power metal warrior
poniedziałek, 6 lipca 2026
STEELBALLS -Rebels (2026)
niedziela, 5 lipca 2026
IRON SLAUGHT - Metallic torments (2026)
Francuski Iron Slaught nie składa broni i po jedenastu latach wydawniczej ciszy rusza do kolejnej bitwy. Ten działający od piętnastu lat, wciąż stosunkowo mało znany zespół obrał sobie za cel pielęgnowanie klasycznego heavy/speed metalu z wyraźnymi wpływami thrashu. Muzycy czerpią inspiracje z dokonań takich formacji jak Razor, Exciter, wczesny Kreator czy Helloween, tworząc własną interpretację gatunku. Na 10 lipca zaplanowano premierę ich drugiego albumu studyjnego zatytułowanego Metallic Torments. Dla fanów klasycznego metalu jest to pozycja obowiązkowa.
Największą siłą albumu są riffy. Iron Slaught doskonale rozumie, że to właśnie one stanowią serce i fundament tej muzyki. Każdy utwór zawiera przynajmniej jeden motyw, który pozostaje w pamięci długo po zakończeniu odsłuchu. Zespół nie próbuje odkrywać heavy i speed metalu na nowo. Zamiast tego wybiera podróż w dobrze znane rejony, odświeżając sprawdzone patenty i nadając im własny charakter. Efekt? Muzyka pełna energii, świeżości i znakomitych pomysłów kompozytorskich.
Na basie usłyszymy Nikrassa, natomiast za partie gitarowe i wokalne odpowiada Iron Jeremy – mózg całej operacji. To niezwykle utalentowany muzyk, który heavy i speed metal ma po prostu we krwi. Jego wyczucie melodii, umiejętność tworzenia chwytliwych riffów oraz naturalny talent kompozytorski budzą ogromny szacunek. Jeremy imponuje również jako wokalista. Śpiewa pewnie, z odpowiednią ekspresją i różnorodnością, dzięki czemu każda kompozycja zyskuje dodatkowy charakter. To właśnie za jego sprawą duch lat osiemdziesiątych jest tak wyraźnie obecny na tym albumie.
Surowe, lekko przybrudzone brzmienie oraz klimatyczna okładka stanowią kolejne ukłony w stronę złotej ery heavy metalu. Nie oznacza to jednak, że mamy do czynienia wyłącznie z nostalgiczną podróżą w przeszłość. W kompozycjach słychać współczesną świadomość budowania napięcia i doskonałe wyczucie proporcji. Zespół wie, kiedy przyspieszyć do granic możliwości, a kiedy pozwolić gitarom wybrzmieć nieco dłużej. Dzięki temu Metallic Torments nie nuży, mimo że przez większość czasu utrzymuje bardzo wysoką intensywność.
Na pochwałę zasługuje również produkcja. Brzmienie jest surowe i organiczne, ale jednocześnie pozostaje selektywne. Każdy instrument ma swoje miejsce w miksie, a całość sprawia wrażenie nagranej przez muzyków, którzy bardziej przejmują się siłą przekazu niż cyfrowym wygładzaniem każdego dźwięku.
Album trwa około 45 minut, czyli dokładnie tyle, ile powinien. Nie ma tutaj zbędnych eksperymentów, niepotrzebnych wypełniaczy ani prób na siłę poszerzania stylistycznych granic. Jest za to speed metal w najlepszym wydaniu.
Już od pierwszych sekund „Harbinger of Afflictions” wiadomo, że nie będzie miejsca na oddech. Gitary tną powietrze niczym piły mechaniczne, sekcja rytmiczna pędzi przed siebie bez chwili zawahania, a wokal balansuje pomiędzy klasycznym heavy metalem a agresją speed metalu. To muzyka stworzona nie do analizowania, lecz do maksymalnego podkręcania głośników.
Prawdziwy pokaz kompozytorskiego kunsztu Iron Jeremy prezentuje w „Ghastly Obsession”. Potężny riff, agresywne partie gitar i doskonale wyważone proporcje pomiędzy heavy, speed i thrash metalem sprawiają, że utwór brzmi wręcz obłędnie. Nietrudno wychwycić tu echa Kreatora, Overkill czy klasycznej niemieckiej sceny metalowej.
Nie mniej imponująco wypada niezwykle melodyjny i zróżnicowany „The Executioner”. W jego strukturze można odnaleźć wpływy Stormwarrior czy wczesnego Helloween. To kolejny dopracowany do najmniejszych szczegółów killer, który pokazuje, jak dobrze Iron Slaught odnajduje się na styku agresji i melodyjności.
Na tym jednak emocje się nie kończą. Szczególne wrażenie robi bardziej rozbudowany i epicki „Soldier of Fortune”. Zespół eksploruje tutaj obszary heavy, speed i power metalu, tworząc utwór, który brzmi niczym zaginiony klasyk przełomu lat osiemdziesiątych i dziewięćdziesiątych.
Ciarki wywołuje także rozpędzony „Condamné pour l’éternité”, oparty na zawrotnym tempie i bezkompromisowej agresji. To prawdziwa eksplozja energii i kolejny dowód na talent Iron Jeremy'ego.
Jednym z najdłuższych utworów na płycie jest „Charme Funeste”. Ponownie otrzymujemy bardziej epicką formę oraz bogatszą atmosferę. Kompozycja zachwyca rozmachem, świetnie prowadzonymi melodiami i znakomitym wyczuciem klimatu. Iron Slaught przekonuje tutaj do siebie nie tylko stylem, ale również dojrzałością kompozytorską. Dodatkowego uroku dodają partie wykonywane w języku francuskim.
Świetnie wypada również „Primal Conquest”, w którym słychać inspiracje NWOBHM oraz dokonaniami takich legend jak i . To utwór pełen przebojowości i doskonałego feelingu.
Finał albumu należy do „Fatal Retaliations”. Zespół po raz kolejny zachwyca jakością kompozycji, umiejętnie łącząc heavy, speed i thrash metal. To nie tylko kolejna porcja znakomitych riffów oraz gitarowych popisów, ale przede wszystkim muzyka tworzona z pasją, szczerością i autentyczną miłością do gatunku. Tak właśnie powinno się grać klasyczny metal.
Metallic Torments nie jest albumem, który zmieni historię metalu. Jest jednak czymś równie cennym – przypomnieniem, że ten gatunek nadal potrafi dostarczać czystej, nieskrępowanej energii. Iron Slaught nagrał płytę szczerą, bezpretensjonalną i niezwykle skuteczną. Jeśli szukacie muzyki pachnącej skórą, potem i rozgrzanymi lampami wzmacniaczy, trafiliście pod właściwy adres. Speed metal w 2026 roku ma się znakomicie, a Metallic Torments jest tego kolejnym, bardzo mocnym dowodem.
Ocena: 9/10
piątek, 3 lipca 2026
DER JAGER - In which Evil dwells (2026)
Na nowy album Der Jäger fani musieli czekać aż siedem lat. Pochodzący z Indonezji zespół konsekwentnie stawia na wybuchową mieszankę heavy i speed metalu z wyraźnie zaznaczonymi wpływami thrashu. Muzycy nie ukrywają fascynacji klasykami gatunku, czerpiąc inspiracje z pierwszych wydawnictw takich formacji jak Anthrax, Exciter, Razor, Agent Steel czy wczesny Helloween. Grupa działa od 2014 roku i ma już na koncie dwa albumy studyjne. Najnowszy krążek, zatytułowany ..In Which Evil Dwells, ukazał się 26 czerwca 2026 roku.
Największym atutem ..In Which Evil Dwells jest konsekwencja oraz wysoki poziom kompozytorski. Nie znajdziemy tu słabych punktów ani niepotrzebnych przestojów. Zespół opiera się na klasycznych rozwiązaniach, jednocześnie unikając bezmyślnego kopiowania legend gatunku. Wokalista Dendi Gutter imponuje odpowiednio chropowatą i pełną charakteru barwą głosu, sekcja rytmiczna skutecznie napędza każdą kompozycję, a gitarowe popisy Leo Kunto emanują pasją oraz szacunkiem dla tradycji heavy metalu. Der Jäger prezentuje się tutaj z bardzo dobrej strony, a cały materiał utrzymuje równy poziom i potrafi na długo zapaść w pamięć.
Album otwiera agresywny „Endless Bloodbath”, który od pierwszych sekund narzuca wysokie tempo i odpowiednio podkręca atmosferę. Kolejne kompozycje, takie jak „Beyond Tragedy”, „Ode to Ruin” czy „Act of Conquest”, udowadniają, że zespół doskonale odnajduje się w łączeniu chwytliwych riffów z surową energią i umiejętnie dawkowaną melodyką. Produkcja brzmi naturalnie i została pozbawiona nadmiernego wygładzenia – instrumenty są selektywne, a jednocześnie zachowują undergroundowy charakter, który idealnie współgra z estetyką albumu. Już pierwsze minuty obcowania z ..In Which Evil Dwells pokazują, jak dopracowany i pełen zaangażowania jest to materiał.
Więcej heavy metalowego pazura oraz wpływów Judas Priest odnajdziemy w zadziornym „Crushing in the Night”. Imponuje sposób, w jaki muzycy budują melodie i odtwarzają klimat złotej ery metalu lat osiemdziesiątych. Prawdziwa speedmetalowa jazda bez trzymanki czeka natomiast w pędzącym „Madman II”, który należy do najbardziej energetycznych punktów programu. Der Jäger udowadnia również, że posiada talent do pisania utworów, które błyskawicznie wpadają w ucho. Doskonałym przykładem jest rozpędzony „Beware” – znakomita mieszanka heavy i speed metalu, pełna chwytliwych motywów oraz oldschoolowego klimatu.
Choć album nie wywraca gatunku do góry nogami, imponuje dojrzałością kompozycji, wyczuciem stylu i autentycznością. To propozycja skierowana przede wszystkim do miłośników klasycznego heavy metalu z domieszką speedu i thrashu – muzyki szczerej, bezpretensjonalnej i opartej na potężnych riffach. ..In Which Evil Dwells to płyta zdecydowanie godna uwagi, a Der Jäger wyrasta na jednego z najciekawszych przedstawicieli współczesnej sceny tradycyjnego metalu.
Ocena: 8/10
czwartek, 2 lipca 2026
DEEP PURPLE - Splat!(2026)
Jeśli spojrzeć na pewne liczby związane z działalnością , można złapać się za głowę. Większość ludzi mających ponad 80 lat myśli już o spokojnej emeryturze i odpoczynku od zawodowych obowiązków. Tymczasem muzycy Deep Purple po raz kolejny udowadniają, że wiek to jedynie liczba, a pasja do muzyki może być najlepszym lekarstwem na upływający czas. Zespół istnieje od blisko sześćdziesięciu lat, a mimo to nie tylko regularnie koncertuje, ale także nagrywa nowe albumy. Co więcej, w ostatnich latach imponuje wręcz tempem wydawania kolejnych płyt.
Powiew świeżości i młodzieńczej energii wniósł do zespołu nowy gitarzysta, . Pierwszy album nagrany z jego udziałem, , okazał się dla mnie najlepszym wydawnictwem grupy od czasów . Deep Purple ponownie zaczęli grać bardziej zadziornego i przebojowego hard rocka, a McBride szybko udowodnił, że jest gitarzystą obdarzonym ogromnym talentem. Teraz, dwa lata po premierze „=1”, zespół powraca z dwudziestym czwartym albumem studyjnym zatytułowanym „SPLAT!”, który ukazuje się 3 lipca nakładem earMUSIC. Czas sprawdzić, czy udało się utrzymać wysoki poziom poprzednika i czy faktycznie jest to najcięższy album Deep Purple od wielu lat.
Simon McBride na dobre zadomowił się w zespole i wyraźnie stara się przywrócić muzyce Deep Purple bardziej gitarowy charakter. Już na poprzedniej płycie zaprezentował imponujące umiejętności, tworząc efektowne solówki i chwytliwe riffy. Na „SPLAT!” również nie brakuje gitarowych popisów, choć tym razem kompozycje są bardziej rozbudowane i progresywne. Melodyjność schodzi momentami na dalszy plan, ustępując miejsca bardziej złożonym strukturom. To album wymagający większego skupienia, ale nagradzający cierpliwego słuchacza licznymi detalami.
Największym atutem pozostaje jednak niezwykła chemia pomiędzy muzykami. mimo upływu lat nadal imponuje charakterystyczną barwą głosu i ogromną charyzmą. Owszem, nie dysponuje już taką mocą jak przed dekadami, ale nadrabia doświadczeniem i znakomitą interpretacją tekstów. Sekcja rytmiczna tworzona przez i pozostaje wzorem rockowej solidności, natomiast po raz kolejny wzbogaca materiał o charakterystyczny, „purpurowy” klimat. To właśnie doświadczenie i wzajemne zrozumienie muzyków przekładają się na wysoki poziom artystyczny albumu.
Fani ostatnich wydawnictw zespołu szybko odnajdą tutaj wiele powodów do zachwytu. Z kolei miłośnicy ery mogą odczuwać pewien niedosyt, ponieważ na płycie brakuje utworów, które mogłyby konkurować z największymi klasykami grupy. Nie oznacza to jednak, że zabrakło mocnych momentów.
Już otwierający album „Arrogant Boy” zachwyca energią. To gitarowy hard rock z pazurem, ozdobiony świetnymi partiami McBride'a i efektownymi klawiszami Aireya. Wszystko doskonale się zazębia, przywołując wspomnienia najlepszych lat Deep Purple.
Jeszcze większe wrażenie robi „Diablo” – mroczny, przebojowy i zagrany z odpowiednią dawką agresji. W jego klimacie można doszukać się ducha kompozycji z czasów Blackmore'a. To jeden z najmocniejszych punktów albumu i trudno dziwić się, że właśnie ten utwór wybrano na singiel promujący wydawnictwo.
Więcej progresywnych rozwiązań znajdziemy w „The Rider”. To interesująca kompozycja, choć akurat partie klawiszowe nie przekonują mnie tutaj w pełni. Znacznie lepiej wypada „The Lunatic”, oparty na pomysłowym, oldschoolowym riffie. Utwór doskonale pokazuje, jak świetnie współpracują ze sobą McBride i Airey. Między muzykami wyraźnie słychać chemię oraz wzajemne uzupełnianie się.
Pozytywną energią emanuje również „The Only Horse In Town”. To kolejny przykład znakomitej współpracy gitarzysty i klawiszowca, którzy stali się jednym z największych atutów współczesnego Deep Purple.
Moim osobistym faworytem szybko stał się marszowy i niezwykle zadziorny „Sacred Land”. Utwór imponuje ciężarem, znakomitymi zagrywkami gitarowymi oraz subtelnym orientalnym klimatem. Don Airey prezentuje tutaj pełnię swoich możliwości, przypominając, dlaczego od lat zaliczany jest do ścisłej czołówki rockowych klawiszowców. Nad całością unosi się duch klasycznych albumów nagranych z Blackmore'em.
Nieco bardziej bluesowy „The Beating Of Wings” wnosi większą dawkę emocji i rockowej nostalgii. Z kolei „Guilt Trippin'” pokazuje, że Deep Purple nie utracili poczucia humoru i nadal potrafią bawić się muzyką z ogromną swobodą. Charakterystyczny wokal Gillana dodaje kompozycji odpowiedniej drapieżności.
Mocny riff napędza „Scriblin' Gab'rish”, który ponownie udowadnia, że zespół wciąż potrafi tworzyć rasowy, klasyczny hard rock. Z przyjemnością słucha się także melodyjnego i pozytywnie zakręconego „Jessica's Bra”, w którym można odnaleźć subtelne nawiązania do dawnych patentów Blackmore'a.
Klimatyczny „Third Call” urzeka natomiast znakomitym wstępem klawiszowym oraz kolejnymi fascynującymi muzycznymi dialogami pomiędzy McBride'em i Aireyem.
Album zamyka tytułowy „SPLAT!” – ciężki, klimatyczny i pełen charakterystycznej dla Deep Purple swobody. To doskonałe podsumowanie całego wydawnictwa i kolejny dowód na to, dlaczego ta formacja od ponad pół wieku pozostaje jedną z największych ikon hard rocka. W takich momentach słychać, że muzycy, mimo zaawansowanego wieku, wciąż potrafią grać z klasą, pasją i autentycznym zaangażowaniem.
„SPLAT!” nie stanie obok takich kamieni milowych jak czy , ale też nie ma takich ambicji. To album stworzony przez doświadczonych muzyków, którzy nadal czerpią ogromną radość ze wspólnego grania. Jest ciężej, bardziej bezpośrednio i momentami naprawdę imponująco, choć nie obyło się bez kilku słabszych momentów. Trochę za mało pierwszoligowych hitów.
Mimo to Deep Purple po raz kolejny udowadniają, że wciąż mają wiele do powiedzenia i nie zamierzają odcinać kuponów od własnej legendy. Dla fanów klasycznego hard rocka jest to pozycja obowiązkowa. Nie jest to dzieło wybitne, ale bez wątpienia jeden z najciekawszych albumów nagranych przez zespół w ostatnich dekadach. Jednak w moim odczuciu słabszy od poprzedniego wydawnictwa.
Ocena: 8,5/10
środa, 1 lipca 2026
DEAD KOSMONAUT - Retrospectre (2026)
wtorek, 30 czerwca 2026
AMBERIAN DAWN - Temptation's Gates (2026)
Czas płynie nieubłaganie i trudno uwierzyć, że Amberian Dawn świętuje już 20 lat działalności. Mimo licznych zmian personalnych i długiego stażu na scenie zespół pozostaje wierny swojej muzycznej tożsamości, łącząc symfoniczny heavy metal z elementami power i metalu progresywnego. Nietrudno wychwycić inspiracje twórczością Nightwish,Epica czy Kamelot.. Fińska grupa konsekwentnie stawia na budowanie emocji i atmosfery, które odgrywają tutaj kluczową rolę.
Ma to jednak zarówno zalety, jak i wady. Z jednej strony otrzymujemy muzykę pełną rozmachu i oddziałującą na wyobraźnię słuchacza, z drugiej – momentami brakuje większej dawki energii, metalowego pazura i power metalowej dynamiki. W efekcie album bywa przewidywalny i chwilami sprawia wrażenie zbyt zachowawczego. Na szczęście nowa wokalistka wypada bardzo przekonująco, wnosząc do zespołu świeżość i nową energię. Jej charyzma oraz operowa maniera śpiewu dodają kompozycjom dodatkowego uroku.
Największym atutem albumu pozostaje właśnie Nicole Willerton. Jej głos umiejętnie łączy metalową siłę z popową przebojowością, a miejscami zaskakuje także bardziej agresywną ekspresją. Dzięki temu utwory takie jak „Unchained” czy „Moon” zyskują energię, której momentami brakowało na poprzednich wydawnictwach zespołu. Co ważne, wokalistka nie próbuje kopiować swoich poprzedniczek, lecz nadaje utworom własny charakter i tożsamość.
Pod względem kompozytorskim pozostaje wierny swojej filozofii tworzenia muzyki. Melodyjne refreny stanowią fundament niemal każdego utworu. Album nie stawia na radykalne eksperymenty, ale skutecznie łączy power metalową przebojowość z symfonicznym rozmachem. Słychać również subtelne echa bardziej popowych inspiracji z poprzedniego etapu działalności zespołu, choć tym razem zostały one wplecione w materiał znacznie naturalniej i nie dominują całości. Seppälä wciąż potrafi tworzyć chwytliwe melodie i interesujące motywy przewodnie, choć nie wszystkie rozwiązania kompozycyjne wypadają równie przekonująco.
Już utwór tytułowy pokazuje, że zespół postawił na nieco cięższe brzmienie. Nadal obecne są charakterystyczne dla Amberian Dawn neoklasyczne partie klawiszy, chwytliwe refreny i symfoniczny rozmach, ale całość brzmi nowocześniej i bardziej gitarowo. Produkcja jest pełna, selektywna i dopracowana, dzięki czemu nawet najbardziej rozbudowane aranżacje zachowują przejrzystość. Kompozycja emanuje energią i doskonale oddaje power metalowy charakter zespołu. To bez wątpienia jeden z najmocniejszych punktów albumu. Szkoda jedynie, że podobnie intensywnych momentów jest tutaj stosunkowo niewiele.
„The Vision of Dreaming” to z kolei bardzo udany i wyjątkowo przebojowy utwór. Zespół od lat udowadnia, że ma talent do tworzenia lekkich, melodyjnych i nastrojowych kompozycji. Elementy progresywne dochodzą do głosu w zadziornym „Moon”, który zachowuje wyraźny power metalowy charakter. „Unchained” próbuje natomiast zabrzmieć bardziej nowocześnie i mrocznie, choć akurat ten kierunek nie do końca mnie przekonuje. Na uwagę zasługuje również melodyjny i energiczny „Eternal Flame”, w którym można odnaleźć wyraźne wpływy neoklasyczne.
Niestety, w dalszej części albumu pojawia się coraz więcej mniej trafionych pomysłów. Pod koniec materiał zaczyna tracić impet i nużyć swoją formułą. Kilka kompozycji sprawia wrażenie wypełniaczy, którym brakuje wyrazistych melodii i zapadających w pamięć momentów.
„Temptation's Gates” nie rewolucjonizuje symfonicznego metalu, ale stanowi całkiem udany restart dla Amberian Dawn. Album przypomina o największych atutach zespołu – melodyjności, bogatych aranżacjach i umiejętności tworzenia chwytliwych utworów – jednocześnie otwierając nowy rozdział z Nicole Willerton za mikrofonem. Szkoda jednak, że materiał jest nierówny i momentami zbyt zachowawczy oraz nastawiony na komercyjną przystępność. Obok kilku bardzo udanych kompozycji pojawiają się słabsze fragmenty, które wyraźnie obniżają ogólny poziom wydawnictwa. W rezultacie pozostaje pewien niedosyt, a album, mimo swoich mocnych stron, trudno uznać za w pełni satysfakcjonujący.
Ocena: 5/10
poniedziałek, 29 czerwca 2026
SPEEDSLUT -Cimbrian Rites (2026)
Dania od lat dostarcza światu metal na najwyższym poziomie. To właśnie stamtąd wywodzą się Mercyful Fate, King Diamond czy Artillery, a dziś do tego grona aspiruje młoda formacja Speedslut. Debiutancki album „Cimbrian Rites” pokazuje, że kwartet doskonale odrobił lekcję z klasycznego speed metalu, thrashu i pierwszej fali black metalu. Zamiast gonić za nowoczesnymi trendami, Duńczycy stawiają na brud, szybkość i bezkompromisową energię.
Speedslut to prawdziwy powiew świeżości na duńskiej scenie metalowej. Wszystko wskazuje na to, że rodzi się nowa gwiazda, która ma potencjał, by zaistnieć daleko poza granicami swojego kraju. Zespół działa zaledwie od trzech lat, a już 26 czerwca wydał swój debiutancki album „Cimbrian Rites”. To jedna z najmilszych niespodzianek 2026 roku. Muzycy grają z taką swobodą i pewnością siebie, jakby byli obecni na scenie od dekad. Zapnijcie pasy – czeka nas jazda bez trzymanki.
Już sama okładka przywodzi na myśl klasyczne blackmetalowe wydawnictwa. Na szczęście zawartość albumu to przede wszystkim wybuchowa mieszanka heavy, speed i thrash metalu. Największym atutem płyty są kapitalne riffy. Gitary tną niczym piła mechaniczna, a solówki pozostają melodyjne, nie tracąc przy tym swojej dzikiej natury. Sekcja rytmiczna ani przez moment nie zwalnia tempa, dzięki czemu „Cimbrian Rites” słucha się z wypiekami na twarzy.
Produkcja zachowała odpowiednią dawkę surowości, ale jednocześnie jest na tyle przejrzysta, by wydobyć wszystkie smaczki ukryte w kompozycjach. Trudno nie podziwiać energii, drapieżności i naturalności, jakie emanują z tego materiału. Album brzmi tak, jakby powstał w połowie lat osiemdziesiątych. Gitarowy duet Klitte/Dikinis nie bawi się w eksperymenty ani ślepe podążanie za trendami. Zamiast tego stawia na agresję, szybkość i czystą radość grania. Każdy riff i każda solówka stanowią prawdziwą ucztę dla fanów klasycznego metalu.
Na uwagę zasługuje również wokal Frederika Klitte, który idealnie wpisuje się w stylistykę zespołu. Jest szorstki, zadziorny i pełen punkowej bezczelności, dzięki czemu znakomicie współgra z bezlitosnym instrumentarium. Całość emanuje autentycznością i sprawia wrażenie, jakby została nagrana w złotej erze metalu. Uwielbiam taki typ wokalu – pełen agresji, charyzmy i drapieżności. Momentami przywodzi na myśl pierwsze albumy Slayera czy Kreatora. Frederik sieje spustoszenie i nie bierze jeńców.
Już od pierwszych sekund „Pestridden Stallions” wiadomo, że nie będzie miejsca na wytchnienie. Zespół atakuje ostrymi riffami, piekielnym tempem i surowym brzmieniem, które przywodzi na myśl dokonania Motörhead, wczesnego Bathory, Exciter czy pierwszych płyt Sodom. Nie chodzi jednak o bezrefleksyjne kopiowanie legend. Speedslut wykorzystuje klasyczne inspiracje, nadając im własny, agresywny charakter. To mocne otwarcie, które stanowi doskonałą zapowiedź tego, co czeka słuchacza w dalszej części albumu.
Zespół nie zwalnia ani na moment. Drugi w kolejności „Asbestos Born Wrath” to prawdziwy killer – przebojowy, melodyjny i niezwykle energetyczny. Świetne balansowanie pomiędzy speed i thrash metalem odnajdziemy również w „Dark Night Riders”. Duńczycy konsekwentnie trzymają się obranej stylistyki, nie tracąc przy tym świeżości i entuzjazmu.
Fanom Motörhead szczególnie powinien przypaść do gustu „Into the Grave”. Szybkie tempo, klasyczny riff i motoryka rodem z najlepszych albumów Lemmy'ego i spółki sprawiają, że jest to kolejny mocny punkt programu. Emocje nie opadają również przy „No One Escapes Death”, który ponownie przemyca liczne thrashmetalowe patenty. Zespół gra z pasją i imponującą pewnością siebie. Z kolei „Stench of Evil” oferuje nieco cięższy i bardziej mroczny klimat, pokazując, że muzycy potrafią budować napięcie również w wolniejszych fragmentach.
Końcówka albumu nie zawodzi. „Armageddon” i „Whores of Speed” to prawdziwe hymny dla miłośników undergroundowego metalu – pełne chwytliwych refrenów, nieokiełznanej energii i oldschoolowego ducha. Tytułowy „Cimbrian Rites” stanowi znakomite zwieńczenie całości. To najbardziej rozbudowany i epicki utwór na płycie, który pokazuje, że Speedslut potrafi wyjść poza prosty schemat grania na pełnych obrotach, gdzie liczy się wyłącznie prędkość.
„Cimbrian Rites” nie próbuje odkrywać speed metalu na nowo. To szczery hołd dla złotej ery gatunku, w którym najważniejsze są znakomite riffy, energia i bezkompromisowe podejście do muzyki. Miłośnicy nowoczesnego grania mogą narzekać na brak innowacyjności, ale fani Hellripper, Venom, Motörhead czy klasycznego Exciter z pewnością znajdą tutaj wszystko, czego oczekują od rasowego speed metalu.
To jeden z tych debiutów, które przypominają, że duch starej szkoły ma się znakomicie. Speedslut zaliczył fenomenalny start i z ogromnym zainteresowaniem będę śledził dalsze losy zespołu. „Cimbrian Rites” to prawdziwa perełka, która zasługuje na uwagę każdego fana klasycznego metalu.
Ocena: 9,5/10
WRATHFORGE - Reaper of souls (2026)
Sage Zavage to muzyk o wielu talentach. Podobnie jak Ces Forsberg potrafi samodzielnie stworzyć materiał i położyć solidne fundamenty pod wartościowy album. Fani mogą kojarzyć go z takich projektów jak Bitter Velvet czy Blades Edge. W tym roku powraca z nowym przedsięwzięciem pod nazwą Wrathforge.
To prawdziwy hołd dla heavy i speed metalu lat 80., dlatego każdy miłośnik twórczości Skull Fist, Enforcer, Striker czy Stallion powinien zainteresować się debiutanckim albumem pochodzącego z Ekwadoru Wrathforge. „Reaper of Souls” ukazał się 23 czerwca i od pierwszych minut słychać fascynację Sage'a klasycznym metalem spod znaku Judas Priest, Exciter, wczesnego Helloween czy Blind Guardian. To speed metal w najczystszej i najbardziej porywającej formie.
Na szczególne uznanie zasługuje fakt, że Sage Zavage odpowiada za całą warstwę instrumentalną albumu. To właśnie dzięki niemu muzyka emanuje odpowiednią dynamiką, agresją i energią. W każdej ze swoich ról wypada znakomicie, jednak największe wrażenie robi jako gitarzysta. Jego riffy są pełne pasji, polotu i szacunku dla klasycznych płyt gatunku. Choć czerpie inspiracje od legend heavy i speed metalu, potrafi zachować własny charakter i autentyczność. To sztuka trudna, ale w tym przypadku zakończona pełnym sukcesem.
Efektem jest dopracowany, przebojowy album, który potrafi skraść serce każdego fana tradycyjnego metalu. Od początku do końca utrzymuje wysoki poziom, nie pozwalając słuchaczowi choćby na chwilę nudy. To prawdziwa kopalnia chwytliwych kompozycji i klasycznych metalowych patentów. Do współpracy Zavage zaprosił wokalistę Jareda Pineirosa, który znakomicie odnajduje się w tej stylistyce. Jego wokal dodaje utworom charakteru i pazura, a całość brzmi tak, jakby została nagrana w złotej erze metalu.
Na pochwałę zasługuje również oprawa graficzna. Okładka doskonale oddaje klimat lat 80., podobnie jak produkcja i ogólna estetyka kompozycji. Debiutancki album zawiera dziewięć utworów, które składają się na około czterdzieści minut muzyki.
Całość otwiera rozpędzony utwór tytułowy „Reaper of Souls”, który błyskawicznie wprowadza słuchacza w klimat płyty. Szybkie tempo, mocarny riff i oldschoolowy charakter sprawiają, że trudno przejść obok niego obojętnie. Nie ma tu nic szczególnie odkrywczego, ale Wrathforge nadrabia to autentycznością i ogromną dawką energii.
Kolejny punkt programu, „Streetlights Bleed”, pokazuje talent kompozytorski Sage'a. Utwór stawia na przebojowość i klasyczny heavy metalowy feeling, który niezmiennie działa na wyobraźnię fanów gatunku. Więcej tradycyjnego heavy metalu znajdziemy w zadziornym „They Leave You Behind”. To prosta, ale niezwykle chwytliwa kompozycja, która szybko zapada w pamięć.
W bardziej agresywnym „Fight Until the End” można doszukać się inspiracji debiutem Running Wild. Przewodni motyw gitarowy robi ogromne wrażenie i doskonale pokazuje możliwości Zavage'a jako gitarzysty. Emocji nie brakuje również w „Infernal Summoning”, gdzie zespół ponownie stawia na szybki, bezkompromisowy speed metal.
Powiew świeżości wnosi bardziej rozbudowany i utrzymany w heavy metalowym klimacie „Abismo”. To niezwykle przebojowy utwór, który świetnie oddaje charakter i potencjał zespołu. Fakt, że wykonano go w języku hiszpańskim, tylko dodaje mu wyjątkowego uroku.
Z kolei „You're Gonna Pay” przywołuje skojarzenia z Accept i Judas Priest. To jeden z najmocniejszych punktów albumu – prawdziwa perełka, będąca znakomitym podsumowaniem talentu Sage'a Zavage'a oraz możliwości Wrathforge.
„Reaper of Souls” to album stworzony przez muzyka, który doskonale rozumie ducha klasycznego heavy i speed metalu. Nie znajdziemy tutaj rewolucji ani prób odkrywania gatunku na nowo. Zamiast tego otrzymujemy szczerość, pasję i autentyczny hołd dla starej szkoły metalu. Dla jednych będzie to wada, dla innych ogromna zaleta. Ja zdecydowanie należę do tej drugiej grupy.
Ocena: 8,5/10
piątek, 26 czerwca 2026
MASTERPLAN - Metalmorphosis (2026)
BURNING SUN - Power To Survive (2026)
czwartek, 25 czerwca 2026
SPACE PARASITES - Make me Evil (2026)
środa, 24 czerwca 2026
DRAKKAR - Invasion (2026)
wtorek, 23 czerwca 2026
DESTRUCTOR - Tales of Glory (2026)
Po ponad 40 latach działalności amerykański Destructor udowadnia, że tradycyjny metal wcale nie musi brzmieć jak muzealny eksponat. Zespół dorobił się siedmiu albumów studyjnych, a najnowszy z nich, zatytułowany „Tales of Glory”, ukazał się 19 czerwca. To niespełna 39 minut czystego heavy/thrashowego grania – bez nowoczesnych trików, za to z masą soczystych riffów, heroicznych refrenów i atmosferą rodem z lat 80. To propozycja skierowana przede wszystkim do fanów Exciter, Metal Church, Agent Steel czy Running Wild.
Album brzmi niczym list miłosny do amerykańskiego metalu lat 80. Nie ma tu ani grama metalcore'owych naleciałości, cyfrowych sztuczek czy przesadnie wypolerowanej produkcji. Zamiast tego otrzymujemy żywe gitary, naturalnie brzmiącą perkusję oraz wokal, który momentami jest surowy, ale właśnie dzięki temu zachowuje autentyczność.
Największą siłą Destructor pozostaje umiejętność łączenia klasycznego heavy metalu z thrashową agresją. Riffy są szybkie, zadziorne i pełne energii, ale jednocześnie nie brakuje im melodyjności. To w dużej mierze zasługa zgranego duetu gitarowego – Pata Rabida „Hellhounda” i Dave'a „Overkilla” Hoovera. Muzycy doskonale wiedzą, jak budować napięcie za pomocą agresywnych riffów, dynamicznych przejść i klasycznych heavy metalowych zagrywek. Problem w tym, że nie proponują niczego szczególnie odkrywczego. Materiał jest bardzo sprawnie zagrany, ale momentami sprawia wrażenie wtórnego i opartego na doskonale znanych schematach.
Kolejnym mocnym punktem jest wokal Dave'a „Overkilla” Hoovera. Nie próbuje on rywalizować z młodszymi wokalistami pod względem skali czy agresji. Zamiast tego stawia na doświadczenie, charakter i odpowiednią interpretację. Jego głos idealnie współgra z tekstami opowiadającymi o wojownikach, bitwach i heroicznych czynach.
Produkcja prezentuje bardzo wysoki poziom, choć świadomie zachowano jej oldschoolowy charakter. Gitary mają odpowiednią moc, bas nie ginie w miksie, a perkusja brzmi naturalnie i dynamicznie. Nie jest to może poziom sterylnej selektywności współczesnych nagrań, ale właśnie dzięki temu album posiada własny charakter i energię. Na pochwałę zasługuje również okładka, która doskonale oddaje klimat klasycznych metalowych wydawnictw z lat 80.
Płyta zawiera dziesięć utworów i trwa niespełna 38 minut. Całość rozpoczyna klimatyczne intro, po którym następuje agresywny i rozpędzony „Shadow Magic”. Utwór czerpie pełnymi garściami z dokonań Liege Lord, wczesnego Helloween czy Exciter. Już tutaj słychać, że Destructor doskonale odnajduje się w tej stylistyce. Brzmienie gitar i niektóre zagrywki przywodzą na myśl również twórczość Running Wild.
Wpływy wczesnego Exciter oraz Overkill są jeszcze bardziej słyszalne w „Harbinger of Death”, gdzie zespół stawia na mocniejszy, bardziej thrashowy charakter. To bardzo udany numer, choć ponownie trudno mówić o jakimkolwiek elemencie zaskoczenia.
Na płycie znajdziemy także zadziorny i speedmetalowy „Wolves at Your Door”, który tylko potwierdza fascynację zespołu klasycznym brzmieniem Running Wild. Z kolei „Death Screams” nadrabia przebojowością i chwytliwymi melodiami, skutecznie równoważąc cięższe momenty albumu.
Elementy speed i thrash metalu odnajdziemy również w dynamicznym „Fall to Your Knees”. To utwór, którego słucha się z dużą przyjemnością, choć i tutaj trudno oprzeć się wrażeniu, że zespół porusza się wyłącznie po dobrze znanych ścieżkach.
Destructor znakomicie odnajduje się w bardziej agresywnej stylistyce, czego dowodem jest „Answers in Blood”. To jeden z najmocniejszych punktów albumu – szybki, bezkompromisowy i bardzo dobrze skonstruowany utwór.
W dalszej części otrzymujemy chwytliwy i drapieżny „Rise to the Call”, który dzięki mocnemu refrenowi na długo zapada w pamięć. Zespół nie zwalnia tempa i na zakończenie serwuje „Victorious Warrior” – mocny, rasowy thrashmetalowy numer oparty na klasycznych patentach gatunku. To utwór pełen pasji i energii, stanowiący bardzo udane zwieńczenie całego wydawnictwa.
„Tales of Glory” to album niezwykle równy pod względem kompozycyjnym. Nie ma tutaj utworów, które można byłoby uznać za wypełniacze. Niektórym słuchaczom może zabraknąć większej liczby eksperymentów czy bardziej zaskakujących rozwiązań, ale trudno oprzeć się wrażeniu, że Destructor wcale nie miał takiego celu. Chodziło raczej o stworzenie płyty, która mogłaby stanąć obok klasycznych wydawnictw amerykańskiego power i thrash metalu z lat osiemdziesiątych – i pod tym względem zadanie zostało wykonane wzorowo.
Od początku do końca jest to materiał spójny, energetyczny i wypełniony solidnymi kompozycjami. Dla miłośników klasycznego heavy, speed i thrash metalu będzie to jedna z ciekawszych premier tego roku.
Ocena: 8/10
poniedziałek, 22 czerwca 2026
BORN AGAIN - New metal breed (2026)
Francuski Born Again postawił w tym roku na okładkę utrzymaną w klimacie „Terminatora” i był to bardzo trafiony ruch. Przyciągnie ona uwagę słuchaczy, którzy wcześniej nie mieli styczności z twórczością zespołu. New Metal Breed to trzeci studyjny album grupy, wydany 6 czerwca nakładem Steel Shark Records. Jest to pozycja skierowana przede wszystkim do miłośników heavy i speed metalu spod znaku lat 80. W muzyce Born Again wyraźnie słychać inspiracje takimi zespołami jak Grave Digger, Accept, Judas Priest, Agent Steel czy Exciter. Nie znajdziemy tutaj niczego rewolucyjnego, ale bez wątpienia jest to album godny uwagi.
Największym atutem Born Again pozostaje charyzmatyczny wokalista Thierry, który wyraźnie czerpie inspiracje z manier wokalnych Udo Dirkschneidera i Chrisa Boltendahla. Śpiewa zadziornie, z odpowiednią dawką agresji i charakteru, dzięki czemu nadaje materiałowi własną tożsamość. Za partie gitarowe oraz solidne solówki odpowiada Steff Dupont. Na albumie dominuje mroczny klimat i surowa, nieco toporna motoryka riffów. Gitarzysta stawia na proste, sprawdzone rozwiązania, mocno zakorzenione w klasyce gatunku. Całość brzmi dopracowanie, a słuchacz otrzymuje porcję rasowego heavy/speed metalu. Miłym ukłonem w stronę Judas Priest i złotej ery gatunku jest cover „Riding on the Wind”.
Na płycie nie brakuje również interesujących kompozycji. Bardzo dobrze prezentuje się utwór tytułowy „New Metal Breed” – prosty, zadziorny i pełen energii heavy/speedmetalowy numer. To prawdziwy hołd dla lat 80. i niemieckiej sceny heavy metalowej. Fani Grave Digger i Accept powinni być usatysfakcjonowani. Następnie otrzymujemy „Preu or the Devil”, który ponownie odwołuje się do klasycznych wzorców spod znaku Judas Priest, Accept czy Paragon. To mocny kawałek, doskonale oddający styl oraz jakość zespołu.
Grupa nie zwalnia tempa również w „Strike of Sinner”. Nie ma tutaj miejsca na eksperymenty – Born Again konsekwentnie bazuje na sprawdzonych patentach, ale robi to z pasją i autentycznym oddaniem dla heavy metalu. Zespół świetnie odnajduje się także w szybszych fragmentach, czego dowodem jest „Heroes in the Dark” – niezwykle żywiołowy i przebojowy utwór.
Na pochwałę zasługuje również umiejętność tworzenia chwytliwych kompozycji. Takie utwory jak „Dawn of Steel” czy „Hail to the King” tylko to potwierdzają. Zespół znakomicie balansuje pomiędzy heavy a speed metalem, zachowując przy tym ducha lat 80. Finał albumu przynosi bardziej rozbudowaną i klimatyczną kompozycję „Made in Hell / The Last Stand”, która stanowi godne zwieńczenie całości.
New Metal Breed to album skierowany do fanów tradycyjnego heavy metalu, którzy cenią szybkie tempa, wyraziste riffy i futurystyczną tematykę. Born Again nie próbuje rewolucjonizować gatunku, ale udowadnia, że klasyczny heavy metal wciąż może brzmieć świeżo, energetycznie i przekonująco. To płyta nagrana z pasji do gatunku i miłości do klasycznego grania w duchu Grave Digger, Accept oraz Judas Priest. Warto po nią sięgnąć.
Ocena: 7,5/10
niedziela, 21 czerwca 2026
SINNER - Boom bang goodbye (2026)
sobota, 20 czerwca 2026
EDU FALASCHI - Mi'raj (2026)
Po świetnie przyjętych „Vera Cruz” i „Eldorado” przyszła pora na finał epickiej trylogii Edu Falaschiego. „Mi'raj" to album wyjątkowy nie tylko dlatego, że zamyka wielowątkową historię rozpoczętą pięć lat temu, ale również dlatego, że pokazuje brazylijskiego wokalistę i kompozytora w niezwykle dojrzałej formie. To dzieło ambitne, rozbudowane i emocjonalne, które udowadnia, że były frontman Angra wciąż należy do ścisłej czołówki światowego power metalu. Płyta ukazała się 12 czerwca i jest pozycją skierowaną do fanów progresywnego power metalu oraz twórczości Edu Falaschiego.
Trzy lata minęły od poprzedniego wydawnictwa artysty i w tym czasie doszło do zmian personalnych w składzie. W 2024 roku do zespołu dołączył perkusista Jean Gardinalli, a rok później gitarzysta Victor Franco. Nowi muzycy szybko wpisali się w stylistykę grupy, choć nie udało się w pełni osiągnąć poziomu „Vera Cruz”. Franco i Mafra stawiają przede wszystkim na rozbudowane aranżacje, wyszukane melodie oraz emocjonalne budowanie nastroju. Momentami daje to znakomity efekt, jednak zdarzają się fragmenty, w których pojawia się wrażenie przerostu formy nad treścią.
Ogromnym atutem albumu pozostają partie instrumentalne. Gitary Victora Franco imponują zarówno techniką, jak i wyczuciem melodii. Solówki są efektowne, lecz nie popadają w pustą wirtuozerię. Warto również wspomnieć o gościnnych występach Rafaela Bittencourta oraz legendy power metalu — Roya Khana — którzy znacząco podnoszą prestiż całego projektu. Płyta jest dobra i zdecydowanie godna uwagi, choć nie powala na kolana. To solidne, ambitne wydawnictwo, które momentami zachwyca, ale nie zawsze utrzymuje równy poziom.
Wokalnie Edu Falaschi prezentuje się bardzo dobrze. Choć jego głos z wiekiem uległ naturalnym zmianom względem czasów klasycznych nagrań z Angra, nadal potrafi przekazać emocje i tworzyć zapadające w pamięć linie melodyczne. Co istotne, nie próbuje za wszelką cenę udowadniać swoich możliwości technicznych — zamiast tego stawia na ekspresję, klimat i narracyjność, co doskonale współgra z charakterem albumu.
Muzycznie „Mi'raj" rozwija pomysły znane z dwóch poprzednich albumów, jednocześnie poszerzając ich brzmieniową formułę. Obok charakterystycznego power metalu pojawiają się elementy rocka progresywnego, muzyki symfonicznej oraz orientalne motywy inspirowane kulturą Bliskiego Wschodu. Monumentalne orkiestracje, bogate aranżacje i filmowy rozmach sprawiają, że słuchacz ma wrażenie uczestnictwa w rozbudowanej muzycznej podróży. Ma to swoje niewątpliwe atuty, choć momentami brakuje mocniej zarysowanych, chwytliwych melodii i wyrazistych „hitów”.
Już otwierający album „Watchers Of The Light” pokazuje skalę przedsięwzięcia i daje pełne wyobrażenie o kierunku nowego materiału. Potężne chóry, rozbudowane harmonie i charakterystyczny styl Falaschiego natychmiast przywołują skojarzenia z jego najlepszymi momentami. „Here I Stand” oraz „Echoes Of Vows” kontynuują ten kierunek, oferując mieszankę przebojowości, technicznego kunsztu i emocjonalnej głębi. To solidne, dobrze skonstruowane kompozycje, choć niekoniecznie natychmiast zapadające w pamięć.
Jednym z najciekawszych momentów albumu jest tytułowy „Mi'raj". Utwór zachwyca orientalnym klimatem, licznymi zmianami nastroju oraz znakomitym gościnnym udziałem Veroniki Bordacchini. To kompozycja niezwykle widowiskowa, która doskonale oddaje koncepcyjny charakter całego wydawnictwa. Świetnie wykorzystano tu power metalowe patenty — nie brakuje ciężaru, energii i subtelnej agresji. To mocny, dopracowany utwór. Znnacznie bardziej progresywny i eksperymentalny charakter ma „Unchained”. To kompozycja złożona, pełna zmian tempa i nieoczywistych rozwiązań aranżacyjnych. Słychać w niej odwagę i chęć wyjścia poza schemat, jednak nie do końca przekonuje — momentami bardziej imponuje niż angażuje. Dużo lepiej wypada energetyczny i agresywniejszy „Circle of Dust”, który w pełni oddaje najlepsze cechy twórczości Falaschiego. Pojawia się tu duch dawnych lat Angra — są mocne riffy, wyrazista motoryka i bardzo dobre wyczucie melodii. To jeden z najmocniejszych momentów na płycie.
Na albumie znajduje się również nastrojowa ballada „On Your Own”, która wyróżnia się pięknym, rockowym feelingiem oraz subtelnymi aranżacjami, w tym delikatnymi chórami w tle. Utwór buduje atmosferę i pokazuje bardziej intymne oblicze zespołu. Fani klasycznego power metalu z pewnością docenią „Wrath Into The War”. To dynamiczny, dobrze skonstruowany utwór z chwytliwym riffem, solidną melodią i dopracowanymi aranżacjami. Gdyby na albumie znalazło się więcej kompozycji na tym poziomie, całość byłaby zdecydowanie bardziej porywająca.
Po takim finale pozostaje jednak pewien niedosyt. „Mi'raj” mógł być albumem na poziomie „Vera Cruz”, ale ostatecznie nie do końca się to udało. Mimo to nie jest to próba kopiowania dawnych sukcesów ani odtworzenia klasycznego brzmienia Angra. To wciąż dojrzałe, ambitne i pełne muzycznej wyobraźni wydawnictwo, które momentami naprawdę imponuje. Jeśli „Vera Cruz” było początkiem wielkiej przygody, a „Eldorado” jej rozwinięciem, to „Mi'raj” stanowi jej godne i emocjonalne zwieńczenie. Edu Falaschi nagrał album wartościowy, przemyślany i zdecydowanie warty uwagi.
Ocena: 8/10
IRON KOBRA - Eternal Dagger (2026)
czwartek, 18 czerwca 2026
TIMELESS RAGE - My Kingdom come (2026)
Niemiecki Timeless Rage wyraźnie inspiruje się twórczością Kamelot, Epiki czy Myrath. Formacja od początku działalności postawiła na rozwijanie własnej wizji symfonicznego heavy/power metalu wzbogaconego o elementy progresywnego metalu. Po udanym debiucie muzycy wracają po czterech latach z drugim albumem studyjnym zatytułowanym My Kingdom Come. Grupa pochodząca z Villingen-Schwenningen od początku stawiała na połączenie melodyjnego power metalu z symfonicznym rozmachem oraz nieco mroczniejszą atmosferą. Na nowym wydawnictwie rozwija tę formułę, prezentując materiał bardziej dojrzały, ambitniejszy i zdecydowanie bardziej różnorodny niż na debiucie. Album ukazał się 27 marca 2026 roku nakładem Metalapolis Records.
Warto wspomnieć, że od czasu wydania pierwszej płyty skład zespołu uległ zmianom. W 2023 roku do Timeless Rage dołączył wokalista Nicolaj Ruhnow, natomiast dwa lata później szeregi grupy zasilił basista Daniel Wengle. Nicolaj stara się nadać kompozycjom odpowiedni rozmach, emocjonalność i power metalowy pazur. Ze swojej roli wywiązuje się poprawnie, choć trudno uznać go za wokalistę wybitnego. Jego występ stoi na solidnym poziomie, jednak nie wyróżnia się szczególnie na tle wielu innych frontmanów działających w gatunku.
Bardzo dobrze prezentuje się natomiast duet gitarzystów Michaela Benka i Christiana Pircha. Muzycy dbają o urozmaicenie materiału, często sięgając po wyszukane melodie, rozbudowane harmonie oraz ciekawe rozwiązania aranżacyjne. Nie wszystkie ich pomysły okazują się jednak równie trafione. Słychać wyraźnie, że zespół chce zaskoczyć słuchacza bardziej ambitnym podejściem do kompozycji, choć nie zawsze przekłada się to na równie przekonujący efekt końcowy.
Płyta zawiera dziesięć premierowych utworów. Każdy fan melodyjnego metalu znajdzie tutaj coś dla siebie, choć warto pamiętać, że mamy do czynienia raczej z solidnym rzemiosłem niż dziełem z najwyższej półki. To przyjemny materiał z licznymi przebłyskami talentu, któremu momentami brakuje większej pewności siebie, wyrazistszych refrenów i kompozycji mogących aspirować do miana gatunkowych hitów.
Bardzo dobrze wypada otwierający album „My Kingdom Come”, oparty na klasycznych power metalowych fundamentach. W jego stylistyce można doszukać się pewnych podobieństw do twórczości Insanii. Elementy progresywne dochodzą do głosu w singlowym „The Seed of Fear”, który skutecznie eksponuje potencjał zespołu. Utwór przyciąga uwagę klimatem, pomysłowością i ciekawie rozwijaną narracją.
Sporo podniosłości, chwytliwości i bogatych aranżacji przynosi „The Devil's Masquerade”. To bez wątpienia jeden z najmocniejszych punktów programu. Nie mniej interesująco prezentuje się epicki „Moonbite Serenade”, w którym nie brakuje pięknych melodii i starannie dopracowanych detali aranżacyjnych.
Na uwagę zasługuje również energiczny i przebojowy „The Enemy of You”, będący znakomitym przykładem talentu zespołu do tworzenia atrakcyjnych i angażujących kompozycji. Wątki progresywne odnajdziemy także w bardziej złożonym „We All Shall Fall”, podczas gdy „The Pale Death” imponuje podniosłym klimatem i dużą dawką melodyjności. W takich momentach Timeless Rage pokazują swój potencjał i udowadniają, że potrafią skutecznie zainteresować słuchacza.
My Kingdom Come to album, który potwierdza, że Timeless Rage nie zamierzają być jedynie kolejnym zespołem na zatłoczonej scenie power metalu. Niemcy umiejętnie łączą melodyjność, symfoniczny rozmach i mroczniejszą atmosferę, tworząc materiał dojrzały, ambitny i pełen emocji. Grupa ma własny pomysł na siebie i stara się budować własną tożsamość zamiast bezrefleksyjnie kopiować dokonania największych gwiazd gatunku. Nie jest to może kandydat do tytułu płyty roku, ale bez wątpienia jest to wartościowe i godne uwagi wydawnictwo, które powinno zainteresować fanów symfonicznego i progresywnego power metalu.
Ocena: 8/10

















