Po 11 latach milczenia z nowym albumem powrócił włoski zespół Elegacy. Grupa działała od 2003 roku, by w 2017 zakończyć działalność. W 2025 doszło jednak do reaktywacji – co ważne, w niezmienionym składzie. Album „Theory of Sin” ukazał się 30 marca nakładem Elevate Records. Zespół nadal porusza się w klimatach progresywnego heavy/power metalu, wyraźnie inspirowanego twórczością Queensrÿche czy Fates Warning. Nowe wydawnictwo zdecydowanie zasługuje na uwagę, zwłaszcza dla fanów tego gatunku.
Na pochwałę zasługuje również oprawa albumu. Zarówno dopracowana, kolorystycznie przyciągająca okładka, jak i soczyste, pełne brzmienie robią bardzo dobre wrażenie. Jednym z najmocniejszych punktów zespołu pozostaje utalentowany wokalista Ivan Giannini, który znakomicie buduje napięcie i klimat. Potrafi zaskoczyć zarówno charyzmą, jak i techniką – to prawdziwy mistrz w swoim fachu. Równie dobrze wypada gitarzysta Massimo La Russa, stawiający na wyraziste riffy, różnorodność i progresywny charakter kompozycji. Całość brzmi świeżo i przemyślanie, co przekłada się na bardzo pozytywny odbiór. Te 47 minut z Elegacy mija szybko i niezwykle przyjemnie.
Album otwiera rasowy killer – „Theogenesis”. To agresywny, dynamiczny utwór z wyraźnym power metalowym pazurem. Już sam refren i główny riff pokazują klasę zespołu. Momentami można odnieść wrażenie, jakby słuchało się Masterplan – i jest to zdecydowanie komplement. Progresywny heavy/power metal wybrzmiewa także w treściwym i przebojowym „Wash Away the Blood”. Zespół prezentuje tu nowoczesne podejście i dużą świadomość kompozycyjną.
Tytułowy „Theory of Sin” to kolejny dowód na dbałość o detale – pełen smaczków i ozdobników utwór, w którym klawiszowiec Terzago wyraźnie zaznacza swoją obecność. Bardziej bezpośredni charakter ma melodyjny „Angel”, który przywołuje ducha lat 90. i klasycznego europejskiego power metalu. Do bardziej złożonych i mrocznych momentów wracamy w „The Eye of Horus”.
Nieco słabiej wypada spokojniejszy i bardziej komercyjny „Until Tomorrow Comes”, który stanowi najdelikatniejszy punkt albumu. Na szczęście poziom szybko wraca do normy za sprawą agresywniejszego i bardziej drapieżnego „My Reckoning”, gdzie zespół ponownie błyszczy w progresywnym wydaniu. Na finał otrzymujemy klimatyczny, rozbudowany „Crazy King”, który skutecznie przyciąga uwagę i zamyka płytę w bardzo dobrym stylu.
Elegacy powrócił w znakomitej formie, nagrywając – moim zdaniem – najciekawszy album w swojej dyskografii. To dopracowane wydawnictwo, pełne solidnych kompozycji, które świetnie sprawdzają się w odsłuchu. Nie brakuje tu drapieżnych riffów, pomysłowości i muzycznej dojrzałości. Choć do absolutnego ideału odrobinę zabrakło, nie zmienia to faktu, że jest to płyta zdecydowanie warta uwagi.
Ocena: 8/10























