Cirith Ungol od początku swojej działalności podążało własną drogą. Nie interesowało ich kopiowanie najbardziej popularnych odmian heavy metalu, lecz budowanie charakterystycznego, posępnego klimatu opartego na ciężkich riffach, epickich melodiach, doomowym ciężarze i niezwykle charakterystycznym wokalu Tima Bakera. To właśnie ten specyficzny miks sprawił, że grupa z czasem stała się jednym z najbardziej kultowych przedstawicieli amerykańskiego epic heavy metalu. Cieszy fakt, że nowy album brzmi jak typowy album Cirith Ungol i wciąż czuć na nim klimat lat 80.
Największą siłą zespołu pozostaje jednak jego autentyczność. W czasach, kiedy wiele klasycznych formacji próbuje unowocześniać swoje brzmienie, Cirith Ungol nie musi tego robić. Ich muzyka nigdy nie była nastawiona na pogoń za trendami. To metal dla ludzi, którzy cenią sobie klimat, charakter i prawdziwe riffy, a nie produkcyjną sterylność.
Dużą rolę odgrywa również brzmienie gitar. Jest ciężkie, momentami wręcz przytłaczające, ale jednocześnie pozostawia miejsce na melodie. To właśnie ten balans pomiędzy doomowym ciężarem a epickim heavy metalem stanowi znak rozpoznawczy zespołu. Nie jest to muzyka łatwa ani szczególnie przebojowa. Wymaga od słuchacza odpowiedniego nastroju i kilku przesłuchań. Sekcja rytmiczna wciąż buduje odpowiedni klimat, a wokal Tima Bakera nadaje całości drapieżności. To właśnie on jest jednym ze znaków rozpoznawczych Cirith Ungol.
Dobrze spisuje się też gitarzysta Armand Anthony, który działa w zespole od 2024 roku. Znamy go bardzo dobrze z Night Demon, czyli połowa składu Cirith Ungol to muzycy tego zespołu. Najważniejsze, że Armand Anthony sprawdza się w nowej roli i potrafi budować odpowiedni klimat oraz mrok.
Okładka jest typowa dla tego zespołu i miło widzieć, że cały czas trzymają się swojego stylu. Nawet brzmienie jest charakterystyczne dla zespołu. Nie zatracili swojego charakteru i wciąż są sobą. Płyta zawiera osiem kompozycji.
Na dzień dobry wita nas energiczny i zadziorny „All the Shadows”. Pomysłowy riff, klimat lat 80. i nic więcej do szczęścia nie trzeba. Cirith Ungol w najlepszej okazałości. Dalej robi się ciekawie i mrocznie. Wkracza bowiem marszowy i bardziej epicki „This Mortal Stein”. Pięknie band balansuje między doom metalem a heavy metalem.
Band pokazuje też pazur w zadziornym „Turning Blind”, który czerpie z klasyki i nawet NWOBHM. Można doszukać się tutaj również elementów Black Sabbath. Klasa sama w sobie i Cirith Ungol pokazuje swoją wielkość.
Można dać się porwać mrocznemu klimatowi w melancholijnym „Shadow Reflection”. Niby nic odkrywczego tutaj nie ma, ale te klasyczne zagrywki i mroczny klimat robią robotę. Band wciąż brzmi tak, jakby zatrzymał się w latach 80.
W podobnej tonacji mamy bardziej energiczny i drapieżny „Empty Tomb”. W takim wydaniu band wypada znakomicie i tylko pokazuje, że wciąż ma wiele do zaoferowania. Kto lubi mrok, stonowane tempo i emocje, ten musi posłuchać pomysłowego „On Broken Wings”. Za to właśnie kocham ten band.
Echa brytyjskiego heavy metalu, w tym Iron Maiden i NWOBHM, usłyszymy w przebojowym „Hollow Nimbus”. Całość wieńczy ponury, ocierający się o doom metal „Venus in Thirds”, który zabiera nas w podróż w głąb ciemności i mroku. To świat, w którym żyje Cirith Ungol. Jest w tym magia i coś wyjątkowego.
Lata lecą, zmieniają się trendy, pojawiają się nowe zespoły, rośnie konkurencja, ale w przypadku Cirith Ungol czas jakby się zatrzymał. Ten band dalej jest sobą, tworzy swoją charakterystyczną, pełną mroku i tajemnicy muzykę, która wciąga i wciąż dostarcza sporo emocji. Żyją latami 80., nie zmieniają się i robią swoje. Ta szczerość i autentyczność jest godna podziwu. Każdy fan zespołu musi mieć ten album w swojej kolekcji. Warto czekać na premierę 30 października.
Ocena: 9/10

















