power metal warrior
środa, 1 lipca 2026
DEAD KOSMONAUT - Retrospectre (2026)
wtorek, 30 czerwca 2026
AMBERIAN DAWN - Temptation's Gates (2026)
Czas płynie nieubłaganie i trudno uwierzyć, że Amberian Dawn świętuje już 20 lat działalności. Mimo licznych zmian personalnych i długiego stażu na scenie zespół pozostaje wierny swojej muzycznej tożsamości, łącząc symfoniczny heavy metal z elementami power i metalu progresywnego. Nietrudno wychwycić inspiracje twórczością Nightwish,Epica czy Kamelot.. Fińska grupa konsekwentnie stawia na budowanie emocji i atmosfery, które odgrywają tutaj kluczową rolę.
Ma to jednak zarówno zalety, jak i wady. Z jednej strony otrzymujemy muzykę pełną rozmachu i oddziałującą na wyobraźnię słuchacza, z drugiej – momentami brakuje większej dawki energii, metalowego pazura i power metalowej dynamiki. W efekcie album bywa przewidywalny i chwilami sprawia wrażenie zbyt zachowawczego. Na szczęście nowa wokalistka wypada bardzo przekonująco, wnosząc do zespołu świeżość i nową energię. Jej charyzma oraz operowa maniera śpiewu dodają kompozycjom dodatkowego uroku.
Największym atutem albumu pozostaje właśnie Nicole Willerton. Jej głos umiejętnie łączy metalową siłę z popową przebojowością, a miejscami zaskakuje także bardziej agresywną ekspresją. Dzięki temu utwory takie jak „Unchained” czy „Moon” zyskują energię, której momentami brakowało na poprzednich wydawnictwach zespołu. Co ważne, wokalistka nie próbuje kopiować swoich poprzedniczek, lecz nadaje utworom własny charakter i tożsamość.
Pod względem kompozytorskim pozostaje wierny swojej filozofii tworzenia muzyki. Melodyjne refreny stanowią fundament niemal każdego utworu. Album nie stawia na radykalne eksperymenty, ale skutecznie łączy power metalową przebojowość z symfonicznym rozmachem. Słychać również subtelne echa bardziej popowych inspiracji z poprzedniego etapu działalności zespołu, choć tym razem zostały one wplecione w materiał znacznie naturalniej i nie dominują całości. Seppälä wciąż potrafi tworzyć chwytliwe melodie i interesujące motywy przewodnie, choć nie wszystkie rozwiązania kompozycyjne wypadają równie przekonująco.
Już utwór tytułowy pokazuje, że zespół postawił na nieco cięższe brzmienie. Nadal obecne są charakterystyczne dla Amberian Dawn neoklasyczne partie klawiszy, chwytliwe refreny i symfoniczny rozmach, ale całość brzmi nowocześniej i bardziej gitarowo. Produkcja jest pełna, selektywna i dopracowana, dzięki czemu nawet najbardziej rozbudowane aranżacje zachowują przejrzystość. Kompozycja emanuje energią i doskonale oddaje power metalowy charakter zespołu. To bez wątpienia jeden z najmocniejszych punktów albumu. Szkoda jedynie, że podobnie intensywnych momentów jest tutaj stosunkowo niewiele.
„The Vision of Dreaming” to z kolei bardzo udany i wyjątkowo przebojowy utwór. Zespół od lat udowadnia, że ma talent do tworzenia lekkich, melodyjnych i nastrojowych kompozycji. Elementy progresywne dochodzą do głosu w zadziornym „Moon”, który zachowuje wyraźny power metalowy charakter. „Unchained” próbuje natomiast zabrzmieć bardziej nowocześnie i mrocznie, choć akurat ten kierunek nie do końca mnie przekonuje. Na uwagę zasługuje również melodyjny i energiczny „Eternal Flame”, w którym można odnaleźć wyraźne wpływy neoklasyczne.
Niestety, w dalszej części albumu pojawia się coraz więcej mniej trafionych pomysłów. Pod koniec materiał zaczyna tracić impet i nużyć swoją formułą. Kilka kompozycji sprawia wrażenie wypełniaczy, którym brakuje wyrazistych melodii i zapadających w pamięć momentów.
„Temptation's Gates” nie rewolucjonizuje symfonicznego metalu, ale stanowi całkiem udany restart dla Amberian Dawn. Album przypomina o największych atutach zespołu – melodyjności, bogatych aranżacjach i umiejętności tworzenia chwytliwych utworów – jednocześnie otwierając nowy rozdział z Nicole Willerton za mikrofonem. Szkoda jednak, że materiał jest nierówny i momentami zbyt zachowawczy oraz nastawiony na komercyjną przystępność. Obok kilku bardzo udanych kompozycji pojawiają się słabsze fragmenty, które wyraźnie obniżają ogólny poziom wydawnictwa. W rezultacie pozostaje pewien niedosyt, a album, mimo swoich mocnych stron, trudno uznać za w pełni satysfakcjonujący.
Ocena: 5/10
poniedziałek, 29 czerwca 2026
SPEEDSLUT -Cimbrian Rites (2026)
Dania od lat dostarcza światu metal na najwyższym poziomie. To właśnie stamtąd wywodzą się Mercyful Fate, King Diamond czy Artillery, a dziś do tego grona aspiruje młoda formacja Speedslut. Debiutancki album „Cimbrian Rites” pokazuje, że kwartet doskonale odrobił lekcję z klasycznego speed metalu, thrashu i pierwszej fali black metalu. Zamiast gonić za nowoczesnymi trendami, Duńczycy stawiają na brud, szybkość i bezkompromisową energię.
Speedslut to prawdziwy powiew świeżości na duńskiej scenie metalowej. Wszystko wskazuje na to, że rodzi się nowa gwiazda, która ma potencjał, by zaistnieć daleko poza granicami swojego kraju. Zespół działa zaledwie od trzech lat, a już 26 czerwca wydał swój debiutancki album „Cimbrian Rites”. To jedna z najmilszych niespodzianek 2026 roku. Muzycy grają z taką swobodą i pewnością siebie, jakby byli obecni na scenie od dekad. Zapnijcie pasy – czeka nas jazda bez trzymanki.
Już sama okładka przywodzi na myśl klasyczne blackmetalowe wydawnictwa. Na szczęście zawartość albumu to przede wszystkim wybuchowa mieszanka heavy, speed i thrash metalu. Największym atutem płyty są kapitalne riffy. Gitary tną niczym piła mechaniczna, a solówki pozostają melodyjne, nie tracąc przy tym swojej dzikiej natury. Sekcja rytmiczna ani przez moment nie zwalnia tempa, dzięki czemu „Cimbrian Rites” słucha się z wypiekami na twarzy.
Produkcja zachowała odpowiednią dawkę surowości, ale jednocześnie jest na tyle przejrzysta, by wydobyć wszystkie smaczki ukryte w kompozycjach. Trudno nie podziwiać energii, drapieżności i naturalności, jakie emanują z tego materiału. Album brzmi tak, jakby powstał w połowie lat osiemdziesiątych. Gitarowy duet Klitte/Dikinis nie bawi się w eksperymenty ani ślepe podążanie za trendami. Zamiast tego stawia na agresję, szybkość i czystą radość grania. Każdy riff i każda solówka stanowią prawdziwą ucztę dla fanów klasycznego metalu.
Na uwagę zasługuje również wokal Frederika Klitte, który idealnie wpisuje się w stylistykę zespołu. Jest szorstki, zadziorny i pełen punkowej bezczelności, dzięki czemu znakomicie współgra z bezlitosnym instrumentarium. Całość emanuje autentycznością i sprawia wrażenie, jakby została nagrana w złotej erze metalu. Uwielbiam taki typ wokalu – pełen agresji, charyzmy i drapieżności. Momentami przywodzi na myśl pierwsze albumy Slayera czy Kreatora. Frederik sieje spustoszenie i nie bierze jeńców.
Już od pierwszych sekund „Pestridden Stallions” wiadomo, że nie będzie miejsca na wytchnienie. Zespół atakuje ostrymi riffami, piekielnym tempem i surowym brzmieniem, które przywodzi na myśl dokonania Motörhead, wczesnego Bathory, Exciter czy pierwszych płyt Sodom. Nie chodzi jednak o bezrefleksyjne kopiowanie legend. Speedslut wykorzystuje klasyczne inspiracje, nadając im własny, agresywny charakter. To mocne otwarcie, które stanowi doskonałą zapowiedź tego, co czeka słuchacza w dalszej części albumu.
Zespół nie zwalnia ani na moment. Drugi w kolejności „Asbestos Born Wrath” to prawdziwy killer – przebojowy, melodyjny i niezwykle energetyczny. Świetne balansowanie pomiędzy speed i thrash metalem odnajdziemy również w „Dark Night Riders”. Duńczycy konsekwentnie trzymają się obranej stylistyki, nie tracąc przy tym świeżości i entuzjazmu.
Fanom Motörhead szczególnie powinien przypaść do gustu „Into the Grave”. Szybkie tempo, klasyczny riff i motoryka rodem z najlepszych albumów Lemmy'ego i spółki sprawiają, że jest to kolejny mocny punkt programu. Emocje nie opadają również przy „No One Escapes Death”, który ponownie przemyca liczne thrashmetalowe patenty. Zespół gra z pasją i imponującą pewnością siebie. Z kolei „Stench of Evil” oferuje nieco cięższy i bardziej mroczny klimat, pokazując, że muzycy potrafią budować napięcie również w wolniejszych fragmentach.
Końcówka albumu nie zawodzi. „Armageddon” i „Whores of Speed” to prawdziwe hymny dla miłośników undergroundowego metalu – pełne chwytliwych refrenów, nieokiełznanej energii i oldschoolowego ducha. Tytułowy „Cimbrian Rites” stanowi znakomite zwieńczenie całości. To najbardziej rozbudowany i epicki utwór na płycie, który pokazuje, że Speedslut potrafi wyjść poza prosty schemat grania na pełnych obrotach, gdzie liczy się wyłącznie prędkość.
„Cimbrian Rites” nie próbuje odkrywać speed metalu na nowo. To szczery hołd dla złotej ery gatunku, w którym najważniejsze są znakomite riffy, energia i bezkompromisowe podejście do muzyki. Miłośnicy nowoczesnego grania mogą narzekać na brak innowacyjności, ale fani Hellripper, Venom, Motörhead czy klasycznego Exciter z pewnością znajdą tutaj wszystko, czego oczekują od rasowego speed metalu.
To jeden z tych debiutów, które przypominają, że duch starej szkoły ma się znakomicie. Speedslut zaliczył fenomenalny start i z ogromnym zainteresowaniem będę śledził dalsze losy zespołu. „Cimbrian Rites” to prawdziwa perełka, która zasługuje na uwagę każdego fana klasycznego metalu.
Ocena: 9,5/10
WRATHFORGE - Reaper of souls (2026)
Sage Zavage to muzyk o wielu talentach. Podobnie jak Ces Forsberg potrafi samodzielnie stworzyć materiał i położyć solidne fundamenty pod wartościowy album. Fani mogą kojarzyć go z takich projektów jak Bitter Velvet czy Blades Edge. W tym roku powraca z nowym przedsięwzięciem pod nazwą Wrathforge.
To prawdziwy hołd dla heavy i speed metalu lat 80., dlatego każdy miłośnik twórczości Skull Fist, Enforcer, Striker czy Stallion powinien zainteresować się debiutanckim albumem pochodzącego z Ekwadoru Wrathforge. „Reaper of Souls” ukazał się 23 czerwca i od pierwszych minut słychać fascynację Sage'a klasycznym metalem spod znaku Judas Priest, Exciter, wczesnego Helloween czy Blind Guardian. To speed metal w najczystszej i najbardziej porywającej formie.
Na szczególne uznanie zasługuje fakt, że Sage Zavage odpowiada za całą warstwę instrumentalną albumu. To właśnie dzięki niemu muzyka emanuje odpowiednią dynamiką, agresją i energią. W każdej ze swoich ról wypada znakomicie, jednak największe wrażenie robi jako gitarzysta. Jego riffy są pełne pasji, polotu i szacunku dla klasycznych płyt gatunku. Choć czerpie inspiracje od legend heavy i speed metalu, potrafi zachować własny charakter i autentyczność. To sztuka trudna, ale w tym przypadku zakończona pełnym sukcesem.
Efektem jest dopracowany, przebojowy album, który potrafi skraść serce każdego fana tradycyjnego metalu. Od początku do końca utrzymuje wysoki poziom, nie pozwalając słuchaczowi choćby na chwilę nudy. To prawdziwa kopalnia chwytliwych kompozycji i klasycznych metalowych patentów. Do współpracy Zavage zaprosił wokalistę Jareda Pineirosa, który znakomicie odnajduje się w tej stylistyce. Jego wokal dodaje utworom charakteru i pazura, a całość brzmi tak, jakby została nagrana w złotej erze metalu.
Na pochwałę zasługuje również oprawa graficzna. Okładka doskonale oddaje klimat lat 80., podobnie jak produkcja i ogólna estetyka kompozycji. Debiutancki album zawiera dziewięć utworów, które składają się na około czterdzieści minut muzyki.
Całość otwiera rozpędzony utwór tytułowy „Reaper of Souls”, który błyskawicznie wprowadza słuchacza w klimat płyty. Szybkie tempo, mocarny riff i oldschoolowy charakter sprawiają, że trudno przejść obok niego obojętnie. Nie ma tu nic szczególnie odkrywczego, ale Wrathforge nadrabia to autentycznością i ogromną dawką energii.
Kolejny punkt programu, „Streetlights Bleed”, pokazuje talent kompozytorski Sage'a. Utwór stawia na przebojowość i klasyczny heavy metalowy feeling, który niezmiennie działa na wyobraźnię fanów gatunku. Więcej tradycyjnego heavy metalu znajdziemy w zadziornym „They Leave You Behind”. To prosta, ale niezwykle chwytliwa kompozycja, która szybko zapada w pamięć.
W bardziej agresywnym „Fight Until the End” można doszukać się inspiracji debiutem Running Wild. Przewodni motyw gitarowy robi ogromne wrażenie i doskonale pokazuje możliwości Zavage'a jako gitarzysty. Emocji nie brakuje również w „Infernal Summoning”, gdzie zespół ponownie stawia na szybki, bezkompromisowy speed metal.
Powiew świeżości wnosi bardziej rozbudowany i utrzymany w heavy metalowym klimacie „Abismo”. To niezwykle przebojowy utwór, który świetnie oddaje charakter i potencjał zespołu. Fakt, że wykonano go w języku hiszpańskim, tylko dodaje mu wyjątkowego uroku.
Z kolei „You're Gonna Pay” przywołuje skojarzenia z Accept i Judas Priest. To jeden z najmocniejszych punktów albumu – prawdziwa perełka, będąca znakomitym podsumowaniem talentu Sage'a Zavage'a oraz możliwości Wrathforge.
„Reaper of Souls” to album stworzony przez muzyka, który doskonale rozumie ducha klasycznego heavy i speed metalu. Nie znajdziemy tutaj rewolucji ani prób odkrywania gatunku na nowo. Zamiast tego otrzymujemy szczerość, pasję i autentyczny hołd dla starej szkoły metalu. Dla jednych będzie to wada, dla innych ogromna zaleta. Ja zdecydowanie należę do tej drugiej grupy.
Ocena: 8,5/10
piątek, 26 czerwca 2026
MASTERPLAN - Metalmorphosis (2026)
BURNING SUN - Power To Survive (2026)
czwartek, 25 czerwca 2026
SPACE PARASITES - Make me Evil (2026)
środa, 24 czerwca 2026
DRAKKAR - Invasion (2026)
wtorek, 23 czerwca 2026
DESTRUCTOR - Tales of Glory (2026)
Po ponad 40 latach działalności amerykański Destructor udowadnia, że tradycyjny metal wcale nie musi brzmieć jak muzealny eksponat. Zespół dorobił się siedmiu albumów studyjnych, a najnowszy z nich, zatytułowany „Tales of Glory”, ukazał się 19 czerwca. To niespełna 39 minut czystego heavy/thrashowego grania – bez nowoczesnych trików, za to z masą soczystych riffów, heroicznych refrenów i atmosferą rodem z lat 80. To propozycja skierowana przede wszystkim do fanów Exciter, Metal Church, Agent Steel czy Running Wild.
Album brzmi niczym list miłosny do amerykańskiego metalu lat 80. Nie ma tu ani grama metalcore'owych naleciałości, cyfrowych sztuczek czy przesadnie wypolerowanej produkcji. Zamiast tego otrzymujemy żywe gitary, naturalnie brzmiącą perkusję oraz wokal, który momentami jest surowy, ale właśnie dzięki temu zachowuje autentyczność.
Największą siłą Destructor pozostaje umiejętność łączenia klasycznego heavy metalu z thrashową agresją. Riffy są szybkie, zadziorne i pełne energii, ale jednocześnie nie brakuje im melodyjności. To w dużej mierze zasługa zgranego duetu gitarowego – Pata Rabida „Hellhounda” i Dave'a „Overkilla” Hoovera. Muzycy doskonale wiedzą, jak budować napięcie za pomocą agresywnych riffów, dynamicznych przejść i klasycznych heavy metalowych zagrywek. Problem w tym, że nie proponują niczego szczególnie odkrywczego. Materiał jest bardzo sprawnie zagrany, ale momentami sprawia wrażenie wtórnego i opartego na doskonale znanych schematach.
Kolejnym mocnym punktem jest wokal Dave'a „Overkilla” Hoovera. Nie próbuje on rywalizować z młodszymi wokalistami pod względem skali czy agresji. Zamiast tego stawia na doświadczenie, charakter i odpowiednią interpretację. Jego głos idealnie współgra z tekstami opowiadającymi o wojownikach, bitwach i heroicznych czynach.
Produkcja prezentuje bardzo wysoki poziom, choć świadomie zachowano jej oldschoolowy charakter. Gitary mają odpowiednią moc, bas nie ginie w miksie, a perkusja brzmi naturalnie i dynamicznie. Nie jest to może poziom sterylnej selektywności współczesnych nagrań, ale właśnie dzięki temu album posiada własny charakter i energię. Na pochwałę zasługuje również okładka, która doskonale oddaje klimat klasycznych metalowych wydawnictw z lat 80.
Płyta zawiera dziesięć utworów i trwa niespełna 38 minut. Całość rozpoczyna klimatyczne intro, po którym następuje agresywny i rozpędzony „Shadow Magic”. Utwór czerpie pełnymi garściami z dokonań Liege Lord, wczesnego Helloween czy Exciter. Już tutaj słychać, że Destructor doskonale odnajduje się w tej stylistyce. Brzmienie gitar i niektóre zagrywki przywodzą na myśl również twórczość Running Wild.
Wpływy wczesnego Exciter oraz Overkill są jeszcze bardziej słyszalne w „Harbinger of Death”, gdzie zespół stawia na mocniejszy, bardziej thrashowy charakter. To bardzo udany numer, choć ponownie trudno mówić o jakimkolwiek elemencie zaskoczenia.
Na płycie znajdziemy także zadziorny i speedmetalowy „Wolves at Your Door”, który tylko potwierdza fascynację zespołu klasycznym brzmieniem Running Wild. Z kolei „Death Screams” nadrabia przebojowością i chwytliwymi melodiami, skutecznie równoważąc cięższe momenty albumu.
Elementy speed i thrash metalu odnajdziemy również w dynamicznym „Fall to Your Knees”. To utwór, którego słucha się z dużą przyjemnością, choć i tutaj trudno oprzeć się wrażeniu, że zespół porusza się wyłącznie po dobrze znanych ścieżkach.
Destructor znakomicie odnajduje się w bardziej agresywnej stylistyce, czego dowodem jest „Answers in Blood”. To jeden z najmocniejszych punktów albumu – szybki, bezkompromisowy i bardzo dobrze skonstruowany utwór.
W dalszej części otrzymujemy chwytliwy i drapieżny „Rise to the Call”, który dzięki mocnemu refrenowi na długo zapada w pamięć. Zespół nie zwalnia tempa i na zakończenie serwuje „Victorious Warrior” – mocny, rasowy thrashmetalowy numer oparty na klasycznych patentach gatunku. To utwór pełen pasji i energii, stanowiący bardzo udane zwieńczenie całego wydawnictwa.
„Tales of Glory” to album niezwykle równy pod względem kompozycyjnym. Nie ma tutaj utworów, które można byłoby uznać za wypełniacze. Niektórym słuchaczom może zabraknąć większej liczby eksperymentów czy bardziej zaskakujących rozwiązań, ale trudno oprzeć się wrażeniu, że Destructor wcale nie miał takiego celu. Chodziło raczej o stworzenie płyty, która mogłaby stanąć obok klasycznych wydawnictw amerykańskiego power i thrash metalu z lat osiemdziesiątych – i pod tym względem zadanie zostało wykonane wzorowo.
Od początku do końca jest to materiał spójny, energetyczny i wypełniony solidnymi kompozycjami. Dla miłośników klasycznego heavy, speed i thrash metalu będzie to jedna z ciekawszych premier tego roku.
Ocena: 8/10
poniedziałek, 22 czerwca 2026
BORN AGAIN - New metal breed (2026)
Francuski Born Again postawił w tym roku na okładkę utrzymaną w klimacie „Terminatora” i był to bardzo trafiony ruch. Przyciągnie ona uwagę słuchaczy, którzy wcześniej nie mieli styczności z twórczością zespołu. New Metal Breed to trzeci studyjny album grupy, wydany 6 czerwca nakładem Steel Shark Records. Jest to pozycja skierowana przede wszystkim do miłośników heavy i speed metalu spod znaku lat 80. W muzyce Born Again wyraźnie słychać inspiracje takimi zespołami jak Grave Digger, Accept, Judas Priest, Agent Steel czy Exciter. Nie znajdziemy tutaj niczego rewolucyjnego, ale bez wątpienia jest to album godny uwagi.
Największym atutem Born Again pozostaje charyzmatyczny wokalista Thierry, który wyraźnie czerpie inspiracje z manier wokalnych Udo Dirkschneidera i Chrisa Boltendahla. Śpiewa zadziornie, z odpowiednią dawką agresji i charakteru, dzięki czemu nadaje materiałowi własną tożsamość. Za partie gitarowe oraz solidne solówki odpowiada Steff Dupont. Na albumie dominuje mroczny klimat i surowa, nieco toporna motoryka riffów. Gitarzysta stawia na proste, sprawdzone rozwiązania, mocno zakorzenione w klasyce gatunku. Całość brzmi dopracowanie, a słuchacz otrzymuje porcję rasowego heavy/speed metalu. Miłym ukłonem w stronę Judas Priest i złotej ery gatunku jest cover „Riding on the Wind”.
Na płycie nie brakuje również interesujących kompozycji. Bardzo dobrze prezentuje się utwór tytułowy „New Metal Breed” – prosty, zadziorny i pełen energii heavy/speedmetalowy numer. To prawdziwy hołd dla lat 80. i niemieckiej sceny heavy metalowej. Fani Grave Digger i Accept powinni być usatysfakcjonowani. Następnie otrzymujemy „Preu or the Devil”, który ponownie odwołuje się do klasycznych wzorców spod znaku Judas Priest, Accept czy Paragon. To mocny kawałek, doskonale oddający styl oraz jakość zespołu.
Grupa nie zwalnia tempa również w „Strike of Sinner”. Nie ma tutaj miejsca na eksperymenty – Born Again konsekwentnie bazuje na sprawdzonych patentach, ale robi to z pasją i autentycznym oddaniem dla heavy metalu. Zespół świetnie odnajduje się także w szybszych fragmentach, czego dowodem jest „Heroes in the Dark” – niezwykle żywiołowy i przebojowy utwór.
Na pochwałę zasługuje również umiejętność tworzenia chwytliwych kompozycji. Takie utwory jak „Dawn of Steel” czy „Hail to the King” tylko to potwierdzają. Zespół znakomicie balansuje pomiędzy heavy a speed metalem, zachowując przy tym ducha lat 80. Finał albumu przynosi bardziej rozbudowaną i klimatyczną kompozycję „Made in Hell / The Last Stand”, która stanowi godne zwieńczenie całości.
New Metal Breed to album skierowany do fanów tradycyjnego heavy metalu, którzy cenią szybkie tempa, wyraziste riffy i futurystyczną tematykę. Born Again nie próbuje rewolucjonizować gatunku, ale udowadnia, że klasyczny heavy metal wciąż może brzmieć świeżo, energetycznie i przekonująco. To płyta nagrana z pasji do gatunku i miłości do klasycznego grania w duchu Grave Digger, Accept oraz Judas Priest. Warto po nią sięgnąć.
Ocena: 7,5/10
niedziela, 21 czerwca 2026
SINNER - Boom bang goodbye (2026)
sobota, 20 czerwca 2026
EDU FALASCHI - Mi'raj (2026)
Po świetnie przyjętych „Vera Cruz” i „Eldorado” przyszła pora na finał epickiej trylogii Edu Falaschiego. „Mi'raj" to album wyjątkowy nie tylko dlatego, że zamyka wielowątkową historię rozpoczętą pięć lat temu, ale również dlatego, że pokazuje brazylijskiego wokalistę i kompozytora w niezwykle dojrzałej formie. To dzieło ambitne, rozbudowane i emocjonalne, które udowadnia, że były frontman Angra wciąż należy do ścisłej czołówki światowego power metalu. Płyta ukazała się 12 czerwca i jest pozycją skierowaną do fanów progresywnego power metalu oraz twórczości Edu Falaschiego.
Trzy lata minęły od poprzedniego wydawnictwa artysty i w tym czasie doszło do zmian personalnych w składzie. W 2024 roku do zespołu dołączył perkusista Jean Gardinalli, a rok później gitarzysta Victor Franco. Nowi muzycy szybko wpisali się w stylistykę grupy, choć nie udało się w pełni osiągnąć poziomu „Vera Cruz”. Franco i Mafra stawiają przede wszystkim na rozbudowane aranżacje, wyszukane melodie oraz emocjonalne budowanie nastroju. Momentami daje to znakomity efekt, jednak zdarzają się fragmenty, w których pojawia się wrażenie przerostu formy nad treścią.
Ogromnym atutem albumu pozostają partie instrumentalne. Gitary Victora Franco imponują zarówno techniką, jak i wyczuciem melodii. Solówki są efektowne, lecz nie popadają w pustą wirtuozerię. Warto również wspomnieć o gościnnych występach Rafaela Bittencourta oraz legendy power metalu — Roya Khana — którzy znacząco podnoszą prestiż całego projektu. Płyta jest dobra i zdecydowanie godna uwagi, choć nie powala na kolana. To solidne, ambitne wydawnictwo, które momentami zachwyca, ale nie zawsze utrzymuje równy poziom.
Wokalnie Edu Falaschi prezentuje się bardzo dobrze. Choć jego głos z wiekiem uległ naturalnym zmianom względem czasów klasycznych nagrań z Angra, nadal potrafi przekazać emocje i tworzyć zapadające w pamięć linie melodyczne. Co istotne, nie próbuje za wszelką cenę udowadniać swoich możliwości technicznych — zamiast tego stawia na ekspresję, klimat i narracyjność, co doskonale współgra z charakterem albumu.
Muzycznie „Mi'raj" rozwija pomysły znane z dwóch poprzednich albumów, jednocześnie poszerzając ich brzmieniową formułę. Obok charakterystycznego power metalu pojawiają się elementy rocka progresywnego, muzyki symfonicznej oraz orientalne motywy inspirowane kulturą Bliskiego Wschodu. Monumentalne orkiestracje, bogate aranżacje i filmowy rozmach sprawiają, że słuchacz ma wrażenie uczestnictwa w rozbudowanej muzycznej podróży. Ma to swoje niewątpliwe atuty, choć momentami brakuje mocniej zarysowanych, chwytliwych melodii i wyrazistych „hitów”.
Już otwierający album „Watchers Of The Light” pokazuje skalę przedsięwzięcia i daje pełne wyobrażenie o kierunku nowego materiału. Potężne chóry, rozbudowane harmonie i charakterystyczny styl Falaschiego natychmiast przywołują skojarzenia z jego najlepszymi momentami. „Here I Stand” oraz „Echoes Of Vows” kontynuują ten kierunek, oferując mieszankę przebojowości, technicznego kunsztu i emocjonalnej głębi. To solidne, dobrze skonstruowane kompozycje, choć niekoniecznie natychmiast zapadające w pamięć.
Jednym z najciekawszych momentów albumu jest tytułowy „Mi'raj". Utwór zachwyca orientalnym klimatem, licznymi zmianami nastroju oraz znakomitym gościnnym udziałem Veroniki Bordacchini. To kompozycja niezwykle widowiskowa, która doskonale oddaje koncepcyjny charakter całego wydawnictwa. Świetnie wykorzystano tu power metalowe patenty — nie brakuje ciężaru, energii i subtelnej agresji. To mocny, dopracowany utwór. Znnacznie bardziej progresywny i eksperymentalny charakter ma „Unchained”. To kompozycja złożona, pełna zmian tempa i nieoczywistych rozwiązań aranżacyjnych. Słychać w niej odwagę i chęć wyjścia poza schemat, jednak nie do końca przekonuje — momentami bardziej imponuje niż angażuje. Dużo lepiej wypada energetyczny i agresywniejszy „Circle of Dust”, który w pełni oddaje najlepsze cechy twórczości Falaschiego. Pojawia się tu duch dawnych lat Angra — są mocne riffy, wyrazista motoryka i bardzo dobre wyczucie melodii. To jeden z najmocniejszych momentów na płycie.
Na albumie znajduje się również nastrojowa ballada „On Your Own”, która wyróżnia się pięknym, rockowym feelingiem oraz subtelnymi aranżacjami, w tym delikatnymi chórami w tle. Utwór buduje atmosferę i pokazuje bardziej intymne oblicze zespołu. Fani klasycznego power metalu z pewnością docenią „Wrath Into The War”. To dynamiczny, dobrze skonstruowany utwór z chwytliwym riffem, solidną melodią i dopracowanymi aranżacjami. Gdyby na albumie znalazło się więcej kompozycji na tym poziomie, całość byłaby zdecydowanie bardziej porywająca.
Po takim finale pozostaje jednak pewien niedosyt. „Mi'raj” mógł być albumem na poziomie „Vera Cruz”, ale ostatecznie nie do końca się to udało. Mimo to nie jest to próba kopiowania dawnych sukcesów ani odtworzenia klasycznego brzmienia Angra. To wciąż dojrzałe, ambitne i pełne muzycznej wyobraźni wydawnictwo, które momentami naprawdę imponuje. Jeśli „Vera Cruz” było początkiem wielkiej przygody, a „Eldorado” jej rozwinięciem, to „Mi'raj” stanowi jej godne i emocjonalne zwieńczenie. Edu Falaschi nagrał album wartościowy, przemyślany i zdecydowanie warty uwagi.
Ocena: 8/10
IRON KOBRA - Eternal Dagger (2026)
czwartek, 18 czerwca 2026
TIMELESS RAGE - My Kingdom come (2026)
Niemiecki Timeless Rage wyraźnie inspiruje się twórczością Kamelot, Epiki czy Myrath. Formacja od początku działalności postawiła na rozwijanie własnej wizji symfonicznego heavy/power metalu wzbogaconego o elementy progresywnego metalu. Po udanym debiucie muzycy wracają po czterech latach z drugim albumem studyjnym zatytułowanym My Kingdom Come. Grupa pochodząca z Villingen-Schwenningen od początku stawiała na połączenie melodyjnego power metalu z symfonicznym rozmachem oraz nieco mroczniejszą atmosferą. Na nowym wydawnictwie rozwija tę formułę, prezentując materiał bardziej dojrzały, ambitniejszy i zdecydowanie bardziej różnorodny niż na debiucie. Album ukazał się 27 marca 2026 roku nakładem Metalapolis Records.
Warto wspomnieć, że od czasu wydania pierwszej płyty skład zespołu uległ zmianom. W 2023 roku do Timeless Rage dołączył wokalista Nicolaj Ruhnow, natomiast dwa lata później szeregi grupy zasilił basista Daniel Wengle. Nicolaj stara się nadać kompozycjom odpowiedni rozmach, emocjonalność i power metalowy pazur. Ze swojej roli wywiązuje się poprawnie, choć trudno uznać go za wokalistę wybitnego. Jego występ stoi na solidnym poziomie, jednak nie wyróżnia się szczególnie na tle wielu innych frontmanów działających w gatunku.
Bardzo dobrze prezentuje się natomiast duet gitarzystów Michaela Benka i Christiana Pircha. Muzycy dbają o urozmaicenie materiału, często sięgając po wyszukane melodie, rozbudowane harmonie oraz ciekawe rozwiązania aranżacyjne. Nie wszystkie ich pomysły okazują się jednak równie trafione. Słychać wyraźnie, że zespół chce zaskoczyć słuchacza bardziej ambitnym podejściem do kompozycji, choć nie zawsze przekłada się to na równie przekonujący efekt końcowy.
Płyta zawiera dziesięć premierowych utworów. Każdy fan melodyjnego metalu znajdzie tutaj coś dla siebie, choć warto pamiętać, że mamy do czynienia raczej z solidnym rzemiosłem niż dziełem z najwyższej półki. To przyjemny materiał z licznymi przebłyskami talentu, któremu momentami brakuje większej pewności siebie, wyrazistszych refrenów i kompozycji mogących aspirować do miana gatunkowych hitów.
Bardzo dobrze wypada otwierający album „My Kingdom Come”, oparty na klasycznych power metalowych fundamentach. W jego stylistyce można doszukać się pewnych podobieństw do twórczości Insanii. Elementy progresywne dochodzą do głosu w singlowym „The Seed of Fear”, który skutecznie eksponuje potencjał zespołu. Utwór przyciąga uwagę klimatem, pomysłowością i ciekawie rozwijaną narracją.
Sporo podniosłości, chwytliwości i bogatych aranżacji przynosi „The Devil's Masquerade”. To bez wątpienia jeden z najmocniejszych punktów programu. Nie mniej interesująco prezentuje się epicki „Moonbite Serenade”, w którym nie brakuje pięknych melodii i starannie dopracowanych detali aranżacyjnych.
Na uwagę zasługuje również energiczny i przebojowy „The Enemy of You”, będący znakomitym przykładem talentu zespołu do tworzenia atrakcyjnych i angażujących kompozycji. Wątki progresywne odnajdziemy także w bardziej złożonym „We All Shall Fall”, podczas gdy „The Pale Death” imponuje podniosłym klimatem i dużą dawką melodyjności. W takich momentach Timeless Rage pokazują swój potencjał i udowadniają, że potrafią skutecznie zainteresować słuchacza.
My Kingdom Come to album, który potwierdza, że Timeless Rage nie zamierzają być jedynie kolejnym zespołem na zatłoczonej scenie power metalu. Niemcy umiejętnie łączą melodyjność, symfoniczny rozmach i mroczniejszą atmosferę, tworząc materiał dojrzały, ambitny i pełen emocji. Grupa ma własny pomysł na siebie i stara się budować własną tożsamość zamiast bezrefleksyjnie kopiować dokonania największych gwiazd gatunku. Nie jest to może kandydat do tytułu płyty roku, ale bez wątpienia jest to wartościowe i godne uwagi wydawnictwo, które powinno zainteresować fanów symfonicznego i progresywnego power metalu.
Ocena: 8/10
SEVEN METAL SINS - Legacy of chaos (2026)
Na rynku muzycznym pojawił się debiut francuskiej formacji Seven Metal Sins, działającej od 2024 roku. Zespół postawił sobie za cel tworzenie zadziornego i przebojowego heavy/power metalu, w którym wyraźnie słychać inspiracje takimi grupami jak Grave Digger, Primal Fear czy Paragon. Debiutancki album zatytułowany Legacy of Chaos to wydawnictwo dojrzałe, dopracowane i przemyślane, bez wątpienia warte uwagi każdego fana gatunku.
Zespół został założony przez byłych muzyków Manigance – Stéphane’a Lacoude’a i Patricka Sorię – a ich doświadczenie jest słyszalne od pierwszych minut płyty. Szczególnie dobrze wypada duet gitarzystów Antton Iriart i Frédéric Auclerc, których solówki łączą techniczną biegłość z dużą dawką melodyjności. Muzycy stawiają na drapieżność, klasyczne metalowe patenty oraz chwytliwość, co bezpośrednio przekłada się na jakość materiału i jego przystępność. Wokalista Claw-G. wnosi do utworów odpowiednią porcję charakteru i teatralności, nie popadając przy tym w przesadę. To właśnie dzięki niemu materiał zyskuje własną tożsamość i wyróżnia się na tle wielu debiutujących zespołów power metalowych. Charyzma oraz lekko zachrypnięta barwa głosu przywodzą na myśl dokonania takich formacji jak Grave Digger czy Paragon.
Legacy of Chaos jest albumem mocno zakorzenionym w tradycji melodyjnego heavy i power metalu, ale jednocześnie pozbawionym przesadnej pompatyczności, która często ciąży współczesnym produkcjom tego gatunku. Materiał opiera się na chwytliwych riffach, dynamicznej sekcji rytmicznej i wyrazistych refrenach. Kompozycje są zwarte, pełne energii i nie pozwalają słuchaczowi na chwilę znużenia, nawet w spokojniejszych fragmentach. Słychać pasję oraz zaangażowanie muzyków, co wyraźnie przekłada się na końcowy efekt.
Na pochwałę zasługuje również klimatyczna, pełna detali okładka albumu. Produkcja stoi na bardzo wysokim poziomie. Brzmienie jest nowoczesne, selektywne i odpowiednio ciężkie tam, gdzie wymaga tego kompozycja, a jednocześnie zachowuje klarowność charakterystyczną dla klasycznego europejskiego metalu. Każdy instrument ma swoje miejsce w miksie, a całość brzmi profesjonalnie i dojrzale. Nie brakuje mocy, agresji oraz odpowiedniej dawki metalowego pazura.
Płyta zawiera 11 kompozycji, które składają się na 46 minut muzyki dostarczającej sporo satysfakcji od początku do końca. Album otwiera klimatyczne i melodyjne intro „The Fall”, które od razu sugeruje, że mamy do czynienia z interesującym wydawnictwem. Fanom Judas Priest czy Grave Digger z pewnością przypadnie do gustu zadziorny i klasycznie brzmiący „Scars of Injustice”. To mocne otwarcie, które doskonale prezentuje możliwości zespołu.
Następnie otrzymujemy prosty, lecz pełen energii „No Sanctuary”. Co prawda grupa nie proponuje tutaj niczego odkrywczego, jednak sprawne operowanie sprawdzonymi zagrywkami i chwytliwymi melodiami przynosi bardzo dobre rezultaty. W dynamicznym „Hypocrisy” wyraźnie słychać wpływy niemieckiej szkoły metalu. Formuła może i jest dobrze znana, ale zespół nadrabia szczerością oraz autentycznym zaangażowaniem.
Na albumie nie brakuje energicznych i zadziornych kompozycji czerpiących pełnymi garściami z klasyki gatunku. Do tego grona należy również „Eternal Downfall”, który idealnie wpisuje się w stylistykę płyty. Nieco słabiej prezentuje się „Feel the Steel”. Utwór utrzymany jest co prawda w charakterystycznym stylu zespołu, jednak nie robi już tak dużego wrażenia jak wcześniejsze kompozycje.
Bardzo dobrze wypada natomiast bujający „Wolves of the Last Dawn”, podczas gdy „Beyond the Breaking Point” stawia na cięższy riffing i rozwiązania bliskie twórczości Primal Fear czy Rage. W takim repertuarze Seven Metal Sins prezentują się wyjątkowo przekonująco. Podobne emocje wywołuje zadziorny „Sun Eaters” – to heavy/power metal grany na wysokich obrotach. Wśród najmocniejszych punktów programu warto wymienić także przebojowy i pełen energii „Rise of the Phoenix”, w którym zespół mocniej akcentuje power metalowy charakter swojej twórczości.
Album zamyka „King of Sorrow”. To najbardziej rozbudowana i ambitna kompozycja na płycie, zawierająca więcej progresywnych elementów. Niestety, mimo interesujących założeń, utworowi brakuje wyrazistości i nie pozostawia tak silnego wrażenia jak wcześniejsze fragmenty albumu.
Największą zaletą Legacy of Chaos jest konsekwencja. Seven Metal Sins nie próbują na siłę rewolucjonizować gatunku, lecz koncentrują się na tworzeniu solidnych, dobrze napisanych utworów. Dla części słuchaczy może to oznaczać brak większych niespodzianek, jednak fani tradycyjnego heavy i power metalu z pewnością docenią tę bezpośredniość oraz uczciwe podejście do gatunku.
Legacy of Chaos to bardzo udany debiut, który pokazuje, że Seven Metal Sins mają potencjał, by w przyszłości stać się jednym z ciekawszych przedstawicieli europejskiej sceny melodyjnego metalu. To album pełen energii, dobrze skomponowanych utworów i autentycznej muzycznej pasji, który powinien zainteresować wszystkich miłośników klasycznego heavy i power metalu.
Ocena: 8,5/10
wtorek, 16 czerwca 2026
ATOMIC TERROR - Acts of violence (2026)
Po zeszłorocznym Live Aggression wielu mogło przypuszczać, że Atomic Terror utknęli w klasycznym, choć dość przewidywalnym thrashmetalowym schemacie. Acts of Violence szybko burzy jednak te założenia — to album bardziej dopracowany, szybszy i zdecydowanie pewniejszy siebie. Ten młody i ambitny amerykański zespół udowadnia, że thrash metal wciąż może być agresywny, dynamiczny, pełen pasji i autentycznych emocji. Nowe wydawnictwo brzmi tak, jakby mogło ukazać się w złotej erze gatunku, gdzieś na początku lat 90.
Grupa ma już na koncie dwa udane albumy, jednak tym razem postawiła na jeszcze wyższą jakość kompozycji i większą pomysłowość. Muzycy nie boją się czerpać inspiracji z dokonań Kreator czy Slayera. Na płycie nie brakuje agresji, surowości i naturalności, które stanowią fundament jej charakteru.
Thomas Brower prezentuje agresywny, chropowaty styl wokalny, ale jednocześnie potrafi zaskoczyć różnorodnością środków wyrazu. Od klasycznych thrashowych wrzasków po hardcore’owe i bardziej ekstremalne partie – wszystko to nadaje materiałowi głębi i sprawia, że nie popada on w monotonię. To bez wątpienia jeden z największych atutów Atomic Terror.
Równie mocnym filarem zespołu są gitarzyści Brower i King, którzy doskonale wiedzą, jak przyciągnąć uwagę słuchacza. Potrafią zaskakiwać ciekawymi aranżacjami, chwytliwymi riffami oraz interesującymi rozwiązaniami kompozycyjnymi. To właśnie dzięki nim album emanuje energią, agresją i przebojowością. Owszem, zespół bazuje głównie na sprawdzonych patentach gatunku, ale robi to z wyczuciem i odpowiednią dawką świeżości.
Na Acts of Violence znalazło się dziesięć utworów będących kwintesencją tego, co najlepsze w thrash metalu. Już otwierający album „The Beast Within” pokazuje, że zespół postawił na większą precyzję i intensywność. Riffy są zwarte i bezkompromisowe, a sekcja rytmiczna pracuje z niemal chirurgiczną dokładnością, nie tracąc przy tym charakterystycznego brudu i energii. Produkcja pozostaje przejrzysta, ale nieprzesadnie wygładzona — nadal wyczuwalny jest garażowy pazur doskonale współgrający z tematyką materiału.
Zadziorny „Into the Storm” brzmi wyjątkowo oldschoolowo i doskonale ukazuje potencjał grupy. Jeszcze większą dawkę agresji przynosi „Death’s Head Revisited”, wyraźnie inspirowany twórczością Death Angel i Kreator. To jeden z najmocniejszych punktów programu, pokazujący pełnię możliwości zespołu.
Nieco więcej heavy metalowego charakteru odnajdziemy w masywnym i topornym „Inquisition”. Chwilę później zespół ponownie przyspiesza, atakując słuchacza rozpędzonym utworem tytułowym „Acts of Violence”. To thrash metal w najczystszej postaci — bez kompromisów, za to z ogromną energią i skutecznością.
Do najjaśniejszych punktów albumu należy również „Reptilian Lineage”, który przywołuje wspomnienia najlepszych lat Kreator i Destruction. Podobne emocje wzbudza zadziorny „Caricature”. Charakterystyczna praca gitar i klasycznie brzmiące riffy doskonale eksponują najmocniejsze strony Atomic Terror. Nawiązania do niemieckiej szkoły thrash metalu są również wyraźnie słyszalne w mrocznym „Night Flier”. Całość wieńczy „To Rule Them All” — kolejna thrashmetalowa petarda, która stanowi godne zakończenie albumu.
Nie wszystko jest jednak idealne. Niektóre solówki sprawiają wrażenie nieco chaotycznych, a część przejść między utworami pełni bardziej funkcję praktyczną niż pozostaje w pamięci na dłużej. Są to jednak drobne mankamenty, które nie wpływają znacząco na końcowy odbiór wydawnictwa.
Acts of Violence to wyraźny krok naprzód w karierze Atomic Terror. Album jest dojrzalszy, lepiej skomponowany i zwyczajnie bardziej angażujący niż poprzednie dokonania zespołu. Nie rewolucjonizuje gatunku, ale w bardzo przekonujący sposób pokazuje, że grupa rozwija się we właściwym kierunku i potrafi utrzymać wysoką intensywność przez cały czas trwania płyty.
Ocena: 9/10
BAKKEN - Consent to deception (2026)
Okładka najnowszej płyty brytyjskiego Bakken nie zachęca do sięgnięcia po to wydawnictwo. Wygląda dość amatorsko i trudno doszukać się w niej czegoś szczególnie interesującego. Warto jednak przełamać pierwsze wrażenie, ponieważ zespół po raz kolejny udowadnia, że doskonale potrafi łączyć świat thrash metalu z heavy i power metalem. Nietrudno usłyszeć inspiracje takimi grupami jak Iced Earth, Mystic Prophecy, Gamma Ray czy Metallica, a wpływy tych formacji wyraźnie pobrzmiewają na najnowszym albumie zatytułowanym „Consent to Deception”. Płyta ukazała się 12 czerwca i bez wątpienia jest pozycją wartą uwagi.
Trzeba przyznać, że jest to album dojrzały, pokazujący zarówno talent, jak i muzyczny rozwój zespołu. Bakken umiejętnie łączy ciężkie riffy z nowoczesną produkcją, nie tracąc przy tym surowej energii charakterystycznej dla swoich wcześniejszych dokonań. Jednym z największych atutów materiału jest jego spójność – utwory naturalnie się ze sobą łączą, tworząc zwartą i przemyślaną całość. Zespół sprawnie balansuje pomiędzy agresją a chwytliwymi melodiami, dbając jednocześnie o przebojowość i odpowiednią dawkę emocji. Kompozycje są dopracowane i świadczą o dużej muzycznej dojrzałości, dzięki czemu albumu słucha się z prawdziwą przyjemnością.
Na szczególne wyróżnienie zasługuje warstwa wokalna. Frank Levi znakomicie odnajduje się zarówno w bardziej agresywnych fragmentach, jak i w melodyjnych partiach, dzięki czemu nawet najcięższe utwory zachowują swoją przystępność. Produkcja brzmi nowocześnie, ale nie jest przesadnie wygładzona – pozostawia miejsce na emocje, dynamikę i naturalne brzmienie instrumentów.
W składzie zespołu doszło w ostatnich latach do kilku zmian. Perkusista Neil McGrutty powrócił do grupy w 2025 roku, basista Thomas Alford ponownie zasilił szeregi Bakken w 2026 roku, natomiast gitarzysta Ciaran Taggart dołączył do zespołu już w 2024 roku. Od poprzedniego albumu minęło sześć lat i słychać, że muzycy nie zmarnowali tego czasu. Efektem jest materiał dopracowany, dojrzały i pełen ciekawych pomysłów.
Bardzo dobrze wypada duet gitarzystów Pickett/Taggart, który stawia na różnorodność, mocne riffy oraz atrakcyjne melodie. W ich grze słychać pasję i kreatywność, dzięki czemu album ani przez chwilę nie nuży. Dodatkowym atutem jest długość wydawnictwa – 45 minut to czas w zupełności wystarczający, a materiał nie sprawia wrażenia sztucznie wydłużonego.
Album otwiera zadziorny i nowocześnie brzmiący „Consent to Deception”. Tytułowy utwór pełni rolę wizytówki całego wydawnictwa i wywiązuje się z niej znakomicie. To niezwykle mocna i agresywna kompozycja, która od pierwszych minut pokazuje potencjał zespołu. Zupełnie inny charakter ma marszowy, bardziej stonowany i przesycony mrocznym klimatem „Demon in You”. To świetny przykład na to, że Bakken nie zamyka się w jednym schemacie i potrafi skutecznie zaskakiwać słuchacza.
Jednym z najmocniejszych punktów programu jest „Snakes”, który sprawdza się jako rasowy metalowy przebój. Motyw przewodni może przywoływać skojarzenia z utworem „Fever” niemieckiego Orden Ogan. Umiejętne połączenie elementów thrash metalu i klasycznego heavy metalu słychać z kolei w „Crazy Wolf”. Bardziej progresywny charakter prezentuje „The Pride Before the Fall”, zachwycający rozbudowanymi partiami gitar oraz podniosłą atmosferą.
Więcej power metalowej energii przynosi rozpędzony „War of Attrition”, który imponuje dynamiką i dostarcza sporo satysfakcji. Równie dobrze wypada „Follow”, urzekający ciężarem i potężnym brzmieniem. Jego bardziej stonowany, wręcz toporny charakter okazuje się dużym atutem. Kolejnym przebojowym momentem albumu jest chwytliwy „Trail of Tears”, natomiast całość wieńczy rozbudowany i pełen ciekawych pomysłów „Dark Sacrifice”.
„Consent to Deception” nie jest albumem rewolucyjnym, ale stanowi wyraźny krok naprzód w rozwoju zespołu. To propozycja dla słuchaczy ceniących połączenie ciężkiego brzmienia z dopracowanymi kompozycjami i ambitniejszym podejściem do pisania utworów.Bakken po raz kolejny potwierdza swój talent do tworzenia przemyślanego, dojrzałego materiału, wypełnionego świetnymi utworami. To wybuchowa mieszanka thrash metalu oraz heavy/power metalu, która powinna przypaść do gustu fanom obu tych stylistyk.
Ocena: 8,5/10

















