The Order to przede wszystkim charyzmatyczny i niezwykle utalentowany wokalista Gianni Pontillo. To doświadczony frontman, znany między innymi z Victory, a obecnie również współpracujący z Nazareth. Potrafi śpiewać z odpowiednim pazurem i hardrockową swobodą. To właśnie dzięki niemu album tak mocno nawiązuje do klasyki gatunku i klimatu lat 80. Płyta wręcz kipi energią, a znajdziemy na niej mnóstwo przemyślanych riffów i efektownych solówek. Duża w tym zasługa zgranej sekcji rytmicznej oraz gitarzysty Bruno Springa. Materiał jest przy tym odpowiednio zróżnicowany — każdy znajdzie tutaj coś dla siebie. Słychać pomysłowość, ale także ogromny szacunek do klasyki gatunku. The Order nie kombinuje na siłę i nie próbuje tworzyć czegoś rewolucyjnego, co w tym przypadku okazuje się sporą zaletą.
„Empires” to 45 minut muzyki zamkniętej w dziewięciu utworach. Otwierający album numer tytułowy narzuca odpowiedni ton: ciężkie gitary, dynamiczna sekcja rytmiczna i charakterystyczny wokal Gianniego Pontillo budują atmosferę monumentalnego, lekko mrocznego hymnu o upadku imperiów i politycznej manipulacji. Zespół stawia na energię oraz melodyjność i wychodzi z tego obronną ręką. To rasowy killer, wyraźnie skierowany w stronę bardziej heavy metalowego grania.
Największą siłą „Empires” pozostaje jednak różnorodność. „Fight For Your Rights” niesie ze sobą buntowniczy, niemal stadionowy refren, „Thieves In The Night” przyciąga bardziej melodyjnym obliczem zespołu, natomiast „Wherever I Go” pokazuje, że grupa potrafi pisać niemal AOR-owe, emocjonalne kompozycje, nie tracąc przy tym hardrockowego charakteru. Nie wszystkie utwory utrzymują równie wysoki poziom — „Warriors” czy „Living For The Nightlife” bywają bardziej schematyczne — jednak nawet słabsze momenty nie psują ogólnego odbioru albumu. Każdy z utworów podkreśla mocne strony zespołu i dobrze oddaje jego charakter oraz muzyczną tożsamość. Album zawiera wiele chwytliwych momentów i zdecydowanie jest czym się zachwycać.
Szybkim krokiem zbliżamy się do „The Last Call”, kolejnego zadziornego i energetycznego kawałka. Zespół konsekwentnie trzyma się mieszanki hard rocka i heavy metalu, a mroczny klimat utworu robi świetne wrażenie. Nieco mniej przekonuje mnie bardziej komercyjny „Of Martyrs And Tyrants”. To nadal dobry numer, ale pozostawia pewien niedosyt. Punktem kulminacyjnym albumu pozostaje jednak dziesięciominutowy kolos „The Boneheads Back – Promises And Illusions”. To bardzo urozmaicona kompozycja, pokazująca, że nawet w hardrockowej stylistyce można stworzyć rozbudowany i interesujący utwór. Choć trzeba przyznać, że odrobina krótsza forma również wyszłaby mu na dobre.
„Empires” nie jest rewolucją, ale to bardzo solidny album dla fanów melodyjnego heavy metalu i hard rocka. To płyta szczera, konkretna i pełna gitarowej energii — taka, która sprawdzi się zarówno w domowym zaciszu, jak i podczas długiej samochodowej trasy. The Order udowadnia, że po ponad dwóch dekadach działalności nadal potrafi pisać chwytliwe, mocne i autentyczne utwory, które na długo zapadają w pamięć. To bez wątpienia jeden z najciekawszych albumów w dorobku grupy.
Ocena: 8/10






















