Nie pamiętam, kiedy ostatnio Tokyo Blade wydał coś naprawdę wartościowego i godnego większej uwagi. Ta zasłużona i doświadczona kapela odegrała przecież ważną rolę w budowaniu sceny NWOBHM, dlatego trudno przejść obojętnie obok jej kolejnych wydawnictw. Niestety, w ostatnich latach zespół zdaje się przeżywać pewien kryzys artystyczny. „Hoist The Colours High”, trzynasty album studyjny grupy, wydany 21 sierpnia nakładem Dissonance Records, jest kolejnym materiałem, który pozostawia spory niedosyt i okazuje się daleki od ideału.
Nie ma jednak mowy o totalnej porażce. Tokyo Blade zadbał o kilka istotnych elementów: płyta otrzymała przyjemną dla oka szatę graficzną, brzmienie jest soczyste i odpowiednio współczesne, a doświadczenie muzyków pozostaje jednym z największych atutów zespołu. Panowie potrafią sprawnie balansować między klasycznym heavy metalem a hard rockiem, nie tracąc przy tym własnego charakteru. Problem pojawia się jednak wtedy, gdy trzeba stworzyć kompozycje, które naprawdę zapadają w pamięć. Zespół potrafi grać, ale ma wyraźne problemy z pisaniem utworów, które chciałoby się nucić i do których chciałoby się wracać.
Dostajemy więc sporo solidnych kompozycji, lecz sama poprawność to zdecydowanie za mało. Na niekorzyść działa również długość materiału. Czternaście utworów przy tak nierównym poziomie sprawia, że album z czasem zaczyna nużyć, zamiast wciągać słuchacza coraz mocniej. Miło jest posłuchać w akcji gitarowego duetu Wiggins/Boulton, ponieważ panowie wyraźnie stawiają na klasykę i klimat lat 80. Szkoda tylko, że za tym kunsztem nie idą bardziej odważne pomysły. Brakuje momentów, które mogłyby pozytywnie zaskoczyć i wynieść album ponad przeciętność.
Lata lecą, a Alan Marsh wciąż brzmi dobrze i jego wokal pozostaje jednym z mocniejszych punktów Tokyo Blade. Szkoda jedynie, że materiał nie daje mu zbyt wielu okazji do zaprezentowania pełni swoich możliwości. Sam album jest dość zróżnicowany stylistycznie, ale niestety mało przebojowy. Poszczególne utwory potrafią się od siebie różnić, jednak trudno znaleźć wśród nich większą liczbę kompozycji, które rzeczywiście zostają w głowie na dłużej.
Płytę otwiera „Screaming Evil” i jest to całkiem udany heavy-metalowy numer z wyczuwalną hardrockową nutą. Jeszcze lepiej wypada przebojowy „Too Wired To Sleep”, będący jednym z najjaśniejszych punktów całego wydawnictwa. Szkoda, że reszta materiału nie prezentuje podobnego poziomu. Tytułowy „Hoist The Colours High” jest nieco mroczniejszy i bardziej zadziorny, przemycając sporo hardrockowego pazura. Więcej rockowego charakteru znajdziemy w „Sweet Desolation” – solidnym utworze, któremu jednak brakuje wyraźniejszej wizji i kompozycyjnego dopracowania.
Ciężar i mrok to z kolei domena mocniejszego „When The Hammer Falls”, który potrafi skutecznie wpaść w ucho. Niestety, obok takich momentów pojawia się sporo utworów przeciętnych i nijakich. Rockowy „Mr Nobody” jest tego dobrym przykładem. Na uwagę zasługuje również bardziej melodyjny „I Don't Need No Enemies”. Tutaj pomysł był, ale nie został w pełni wykorzystany – potencjał kompozycji nie został przekuty w coś naprawdę zapadającego w pamięć. Kto szuka większej dawki energii i szybszego grania, powinien sprawdzić „Devil In The Red Mist”. Pozostała część materiału nie zrobiła już na mnie większego wrażenia i nie wywołała emocji, których oczekiwałbym po zespole tej klasy.
Tokyo Blade nagrywa kolejne albumy i konsekwentnie powiększa swoją dyskografię, tylko szkoda, że coraz częściej można odnieść wrażenie, iż idzie to w parze bardziej z ilością niż z jakością. „Hoist The Colours High” ma kilka ciekawych momentów, ale jako całość jest zdecydowanie zbyt długa, nierówna i momentami zwyczajnie nużąca. Brakuje atrakcyjnych melodii, wyrazistych refrenów oraz prawdziwych hitów, które napędzałyby to wydawnictwo i sprawiały, że chciałoby się do niego wracać.
Doświadczona i zasłużona kapela po raz kolejny wypuszcza album, który trudno uznać za szczególnie udany. Nie jest to kompletna porażka, ale przy takiej historii i możliwościach zespołu oczekiwania są zdecydowanie większe. „Hoist The Colours High” pozostawia więc przede wszystkim niedosyt i rozczarowanie. Szkoda.
Ocena: 5/10


















