Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Sacred Steel. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Sacred Steel. Pokaż wszystkie posty

sobota, 26 kwietnia 2025

SACRED STEEL - ritual Supremacy (2025)


 Ostatni album niemieckiego Sacred Steel miał premierę w 2016r i "heavy metal Sacrifice" to był udany album. Teraz po 9 latach ciszy przyszedł czas na następce. "Ritual Supremancy" ukazał się 25 kwietnia za sprawą wytwórni Rock of angels. To udany powrót, bowiem Sacred steel brzmi jak Sacred Steel i nie zatracił swojego charakteru. W dalszym ciągu nie brakuje w tym wszystkich wpływów wizard, Majesty, Skulview czy też nawet Omen. Oczywiście Sacred Steel przyzwyczaił nas do elementów thrash metalowych i tutaj ten zabieg również jest stosowany. Jednym słowem pozycja obowiązkowa dla fanów tej grupy.

Jest mroczna okładka, jest mroczny klimat i to zawsze jest miły dodatek. Znakiem rozpoznawczym wciąż pozostaje wyrazisty i charyzmatyczny głos Garrit P Mutz. Jego głos wciąż zachwyca i wciąż napędza Sacred steel.  Przez 9 lat jednak coś się zmieniło, a mianowicie skład zespołu. Jest basista Tony Ieva, który grywał w Brainstorm i gitarzysta Jorn langenfeld z Tales of Sorrow. Sam materiał miewa świetne momenty i troszkę może nieco słabsze, ale całościowo materiał broni się i potrafi dostarczyć sporo pozytywnych emocji.Gitarzyści Jonas i Jorn mają ręce pełno roboty i dwoją się i troją aby materiał był zadziorny i pełen ciekawych riffów. Bywa ciężko i mrocznie, tylko momentami zabrakło troszkę dopracowania czy może pomysłowości co do melodii czy refrenów.

"Ritual Supremacy" to utwór, który otwiera album i od razu Sacred Steel przechodzi do konkretów. Mocny riff, ocieranie się o thrash metalu i to jest Sacred Steel jaki znam i kocham. Epicki heavy metal na pewno dobitnie słychać w "Leather, Spikes and chains" to taki ukłon w stronę Manowar czy Majesty. Niby nic odkrywczego, a dostarcza sporo frajdy. Jeden z największych hitów na płycie, a refren to prawdziwa petarda. Na takie utwory zawsze warto czekać! Przepięknie został wyeksponowany bas i perkusja w marszowym "The watcher Infernal", który znów ukazuje epicki heavy metal w najlepszym wydaniu. Bardzo udany jest początek płyty, a co mamy dalej? Agresywny "a shadow in the bell tower"  oraz drapieżny "Demon witch possesion" to znów ukłon w stronę power/thrash metalowej stylistyki i słychać nawet wpływy Suicidal Angels. Jest też kolos w postaci "Entombed within the iron walls of dis", który przemyca bardziej epicki rozmach i rycerski klimat. Jest melodyjnie, a rozbudowana forma dodaje uroku całości. Dużo dobrego się dzieje i nie wieje nudą. Coś w klimatach doom metalu dostajemy w ponurym "Bedlam Eternal", który nawiązuje do twórczości Candlemass. Przepiękny jest "Omen Rider", który zabiera nas w rejony epickiego heavy metalu i twórczości Omen. W partiach gitarowych można też wyłapać patenty Running Wild. Mocna rzecz! Finał to nastrojowy "Let the blackness come to me" i to udana ballada. Choć trochę psuje obraz całości.

Sacred Steel to już marka, która nie zawodzi. Zawsze stoi na straży jakości i zawsze nagra materiał godny uwagi. W dalszym ciągu grają swoją i jest to epicki heavy metal z nutką power metalu i thrash metalu. Niemiecki band powraca po 9 latach i to w bardzo dobrym stylu. Pozycja obowiązkowa nie tylko dla maniaków zespołu.

Ocena: 8/10

sobota, 20 maja 2017

SACRED STEEL - Heavy Metal Sacrifice (2016)

To amerykańska scena metalowa słynie z tego, że znają się na epickim heavy metalu. Omen, Manowar czy Cirith Ungol cisną się od razu na język i w sumie jest sporo kultowych kapel grających taką muzyką. Natomiast Sacred Steel, który również się specjalizuje w tym rodzaju heavy metalu pochodzi o dziwo z Niemiec. Muzycznie przypominają Manilla Road, Omen czy Manowar. Choć już dawno wypracowali własny styl, który nie da się pomylić z innym zespołem. Na ich wyjątkowy charakter składa się przybrudzone brzmienie gitar, epicki klimat i specyficzny wokal Gritta, który napędza Sacred Steel. Mają na swoim koncie 9 albumów i każdy z nich to wartościowe wydawnictwo, które warto znać. Jeżeli o mnie chodzi to ostatni naprawdę udany album tej grupy to „Hammer of Destruction”. Jest tam agresja, dynamika i niezwykła przebojowość. Najnowsze dzieło w postaci „Heavy Metal Sacrifice” to bez wątpienia najlepszy krążek od czasów właśnie „Hammer of Destruction”. Znów słychać agresję, szybkość i tą przebojowość, która cechowała tamten album. Co ciekawe album brzmi dość świeżo, a przy tym są wszystkie symptomy z których słynie band. Sama okładka i brzmienie są identyczne jak na poprzednich wydawnictwach, tak więc tutaj nie odczujemy drastycznych zmian. Natomiast to co jest w środku to kwintesencja epickiego heavy/power metalu. Zaczyna się klasycznie bo od melodyjnego intra w postaci „Glory Ride”. Szybko wkracza mocny, energiczny riff i speed/power metalowa motoryka zaczyna świetny „Heavy metal Sacrifice”. Następnym udanym kawałkiem jest rozbudowany i klimatyczny „The Sign of the Skull”, który oddaje to co najlepsze w tej kapeli. Jonas i jens pokazują tutaj jak zgranym są duetem i jak świetnie się uzupełniają. Sacred Steel zawsze dobrze wypadał w szybkich, agresywnych i troszkę thrash metalowych kompozycjach i to słychać w energicznym „Hail the godz of war” czy „Vulture Priest”. Na płycie nie brakuje chwytliwych melodii co odzwierciedla „Children of The Sky”, w którym nie brakuje nawiązań do Iron Maiden. Sporo dzieje się w dłuższym „Let There be steel”, gdzie zespół proponuje nam liczne przejścia i urozmaicenia. Znaczne przyspieszenie uświadczymy w agresywniejszym „The Dead Walk the earth”. Na koniec warto wspomnieć o klimatycznym i bardziej emocjonalnym „Beyond the gates of ninevah”. Każdy z tych utworów jest dojrzały i potrafi wciągnąć w świat Sacred Steel. Jest znów moc, świeżość i pomysłowość, a to przedkłada się na jakość zawartości „Heavy Metal Sacrifice”. Można ten album wliczyć do grona tych najlepszych w dyskografii Niemców.

Ocena: 8.5/10

wtorek, 19 lutego 2013

SACRED STEEL - The Bloodshed Summoning (2013)


Kawał czasu minął od ostatniego wydawnictwa niemieckiego zespołu SACRED STEEL, bo aż 4 lata. Od wydania „Carnage Victory” zespół nie dawał żadnych oznak życia i tak w końcu doczekaliśmy się nowego wydawnictwa w postaci „The Bloodshed Summoning”, który został wydany pod skrzydłem wytwórni Cruz Der Sur Music. Czy taka długa przerwa odbiła się na poziomie muzycznym zespołu? Czy można mówić o jakimś zaskoczeniu ze strony SACRED STEEL?

SACRED STEEL został założony w 1997 roku i od tamtego czasu kapela wydaje sukcesywnie kolejne albumy i trzymając swojego własnego stylu, który został wypracowany już na pierwszych płytach. Można ten styl sklasyfikować jako miks epickiego heavy metalu z power metalem, jednak ten zwrot nie wiele mówi i nie oddaje właściwie w pełni charakter tego zespołu. Rozwijając tą myśl trzeba wskazać na to, że w muzyce SACRED STEEL słychać właściwie kilka gatunków i nie chodzi już tutaj o te główne czyli epicki true heavy metal czy power metal, lecz thrash metal, speed metal, czy doom metal których patenty są dość słyszalne. Co się składa na ten dość unikalny zespołu? Mroczny, nieco doom metalowy klimat, który zostaje wspierany również przez nieco przybrudzone brzmienie, które na nowy albumie jest dość mocnym atutem, który sprawia że album brzmi dość brutalnie i nie sposób tego nie pochwalić. To co wyróżnia ten zespół od innych to z pewnością balansowanie na granicy melodyjności i agresywności, ciężaru, to ostre, pozbawione wszelkich zbędnych udziwnień partie gitarowe Sonnenberga/ Khaili, którzy oczywiście nie stawiają na wirtuozerskie popisy gitarowe, przesiąknięte lekkością i finezją, lecz na prostotę, dynamikę i agresję. Nie ma w tym wszystkim niczego odkrywczego, ani świeżego, ale mocne riffy, dynamiczna sekcja rytmiczna i specyficzny wokal Gerrita P. Mutza sprawiają, że nowy album SACRED STEEL to solidny heavy/power/speed metal do jakiego nas zespół przyzwyczaił i z pewnością „The Bloodshed Summoning” jest bardziej dopracowany i bliższy starym dokonaniom, aniżeli poprzedni album.

Nowy album to przede wszystkim ciekawe utwory, który bardziej zapadają w pamięci aniżeli te z poprzedniego wydawnictwa. Niby ciekawej, niby solidnie i dynamicznie, to jednak kompozycje też tylko dobre i czasami na jedno kopyto, co sprawia że ciężko nieco odróżnić dane utwory. Do tego dochodzi inny minus, a mianowicie zbyt długi czas trwania albumu i zbyt dużo utworów bo aż 15, co sprawia, że album przynudza pod koniec. Na co warto zwrócić uwagę podczas słuchania? Z pewnością na agresywny otwieracz „Storm Of Fire 1916” , który przypomina nieco formułę PARAGON czy GRAVE DIGGER. W podobnej dynamicznej konwencji utrzymany jest „No God No Religion”, agresywny „The darkness of Angels” w którym pojawiają się elementy thrash metalu, co nadaje utworowi brutalności. Kto lubi mocne, szybkie, agresywne, utrzymane w konwencji speed-thrash metalowej ten powinien szczególną uwagę zwrócić na „Under the Banner of Blasphemy” który przypomina twórczość nieco amerykańskiego CAGE. Oprócz takich petard trafimy tutaj bardziej true heavy metalowe granie i tutaj znakomicie wypada melodyjny „When The Sirens Call” zalatujący nieco IRON MAIDEN, czy też bardziej epicka odmiana heavy metalu, która jest eksponowana w „The Blodshed Summoning” czy w „Unbinding The Chains”. Na tej płycie pojawiają się również wyraźne przeboje, który potrafią zauroczyć prostotą, dynamiką, chwytliwością, czy ciekawymi pomysłami na melodie i tutaj przodują : „Black Towers” i „Crypts Of fallen”. Ogólnie można rzec, że mimo 15 utworów i długiego czasu trwania, mamy do czynienia z naprawdę solidnym i dobrze zaaranżowanym materiałem.

Fani zespołu będą zadowoleni z nowego wydawnictwa i ich czas oczekiwania zostanie nagrodzony, bo „The Bloodshed Summoning” to solidny album heavy/power metalowy z elementami speed/thrash metalu. Fani tego gatunku, fani niemieckiej sceny heavy metalowej również mogą posłuchać tego albumu, bo jest tu sporo cech charakterystycznych dla tej sceny, pojawia się toporność, kwadratowe melodie i inne patenty, które są znane z tej sceny. SACRED STEEL nagrał album w swoim stylu i nie ma tutaj niczego nowego, nie ma też mowy o perfekcji, jednak jest to solidny, dynamiczny materiał, który zawiera kilka mocnych utworów. Płyta, której warto poświęcić wolny czas.

Ocena: 6.5 /10