power metal warrior
środa, 5 sierpnia 2026
THE SCEPTER - Shadows in the Tower (2026)
wtorek, 4 sierpnia 2026
GHOST AVENUE - Full throtle (2026)
Kto by pomyślał, że norweski Ghost Avenue istnieje już od 24 lat. Choć zespół działa od tak dawna i ma na koncie pięć albumów studyjnych, nigdy nie zrobił większej kariery. To formacja z trzeciej ligi heavy metalu – rzetelna, sprawna muzycznie i wierna klasycznemu brzmieniu z wyraźnymi wpływami hard rocka. Nigdy jednak nie udało jej się przebić do ścisłej czołówki gatunku i zdobyć statusu prawdziwej gwiazdy.
Po sześciu latach milczenia Ghost Avenue powraca z nowym albumem "Full Throttle", który nie przynosi żadnej rewolucji ani nie stanowi przepustki do grona najlepszych przedstawicieli gatunku. Zespół po raz kolejny dostarcza solidny materiał, ale nic ponadto. Płyta ukazała się 19 czerwca i jest skierowana przede wszystkim do fanów takich klasyków jak Judas priest, dokken czy accept.
W muzyce Ghost Avenue ważną rolę odgrywają gitarzyści Wiik i Berger, którzy konsekwentnie stawiają na sprawdzone rozwiązania. Nie zamierzają eksperymentować ani wychodzić poza dobrze znane schematy. Efektem jest materiał poprawny, lecz przewidywalny i momentami pozbawiony własnej tożsamości. To solidna mieszanka heavy metalu i hard rocka, ale brakuje jej świeżości oraz wyrazistych kompozycji. Niestety nie znajdziemy tu utworów, które na długo zapadają w pamięć lub wywołują większe emocje. Jednym z największych atutów zespołu pozostaje bez wątpienia utalentowany wokalista Sandvik, dysponujący charakterystyczną, chropowatą barwą głosu i odpowiednią dawką drapieżności. Na pochwałę zasługują również atrakcyjna okładka oraz soczyste, nowoczesne brzmienie.
Album jest krótki i treściwy – osiem utworów składa się na zaledwie 35 minut muzyki. Klasyczne heavy metalowe dźwięki otwierają zadziorny "Killer", prosty, ale chwytliwy numer, w którym wpływy Judas Priest są wyjątkowo wyraźne. Podobnie prezentują się "Highwayman" oraz utwór tytułowy "Full Throttle" – to solidny, lecz mało wymagający i niezbyt wyróżniający się heavy metal. Słucha się ich przyjemnie, jednak trudno mówić o większych emocjach. Nieco ciekawiej wypada "Wild and Free", który przyciąga uwagę mocniejszym riffem i marszowym tempem, dzięki czemu wyróżnia się na tle pozostałych kompozycji. Hardrockowy pazur odnajdziemy z kolei w dynamicznym "Coast to Coast", będącym jednym z jaśniejszych punktów albumu. Zespół próbuje także stworzyć nieco mroczniejszy klimat w "Seas of Thunder", a podobne założenia towarzyszą również "Ride the Night", choć ten utwór niestety sprawia wrażenie mocno ogranego.
Mimo niewielkiego rozgłosu Ghost Avenue wciąż istnieje, nagrywa i wydaje nowe albumy. "Full Throttle" to po prostu kolejna solidna płyta heavy metalowa, która ukazała się w 2026 roku, ale trudno doszukiwać się w niej czegoś więcej. Zabrakło naprawdę mocnych kompozycji i przebojów, które mogłyby wynieść ten album na wyższy poziom.
Ocena: 5/10
poniedziałek, 3 sierpnia 2026
KINGCROWN - Moonfall (2026)
Wokalista Jo Amore i perkusista David Amore wrócili do francuskiego Nightmare i już nie mogę się doczekać, co przygotują dla fanów, którzy tęsknili za starym, dobrym obliczem tej formacji. Nowy album zaplanowano na 2027 rok. Póki co pozostaje delektować się najnowszym wydawnictwem Kingcrown, w którym udzielają się bracia Amore. Już 4 września zespół wyda album "Moonfall", który ukaże się nakładem Rockshots Records. Będzie to czwarty studyjny krążek tej formacji. Tym razem zespół naprawdę pozytywnie mnie zaskoczył.
Dla mnie Kingcrown to przede wszystkim fenomenalny debiut. Później bywało różnie, ale grupa niezmiennie udowadniała, że świetnie odnajduje się w mieszance heavy i power metalu z wyraźnymi wpływami hard rocka. Kingcrown tworzą doświadczeni muzycy. Jo Amore to klasa sama w sobie i jeden z moich ulubionych wokalistów – prawdziwy czarodziej i mistrz swojego fachu. Sekcja rytmiczna dba o odpowiednią dynamikę i budowanie klimatu, ale Kingcrown to nie tylko bracia Amore. Jestem pod ogromnym wrażeniem formy gitarzystów, którzy stanęli na wysokości zadania i stworzyli materiał pełen pasji, energii oraz świeżych pomysłów. Nie trzymają się kurczowo jednego schematu, dzięki czemu potrafią niejednokrotnie zaskoczyć słuchacza. Duet Legger/Saliba doskonale się uzupełnia i słychać, jak wielką miłością darzy klasyczny heavy metal. Nowy album błyszczy i zbliża się poziomem do debiutu, a być może nawet go przewyższa. Na pochwałę zasługują również intrygująca okładka oraz soczyste, pełne mocy brzmienie.
Co znajdziemy na płycie? Dziesięć zróżnicowanych kompozycji, dzięki czemu każdy fan melodyjnego metalu odnajdzie tutaj coś dla siebie. Na dzień dobry wita nas melodyjny i niezwykle przebojowy "Moonfall", będący znakomitym połączeniem power i heavy metalu. Wszystko się tutaj zgadza – chwytliwy motyw gitarowy, świetny wokal oraz refren, który błyskawicznie wpada w ucho. To bardzo mocne otwarcie, a przecież najlepsze dopiero przed nami.
Świetną formę zespół potwierdza w nastrojowym "Nothing". To kompozycja pełna świeżości, epickiego rozmachu i pomysłowości. Mocny riff napędza zadziorny "We Are Kingcrown", który z pewnością przypadnie do gustu fanom Nightmare. Mroczny, drapieżny charakter utworu idealnie współgra z podniosłym i znakomicie napisanym refrenem. To kolejna perełka na tej płycie.
Następnie otrzymujemy powermetalową petardę w klimatach Gamma Ray – "A Thousand Years". Gitarzyści po raz kolejny udowadniają swój talent do tworzenia chwytliwych riffów i porywających solówek. To kwintesencja power metalu, a zarazem kolejny dowód na ogromny potencjał zespołu. Takich killerów właśnie potrzeba.
Równie dobrze wypada pełen energii i powermetalowego kopa "Rise of the Machines". Brawa należą się za podniosły klimat i pomysłowe aranżacje. Echa Primal Fear można natomiast usłyszeć w prostszym i nieco bardziej stonowanym "All United". To jeden z nieco słabszych momentów albumu, ale wciąż dostarcza sporo satysfakcji.
Kolejnym mocnym punktem jest monumentalny i bardziej mroczny "Lost Horizon". To prawdziwa uczta dla fanów gatunku. Zespół znakomicie bawi się konwencją, a inspiracje Nightmare są wyraźnie słyszalne, co bardzo mnie cieszy.
Przebojowy "Oblivion Resilience" brzmi niczym połączenie Powerwolf i Primal Fear. To kolejny koncertowy pewniak i prawdziwa kopalnia chwytliwych melodii. Nieco słabiej wypada utrzymany w hardrockowej stylistyce "Back to the 80's", jednak nadal jest to bardzo dobry utwór. Odstaje od reszty materiału, ale w żaden sposób nie psuje całości.
Na zakończenie otrzymujemy monumentalny "Beyond the Stars". To kompozycja pełna patosu, epickiego rozmachu i emocji. Słychać w niej wpływy Nightmare, ale jednocześnie zespół zachowuje własną tożsamość i stawia na świeże rozwiązania oraz podniosły refren. Kingcrown powala jakością wykonania i kompozytorskim kunsztem. Tego słucha się jednym tchem.
Czterdzieści trzy minuty mijają błyskawicznie. Tym razem Kingcrown wspiął się na wyżyny swoich możliwości i przygotował prawdziwą perełkę dla miłośników heavy i power metalu. To album przebojowy, dojrzały i niezwykle różnorodny. Znajdziemy tutaj zarówno szybkie, energetyczne strzały, jak i hardrockowe hymny czy monumentalne, epickie kompozycje. Każdy odnajdzie na tej płycie coś dla siebie. Pomysłowość muzyków, ich talent oraz instrumentalny kunszt zasługują na najwyższe uznanie. Kingcrown brzmi pewnie, dojrzale i przekonująco. To jedna z największych i zarazem najprzyjemniejszych niespodzianek 2026 roku. Po takim albumie mój apetyt na nowe dzieło Nightmare stał się jeszcze większy. "Moonfall" to płyta, którą można brać w ciemno.
Ocena: 9,5/10
niedziela, 2 sierpnia 2026
czwartek, 30 lipca 2026
WITCHES HAMMER - Final Storm (2026)
wtorek, 28 lipca 2026
SPEED STROKE - Damage Control (2026)
poniedziałek, 27 lipca 2026
ORIAX - Torture mechanism (2026)
Czas na kolejną nowość w kategorii thrash metalu. Tym razem na tapecie mamy debiutancki album ukraińskiej formacji Oriax. „Torture Mechanism”, który ukazał się 25 lipca, to propozycja skierowana przede wszystkim do maniaków klasycznego thrashu. To swoisty hołd dla legend gatunku – usłyszymy tu wyraźne wpływy Kreatora, Sodom czy Testament. Choć na papierze jest to debiut, w rzeczywistości otrzymujemy bardzo dobrze skrojony materiał, który w pełni oddaje ducha i piękno tego gatunku.
Już sama okładka robi bardzo dobre wrażenie i imponuje mrocznym klimatem. Uwielbiam, gdy oprawa graficzna emanuje atmosferą grozy i tajemniczości. Duży plus za to, że została wykonana ręcznie, a nie wygenerowana przez AI. Zespół zadbał również o drapieżne, oldschoolowe brzmienie. Produkcja zachowała odpowiednią równowagę – brzmi nowocześnie, ale nie zatraciła garażowej surowości, która dodaje albumowi autentyczności. Wszystko to idealnie współgra z zawartością płyty.
Największą siłą albumu są gitary. Riffy autorstwa duetu Bielak/Balazhynets są ostre niczym brzytwa, a solówki świetnie wkomponowano w strukturę utworów. Sekcja rytmiczna utrzymuje wysokie tempo i nie pozwala muzyce stracić impetu, natomiast wokal Vovy Balazhynetsa idealnie wpisuje się w surowy charakter całości. Muzycy nie próbują na siłę odkrywać gatunku na nowo – bazują na sprawdzonych rozwiązaniach, ale robią to z wyczuciem i smakiem. To właśnie przekłada się na wysoką jakość materiału. 31 minut spędzonych z Oriax mija zaskakująco szybko i niezwykle przyjemnie.
Już od otwierającego instrumentalnego „Raising the Reaper's Blade” wiadomo, że nie będzie tu miejsca na zbędne ozdobniki. Oriax stawia na ostre, agresywne riffy, dynamiczne tempo i wyraźne zamiłowanie do oldschoolowego grania. Słychać wpływy klasyków pokroju Slayera, Kreatora czy wczesnej Sepultury, ale zespół nie ogranicza się do kopiowania swoich idoli. Potrafi dorzucić własne pomysły, dzięki czemu materiał brzmi świeżo i przekonująco.
Na szczególną uwagę zasługują klasycznie brzmiący „Victim”, rozpędzony „Obsession” oraz „State of Ignorance”. To właśnie w tych kompozycjach Oriax najlepiej pokazuje umiejętność łączenia chwytliwych riffów z intensywną energią i dobrze przemyślanymi zmianami tempa. Materiał jest zwarty, pozbawiony wypełniaczy i ani przez chwilę nie sprawia wrażenia rozwleczonego.
Sporo inspiracji starym, dobrym Kreatorem można usłyszeć w „Terrible Awareness”. W tym utworze zespół udowadnia, że doskonale zna się na swojej robocie – całość brzmi niczym zaginiony klasyk z lat 80. Z kolei „Absolute Despair” urzeka tajemniczym klimatem i nieco bardziej mroczną atmosferą. Jest też miejsce na odrobinę topornego heavy metalu w bardziej stonowanym „Mental Patient”. To bardzo ciekawe urozmaicenie albumu, pokazujące zespół z nieco innej strony. Na sam koniec dostajemy prawdziwą petardę w postaci „Criminal Hunt”, który nie bierze jeńców i stanowi znakomite zwieńczenie tej muzycznej podróży.
„Torture Mechanism” to bardzo udany debiut długogrający. Oriax udowadnia, że mimo trudnych warunków, w jakich funkcjonują ukraińskie zespoły, potrafi tworzyć muzykę pełną pasji i autentycznej agresji. To album, który powinien zainteresować każdego fana klasycznego thrash metalu i daje nadzieję, że o tej formacji będzie jeszcze głośno.
Ocena: 8,5/10
sobota, 25 lipca 2026
HERETIC - Shape of things to come (2026)
piątek, 24 lipca 2026
RUTHLESS - Curse of the beast (2026)
czwartek, 23 lipca 2026
CLOVEN HOOF - Never a prophet in your own land (2026)
wtorek, 21 lipca 2026
GAME OVER - When darkness falls (2026)
To już 18 lat działalności włoskiego Game Over. Zespół bardzo szybko zdobył rozpoznawalność i dla mnie pozostaje jedną z najciekawszych formacji młodego pokolenia thrash metalu. Pierwsze albumy były znakomite i wyraźnie czerpały inspiracje z klasyki gatunku. Muzycy udowodnili, że można garściami korzystać z dorobku Metalliki, Exodus, Anthrax czy Testament, a jednocześnie zachować własny charakter i muzyczną tożsamość.
W 2025 roku do zespołu dołączył Danny Schiavina, z którym nagrano album „Face the End” – moim zdaniem najsłabsze wydawnictwo w dorobku Game Over. Teraz formacja powraca z siódmym albumem studyjnym zatytułowanym „When Darkness Falls”. Płyta ukaże się 18 września nakładem Scarlet Records i będzie drugim krążkiem nagranym w odświeżonym składzie. Jest dobrze, ale niestety zabrakło tego geniuszu i kreatywności, które wyróżniały pierwsze wydawnictwa grupy.
Oczywiście zespół nadal porusza się w rejonach oldschoolowego thrash metalu. Nie boi się jednak balansować pomiędzy thrashem a klasycznym heavy metalem. Melodyjne, zadziorne fragmenty oraz nacisk na chwytliwość od zawsze były mocnymi stronami Game Over. Muzycy wciąż potrafią umiejętnie łączyć te elementy, lecz tym razem kompozycjom brakuje perfekcji. Można momentami odnieść wrażenie pewnej monotonii lub nadmiernego opierania się na dobrze znanych schematach. Albumu słucha się bardzo przyjemnie, ale nie towarzyszy temu poczucie obcowania z czymś naprawdę wyjątkowym. Mimo wszystko jest to pozycja godna uwagi dla każdego fana thrash metalu.
Zespół zadbał o soczyste, selektywne brzmienie oraz atrakcyjną oprawę graficzną. To zresztą jeden z elementów, z których Game Over słynie od lat. Danny jako wokalista sprawdza się bardzo dobrze, choć jego styl zdecydowanie bliższy jest heavy metalowi niż klasycznemu thrashowi. Gitarzysta Luca Zironi dwoi się i troi, by zaskoczyć słuchacza ciekawą zagrywką lub pomysłowym riffem. Niewątpliwie jest bardzo utalentowanym muzykiem, jednak tym razem nie usłyszałem partii, które można by określić mianem wybitnych.
Album jest zwarty i konkretny – całość trwa zaledwie 31 minut. Na uwagę zasługuje ocierający się o heavy metal i punk rock „Break Away”, który przemyca wyraźne nawiązania do Anthrax. Z kolei w rozpędzonym „Two Souls One Flesh” słychać echa Testament. To właśnie tutaj zespół prezentuje thrash metal najwyższej próby: mocny riff, szybkie tempo i niezwykle przebojowy charakter utworu przypominają, za co tak bardzo cenię tę formację. Zabawa jest przednia, a przecież to dopiero początek albumu. Bardzo dobrze wypada również Danny, który wnosi do muzyki wyraźnie heavy metalowy sznyt.
Na płycie dominują krótkie, treściwe strzały. Nuda nie ma tu prawa się pojawić, a takie kawałki jak „Fight for Your Mind” spełniają swoje zadanie w stu procentach. Szczególnie udane są nawiązania do klasycznego Anthrax. Dalej otrzymujemy rozpędzony i agresywny „Scream It Out”. Niby wszystko się zgadza, jednak wciąż brakuje elementu zaskoczenia i odrobiny świeżości.
Nie zabrakło także miejsca dla bardziej heavy metalowych kompozycji. W tej roli dobrze odnajduje się stonowany i cięższy „Curse of Strahd”. To solidny numer, któremu jednak brakuje większej chwytliwości i iskry, która mogłaby wynieść go na wyższy poziom. Na finał otrzymujemy „Command to Die”, utrzymany również w bardziej heavy metalowej stylistyce. Ponownie słychać tu inspiracje Anthrax, choć tym razem bliżej im do ery Johna Busha. Utwór stanowi bardzo dobre podsumowanie całego albumu i pokazuje, że Game Over potrafi sprawnie łączyć heavy metal z thrashem, nie zapominając przy tym o przebojowości.
Game Over ma na koncie kilka znakomitych albumów, które zachwycały agresją, szybkością, świeżością i pomysłowością. To właśnie dbałość o detale oraz umiejętność tworzenia własnego stylu sprawiły, że zespół tak mocno błyszczał na początku swojej kariery. „When Darkness Falls” to świetna rozrywka i prawdziwa uczta dla fanów gatunku, jednak nie udało się powtórzyć poziomu najlepszych dokonań grupy. To bardzo dobry album, który dostarcza mnóstwo frajdy, ale pozostawia również pewien niedosyt.
Ocena: 8/10
niedziela, 19 lipca 2026
NOVAREIGN - Shifting the Axis of the World (2026)
sobota, 18 lipca 2026
GRAVEREIGN - Icon od the accursed (2026)
Już sam skład robi niemałe wrażenie. Za gitarę odpowiada David Shankle, doskonale znany z występów w Manowar oraz David Shankle Group. Jego gra jest jednym z największych atutów albumu – pełna widowiskowych solówek, technicznej precyzji i klasycznego heavy metalowego charakteru. Tony Engel przekonuje mocnym, lekko chropowatym wokalem, który świetnie odnajduje się zarówno w dynamicznych fragmentach, jak i bardziej epickich partiach. Całość uzupełnia solidna sekcja rytmiczna, nadająca kompozycjom odpowiedni ciężar i fundament.
Obecność tak doświadczonych muzyków mogła sugerować album z najwyższej półki heavy/power metalu. Niestety do ideału trochę zabrakło, a problem tkwi przede wszystkim w samych kompozycjach. Są one często dobre, momentami nawet bardzo dobre, ale rzadko wykraczają poza poziom solidnego rzemiosła. Brakuje utworów, które naprawdę zapadałyby w pamięć i wynosiły materiał na wyższy poziom. W efekcie po zakończeniu odsłuchu pozostaje wyraźny niedosyt.
Muzycznie GraveReign porusza się pomiędzy amerykańskim heavy metalem, power metalem i thrashem. Nie brakuje ostrych riffów, galopujących rytmów oraz melodyjnych refrenów. Momentami można wychwycić wpływy takich zespołów jak Iced Earth, Jag Panzer, Judas Priest czy późny Manowar, jednak GraveReign nie sprawia wrażenia bezmyślnej kopii żadnej z tych formacji. To przede wszystkim klasyczne granie oparte na mocnych gitarach, wyrazistych melodiach i tradycyjnym metalowym podejściu.
Mniej udanie prezentuje się oprawa graficzna. Okładka jest mało atrakcyjna i nie zachęca do sięgnięcia po album. Samo brzmienie jest natomiast ciężkie, mroczne i nieco surowe. Choć dobrze współgra z tematyką materiału, momentami można odnieść wrażenie, że przydałoby się więcej przejrzystości i dopracowania.
Na albumie znalazło się dwanaście utworów. Otwierający całość „Genghis Khan” to zadziorna i drapieżna kompozycja, która daje przedsmak tego, czego można spodziewać się dalej. To dobry numer, jednak nie brakuje w nim również słabszych i mniej interesujących fragmentów. Kilka rozwiązań aranżacyjnych mogło zostać lepiej przemyślanych.
Następnie otrzymujemy bardziej posępny i rozbudowany „The Holodomor”. Utwór stawia na cięższy klimat i epicki charakter, ale ponownie pozostawia pewien niedosyt. Atmosfera jest odpowiednia, jednak zabrakło mocnego motywu przewodniego lub chwytliwego elementu, który wyróżniałby kompozycję na tle reszty materiału.
Na szczęście sytuację ratuje „Unit 731”, jedna z najmocniejszych pozycji na całym albumie. To agresywna, techniczna i pełna gitarowych popisów kompozycja, w której wreszcie słychać pełnię potencjału zespołu. Rasowy killer, emanujący energią i pokazujący wszystko to, co najlepsze w heavy i power metalu. Nietrudno odnieść wrażenie, że muzycy dorastali przy płytach Judas Priest i Manowar.
Klimat lat osiemdziesiątych powraca także w „Jack the Ripper”. Klasyczne patenty, chwytliwe melodie i odpowiednia dawka metalowej przebojowości sprawiają, że momentami można poczuć się, jakby słuchało się Cage lub Death Dealer.
GraveReign lubi również zanurzać się w bardziej mroczne rejony, czego przykładem jest „Escape from the Oxford Apartments”. Ciężkie riffy i ponury klimat robią dobre wrażenie, choć i tutaj pojawia się znajome uczucie, że zespół mógł wycisnąć z tego pomysłu znacznie więcej.
„War Machine” pokazuje bardziej thrashowe oblicze grupy, natomiast „The Prosperity Gospel” udowadnia, że muzycy potrafią budować napięcie nie tylko za pomocą szybkości, ale również dzięki odpowiednio prowadzonym melodiom i atmosferze.
Na zakończenie otrzymujemy rozbudowany „Last Words of the Condemned”, który stanowi godne zwieńczenie niemal godzinnej podróży przez mroczne wydarzenia z historii ludzkości. Po nim pojawiają się jeszcze dwa krótkie bonusy, w tym instrumentalna interpretacja „Classical Gas”, będąca ciekawym pokazem gitarowych możliwości Davida Shankle'a.
Obecność Davida Shankle'a mogła rozbudzić apetyt na album wyjątkowy, który na stałe zapisze się w pamięci fanów gatunku. Tak się jednak nie stało. Zabrakło bardziej wyrazistych pomysłów, większej konsekwencji oraz utworów, które mogłyby stać się wizytówką zespołu. Icon of the Accursed to solidny album z kilkoma naprawdę mocnymi momentami, ale potencjał drzemiący w składzie sugerował możliwość osiągnięcia znacznie więcej. Ostatecznie pozostaje wrażenie dobrze wykonanego rzemiosła i poczucie niewykorzystanej szansy.
Ocena: 6/10
piątek, 17 lipca 2026
STORMHAMMER - Wrath of the hammer (2026)
Lata mijają, a niemiecki Stormhammer wciąż potrafi pozytywnie zaskoczyć. To jeden z tych zespołów, które mimo stosunkowo niewielkiej rozpoznawalności nie tracą zapału do tworzenia i nadal nagrywają power metal na bardzo wysokim poziomie. Udało im się to już przy okazji znakomitego Welcome to the End z 2017 roku, a teraz ten sukces powtarzają na najnowszym wydawnictwie Wrath of the Hammer, które ukazało się 17 lipca nakładem Rock of Angels Records.
Zmiany personalne okazały się dla zespołu prawdziwym zastrzykiem świeżej energii. M. Nox jest wprawdzie członkiem Stormhammer już od siedmiu lat, ale dziś trudno wyobrazić sobie ten zespół bez jego udziału. To rasowy wokalista power metalowy – dysponuje mocnym głosem, potrafi budować odpowiedni klimat, a jednocześnie nadaje kompozycjom dodatkowej siły i charakteru. Na uznanie zasługują również nowi gitarzyści, którzy błyskawicznie odnaleźli się w stylistyce grupy. To właśnie dzięki nim muzyka Stormhammer nabrała większej drapieżności i wyrazistości. W ich grze można momentami usłyszeć echa takich zespołów jak Mystic Prophecy, Primal Fear czy Gamma Ray.
Słychać, że muzycy przeżywają drugą młodość, a wieloletnie doświadczenie procentuje na każdym kroku. Produkcja albumu jest nowoczesna, selektywna i odpowiednio ciężka, dzięki czemu materiał brzmi świeżo, nie tracąc przy tym klasycznego metalowego ducha. Dodatkowym atutem jest zwarta, około 42-minutowa długość krążka – album nie ma słabszych momentów i przez cały czas utrzymuje wysoki poziom intensywności.
Już otwierające płytę intro „Beware” płynnie przechodzi w utwór tytułowy, który od pierwszych sekund uderza potężną dawką energii. Stormhammer brzmi tutaj ciężej niż na poprzednich wydawnictwach, a w niektórych fragmentach można nawet doszukać się subtelnych wpływów thrash metalu. To prawdziwa petarda na rozpoczęcie albumu i lepszej zachęty do dalszego słuchania nie potrzeba.
Kolejnym mocnym punktem jest przebojowy „Ashes of the Throne”, który przywołuje skojarzenia z klasycznym Gamma Ray z lat dziewięćdziesiątych. To jeden z tych utworów, które na długo pozostają w pamięci i tylko umacniają wysoką pozycję tego wydawnictwa.
Na płycie znalazło się również dobrze znane z poprzedniego albumu „Light in the Dark”, w którym ponownie można usłyszeć Ralfa Scheepersa. Utwór nadal robi ogromne wrażenie i doskonale wpisuje się w charakter całego materiału. Stormhammer nie zwalnia tempa i zaraz potem serwuje zadziorny, pełen klimatu „Wheels of Eternity”, który momentami przywołuje skojarzenia ze Stratovariusem i Masterplanem.
Bardzo dobrze wypada także prosty, chwytliwy i łatwo wpadający w ucho „Veil of Fire”. Z kolei w drapieżnym „Shattered Dominion” bez trudu można wychwycić wpływy Primal Fear. To właśnie w takich momentach najlepiej słychać niemiecką precyzję, doświadczenie i talent do tworzenia rasowego power metalu.
Podobnych emocji dostarcza również „The Dune” – dynamiczna, pełna mocy kompozycja, która stanowi znakomite zwieńczenie tego niezwykle udanego albumu.
Wrath of the Hammer nie jest płytą, która zrewolucjonizuje power metal, ale bez wątpienia stanowi jeden z najmocniejszych punktów w dyskografii Stormhammer ostatnich lat. To album pełen energii, chwytliwych refrenów, znakomitych melodii i efektownych gitarowych pojedynków, skierowany przede wszystkim do miłośników klasycznego niemieckiego power metalu. Choć nie wszystkie utwory zapadają w pamięć jednakowo mocno, całość pozostawia bardzo pozytywne wrażenie i potwierdza, że Stormhammer nadal potrafi tworzyć pełne pasji i jakości heavy/power metalowe wydawnictwa.
Ocena: 8,5/10
czwartek, 16 lipca 2026
GALNERYUS - A cry from the sky above (2026)
Nie sposób lekceważyć potęgi japońskiego Galneryus. Po ponad dwóch dekadach działalności zespół wciąż pozostaje jednym z najważniejszych przedstawicieli japońskiej sceny power metalowej. Muzycy wielokrotnie udowadniali, że potrafią tworzyć materiał najwyższej próby, a ich pozycja w świecie neoklasycznego power metalu jest w pełni zasłużona.
Album „A Cry from the Sky Above” ukazał się 15 lipca 2026 roku jako czternaste studyjne wydawnictwo grupy. Motywem przewodnim płyty jest nadzieja odnajdywana w świecie pogrążonym w chaosie. To kolejne godne uwagi i warte pochwały dzieło tej zasłużonej formacji.
Od sześciu lat skład zespołu pozostaje niezmienny, a kluczową rolę nadal odgrywa utalentowany gitarzysta Syu. To prawdziwy lider, którego charakterystyczna gra wyznacza kierunek artystyczny Galneryus, nadając muzyce niepowtarzalny klimat i energię. Syu nie boi się eksperymentować z aranżacjami, dzięki czemu kompozycje pozostają różnorodne i pełne świeżych pomysłów. Jego gitarowe popisy są największą atrakcją twórczości zespołu i również tym razem nie jest inaczej. Znakomicie układa się także jego współpraca z klawiszowcem Yuhkim. Ich partie wzajemnie się uzupełniają, tworząc przestrzeń, melodyjność i odpowiedni rozmach.
Największą zaletą albumu pozostaje wykonanie. Syu po raz kolejny prezentuje światowej klasy technikę, jednak jego solówki nie są jedynie pokazem wirtuozerii – każda z nich ma swoje miejsce i służy budowaniu kompozycji. Równie imponująco wypada Sho, który z łatwością przechodzi od subtelnych, emocjonalnych zwrotek do potężnych refrenów pełnych charakterystycznych wysokich partii wokalnych.
Po raz kolejny album zachwyca mocnym, dopracowanym brzmieniem, które doskonale podkreśla talent wszystkich muzyków. Zespół zadbał o każdy detal produkcji, dzięki czemu materiał brzmi nowocześnie, a jednocześnie zachowuje swój klasyczny charakter. Okładka przyciąga wzrok, choć momentami sprawia wrażenie zbyt mocno inspirowanej estetyką generowaną przez sztuczną inteligencję. Płyta zawiera dziewięć utworów, które składają się na ponad godzinę muzyki.
Album otwiera dynamiczny „Call of the Horizon”, który od pierwszych sekund przypomina, że Galneryus najlepiej odnajduje się w szybkim, neoklasycznym graniu. Singlowy „The Light of Hope” jest jednym z najmocniejszych punktów wydawnictwa. Chwytliwy refren, znakomite melodie i efektowne solówki sprawiają, że utwór ma wszelkie predyspozycje, by na stałe zagościć w koncertowych setlistach. To właśnie taki Galneryus kochają fani – bezkompromisowy, pełen energii i prawdziwie power metalowy.
Środkowa część albumu przynosi więcej różnorodności. „Let No Time Decay” oraz „Beyond the Sunrise” oferują ciekawsze rozwiązania aranżacyjne, jednocześnie podkreślając ogromne umiejętności muzyków i ich zamiłowanie do klasycznego power metalu. Utwory te brzmią niezwykle świeżo i sprawiają, że słuchacz ma ochotę na jeszcze więcej muzyki Galneryus.
Znalazło się również miejsce dla bardziej nastrojowego i rockowego „Break the Silence”, które skutecznie przełamuje dominującą na płycie galopującą energię. Z kolei epickość, rozmach i podniosły charakter rozpędzonego „To the Last Breath” czynią go jednym z najlepszych utworów na albumie. To właśnie tutaj najmocniej słychać piękno neoklasycznego power metalu w wykonaniu Japończyków.
Nieco słabiej prezentuje się bardziej stonowany i miejscami zbyt zachowawczy „Echoes of Fate”, choć również on posiada swoje chwile. Następnie docieramy do „Without You” – piętnastominutowego kolosa, który stanowi prawdziwą ozdobę albumu. Zespół pokazuje tutaj swoje bardziej liryczne i emocjonalne oblicze. Nie brakuje epickiego rozmachu, świetnych melodii oraz wszystkich elementów, które od lat definiują styl Galneryus. To imponująca muzyczna podróż i jeden z najjaśniejszych punktów całego wydawnictwa.
Na zakończenie otrzymujemy instrumentalny „Where You Were”, który pozwala złapać oddech po intensywnych emocjach i stanowi eleganckie zwieńczenie albumu.
Nowe wydawnictwo Japończyków jest pełne doskonałego rzemiosła, emocjonalnych melodii i instrumentalnych fajerwerków, które z pewnością usatysfakcjonują przede wszystkim wiernych fanów zespołu. Prawdopodobnie nie zapisze się ono w historii na równi z najbardziej przełomowymi dziełami Galneryus, jednak po raz kolejny potwierdza, że formacja utrzymuje niezwykle wysoki poziom artystyczny. Nie jest to nowe otwarcie, lecz kolejny dowód na to, że Galneryus pozostaje jednym z najbardziej konsekwentnych, rozpoznawalnych i klasowych zespołów współczesnego power metalu.
Ocena: 9/10
środa, 15 lipca 2026
DOMINIUM -Night is Calling (2026)
Po udanym wejściu na rynek Dominum powraca z trzecim albumem studyjnym Night Is Calling, udowadniając, że horrorowa stylistyka to w ich przypadku coś więcej niż efektowna otoczka. Zespół rozwija swoje brzmienie, zachowując chwytliwe refreny i filmowy klimat, a jednocześnie śmielej sięga po elementy groove metalu, hard rocka i nowoczesnego power metalu. W efekcie otrzymujemy wybuchową mieszankę, która powinna przypaść do gustu fanom takich grup jak Powerwolf, Lordi czy Battle Beast.
Night Is Calling ukazał się 3 lipca i bez wątpienia jest pozycją wartą uwagi. Największym atutem albumu pozostaje jego spójność. Choć inspiracje Ghost, Powerwolf czy Battle Beast są momentami wyraźnie słyszalne, Dominum zachowuje własną tożsamość i nie sprawia wrażenia kopii bardziej znanych wykonawców. Horrorowa estetyka stanowi integralny element muzyki, a nie jedynie marketingowy dodatek.
Zespół nadal tworzy czterech muzyków. Najważniejszą postacią pozostaje wokalista Mr. Dead, który nadaje całości odpowiednią dawkę grozy i przebojowości. Ma wyraźny talent do tworzenia chwytliwych melodii, a nawet odrobina świadomego kiczu nie przeszkadza w odbiorze muzyki. Dominum nie byłby jednak sobą bez gitarzysty Tommy’ego Kempa, znanego również z występów w Winterstorm. To właśnie jego proste, lecz niezwykle skuteczne riffy i łatwo wpadające w ucho motywy gitarowe stanowią jeden z fundamentów brzmienia zespołu. Nowy album tylko potwierdza, że muzycy doskonale wiedzą, jak tworzyć przystępne i angażujące kompozycje. Pozostaje jedynie pytanie, czy taka stylistyka trafi do każdego słuchacza.
Już otwierające płytę utwory budują atmosferę przypominającą ścieżkę dźwiękową do klasycznego filmu grozy. Mocne riffy, dynamiczna sekcja rytmiczna i charakterystyczny wokal sprawiają, że album niemal ani na chwilę nie traci energii. Dominum stawia przy tym na różnorodność – obok cięższych kompozycji pojawiają się bardziej melodyjne fragmenty, które pozwalają muzyce zaczerpnąć oddechu i sprawiają, że całości słucha się z dużą przyjemnością.
Otwierający album przebojowy „The Circus Is in Town” to utwór wyraźnie inspirowany twórczością Lordi. Hardrockowe szaleństwo w najczystszej postaci. Bardzo dobrze wypada również energiczny „Doctor Doctor”, będący znakomitą mieszanką heavy metalu i hard rocka. Takie proste, chwytliwe granie doskonale zdaje egzamin i pokazuje pełnię potencjału tej młodej formacji.
Klimat grozy połączony z nutą power metalowego rozmachu odnajdziemy w melodyjnym „Children of the Night”. To jeden z tych utworów, w których Dominum najbardziej zbliża się do stylistyki Powerwolf. Nie obywa się jednak bez słabszych momentów. „Dark Melodies” wypada dość blado na tle pozostałych kompozycji. Zabrakło tutaj wyrazistego pomysłu, a zespół poszedł w bardziej komercyjne rejony, co nie przyniosło oczekiwanego efektu.
Na szczególną uwagę zasługuje utwór tytułowy „Night Is Calling”, który łączy przebojowy refren z potężnym gitarowym brzmieniem. Równie dobrze prezentuje się „Jack the Ripper”, gdzie zespół umiejętnie balansuje między mrocznym klimatem a koncertową energią. „Thriller” Michaela Jacksona to bez wątpienia utwór kultowy i choć tematycznie pasuje do świata Dominum oraz wykreowanego przez nich wizerunku, sam cover wypada jedynie przeciętnie.
Płyta oferuje jednak również wiele znakomitych momentów. Jednym z nich jest przebojowy „Devil's Son”, w którym ponownie słychać więcej power metalu i inspiracji Powerwolf. Utwór brzmi bardzo efektownie, szybko wpada w ucho i na długo pozostaje w pamięci.
Dominum nie stworzył albumu idealnego, ale nagrał płytę zróżnicowaną, przebojową i pełną ciekawych pomysłów. Niestety krążek jest momentami nierówny i zawiera kilka typowych wypełniaczy, które niewiele wnoszą do całości. Niepotrzebnie spowalniają tempo albumu i mogą nieco osłabić zaangażowanie słuchacza.
Mimo tych mankamentów zespół zdecydowanie zasługuje na uwagę. Pokazuje, że w świecie heavy i power metalu nadal jest miejsce dla grup, które mają własny pomysł na siebie i chcą wyróżniać się na tle konkurencji. To właśnie indywidualny charakter stanowi największy atut Dominum i może w przyszłości przynieść im jeszcze większy sukces. Na ten moment Night Is Calling pozostaje solidnym wydawnictwem, z którym powinien zapoznać się każdy fan heavy i power metalu wzbogaconego o hardrockową przebojowość.
Ocena: 7/10
wtorek, 14 lipca 2026
LUCID DREAMING - Upon the barricades (2026)
piątek, 10 lipca 2026
GRAVETY - Of cults and chaos (2026)
W czasach, gdy wiele zespołów podąża za trendami i stawia na coraz bardziej przystępną muzykę, mającą trafić do jak najszerszego grona odbiorców, warto doceniać formacje, które konsekwentnie idą własną drogą. Jedną z nich jest niemiecki Gravety. Choć zespół działa od 2009 roku, w swoim dorobku ma zaledwie trzy albumy studyjne. Najnowszy z nich, zatytułowany Of Cults and Chaos, ukazał się 5 czerwca i stanowi kolejny dowód na to, że cierpliwość oraz artystyczna konsekwencja potrafią przynieść znakomite efekty.
Na Of Cults and Chaos grupa zabiera słuchacza do świata pełnego fanatyzmu, tajemniczych kultów i wszechobecnego chaosu, tworząc materiał, który od pierwszych minut emanuje autentycznością. To podróż przez mroczne muzyczne krajobrazy zbudowane na fundamencie doom metalu, klasycznego heavy metalu oraz epickiego heavy metalu. Gravety nie kopiuje jednak sprawdzonych schematów – stawia na świeże pomysły i własną tożsamość, dzięki czemu potrafi zaskoczyć nawet doświadczonych słuchaczy.
W muzyce Niemców można odnaleźć wpływy takich legend jak , , czy . Jednocześnie zespół nie boi się budować własnego, mrocznego i ponurego klimatu, który stanowi jeden z największych atutów albumu. Doskonale współgra z nim okładka – tajemnicza, niepokojąca i w pełni oddająca charakter zawartej na płycie muzyki.
To wydawnictwo oparte na solidnych fundamentach: potężnych riffach, wyrazistych melodiach i refrenach, które na długo zapadają w pamięć. Gravety nie próbuje rewolucjonizować gatunku za wszelką cenę. Zamiast tego skupia się na tym, co w heavy metalu najważniejsze – odpowiedniej dawce energii, klimatu i dopracowanym songwriting'u. Efekt końcowy brzmi świeżo, choć wyraźnie czerpie z najlepszych tradycji gatunku.
Ogromne wrażenie robi atmosfera albumu. Mroczne teksty i ciężkie, momentami wręcz monumentalne aranżacje budują napięcie, które nie opuszcza słuchacza aż do ostatnich dźwięków. Każdy utwór przypomina kolejny rozdział opowieści o świecie pogrążonym w szaleństwie, gdzie granica między wiarą a obsesją została dawno zatarta. Wszystkie elementy układają się w spójną całość, czyniąc z Of Cults and Chaos prawdziwą gratkę dla miłośników klasycznego i epickiego metalu.
Na albumie znajdziemy 41 minut klimatycznego, mrocznego heavy metalu z wyraźnymi wpływami doom metalu i epickiego grania. Na szczególne uznanie zasługują liczne odniesienia do kina grozy, które świetnie współgrają z tematyką i nastrojem materiału. Całość otwiera nastrojowe intro „Lament for the Unknown”, doskonale przygotowujące grunt pod to, co nastąpi później.
Pierwsze mocne uderzenie przynosi „Cryptors Calling”. Już od pierwszych sekund słychać ogromny talent gitarzystów. Duet Gebhard/Albert stanowi jeden z filarów zespołu, odpowiadając za mroczne, ciężkie i niezwykle klimatyczne partie gitarowe. Ich kompozycje imponują zarówno świeżością, jak i dbałością o szczegóły. Całości dodatkowego uroku dodaje charakterystyczny wokal Kevina Portza, który świetnie odnajduje się zarówno w bardziej melodyjnych, jak i cięższych fragmentach materiału.
Doommetalowe wpływy wyraźnie dają o sobie znać w ponurym „The Forgotten Village”, gdzie zespół stawia na marszowe tempo i budowanie atmosfery. Nietrudno odnieść wrażenie, że muzycy wychowali się na klasyce epickiego heavy metalu spod znaku . Z kolei w rozbudowanym „Bane in the Black Cloud” można wychwycić echa twórczości . To jeden z najbardziej klimatycznych i wielowątkowych utworów na płycie, pokazujący zdolność zespołu do tworzenia angażujących kompozycji.
Nie zabrakło również bardziej dynamicznych momentów. „Cosmic Truth” wnosi do albumu nieco więcej energii, zachowując przy tym charakterystyczny dla zespołu klimat. Mroczna strona Gravety powraca natomiast w „Outpost 21” oraz rozbudowanym „Brotherhood of Sleep”. To kompozycje, w których doommetalowe inspiracje wybrzmiewają szczególnie mocno, pozwalając słuchaczowi całkowicie zanurzyć się w wykreowanym przez zespół świecie.
Całość zamyka „Into the Mouth of Madness” – utwór będący znakomitym hołdem dla klasycznego doom i epickiego heavy metalu. To godne zwieńczenie albumu, które pozostawia po sobie bardzo dobre wrażenie i zachęca do ponownego odsłuchu.
Gravety nagrało album dojrzały i dopracowany, będący swoistym portalem do świata zdominowanego przez chaos, okultyzm i tajemnicę. To muzyka pełna niepokoju, mroku i autentyczności, a jednocześnie niezwykle przemyślana pod względem kompozycyjnym. Niemiecka formacja pozytywnie zaskakuje, udowadniając, że wciąż można tworzyć heavy metal świeży, pomysłowy i pozbawiony kalkulacji. Jedna z najciekawszych niespodzianek metalowego roku 2026.
Ocena: 9/10
czwartek, 9 lipca 2026
MARCO GARAU'S MAGIC OPERA - The finał flight (2026)
Każdy, kto ceni klasyczne albumy , , , czy , bez trudu odnajdzie się w świecie Magic Opera. Słuchając The Final Flight, można odnieść wrażenie, że mamy do czynienia z prawdziwie wielkim finałem całej sagi. W efekcie otrzymujemy najdojrzalszy i najpełniejszy album w dorobku projektu. Na takie wydawnictwa warto czekać, ponieważ oferują one znacznie więcej niż tylko kolejną porcję power metalowych kompozycji.
Marco Garau po raz kolejny imponuje kreatywnością, wyczuciem melodii i kompozytorskim rozmachem. Klasyczny symfoniczny power metal nie ma przed nim tajemnic. Potrafi wykreować podniosłą, baśniową atmosferę, wprowadzić nutę tajemniczości, a jednocześnie zachwycić bogactwem aranżacji i dbałością o szczegóły. Na tej płycie nie ma miejsca na rutynę czy przewidywalność.
W 2025 roku do zespołu dołączył Matteo Baschiera, który wraz z Lucą Sellitto tworzy znakomity duet gitarowy. Efektowne zagrywki, płynne przejścia i pełne finezji solówki stanowią jeden z największych atutów albumu. To właśnie partie gitarowe są jego siłą napędową. Całość momentami brzmi niczym zaginiony klasyk power metalu z lat 90. Skład złożony z doświadczonych i ambitnych muzyków przekłada się na najwyższą jakość wykonania oraz niezapomniane muzyczne doznania.
Album zawiera dwanaście utworów, które składają się na ponad godzinę muzycznej podróży przez świat fantasy i klasycznego power metalu. Już otwierający płytę „The Danger's Growing Dark” buduje filmowy klimat za sprawą rozbudowanych orkiestracji i monumentalnych chórów. Chwilę później „The Black Gem” uderza szybkim, energetycznym power metalem wzbogaconym efektownymi partiami klawiszy. Garau pozostaje wierny swoim inspiracjom – słychać tu echa neoklasycznego metalu, bogate aranżacje i chwytliwe refreny, jednak całość ani przez moment nie sprawia wrażenia wtórnej.
Piękne aranżacje, zapadający w pamięć motyw przewodni i symfoniczny power metal w pełnej krasie odnajdziemy w „Unholy Alliance”, utworze wyraźnie czerpiącym z najlepszych wzorców lat 90. Nietrudno usłyszeć tu inspiracje twórczością Helloween, Rhapsody czy Dark Moor.
Jednym z największych atutów albumu pozostaje jego różnorodność. Obok galopujących kompozycji, takich jak „Fury of the Storm”, pojawiają się bardziej podniosłe i emocjonalne momenty, reprezentowane przez „Mother of Winter Ice” oraz „Lady of the Wind”. Instrumentalny „Chaos Rising” stanowi efektowny przerywnik przed rozpędzonym i pełnym rozmachu „When Reason Dies”. To kolejny dowód na kompozytorski talent Garau. Włoski muzyk doskonale rozumie oczekiwania fanów gatunku i potrafi spełniać ich najskrytsze muzyczne marzenia.
Druga część albumu utrzymuje wysoki poziom, nie ustępując pierwszej ani pod względem jakości, ani pomysłowości. Neoklasyczne wpływy oraz duch dawnych albumów Dark Moor wyraźnie pobrzmiewają w „Immortal Glory”. Podobne emocje wywołuje nastrojowy i pełen magii „The Clash of Fates”. Nie ma tutaj miejsca na przypadkowe melodie czy zbędne rozwiązania. Wszystko jest spójne, przemyślane i podporządkowane budowaniu odpowiedniego klimatu.
Więcej pozytywnej energii wnosi dynamiczny „Steel and Magic”, który prowadzi słuchacza ku punktowi kulminacyjnemu całego wydawnictwa – monumentalnemu utworowi tytułowemu „The Final Flight”. To epickie zwieńczenie sagi, pełne emocji, majestatu i podniosłości, które pozostawia niezatarte wrażenie i dosłownie przyprawia o ciarki.
Smutne jest to, że kolejny wartościowy projekt muzyczny kończy swoją działalność. Jestem jednak przekonany, że o Marco Garau jeszcze nieraz usłyszymy. Mam również nadzieję, że Magic Opera pewnego dnia powróci i ponownie oczaruje fanów swoim wyjątkowym podejściem do power metalu.
The Final Flight to kwintesencja symfonicznego power metalu, idealne podsumowanie twórczości Marco Garau i zarazem zwieńczenie jego wieloletniej wizji artystycznej. To album pełen pasji, wyobraźni i kompozytorskiego kunsztu. Jedna z największych perełek 2026 roku i płyta, która przypomina, dlaczego tak wielu fanów pokochało ten gatunek. Na takie muzyczne cuda zawsze warto czekać.
Chwała Magic Opera!
Ocena: 10/10
środa, 8 lipca 2026
HELLIONIGHT -Witche's sabbat (2026)
Po dekadzie od wydania debiutanckiej EP-ki pochodzący z Bahrajnu Hellionight powraca ze swoim pierwszym pełnometrażowym albumem Witches' Sabbat, który ukazał się 3 lipca 2026 roku. Płyta pozostaje wierna korzeniom speed i thrash metalu, a jednocześnie brzmi dojrzalej i bardziej świadomie niż wcześniejsze dokonania zespołu. To kolejna formacja stawiająca na klasyczny speed/thrash metal, wyraźnie czerpiąca inspiracje z twórczości Exciter, Sodom czy Venom. Choć podobnych albumów ukazało się w tym roku niemało, Hellionight udowadnia, że potrafi pisać solidne utwory i nagrał materiał godny uwagi.
Największą zaletą albumu jest jego konsekwencja. Hellionight nie próbuje na siłę unowocześniać swojego brzmienia ani podążać za aktualnymi trendami. Zamiast tego stawia na sprawdzone metalowe wartości: wyraziste riffy, dynamiczne tempo oraz mroczną atmosferę inspirowaną estetyką lat 80. Głównym motorem napędowym zespołu jest Omar Zainal, odpowiadający za wokale, partie gitarowe oraz bas. Muzyk stawia na klasyczne zagrywki, szybkość i agresję, a jego charakterystyczna barwa głosu dodaje całości rasowego thrashmetalowego pazura.
Na pochwałę zasługuje również produkcja. Jest przejrzysta, a zarazem odpowiednio surowa, dzięki czemu każdy instrument wybrzmiewa wyraźnie, nie tracąc przy tym koncertowej dzikości i energii. Nawet okładka doskonale oddaje klimat albumu i stanowi wizualne dopełnienie muzycznej zawartości.
Już otwierający album „Extermination Now!” narzuca zawrotne tempo i nie pozostawia wątpliwości, że priorytetem jest tutaj energia. Gitary atakują ostrymi riffami, sekcja rytmiczna pędzi bez chwili wytchnienia, a wokale balansują pomiędzy klasycznym speed metalem a thrashową agresją. Kolejne utwory, takie jak „The Electric Chair” czy „Temple of Madness”, utrzymują wysoki poziom intensywności, oferując jednocześnie chwytliwe refreny i dobrze skonstruowane solówki. Warto dodać, że kompozycje te były już znane z EP-ki wydanej w 2016 roku.
Dalej otrzymujemy rozpędzony i niezwykle melodyjny „Luciferian Pride”, który skutecznie podtrzymuje dynamikę albumu. Zespół nie prezentuje tutaj niczego przełomowego, jednak nadrabia to zaangażowaniem i dbałością o szczegóły. Utwory takie jak „Souls of Evil” czy bardziej przebojowy i rytmiczny „Evilust” pokazują, że Hellionight potrafi urozmaicić materiał i nie ogranicza się wyłącznie do bezrefleksyjnej jazdy na pełnym gazie.
Problem pojawia się jednak w kwestii oryginalności. Na albumie trudno znaleźć elementy, które mogłyby zaskoczyć słuchacza lub wyróżnić zespół spośród wielu podobnych przedstawicieli współczesnej sceny speed/thrash metalowej. Chociaż muzycy sprawnie operują gatunkowymi schematami, momentami daje się odczuć pewną przewidywalność. Tytułowy „Witches' Sabbat” dobrze podsumowuje charakter całej płyty – jest ciężki, pełen diabolicznego klimatu i oparty na zapadającym w pamięć gitarowym motywie.
Witches' Sabbat to udany pełnometrażowy debiut Hellionight – album wypełniony szybkimi riffami, chwytliwymi melodiami i oldschoolowym duchem metalu. Nie rewolucjonizuje gatunku, ale skutecznie przypomina, dlaczego speed i thrash metal wciąż potrafią dostarczać ogromnej dawki adrenaliny. To propozycja skierowana przede wszystkim do fanów klasycznego grania, którzy cenią szczerość, energię i bezkompromisowe podejście do muzyki. Mimo pewnej monotonii oraz braku świeżości pozostaje to solidne wydawnictwo, które powinno zainteresować miłośników tradycyjnego speed/thrash metalu.
Ocena: 6,5/10


















