power metal warrior
poniedziałek, 19 października 2026
GLORYHAMMER - Space 1993 : Wrath of Kor Virliath (2026)
sobota, 17 października 2026
TEMPERANCE - Arcani (2026)
Jedno spojrzenie na kolorystyczną i magiczną okładkę nowej płyty Temperence i od razu na myśl przychodzi okładka "Tarot" Dark Moor. Nic różnego, bo obie płyty poruszają sprawy związane z kartami tarota. Najlepsze jest w tym to że na obydwu płytach pojawia się wokale damsko- męskie. Włoski Temperance to zespół z wielkim potencjałem, ale dopiero nowy album tej grupy mną pozamiatał i stał się z miejsca ich najlepszym wydawnictwem. "Arcani" ukazał się 16 października nakładem Napalm Records. Zespół ponownie łączy melodyjny power metal z symfonicznym rozmachem, rozbudowanymi harmoniami wokalnymi i nowoczesnymi aranżacjami. Jedna z najmilszych niespodzianek roku 2026.
Nie jest to propozycja dla zwolenników surowego, klasycznego heavy metalu. Temperance stawia na efektowność, chwytliwe refreny i bogate partie wokalne, przywodzące na myśl dokonania takich zespołów jak Nightwish czy Visions of Atlantis. Największym atutem pozostaje tutaj współpraca trzech głosów – Kristin Starkey, Michele Guaitoliego i Marco Pastorino – które nadają kompozycjom teatralnego charakteru. Właśnie te pojedynków wokalne, to budowanie świata Temperance i to jest mocny atut tej formacji.
Pięknie układa się współpraca gitarzysty Pastorino z partiami klawiszowymi Guaitoli. Panuje między nimi chemia i tworzą coś wyjątkowego. To przedkłada się na jakość zawartości. Płyta zawiera 13 utworów i jest to prawie godzinny materiał. Jest zróżnicowanie, jest pasją i miłość do melodyjnego power metalu. Pełno tutaj pięknych melodii i emocji.
Płytę otwiera przebojowy "the fool". To bardzo mocne otwarcie, w którym podniosły rytm, rozpędzone zwrotki i nośny refren tworzą efektowną wizytówkę albumu. Już na wstępie czuć, że czeka nas wyjątkowa płyta. Drugi utwór to "The Magician: Into the Fire” i jest to bardziej dynamiczna odsłona zespołu, z męskim wokalem na pierwszym planie i wyraźnie powermetalowym charakterem. Ten podniosły charakter jest uroczy. Moim faworytem z miejsca stał się bardziej emocjonalny i nastrojowy "Death: Right Before We Die”. To spokojniejsza, emocjonalna kompozycja, w której najważniejszą rolę odgrywają melodie wokalne i stopniowo budowane napięcie. Prawdziwy pokaz talentu i geniuszu muzyków.
Na uwagę zasługuje "The Tower: Lean Into Fear” – mroczniejszy, mocniej osadzony w hard rocku utwór, dający Kristin Starkey okazję do zaprezentowania mocniejszej strony głosu. To taki stadionowy hymn, który rozgrzeje każdy koncert. Pełno tutaj hitów i The Devil: Sin, Sin, Sin” to znakomity tego przykład . Jeden z najbardziej przebojowych utworów na płycie. Chwytliwy refren i wielogłosowe partie wokalne sprawiają, że utwór ma spory potencjał koncertowy. Więcej symfonicznego charakteru dostajemy w The "chariot: Alla Ricerca dell’America” – wyróżnia się wykorzystaniem języka włoskiego oraz bardziej operowym podejściem do wokali.
Justice: Shame & Glory” to kolejna porcja triumfalnych melodii i symfonicznego rozmachu. Band idzie droga emocjonalnego melodyjnego metalu i to zdaje egzamin. Można pochwalić za "The Star: Surrender Control” , który pokazuje bardziej nowoczesne oblicze grupy, łącząc syntezatorowe brzmienia z rockowym refrenem. Utwór wpada w ucho. Kolejna petarda na płycie to "wheel of Fortune: Come and Call Me” . To szybki, energiczny numer, który wyróżnia się rozbudowanymi harmoniami wokalnymi i mocnym refrenem. W takiej stylizacji band wypada bezbłędnie.
Jest jeszcze "The Moon: The Man of Moonlight” – melodyjny utwór o symfonicznym charakterze, przywołujący skojarzenia z bardziej przebojowym obliczem Nightwish. Nad potrafi też tworzyć rozbudowane i pełne smaczków kompozycje. Potwierdza to The Hanged Man: Petrichor” . To kompozycja, w której akustyczne fragmenty przeplatają się z cięższymi riffami, operowymi wokalami i dynamiczną perkusją. Całość wieńczy akustyczny i trochę nijaki " the World".
„Arcani” to bez wątpienia najlepsze wydawnictwo w dorobku Temperance! Album zachwyca chwytliwymi melodiami, świetnymi refrenami i znakomitymi partiami wokalnymi. Włoska formacja pokazuje się tutaj z najlepszej strony, dostarczając power metal na najwyższym poziomie!
Ocena : 9.5/10
piątek, 16 października 2026
SIGNUM REGIS - Beyond Spacetime (2026)
Największą zaletą „Beyond Spacetime” jest umiejętne połączenie galopujących gitar, melodyjnych refrenów, neoklasycznych ozdobników oraz bardziej progresywnych fragmentów. Zespół nie rezygnuje ze swoich power metalowych korzeni, ale stara się nadać kompozycjom bardziej rozbudowany charakter. Słychać nacisk na technikę, monumentalne partie wokalne i aranżacje, które nie zawsze podążają najprostszą drogą do refrenu. Band ma pomysł na siebie i jest w tym potencjał.
Wśród potencjalnych punktów odniesienia można wymienić Stratovarius, Theocracy czy Primal Fear, choć Signum Regis zachowuje własną tożsamość. To muzyka dla fanów europejskiego power metalu, którzy lubią zarówno prędkość, jak i bardziej wyszukane rozwiązania instrumentalne.
Nie wszystko jednak działa idealnie. Rozbudowane aranżacje bywają przeładowane, a częsta zmiana wokalistów może sprawiać wrażenie, że słuchamy kilku różnych odsłon zespołu zamiast jednej konsekwentnej płyty. Czuć brak konsekwencji i dopracowania by powstało coś wielkiego. Niby jest dobrze, ale zabrakło ostatecznego szlifu aby powstało coś wyjątkowego. Wielkie nazwiska i kilka świetnych pomysłów to za mało, żeby powstal album idealny.
Nowy album zawiera 51 minut muzyki rozpisanej na 13 kompozycji. Na pierwszy ogień idzie bardzo udany "Time to pay"".Mocne otwarcie z Timem „Ripperem” Owensem za mikrofonem. Jego charakterystyczny, wysoki i agresywny głos idealnie pasuje do szybkiego power metalu. To utwór, który od początku ustawia wysoko poprzeczkę pod względem energii. Dalej jest "back to zero" , o nieco hard rockowym zacięciu. To bardziej wyważona kompozycja, w której istotną rolę odgrywa chwytliwy refren. Zamiast nieustannego pędu dostajemy nieco więcej przestrzeni dla melodii.
Jednym z moich ulubionych utworów na płycie jest " Free again" i szkoda że cała album nie ma takiej energii i świeżości. Powrót do szybszego tempa i klasycznej power metalowej energii. Jota Fortinho wnosi inną barwę niż Owens, a łagodniejsze linie melodyczne refrenu kontrastują z mocniejszym instrumentalnym podkładem. W końcu dostajemy power metal wysokich lotów. Trochę słabszy jest bardziej progresywny "Throne of gold" który nie wywołuje już takich emocji.
Band wraca na właściwe tory przy okazji rozpędzonego "Beyond spacetime". Utwór tytułowy rozwija kosmiczny, podniosły charakter albumu. To właśnie tutaj najbardziej pasuje skojarzenie z melodyjnym power metalem spod znaku Stratovarius: szybkie partie, przestrzenne melodie i bazowanie na klasycznych patentach. Oj przypominają się złote lata 90. Z kolei więcej progresji i nowoczesnych ozdobników znajdziemy w "Into the rabbit hole". Kolejny mocny punkt płycie to oldscholowy "demon lord", który w pełni oddaje charakter zespołu i piękno power metalu. Band próbuje nieco na siłę tworzyć bardziej progresywne kompozycje i to pokazuje "morning dawn".Rozbudowana kompozycja, w której kontrastują szybsze fragmenty i spokojniejsze melodie. Ralf Scheepers wnosi mocny, rozpoznawalny wokal, a bardziej kręta konstrukcja sprawia, że utwór nie jest wyłącznie kolejnym prostym power metalowym galopem.
Beyond Spacetime” to solidna porcja melodyjnego power metalu, w której nie brakuje kilku ciekawych przebłysków. Niestety, nie wszystkie kompozycje trzymają równy poziom, a całość nie pozostawia po sobie większego niedosytu. Przyzwoity album, ale bez fajerwerków.
Ocena : 6/10
środa, 14 października 2026
ALFAR QUEST - The face Beyond Time (2026)
Najważniejszym punktem odniesienia jest tutaj europejska szkoła symfonicznego power metalu. Słychać inspiracje kierunkiem wyznaczonym przez Rhapsody, a także bardziej współczesnym, baśniowym podejściem znanym z Twilight Force. Do tego dochodzą melodyjność Stratovarius, techniczny szlif Angra oraz pewne ozdobniki rodem z wczesnego dark Moor. To właśnie takie połączenie stanowi fundament muzycznej tożsamości grupy. Na szczególną uwagę zasługuje udział Fabio Lione, jednego z najbardziej rozpoznawalnych wokalistów związanych z włoskim power metalem. Jego obecność w utworach „The Mage”, „The Cleric, Pt. 1” oraz „Into the Crystal Deep” jest mocnym atutem całego przedsięwzięcia. Idealnie sprawdza się w takim graniu i jest nie lada gratką dla fanów power metalu.
Alfar quest to przede wszystkim utalentowany wokalista Max Cruz, który potrafi budować klimat fantasy. Ma charyzmę, odpowiednią technikę, a jego specjalnością są wysokie rejestry. Warto też pochwalić zgrany duet gitarowy w postaci Cruz/Guerra , który stawia na klasyczne patenty, podniosłość i przebojowość.
Band przygotował 13 kompozycji, co daje nam 54 minuty. Zaczyna się od klimatycznego intra. Prawdziwa zabawa uczta zaczyna się przy utworze "into the crystal deep". Riff rodem z klasycznych płyt Stratovarious, Rhapsody czy Dark Moor. Piękne ozdobniki, duża dawka energii i pomysłowe rozwiązania na aranżację. Rasowy power metal w najlepszym wydaniu. Dalej dwie części "The cleric", który stanowi hołd dla power metalu lat 90. Świetnie prezentuje się ten utwór z gościnnym udziałem Fabio Lione. Podobne emocje wywołuje rozbudowany i pełen smaczków " the thief" który przemyca patenty znane choćby z dark Moor. Jest pomysłowość i jakość. Nastrojowy jest "The mage" i czuć magiczny klimat. Znalazło się też miejsce na bardziej rozbudowany i złożony "the great Coral tree". To kwintesencja symfonicznego power metalu. W ucho wpada przebojowy "Diggy Diggy hole" z repertuaru The Yoagcast.
The Cave Beyond Time to projekt, który stawia przede wszystkim na opowieść, świat fantasy i charakterystyczną dla europejskiego power metalu skłonność do rozbudowanych konceptów. Àlfar Quest czerpie z tradycji Rhapsody, a udział Fabio Lione dodatkowo podkreśla ten kierunek. Fani symfonicznego power metalu powinni tego posłuchać.
Ocena : 8/10
wtorek, 13 października 2026
CRIMSON COVEN - I the Forge (2026)
Hiszpanie nie próbują ścigać się z nowoczesnymi odmianami heavy metalu. Nie znajdziemy tu przesadnej ilości elektronicznych dodatków ani plastikowego, przesłodzonego brzmienia. Zamiast tego dostajemy mięsiste riffy, klasyczne gitarowe pojedynki i kompozycje, które rozwijają się bez niepotrzebnego pośpiechu. To metal, który ma ciężar i odpowiednią dramaturgię.
W muzyce Crimson Coven można wychwycić ducha wczesnego Manowar i Candlemass, ale również mroczniejsze inspiracje kojarzące się z Sorcerer,może nawet mercyful fate. Zespół łączy epicki heavy metal z doomowym ciężarem, a całość podaje w konwencji, która powinna szczególnie przypaść do gustu miłośnikom podziemnej sceny tradycyjnego metalu. Tajemnicza jest tożsamość muzyków, ale trzeba pochwalić charyzmatycznego wokalistę o pseudonimie J. Potrafi budować mroczny klimat i w pełni oddać charakter doom metalu. Za partie gitarowe odpowiada duet V/M i stawiają na klasyczne patenty i to zdaje egzamin.
Płyta zawiera 9 kompozycji i daje nam to 47 minut. Najpierw wita nas krótkie intro, a potem mamy perełkę w postaci "Crimson Coven". Band pokazuje swoją pomysłowość i dbałość o detale. Mroczna atmosfera robi swoje i wciąga słuchacza w świat Crimson Coven. Dobrze prezentuje się "Sacrament of shame"który stawia na prosty i zadziorny riff. Ten mroczny klimat i zadziorne partie gitarowe przywołują na myśl takie kapele jak Candlemass czy nawet Manilla road. Wszystko rozegrane jest z pomysłem. "The Birth of the Serpents" to jeden z utworów, w których najlepiej sprawdza się epicka formuła grupy. Rozbudowana kompozycja i ciężar gitar tworzą klimat , który napędza ten utwór i staje się kolejnym mocnym punktem na płycie. Najlepszy na albumie jest bez wątpienia"lockheed electra".Jeden z najmocniejszych punktów albumu. Na pierwszy plan wysuwają się gitarowe partie i klasyczna konstrukcja utworu. To właśnie tutaj słychać, że Crimson Coven potrafi przekuć znajome inspiracje w przekonującą kompozycję, zamiast ograniczać się do odtwarzania cudzych pomysłów. Słychać w tym utworze wpływy Candlemass, Manowar czy też Black Sabbath. Klasa sama w sobie.
Dalej mamy również atrakcyjne i epicki " children of the same sun".Ciężki, marszowy charakter i refren stworzony do wspólnego śpiewania. Kompozycja dobrze oddaje epicką stronę zespołu i pokazuje, że nie trzeba grać szybko, by budować napięcie i wzbudzać emocje. W "crowns of greed" band stawia na monumentalność i emocje. Wciąż pozostajemy w stylistyce doom metalu. Finał płyty to "unleash the Kraken" i to kolejna wartościową kompozycja. Ponad siedmiominutowy finał, w którym zespół stawia na epickość, ciężar i wyrazistą melodykę.
I – The Forge to bardzo udany debiut pełnowymiarowy zespołu, który wie, w jakiej stylistyce chce się poruszać.To propozycja dla fanów tradycyjnego metalu, którzy wolą szczere gitarowe granie od plastikowego, przesadnie wygładzonego power metalu. Crimson Coven ma jeszcze przestrzeń do rozwoju, ale już teraz pokazuje, że na scenie klasycznego heavy metalu jest miejsce dla kolejnych zespołów wiernych tradycji.
Jeśli cenisz Manowar, wczesny Candlemass, Atlantean Kodex czy Grand Magus, warto dać tej płycie szansę. Nie jest to album przełomowy, ale ma odpowiedni ciężar, atmosferę i kilka naprawdę mocnych momentów.
Ocena : 8.5/10
poniedziałek, 12 października 2026
FALLEN SANCTUARY - The gathering of dreams (2026)
Marco Pastorino i Georg Neuhauser doskonale wiedzą, jak połączyć metalową dynamikę z przebojowością, która nie ma nic wspólnego z banalnym, radiowym graniem. Gitarowe riffy, rozpędzona sekcja rytmiczna, klawiszowe tło i potężne partie wokalne tworzą tutaj spójną całość. Nie chodzi wyłącznie o technikę czy szybkość, ale przede wszystkim o umiejętność pisania utworów, które trafiają prosto w serce. Mają ten talent, że tworzy hity, które potrafią porwać i na długo zapaść w pamięci. To nie tylko jakiś słodki i nijaki power metal, to prawdziwa dawka emocji. Neuhauser swoim głosem potrafi nadać całości klimatu i emocjonalnego ładunku. Oj czaruje swoim głosem. Z kolei Pastorino to człowiek odpowiedzialny za warstwę instrumentalną i robi to z wyczuciem i pomysłem. Razem tworzą zgrany duet.
Słychać tu ducha Helloween, dynazty i melodyjnego Stratovariusa, ale Fallen Sanctuary nie sprawia wrażenia zespołu, który jedynie odtwarza cudze pomysły. Muzycy wykorzystują sprawdzone rozwiązania, nadając im własny charakter. To właśnie ta równowaga między klasycznym podejściem a nowoczesnym brzmieniem stanowi jedną z największych zalet albumu.
Płyta zawiera 11 utworów dających 47 muzyki. Na pierwszy ogień idzie "nothing can keep us Apart" i od pierwszych chwil otrzymujemy melodyjny power metal w najlepszym europejskim wydaniu. Dynamiczne gitary, energiczny perkusja i refren, który wręcz prosi się o śpiewanie razem z zespołem. To kompozycja chwytliwa, ale niepozbawiona metalowego pazura. Idealna wizytówka albumu i jeden z jego najmocniejszych punktów. Co dawka emocji i pięknego nastroju. Dalej mamy przepiękny i przebojowy "into my life" i mam ciarki na plecach. Refren ma w sobie tę charakterystyczną dla dobrego power metalu szlachetność, dzięki której utwór pozostaje w pamięci po zakończeniu odsłuchu. Tytułowy utwór stanowi serce całego wydawnictwa. Jest w nim podniosłość, rozmach i atmosfera, która doskonale pasuje do nazwy albumu. Fallen Sanctuary pokazuje, że potrafi budować epicki nastrój bez niepotrzebnego komplikowania aranżacji. Wszystko podporządkowane jest melodii, a ta broni się znakomicie. To kolejna piękna perełka na płycie i cała jest taka płyta. "Damn with no return" to kompozycja o bardziej dramatycznym zabarwieniu, w której melodyjny charakter muzyki spotyka się z większą dawką emocji. Mocne partie wokalne i wyraziste gitarowe motywy nadają całości odpowiednią dynamikę. Ta lekkość i taki romantyczny feeling to jest znak rozpoznawczy fallen sanctuary.
Klasyczne patenty i dawny blask power metalu spod znaku stratovarious czy Helloween uświadczymy w melodyjnym i przebojowym " i remain i wont Die". Idealnie trafiają w mój gust i brzmi to dla mnie idealnie. Motyw przewodni "never give up" brzmi nieco jak Sabaton, ale band tutaj dalej utrzymuje estetykę dynazty. Lekkość, a zarazem power metalowa dynamika i spora dawka emocji i przebojowości. Cudo. Zaskakuje na pewno lekki i nieco komercyjny "Amen". To kompozycje nastawiona na emocje, romantyczny feeling i trzeba przyznać że pasuje to do fallen sanctuary. Band stać też na power metalowe petardy mocno wzorowane na dokonaniach Helloween czy stratovarious i dobrze to obrazuje "Shadows of Love". Energiczny riff, chwytliwa melodia i duża dawka przebojowości. Brzmi jak zaginiony klasyk z lat 80 czy 90. Podobnie można napisać o rozpędzonym " Falling Deeper" .Szybsze tempo, nieustająca energia i znakomity potencjał melodyjny sprawiają, że trudno przejść obok tej kompozycji obojętnie. To power metal, który nie potrzebuje zbędnych ozdobników — wystarczy odpowiedni riff, mocny wokal i refren, który wbija się w pamięć. Nie ma słabych kompozycji i każda to czysta perfekcja.
Jednym z moich ulubionych utworów na płycie jest "Time wont wait" i to rasowy hicior w najlepszym wydaniu. Ten utwór łączy bardziej refleksyjny charakter z typową dla zespołu melodyjną siłą. To jeden z tych momentów, w których power metal pokazuje swoją bardziej uczuciową stronę, nie tracąc przy tym swojej tożsamości. Całość wieńczy power metalowa perełka w postaci "restless storm" i tutaj znajdziemy wszystko to za co kochamy ten zespół. Brak słów, żeby opisać to piękno i emocje jakie dostarcza fallen sanctuary.
The Gathering of Dreams” to album, który trafia w samo serce melodyjnego power metalu. Fallen Sanctuary pokazuje, że można tworzyć muzykę pełną pasji, energii i podniosłych melodii bez popadania w przesadny patos czy niepotrzebne eksperymenty. To wydawnictwo dla tych, którzy kochają klasyczne podejście do gatunku, ale oczekują również współczesnego brzmienia i wysokiego poziomu wykonawczego. Udało się powtórzyć sukces i jakość debiutu. Jedna z najlepszych płyt roku 2026.
Ocena: 10/10
niedziela, 11 października 2026
TUNGSTEN - Ashes (2026)
Tak jak kocham heavy/ power metal, nawet jeśli jest podany z nutką hard rocka tak wciąż nie mogę się przekonać w pełni do szwedzkiego Tungsten. Poprzednie płyty miałem.swoje momenty i potrafiły dostarczyć pewne ciekawe kompozycje, który w pewnym stopniu potrafiły do mnie trafić. Tungsten to zespół, który od początku swojej działalności próbuje połączyć melodyjny power metal z nowoczesnym brzmieniem, elektroniką i przebojowością. Na poprzednich albumach Szwedzi potrafili znaleźć dla siebie całkiem interesującą przestrzeń, choć ich twórczość nie zawsze trafiała w gusta miłośników bardziej tradycyjnego heavy metalu. „Ashes” pokazuje, że kapela konsekwentnie rozwija obrany kierunek, ale dla mnie jest to kolejny krok w stronę muzyki, która bardziej stawia na efektowność niż na autentyczną metalową siłę. To już piąty album studyjny kapeli, która działa od 2019r. Premiera płyty odbyła się 9 października.
Największym problemem tego materiału jest nadmierne kombinowanie. Tungsten lubi doprawiać swoje kompozycje nowoczesnymi rozwiązaniami, rozbudowanymi aranżacjami i klawiszowymi ozdobnikami. Nie byłoby w tym nic złego, gdyby wszystkie te elementy służyły przede wszystkim gitarom. Tymczasem mam wrażenie, że zespół momentami zapomina, co powinno stanowić fundament jego muzyki. Zamiast postawić na wyraziste riffy, odpowiedni ciężar i drapieżność, próbuje przyciągać uwagę kolejnymi dodatkami. W rezultacie brzmienie staje się zbyt wygładzone, a metalowy charakter traci na wyrazistości. Te ozdobniki, elektronika i cała ta otoczka przytłacza to co najważniejsze w heavy/power metalu.
Nie zamierzam jednak całkowicie przekreślać dokonań muzyków. Mike Andersson to wokalista dysponujący odpowiednimi możliwościami, a Nick Johansson potrafi zadbać o gitarową stronę materiału. Brzmienie nowoczesne, a okładka trochę w innym klimacie jak te poprzednie. Sam materiał raczej rozczarowuje niż zachwyca.
Mamy 11 utworów i już na dzień dobry dostajemy przekonbinwoana "Joker". Broni się przebojowość i melodyjny aspekt tej kompozycji. Jednak styl w jakim obraca się band i forma podania tego nie do końca przemawia do mnie. W "Bite my tongue" jest ciężej, mroczniej i bardziej industrialnie. Gitary mają tutaj więcej do powiedzenia, pojawiają się też ostrzejsze partie wokalne i efektowne solówki. Niestety, elektroniczne dodatki nadal odciągają uwagę od metalowego rdzenia kompozycji. Mimo wszystko to jeden z ciekawszych utworów na płycie. "Fuego Del sol" to kompozycja, w której zespół skręca w stronę latynoskich rytmów, tanecznej energii i hiszpańskojęzycznego refrenu. To utwór, który ma przede wszystkim bawić i wpadać w ucho, lecz dla miłośnika klasycznego heavy metalu może być trudny do zaakceptowania. Właśnie przez takie kompozycje nie mogę przekonać się do Tungsten. Jakiś taki dziecinny jest "supernova" i nawet nie pomaga przebojowy charakter tej kompozycji. Pazur i więcej heavy/power metalowego charakteru dostajemy w "happy". Niestety utwór też na siłę próbuje być nowoczesny i przemycać patenty industrialne.Potencjał na mocny heavy metal jest, lecz nie zostaje w pełni wykorzystany. Kiczem wieje w radosnym " Ted The Exorcist" ale duży plus za przebojowość i melodyjny motyw przewodni. Utwór potrafi w paść w ucho. Najlepszy na płycie jest " the north will rise" i w końcu jest power metal na jaki czekałem. Gościnnie pojawia się Tony Kakko z Sonata Arctica, co z pewnością przyciągnie uwagę fanów melodyjnego power metalu. Utwór wyróżnia się mocniejszym riffem na początku, większą energią i podniosłym charakterem. To jeden z najbardziej obiecujących momentów albumu, choć nawet tutaj nie wszystkie aranżacyjne pomysły muszą przekonywać. Współpraca z Kakko dodaje kompozycji atrakcyjności, ale nie rozwiązuje wszystkich problemów związanych z brzmieniem zespołu. "For tree" to radosny, melodyjny utwór z folkowym, celtyckim zabarwieniem. Niestety, ale kicz i przekonbinwoana forma wraca w "Ruin". Całość zamyka "The Forge" który podtrzymuje to co band prezentuje na tej płycie. Niby nie jest to zły utwór, bo przecież jest ciekawy motyw przewodni, ale za mało tutaj power metalu.
„Ashes” to album pełen kontrastów, ale dla mnie tych nietrafionych pomysłów jest zbyt wiele. Tungsten próbuje połączyć power metal, elektronikę, industrial, folk i taneczną przebojowość. Różnorodność sama w sobie nie jest wadą, jednak tutaj często odbywa się kosztem gitarowej drapieżności. Zamiast konsekwentnie budować mocne kompozycje, zespół próbuje urozmaicać je kolejnymi dodatkami. Tungsten stawia na nowoczesność, elementy industrialnie i z dodatkiem elektroniki. Dalej nie mogę się w pełni przekonać do tej kapeli.
Ocena : 4/10
sobota, 10 października 2026
HAUNT - Setting curse (2026)
Haunt nie próbuje na siłę modernizować swojego brzmienia. Tutaj najważniejsze pozostają melodyjne partie gitar, chwytliwe riffy, klasyczne solówki i charakterystyczny, lekko nostalgiczny klimat starej szkoły metalu. Ważnym elementem pozostaje styl Trevora Williama Churcha. Jego podejście do komponowania opiera się na prostocie, melodyjności i umiejętnym budowaniu gitarowych motywów. Nie ma tu potrzeby przesadnego komplikowania aranżacji ani popisywania się techniką dla samego popisywania. Zamiast tego dostajemy klasyczny metal, który stawia na naturalny przepływ melodii i odpowiednią dynamikę. W ich muzyce słychać wpływy Angel witch, Night Demon czy iron maiden. HAUNT to przede wszystkim Trevor, ale nie można zapominać o solidnej sekcji rytmicznej, czy o dobrym duecie gitarowym tworzonym przez Bibiano/Lei. To wszystko jest dobre, ale nie ma błysku geniuszu i czegoś co porwało słuchacza. Wszystko jest zagrane bardzo bezpiecznie. Warto wspomnieć, że Filip Bibiano dołączył do zespołu w 2026r.
Najciekawiej robi się wtedy, gdy Haunt pozwala gitarom przejąć inicjatywę. W utworze tytułowym „Setting Course” zespół stawia na energię i wyraziste melodie, natomiast "The wrong way" stawia na mroczniejszy klimat i hard rockowy styl. Dalej mamy nijaki "Simple life" który nic nie wnosi do całości. Singlowy "Like whispers" to singlowy kawałek, który też jest oklepanymi wtórny. Burried Treasure” wprowadza chłodniejszy, bardziej tajemniczy nastrój. „Shadow Within” z kolei celuje w podniosłość i chwytliwe refreny. Cały materiał jest do posłuchania, ale nie wywołuje większych emocji. Szkoda, bo Haunt stać na więcej.
Nowe dzieło Haunt jest przewidywalne i nie zawiera kompozycji, które by zapadły w pamięci. Band idzie w ilość płyt i gdzieś zaniedbuje jakość. Jest niby klimat lat 80, mamy klasyczne patenty, ale brakuje hitów i godnych uwagi melodii. Niestety tym razem rozczarowanie.
Ocena : 5/10
piątek, 9 października 2026
RAM - Against (2026)
Ram od lat konsekwentnie pielęgnuje tradycję starej szkoły, a na „Against” słychać, że muzycy doskonale rozumieją, na czym polega siła tego gatunku. Nie chodzi wyłącznie o odtwarzanie patentów z lat 80., lecz o umiejętne połączenie klasycznych inspiracji z własnym charakterem. Zespół nie musi nikomu udowadniać, że potrafi grać szybko i ciężko. Wystarczy kilka gitarowych zagrywek, mocna sekcja rytmiczna i charakterystyczny głos Oscara Carlquista, by poczuć klimat prawdziwego heavy metalu. Jego głos to ważna część muzyki Ram i nadaje jej charakteru.
Brzmienie albumu jest organiczne, mocne i pozbawione przesadnego wygładzania. Gitary mają odpowiedni ciężar, bas i perkusja tworzą solidny fundament, a wokal Carlquista nadaje całości indywidualny charakter. Za produkcję odpowiada Johan Reiven, współpracujący z zespołem już przy „Lightbringer”. Do tego dochodzi klimatyczna k mroczna okładka, która idealnie pasuje do zawartości.
Nowy to porcja 11 kompozycji i 42 minuty klasycznego heavy metalu. Płytę otwiera klimatyczne intro, a potem wkracza „Ghost Emperor” . To jeden z najmocniejszych punktów programu. Mroczny klimat, wyraziste partie gitar i wokal oscylujący między klasycznym heavy metalem a charakterystyczną manierą Oscara tworzą kompozycję, która od razu przykuwa uwagę. Z kolei „One Vs. All” stawia na bojowy charakter i chwytliwy refren. To kawałek wręcz stworzony do wspólnego śpiewania pod sceną. Czuć klimat lat 80 i wpływy judas priest.
Jeśli jednak ktoś czeka na prawdziwe przyspieszenie, powinien zwrócić uwagę na rozpędzony „Abattoir”. Tutaj Ram pokazuje ostrzejsze oblicze, zahaczające o speed metal. Gitary tną bez litości, a całość napędza bezkompromisowa energia. W takim wydaniu band wypada korzystnie.„Out of Control” utrzymuje wysoką temperaturę, choć mocniej opiera się na rytmicznym, hardrockowym motywie. To pokazuje, że materiał jest zróżnicowany.
Warto wyróżnić również „Leaving”, czyli wolniejszą, bardziej melancholijną kompozycję. Dostajemy tutaj więcej doom metalu i patentów z twórczości Black Sabbath. Tytułowy „Against” to kolejna porcja zdecydowanego, gitarowego grania. To dobry utwór, ale trochę brakuje dopracowania w tym wszystkim. Night Blade” udowadnia, że czasami najprostszy riff wystarczy żeby stworzyć ciekawy utwór. Całość zamyka "the final hour" który zamyka ten album, ale pozostawia też niedosyt. To dobra kompozycja, ale bez fajerwerków.
Against” to udany powrót szwedzkiej załogi po siedmiu latach przerwy. RAM postawił na konkrety: mocne riffy, chwytliwe melodie, rasowy wokal i kompozycje, które nie potrzebują nowoczesnych sztuczek, żeby robić wrażenie. Nie wszystkie utwory muszą zostać metalowymi klasykami, a część bardziej tradycyjnych fragmentów może zlewać się po kolejnych przesłuchaniach. Nie zmienia to jednak faktu, że album trzyma dobry poziom i dostarcza dokładnie tego, czego oczekuje się od Ram. Nie jest to ich najlepsze wydawnictwo, ale zasługuje na uwagę.
Ocena : 7.5/10
czwartek, 8 października 2026
LIVEWIRE - Steel surpasses Flesh (2026)
Livewire nie ukrywa swoich inspiracji. Fundamentem pozostaje klasyczny heavy metal, ale Australijczycy bardzo chętnie przyspieszają, sięgając po rozwiązania charakterystyczne dla speed metalu. W gitarach można odnaleźć ducha takich zespołów jak Riot, Exciter, Agent Steel czy wczesny enforcer, natomiast sposób budowania kompozycji pokazuje, że muzycy doskonale czują również klasyczną szkołę NWOBHM. Nie jest to jednak granie pozbawione własnej energii. Livewire przede wszystkim stawia na dynamikę, świetne riffy i bardzo żywiołowe wykonanie.
Livewire brzmi jak zespół, który przede wszystkim chce dobrze się bawić metalem i zarazić tym słuchacza. Steel Surpasses Flesh jest dynamiczny, energetyczny i bardzo oldschoolowy. To muzyka dla fanów skórzanych kurtek, gitarowych solówek, szybkich riffów i klasycznego heavy metalu, który nie potrzebuje dodatkowych ozdobników. Stawiają na sprawdzone patenty i riffy, co przedkłada się na solidny materiał.
Motorem napędowym zespołu jest wokalista Nick Wilks , który ma ciekawą barwę głosu i pasuje do tego rodzaju heavy metalu. Nadaje całości drapieżności i klimatu lat 80. Puglia i Lerardo stworzyli zgrany i dobrze rozumiejący się duet gitarowy. Nie znajdziemy tutaj nic nowego, tylko znane i oklepane motywy. Brakuje elementu zaskoczenia i powiewu świeżości. Brakuje też jakiś wielkich hitów, które rzuciłyby na kolana
Już otwierający album" all consuming nightmare" pokazuje, że będzie szybko. Gitary pracują niemal bez przerwy, sekcja rytmiczna nadaje całości odpowiedniego rozpędu, a wokal prowadzi kompozycje wysoko i agresywnie. Nie ma tutaj długiego wprowadzania słuchacza w klimat – zespół od razu rzuca go w sam środek metalowej zawieruchy. Mocny start i dostajemy udany miks heavy/ speed metalu.
W podobnym tonie utrzymany jest " Demon witch" i tutaj band stawia znów na szybkość i zadziorny riff. Proste, oldscholowy granie. Jednym z moich ulubionych utworów na płycie jest rozpędzony "epinephrine attack". Właśnie w takim wydaniu band sporo zyskuje. Dalej mamy singlowy "fast mean killing machine" który zabiera nas w rejony bliższe hard rockowi.
Bardzo dobrze wypada także „Lightspeed Crazy”, który jeszcze mocniej podkreśla zamiłowanie zespołu do szybkości. Nie jest to jednak bezmyślne pędzenie przed siebie. Australijczycy potrafią budować chwytliwe partie gitarowe i dorzucać melodyjne solówki, dzięki czemu utwory nie zlewają się ze sobą. Klasyczne patenty band serwuje nam w dynamicznym i chwytliwym ",pathway to ruin"..
W podobnym kierunku idzie „Speed Kills” – tutaj tytuł również mówi właściwie wszystko. To kawałek, w którym heavy metalowa melodyjność zostaje połączona z prędkością speed metalu. Gitary prowadzą utwór do przodu, a rytm sprawia, że trudno spokojnie usiedzieć przy słuchaniu. Warto też pochwalić, za melodyjny i dobrze zagrany tytułowy kawałek, który bardzo dobrze oddaje charakter livewire.
Steel Surpasses Flesh nie jest arcydziełem ani albumem przełomowym, ale jest bardzo solidną porcją tradycyjnego heavy/speed metalu, która potrafi skutecznie rozruszać słuchacza. Jeśli ktoś tęskni za czasami, kiedy metal był przede wszystkim szybki, głośny i pełen gitarowych riffów, powinien dać tej płycie szansę. Niby nie ma nic odkrywczego, a słucha się tego całkiem przyjemnie.
Ocena : 7/10
wtorek, 6 października 2026
ASOMVEL - Set your World on fire (2026)
Najbardziej oczywistym punktem odniesienia pozostaje Motörhead. Słychać to w charakterystycznych riffach, motorycznej pracy basu, prostych, chwytliwych strukturach oraz zachrypniętym wokalu Ralpha Robinsona. Nie jest to jednak bezmyślne kopiowanie Lemmy’ego i spółki. Asomvel dokładają do tego elementy klasycznego heavy metalu, speed metalu, a momentami także bardziej melodyjnego hard rocka. Można wychwycić również ducha Tank, Thin Lizzy czy bardziej współczesnego Airbourne. Najważniejsze jest jednak to, że Brytyjczycy potrafią z tych inspiracji stworzyć bardzo charakterystyczną mieszankę.
Asomvel to przede wszystkim Ralph Robinson , który potrafi zauroczyć mocnym i zadziornym wokalem. Słychać, że inspiruje się świętej pamięci Lemmym Kilmisterem. Duet Stel Robinson / Lenny Robinson odpowiada za partie gitarowe i tutaj dostajemy hard rockowe szaleństwo, które mocno zakorzenione jest w latach 80. Trochę brakuje elementu zaskoczenia czy powiewu świeżości.
Okładka kiczowata, a i brzmienie takie dalekie od ideału i tak naprawdę zostaje nam zawartość, która jest solidna. Band działa w końcu od 1993 to więc doświadczenie robi swoje..Album rozpoczyna się od „King of the World” i już pierwsze sekundy pokazują, że tutaj nie będzie miejsca na spokojne wejście. Jest szybko, głośno i bezpośrednio. Oj czuć te wpływy Motorhead. Lone Wolf” podkręca tempo jeszcze bardziej, oferując świetne riffy oraz mocną pracę sekcji rytmicznej. Tytułowy „Set Your World On Fire” to jeden z najbardziej reprezentatywnych utworów na płycie – ciężki, dynamiczny i oparty na prostym, bardzo skutecznym refrenie. Gitary Lenny’ego i Stela Robinsonów tworzą prawdziwą ścianę dźwięku, a solówki mają odpowiednią dawkę klasycznego metalowego szaleństwa.
„Back From The Dead (It’s Your Funeral)” to kolejny krótki i niezwykle energetyczny numer. W takim wydaniu Asomvel wypada naprawdę dobrze i ta mieszanka hard rocka i rock'n rolla jest tutaj urocza. Słabszym momentem jest spokojniejszy " World at war" który nie wiele wnosi do całości. Zabrakło tutaj pomysłu na ciekawy motyw przewodni. Potem Asomvel ponownie odkręcają wzmacniacze. „Blood Runs Cold”, „Eye Of The Storm” i „Your Worst Nightmare” tworzą bardzo mocny środkowy fragment płyty.
Jednym z moich faworytów jest „Into The Fire”, w którym szczególnie mocno wychodzą speedmetalowe zapędy zespołu. Utwór jest szybki, mroczniejszy i posiada świetną pracę basu oraz bardzo dobre partie gitarowe. Piękny hołd dla twórczości Motorhead.W końcówce albumu „Take You To Hell” ponownie przyspiesza, natomiast „Light ’Em Up” efektownie zamyka całość.
Set Your World On Fire nie jest płytą dla osób oczekujących eksperymentów, progresywnych struktur czy stylistycznych rewolucji. Asomvel doskonale wiedzą, co chcą grać, i konsekwentnie realizują ten pomysł. Największą zaletą albumu jest właśnie jego szczerość – nie ma tu kalkulowania ani próby przypodobania się komukolwiek. Jest za to brudny rock’n’roll, ciężkie riffy, szybkość, energia i oldschoolowy charakter. Nie jest to najlepsza hard rockowa płyta w tym roku, ale zasługuje na uwagę.
Ocena : 7/10
niedziela, 4 października 2026
CRYSTAL THRONE - Chantry of sacrifice (2026)
FROZEN CROWN - The legend of the six Kings (2026)
Band tradycyjnie zadbał o miłą dla oka okładkę i soczyste brzmienie. Pod tym względem band jakoś nie zawodził do tej pory. „The Legend of the Six Kings” jest płytą bardzo dobrze wyprodukowaną i świetnie zagraną, ale jej największą zaletą pozostaje konkretność. Większość utworów jest krótka, dynamiczna i pozbawiona zbędnych dłużyzn. Frozen Crown nie próbuje tutaj tworzyć progresywnego arcydzieła – zamiast tego dostarcza porcję melodyjnego, nowoczesnego power metalu, który ma przede wszystkim dobrze brzmieć i wpadać w ucho. Jest w tym wszystkim też nutką komercji, przez co płyta może trafić do szerszego grona odbiorców. Filarem zespołu jest bez wątpienia wokalistka Giada Etro, której wokal nadaje całości charakteru i melodyjnego wydźwięku. Warto wspomnieć, że w 2025r do zespołu dołączyła gitarzystka Alexandra Lioness. Razem z Alessia Lanzone tworzą zgrany duet, który stawia na melodyjne i zadziorne riffy. W swojej grze przemycają klasyczne patenty i nie ma w tym nic dziwnego.
Mam jednak wrażenie, że w porównaniu z „Call of the North” czy nawet „War Hearts” zespół coraz bardziej przesuwa się w stronę bezpieczniejszego, bardziej komercyjnego grania. Jest mniej szaleńczej szybkości, mniej gitarowych popisów i mniej momentów, które naprawdę potrafią zaskoczyć. Pojawia się za to więcej prostych, stadionowych refrenów i kompozycji nastawionych na natychmiastowy efekt. Dla jednych będzie to krok naprzód, dla innych – utrata części dawnego charakteru.
Nowy album choć zawiera 10 utworów to jednak całość trwa 36 minut. Album rozpoczyna „Lightning in the Sky”, czyli dokładnie taki numer, jakiego można było oczekiwać po Frozen Crown. Szybkie gitary, galopująca perkusja i mocny wokal Jade od razu wprowadzają słuchacza w epicki klimat. Nie ma tutaj długiego rozbiegu – zespół od pierwszych sekund rusza do ataku. To jeden z najbardziej dynamicznych punktów płyty i zarazem utwór pokazujący, że Włosi nadal potrafią grać naprawdę szybko. Klasyczny power metalowy utwór, który zabiera nas do lat 90. Bardzo dobrze się tego słucha.
„Who Wants to Burn in Heaven” stawia już mocniej na przebojowość. Jest melodyjnie, podniośle i bardzo europejsko. Refren łatwo wpada w pamięć, a gitarowe partie dodają całości odpowiedniego metalowego charakteru. Jest epicko i trochę w klimatach bloodhound czy Sabaton.
Z kolei „Reborn” należy do bardziej bezpośrednich kompozycji – prosty, nośny motyw i wyrazisty refren sprawiają, że utwór szybko zostaje w głowie. To jeden z tych przypadków, gdzie wdziera się komercja.
Bardzo dobrze wypada „The One”, który pokazuje bardziej przystępną stronę zespołu. Frozen Crown coraz częściej stawia na krótkie i konkretne kompozycje, zamiast rozbudowywać je na siłę. Tutaj działa to bardzo dobrze. To jeden z największych hitów na płycie. Oj wpada w ucho ten utwór.
„Iris” oraz „Winter Hearts” przynoszą natomiast nieco więcej melodii i atmosfery, choć nadal pozostają mocno osadzone w power-metalowej stylistyce. Choć te utwory już w swojej stylistyce są bardziej słodkie, co może niektórych odstraszyć.
W drugiej części albumu uwagę zwraca „River of Time”, w którym zespół ponownie łączy melodyjność z metalową energią. „Through the Fire” jest kolejnym szybkim i dynamicznym numerem, natomiast „To the Stars” pokazuje, że Frozen Crown potrafi również zwolnić i zbudować bardziej podniosły klimat bez całkowitego rezygnowania z ciężaru. To wszystko dobre utwory, ale na kolana nie powalają, a szkoda bo potencjał był.
Całość zamyka tytułowy „The Legend of the Six Kings” – najdłuższy utwór na płycie. To właśnie tutaj zespół pozwala sobie na nieco bardziej rozbudowaną formę i epicki charakter. To udany finał płyty, który pokazuje że Frozen Crown jest w formie.
Frozen Crown nadal wie, jak pisać chwytliwe metalowe kawałki. „The Legend of the Six Kings” nie jest płytą przełomową, ale jest bardzo solidnym, melodyjnym i profesjonalnie wykonanym albumem. Włosi nie odkrywają tutaj Ameryki, lecz dostarczają dokładnie to, czego można oczekiwać od współczesnego europejskiego power metalu – szybkość, melodie, mocny wokal i porcję epickiego klimatu. Niby nic odkrywczego, a słucha się przyjemnie.
Ocena : 7/10
sobota, 3 października 2026
AMON AMARTH - The allfather awekens (2036)
czwartek, 1 października 2026
STRYPER - Throne of Thorns.(2026)
Największą zaletą „Throne of Thorns” jest właśnie to, że Stryper nie próbuje udawać zespołu, którym już nie jest. To nadal melodyjny, gitarowy metal/hard rock, z dużą ilością harmonii wokalnych, efektownych solówek i nośnych refrenów. Produkcja jest współczesna i odpowiednio mocna, ale nie zabija charakteru zespołu. Michael Sweet, Oz Fox, Robert Sweet i Perry Richardson brzmią jak zgrany skład, a muzycznie wszystko jest wykonane z dużą klasą. Panowie mimo swojego wieku wciąż potrafią tworzyć solidny materiał.
Problemem może być natomiast pewna przewidywalność. Jeżeli ktoś śledzi ostatnie dokonania Stryper, znajdzie tutaj wiele elementów, które już wcześniej słyszał. „Throne of Thorns” nie jest więc rewolucją i nie zmieni spojrzenia na zespół. Momentami można wręcz odnieść wrażenie, że grupa porusza się po bardzo dobrze znanym terytorium. Poraz kolejny zadbano o piękną okładkę i soczyste brzmienie, które dodaje uroku całości.
Płyta zawiera 11 kompozycji dające 40 minut muzyki.Już tytułowy „Throne of Thorns” pokazuje, czego można się spodziewać. Mocny riff, potężny refren i charakterystyczne dla Stryper połączenie ciężaru z melodyjnością. Michael Sweet nadal dysponuje głosem, który jest jednym z najważniejszych znaków rozpoznawczych zespołu, a gitarowe harmonie przypominają, dlaczego ta formacja była tak ważna dla amerykańskiego hard rocka i chrześcijańskiego metalu. Mocny riff i pomysłowy motyw sprawiają, że to naprawdę świetne otwarcie płyty.
„Here in Your Heart” przynosi nieco więcej świeżości. To jeden z ciekawszych momentów albumu, ponieważ zespół nie trzyma się tutaj aż tak kurczowo sprawdzonych schematów. Jest melodyjnie, ale jednocześnie kompozycja ma własny charakter. Cieszy na pewno mocniejszy riff i nieco mroczniejszy klimat.
Falling” to natomiast niemal podróż w czasie. Brzmi bardzo mocno jak klasyczny Stryper z lat 80., a szczególnie przywołuje ducha „Soldiers Under Command”. Jeśli ktoś tęskni za dawnym brzmieniem grupy, właśnie tutaj powinien poczuć się najlepiej. To jeden z ciekawszych utworów na płycie i o zabarwieniu hard rocka.
„I'm Alright (I'm Okay)” jest bardziej przebojowym numerem, opartym na chwytliwym refrenie i charakterystycznych gitarach. Utwór kipi energia i to moja ulubiona kompozycja z tej płyty. Szkoda, że cała płyta nie jest w takim klimacie.
„Waiting For You” ma więcej przestrzeni i emocji, a „Carry The Flame” ponownie pokazuje zespół od bardziej klasycznej, hardrockowej strony. Nie ma tutaj eksperymentowania na siłę — Stryper doskonale wie, co chce grać.Ciekawie wypada „Hollywood”, który ma nieco bardziej rockowy charakter i dobrze przełamuje środek albumu. Z kolei „Beautifully Broken” stawia przede wszystkim na emocjonalność i melodykę. „Ashes To Roses” jest już bardziej przewidywalny i można odnieść wrażenie, że Stryper zaczyna momentami powtarzać rozwiązania znane z poprzednich płyt.
Pod koniec mamy „Alone Again”, który ponownie pokazuje bardziej melodyjną stronę zespołu, oraz „Shadowbreaker” – solidne zakończenie albumu, oparte na mocnych gitarach i charakterystycznym wokalu Michaela Sweeta.
„Throne of Thorns” to kolejny solidny album Stryper, który pokazuje, że po ponad 40 latach można nadal nagrywać muzykę pełną energii, melodii i gitarowego ognia. Nie jest to powrót do „To Hell with the Devil” i nie próbuje nim być. To współczesny Stryper, który korzysta z własnej historii, ale wciąż potrafi stworzyć kilka naprawdę bardzo dobrych numerów. Fani zespołu raczej nie będą zawiedzeni, choć ci, którzy oczekują większej dawki świeżości, mogą poczuć pewien niedosyt.
Ocena :7.5/10
środa, 30 września 2026
LUNAGE - A Time of sword and sorcery part I (2026)
„A Time of Sword and Sorcery Part I” jest albumem mocno zakorzenionym w klasycznym power metalu. Słychać tutaj ducha Rhapsody, Gamma Ray, Stratovarius czy Blind Guardian, ale Lunage nie ogranicza się wyłącznie do kopiowania jednego schematu. Folk, orkiestracje, cięższe wokale i różnorodna tematyka sprawiają, że materiał nie jest jednostajny. Największą siłą płyty jest właśnie połączenie muzyki z opowieścią – każdy utwór zabiera słuchacza do innego świata. Miguel odpowiada za aspekty instrumentalne i odwalił tutaj kawał dobrej roboty. Słychać, że zna się na rzeczy i potrafi stworzyć ciekawe kompozycje. Przede wszystkim potrafi wykreować epicki klimat i wciągające melodie. To już połowa sukcesu.
Już otwierający „In The Sakura Shade” pokazuje, w którą stronę zmierza Lunage. To melodyjny, klasyczny power metal z wyraźnie zaakcentowanymi gitarami i orkiestracjami. Bardzo udane otwarcie płyty, gdzie można poczuć potencjał Lunage. Klasyczny riff, mocna sekcja rytmiczna i gościnny udział Stu Blocka sprawiają, że "allomancer" to jeden z bardziej rasowych heavy/powerowych momentów płyty.
Prawdziwym wydarzeniem jest jednak „The Blade Itself”. Tutaj pojawia się Fabio Lione i już od pierwszych sekund słychać, że mamy do czynienia z numerem napisanym dla wielbicieli klasycznego europejskiego power metalu. Szybkie gitary, podwójna stopa, melodyjne refreny i charakterystyczny głos Lione tworzą połączenie, które przywodzi na myśl najlepsze tradycje Rhapsody czy innych przedstawicieli power metalu przełomu lat 90. i 2000. To jeden z moich ulubionych kawałków na płycie i czuć klimat starych płyt Rhapsody. Tak powinna brzmieć całą płyta.
Forsaken” nieco uspokaja sytuację. To bardziej melodyjna i nastrojowa kompozycja z Nicolettą Rosellini, w której słychać ducha klasycznego, europejskiego power metalu. Postawiono tutaj na epicki charakter i rycerski charakter. Trochę wokal Nicolett nie do końca mi tu pasuje.
Instrumentalne „Gaea's Cradle” jest ciekawym przerywnikiem i ukłonem w stronę folk metalu. Nadaje to całości urozmaicenia i pokazuje nieco inne oblicze lunaga. "Icewind" to kolejna kompozycja na płycie, która odsyła nas do klasycznego europejskiego power metalu. Brzmi to bardzo dobrze, choć nie ma w tym za grosz oryginalności.
A Sword Between Us” jest bardziej balladowym momentem, opartym na patentach Blind Guardian. Bound By Magic And Steel” wraca do szybkiego power metalu. Mocniejszy riff i duża dawka melodyjności robią tutaj robotę. „In The Grim Darkness” jest natomiast cięższy i bardziej bezpośredni. Martin Steen nadaje kompozycji odpowiednią surowość. Jak dla mnie to najlepszy utwór na płycie i nielada gratka dla fanów iron fire.
Jednym z ciekawszych fragmentów jest „Under The Spell Of The Black Moon”. Tutaj Lunage sięga po bardziej agresywną stronę metalu. Nie jest to już wyłącznie klasyczny power metal – pojawiają się cięższe, momentami niemal deathmetalowe akcenty. Podoba mi się zróżnicowanie i świeżość. Prawdziwy pokaz mocy. Takie kompozycje dodają uroku całości.
Na zakończenie otrzymujemy „Memories From The Golden Times Part I” z udziałem Johna Romero, który znów zabiera nas w znane rejony. Orkiestrowe i gitarowe melodie tworzą tutaj bardzo nostalgiczny finał, który dobrze zamyka album.
Nie jest to album, który próbuje na siłę przewrócić power metal do góry nogami. Zamiast tego Lunage stawia na melodyjność, epickość, klasyczne riffy i ogromną dawkę fantastycznego klimatu. I właśnie dlatego „A Time of Sword and Sorcery Part I” powinien szczególnie dobrze trafić do osób, które wychowały się na europejskim power metalu i jednocześnie mają słabość do fantasy, gier oraz literatury.
Ocena: 8/10
wtorek, 29 września 2026
ALETHEYA - Chance to Reborn (2026)
poniedziałek, 28 września 2026
CALYPSO - Ghost of the ocean (2026)
Największą siłą „Ghost Of The Ocean” są gitary. Przy trzech gitarzystach można było spodziewać się przesytu, ale zespół wykorzystuje ten skład przede wszystkim do budowania bogatszych harmonii i klasycznie metalowego klimatu. Muzycznie można tutaj znaleźć skojarzenia z tradycyjnym heavy metalem, epickim graniem w duchu Warlord czy bardziej melodyjną odmianą Riot. Siła zespołu tkwi w partiach gitarowych i tu obecność 3 gitarzystów robi robotę. Frere, Winkels i Mandrolini stawiają na klasyczne patenty i bardziej epickie motywy gitarowe. Nie uświadczymy jakie mocnych i agresywnych riffów. Dominują klasyczne patenty, epicki klimat. Najsłabszym ogniwem zespołu jest wokalista Argennse, którego głos jest zbyt łagodny do takiej muzyki.
Już otwierające „The Awekening Of The Crew” oraz „Last Day Of The Seven” pokazują, że Calypso bardziej interesuje klasyczne metalowe granie niż nowoczesna produkcja. Jest rytm, są melodyjne riffy i odpowiednio podniosły klimat. Prawdziwe rozwinięcie tej formuły przynosi „Bells Of Abyss”, gdzie pojawia się więcej epiki i charakterystycznych gitarowych harmonii. Bardzo udany start płyty.
Tytułowy „Ghost Of The Ocean” to jeden z najważniejszych punktów albumu. Utwór ma odpowiednio majestatyczny charakter, a gitarowe partie nadają mu niemal bitewny rozmach. Słychać tutaj ducha klasycznego heavy metalu, w którym liczy się przede wszystkim riff, melodia i atmosfera. „Delusion Of Gold” idzie podobnym tropem i należy do najbardziej chwytliwych fragmentów płyty.
Na uwagę zasługuje również „Leviathan's Fall”, który pokazuje bardziej epicką stronę zespołu. Jest ciężej, dostojniej i momentami niemal filmowo. „Mystic Secret” oraz „Axe Of Chaos” wracają natomiast do bardziej bezpośredniego heavy/power metalowego grania. Szczególnie w tym drugim przypadku trzy gitary mają sporo przestrzeni, aby zaprezentować swoje możliwości.
Hunt Of Traitors” ponownie podkręca tempo i przypomina, że Calypso potrafi również uderzyć bardziej zdecydowanie. Z kolei „Dawn's First Light” jest jednym z bardziej melodyjnych momentów albumu i dobrze przygotowuje grunt pod finałowe „Pirate's Soul”, które zamyka całość w zgodzie z pirackim charakterem zespołu.
Nie wszystko jednak wypada idealnie. Wokal Guillaume'a Argensse'a może okazać się elementem dzielącym słuchaczy. Heroiczny sposób śpiewania pasuje do muzyki, ale angielska wymowa nie zawsze brzmi naturalnie. Produkcja również nie należy do najbardziej potężnych i nowoczesnych, przez co niektóre partie perkusji mogą sprawiać wrażenie mniej organicznych. Są to jednak niedociągnięcia debiutanta, a nie elementy przekreślające cały album.
„Ghost Of The Ocean” to przede wszystkim uczciwy, tradycyjny heavy metal z piracką otoczką, bez przesadnego kombinowania i bez próby wpisywania się na siłę w modne trendy. Calypso dopiero rozpoczyna swoją drogę, ale już na pierwszej płycie pokazuje, że ma pomysł na własną odmianę epickiego heavy metalu. Nie jest to album idealny, lecz kilka naprawdę udanych numerów, bogate partie gitarowe i oldschoolowy charakter sprawiają, że warto dać Francuzom szansę. Zwłaszcza jak ktoś kocha piracki klimat.
Ocena: 7/10
niedziela, 27 września 2026
EVOLUTION ZERO - Gateway to deviance (2026)
sobota, 26 września 2026
METALITE - Discovery (2026)
Już pierwsze utwory pokazują, że Metalite stawia przede wszystkim na chwytliwe refreny, łatwe do zapamiętania melodie i bardzo dopracowaną produkcję. Gitary są oczywiście obecne, ale nie zawsze znajdują się na pierwszym planie. Dużą rolę odgrywają syntezatory i elektroniczne dodatki, które nadają całości nowoczesnego charakteru. Momentami można odnieść wrażenie, że zespół bardziej celuje w szeroką publiczność niż w fanów klasycznego power metalu.
Nie oznacza to jednak, że „Discovery” jest albumem słabym. Wręcz przeciwnie – Metalite bardzo dobrze wie, jak pisać przebojowe utwory. Refreny wpadają w ucho, Erica Ohlsson śpiewa bardzo dobrze, a kompozycje są dopracowane i pozbawione przypadkowości. Problemem jest raczej brak większego pazura i elementu zaskoczenia. Jak dla mnie za dużo komercji i popowego charakteru, a za mało klasycznego heavy/power metalu. Nie czuć, że słucha się płyty z kręgu ciężkiego brzmienia.
Już otwierający „Our Time Has Come” pokazuje kierunek obrany przez zespół. Jest szybko, melodyjnie i bardzo chwytliwie, choć syntezatory oraz nowoczesna produkcja sprawiają, że trudno mówić tutaj o klasycznym power metalu. „In Case Of Emergency” idzie jeszcze dalej w stronę przebojowości. To jeden z tych numerów, które bardzo szybko wpadają w ucho, ale jednocześnie pokazują, że Metalite coraz chętniej sięga po popowe rozwiązania. Dobrze się tego słucha, ale mało to ma do czynienia z rasowym heavy/power metalem. Brakuje mi mocy i drapieżności.
Nieco więcej metalowego charakteru pojawia się w „Into The Maze”, gdzie gitary mają więcej do powiedzenia, a elektronika stanowi raczej dodatek niż fundament kompozycji. Podobnie jest w „The Metal Elite”, który należy do mocniejszych fragmentów płyty. Hymniczny refren i bardziej zdecydowane partie gitarowe sprawiają, że właśnie w takich momentach Metalite brzmi najbardziej przekonująco.
Z drugiej strony mamy „Cyberspace”, który jest niemal podręcznikowym przykładem nowoczesnego, komercyjnego oblicza zespołu. Bardzo chwytliwa melodia, dużo elektroniki i refren, który bez problemu może zostać w głowie po jednym przesłuchaniu. „Neon Rain” podąża podobnym tropem, stawiając przede wszystkim na futurystyczny klimat i melodyjność. Nie są to złe utwory, ale fan cięższego grania może zacząć tęsknić za większą ilością gitar. Przebojowość i chwytliwe melodie są, ale to nie wszystko by nagrać świetna płytę.
„Wings Of Fire” należy do lżejszych momentów „Discovery”. To przyjemny, łatwo przyswajalny numer, ale jednocześnie jeden z tych, które najlepiej pokazują komercyjny kierunek zespołu. Znacznie ciekawiej robi się przy „Captive In The Past”, gdzie gitary ponownie wychodzą na pierwszy plan, a Metalite pokazuje nieco więcej metalowego pazura. Dużo w tym wszystkim klimatów battle beast i podobnym tworom. Tylko wszystko jeszce bardziej dyskotekowe i komercyjne.
Fani wcześniejszych albumów prawdopodobnie nie będą rozczarowani, natomiast osoby oczekujące większej dawki gitar, power-metalowej energii i mniejszej ilości elektroniki mogą mieć mieszane odczucia. Metalite nadal potrafi tworzyć przebojowe kawałki, ale „Discovery” jest dowodem na to, że Szwedzi coraz mocniej kierują się w stronę komercyjnego grania. Niby jest przebojowo, melodyjnie, ale mało w tym wszystkim metalu. Płyta dla zagorzałych fanów Metalite, reszta może odpuścić.
Ocena :5/10



















