niedziela, 24 października 2021

DEVOID - Lonely eye Movement (2021)


 Oj sporo ostatnio tych płyt od wytwórni Frontiers Records i co ciekawe większość z nich to naprawdę świetne płyty, które są nastawione na świeżość, a przede wszystkim atrakcyjne melodie. Tak też jest z najnowszą płytą francuskiego bandu Devoid. Minęło 4 lata od debiutu i najnowszy krążek "Lonely eye Movement" to kontynuacja tego co band wcześniej wypracował.

Płyty Frontiers Records łączy podobna konwencja jak i stylistyka. Zawsze to jest duża dawka melodyjnego metalu, z domieszką hard rocka, AOR czy progresywnego metalu. Devoid można postawić obok takiego Brother Against Brother, chociaż znajdziemy tutaj wiele innych patentów z tego rocznych płyt wydanych przez tą wytwórnię. Ważną rolę odgrywa tutaj doświadczony w bojach wokalista Carsten "Lizard" Schulz. Jego głos idealnie współgra z zawartości i jest bez wątpienia główną atrakcją. W tym roku band zasilił perkusista Ben B-last, a także gitarzysta Kwen Kerjan. Muzycy ogólnie na tym albumie się spisują. Sama stylistyką troszkę przypomina jakby ktoś chciał wymieszać twórczość Evegrey, Soilwork i White heart, czy Hardline. To wszystko zawiera otwieracz  "Lonely eye movement", który kipi świeżością i brzmi również nowocześnie. Dużo progresywnych patentów można uchwycić w "Impostor", który jest bardziej agresywny w swojej formule. Warto wspomnieć o przebojowym "Mirror maze" czy złożonym "Martial Hearts".

To jedna z tych płyt, która kryje sporo nie banalnych melodii, ale jest to płyta nie łatwa w odbiorze. Mimo pewnych nie dociągnięć, czy nie wielkiej liczby hitów jest to wartościowy album, który zasługuje na uwagę i czas na poznanie.

Ocena: 7/10

TOLEDO STEEL - Heading for the fire (2021)


 Po 3 latach przyszedł czas na drugi album brytyjskiej formacji Toledo Steel. "Heading for the fire" to kontynuacja tego co mieliśmy na debiutanckim krążku. Trochę tutaj starego Judas Priest czy Iron Maiden. Trzeba przyznać, że band momentami jest też zapatrzony w taki Seven Sisters czy Amulet. Jedno jest pewne. Warto odpalić najnowsze dzieło tego młodego bandu, który jest na scenie od 10 lat. Potrafią grać i zachwycać zarówno młodych słuchaczy, jak i tych już nieco starszych.

Wszystko jakoś tutaj brzmi klasycznie. Wokalista Rich Rutter brzmi jakby wychował się na płytach z lat 80. Taki rasowy heavy metalowy śpiewak jaki jest niezbędny do takiego klasycznego grania. Sekcja rytmiczna daje czadu, a gitarzysta Tom Potter wygrywa sporo ciekawych melodii. Nie ma miejsca na nudę. Tylko trzeba sobie zadać pytanie czy nie ma się dość kolejnej płyty z tego typu muzyką, bo przecież ostatnio jesteśmy zalewani płytami z takim klasycznym heavy metalem.

Klasyczny otwieracz w postaci "Writings on the wall" to taki miły ukłon w stronę starych płyt Saxon czy Judas Priest. Tak panowie nas zabierają do klasycznego brytyjskiego metalu. Nie ma w tym nic nadzwyczajnego ani też oryginalnego, ale trzeba przyznać, że dobrze się tego słucha. Więcej emocji na pewno wzbudza zadziorny "On the loose" i panowie zabierają w sentymentalną podróż do lat 80. Nie brakuje tutaj na pewno hitów, bo takie właśnie są "Into the unknown" czy "No time to lose". Całość wieńczy nieco mroczniejszy "Last Rites".

Takich płyt ostatnio jest dużo i jest w czym wybierać. Toledo Steel na pewno zasługuje na uwagę, bo nagrali kawał solidnego krążka, gdzie górą bierze klimat lat 80 i chwytliwe melodie. Na pewno nie będziemy się nudzić przy dźwiękach "Heading for the fire".

Ocena : 7/10

sobota, 23 października 2021

KNIFE - Knife (2021)


 Czyżby jakiś zaginiony klasyk lat 80? Otóż nie! To debiutancki krążek niemieckiej formacji Knife, który ukazał się 22 października tego roku nakładem dying victims porductions. Band stosunkowo młody, bo działa od 2019r. Obrali sobie za cel granie mieszanki heavy/speed metalu z nutką thrash metalu. Słychać echa Wraith, Toxic Holocaust czy nawet wczesny Kreator. Nie dajcie się zwieźć mrocznej okładce, bo kryje się za tym naprawdę ciekawa muzyka. Płyta nosi tytuł "Knife" i zasługuję na uwagę.

Band napędza bez wątpienia charyzmatyczny wokalista Vince Nihil, który ma ciekawą charyzmę i kryje w sobie sporo agresji i drapieżności. W takim graniu to ważna cecha. Kawał dobrej roboty robi gitarzysta Ferli, który zabiera nas w rejony lat 80. Nie brakuje w tym pasji i pomysłowości, by te oklepane patenty znów nas zachwyciły.


Zaczyna się od klasycznego i energicznego "behold the horse of war". Mocne wejście, a to dopiero początek.  Drugi utwór na płycie to speed metalowy "inside the electric church" i tu zaczyna się prawdziwa zabawa. Stonowany "black leather hounds" pokazuje heavy metalowe oblicze zespołu. Kolejny killer na płycie to bez wątpienia tytułowy "Knife" czy ocierający się o thrash metal "furnace". Reszta utwór ma podobny wydźwięk i to niestety trochę psuję ową zabawę.

Mamy album z ciekawą i przemyślana muzyka. Jest dobra mieszanka heavy i speed metalu, tylko szkoda ze materiał jest oparty o podobne riffy, przez co wszystko zlewa się w jedną całość. Brakuje urozmaicenia, ale to wciąż wartościowy krążek. 

Ocena 7/10

piątek, 22 października 2021

SEVEN SISTERS - Shadow of the fallen star pt 1 (2021)


 Tak Seven Sisters powraca po 3 latach ciszy z nowym albumem. "Shadow of a fallen star pt 1" to album, po który można śmiało sięgnąć, nawet w ciemno. Czy Seven Sisters kiedyś zawiódł? Otóż nie. To doświadczony brytyjski band, który działa sukcesywnie od 2013r i już są efekty. Panowie mają swój styl i nie boją się wychodzić poza standardy brytyjskiego metalu i nwobhm. Tak też jest w przypadku nowego dzieła, które jest kontynuacją poprzednich płyt, a jednocześnie powiewem świeżości w muzyce Seven Sisters. Na pewno jest to płyta, która trzeba mieć w kolekcji.

Mcneil i Farmer to dwóch gitarzystów, którzy czarują swoimi zagrywkami i słuchacz od razu przenoszony jest do świata Seven Sisters. Klimat science fiction jest wyczuwalny przez cały album, a okładka idealnie to obrazuje. Mcneil to też lider w zespole i w roli wokalisty sprawdza się idealnie. To za jego sprawą album brzmi jakby powstał w latach 80. No brzmi to bardzo klasycznie, co mnie bardzo cieszy. Jednak to nie jest też jakoś retro muzyka, czy kolejna kopia żelaznej dziewicy.


Ach te piękne popisy gitarowe w dynamicznym "beyond the black stars". Jest klimat i duża dawka przebojowości, a to są właśnie atuty tej kapeli. Mroczniejszy klimat i bardziej złożona formę dostajemy w "the artifice". Niby klasycznie, a zarazem bardzo współcześnie to brzmi. Szybko moje serce skradł nieco maidenów "whispers in the dark". Panowie dają tutaj czadu i to jest prawdziwa perełka na płycie. Podobne emocje wzbudza "horizons eye". Choć tutaj band stara się grać nieco progresywnej. 
Hard rockowo i nieco oldschoolowy wypada na pewno tytułowy utwór. Na sam koniec stonowany i rozbudowany "thruths burden". Band znów czaruje pięknymi melodiami i wciągającym refrenem.

Seven Sisters to bardzo ważny band na scenie brytyjskiej. Band tworzy dojrzały i bardzo klimatyczny heavy metal. Brzmi to klasycznie, a jednocześnie bardzo świeżo. Band jest na fali i ta płyta to tylko potwierdza. 

Ocena 9/10

DRACONICON - Dark side of magic (2021)


 Bójcie się zespoły power metalowe, bowiem nadciąga nowy gracz, który namiesza na tej scenie. Mowa o włoskim Draconicon, który chce pokazać power metal wciąż ma wiele do zaoferowania i nie musi być kiczowaty czy slodki. 22 października tego roku przyszedł czas na debiutancki album tej formacji i "Dark side of magic" to marzenie każdego fana power metalu. Każdego kto wychował się na muzyce Rhapsody, Dark Moor czy Secret Sphere. Panowie wiedzą co robią i wiedzą jak poruszyć zmysły i serca tych słuchaczy, którzy kochają power metal lat 90.

Okładka z smokiem w roli głównej na pewno zobowiązuje. Kocham takie klimaty fantasy i do tego band zadbał o mocne, soczyste i pełne smaczków brzmienie. To dopiero początek atrakcji. Wokalista o pseudonimie Arkanfel buduje napięcie i nadaje całości power metalowego rozmachu. Można jego głosu słuchać non stop i się nie nudzi. Gitarzyści Alex i Grym to już zupełnie inna rzeczywistość. Panowie stawiają na magiczny klimat, na złożone partie, ale przede wszystkim kierują się klasycznymi rozwiązaniami i chwytliwymi melodiami. Jest wysoki poziom i to w każdym aspekcie. Włoskie zespoły zawsze potrafi zaskoczyć i stworzyć coś wyjątkowego. Tak tez jest "Dark side of magic", który jest wyjątkowym albumem, który przenosi w czasie. Nie wiele kapel ma taki dar i takie umiejętności. Dragonicon z miejsca jest wielki wygranym i staje się obecnie jednym z najlepszych zespołów grających power metal. To nie żart!


Po krótkim i trze wkracza melodyjny "Fiery rage".  Prawdziwa kwintesencja melodyjnego power metalu. Słychać echa rhapsody czy helloween, tylko że żaden z tych bandów już tak nie brzmi. Przepiękny jest w swojej formule "Dark side of magic", który przemyca patenty dark moor czy nawet sabaton. Jest epicko i bardzo przebojowo. Co za mocne wejście gitar dostajemy w "blackfire". Dostajemy tu szybkie tempo, zadziorny riff i klimaty iron maska. Oj duże się dzieje tutaj. Epickość i podniosłość to atuty energicznego "edge of power".  Jest też piękna i nastrojowa ballada w postaci "dusk of hero". Band znakomicie czuje gatunek power metalu i taki marszowy "Darkspell" znakomicie to potwierdza. Draconicon potrafi zniszczyć rozmachem i pomysłowością, co idealnie słychać w "symphony of Madness". Tak to kolejny killer i świetny finał tej niesamowitej płyty.


To się nazywa debiut. Band zawiesił sobie wysoko poprzeczkę i pokazał, że można jeszcze wiele zdziałać w power metalu. Świetna płyta, która jest przebojowa i bardzo melodyjna. Dla fanów rhapsody czy dark moor to pozycja obowiązkowa. 

Ocena 9.5/10

czwartek, 21 października 2021

LAST DAY S OF EDEN - Butterflies (2021)

"Butterflies"  to najnowsze dzieło hiszpańskiej formacji Last Days of Eden, który nieustannie stara się być lepszą wersją Nightwish. Kiedy tamci eksperymentują hiszpański odpowiednik czerpie to co najlepsze z muzyki Nightiwsh i wykorzystuje to jako swoją siłę przebicia. Argument jest o tyle dobry, bowiem sporo fanów tęskni za symfonicznym power metalem, który ciężko ostatnio znaleźć na płytach Nightwish. "Butterflies" to nic nowego w muzyce Last days of eden i w zasadzie dostajemy kontynuację poprzednich płyt. Nie ma rewolucji, ani płyty roku, ale jest gwarantowana rozrywka, a przecież o to tutaj chodzi. Czyż nie?

Dani G spełnia się w roli gitarzysty i stawia na klasyczne rozwiązania. Nie bawi się w eksperymenty, a głos Ani M. Fojaco wciąż działa jak magnes na słuchacza. Przyciąga i wciąga w świat Last days of Eden. Wszystko działa w tej formacji tak powinno i to przedkłada się na solidny materiał.

Jeśli chodzi o materiał to należy wyróżnić "abracadabra", który czerpie garściami z twórczości Nightwish. Lekki i nieco stonowany "the garden" wciaga nas tajemniczym klimatem. Słychać, że band starannie dobierał melodie.  Mocno zapada w pamięci "to hell and back" i troszkę szkoda ze mało jest tutaj petard tego typu. Równie ciekawie wypada przebojowy "the Journey" z elementami folkowymi. 
 

Mam problem z tą płyta taki ze jest komercyjna i troszkę bez pazura. Kilka ciekawych to trochę za mało, zwłaszcza że stać ich na znacznie lepszy materiał. Płyta dobra do posłuchania, ale nie wzbudza większych emocji. Solidny materiał, ale nic ponadto, a szkoda. 

Ocena 5.5,/10

niedziela, 17 października 2021

THE GRANDMASTER - Skywards (2021)


 Spotyka się tutaj trzech mistrzów. Każdy z nich to indywidualność i ikona muzyki heavy/power metalu czy nawet hard rocka/AoR. The Grandmaster to kolejny super skład i kolejna płyta/projekt muzyczny prezentowany przez Frontiers Records. Jak Frontiers to jest i wszędobylski Del vechio, który odpowiada za bas i partie klawiszowe. Jest nieco zapomniany gitarzysta Jens Ludwig z Edguy, czy wreszcie nieco już bardziej rozpoznawalny wokalista Nando Fernandes. Muzyka łączy poniekąd cechy wcześniej wspomnianych gatunków i nastawiona jest przede wszystkim na melodyjny metal. Fani muzyki Jorna, The ferryman, czy ostatniej płyty Robledo, a nawet projektu Brother against Brother szybko odnajdą się na debiutancki krążku zatytułowanym "Skywards".


Nawet okladka czy brzmienie nasuwają na myśl większość płyt wydanych przez frontiers records. Muzycznie też obyło się bez większych niespodzianek. Jasne taki przebojowy "lunar water" przemyca patenty edguy, ale to już nieco inna stylistyka. Otwieracz to killer i nic tego nie zmieni. Elementy progresywne dostajemy w "someday somehow", z kolei taki "dead Bond" ma zadatki hard rockowe. Więcej melodyjnego metalu dostajemy w "song of hope". Furorę robi rozpędzony killer w postaci "true north". Troszkę mało na płycie power metal, zwłaszcza kiedy mamyJensa na pokładzie. Jest pełno hitów i wystarczy odpalić "surrender" czy klimatyczny "turn the page".

To już kolejny ciekawy projekt muzyczny dostarczany przez frontiers records. Mieszanka gatunków muzycznych typowa dla tej wytwórni. Jest dobrze i czekam na więcej. Miło jest widzieć, że Jens nie spoczął na laurach. 

Ocena: 8/10

sobota, 16 października 2021

LORDS OF BLACK - Alchemy of Souls part II (2021)

Ciężko pisać coś nowego na temat hiszpańskiego Lords of Black. To faktycznie są lordowie ciemności i specjaliści w swoim fachu. Fenomen tej kapeli od lat nie mija, a wręcz przeciwnie. Wciąż rośnie liczba fanów tej kapeli i ich muzyki. To muzyka skierowana do poszukiwaczy wyjątkowych dźwięków i niebanalnych rozwiązań. W zasadzie o każdej ich płycie można pisać to samo i wystawiać podobne oceny, bo zawsze są to dzieła wysokiej klasy. Panowie wyznaczyli nową jakość heavy/power metalu i obrócili mroczny klimat na swoją korzyść. Ciemność to ich atut i tajemnicza broń. Recenzję ich płyt można kwitować "brać w ciemno - 10/10". Lords of Black dość szybko powraca z drugą częścią "Alchemy of souls" i znów mamy przepiękną podróż w głąb ciemności i wysokiej klasy heavy/power metalu.

Dobrze, że Ronnie Romero w 2020 r wrócił do Lords of black, bo bez niego to nie byłoby to samo i taka jest prawda. Jego głos czaruje i tworzą to magiczną otoczkę. Oczywiście Tony Hernando też jest na fali i to co wyprawia z gitarą przyprawia o dreszcze.  Epicki wydźwięk i mroczny klimat to atuty"maker of nothingness". Lords of black potrafi ocierać się o progresywny metal i taki "whats become of us" to potwierdza. Co za hit. Więcej mocy i agresywności dostajemy w "Bound to You". Nie brakuje też pomysłowych riffów i bardziej złożonej stylistyki co potwierdza "mind killer.". Rasowy power metal dostajemy w rozpędzonym "death dealer", no i to jest killer.  Imponuje też główny motyw ponurego "prayers turned to whispers"  czy pełen pasji cover uriah heep czyli "sympathy".  Każdy z utworów niesie coś że sobą i jest osobna uczta dla zmysłów słuchacza. 

Lords of black na nikogo nie patrzy i żyje w swoim świecie. Mają swój wysmakowany i ciężko wypracowany styl. Idą swoją ścieżką i są jedynym w swoim rodzaju zespołem. Tego im nikt nie odbierze. To co grają to muzyka, ale to już nie tylko rozrywka, ale już prawdziwa sztuka. Lords of black to prawdziwy lord nie tylko ciemności, ale i power metalu. 

Ocena : 9.5/10

LEVERAGE - Above the beyond (2021)

Sytuacja fińskiego Leverage obecnie jest stabilna. Mają od 2018r stały skład i obecnie cieszą się kontraktem płytowym z wytwórnią Frontiers Records. Wszystko idzie po ich myśli i w końcu przyszedł czas na nowy materiał. "Above the beyond" z szokuje fanów zespołu, bowiem band nieco odchodzi od typowej stylistyki melodyjnego metalu, czy power metalu na rzecz klimatów nieco bardziej hard rockowych, czy nawet coś pokroju AOR. Kiedy szok minie to jak płyta wygląda?

Słychać, że nagrało ją banda doświadczonych muzyków, którzy idą własną ścieżką i grają to co im w duszy gra. Muzyka nie jest kiczowata, a z pewnością dojrzała i emocjonalna. Zespół postanowił postawić na emocje, na głębie i bardziej hard rockowy feeling. Powiem wam, że nie jest to wcale takie złe. Ten chłód bijący z okładki przewija się przez klimat płyty. Kogo należy pochwalić to z pewnością wokalistę Kimmo Bloma, który nadaje kompozycjom odpowiedniego klimatu i melodyjnego charakteru. Dobrze to odzwierciedla otwieracz "starlight", który przejawia cechy folkowe, ale też coś pokroju Deep Purple, czy Rainbow. Jestem otwarty na tego typu rozwiązania i akurat tutaj jest to dobrze rozegrane. Progresywne aspekty przejawia kolejny utwór, czyli "Emperor" i tutaj mamy więcej heavy metalowego zacięcia. Dużo elementów hard rocka i AOR można wyłapać w bardziej komercyjnym "Into the new world" i choć nie jest to takie złe, to już nie brzmi jak Leverage. W "Angelica" ocieramy się wręcz o pop rock. Popisy gitarowe i doświadczenie muzyków czyni te kompozycji na swój sposób dobre i miłe dla ucha. Jednak są też echa starych płyt i mam tu na myśli "Falling out of grace" czy przebojowy "Under His Eyes".

Nie ma power metalu, nie ma też dużej ilości melodyjnego metalu, ale kto lubi klimatyczny hard rock, czy aor ten może szybko przekonać się do nowego wydawnictwa Leverage. Wstydu im nie przynosi i tylko potwierdza, że panowie obierają teraz inny kierunek muzyczny. Widocznie ta zmiana jest im potrzebna. Grunt, że trzymają dobry poziom i wciąż jest to atrakcyjna muzyka.

Ocena: 7/10
 

piątek, 15 października 2021

ALCATRAZZ - V (2021)

Alcatrazz powrócił w 2019r i to był jeden z ważniejszych powrotów na metalowej czy też hard rockowej scenie. Był niemal stary skład i Graham Bonnet na czele. Powróciły czasy debiutu i Joe Stump podołał zadaniu. Efektem był znakomity "Born Innocent", który z miejsca stał się jednym z ich najlepszych albumów. Bajka nie trwała zbyt długo. W roku 2020 dochodzi do konfliktu na linii Bonnet i zarządzający zespołem. W końcu doszło do rozłamu i Bonnet założył swoim Alcatrazz, a pozostały skład z "'Born innocent" zatrudnił Doggie White i nagrał album zatytułowany "V". Czy to się mogło udać? Alcatrazz bez Bonneta to wciąż Alcatrazz?
 

Stylistycznie Alcatrazz mocno kojarzył się z twórczością Ritchiego Blackmore i nic dziwnego że do współpracy zaproszono innego wokalistę rainbow. Doggie ma manierę podobna do Bo neta i ma to cos w swoim głosie. Sprawa o tyle dziwna, bowiem Alcatrazz zawsze kojarzył się z głosem Grahama. Doggie odwalił kawał dobrej roboty i tchnął w Alcatrazz powiew świeżości i metalowego pazura  Alcatrazz to nie tylko świetny hard rockowy głos to również samiec alfa na gitarze i te shredowe popisy gitarowe są również istotnym elementem muzyki Alcatrazz. Joe stump pokazał, że znakomicie czuje granie w stylu Blackmore czy Malmsteena. Na"v" jeszcze bardziej się rozwinął i to jego z najlepszych płyt. Na nowym krążku roi się od zadziornych riffów i pełnych pasji solówek. Coś pięknego. Były obawy czy Alcatrazz bez Grahama wciąż będzie atrakcyjny i czy to wciąż będzie to Alcatrazz. Nowy album te wątpliwości rozwiewa i z miejsca staje się klasykiem i jedna z najlepszych płyt tego zespołu.

Płyta zaskakuje pozytywnie i to juz od rozpędzonego "Guardian Angel" i Joe Stump pokazuje tutaj klasę. Dużo dobrego się dzieje i można się tylko delektować. Fani Rainbow, Alcatrazz czy wczesnych płyt Malmsteena będą zachwyceni. Szybkie tempo utrzymuje killer "Nightwatch" i jakoś nawet nie przeszkadza brak Bo neta. Stump i Doggie White stworzyli znakomity duet, który naprawdę się sprawdza. Dalej mamy hard rockowy "sword of deliverance" który ma też sporo cech utworów Rainbow.  Riff Turn of the wheel"  z kolei nasuwa początki Dio. Płyta napakowana jest atrakcyjnymi melodiami i jedna z moich ulubionych zdobi marszowy "blackheart". Singlowy "Grace of god" kipi energią i klimatem power metalu. Brzmi to obłędnie. Ponury i klimatyczny "return to nevermore" przemyca patenty rainbow, ale pokazuje też że Alcatrazz może grać cięższa muzyka i wciąż będzie sobą. Mocna rzecz! Imponuje też dawka emocji i gitarowych popisów Joe w energicznym "Target". Echa rainbow na pewno słychać w "house of lies", a z kolei "Alice eyes"  to ukłon w stronę klasycznego heavy metalu.

Jakoś dziwnie, że Alcatrazz doznał rozłamu. Ta nazwa zawsze będzie kojarzyć się z głosem Grahama Bonneta. Jednak mam ocenić album i muzykę tu zawarta, a nie konflikt muzyków. Muzyka jest wysokiej klasy i oddaje piękno muzyki Alcatrazz i rainbow. Doggie White w tym roku daje czadu. Czy drugi Alcatrazz pod wodzą Bonneta nagra równie genialny album? Oj będzie ciężko... 

Ocena : 9/10
 

wtorek, 12 października 2021

IMAGINATURE - Imaginature (2021)


 Polska scena metalowa nie słynie na pewno z power metalu, ani też z symfonicznych odmian tego gatunku. Jasne, były przebłyski jak choćby Kingdom Waves czy  Pathfinder. Teraz nadzieją naszą na odrodzenie tego rodzaju muzyki jest pochodzący ze Szczytna band o nazwie Imaginature, który powstał w 2015r z inicjatywy gitarzysty Marcina. 2 października ukazał się ich  debiutancki album zatytułowany "Imaginature", tak więc można śmiało ocenić możliwości naszego rodzimego zespołu.

Całe show kradnie gitarzysta Marcin i Klawiszowiec Leszek, którzy tworzą zgrany duet. Jest chemia między nimi, a to z rodziło kilka atrakcyjnych melodii i motywów. Dużo się dzieje i ta mieszanka progresywnego metalu, power metalu i symfonicznego metalu nie przytłacza swoją formą . Słychać, że panowie chcą podbić świat. Pomysły są i to bardzo ciekawe. Na przykład "atonement" wykazuje przede wszystkim cechy progresywne. Hity też są, co potwierdza power metalowy "edge". Kapelę wspiera gościnnie na wokalu Anna Dembowska i Konstantin Neumenko i czuć od razu rozmach. Podniosły jest tytułowy "Imaginature" który stawia na świeżość i progresywny charakter . "Near the end" troszkę jest zbyt pokręcony i żałuję że nie ma więcej perełek pokroju "weather the Storm".

Imaginature troszkę za dużo chciał zawrzeć na swoim debiucie. Nie wszystko wyszło może idealnie, ale ta kapela ma naprawdę potencjał. Próbują uderzyć w te rejony które nie są tak popularne w naszym kraju i robią kawał dobrej roboty. Tak trzymać!

Ocena : 7/10

poniedziałek, 11 października 2021

IN VAIN - All Hope is gone (2021)


 Ja wiem, że Hiszpański  In vain jest na scenie metalowej nie od dziś i może się pochwalić doświadczeniem i 17 letnim doświadczeniem. Wiem, że kapela ma kilka mocnych albumów na koncie, ale gdyby mi ktoś powiedział na początku roku, że "All hope is gone" będzie jednym z najlepszych albumów roku 2021 to pewnie bym go wyśmiał, a na pewno bym się zastanowił co ta osoba mówi. Taka jest prawda, że nowe dzieło Hiszpanów to prawdziwy majstersztyk w dziedzinie heavy/power/thrash metalu. Ta płyta ma wszystko, a nawet coś więcej.

Daniel Cordon i Daniel Martin stworzyli niezwykle silny duet gitarowy, który sieje zniszczenie. Panowie nie tylko się rozumieją bez słów, ale idealnie uzupełniają i napędzają się na wzajem. Ta rywalizacja jest urocza i daje nam wciągające solówki i pojedynki na popisy gitarowe. No jest czym się zachwycać. Daniel Cordon zbiera dodatkowe brawa za efektowne i wysokiej klasy partie wokalne. Tak ma brzmieć power metal i on to definiuje na nowo. Jest pazur, agresja, technika i znakomite górki. O to chodzi. Muzycy wysokiej klasy to i muzyka niszczy, ale gdyby nie kompozycje i aranżacje to nie byłoby mowy o płycie idealnej, a taka jest. Spełnia wszelkie wymagania. Killer goni killer, a dodatkowym atutem jest urozmaicenie. Cały czas się coś dzieje i nie ma miejsce na nudę. Takich płyt, w takim stylu i na takim poziomie nie ma az tak dużo.

Płyta jest urozmaicona i w sumie każdy znajdzie coś dla siebie. Otwieracz to singlowy "Evils in my soul" i tak się gra power metal. Mocne Gitary, pewny siebie wokalista i dynamiczna sekcja rytmiczna. Nie wiem czemu ale przypomniał mi się persuader.  Ileż świeżości i pomysłowości kryje "falling to the ground", który ociera się o thrash metal. No i ten podniosły refren w stylu blind guardian czy orden ogan. Popisy gitarowe po prostu w gniatają w fotel. Elementy nowoczesnego grania i progresywność wyłapiemy w "last endeavour".  Jest też mroczny i zadziorny "Tell Me who im not", który też mocno czerpie z Persuader. Zaskakuje też pokręcony "Hannibal ad portas"czy przebojowy" all hope is gone". Mamy też bardziej heavy metalowy "never look back", a całość wieńczy rozbudowany "goodbey and fuck you all".

In Van bardzo pozytywnie mnie zaskoczyl bo nagrał praktycznie album bez skazy. Z tej płyty bije niezwykła dynamika, przebojowość i agresja. Nie ma miejsce na wypelniacze czy kiepskie kompozycje. Killer goni killer, a płyta od początku do końca sieje zniszczenie. 

Ocena : 10/10


sobota, 9 października 2021

EVIL HUNTER - Lockdown (2021)


 Hiszpański Evil Hunter to stosunkowo młody band, który działa od  2017r. Najnowsze dzieło "Lockdown" to niezwykle mocna pozycja, którą powinni na pewno odnotować te osoby, które mają w sercu heavy metal i power metal. Panowie troszkę wzorują się na Accept, Iron Savior, na Judas Priest czy Paragon. Czerpią najlepsze wzorce i wszystko zgrają z niezwykłą pasją i zamiłowaniem do owych gatunków.

Troszkę można ponarzekać, że materiał jest krótki bo trwa 37 minut, ale mimo to band zawarł w tych minutach to co najlepsze w ich stylu. Mocne riff, zadziorny głos Damiana Chicano, czy ostro tnące gitary Rubio i Durana, to cechy które stanowią o sile Evil Hunter. Panowie bez problemu tworzą chwytliwe melodie, wciągające solówki i hity, które potrafią poruszyć słuchacza. Wszystko jest tak jak być powinno.

Klasyczny riff atakuje nas w otwieraczu "Guardian Angel" i choć nie ma tu za grosz oryginalności, to ja kupuje to co band serwuje nam. Jest energia, jest ciekawa melodie i band wykorzystuje sprawdzone patenty Judas Priest, czy Accept. Drugi kawałek to "You'll never walk alone", który mocno nawiązuje do Accept i nawet Damian momentami brzmi jak Udo. No brzmi to bardzo ciekawie i band wie co robi. Niemiecką scenę metalową dobrze też słychać w melodyjnym i zadziornym "Get up", w którym nie brakuje też elementów hard rockowych. Band przyspiesza w energicznym "Burning Flames", który jest na pograniczu heavy i power metalu. Jest szybko, energiczne i z pazurem. Dużo się tutaj dzieje, a gitary bardzo fajnie tną. Początek "Beyond the dark" nie wiem czemu przypomina mi "Timebomb" Udo. To kolejny killer na płycie i znów świetny przykład jak wyważyć agresywny riff i melodyjność. Niezwykle urozmaicony jest tytułowy "Locked down", który ma nawet elementy ballady. Słychać tutaj nawiązania do klasycznego Judas Priest. Jest jeszcze marszowy i bardziej epicki "Blown with the wind".

Dla tych co będą kręcić nosem przy nowej płycie Udo, nowa płyta Evil Hunter będzie świetną alternatywą. Dużo tutaj mocnych riffów, a cała płyta jest dojrzała i dopracowana. Nie ma tutaj chybionych pomysłów i słucha się tego jednym tchem. Brawo Panowie!

Ocena: 8.5/10

ECLIPSE - Wired (2021)

 

To było kwestia czasu kiedy szwedzki Eclipse wyda nowy album. "Wired"to już 8 studyjny album tej formacji i choć lata lecą to band wciąż potrafi zachwycić swoją muzyką. Jasne to jest prosty, niezwykle melodyjny hard rock  z nutką melodyjnego metalu. Jednak panowie zawsze stawiają na chwytliwe melodie i sprawdzone patenty, które przed laty wykorzystywały Pretty Maids, Def Leppard, Bonfire, czy nawet Jaded Heart.  To wszystko sprawia, że mimo tego że "Wired" niczym nie zaskakuje to jest dobrą formą rozrywki.

W tej kapeli pierwsze skrzypce gra wokalista Erik Martennson, który jest obdarzony ciekawą barwą i potrafi skraść serce słuchacza. Potrafi śpiewać ciepło, ale też z pazurem, tak więc jest niczym kameleon.  Od strony gitarowej kawał dobrej roboty zrobił Magnus Henrikson, co przedkłada się na poukładany i łatwy w odbiorze materiał. Mamy takie perełki jak "Roses on the grave", który kipią energią i niezwykłą przebojowością. Lekki i klimatyczny jest "dying Breed", który trzyma również dobry poziom. Spokojna ballada "Carved in stone" nie psuje tego efektu. Pazur band pokazuje w "Twilight", czy "Bite the bullet", które momentami ocierają się o melodyjny metal.

W kategorii hard rocka jest to bardzo wartościowa pozycja, która zadowoli każdego maniaka tego gatunku. Kawałki są urozmaicone i przebojowe, tak więc nie ma nudy. Nic ta płyta nie wnosi do twórczości zespołu, ale z pewnością ją umacnia.

Ocena: 7.5/10

REAPERS REVENGE - Versus (2021)

Po udanym "virtual impulse" sądziłem, że niemiecki Reaper's Revenge pójdzie za ciosem, a nawet zrobi krok do przodu. Najnowsze dzieło "Versus" to tylko dobry album z pogranicza heavy/power/thrash metalu. Fanom Paragon, Primal Fear czy Artillery na pewno przypadnie do gustu, ale szkoda że panowie nie nagrali czegoś co by zwaliło z nóg.

WeiB i Knauer dwoją się i troją co by wygrywać ostre i dynamiczne riffy, tylko coś nie do końca poszło tak, bo momentami wkrada się nijakość albo też wtórność. Na szczęście tych słabych momentów nie ma za dużo. Oczywiście na płycie sporo dobrego robi wokalista Christian Bosl, który nadaje płycie drapieżności i melodyjności. Jego głos idealnie tu pasuje i ciężko sobie tu kogoś innego wyobrazić. Okładka jest niezwykle klimatyczna i to ich najlepsza okładka. Brzmienie też jest mocne, wyraziste i znacznie mocniejsze niż na poprzednich płytach. Troszkę zawodzi zawartość.

"To whom evil sacrafice" to dobry kawałek, ale troszkę zagrany zbyt ostrożnie i jakoś wyszło tak banalnie. Dobrze wypada agresywniejszy "Changing World", w którym postawiono na szybkie tempo i mocniejszy riff. Jest też klimatyczny "My fading silence", z kolei taki "Phlegmatrix" czy "warheads" objawiają patenty bardziej skierowane na thrash czy power metal.

Płyta może i jest urozmaicona i może ma kilka ciekawych momentów, ale jako całość czegoś brakuje. Pomysłów wystarczyło na kilka kompozycji i słychać, że band nie dopracował w pełni kompozycji. "Versus" to wciąż płyta solidna i godna uwagi, mimo swoich wad.

Ocena: 6.5/10
 

WANTON ATTACK - Wanton Attack (2021)


 Kto lubi tematykę okultystyczną, kto kocha mroczny klimat i muzykę z pogranicza Portrait czy Mercyful fate temu z pewnością przypadnie do gustu debiut szwedzkiego Wanton Attack. Płyta nosi tytuł po prostu "Wanton Attack" i faktycznie mroczna okładka i posępna muzyka potwierdzają te wpływy muzyczne u Wanton Attack. Sam band, a raczej projekt muzyczny powstał z inicjatywy gitarzysty/basisty N.Holma i perkusisty/wokalisty Micaela Zatterberga.

Kierunek muzyczny obrany przez panów jest odważnym ruchem i również nieco ryzykownym, bo łatwo można polegnąć. Panowie tak naprawdę poradzili sobie z tym tematem tylko dobrze. Jest mroczny klimat i wszystko jest dość spójnie, tylko jakoś brakuje heavy metalowego pazura. N Holm ma smykałkę do ciężkich i ciekawych riffów, ale często wszystko zlewa się w jedną papkę. Szkoda, bo drzemie w nim potencjał i mógł nas czymś zaskoczyć, zamiast grać tak ostrożnie. Tak samo czuje nie dosyt jeśli chodzi o wokal Zatterberga, który śpiewa dość łagodnie. Utwory zawarte na debiucie też wymagają jeszcze dopracowania i kilku zmian. Jednak mi tych wad to wciąż kawał solidnego grania, które zasługuje na uwagę. Z tej płyty na uwagę na pewno zasługuje zadziorny "Wanton Attack", który od razu daje poczuć klimaty Portrait czy Mercyful Fate.  Więcej przebojowości i chwytliwości ma w sobie na pewno "The beast will be teamed". Band potrafi też grać szybko i energicznie co potwierdza "His master voice", który jest najciekawszym kawałkiem na płycie. Na płycie jest też cover z repertuaru Commandment czyli "Crystall Ball".

"Wanton Attack" mimo ciekawej stylistyki i odesłań do klasyki, to wciąż tylko dobry album. Zabrakło dopracowanie i nieco ciekawszych pomysłów, które wyszłyby przed szereg oklepanych motywów. Zobaczymy jak ułoży się przyszłość tej formacji, póki co jest tylko dobrze.

Ocena: 6.5/10

ALEFLA - Unbreakable (2021)

 

25 września roku 2021 miał premierę drugi album brazylijskiej formacji Alefla. Płyta nosi tytuł "Unbreakable" i choć okładka jest miła dla oka i przyciąga uwagę, to ostatecznie mamy do czynienia z produktem średniej klasy.

Nie chodzi tutaj już nawet o to, że za sitkiem jest Fla Moorey, który nadaje płycie komercyjnego charakteru. Ma głos dość łagodny i bardziej pasujący do pop rockowych dźwięków. Jednak to nie Fla jest słabym ogniwem tej płyty, a sama konwencja i aranżacje utworów. Wszystko jest jakieś takie ospałe i zagrane jakby bez pomysłu.Na pewno otwieracz "Friends" zwiastuje solidne grania z pogranicza heavy/power metalu i hard rocka. Niby nic nowego, ale akurat ten utwór ma cechy melodyjnego grania. Niestety rzeczywistość jest bardziej bolesna, bo kryje się tutaj sporo smętnych dźwięków i jakiegoś popowego grania.  "Pray your soul" czy taki "Man of dreams" nic nie wnoszą i są dość ciężko strawne. Kolejne utwory typu "First kiss" czy "time to say goodbey" też przejawiają cechy komercyjnego rockowego grania i nudzą swoją konstrukcją.Kilka ciekawych dźwięków, soczyste brzmienie to trochę za mało.

Okładka zwabiła mnie w pułapkę. Czekałem na jakieś power metalowe uderzenie, a dostałem bardziej heavy metalowo - rockowy album, który niczym nie zachwyca. Na dłuższą metę wręcz meczy i nudzi swoją formą. Szkoda, bo słychać że band wie w jaką stronę chce iść, tylko jakoś nie potrafi tego ciekawie przedstawić słuchaczowi.

Ocena: 4/10

MORTAL SOIL - Mortal Soil (2021)

Mortal Soil to fiński projekt muzyczny, który tworzą perkusista Nick Grave oraz multiinstrumentalista J.l Burner. Projekt powstał w tym roku i to na gruzach Regal Force. Panowie stawią na mieszankę klasycznego heavy metalu z nutką rocka. Gdzieś tam czerpią z Black Sabbath, coś tam z Kinga Diamonda czy Ghost można też wyłapać. Debiutancki album "Mortal Soil" nie jest jakimś tam majstersztykiem, a miłym formą spędzenia wolnego czasu.

Mroczna okładka ma to coś i zachęca by sięgnąć po dzieło Mortal Soil. Największy wkład w muzykę i jej kształt ma Jl Burner, którego głos jest lekki i nastrojowy. Więcej ma w sobie z rockowego wokalisty, aniżeli heavy metalowego. Jednak jego specyficzna maniera wprowadza odpowiedni nastrój, który idealnie współgra z tłem i melodiami, które przewijają  się w tle. Jasne znajdziemy tutaj kilka ciekawych utworów jak choćby energiczny "Sanctuary of death" czy przebojowy "Evil strikes at midnight", które przemycają kilka patentów NWOBHM. Słychać, że panowie kochać old schoolowy heavy metal w klimatach lat 80. Naprawdę dobrze im to wychodzi. Rockowe aspekty można wyłapać w lekkim i nastrojowym "Her Demon eyes", ale trzeba przyznać, że kawałki dostarczają sporo frajdy podczas słuchania. Całość wieńczy ponad 6 minutowy "Forever in absence", który wykazuje cechy progresywne.

Może jeszcze panowie niczego nie odkrywają swoim debiutanckim albumem, ale "Mortal Soil" to solidna płyta, które kryje kilka ciekawych melodii i riffów. Duży plus za mroczny feeling i ciekawą stylistykę. Jeszcze troszkę doszlifować styl i jakość i będzie naprawdę ciekawie.

Ocena : 7/10
 

czwartek, 7 października 2021

U.D.O - Game Over (2021)

Ostatnie lata dla Udo Dirkschneidera były naprawdę udane. Najpierw "steelfactory", który do dziś jest jednym z najlepszych albumów pod szyldem Udo. Potem podniosły i zaskakujący "We are one" z orkiestrą, czy wreszcie The old gang, czyli band w którym Udo łączy siły z Peterem Baltesem i Matthiasem Diethem. To napawało optymizmem, że raczej Udo nie wyda słabego albumu. Niestety najnowszy krążek Udo zatytułowany "Game Over" to z jednej strony typowy album Udo, a z drugiej dzieło dziwne i jakieś chaotyczne. O sukcesie "Steelfactory" nie ma szans.

Premiera nowego krążka przewidziana jest na 22 października i w sumie od samego początku były obawy co do "Game Over". Jakieś okrojone logo, jakaś dziwna i nijaka okładka, a potem seria średnich singli, które jakoś przeszły bez większego echa. Skład zespołu też inny niż na poprzednim krążku. Jest Tilen Hudrap na basie i Dee Dammers na gitarze. Najlepiej się sprawdza syn Udo czyli Sven, gitarzysta Andrey, który wciąż czarują swoją grą i niezwyciężony Udo i jego głos. Ta trójka stanowi trzon muzyki Udo, a nowe nabytki nic nie wnoszą.

Problem też tkwi w długości materiału bo 70 minut muzyki to trochę za dużo, zwłaszcza kiedy jest topornie. Stylistycznie cofamy się do "steel Hammer", "decedent czy" dominator". Ktoś powie czego chcem skoro to rasowy album udo? Melodie nie są tak atrakcyjne, riffy jakieś oklepane i bez tej ikry, a wszystko brzmi jakby było kopia kopii. To wszystko już było i było lepiej podane. 

Mam wrażenie że taki "fear detector" już gdzieś słyszałem. Riff brzmi znajomo, a cały refren jakiś taki oklepany. Przypominają się czasy "dominator". Otwieracz daleki od ideału, ale odziwo to jeden z najlepszych kawałków. Toporność i mroczny klimat to cechy "holy invaders" i tutaj band próbuje przypomnieć czasy "decedent" czy "steel Hammer", ale ze średnim skutkiem. Echa "steelfactory" mamy w przebojowym "prophecy" i nawet głos Udo tutaj nie męczy słuchacza. To jest udo jaki lubię. Pokręcony riff "empty eyes" brzmi jakoś tak nieco nowocześnie. Znów otacza nas mrok i toporność. Dziwny kawałek i chyba przez ten dziwny  zapada w pamięci. Znane single "metal never dies" i "Kids and Guns" są średniej klasy i taka jest prawda. Jakieś takie hard rockowe i zagrane bez pomysłu. "Like a beast" atakuje nas szybkim tempem, ale troszkę brzmi to komicznie. Melodia jest dziwna i jakaś chaotyczna. Dalej trochę wieje nuda i troszkę zaskakuje marszowy "marching tank" który przemyca nawet coś z manowar. Dobry kawałek, ale też jakiś taki niedopracowany. Echa "faceless world" i accept mamy w chwytliwym "midnight stranger" i tutaj ten hard rockowy klimat jest uroczy. W końcu coś w klimatach lat 80. Na plus zaliczyć należy stonowany i bardziej marszowy "time control" i nie wiem czemu przypominają mi się czasy "man and machine". Jest ciekawa melodia i coś się dzieje. Taki stary dobry Udo. 
 

Udo poszedł w rekord liczby utworów na płycie. Nagrał strasznie dziwny album, który nie chce zapaść w pamięci. Wszystko zlewa się w calosc i praktycznie nic w głowie nie zostaje. Nie ma pazura "decedent" nie ma przebojowości "steelfactory" ani uroku poprzednich płyt. Dobra wymęczył mnie ten album i chyba lepiej zapuszczę sobie "too mean to die" accept, który wypada korzystniej.

Ocena 5/10

niedziela, 3 października 2021

BLACK ROSE - Game of Souls (2021)


 Szwedzki Black Rose to świetny przykład, że można tworzyć świetną muzykę, a i tak nie być rozpoznawalnym zespołem. Kapela może się pochwalić wieloletnim stażem i doświadczeniem, a także bogatą dyskografią, a i tak nic to nie zmienia. "Game of Souls" to najnowsze wydawnictwo i jest to już 7 album w ich karierze. Płytę nagrał ten sam skład co płytę wcześniejszą czyli "A light in the dark".

W tym zespole tak naprawdę liczy się wyjątkowy i klimatyczny głos Jakoba Sandberga, mocny bas Petera Haga i wyraziste i pełne melodyjności partie gitarowe Thomasa Berga. Dynamika nadaje gra perkusisty Andersa Haga. Kiedy wszystko działa sprawnie nie trzeba zmian i w zasadzie Black Rose idzie dalej swoją ścieżką i stroni od eksperymentowania. Brawo dla nich, bo oni nie muszą szukać nowej stylistyki.

Na pierwszy atak idzie "the Fall" i jest tu dobry balans między hard rocka i heavy metalu. "We fight" zachwyca klasycznym riffem i przebojowością. Band momentami ociera się o neoklasyczny power metal i słychać to choćby w tytułowym "game of souls"czy melodyjnym" victory". Dużo hard rocka znajdziemy "queen of the night". Band potrafi też grać szybko i niezwykle energicznie co potwierdza bujający "love is the start".

Cały nowy materiał jest dopracowany i dojrzały. Panowie grają atrakcyjny i niezwykły melodyjny heavy metal z nutka hard rocka. Zasługują na rozgłos i większe zainteresowanie. Czas to zmienić!

Ocena : 8/10

ROBLEDO - wanted man (2021)


 Oj ktoś tu sporo słuchał Jorna, czy Ronnie Romero. Młody i niezwykle utalentowany James Robledo dał się już nam poznać w świetnym Sinners Blood z Chile, a teraz kuje żelazo póki gorące i daje nam swój pierwszy solowy album. "Wanted man" to album, który zadowoli każdego maniaka melodyjnego grania spod znaku heavy/power metalu, a nawet hard rocka. James ma u swojego boku równie wielkich muzyków, bowiem na gitarze jest Francesco Marras z Screaming Shadows,Andre Hilgers jest na perkusji, a skoro wytwórnia Frontiers records to jest również wszędobylski Alessandro Del Vachio, który gra na klawiszach i basie. Mocny skład i mocna płyta.

Każdy utwór ma w sobie to coś i czymś się wyróżnia. Otwieracz "Hearts the only enemy" ma nowoczesny pazur, ale kusi też niezwykłą przebojowością i hard rockowym feelingiem. Elementy melodyjnego heavy/power metalu można wyłapać w chwytliwym "Wanted man". James swoim głosem po prostu niszczy i nawet jakby trafił się słabszy kawałek to pewnie też odwróciłby uwagę. Kiedy odpalam taki nieco progresywny "Quicksand", czy rozpędzony, wręcz power metalowy "Dreams Decieve" to stwierdzam, że Robledo idealnie by pasował do stylistyki Masterplan. Na pewno bardziej niż obecnie Rick. Mroczny klimat, tajemnicze partie klawiszowe i nowoczesny wydźwięk to urok "Hate like you", który jest jednym z mocniejszych utworów na płycie. Jak mowa o killerach i power metalowej stylistyce to z pewnością trzeba tu wyróżnić energiczny i rozpędzony "Where eagles dare to fly". Co za energia i świeżość. Robledo wie jak zachwycić fanów melodyjnego grania.

Na naszych oczach rośnie znakomity wokalista i muzyk, przed którym drzwi do międzynarodowej kiery stoją otworem. James ma charyzmę, technikę, styl i jakość, a przede wszystkim nadaje kompozycjom emocje. Znajdziemy tu sporo ciekawych melodii i nie ma tutaj miejsca na nudę. Świetny debiut i oczywiście czekamy na więcej od Robledo!

Ocena: 8.5/10

TALES AND LEGENDS - Struggle of the gods (2021)

 

Fani power metalu wypatrywali z ciekawością na nadchodzący debiut włoskiego Tales and Legends, a to choćby z tego względu że band postanowił grać oldschoolowy, europejski power metal, a w dodatku za sitkiem jest Patrik J selleby z Bloodbound. Czyżby marna kopia Bloodbound, a może kryje się za tym albumem coś więcej?


Ważna rolę odgrywają tutaj partie klawiszowe Andrea Atzori, który napędza cała machine zespołu. To za jego sprawa kawalki są lekkie i bardzo melodyjne. Zyskują również podniosłość i epickość. Troszkę gitarzysta Carlo figus bywa w cieniu i momentami jego gra jest troszkę bez wyrazu. Ogólnie debiut tej formacji jest dobry, ale nie ma mowy o jakimś arcydziele.

Jest nieco w stylu Bloodbound podniosły "epic ride of Horus". Bardziej power metalowy jest niezwykle melodyjny "the fighters". Troszkę oklepany główny motyw. Coś zIron maska czy magic kingdom dostajemy w złożonym "holy temple". Jeden z nie wielu przykładów, gdzie rządzi gitarzysta Carlo i jeden z mocniejszych punktów na płycie. Do udanych kawałków zaliczyć należy również melodyjny "return to fly". Tytułowy utwór wynagradza wszelkie nie dociągnięcia i pokazuje w pełni potencjał tej formacji.

Debiut tales and Legends to kawał solidnego power metalu z kilkoma przebłyskami. Jednak to wszystko jest jakieś takie przewidywalne i oklepane, a szkoda bo potencjał był na prawdziwą petardę. 

Ocena : 6/10


czwartek, 30 września 2021

KK PRIEST - Sermons of the Sinner (2021)

Minęło 10 lat od kiedy Kk Downing opuścił Judas Priest. Zespół miał iść na zasłużoną emeryturę, ale losy potoczyły się inaczej. Troszkę zapomniano o zasłużonym gitarzyście Judas Priest, ale on też troszkę się odciął od heavy metalowego świata. Wszystko się zmieniło w roku 2018. Wystąpił na specjalnym koncercie, gdzie z grupą znajomych muzyków zagrał koncert ku chwale Judas Priest. Uwagę przyciągał skład, bo pojawił się Les  Binks czy Tim Ripper Owens, którzy również byli związani z Judas Priest. Coś ciekawego zaczynało się dziać i tak w końcu powołano Kk priest. Nazwa nieco komiczna i można było użyć lepszej nazwy na zespół. Band rozpoczął prace nad debiutanckim krążkiem, niestety pandemia i uraz Lesa troszkę pokrzyżowały plany Kk Downinga.  Skład uzupełnili Aj Mills, basista Tony Newton i perkusista Sean Elg. Owocem ich ciężkiej pracy jest "Sermons of the sinner". Ta płyta spełnia kolejne moje marzenie, a mianowicie jakby wyglądał klasyczny judas priest z Timem Ripperem na wokalu. Wtedy kiedy ukazał się "Jugulator" wiele pewnie się zastanawiało co by było gdyby. Teraz jest okazja by zaspokoić swoją ciekawość.

Materiał jest na pewno bardziej klasyczny, bo Kk Downing sięga za równo po patenty z "Painkiller", czy nawet po rzeczy z lat 80. Oczywiście są nawiązania do "British Steel" czy "Screaming for vengeance". Klasa i poziom może już nie ten sam, a same kompozycje są momentami troszkę banalne, a teksty proste i bez głębi. Nie ma tutaj świeżości, ani elementu zaskoczenia jakie dostarczały płyty Tima za czasów śpiewania w Judas Priest. Dostajemy klasyczny heavy metal i to może cieszyć. W końcu może popisać się Tim, bo ostatnio brakowało jakiegoś dobrego albumu z nim na wokalu. Co mnie smuci, bo kocham jego manierę i styl. To jeden z najlepszych heavy metalowych śpiewaków. Kk Downing mimo przerwy wciąż ma w swojej grze to coś i potrafi czarować. Problem może tkwi w samych motywach gitarowych, które nie wnoszą nic nowego. Momentami brzmi to wszystko znajomo. Troszkę czuje niedosyt, bo liczyłem na prawdziwą heavy metalową petardę. Jednak panowie są zgrani i wiedza po co założyli zespół i realizują w pełni swoje cele. Każdy z nich odwala na "sermons of the sinner" kawał dobrej roboty. Brakuje na pewno obecności Lesa i jego kunsztu. Najbardziej błyszczy Tim Ripper, który jest w świetnej formie wokalnej. Daje popis umiejętności śpiewania i momentami wręcz brzmi niczym Halford.  Kk też postawił na rasowe riffy typowe dla Judas Priest, tak więc nie ma niczego nowego, a nazwa zespołu od razu daje znać czego mamy się spodziewać.

Płytę otwiera "Incernation", ale to tylko krótkie i nastrojowe intro. Jest klimat grozy. Na pewno nikt by tego nie przepisałby do judas priest. Inaczej ma się sprawa singlowego "Helffire Thunderbolt". Riff to taka nieco kalka riffu z "Nostradamus", ale też "Painkiller". Słychać, że grają tu panowie z Judas Priest. Kk Downing w pełni oddaje tutaj swój charakter. Gitary brzmią mocno i zadziornie, a przecież o to chodzi. Nie ma tutaj za grosz oryginalności, ale zabawa przednia. Tim mimo upływu czasu wciąż jest jednym z najlepszych wokalistów i to tutaj dobitnie pokazuje. W końcu jest on w klasycznym utworze Judas Priest. No śmiało można mówić tutaj o kilerze. Band nie zwalnia tempa i dalej atakuje nas tytułowy "Sermons of the sinner". Czas przyspieszyć i wrzucić drugi bieg. Panowie zabierają nas w rejony "Painkiller" i to zasługa mocnego riffu i wysokich rejestrów Tima. Nie wiem czemu słyszę tutaj Denner/Shermann, a nawet faktycznie coś pokroju Cage czy Mercyful fate. Mocna rzecz i od kiedy pierwszy raz usłyszałem ten kawałek to miałem ciary na plecach. Zostajemy przy ciężkich dźwiękach. Mroczny i tajemniczy klimat towarzyszy nam przy "Secrodate Y Diablo". Stylistyka podobna, tak więc ocieramy się o heavy/power metal. Znów świetny popis wokalny Tima, także wciągające solówki Kk Downinga  i Aj Millsa. No dzieje się i jest to naprawdę urocze. Nie powstało tutaj nic na siłę. Lata 80 i czasy "screaming for vengeance" czy "British steel" słychać w lekkim i przebojowym "Raise Your fist". Tekst oczywiście jest słabym punktem, ale słucha się tego z dużą przyjemnością. Wyczuwam idealny hit koncertowy. "You've got another thing coming" to ponadczasowy klasyk Judasów i nic dziwnego, że po ten riff sięga Kk w kolejnym koncertowym hicie tj "Brothers of the road". Jest ryk harleya i już wszystko wiadomo. Prosty riff, chwytliwy refren, bujająca melodia i klimat lat 80, czego można chcieć więcej? Takie klasyczne dźwięki zawsze są w cenie. Jakbym miał wskazać kawałek, który zaskoczył mnie pozytywnie to wskazałbym na ponad 8 minutowy "Metal through and through". Zaczyna się spokojnie, wręcz balladowo. Tim buduje napięcie swoim głosem i już mam ciary. Wkracza riff, który na myśl przywołuje Manowar, a także Iron Maiden. No wyszedł niezły miks, ale jedno jest pewne. To jest heavy metal najwyżej próby. Klasyka sama w sobie. Tim też nie piszczy, a buduje klimat i napięcie w zwrotkach. Nie mam nic przeciwko jak band pójdzie właśnie w takim kierunku. Miło usłyszeć, że Kk nie boi się też czerpać z dokonań Iron Maiden.  Echa Defenders of the Faith też są i oczywiście to kolejny killer na płycie. Riff "Wild and Free" brzmi również znajomo.  Jest szybko, jest zadziornie, może nieco hard rockowo, ale znów mocno nawiązują do lat 80. Motoryka ma coś z wczesnego Motorhead, ale też słychać tutaj coś z wczesnego Dio czy Judas Priest. Heavy metal pełną gębą i do tego mocno klasyczny. "Hail for Priest" zaczyna się niczym "Sign of the Cross" Iron Maiden. Jest mrocznie, jest spokojnie i tajemniczo. Po minucie wkracza mocny riff i już wiadomo, że to Judas Priest gra im w duszy. Kłaniają się czasy "Painkiller" czy "Angel of retribution", ale duża dawka melodyjności i galopad przypomina Iron Maiden. Całość zamyka równie ciekawy i rozbudowany "return of the sentinel", który jest miłą wycieczką do lat 80. Nie jest to może killer typu znanego "The Sentinel", ale jest epicko i dużo się dzieje. Słychać klasyczne granie judas priest i klimat lat 80.

Kk Downing wraca i jest to naprawdę udany powrót po 10 latach nieobecności na scenie metalowej. To jest ważne wydarzenie.  Cieszy, że jego muzyka wciąż dostarcza sporo frajdy i są to znajome dźwięki, ale wszystko brzmi klasycznie, a zarazem potrafią zaskoczyć i zabrać nas w nieco inne rejony.  Mnie jeszcze bardziej cieszy, że Tim mógł w końcu wykazać się bardziej i to w klasycznych dźwiękach judas priest. Moje marzenie się spełniło. Będą głosy na nie, bo teksty dziecinne, bo mamy kalkę judas priest, że solówki nie takie, że Tim imituje Halforda. Specjaliści zawsze się znajdą, a ja tam mam zamiar czerpać radość z słuchania tej płyty. Świetna rozrywka.

Ocena: 9/10

 

AEXYLIUM - The fifth season (2021)

Jakoś nie natknąłem się wcześniej na włoski Aexylium. Czas to zmienić, bo band powraca z nowym albumem i "The fifth season" ma przykuwającą okładkę, a ja mam słabość do ciekawych i kolorystycznych okładek. Nie jest to może muzyka, z którą obcuje na co dzień, ale nie mam nic przeciwko folk metalowi, czy symfonicznemu metalu. Tylko do tego dochodzą też echa melodyjnego death metalu, czy power metalu. Każdy fan melodyjnego grania coś znajdzie dla siebie.

Atutem tego wydawnictwa jest dopracowanie i wykorzystanie wysokiej jakości elementów. Każdy dźwięk został rozważnie dobrany i wszystko jest spójne. W ich muzyce jest miejsce na dźwięki fleta czy wiolonczeli , a najwięcej dobrego robią wokalista Steven i gitarzysta Fabio. Wokalista nadaje drapieżności i mrocznego wydźwięku, z kolei Fabio próbuje cały czas nas zaskoczyć i znakomicie balansuje między melodyjnością i agresywnością. Dobrze tą cechę oddają agresywny "Bridge" czy symfoniczny "Mountains". Nie zabrakło też killerów bo taki jest folkowy "Immortal blood". Cieszą piękne i nastrojowe melodie, które napędzają takie hity jak "Vinland",czy epicki "the fifth season". Oj dzieje się sporo w tych kompozycjach. Jeszcze jest podniosły i pełen symfonicznych ozdobników "Spirit of the north", który pokazuje, że i w symfonicznej stylistyce band wypada naprawdę bardzo dobrze.

Włosi potrafi dostarczyć wysokiej klasy muzykę. To co znajdziemy tutaj to naprawdę dojrzała muzyka, która łączy w sobie elementy folk metalu, symfonicznego metalu, a także melodyjnego death metalu. Wszystko jest ze sobą znakomicie połączone i słucha się tego naprawdę bardzo dobrze. Materiał jest urozmaicony i ma kilka killerów. Aexelium to wartościowy band, który zaczyna swoją karierę z przytupem. Czekam na kolejne dzieła, bo mają ogromny potencjał.

Ocena: 8/10
 

ALIEN FORCE - We meet again (2021)


 Duński Alien Force powraca po 35 latach ciszy. Nie, to nie jest żart. Jedna z tych bardziej rozpoznawalnych kapel z lat 80 wraca. Dwa pierwsze albumy to wciąż solidna porcja klasycznego heavy metalu i dla niektórych nawet pewien kult wielbienia. Kapela jest mi dobrze znana, to też liczyłem na wielki "comeback", bo i skład jest klasyczny. Niestety, ale "We meet again" to płyta daleka od ideału.

Premiera przewidziana jest na 26 listopada tego roku nakładem wytwórni From The Vault.Niby skład klasyczny, a jakoś tego nie czuć. Peter śpiewa jakoś bez wyrazu i przekonania. Nie czuć, że mamy do czynienia z muzyką heavy metalową. Z kolei Henrik Rasmussen serwuje oklepane i nijakie partie gitarowe. Wieje strasznie nudą.

Hard rockowy "I decide for you" to jakaś marna kopia Scorpions, a "Song for you" to nudna ballada, która nic nie wnosi. Band troszkę odżywa w rozpędzonym "Sceptical Feelings", czy "Forgive me". dominują smętne i strasznie wtórne utwory typu "Set me free" czy "We meet again", które na siłę starają się przypomnieć nam złote lata scorpions, judas priest czy accept. Niestety wyszło to słabo, bo zabrakło ciekawych pomysłów na melodie i riffy.

Już dawno mnie tak żadna płyta nie wynudziła i nie zmęczyła jak nowy twór Alien Force. Panowie tutaj są cieniem samych siebie. Po co był powrót, kiedy nie ma się pomysłów? 35 lat to kawał czasu i mało kto pamięta, że w latach 80 był taki band. Szkoda, bo zmarnowano potencjał i jeszcze psują swój wizerunek jaki zostawili po wydaniu dwóch albumów w latach 80.

Ocena: 3/10

środa, 29 września 2021

RUNNING WILD - Blood on blood (2021)


 Kiedyś płyty Running wild były arcydziełami i płytami perfekcyjnymi. To był jeden z najlepszych zespołów heavy metalowych. Mieli wszystko i nie jeden band mógł im pozazdrościć tak świetnych albumów. Rockn Rolf opracował świetny styl i nigdy nie brakowało mu pomysłów. Coś się zaczęło psuć już na płycie "Victory". Pojawiały się już kawalki hard rockowe, a Angello Sasso sprawił że perkusja w running wild stała się zmorą fanów. Lata leciały a muzyka running wild straciła na jakości i mocy. Band zaczął trącić nieco charakter i podążać w kierunku hard rockowych dźwięków. Niby miał być koniec, ale potem nastąpił powrót, ale to był powrót do hard rockowych klimatów. Echa starych płyt można było usłyszeć na "resilient" czy "rapid foray". Te płyty choć nie są tej klasy co stare klasyki to kipią energią, przebojowością i mają to coś. Nikt chyba nie łudził się ze lata 80 czy 90 wrócą. Minęło 5 lat i czas uraczyć fanów nową muzyką. Długo i z niecierpliwością czekałem na "Blood On Blood". Rock Rolf zapowiadał, że to może być jeden z najlepszych albumów running wild. Kawałki które band udostępnił napawały optymizmem. Pytanie czy Rolf mówił prawdę? 


Słuchacz przy zdrowych zmysłach raczej wyśmieje Rolfa i jego opinie. Płyta miała potencjał, bo jest tematyka o trzech muszkieterach, jest niby pełny skład i jest niby perkusista Michael Wolpers i basista Ola Hampelann z którymi Rolf i Peter Jordan grają od 2019 r i grywali już razem koncerty. Była nadzieja, że skoro jest pełny skład i czas na komponowanie i szlifowanie nowego materiału w dobie pandemii, że może powstać coś ciekawego. Taki "diamonds and pearls" kusi dynamiką, zadziornym riffem i niezwykła przebojowością. Brzmi to bardzo dobrze i już pomijam fakt, że słychać echa "the drift". Ta kompozycja ma heavy metalowy pazur, a przede wszystkim brzmi jak utwór running wild. Solówki też są pomysłowe i pełne urozmaicenia. Coś zaczyna się dziać, a i wokal Rolfa jest w bardzo dobrej formie. To była dobra przynęta. Rolf wiedział jak zainteresować swoich fanów nowym albumem i jak podziałać na ich zmysły. "The shellback"  to 6 minutowy killer z pięknym nastrojowym intrem gdzie pojawia się znana nam melodia z "black hand Inn". Riff zabiera nas w rejony "bloody Island", battle of waterloo", czy "the brotherhood". Mocny riff, marszowe tempo i podniosły refren napawają optymizmem i mieszają w głowie. Słuchacz już jest napalony na całość. Solówki w tym kawałku są po prostu przepiękne. Na płycie jest też znany "crossing the blades", który jest tu nieco w dłuższej formie. Utwór u mnie zyskał po czasie. Jest melodyjnie, jest prosto, ale jest też tutaj duch running wild. Szkoda że słychać tutaj hard rock i Kiss. Intro jest jakby wyjęte z "Draw the line" i gdzie nie gdzie dodano kilka gitarowych ozdobników. Tak wyglądało to zanim poznałem resztę. Cóż mam nieustanne wrażenie że dali nam na pożarcie najlepsze utwory. Jeśli tu wam brakowało ducha starych płyt to reszta wam tego nie dostarczy. Płyta niby wydana przez running wild, a ja momentami czuje się jakbym słuchał płyty accept, udo czy jakiegoś innego niemieckiego zespołu. Płyta nie zawiera szybkich utworów, niema hitów typu "black bart" czy "Into the West". Jest hard rock i dużo nawiązań do"the brootherhood" czy płyty giant x.

Brzmienie jak dla mnie jest jakieś takie sztuczne, ale to już problem większość płyt po the rivarly. Zastanawia też posada pozostałych muzyków. Jakoś basu tu nie słychać, a perkusja wciąż taka jakąś monotonna, na jedno kopyto i bez wyrazu. Pytanie czy Wolpers faktycznie gra, a jeśli to tak to czemu jest taki efekt? Czas zmienić coś w tej kwestii bo to wstyd, że band tej klasy taka wpadkę zalicza i pozwala sobie na takie błędy. No ileż można?


Otwieracz na płytach running wild zawsze był ważny. Zazwyczaj to był strzał między oczy. "Blood On Blood" wypada korzystnie bo ma faktycznie klimat piracki. Refren buja i przypomina za co kocham ten zespół. Jasne to nie jakiś killer typu riding the Storm, ale jest to coś w tym kawałku. Słychać te charakterystyczne zagrywki Rolfa w solówkach, a sam riff to taki rasowy running wild. Mocny kawałek, który napawa optymizmem. Najbliżej mu do takiego "the hussar".

Pierwsze zaskoczenie to "Wings of fire". Riff brzmi znajomo i przywołuje na myśl wiele kapel. Nie wiem czemu słyszę tam coś z Accept czy Udo. Utwór dobry i dobrze się go słucha, ślę jakoś mało tutaj running wild. Kawałek mógłby zdobić album "resilient" czy "the brotherhood".

Spokojnie zostajemy w stonowanych dźwiękach i "Say your prayers" jest jeszcze mało w stylu running wild. Toporny riff rodem z Accept i nawet nutka ac/dc. Panowie zaczynają używać w końcu jakieś chórki. Znów utwór, który jest co najwyżej dobry, ale Rolfa stać na więcej. Ciekawe co na to ci, którzy mówią że Rolf gra w kółko to samo i zjada swój własny ogon?

"Wild and free" zaczyna się jakoś tak dziwnie, jakby został wyjęty z kontekstu. Od razu atakuje nas zwrotka. Znów hard rocka i echa takiego "dr horror". Kawałek nie najgorszy, ale nie godzien marki running wild. Za dużo tego grania hard rocka i te riffy są bardzo podobne. Chyba ze ja mam problem ze słuchem.

Myślałem, że już mnie nie zaskoczy i że niżej niż "shadowmaker" nie można zejść a jednak się myliłem. Running wild i ballada? To dopiero szok. Niestety, ale Rolf chyba pomyli zespoły, bo "one night, one day" bardziej sprawdziłby się na płycie toxic tadye czy giant x. Solówki ratują sprawę, zresztą na całej płycie są mocnym atutem.

Kiedy słychać pierwsze sekundy "Wild, wild night" to myślę że to jakiś utwór ac/dc.  Chyba was zmartwię, ale to brzmi jak giant x czy "piece of the action" z "shadowmaker". Tak to już kolejny hard rockowy kawałek na płycie. No można i tego posłuchać i pezytupnac nóżka, ale oczekiwałem po takim długim czasie nieco innego rodzaju utworów.

Płyta ma udany otwieracz i final też jest na poziomie. Kolosy running wild zawsze są atrakcją. "The iron Times" to running wild jaki kocham i znakomita dawka melodii, pirackiego klimatu i przebojowości. Jasne są tu zajawki hard rockowe, ciekawe zwolnienia. Sam utwór brzmi jakby ktoś wymieszał "Tsar" i The ghost". Nie ma nudy i szkoda ze płyta nie jest właśnie w tych klimatach. Partie gitarowe w tym kolosie to klasa i to co najlepsze w running wild. Przypominają się stare dobre czasy.

Strasznie serce mi krwawi, że mój ukochany running wild tak szarpie swoją renomę. Tyle lat Rolf siedział nad nowym materiałem i mógł stworzyć coś równie świetnego co rapid foray czy Victory. Wiem że czasy black hand Inn nie wrócą, ale można było stworzyć więcej perełek typu shellback czy Iron Times. Cieszy to, że Rolf wciąż jest z nami i wydaje płyty. Nowa Muzyka Running wild zawsze będzie dla mnie łakomym kąskiem, nawet jeśli będą grać pop rock. Mam słabość do stylu kompozytorskiego Rolfa, do jego gry na gitarze i głosy. Jego muzyka mnie ukształtowała i zmieniła życie na zawsze. To jest geniusz, który troszkę się ze starzał i pobłądził w swoich decyzjach. Fani nie na taki album czekali, a i tak kupią i będą słuchać. Nowych fanów nie przybędzie, a ci co narzekają zostałem Ced i jego Blazon STONE. Za dużo hard rocka i za mało jakoś running wild, a także nieustanne problemy z brzmieniem i perkusja. Nic nowego, stara bida i te same problemy. Jednym słowem zmarnowano potencjał. Gniot roku? No też nie, bo to wciąż solidny, nawet dobry czy bardzo dobry album w klimatach "the brotherhood" czy resilient.

Ocena : 6/10

ENERGEMA - Promised land (2021)


 

Kolumbia też kryje wiele ciekawych kapel i z pewnością Energema należy do czołówki z tamtego rejonu. To band działający od 2015r i jego motorem napędowym jest Nicolas Waldo, który błyszczał w Vorpal Nomad. Do tego jest jeszcze za sitkiem utalentowany Arley Gomez, który brzmi niczym młody Kiske, czy Matos. To jest to co znajdziemy na najnowszym wydawnictwie zatytułowanym "Promised land".

40 minut europejskiego power metalu w starym stylu, klimat lat 90 i tematyka związania z Mojżeszem i wyprowadzeniem żydów z Egiptu. To wszystko zwiastuje prawdziwą ucztę i tak faktycznie jest. Już  rozpędzony "the eyes of pharaoh"  pokazuje na co stać Energę a. Mamy tu starą szkołę power metalu. Słychać echa oczywiście Helloween czy dark moor. Kolejny hicior na płycie to tytułowy "Promised land" i znów mamy nieźle popisy gitarowe Nicolasa. Jest jeszcze 7 minutowy "the burning Bush" w którym uchwycono egipski klimat.  Momentami wkrada się neoklasyczny power metal co słychać w takich petardach jak "foreign reign" czy "exodus". 


Energema to utalentowany band, który nie boi się grać rasowy europejski power metal w stylu lat 90. Duża dawka przebojowości i pełne finezji partie gitarowe Nicolasa to atuty. "Promised land" to mocny i klimatyczny album, który każdy fan power metalu musi znać.

Ocena : 8/10

EPILOG - Providence asylum (2021)


 Rok 2017 był ważny dla czeskiej formacji o nazwie epilog. Wtedy właśnie ich szeregi zasilił Rob Lundgren, czyli światowej klasy wokalista. Znany szerszej publiczności z takich kapel jak Mentalist. W tym roku Epilog uraczył swoich fanów kolejnym albumem i "Providence asylum".  Znajdziemy tutaj taki miks heavy metalu, hard rocka i progresywnego metalu.

Bez wątpienia atrakcją tego wydawnictwa jest głos Roba, który nadaje całości klimatu, drapieżności i odpowiedniego charakteru. To jest wysokiej klasy wokalista, który ma w sobie to coś. Czaruje swoim głosem i to za jego sprawą materiał zawartej na płycie jest atrakcyjny i urozmaicony.

Progresywność i melodyjność dają o sobie znać w pomysłowym "Providence asylum". Kawałek brzmi na pewno świeżo i współcześnie. Karel i Michal to zgrany duet gitarowy, który stara się zaskoczyć ciekawymi aranżacjami i wciągającymi melodiami. Dobrym tego dowodem jest zadziorny "Sanctuary" czy "Into the unknown". Band bardzo ciekawie sobie radzi z dłuższymi kompozycjami i odzwierciedla to "Forest and City", który wciąga mrocznym klimatem. Solówki są tutaj wysokiej próby i śmiało można mówić tutaj o perełce.  Coś z twórczości Dio można uchwycić w klimatycznym "Theater of Sins".

Kto kocha nowoczesne brzmienie, mocne riffy i pomysłowe riffy ten powinien sięgnąć po nowe dzieło Epilog. To już mocny gracz na heavy metalowej scenie i mogą śmiało podbijać świat. Płyta jest klimatyczna i bardzo dojrzała. Każdy kto kocha ambitne granie, ten śmiało się tutaj odnajdzie.

Ocena: 8.5/10


LIVING METAL - Do you believe in steel ? (2021)


 Ktoś tu się za dużo nasłuchał Manowar i to tego z lat 80. Living Metal to brazylijski band, który działa od 2018r i faktycznie nie kryje że w swojej muzyce czerpie wzorce z takiego Sacred Steel czy właśnie Manowar. Stawia na rycerski klimat swojej muzyce i choć pomysł nie jest zły, to jednak debiut "Do you believe in steel" kuleje pod względem jakości.

Pomijam, że okładka jest jakby nie dokończona, to jeszcze brzmienie jest obdarte z mocy i agresywności. Do tego sam materiał jest też nieco kiczowaty.  Co z tego, że gitarzyści Jonas i Rafael stawiają na klasyczne patenty, jak to wszystko jest banalne i pozbawione wszelkiej melodyjności. Brzmi to niestety prowizorycznie. Taki otwieracz "Its only about heavy metal" brzmi jak kawałek Manowar, ale brzmi to jakoś tak biednie. Nie ma kopa, ani heavy metalowego pazura.  Taki też jest prosty "hitting the road", ale też brzmi to nie dopracowanie. Coś z Judas Priest można wyłapać w "I am true", który jest jednym z ciekawszych utworów na płycie. Podobne emocje wywołuje dynamiczny "I live by the sin", czy pełen elementów Manowar "Do you believe in steel?".

Living metal wie w którą stronę chce iść i jaki rodzaj heavy metalu grać, szkoda tylko że zabrakło na tyle ciekawych pomysłów i aranżacji. Zobaczymy co przyniesie przyszłość i kto wie, może panowie się jeszcze rozkręcą. Póki co jest średnio i kilka ciekawych momentów to trochę za mało. Kuleje przede wszystkim brzmienie i jakość melodii.

Ocena: 4.5/10

NOCNY KOCHANEK - Stosunki międzynarodowe (2021)


 Czy to się nam podoba czy nie, to nocny kochanek stał się mocnym graczem na polskiej scenie heavy metalowej. Jedna z tych kapel, która grać potrafi i drzemie w niej ogromny potencjał. Atutem jest wokal Krzysztofa Sokołowskiego, który jest jednym z najlepszych polskich wokalistów. Ta kapela tak naprawdę wszystko ma, a mam wrażenie że idzie na łatwiznę. Teksty o libacjach alkoholowych i o seksie jak widać przyciągają tłumy i ten kabaret ciągnie się od 2012r. Rozumiem jedna dwie czy trzy płyty jako odskocznia od Night Mistress. No jednak poważny i ostry niczym brzytwa Night Mistress, który mógł świat podbijać, poszedł w odstawkę, a panowie wolą sobie żartować i bawić się konwencją heavy metalu. Tyle ile zachwytów tyle i głosów sprzeciwu. Muzyka dobra na wesela czy juwenalia,albo dni danego miasta, ale już na dłuższą metę to już chyba nie jest takie dobre. Nocny kochanek po dwóch latach od "Randki w ciemność" postanowił wydać "Stosunki  międzynarodowy", który niby jest albumem pełnometrażowym, ale dla każdego będzie to album z coverami znanych artystów. Plus dla Nocnego kochanka, że zrobił to po swojemu, czyli z humorem i z polskimi tekstami. Pomysł ciekawy, ale nie zmienia to faktu, że to wciąż kabaret.

Śmieszne, że dwa lata przyszło czekać na nie całe 40 minut nowej muzyki, a raczej coverów znanych kawałków. Panowie na pewno się przyłożyli i zrobili to tak jakby to były ich utwory. Każdy z muzyków wnosi sporo i odwala kawał dobrej roboty. Jednak to Krzysiu kradnie całe show i powala na kolana swoim głosem. Szkoda, że tak się marnuje, choć jest popularność i można ciągnąć to dalej. Szkoda, że Night mistress na tym ucierpiał. Sam album to 9 kompozycji i jeśli o mnie chodzi to zapada na pewno tłumaczenie i wykonanie klasyka Ac/Dc. "Piorun" idealnie sprawdza się na koncertach i choć jest moc, to przecież wciąż cover. Śmiesznie wypada też hard rockowy klasyk Kiss, czyli po naszemu "Liźnij go". Night Mistress grał power metal i miło, że panowie na nowym krążku sięgnęli po coś z twórczości Helloween. Świetnie wypadł "Mr torture" w ich wykonaniu i zapada w pamięci "Pan od tortur" i to jest właśnie ten żywy przykład, że panowie marnują się. Końcówka płyty to dwa klasyki, które chyba najlepiej oddają to co gra w duszy Nocnego kochanka, czyli Judas Priest i Iron Maiden. "Turbo kochaś" brzmi po prostu idealnie i panowie oddają w pełni klimat tego kawałka. No jest moc i tylko szkoda, że to cover. "Aleja akacjowa 22"  to oczywiście świetny hołd dla iron maiden i pokaz talentu muzyków z Nocnego Kochanka.

"Stosunki międzynarodowe" to pozycja, którą można traktować jako ciekawostkę, jako dobrą rozrywkę i podkład pod imprezę. Jednak czy jest to coś ambitnego? czy jest to właściwie materiał? To już każdy musi sam odpowiedzieć na to pytanie. Fani łykną to bez popitki, a pozostała część słuchaczy będzie kręcić nosem. Ja podtrzymuje swoje zdanie, że panowie się marnują i wolałbym żeby to Night Mistress wydawał kolejne albumy.

Ocena: 5/10

REBELS END - Sign to the devil (2021)

Belgijski band o nazwie Rebels End nie jest może najlepszym w tym co robi, ale stać ich na solidny album z pogranicza heavy metalu i hard rocka. Na pierwszym albumie to pokazali, a ten nowoczesny wydźwięk dodawał tylko uroku całości. Teraz band wraca z nowym krążkiem i "Sign to the devil" to nie jakiejś tam arcydzieło, ale z pewnością kawał solidnego grania, które może dostarczyć radości.

W tym zespole liczą się tak naprawdę partie gitarowe Rutgera i Jefa, które są może nieco oklepane i bez polotu, ale sprawiają frajdę. Jest klasycznie, z nutką nowoczesnego pazura i nie brakuje też ciekawych melodii. Jasne, że wkrada się momentami nuda, czy wtórność. Wokal Jefa też nie jest najlepszy, ale te wszystkie wady można nawet wybaczyć, bo materiał nie jest taki straszny.

Zapada na pewno w pamięci rozpędzony "Evil eye", który czerpie garściami z Rage, czy Grave Digger i jest to kawał solidnego, topornego heavy/power metalu. Klasycznie brzmi "Black crow", gdzie nie brakuje elementów hard rockowych. Nie brakuje też ciekawych melodii, które słychać choćby w dynamicznym "Wayward" czy w "From the ashes". Reszta utworów też jest ok, ale nie robią takiego wrażenia. Brakuje na pewno dopracowania i bardziej ciekawszych riffów czy melodii. Band gra solidny heavy metal z nutką power metalu czy hard rocka.

"Sign to the devil" to solidny album z ciężkimi riffami i mrocznym klimatem, a i zespół potrafi grać, tylko jakoś brakuje ciekawych pomysłów, czy takiego dreszczu emocji. Dobrze się słucha tego, ale nie wiele zapada w pamięci.

Ocena: 6/10
 

wtorek, 28 września 2021

SCEPTOR - Rise to the light (2021)

Sceptor pierwotnie był to niemiecki zespół grający miks heavy metalu i power metal. Obecnie skład jest międzynarodowy i wciąż liderem jest Torsten Lang, który powołał ten band do życia w roku 2009. Potem był udany debiut, ale i tak kapela została rozwiązana w 2014r. Teraz od 2019 r Torsten zaczął zbierać nowych muzyków, wśród których znalazł się  kk basement z Hammerking na basie, czy Bob Mitchell z Attacker. Z nowym składem został zarejestrowany "Rise to the light", który ukazał się pod skrzydłami Pure steel records. Tutaj co przyciąga to na pewno obecność Boba, który w końcu ma szansę przypomnieć o sobie.

Okladka wieje kiczem, ale muzyka jest już innej klasy. Kto kocha miks niemieckiego heavy metalu i amerykańskiego power metalu ten bez wątpienia oswoi się szybko z nowym krążkiem sceptor. Jasne, że Bob tutaj czaruje swoim głosem i to on jest motorem napędowym. Odnoszę wrażenie, że troszkę partie gitarowe odstają. Jest dobrze, ale mogłoby być lepiej. 

Mocnym utworem jest "crown of  nails" który utrzymany jest w klimatach Attacker. Ostry riff i chwytliwy refren robią swoje. Kolejny killer to "curse of orlac" i tutaj czuć stylistykę power metalową. Mamy też energiczny i bardziej urozmaicony w swojej konwencji "beyond the unknown". Echa Attacker czy metal church mamy w rozpędzony "Spartacus". Z kolei taki zadziorny "Sovereign" to ukłon w stronę niemieckiego heavy metalu. 


To kolejny udany album heavy/ power metalowy roku 2021. Jest tu masa solidnych  kompozycji i kilka nawet killerów. Cieszy fakt, że Bob Mitchell wrócił bo brakowało jego głosu. Pozycja godna uwagi!

Ocena : 7/10

niedziela, 26 września 2021

TOXICROSE - In for the kill (2021)


 To już 11 lat istnienia szwedzkiego zespołu o nazwie ToxicRose. Pamiętam jak dziś pierwszy kontakt z ich muzyką i moje pozytywne zaskoczenie jak dobrze grają. Panowie serwują heavy metal z domieszką glam metalu czy hard rocka. Wszystko nastawione jest od samego początku na chwytliwe melodie i przebojowość. Debiut był świetny, to teraz czas świętować premierę kolejnego wydawnictwa, czyli "In for the Kill".

Siła tej kapeli to przede wszystkim charyzmatyczny wokalista i prawdziwy lider Andy Txr, który nadaje całości klimatu lat 80 i tej stylistyki glam metalu. Ma to swój urok. Z kolei gitarzysta Tom Wouda odpowiada za właściwą warstwą instrumentalną i za każdym razem dostajemy od niego dużo ciekawych melodii. Jest przebojowo i wszystko w pada w ucho i do tego cały czas unosi się klimat lat 80. Nawet brzmienie jest mocno osadzone w tamtych czasach. Wszystko jest przemyślane, a to przedkłada się na jakość tej płyty. Zmiany stylu nie ma, ale mamy zmiany w składzie bo pojawia się nowy basista Johannes Sanberg. 

Materiał robi wrażenie i każdy znajdzie dla siebie. Marszowy i przebojowy "heroes" pokazuje oblicze toxicrose. Miks stylów bloodbound, battle beast i dio znajdziemy w oldscholowym "in for the kill". Co za hit i słychać że band świetnie się bawi. Ta ich przebojowość jest naturalna.  Dużo hard rockowego szaleństwa słychać w "Angel down" czy "outta time". Band przyspiesza w agresywnym "Domination" i to jest to. Mocny riff, ciekawe solówki i w padający w ucho refren. Toxicrose to jednak potrafi zaskoczyć pozytywnie. Równie świetny jest melodyjny "new breed" gdzie postawiony na nowoczesny wydźwięk. Oczywiście to kolejny hit na płycie. Glam też jest co potwierdza "the great escape". 

Toxicrose ma pomysł na siebie i realizuja się faktycznie jako band grający miks heavy metalu i glam rocka. Znów jest to album nastawiony na hity i chwytliwe melodie. Panowie są n afali i to wykorzystują na maksa. Oby więcej takich płyt. 

Ocena: 8.5/10

sobota, 25 września 2021

HELL AND BACK - A thousand Years (2021)

"A thousand Years" to debiutancki krążek amerykańskiej formacji Hell and back. To stosunkowa młoda formacja, która działa od 2016r. Jednak za tym bandem kryją się doświadczeni muzycy, którzy grać heavy metal potrafią, a ten album to żywy tego dowód. Znajdziemy tu mieszankę heavy/power metalu z nutką progresywności,a  wszystko przesiąknięte klimatami Iced Earth, Queensryche czy Vicious Rumors. Każdy znajdzie tutaj coś dla siebie.

Atrakcją tego wydawnictwa są wokale Chrisa, który przypomina manierę Tima Rippera Owensa i to jest spora zaleta. Niezwykła technika i wyczucie kryje się za talentem Chrisa. Z kolei Dave i Matt to zgrany duet gitarowy, który stawia na klasyczne rozwiązania, choć nie boi się urozmaiceń i elementów zaskoczenia. Nie ma na pewno miejsca tu na nudę.
 

Zawartość jest urozmaicona i cały czas się coś dzieje. Otwieracz "Atomic ascending" to taki prosty i nieco toporny heavy metal z świetnymi partiami wokalnymi. Dobry start.kolejny mocny riff dostajemy w agresywny "disobeying the gods". Echa Iced earth mamy w nastrojowym A thousand years". Band najlepiej wypada w takim agresywniejszy graniu jakie prezentuje w " the last day". Jest energia i ciekawe partie i gitarowe. Słychać, że coś się dzieje i jest to zagrane z pomysłem.

Debiut Hell and back to kawał solidnego heavy metalu. Jest wyrazisty wokalista i sporo mocnych riffów. Pojawia się troszkę słabszych momentów, jak i mała dawka przebojowości. Mimo owych wad i tak wciąż jest to płyta, która zasługuje na uwagę fanów heavy/ power metalu. 

Ocena 7/10


METALSTEEL - Forsaken by the gods (2021)


 Lata lecą, a mimo to wciąż Metalsteel jest jednym z najważniejszych heavy metalowych zespołów na Słowenii. Panowie działają w zasadzie od 1999r i mogą pochwalić się pokaźną dyskografią, która liczy 7 albumów, a ten ostatni "Forsaken by the gods" ukazał się właśnie 15 września. Nic się nie zmieniło to prosty, mało wymagający heavy metal, który osadzony jest w klimatach lat 80. Tak więc nie brakuje tutaj inspiracji Saxon, Judas Priest czy Iron Maiden.

Najważniejsze filary Metalsteel to tak naprawdę gitarzysta Rock Tomsiic i wokalista oraz gitarzysta Beny Kic. Benny to taki rasowy wokalista, który stawia na klimat lat 80 i przebojowość. Na płycie jest 40 minut muzyki. " Forsaken by the gods" to prosty, melodyjny kawałek który może brzmi wtórnie, ale szybko wpada w ucho. Słychać inspiracje żelaznej dziewicy. Ciekawszy w swojej formule jest "dying out", który jest o wiele ostrzejszy i momentami ociera się o power metal. Klasycznie brzmi prosty "for the future" i troszkę brzmi to banalnie. Jest potencjał to na pewno. Uroczy jest stonowany i nieco mroczniejszy "becoming human".  Reszta utworów nie robi już takiej furory. 


Werdykt? Metalsteel gra solidny heavy metal i nie ma się czego wstydzić. Troszkę momentami brakuje tutaj mocy i pazura. Wkrada się monotonność, a szkoda bo był potencjał. Płyta do posłuchania i zapomnienia.

Ocena 5.5/10

piątek, 24 września 2021

TALES OF THE OLD - the book of chaos (2021)


 Uwagi fani Rhapsody, Nightwish i Therion pojawił się właśnie debiut greckiego Tales of the old. "The book of chaos" to może nie najlepsze co słyszałem w tym roku, ale bez wątpienia to jedna z tych płyt obok, których nie można przejść obok. Mimo, że to debiut to brzmi niezwykle dojrzale i pomysłowo.  ta grecka formacja powstała w 2010r z inicjatywy klawiszowca Micheala Tzanakisa. Dodatkowym atutem jest obecność ciekawych gości jak Bob Katsionis czy Fabio Lione.

W tej kapeli tak naprawdę liczą się trzy osoby. Wokalista Vassilis Papadimitriou, Micheal Tzanakis, a także gitarzysta Steve Mihalenas. Każdy z nich potrafi zaskoczyć i sprawić że płyta sporo zyskuje. Vassilas to wokalista, który potrafi czarować swoim głosem i nadać epickości danej kompozycji. Z kolei Steve wygrywa ciekawe partie gitarowe i nie można narzekać na nudę. Taki "Heavens in war" to prawdziwa uczta dla fanów symfonicznego power metalu. Tajemniczy i przebojowy "beware" kusi dynamiką i podniosłymi chórkami. Klimatyczny i nieco progresywny" Dark witch" to kolejny ważny punkt tej płyty. Fabio Lione działa tutaj jak magnes. Mamy jeszcze mroczny "broken heart"  czy zadziorny "The first exorcism".


Tales of the old jeszcze ma daleka drogę do ideału, ale mają pomysł na siebie i na symfoniczny power metal. Solidne granie z ciekawymi melodiami, choć czasami nieco chaotycznie i bez dopracowania. Oby następnym razem wyeliminowali owe wady i będzie dobrze.


Ocena : 6/10

czwartek, 23 września 2021

BURNING POINT - Arsonist of the soul (2021)

Dawno nie było udanego albumu ze strony zasłużonego Burning Point. Jedna z ważniejszych fińskich kapel jakoś troszkę została zapomniana przez świat. Niegdyś była to potęga, która mogła konkurować z najlepszymi. Często ich muzyka przywoływała na myśl Bloodbound, Edguy,  stratovarius, Helloween czy nawet gamma ray. Ostatnie albumy tej formacji były średnie i jakoś zatrudnienie byłej wokalistki Battle Beast nie odmieniło na lepsze oblicza tego zespołu. Przyszedł czas na zmiany. Nowy skład, nowa jakość i nowy album. To mogło się udać. "Arsonist of the soul" ma premierę 22 października tego roku i jest to jeden z ich najlepszych albumów. Na taki powrót tej formacji fani czekali od lat. Teraz nadciąga album z dynamicznym, klasycznym power metalem w stylu lat 90. Czego można chcieć więcej?

Klawiszowiec Matti Halonen dołączył do bandu w 2020r, a sekcja rytmiczna tworzona przez perkusistę Toumosa Jaatinena i basistę Jarko Poussu w 2019r. No i największa zmiana to wokalista Luca sturniolo, który zasilił band również w 2019r. To właśnie jego zmiana jest tutaj najważniejsza.Luca to włoski wokalista, który faktycznie czerpie z najlepszych wokalistów, ale i też troszkę Kiske momentami przypomina. Odnajduje się w wysokich rejestrach, w epickich momentach czy w prawdziwych power metalowych petardach. Nowy skład wnosi sporo świeżości i dawno burning Point nie było tak silne. 

Skład to jedno, ale same kompozycje są z górnej półki. Nie ma wypelniaczy czy nudnych melodii. Dostaje dojrzały i poukładany album, który zabiera nas do lat 90. Burning Point przeszedł sam siebie. 

Odpalamy płytę i już na start atakuje nas rozpędzony "Blast in the past", który oddaje piękno power metalu. Jest szybkie tempo i ostry riff, a całość inspirowana mocno twórczością gamma ray. W podobnym tonie utrzymany jest dynamiczny "rules in the universe" który miesza patenty helloween czy edguy. Sam refren ma też coś z stratovarius. Klasycznie to brzmi i o to chodzi. Dalej mamy nieco stonowany "Out of control" który tez kusi ostrym riffem rodem z judas priest i do tego mamy tu klimat z płyt stratovarius. "Persona Non Grata"  to kolejny szybki power metalowy cios. Band cały czas trzyma wysoki poziom. Marszowe tempo i epicki feeling to atuty tytułowego "Arsonist of the soul". Jest tu pełno hitów co potwierdza "hit the night" czy "running in the darkness" które są hołdem dla klasyki power metalu. Urozmaicenia dodaje heavy metalowy "Calling" czy przebojowy "off the radar" które zabierają nas do niemieckiej sceny metalowej. Panowie czerpią z dokonań Hammerfall co potwierdza "fire with fire". Na sam koniec jeszcze perełka "eternal life" i to jest idealne podsumowanie całej płyty. 

Z nowym albumem burning Point wraca do czołówki power metalu. Dawno panowie nie grali z taką energia i pasja. Jest tu duża dawka przebojowości i klasycznych melodii. Całość brzmi jakby powstała w latach 90. Pozytywne zaskoczenie, bo nie liczyłem że burning Point stać jeszcze na taki album. 


Ocena: 9/10