power metal warrior
niedziela, 19 lipca 2026
NOVAREIGN - Shifting the Axis of the World (2026)
sobota, 18 lipca 2026
GRAVEREIGN - Icon od the accursed (2026)
Już sam skład robi niemałe wrażenie. Za gitarę odpowiada David Shankle, doskonale znany z występów w Manowar oraz David Shankle Group. Jego gra jest jednym z największych atutów albumu – pełna widowiskowych solówek, technicznej precyzji i klasycznego heavy metalowego charakteru. Tony Engel przekonuje mocnym, lekko chropowatym wokalem, który świetnie odnajduje się zarówno w dynamicznych fragmentach, jak i bardziej epickich partiach. Całość uzupełnia solidna sekcja rytmiczna, nadająca kompozycjom odpowiedni ciężar i fundament.
Obecność tak doświadczonych muzyków mogła sugerować album z najwyższej półki heavy/power metalu. Niestety do ideału trochę zabrakło, a problem tkwi przede wszystkim w samych kompozycjach. Są one często dobre, momentami nawet bardzo dobre, ale rzadko wykraczają poza poziom solidnego rzemiosła. Brakuje utworów, które naprawdę zapadałyby w pamięć i wynosiły materiał na wyższy poziom. W efekcie po zakończeniu odsłuchu pozostaje wyraźny niedosyt.
Muzycznie GraveReign porusza się pomiędzy amerykańskim heavy metalem, power metalem i thrashem. Nie brakuje ostrych riffów, galopujących rytmów oraz melodyjnych refrenów. Momentami można wychwycić wpływy takich zespołów jak Iced Earth, Jag Panzer, Judas Priest czy późny Manowar, jednak GraveReign nie sprawia wrażenia bezmyślnej kopii żadnej z tych formacji. To przede wszystkim klasyczne granie oparte na mocnych gitarach, wyrazistych melodiach i tradycyjnym metalowym podejściu.
Mniej udanie prezentuje się oprawa graficzna. Okładka jest mało atrakcyjna i nie zachęca do sięgnięcia po album. Samo brzmienie jest natomiast ciężkie, mroczne i nieco surowe. Choć dobrze współgra z tematyką materiału, momentami można odnieść wrażenie, że przydałoby się więcej przejrzystości i dopracowania.
Na albumie znalazło się dwanaście utworów. Otwierający całość „Genghis Khan” to zadziorna i drapieżna kompozycja, która daje przedsmak tego, czego można spodziewać się dalej. To dobry numer, jednak nie brakuje w nim również słabszych i mniej interesujących fragmentów. Kilka rozwiązań aranżacyjnych mogło zostać lepiej przemyślanych.
Następnie otrzymujemy bardziej posępny i rozbudowany „The Holodomor”. Utwór stawia na cięższy klimat i epicki charakter, ale ponownie pozostawia pewien niedosyt. Atmosfera jest odpowiednia, jednak zabrakło mocnego motywu przewodniego lub chwytliwego elementu, który wyróżniałby kompozycję na tle reszty materiału.
Na szczęście sytuację ratuje „Unit 731”, jedna z najmocniejszych pozycji na całym albumie. To agresywna, techniczna i pełna gitarowych popisów kompozycja, w której wreszcie słychać pełnię potencjału zespołu. Rasowy killer, emanujący energią i pokazujący wszystko to, co najlepsze w heavy i power metalu. Nietrudno odnieść wrażenie, że muzycy dorastali przy płytach Judas Priest i Manowar.
Klimat lat osiemdziesiątych powraca także w „Jack the Ripper”. Klasyczne patenty, chwytliwe melodie i odpowiednia dawka metalowej przebojowości sprawiają, że momentami można poczuć się, jakby słuchało się Cage lub Death Dealer.
GraveReign lubi również zanurzać się w bardziej mroczne rejony, czego przykładem jest „Escape from the Oxford Apartments”. Ciężkie riffy i ponury klimat robią dobre wrażenie, choć i tutaj pojawia się znajome uczucie, że zespół mógł wycisnąć z tego pomysłu znacznie więcej.
„War Machine” pokazuje bardziej thrashowe oblicze grupy, natomiast „The Prosperity Gospel” udowadnia, że muzycy potrafią budować napięcie nie tylko za pomocą szybkości, ale również dzięki odpowiednio prowadzonym melodiom i atmosferze.
Na zakończenie otrzymujemy rozbudowany „Last Words of the Condemned”, który stanowi godne zwieńczenie niemal godzinnej podróży przez mroczne wydarzenia z historii ludzkości. Po nim pojawiają się jeszcze dwa krótkie bonusy, w tym instrumentalna interpretacja „Classical Gas”, będąca ciekawym pokazem gitarowych możliwości Davida Shankle'a.
Obecność Davida Shankle'a mogła rozbudzić apetyt na album wyjątkowy, który na stałe zapisze się w pamięci fanów gatunku. Tak się jednak nie stało. Zabrakło bardziej wyrazistych pomysłów, większej konsekwencji oraz utworów, które mogłyby stać się wizytówką zespołu. Icon of the Accursed to solidny album z kilkoma naprawdę mocnymi momentami, ale potencjał drzemiący w składzie sugerował możliwość osiągnięcia znacznie więcej. Ostatecznie pozostaje wrażenie dobrze wykonanego rzemiosła i poczucie niewykorzystanej szansy.
Ocena: 6/10
piątek, 17 lipca 2026
STORMHAMMER - Wrath of the hammer (2026)
Lata mijają, a niemiecki Stormhammer wciąż potrafi pozytywnie zaskoczyć. To jeden z tych zespołów, które mimo stosunkowo niewielkiej rozpoznawalności nie tracą zapału do tworzenia i nadal nagrywają power metal na bardzo wysokim poziomie. Udało im się to już przy okazji znakomitego Welcome to the End z 2017 roku, a teraz ten sukces powtarzają na najnowszym wydawnictwie Wrath of the Hammer, które ukazało się 17 lipca nakładem Rock of Angels Records.
Zmiany personalne okazały się dla zespołu prawdziwym zastrzykiem świeżej energii. M. Nox jest wprawdzie członkiem Stormhammer już od siedmiu lat, ale dziś trudno wyobrazić sobie ten zespół bez jego udziału. To rasowy wokalista power metalowy – dysponuje mocnym głosem, potrafi budować odpowiedni klimat, a jednocześnie nadaje kompozycjom dodatkowej siły i charakteru. Na uznanie zasługują również nowi gitarzyści, którzy błyskawicznie odnaleźli się w stylistyce grupy. To właśnie dzięki nim muzyka Stormhammer nabrała większej drapieżności i wyrazistości. W ich grze można momentami usłyszeć echa takich zespołów jak Mystic Prophecy, Primal Fear czy Gamma Ray.
Słychać, że muzycy przeżywają drugą młodość, a wieloletnie doświadczenie procentuje na każdym kroku. Produkcja albumu jest nowoczesna, selektywna i odpowiednio ciężka, dzięki czemu materiał brzmi świeżo, nie tracąc przy tym klasycznego metalowego ducha. Dodatkowym atutem jest zwarta, około 42-minutowa długość krążka – album nie ma słabszych momentów i przez cały czas utrzymuje wysoki poziom intensywności.
Już otwierające płytę intro „Beware” płynnie przechodzi w utwór tytułowy, który od pierwszych sekund uderza potężną dawką energii. Stormhammer brzmi tutaj ciężej niż na poprzednich wydawnictwach, a w niektórych fragmentach można nawet doszukać się subtelnych wpływów thrash metalu. To prawdziwa petarda na rozpoczęcie albumu i lepszej zachęty do dalszego słuchania nie potrzeba.
Kolejnym mocnym punktem jest przebojowy „Ashes of the Throne”, który przywołuje skojarzenia z klasycznym Gamma Ray z lat dziewięćdziesiątych. To jeden z tych utworów, które na długo pozostają w pamięci i tylko umacniają wysoką pozycję tego wydawnictwa.
Na płycie znalazło się również dobrze znane z poprzedniego albumu „Light in the Dark”, w którym ponownie można usłyszeć Ralfa Scheepersa. Utwór nadal robi ogromne wrażenie i doskonale wpisuje się w charakter całego materiału. Stormhammer nie zwalnia tempa i zaraz potem serwuje zadziorny, pełen klimatu „Wheels of Eternity”, który momentami przywołuje skojarzenia ze Stratovariusem i Masterplanem.
Bardzo dobrze wypada także prosty, chwytliwy i łatwo wpadający w ucho „Veil of Fire”. Z kolei w drapieżnym „Shattered Dominion” bez trudu można wychwycić wpływy Primal Fear. To właśnie w takich momentach najlepiej słychać niemiecką precyzję, doświadczenie i talent do tworzenia rasowego power metalu.
Podobnych emocji dostarcza również „The Dune” – dynamiczna, pełna mocy kompozycja, która stanowi znakomite zwieńczenie tego niezwykle udanego albumu.
Wrath of the Hammer nie jest płytą, która zrewolucjonizuje power metal, ale bez wątpienia stanowi jeden z najmocniejszych punktów w dyskografii Stormhammer ostatnich lat. To album pełen energii, chwytliwych refrenów, znakomitych melodii i efektownych gitarowych pojedynków, skierowany przede wszystkim do miłośników klasycznego niemieckiego power metalu. Choć nie wszystkie utwory zapadają w pamięć jednakowo mocno, całość pozostawia bardzo pozytywne wrażenie i potwierdza, że Stormhammer nadal potrafi tworzyć pełne pasji i jakości heavy/power metalowe wydawnictwa.
Ocena: 8,5/10
czwartek, 16 lipca 2026
GALNERYUS - A cry from the sky above (2026)
Nie sposób lekceważyć potęgi japońskiego Galneryus. Po ponad dwóch dekadach działalności zespół wciąż pozostaje jednym z najważniejszych przedstawicieli japońskiej sceny power metalowej. Muzycy wielokrotnie udowadniali, że potrafią tworzyć materiał najwyższej próby, a ich pozycja w świecie neoklasycznego power metalu jest w pełni zasłużona.
Album „A Cry from the Sky Above” ukazał się 15 lipca 2026 roku jako czternaste studyjne wydawnictwo grupy. Motywem przewodnim płyty jest nadzieja odnajdywana w świecie pogrążonym w chaosie. To kolejne godne uwagi i warte pochwały dzieło tej zasłużonej formacji.
Od sześciu lat skład zespołu pozostaje niezmienny, a kluczową rolę nadal odgrywa utalentowany gitarzysta Syu. To prawdziwy lider, którego charakterystyczna gra wyznacza kierunek artystyczny Galneryus, nadając muzyce niepowtarzalny klimat i energię. Syu nie boi się eksperymentować z aranżacjami, dzięki czemu kompozycje pozostają różnorodne i pełne świeżych pomysłów. Jego gitarowe popisy są największą atrakcją twórczości zespołu i również tym razem nie jest inaczej. Znakomicie układa się także jego współpraca z klawiszowcem Yuhkim. Ich partie wzajemnie się uzupełniają, tworząc przestrzeń, melodyjność i odpowiedni rozmach.
Największą zaletą albumu pozostaje wykonanie. Syu po raz kolejny prezentuje światowej klasy technikę, jednak jego solówki nie są jedynie pokazem wirtuozerii – każda z nich ma swoje miejsce i służy budowaniu kompozycji. Równie imponująco wypada Sho, który z łatwością przechodzi od subtelnych, emocjonalnych zwrotek do potężnych refrenów pełnych charakterystycznych wysokich partii wokalnych.
Po raz kolejny album zachwyca mocnym, dopracowanym brzmieniem, które doskonale podkreśla talent wszystkich muzyków. Zespół zadbał o każdy detal produkcji, dzięki czemu materiał brzmi nowocześnie, a jednocześnie zachowuje swój klasyczny charakter. Okładka przyciąga wzrok, choć momentami sprawia wrażenie zbyt mocno inspirowanej estetyką generowaną przez sztuczną inteligencję. Płyta zawiera dziewięć utworów, które składają się na ponad godzinę muzyki.
Album otwiera dynamiczny „Call of the Horizon”, który od pierwszych sekund przypomina, że Galneryus najlepiej odnajduje się w szybkim, neoklasycznym graniu. Singlowy „The Light of Hope” jest jednym z najmocniejszych punktów wydawnictwa. Chwytliwy refren, znakomite melodie i efektowne solówki sprawiają, że utwór ma wszelkie predyspozycje, by na stałe zagościć w koncertowych setlistach. To właśnie taki Galneryus kochają fani – bezkompromisowy, pełen energii i prawdziwie power metalowy.
Środkowa część albumu przynosi więcej różnorodności. „Let No Time Decay” oraz „Beyond the Sunrise” oferują ciekawsze rozwiązania aranżacyjne, jednocześnie podkreślając ogromne umiejętności muzyków i ich zamiłowanie do klasycznego power metalu. Utwory te brzmią niezwykle świeżo i sprawiają, że słuchacz ma ochotę na jeszcze więcej muzyki Galneryus.
Znalazło się również miejsce dla bardziej nastrojowego i rockowego „Break the Silence”, które skutecznie przełamuje dominującą na płycie galopującą energię. Z kolei epickość, rozmach i podniosły charakter rozpędzonego „To the Last Breath” czynią go jednym z najlepszych utworów na albumie. To właśnie tutaj najmocniej słychać piękno neoklasycznego power metalu w wykonaniu Japończyków.
Nieco słabiej prezentuje się bardziej stonowany i miejscami zbyt zachowawczy „Echoes of Fate”, choć również on posiada swoje chwile. Następnie docieramy do „Without You” – piętnastominutowego kolosa, który stanowi prawdziwą ozdobę albumu. Zespół pokazuje tutaj swoje bardziej liryczne i emocjonalne oblicze. Nie brakuje epickiego rozmachu, świetnych melodii oraz wszystkich elementów, które od lat definiują styl Galneryus. To imponująca muzyczna podróż i jeden z najjaśniejszych punktów całego wydawnictwa.
Na zakończenie otrzymujemy instrumentalny „Where You Were”, który pozwala złapać oddech po intensywnych emocjach i stanowi eleganckie zwieńczenie albumu.
Nowe wydawnictwo Japończyków jest pełne doskonałego rzemiosła, emocjonalnych melodii i instrumentalnych fajerwerków, które z pewnością usatysfakcjonują przede wszystkim wiernych fanów zespołu. Prawdopodobnie nie zapisze się ono w historii na równi z najbardziej przełomowymi dziełami Galneryus, jednak po raz kolejny potwierdza, że formacja utrzymuje niezwykle wysoki poziom artystyczny. Nie jest to nowe otwarcie, lecz kolejny dowód na to, że Galneryus pozostaje jednym z najbardziej konsekwentnych, rozpoznawalnych i klasowych zespołów współczesnego power metalu.
Ocena: 9/10
środa, 15 lipca 2026
DOMINIUM -Night is Calling (2026)
Po udanym wejściu na rynek Dominum powraca z trzecim albumem studyjnym Night Is Calling, udowadniając, że horrorowa stylistyka to w ich przypadku coś więcej niż efektowna otoczka. Zespół rozwija swoje brzmienie, zachowując chwytliwe refreny i filmowy klimat, a jednocześnie śmielej sięga po elementy groove metalu, hard rocka i nowoczesnego power metalu. W efekcie otrzymujemy wybuchową mieszankę, która powinna przypaść do gustu fanom takich grup jak Powerwolf, Lordi czy Battle Beast.
Night Is Calling ukazał się 3 lipca i bez wątpienia jest pozycją wartą uwagi. Największym atutem albumu pozostaje jego spójność. Choć inspiracje Ghost, Powerwolf czy Battle Beast są momentami wyraźnie słyszalne, Dominum zachowuje własną tożsamość i nie sprawia wrażenia kopii bardziej znanych wykonawców. Horrorowa estetyka stanowi integralny element muzyki, a nie jedynie marketingowy dodatek.
Zespół nadal tworzy czterech muzyków. Najważniejszą postacią pozostaje wokalista Mr. Dead, który nadaje całości odpowiednią dawkę grozy i przebojowości. Ma wyraźny talent do tworzenia chwytliwych melodii, a nawet odrobina świadomego kiczu nie przeszkadza w odbiorze muzyki. Dominum nie byłby jednak sobą bez gitarzysty Tommy’ego Kempa, znanego również z występów w Winterstorm. To właśnie jego proste, lecz niezwykle skuteczne riffy i łatwo wpadające w ucho motywy gitarowe stanowią jeden z fundamentów brzmienia zespołu. Nowy album tylko potwierdza, że muzycy doskonale wiedzą, jak tworzyć przystępne i angażujące kompozycje. Pozostaje jedynie pytanie, czy taka stylistyka trafi do każdego słuchacza.
Już otwierające płytę utwory budują atmosferę przypominającą ścieżkę dźwiękową do klasycznego filmu grozy. Mocne riffy, dynamiczna sekcja rytmiczna i charakterystyczny wokal sprawiają, że album niemal ani na chwilę nie traci energii. Dominum stawia przy tym na różnorodność – obok cięższych kompozycji pojawiają się bardziej melodyjne fragmenty, które pozwalają muzyce zaczerpnąć oddechu i sprawiają, że całości słucha się z dużą przyjemnością.
Otwierający album przebojowy „The Circus Is in Town” to utwór wyraźnie inspirowany twórczością Lordi. Hardrockowe szaleństwo w najczystszej postaci. Bardzo dobrze wypada również energiczny „Doctor Doctor”, będący znakomitą mieszanką heavy metalu i hard rocka. Takie proste, chwytliwe granie doskonale zdaje egzamin i pokazuje pełnię potencjału tej młodej formacji.
Klimat grozy połączony z nutą power metalowego rozmachu odnajdziemy w melodyjnym „Children of the Night”. To jeden z tych utworów, w których Dominum najbardziej zbliża się do stylistyki Powerwolf. Nie obywa się jednak bez słabszych momentów. „Dark Melodies” wypada dość blado na tle pozostałych kompozycji. Zabrakło tutaj wyrazistego pomysłu, a zespół poszedł w bardziej komercyjne rejony, co nie przyniosło oczekiwanego efektu.
Na szczególną uwagę zasługuje utwór tytułowy „Night Is Calling”, który łączy przebojowy refren z potężnym gitarowym brzmieniem. Równie dobrze prezentuje się „Jack the Ripper”, gdzie zespół umiejętnie balansuje między mrocznym klimatem a koncertową energią. „Thriller” Michaela Jacksona to bez wątpienia utwór kultowy i choć tematycznie pasuje do świata Dominum oraz wykreowanego przez nich wizerunku, sam cover wypada jedynie przeciętnie.
Płyta oferuje jednak również wiele znakomitych momentów. Jednym z nich jest przebojowy „Devil's Son”, w którym ponownie słychać więcej power metalu i inspiracji Powerwolf. Utwór brzmi bardzo efektownie, szybko wpada w ucho i na długo pozostaje w pamięci.
Dominum nie stworzył albumu idealnego, ale nagrał płytę zróżnicowaną, przebojową i pełną ciekawych pomysłów. Niestety krążek jest momentami nierówny i zawiera kilka typowych wypełniaczy, które niewiele wnoszą do całości. Niepotrzebnie spowalniają tempo albumu i mogą nieco osłabić zaangażowanie słuchacza.
Mimo tych mankamentów zespół zdecydowanie zasługuje na uwagę. Pokazuje, że w świecie heavy i power metalu nadal jest miejsce dla grup, które mają własny pomysł na siebie i chcą wyróżniać się na tle konkurencji. To właśnie indywidualny charakter stanowi największy atut Dominum i może w przyszłości przynieść im jeszcze większy sukces. Na ten moment Night Is Calling pozostaje solidnym wydawnictwem, z którym powinien zapoznać się każdy fan heavy i power metalu wzbogaconego o hardrockową przebojowość.
Ocena: 7/10
wtorek, 14 lipca 2026
LUCID DREAMING - Upon the barricades (2026)
piątek, 10 lipca 2026
GRAVETY - Of cults and chaos (2026)
W czasach, gdy wiele zespołów podąża za trendami i stawia na coraz bardziej przystępną muzykę, mającą trafić do jak najszerszego grona odbiorców, warto doceniać formacje, które konsekwentnie idą własną drogą. Jedną z nich jest niemiecki Gravety. Choć zespół działa od 2009 roku, w swoim dorobku ma zaledwie trzy albumy studyjne. Najnowszy z nich, zatytułowany Of Cults and Chaos, ukazał się 5 czerwca i stanowi kolejny dowód na to, że cierpliwość oraz artystyczna konsekwencja potrafią przynieść znakomite efekty.
Na Of Cults and Chaos grupa zabiera słuchacza do świata pełnego fanatyzmu, tajemniczych kultów i wszechobecnego chaosu, tworząc materiał, który od pierwszych minut emanuje autentycznością. To podróż przez mroczne muzyczne krajobrazy zbudowane na fundamencie doom metalu, klasycznego heavy metalu oraz epickiego heavy metalu. Gravety nie kopiuje jednak sprawdzonych schematów – stawia na świeże pomysły i własną tożsamość, dzięki czemu potrafi zaskoczyć nawet doświadczonych słuchaczy.
W muzyce Niemców można odnaleźć wpływy takich legend jak , , czy . Jednocześnie zespół nie boi się budować własnego, mrocznego i ponurego klimatu, który stanowi jeden z największych atutów albumu. Doskonale współgra z nim okładka – tajemnicza, niepokojąca i w pełni oddająca charakter zawartej na płycie muzyki.
To wydawnictwo oparte na solidnych fundamentach: potężnych riffach, wyrazistych melodiach i refrenach, które na długo zapadają w pamięć. Gravety nie próbuje rewolucjonizować gatunku za wszelką cenę. Zamiast tego skupia się na tym, co w heavy metalu najważniejsze – odpowiedniej dawce energii, klimatu i dopracowanym songwriting'u. Efekt końcowy brzmi świeżo, choć wyraźnie czerpie z najlepszych tradycji gatunku.
Ogromne wrażenie robi atmosfera albumu. Mroczne teksty i ciężkie, momentami wręcz monumentalne aranżacje budują napięcie, które nie opuszcza słuchacza aż do ostatnich dźwięków. Każdy utwór przypomina kolejny rozdział opowieści o świecie pogrążonym w szaleństwie, gdzie granica między wiarą a obsesją została dawno zatarta. Wszystkie elementy układają się w spójną całość, czyniąc z Of Cults and Chaos prawdziwą gratkę dla miłośników klasycznego i epickiego metalu.
Na albumie znajdziemy 41 minut klimatycznego, mrocznego heavy metalu z wyraźnymi wpływami doom metalu i epickiego grania. Na szczególne uznanie zasługują liczne odniesienia do kina grozy, które świetnie współgrają z tematyką i nastrojem materiału. Całość otwiera nastrojowe intro „Lament for the Unknown”, doskonale przygotowujące grunt pod to, co nastąpi później.
Pierwsze mocne uderzenie przynosi „Cryptors Calling”. Już od pierwszych sekund słychać ogromny talent gitarzystów. Duet Gebhard/Albert stanowi jeden z filarów zespołu, odpowiadając za mroczne, ciężkie i niezwykle klimatyczne partie gitarowe. Ich kompozycje imponują zarówno świeżością, jak i dbałością o szczegóły. Całości dodatkowego uroku dodaje charakterystyczny wokal Kevina Portza, który świetnie odnajduje się zarówno w bardziej melodyjnych, jak i cięższych fragmentach materiału.
Doommetalowe wpływy wyraźnie dają o sobie znać w ponurym „The Forgotten Village”, gdzie zespół stawia na marszowe tempo i budowanie atmosfery. Nietrudno odnieść wrażenie, że muzycy wychowali się na klasyce epickiego heavy metalu spod znaku . Z kolei w rozbudowanym „Bane in the Black Cloud” można wychwycić echa twórczości . To jeden z najbardziej klimatycznych i wielowątkowych utworów na płycie, pokazujący zdolność zespołu do tworzenia angażujących kompozycji.
Nie zabrakło również bardziej dynamicznych momentów. „Cosmic Truth” wnosi do albumu nieco więcej energii, zachowując przy tym charakterystyczny dla zespołu klimat. Mroczna strona Gravety powraca natomiast w „Outpost 21” oraz rozbudowanym „Brotherhood of Sleep”. To kompozycje, w których doommetalowe inspiracje wybrzmiewają szczególnie mocno, pozwalając słuchaczowi całkowicie zanurzyć się w wykreowanym przez zespół świecie.
Całość zamyka „Into the Mouth of Madness” – utwór będący znakomitym hołdem dla klasycznego doom i epickiego heavy metalu. To godne zwieńczenie albumu, które pozostawia po sobie bardzo dobre wrażenie i zachęca do ponownego odsłuchu.
Gravety nagrało album dojrzały i dopracowany, będący swoistym portalem do świata zdominowanego przez chaos, okultyzm i tajemnicę. To muzyka pełna niepokoju, mroku i autentyczności, a jednocześnie niezwykle przemyślana pod względem kompozycyjnym. Niemiecka formacja pozytywnie zaskakuje, udowadniając, że wciąż można tworzyć heavy metal świeży, pomysłowy i pozbawiony kalkulacji. Jedna z najciekawszych niespodzianek metalowego roku 2026.
Ocena: 9/10
czwartek, 9 lipca 2026
MARCO GARAU'S MAGIC OPERA - The finał flight (2026)
Każdy, kto ceni klasyczne albumy , , , czy , bez trudu odnajdzie się w świecie Magic Opera. Słuchając The Final Flight, można odnieść wrażenie, że mamy do czynienia z prawdziwie wielkim finałem całej sagi. W efekcie otrzymujemy najdojrzalszy i najpełniejszy album w dorobku projektu. Na takie wydawnictwa warto czekać, ponieważ oferują one znacznie więcej niż tylko kolejną porcję power metalowych kompozycji.
Marco Garau po raz kolejny imponuje kreatywnością, wyczuciem melodii i kompozytorskim rozmachem. Klasyczny symfoniczny power metal nie ma przed nim tajemnic. Potrafi wykreować podniosłą, baśniową atmosferę, wprowadzić nutę tajemniczości, a jednocześnie zachwycić bogactwem aranżacji i dbałością o szczegóły. Na tej płycie nie ma miejsca na rutynę czy przewidywalność.
W 2025 roku do zespołu dołączył Matteo Baschiera, który wraz z Lucą Sellitto tworzy znakomity duet gitarowy. Efektowne zagrywki, płynne przejścia i pełne finezji solówki stanowią jeden z największych atutów albumu. To właśnie partie gitarowe są jego siłą napędową. Całość momentami brzmi niczym zaginiony klasyk power metalu z lat 90. Skład złożony z doświadczonych i ambitnych muzyków przekłada się na najwyższą jakość wykonania oraz niezapomniane muzyczne doznania.
Album zawiera dwanaście utworów, które składają się na ponad godzinę muzycznej podróży przez świat fantasy i klasycznego power metalu. Już otwierający płytę „The Danger's Growing Dark” buduje filmowy klimat za sprawą rozbudowanych orkiestracji i monumentalnych chórów. Chwilę później „The Black Gem” uderza szybkim, energetycznym power metalem wzbogaconym efektownymi partiami klawiszy. Garau pozostaje wierny swoim inspiracjom – słychać tu echa neoklasycznego metalu, bogate aranżacje i chwytliwe refreny, jednak całość ani przez moment nie sprawia wrażenia wtórnej.
Piękne aranżacje, zapadający w pamięć motyw przewodni i symfoniczny power metal w pełnej krasie odnajdziemy w „Unholy Alliance”, utworze wyraźnie czerpiącym z najlepszych wzorców lat 90. Nietrudno usłyszeć tu inspiracje twórczością Helloween, Rhapsody czy Dark Moor.
Jednym z największych atutów albumu pozostaje jego różnorodność. Obok galopujących kompozycji, takich jak „Fury of the Storm”, pojawiają się bardziej podniosłe i emocjonalne momenty, reprezentowane przez „Mother of Winter Ice” oraz „Lady of the Wind”. Instrumentalny „Chaos Rising” stanowi efektowny przerywnik przed rozpędzonym i pełnym rozmachu „When Reason Dies”. To kolejny dowód na kompozytorski talent Garau. Włoski muzyk doskonale rozumie oczekiwania fanów gatunku i potrafi spełniać ich najskrytsze muzyczne marzenia.
Druga część albumu utrzymuje wysoki poziom, nie ustępując pierwszej ani pod względem jakości, ani pomysłowości. Neoklasyczne wpływy oraz duch dawnych albumów Dark Moor wyraźnie pobrzmiewają w „Immortal Glory”. Podobne emocje wywołuje nastrojowy i pełen magii „The Clash of Fates”. Nie ma tutaj miejsca na przypadkowe melodie czy zbędne rozwiązania. Wszystko jest spójne, przemyślane i podporządkowane budowaniu odpowiedniego klimatu.
Więcej pozytywnej energii wnosi dynamiczny „Steel and Magic”, który prowadzi słuchacza ku punktowi kulminacyjnemu całego wydawnictwa – monumentalnemu utworowi tytułowemu „The Final Flight”. To epickie zwieńczenie sagi, pełne emocji, majestatu i podniosłości, które pozostawia niezatarte wrażenie i dosłownie przyprawia o ciarki.
Smutne jest to, że kolejny wartościowy projekt muzyczny kończy swoją działalność. Jestem jednak przekonany, że o Marco Garau jeszcze nieraz usłyszymy. Mam również nadzieję, że Magic Opera pewnego dnia powróci i ponownie oczaruje fanów swoim wyjątkowym podejściem do power metalu.
The Final Flight to kwintesencja symfonicznego power metalu, idealne podsumowanie twórczości Marco Garau i zarazem zwieńczenie jego wieloletniej wizji artystycznej. To album pełen pasji, wyobraźni i kompozytorskiego kunsztu. Jedna z największych perełek 2026 roku i płyta, która przypomina, dlaczego tak wielu fanów pokochało ten gatunek. Na takie muzyczne cuda zawsze warto czekać.
Chwała Magic Opera!
Ocena: 10/10
środa, 8 lipca 2026
HELLIONIGHT -Witche's sabbat (2026)
Po dekadzie od wydania debiutanckiej EP-ki pochodzący z Bahrajnu Hellionight powraca ze swoim pierwszym pełnometrażowym albumem Witches' Sabbat, który ukazał się 3 lipca 2026 roku. Płyta pozostaje wierna korzeniom speed i thrash metalu, a jednocześnie brzmi dojrzalej i bardziej świadomie niż wcześniejsze dokonania zespołu. To kolejna formacja stawiająca na klasyczny speed/thrash metal, wyraźnie czerpiąca inspiracje z twórczości Exciter, Sodom czy Venom. Choć podobnych albumów ukazało się w tym roku niemało, Hellionight udowadnia, że potrafi pisać solidne utwory i nagrał materiał godny uwagi.
Największą zaletą albumu jest jego konsekwencja. Hellionight nie próbuje na siłę unowocześniać swojego brzmienia ani podążać za aktualnymi trendami. Zamiast tego stawia na sprawdzone metalowe wartości: wyraziste riffy, dynamiczne tempo oraz mroczną atmosferę inspirowaną estetyką lat 80. Głównym motorem napędowym zespołu jest Omar Zainal, odpowiadający za wokale, partie gitarowe oraz bas. Muzyk stawia na klasyczne zagrywki, szybkość i agresję, a jego charakterystyczna barwa głosu dodaje całości rasowego thrashmetalowego pazura.
Na pochwałę zasługuje również produkcja. Jest przejrzysta, a zarazem odpowiednio surowa, dzięki czemu każdy instrument wybrzmiewa wyraźnie, nie tracąc przy tym koncertowej dzikości i energii. Nawet okładka doskonale oddaje klimat albumu i stanowi wizualne dopełnienie muzycznej zawartości.
Już otwierający album „Extermination Now!” narzuca zawrotne tempo i nie pozostawia wątpliwości, że priorytetem jest tutaj energia. Gitary atakują ostrymi riffami, sekcja rytmiczna pędzi bez chwili wytchnienia, a wokale balansują pomiędzy klasycznym speed metalem a thrashową agresją. Kolejne utwory, takie jak „The Electric Chair” czy „Temple of Madness”, utrzymują wysoki poziom intensywności, oferując jednocześnie chwytliwe refreny i dobrze skonstruowane solówki. Warto dodać, że kompozycje te były już znane z EP-ki wydanej w 2016 roku.
Dalej otrzymujemy rozpędzony i niezwykle melodyjny „Luciferian Pride”, który skutecznie podtrzymuje dynamikę albumu. Zespół nie prezentuje tutaj niczego przełomowego, jednak nadrabia to zaangażowaniem i dbałością o szczegóły. Utwory takie jak „Souls of Evil” czy bardziej przebojowy i rytmiczny „Evilust” pokazują, że Hellionight potrafi urozmaicić materiał i nie ogranicza się wyłącznie do bezrefleksyjnej jazdy na pełnym gazie.
Problem pojawia się jednak w kwestii oryginalności. Na albumie trudno znaleźć elementy, które mogłyby zaskoczyć słuchacza lub wyróżnić zespół spośród wielu podobnych przedstawicieli współczesnej sceny speed/thrash metalowej. Chociaż muzycy sprawnie operują gatunkowymi schematami, momentami daje się odczuć pewną przewidywalność. Tytułowy „Witches' Sabbat” dobrze podsumowuje charakter całej płyty – jest ciężki, pełen diabolicznego klimatu i oparty na zapadającym w pamięć gitarowym motywie.
Witches' Sabbat to udany pełnometrażowy debiut Hellionight – album wypełniony szybkimi riffami, chwytliwymi melodiami i oldschoolowym duchem metalu. Nie rewolucjonizuje gatunku, ale skutecznie przypomina, dlaczego speed i thrash metal wciąż potrafią dostarczać ogromnej dawki adrenaliny. To propozycja skierowana przede wszystkim do fanów klasycznego grania, którzy cenią szczerość, energię i bezkompromisowe podejście do muzyki. Mimo pewnej monotonii oraz braku świeżości pozostaje to solidne wydawnictwo, które powinno zainteresować miłośników tradycyjnego speed/thrash metalu.
Ocena: 6,5/10
poniedziałek, 6 lipca 2026
STEELBALLS -Rebels (2026)
niedziela, 5 lipca 2026
IRON SLAUGHT - Metallic torments (2026)
Francuski Iron Slaught nie składa broni i po jedenastu latach wydawniczej ciszy rusza do kolejnej bitwy. Ten działający od piętnastu lat, wciąż stosunkowo mało znany zespół obrał sobie za cel pielęgnowanie klasycznego heavy/speed metalu z wyraźnymi wpływami thrashu. Muzycy czerpią inspiracje z dokonań takich formacji jak Razor, Exciter, wczesny Kreator czy Helloween, tworząc własną interpretację gatunku. Na 10 lipca zaplanowano premierę ich drugiego albumu studyjnego zatytułowanego Metallic Torments. Dla fanów klasycznego metalu jest to pozycja obowiązkowa.
Największą siłą albumu są riffy. Iron Slaught doskonale rozumie, że to właśnie one stanowią serce i fundament tej muzyki. Każdy utwór zawiera przynajmniej jeden motyw, który pozostaje w pamięci długo po zakończeniu odsłuchu. Zespół nie próbuje odkrywać heavy i speed metalu na nowo. Zamiast tego wybiera podróż w dobrze znane rejony, odświeżając sprawdzone patenty i nadając im własny charakter. Efekt? Muzyka pełna energii, świeżości i znakomitych pomysłów kompozytorskich.
Na basie usłyszymy Nikrassa, natomiast za partie gitarowe i wokalne odpowiada Iron Jeremy – mózg całej operacji. To niezwykle utalentowany muzyk, który heavy i speed metal ma po prostu we krwi. Jego wyczucie melodii, umiejętność tworzenia chwytliwych riffów oraz naturalny talent kompozytorski budzą ogromny szacunek. Jeremy imponuje również jako wokalista. Śpiewa pewnie, z odpowiednią ekspresją i różnorodnością, dzięki czemu każda kompozycja zyskuje dodatkowy charakter. To właśnie za jego sprawą duch lat osiemdziesiątych jest tak wyraźnie obecny na tym albumie.
Surowe, lekko przybrudzone brzmienie oraz klimatyczna okładka stanowią kolejne ukłony w stronę złotej ery heavy metalu. Nie oznacza to jednak, że mamy do czynienia wyłącznie z nostalgiczną podróżą w przeszłość. W kompozycjach słychać współczesną świadomość budowania napięcia i doskonałe wyczucie proporcji. Zespół wie, kiedy przyspieszyć do granic możliwości, a kiedy pozwolić gitarom wybrzmieć nieco dłużej. Dzięki temu Metallic Torments nie nuży, mimo że przez większość czasu utrzymuje bardzo wysoką intensywność.
Na pochwałę zasługuje również produkcja. Brzmienie jest surowe i organiczne, ale jednocześnie pozostaje selektywne. Każdy instrument ma swoje miejsce w miksie, a całość sprawia wrażenie nagranej przez muzyków, którzy bardziej przejmują się siłą przekazu niż cyfrowym wygładzaniem każdego dźwięku.
Album trwa około 45 minut, czyli dokładnie tyle, ile powinien. Nie ma tutaj zbędnych eksperymentów, niepotrzebnych wypełniaczy ani prób na siłę poszerzania stylistycznych granic. Jest za to speed metal w najlepszym wydaniu.
Już od pierwszych sekund „Harbinger of Afflictions” wiadomo, że nie będzie miejsca na oddech. Gitary tną powietrze niczym piły mechaniczne, sekcja rytmiczna pędzi przed siebie bez chwili zawahania, a wokal balansuje pomiędzy klasycznym heavy metalem a agresją speed metalu. To muzyka stworzona nie do analizowania, lecz do maksymalnego podkręcania głośników.
Prawdziwy pokaz kompozytorskiego kunsztu Iron Jeremy prezentuje w „Ghastly Obsession”. Potężny riff, agresywne partie gitar i doskonale wyważone proporcje pomiędzy heavy, speed i thrash metalem sprawiają, że utwór brzmi wręcz obłędnie. Nietrudno wychwycić tu echa Kreatora, Overkill czy klasycznej niemieckiej sceny metalowej.
Nie mniej imponująco wypada niezwykle melodyjny i zróżnicowany „The Executioner”. W jego strukturze można odnaleźć wpływy Stormwarrior czy wczesnego Helloween. To kolejny dopracowany do najmniejszych szczegółów killer, który pokazuje, jak dobrze Iron Slaught odnajduje się na styku agresji i melodyjności.
Na tym jednak emocje się nie kończą. Szczególne wrażenie robi bardziej rozbudowany i epicki „Soldier of Fortune”. Zespół eksploruje tutaj obszary heavy, speed i power metalu, tworząc utwór, który brzmi niczym zaginiony klasyk przełomu lat osiemdziesiątych i dziewięćdziesiątych.
Ciarki wywołuje także rozpędzony „Condamné pour l’éternité”, oparty na zawrotnym tempie i bezkompromisowej agresji. To prawdziwa eksplozja energii i kolejny dowód na talent Iron Jeremy'ego.
Jednym z najdłuższych utworów na płycie jest „Charme Funeste”. Ponownie otrzymujemy bardziej epicką formę oraz bogatszą atmosferę. Kompozycja zachwyca rozmachem, świetnie prowadzonymi melodiami i znakomitym wyczuciem klimatu. Iron Slaught przekonuje tutaj do siebie nie tylko stylem, ale również dojrzałością kompozytorską. Dodatkowego uroku dodają partie wykonywane w języku francuskim.
Świetnie wypada również „Primal Conquest”, w którym słychać inspiracje NWOBHM oraz dokonaniami takich legend jak i . To utwór pełen przebojowości i doskonałego feelingu.
Finał albumu należy do „Fatal Retaliations”. Zespół po raz kolejny zachwyca jakością kompozycji, umiejętnie łącząc heavy, speed i thrash metal. To nie tylko kolejna porcja znakomitych riffów oraz gitarowych popisów, ale przede wszystkim muzyka tworzona z pasją, szczerością i autentyczną miłością do gatunku. Tak właśnie powinno się grać klasyczny metal.
Metallic Torments nie jest albumem, który zmieni historię metalu. Jest jednak czymś równie cennym – przypomnieniem, że ten gatunek nadal potrafi dostarczać czystej, nieskrępowanej energii. Iron Slaught nagrał płytę szczerą, bezpretensjonalną i niezwykle skuteczną. Jeśli szukacie muzyki pachnącej skórą, potem i rozgrzanymi lampami wzmacniaczy, trafiliście pod właściwy adres. Speed metal w 2026 roku ma się znakomicie, a Metallic Torments jest tego kolejnym, bardzo mocnym dowodem.
Ocena: 9/10
piątek, 3 lipca 2026
DER JAGER - In which Evil dwells (2026)
Na nowy album Der Jäger fani musieli czekać aż siedem lat. Pochodzący z Indonezji zespół konsekwentnie stawia na wybuchową mieszankę heavy i speed metalu z wyraźnie zaznaczonymi wpływami thrashu. Muzycy nie ukrywają fascynacji klasykami gatunku, czerpiąc inspiracje z pierwszych wydawnictw takich formacji jak Anthrax, Exciter, Razor, Agent Steel czy wczesny Helloween. Grupa działa od 2014 roku i ma już na koncie dwa albumy studyjne. Najnowszy krążek, zatytułowany ..In Which Evil Dwells, ukazał się 26 czerwca 2026 roku.
Największym atutem ..In Which Evil Dwells jest konsekwencja oraz wysoki poziom kompozytorski. Nie znajdziemy tu słabych punktów ani niepotrzebnych przestojów. Zespół opiera się na klasycznych rozwiązaniach, jednocześnie unikając bezmyślnego kopiowania legend gatunku. Wokalista Dendi Gutter imponuje odpowiednio chropowatą i pełną charakteru barwą głosu, sekcja rytmiczna skutecznie napędza każdą kompozycję, a gitarowe popisy Leo Kunto emanują pasją oraz szacunkiem dla tradycji heavy metalu. Der Jäger prezentuje się tutaj z bardzo dobrej strony, a cały materiał utrzymuje równy poziom i potrafi na długo zapaść w pamięć.
Album otwiera agresywny „Endless Bloodbath”, który od pierwszych sekund narzuca wysokie tempo i odpowiednio podkręca atmosferę. Kolejne kompozycje, takie jak „Beyond Tragedy”, „Ode to Ruin” czy „Act of Conquest”, udowadniają, że zespół doskonale odnajduje się w łączeniu chwytliwych riffów z surową energią i umiejętnie dawkowaną melodyką. Produkcja brzmi naturalnie i została pozbawiona nadmiernego wygładzenia – instrumenty są selektywne, a jednocześnie zachowują undergroundowy charakter, który idealnie współgra z estetyką albumu. Już pierwsze minuty obcowania z ..In Which Evil Dwells pokazują, jak dopracowany i pełen zaangażowania jest to materiał.
Więcej heavy metalowego pazura oraz wpływów Judas Priest odnajdziemy w zadziornym „Crushing in the Night”. Imponuje sposób, w jaki muzycy budują melodie i odtwarzają klimat złotej ery metalu lat osiemdziesiątych. Prawdziwa speedmetalowa jazda bez trzymanki czeka natomiast w pędzącym „Madman II”, który należy do najbardziej energetycznych punktów programu. Der Jäger udowadnia również, że posiada talent do pisania utworów, które błyskawicznie wpadają w ucho. Doskonałym przykładem jest rozpędzony „Beware” – znakomita mieszanka heavy i speed metalu, pełna chwytliwych motywów oraz oldschoolowego klimatu.
Choć album nie wywraca gatunku do góry nogami, imponuje dojrzałością kompozycji, wyczuciem stylu i autentycznością. To propozycja skierowana przede wszystkim do miłośników klasycznego heavy metalu z domieszką speedu i thrashu – muzyki szczerej, bezpretensjonalnej i opartej na potężnych riffach. ..In Which Evil Dwells to płyta zdecydowanie godna uwagi, a Der Jäger wyrasta na jednego z najciekawszych przedstawicieli współczesnej sceny tradycyjnego metalu.
Ocena: 8/10
czwartek, 2 lipca 2026
DEEP PURPLE - Splat!(2026)
Jeśli spojrzeć na pewne liczby związane z działalnością , można złapać się za głowę. Większość ludzi mających ponad 80 lat myśli już o spokojnej emeryturze i odpoczynku od zawodowych obowiązków. Tymczasem muzycy Deep Purple po raz kolejny udowadniają, że wiek to jedynie liczba, a pasja do muzyki może być najlepszym lekarstwem na upływający czas. Zespół istnieje od blisko sześćdziesięciu lat, a mimo to nie tylko regularnie koncertuje, ale także nagrywa nowe albumy. Co więcej, w ostatnich latach imponuje wręcz tempem wydawania kolejnych płyt.
Powiew świeżości i młodzieńczej energii wniósł do zespołu nowy gitarzysta, . Pierwszy album nagrany z jego udziałem, , okazał się dla mnie najlepszym wydawnictwem grupy od czasów . Deep Purple ponownie zaczęli grać bardziej zadziornego i przebojowego hard rocka, a McBride szybko udowodnił, że jest gitarzystą obdarzonym ogromnym talentem. Teraz, dwa lata po premierze „=1”, zespół powraca z dwudziestym czwartym albumem studyjnym zatytułowanym „SPLAT!”, który ukazuje się 3 lipca nakładem earMUSIC. Czas sprawdzić, czy udało się utrzymać wysoki poziom poprzednika i czy faktycznie jest to najcięższy album Deep Purple od wielu lat.
Simon McBride na dobre zadomowił się w zespole i wyraźnie stara się przywrócić muzyce Deep Purple bardziej gitarowy charakter. Już na poprzedniej płycie zaprezentował imponujące umiejętności, tworząc efektowne solówki i chwytliwe riffy. Na „SPLAT!” również nie brakuje gitarowych popisów, choć tym razem kompozycje są bardziej rozbudowane i progresywne. Melodyjność schodzi momentami na dalszy plan, ustępując miejsca bardziej złożonym strukturom. To album wymagający większego skupienia, ale nagradzający cierpliwego słuchacza licznymi detalami.
Największym atutem pozostaje jednak niezwykła chemia pomiędzy muzykami. mimo upływu lat nadal imponuje charakterystyczną barwą głosu i ogromną charyzmą. Owszem, nie dysponuje już taką mocą jak przed dekadami, ale nadrabia doświadczeniem i znakomitą interpretacją tekstów. Sekcja rytmiczna tworzona przez i pozostaje wzorem rockowej solidności, natomiast po raz kolejny wzbogaca materiał o charakterystyczny, „purpurowy” klimat. To właśnie doświadczenie i wzajemne zrozumienie muzyków przekładają się na wysoki poziom artystyczny albumu.
Fani ostatnich wydawnictw zespołu szybko odnajdą tutaj wiele powodów do zachwytu. Z kolei miłośnicy ery mogą odczuwać pewien niedosyt, ponieważ na płycie brakuje utworów, które mogłyby konkurować z największymi klasykami grupy. Nie oznacza to jednak, że zabrakło mocnych momentów.
Już otwierający album „Arrogant Boy” zachwyca energią. To gitarowy hard rock z pazurem, ozdobiony świetnymi partiami McBride'a i efektownymi klawiszami Aireya. Wszystko doskonale się zazębia, przywołując wspomnienia najlepszych lat Deep Purple.
Jeszcze większe wrażenie robi „Diablo” – mroczny, przebojowy i zagrany z odpowiednią dawką agresji. W jego klimacie można doszukać się ducha kompozycji z czasów Blackmore'a. To jeden z najmocniejszych punktów albumu i trudno dziwić się, że właśnie ten utwór wybrano na singiel promujący wydawnictwo.
Więcej progresywnych rozwiązań znajdziemy w „The Rider”. To interesująca kompozycja, choć akurat partie klawiszowe nie przekonują mnie tutaj w pełni. Znacznie lepiej wypada „The Lunatic”, oparty na pomysłowym, oldschoolowym riffie. Utwór doskonale pokazuje, jak świetnie współpracują ze sobą McBride i Airey. Między muzykami wyraźnie słychać chemię oraz wzajemne uzupełnianie się.
Pozytywną energią emanuje również „The Only Horse In Town”. To kolejny przykład znakomitej współpracy gitarzysty i klawiszowca, którzy stali się jednym z największych atutów współczesnego Deep Purple.
Moim osobistym faworytem szybko stał się marszowy i niezwykle zadziorny „Sacred Land”. Utwór imponuje ciężarem, znakomitymi zagrywkami gitarowymi oraz subtelnym orientalnym klimatem. Don Airey prezentuje tutaj pełnię swoich możliwości, przypominając, dlaczego od lat zaliczany jest do ścisłej czołówki rockowych klawiszowców. Nad całością unosi się duch klasycznych albumów nagranych z Blackmore'em.
Nieco bardziej bluesowy „The Beating Of Wings” wnosi większą dawkę emocji i rockowej nostalgii. Z kolei „Guilt Trippin'” pokazuje, że Deep Purple nie utracili poczucia humoru i nadal potrafią bawić się muzyką z ogromną swobodą. Charakterystyczny wokal Gillana dodaje kompozycji odpowiedniej drapieżności.
Mocny riff napędza „Scriblin' Gab'rish”, który ponownie udowadnia, że zespół wciąż potrafi tworzyć rasowy, klasyczny hard rock. Z przyjemnością słucha się także melodyjnego i pozytywnie zakręconego „Jessica's Bra”, w którym można odnaleźć subtelne nawiązania do dawnych patentów Blackmore'a.
Klimatyczny „Third Call” urzeka natomiast znakomitym wstępem klawiszowym oraz kolejnymi fascynującymi muzycznymi dialogami pomiędzy McBride'em i Aireyem.
Album zamyka tytułowy „SPLAT!” – ciężki, klimatyczny i pełen charakterystycznej dla Deep Purple swobody. To doskonałe podsumowanie całego wydawnictwa i kolejny dowód na to, dlaczego ta formacja od ponad pół wieku pozostaje jedną z największych ikon hard rocka. W takich momentach słychać, że muzycy, mimo zaawansowanego wieku, wciąż potrafią grać z klasą, pasją i autentycznym zaangażowaniem.
„SPLAT!” nie stanie obok takich kamieni milowych jak czy , ale też nie ma takich ambicji. To album stworzony przez doświadczonych muzyków, którzy nadal czerpią ogromną radość ze wspólnego grania. Jest ciężej, bardziej bezpośrednio i momentami naprawdę imponująco, choć nie obyło się bez kilku słabszych momentów. Trochę za mało pierwszoligowych hitów.
Mimo to Deep Purple po raz kolejny udowadniają, że wciąż mają wiele do powiedzenia i nie zamierzają odcinać kuponów od własnej legendy. Dla fanów klasycznego hard rocka jest to pozycja obowiązkowa. Nie jest to dzieło wybitne, ale bez wątpienia jeden z najciekawszych albumów nagranych przez zespół w ostatnich dekadach. Jednak w moim odczuciu słabszy od poprzedniego wydawnictwa.
Ocena: 8,5/10
środa, 1 lipca 2026
DEAD KOSMONAUT - Retrospectre (2026)
wtorek, 30 czerwca 2026
AMBERIAN DAWN - Temptation's Gates (2026)
Czas płynie nieubłaganie i trudno uwierzyć, że Amberian Dawn świętuje już 20 lat działalności. Mimo licznych zmian personalnych i długiego stażu na scenie zespół pozostaje wierny swojej muzycznej tożsamości, łącząc symfoniczny heavy metal z elementami power i metalu progresywnego. Nietrudno wychwycić inspiracje twórczością Nightwish,Epica czy Kamelot.. Fińska grupa konsekwentnie stawia na budowanie emocji i atmosfery, które odgrywają tutaj kluczową rolę.
Ma to jednak zarówno zalety, jak i wady. Z jednej strony otrzymujemy muzykę pełną rozmachu i oddziałującą na wyobraźnię słuchacza, z drugiej – momentami brakuje większej dawki energii, metalowego pazura i power metalowej dynamiki. W efekcie album bywa przewidywalny i chwilami sprawia wrażenie zbyt zachowawczego. Na szczęście nowa wokalistka wypada bardzo przekonująco, wnosząc do zespołu świeżość i nową energię. Jej charyzma oraz operowa maniera śpiewu dodają kompozycjom dodatkowego uroku.
Największym atutem albumu pozostaje właśnie Nicole Willerton. Jej głos umiejętnie łączy metalową siłę z popową przebojowością, a miejscami zaskakuje także bardziej agresywną ekspresją. Dzięki temu utwory takie jak „Unchained” czy „Moon” zyskują energię, której momentami brakowało na poprzednich wydawnictwach zespołu. Co ważne, wokalistka nie próbuje kopiować swoich poprzedniczek, lecz nadaje utworom własny charakter i tożsamość.
Pod względem kompozytorskim pozostaje wierny swojej filozofii tworzenia muzyki. Melodyjne refreny stanowią fundament niemal każdego utworu. Album nie stawia na radykalne eksperymenty, ale skutecznie łączy power metalową przebojowość z symfonicznym rozmachem. Słychać również subtelne echa bardziej popowych inspiracji z poprzedniego etapu działalności zespołu, choć tym razem zostały one wplecione w materiał znacznie naturalniej i nie dominują całości. Seppälä wciąż potrafi tworzyć chwytliwe melodie i interesujące motywy przewodnie, choć nie wszystkie rozwiązania kompozycyjne wypadają równie przekonująco.
Już utwór tytułowy pokazuje, że zespół postawił na nieco cięższe brzmienie. Nadal obecne są charakterystyczne dla Amberian Dawn neoklasyczne partie klawiszy, chwytliwe refreny i symfoniczny rozmach, ale całość brzmi nowocześniej i bardziej gitarowo. Produkcja jest pełna, selektywna i dopracowana, dzięki czemu nawet najbardziej rozbudowane aranżacje zachowują przejrzystość. Kompozycja emanuje energią i doskonale oddaje power metalowy charakter zespołu. To bez wątpienia jeden z najmocniejszych punktów albumu. Szkoda jedynie, że podobnie intensywnych momentów jest tutaj stosunkowo niewiele.
„The Vision of Dreaming” to z kolei bardzo udany i wyjątkowo przebojowy utwór. Zespół od lat udowadnia, że ma talent do tworzenia lekkich, melodyjnych i nastrojowych kompozycji. Elementy progresywne dochodzą do głosu w zadziornym „Moon”, który zachowuje wyraźny power metalowy charakter. „Unchained” próbuje natomiast zabrzmieć bardziej nowocześnie i mrocznie, choć akurat ten kierunek nie do końca mnie przekonuje. Na uwagę zasługuje również melodyjny i energiczny „Eternal Flame”, w którym można odnaleźć wyraźne wpływy neoklasyczne.
Niestety, w dalszej części albumu pojawia się coraz więcej mniej trafionych pomysłów. Pod koniec materiał zaczyna tracić impet i nużyć swoją formułą. Kilka kompozycji sprawia wrażenie wypełniaczy, którym brakuje wyrazistych melodii i zapadających w pamięć momentów.
„Temptation's Gates” nie rewolucjonizuje symfonicznego metalu, ale stanowi całkiem udany restart dla Amberian Dawn. Album przypomina o największych atutach zespołu – melodyjności, bogatych aranżacjach i umiejętności tworzenia chwytliwych utworów – jednocześnie otwierając nowy rozdział z Nicole Willerton za mikrofonem. Szkoda jednak, że materiał jest nierówny i momentami zbyt zachowawczy oraz nastawiony na komercyjną przystępność. Obok kilku bardzo udanych kompozycji pojawiają się słabsze fragmenty, które wyraźnie obniżają ogólny poziom wydawnictwa. W rezultacie pozostaje pewien niedosyt, a album, mimo swoich mocnych stron, trudno uznać za w pełni satysfakcjonujący.
Ocena: 5/10
poniedziałek, 29 czerwca 2026
SPEEDSLUT -Cimbrian Rites (2026)
Dania od lat dostarcza światu metal na najwyższym poziomie. To właśnie stamtąd wywodzą się Mercyful Fate, King Diamond czy Artillery, a dziś do tego grona aspiruje młoda formacja Speedslut. Debiutancki album „Cimbrian Rites” pokazuje, że kwartet doskonale odrobił lekcję z klasycznego speed metalu, thrashu i pierwszej fali black metalu. Zamiast gonić za nowoczesnymi trendami, Duńczycy stawiają na brud, szybkość i bezkompromisową energię.
Speedslut to prawdziwy powiew świeżości na duńskiej scenie metalowej. Wszystko wskazuje na to, że rodzi się nowa gwiazda, która ma potencjał, by zaistnieć daleko poza granicami swojego kraju. Zespół działa zaledwie od trzech lat, a już 26 czerwca wydał swój debiutancki album „Cimbrian Rites”. To jedna z najmilszych niespodzianek 2026 roku. Muzycy grają z taką swobodą i pewnością siebie, jakby byli obecni na scenie od dekad. Zapnijcie pasy – czeka nas jazda bez trzymanki.
Już sama okładka przywodzi na myśl klasyczne blackmetalowe wydawnictwa. Na szczęście zawartość albumu to przede wszystkim wybuchowa mieszanka heavy, speed i thrash metalu. Największym atutem płyty są kapitalne riffy. Gitary tną niczym piła mechaniczna, a solówki pozostają melodyjne, nie tracąc przy tym swojej dzikiej natury. Sekcja rytmiczna ani przez moment nie zwalnia tempa, dzięki czemu „Cimbrian Rites” słucha się z wypiekami na twarzy.
Produkcja zachowała odpowiednią dawkę surowości, ale jednocześnie jest na tyle przejrzysta, by wydobyć wszystkie smaczki ukryte w kompozycjach. Trudno nie podziwiać energii, drapieżności i naturalności, jakie emanują z tego materiału. Album brzmi tak, jakby powstał w połowie lat osiemdziesiątych. Gitarowy duet Klitte/Dikinis nie bawi się w eksperymenty ani ślepe podążanie za trendami. Zamiast tego stawia na agresję, szybkość i czystą radość grania. Każdy riff i każda solówka stanowią prawdziwą ucztę dla fanów klasycznego metalu.
Na uwagę zasługuje również wokal Frederika Klitte, który idealnie wpisuje się w stylistykę zespołu. Jest szorstki, zadziorny i pełen punkowej bezczelności, dzięki czemu znakomicie współgra z bezlitosnym instrumentarium. Całość emanuje autentycznością i sprawia wrażenie, jakby została nagrana w złotej erze metalu. Uwielbiam taki typ wokalu – pełen agresji, charyzmy i drapieżności. Momentami przywodzi na myśl pierwsze albumy Slayera czy Kreatora. Frederik sieje spustoszenie i nie bierze jeńców.
Już od pierwszych sekund „Pestridden Stallions” wiadomo, że nie będzie miejsca na wytchnienie. Zespół atakuje ostrymi riffami, piekielnym tempem i surowym brzmieniem, które przywodzi na myśl dokonania Motörhead, wczesnego Bathory, Exciter czy pierwszych płyt Sodom. Nie chodzi jednak o bezrefleksyjne kopiowanie legend. Speedslut wykorzystuje klasyczne inspiracje, nadając im własny, agresywny charakter. To mocne otwarcie, które stanowi doskonałą zapowiedź tego, co czeka słuchacza w dalszej części albumu.
Zespół nie zwalnia ani na moment. Drugi w kolejności „Asbestos Born Wrath” to prawdziwy killer – przebojowy, melodyjny i niezwykle energetyczny. Świetne balansowanie pomiędzy speed i thrash metalem odnajdziemy również w „Dark Night Riders”. Duńczycy konsekwentnie trzymają się obranej stylistyki, nie tracąc przy tym świeżości i entuzjazmu.
Fanom Motörhead szczególnie powinien przypaść do gustu „Into the Grave”. Szybkie tempo, klasyczny riff i motoryka rodem z najlepszych albumów Lemmy'ego i spółki sprawiają, że jest to kolejny mocny punkt programu. Emocje nie opadają również przy „No One Escapes Death”, który ponownie przemyca liczne thrashmetalowe patenty. Zespół gra z pasją i imponującą pewnością siebie. Z kolei „Stench of Evil” oferuje nieco cięższy i bardziej mroczny klimat, pokazując, że muzycy potrafią budować napięcie również w wolniejszych fragmentach.
Końcówka albumu nie zawodzi. „Armageddon” i „Whores of Speed” to prawdziwe hymny dla miłośników undergroundowego metalu – pełne chwytliwych refrenów, nieokiełznanej energii i oldschoolowego ducha. Tytułowy „Cimbrian Rites” stanowi znakomite zwieńczenie całości. To najbardziej rozbudowany i epicki utwór na płycie, który pokazuje, że Speedslut potrafi wyjść poza prosty schemat grania na pełnych obrotach, gdzie liczy się wyłącznie prędkość.
„Cimbrian Rites” nie próbuje odkrywać speed metalu na nowo. To szczery hołd dla złotej ery gatunku, w którym najważniejsze są znakomite riffy, energia i bezkompromisowe podejście do muzyki. Miłośnicy nowoczesnego grania mogą narzekać na brak innowacyjności, ale fani Hellripper, Venom, Motörhead czy klasycznego Exciter z pewnością znajdą tutaj wszystko, czego oczekują od rasowego speed metalu.
To jeden z tych debiutów, które przypominają, że duch starej szkoły ma się znakomicie. Speedslut zaliczył fenomenalny start i z ogromnym zainteresowaniem będę śledził dalsze losy zespołu. „Cimbrian Rites” to prawdziwa perełka, która zasługuje na uwagę każdego fana klasycznego metalu.
Ocena: 9,5/10
WRATHFORGE - Reaper of souls (2026)
Sage Zavage to muzyk o wielu talentach. Podobnie jak Ces Forsberg potrafi samodzielnie stworzyć materiał i położyć solidne fundamenty pod wartościowy album. Fani mogą kojarzyć go z takich projektów jak Bitter Velvet czy Blades Edge. W tym roku powraca z nowym przedsięwzięciem pod nazwą Wrathforge.
To prawdziwy hołd dla heavy i speed metalu lat 80., dlatego każdy miłośnik twórczości Skull Fist, Enforcer, Striker czy Stallion powinien zainteresować się debiutanckim albumem pochodzącego z Ekwadoru Wrathforge. „Reaper of Souls” ukazał się 23 czerwca i od pierwszych minut słychać fascynację Sage'a klasycznym metalem spod znaku Judas Priest, Exciter, wczesnego Helloween czy Blind Guardian. To speed metal w najczystszej i najbardziej porywającej formie.
Na szczególne uznanie zasługuje fakt, że Sage Zavage odpowiada za całą warstwę instrumentalną albumu. To właśnie dzięki niemu muzyka emanuje odpowiednią dynamiką, agresją i energią. W każdej ze swoich ról wypada znakomicie, jednak największe wrażenie robi jako gitarzysta. Jego riffy są pełne pasji, polotu i szacunku dla klasycznych płyt gatunku. Choć czerpie inspiracje od legend heavy i speed metalu, potrafi zachować własny charakter i autentyczność. To sztuka trudna, ale w tym przypadku zakończona pełnym sukcesem.
Efektem jest dopracowany, przebojowy album, który potrafi skraść serce każdego fana tradycyjnego metalu. Od początku do końca utrzymuje wysoki poziom, nie pozwalając słuchaczowi choćby na chwilę nudy. To prawdziwa kopalnia chwytliwych kompozycji i klasycznych metalowych patentów. Do współpracy Zavage zaprosił wokalistę Jareda Pineirosa, który znakomicie odnajduje się w tej stylistyce. Jego wokal dodaje utworom charakteru i pazura, a całość brzmi tak, jakby została nagrana w złotej erze metalu.
Na pochwałę zasługuje również oprawa graficzna. Okładka doskonale oddaje klimat lat 80., podobnie jak produkcja i ogólna estetyka kompozycji. Debiutancki album zawiera dziewięć utworów, które składają się na około czterdzieści minut muzyki.
Całość otwiera rozpędzony utwór tytułowy „Reaper of Souls”, który błyskawicznie wprowadza słuchacza w klimat płyty. Szybkie tempo, mocarny riff i oldschoolowy charakter sprawiają, że trudno przejść obok niego obojętnie. Nie ma tu nic szczególnie odkrywczego, ale Wrathforge nadrabia to autentycznością i ogromną dawką energii.
Kolejny punkt programu, „Streetlights Bleed”, pokazuje talent kompozytorski Sage'a. Utwór stawia na przebojowość i klasyczny heavy metalowy feeling, który niezmiennie działa na wyobraźnię fanów gatunku. Więcej tradycyjnego heavy metalu znajdziemy w zadziornym „They Leave You Behind”. To prosta, ale niezwykle chwytliwa kompozycja, która szybko zapada w pamięć.
W bardziej agresywnym „Fight Until the End” można doszukać się inspiracji debiutem Running Wild. Przewodni motyw gitarowy robi ogromne wrażenie i doskonale pokazuje możliwości Zavage'a jako gitarzysty. Emocji nie brakuje również w „Infernal Summoning”, gdzie zespół ponownie stawia na szybki, bezkompromisowy speed metal.
Powiew świeżości wnosi bardziej rozbudowany i utrzymany w heavy metalowym klimacie „Abismo”. To niezwykle przebojowy utwór, który świetnie oddaje charakter i potencjał zespołu. Fakt, że wykonano go w języku hiszpańskim, tylko dodaje mu wyjątkowego uroku.
Z kolei „You're Gonna Pay” przywołuje skojarzenia z Accept i Judas Priest. To jeden z najmocniejszych punktów albumu – prawdziwa perełka, będąca znakomitym podsumowaniem talentu Sage'a Zavage'a oraz możliwości Wrathforge.
„Reaper of Souls” to album stworzony przez muzyka, który doskonale rozumie ducha klasycznego heavy i speed metalu. Nie znajdziemy tutaj rewolucji ani prób odkrywania gatunku na nowo. Zamiast tego otrzymujemy szczerość, pasję i autentyczny hołd dla starej szkoły metalu. Dla jednych będzie to wada, dla innych ogromna zaleta. Ja zdecydowanie należę do tej drugiej grupy.
Ocena: 8,5/10

















