wtorek, 22 czerwca 2021

SEASON OF DREAMS -Heroes (2021)


 Johannes Nyberg i Jean micheal Volz powracają z nową płytą projektu muzycznego sygnowanego nazwą Season of dreams. "Heroes" to kontynuacja "My shelter", tylko że jest bardziej dopracowana i przemyślana. To już nie tylko ciekawa konstrukcja utworów i mieszanka melodyjnego heavy/power metalu z nutką symfonicznego metalu, to już płyta która przyprawia o szybsze bicie serca. Panowie wyciągnęli wnioski i nagrali o wiele ciekawszy materiał.

Okładka pełna jest epickości i klimatu fantasy. To faktycznie też przedkłada się na zawartość płyty i dostajemy dojrzały i dopracowany materiał. Mamy mocne riffy i sporo atrakcyjnych melodii, które wciągają słuchacza od pierwszych sekund. Jest masa hitów i killerów, które pokazują że ten projekt muzyczny ma rację bytu. Nyberg też wokalnie brzmi ciekawiej niż na debiucie i jego partie wokalne potrafią zaimponować techniką i drapieżnością. Sama zawartość szokuje i potrafi oczarować swoją jakością. Zaczyna się wszystko od "Shadowreaper" .To taki rasowy heavy/power metal, który opiera się na mocnym i zadziornym riffie, a całość spina chwytliwy refren. Mocny otwieracz. Główny motyw w tytułowym "Heroes" ma coś z Nightwish, coś z Saboton,czy Epica. Jest marszowe tempo i duże pokłady epickości, które zachwycą nawet najbardziej wybrednych fanów heavy/power metalu. Mamy też mroczny i bardziej stonowany "Princess of the dark".  Fanom klasycznego europejskiego power metalu na pewno spodoba się przebojowy "Season of dreams" i to jeden z mocniejszych punków tej płyty. Wciąga też chwytliwy i podniosły "Reign of Wisdom". Słychać że panowie mają na siebie pomysł i ta wizja naprawdę potrafi zachwycić. To nie jakaś kolejna tam miałka znanych nam zespołów. Całość wieńczy prosty i zadziorny 'Eternity", który idealnie podsumowuje całość. Jest pasja i miłość do muzyki w tym kawałku. Oj dobrze się tego słucha.

Season of Dreams rośnie w siłę i nowy album jest jeszcze ciekawszy niż debiut. Panowie stworzyli udaną mieszankę heavy/power metalu. Zadbano o hity, mocne riffy i powiew świeżości w kompozycjach, co sprawia że to jeden z tych albumów które warto znać. Miłe zaskoczenia, bo nowy album jest ciekawszy niż "My shelter". Polecam!

Ocena: 8/10

niedziela, 20 czerwca 2021

TIMO TOLKKI'S AVALON - The enigma birth (2021)

Timo Tolkki ostatnio dobry album wydał pod nazwą Symfonia czy Revolution Renaisance. Obecnie znany jest ze swojej metalowej opery Avalon, którą wydaje pod skrzydłami wytwórni Frontiers Records. "Return to Eden" był solidny i przywracał wiarę, że Timo wraca na właściwe tory. Teraz po 2 latach przyszedł czas na kolejny album w ramach Avalon. "The Enigma Birth" to swoista kontynuacja poprzednich płyt, to znów można zarzucić zbyt dużą komercję i mało heavy/power metalowego pazura, ale po kolei.

W składzie pojawiają się znani i doświadczeni muzycy.  Jest perkusja Marco Lazzarini, klawiszowiec Antonio Agate z Secret Sphere, a także basista Andrea Arcengeli. Do współpracy zaproszono tradycyjnie ciekawych gości i sprawiają, że płyta jest urozmaicona. Mamy tutaj od rasowego power metalu po hard rocka czy melodyjny metal.  Problem tkwi w tym, że jest kilka mocnych utworów, ale też sporo niedociągnięć i słabszych momentów, gdzie wdziera się nuda i komercyjność.

Na pewno zaskakuje tytułowy "The enigma birth", w którym błyszczy Pellek. Tak to jest Timo Tolkki z czego słynął Timo w okresie Stratovarius. Słychać ten charakterystyczny riff, ten klimat i power metalowy pazur. Bardzo świetny start i fanom tego zasłużonego gitarzysty na pewno się spodoba ten utwór. Niestety pierwszy wypełniacz to popowy wręcz "I just collapse". Przepraszam, ale ja tego nie kupuje. Zwyżkę formy Tolkiego mamy w killerze "Master of Hell", gdzie Raphael Mendes nadaje klimatu iron maiden, z kolei sama instrumentalna warstwa to znów stare dobre czasy Stratovarius. Więcej tego typu hitów poproszę. Nic dziwnego, że ten kawałek promował album. Pojawia się troszkę progresywnego metalu z okolic Evegrey w nowoczesnym "Beutiful Lie". Jest też lekki i melodyjny "Truth", który również ma choć trochę power metalowego zacięcia. Mamy dalej smętny i nijaki "Another Day", który nudzi swoją formułą. Jest znów Raphael Mendes w agresywniejszym "Beauty and war". Timo pokazuje w takich kawałkach, że potrafi jeszcze tworzyć hity na miarę tych z czasów Stratovarius. Bardzo dobrze się tego słucha i może następnym razem więcej kawałków tego typu i wszystkie partie wokalne powierzyć Mendesowi? To byłoby coś. Fabio Lione sieje zniszczenie w progresywnym "Dreaming", ale jest w tym wszystkim podniosłość i rozmach. Bardzo przemyślana kompozycja, która czaruje ciekawymi aranżacjami. Również dobrze Fabio wypada w rozpędzonym "Without fear" i znów dostajemy klasyczny power metal. Timo Tolkki jeszcze jednak nie zatracił swojego muzycznego geniuszu i stylu. Za to go kochamy.

Znowu mam problem z dziełem Timo Tolkkiego. Tak są mocne momenty i rasowe power metalowe killery, ale za dużo tutaj komercji i popowo-rockowych elementów, przez co płyta na atrakcyjności.  Solidny album z przebłyskami, który może zadowolić tak naprawdę fanów Timo Tolkkiego.

Ocena: 5.5/10
 

sobota, 19 czerwca 2021

CROWNE - Kings in the north (2021)


 "Kings in the north" to debiut szwedzkiej formacji Crowne.  To płyta, która miesza elementy melodyjnego metalu i hard rocka. Słychać w ich muzyce coś z Dynazty, coś the unity czy Hardline. Panowie mają pomysł na siebie i nie przeciętne umiejętności i to przedkłada się na jakość owej płyty. Kapela działa od 2020r, ale już zaznacza swoją obecność na muzycznej scenie.

Z okładki bije chłód i gdzieś tam w muzyce również pojawia się. Panowie znaleźli receptę na atrakcyjny melodyjny metal z nutką hard rocka. Wszystko kręci się utalentowanego wokalisty Alexendera Strandella, który brzmi momentami jak Ronnie Romero. Podobna maniera i sam styl śpiewania. Oj robi spore wrażenie i czaruje w każdym utworze. Sprawdza się on zarówno w metalowym graniu jak i hard rockowym. Mamy tutaj doświadczonych muzyków, bo jest basista John Leven (ex Yngwie Malmsteen) czy gitarzystę Jona Tee, którego dobrze znamy z Heat. To doświadczenia sprawia, że nie ma tutaj chybionych melodii, czy nie trafionych pomysłów. Jest trochę może za dużo Aor czy komercyjnych dźwięków.

Pierwsze utwór to marszowy, podniosły i klimatyczny "Kings in the North" i to jest granie na wysokim poziomie. Wszystko się zazębia i band czaruje. Chwytliwy refren rozrywa na strzępy, a band błyszczy na każdy polu. Począwszy od brzmienia, po same aranżacje. Hard rockowy feeling pojawia się w "Perceval", ale jest tutaj lekki posmak Deep Purple. Refren znów buja i zachwyca swoją przebojowością. Jest też coś z płyt Dynazty. Dalej mamy kolejny udany hicior, czyli "Sharoline" i band pokazuje że grać potrafi. Nieco nowocześniejszy hard rock dostajemy w stonowanym "Mad world". Kapela pokazuje pazur w szybszym "Sum of all fears". Sporo klasycznego hard rocka z lat 80 uświadczymy w chwytliwym "Make a stand". Troszkę nie pasuje mi tutaj balladowy "Save me from myslef".

Crowne to band, który idealnie łączy cechy melodyjnego metalu, którego pełno na szwedzkim rynku i hard rocka z lat 80. Mamy przemyślane melodie, jak i aranżacje, a wszystko spina znakomicie utalentowany wokalista. Momentami wkrada się komercja, ale i tak jest sporo hitów i atrakcyjnych riffów.  Fani melodyjnego metalu czy hard rocka będą na pewno zadowoleni. Warto mieć na uwadze debiutujący Crowne.

Ocena: 8/10

PHARAOH - The power that be (2021)

Amerykański Pharaoh nigdy nie pretendował do miana wielkiej kapeli, ale od kilku lat dostarczali solidny us power metal i w zasadzie najnowsze dzieło "The powers that be" to tylko potwierdza.  9 lat czekania i w zasadzie przez te lata nic się nie zmieniło. Dalej jest ten sam skład, ten sam styl i rodzaj muzyki. Dostajemy kontynuację i troszkę to rozczarowuje, bo była szansa by wstrząsnąć nieco heavy/power metalową sceną.

Wysunięty wokal Tima Aymara skupia naszą uwagę i to on napędza ten band i nadaje mu charakteru. Jest jeszcze dwóch doświadczonych gitarzystów, którzy odpowiadają za aspekt prostych i zadziornych riffów. Niczym nas nie zaskakują Chris Black i Matt Johnsen, którzy stawiają na sprawdzone patenty i takie nieco ograne melodie. Jest wtórność, jest przewidywalność i tym samym płyta jest monotonna i nieco nudna.  Jasne punkty tej płyty to zadziorny i nieco toporny "The power that be" i problem tkwi że słyszało się o wiele ciekawsze rzeczy w us power metalu na przestrzeni ostatnich lat. Dobrze prezentuje się agresywniejszy "Lost in the Waves", choć brakuje nieco świeżości i kopa. Nieco bardziej rozbudowany "Dying Sun" pokazuje, że band potrafi też zagrać coś bardziej progresywnego. Mam wrażenie, że jest to płyta jednego hitu, a mianowicie "Freedom". Co za świetna melodia i klimat Running Wild.

Za mało tutaj konkretów, za mało ognia i heavy metalowego pazura. Wkrada się nuda, wtórność i brak elementu zaskoczenia. Płyta po prostu średnia i nijaka. Jest wiele ciekawszych płyt w kategorii power metalu, ale Pharaoh nagrał krążek w swoim stylu. Może czas coś zmienić? Może mała rewolucja w stylu?

Ocena: 5/10
 

czwartek, 17 czerwca 2021

VULTURE - Dealin Death (2021)


 "Dealin Death" to już trzeci album niemieckiej formacji Vulture. To młoda formacja, która działa od 2015r i już dała się poznać jako specjalista od grania speed/thrash metalu. Już na dwóch poprzednich wydawnictwach pokazali, że bardzo dobrze im wychodzi mieszanie stylów wypracowanych przez Exciter, Razor, Agent Steel, Destruction czy exodus. Nie ma rewolucji, nie ma może też płyty roku, ale to jest płyta, którą trzeba znać.

Vulture idzie przetartymi drogami. Dalej mamy granie w stylu lat 80 i już sama okładka idealnie to odzwierciedla. Band kontynuuje to co prezentował na poprzednich wydawnictwach i to nie dziwi. Jak coś się sprawdza to po co to zmieniać? Ich siła tkwi przede wszystkim w zadziornym głosie L.Steelera, który nadaje całości thrash metalowego pazura.  Castevet i Outlaw ciężko pracują na sukces formacji i słychać, że stawiają na klimat lat 80 i sprawdzone zagrywki. Czuć pasję, pomysłowość i chęć grania na wysokim poziomie. Oj dobrze się tego słucha, choć nie tworzą niczego nowego. Na takie granie zawsze jest popyt i nie brakuję wielbicieli klasycznego speed/thrash metalu.

"Malicious Souls" to mocny i zadziorny kawałek, który zachwyca dynamiką i agresywnością. Taki Vulture to ja uwielbiam. Więcej thrash metalowej stylizacji uświadczymy w rozpędzonym "Count Your Blessing". Mamy też mroczny i bardziej heavy metalowy "Gorgon", który imponuje ciekawymi motywami gitarowymi i topornym charakterem. Nie brakuje chwytliwych melodii, co potwierdza energiczny "Star Crossed City". Mamy też techniczny i nieco w stylu Megadeth "Below the Mausoleum". Tytułowy "Dealin Death" opiera się na agresywnym riffie i niesamowitej szybkości. To kolejny killer na tej płycie. Całość zamyka nieco słabszy "The court of caligula".

Pełna grozy okładka, surowe brzmienie rodem z lat 80 i przemyślana muzyka sprawiają, że jest to płyta naprawdę godna uwagi. Kto kocha speed metal, jak i thrash metal ten pokocha zawartość. Band rośnie w siłę i to już kolejny udany album w ich dyskografii. Brawo panowie i tak trzymać, a jeszcze przybędzie Wam fanów!

Ocena: 8.5.10

niedziela, 13 czerwca 2021

GRAYWITCH - Rise of the witch (2021)


 Grecka scena metalowa kryje sporo perełek. W tym roku zostajemy zasypani świetnymi płytami z Grecji i debiut formacji Graywitch też do nich należy. Nie jest to jakiś progresywny power metal czy epicki metal, ale udany klasyczny heavy metalu spod znaku Iron Maiden, Judas Priest, czy Manowar. To właśnie znajdziemy na debiutanckim krążku "Rise of the witch".

Band zadbał w sumie o każdy detal by wrażenie z odsłuchu były jak najlepszy. Mamy oldschoolową okładkę, która przypomina mi lata 80, które dają o sobie znać podczas odsłuchu. Brzmienie też jest rasowe i idealnie współgra z zawartością. Z jednej strony band nie tworzy niczego nowego, ani nie zaskakuje czymś nowym, to jednak zachwyca jakością prezentowanej muzyki i ciekawymi pomysłami na kompozycje. Band należy pochwalić, za ciekawe aranżacje i przebojowość. Spyros i John są odpowiedzialni za partie gitarowe i to oni napędzają ten band. Słychać, że kochają lata 80 i ta muzyka płynie prosto  z ich serca. Warto też pochwalić wokalistę Dino Nassisa, który ma charyzmatyczny głos, który może nie powala agresją, ale ciekawą manierą i hard rockowym pazurem.

Band wie jak porwać słuchacza i otwieracz "Night Demons" wgniata w fotel. Co za energia, za przebojowość bije z tego kawałka. Tak to pierwszy killer z tej płyty. Dobrze wypada klasyczny "Midnight metal queen", który przemyca patenty Dokken, czy judas Priest. Czuć klimat lat 80 od pierwszych sekund. Taki "Metalhead" zachwyca prostym motywem gitarowym i dużą dawką przebojowości. Ciarki mam przy rozbudowanym "My Comrade", który idealnie miesza patenty heavy metalowe i power metalowe. Dużo dzieje się w tym kawałku i każda zagrywka wpada w ucho. Prawdziwe cudo. Echa wczesnego helloween można wyłapać w rozpędzonym i agresywnym "The rise". Graywitch pokazuje, że jest dojrzałym zespołem, który wie co chce grać. Na sam koniec dostajemy "Realms of the unseen", w którym band zabiera nas w rejony bardziej epickie.

56 minut zawartej muzyki mija szybko i tylko potwierdza że band ma smykałkę do tworzenia wartościowej muzyki. Jest klasycznie, oldschoolowo, a przede wszystkim każdy utwór jest przebojowy i oddaje klimat lat 80. Graywitch powstał w 2018r i już widać, że jest band przed którym stoi otworem wielka międzynarodowa kariera. Będę na pewno śledził ich poczynania.

Ocena: 8.5/10

BROTHER AGAINST BROTHER - Brother against brother (2021)


 Wytwórnia Frontiers Records słynie z organizowania ciekawych projektów z których rodzą się nie raz ciekawe płyty. Niegdyś był Allen/Lande, czy Lione/Conti, a teraz doszedł projekt Brother Against Brother, który stawia przeciw sobie dwóch utalentowanych brazylijskich wokalistów. Nando Fernandes i Renan Zonta to wokaliści o ciekawej barwie i z niezwykłą techniką. Może są i mało znani, ale mam nadzieję, że projekt Brother against brother to zmieni. Nando znany jest z Shining star czy Lightning strikes, a Renan znamy z Eletric Mob.

"Brother against brother" to debiut jak najbardziej udany, który łączy sobie różne odmiany melodyjnego metalu. Jest coś z Aor, jest coś z melodyjnego hard rocka, coś z heavy metalu i do tego jest sporo elementów progresywnych. Oryginalne podejście do tematu melodyjnego metalu sprawia, że "Brother against brother" to bardzo atrakcyjny album. Mamy tutaj coś z Symphony X, Dream theater, coś z The Ferryman. Tak wpływy The Ferryman i takiego Lords of Black można usłyszeć w mrocznym i zadziornym "Two Brothers".  Znakomicie sprawdza się gitarzysta Jonas Hornqvist, który buduje napięcie i stawia na świeże motywy gitarowe. Brzmi to współcześnie i bardzo pomysłowo. Z kolei rockowy "What if" momentami brzmi jak Sunstorm, tylko że w mocniej oprawie. "City of Gold"  jest podniosły i znakomicie łączy sobie hard rockowy feeling z heavy metalową konwencję. Wokaliści niszczą swoimi głosami. Klawiszowiec Alessandro Del Vecchio potrafi zbudować niesamowity klimat i to już nie raz pokazał. "Haunted Heart" to znakomity tego przykład. Stonowany i mroczny "Deadly Sins" zabiera nas w bardziej progresywne rejony. Kolejny killer to "Whispers in darkness", który przypomina twórczość Candlemass czy Black Sabbath z czasów Tony Martina. Całość wieńczy agresywny "Lost son", który przemyca patenty power metalu. Idealny finał.

Frontiers Records znów dostarczył fanom melodyjnego grania naprawdę wartościowy projekt muzyczny. Niezwykle urozmaicony album "Brother againts brother" pokazuje, że nie wszystko zostało zrobione w melodyjnym światku i wciąż można wnieść sporo świeżości do tej muzyki. Dwa świetne głosy i znakomicie dopasowani pozostali muzycy tworzą znakomite tło. Oj dzieje się tutaj sporo i warto zaliczyć to dzieło do jednych z ważniejszych dzieł roku 2021.

Ocena : 9/10

sobota, 12 czerwca 2021

HELLOWEEN - Helloween (2021)


 Każdy z nas może śmiało jednym tchem wymienić swoje ukochane zespoły. Te które ukształtowały nasz gust muzyczny i nasz upodobania co do danego rodzaju muzyki heavy metalowej. U mnie wybór byłby bardzo prosty. Numer jeden to Running wild, a moja pasja do power metalu zrodziła się za sprawą tak naprawdę Helloween. Mini Lp "Helloween" i "Walls of Jericho" to był szok i miłość od pierwszego wejrzenia. Głos Kaia Hansena na zrobił na mnie mega wrażenia i tak potem znalazłem jego własny band Gamma ray, który jest tym trzecim najważniejszym zespołem. Jednak wszystko zaczęło się od Helloween. Miłość, staja się fascynacją, a fascynacja obsesją. Pierwszy okres z Kaiem Hansenem na wokalu to kwintesencja stylu Kaia hansena i jego geniuszu. Potem nastała era strażnika siedmiu kluczy i fenomen głosu Kiske. Tak to był złoty okres Helloween i dał podwaliny pod power metal. Za ich sprawą powstało wiele naśladowników i wiele czerpało garściami z ich muzyki. Szkoda, że ten złoty okres trwał bardzo krótki i nie było dane nam usłyszeć duetu Hansena i Kiske, którzy byli w tamtym czasie podstawą zespołu Helloween. Potem nastała era Derisa, którzy jedni kochają a inni nie nawidzą. To zupełnie inny wokalista, który łączy coś z głosu Hansena i coś z Kiske. Nadał on nowego życia Helloween, który odbijał się od dna po "Chameleon". Czy to nam się podoba czy nie to on uratował ten band. Za jego kadencji też powstały świetne albumy, które można śmiało postawić obok pierwszych płyt. "The time of the Oath", czy "Better than raw" to klasyki. Kapela troszkę pod upadła przy okazji "My god given right", który był troszkę nijaki i całościowy zawiódł moje oczekiwania. Przez ten cały czas mojej fascynacji muzyką Helloween miałem jedną marzenie. Chciałem usłyszeć jeszcze Helloween z Kiske i Hansenem na pokładzie. To było marzenie mało realne.

Kiske odsunął się w cień, grając pop rock, Kai realizował się z Gamma ray, a Helloween nagrywał równie udane albumy. Panom jakoś nigdy nie było po drodze. Kiske wystąpił gościnnie na "Land of the Free" Gamma ray, ale to jeszcze nie było to. Kolejnym krokiem Kiske w stronę metalu okazał się udział w metalowej operze Avantasia. Jednak nie wiele się zmieniło i Kiske dalej grał swój pop-rock.  Były potem różne projekty muzyczne Micheala i Place Vendome, czy Kiske/Sommerville nie sprawiły, że Kiske wrócił na dobre do power metalu. Ważną rolę w powrocie Micheala do metalu odegrał Tobias Sammet z Avantasia, który z każdym udziałem Kiske na swoim albumie zbliżał do występu Kiske na koncercie Avantasia. No i nadszedł wielki dzień kiedy w ramach Avantasia spotkał się ponownie Kiske i Hansen. Znowu odżyły wspomnienia i panowie znów postanowili razem grać. Kai dołączył do zespołu Kiske, czyli Unisonic. Wielu fanów widziało w tym zespole Helloween mark II. Padały pytania odnośnie reaktywacji starego składu Helloween i w sumie Kiske zarzekał się że do tego nigdy nie dojdzie. Fani wciąż wierzyli. Rokiem przewrotnym był rok 2016, kiedy to ogłoszono planowaną trasę koncertową "Pumkins united" z udziałem Kaia Hansena i Micheala Kiske. Został w składzie Gerstner i Deris, więc to było coś wyjątkowego. Trasa była wielkim wydarzeniem i nic dziwnego, że panowie postanowili nagrać wspólnie album. Owocem tego jest "Helloween". Marzenia się spełniają i ta płyta to na pewna tego dowód. Na wstępie powiem, że nie odpowiada tytuł płyty, no ale co zrobić? 18 czerwiec to data premiery płyty. Jakże ważny dzień dla fanów Helloween. Ta nie pewność i szybsze bicie serca. Co nas czeka na płycie? Powrót do korzeni? Nowa odsłona Keeperów? A może wypisz wymaluj era derisa? O to jest pytanie!

Pierwszy utwór który powstał w tym składzie to "Pumpkins United" i pokazał, że panowie chcą tak naprawdę połączyć coś z ery Derisa i coś Kiske czy nawet czasów "Walls of jericho". Ten kawałek jest mega przebojowy i oddaje styl Helloween. Właśnie myślałem, że taki będzie album. Niby recepta jest podobna. Kiske wysunięty w refrenach, Kai bardziej wspomaga w refrenach, a Derisa jest pełno w zwrotkach czy czasami w refrenie. Brawo dla Helloween, że udało się wybrnąć z gry na 3 wokale i panowie znakomicie się uzupełniają, co pokazali na trasie "Pumpkins united".  Nie często spotyka się sytuację, że mamy w zespole 7 osób, przy czym jest 3 wokalistów i 3 gitarzystów. Helloween poradził sobie z tym stanem rzeczy. Został zrobiony szum wokół nadchodzącej płyty, Eliran Kantor stworzył magiczną okładkę i to jeszcze narysowaną ręcznie. Charlie Bauerfriend i Dennis ward zadbali o mocne i wyraziste brzmienie. A Dani Loble za sprawą pałeczek Ingo Schwichtenberga przywrócił ducha jego gry. To jest mocny punkt tej płyty.

Powroty po latach, zwłaszcza wielkich kapel to presja ze strony fanów i recenzentów, którzy mają wielkie ciśnienie na nowy album z klasycznym składem wielkiego zespołu. Helloween miał czas na stworzenie ponadczasowego albumu. Była pandemia, był czas i nikt nikogo nie gonił. Jednak mam wrażenie, że coś poszło nie tak. Mamy 12 utworów, ale za mało tutaj kompozycji Hansena, za mało takiego rasowego grania w stylu Helloween. Ciężko rozpatrywać nowy album Helloween w kategorii power metalowego krążka i w kategorii samych płyt Helloween. "Straight out of hell" to był album energiczny, power metalowy i mega przebojowy. "7 sinenrs" mroczny i ciężki, "Gambling with the devil" miał sporo killerów i rasowego helloweenowego grania. Nawet "Keeper 3" miał sporo klasycznego helloween w sobie. Nie wspomnę o klasykach z lat 90.  Ciężko zestawić z każdym z tych albumów owy "Helloween" z roku 2021. Band chciał brzmieć klasycznie i zarazem współcześnie, chciał uchwycić magię keeperów, chciał brzmieć agresywnie jak z ostatnich płyt Helloween z Derisem. Wyszła dziwna mieszanka. Jest heavy metal rodem z judas priest, czy ostatnich płyt Hellowen czy Gamma ray. Jest nutka hard rocka z płyt Unisonic czy nawet Place Vendome. Słychać projektów muzycznych Kiske, w tym avantasia czy Kiske/sommervillem. Głos Kiske zawsze jest magiczny i zaczaruje nawet w słabszych i nijakich kompozycjach, ale tutaj nawet on nie odczaruje tego co tutaj mamy. A co mamy?

Odpalamy płytę i mamy ciche wkraczanie gitar. Jest mrocznie i wszystko rozpędza się powoli. Zaczyna się "Out for the Glory" autorstwa Micheala Weiketha. Ponad 7 minutowy utwór, który na pewno zaliczyć należy do najjaśniejszych momentów tej płyty. Jest sporo Kiske w zwrotkach i refrenie. Czuć gdzieś tam klimat strażnika, ale nie ma efektu wow. Co poszło nie tak? Riff po prostu jest tylko solidny i niczym specjalnym się nie wyróżnia. Tutaj co mnie zaskoczyło to głos Hansena, który wspiera Kiske w refrenie. Kiedy słychać "I am vengeance" to są ciarki i przypomina się maniera Roba Halforda. Naprawdę świetna dyspozycja Hansena. Szkoda, że jest praktycznie nie obecny wokalnie na płycie.  Kolejny problem nowej płyty to niezbyt atrakcyjne solówki. Panowie w przeszłości mieli ciekawsze popisy gitarowe, a mając 3 tak utalentowanych gitarzystów można działać cuda. Otwieracz na pewno jest ciekawy, choć za bardzo rozciągnięty na siłę.  Płytę promował "Fear of the Fallen" autorstwa Derisa. Co ciekawe, na początku jakoś też w pełni mi nie pasował ten utwór. Te zwolnienia i w kółko powtarzane "Decide" nieco potrafi drażnić. Utwór zyskuje z czasem i wyróżnia się na tle innych kompozycji z tej płyty. W końcu jakieś złożone pojedynki na solówki i refren, który faktycznie wgniata w fotel i przypomina czasy "Keeeper of the seven keys". Jednak dużo tutaj Helloween z czasów "Gambling with the devil" czy "Straight out of hell". Ten utwór pokazuje, jak świetnie dogadują się wokaliści i jak się uzupełniają. To jest atrakcja tej płyty i to co napędza ten album i zwiększa jego wartość. Kto z nas nie marzył, żeby usłyszeć Derisa w duecie z Kiske? Czysta magia! Panowie starą się trzymać dobrą passę i dalej mamy jeden z moich faworytów na tej płycie. Deris i Gerstner stworzyli przebojowy "Best time". Ktoś mówił, że kawałek ma coś z "I want out" i faktycznie tak jest, choć sam utwór ma bardziej hard rockowy feeling. Tak skojarzenia z Unisonic są jak najbardziej na miejscu. Sam riff czy główna melodia to ukłon w stronę projektu "Kiske / Sommervile". Utwór wpada w ucho i potrafi oczarować chwytliwą melodią czy podniosłym refrenem, w którym króluje Kiske. Pojawia się również za sitkiem Hansen, choć też jako wsparcie w refrenie. Genialny utwór, tylko ile w tym jest power metalu? No właśnie za mało jak na Helloween. Mocne wejście Grosskopfa w "Mass pollution" przywołuje czasy "Keeper legacy" i utworu "The invisible man". Tak klimat podobny i jego hard rockowy feeling przywołuje na myśl czasy tamtego albumy, ale też ostatniego "My god given right". Refren i riff to taki nieco bliźniak do "If gods love rock;n roll". Na pewno jest to przebój, ale czy tak wielki jak "Power" czy "Where the rain grows"? No nieco niższa liga, ale to wciąż świetny heavy metal z nutką hard rocka i power metalu. W refrenie czaruje Kiske, który chce podziałać na zmysły fanów i przypomnieć czasy "Keeperów". Spokojnie i nieco balladowo zaczyna się "Angels" autorstwa Gerstnera. Zaczynają się schody. Pokręcony i chaotyczny utwór. Kiske śpiewa do progresywnego kawałka? Dziwnie to brzmi. Czasami refren potrafi poruszyć, ale już nie wpada w ucho. 4 minutowy utwór a ciągnie się jakby trwał wieki. "Rise without chains" autorstwa Derisa, też brzmi jakby to był odrzut "My god given right". Tak wiem jest szybkie tempo, jest wyczekiwany power metal, ale kurde stać ich na coś lepszego. Znów akcja Kiske w refrenie i przypomnienie czasów "Keepera". Tylko czemu riff taki jakiś dziecinny, a refren w ogóle nie zapada w pamięci? Może coś ze mną jest nie tak? Jest solidny i plus za szybsze tempo. Narzekałem też na "Idestructuctible" autorstwa Grosskopfa, który brzmi jak miks ostatniej płyty Unisonic i Gamma ray. Riff rodem z Judas Priest może i dobry, ale czy to jest Helloween na jaki czekaliśmy? Z kolei refren przypomina "Exceptional" unisonic. Dobrze się słucha tego kawałka, ale też mało jakoś tutaj power metalu. Nie ma tego efektu wow, pomimo że kawałek dobry i jest to kolejny mocny punkt "Helloween". Czytałem, że "Robot King" to ma być killer. Nie jest to "Eagle Fly free", a raczej coś pokroju "Battle's won". Toporny refren jak i riff, to dalekie od najlepszych hitów Helloween. Co w tym kawałku jest warte uwagi to melodyjne i skrojone nieco w starym stylu solówki. "Cyanide"  to kolejny utwór autorstwa Derisa. Zaczyna się ciekawie, bo mamy solówki i taki klimaty starego Helloween, a potem znów riff rodem z Judas Priest. Znów dużo heavy metalu i hard rocka, a jakoś mało power metalu i helloween. To taki solidny metalowy kawałek, który przypomina ostatnie płyty Helloween. Nie ma euforii i znów spory niedosyt. Nastrojowo zaczyna się "Down in the dumps", ale znów toporne dźwięki i mało atrakcyjnego grania w solówkach. Motyw główny też niczym nie zachwyca. Kiske ma tutaj ciekawe momenty i same solówki to znowu taki Helloween jaki znamy i kochamy.  Tak są ciekawe momenty, ale brakuje tak naprawdę killerów.  Nic tak naprawdę nie wiele wnosi instrumentalny "Orbit" Hansena. Oj miał wiele ciekawych instrumentalnych kawałków w swojej karierze. Ten jakoś nic nie wnosi do płyty. Klimatem najbliżej mu do "Follow  the Sign".  Jest jeden utwór, który w pełni przypomina czasy klucznika i który najlepiej połączył czasy Derisa i Kiske, a jest to oczywiście "Skyfall" autorstwa Hansena. Definicja stylu Hansena i Helloween. Słychać na wstępie melodię niczym z "March of Time" potem wkracza riff rodem z "Walls of Jericho". Epickość z "Keeper of the seven keys" i motyw przed refrenem który nasuwa namyśl Avantasia. Jest tutaj wszystko, bo i nawet sporo z Gamma Ray. Przepiękny finał i najlepszy kawałek z tej płyty. Ta albumowa wersja jest gorsza niż ta znana z singla. "Vocal mix" to najciekawsza wersja, gdzie jest więcej wokali Hansena. Tutaj czuć magię i tak powinien brzmieć cały album. Jest power metal, jest przebojowość i ciekawe solówki. Tego mi brakuje niemal w każdym utworze. 

Wielu już mówi o najlepszej płycie roku i najlepszym okresie Helloween. Okres może idealnym pod względem koncertowym, bo jest szansa usłyszeć klasyki Helloween z głosem Kiske czy Hansena. Jednak ten album pokazuje, że panowie nie potrafią nagrać spójny album i przede wszystkim krążek power metalowy. Dziwne, że ojcowie power metalu grają heavy metal z hard rockiem z nutką power metalu. Za mało tego ognia, przebojów i tej lekkości, czy radości, z której Helloween przecież słynął. Dziwne uczucie, kiedy klasyki Derisa są o wiele ciekawsze niż dzieło "Helloween" gdzie jest obecny Kiske i Hansen. Marzenie się spełniło i dostałem długo wyczekiwany album z Kiske i Hansenem, a teraz niech wróci stan jaki był przed "Pumpkins United". Chciałbym usłyszeć nowy album Gamma Ray, czy Unisonic, które miały więcej z muzyki Helloween niż nowy album Helloween. Pojawiły się łzy, ale nie ze szczęścia, tylko smutku, że zmarnowano ogromny potencjał jaki drzemał w tym składzie. Zobaczymy co przyniesie przyszłość? Zobaczymy jak potoczą się losy Helloween, czy właśnie wspomnianego gamma ray. Wielu z Was wciąż czeka i liczy, że to nieprawda, że recenzent pisze głupoty i dostanie jeden z najlepszych albumów dyniowatych. Zostanie on w pamięci jako pierwszy album, gdzie spotkał się Kiske, Deris i Hansen. Dzięki temu już się zapisał w historii zespołu, szkoda że nie za sprawą zawartej muzyki.

Ocena: 6.5/10

piątek, 11 czerwca 2021

INNERSIEGE - Fury of Ages (2021)


 No i mamy kolejny powrót po latach. Tym razem do światów żywych wraca amerykański InnerSiege, czyli band który dał się poznać na debiutanckim krążku jako band, który nie boi się mieszać heavy metalową stylizację z progresywnym metal czy power metalem. Kto lubi muzykę z pogranicza Queensryche, czy Hellstar. Na najnowszym krążku "Fury of Ages" mamy kontynuację "Kingdom of Shadows".

Gitarzyści Grose i Prater są mocnym filerem zespołu i to ich gra jest główną atrakcją nowej płyty. Znajdziemy tutaj bardziej złożone riffy i masę progresywnych melodii, a wszystko otoczone mrocznym klimatem i nowoczesnym brzmieniem. Brzmi to ciekawie i potrafi zaintrygować słuchacza. Jest jeszcze wokalista Jeremy Ray, który swoją manierą i techniką przypomina Geoffa Tate'a. Z zawartości mocno wyróżnia się agresywny i dynamiczny otwieracz "Calling for Violence". Dalej mamy przebojowy "Reborn", który ukazuje jaki drzemie potencjał w tej grupie. Wokal Jeremiego napędza klimatyczny "Firewind" i to kolejny killer na płycie.  Uroku i urozmaicenia dodaje mroczny "World on fire" czy power metalowy "Power metal Glory". Słabszym momentem jest troszkę nijaki "Hero", ale i tak cała płyta sprawia dobre wrażenie i śmiało mówimy tutaj o płycie, która zasługuje na uwagę.

9 lat przerwy, ale nie wiele się zmieniło w obozie Inner Siege. Band dalej gra swoje czyli solidny progresywny heavy/power metal i robią to naprawdę dobrze. Wyrazisty wokal, shredowe popisy gitarowe są bardzo atrakcyjne i napędzają ten zespół.  "Fury of Ages" to wartościowy album, który znajdzie swoich fanów to na pewno. Oby kolejny album ukazał się szybciej.

Ocena: 7.5/10

HAMMER KING - Hammer King (2021)

Patrick Fuchs to niezwykle utalentowany wokalista i gitarzysta, który swoją manierą i techniką przypomina takie gwiazdy jak Lars Ramcke, Kai Hansen, czy Joacim Cans. Swoje pierwsze kroki stawiał w zespole Ivory Night, ale tak naprawdę skrzydła rozwinął u boku Rossa The Bossa. "Hailstorm" i " "New Metal Leader" to świetne płyty, które bronią się mimo upływu czasu. Tam w pełni ukształtował swój głos i pozycję na metalowym rynku. Teraz Patrick spełnia się w Hammer King i jest to jeden z najlepszych zespołów młodego pokolenia. Każdy ich album to uczta dla fanów heavy/power metalu i z nowym albumem zatytułowanym "Hammer king" jest nie inaczej. To kolejne świetne wydawnictwo w ich dyskografii.

Hammer king czerpie wzorce oczywiście z takich kapel jak Hammerfall, Helloween, Primal Fear, Wizard, czy Bloobound. Oczywiście echa współpracy Patricka u boku Rossa też słychać i ten duch Manowar jest wyczuwalny. Najlepsze w tym wszystkim jest to, że band od samego początku ma własny styl i pomysł na heavy/power metal. Nie ma tutaj udziwnień i próby bycia nowoczesnym, panowie idą drogą klasycznego grania i to się sprawdza idealnie. Wyrazisty wokal Patricka, a do tego jego współpraca w sferze partii gitarowych z Gino Wilde sprawiają, że Hammer king to perfekcyjna maszyna, która działa bez zarzutu. Każdy z muzyków to specjalista w swoim fachu i panowie wiedzą co mają robić. Patrick zachwyca swoją manierą i techniką, a to za jego sprawą album jest jak zawsze bardzo metalowy.  Od strony gitarowej jak zawsze dzieje się sporo i każdy riff czy solówka jest przemyślana. Płyta jest naszpikowana hitami i chwytliwymi melodiami, a to wszystko sprawia że to jedna z najważniejszych płyt roku 2021.

Płytę promował "Awaken the Thunder" i nie wiem czemu ale sam riff momentami przypomina mi "Skyfall" Helloween.  Ten utwór to tak naprawdę jest definicją heavy metalu i stylu Hammer king. Prawdziwe cudo i od samego początku wbija w fotel. Mocny jest riff w rozpędzonym "Baptized by the hammer" i to również kolejny killer na płycie. Jest pazur i podniosłość,no i ten genialny refren, który momentami przypomina mi taki miks Hammerfall i Powerwolf. Szczęka mi opadła i na takie hity zawsze warto czekać. Jest miejsce na epicki, marszowy heavy metal spod znaku Manowar i tego dowodem jest "Onward to Victory". Kolejna heavy metalowa petarda na płycie to "Hammerschlag" i momentami słychać w tym coś z Stormwarrior, coś z Primal Fear i Wizard, Jednym słowem killer i znakomicie przeplatają się wokale lidera Warkings, Isaaca z Epica, czy Gerre z Tankard.  Dobrze wypada też rozbudowany i bardziej złożony "Atlantis". Co za emocje wzbudza ten kawałek. Po prostu "wow". Echa iron maiden czy Manowar można wyłapać w przebojowym "We are the kingdom". Sam refren ma coś z najlepszych lat Iron Fire.  Co z tego że taki energiczny "Into the Storm" brzmi znajomo? To kolejna petarda mocno wzorowana na żelaznej dziewicy, ale też stormwarrior wybrzmiewa w samej stylizacji. Z kolei prosty i mocno heavy metalowy refren nawiązuje do Hammerfall. Jak Hammer king to robi, że każdy utwór to rasowy killer?  Kto kocha epickość i bardziej emocjonalny metal ten będzie zachwycony tym co się w "ashes to Ashes". Power metal na pewno można poczuć w energicznym "In the name of the hammer".  No jest jeszcze hołd dla Manowar czyli "Kings of Kings".

Hammer king jest wielki i po raz kolejny nagrał świetny album. Tytuł płyty po prostu "Hammer king", ale to takie ukoronowanie dotychczasowej dyskografii. Trzeba przyznać, że album idealnie definiuje styl tej grupy i pokazuje, że można czerpać wzorce, a przy tym być zespołem świeżym i pełnym pomysłów. Dla fanów Hammerfall, Stormwarrior czy Manowar jest to prawdziwa uczta i niezapomniane przeżycie. Jedna z najważniejszych płyt roku 2021 i Hammer king to obecnie jeden z najlepszych zespołów heavy/power metalowych.

Ocena: 10/10
 

czwartek, 10 czerwca 2021

HEAVY SENTENCE - Bang to rights (2021)


 Uwaga nadciąga nowy utalentowany band z Wielkiej Brytanii. Heavy Sentence to kapela, która od 2017r wydawała mini albumy, ale wciąż brakowało pełnometrażowego albumu. No i w końcu przyszedł czas na debiutancki album zatytułowany "Bang to rights". Co ciekawe ten krążek brzmi jakby powstał w latach 80, w złotym okresie NWOBHM. Jednak to nie zaginiony klasyk lat 80, a płyta naszych czasów. Mało kto potrafi tak znakomicie oddać klimat NWOBHM, a Heavy Sentence gra muzykę w hołdzie Iron Maiden, Motorhead, Witchfinder General czy Blietzkrieg i robią to naprawdę dobrze.

Heavy sentence  to przede wszystkim wokalista G.Howells, który mocno przypomina manierą świętej pamięci Lemmiego i to jest mocne nawiązanie do klasycznego Motorhead. Z kolei gitarzyści Tim i Jack serwują nam riffy pokroju Iron Maiden czy Blietzkrieg. Panowie stawiają na proste rozwiązania i klimat lat 80, a to się tutaj idealnie sprawdza.  Niby nic nowego nie dostajemy, ale jest spora radość z słuchania tej płyty.

Dobry otwieracz to podstawa i "Medusa" znakomicie wprowadza w klimat tej płyty. Panowie znają się na klimacie NWOBHM i to słychać od pierwszych sekund. Dalej dostajemy zadziorny "Cold reins", który brzmi jak miks motorhead i iron maiden. Bardzo dobrze się tego słucha. Więcej zadziorności i riffów w stylu Judas Priest dostajemy w energicznym "Age of Fire".  Kto kocha twórczość Iron Maiden z pierwszych płyt, ten zakocha się w przebojowym "Capitoline Hell", który intryguje chwytliwymi melodiami. Uroczy też jest nieco rock'n rollowy "On the run" i znów mamy tutaj dużą dawkę motorhead. Z kolei fanom żelaznej dziewicy przypadnie do gustu melodyjny "Wicked Lady" i rozpędzony "Broken hearts".

Heavy sentence to żywy przykład, że muzyka NWOBHM i Motorhead jest ponadczasowa. Miło jest usłyszeć, że młoda kapela czerpie wzorce właśnie z takich legend. To nie jakaś tam marna kopia, to kapela która ma swój pomysł na granie i wykorzystuje stare sprawdzone patenty. Płyta wypchana jest hitami i niezwykłą dynamiką. Wyrazisty wokal i zadziorne riffy robią robotę, a najlepsze w tym wszystkim jest klimat lat 80.

Ocena: 8.5/10

niedziela, 6 czerwca 2021

EISENHAND - Fires Within (2021)


 Jedno spojrzenie na okładkę "Fires within"i  można by się pomylić, że to jakiś mało znany klasyk z lat 80. Tu jednak was zaskoczę, bowiem to debiut  Eisenhand, który powstał w 2018r w Austrii.  Znajdziemy tutaj taki klasyczny heavy metal z nutką NWOBHM. Prosta muzyka w stylu takich kapel jak Enforcer, White Wizzard, czy Pounder.

Kto szuka jakiś ambitnych dźwięków czy jakiegoś świeżego podejścia do tematu grania heavy metalu, ten tego tutaj nie znajdzie. Zespół stawia na proste melodie i sprawdzone chwyty, przez co nie ma tutaj elementu zaskoczenia czy świeżości. Jest to wszystko przewidywalne i mało oryginalne, ale dobrze się tego słucha. Nie do końca przekonuje mnie wokalista Iron Herv, który śpiewa jakoś tak bez wyrazu i bez mocy. Sporo ratują gitarzyści Meidhumer i Adam Torpedo, którzy wygrywają chwytliwe melodie, czy  proste riffy. To dzięki nim płyta tak łatwa jest w odbiorze i może dostarczyć choć trochę radości.

Na płycie znajdziemy 44 minuty muzyki zawartej  w 7 utworach. Dobrze wypada prosty i zarazem energiczny "The Engine", który przemyca sporo patentów Iron maiden czy Saxon. Utwór przesiąknięty latami 80 i NWOBHM. Nieco punkowy "Steel City sorcery" który brzmi jakby został wyjęty z debiutu Iron Maiden. Oj dobrze się tego słucha, choć nie ma w tym za grosz oryginalności. Band dobrze radzi sobie z dłuższymi utworami i dobrym tego przykładem jest "Ancient symbols". Każdy utwór zasługuje na miano hitu i wystarczy wsłuchać się w rytmiczny "Ride free" czy melodyjny "White fortress".

To kolejna płyta, która nie wiele wnosi do heavy metalowej konwencji i niczym nie zaskakuje, ale to płyta która ma nam przypomnieć o muzyce z lat 80 i czasach NWOBHM. Kawał solidnego heavy metalu, ale  w sumie nic ponadto. Zobaczymy co przyszłość przyniesie, bo drzemie tutaj potencjał.

Ocena: 7/10

sobota, 5 czerwca 2021

MORVIDHEN - Morvidhen (2021)

Są tu jacyś fani klasycznego speed metalu z pierwszych płyt Agent Steel? A może mamy tu wielbicieli Iron maiden i złotego okresu NWOBHM? Jeśli tak, to każda z tych osób może śmiało sięgnąć po debiutancki krążek grupy o nazwie Morvidhen, która w 2010r zrodziła się w Peru.

Tak wiem, że okładka jest kiczowata i może brzmienie też wymagałoby podrasowania i dopracowania. Jednak sporo nadgania charyzmatyczny wokalista Ratt, Jego charakter i styl śpiewania idealnie sprawdza się w speed metalu i to dzięki niemu płyta zyskuje sporo na mocy. Warto też pamiętać o gitarzystach i tutaj Oswaldo i Francesco dają czadu. Jest moc, agresja, dynamika i niezwykła dawka przebojowości. Czuć tą chemię miedzy tymi dwoma utalentowanymi muzykami. To przedkłada się na jakość muzyki zawartej na "Morvidhen". Co znajdziemy tutaj? Miks Agent Steel z pierwszych płyt i wczesnego Iron maiden. Brzmi to naprawdę dobrze.

Szybkie tempo i klimat NWOBHM dostajemy już w otwierającym "Morvidhen". Klimat lat 80 jest wyczuwalny i band oddaje go w znakomity sposób. No jest moc! Przebojowy "Wild Lover" ma coś z Iron Maiden, ale też Helloween z czasów "Walls of Jericho". Jest pazur, jest dynamika i wciągające partie gitarowe. Nie ma miejsca na nudę, a band znakomicie odnajduje się w speed metalowej konwencji. Klasyczne patenty dostajemy w "Fire wheels", który przypomina nam najlepsze lata Agent Steel i aż miło słucha się takich petard. Band potrafi wykreować pomysłowe i atrakcyjne melodie i takie właśnie zdobią hit "Stand up and fight". Dużo w tym iron maiden, ale takiego z górnej półki, a band idealnie oddaje styl tej wielkiej kapeli. Bardzo klasycznie brzmi też rozpędzony "Lethel Speed Metal" i znów dają o sobie znać lata 80. Niby jest to proste granie, ale bardzo zapadające w pamięci. Dalej znajdziemy przebojowy "claws of hades", który mocno nawiązuje do NWOBHM. Trzeba przyznać, że Morvidhen dobrze czuje się w takiej stylistyce. Całość wieńczy prosty i zarazem melodyjny "Souls of steel".
 
Słuchając "Morvidhen" nie doznamy szoku, ani też euforii, nie dostajemy też najlepszy album heavy metalowy roku 2021. Czy zawsze idzie o statystyki i wielką wygraną? Otóż nie. Kto lubi dobrą zabawę i granie heavy/speed metalowe osadzone w latach 80 ten powinien obczaić pochodzący z Peru Morvidhen bowiem pokazują, że czasami wystarczą chęci i pomysłowość by nagrać coś dobrego. Hity są i chwytliwe riffy też, tak więc nie ma powodów do narzekania. Troszkę popracować nad jakościa utworów i będzie jeszcze lepiej. Póki co chwytajcie debiut Morvidhen.

Ocena: 7.5/10

BLIND GOLEM - A dream of fantasy (2021)


 Włoski band Blind Golem zostanie przez długi czas w cieniu Uriah Heep, to prawda. Nie chodzi o fakt, że gościnie pojawia się sam Ken Hensley na debiutanckim krążku tej grupy. Tylko po prostu sama muzyka zawarta na "A dream of fantasy" to tak naprawdę kalka tego co grał w najlepszych latach Uriah Heep, Rainbow, Deep Purple czy Magnum. Okładka jest mega klimatyczna i bardzo w stylu Magnum i nic dziwnego kiedy autorem jest Rodney Matthews. To wszystko sprawia, że debiut Blind Golem to uczta dla fanów klasycznego hard rocka. Mało jest takich płyt, dlatego tym bardziej podoba się to co dostajemy na tej płycie.

Brzmienie nieco przybrudzone i mocno wzorowane na latach 70 czy 80, wręcz idealnie wpasowuje się w styl owej grupy i muzyki tu zawartej. Kapelę napędza utalentowany gitarzysta Silvano Zago. Oj czaruje swoimi partiami gitarowymi i kładzie nacisk na klasyczne rozwiązania i lekkość. Znakomicie to współgra z partiami klawiszowymi Simone Bistaffa. Panowie dobrze się dogadują i to słychać. Warstwa instrumentalna jest na wysokim poziomie. Zespół brzmi klasycznie i nawiązuje do wielkich kapel, a przy tym robi to naprawdę dobrze. Całość bardzo dobrze spina nastrojowy i zadziorny głos Andrea Vilardo.

Otwierający "Devil in a Dream" od razu pokazuje z jaką muzyką mamy do czynienia i czego możemy się spodziewać po Blind Golem. Słychać spore echa Rainbow, Deep Purple, no i oczywiście Uriah heep. Nie brakuje hitów i taki właśnie jest "sunbreaker", który mocno nawiązuje do dokonań Rainbow. Sam riff brzmi bardzo znajomo. Band zaskakuje mrocznym klimatem w "Screaming to the stars" i to marszowe tempo potrafi zauroczyć słuchacza. W podobnej tonacji utrzymany jest "Bright light" który nawiązuje idealnie najlepszych lat Rainbow, czy Deep purple, choć jest też coś z Magnum. Progresywność nasila się w pomysłowym i pokręconym "The ghost of evline" i trzeba przyznać że Silvano nieźle tutaj czaruje swoją grą na gitarze. Mocnym atutem tej płyty są właśnie te mroczne i marszowe kawałki i do tej kolekcji warto dodać "Star of the darkest night".

Niczego nowego nie dostajemy na " A dream of fantasy", ale nie o to chodzi w tego typu płytach. To taki hołd dla klasycznego hard rocka w stylu uriah Heep czy Rainbow, to muzyka sentymentalna i bardzo klasyczna. Wysoki poziom i niezwykły klimat lat 70 sprawiają, że jest to pozycja obowiązkowa dla każdego maniaka hard rocka. Satysfakcja gwarantowana i mam nadzieję, że Blind Golem będzie dalej szedł tą drogą, którą wyznaczył na "A dream of fantasy".

Ocena: 8.5/10

czwartek, 3 czerwca 2021

DYRYTH - Watchers (2021)

 Fiński Dyryth to tak naprawdę projekt muzyczny, który opiera się na gitarowym kunszcie Dyrytha, a także multiinstrumentaliście i wokaliście Cadavera. Początki tego projektu sięgają roku 2002r i choć panowie niczego nie odkrywają, to ich debiutancki album "Watchers" zasługuję na uwagę. To taka muzyka, którą można określić jako heavy metal z domieszką power metalu. Bez wątpienia jest to album, który trafi w gust fanów Judas Priest, Iron maiden, Scanner, Accept.

Band opiera się na sprawdzonych patentach i oklepanych motywach. Jest spore nawiązanie do lat 80 i do klasycznych płyt z tamtego okresu. Całą uwagę słuchacza bez wątpienia utalentowany gitarzysta Dyryth, który znakomicie miesza gatunki heavy i power metalu. Momentami ociera się nawet o neoklasyczne zagrywki. Od strony gitarowej dzieje się sporo i można wyłapać sporo ciekawych solówek czy riffów. Do tego dochodzi podniosły i klimatyczny głos Cadavera. Wszystko dobrze się spina i tworzy spójną całość. Nie do końca przemawia do mnie nijaka okładka i nieco wycofane brzmienie, które jest troszkę okrojone z mocy.

Stonowany otwieracz "Watchers" to taki ukłon w stronę klasycznego heavy metalu i wielbicieli wszelakich dźwięków w stylu Iron Maiden. Jeszcze lepszy jest zadziorny"trial by Time", który przemyca właśnie patenty neoklasyczne w zagrywkach gitarowych. Band zaskakuje na pewno w marszowym i bardziej epickim "Exile and Agony". Zostało to zagrane naprawdę przyzwoicie, choć brakuje troszkę świeżości i bardziej autentycznego stylu. Co nie zmienia faktu, że to kawał porządnego heavy metalu. Mocnym punktem tej płyty są bez wątpienia szybsze kawałki pokroju "Vengenace Burning". W tym momencie można stwierdzić, że troszkę pozmieniałbym linie wokalne i może je też nieco podrasował. Technika wokalisty momentami kuleje. Dobrze wypada melodyjny "ascension", który znów napędzają pomysłowe partie gitarowe. Dużo dzieje się w tym aspekcie i nie ma miejsce na nudę. Całość wieńczy ballada "Wilderness", który ukazuje, że band nie radzi sobie do końca z wolniejszymi utworami.

"Watchers" to płyta solidna, która tak naprawdę opiera się na ciekawych, złożonych i melodyjnych partiach gitarowych. Troszkę gorzej wypada wokalista, choć potrafi śpiewać wysokie rejestry no i ma charyzmę. Same utwory bronią się i czasami nawet potrafią zauroczyć swoimi aranżacjami. Nie jest to najlepsze co usłyszałem w tym roku, ale jest to pozycja godna uwagi.

Ocena: 7/10

wtorek, 1 czerwca 2021

SUNRISE - Equilibria (2021)


 "Equilibria" to 4 album w dyskografii ukraińskiego Sunrise i jest to bez wątpienia kolejny udany krążek w ich wykonaniu, To ukłon w stronę klasycznego europejskiego power metalu spod znaku stratovarius, sonata arctica czy Helloween. Tak też band brzmiał na poprzednich płytach, ale teraz wszystko brzmi jakby bardziej dojrzale i jeszcze bardziej dopieszczone. Do tego dochodzą elementy progresywne i to sprawia że nowy album tej formacji to jeden z ich najlepszych dzieł i prawdziwa kwintesencja klasycznego power metalu.

Skład Sunrise jest bez zmian  i kluczowa rolę odgrywa nie kto inny jak wokalista Laars, którego dobrze znamy też z Titanium.  Te jego wysokie rejestry są naprawdę urocze i pokazują jak utalentowany jest Laars.  Muzyka jest klimatyczna i bardzo melodyjna, a wszystko za sprawą gitarzysty Evgeniya i Darii, która odpowiada za partie klawiszowe. Tych dwóch muzyków znakomicie się uzupełniają i tworzą wciągające motywy i każda melodia jest godna uwagi. Do tego dochodzi soczyste brzmienie i klimatyczna okładka.

Nowoczesność i drapieżność znajdziemy choćby w zamykającym "Rebel Yell" i te elementy progresywne są urocze. Brzmi to naprawdę ciekawe. Taki klasyczny power metal w stylu Helloween dostajemy w "Wings of the dreamer" i panowie dają tutaj czadu. No jest moc i na taki power metal zawsze jest popyt. Z kolei nieco stonowany "equilibria" ma coś z Stratovarius, ale jest w tym sporo nowoczesnego pazura. Sunrise znakomicie odnajduje się w klasycznym europejskim power metalu i dobrze to odzwierciedla przebojowy "We are the fire", który jest ukłonem w stronę starych płyt Sonata Arctica. Co za petarda! Dalej mamy nieco mroczniejszy i agresywniejszy "Unbroken dreams", czy nastrojowy "The bell".

Sunrise nagrał urozmaicony album, gdzie jest coś z klasycznego power metalu, jest coś z progresywnego metalu, melodic metalu i całość brzmi świeżo i nowocześnie. "Equilibria" to dojrzałe dzieło, które zasługuję na uwagę każdego kto gustuje w melodyjnych odmianach metalu.  Sunrise to wciąż jeden z najlepszych zespołów z Ukrainy i nie da się ukryć ich światowej klasy. Brawo !

Ocena: 8.5/10

HELLRYDER - The devil is gambler (2021)


 Uwielbiam mieć do czynienia z supergrupami, którzy tworzą znani i lubiani muzycy. Kiedy widzi się znane i wielkie nazwiska to jest to jakaś gwarancja dobrego poziomu samej muzyki. Takie supergrupy nie raz potrafią poruszyć metalowy świat i wnieść choć trochę powiewu świeżości. Takim zespołem jest Hellryder, który narodził się w 2020r w Niemczech. Skład tworzą Chris Boltendahl i axel Ritt z Grave Digger, basista Orden Ogan czyli Steven Wussow i dawny perkusista Bonfire - Timmi Breideband. Wielkie nazwiska i w sumie muzyka zawarta na debiutanckim "The devil is gambler" jest również wielka.

Stylistyka Hellryder na pewno zaskakuje. Dlaczego? No nie jest to jakaś kalka Grave Digger, choć są nawiązania. Jest ta toporność i heavy metalowy pazur. Mamy też rock'n rollowy feeling w stylu Motorhead. Wyszła z tego niezła mieszanka, a wszystko zagrane nowocześnie i z nutką groove metalu. Ta płyta w zasadzie ma wszystko co powinna zawierać heavy metalowa płyta. Nie brakuje ciekawych riffów i przebojowości.

Już otwierający "Hellryder" może brzmi nieco chaotycznie, ale ma kilka ciekawych momentów i przede wszystkim ekipa zaskakuje nowoczesnym wydźwiękiem i topornością. Brzmi to naprawdę ciekawie. Szokuje na pewno rozpędzony i agresywny "Sacrifice in Paradise". Axel Ritt imponuje zgrabnymi i pomysłowymi partiami gitarowymi. To jest to! Na płycie roi się od hitów i jeden z nich to bez wątpienia chwytliwy "Night Rider". Motorykę motorhead słychać w dynamicznym "Jekyll & Hyde". Imponuje też rozpędzony "Chainsaw Lilly", w którym znów Axel wymiata finezyjnymi solówkami. Wciąga też nieco hard rockowy "Bad attitude" czy heavy metalowy killer "Harder faster Louder", który brzmi jak mieszanka Paragon i Judas Priest. Prawdziwa petarda!

Panowie stworzyli ciekawe dzieło, które zaskakuje nowoczesnością, drapieżnością, no i pomysłem na heavy metal z nutką rock;n rolla i groove metalu. Niby słychać echa Grave Digger czy Motorhead, ale Hellryder stworzył swój własny styl i ich debiutancki krążek "the devil is gambler" to album to tylko potwierdza. Płyta bez wątpienia godna uwagi!

Ocena: 8.5/10

niedziela, 30 maja 2021

WARDRUM - Mavericks (2021)

Minęło już 10 lat od debiutu greckiego Wardrum. "Spadework" z 2011r to wciąż ważny album nie tylko dla samego Wardrum, ale też dla power metalowej sceny.  Kapela w międzyczasie dorobiła się 5 albumów i ten najnowszy "Mavericks" to idealne podsumowanie ich dotychczasowej twórczości. Jednak nowe dzieło jest ważne dla Wardrum i to z kilku powodów.

Po pierwsze jest to debiut nowego wokalisty George;a Margaritopoulos, po drugie band mierzy się po raz pierwszy z koncept albumem i wszystko opiera się na noweli "Mavericks-  the story of messenger", którą napisał perkusista Stergios Kourou. Sama muzyka Wardrum tak jakby jeszcze bardziej ewoluowała, ale to dobrze widzieć, że band się rozwija i poszerza horyzonty. Wardrum to band, który gra power metal, ale to zbyt banalne określenie na ich muzykę. Usłyszymy u nich echa takich kapel jak Vicious Rumors, Queensryche, Symphony X czy Fates Warning. I to jest kolejny ważny składnik muzyki Wardrum czyli aspekt progresywnego metalu. Słychać to w konstrukcji kompozycji i samych zagrywkach gitarzystów Vreto i Demiana. Panowie stawiają na świeżość i pomysłowość i nie idą tutaj na łatwiznę. Teraz trzeba sobie zadać pytanie na ile jest się fanem takich progresywnych elementów? Mnie jakoś tak nie do końca po drodze z progresywnym graniem, ale płyta robi ogromne wrażenie, nawet na kimś takim który nie gustuje na co dzień w progresywnym elementem. Pełno tego tutaj jest i jeszcze wszystko polane epickim klimatem, który unosi się nad tą płytą.

Płytę otwiera "Hunt for Survival" i na dzień dobry można śmiało stwierdzić że głos George;a niszczy obiekty i to prawdziwy niszczyciel. Jest moc, jest pazur i niezwykła technika. Szczęka opada i brawa dla Wardrum. "Best of Times" to z kolei kawałek bardzo dynamiczny, z nutką nowoczesności. To prawdziwy killer i przykład jak stworzyć hit. Była mowa o epickości i ją dostajemy w marszowym "Sands of Time". Zadziorny "broken Pieces" i "Promised land" to przykłady tego, że band na serio bierze sobie elementy progresywne i słychać w tym pasję.

Grecka scena rośnie w siłę i taki Wardrum tylko umacnia swoją pozycję. Najnowsze dzieło tej greckiej ekipy sprawia że stają się jednym z najważniejszych zespołów greckiej formacji. Kto kocha progresywny metal i epicki power metal ten powinien zapoznać się z nowym dziełem Wardrum. Panowie nie zawodzą i wciąż serwują nam wysokiej klasy muzykę.

Ocena: 9/10
 

VANDOR -On Moonlit Night (2021)


 Szwedzki Vandor to znakomity przykład tego, że klasyczny europejski power metal wciąż ma się dobrze i wciąż powstają nowe zespoły, które mają pomysł i wizję na takie granie. Akurat Vandor to band, który stawia na klimat na emocje. Nie boją się czerpać z twórczości Blind Guardian, Dionysus, Helloween czy Rhapsody. Już debiut pokazał, że kapela potrafi grać i robi to bardzo dobrze. "On a Moonlit night" to udana kontynuacja debiutu "In the land of vandor".

Formacja działa od 2015r  i kluczową rolę odgrywa w zespole Vide Bjerde, który sprawdza się jako wokalista i gitarzysta. Jego głos jest uroczy i oddaje piękno klasycznego power metalu. To taki typ głosu pokroju Kiske, gdzie wszystko napędzają wysokie rejestry.  Sprawdza się on idealnie na nowym krążku. Nowy album to uczta dla fanów takie granie i znajdziemy tutaj sporo chwytliwych melodii i wciągających partii gitarowych. Może nieco za dużo tutaj nastrojowego grania i może za mało agresywności i pazura. Jednym się to spodoba, a innym nie. Nie zmienia to faktu, że jest to to album poukładany i dojrzały w swojej formule i na pewno zasługuję na uwagę.

Petard nie brakuje na płycie i jednym z nich jest "Mountains of Avagale" który idealnie wprowadza w świat Vandor. To taki rasowy power metal w europejskim wydaniu i słychać tutaj echa wielkich zespołów. Band zabiera nas w epickie rejony w "River of life" i znów mamy chwytliwy motyw i dużą dawkę przebojowości. Coś z Helloween i Blind Guardian dostajemy w nieco bardziej rozbudowanym "Endless Sea". Nie do końca przekonuje mnie takie komercyjne, nieco popowe granie jak te w "Future to Behold". Kolejny killer na płycie to "Fate of Eltoria" i zespół znów imponuje świeżością i pomysłowością. Klasyczny power metal  w najlepszym wydaniu. "The sword to end all wars" to ukłon w stronę bardziej rycerskiego power metalu i band znowu błyszczy. Całość wieńczy nastrojowy "On a moonlit night" nieco przypomina dokonania Blind Guardian,

Kto lubi klasyczny europejski power metal osadzony w latach 90 ten z pewnością musi obczaić nowe dzieło szwedzkiego Vandor. Kapela umacnia swoją pozycję na rynku i znów pokazuję że dobrze czuje się w tym gatunku i potrafi sporo dać od siebie. Dużo tutaj nastrojowego grania i momentami troszkę tego za dużo i może nieco przynudzać. Mimo pewnych wad jest to wartościowy album i jedna z ważniejszych premier roku 2021.

Ocena: 8/10

wtorek, 25 maja 2021

BURNING WITCHES - The witch of the north (2021)

Burning Witches nie trzeba nikomu przedstawiać. To już rozpoznawalna kapela heavy metalową, którą tworzy 5 utalentowanych kobiet. Mają na swoim koncie 4 albumy i ten najnowszy "The witch of the north" ma premierę już 28 maja. Niby nic odkrywczego nie znajdziemy na nowym dziele, ale to wciąż bardzo przemyślany i dojrzały heavy metal.

Nie ma mowy o zmianie stylistycznej i dalej mamy soczysty i zadziorny heavy metal z nutką power metalu. W składzie pojawia się gitarzystka Larissa Ernst, dla której jest to pierwszy album z Burning Witches. Niby jest wszystko ok i nie brakuje ciekawych utworów, to jednak jako całość to wciąż album dobry, w porywach do bardzo dobrego. Brakuje mi elementu zaskoczenia i większej dawki przebojowości. Panie grają swoje i robią to bardzo dobrze i kto lubił poprzednie wydawnictwa ten od razu przekona się do nowego dzieła.

Tytułowy "the witch of the north" już na wstępie czaruje mocnym riffem i marszowym tempem. Brzmi to obiecująco i jest to jeden z mocniejszych utworów na płycie. Band czerpie garściami z Judas Priest, Dio czy Crystal Viper i taki "Tainded Ritual" to potwierdza. Ciekawie wypada rozpędzony i agresywny "The circle of Five", gdzie wokalistka Laura pokazuje, że potrafi śpiewać agresywnie i z wykopem. Kolejny mocny punkt tej płyty to dynamiczny i mroczny "Thrall". Dobrze się tego słucha, ale do ideału też trochę brakuje. W to wszystko dobrze wpisuje się dobrze rozegrany cover Savatage czyli "Hall of the mountain king". Panie poradziły sobie z tym klasykiem.

Jest kilka mocnych kawałków i panie grać potrafią, ale bolączką tej płyty jest zbyt długi czas trwania i nierówny materiał. Pojawiają się ciekawe i wciągające kompozycje z mocnymi riffami, ale są też średnie i nudne utwory, które zaniżają jakość płyty. Burning Witches nagrał solidny album, ale nic ponadto.

Ocena: 6/10
 

sobota, 22 maja 2021

NERGARD - Eternal White (2021)

Andreas Nergard to utalentowany norweski muzyk, który radzi sobie niemal z każdym instrumentem i dał się poznać za sprawą takich kapel jak Rudhira czy gaia Epicus. Od 2010 roku spełnia się w swoim projekcie muzycznym sygnowanym nazwą Nergard. To taki ciekawy miks heavy/power metalu z nutką symfonicznego metalu i hard rocka.  W tym roku pojawia się 3 wydawnictwo Nergard zatytułowane "Eternal White".

Okładka jest przepiękna i zwiastuje wyjątkowy album. Epickość i ten bojowy klimat można gdzieś tam wyczuć, bo jest podniośle i zagrane wszystko z rozmachem. Jednak liczyłem na rasowy power metal i tego tu w sumie nie dostałem. Otwierający "God forgive my haunted mind" potrafi oczarować rozmachem i podniosłym klimatem. Epickość spotyka symfoniczny metal i brzmi to dość ciekawie. Troszkę więcej power metalu spod znaku Nightwish czy Stratovarius dostajemy w przebojowym "Pride of the north". Płyta miewa przebłyski i ciekawe aranżacje, ale brakuje power metalowego kopa i jakiegoś elementu zaskoczenia. Taki "From cradle to grave" to granie zbyt komercyjne i zbyt łagodne. Przeraża nijaki i nieco popowy "Carry me". Więcej energii i zadziorności dostajemy w melodyjnym "where no one would shed a tear". Powinno być więcej tego typu kompozycji. W nastrojowym "Now Barely three" gościnnie pojawia się Tim Ripper Owens. Udany kawałek, choć i tutaj brakuje ostatecznego szlifu.


Piękna okładka, epickość i podniosły klimat to jednak nie wszystko. Czego brakuje na "Eternal White"? Bez wątpienia killerów, power metalowego pazura i dynamiki. Niby jest rozmach i kilka ciekawych melodii. Troszkę zmarnowano potencjał, który drzemał w tym wydawnictwie. Może następnym razem będzie lepiej?

Ocena: 6/10

 

czwartek, 20 maja 2021

SUNBOMB - Evil and divine (2021)


 Wytwórnia frontiers Records słynie z różnych ciekawych projektów, w których biorą udział znani muzycy. Band o nazwie Sunbomb powstał w 2019 r i tworzą go dwie wielkie gwiazdy sceny amerykańskiej. Jest wokalista Micheal Sweet z Stryper i gitarzysta Tracii Guns z La Guns. Mocny skład i najlepsze jest to że panowie stawiają znacznie cięższe granie niż to w macierzystych kapelach. Jest pazur, nacisk na klasyczne rozwiązania i ciekawe nawiązania do twórczości Black Sabbath, Dio czy Judas Priest. To już zachęca by sięgnąć po te wydawnictwo.

Słowo debiut, nie pasuje do "Evil and Divine" i choć jest to pierwszy album tej formacji, to jednak sama muzyka i jej jakość przedstawia zupełnie inny obraz. Słychać doświadczenie i pasję. Michael jak zwykle niszczy swoim głosem, choć w Sunbomb brzmi bardziej agresywnie i pokazuje się z nieco innej strony. Błyszczy również gitarzysta Tracii, który stawia na proste i sprawdzone patenty i wszystko brzmi bardzo atrakcyjnie. Na płycie mamy soczyste riffy i melodyjne solówki, które mocno napędzają tą płytę. Wszystko jest przemyślane i bardzo poukładane.

Taki otwierający "Life" brzmi jak taki miks Black Sabbath i Dio, gdzie wszystko kręci się w okół przebojowego refrenu i zadziornego riffu. Mroczny i stonowany "Take me away" to też ukłon w stronę black sabbath z lat 80 czy 90. Ten sam klimat i struktura. Panowie odrobili zadanie domowe i brzmi to obłędnie. Troszkę więcej Judas priest znajdziemy w zadziornym "Better End" i to jest kolejny killer na płycie. Imponuje również bardziej energiczny "Born to win", który przemyca również troszkę elementów hard rockowych. Nieco odstaje rockowa ballada "Been said and done", ale ogólnie płyta brzmi bardzo klasycznie i dostarcza sporo radości. Idealnym podsumowanie całości jest bez wątpienia zamykający "They fought", który oddaje w pełni styl i jakość Sunbomb.

Takie płyty jak "Evil and Divine" są potrzebne i bardzo wypatrywane przez fanów klasycznego heavy metalu. Nie często się dostaje album gdzie bardzo mądrze wykorzystuje się patenty Dio, czy Black Sabbath. Jest hołd dla klasycznych zespołów, a przy tym panowie grają swoje i z dużą dbałością o detale. Płyta, która na pewno trzeba znać, a ja liczę że Sunbomb nie skończy się tylko na "Evil and divine"

Ocena: 8.5/10

niedziela, 16 maja 2021

EDU FALASCHI - Vera Cruz (2021)

Tego nazwiska fanom power metalu nie trzeba przedstawiać. To jeden z najważniejszych brazylijskich muzyków i jeden z najbardziej utalentowanych wokalistów.  Ostatnio było jakoś cicho jeśli chodzi o nową muzykę Edu Falschiego, ale teraz to się zmieni. Była znakomita trasa Rebirth of shadows gdzie Edu grał kawałki z "Rebirth" czy 'Temple of Shadows", czyli z kultowych płyt Angry.  Okres Angry to był najlepszy okres Edu, gdzie błyszczał i stworzył najlepsze kawałki, które po dzień dzisiejszy czarują swoim klimatem i aranżacjami. W almah też tworzył ciekawą i intrygującą muzykę. W roku 2016 zawieszono działalność Almah to też Edu oddał się karierze solowej. No i troszkę czasu minęło, ale w końcu jest "Veraz Cruz". Edu zrobił to na co czekali fani, czyli zabiera nas w świat muzyki, który przypomina czasy "temple of shadows" czy "Rebirth".

Mimo upływu czasu to wciąż sieje zniszczenie swoim głosem i na nowej płycie znajdziemy spokojne, romantyczne partie, jak i te iście power metalowe. Płyta jest urozmaicona i zawiera wszystko to co najlepsze w klasycznym stylu Angra. Na pochwałę zasługuje Diogo Mafra i Roberto Barros, którzy stworzyli znakomity podkład gitarowy pod głos Edu. Panowie grali już razem podczas trasy "Rebirth of shadows" i ten klimat został też uchwycony na nowej płycie. "Vera cruz" jest naszpikowana power metalem, ale też i progresywnością, przebojowością, podniosłością i świeżością. Znajdziemy tu pomysłowe melodie, złożone i pokręcone partie gitarowe, ale też klimat. Jest efekt "Wow", bo dawno Edu nie był w takiej formie i dawno nie mieliśmy tak świetnie podanej muzyki oddające klimat klasycznych płyt Angra.

Zaczyna się od klimatycznego intra "Burden", ale cios dostajemy od razy w energicznym "The Ancestry". No i to moi drodzy jest klasyczny power metal i najlepsze ujęcie stylu Angra. Kawałek opiera się na rozpędzonym riffie i złożonych partiach gitarowych. Panowie dają czadu, a ja jestem w szoku, bowiem utwór brzmi jakby powstał podczas tworzenia "Temple of shadows". Więcej progresywności znajdziemy w pomysłowym "Sea of uncertainties", który zaskakuje stylistyką i ciekawymi aranżacjami. Tak to kolejny killer, a to dopiero początek. Edu potrafi też zabrać nas w rejony romantycznego, rockowego grania i tak jest w balladowym ""Skies in your Eyes", który momentami kojarzy się z hitami Avantasia. Dużo power metalowego kopa znajdziemy w przebojowym "Crosses" i znajdziemy tutaj nie tylko odesłania do klasycznego Angra, ale też Helloween, a nawet czasami Iron Mask. Te neoklasyczne zagrywki gitarzystów dodają uroku. Progresywny "Land Ahoy" to kolejny ukłon w stronę Angra, choć tutaj dużo jest ozdobników i troszkę band za mocno przekombinował moim zdaniem. Jednak to wciąż granie na wysokim poziomie. Imponuje też dynamika i podniosłość w rozpędzonym "Mirror of Delusions". No Edu postarał się i serwuje to na co fani czekali od lat i to jest naprawdę miła niespodzianka.  Dalej mamy jeszcze zadziorny i progresywny "Face of the storm". Znów dostajemy ciekawą mieszankę epickości, podniosłości i progresywności. Oczywiście to znakomity kawałek dla fanów Helloween czy Angra.

"Vera Cruz" to album, który identyfikuje Edu i jego styl. Nic więc dziwnego, że mamy tutaj sporo odesłań do Almah czy Angra. Dostajemy tutaj album, który klimatem i wykonaniem mocno przypomina "Temple of Shadows" Angra, co jest tylko atutem. Dobrze widzieć, że Edu nie marnuje swojego głosu i talentu i dalej tworzy nową muzykę. Pozycja godna uwagi!

Ocena: 8.5/10
 

PROJECT RESURRECT - False Reality (2021)


 "False reality" to debiut amerykańskiego zespołu Project Resurrect. Kapela mało znana, ale potrafi zaskoczyć całkiem atrakcyjną mieszanką klasycznego heavy metalu spod znaku Iron maiden czy judas priest z nutką power metalu w stylu Helloween, czy Iron Savior. Niby nic nowego nie tworzą, ale i tak jest to spora frajda dla fanów takiego grania.

Kawał porządnego heavy/power metalu tutaj znajdziemy i otwierający "We are one" to potwierdza. Niby nic nowego, nic odkrywczego ale jest energicznie i bardzo melodyjnie. Project Resurrect pokazuje się w tym kawałku z dobrej strony i chce się więcej muzyki na takim poziomie. Słychać, że kluczową rolę w zespole odgrywa utalentowany gitarzysta Peter Rigopoulos. Stawia on na klasyczne rozwiązania, na zadziorne riffy i złożone solówki. Za jego sprawą album jest gitarowy i atrakcyjne. Kolejny mocny kawałek na płycie to stonowany i agresywny "Kill or be killed". W tym wszystkim znakomicie odnajduje się wokalista Leandro, który nadaje odpowiedniego charakteru płycie. Charyzma i odpowiednia technika sprawiają że idealnie się sprawdza w takim graniu. Więcej power metalowej konwencji znajdziemy w "Ride or die". Dużo tutaj stonowanego i rzemieślniczego heavy metalu co potwierdza "No cure" czy "in the dream".

Project resurrect nagrał stonowany album, w którym znajdziemy ciekawe melodie czy riffy, ale wszystko jest rozegrane tak bez większej mocy. Niby jest ok, ale brakuje kopa, pazura i przebojowości. To po prostu kawał rzemieślniczego heavy metalu, ale nic ponadto. Troszkę zmarnowano tutaj potencjał, ale kto wie co przyniesie przyszłość.

Ocena: 6.5/10

sobota, 15 maja 2021

PROJECT ROENWOLFE - Edge of saturn (2021)


Fani amerykańskiego power metalu z nutką thrash metalu powinni na pewno znać drugi krążek formacji Project : Roenwolfe. Za tym projektem stoją dawni muzycy Judicator, czy Theocracy, więc można być spokojnym o jakość zawartej muzyki. Działają od 2011 r jednak dopiero teraz po 8 latach udało się wydać drugi krążek. "Edge of saturn" to dobrze skrojony album w klimatach power/thrash metalu. Dla fanów takich kapel jak judicator, Cage, Death dealer czy Theocracy jest to pozycja obowiązkowa.

Ten band tak naprawdę opiera się na partiach gitarowych Cordisco, który swoimi riffami i solówkami nadaje odpowiedniego charakteru i wyznacza też kierunek muzyczny tej formacji. Drugim ważnym czynnikiem w muzyce Roenwolfe jest również charyzmatyczny i drapieżny wokalista Patrick Parris. Między tymi dwoma muzykami jest chemia i to słychać od pierwszych dźwięków. "Edge of Saturn" to bardziej dojrzalsza wersja debiutu i to słychać. Wszystko brzmi lepiej. Melodie są pomysłowe i potrafią zapaść w pamięci. Band dobrze wyważył balans między agresją i a przebojowością, a tym samym mamy idealne proporcje thrash metalu i power metalu. To wszystko sprawia że warto znać nowe dzieło project : roenwolfe.

"Song of Kali" to udany otwieracz i kusi agresywnym riffem i wciągającymi solówkami gitarowymi. Więcej heavy/power metalowego pazura znajdziemy w przebojowym "Something more". Troszkę gorzej wypada progresywny "Promethium", ale to wciąż kawał solidnego grania. Więcej thrash metalu dostajemy w agresywnym 'Mastermind manipulators" i nie da się ukryć, że kapela tutaj błyszczy. Ten utwór to rasowy killer. Rozbudowany i epicki "Edge of saturn" też pokazuje nieco inne oblicze kapeli. Całość wieńczy kolos "Aeturmum Vale", który podsumowuje w pełni styl i jakość tej płyty.

Mamy pewne niedociągnięcia, pewne rzeczy można było inaczej rozwiązań, ale efekt ostateczny jest zadowalający. Bardzo udana mieszanka heavy/power i thrash metalu. Mocne riffy i zadziorny głos Patricka robią robotę. Fani Cage, Death dealer czy judicator będą się dobrze czuć przy muzyce Project : Roenwolfe.

Ocena: 8.5/10

piątek, 14 maja 2021

AGAINST EVIL - End of the line (2021)

W 2014r w Indiach narodziła się kapela Against Evil. Mają za sobą udany debiut "All hail the king", a teraz po 3 latach czas pokazać światu czy to był jednorazowe pozytywne zaskoczenie czy band faktycznie jest utalentowany i faktycznie stać ich na kolejny udany album. "End of the line" to świetna mieszanka stylów wypracowanych przez Judas Priest, Dio czy Manowar. 

Okładka albumu jak i brzmienie mocno nasuwają skojarzenie bardziej z thrash metalem, czy power metalem, jednak muzyka to soczysty heavy metal. Jest z jednej strony nowocześnie, a z drugiej bardzo klasycznie. Niby panowie nie odkrywają ameryki, ale grają na wysokim poziomie i ta muzyka może się podobać. Stonowany i niezwykle zadziorny otwieracz 'The sound of violence" pokazuje potencjał tej kapeli.  Dobrze wypada wokalista  Siri Sri, choć brakuje mu nieco agresji i tak zwanego powera. Motorykę heavy/power metalową dostajemy w rozpędzonym"Speed Demon" i tutaj nie ma żartów. Rasowy killer w klimatach Primal Fear czy gamma ray. No jest moc! Dużo klasycznego judas priest dostajemy w stonowanym "Out for blood". Imponuje marszowe tempo i epickość w "Call to war", który jest hołdem dla Manowar. Tytułowy "End of the line" to nowocześnie brzmiący heavy metal w agresywnym wydaniu i brzmi to obłędnie. Epicki heavy metal wybrzmiewa też znakomicie w przebojowym "Sword of power". Kocham takie proste i chwytliwe riffy jak ten w rozpędzonym "Fearless" i niezły luz tutaj czuć. No jest moc i band pokazuje tutaj klasę. To jest prawdziwy heavy metal! Na sam koniec soczysty i oldschoolowy "War Hero" i znów mam ciary. To jest to! Band pokazuje, że są nie do zatrzymania.

100 % heavy metalu i satysfakcja gwarantowana. Brzmi to oldschoolowo, a zarazem świeżo i nowoczesność. Agresja spotyka melodyjność i przebojowość.  Gitarzyści są tutaj nie do zatrzymania i dostaliśmy świetnie wyważony krążek, który może śmiało namieszać w tym roku.

Ocena: 9/10
 

DAN BAUNE'S LOST SANCTUARY - Lost Sanctuary (2021)


 Dan Baune to lider brytyjskiego Momentum, w którym spełnia się jako gitarzysta. Teraz ma do zaoferowania swoim fanom porcję melodyjnego thrash metalu z nutką heavy metalu oraz power metalu.  Stworzył swój własny projekt muzyczny sygnowany nazwą Lost Sanctuary i odpowiada tutaj za wokal, gitary czy bas. Pomaga mu perkusista Sebastian Weib. Efektem ich współpracy jest debiutancki album zatytułowany "Lost Sanctuary".

Plusem jest to, że Dan pokazuje się z nieco innej strony. Mamy granie, które momentami przypomina Iced Earth, Mystic Prophecy czy Buller For my vallentine. Ciekawa mieszanka, ale nie wszystko mi tutaj pasuje. Kuśtyka atrakcyjność riffów i samych melodii. Nie do końca przemawiają do mnie same aranżacje i niektóre rozwiązania. Jest w tym potencjał, jest pomysł, tylko sama realizacja nie jest w pełni udana. Już otwierający "arise" to utwór nowocześnie zagrany i nie brakuje tutaj też nutki progresywności. Rozpędzony "Open your Eyes" zachwyca przebojowością i dynamiką godną Bullet For my Vallentine. Mamy tutaj podobny ładunek energiczny i agresywności. Nijaki troszkę wydaje się "God of War", który jest za bardzo przekombinowany  w swojej konwencji. Tytułowy "Lost sanctuary" jest za spokojny i troszkę nudzi swoją formułą. Nie ma tutaj nic co by poruszyło słuchacza. Dan daje popis swoim umiejętności w nieco thrash metalowym "the arconite" i to jest jeden z mocniejszych utworów na płycie. Za mało tutaj właśnie takich metalowych uderzeń, takiego pazura i to jest niestety problem tej płyty. Nie pomaga w tym wszystkim bogata lista gości, którzy brali udział w tym wydawnictwie. Doogie White, Herbie Langhans czy Bob Katsionis to wielkie nazwiska, tylko nie przedłożyło się to na jakość tej płyty.

Plus za samą konwencję, za samą stylistykę, ale niestety wykonanie jest dalekie od ideału. Dan Baune to utalentowany muzyk, ale Lost Sanctuary rozczarowuje i w ogóle niczym nie zachwyca. Szkoda, bo zmarnowano potencjał i mógł to być o wiele ciekawsze wydawnictwo.

Ocena: 4.5/10

czwartek, 13 maja 2021

NEONFLY - The future, tonight (2021)


 Już okładka najnowszego albumu brytyjskiego Neonfly daje nam wyraźny znak, że jest coś nie tak. Raz logo jakieś takie inne, okładka bardziej jakaś taka progresywna i nijaka. Niestety, ale najnowszy album "The future, tonight", który ma mieć premierę 18 czerwca rozczarowuje.

Coś poszło nie tak, bo przecież skład jest ten sam i band dalej stara się grać melodyjny metal. W czym tkwi problem? Jak dla mnie za dużo komercyjnych dźwięków, za mało przebojów i wszystkie jest jakieś takie nijakie. Jest pop, rock, progresywny metal i nutka melodyjnego metalu. Power metalu w zasadzie tu nie uświadczymy. Will Norton to utalentowany wokalista, który nie wykorzystuje swojego daru i troszkę marnuje się na nowym krążku. Jest to jakieś chaotyczne i bez wyrazu. Tak też zaczyna się, bowiem otwieracz "This world is burning", który brzmi jakoś tak bardziej rockowo i progresywnie, a mało w tym melodyjnego metalu. Taki rockowy "Flesh and blood" nadawałby się do radia i to troszkę odstrasza. "beating hearts" jakoś zalatuje Def Leppard i to też nie jest kierunek w jaki powinien iść Neonfly. Jest tu jeden udany kawałek i jest to bez wątpienia melodyjny "Another Eden" który kusi zadziornością i melodyjnością. To jest taki ukłon w stronę starych płyt neonfly. Też pozytywnie wypada nieco bardziej progresywny "Final warning", jednak to wciąż za mało.

Nie ma power metalu, nie ma melodyjnego metalu, nie ma hitów i w zasadzie ciężko napisać coś dobrego o nowym Neonfly. Wieje nudą i komercją, a nie tego spodziewałem się po tej kapeli. Szkoda, bo to już nie jest ten sam band.

Ocena: 3/10

FLOTSAM AND JETSAM - Blood in the water (2021)


Każdy kto gustuje w power/thrash metal jak i w amerykańskiej scenie metalowej ten każdy już dobrze zna markę Flotsam and jetsam. Kapela cały czas nagrywa nową muzykę i wydaje kolejne albumy, Najnowszy "Blood in the water" to już 15 album i kapela nie ma się czego wstydzić, bo to jeden z mocniejszych wydawnictw w ich bogatej dyskografii.

W 2020 r do kapeli dołączył basista Bill Bodily i w tak składzie band nagrał nowy krążek. Muzyka nie zmieniła się i dalej mamy mieszankę power metalu i thrash metalu na wysokim poziomie. Flotsam and jetsam mimo upływu lat wciąż brzmi agresywnie i bardzo świeżo. Nowa płyta zachwyca przebojowością, dynamiką i ciekawymi melodiami. Nie ma miejsca na nudę. Oczywiście band w dalszym ciągu opiera się na charyzmatycznym głosie Erica i imponujących popisach gitarowych duetu Michaela i Steve'a. Eric ma odpowiedni głos do takiej stylistyki i mimo swoich lat wciąż potrafi powalić na kolana techniką i manierą. Gitarzyści z jednej strony trzymają się klasycznych rozwiązań, ale nie boją się postawić na nowoczesny wydźwięk i brutalność. Jest znakomity balans tutaj między agresją i thrash metalową motoryką, a power metalową melodyjnością.

Płyta zawiera 12 kompozycji i tak naprawdę każdy z nich potrafi wgnieść w fotel. Na pierwszy ogień idzie tytułowy "Blood in the water". Jest agresja, mocny riff i duża dawka przebojowości. No i mamy pierwszy killer. Rozpędzony "Burn the sky" to taka kwintesencja power/thrash metalu i ten rasowy riff po prostu powala na kolana. Jest klasycznie, a zarazem brzmi to świeżo i bardzo współcześnie.  Więcej technicznego heavy metalu dostajemy w stonowanym i zadziornym "Brace for impact". Jest też klasycznie brzmiący "Walls" z podniosłym i chwytliwym refrenem. Oj zapada w pamięci ten przebój. Ciekawie wypada nastrojowy i bardziej balladowy "cry for the dead". Dalej mamy mroczny i brutalny "Wicked Hour", który pokazuje tylko w jak świetnej formie są amerykanie. W podobnym klimacie mamy energiczny i ostry "Too many lives". Znakomita mieszanka power i thrash metalu, a gitarzyści znów dają niezły popis umiejętności. Tak są oni główną atrakcją nowego wydawnictwa i to słychać od pierwszych dźwięków. Wyróżnić należy również melodyjny i bardziej power metalowy "Undone" czy rozpędzony "Dragon", który utrzymany jest w stylistyce thrash metalowej. Całość idealnie podsumowuje melodyjny i zadziorny "7 seconds".

Szanuję tą kapelę, ale nigdy nie byłem wielkim fanem tej kapeli. To może dlatego nie miałem większych oczekiwań względem nowej płyty i dlatego mnie tak porwała? Może też fakt, że ostatnio mało thrash metalowych płyt mnie zachwyciła? Może tak być, a może po prosty nowy Flotsam and jetsam jest tak świetnie wyważona? Tak ta płyta jest niezwykle energiczna i przebojowa. Nie ma słabych punktów i od początku do końca dostajemy killery. Jestem mega zaskoczony i stwierdzam że to jeden z moich ulubionych albumów tej grupy i będę często do niego wracał. Warto było czekać te 2 lata na nowe dzieło! Gorąco polecam!

Ocena: 9/10

wtorek, 11 maja 2021

IMMORTAL SYNN - Force of habbit (2021)


 "Force of habbit" to już drugi album amerykańskiej formacji Immortal Synn. Choć nie jest to płyta idealna, to jest to średniej jakości album heavy metalowy, w którym jest coś z power metalu, coś z thrash metalu, czy nwobhm. Solidna mieszanka jest nie najgorsza i zasługuje na uwagę fanów takiego grania.

Immortal Synn jest na scenie metalowej od 2012r i choć nie zdobyli większego rozgłosu, to wciąż grają i mają się dobrze. W roku 2020 kapelę zasilił wokalista Duel Shape oraz gitarzysta Brad Wagner. Kapela może nas niczym specjalnym nie zaskakuje i w sumie to kapela jedna z wielu. Jednak miewają ciekawe momenty, zwłaszcza kiedy stawiają na chwytliwe melodie i zadziorne riffy. Wokal Duela jest udany, choć czasami irytuje. Tony i Brad to zgrany duet gitarowy, choć nie wzbudza większych emocji. Panowie grać potrafią i co jakiś czas pojawiają ciekawe zagrywki czy melodie. Niestety dominuje chaos i brak zgrania. Nie ma oryginalności, ani świeżości, ale potrafią nie raz dostarczyć radości podczas odsłuchu. Taki "Anamnesis"  to solidny heavy metal z nutką judas priest, ale brakuje tutaj przebojowości. "Fight the prince" brzmi troszkę wtórnie i jakoś tak oklepanie. Dużo niemieckiego heavy metalu spod znaku Accept znajdziemy w "Nuclear Terror" i to jeden z mocniejszych utworów na płycie. Na płycie znajdziemy też energiczny "Denver nights".

Chaos, nieco irytujący wokal Duela, czy oklepane motywy psują ostateczny wydźwięk nowego krążka Immortal Synn. Jednak jest kilka ciekawych momentów, które bronią ten album przed totalną klęską. Band grać potrafi i mogli by dać z siebie znacznie więcej. Zobaczymy czy w przyszłości podszkolą się w sferze grania heavy metalu. Kto wie może jeszcze nagrają coś ciekawszego niż "Force of habbit"? Nadzieja umiera ostatnia.

Ocena: 5/10

poniedziałek, 10 maja 2021

STEEL FOX - Red snow (2021)

Czy heavy/power metal może być agresywny, brutalny? Brazylijski band o nazwie Steel Fox pokazuje na swoim najnowszym albumie "Red snow", że można jeszcze bardziej dokręcić śrubę w tym gatunku muzycznym. Muzycznie to taki ukłon w stronę Death Dealer, Wizard, Attacker czy Sacred Steel. Kapela mało znana, ale warta uwagi, bowiem ich najnowszy album to uczta dla fanów takiej muzyki.

Steel Fox to band, który działa od 1997r i wyrobił swój własny styl i mają ogromny potencjał. Ich muzyka opiera się na agresywnych riffach, na szybkiej sekcji rytmicznej i zadziornym głosie Robsona Alvesa. Wokalista przyprawia o dreszcze swoją manierą i techniką. Właściwy człowiek na właściwym miejscu. Na brawa zasługują też gitarzyści którzy znakomicie się uzupełniają i dają czadu na każdym kroku. Panowie znakomicie mieszają klasyczne patenty, jak i nowoczesne, co przedkłada się na taki agresywny wydźwięk całości.  Steel Fox pokazuje, że heavy/power metal może być agresywny, pozbawiony słodkości i chybionych pomysłów. Imponuje ich styl i jakość prezentowanych kawałków.

Pojawia się niespodziewany krzyk z głośników i wtedy od razu atakuje nas mocny i rozpędzony riff. Tak, "Dreams of the innocent" to prawdziwy killer, który utrzymany jest w stylu speed/power i thrash metalu. No jest moc! W podobnym stylu utrzymany jest  rozpędzony "Blades of Revenge", który pokazuje w pełni potencjał tej formacji. Panowie imponują świeżością i ciekawymi pomysłami. Gitary są ostre niczym brzytwa i nie ma tutaj miejsca na nudę. Band zaskakuje też w stonowanym, marszowym, bardziej true metalowym "Hellish March", który nawiązuje do takich kapel jak Manowar czy Wizard. Agresywny "Red Snow" momentami ociera się nawet o thrash metalową stylistykę i brzmi to obłędnie. Band  nie zwalnia i cały czas serwuje nam granie na wysokim poziomie. "The man without king" wgniata w fotel już od pierwszych dźwięków. Steel Fox na tej płycie błyszczy i pokazuje, że jest jednym z najlepszych zespołów na rynku power metalowym. "City of Hell" brzmi ukłon w stronę amerykańskiego power metalu spod znaku Attacker czy Jag Panzer. Fanom Gamma ray może przypaść do gustu energiczny i niezwykle melodyjny "Night peoples Curse". Świetny finał i znakomite podsumowanie całości.

Brazylijski Steel Fox to nowa gwiazda na power metalowym rynku i to nie jakieś tam przechwałki. Panowie dają czadu i stworzyli agresywny i niezwykle dynamiczny power metal, który opiera się na zadziorny wokalu i energicznych partiach gitarowych. No jest moc i płyta potrafi położyć słuchacza na łopatki. Gorąco polecam!

Ocena: 9.5/10
 

niedziela, 9 maja 2021

KRUK & WOJTEK CUGOWSKI - Be there (2021)


 Mam słabość do płyt, gdzie pojawiają się wpływy Rainbow, Deep Purple, czy Whitesnake.  Takie zespoły jak Voodoo Circle, The vintage Caravan czy Demons Eye dość szybko skradły moje serce. Każdy tego typu band szybko imponuje mi feelingiem i dbałością o detale. Nie tak łatwo grać w takim stylu, bo mierzymy się tak naprawdę z klasyką. Nie każdy jednak wie, że mamy też swój własny polski band tego typu i jest nim Kruk. Kapela zaczynała od coverów znanych kapel. Od tamtego czasu band dawno się rozwinął i urósł do rangi prawdziwej gwiazdy.  Kapela od roku 2001 często zmieniała skład i troszkę szkoda, że na stanowisku wokalisty nie ma Tomasza Wiśniewskiego, z którym band nagrał swoje najlepsze płyty. Jego miejsce zajął Wojtek Cugowski. Teraz można się zastanowić czy Wojtek swoją osobą nie zdominował tego albumu i czy band nie poszedł w komercję? Te odpowiedzi znajdziemy na najnowszym albumie Kruka, czyli "Be there".

Tytuł idealnie nawiązuje do tytułów poprzednich płyt i już wiadomo, że Kruk jest dalej sobą. Faktycznie tak jest, bowiem muzyka w dalszym ciągu nawiązuje do Deep Purple, Whitesnake, Rainbow, czy Uriah Heep. Nie ma zaskoczenia i to jest dobry znak, bowiem Kruk idealnie czuje tego typu muzykę. Liderem grupy jest gitarzysta Piotr Brzychcy, który czaruje swoją grą i pomysłowymi riffami. Zawsze stawia na feeling i emocje w swojej grze, ale też jest w tym też przebojowość i melodyjność. Piotr mimo długiej przerwy wciąż ma w sobie to coś. Na nowej płycie roi się od bardzo emocjonalnych dźwięków i złożonych motywów.  Czy jest to najlepszy album pod tym względem? Ciężko taki wytypować, bo cała dyskografia Kruka jest udana, ale śmiało można postawić "Be there" w czołówce. Wojtek Cugowski to drugi bohater tej płyty. Tak wiem, wszyscy kojarzą go z kapeli Bracia, czy ostatniej płyty nagranej wspólnie z Piotrem i ojcem Krzysztofem. Zawsze Wojtek był troszkę w ich cieniu i fajnie że może się rozwijać i pokazać troszkę swojej duszy i swoich inspiracji. Nie pierwszy raz idzie w rejony ciężkiego grania, bowiem już Tipsy Train był takim pierwszym przystankiem Wojtka. Właśnie tam dał się poznać jako utalentowany wokalista, który idealnie odnajduje się w klasycznym hard rocku. Na "Be there" głos Wojtka jest bardzo klimatyczny i nasuwa charyzmę pokroju Turnera, Davida Reedmana, czy Doggiego White'a.  No klasa jak zawsze, ale to też nic nowego w przypadku Cugowskich.Brzmienie nasuwa lata 70 czy 80 i również jest mocnym atutem nowej płyty Kruka.

Wielkie nazwiska to nie wszystko i liczy się muzyka i pomysł na nią. Mocne wejście na płycie jest ważne i energiczny "Rat Race" to strzał w dziesiątkę. Jest tutaj coś z "The wicker man" iron maiden, ale jest też sporo starego Rainbow, czy Deep Purple. Piękne rozegrane partie gitarowe i nastrojowy głos Wojtka sprawiają, że ciągnie nas do świata Kruka. Deep purple z czasów "Perfect Strangers" i nutkę Whitesnake dostajemy w klasycznym i oldschoolowym "Hungry for revenge". Utwór trwa 6 minut i dzieje się tutaj sporo dobrego. Nowy album kruka to przede wszystkim emocje i nastrojowy hard rock. Kruk to klasa świata i najlepszym tego dowodem jest "Prayer of the unbeliever", który imponuje nie tylko długim czasem trwania. To ukłon w stronę progresywnego rocka i starego Deep Purple. Nie wiem czemu, ale słyszę tutaj ducha "Child in time". Nastrojowy i emocjonalny klimat, finezyjne solówki i ta magia unosząca się nad tym kawałkiem. Cudo!  Prosty hard rock dostajemy w przebojowym "made of stone", który stawia na zadziorność. Piotr daje upust swoim emocjom i gitarowemu geniuszowi w kolejnym kolosie, a mianowicie "The Invisible Enemy". W tym kawałku, większy nacisk położono na hard rockowe szaleństwo i rozbudowane partie gitarowe. No i znów Piotr szokuje swoją pomysłowością i złożonymi solówkami. Klasa świata i bez wątpienia to jeden z najlepszych gitarzystów nie tylko na polskiej scenie metalowej. Momentami brzmi niczym Ritchie Blackmore w swoim najlepszym okresie. Mroczny feeling i duże pokłady Deep Purple czy Rainbow znajdziemy w stonowanym "Dark broken Souls" i to jest jeden z moich faworytów. No jest łezka w oku i takiego grania w ostatnim czasie jest naprawdę mało. Panowie mogą śmiało konkurować z najlepszymi. Deep purple niech biorą z nich przykład. "To those power" to kolejny emocjonalny kolos, który imponuje ciekawymi motywami i licznymi przejściami. Oj dzieje się tutaj sporo dobrego i band znów zaskakuje pomysłowością. Troszkę nie pasuje mi tutaj ballada "Be there", która jest ładnie zagrana i potrafi złapać za serce.

Można zastanawiać się nad komercyjnym aspektem nowego krążka Kruka, nad tym czy lepiej brzmiało by to z głosem Tomasza Wiśniewskiego, czy nie jest to za emocjonalna płyta. Jedno jest pewne, to jeden z najlepszych albumów hard rockowych roku 2021 i jeden z najlepszych albumów kruka. Klasa sama w sobie. Panowie postawili na emocje, na klasyczne dźwięki i znakomite motywy nawiązujące do Rainbow czy Deep Purple. Warto było czekać te kilka lat na nowe dzieło Kruk. To wciąż jeden z najlepszych polskich zespołów. Nazwisko Cugowskiego podziała jak magnes dla tych osób, które nie znają Kruka, ale dobrze kojarzą głos Wojtka. To trzeba usłyszeć !

Ocena: 9.5/10