W historii zespołu Metal Church działo się naprawdę sporo. Była era Davida Wayne’a, później Mike’a Howe’a, a najdłużej miejsce za mikrofonem zajmował Ronny Munroe. W pewnym momencie ogłoszono nawet koniec działalności zespołu i jego swoistą „emeryturę” w 2009 roku. Później jednak grupa ponownie się reaktywowała ze składem z Munroe, aż w końcu powrócił Howe – spełniając marzenie wielu fanów Metal Church.
Album „XI” to jeden z moich ulubionych krążków w dorobku zespołu – w pełni oddaje to, co w nim najlepsze. Szkoda jedynie, że zarówno Mike Howe, jak i wcześniej David Wayne odeszli. Śmierć niestety często dotyka muzyków związanych z Metal Church.
Mimo tych tragedii zespół nie poddał się i zebrał siły na nowo. Wokalistą został Marc Lopes, z którym nagrano równie udany album „Congregation of Annihilation” (2023), przywołujący ducha dawnych wydawnictw.
W 2025 roku pojawiła się natomiast informacja, że Kurdt Vanderhoof praktycznie zebrał nowy skład. Wśród fanów wywołało to pewną konsternację – niewiele było jasne co do powodów tych zmian, które zna zapewne tylko sam Kurdt. Tak narodził się nowy rozdział Metal Church, otwierany albumem „Dead to Rights”. Pytanie brzmi: czy to powrót do korzeni, czy raczej kontynuacja dotychczasowej drogi zespołu?
Każdy z fanów wciąż po cichu liczy na powrót do poziomu debiutu czy „The Dark”. Trudno jednak dorównać perfekcji i wyjątkowej atmosferze lat 80. Metal Church często próbuje nawiązywać do tamtej estetyki – poprzez agresję i thrashmetalowe elementy. Również ostatnie płyty z Marcem Lopesem oraz najnowszy krążek idą w tym kierunku. To dobra cecha, choć jednocześnie można je zestawić z okresem Munroe, choćby z albumami „The Weight of the World” czy „Generation Nothing”.
Obecnie Metal Church brzmi jak na swoich ostatnich wydawnictwach – to mieszanka heavy metalu, thrash metalu i odrobiny power metalu. Nie brakuje mocnych riffów i chwytliwych melodii, choć momentami brakuje tego „iskrzenia geniuszu”. Mimo wszystko jest to album, na który fani czekali od dawna.
Ogromnym atutem jest tu gwiazdorski skład. Na basie pojawił się David Ellefson, który wyraźnie wzbogaca brzmienie zespołu – bas nie brzmiał tak dobrze w Metal Church od lat. Świetną robotę wykonuje również perkusista Ken Mary (Flotsam and Jetsam), wnosząc dynamikę i energię, miejscami ocierającą się o thrashmetalową furię.
Na uwagę zasługuje także wokalista Brian Allen (Vicious Rumors), który idealnie odnajduje się w stylistyce zespołu. Jego głos przypomina Davida Wayne’a, a momentami słychać w nim echa Mike’a Howe’a czy Ronneya Munroe. Wykonuje znakomitą pracę i często maskuje drobne niedociągnięcia instrumentalne. Kurdt.dwoinsienintroi, żeby album był atrakcyjny dla słuchacza pod względem riffów i partii gitarowych.
Okładka momentami sprawia wrażenie generowanej przez AI, ale nadrabia klimatem i bogactwem detali. Brzmienie płyty jest surowe, agresywne i dobrze wpisuje się w thrashmetalową estetykę.
Najbardziej cenię zespoły, które nie bawią się w wstępy i od razu przechodzą do ataku – i tutaj właśnie tak jest. Otwierający „Brainwashed Game” stawia na szybkość, agresję i thrashmetalowy pazur. Słychać w nim echa „Generation Nothing” czy „Reset”. Taki Metal Church zawsze działa na mnie najlepiej – nie dziwi więc, że ten utwór promował album.
Drugi singiel, „F.A.F.O.”, jest najbliższy pierwszym płytom zespołu – mocny riff, thrashmetalowy klimat i bezkompromisowy wokal Briana, który brzmi jak duch Davida Wayne’a. Tytułowy „Dead to Rights” również prezentuje się klasycznie – ma w sobie coś z „Hanging in the Balance”, ale też z ery Munroe. To jeden z najlepszych utworów na płycie.
„Deep Cover Shakedown” to nieco bardziej toporne połączenie heavy i thrash metalu – typowy, rozpoznawalny Metal Church. „Feet to Fire” stawia z kolei na bardziej melodyjną stronę, choć brakuje mu nieco energii znanej z wczesnych lat. Mimo to słucha się go bardzo przyjemnie.
Thrashowy charakter powraca w rozpędzonym „The Show”, który momentami przywołuje klimat „The Dark”. Z kolei „Heaven Knows” wyróżnia się świetnym wejściem Kena Mary’ego i dobrze wyważoną mieszanką energii oraz melodii.
„No Memory” to kolejny klasyczny numer w stylu Metal Church – bez większych niespodzianek, ale solidny. W „Wasted Time” pojawia się pewna powtarzalność i schematyczność znana z ostatnich lat, choć Brian Allen ponownie ratuje sytuację swoim wokalem. Finałowy „My Wrath” stawia na tempo i agresję, stanowiąc bardzo dobre domknięcie całości.
Patrząc na bogatą dyskografię Metal Church, można śmiało stwierdzić, że nowy album plasuje się wśród ich lepszych wydawnictw. Jest tu więcej thrashmetalowej energii, więcej dynamiki i ogólnej drapieżności. To wciąż Metal Church znany z ostatnich lat, ale w bardziej dopracowanej i wyrównanej formie.
Płyta jest bardzo dobra, a momentami wręcz świetna. Pozostaje jednak lekkie rozczarowanie – przy tak gwiazdorskim składzie można było oczekiwać absolutnego albumu roku. Tym razem się to nie udało.
Ocena: 9/10























