wtorek, 30 czerwca 2026

AMBERIAN DAWN - Temptation's Gates (2026)


 Po dość zaskakującym epizodzie w postaci albumu poświęconego twórczości , fińska formacja  powraca do autorskiego materiału, jednocześnie otwierając nowy rozdział w swojej historii. „Temptation's Gates” to pierwsza płyta nagrana z nową wokalistką, , która zastąpiła . Ta zmiana personalna okazuje się czymś więcej niż tylko wymianą głosu – wyraźnie wpływa na charakter całego wydawnictwa. To już jedenasty album studyjny Amberian Dawn, który ukazał się 26 czerwca nakładem Napalm Records.

Czas płynie nieubłaganie i trudno uwierzyć, że Amberian Dawn świętuje już 20 lat działalności. Mimo licznych zmian personalnych i długiego stażu na scenie zespół pozostaje wierny swojej muzycznej tożsamości, łącząc symfoniczny heavy metal z elementami power i metalu progresywnego. Nietrudno wychwycić inspiracje twórczością Nightwish,Epica czy Kamelot.. Fińska grupa konsekwentnie stawia na budowanie emocji i atmosfery, które odgrywają tutaj kluczową rolę.

Ma to jednak zarówno zalety, jak i wady. Z jednej strony otrzymujemy muzykę pełną rozmachu i oddziałującą na wyobraźnię słuchacza, z drugiej – momentami brakuje większej dawki energii, metalowego pazura i power metalowej dynamiki. W efekcie album bywa przewidywalny i chwilami sprawia wrażenie zbyt zachowawczego. Na szczęście nowa wokalistka wypada bardzo przekonująco, wnosząc do zespołu świeżość i nową energię. Jej charyzma oraz operowa maniera śpiewu dodają kompozycjom dodatkowego uroku.

Największym atutem albumu pozostaje właśnie Nicole Willerton. Jej głos umiejętnie łączy metalową siłę z popową przebojowością, a miejscami zaskakuje także bardziej agresywną ekspresją. Dzięki temu utwory takie jak „Unchained” czy „Moon” zyskują energię, której momentami brakowało na poprzednich wydawnictwach zespołu. Co ważne, wokalistka nie próbuje kopiować swoich poprzedniczek, lecz nadaje utworom własny charakter i tożsamość.

Pod względem kompozytorskim  pozostaje wierny swojej filozofii tworzenia muzyki. Melodyjne refreny stanowią fundament niemal każdego utworu. Album nie stawia na radykalne eksperymenty, ale skutecznie łączy power metalową przebojowość z symfonicznym rozmachem. Słychać również subtelne echa bardziej popowych inspiracji z poprzedniego etapu działalności zespołu, choć tym razem zostały one wplecione w materiał znacznie naturalniej i nie dominują całości. Seppälä wciąż potrafi tworzyć chwytliwe melodie i interesujące motywy przewodnie, choć nie wszystkie rozwiązania kompozycyjne wypadają równie przekonująco.

Już utwór tytułowy pokazuje, że zespół postawił na nieco cięższe brzmienie. Nadal obecne są charakterystyczne dla Amberian Dawn neoklasyczne partie klawiszy, chwytliwe refreny i symfoniczny rozmach, ale całość brzmi nowocześniej i bardziej gitarowo. Produkcja jest pełna, selektywna i dopracowana, dzięki czemu nawet najbardziej rozbudowane aranżacje zachowują przejrzystość. Kompozycja emanuje energią i doskonale oddaje power metalowy charakter zespołu. To bez wątpienia jeden z najmocniejszych punktów albumu. Szkoda jedynie, że podobnie intensywnych momentów jest tutaj stosunkowo niewiele.

The Vision of Dreaming” to z kolei bardzo udany i wyjątkowo przebojowy utwór. Zespół od lat udowadnia, że ma talent do tworzenia lekkich, melodyjnych i nastrojowych kompozycji. Elementy progresywne dochodzą do głosu w zadziornym „Moon”, który zachowuje wyraźny power metalowy charakter. „Unchained” próbuje natomiast zabrzmieć bardziej nowocześnie i mrocznie, choć akurat ten kierunek nie do końca mnie przekonuje. Na uwagę zasługuje również melodyjny i energiczny „Eternal Flame”, w którym można odnaleźć wyraźne wpływy neoklasyczne.

Niestety, w dalszej części albumu pojawia się coraz więcej mniej trafionych pomysłów. Pod koniec materiał zaczyna tracić impet i nużyć swoją formułą. Kilka kompozycji sprawia wrażenie wypełniaczy, którym brakuje wyrazistych melodii i zapadających w pamięć momentów.

„Temptation's Gates” nie rewolucjonizuje symfonicznego metalu, ale stanowi całkiem udany restart dla Amberian Dawn. Album przypomina o największych atutach zespołu – melodyjności, bogatych aranżacjach i umiejętności tworzenia chwytliwych utworów – jednocześnie otwierając nowy rozdział z Nicole Willerton za mikrofonem. Szkoda jednak, że materiał jest nierówny i momentami zbyt zachowawczy oraz nastawiony na komercyjną przystępność. Obok kilku bardzo udanych kompozycji pojawiają się słabsze fragmenty, które wyraźnie obniżają ogólny poziom wydawnictwa. W rezultacie pozostaje pewien niedosyt, a album, mimo swoich mocnych stron, trudno uznać za w pełni satysfakcjonujący.

Ocena: 5/10

poniedziałek, 29 czerwca 2026

SPEEDSLUT -Cimbrian Rites (2026)


 Dania od lat dostarcza światu metal na najwyższym poziomie. To właśnie stamtąd wywodzą się Mercyful Fate, King Diamond czy Artillery, a dziś do tego grona aspiruje młoda formacja Speedslut. Debiutancki album „Cimbrian Rites” pokazuje, że kwartet doskonale odrobił lekcję z klasycznego speed metalu, thrashu i pierwszej fali black metalu. Zamiast gonić za nowoczesnymi trendami, Duńczycy stawiają na brud, szybkość i bezkompromisową energię.

Speedslut to prawdziwy powiew świeżości na duńskiej scenie metalowej. Wszystko wskazuje na to, że rodzi się nowa gwiazda, która ma potencjał, by zaistnieć daleko poza granicami swojego kraju. Zespół działa zaledwie od trzech lat, a już 26 czerwca wydał swój debiutancki album „Cimbrian Rites”. To jedna z najmilszych niespodzianek 2026 roku. Muzycy grają z taką swobodą i pewnością siebie, jakby byli obecni na scenie od dekad. Zapnijcie pasy – czeka nas jazda bez trzymanki.

Już sama okładka przywodzi na myśl klasyczne blackmetalowe wydawnictwa. Na szczęście zawartość albumu to przede wszystkim wybuchowa mieszanka heavy, speed i thrash metalu. Największym atutem płyty są kapitalne riffy. Gitary tną niczym piła mechaniczna, a solówki pozostają melodyjne, nie tracąc przy tym swojej dzikiej natury. Sekcja rytmiczna ani przez moment nie zwalnia tempa, dzięki czemu „Cimbrian Rites” słucha się z wypiekami na twarzy.

Produkcja zachowała odpowiednią dawkę surowości, ale jednocześnie jest na tyle przejrzysta, by wydobyć wszystkie smaczki ukryte w kompozycjach. Trudno nie podziwiać energii, drapieżności i naturalności, jakie emanują z tego materiału. Album brzmi tak, jakby powstał w połowie lat osiemdziesiątych. Gitarowy duet Klitte/Dikinis nie bawi się w eksperymenty ani ślepe podążanie za trendami. Zamiast tego stawia na agresję, szybkość i czystą radość grania. Każdy riff i każda solówka stanowią prawdziwą ucztę dla fanów klasycznego metalu.

Na uwagę zasługuje również wokal Frederika Klitte, który idealnie wpisuje się w stylistykę zespołu. Jest szorstki, zadziorny i pełen punkowej bezczelności, dzięki czemu znakomicie współgra z bezlitosnym instrumentarium. Całość emanuje autentycznością i sprawia wrażenie, jakby została nagrana w złotej erze metalu. Uwielbiam taki typ wokalu – pełen agresji, charyzmy i drapieżności. Momentami przywodzi na myśl pierwsze albumy Slayera czy Kreatora. Frederik sieje spustoszenie i nie bierze jeńców.

Już od pierwszych sekund „Pestridden Stallions” wiadomo, że nie będzie miejsca na wytchnienie. Zespół atakuje ostrymi riffami, piekielnym tempem i surowym brzmieniem, które przywodzi na myśl dokonania Motörhead, wczesnego Bathory, Exciter czy pierwszych płyt Sodom. Nie chodzi jednak o bezrefleksyjne kopiowanie legend. Speedslut wykorzystuje klasyczne inspiracje, nadając im własny, agresywny charakter. To mocne otwarcie, które stanowi doskonałą zapowiedź tego, co czeka słuchacza w dalszej części albumu.

Zespół nie zwalnia ani na moment. Drugi w kolejności „Asbestos Born Wrath” to prawdziwy killer – przebojowy, melodyjny i niezwykle energetyczny. Świetne balansowanie pomiędzy speed i thrash metalem odnajdziemy również w „Dark Night Riders”. Duńczycy konsekwentnie trzymają się obranej stylistyki, nie tracąc przy tym świeżości i entuzjazmu.

Fanom Motörhead szczególnie powinien przypaść do gustu „Into the Grave”. Szybkie tempo, klasyczny riff i motoryka rodem z najlepszych albumów Lemmy'ego i spółki sprawiają, że jest to kolejny mocny punkt programu. Emocje nie opadają również przy „No One Escapes Death”, który ponownie przemyca liczne thrashmetalowe patenty. Zespół gra z pasją i imponującą pewnością siebie. Z kolei „Stench of Evil” oferuje nieco cięższy i bardziej mroczny klimat, pokazując, że muzycy potrafią budować napięcie również w wolniejszych fragmentach.

Końcówka albumu nie zawodzi. „Armageddon” i „Whores of Speed” to prawdziwe hymny dla miłośników undergroundowego metalu – pełne chwytliwych refrenów, nieokiełznanej energii i oldschoolowego ducha. Tytułowy „Cimbrian Rites” stanowi znakomite zwieńczenie całości. To najbardziej rozbudowany i epicki utwór na płycie, który pokazuje, że Speedslut potrafi wyjść poza prosty schemat grania na pełnych obrotach, gdzie liczy się wyłącznie prędkość.

„Cimbrian Rites” nie próbuje odkrywać speed metalu na nowo. To szczery hołd dla złotej ery gatunku, w którym najważniejsze są znakomite riffy, energia i bezkompromisowe podejście do muzyki. Miłośnicy nowoczesnego grania mogą narzekać na brak innowacyjności, ale fani Hellripper, Venom, Motörhead czy klasycznego Exciter z pewnością znajdą tutaj wszystko, czego oczekują od rasowego speed metalu.

To jeden z tych debiutów, które przypominają, że duch starej szkoły ma się znakomicie. Speedslut zaliczył fenomenalny start i z ogromnym zainteresowaniem będę śledził dalsze losy zespołu. „Cimbrian Rites” to prawdziwa perełka, która zasługuje na uwagę każdego fana klasycznego metalu.

Ocena: 9,5/10

WRATHFORGE - Reaper of souls (2026)


 

Sage Zavage to muzyk o wielu talentach. Podobnie jak Ces Forsberg potrafi samodzielnie stworzyć materiał i położyć solidne fundamenty pod wartościowy album. Fani mogą kojarzyć go z takich projektów jak Bitter Velvet czy Blades Edge. W tym roku powraca z nowym przedsięwzięciem pod nazwą Wrathforge.

To prawdziwy hołd dla heavy i speed metalu lat 80., dlatego każdy miłośnik twórczości Skull Fist, Enforcer, Striker czy Stallion powinien zainteresować się debiutanckim albumem pochodzącego z Ekwadoru Wrathforge. „Reaper of Souls” ukazał się 23 czerwca i od pierwszych minut słychać fascynację Sage'a klasycznym metalem spod znaku Judas Priest, Exciter, wczesnego Helloween czy Blind Guardian. To speed metal w najczystszej i najbardziej porywającej formie.

Na szczególne uznanie zasługuje fakt, że Sage Zavage odpowiada za całą warstwę instrumentalną albumu. To właśnie dzięki niemu muzyka emanuje odpowiednią dynamiką, agresją i energią. W każdej ze swoich ról wypada znakomicie, jednak największe wrażenie robi jako gitarzysta. Jego riffy są pełne pasji, polotu i szacunku dla klasycznych płyt gatunku. Choć czerpie inspiracje od legend heavy i speed metalu, potrafi zachować własny charakter i autentyczność. To sztuka trudna, ale w tym przypadku zakończona pełnym sukcesem.

Efektem jest dopracowany, przebojowy album, który potrafi skraść serce każdego fana tradycyjnego metalu. Od początku do końca utrzymuje wysoki poziom, nie pozwalając słuchaczowi choćby na chwilę nudy. To prawdziwa kopalnia chwytliwych kompozycji i klasycznych metalowych patentów. Do współpracy Zavage zaprosił wokalistę Jareda Pineirosa, który znakomicie odnajduje się w tej stylistyce. Jego wokal dodaje utworom charakteru i pazura, a całość brzmi tak, jakby została nagrana w złotej erze metalu.

Na pochwałę zasługuje również oprawa graficzna. Okładka doskonale oddaje klimat lat 80., podobnie jak produkcja i ogólna estetyka kompozycji. Debiutancki album zawiera dziewięć utworów, które składają się na około czterdzieści minut muzyki.

Całość otwiera rozpędzony utwór tytułowy „Reaper of Souls”, który błyskawicznie wprowadza słuchacza w klimat płyty. Szybkie tempo, mocarny riff i oldschoolowy charakter sprawiają, że trudno przejść obok niego obojętnie. Nie ma tu nic szczególnie odkrywczego, ale Wrathforge nadrabia to autentycznością i ogromną dawką energii.

Kolejny punkt programu, „Streetlights Bleed”, pokazuje talent kompozytorski Sage'a. Utwór stawia na przebojowość i klasyczny heavy metalowy feeling, który niezmiennie działa na wyobraźnię fanów gatunku. Więcej tradycyjnego heavy metalu znajdziemy w zadziornym „They Leave You Behind”. To prosta, ale niezwykle chwytliwa kompozycja, która szybko zapada w pamięć.

W bardziej agresywnym „Fight Until the End” można doszukać się inspiracji debiutem Running Wild. Przewodni motyw gitarowy robi ogromne wrażenie i doskonale pokazuje możliwości Zavage'a jako gitarzysty. Emocji nie brakuje również w „Infernal Summoning”, gdzie zespół ponownie stawia na szybki, bezkompromisowy speed metal.

Powiew świeżości wnosi bardziej rozbudowany i utrzymany w heavy metalowym klimacie „Abismo”. To niezwykle przebojowy utwór, który świetnie oddaje charakter i potencjał zespołu. Fakt, że wykonano go w języku hiszpańskim, tylko dodaje mu wyjątkowego uroku.

Z kolei „You're Gonna Pay” przywołuje skojarzenia z Accept i Judas Priest. To jeden z najmocniejszych punktów albumu – prawdziwa perełka, będąca znakomitym podsumowaniem talentu Sage'a Zavage'a oraz możliwości Wrathforge.

„Reaper of Souls” to album stworzony przez muzyka, który doskonale rozumie ducha klasycznego heavy i speed metalu. Nie znajdziemy tutaj rewolucji ani prób odkrywania gatunku na nowo. Zamiast tego otrzymujemy szczerość, pasję i autentyczny hołd dla starej szkoły metalu. Dla jednych będzie to wada, dla innych ogromna zaleta. Ja zdecydowanie należę do tej drugiej grupy.

Ocena: 8,5/10

piątek, 26 czerwca 2026

MASTERPLAN - Metalmorphosis (2026)


 Niemiecki Masterplan tworzył wielkie rzeczy w czasach, gdy za mikrofonem stał Jorn Lande. Każdy z trzech albumów nagranych z jego udziałem można dziś uznać za klasykę gatunku i jednocześnie najlepsze dokonania w historii zespołu. Bardzo cenię również „MK II”, na którym świetnie spisał się Mike DiMeo. Nie mogę jednak przeboleć faktu, że obecnie wokalistą grupy jest Rick Altzi, który zwyczajnie nie pasuje mi do stylistyki Masterplanu. „Novum Initium” miało kilka znakomitych momentów i potrafiło miejscami zabrzmieć jak dawny Masterplan, ale nie brakowało tam również wypełniaczy oraz nietrafionych pomysłów. W mojej opinii pozostaje to najsłabszy album w dyskografii zespołu. Był rok 2013, a dziś – trzynaście lat później – otrzymujemy nowy materiał zatytułowany „Metalmorphosis”. Sam tytuł sugeruje powrót do cięższego grania. Czyżby zespół postanowił wrócić do korzeni? Do melodyjnego, mrocznego i przebojowego power metalu, z którego zasłynął na początku swojej kariery?

Można odnieść wrażenie, że właśnie taki był zamysł. Masterplan chciał nagrać album nawiązujący do dwóch pierwszych płyt. Miało być chwytliwie, melodyjnie, momentami mrocznie, a przy tym nieco progresywnie. Plan był ambitny, jednak nie wszystko wyszło tak dobrze, jak można było oczekiwać. Nie zmienia to faktu, że nadal największym problemem pozostaje dla mnie Rick Altzi. Lubię go w Herman Frank czy Thunderstone, ale tutaj wciąż nie potrafię się do niego przekonać. To bez wątpienia dobry wokalista, jednak nie jest ani Jornem Lande, ani Mike'em DiMeo. Osobiście znacznie chętniej usłyszałbym w tym składzie Ronniego Romero. Mamy jednak to, co mamy, i trzeba oceniać materiał takim, jaki jest.

Cieszy natomiast powrót ciężaru, mroku, bardziej rozbudowanych melodii oraz wyraźnie power metalowego charakteru. Słychać chęć powrotu do korzeni, choć zagrywki Rolanda Grapowa i same pomysły kompozycyjne są dalekie od poziomu, jaki zespół prezentował przed laty. Na pokładzie wciąż znajdują się doświadczeni muzycy, ale nie zawsze przekłada się to na jakość samych utworów. To dobra płyta do posłuchania, jednak nie jest to wydawnictwo, które podbije świat metalu. O tytule albumu roku raczej nie ma mowy.

Na pewno warto pochwalić klimatyczną i przyciągającą wzrok okładkę oraz mocniejsze, dopracowane brzmienie, które doskonale współgra z muzyką Masterplanu. Album otwiera jeden z najdłuższych utworów na płycie – „Chase the Light”. Kompozycja przywołuje skojarzenia z „Crimson Rider” i ogólnie z klimatem dwóch pierwszych albumów. Mocny riff, odpowiednie tempo oraz dobrze współgrające wokale Ricka i Rolanda napawają optymizmem. Nieco zgrzyta tutaj śpiew Grapowa, który nigdy nie był wybitnym wokalistą. Mimo wszystko utwór skutecznie przywołuje ducha dawnych lat i pokazuje, że Masterplan wciąż potrafi grać rasowy power metal. Wpływy czasów Rolanda w Helloween wyraźnie słychać w przebojowym „Electric Nights”, który zachwyca chwytliwą melodią i porywającym refrenem. Całość momentami przypomina „Heroes” z debiutanckiego albumu.

Stonowany i mroczny „Shadow Man” to kolejny mocny punkt programu. Utwór opiera się na ciężkim riffie i ponurej atmosferze, a przy tym brzmi jak stary, dobry Masterplan. Równie dobrze wypada „Bound to Fall”, choć tutaj zaczyna brakować elementu zaskoczenia i świeżości. Słucha się tego przyjemnie, ale niewiele pozostaje w pamięci po zakończeniu utworu.

W „Pain of Yesterday” zespół mocniej skręca w progresywne rejony i momentami przywołuje skojarzenia z „Soulburn”. Orientalne motywy dodają kompozycji charakteru i sprawiają, że wyróżnia się ona na tle reszty materiału. Tytułowy „Metalmorphosis” podtrzymuje ciężkie, power metalowe oblicze albumu. To solidna kompozycja, choć również ona nie zapada w pamięć tak mocno, jak można by oczekiwać.

Jednym z najlepszych momentów płyty jest rozpędzony „Through the Storm”. Tutaj wszystko się zgadza – szybkie tempo, chwytliwa melodia, mocny riff i świetny refren. Na taki Masterplan czekałem. Nawet Rick Altzi wypada tutaj zdecydowanie lepiej niż w pozostałych utworach. „Ghostlight” sprawia natomiast wrażenie nieco nijakiego. Z kolei „The Call” wydaje się zbyt długi, a kolejny wokalny udział Rolanda nie jest szczególnie potrzebny. Mimo to sam utwór zasługuje na wyróżnienie, ponieważ zawiera wiele elementów charakterystycznych dla klasycznego Masterplanu. Szczególnie dobrze wypada podniosły, emocjonalny refren. Na zakończenie otrzymujemy dobrze znany już „Rise Again”. To kolejna udana kompozycja, ale również tutaj pozostaje pewien niedosyt. Jakby zabrakło ostatnich szlifów i odrobiny kompozytorskiego geniuszu.

„Metalmorphosis” nie jest albumem, który odmieni oblicze power metalu. To jednak bardzo solidny powrót zespołu, który przez lata wypracował własną tożsamość. Znajdziemy tu dobre melodie, profesjonalne wykonanie i autentyczną pasję do klasycznego heavy i power metalu. Masterplan udowadnia, że nawet po trzynastoletniej przerwie można wrócić w dobrej formie i nagrać album szanujący własną historię, a jednocześnie niebrzmiący jak odgrzewanie dawnych sukcesów. Cieszy, że zespół ponownie postawił na bardziej agresywne granie i wyraźniej zaakcentował swoje heavy/power metalowe korzenie. Niestety, nadal brakuje wokalisty pokroju Jorna Lande oraz utworów klasy takich jak „Kind Hearted Light”, „Spirit Never Die” czy „Lost and Gone”. Mam jednak nadzieję, że kolejny album ukaże się szybciej i będzie bardziej dopracowany, bardziej przebojowy oraz bogatszy w kompozycje, które na długo pozostaną w pamięci słuchaczy.

Ocena: 7/10

BURNING SUN - Power To Survive (2026)


 
Zmiany, zmiany w obozie Burning Sun. Ta węgierska formacja działa od 2022 roku i ma już na swoim koncie trzy albumy studyjne. Na najnowsze wydawnictwo, zatytułowane Power to Survive, przyszło nam czekać zaledwie rok. Po dwóch albumach osadzonych w fantastycznych narracjach i utrzymanych w duchu klasycznego europejskiego power metalu, Burning Sun powraca z trzecim krążkiem, który otwiera nowy rozdział w historii zespołu. Do składu dołączyli wokalista Nicolas Peter oraz perkusista Edmond Kulcsár, a zmiany personalne wyraźnie wpłynęły na brzmienie i charakter materiału. Zespół do tej pory prezentował bardzo wysoki poziom, jednak na Power to Survive wkracza na zupełnie nowy etap rozwoju. To piękny hołd dla klasycznego europejskiego power metalu spod znaku Helloween, Insanii czy Edguy. Kto by się spodziewał, że Burning Sun nagra tak znakomity album? Premiera płyty odbędzie się 21 sierpnia nakładem Pride and Joy Music.

Pod względem tematycznym album odchodzi od rozbudowanych opowieści fantasy obecnych na Retribution. Tym razem muzycy skupiają się na motywach wytrwałości, pokonywania przeciwności losu oraz odnajdywania siły w najtrudniejszych momentach życia. Tytuł płyty nie jest więc pustym sloganem – przesłanie nadziei, determinacji i walki przewija się przez cały materiał.

Na szczególną uwagę zasługują gościnne występy Herbiego Langhansa oraz Alexandry Lioness, które wzbogacają wybrane kompozycje i dodają im dodatkowych barw. Produkcja jest klarowna, dynamiczna i odpowiednio mocna, eksponując zarówno gitarowe harmonie, jak i solidny fundament rytmiczny. Album nie odkrywa nowych lądów w gatunku, ale nadrabia to szczerością, pasją oraz bardzo wysokim poziomem wykonawczym.

Zmiany personalne objęły również podział obowiązków w zespole. Poncho Ireland skupił się obecnie wyłącznie na grze na gitarze, natomiast Nicolas Peter pełni rolę zarówno wokalisty, jak i drugiego gitarzysty. Za perkusją zasiadł Edmond Kulcsár.
Burning Sun nie zamierza gonić za współczesnymi trendami. Zespół pozostaje wierny estetyce wypracowanej przez takich gigantów gatunku jak Helloween, Gamma Ray czy HammerFall, stawiając na melodyjne refreny, galopujące riffy oraz podniosły klimat. Jednocześnie Power to Survive nie sprawia wrażenia muzealnego eksponatu. Energia nowych kompozycji oraz świeży głos Nicolasa Petera nadają materiałowi więcej dynamiki i przebojowości niż na poprzednich wydawnictwach. Wokal Nicolasa prezentuje się znakomicie i doskonale oddaje ducha klasycznych płyt power metalowych. Słychać wyraźne inspiracje Michaelem Kiske oraz Tobiasem Sammetem, co jeszcze bardziej przybliża słuchacza do złotej ery gatunku z lat dziewięćdziesiątych. Siłą albumu jest bez wątpienia współpraca gitarzystów. Muzycy stawiają na klasyczne rozwiązania, szybkość, agresję oraz chwytliwe melodie. Każdy utwór emanuje przebojowością i oferuje pomysłowe linie melodyczne. W wielu momentach można odnieść wrażenie, że obcuje się z odnalezionym klasykiem sprzed trzech dekad.

Materiał został całkowicie pozbawiony zbędnych dłużyzn, nudnych wypełniaczy czy niepotrzebnych eksperymentów. Burning Sun rozwinął skrzydła i nagrał swój najlepszy album, który śmiało można zaliczyć do najważniejszych wydawnictw 2026 roku. To muzyka brzmiąca jak zaginiony klasyk lat 90., a podczas odsłuchu niejednemu fanowi zakręci się łza w oku. Całość trwa zaledwie 38 minut, dzięki czemu album jest niezwykle zwarty i konkretny.

Płytę otwiera rozpędzony „Quest Divine”, który od pierwszych sekund stanowi doskonałe wprowadzenie do świata albumu. Zespół wysyła jasny sygnał, że mamy do czynienia z pełnokrwistym hołdem dla klasyki power metalu. Inspiracje twórczością Edguy, Helloween z ery Kiskego czy Insanii są wyraźnie słyszalne. Pomysłowe kompozycje, ogrom energii oraz imponujące popisy wokalne Nicolasa robią znakomite wrażenie. Następnie otrzymujemy potencjalny przebój w postaci „Emalys Hymn”, w którym swoje trzy grosze dorzuca Herbie Langhans. To power metal w najlepszym wydaniu. Równie dobrze wypada melodyjny i niezwykle chwytliwy „Tale of Brothers”, brzmiący niczym połączenie Gamma Ray, Stratovariusa i Helloween. Nie ma tu nic odkrywczego, ale zespół dostarcza ogromnej dawki frajdy. Z muzyki wręcz biją radość i miłość do klasycznego power metalu.  

Nowy album to prawdziwa kopalnia przebojów, a „Light of the World” jest tego doskonałym przykładem. Utwór przywołuje najlepsze skojarzenia ze starym Helloween czy Edguy. Podobne emocje wywołuje „Over and Beyond”, który również bazuje na sprawdzonych wzorcach, ale robi to z wyczuciem i pasją. Ducha dawnego Edguy można usłyszeć także w rozpędzonym „Come Home” oraz klimatycznym „Spirit Alive”, które przywodzą na myśl czasy albumu Mandrake. Oba utwory zostały zaaranżowane z dużą dbałością o detale i wyraźnym wyczuciem melodii. Na płycie znalazło się również miejsce dla spokojniejszej odsłony zespołu. Ballada „Holy Light” jest nastrojowa i przyjemna w odbiorze, choć do poziomu najlepszych kompozycji na albumie nieco jej brakuje. To bez wątpienia najsłabszy punkt wydawnictwa, choć nadal utrzymany na przyzwoitym poziomie. Wielki finał należy do „We Rise”, które stanowi kolejne odwołanie do kultowych dzieł pokroju Keeper of the Seven Keys czy Vain Glory Opera. To kompozycja doskonale oddająca wszystko, co najpiękniejsze w power metalu – epicki rozmach, emocje, melodyjność i niezapomnianą atmosferę.

Największą siłą Power to Survive pozostaje jednak autentyczność. W czasach, gdy wiele zespołów powermetalowych ucieka w stronę symfonicznych aranżacji lub nowoczesnych eksperymentów, Burning Sun konsekwentnie rozwija klasyczną formułę. Dzięki temu album trafia przede wszystkim do słuchaczy tęskniących za złotą erą europejskiego power metalu.

Całość brzmi jak zaginiony klasyk z lat dziewięćdziesiątych. Zespół rozwinął skrzydła, wszedł na wyższy poziom i udowodnił, że zmiany personalne wyszły mu wyłącznie na dobre. Power to Survive to najlepszy album w dorobku Burning Sun i jednocześnie jedno z najciekawszych wydawnictw roku 2026.
Brawo!

Ocena: 9/10

czwartek, 25 czerwca 2026

SPACE PARASITES - Make me Evil (2026)


 Niemiecki Space Parasites od kilku lat konsekwentnie umacnia swoją pozycję na undergroundowej scenie thrashmetalowej. Po ciepło przyjętym albumie „The Spellbound Witch” zespół powraca z nowym wydawnictwem zatytułowanym „Make Me Evil”, które ukazało się 6 czerwca 2026 roku nakładem Fetzner Death Records. Na słuchaczy czeka jedenaście utworów i ponad 41 minut rasowego thrashu doprawionego speedmetalową energią oraz sporą dawką klasycznego heavy metalu. To pozycja obowiązkowa dla fanów Holy Moses, Burning Witches czy Destruction. Co najważniejsze – płyta potrafi pozytywnie zaskoczyć.

„Make Me Evil” to album głęboko zakorzeniony w tradycji niemieckiego thrash metalu. Nie brakuje tu wpływów takich zespołów jak Kreator, Tankard, Destruction czy Assassin, jednak Space Parasites nie ogranicza się wyłącznie do bezkompromisowej agresji. W ich muzyce słychać również inspiracje klasycznym heavy metalem spod znaku Judas Priest, Accept czy Burning Witches. Dzięki temu materiał jest zróżnicowany i angażujący, a jego stosunkowo długi czas trwania nie powoduje znużenia.

Największym wyróżnikiem zespołu pozostaje bez wątpienia charyzmatyczna wokalistka Danger Dine. Artystka stawia przede wszystkim na ekspresję, agresję i sceniczny charakter. Jej głos może nie należy do najbardziej wszechstronnych, ale doskonale współgra z prezentowaną stylistyką. W bardziej dynamicznych fragmentach przywodzi na myśl klasycznych frontmanów niemieckiej sceny thrashowej, dodając kompozycjom odpowiedniej zadziorności. To właśnie jej wokal stanowi jeden z najmocniejszych punktów całego wydawnictwa.

Sekcja rytmiczna również zasługuje na uznanie. Perkusja napędza większość utworów solidną porcją energii, natomiast bas nie ginie całkowicie w miksie, co w przypadku współczesnych produkcji thrashowych wcale nie jest regułą. Całość brzmi naturalnie i zachowuje przyjemną, oldschoolową surowość.
Największym atutem albumu pozostają jednak gitary. Riffy są agresywne, dynamiczne i wyjątkowo chwytliwe. Muzycy sprawnie przechodzą od błyskawicznych thrashowych galopad do bardziej melodyjnych partii, nie tracąc przy tym spójności. Solówki stoją na wysokim poziomie – nie są przesadnie rozbudowane, ale skutecznie podkreślają charakter poszczególnych kompozycji. Duet gitarzystów Massaker/Daschke prezentuje imponujące umiejętności, dostarczając mnóstwo rasowych riffów i efektownych zagrywek. Jest klasycznie, ale jednocześnie świeżo, przebojowo i niezwykle energetycznie.

Na płycie znajdziemy ponad 41 minut świetnej muzyki, która pokazuje, że w gatunku wciąż można stworzyć coś wartościowego. Całość otwiera mroczne intro, po którym następuje tytułowy „Make Me Evil” – utwór przypominający Crystal Viper na sterydach. Szybkie tempo, speedmetalowy charakter i znakomita energia sprawiają, że jest to jeden z najmocniejszych punktów albumu. Tak mocne otwarcie to doskonały znak.
Zespół nie zwalnia tempa i chwilę później serwuje energiczny oraz melodyjny „Bedeviled Witch”, będący prawdziwym pokazem siły i kompozytorskiej kreatywności. Heavy metalowy pazur odnajdziemy w zadziornym, nieco bardziej stonowanym „Neckwrecker”, który udowadnia, że grupa potrafi umiejętnie balansować między agresją a przebojowością. Thrashmetalową furię przynosi z kolei „Hellbound”, napędzany ostrymi riffami i wysoką intensywnością.

Miłośnicy bardziej melodyjnego heavy metalu z pewnością docenią „How Often”. To jeden z najbardziej chwytliwych momentów na płycie, a jego refren na długo pozostaje w pamięci. Następnie otrzymujemy utrzymany w klimacie heavy/speed metalowym „Monster”, który po raz kolejny potwierdza talent zespołu do pisania atrakcyjnych kompozycji. Mocny riff , dopracowane solówki i klasyczne rozwiązania sprawiają, że utwór błyskawicznie wpada w ucho.

Nie sposób pominąć również „Tarot”, który zachwyca prostotą, przebojowością i kolejnym świetnie skonstruowanym refrenem. Z kolei fani Destruction czy Tankard z pewnością zwrócą uwagę na rasowo thrashowy „Hostiles”. Album zamyka zadziorny „She”, doskonale podsumowujący charakter całego wydawnictwa i pozostawiający słuchacza z poczuciem dobrze spędzonego czasu.

„Make Me Evil” nie jest płytą, która zrewolucjonizuje thrash metal, ale zdecydowanie stanowi przykład solidnego, uczciwego i pełnego pasji grania. Space Parasites udowadnia, że klasyczny thrash wciąż potrafi dostarczać mnóstwo emocji, jeśli stoi za nim odpowiednie zaangażowanie i pomysłowość. Fani Burning Witches, Destruction, Tankard czy Assassin powinni koniecznie dać temu albumowi szansę. To bez wątpienia jedno z ciekawszych wydawnictw tego roku.

Ocena: 9/10

środa, 24 czerwca 2026

DRAKKAR - Invasion (2026)


 Belgijski Drakkar nie należy do zespołów, które regularnie zasypują fanów nowymi wydawnictwami. Grupa działa od 1983 roku i przez lata wypracowała sobie solidną pozycję na europejskiej scenie heavy i power metalu. Po dziewięciu latach od poprzedniego albumu powraca z czwartym krążkiem studyjnym zatytułowanym „Invasion”, który ukazał się 19 czerwca 2026 roku nakładem Wormholedeath. Album zawiera dziewięć utworów i niespełna 40 minut muzyki utrzymanej w klasycznej stylistyce heavy/power metalu. Nowa płyta, odświeżony skład i kolejna dawka metalowych emocji. Czy Drakkar mimo upływu lat nadal potrafi utrzymać wysoki poziom? Czas to sprawdzić.

Do zespołu powrócił wokalista Leni Anderssen, doskonale znany fanom grupy. Jego charakterystyczny głos idealnie wpisuje się w estetykę Drakkar. Potrafi nadać kompozycjom zarówno mroczny klimat, jak i odpowiednią dawkę drapieżności. Warto również wspomnieć o zmianach personalnych w sekcji gitarowej. Od 2025 roku za gitary odpowiadają Nico RR oraz Vanhotebeek. Nie brakuje im technicznych umiejętności, wyczucia melodii ani ciężaru, jednak momentami można odnieść wrażenie, że ich kompozycjom brakuje większej przebojowości.

Mimo pewnych niedociągnięć Drakkar nadal prezentuje solidny poziom w ramach klasycznego heavy/power metalu. Problemem okazuje się jednak niedostatek wyrazistych hitów oraz ograniczona liczba momentów, które na dłużej zapadają w pamięć. Brakuje także elementu zaskoczenia i świeżości, które mogłyby wyróżnić album na tle konkurencji. Nie zmienia to jednak faktu, że „Invasion” pozostaje materiałem godnym uwagi.

Największą słabością płyty jest właśnie zachowawczość. Drakkar porusza się po doskonale znanym sobie terytorium i rzadko wychodzi poza sprawdzone gatunkowe schematy. Z drugiej strony właśnie tego mogą oczekiwać miłośnicy klasycznego heavy i power metalu. Zespół nie próbuje na siłę uwspółcześniać swojego brzmienia, stawiając na tradycyjne rozwiązania i solidne muzyczne rzemiosło.

Pod względem produkcyjnym „Invasion” prezentuje się bardzo dobrze. Brzmienie jest selektywne, ale nieprzesadnie sterylne. Gitary mają odpowiednią moc, sekcja rytmiczna pracuje bez zarzutu, a wokal Anderssena brzmi pewnie i przekonująco. Całość zachowuje oldschoolowy charakter, dzięki czemu album nie traci swojej autentyczności.
Płytę otwiera „To The Shores”, pełniący rolę klimatycznego wprowadzenia do świata Drakkar. Chwilę później otrzymujemy tytułowy „Invasion” – szybki i energiczny numer oparty na galopujących riffach oraz mocnym refrenie. To jeden z tych utworów, który natychmiast przywołuje skojarzenia z klasycznym Running Wild. Mocne otwarcie albumu i jeden z jego najjaśniejszych punktów.

Więcej melodyjności przynosi „Far Away”, w którym nie brakuje charakterystycznej dla niemieckiego heavy metalu surowości oraz mrocznego klimatu. Najdłuższym utworem na płycie jest „Mad Clown” – kompozycja przebojowa i nieco bardziej teatralna, momentami przywodząca na myśl klimat „Majesty” Blind Guardian. To właśnie tutaj zespół pokazuje, że potrafi urozmaicić swój materiał i wyjść poza najbardziej oczywiste rozwiązania.

Więcej ciężaru i mroku odnajdziemy w „Bloody Mary”. To solidny utwór, choć właśnie w tym miejscu album zaczyna nieco tracić impet. „Crying Out” wypada dość blado na tle wcześniejszych kompozycji i trudno odnaleźć w nim elementy, które wyróżniałyby go spośród pozostałych utworów. Podobnie jest z zamykającym album „The Everlasting Journey”. To przyzwoita kompozycja, jednak sprawia wrażenie niedostatecznie rozwiniętej i pozostawia pewien niedosyt.

„Invasion” nie jest albumem rewolucyjnym, ale z pewnością można uznać go za udane wydawnictwo. To kawał solidnego europejskiego heavy/power metalu, pełnego energii, melodyjnych gitar i klasycznego metalowego ducha. Fani Running Wild, Helloween, Tokyo Blade czy tradycyjnego speed metalu znajdą tutaj wiele powodów do zadowolenia.
Ostatecznie zabrakło nieco większej dawki przebojowości, mocniejszych refrenów oraz kilku bardziej zapadających w pamięć kompozycji. Mimo to jest to album godny uwagi, który powinien przypaść do gustu wszystkim miłośnikom klasycznego metalu.

Ocena: 7/10

wtorek, 23 czerwca 2026

DESTRUCTOR - Tales of Glory (2026)


 

Po ponad 40 latach działalności amerykański Destructor udowadnia, że tradycyjny metal wcale nie musi brzmieć jak muzealny eksponat. Zespół dorobił się siedmiu albumów studyjnych, a najnowszy z nich, zatytułowany „Tales of Glory”, ukazał się 19 czerwca. To niespełna 39 minut czystego heavy/thrashowego grania – bez nowoczesnych trików, za to z masą soczystych riffów, heroicznych refrenów i atmosferą rodem z lat 80. To propozycja skierowana przede wszystkim do fanów Exciter, Metal Church, Agent Steel czy Running Wild.

Album brzmi niczym list miłosny do amerykańskiego metalu lat 80. Nie ma tu ani grama metalcore'owych naleciałości, cyfrowych sztuczek czy przesadnie wypolerowanej produkcji. Zamiast tego otrzymujemy żywe gitary, naturalnie brzmiącą perkusję oraz wokal, który momentami jest surowy, ale właśnie dzięki temu zachowuje autentyczność.

Największą siłą Destructor pozostaje umiejętność łączenia klasycznego heavy metalu z thrashową agresją. Riffy są szybkie, zadziorne i pełne energii, ale jednocześnie nie brakuje im melodyjności. To w dużej mierze zasługa zgranego duetu gitarowego – Pata Rabida „Hellhounda” i Dave'a „Overkilla” Hoovera. Muzycy doskonale wiedzą, jak budować napięcie za pomocą agresywnych riffów, dynamicznych przejść i klasycznych heavy metalowych zagrywek. Problem w tym, że nie proponują niczego szczególnie odkrywczego. Materiał jest bardzo sprawnie zagrany, ale momentami sprawia wrażenie wtórnego i opartego na doskonale znanych schematach.

Kolejnym mocnym punktem jest wokal Dave'a „Overkilla” Hoovera. Nie próbuje on rywalizować z młodszymi wokalistami pod względem skali czy agresji. Zamiast tego stawia na doświadczenie, charakter i odpowiednią interpretację. Jego głos idealnie współgra z tekstami opowiadającymi o wojownikach, bitwach i heroicznych czynach.

Produkcja prezentuje bardzo wysoki poziom, choć świadomie zachowano jej oldschoolowy charakter. Gitary mają odpowiednią moc, bas nie ginie w miksie, a perkusja brzmi naturalnie i dynamicznie. Nie jest to może poziom sterylnej selektywności współczesnych nagrań, ale właśnie dzięki temu album posiada własny charakter i energię. Na pochwałę zasługuje również okładka, która doskonale oddaje klimat klasycznych metalowych wydawnictw z lat 80.

Płyta zawiera dziesięć utworów i trwa niespełna 38 minut. Całość rozpoczyna klimatyczne intro, po którym następuje agresywny i rozpędzony „Shadow Magic”. Utwór czerpie pełnymi garściami z dokonań Liege Lord, wczesnego Helloween czy Exciter. Już tutaj słychać, że Destructor doskonale odnajduje się w tej stylistyce. Brzmienie gitar i niektóre zagrywki przywodzą na myśl również twórczość Running Wild.

Wpływy wczesnego Exciter oraz Overkill są jeszcze bardziej słyszalne w „Harbinger of Death”, gdzie zespół stawia na mocniejszy, bardziej thrashowy charakter. To bardzo udany numer, choć ponownie trudno mówić o jakimkolwiek elemencie zaskoczenia.

Na płycie znajdziemy także zadziorny i speedmetalowy „Wolves at Your Door”, który tylko potwierdza fascynację zespołu klasycznym brzmieniem Running Wild. Z kolei „Death Screams” nadrabia przebojowością i chwytliwymi melodiami, skutecznie równoważąc cięższe momenty albumu.

Elementy speed i thrash metalu odnajdziemy również w dynamicznym „Fall to Your Knees”. To utwór, którego słucha się z dużą przyjemnością, choć i tutaj trudno oprzeć się wrażeniu, że zespół porusza się wyłącznie po dobrze znanych ścieżkach.

Destructor znakomicie odnajduje się w bardziej agresywnej stylistyce, czego dowodem jest „Answers in Blood”. To jeden z najmocniejszych punktów albumu – szybki, bezkompromisowy i bardzo dobrze skonstruowany utwór.

W dalszej części otrzymujemy chwytliwy i drapieżny „Rise to the Call”, który dzięki mocnemu refrenowi na długo zapada w pamięć. Zespół nie zwalnia tempa i na zakończenie serwuje „Victorious Warrior” – mocny, rasowy thrashmetalowy numer oparty na klasycznych patentach gatunku. To utwór pełen pasji i energii, stanowiący bardzo udane zwieńczenie całego wydawnictwa.

„Tales of Glory” to album niezwykle równy pod względem kompozycyjnym. Nie ma tutaj utworów, które można byłoby uznać za wypełniacze. Niektórym słuchaczom może zabraknąć większej liczby eksperymentów czy bardziej zaskakujących rozwiązań, ale trudno oprzeć się wrażeniu, że Destructor wcale nie miał takiego celu. Chodziło raczej o stworzenie płyty, która mogłaby stanąć obok klasycznych wydawnictw amerykańskiego power i thrash metalu z lat osiemdziesiątych – i pod tym względem zadanie zostało wykonane wzorowo.

Od początku do końca jest to materiał spójny, energetyczny i wypełniony solidnymi kompozycjami. Dla miłośników klasycznego heavy, speed i thrash metalu będzie to jedna z ciekawszych premier tego roku.

Ocena: 8/10

poniedziałek, 22 czerwca 2026

BORN AGAIN - New metal breed (2026)


 

Francuski Born Again postawił w tym roku na okładkę utrzymaną w klimacie „Terminatora” i był to bardzo trafiony ruch. Przyciągnie ona uwagę słuchaczy, którzy wcześniej nie mieli styczności z twórczością zespołu. New Metal Breed to trzeci studyjny album grupy, wydany 6 czerwca nakładem Steel Shark Records. Jest to pozycja skierowana przede wszystkim do miłośników heavy i speed metalu spod znaku lat 80. W muzyce Born Again wyraźnie słychać inspiracje takimi zespołami jak Grave Digger, Accept, Judas Priest, Agent Steel czy Exciter. Nie znajdziemy tutaj niczego rewolucyjnego, ale bez wątpienia jest to album godny uwagi.

Największym atutem Born Again pozostaje charyzmatyczny wokalista Thierry, który wyraźnie czerpie inspiracje z manier wokalnych Udo Dirkschneidera i Chrisa Boltendahla. Śpiewa zadziornie, z odpowiednią dawką agresji i charakteru, dzięki czemu nadaje materiałowi własną tożsamość. Za partie gitarowe oraz solidne solówki odpowiada Steff Dupont. Na albumie dominuje mroczny klimat i surowa, nieco toporna motoryka riffów. Gitarzysta stawia na proste, sprawdzone rozwiązania, mocno zakorzenione w klasyce gatunku. Całość brzmi dopracowanie, a słuchacz otrzymuje porcję rasowego heavy/speed metalu. Miłym ukłonem w stronę Judas Priest i złotej ery gatunku jest cover „Riding on the Wind”.

Na płycie nie brakuje również interesujących kompozycji. Bardzo dobrze prezentuje się utwór tytułowy „New Metal Breed” – prosty, zadziorny i pełen energii heavy/speedmetalowy numer. To prawdziwy hołd dla lat 80. i niemieckiej sceny heavy metalowej. Fani Grave Digger i Accept powinni być usatysfakcjonowani. Następnie otrzymujemy „Preu or the Devil”, który ponownie odwołuje się do klasycznych wzorców spod znaku Judas Priest, Accept czy Paragon. To mocny kawałek, doskonale oddający styl oraz jakość zespołu.

Grupa nie zwalnia tempa również w „Strike of Sinner”. Nie ma tutaj miejsca na eksperymenty – Born Again konsekwentnie bazuje na sprawdzonych patentach, ale robi to z pasją i autentycznym oddaniem dla heavy metalu. Zespół świetnie odnajduje się także w szybszych fragmentach, czego dowodem jest „Heroes in the Dark” – niezwykle żywiołowy i przebojowy utwór.

Na pochwałę zasługuje również umiejętność tworzenia chwytliwych kompozycji. Takie utwory jak „Dawn of Steel” czy „Hail to the King” tylko to potwierdzają. Zespół znakomicie balansuje pomiędzy heavy a speed metalem, zachowując przy tym ducha lat 80. Finał albumu przynosi bardziej rozbudowaną i klimatyczną kompozycję „Made in Hell / The Last Stand”, która stanowi godne zwieńczenie całości.

New Metal Breed to album skierowany do fanów tradycyjnego heavy metalu, którzy cenią szybkie tempa, wyraziste riffy i futurystyczną tematykę. Born Again nie próbuje rewolucjonizować gatunku, ale udowadnia, że klasyczny heavy metal wciąż może brzmieć świeżo, energetycznie i przekonująco. To płyta nagrana z pasji do gatunku i miłości do klasycznego grania w duchu Grave Digger, Accept oraz Judas Priest. Warto po nią sięgnąć.

Ocena: 7,5/10

niedziela, 21 czerwca 2026

SINNER - Boom bang goodbye (2026)


 Po ponad czterech dekadach działalności niemiecka legenda hard rocka i heavy metalu, Sinner, żegna się z fanami albumem „Boom Bang Goodbye”. Już sam tytuł sugeruje, że nie jest to kolejna pozycja w dyskografii zespołu, lecz świadomie zaplanowane pożegnanie z historią rozpoczętą w 1982 roku przez Mata Sinnera. Ostatnie wydawnictwa grupy, a zwłaszcza „Brotherhood”, okazały się bardzo udane, dlatego byłem ciekaw, czy Matowi uda się utrzymać podobny poziom i ponownie trafić w mój gust. Płyta ukaże się 31 lipca i z pewnością każdy fan Sinner będzie chciał przekonać się, w jaki sposób Mat Sinner żegna się ze swoimi słuchaczami.

Największym atutem albumu jest imponująca lista gości. W nagraniach udział wzięli m.in. Ronnie Romero, Michael Sadler, Björn Strid, Erik Mårtensson oraz Michael Bormann. Tak szeroka reprezentacja wokalistów i muzyków sprawia, że „Boom Bang Goodbye” staje się nie tylko pożegnaniem zespołu, ale również swoistym hołdem dla europejskiej sceny melodyjnego metalu i hard rocka.

Trochę szkoda, że zaproszeni goście momentami przyćmiewają samego Mata Sinnera. Jego wokalu jest tu stosunkowo niewiele, przez co główny bohater tego pożegnania schodzi chwilami na dalszy plan. W składzie zespołu doszło również do zmian personalnych. W 2025 roku do grupy dołączył gitarzysta Jim Müller oraz klawiszowiec Lisa Müller. Muzycy wykonują swoje zadania solidnie, jednak nie wnoszą do materiału nic szczególnie zaskakującego. Brakuje nieco świeżości i dodatkowego zastrzyku energii, choć mimo wszystko udało się stworzyć naprawdę interesujący album.

Produkcja Jacoba Hansena gwarantuje nowoczesne, selektywne brzmienie bez utraty klasycznego charakteru Sinner. Album zawiera jedenaście utworów, a jego dużą zaletą jest różnorodność materiału. Każdy powinien znaleźć tutaj coś dla siebie. Fanom heavy i power metalu, a także sympatykom twórczości Primal Fear, do gustu może przypaść otwierający album „Dreams Can Come True”. To kompozycja oparta na sprawdzonych rozwiązaniach charakterystycznych dla Sinner. Nie wnosi niczego nowego, ale nadrabia chwytliwością, energią i przebojowym charakterem. Pierwszy singiel „Wait” pokazuje grupę z najbardziej melodyjnej strony. Utwór opiera się na chwytliwym refrenie, klasycznych gitarowych riffach i pozytywnej energii. To rasowy hardrockowy przebój, do jakiego Mat Sinner przyzwyczaił swoich fanów przez lata. Słucha się go bardzo dobrze, choć pewien niedosyt pozostaje.

Zupełnie inne emocje przynosi spokojniejszy „Leave All Behind”. Utwór urzeka klimatem i doskonale oddaje piękno hardrockowej stylistyki. Świetnie odnalazł się tutaj Ronnie Romero, którego wokal dodaje kompozycji dodatkowej głębi. To jeden z tych numerów, które zostają ze słuchaczem na długo po zakończeniu odsłuchu. Miłośnicy połączenia Dokken i Judas Priest bez problemu odnajdą się w „All Night Long”. To kolejny solidny punkt programu, choć podobnych kompozycji na rynku nie brakuje. Zabrakło nieco bardziej wyrazistej melodii i charakterystycznego motywu przewodniego.
Bardziej pogodny „Are You Ready” ewidentnie powstał z myślą o radiowych playlistach. To prosty, chwytliwy i bardzo przystępny numer, który jednak nie oferuje nic ponad sprawdzone schematy. Podobne odczucia wywołuje przebojowy i zadziorny „Born To Run”, będący udanym układem w stronę hard rocka lat osiemdziesiątych.
Znacznie cięższe oblicze zespołu poznajemy w „Hellbreaker”. Tutaj wyraźnie słychać wpływy Primal Fear oraz współczesnego heavy/power metalu. To agresywniejsza, bardziej dynamiczna kompozycja, która wnosi na płytę sporo energii. Szkoda, że takich utworów nie znalazło się na albumie więcej.

Prawdziwą perełką okazuje się „Turn The Page”. Refren jest wręcz znakomity i stanowi kwintesencję rasowego hard rocka. To utwór, który równie dobrze sprawdzi się w samochodzie, radiu czy podczas spokojnego wieczornego odsłuchu. Takie kompozycje są dziś na wagę złota. Michael Bormann błyszczy z kolei w „Road To Remember”. To jeden z najmocniejszych punktów programu, pełen mocy, melodii i przebojowości. Trudno oprzeć się wrażeniu, że Mat Sinner serwuje tutaj słuchaczom prawdziwą kolekcję potencjalnych hitów. Oczywiście nie każdy utwór prezentuje identycznie wysoki poziom, ale całość trzyma bardzo dobrą formę. "Under The Moonlight” to kolejny udany mariaż hard rocka i heavy metalu. Album zamyka natomiast „Power” – rasowy heavy metalowy hymn, wyraźnie nawiązujący do stylistyki Primal Fear i niemieckiej szkoły power metalu. To jeden z najlepszych utworów na płycie i doskonały przykład tego, za co od lat cenię twórczość Mata Sinnera – za niezwykłą umiejętność pisania chwytliwych, zapadających w pamięć kompozycji.

„Boom Bang Goodbye” zamyka ważny rozdział w karierze Mata Sinnera. Przez lata realizował swoją muzyczną wizję pod szyldem Sinner, tworząc zespół, który odcisnął wyraźne piętno na niemieckiej scenie heavy metalowej. Grupa szybko stała się jednym z istotnych graczy gatunku, nagrywając wiele znakomitych albumów i z powodzeniem balansując między hard rockiem a heavy metalem. Bywały również momenty, gdy stylistycznie zbliżała się do Primal Fear.

Nadszedł jednak czas pożegnania. Mat Sinner robi to za pomocą albumu, który może nie jest dziełem idealnym i któremu brakuje kilku elementów, by osiągnąć status klasyka, ale mimo wszystko wypada bardzo dobrze. Nie ma tu rewolucji, zaskoczeń ani prób odkrywania gatunku na nowo. Jest za to solidna porcja melodyjnego hard rocka i heavy metalu, przygotowana z klasą i szacunkiem dla własnej historii. "Boom Bang Goodbye” to godne zakończenie działalności Sinner – album, który z pewnością usatysfakcjonuje wieloletnich fanów zespołu.

Ocena: 8/10

sobota, 20 czerwca 2026

EDU FALASCHI - Mi'raj (2026)




Po świetnie przyjętych „Vera Cruz” i „Eldorado” przyszła pora na finał epickiej trylogii Edu Falaschiego. „Mi'raj" to album wyjątkowy nie tylko dlatego, że zamyka wielowątkową historię rozpoczętą pięć lat temu, ale również dlatego, że pokazuje brazylijskiego wokalistę i kompozytora w niezwykle dojrzałej formie. To dzieło ambitne, rozbudowane i emocjonalne, które udowadnia, że były frontman Angra wciąż należy do ścisłej czołówki światowego power metalu. Płyta ukazała się 12 czerwca i jest pozycją skierowaną do fanów progresywnego power metalu oraz twórczości Edu Falaschiego.

Trzy lata minęły od poprzedniego wydawnictwa artysty i w tym czasie doszło do zmian personalnych w składzie. W 2024 roku do zespołu dołączył perkusista Jean Gardinalli, a rok później gitarzysta Victor Franco. Nowi muzycy szybko wpisali się w stylistykę grupy, choć nie udało się w pełni osiągnąć poziomu „Vera Cruz”. Franco i Mafra stawiają przede wszystkim na rozbudowane aranżacje, wyszukane melodie oraz emocjonalne budowanie nastroju. Momentami daje to znakomity efekt, jednak zdarzają się fragmenty, w których pojawia się wrażenie przerostu formy nad treścią.

Ogromnym atutem albumu pozostają partie instrumentalne. Gitary Victora Franco imponują zarówno techniką, jak i wyczuciem melodii. Solówki są efektowne, lecz nie popadają w pustą wirtuozerię. Warto również wspomnieć o gościnnych występach Rafaela Bittencourta oraz legendy power metalu — Roya Khana — którzy znacząco podnoszą prestiż całego projektu. Płyta jest dobra i zdecydowanie godna uwagi, choć nie powala na kolana. To solidne, ambitne wydawnictwo, które momentami zachwyca, ale nie zawsze utrzymuje równy poziom.

Wokalnie Edu Falaschi prezentuje się bardzo dobrze. Choć jego głos z wiekiem uległ naturalnym zmianom względem czasów klasycznych nagrań z Angra, nadal potrafi przekazać emocje i tworzyć zapadające w pamięć linie melodyczne. Co istotne, nie próbuje za wszelką cenę udowadniać swoich możliwości technicznych — zamiast tego stawia na ekspresję, klimat i narracyjność, co doskonale współgra z charakterem albumu.

Muzycznie „Mi'raj" rozwija pomysły znane z dwóch poprzednich albumów, jednocześnie poszerzając ich brzmieniową formułę. Obok charakterystycznego power metalu pojawiają się elementy rocka progresywnego, muzyki symfonicznej oraz orientalne motywy inspirowane kulturą Bliskiego Wschodu. Monumentalne orkiestracje, bogate aranżacje i filmowy rozmach sprawiają, że słuchacz ma wrażenie uczestnictwa w rozbudowanej muzycznej podróży. Ma to swoje niewątpliwe atuty, choć momentami brakuje mocniej zarysowanych, chwytliwych melodii i wyrazistych „hitów”.

Już otwierający album „Watchers Of The Light” pokazuje skalę przedsięwzięcia i daje pełne wyobrażenie o kierunku nowego materiału. Potężne chóry, rozbudowane harmonie i charakterystyczny styl Falaschiego natychmiast przywołują skojarzenia z jego najlepszymi momentami. „Here I Stand” oraz „Echoes Of Vows” kontynuują ten kierunek, oferując mieszankę przebojowości, technicznego kunsztu i emocjonalnej głębi. To solidne, dobrze skonstruowane kompozycje, choć niekoniecznie natychmiast zapadające w pamięć.

Jednym z najciekawszych momentów albumu jest tytułowy „Mi'raj". Utwór zachwyca orientalnym klimatem, licznymi zmianami nastroju oraz znakomitym gościnnym udziałem Veroniki Bordacchini. To kompozycja niezwykle widowiskowa, która doskonale oddaje koncepcyjny charakter całego wydawnictwa. Świetnie wykorzystano tu power metalowe patenty — nie brakuje ciężaru, energii i subtelnej agresji. To mocny, dopracowany utwór. Znnacznie bardziej progresywny i eksperymentalny charakter ma „Unchained”. To kompozycja złożona, pełna zmian tempa i nieoczywistych rozwiązań aranżacyjnych. Słychać w niej odwagę i chęć wyjścia poza schemat, jednak nie do końca przekonuje — momentami bardziej imponuje niż angażuje. Dużo lepiej wypada energetyczny i agresywniejszy „Circle of Dust”, który w pełni oddaje najlepsze cechy twórczości Falaschiego. Pojawia się tu duch dawnych lat Angra — są mocne riffy, wyrazista motoryka i bardzo dobre wyczucie melodii. To jeden z najmocniejszych momentów na płycie.

Na albumie znajduje się również nastrojowa ballada „On Your Own”, która wyróżnia się pięknym, rockowym feelingiem oraz subtelnymi aranżacjami, w tym delikatnymi chórami w tle. Utwór buduje atmosferę i pokazuje bardziej intymne oblicze zespołu. Fani klasycznego power metalu z pewnością docenią „Wrath Into The War”. To dynamiczny, dobrze skonstruowany utwór z chwytliwym riffem, solidną melodią i dopracowanymi aranżacjami. Gdyby na albumie znalazło się więcej kompozycji na tym poziomie, całość byłaby zdecydowanie bardziej porywająca.

Po takim finale pozostaje jednak pewien niedosyt. „Mi'raj” mógł być albumem na poziomie „Vera Cruz”, ale ostatecznie nie do końca się to udało. Mimo to nie jest to próba kopiowania dawnych sukcesów ani odtworzenia klasycznego brzmienia Angra. To wciąż dojrzałe, ambitne i pełne muzycznej wyobraźni wydawnictwo, które momentami naprawdę imponuje. Jeśli „Vera Cruz” było początkiem wielkiej przygody, a „Eldorado” jej rozwinięciem, to „Mi'raj” stanowi jej godne i emocjonalne zwieńczenie. Edu Falaschi nagrał album wartościowy, przemyślany i zdecydowanie warty uwagi.

Ocena: 8/10

IRON KOBRA - Eternal Dagger (2026)


 

Po jedenastu latach od wydania „Might & Magic” niemieccy strażnicy tradycyjnego heavy metalu z Iron Kobra wracają z trzecim pełnowymiarowym albumem „Eternal Dagger”. Zespół nie zamierza gonić za współczesnymi trendami, zamiast tego serwując słuchaczom surową mieszankę klasycznego heavy metalu, speed metalu oraz ducha NWOBHM. To muzyka, która brzmi jak szczery list miłosny do lat osiemdziesiątych.
Iron Kobra wyraźnie inspiruje się takimi zespołami jak Enforcer czy Heavy Load. Nie brakuje również odniesień do twórczości Iron Maiden oraz wczesnego Helloween. Fani heavy i speed metalu spod znaku lat 80. z pewnością będą zachwyceni najnowszym wydawnictwem niemieckiej formacji. Premiera albumu odbyła się 19 czerwca nakładem Dying Victims Productions.

Zaryzykuję stwierdzenie, że jest to najlepszy album w dorobku Iron Kobra. Zespół brzmi dojrzale i pewnie, doskonale wiedząc, w jakim kierunku chce podążać. „Eternal Dagger” to materiał dopracowany, pełen energii, pomysłowości i autentycznej miłości do klasycznego heavy i speed metalu. Każdy utwór emanuje pasją oraz szacunkiem do gatunku.

Największym atutem albumu są gitary. Duety riffów i solówek przywołują skojarzenia z wczesnym Iron Maiden czy Running Wild, ale nie sprawiają wrażenia zwykłego naśladownictwa. Słychać również wpływy Enforcer oraz pierwszych płyt Helloween. Duet gitarzystów Russell/Serpent w ogromnym stopniu odpowiada za melodyjny i przebojowy charakter materiału. Panowie prezentują najwyższą klasę, serwując rasową szkołę heavy i speed metalu. Równie dobrze wypada Eli, którego wokal idealnie wpisuje się w konwencję albumu. Nie jest przesadnie wygładzony ani nowoczesny — brzmi szorstko, naturalnie i autentycznie, co dodatkowo wzmacnia oldschoolowy klimat wydawnictwa. Produkcja zachowuje znakomity balans pomiędzy przejrzystością a surowością, dzięki czemu muzyka nie traci swojej naturalnej energii. Wokal Eli nadaje całości odpowiednią drapieżność i charakter.

Jak na klasyczny album z lat 80. przystało, otrzymujemy dziewięć utworów i zaledwie 35 minut muzyki. To jednak w zupełności wystarcza, ponieważ nie znajdziemy tutaj ani jednego zbędnego wypełniacza. Od początku do końca mamy do czynienia z intensywną jazdą bez trzymanki na bardzo wysokim poziomie.

Album otwiera „Trembling Dungeons” — utwór pełen energii, galopujących riffów i znakomitych melodii, który od razu wyznacza kierunek całemu wydawnictwu. Brzmi klasycznie, a jednocześnie świeżo i z odpowiednim rozmachem. Słychać, że zespół doskonale odrobił lekcję z historii gatunku. Następnie pojawiają się dynamiczne „Forbidden Fruits” oraz „Fliehen”, podkreślające zamiłowanie grupy do szybkich temp, chwytliwych refrenów i efektownych partii gitarowych. To prawdziwa uczta dla fanów speed metalu.

Bardzo interesująco wypada również „Shibuya Nights”, w którym Iron Kobra dodaje odrobinę hardrockowego luzu do swojego klasycznego metalowego szkieletu. To prawdziwa gratka dla miłośników Dokken i amerykańskiego hard rocka lat osiemdziesiątych. Moim osobistym faworytem szybko został „Silver Strings and Iron Wings”. Już sam riff oraz motoryka utworu przywodzą na myśl Helloween z czasów „Walls of Jericho”, natomiast znakomite solówki stanowią wyraźny ukłon w stronę Iron Maiden z ery Paula Di’Anno. Całość brzmi wręcz obłędnie — niczym zaginiony klasyk sprzed czterech dekad. To bez wątpienia najlepszy utwór na płycie. Tytułowy „Eternal Dagger” oraz „Unchained & Untamed” pokazują zespół w szczytowej formie — agresywny, melodyjny i pełen entuzjazmu. To kolejne potencjalne hity oraz udana próba nawiązania do stylistyki Enforcer. Z kolei finałowe „Mountains of Madness” zamyka album w bardziej epickim stylu, pozostawiając słuchacza z poczuciem obcowania z dziełem stworzonym przez fanów metalu dla fanów metalu. Zespół odsłania tutaj swoje bardziej monumentalne oblicze, co stanowi znakomite zwieńczenie całego wydawnictwa.

„Eternal Dagger” to szczera, pełna pasji dawka klasycznego heavy metalu, która udowadnia, że Iron Kobra po latach przerwy nadal potrafi komponować chwytliwe, energetyczne i zapadające w pamięć utwory. Album od początku do końca utrzymuje wysoki poziom i dostarcza mnóstwo satysfakcji. To prawdziwa kopalnia metalowych hymnów oraz jeden z najciekawszych albumów 2026 roku.

Ocena: 9/10

czwartek, 18 czerwca 2026

TIMELESS RAGE - My Kingdom come (2026)


 

Niemiecki Timeless Rage wyraźnie inspiruje się twórczością Kamelot, Epiki czy Myrath. Formacja od początku działalności postawiła na rozwijanie własnej wizji symfonicznego heavy/power metalu wzbogaconego o elementy progresywnego metalu. Po udanym debiucie muzycy wracają po czterech latach z drugim albumem studyjnym zatytułowanym My Kingdom Come. Grupa pochodząca z Villingen-Schwenningen od początku stawiała na połączenie melodyjnego power metalu z symfonicznym rozmachem oraz nieco mroczniejszą atmosferą. Na nowym wydawnictwie rozwija tę formułę, prezentując materiał bardziej dojrzały, ambitniejszy i zdecydowanie bardziej różnorodny niż na debiucie. Album ukazał się 27 marca 2026 roku nakładem Metalapolis Records.

Warto wspomnieć, że od czasu wydania pierwszej płyty skład zespołu uległ zmianom. W 2023 roku do Timeless Rage dołączył wokalista Nicolaj Ruhnow, natomiast dwa lata później szeregi grupy zasilił basista Daniel Wengle. Nicolaj stara się nadać kompozycjom odpowiedni rozmach, emocjonalność i power metalowy pazur. Ze swojej roli wywiązuje się poprawnie, choć trudno uznać go za wokalistę wybitnego. Jego występ stoi na solidnym poziomie, jednak nie wyróżnia się szczególnie na tle wielu innych frontmanów działających w gatunku.

Bardzo dobrze prezentuje się natomiast duet gitarzystów Michaela Benka i Christiana Pircha. Muzycy dbają o urozmaicenie materiału, często sięgając po wyszukane melodie, rozbudowane harmonie oraz ciekawe rozwiązania aranżacyjne. Nie wszystkie ich pomysły okazują się jednak równie trafione. Słychać wyraźnie, że zespół chce zaskoczyć słuchacza bardziej ambitnym podejściem do kompozycji, choć nie zawsze przekłada się to na równie przekonujący efekt końcowy.

Płyta zawiera dziesięć premierowych utworów. Każdy fan melodyjnego metalu znajdzie tutaj coś dla siebie, choć warto pamiętać, że mamy do czynienia raczej z solidnym rzemiosłem niż dziełem z najwyższej półki. To przyjemny materiał z licznymi przebłyskami talentu, któremu momentami brakuje większej pewności siebie, wyrazistszych refrenów i kompozycji mogących aspirować do miana gatunkowych hitów.

Bardzo dobrze wypada otwierający album „My Kingdom Come”, oparty na klasycznych power metalowych fundamentach. W jego stylistyce można doszukać się pewnych podobieństw do twórczości Insanii. Elementy progresywne dochodzą do głosu w singlowym „The Seed of Fear”, który skutecznie eksponuje potencjał zespołu. Utwór przyciąga uwagę klimatem, pomysłowością i ciekawie rozwijaną narracją.

Sporo podniosłości, chwytliwości i bogatych aranżacji przynosi „The Devil's Masquerade”. To bez wątpienia jeden z najmocniejszych punktów programu. Nie mniej interesująco prezentuje się epicki „Moonbite Serenade”, w którym nie brakuje pięknych melodii i starannie dopracowanych detali aranżacyjnych.

Na uwagę zasługuje również energiczny i przebojowy „The Enemy of You”, będący znakomitym przykładem talentu zespołu do tworzenia atrakcyjnych i angażujących kompozycji. Wątki progresywne odnajdziemy także w bardziej złożonym „We All Shall Fall”, podczas gdy „The Pale Death” imponuje podniosłym klimatem i dużą dawką melodyjności. W takich momentach Timeless Rage pokazują swój potencjał i udowadniają, że potrafią skutecznie zainteresować słuchacza.

My Kingdom Come to album, który potwierdza, że Timeless Rage nie zamierzają być jedynie kolejnym zespołem na zatłoczonej scenie power metalu. Niemcy umiejętnie łączą melodyjność, symfoniczny rozmach i mroczniejszą atmosferę, tworząc materiał dojrzały, ambitny i pełen emocji. Grupa ma własny pomysł na siebie i stara się budować własną tożsamość zamiast bezrefleksyjnie kopiować dokonania największych gwiazd gatunku. Nie jest to może kandydat do tytułu płyty roku, ale bez wątpienia jest to wartościowe i godne uwagi wydawnictwo, które powinno zainteresować fanów symfonicznego i progresywnego power metalu.

Ocena: 8/10

SEVEN METAL SINS - Legacy of chaos (2026)


 

Na rynku muzycznym pojawił się debiut francuskiej formacji Seven Metal Sins, działającej od 2024 roku. Zespół postawił sobie za cel tworzenie zadziornego i przebojowego heavy/power metalu, w którym wyraźnie słychać inspiracje takimi grupami jak Grave Digger, Primal Fear czy Paragon. Debiutancki album zatytułowany Legacy of Chaos to wydawnictwo dojrzałe, dopracowane i przemyślane, bez wątpienia warte uwagi każdego fana gatunku.

Zespół został założony przez byłych muzyków Manigance – Stéphane’a Lacoude’a i Patricka Sorię – a ich doświadczenie jest słyszalne od pierwszych minut płyty. Szczególnie dobrze wypada duet gitarzystów Antton Iriart i Frédéric Auclerc, których solówki łączą techniczną biegłość z dużą dawką melodyjności. Muzycy stawiają na drapieżność, klasyczne metalowe patenty oraz chwytliwość, co bezpośrednio przekłada się na jakość materiału i jego przystępność. Wokalista Claw-G. wnosi do utworów odpowiednią porcję charakteru i teatralności, nie popadając przy tym w przesadę. To właśnie dzięki niemu materiał zyskuje własną tożsamość i wyróżnia się na tle wielu debiutujących zespołów power metalowych. Charyzma oraz lekko zachrypnięta barwa głosu przywodzą na myśl dokonania takich formacji jak Grave Digger czy Paragon.

Legacy of Chaos jest albumem mocno zakorzenionym w tradycji melodyjnego heavy i power metalu, ale jednocześnie pozbawionym przesadnej pompatyczności, która często ciąży współczesnym produkcjom tego gatunku. Materiał opiera się na chwytliwych riffach, dynamicznej sekcji rytmicznej i wyrazistych refrenach. Kompozycje są zwarte, pełne energii i nie pozwalają słuchaczowi na chwilę znużenia, nawet w spokojniejszych fragmentach. Słychać pasję oraz zaangażowanie muzyków, co wyraźnie przekłada się na końcowy efekt.

Na pochwałę zasługuje również klimatyczna, pełna detali okładka albumu. Produkcja stoi na bardzo wysokim poziomie. Brzmienie jest nowoczesne, selektywne i odpowiednio ciężkie tam, gdzie wymaga tego kompozycja, a jednocześnie zachowuje klarowność charakterystyczną dla klasycznego europejskiego metalu. Każdy instrument ma swoje miejsce w miksie, a całość brzmi profesjonalnie i dojrzale. Nie brakuje mocy, agresji oraz odpowiedniej dawki metalowego pazura.

Płyta zawiera 11 kompozycji, które składają się na 46 minut muzyki dostarczającej sporo satysfakcji od początku do końca. Album otwiera klimatyczne i melodyjne intro „The Fall”, które od razu sugeruje, że mamy do czynienia z interesującym wydawnictwem. Fanom Judas Priest czy Grave Digger z pewnością przypadnie do gustu zadziorny i klasycznie brzmiący „Scars of Injustice”. To mocne otwarcie, które doskonale prezentuje możliwości zespołu.

Następnie otrzymujemy prosty, lecz pełen energii „No Sanctuary”. Co prawda grupa nie proponuje tutaj niczego odkrywczego, jednak sprawne operowanie sprawdzonymi zagrywkami i chwytliwymi melodiami przynosi bardzo dobre rezultaty. W dynamicznym „Hypocrisy” wyraźnie słychać wpływy niemieckiej szkoły metalu. Formuła może i jest dobrze znana, ale zespół nadrabia szczerością oraz autentycznym zaangażowaniem.

Na albumie nie brakuje energicznych i zadziornych kompozycji czerpiących pełnymi garściami z klasyki gatunku. Do tego grona należy również „Eternal Downfall”, który idealnie wpisuje się w stylistykę płyty. Nieco słabiej prezentuje się „Feel the Steel”. Utwór utrzymany jest co prawda w charakterystycznym stylu zespołu, jednak nie robi już tak dużego wrażenia jak wcześniejsze kompozycje.

Bardzo dobrze wypada natomiast bujający „Wolves of the Last Dawn”, podczas gdy „Beyond the Breaking Point” stawia na cięższy riffing i rozwiązania bliskie twórczości Primal Fear czy Rage. W takim repertuarze Seven Metal Sins prezentują się wyjątkowo przekonująco. Podobne emocje wywołuje zadziorny „Sun Eaters” – to heavy/power metal grany na wysokich obrotach. Wśród najmocniejszych punktów programu warto wymienić także przebojowy i pełen energii „Rise of the Phoenix”, w którym zespół mocniej akcentuje power metalowy charakter swojej twórczości.

Album zamyka „King of Sorrow”. To najbardziej rozbudowana i ambitna kompozycja na płycie, zawierająca więcej progresywnych elementów. Niestety, mimo interesujących założeń, utworowi brakuje wyrazistości i nie pozostawia tak silnego wrażenia jak wcześniejsze fragmenty albumu.

Największą zaletą Legacy of Chaos jest konsekwencja. Seven Metal Sins nie próbują na siłę rewolucjonizować gatunku, lecz koncentrują się na tworzeniu solidnych, dobrze napisanych utworów. Dla części słuchaczy może to oznaczać brak większych niespodzianek, jednak fani tradycyjnego heavy i power metalu z pewnością docenią tę bezpośredniość oraz uczciwe podejście do gatunku.

Legacy of Chaos to bardzo udany debiut, który pokazuje, że Seven Metal Sins mają potencjał, by w przyszłości stać się jednym z ciekawszych przedstawicieli europejskiej sceny melodyjnego metalu. To album pełen energii, dobrze skomponowanych utworów i autentycznej muzycznej pasji, który powinien zainteresować wszystkich miłośników klasycznego heavy i power metalu.

Ocena: 8,5/10


wtorek, 16 czerwca 2026

ATOMIC TERROR - Acts of violence (2026)

Po zeszłorocznym Live Aggression wielu mogło przypuszczać, że Atomic Terror utknęli w klasycznym, choć dość przewidywalnym thrashmetalowym schemacie. Acts of Violence szybko burzy jednak te założenia — to album bardziej dopracowany, szybszy i zdecydowanie pewniejszy siebie. Ten młody i ambitny amerykański zespół udowadnia, że thrash metal wciąż może być agresywny, dynamiczny, pełen pasji i autentycznych emocji. Nowe wydawnictwo brzmi tak, jakby mogło ukazać się w złotej erze gatunku, gdzieś na początku lat 90.

Grupa ma już na koncie dwa udane albumy, jednak tym razem postawiła na jeszcze wyższą jakość kompozycji i większą pomysłowość. Muzycy nie boją się czerpać inspiracji z dokonań Kreator czy Slayera. Na płycie nie brakuje agresji, surowości i naturalności, które stanowią fundament jej charakteru.

Thomas Brower prezentuje agresywny, chropowaty styl wokalny, ale jednocześnie potrafi zaskoczyć różnorodnością środków wyrazu. Od klasycznych thrashowych wrzasków po hardcore’owe i bardziej ekstremalne partie – wszystko to nadaje materiałowi głębi i sprawia, że nie popada on w monotonię. To bez wątpienia jeden z największych atutów Atomic Terror.

Równie mocnym filarem zespołu są gitarzyści Brower i King, którzy doskonale wiedzą, jak przyciągnąć uwagę słuchacza. Potrafią zaskakiwać ciekawymi aranżacjami, chwytliwymi riffami oraz interesującymi rozwiązaniami kompozycyjnymi. To właśnie dzięki nim album emanuje energią, agresją i przebojowością. Owszem, zespół bazuje głównie na sprawdzonych patentach gatunku, ale robi to z wyczuciem i odpowiednią dawką świeżości.

Na Acts of Violence znalazło się dziesięć utworów będących kwintesencją tego, co najlepsze w thrash metalu. Już otwierający album „The Beast Within” pokazuje, że zespół postawił na większą precyzję i intensywność. Riffy są zwarte i bezkompromisowe, a sekcja rytmiczna pracuje z niemal chirurgiczną dokładnością, nie tracąc przy tym charakterystycznego brudu i energii. Produkcja pozostaje przejrzysta, ale nieprzesadnie wygładzona — nadal wyczuwalny jest garażowy pazur doskonale współgrający z tematyką materiału.

Zadziorny „Into the Storm” brzmi wyjątkowo oldschoolowo i doskonale ukazuje potencjał grupy. Jeszcze większą dawkę agresji przynosi „Death’s Head Revisited”, wyraźnie inspirowany twórczością Death Angel i Kreator. To jeden z najmocniejszych punktów programu, pokazujący pełnię możliwości zespołu.

Nieco więcej heavy metalowego charakteru odnajdziemy w masywnym i topornym „Inquisition”. Chwilę później zespół ponownie przyspiesza, atakując słuchacza rozpędzonym utworem tytułowym „Acts of Violence”. To thrash metal w najczystszej postaci — bez kompromisów, za to z ogromną energią i skutecznością.

Do najjaśniejszych punktów albumu należy również „Reptilian Lineage”, który przywołuje wspomnienia najlepszych lat Kreator i Destruction. Podobne emocje wzbudza zadziorny „Caricature”. Charakterystyczna praca gitar i klasycznie brzmiące riffy doskonale eksponują najmocniejsze strony Atomic Terror. Nawiązania do niemieckiej szkoły thrash metalu są również wyraźnie słyszalne w mrocznym „Night Flier”. Całość wieńczy „To Rule Them All” — kolejna thrashmetalowa petarda, która stanowi godne zakończenie albumu.

Nie wszystko jest jednak idealne. Niektóre solówki sprawiają wrażenie nieco chaotycznych, a część przejść między utworami pełni bardziej funkcję praktyczną niż pozostaje w pamięci na dłużej. Są to jednak drobne mankamenty, które nie wpływają znacząco na końcowy odbiór wydawnictwa.

Acts of Violence to wyraźny krok naprzód w karierze Atomic Terror. Album jest dojrzalszy, lepiej skomponowany i zwyczajnie bardziej angażujący niż poprzednie dokonania zespołu. Nie rewolucjonizuje gatunku, ale w bardzo przekonujący sposób pokazuje, że grupa rozwija się we właściwym kierunku i potrafi utrzymać wysoką intensywność przez cały czas trwania płyty.

Ocena: 9/10

BAKKEN - Consent to deception (2026)


 

Okładka najnowszej płyty brytyjskiego Bakken nie zachęca do sięgnięcia po to wydawnictwo. Wygląda dość amatorsko i trudno doszukać się w niej czegoś szczególnie interesującego. Warto jednak przełamać pierwsze wrażenie, ponieważ zespół po raz kolejny udowadnia, że doskonale potrafi łączyć świat thrash metalu z heavy i power metalem. Nietrudno usłyszeć inspiracje takimi grupami jak Iced Earth, Mystic Prophecy, Gamma Ray czy Metallica, a wpływy tych formacji wyraźnie pobrzmiewają na najnowszym albumie zatytułowanym „Consent to Deception”. Płyta ukazała się 12 czerwca i bez wątpienia jest pozycją wartą uwagi.

Trzeba przyznać, że jest to album dojrzały, pokazujący zarówno talent, jak i muzyczny rozwój zespołu. Bakken umiejętnie łączy ciężkie riffy z nowoczesną produkcją, nie tracąc przy tym surowej energii charakterystycznej dla swoich wcześniejszych dokonań. Jednym z największych atutów materiału jest jego spójność – utwory naturalnie się ze sobą łączą, tworząc zwartą i przemyślaną całość. Zespół sprawnie balansuje pomiędzy agresją a chwytliwymi melodiami, dbając jednocześnie o przebojowość i odpowiednią dawkę emocji. Kompozycje są dopracowane i świadczą o dużej muzycznej dojrzałości, dzięki czemu albumu słucha się z prawdziwą przyjemnością.

Na szczególne wyróżnienie zasługuje warstwa wokalna. Frank Levi znakomicie odnajduje się zarówno w bardziej agresywnych fragmentach, jak i w melodyjnych partiach, dzięki czemu nawet najcięższe utwory zachowują swoją przystępność. Produkcja brzmi nowocześnie, ale nie jest przesadnie wygładzona – pozostawia miejsce na emocje, dynamikę i naturalne brzmienie instrumentów.

W składzie zespołu doszło w ostatnich latach do kilku zmian. Perkusista Neil McGrutty powrócił do grupy w 2025 roku, basista Thomas Alford ponownie zasilił szeregi Bakken w 2026 roku, natomiast gitarzysta Ciaran Taggart dołączył do zespołu już w 2024 roku. Od poprzedniego albumu minęło sześć lat i słychać, że muzycy nie zmarnowali tego czasu. Efektem jest materiał dopracowany, dojrzały i pełen ciekawych pomysłów.

Bardzo dobrze wypada duet gitarzystów Pickett/Taggart, który stawia na różnorodność, mocne riffy oraz atrakcyjne melodie. W ich grze słychać pasję i kreatywność, dzięki czemu album ani przez chwilę nie nuży. Dodatkowym atutem jest długość wydawnictwa – 45 minut to czas w zupełności wystarczający, a materiał nie sprawia wrażenia sztucznie wydłużonego.

Album otwiera zadziorny i nowocześnie brzmiący „Consent to Deception”. Tytułowy utwór pełni rolę wizytówki całego wydawnictwa i wywiązuje się z niej znakomicie. To niezwykle mocna i agresywna kompozycja, która od pierwszych minut pokazuje potencjał zespołu. Zupełnie inny charakter ma marszowy, bardziej stonowany i przesycony mrocznym klimatem „Demon in You”. To świetny przykład na to, że Bakken nie zamyka się w jednym schemacie i potrafi skutecznie zaskakiwać słuchacza.

Jednym z najmocniejszych punktów programu jest „Snakes”, który sprawdza się jako rasowy metalowy przebój. Motyw przewodni może przywoływać skojarzenia z utworem „Fever” niemieckiego Orden Ogan. Umiejętne połączenie elementów thrash metalu i klasycznego heavy metalu słychać z kolei w „Crazy Wolf”. Bardziej progresywny charakter prezentuje „The Pride Before the Fall”, zachwycający rozbudowanymi partiami gitar oraz podniosłą atmosferą.

Więcej power metalowej energii przynosi rozpędzony „War of Attrition”, który imponuje dynamiką i dostarcza sporo satysfakcji. Równie dobrze wypada „Follow”, urzekający ciężarem i potężnym brzmieniem. Jego bardziej stonowany, wręcz toporny charakter okazuje się dużym atutem. Kolejnym przebojowym momentem albumu jest chwytliwy „Trail of Tears”, natomiast całość wieńczy rozbudowany i pełen ciekawych pomysłów „Dark Sacrifice”.

„Consent to Deception” nie jest albumem rewolucyjnym, ale stanowi wyraźny krok naprzód w rozwoju zespołu. To propozycja dla słuchaczy ceniących połączenie ciężkiego brzmienia z dopracowanymi kompozycjami i ambitniejszym podejściem do pisania utworów.Bakken po raz kolejny potwierdza swój talent do tworzenia przemyślanego, dojrzałego materiału, wypełnionego świetnymi utworami. To wybuchowa mieszanka thrash metalu oraz heavy/power metalu, która powinna przypaść do gustu fanom obu tych stylistyk.

Ocena: 8,5/10

poniedziałek, 15 czerwca 2026

WINTERFALL - Silent heavens (2026)


 
Perkusista Thiago Caeiro ma za sobą niezwykle pracowity rok. Najpierw dał o sobie przypomnieć za sprawą udanego albumu Enorion, na którym wyraźnie nawiązywał do stylistyki Dark Moor. Następnie pojawił się na dobrze przyjętym krążku Storia, gdzie zespół postawił na symfoniczny heavy/power metal. Na tym jednak nie koniec. Muzyk dołożył swoją cegiełkę również do debiutanckiego albumu brazylijskiej formacji Winterfall zatytułowanego Silent Heavens.

Płyta ukazała się 6 marca 2026 roku i jest propozycją skierowaną przede wszystkim do miłośników progresywnego power metalu. W muzyce Winterfall można usłyszeć inspiracje takimi zespołami jak Evergrey, Angra czy Kamelot, choć grupa stara się jednocześnie budować własną tożsamość.

Zespół stawia na rozbudowane kompozycje, bogate aranżacje oraz koncepcyjną narrację, dzięki czemu album przypomina raczej spójną muzyczną podróż niż zbiór przypadkowych utworów. Istotną rolę odgrywa tutaj wokalista Henrique Martins, który potrafi budować odpowiedni nastrój, nadając kompozycjom emocjonalnej głębi i przestrzeni. Równie dobrze prezentuje się gitarzysta Guilherme Torres. Nie wybiera najprostszych rozwiązań i chętnie sięga po bardziej wymagające, techniczne zagrywki. Nie brakuje tu progresywnych smaczków, ciekawych aranżacji i kompozytorskiej pomysłowości. Debiutancki album zawiera dziesięć utworów, które wypełniają blisko pięćdziesiąt minut muzyki oscylującej pomiędzy power i prog metalem.

Już instrumentalne otwarcie „Beyond the Ashes” buduje podniosły, niemal filmowy klimat, który staje się jednym z głównych znaków rozpoznawczych całego wydawnictwa. To nastrojowe intro skutecznie przygotowuje słuchacza na dalszą część podróży. Kolejny utwór, „Take Back the Skies”, wprowadza nas w świat progresywnego metalu pełnego melodyjnych gitar, dynamicznych zmian tempa oraz wyrazistych partii wokalnych. Nie jest to materiał nastawiony na natychmiastowy efekt. Album wymaga czasu i kilku uważnych przesłuchań, by w pełni odkryć jego atuty. Jednocześnie nie brakuje tu elementów klasycznego power metalu, które dodają kompozycjom energii i chwytliwości.
Największym atutem płyty pozostaje umiejętne połączenie ciężaru z atmosferą. „New Path” oraz „Winds of Transition” prezentują bardziej epicki charakter zespołu, oferując przy tym dużą dawkę melodyjności. Z kolei „Like a Ghost” i „Into the Abyss” wprowadzają więcej melancholii oraz emocjonalnej głębi. Winterfall skutecznie balansuje pomiędzy progresywną techniką a przystępnością, unikając przy tym niepotrzebnego instrumentalnego popisywania się. Wszystko zostało odpowiednio wyważone, dzięki czemu album słucha się z dużą przyjemnością.

Szczególnie dobrze wypada „Decay of a Heart”, jeden z najbardziej poruszających momentów na płycie. Utwór pokazuje, że zespół potrafi budować napięcie nie tylko za pomocą ciężkich riffów, ale również subtelnych aranżacji i nastrojowych partii wokalnych. To jeden z najciekawszych fragmentów albumu, imponujący dynamiką oraz interesująco rozwiniętym motywem przewodnim.

Z kolei „Mind Control” wnosi więcej agresji i energii, stanowiąc potrzebne urozmaicenie dla dominującego na płycie refleksyjnego klimatu. Całość wieńczy rozbudowany i zarazem niezwykle dynamiczny „The Voice Within”, który z powodzeniem przemyca elementy neoklasycznego power metalu. To dojrzała i pomysłowa kompozycja, doskonale podsumowująca potencjał drzemiący w Winterfall.

Album nie jest jednak pozbawiony słabszych stron. Niektóre kompozycje wydają się nieco zbyt rozwleczone, a część motywów powraca częściej, niż byłoby to konieczne. W rezultacie środkowa część wydawnictwa momentami traci impet. Słychać również, że Winterfall nadal poszukuje własnego stylu, wyraźnie czerpiąc inspiracje z twórczości Kamelot, Evergrey czy Symphony X, nie zawsze dodając do tego wystarczająco dużo indywidualnego charakteru.

Mimo tych niedociągnięć Silent Heavens pozostaje bardzo udanym debiutem. To album ambitny, dopracowany i pełen pasji, który najlepiej funkcjonuje jako spójna całość. Winterfall prezentuje duży potencjał kompozytorski i wyraźnie daje do zrozumienia, że w przyszłości może stać się jednym z ciekawszych przedstawicieli progresywnego metalu na południowoamerykańskiej scenie.

Ocena: 7,5/10

niedziela, 14 czerwca 2026

ARCH BLADE - Harbringer of death (2026)


Po obiecującym debiucie Kill the Witch z 2023 roku Arch Blade powracają z drugim albumem studyjnym – Harbinger of Death. Amerykańska formacja ponownie sięga po klasyczne inspiracje heavy metalem lat 80., wzbogacając je o elementy thrashu i power metalu. Efektem jest materiał dojrzalszy, cięższy i lepiej skonstruowany niż poprzednie wydawnictwo. Jest lepiej, choć do ideału wciąż sporo brakuje.

Zespół działa od 2019 roku i od samego początku nie ukrywa fascynacji klasyką gatunku. W ich muzyce wyraźnie słychać wpływy NWOBHM oraz grania spod znaku Judas Priest, Saxon czy Iron Maiden. W 2025 roku do składu dołączył wokalista Edward Ramirez. Może nie imponuje on ponadprzeciętną techniką, ale nadrabia pasją i autentyczną miłością do heavy metalu. Jego głos dobrze współgra z muzyką zespołu, co samo w sobie stanowi niemały atut. Dobrze spisuje się również gitarowy duet Rob V i Big Rob, który bez kompleksów łączy klasyczny heavy metal z elementami speed i thrash metalu. Nie ma w tym może za grosz oryginalności, ale trudno odmówić tej muzyce solidnego rzemiosła i odpowiedniej dawki energii.

Już otwierający album „Into the Fray” pokazuje, że zespół nie zamierza zwalniać tempa. Dynamiczne riffy, galopująca sekcja rytmiczna i chwytliwe refreny przywołują skojarzenia z najlepszymi przedstawicielami nurtu NWOTHM. Kolejne utwory, takie jak „Retribution” czy „Zero Hour”, rozwijają militarną i apokaliptyczną atmosferę płyty, oferując jednocześnie sporo melodyjnych momentów. Bardzo dobrze prezentuje się melodyjny „Cataclysm”, który garściami czerpie z dorobku Iron Maiden. To prosty, ale chwytliwy numer, który łatwo zapada w pamięć. Mocnym punktem albumu jest także „Danger Close” – utwór oparty na wyrazistych partiach gitarowych, jednocześnie melodyjny i surowy w swoim charakterze. Pokazuje on, że Arch Blade mają potencjał, choć wciąż brakuje im ostatecznego szlifu. Jednym z najciekawszych momentów na płycie jest agresywny utwór tytułowy „Harbinger of Death”, który momentami ociera się o thrashmetalową konwencję. Zespół nie prezentuje tu niczego odkrywczego, ale całość wypada na tyle przekonująco, że słucha się jej z dużą przyjemnością. Warto wspomnieć również o energicznym, utrzymanym w speedmetalowym duchu „Ambush”. Z kolei w nieco spokojniejszym „Time” można wychwycić echa twórczości Metalliki.

Nie wszystkie kompozycje są jednak równie udane. W środkowej części albumu pojawia się kilka bardziej schematycznych fragmentów, które wyraźnie odstają od  najmocniejszych momentów wydawnictwa. Mimo to zespół przez większość czasu skutecznie utrzymuje odpowiedni poziom energii i nie pozwala słuchaczowi się nudzić.
Harbinger of Death nie rewolucjonizuje gatunku, ale stanowi wyraźny krok naprzód w rozwoju Arch Blade. To album skierowany przede wszystkim do fanów tradycyjnego heavy metalu, którzy cenią mocne riffy, melodyjne refreny i klimat rodem z klasycznych wydawnictw lat osiemdziesiątych. Nadal jest to jednak materiał obarczony wieloma niedoskonałościami. Brakuje tu naprawdę wybitnych kompozycji i przebojów, które mogłyby wynieść zespół na wyższy poziom i sprawić, że album pozostanie w pamięci na dłużej.

Ocena: 5,5/10