Czas sprawdzić, co ma do zaoferowania młody zespół Nightrise. Formacja powstała w 2019 roku w Meksyku i należy do grona kapel, które bez żadnych kompleksów stawiają na klasyczny heavy metal głęboko zakorzeniony w estetyce lat 80. Ich debiutancki album Ride in Hell ukazał się 9 lutego i stanowi hołd dla tradycyjnego grania spod znaku NWOBHM.
W czasach, gdy klasyczny heavy metal często balansuje między nostalgią a próbami unowocześniania brzmienia, Ride in Hell udowadnia, że można pozostać wiernym gatunkowym korzeniom bez całkowitego popadania w schematyczność. Meksykański kwartet proponuje słuchaczom solidną dawkę energii, melodyjnych riffów oraz heroicznego ducha starej szkoły metalu. Nie jest to wprawdzie jeden z najlepszych heavy metalowych albumów 2026 roku, ale z pewnością zapewnia rozrywkę na przyzwoitym poziomie.
Siłą Nightrise jest przede wszystkim dobrze funkcjonująca sekcja rytmiczna oraz gitarowy duet Lopez–Valdez, wyraźnie zapatrzony w dokonania klasyków gatunku. Instrumentalnie album prezentuje się solidnie, choć trudno oprzeć się wrażeniu, że muzycy zbyt często sięgają po sprawdzone i wielokrotnie eksploatowane rozwiązania. Zespół nie eksperymentuje ani nie podejmuje większego ryzyka artystycznego, przez co materiał momentami sprawia wrażenie wtórnego. To niewątpliwie jeden z największych mankamentów płyty. Mimo to całość słucha się całkiem przyjemnie. Brakuje jednak większej zadziorności, charakteru oraz świeżych pomysłów, które pozwoliłyby wyróżnić się na tle licznej konkurencji. Nad wszystkim czuwa wokal Adriana Lopeza, lecz także jemu brakuje pewności siebie i odpowiedniej drapieżności.
Debiutancki krążek Nightrise to niespełna 40 minut muzyki. Album otwiera prosty, energiczny i chwytliwy „Lethal Strike”. Choć kompozycja nie wnosi niczego nowego do gatunku, potrafi szybko zapaść w pamięć. Mroczniejszy klimat przynosi melodyjny „Voice in the Dark” – udany utwór, który cierpi jednak na ten sam problem co reszta materiału: nadmierne korzystanie z dobrze znanych schematów. Dalej otrzymujemy równie dynamiczne i przebojowe „Take It Back” oraz „Rise Up”, wyraźnie inspirowane twórczością Iron Maiden i szeroko pojętą sceną NWOBHM.
Najciekawsze momenty pojawiają się w środkowej części albumu. „Dispel the Magic” wnosi odrobinę epickiego rozmachu, natomiast ponad pięciominutowy „Heavy Metal Law” można uznać za najlepszy punkt programu. Mocarne riffy, podniosłe melodie i celebracja metalowej tożsamości sprawiają, że właśnie tutaj Nightrise brzmi najbardziej przekonująco. Szkoda, że podobnych kompozycji nie znalazło się na płycie więcej.
Zespół pokazuje także nieco ostrzejsze oblicze w rozpędzonym „Spoils of War”, ocierającym się momentami o speed metal. Niestety utworowi brakuje wyrazistego finału i kilku bardziej zapadających w pamięć pomysłów. Album zamyka „Nightriser”, który zaskakuje pozytywną energią i bez wątpienia sprawdzi się podczas koncertów. To kolejny dowód na to, że w tym zespole drzemie spory potencjał.
Nie pomaga natomiast okładka wyglądająca jak wygenerowana przez sztuczną inteligencję ani dość płaskie, mało wyraziste brzmienie. Ride in Hell nie próbuje odkrywać heavy metalu na nowo. Zamiast tego dostarcza dokładnie tego, czego oczekują miłośnicy tradycyjnego grania: mocnych riffów, melodyjnych refrenów i dużej dawki energii. Problem w tym, że album niemal niczym nie zaskakuje, konsekwentnie opierając się na sprawdzonych patentach i klasycznych rozwiązaniach. Brakuje większej agresji, różnorodności oraz świeżości, które mogłyby wynieść ten materiał na wyższy poziom.
Ocena: 6,5/10





















