Fanów heavy metalu, gdzie punktem wyjściowym jest kobiecy wokal, nie brakuje. Na szczęście coraz więcej pojawia się takich kapel, a amerykański Witchforce to świetny tego przykład. To młoda formacja, której początki sięgają 2024 roku. 21 sierpnia ukazał się jej debiutancki album, zatytułowany po prostu „Witchforce”. To pozycja skierowana do fanów heavy metalu i hard rocka z lat 80. W ich muzyce usłyszymy wpływy Doro i Warlock, a także trochę Dokken czy W.A.S.P. Jeśli ktoś nie ma wygórowanych oczekiwań i kocha proste motywy, szybko przekona się do tej kapeli.
Od pierwszych dźwięków słychać, że muzycy nie zamierzają kombinować. Jest mocny, klasyczny riff, solidna sekcja rytmiczna i przede wszystkim wokal Cassie Nadeau, który okazuje się jednym z największych atutów całego materiału. Jej głos jest chropowaty, drapieżny i pełen charakteru, ale jednocześnie potrafi być melodyjny. Dzięki temu Witchforce nie brzmi jak kolejna bezbarwna kapela próbująca odtworzyć klimat sprzed czterdziestu lat. Zespół korzysta z klasycznych patentów, ale nadaje im własną energię.
Album otwiera „Save Our Souls” – mocny i bardzo bezpośredni numer, w którym pojawiają się także bardziej buntownicze i społeczne akcenty. Dalej mamy „Witchcraft”, czyli kawałek bardziej melodyjny, ale nadal oparty na ciężkich gitarach i klasycznym heavy metalowym feelingu. To właśnie takie utwory pokazują, że Witchforce potrafi połączyć prostotę kompozycji z chwytliwością.
„Never Say Die” jest z kolei jednym z tych numerów, które aż proszą się o wspólne śpiewanie podczas koncertu. To bardziej lekki, rockowy kawałek, który można by puścić w radiu. Echa Judas Priest czy Warlock można wyłapać w zadziornym „Into The Woods”. Czuć tu klimat lat 80., a zespół pokazuje swoje atuty.
Jednym z najmocniejszych momentów na płycie jest bez wątpienia „Heroes and Fools”. Jest w końcu mocniejszy riff, ciekawsze partie gitarowe i nutka agresji. Szybsze tempo również robi tutaj robotę. Tak powinna brzmieć cała płyta. Nie brakuje również ostrzejszych momentów. „Kicked Out Of Hell” to zdecydowanie bardziej bezpośredni i agresywny numer, który świetnie pokazuje zamiłowanie zespołu do amerykańskiego metalu lat 80. Z kolei „The Hunter” to kolejny lekki i przebojowy utwór na płycie. Oba kawałki dobrze pokazują, że Witchforce chce grać muzykę przede wszystkim energetyczną i koncertową.
Końcówka płyty to hardrockowy i trochę mało wyrazisty „Call of the Wild” oraz oldschoolowy i mocny „True Believer”, który brzmi jak mieszanka W.A.S.P., Judas Priest i Accept. To świetne zwieńczenie całości.
„Witchforce” nie jest płytą, która próbuje wymyślić heavy metal na nowo. I bardzo dobrze. To album dla tych, którzy nadal czerpią przyjemność z klasycznych riffów, mocnych refrenów i oldschoolowej atmosfery. Słychać tutaj fascynację metalem lat 80., ale również współczesną energię, dzięki której całość nie sprawia wrażenia muzycznej rekonstrukcji muzealnego eksponatu. Do ideału daleka droga, ale jest w tym szczerość i potencjał na coś więcej. Band jest zgrany i gra swoje, nie patrząc na trendy.
Największym atutem Witchforce jest bez wątpienia Cassie Nadeau, ale nie można zapominać o gitarowym duecie Tommy Von Voigt – Steve Woodzell. To właśnie riffy i solówki budują fundament tej muzyki, a sekcja rytmiczna Dana Martineza i Sala Chi zapewnia całości odpowiednią siłę napędową.
Debiut Witchforce może nie zaskoczyć słuchacza poszukującego eksperymentów, ale jeśli ktoś tęskni za klasycznym, melodyjnym i jednocześnie drapieżnym heavy metalem, powinien dać tej płycie szansę. To solidny, pełen energii debiut zespołu, który najwyraźniej dobrze wie, w jakim kierunku chce podążać. „Witchforce” nie udaje czegoś, czym nie jest – to szczery hołd dla tradycyjnego metalu, podany w nowoczesnej formie i z wokalistką posiadającą własny charakter. Jak popracują nad przebojowością i mocniejszymi riffami to przysporzą sobie więcej fanów.
Ocena: 7/10


















