Christian Logue, czyli założyciel i główna siła napędowa zespołu, nadal potrafi wykrzesać z gitary sporo energii. Problem w tym, że tym razem Savage Grace mocno skręca w kierunku amerykańskiego hard rocka i przebojowego hair metalu. Zamiast konsekwentnie nawiązywać do klasycznego USPM, grupa miesza speedmetalowe zapędy z bardziej rockowym, momentami wręcz glamowym charakterem. Samo eksperymentowanie nie jest niczym złym, ale tutaj nie zawsze udaje się stworzyć z tego spójną całość. Na pewno zmiana składu zespołu prowadziła powiew świeżości i album brzmi lepiej jak poprzedni. Muzycy akurat mogą pochwalić się doświadczeniem. Jest Marcus Dotta na perkusji, Cristian Blade na basie i Sebastian Hauser na wokalu. Akurat zmiana wokalisty jest na plus, bo maniera i charyzma Sebastiana pasuje do stylistyki zespołu. Skład prezentuje się lepiej i to przedkłada się na jakość płyty. Nowy album jest o wiele ciekawszy i bardziej dopracowany niż poprzedni. Jednak to wciąż tylko solidne granie i nic ponadto.
Na początek dostajemy „White Trash, White Heat”, czyli konkretny, rozpędzony kawałek, który przypomina, że Savage Grace wciąż potrafi uderzyć z odpowiednią siłą. Jest energia, mocne riffy i rasowa solówka. Otwieracz robi wrażenie i przywraca nadzieję w ten zespół. Tytułowy „Underworld” również potrafi zainteresować – jest ciężej, bardziej surowo, a nowy wokalista Sebastian Hauser nie boi się ostrzejszych, wysokich rejestrów. To wciąż bardzo dobry i przemyślany utwór utrzymany w klimacie lat 80.
Three Ways to Heaven” przynosi bardziej przebojowe oblicze zespołu, natomiast „Destiny Damour” stawia na melodyjność i wyeksponowany wokal. Właśnie w takich momentach słychać jednak, że formacja próbuje połączyć kilka różnych pomysłów, nie zawsze znajdując dla nich wspólny mianownik.
Valley of Fire” skreca w stronę amerykańskiego hard rocka lat 80. Niby jest dobrze, ale band stawia na bardziej komercyjne dźwięki. Jednym z najlepszych utworów na płycie jest przebojowy "way back from", który pokazuje że band stać na dobre i wpadające w ucho kompozycje. „Bad Day in Hell” ma odpowiedni pazur, ale prawdziwie interesujący moment przychodzi wraz z „Hard Times in Hollywood”. To jeden z mocniejszych punktów albumu – dynamiczny, bezpośredni i napędzany energią, której chciałoby się tutaj więcej. Potem znów dawka nijakich kompozycji z nutką hard rocka, dopiero finałowy utwór ponownie przyspiesza i przypomina o metalowych korzeniach zespołu. Szkoda, że nie wszystkie kompozycje utrzymują podobny poziom
Underworld to album, który pozostawia mieszane uczucia. Z jednej strony mamy doświadczonego gitarzystę, niezłe solówki, energię i kilka utworów, które potrafią przyciągnąć uwagę. Z drugiej – nierówny materiał, stylistyczne rozdrobnienie i zbyt dużo hardrockowego luzu kosztem tego, za co pokochałem klasyczne Savage Grace. Na pewno warto posłuchać i wyrobić swoje zdanie. Jest ciekawiej niż na poprzednim wydawnictwie.
Ocena : 6/10




















