodaje kompozycji własnej osobowości.
Nie brakuje oczywiście innych mocnych punktów. „Aiming High” z Chuckiem Billym i Garym Holtem, „Up To The Limit” z Johnem Bushem i Alexem Skolnickiem, „London Leatherboys” z Sebastianem Bachem czy „Restless And Wild” z Chrisem Jericho i K.K. Downingiem pokazują, jak szeroki jest wachlarz zaproszonych artystów. Szczególnie finałowy „Restless And Wild” ma odpowiednią moc i świetnie zamyka tę jubileuszową podróż. Każdy znajdzie coś dla siebie i miło jest posłuchać nieco odświeżonych wersji z ciekawymi gośćmi. Szkoda, że pominięto płyty z Tornillo oraz lata 90. z Udo na wokalu. Wszystkiego nie można mieć.
Pięćdziesiąt lat historii, 19 klasyków i cała plejada znakomitych gości. Accept udowadnia, że nawet po pięciu dekadach potrafi przypomnieć, dlaczego jest jednym z fundamentów europejskiego heavy metalu. Nie jest to album, który zastąpi „Restless and Wild”, „Balls to the Wall” czy „Metal Heart”. I dobrze – nie musi. Ma przede wszystkim sprawić, że ponownie sięgniemy po te klasyczne nagrania.
„Teutonic Titans 1976–2026” to głośny, efektowny i pełen metalowej energii hołd dla pięciu dekad Accept. Dla wieloletnich fanów będzie ciekawostką i okazją do porównywania nowych wersji z oryginałami, a dla młodszych słuchaczy może być świetnym przewodnikiem po złotej erze zespołu. Dla mnie to rozrywka i możliwość zaspokojenia ciekawości, jak sprawdzają się inne głosy w muzyce Accept. Trzeba przyznać, że Mark Tornillo okazał się najlepszym strzałem.
Ocena : 8/10
niedziela, 6 września 2026
AIRBOURNE - Airbourne (2026)
Jednym z tych zespołów, które próbują oddać hołd AC/DC, a zarazem rozwijać ich dziedzictwo, jest bez wątpienia australijski Airbourne. Zaczynali w 2003 roku i już w 2007 roku wydali świetnie przyjęty debiut „Runnin’ Wild”. Świetnie wspominam jeszcze „Black Dog Barking”, który dla mnie jest jednym z ich najlepszych albumów. W sumie, kiedy spojrzymy na dyskografię tej formacji, to nigdy nie zawiedli i zawsze nagrywają bardzo dobry materiał, będący mieszanką hard rocka i heavy metalu w klimatach starych płyt AC/DC z Bonem Scottem na wokalu. Robią to z gracją, poszanowaniem tamtych płyt i dają też sporo od siebie. Naprawdę robią to w wielkim stylu.
Teraz, po siedmiu latach, powracają z szóstym albumem studyjnym zatytułowanym po prostu „Airbourne”. Płyta miała premierę 28 sierpnia i oczywiście jest to znów typowy album Airbourne, który zasługuje na uwagę.
Nie ma tutaj miejsca na ballady, zbędne eksperymenty czy próby przypodobania się współczesnym trendom. Jest za to dwanaście numerów, które pachną benzyną, piwem, rozgrzanymi wzmacniaczami i klubową sceną. Airbourne gra dokładnie tak, jakby czas zatrzymał się gdzieś pomiędzy klasycznym hard rockiem a złotą erą australijskiego rock’n’rolla. Największą zaletą „Airbourne” jest jednak to, że ten zespół nadal wie, kim jest. Nie próbuje nagle grać nowoczesnego metalu, nie dodaje elektroniki, nie sili się na progresywne rozwiązania. Airbourne bierze klasyczny hard rock, dokręca gałkę głośności i jedzie dalej.
Band czerpie garściami z dokonań AC/DC i nie kryje się z tym. Tutaj nie ma niespodzianek, bo w sumie tego od nich oczekują fani. Zespół zadbał o mocne brzmienie i hard rockowy pazur. Okładka też pasuje do zespołu i zachęca, by sięgnąć po nowe dzieło Airbourne.
Nowy album to dwanaście kompozycji i każdy znajdzie coś dla siebie. Podobnie jak AC/DC niegdyś, Airbourne też zamieścił na płycie utwór związany ze świętami Bożego Narodzenia. Ciekawy zabieg, a sam utwór nie jest taki zły. Warto dać szansę „Christmas Bonus”.
Z kolei otwierający „Gutsy” jest jak kopniak w drzwi. Brudne gitary, charakterystyczny, zachrypnięty wokal Joela O’Keeffe’a i refren, który aż prosi się o chóralne śpiewanie podczas koncertu. To kwintesencja Airbourne – zero kalkulacji, maksimum energii. Tak, wokal O’Keeffe’a w dalszym ciągu jest znakiem rozpoznawczym zespołu i przesądza o jego potędze. Nie można też pominąć ciężkiej pracy gitarzystów, bo duet O’Keeffe/Tyrrell bazuje na klasycznych patentach, hard rockowej energii i elementach AC/DC. Nie ma w tym za grosz oryginalności, ale w niczym to nie przeszkadza.
Jeszcze ciekawiej robi się przy „Alive After Death (Last Plane Out)”. To jeden z bardziej emocjonalnych momentów albumu, choć oczywiście wciąż ubrany w potężny hardrockowy riff. To kolejny wyrazisty kawałek z pomysłowym motywem przewodnim.
Prawdziwym kandydatem na wielki koncertowy hit jest „Here She Comes”. To właśnie tutaj słychać większy rozmach produkcyjny. Nie jest przypadkiem, że przy utworze pracowali Mutt Lange i Bryan Adams. Kompozycja ma ogromny refren, świetnie budowane napięcie i ten rodzaj melodii, który można sobie wyobrazić na wielkiej festiwalowej scenie. Airbourne brzmi tutaj nieco bardziej stadionowo, ale nie traci swojej charakterystycznej drapieżności. Słychać bardziej komercyjne oblicze zespołu. W takim wydaniu też brzmią ciekawie. Utwór mógłby trafić do stacji radiowej.
„Kid In A Candy Store” wraca do bardziej bezpośredniego, rock’n’rollowego oblicza zespołu. Jest brudno, szybko i z charakterystycznym dla Airbourne poczuciem humoru. Podobnie działa „Sky High”, gdzie Australijczycy po raz kolejny pokazują, że rock’n’roll w ich wykonaniu nie musi być śmiertelnie poważny. To kawałki mocno zakorzenione w AC/DC, a mimo to brzmią świeżo i potrafią bujać.
Na uwagę zasługuje również „Who Put The Rhythm In You?”, który dzięki udziałowi Bryana Adamsa i pracy Mutt Lange ma nieco bardziej klasyczny, przebojowy charakter. Odnoszę wrażenie, że te momenty, kiedy band zbacza w bardziej komercyjne rejony, są najsłabszym elementem płyty.
Świetnie wypada także „Last Man Standing” – prosty, bojowy i pełen energii numer, który doskonale pasuje do filozofii zespołu.
Jednym z moich ulubionych utworów na płycie jest „Bogotá”. Mocne gitary, mocne brzmienie i trochę przypominają się czasy „Ballbreaker”. Mamy jeszcze pełen energii killer w postaci „Hell’s Got No Vacancy” i tutaj mamy wszystko to, co kochamy w muzyce Airbourne i AC/DC. Szkoda, że cała płyta nie ma takiej mocy.
A później przychodzi „Send Me To Rock ’N’ Roll Heaven” – finał, który ma szczególne znaczenie. To hołd dla rockowych legend, między innymi Lemmy’ego, Johna Bonhama, Bona Scotta i Little Richarda. Trudno o lepsze podsumowanie albumu zespołu, który przez całą swoją karierę czerpał inspirację z tych właśnie postaci.
Jeżeli ktoś oczekiwał od Airbourne drugiego „Runnin’ Wild”, może poczuć niedosyt. Jeżeli jednak chcecie po prostu 47 minut konkretnego, głośnego hard rocka z charakterem, „Airbourne” jest jednym z tych albumów, które robią dokładnie to, co powinny. Airbourne nadal nie bierze jeńców. I bardzo dobrze.
Ocena : 8.5/10
sobota, 5 września 2026
PYROCLAST - Fractured state (2026)
Na uwagę zasługuje nieco futurystyczna i klimatyczna okładka oraz mocne, wyraziste brzmienie, które dobrze współgra z zawartością albumu. Pyroclast nie próbuje tutaj zostać drugim Iron Maiden, Judas Priest czy Helloween, choć oczywiście można znaleźć pewne punkty wspólne z tradycyjnym heavy i power metalem. Zamiast tego Szkoci sięgają po sprawdzone elementy, dodają do nich odrobinę progresji i agresji, współczesnego ciężaru oraz własnych pomysłów. Największą siłą zespołu pozostają gitary, mocny wokal i umiejętność pisania refrenów, które łatwo zapadają w pamięć. Mark Reid spisuje się bardzo dobrze jako wokalista, a jego doświadczenie i charakterystyczny styl śpiewania odgrywają ważną rolę w muzyce Pyroclast.
„Fractured State” to przede wszystkim zgrane i przemyślane partie gitarowe w wykonaniu duetu Fitzsimmons/Horne. Muzycy stawiają na urozmaicenie, klasyczne rozwiązania, a przede wszystkim melodyjność i przebojowość. Dzięki temu płyta jest łatwa w odbiorze, a jednocześnie dostarcza sporo frajdy.
Album trwa 44 minuty i znajdziemy na nim osiem kompozycji. Już otwierający „Pyroclast” pokazuje, z czym będziemy mieli do czynienia. Najpierw pojawia się odpowiednio budowane napięcie, a później wchodzą potężne gitary, mocna sekcja rytmiczna i wokal Marka Reida. To numer, który ma wszystko, czego można oczekiwać od współczesnego heavy metalu – energię, melodię, chwytliwy refren i gitarowe pojedynki. Co za mocne wejście! Band potrafi umiejętnie balansować między agresją a melodyjnością, łącząc świat chwytliwych melodii z przebojowością. Znakomicie potwierdza to „Slaughterhouse”.
Pewne echa Dio znajdziemy w mrocznym i stonowanym „Break the Tide”, który jest jednym z najlepszych utworów na płycie. Dużo charakteru ma „Prisoner Game”, w którym świetnie wypada duet gitar Baz Fitzsimmonsa i Chrisa Horne'a. Harmonizowane partie gitarowe są jednym z fundamentów brzmienia zespołu i mocno zakorzeniają Pyroclast w tradycji brytyjskiego heavy metalu. Nie brakuje tutaj również elementów power metalu. To naprawdę mocny kawałek.
Mamy też nieco bardziej hardrockowy „Brought by Flame” i jest to zarazem słabszy moment albumu. Pewne elementy Iron Maiden odnajdziemy natomiast w „Beneath the Beyond”, który dobrze wpisuje się w charakter całego materiału.
Na finał otrzymujemy ponad dziewięciominutowy „Erebus and Terror”. To odważne zakończenie i jednocześnie utwór, w którym Pyroclast pokazuje swoje bardziej epickie oblicze. Kompozycja nie jest jedynie sztucznie wydłużonym kawałkiem – pojawiają się zmiany tempa, różne nastroje oraz bardziej rozbudowane partie instrumentalne. Dzięki temu finał nie nuży i stanowi efektowne zwieńczenie całej płyty.
Pyroclast udowadnia, że klasyczny metal nadal może brzmieć świeżo, jeśli za muzyką stoją dobre kompozycje i autentyczna pasja. „Fractured State” nie robi rewolucji, ale zdecydowanie rozpala ogień. Do ideału trochę brakuje, jednak mimo kilku słabszych momentów płyta potrafi zrobić wrażenie i pokazuje, że Pyroclast ma jeszcze sporo do powiedzenia.
Ocena: 8/10
piątek, 4 września 2026
MAD MAX - Stories Of destiny (2026)
PIRATE QUEEN - Travelling around the World (2026)
Uwielbiam tematykę piratów, ukrytych skarbów, morskich przygód i dalekich wypraw, dlatego nie mogłem sobie odpuścić nowej płyty Pirate Queen. To stosunkowo młoda, międzynarodowa formacja, która powstała w 2023 roku. Już sam koncept zespołu przyciąga uwagę – muzyka obraca się wokół pirackiej tematyki, a skład tworzy pięć kobiet. Panie wracają z drugim albumem zatytułowanym „Travelling Around the World”, który ukazał się 4 września.
Trudno jednak mówić o Pirate Queen wyłącznie w kategoriach muzyki metalowej. To przede wszystkim swoisty girl band nastawiony na rozrywkę, chwytliwe melodie i potencjalne radiowe hity. Jeśli ktoś nie ma nic przeciwko komercyjnej formule łączącej folk, melodyjny heavy metal, power metal i pop, może śmiało wyruszyć w morską podróż z Pirate Queen.
Niestety, już sama okładka nie przypadła mi do gustu. Wygląda bardzo sztucznie, niemal jak grafika wyjęta z gry komputerowej, a przy tym jest przesadnie dziecinna. Taki stylistyczny kierunek zupełnie do mnie nie przemawia. Również produkcja pozostawia sporo do życzenia – brzmienie jest dość płaskie, ugrzecznione i pozbawione odpowiedniej głębi.
W zespole pojawiła się nowa wokalistka, Sara Mateo Vidana, która dysponuje wyraźnie popowym głosem. Sam wokal nie jest zły, ale w tej formule nie do końca przekonuje i momentami wydaje się zbyt delikatny. Da się tego słuchać, a niektóre fragmenty potrafią dostarczyć rozrywki, jednak cały czas towarzyszy mi wrażenie, że metalu jest tutaj zdecydowanie za mało. Znacznie więcej znajdziemy komercyjnego charakteru, prostych melodii i przebojowości.
A szkoda, bo ten album mógł być znacznie ciekawszy. Wystarczyłoby postawić na mocniejszy wokal, bardziej zdecydowane riffy i ostrzejsze partie gitarowe. Nowa basistka Ariel Coral Shin również dobrze odnajduje się w stylistyce zespołu, ale jej obecność nie zmienia zasadniczo charakteru muzyki.
Jako lekka, niezobowiązująca rozrywka „Travelling Around the World” sprawdza się całkiem nieźle. Jeśli jednak szukamy agresji, heavy metalowego pazura, gitarowej drapieżności i mocnego uderzenia, będziemy musieli poszukać gdzie indziej. Pirate Queen stawia przede wszystkim na łatwo przyswajalne melodie, przebojowość i radiową formę.
Podobnie jak debiut, nowy album jest krótki i zwarty. Płytę otwiera krótkie intro, które wprowadza nas w piracki klimat. Następnie otrzymujemy „Sailing Around the World”, który od razu pokazuje, z czym mamy do czynienia. To lekki, przyjemny i melodyjny numer, ale ponownie brakuje tutaj heavy metalowego pazura oraz odpowiedniej mocy. To przede wszystkim muzyka nastawiona na zabawę i dostarczenie słuchaczowi kilku przyjemnych chwil – i właściwie nic ponadto.
Zespół próbuje przyspieszyć i wejść na power metalowe tory w „Captain William Kidd”. Niestety, nawet tutaj Pirate Queen pozostaje wierne swojej formule, stawiając przede wszystkim na lekkość, przebojowość i chwytliwość. Tempo jest odpowiednie, ale trudno doszukać się w tym wszystkim heavy metalowej drapieżności czy autentycznej energii.
Pewne przebłyski pojawiają się w rozpędzonym „Her Majesty Captain Destiny Grierflord”. To zdecydowanie ciekawszy fragment albumu, w którym można pochwalić zespół za pomysł na melodię i aranżację. Nadal jednak dominuje tutaj nastawienie na rozrywkę, słodycz i przystępność, a nie na metalowy charakter.
„Lyxion” próbuje z kolei nawiązywać do twórczości zespołów takich jak Visions of Atlantis czy Amaranthe. Utwór doskonale wpisuje się w komercyjną stronę Pirate Queen i ponownie pokazuje, że panie bardziej interesuje przebojowa forma niż metalowa bezkompromisowość.
Również duet gitarowy Fata Morgana / Grierflord nie przynosi większego zaskoczenia. Zabrakło mi tutaj mocnych riffów, bardziej pomysłowych partii gitarowych i przede wszystkim charakteru. Gitary pełnią raczej funkcję podporządkowaną całej kompozycji niż stanowią jej napęd.
Całość wieńczy „On the Sea”, który chyba najlepiej pokazuje, dokąd zmierza Pirate Queen. To muzyka mocno nastawiona na chwytliwość i radiową przystępność, momentami zdecydowanie bliższa popowej stylistyce niż klasycznemu heavy metalowi.
„Travelling Around the World” wzbudza we mnie bardzo mieszane uczucia. Z jednej strony album jest lekki, melodyjny i momentami naprawdę przyjemny w odbiorze. Z drugiej – trudno pozbyć się wrażenia, że zmarnowano tutaj spory potencjał. Piracka tematyka daje przecież ogromne możliwości, a można było zbudować na niej znacznie bardziej charakterystyczny i metalowy materiał.
Panie z Pirate Queen próbują grać metal, ale w wielu momentach brzmi to mało przekonująco. Brakuje autentyczności, ciężaru, emocji i przede wszystkim tego charakterystycznego heavy metalowego pazura. Zamiast tego dominuje komercja, słodycz i bezpieczna przebojowość. To muzyka stworzona przede wszystkim dla rozrywki, a nie po to, by poruszyć słuchacza czy zostawić po sobie mocniejsze wrażenie.
Ostatecznie jest to płyta z kategorii „posłuchać i zapomnieć”. Nie jest tragiczna, nie męczy i potrafi dostarczyć kilku przyjemnych momentów, ale zdecydowanie nie wykorzystuje swojego potencjału. Przy tak ciekawym koncepcie można było oczekiwać czegoś znacznie bardziej wyrazistego.
Ocena: 4/10
















