Nowy materiał pokazuje grupę, która nie boi się eksperymentować i szukać nowych środków wyrazu, ale nie wszystkie te pomysły okazują się trafione. Smoulder odchodzi nieco od swojego charakterystycznego połączenia epickiego heavy i doom metalu, kierując się w stronę bardziej nieprzewidywalnego, momentami wręcz dziwacznego grania. Wkracza chaos i brak pomysłu na ciekawe melodie. Album boryka się brakiem hitów i pomysłowych riffów. To wszystko jest solidne, ale nie wykracza poza ramy przyzwoitości. Brak dobrych kompozycji, które by zostały w pamięci powoduje że album przelatuje bez większego echa czy refleksji.
Największe zastrzeżenia mam jednak do wokalu Sarah Ann. Jej charakterystyczna maniera zawsze była jednym z najbardziej rozpoznawalnych elementów Smoulder, ale tym razem momentami jest jej po prostu za dużo. Przesadne vibrato, teatralne zaśpiewy i niektóre melodie sprawiają, że zamiast podkreślać epicki charakter kompozycji, wokal zaczyna zwyczajnie przeszkadzać. Nie pomaga również dość surowe, momentami mało selektywne brzmienie, przez które poszczególne instrumenty nie zawsze układają się w przekonującą całość. Duet gitarowy Vincent/ Wolf też tym razem nie zachwyca swoją grą i brakuje trochę zaangażowania i pomysłowości w tym wszystkim.
Album rozpoczyna się od „Water Wars”, który dzięki szybkim gitarom i dynamicznej sekcji rytmicznej stanowi całkiem obiecujące otwarcie. Jest tutaj sporo energii, klasycznego heavy metalu i odpowiednio podniosłego charakteru. „Shadow Of The Vulture” to z kolei bardziej chwytliwa propozycja, oparta na marszowym rytmie i refrenie, który łatwo wpada w ucho. W „Noitien Loitsu” zespół pokazuje swoje bardziej tajemnicze i eksperymentalne oblicze, natomiast „Crush The Neophytes” wprowadza cięższe, momentami wręcz ekstremalne fragmenty. Niestety, właśnie w takich kompozycjach najbardziej odczuwam problem z odpowiednim wyważeniem poszczególnych pomysłów. „Empathy’s Wrath” przynosi powrót do bardziej tradycyjnego oblicza grupy i jest jednym z najmocniejszych punktów wydawnictwa. Dobrze wypada również „Their Name Lives On”, choć nie jest to kompozycja, która szczególnie zapada w pamięć. „Cathedral Of The Trees” kontynuuje eksperymenty z mroczniejszymi brzmieniami, ale nie do końca przekonuje mnie swoim rozwinięciem. Na zakończenie otrzymujemy siedmiominutowy „Smouldering Remains”, który momentami przypomina o dawnych atutach zespołu i stanowi całkiem udane zwieńczenie całości.
„Witch Wife In An Alien World” to bez wątpienia album solidny, nagrany przez muzyków wiedzących, jak poruszać się w świecie epickiego heavy metalu, ale trudno oprzeć się wrażeniu, że tym razem zabrakło odpowiedniego wyczucia i kilku naprawdę mocnych kompozycji. Poprzednik miał więcej charakteru, lepszą przebojowość i zdecydowanie mocniej trafiał w moje gusta. Nowa płyta nie jest żadną katastrofą, ale w moim odczuciu stanowi wyraźny krok wstecz. Liczyłem na kolejną porcję epickiego metalu z prawdziwego zdarzenia, a dostałem wydawnictwo, które pozostawia spory niedosyt. Ogólnie rozczarowanie.
Ocena : 6/10




















