Gamma Ray to Kai Hansen i taka jest prawda. To jego specyficzny i wyjątkowy głos, a także niepowtarzalny styl gry na gitarze przedłożył się na sukces tej formacji z Hamburga. Kai był liderem Helloween i coś ze sobą zabrał z poprzedniej formacji do Gamma Ray. Ta przebojowość, ta lekkość i ten dynamit w grze został tutaj przeniesiony. Gamma ray to brat Helloween, a razem jest innym zespołem. Kai w końcu starał się sporo przemycać patentów z "Walls of jericho" czego Helloween niestety nie robiło. Sukces zaczął się od kiedy zaczął pełnić ponownie funkcję wokalisty. Zespół wniósł się na zupełnie inny, wyższy poziom. Przez lata dostawaliśmy świetne albumy i ten ostatni ukazał się w roku 2014. Tak zleciało 30 lat i przyszedł czas na świętowanie pełnej rocznicy w czasach pandemii. Tylko Gamma ray już nie błyszczy tak jak kiedyś. Coś się popsuło. Kai stracił moc w głosie, a Frank Beck który miał go wspierać, troszkę tak jakby zaczął przeszkadzać. Hansen szaleje teraz z Helloween i Gamma ray troszkę poszło w odstawkę. Wydanie na siłę koncertówki "30 years Live Anniversary" jest troszkę jakby na otarcie łez i jakby na siłę podtrzymanie trupa. Niestety prawda boli, zwłaszcza kiedy dotyczy to kapeli, która jest dla mnie niezwykle ważnym.
Ta płyta to pasmo niepowodzeń i problemów, które obecnie doskwierają Gamma Ray. Frank Beck może i jest dobrym wokalistą, ale czemu panowie tak sobie wchodzą w paradę? Kai faktycznie śpiewać już nie potrafi tak jak kiedyś. Gamma ray bez niego to już nie to samo, ale takie chaotycznie śpiewanie Kaia i Francka tylko działa na nerwy. Jak już chcą się tak bawić, to niech to będzie poukładane jak w Helloween. Jeśli nie, to odsunąć Kaia i dać Francka niech śpiewa całe utwory. Inne wyjście to zatrudnić innego wokalistę, który nadałby zespołowi odpowiedniego charakteru. Ja bym tu widział Henninga Basse, który idealnie pasował do zespołu podczas koncertów. Strasznie irytuje to co Kaia wyprawia z Franckiem. Kolejny problem to gitary, które brzmią jakoś tak inaczej i jakby sztucznie. Odpalam taki koncert "Hell Yeah" i tam była moc, ciary i pazur. Tutaj tego nie ma. Kawałki straciły na swojej jakości i mocy. Brzmi to wszystko jak parodia i to jest smutne. Może lepiej byłoby reaktywować Gamma ray z Ralfem na wokalu? To też jakieś wyjście?
Zastanawia mnie też inna kwestia. Po co rejestrować koncert bez publiki w czasach pandemii? Brzmi to jak album studyjny, tylko w gorszej jakości. Niby fani mieli podsyłać jak się bawią przy kawałkach gamma ray i to miało być dołączone. Na początku coś tam słychać, a potem nic. Może ja jestem głuchy już na starość?
Odpalam killer" Dethronne Tyranny", który nie jest tu killerem. Klasyk "Rebelion in Dreamland", brzmi jakby grał go jakiś cover band. "Master of Confusion" zamiast dawać radość, to sprawa że czuje się niesmak. W tym wszystkim jest jeden plus. Jest nawet dobra setlista, a najlepsze że wystąpił tu gościnnie Ralf Sheepers. Miło jest usłyszeć taki "Heading for tommorow" czy "One with the world" z nim na wokalu.
Przyszłość Gamma ray nie jest znana. Niby Kai coś wspomniał, że jest materiał na nową płytę i ma się ukazać w przyszłym roku. Jednak czy to jest wciąż Gamma ray, która wydała "Powerplant", czy "Land of the free", która tworzyła klimat na koncertach i robiła niezłe show? Panowie muszą przemyśleć co dalej bo to tak nie może wyglądać. Zmienić wokalistę, albo oddać wokal w pełnym wymiarze Franckowi, no nie wiem. Póki co czuje strach, obawy, że umiera jeden z moich ulubionych power metalowych zespołów, od którego wszystko się zaczęło. Obym się mylił....
Ocena: 4/10
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Gamma Ray. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Gamma Ray. Pokaż wszystkie posty
sobota, 11 września 2021
czwartek, 27 marca 2014
GAMMA RAY - Empire of The Undead (2014)
Kiedy Power metal się
rodził nie było w nim miejsca na komercję, na słodkie melodie.
Gatunek ten rządził się agresją, bardziej złożoną formułą, a
utwory było czymś w rodzaju przebojów na całe życie.
Zbiegiem czasu, doszło do jego złagodzenie, gdzieś co niektórzy
zatracili wenę i ogień. Kai Hansen to ojciec power metalu i można
odnieść wrażenie, że za każdym razem kiedy ten gatunek przeżywa
kryzys bądź stoi jakby w miejscu to wtedy wkracza Kai i pokazuje,
że nic się nie zmieniło. Udowodnia, że wciąż można tworzyć
prawdziwy power metal, energiczny, pomysłowy, pełen werwy i
świeżości. Choć formuła się wyczerpała, to jednak zawsze można
coś podrasować, coś wtrącić nowego i nie raz Kai Hansen pokazał,
że można. Kai i Gamma Ray są jakby nauczycielami power metalu.
Pokazują wszystkim jak to robić, gdy innym brakuje już pomysłów
i mają wątpliwości czy jest jeszcze sens, czy może nie zmienić
gatunku. „Empire of The undead” to kolejna lekcja dla wszystkich
tych co grają power metal, albo przynajmniej tak uważają.
Co ciekawe Kai też
ostatnio miał swój gorszy okres. Zarzuty o kopiowanie Iron
Maiden, zatracenie swoich priorytetów, do tego odejście Dana
Zimmermanna, opóźnienie wydania nowego albumu czy w końcu
pożar studia w którym zespół nagrywał. Mogłoby się
wydawać, że to gwóźdź do trumny i że zespół już
nigdy nie nagra tak znakomitego albumu jak „Majestic”, „No
world Order” czy „Land Of The Free”. Zapowiadany już od
dłuższego czasu „Empire Of The Undead” wzbudzał wątpliwości.
W końcu „To The Metal” nie należał do najlepszych wydawnictw
niemieckiej formacji. Jasne, był agresywniejszy niż taki „Land of
The Free II”, ale problem w tym, że to był cień stylu
zaprezentowanego na „Majestic”. Czegoś brakowało. Ciekawych
pomysłów? Power metalowego ognia? Geniuszu Kaia Hansena?
Wszystko było jakby przeciw zespołowi i nic dziwnego, że po raz
kolejny przyszło czekać nam 4 lata na nowy album, ale to było
najlepsze rozwiązanie. Dzięki temu „Empire Of The Undead” jest
dojrzałym i dopracowanym albumem i wszystko zostało dopieszczone.
Tym razem Kai zażegnał kryzys i zrobił to w najlepszy sposób.
Zapomnijcie o kopiowaniu innych kapel, zapomnijcie o kiepskiej formie
wokalnej Kaia, zapomnijcie o kiepskim brzmieniu perkusji, czy o tym,
że za mało power metalu. Tym razem Kai postanowił spełnić jedno
z moich marzeń i nawiązać do swoich korzeni, czyli „Walls of
Jericho”. Może nie mówimy o kopii, ale „empire Of The
Undead” też ma agresywniejszy wydźwięk, też nie brakuje
patentów wyjętych z thrash metalu no i wokalnie też można
dostrzec podobieństwa. Tematyka co nie których utworów
też jest bardziej ponura, pesymistyczna i nie ukrywam że takie
klimaty mi najbardziej odpowiadają. Kai zapowiadał, że album
będzie szybki i agresywny, zawierający znamiona thrash metalu, ale
nie brałem tego na poważnie, bo przecież trzeba jakoś przyciągnąć
uwagę przed premierę. Jednak teraz już wiem, że to nie było
przechwalanie się, ani słowa rzucane na wiatr, co często się
dzisiaj zdarza w muzyczny półświatku, jeśli chodzi o
promowanie swojego nowego wydawnictwa. Co ciekawe tym razem Kai
postanowił zarejestrować album w starym stylu czyli z marszu, bez
bawienia się w dema. Ponury klimat, mroczne brzmienie gitar i ostry
wokal Kai to wszystko przypomina również album „Majestic”.
Tak „Empire of the Undead” to drugi w historii Gamma Ray taki
ostry, brutalny wręcz i energiczny album. To również drugi
taki mroczny i ponury album. Wystarczy wsłuchać się w wydźwięk
„Pale Rider”. Ciężki utwór, w którym
można wychwycić coś z Judas Priest czy U.D.O, ale tutaj właśnie
Kai zaszpanował swoim geniuszem. Jednak można nagrać w
dzisiejszych czasach, ciężki, agresywny kawałek power metalowy.
Zostańmy na chwilę przy tym utworze. Tutaj Kai rozwiewa wątpliwości
co do jego formy wokalnej. Dla mnie to jest majstersztyk i może
potwierdzenie, że z wiekiem wokal Kaia jest bardziej wyrafinowany i
techniczny. Gamma Ray to przede wszystkim od zawsze był zespół,
który zaskakiwał znakomitymi rozbudowanymi i epickimi
utworami. Wystarczy przypomnieć sobie „Rebelion in Dreamland”
czy „Insurection”. Również i tutaj Kai dostarczył nam
coś na miarę tych utworów. Mowa tutaj o otwieraczu w postaci
„Avalon”. Power metal i epickość nabiera tutaj
zupełnie innego znaczenia. Ten powiew świeżości, ta pomysłowość
jest tutaj wręcz szokująca. Jasne stonowane tempo i podniosłość
może przypominać nam otwieracz z „Land of The Free”, ale to
jest na korzyść utworu. Mówiąc o podobieństwach, czy tylko
ja mam wrażenie, że refren brzmi jak co niektóre refreny
Sabaton? W tym utworze jest też coś z „Empathy”. Płyta jest
dynamiczna, energiczna i bardzo agresywna, a wszystko dzięki takim
kompozycjom jak „Hellbent”. Jeden z najostrzejszych
utworów w historii Gamma Ray i znakomicie przypomina nam erę
„Walls Of Jericho”, choć słychać też coś z „Painkillera”
Judas Priest. W tym utworze sporo się dzieje. Są przejścia,
zmiany melodii i jest ten ogień, ten pazur jak za dawnych lat.
Refren z kolei bardzo chwytliwy i sprawdza się podczas koncertów,
co zespół już potwierdził podczas rozpoczętej trasy. Fani
power metalu chcieliby zapewne usłyszeć coś bardziej klasycznego,
coś w stylu „Tribute to The Past” czy „Valley of The Kings”.
O to Gamma Ray też zadbało bowiem poza takimi mrocznymi i
brutalnymi kawałkami, mamy też trochę radosnego Gamma Ray z lat
90. Wystarczy wsłuchać się w melodyjny „Born To Fly”,
który brzmi nieco jak „Rain”. Riffy może i też są tutaj
ciężkie, ale konstrukcja, forma podania nasuwa na myśl stare
kompozycje. W tej kategorii jest też „Seven”,
który pomimo podobnego riffu do „Master of Confusion”, ale
nie dajcie się zwieść. Toż to kompozycja, która nie tylko
przypomni nam erę „Powerplant” czy też „Insanity and Genius”
ale śmiało mogłaby wypełnić któryś z „Keeper of The
Seven Keys”. Do tego wspaniałego okresu swojej twórczości
Kai Hansen wraca z kilka razy. Przede wszystkim za sprawą
przebojowego i pogodnego „Master of Confusion”,
który brzmi jak kolejny już klon „I want”. Był bowiem
„Heaven or Hell”, „Send me Sign” czy „Rich & Famous”,
ale to jest właśnie styl Kaia, to jest właśnie Gamma Ray. Drugim
utworem, który również przywołuje nam czasy klucznika
jest bez wątpienia „ I will Return”. Początkowe otwarcie jest
podobne do tego z „March of Time”. Pamiętajmy jednak, że dalej
jest to szybkie, dynamiczne i power metalowe granie na wysokich
obrotach. Dawno nam Gamma Ray nie dostarczył tyle szybkich utworów
na jednym albumie, co jest bardzo miły zaskoczeniem i nie miałbym
nic przeciwko, żeby taki układ kompozycji był zachowany na
kolejnym krążku. Oczywiście jest moment na relaks i odpoczynek od
tej szarży. Kolejna próba stworzenia dobrej ballady tym razem
zakończona sukcesem. Wiem, wyrwę się z tłumu, ale śmiem
twierdzić, że „Time For deliverance” to jedna z
najpiękniejszych ballad Gamma Ray. Jest w niej coś z „Silence”,
jest również też coś z „We are the champions” Queen.
Ciekawa mieszanka, zwłaszcza że „Heading for Tommorow” też
miał sporo odesłań do Queen. Warto też zaznaczyć, że wokal Kaia
też tutaj jakiś taki bardziej emocjonalny, bardziej wzruszający. O
potędze tej płyty świadczyć może również znakomity
tytułowy utwór. „Empire of the undead” to
przede wszystkim dowód, na to że Gamma Ray wtrąca trochę
thrash metalowego charakteru i że Kai nawiązuje do „Walls Of
Jericho”. Sam utwór brzmi jak taka szybsza wersja „Murder”.
Zresztą sam Kai powiedział, że pomysł na ten utwór
pochodzi właśnie z tamtego okresu. Na koniec zostawiłem sobie coś
co potwierdza, że Gamma Ray stawia na świeżość, że stara się
ożywić konwencję power metalu. „Demonseed” to
nowa jakość power metalu i Gamma Ray. Utwór w swojej
rytmicznej i pomysłowej konstrukcji przypomina poniekąd „Blood
Religion”. Pomysłowy riff, motyw i sam klimat utworu. Jednak nie
tylko to imponuje tutaj. Czy gdyby wam puścił tylko początkowe
otwarcie, z mroczną wstawką jakby z horroru to byście powiedzieli
że to Gamma Ray? Zapewniam, że nie. Na tym polega geniusz Kaia
Hansena. Po prostu wow.
Na samym końcu warto
wspomnieć o ostrym jak brzytwa brzmieniu. Trochę brudu nie
zaszkodziło. Były wątpliwości, był strach i obawy, a gdy
pierwszy raz zobaczyłem okładkę to już w ogóle przeraziłem
się. Myślałem, że Gamma Ray jest spisane na straty. Zespół
podniósł się, zwalczył kryzys i w dodatku nagrał jeden z
najlepszych albumów. „Empire of the Undead” to album na
miarę „Majestic”, „No world Order” czy „Land of The
Free”. Kai Hansen to geniusz i pokazał, że power metal może
brzmieć świeżo i pomysłowo. Odrodzenie power metalu w najlepszym
wydaniu.
Ocena: 9.5/10
sobota, 16 marca 2013
GAMMA RAY - Master Of Confusion EP (2013)
Rok 2012 miał być
rokiem UNISONIC, a rok 2013 rokiem GAMMA RAY, tak głosił bóg
power metalu Kai Hansen. Pierwsza obietnica została spełniona i
pod szyldem UNISONIC ukazał się debiutancki album, gdzie znów
mamy w jednym zespole Kaia Hansena i Micheala Kiske, a więc dwóch
najważniejszych osobistości, które stworzyły słynny
„Keeper Of the seven Keys” HELLOWEEN. Mamy rok 2013 i co ?
Pojawiła się zapowiedź,
że Kai Hansen po raz drugi wyruszy w trasę z starym swoim zespołem,
a mianowicie HELLOWEEN, który promuje „Straight out Of
hell”. Tak o samym tourne pod nazwą HELLISH ROCK part 2 było
głośno, o albumie HELLOWEEN też, a o samym albumie GAMMA RAY nic.
Cisza była dobijająca i powiększała niepokój, że jednak
zespół się nie wyrobi i tak też się stało. Album, który
miał się ukazać wiosną został przesunięty na koniec tego roku,
ewentualnie początek roku 2014. Jednakże nowa trasa oznacza
promowanie czegoś nowego i Kai dobrze o tym wiedział. Dlatego
postanowił nie wyruszać w trasę z pustymi rękoma i postanowił
wydać mini album „Master Of Confusion”, który miał choć
trochę uspokoić fanów GAMMA RAY i mniej więcej
zaprezentować to czego będzie można się spodziewać po nowym
albumie, który się ukaże w bliższej przyszłości. Premiera
tego dzieła została przewidziana na 15 marca tego roku i jaki jest
ten nowy mini album? Co zawiera? Jak brzmią nowe utwory, które
pilotują pełnometrażowy album?
O tym za chwile, bo
jednak nie można tutaj pominąć jednej jakże istotnej kwestii.
GAMMA RAY to marka, która znana jest z solidności,
przebojowości, chwytliwych melodii, wyjątkowego wokalu Kaia, jego
pomysłowości i ten zespół został oparty na jego
doświadczeniu. Jednak w latach 90 ustabilizował się już ten
właściwy skład, który tworzyli Hansen, Schlachter, Richter
i Zimmermann. W tym składzie nagrany zostały takie klasyki jak
„Somewhere Out In Space”, „Powerplant” czy „No World
Order”. Ostatni album w takim składzie to oczywiście „To The
Metal” z 2010 roku, który był bardzo solidnym albumem, może
bardziej metalowym, ale wciąż na poziomie tego zespołu. Pewien
rozdział zamknięty i został otwarty nowy, bowiem w zespole pojawił
się nowy perkusista, a mianowicie Micheal Ehre, który
powinien niektórym być znany z METALLIUM. Od razu pojawiły
się w mojej głowie pytania: jak to wpłynie na muzykę i relacje w
zespole, atmosferę?
Inny problem, który
tykał się GAMMA RAY to pożyczanie od innych zespołów i dla
jednych była to kwestia rażąca i dla innych szczegół mniej
istotny, ale sprawiający, że rozrywka jest gwarantowana. No i
dochodzi do tego fakt, że Kai ma teraz dwa zespoły, nie dawno
wydał album z UNISONIC i masa koncertów. Jak to wszystko ma
się do nowego mini album, który właśnie ujrzał światło
dzienne? Czy jest to GAMMA RAY metalowa jak na „To The metal” czy
może coś bardziej na miarę „No World Order”?
„Master of Confusion”
to mini album o tyle ciekawy, bo jest dość długi i całość trwa
ponad 55 min co jest dość nie typowe jak na EP, ale to jest jeden z
tych powód, dla których warto kupić to wydawnictwo i
nie będzie się żałowało, że źle się zainwestowało. Inną
jakże istotną kwestią, która sprawia, że o tym minie
albumie będzie się pamiętać to również klimatyczna,
kolorystyczna i pełna detali okładka, oddająca to co najlepsze w
okładkach GAMMA RAY i jest ona bardziej w stylu tego zespołu,
aniżeli „To The Metal”. Od strony technicznej, czy też
brzmieniowej mamy kontynuacje z „To The Metal”, czyli jest
soczyście, jest lekki mrok i ciężar, ale nie jest to z pewnością
najlepsze brzmienie w historii płyt GAMMA RAY. Przejdźmy do
muzyków, a zwłaszcza nowego członka zespołu, który
wzbudzał u mnie największą ciekawość, otóż muszę
przyznać, że jest on lepszym pałkarzem aniżeli Dan i mówię
tutaj o technice, a i z szybkością sobie dobrze radzi.. Pytanie czy
jest równie dobrym kompozytorem, ale to się zobaczy w
przyszłości. Co do reszty to trzeba przyznać, że jest zwyżka
formy. Bas Dirka wyrazisty, mocny, gitary jakby ostrzejsze i zarazem
bardziej melodyjne i takie bliższe wcześniejszym dokonaniom GAMMA
RAY aniżeli metalowemu „To The Metal” , choć elementy tamtego
albumu dają się tu we znaki, dość mocno. Zwłaszcza takie utwory
jak „Deadlands” czy „Shine Forever” i kto lubi te utwory
przekona się do „Empire of The Undead”, który jest
równie dynamiczny i ostry co wyżej wymienione utwory. Utwór
ten od razu przekonuje, że Kai w znakomitej formie wokalnej, a także
jeśli chodzi o grę na gitarze. Mocny, zadziorny, taki melodyjny
wokal i brzmi to przekonująco. Zwłaszcza może się podobać, próba
pójścia w nieco mocniejszy, mroczniejszy wokal podczas
refrenu. Jednak utwór ten, choć brzmi świeżo, dynamicznie i
tak w stylu GAMMA RAY ( zwłaszcza tej z „No World Order”)
piętnuje problem, który od dawna gnębi ten zespół, a
mianowicie zapożyczenia jakiś patentów z utworów
innych kapel. Na „To The metal” było tego nie co mniej, ale
kapela poniekąd bardziej siebie kopiowała. Cóż tutaj
autoplagiatu jako tako nie ma, ale sam utwór, rytmiką, to jak
Kai śpiewa refren przypomina JUDAS PRIEST i utwór „Exciter”
. Słychać też „Deadlands”, ale też stare czasy w HELLOWEEN,
bo jest takie nieco ostre granie jak na „Walls Of Jerycho”.
„Empire Of The Unded” jest chwytliwy, energiczny, ostry,
zadziorny i oddający to co najlepsze w tym zespole i do tego
świetnie rozplanowane solówki, które przypominają
poniekąd ...”No World Order”. Dalej mamy typowy utwór
GAMMA RAY, czyli wariację na temat „I Want Out”, a jest nią
utwór „ Master Of Confusion”. Utwór bardzo
radosny, pogodny i przypominający inne wariację typu „Time To
Live”, „Send Me a Sign „ czy „Rich & famous”, ale to
jest właśnie taki znak rozpoznawczy Kaia, tego zespołu. Z jednej
strony można zarzucić zjadanie własnego ogona, ale utwór
jest chwytliwy, tak żywiołowy, zapadający w pamięci, że to nie
ma znaczenia. Nie wiem czemu, ale w tym utworze słyszę też hard
rockowe zacięcie, które Hansen zaprezentował na UNISONIC,
ale to moje osobiste odczucie. Po raz kolejny bardzo udana solówka
i taka znów w stylu tego zespołu i tego nieco brakowało mi
na poprzednim albumie. Jest lepiej, bardziej gitarowo, ciężej, a to
wróży znakomity album w 2014, ale na to trzeba będzie
jeszcze poczekać. Na mini albumie oprócz dwóch nowych
kawałków znajdziemy dwa covery i to jest kolejny element, z
którym zespół zawsze sobie dobrze radził. Dodatkowo
wybór kawałków w pełni udany, bo kawałki pasują do
maniery Kaia, do stylu zespołu. Ciężki, mroczniejszy „Death
Or Glory” nasuwa nieco „Short As Hell” czy też „Condemned
To Hell” i jest to bardzo udany cover HOLOCAUST. Drugi cover to
„Los Angeles” z repertuaru SWEET i znów szczęka opada.
Rockowo i zarazem metalowo, melodyjnie i zarazem przebojowo i bardzo
fajnie wypada taki feeling na miarę QUEEN. Oczywiście można
doszukać się elementów „Armaggedon” GAMMA RAY, ale czy
to źle? Jasne, że nie. Dalej mamy już utwory z koncertu w Bochum
podczas trasy „Skeletons and Majesties”. Mamy więc nową wersję
„”Spirit”, gdzie śpiewa Kai, a nie jak na albumie
studyjnym Ralf Scheepers i ta wersja bardziej do mnie dociera aniżeli
ta z albumu. Zobaczyć w koncertowej setliście „Wings Of
Destiny” też można uznać za coś nadzwyczajnego. W wersji
live brzmi nawet znośnie, ale ten utwór jakoś taki za słodki
dla mnie był. Wokalnie widać też Kaiowi on nie podchodzi i uważam,
że można było wybrać do setlisty coś innego, lepszego z albumu
„Powerplant”. „Gamma Ray” z Kaiem na wokalu również
brzmi lepiej niż z Ralfem i szkoda, że nigdy kapela nie nagrała je
od nowa z Kaiem za sitkiem. Utwór świetnie nadający się na
koncerty, co zresztą słychać. Z albumu „Land Of the Free”
wybrano balladę „Farewell”, gdzie nieco śpiewa basista
Dirk, czyli kolejny dobry powód, żeby usłyszeć ten utwór
w wersji koncertowej. Podczas trasy „Skeletons & Majesties”
gościnnie wystąpił Micheal Kiske śpiewając w 3 utworach, a
jednym z nich był „Time To Break Free” i jest to
wykonanie nieco niższych lotów, głównie przez wokal
Kiske, który nie brzmi tak energicznie, żywiołowo. Całość
zamyka kolos z „Land Of The Free 2” czyli „Insurection”.
Choć długi, to jednak nadaję się na żywo i sporo się dzieje w
ciągu tych 12 minut.
Nie mamy nowego albumu
GAMMA RAY, ale mamy za to mini album, który trwa 55 minut,
który zawiera dwa nowe kawałki, które znajdziemy na
nowym albumie w 2014 r, dwa znakomite covery i parę utworów
live. 35 zł za takie wydawnictwo, gdzie jest 10 utworów to
całkiem rozsądna cena, biorąc uwagę że mamy tutaj znakomitą
okładkę, brzmienie i możliwość wysłuchania przede wszystkim
tych 4 pierwszych utworów, które choć trochę
zaspokajają ciekawość. Mniej więcej można usłyszeć w jakim
kierunku zespół poszedł, posłuchać w jakiej są formie,
czy mocną kopiują inne zespoły, czy Kai jest w formie i przekonać
się że nowy perkusista okazał się w końcu godny następcą Dana
i osobą, którą nieco ożywi ten skład, który od lat
nie był odświeżany. Jeden z najdłuższych mini albumów
jaki pojawił się w muzyce metalowej i trzeba przyznać, że GAMMA
RAY zrobiła tym wydawnictwem smaka na nowy album. Nic trzeba czekać,
a póki co zachęcam do zapoznania. Fani będą skakać z
radości, a reszta niech sam oceni. GAMMA RAY dalej koncertuje z
HELLOWEEN i niebawem przyjdzie czas na Polskę, więc będzie okazja,
żeby posłuchać tych dwóch nowych kompozycji na żywo i
oddać hołd ojcu power metalu !
Ocena: 10/10
piątek, 9 marca 2012
GAMMA RAY - Majestic (2005)
Szatan, zło, piekło, wampiry i GAMMA RAY. Ku takiej tematyce zespół właściwie zmierzał od momentu „Short As Hell” z „Powerplant” tym samym zmieniając nieco swój styl. Oczywiście power metal przodował jako ten styl wiodący, ale słychać było że zespół zaczął sięgać po sporo patentów heavy metalowych spod znaku JUDAS PRIEST. Sporo było tego na energicznym , dynamicznym „No World Order” jednak to wszystko jest niczym przy „Majestic” będący punktem kulminacyjnym, ostatnim przystankiem tej wycieczki w mroczną tematykę, w cięższe granie wzorowane na muzyce JUDAS PRIEST z albumu „Painkiller”. To wydawnictwo jest wyjątkowe i to się przejawia na kilku płaszczyznach. Wyjątkowy dlatego, że podzielił fanów na tych, którzy narzekają że to nie GAMMA RAY, że zatracili tutaj swój charakter oraz na drugich, którzy widzą w tym albumie jeden z najlepszych rzeczy jakie stworzył zespół. Czy zatracili charakter? Ja mam wrażenie że odświeżyli formułę, nieco oparli ją o JUDAS PRIEST, BLACK SABBATH, poparli nowoczesnym, mięsistym brzmieniem, uzupełniając o różne smaczki, a tam jakieś klawisze, a tam znowu coś innego. Może brakuje komuś szybkich kompozycji? Cóż są i takie, ale ja mam wrażenie że zespół postawił tutaj przede wszystkim na ciężar, mrok, nieco świeższą formułę co dało właściwie bardzo urozmaicony materiał, który zaskakuje właściwie od początku do końca. Starzy fani, będą narzekać. Tylko pytanie fani kogo? GAMMY może i tak ale Hansena na pewno nie. Właściwie ja to widzę jako jego kolejny popis, który mi przypomina choćby czasy „Walls Of jericho”. Podobna agresja, pesymizm, no i ta lekkość, melodyjność która najbardziej daje się we znaki przy pojedynkach na solówki między Kaiem a Henjem i przypominają mi się stare czasy HELLOWEEN. Pod tym względem jest to jeden z najlepszych albumów power metalowych. Niezwykła rytmika, melodyjność, finezyjność i te przejścia, coś pięknego. Fani Hansena będą zadowoleni bo jego kawałki oddają jego styl, ale potrafią też zaskoczyć świeżością i pomysłowością. Fani Hansena docenią ten album, przede wszystkim ze względu na wysoką formę wokalną Kaia, do dziś jest to mój ulubiony krążek pod tym względem, zaraz obok „Walls Of Jericho” czy też „Land Of the Free” . Produkcja albumu też jest taka jak przystało na czasy współczesne. Jest nowocześnie, ale też nie postawiono na jakiś plastik, ale na prawdziwe soczyste brzmienie, które pozwala poczuć słuchaczowi moc tego materiału. Tutaj jednak kompozycje mówią same za siebie.
Kai Hansen właściwie przez ostatnie albumy dostarczał nam znakomite otwieracze, tak też jest i tym razem. „My temple” to kompozycja zróżnicowana i w obrębie tych 5 minut dzieje się naprawdę sporo. Można odnieść wrażenie że ekipa Hansena nigdy nie grała tak zróżnicowanie. A to szybkie otwarcie, takie power metalowe, a to później zwolnienie oparcie o riff w stylu JUDAS PRIEST, lecz brzmiący o wiele nowocześniej, kończąc na nastrojowym, podniosłym, klimatycznym refrenie i mrocznym motywie „Sabbath Bloody Sabbath”. Śmiało można rzec że gdzieś to już było, ale GAMMA RAY podaje to w takiej formie że nie ma to znaczenie. Niektórzy bezmyślnie kopiują innych, a Hansena bierze pewien pomysł i interpretuje go po swojemu. Fani power metalowej jazdy ucieszy taki może nieco neoklasyczny, taki melodyjny i przebojowy „Fight” który jest autorstwa Richtera. Jeden z niewielu wątków, który jest mnie pesymistyczny i nawiązuje do tej radosnej GAMMY RAY. Praca gitar jest tutaj fenomenalna, zwłaszcza pojedynki na solówki, które przywołują najlepsze lata Hansena. Ktoś powie co to u diabła jest w „Strange World”? Groove metal albo inne cholerstwo, gdzie jest GAMMA? Jest i to słychać, najlepiej oczywiście w tej szybszej, dynamicznej formule którą słychać w drugiej części. Ale sam pomysł, aranżacja jest świeża i zarazem taka utrzymana w stylu GAMMY RAY. Znów mamy do czynienia z bardzo zróżnicowanym utworem, który cały czas zaskakuje. A to raz jest wolniej, posępnie, a to zaraz szybciej, power metalowo i znów praca gitar budzi respekt. To że Hansen inspirował się „Painkillerem” JUDAS PRIEST podczas tworzenia tego albumu świetnie dowodzi „Hell Is Thy Home”, który nawiązuje do motywu gitarowego „Leather Rebel”. Nawet sam Kai śpiewa momentami niczym sam Rob Halford. Sztuka polega na tym, że kawałek jest przerobiony tak ze brzmi jak GAMMA RAY i to trudna sztuka. Pierwszą nieco dłuższą kompozycją na albumie jest mroczny „Blood Religion” który ma coś z rycerskiego metalu. Jest to jeden z moich ulubionych kawałków GAMMY, zróżnicowany, nie przewidywalny i bardzo koncertowy. Zaczyna się mrocznie, spokojnie, potem jest już bardziej zadziorne, ale dominuje średnie tempo, no i zespół przyspiesza przy energicznych solówkach, które przypominają mi poniekąd „Victim Of fate”. Idąc zgodnie z pewną regułą na tym albumie, że co utwór to co innego mamy taki „Condemned To Hell” który jest mrocznym kawałkiem, właściwie bardziej pasuje on do „The Dark Ride” HELLOWEEN. Jest mrocznie, ciężko, nowocześnie, są nowe patenty, ale też i stare . Kolejny dowód na to, że Daniel Zimmermann jest znakomitym kompozytorem i to właśnie on jest autorem „Spiritual Dictator” który zadowoli starych fanów, bo znów mamy power metalową jazdą, choć też nie obyło się bez świeżych elementów i zaskakujących rozwiązań. Nie wiem czemu ale gdy słucham riffu to na myśl przychodzi mi Ritchie Blackmore'a. Znów przebojowy refren i zapadająca melodia. Kolejny hicior. Inne oblicze GAMMA RAY objawia w kolejnym długim, mrocznym kawałku a mianowicie „Majesty”. I podoba się jego nowoczesny wydźwięk i dzieje się tutaj sporo, a Hansen pokazuje z jaką lekkością można balansować na pograniczu różnych gatunków, a to nie lada sztuka, żeby z czymś nie przesadzić. Kompozycja bogata w różne smaczki i oddaje idealnie jaki jest album. To tez właśnie z tego kawałka wzięto nazwę albumu, a więc to on niesie z sobą główną ideę krążka. Oczywiście mamy też rockowy kawałek o balladowym zacięciu czyli „How Long” a także monumentalny, podniosły „Revelation” który jest autorstwa Richtera. Oczywiście jak przystało na utwór zamykający jest to najdłuższa kompozycja z albumu i też brzmi inaczej niż dotychczasowe kompozycje i to jest urok tego krążka. Co utwór to zaskoczenie, co utwór to inny pomysł, nieco inny styl, a jednak całościowo wszystko jest spójny, uzupełnia się i tworzy spójną całość. Każdy element tej układanki odgrywa swoją rolę.
„Majestic” to jeden z najlepszych albumów GAMMA RAY, jeden z tych najlepszych albumów XXI wieku. Krążek wybitny, bo pokazuje jak muzyka może być nie przewidywalna, jak może porywać świeżością, jednocześnie budzić radość słuchacza pewnymi sprawdzonymi patentami. W dobie kiedy pojawia się coraz więcej klonów HELLOWEEN, w dobie kiedy konkurencja rośnie w siłę ekipa Hansena nagrywa wybitne dzieło które pokazuje że power metal nie musi być skostniały, przewidywalny, słodki i wtórny, że wciąż można jeszcze zaskoczyć fanów. Hansen pokazał że wciąż ma to coś jako kompozytor i po raz kolejny bóg power metalu pokazał gdzie jest miejsce innych kapel power metalowych. Nieco inny, nieco mroczniejszy, nieco cięższy, ale to wciąż GAMMA RAY na najwyższym poziomie.
Ocena: 10/10
sobota, 3 września 2011
GAMMA RAY -Powerplant (1999)
Bo nie jest to tylko muzyka, to droga życia. Piękne motto, czyż nie? Jaki zespół i jaki album powinien przyjść na myśl? Gamma Ray i „Powerplant”. I jak to bywa w przypadku Gamma Ray, nie ma dwóch takich samych albumów. Jasne styl i sama koncepcja grania jest ta sama, ale każdy album jest inny. „Land of the Free” – bardziej magiczny, bardziej podniosły, tematyka fantasy, „Somewhere...” nieco ostrzejszy, bardziej dynamiczniejszy, tematyka s-f, „Powerplant” cięższy, agresywniejszy, słychać inspirację Judas Priest, poza tym mamy bardziej rozbudowane kompozycje, co tez jest pierwszy raz w przypadku GR. Mamy 3 kompozycje nieco krótsze, a tak to minimum 6 minut trwa utwór. Jak to bywa na scenie metalowej, każdy zespół przeżywa upadki i wzloty ,każdy kiedyś musi coś nowego wprowadzić do swojej muzyki,aby była ona bardziej przystępna, bardziej porywająca no i spełniała wymagania fanów i brzmiała nieco świeżej. Cóż dla Kai i Gammy Ray przyszedł okres w, którym Hansen postanowił troszkę wlać do swojej muzyki nieco świeżości, sporo energii no i ciężaru. Lider zespołu chciał aby jego zespół zaskoczył fanów czymś nowym, chciał udowodnić,że zespół się rozwija I myślę, że to mu się udało. Choć nie należy oczekiwać jakiś drastycznych zmian stylu po tym albumie. Na nowy krążek zespołu przyszło czekać fanom 2 lata. Po Sois każdy miał na pewno niedosyt po niezbyt idealnym albumie, w którym było sporo słodkości i momentów, które nużyły. Tak więc Kai miał szanse naprawiać to co zrobił,czyli dostał szanse powalenia fanów na kolana. Ale czy tego dokonał? O tym za kilka paragrafów...
Produkcją albumu zajął się Kai i Dirk. Okładkę na której widać już znaną postać GR, a także piramidę przypominającą „Poverslave” narysował Darek Riggs, który narysował okładki do kultowych albumów Iron maiden. W sumie widać podobieństwo tytułów GR i IM tym razem – Powerplant – Poverslave. „Powerplant”w porównaniu do poprzedniego albumu jest bardziej dopracowany pod względem brzmienia, kompozycji, a także słychać zwyżkową formę muzyków, począwszy od Dana Zimmermanna, kończąc na Kai'u Hansenie, który z każdym albumem śpiewa coraz lepiej. Tematycznie Powerplant jest kontynuacją tematyki s-f i fantasy.
Różnie to było u Gamma Ray z tymi otwieraczami. A to intro, a to balladowe wejście, a to ostro z kpoyta. Tym razem Kai przeszedł sam siebie. Otwieracz „ Anywhere in the galaxy” może od razu nasuwać klimaty”Painkillera” Judas priest. Jedni potraktują to jako kopiowanie pomysłów od innych, a inny uznają to za znak geniuszu. Szczerze bliżej mi do tej drugiej grupy. Poza judasami słychać tutaj thrash metal w początkowej fazie, gdzie mamy taki riff zbliżający się po takie granie. Wejście jest godne uwagi, podniosłe z klawiszami w tle. Sekcja rytmiczna jest lepsza niż na poprzedniczce, zresztą jak cała reszta. Tak może i jest ciężki i ostry riff rodem z Painkillera. Ale jest to dalej Gamma Ray. Przebojowa i porywająca nie tylko w partiach gitarowych, ale także w refrenie. Tak kawałek bardzo dynamiczny i melodyjny, czyli to do czego przyzwyczaiła nas ekipa Kai Hansean. Udanie wyszło nawiązanie do tematyki z poprzedniego albumu, czyli s-f. Co jest pewną taką nowością, to dłuższe kompozycje. Ów otwieracz trwa 6 minut i pewnie się zastanawiacie, co spowodowało to wydłużenie kompozycji? Ano mamy więcej popisów gitarowych, solówki są dłuższe, bardziej atrakcyjniejsze dla ucha. Mamy piękne pojedynki Kai z Henjem. Kolejnym utworem autorstwa Hansena na tym albumie jest „Razorblade Sigh”, który jest już takim bardziej typowym kawałkiem dla Hansena i Gamma Ray, gdzieś porzucono granie pod Painkillera i grają bardziej w stylu do którego nas przyzwyczaili. Przede wszystkim, mamy rozpoznawalny dla Kai riff, taki nieco skoczny, taki przebojowy i bardzo melodyjny. Jest to jeden z krótszych utwór na płycie i zarazem jeden z tych, który idealnie by się nadawał na singla. Znów chwytliwości i przebojowości co niemiara, co zresztą słychać przez cały utwór jak i przez cały album. 5 minut i też sporo się tutaj dzieje, sporo ciekawych motywów się przewija przez ten krótki utwór. W sumie w podobnej stylistyce jest utrzymany „Send Me a Sign” autorstwa Henja Richtera. Tutaj słychać analogiczny riff co w „I want Out”. Klasyk i do tego często grany na koncertach. Znów nieco krótsza kompozycja, ale nie zmienia faktu, że to klasyk Gamma Ray. No i często fani pomijają „Strangers in The Night” gdzie oprócz Hansena, również Zimermann ma swój udział. Znów mamy dłuższy utwór, znów mamy Judas priest i „Painkiller”, znów mamy szybką petardę i znów killer. Jedna z najlepszych kompozycji na tym albumie, ze ciekawymi zmianami temp, melodii, to jest cała Gamma Ray. Dobra, teraz pora ściągnąć obuwie z nóg i przejść do ogrodu grzeszników. „Gardens of the Sinner' to kolejny klasyk ekipy Hansena, który również trwa 6 minut. Słychać patenty z „Walls of Jerycho” i utwór trzeba przyznać, nieco inny niż pozostałe, bo taki bardziej stonowany, bardziej...koncertowy. Pewnie każdy z was się zastanawiał jakby to było gdyby gamma grał nieco pod thrash? No cóż możecie się przekonać i to właśnie dzięki „Short as Hell”, który jest najcięższą i najostrzejszą kompozycją na albumie, a także w historii zespołu. Słychać w tym utworze przede wszystkim inspirację Megadeth. Kai nie tylko wygrywa taki riff pod ten zespół, ale i śpiewa pod Dava Musteina. No oczywiście kolejny killer na albumie. Gamma Ray weszło w krew granie coverów. Tym razem wybór padł na popowy Pet Show Boys i ich znany hit z lat 80 - „Its a sin” i może nie jest to taki killer jak poprzednie kompozycje, ale pasuje do stylistyki zespołu, jak i klimatu albumu. Kawałek łagodny, skoczny i bardzo melodyjny. Fajnie urozmaica i rozluźnia materiał na tym albumie. Było Heavy Metal is the law, był hołd dla metalu w postaci „Heavy metal mania” a teraz Kai dorobił się własnego hymnu metalowego - „Heavy Metal Universe”. Kawałek ma oczywiste zaloty pod Manowar, ale czy kogoś to rusza? Mnie nie, ważne że kawałek buja i chwali metal. Kompozycja obowiązkowa, jeśli chodzi o koncerty zespołu. Drugą kompozycją autorstwa Richtera „Wings of Destiny” Wiem, można zarzucić jej cukier, słodkość i zgadzam się z tymi osądami. Ale kawałek ma swój urok. Choćby podniosły i tajemniczy refren, a także naprawdę dynamiczną warstwę instrumentalną. To jest Gamma Ray do jakiej zespół nas przyzwyczaił i gdzieś znów przepadło granie pod Judasów lub pod Manowar. Na albumie znalazło się także miejsce dla kompozycji Schlachtera -”Hand of Fate”. Utwór wyróżnia się spośród innych, a to choćby za sprawą bardziej stonowanego tempa, bardziej podniosłego i bajecznego wydźwięku. Gdzieś echa starego Judas Priest są słyszalne, zwłaszcza to słychać w wokalu Hansena i w momencie zwrotki. Można rzec kolejna nie doceniona kompozycja. O końcu świata się mówi nie od dziś, filmów katastroficznych jest pełno, utworów poświęconych tej tematyce tez jest pełno, ale tylko koniec świata wg Kai Hansena mnie zniszczył totalnie. „Armageddon” to dla mnie najlepsza kompozycja na tym albumie, choć takową jest ciężko wybrać z tego przemyślanego i wyrównanego materiału. Armgeddon zaczyna się przede wszystkim ciekawym motywem i z tego właśnie słynie Kai, z genialnych łatwo wpadających motywów. Dalej już mamy czystą galopadę i power metalową jazdę bez trzymanki. Pod tym względem jest to najszybsza kompozycja na albumie. Przez te 9 minut dzieje się bardzo wiele, spora dawka melodii, pięknych pojedynków na solówki, motywów i chwytliwego refrenu. Gamma Ray w czystej postaci. To nie jest jednak koniec świata, a koniec albumu.
Gamma Ray udowodniła tym albumem kilka niezbytych faktów. Stanowią czołówkę power metalowego grania. Między muzykami panuje niezwykła chemia to słychać i widać. Dzięki zrozumieniu przetrwali w tym składzie po dzień dzisiejszy. Udowodnili też tym albumem, że jak mało kto trzymają poziom i nie upuszczają się. Od momentu Land of the Free nie nagrali, aż po dzień dzisiejszy gniota, co też świadczy o klasie zespołu. „Powerplant” jest bardziej dopracowanym albumem, bardziej przemyślanym i nie ma w nim wad. No chyba że ktoś, nie lubi wokalu Kaia, nie lubi cukru w „Wings of Destiny”, czy tez coverów popowych utworów. Jak przystało na elektrownię, jest sporo energii, chwytliwych melodii, porywających refrenów. Gamma Ray tym albumem rozpoczęła nowy etap, a mianowicie cięższej,ostrzejszej muzyki i nie będzie miejsca dla wesołej Gammy ray, o czym będą świadczyć dwa następne albumy. Album został dobrze wyważony i pozbawiony nudnych momentów. Powerplant jest prawdziwą wylęgarnią hitów: Send me a Sign, Razorblade sigh, Gardens of the sinner,Heavy metal universe czy Armageddon są to naprawdę kultowe kawałki, które przesądzają o tym że to Gamma Ray jest wymieniania wśród najlepszych zespołów power metalowych. Nota: 10/10 i dla mnie jest to jeden z najlepszych albumów Gamma Ray.
GAMMA RAY - Land Of the free (1995)
Po wydaniu Insanity And Genius zespół zagrał klika koncertów i wydał koncert Lust For Live, który jest ostatnim wydawnictwem z Ralfem Sheepersem na wokalu. Przyczyną odejścia Ralfa było to ,że chciał on dostać posadę wokalisty Judas Priest, ale judasi nie wybrali jego tylko rippera, no a poza tym jak Kai wspominał w wywiadach, Ralf mieszkał daleko od pozostałych członków zespołu, no i tak dla Ralfa zakończył się okres śpiewania w Gamma Ray, ale na szczęście ten świetny wokalista nie poddał się i założył zespół, który czerpie bardzo dużo z Judas Priest, mowa o Primal Fear, ale to już osobny temat. Kai i spółka długo szukali godnego następce Ralfa, wokalisty, który będzie śpiewał z miłości do muzyki, no i co ważne doda sporo świeżości i mocy zespołowi, ale najważniejsze było żeby pasował do stylu jaki grał zespół. Długo szukali, nawet myśleli o byłym wokaliście Helloween- Michealu Kiske, ale on miał metalofobie no i wybór padł na....
Hansena. Tak! Sam Kai postanowił wrócić do czegoś czego dawno nie robił , czyli do śpiewania i grania na gitarze jednocześnie. A jak wiemy wychodziło mu to naprawdę mocarnie, chodzi mi o pierwszy krążek Helloween- Walls Of jericho , na którym mamy możliwość usłyszeć popis wokalny pana Hansena z Gammy Ray. Od tamtego okresu minęło 10 lat , no i fani pomimo zadowolenia, że Kai wrócił do śpiewania, zastanawiali się czy Hansen podoła, czy nie popsuje to co do tej pory zespól wypracował sobie. Myślę, że ta diametralna zmiana, na którą tak długo czekałem wyniosła ten zespól na sam szczyt. Zespół od kiedy mikrofon po Ralfie przejął Kai , po prostu gra na bardzo, ale to bardzo wysokim poziomie, praktycznie żaden zespół nie trzyma tak długo dobrej formy jak Gamma Ray. Okres z Kaiem na wokalu to złoty okres Gammy Ray, ponieważ w tym czasie nie wydali żadnego słabego albumu, no i nagrali masę killerów, ale o tym już w najbliższym czasie.... Na razie się skupimy nad rokiem 1995- cóż to za magiczna data dla mnie. Warto wspomnieć, że produkcją zajął się Charlie Bauerfiend, a wśród gości pojawił się Micheal Kiske i Hansi Kursch.
Hansena. Tak! Sam Kai postanowił wrócić do czegoś czego dawno nie robił , czyli do śpiewania i grania na gitarze jednocześnie. A jak wiemy wychodziło mu to naprawdę mocarnie, chodzi mi o pierwszy krążek Helloween- Walls Of jericho , na którym mamy możliwość usłyszeć popis wokalny pana Hansena z Gammy Ray. Od tamtego okresu minęło 10 lat , no i fani pomimo zadowolenia, że Kai wrócił do śpiewania, zastanawiali się czy Hansen podoła, czy nie popsuje to co do tej pory zespól wypracował sobie. Myślę, że ta diametralna zmiana, na którą tak długo czekałem wyniosła ten zespól na sam szczyt. Zespół od kiedy mikrofon po Ralfie przejął Kai , po prostu gra na bardzo, ale to bardzo wysokim poziomie, praktycznie żaden zespół nie trzyma tak długo dobrej formy jak Gamma Ray. Okres z Kaiem na wokalu to złoty okres Gammy Ray, ponieważ w tym czasie nie wydali żadnego słabego albumu, no i nagrali masę killerów, ale o tym już w najbliższym czasie.... Na razie się skupimy nad rokiem 1995- cóż to za magiczna data dla mnie. Warto wspomnieć, że produkcją zajął się Charlie Bauerfiend, a wśród gości pojawił się Micheal Kiske i Hansi Kursch.
Każdy zespół osiąga kiedyś wysoki poziom swojej formy i nagrywa arcydzieło, które wpisuje się do kanionu najważniejszych płyt metalowych w dziejach, który stały się wyznacznikiem, wzorem dla wielu zespołów, które słuchając takich płyt postanowili właśnie tak grać. Do takich albumów, które miały ogromne znaczenie dla danej sceny metalowej zaliczę: Metallica-Master of Puppets,Iron Maiden- The Number Of The Beast,Helloween-Kepper Of The seven Keys part 1 i 2 Czy w końcu Gamma Ray - Land of The Free. To są albumu, które sporo namieszały w danych podgatunkach, no i przyczyniły się do ich umocnienia.
Kai Hansen dokonał niemożliwego, pomimo tego że miał tak ogromną przerwę w śpiewaniu,to jednak pokazał, że to on jest bogiem powermetalu, że gdyby nie on to ten gatunek w ogóle by nie istniał. Pokazał wszystkim jak powinno brzmieć arcydzieło. Stworzył tak genialny krążek, że spokojnie można go postawić obok Kepperów czy Walls Of jericho. Tak, ta płyta jest jakby połączeniem tych dwóch albumów, a do tego jeszcze wmieszany styl gammy, no i efekt kapitalny.
Otrzymaliśmy wybuchową mieszankę. Album do dzisiaj robi ogromne wrażenie nie na jednym słuchaczu i do dziś jest to jeden z moich ulubionych krążków Gammy Ray. Land Of The Free ma premierę 29 maja 1995 i zrobił spore zamieszanie, bo dużo osób ciekawiło jak będzie śpiewał
Kai ,czy zmieni się styl Gammy Ray, czy zespół będzie grał ostrzej, szybciej?
Album zdobi przepiękna okładka, która pogrąża w tej mroczności , tajemniczości, normalnie ciarki przechodzą. Co jest charakterystyczne: To że mamy nowe, lepsze logo, no i widać głowę jednookiego potwora z Walls Of Jericho.
Kai Hansen dokonał niemożliwego, pomimo tego że miał tak ogromną przerwę w śpiewaniu,to jednak pokazał, że to on jest bogiem powermetalu, że gdyby nie on to ten gatunek w ogóle by nie istniał. Pokazał wszystkim jak powinno brzmieć arcydzieło. Stworzył tak genialny krążek, że spokojnie można go postawić obok Kepperów czy Walls Of jericho. Tak, ta płyta jest jakby połączeniem tych dwóch albumów, a do tego jeszcze wmieszany styl gammy, no i efekt kapitalny.
Otrzymaliśmy wybuchową mieszankę. Album do dzisiaj robi ogromne wrażenie nie na jednym słuchaczu i do dziś jest to jeden z moich ulubionych krążków Gammy Ray. Land Of The Free ma premierę 29 maja 1995 i zrobił spore zamieszanie, bo dużo osób ciekawiło jak będzie śpiewał
Kai ,czy zmieni się styl Gammy Ray, czy zespół będzie grał ostrzej, szybciej?
Album zdobi przepiękna okładka, która pogrąża w tej mroczności , tajemniczości, normalnie ciarki przechodzą. Co jest charakterystyczne: To że mamy nowe, lepsze logo, no i widać głowę jednookiego potwora z Walls Of Jericho.
Album otwiera znakomity , kultowy i jeden z najlepszych kawałków w historii Gammy Ray- „Rebellion in Dreamlnad”, który jest oczywiście autorstwa Kai'a, jak zresztą większość utworów na tym albumie. Można by rzecz, że kawałek jest magiczny, jak cały album. Jest gdzieś ta otoczka i klimat świata baśni i fantasy. Słychać, że to nie jest ta sama Gamma Ray, co za Ralfa Sheepersa. I nie chodzi już tylko już o sam wokal. Kompozycja, może nieco przypominać choćby zakręcony i urozmaicony „Heal Me”, ale jest inny poziom, inny podkład emocjonalny. Jest właśnie niby epicko, niby walecznie, podniośle, jest też dynamika, ale kawałek nie jest ot co typową power metalową galopadą. Nie ma bezmózgiego pędzenia do przodu. Kawałek jest bardzo rozbudowany i bardzo urozmaicony, zawierający sporo atrakcyjnych dla słuchacza melodii i motywów. Kai rozwinął się nie tylko jako wokalista, gitarzysta, ale jako kompozytor. Utwór trwa 8 minut i dzieje się w nim naprawdę sporo i można by o tym pisać cały dzień, ale oszczędzę tego wam i napisze kultowy utwór Gamma Ray, który jest grany niemalże na każdym koncercie. Mniej zaskakujący jest „Man on a Misison” w którym słychać i Walls of Jerycho, a także klucznika, czyli era Helloween się kłania. To słychać w wokalu, stylistyce, strukturze utworu,a także w warstwie instrumentalnej, poczynając od sekcji rytmicznej kończąc na pędzącym riffie. Kolejny klasyk, w którym tez mamy sporo ciekawych melodii, motywów. Kwintesencja power metalu i hansenizmu. Końcówka utworu jest połączona z takim przerywnikiem, który trzeba właściwie traktować jak normalny utwór, bo „Fairytale” i jest to kolejny klasyk i killer za razem. Utwór doczekał się także wersji akustycznej, które brzmi równie podniośle i magicznie co oryginalna wersja. Kompozycja trwa nie całą minutę, a niesie większe zniszczenie niż nie jeden 5 minutowy utwór. Należy żałować, że Kai nie pokusił się o wydłużenie tej kompozycji. Przy wymienianiu najlepszych kompozycji często się pomija „All of the Damned” i to dziwi. Bo mamy tutaj 100 % Hansena, co słychać w riffie i partiach gitarowych. Jednak struktura, klimat, refren i inne patenty to już inna rzeczywistość. To już nie jest kopia Helloween to jest Gamma Ray, który prześcignął swój oryginał. W muzyce Gamma Ray znalazło się miejsce dla klawiszy, są one na albumie obecne choć i tak nie są może wyeksponowane jak w innych kapelach, ale nastrój taki bajeczny, magiczny to potrafią stworzyć. Piękna, emocjonalna i ocierająca się o geniusz solówka, ale tego trzeba po prostu posłuchać. Czy tylko ja wyczuwam, ten dramatyczny feeling, taki nieco ponury? Wystarczy się w słuchać w wokal Kai i w melodie. No, ale kto powiedział, że power metal musi być wiecznie o smokach i musi być radosny? Ten ponury klimat, taki nieco przygnębiający, towarzyszy dalej w przerywniku „Rising of The Damned”który jest takim przejściowym utworem między All of the damned, a kolejną czyli „Gods of deliverance” i tym razem kawałek autorstwa Jana Rubacha i w sumie nie powiedziałbym, że tak właściwie jest. Bo brzmi to jakby sam Hansen skomponował. Kawałek może i nieco ostrzejszy i może dynamiczniejszy, choć i tutaj przychodzi moment zwolnienia i utrzymania kompozycji w średnim, marszowym tempie. Znów postawiono na klimat, postawiono dynamikę, przebojowość i podniosłość. Co wyróżnia Gamma Ray od Helloween w tym momencie, że w jednym utworze dzieje się naprawdę tyle co 10 minutowym. Sporo motywów przeplatających się, sporo różnych melodii, nie jest nudno i w jednej tonacji. Jest ubarwienie i rozmieszanie, czego zbytnio nie było w Helloween. Gdzie mamy jeden motyw, zwrotka, refren, potem solówka, ten sam motyw i refren. Tutaj Kai Hansen zrobił krok na przód, rozwinął się i nieco jego kompozytorstwo i muzyka ewoluowała. Słuchacze gamma Ray największy problem mają z balladami, ale „Farawell” to jedna z najlepszych takich kompozycji tego zespołu. Słychać coś z Queen, słychać też ballady Blind Guardian i w tym skojarzeniu pomaga gość Hansi Kursch. Na albumie jest kilka ostrych, szybkich motywów, ale pod tym względem u mnie na podium staje „Salvation's Calling” i jest to jeden z najostrzejszych i najradośniejszych utworów na płycie. Nie ma takiego mroku, nie ma smutku. Dynamit w czystej postaci, z zachowanie stylu i poziomu, który towarzyszy nam od pierwszych minut. Dodam też, że jest to druga kompozycja basisty Gamma Ray. Kolejnym klasykiem z tego albumu jest tytułowy „Land of the Free” autorstwa lidera zespołu. Jest mrok, tajemniczość, niepewność, smutek i podniosłość, który wydobywa się hektolitrami z refrenu, który wokalnie wspiera Hansena Kiske. Znów utwór 4 minuty i znów sporo się dzieje przez ten krótki czas trwania. Jest epicko i momentami wręcz dziko i ostro, ale kawałek musi się podobać, bo taki nieco inny styl Kaia, inny niż w Helloween. Dalej mamy „The saviour” , który jest idealny na koncert, co zresztą słychać na Alive 95. Dalej mamy najbardziej epicki, najbardziej tajemniczy i najbardziej podniosły klasyk Gamma Ray, a mianowicie „Abyss of the Void”i sporo się dzieje przez te 6 minut. Nie ma szybkich galopad, jest za to magia i niesamowity klimat. Imponujące chórki. Coż większość uważa, że ten album powinien kończyć się na tym utworze, bo to dobre zakończenie takie z fajerwerkami. Cóż ja ma odmienne zdanie, gdyż 2 kolejne kawałki są również znakomite. Co by było gdyby Hansen namówiłby Kiske, do dołączenia do Gamma ray? Hmm mielibyśmy drugi Helloween, co zresztą słychać w „Time to break free”, choć to też takie nad użyte uproszczenie. Ja tam słyszę GR z byłym wokalistą Helloween. Utwór bardzo radosny, bodajże najweselszy na albumie. Mamy tutaj prosty i łatwo w padający w ucho riff i taki podniosły i radosny refren, który jest idealny pod manierę Kiske. W tym okresie był w znakomitej formie wokalnej, co zresztą słychać. Całość zamyka „Afterlife” który jest dedykowany zmarłemu Schwichtenbergowi. Jest nietuzinkowy riff, taki może nietypowy dla Hansena, ale tutaj zespół skupił się na klimacie i jest smutek, a także czuć tajemniczość i sam się człowiek zastanawia co nas czeka po śmierci. Piękny tekst!
Krótko podsumowując : Land of the Free to jeden z najlepszych albumów w historii zespołu, album który odmienił zespół, który nadał mu właściwy styl oraz kierunek grania. Tym albumem zespól zagwarantował sobie wysokie miejsce jeśli chodzi o najlepsze zespoły powermetalowe. Ten album dał inspirację młodym gniewnym muzykom, jak grać power metal XX wieku. Kai udowodnił sobie i reszcie, że to nie koniec Gamma Ray ,że to dopiero rozgrzewka przed prawdziwą jazdą .... Ja album uwielbiam, za klimat, za aranżację, za bardzo oryginalne kompozycje,za to że w końcu Kai Hansen wrócił do śpiewania. No i jest to
arcydzieło, które przeszło do historii power metalu. Nota jest tylko jedna: 10/10
Krótko podsumowując : Land of the Free to jeden z najlepszych albumów w historii zespołu, album który odmienił zespół, który nadał mu właściwy styl oraz kierunek grania. Tym albumem zespól zagwarantował sobie wysokie miejsce jeśli chodzi o najlepsze zespoły powermetalowe. Ten album dał inspirację młodym gniewnym muzykom, jak grać power metal XX wieku. Kai udowodnił sobie i reszcie, że to nie koniec Gamma Ray ,że to dopiero rozgrzewka przed prawdziwą jazdą .... Ja album uwielbiam, za klimat, za aranżację, za bardzo oryginalne kompozycje,za to że w końcu Kai Hansen wrócił do śpiewania. No i jest to
arcydzieło, które przeszło do historii power metalu. Nota jest tylko jedna: 10/10
poniedziałek, 29 sierpnia 2011
GAMMA RAY - Somewhere Out in Space (1997)
Kai Hansen to nie tylko żyjąca legenda, ojciec power metalu, charyzmatyczny wokalista, grający własnym stylem gitarzysta, ale też znakomity kompozytor. To akurat nie jest taka łatwa sprawa jak się niektórym wydaje. Napisz teraz jakiś składny, łatwo wpadający tekst, do tego sensowny. Nie łatwa to sztuka, a Hansen radzi z tym sobie tak dobrze jak mało który muzyk. Pisał pesymistyczne teksty, gdzie było o „Mordercy”, ofierze losu”. Była też tematyka bardziej już o życiu, czyli było o upływającym życiu czyli „March of Time” czy też „I 'm Ailve” i „I want Out”. Było także o życiu po śmiertnym i niebie „Afterlife” czy „heaven cant Wait”. Dalej były teksty o wojnie, mowa o albumie „Sighn No More”. Później znów o życiu i nawet wyraźne fantasy na „Land of The Free”. Jednak na tym nie koniec nie znającego granic pomysłowości i geniuszu Hansena. Czego brakuje? Ano tak Sience – Fiction. Kosmos, podróże w czasie, czarna dziura, nieskończona przestrzeń wszechświata. Gamma Ray i s-f? Brzmi jak „gwiezdne jaja”. Jednak warto zwrócić uwagę na fakt, że to nie pierwsze udanie się zespołu heavy metalowego w rejony s-f. Mamy przecież Iron Maiden, Steel Prophet, mamy też Metallium, czy też Iron Savior. Tak więc popularne jest zagłębianie się w tą tematykę. Zespół heavy metalowe najczęściej czerpią pomysły na teksty, z życia, ale czasami one nie wystarcza. Trzeba szperać po książkach, filmach. Jedni lubią Władce pierścieni i elfy, jedni koszmar z ulicy wiązów, a jeszcze inny „Kosmiczną odyseję” w przypadku GR nie pierwszy raz jest nawiązanie do tej tematyki, ale pierwszy raz cała płyta jest z tym wiązana. Po sukcesie Land of The Free zaszły w zespole drastyczne zmiany, nie ma Thomasa Nack, nie ma Jana Rubacha. Krystalizuje się za to skład jaki mamy dzisiaj. Czyli na basie Dirk Schlachter, zaś jego miejsce jako drugiego gitarzystę zajął Henjo Richter, który występował w Rampage, zaś perkusistą został Dan Zimmermann znany z Lanzer i Freedom Call. W tym składzie został wydany w 1997 roku „Somewhere Out in Space” Produkcją zajął się Kai i Dirk, miksem Charlie Bauerfriend. Zespół od Land of the Free zaczął mieć naprawdę piękne i miłe dla oka okładki. Tym razem bardzo w tylu Gamma Ray okładkę narysował Kristian Huitula. Sporo zmian jeśli chodzi o skład GR, a mimo to muzyka nie uległa drastycznym zmianom, choć zespół gra nieco agresywnej i bardziej dynamicznej niż na Land of The free. Warto zaznaczyć, ze w roku1996 Kai założył wraz z Pietem Sielckiem Iron Savior, który też osadzony jest w s-f i najwidoczniej Kai zaraził się od tamtego zespołu s-f. I z debiutu tego zespołu znalazła się na albumie jedna kompozycja autorstwa Kai i Pieta, stąd mamy dwóch gości na albumie:Thomena Staucha – perkusja, Piet Sielck, gitara i wokal. Czy udało się do równać genialnemu, będącym jednym z najlepszych albumów w historii power metalu? Poprzeczka została wysoka ustawiona.
Zaczyna się od potężnej sekcji rytmicznej w „Beyond the Black Hole” w którym to najwięcej przy komponowaniu palców maczał sam Hansen. Słychać przede wszystkim cięższe i agresywniejsze partie gitarowe, ale to wciąż ta szybka i dynamiczna Gamma Ray. Kai Hansen w bardzo dobrej formie wokalnej i pod tym względem jak i pod względem instrumentalnym przypomina mi się „Walls of Jerycho”. Słychać też, że Richter to najlepszy kompan dla Hansena. Technicznie przypomina mi nieco styl Ritchiego Blackmora i tego jego melodyjne solówki. Pędzący i chwytliwy riff, to tylko początek. Dalej mamy hansenowski refren, to jest jego znak rozpoznawczy. To „Fly”, „Ride” kojarzy się nawet nieco z Ride The Sky” ale to w jaki sposób brzmi nasuwa raczej „man on a Mission”. Postęp pod względem muzycznym słychać w solówkach. Są one bardziej agresywniejsze niż te na Land Of the free. Poza uniesieniami muzycznymi, są też uniesienia związane z liryką. Czyste sience fiction, które związane jest związany z podróżą w głąb czarnej dziury. Klasyk Gamma Ray i jedna z najlepszych kompozycji na albumie. Mało kto wie, ze tytuł roboczy tego albumu był „Men, martians and machines”, który jest na temat, maszynach, które szukają planety, którą mogliby zasiedlić, gdyż ich własna przepadła, i tak o to przybyli na ziemię. Kawałek skomponował oczywiście Hansena. Również jest to najlepsza kompozycja na albumie i zawdzięcza to prostemu, bardzo gitarowemu riffowi, który jest takim charakterystycznym dla Hansena. Są tez klawisze, jest mrok i tajemniczy klimat i mamy też sporo atrakcyjnych melodii. Proste patenty, a cieszą. Szkoda, że kompozycja przez wielu zapomniana i niedoceniona. Niestety, na albumie są też zgrzyty i słabsze momenty i to właśnie nie równość przyczynia się do tego że album jest słabszy niż być mógł. Mamy „No stranger” i choć skomponował go Hansen, to jednak daleko jej do ideału. Mamy tutaj ciepły i taki nieco balladowy refren, nieco progresywny riff, który jest mało atrakcyjny dla ucha, ale na szczęście solówki są na poziomie talentu Kai'a. Szybko zespół rehabilituje się w postaci tytułowego „Somewhere Out In Space”. Kolejny klasyk, kolejny killer na albumie i jeden z moich prywatnych ulubieńców. Dobra co więcej tutaj mamy? Szybką petardę, gdzie sekcja rytmiczna, refren, chórki i niektóre motywy nasuwają mi ...Blind Guardian. Słychać też Ride The sky z Walls of Jerycho. Jest agresja, dynamit i melodyjność, jest podniosłość i muzyczne uniesienie. Kawałek świetnie się sprawdza na koncertach. Lirycznie kawałek tyczy się kogoś kto bierze udział galaktycznej misji i jest to tekst inspirowany Star Trekiem.Oj gdyby taki był cały album, to ocena była by jedna. Ale niestety nie jest. Mamy nieco odstające kawałki, jak choćby „Guardians of Mankind” autorstwa Richtera. I słychać tutaj nieco progresywnego grania. Richter na tym albumie jeszcze zbytnio sobie nie radził z komponowanie, tak jak później. Nie podoba mi się riff, gdyż jest jakiś taki stonowany i mało atrakcyjny i jedynie refren i solówki wychodzą tutaj na poziomie. Tekst opowiada historię strażnika, który strzeże równowagi między dobrem a złem. Również zespół na tym albumie podobnie jak na poprzednim pozwolił sobie na takie krótsze utwory, będące przerywnikami. I tak o to mamy „The Landing” który na trasie promującej album, służył za intro i to w sumie dobry pomysł był. Kawałek ma fajne podniosłe tempo i chwytliwy tekst. Warto zaznaczyć, że kawałek z dominowany jest przez bas Schlachtera. Kolejnym klasykiem i jedną z najlepszych kompozycji na tym albumie jest „Valley of the Kings”, który promował album jako singiel, na którym znalazło się choćby znakomite wykonanie Victim of Changes Judas priest przez Gamma Ray. 100 % Gamma Ray, 100% Hansena. Prosty, chwytliwy z łatwo wpadającą melodią i refrenem. Równie ambitny i oryginalny jest tekst, który opowiada historię starych bogów, którzy zostawali na ziemi swoje dziecko, które było w śpiączce, ale się przebudziło. Próbuje on nawiązać kontakt z rodzicami, w celu zdobycia informacji co się dzieje i co będzie z nim i planetą ziemię. Warto podkreślić, że znakomita solówka zdobi ten utwór. I nie mogło na tym urozmaiconym albumie zabraknąć ballady. A takową jest „Pray”, gdzie słychać coś z Queen i innych rockowych kapel. Kawałek bardzo łagodny i z chwytliwym refrenem, ale jakoś nigdy nie była moim faworytem, ot co średni kawałek, ze świetnym klimatem i refrenem. Najdłuższą kompozycją na albumie jest „The Winged Horse” i jasne że jest to słodka kompozycja, jasne że Richter miał lepsze kompozycje w swojej karierze, ale to jest dość ciekawa kompozycja. Co mnie się podoba w tym kawałku? To odegrany z pasją do Ritchiego Blackmore'a riff i także z neoklasycznym zacięciem przy melodiach. Nic dziwnego, skro Richter brał udział w projekcie Catch the Rainbow, czyli tribute to Rainbow. Kawałek ma fajną rytmikę i dynamikę i nawet fajnie się tego słucha. Jest też nieco słodki i irytujący refren, ale miły w odsłuchu. Może nie jest to genialna kompozycja, ale solidna i to z ciekawymi motywami. Nie potrzebny wg mnie jest solo Dana Zimermanna „Cosmic Chaos” to nie koncert. Jedną z najcięższych i najagresywniejszych na albumie, a także w karierze zespołu jest „Lost in the Future”. Utwór skomponował Schlachter na spółkę z Hansenem. Mamy tutaj agresywny i ciężki riff, który nasuwa thrashmetalowe kapele. Kawałek taki bardziej techniczny, mroczniejszy ale i tak jest to jedna z ciekawszych kompozycji na albumie. Utwór porusza problem rozwój technologii i tego czy w przyszłości nie przyczyni się do naszego zniszczenia. Sporo atrakcyjnych melodii i atrakcyjne pojedynki na solówki. No i kto by pomyślał, że album wrzuci „Watcher In the Sky”, który słyszeliśmy na debiucie Iron savior? Nie dziwię, się bo jest to świetna kompozycja autorstwa Hansena/Sielcka. Jest dynamiczna, prosta i melodyjna. Brzmi jak ... Gamma Ray. Kto tutaj występuje nie muszę chyba przypominać? Wspomnę tylko o tekście, który opowiada o robocie, który jest maszyną obroną i w dodatku z ludzkim mózgiem. Ów robot powstał w Atlantis i to jakieś 350 tysięcy lat temu. Kolejny killer na albumie. Na albumie mamy też nic nie wnoszący „Rising star”. Zaś na uwagę zasługuje też zamykający „Shine On” i przypomina mi momentami Heal me i nic dziwnego skro znowu utwór skomponowany przez duet schlachter/Hansen. Utwór jest bardzo urozmaicony różnymi motywami, a to raz szybciej, a to raz wolniej, a to raz szybka power metalowa jazda, a to znów klimat ballady. Najpiękniejsza kompozycja na albumie, taka w której łzy i emocje same wyłażą z słuchacza. Jeden z moich ulubionych kawałków na tym krążku.
Gamma Ray udowodniła, że jest zespołem elastycznym jak guma i potrafi się dostosować do każdej liryki, tematyki, do każdego stylu potrafi się dopasować i właściwie we wszystkim jest jej dobrze. Gamma Ray ma innych muzyków, a mimo to wciąż słyszymy Gamma Ray, wciąż słychać ten ich styl, a to zawdzięczamy dzięki liderowi – Kai'owi. Poprzeczka zawieszona na Land Of the Free okazała się nieco za wysoko. Choć problem tkwi w samych kompozycjach. Bo są killery, szybkie petardy, przeboje, ale album jest nie równy bo są też wypełniacze i nieco przekombinowane utwory. Jest tez momentami zbyt słodko, no i do tego godzinny materiał, też zrobił swoje. Poziom artystyczny jeśli chodzi muzykę i klimat to nic nie uległo zmianie, ale kompozytorstwo nieco tutaj kuśtyka. Pod względem liryczna jedna z najlepszych płyt Gamma Ray jak i w całym power metalu. Nota: 8/10
Zaczyna się od potężnej sekcji rytmicznej w „Beyond the Black Hole” w którym to najwięcej przy komponowaniu palców maczał sam Hansen. Słychać przede wszystkim cięższe i agresywniejsze partie gitarowe, ale to wciąż ta szybka i dynamiczna Gamma Ray. Kai Hansen w bardzo dobrej formie wokalnej i pod tym względem jak i pod względem instrumentalnym przypomina mi się „Walls of Jerycho”. Słychać też, że Richter to najlepszy kompan dla Hansena. Technicznie przypomina mi nieco styl Ritchiego Blackmora i tego jego melodyjne solówki. Pędzący i chwytliwy riff, to tylko początek. Dalej mamy hansenowski refren, to jest jego znak rozpoznawczy. To „Fly”, „Ride” kojarzy się nawet nieco z Ride The Sky” ale to w jaki sposób brzmi nasuwa raczej „man on a Mission”. Postęp pod względem muzycznym słychać w solówkach. Są one bardziej agresywniejsze niż te na Land Of the free. Poza uniesieniami muzycznymi, są też uniesienia związane z liryką. Czyste sience fiction, które związane jest związany z podróżą w głąb czarnej dziury. Klasyk Gamma Ray i jedna z najlepszych kompozycji na albumie. Mało kto wie, ze tytuł roboczy tego albumu był „Men, martians and machines”, który jest na temat, maszynach, które szukają planety, którą mogliby zasiedlić, gdyż ich własna przepadła, i tak o to przybyli na ziemię. Kawałek skomponował oczywiście Hansena. Również jest to najlepsza kompozycja na albumie i zawdzięcza to prostemu, bardzo gitarowemu riffowi, który jest takim charakterystycznym dla Hansena. Są tez klawisze, jest mrok i tajemniczy klimat i mamy też sporo atrakcyjnych melodii. Proste patenty, a cieszą. Szkoda, że kompozycja przez wielu zapomniana i niedoceniona. Niestety, na albumie są też zgrzyty i słabsze momenty i to właśnie nie równość przyczynia się do tego że album jest słabszy niż być mógł. Mamy „No stranger” i choć skomponował go Hansen, to jednak daleko jej do ideału. Mamy tutaj ciepły i taki nieco balladowy refren, nieco progresywny riff, który jest mało atrakcyjny dla ucha, ale na szczęście solówki są na poziomie talentu Kai'a. Szybko zespół rehabilituje się w postaci tytułowego „Somewhere Out In Space”. Kolejny klasyk, kolejny killer na albumie i jeden z moich prywatnych ulubieńców. Dobra co więcej tutaj mamy? Szybką petardę, gdzie sekcja rytmiczna, refren, chórki i niektóre motywy nasuwają mi ...Blind Guardian. Słychać też Ride The sky z Walls of Jerycho. Jest agresja, dynamit i melodyjność, jest podniosłość i muzyczne uniesienie. Kawałek świetnie się sprawdza na koncertach. Lirycznie kawałek tyczy się kogoś kto bierze udział galaktycznej misji i jest to tekst inspirowany Star Trekiem.Oj gdyby taki był cały album, to ocena była by jedna. Ale niestety nie jest. Mamy nieco odstające kawałki, jak choćby „Guardians of Mankind” autorstwa Richtera. I słychać tutaj nieco progresywnego grania. Richter na tym albumie jeszcze zbytnio sobie nie radził z komponowanie, tak jak później. Nie podoba mi się riff, gdyż jest jakiś taki stonowany i mało atrakcyjny i jedynie refren i solówki wychodzą tutaj na poziomie. Tekst opowiada historię strażnika, który strzeże równowagi między dobrem a złem. Również zespół na tym albumie podobnie jak na poprzednim pozwolił sobie na takie krótsze utwory, będące przerywnikami. I tak o to mamy „The Landing” który na trasie promującej album, służył za intro i to w sumie dobry pomysł był. Kawałek ma fajne podniosłe tempo i chwytliwy tekst. Warto zaznaczyć, że kawałek z dominowany jest przez bas Schlachtera. Kolejnym klasykiem i jedną z najlepszych kompozycji na tym albumie jest „Valley of the Kings”, który promował album jako singiel, na którym znalazło się choćby znakomite wykonanie Victim of Changes Judas priest przez Gamma Ray. 100 % Gamma Ray, 100% Hansena. Prosty, chwytliwy z łatwo wpadającą melodią i refrenem. Równie ambitny i oryginalny jest tekst, który opowiada historię starych bogów, którzy zostawali na ziemi swoje dziecko, które było w śpiączce, ale się przebudziło. Próbuje on nawiązać kontakt z rodzicami, w celu zdobycia informacji co się dzieje i co będzie z nim i planetą ziemię. Warto podkreślić, że znakomita solówka zdobi ten utwór. I nie mogło na tym urozmaiconym albumie zabraknąć ballady. A takową jest „Pray”, gdzie słychać coś z Queen i innych rockowych kapel. Kawałek bardzo łagodny i z chwytliwym refrenem, ale jakoś nigdy nie była moim faworytem, ot co średni kawałek, ze świetnym klimatem i refrenem. Najdłuższą kompozycją na albumie jest „The Winged Horse” i jasne że jest to słodka kompozycja, jasne że Richter miał lepsze kompozycje w swojej karierze, ale to jest dość ciekawa kompozycja. Co mnie się podoba w tym kawałku? To odegrany z pasją do Ritchiego Blackmore'a riff i także z neoklasycznym zacięciem przy melodiach. Nic dziwnego, skro Richter brał udział w projekcie Catch the Rainbow, czyli tribute to Rainbow. Kawałek ma fajną rytmikę i dynamikę i nawet fajnie się tego słucha. Jest też nieco słodki i irytujący refren, ale miły w odsłuchu. Może nie jest to genialna kompozycja, ale solidna i to z ciekawymi motywami. Nie potrzebny wg mnie jest solo Dana Zimermanna „Cosmic Chaos” to nie koncert. Jedną z najcięższych i najagresywniejszych na albumie, a także w karierze zespołu jest „Lost in the Future”. Utwór skomponował Schlachter na spółkę z Hansenem. Mamy tutaj agresywny i ciężki riff, który nasuwa thrashmetalowe kapele. Kawałek taki bardziej techniczny, mroczniejszy ale i tak jest to jedna z ciekawszych kompozycji na albumie. Utwór porusza problem rozwój technologii i tego czy w przyszłości nie przyczyni się do naszego zniszczenia. Sporo atrakcyjnych melodii i atrakcyjne pojedynki na solówki. No i kto by pomyślał, że album wrzuci „Watcher In the Sky”, który słyszeliśmy na debiucie Iron savior? Nie dziwię, się bo jest to świetna kompozycja autorstwa Hansena/Sielcka. Jest dynamiczna, prosta i melodyjna. Brzmi jak ... Gamma Ray. Kto tutaj występuje nie muszę chyba przypominać? Wspomnę tylko o tekście, który opowiada o robocie, który jest maszyną obroną i w dodatku z ludzkim mózgiem. Ów robot powstał w Atlantis i to jakieś 350 tysięcy lat temu. Kolejny killer na albumie. Na albumie mamy też nic nie wnoszący „Rising star”. Zaś na uwagę zasługuje też zamykający „Shine On” i przypomina mi momentami Heal me i nic dziwnego skro znowu utwór skomponowany przez duet schlachter/Hansen. Utwór jest bardzo urozmaicony różnymi motywami, a to raz szybciej, a to raz wolniej, a to raz szybka power metalowa jazda, a to znów klimat ballady. Najpiękniejsza kompozycja na albumie, taka w której łzy i emocje same wyłażą z słuchacza. Jeden z moich ulubionych kawałków na tym krążku.
Gamma Ray udowodniła, że jest zespołem elastycznym jak guma i potrafi się dostosować do każdej liryki, tematyki, do każdego stylu potrafi się dopasować i właściwie we wszystkim jest jej dobrze. Gamma Ray ma innych muzyków, a mimo to wciąż słyszymy Gamma Ray, wciąż słychać ten ich styl, a to zawdzięczamy dzięki liderowi – Kai'owi. Poprzeczka zawieszona na Land Of the Free okazała się nieco za wysoko. Choć problem tkwi w samych kompozycjach. Bo są killery, szybkie petardy, przeboje, ale album jest nie równy bo są też wypełniacze i nieco przekombinowane utwory. Jest tez momentami zbyt słodko, no i do tego godzinny materiał, też zrobił swoje. Poziom artystyczny jeśli chodzi muzykę i klimat to nic nie uległo zmianie, ale kompozytorstwo nieco tutaj kuśtyka. Pod względem liryczna jedna z najlepszych płyt Gamma Ray jak i w całym power metalu. Nota: 8/10
sobota, 27 sierpnia 2011
GAMMA RAY- No World Order (2001)
Jak brzmiała Gamma Ray na początku lat 90 każdy wie. Nie pewnie, grając pod Helloween, eksperymentując, szukając własnego stylu. Rok 1995 obrót o 180 stopni. Odchodzi Ralf Scheepers powodów wiele, mówi się o jego odległym miejscu zamieszkaniu, czy chęci śpiewania w Judas Priest, ale mało kto wie, że Kai Hansenowi nie podobało się, że nie wkładam on w swój śpiew serca. Gamma Ray zaczynała nabierać swoje charakteru, porzucając nalepkę – zespół byłego lidera Helloween. Końcówka lat 90 to już umacnianie swojej pozycji. Mamy podróże w czasie. No i co ciekawe Kai Hansen był wstanie stworzyć wraz z Pietem Sielckiem innym zespół Iron Savior i działać w nim. Jest rok 2000 r Gamma Ray przypomina o sobie fanom i to the best of „Blast from the past” i nie jest to zwykłe the best of jakie serwuje nam choćby Iron Maiden. Kai Hansen ambitnie podszedł do tego i na grał większość utworów na nowo. Jednak fani wciąż czekali na nowy album GR, pomimo tego że Kai wystąpił w Avantasii i Iron savior. W roku wyszedł „No World Order” i miał wyjść pod skrzydłem wytwórni Noise Records, Niestety została wykupiona przez Sancturay i tak o to pod szyldem Metal is records będący jednym z koncernów tej wytwórni wypuszczony nowy krążek Co ciekawy można go nazwać albumem koncepcyjnym, bo całość oparta jest na opowieściach o spiskowej teorii dziejów, o masonach czy templariuszach, którzy mieli i nadal mają wpły na dzieje i losy świata, w którym żyjemy. Skąd taki pomysł u Gamma Ray? Cóż źródło inspiracji należy szukać w książce ich kolegi. Jak brzmi Gamma Ray w nowym tysiącleciu? Przede wszystkim agresywnie i mrocznie. Nie ma wesołych melodii, nie ma słodzenia jak ostatnio miało miejsce na 2 ostatnich płytach. Zespół nagrał dość ciężki album, a na pewno cięższy i agresywniejszy niż ostanie albumy. Gamma Ray w nowym tysiącleciu czerpie garściami z Judas priest. Zaraz zejdą się malkontenci że to kopia painkillera, rapid fire itp. Jak to Kai fajnie ujął z jednych wywiadów, że nie zrezygnuje z kompozycji dlatego że jest znajoma melodia, albo coś innego. I dobrze zrobił, kto dziś jest oryginalny w 100 %? Kto dziś nie czerpie pomysłów od starszych. Zresztą nawet Helloween za czasów Keeperów były porównywany do Im, czy JP, więc problem tkwi w naszych umysłach. Gamma Ray jest jednym z tych nie wielu zespołów, który trzyma poziom praktycznie od narodzin, nie wypuszcza słabych albumów,a większość z nich jest więcej niż bardzo dobra. Omawiany album jest dla mnie jednym z najlepszych, jeśli nie najlepszym albumem promienistych. Dlaczego? !11 arcydzieł, każdy praktycznie jest inny, każdy ma ws obie ogień, przebojowość, szaleństwo i dozę mroku. A przecież, wciąż jest to Gamma Ray. To jest właśnie geniusz Kai Hansena praktycznie co album to inne wydźwięk, inne pomysły inny klimat, a jednak to wciąż Gamma Ray. Co ciekawe od lat Gamma Ray dostarcza nam nie tylko power metalowej muzyki na najwyższym poziomie, ale też okładki. Ostatnio okładkę rysował człowiek legenda Darek Riggs. Tym razem ktoś inny robił cover. Styl podobny, choć Herviego Monjeauda jest bardziej przyjemny dla oka. Czy tylko mi się kojarzy ona z Brave new World? Co takiego przedstawia? No jak widać, walkę dobra ze złem. Produkcją albumu zajął się ponownie Hansen i Schlachter co wychodzi im znakomicie. Kto najwięcej utworów skomponował? Głupie pytanie. No jasne, że Hansen i doliczyć się można 7 na 11 kompozycji jego autorstwa. Pokaźna liczba, czyż nie.
Dawno Kai Hansen nie raczył nas na albumie intrami. Czyżby nie chęć do takiej formy utworów? A może brak pomysłów? Ostatnie intro było...w 1990 roku. 20 lat po i mamy „Induction” nazwa pewnie każdemu przypomina nazwy intr z Keeper Of The seven keys. Tylko muzycznie i pod względem klimatu są inne. Tamte były instrumentalne, a tutaj Kai Hansen jednak śpiewa i przypominają się krótkie kompozycje z „Land of the free”. Kolejna różnica to klimat. Tam było bajecznie, magicznie i tak w stylu fantasy. Tutaj jest mrok, jest buntowniczość, jest podniosłość. Brzmi to jak otwarcie jakiegoś pojedynku, jakieś bitwy. To tempo, ta melodia i styl aranżacyj i istny epicki klimat, do tego te gregoriańskie chórki i łacina. Najlepsze intro jakie Hansen skomponował. Chwila pózniej i mamy „Dethorone Tyranny” autorstwa Daniela Zimmermanna, który tworzy w swoim autorskim Freedom Call, więc ma doświadczenie, ale jest różnica. Tam wypuszcza ciepłe kluchy, a tu killery, czyżby Kai kontrolował wszystko. Jeden z najszybszych utworów na płycie, jeden z tych najagresywniejszych. Co od razu może rzucić się na słuch to połączenie agresji, drapieżności i dzikości z Judas priest „Painkiller”, takiego nowoczesnego brzmienia, z stylem Gamma Ray wypracowanym na „Land Of The Free”. Mamy tutaj taki bardzo oryginalny i bardzo chwytliwy motyw, a także łatwo wpadający w ucho refren,a le taka jest właśnie Gamma Ray. Ale nie grają w kółko tego samego, ileż tutaj motywów ileż melodii się przewija przez te 4 minuty. Kai poczynił postepy jeśli chodzi o wokal, co słychać w tym utworze, ale najbardziej w „Heart of the Unicron” będący wizją Hansena na temat utworu Judas Priest, a mianowicie na temat „Painkiller” Najbardziej słychać inspirację o wym utworem w głównym riffie, w solówkach, no i przede wszystkim w wokalu i w stylu śpiewaniu zwrotek przez Kai'a Hansena. I słuchaj tu ludzi, że przeciętny z niego wokalista. Pokuszę się o stwierdzenie, że to najostrzejszy kawałek pana Hansena. Hellowen zawsze gdzieś jednak mimo wszystko, gdzieś zawsze towarzyszy muzyce Gamma Ray, może nie w takim stopniu jak kiedyś, ale jednak. No jak tu się oderwać od genialnego Keeper of The seven keyes i „I want Out”? Cóż autocytat w „Heaven or Hell” słyszalny nie tylko w riffie, czy w refrenie? I co z tego? Co źle się tego słucha? Utwór nieco łagodniejszy, nie ma takiej agresji, nie ma takiej dzikości. Ale wciąż słychać wysoki poziom. Łagodny jest nie tylko riff, ale też cieplejszy jest też refren. No i pierwszy raz słyszę tak wyraźnie klawisze w muzyce Gamma Ray, mogliby by czasami więcej tego typu zagrywek stosować. Ktoś powie po co zrzynać od innych, po co nagrywać te same melodie, które ktoś kiedyś nagrał? A po to żeby brzmiało to świeżej i lepiej, a tak jest w przypadku będącego już klasykiem GR „ New world Order” gdzie motyw przewodni zaczerpnięty jest z DEEP PURPLE "Rat Bat Blue" oraz HELLOWEEN "Heavy Metal Hamsters. Kai wykorzystał, przetworzył, dał od siebie patenty z Helloween jak choćby solówka wyjęta z „ I want out” i wyszedł killer. Utwór idealnie się sprawdza na koncertach i nic dziwnego, ze jest grany na każdym. Warto zwrócić na ostrą i nie banalną solówkę Henja. Tak w ogóle pojedynki solówkowe są niczym ta walka dobra i zła z okładki. Spotkałem się z opiniami, że „Damn The Machine” to jeden z najsłabszych utworów na płycie. A nie jest to związane z tym, że kawałek jest nieco inny niż te dotychczasowe? Kawałek jest najcięższy, jest bardziej posępny, bardziej mroczny i taki dość zagrany nowocześnie. Znów sporo się dzieje przez te 5 minut. Sporo ciekawych przeplatających się melodii i motywów. Tak się urozmaica albumy. Jak dla mnie cichy zabójca, bo jest najwolniejszy i zarazem najcięższy. Spece od muzyki, już mogą wytykać kolejny plagiat w „Solid” kolejna zrzynka z judas priest? Oj, nie to jest nowa, lepsza wersja „Rapid Fire”. Z tym,że to nie jest heavy/speed metal, to jest pełną gębą power metal. Ciekawie odświeżony motyw. Znów sporo Kai dodał od siebie, przede wszystkim ciekawą linię wokalną, począwszy od tej w zwrotce, czy tez w dalszej części. Utwór bardzo, dynamiczny i bardzo melodyjny. Znów można się delektować pojedynkiem obu gitarzystów, dzisiaj nieco odpuszczają sobie zespoły w tym aspekcie, a szkoda bo to jest piękno tego gatunku. Kompozytorem jest oczywiście Hansen, tak jak w przypadku „Fire below” i znów często obrzucany błotem utwór. Też kawałek odegrany z takim nowoczesnym zacięciem. Kawałek brzmi oryginalnie. Jest mroczny i ciężki riff. Tutaj nawet to hard rockowy brzmi i ma tutaj na myśli ten feeling w riffie, w skocznym i bujającym refrenie. No i ten tekst o piekielnym ogniu, no to jest co w Gammie zbyt często nie można było spotkać. Utwór inny, ale czyż nie jest dobrze urozmaicić album, czyż nie jest dobrze być oryginalnym? No i Kai pokazał się z nieco innej strony. Końcówka krążka, nie jest słodka jak na poprzednim albumie, a Henjo Richter nie sprzedaje nam tym razem cukru, choć jego utwory i jego styl są nie do podrobienia. Słysze wejście i riff „Follow Me” i wiem, że skomponował go Richter. Utwór ma takie łagodne brzmienie, melodie coś jak „Heaven Or hell”i jest to coś również dla fanów Helloween. No i podoba mi się ten tekst o tym, podążaniu do nieba, lepsza świata. Album promował „The eagle” do którego nakręcano kiczowaty teledysk. Ale nie to jest ważne. Ważne, że mamy kolejny killer, tym razem jest to najbardziej rozbudowana kompozycja, która liczy sobie 6 minut. A dzieje się tutaj sporo, począwszy od ostrych partii gitarowych, ocierających się o geniusz pojedynków na solówki, czy też pełnego uniesień refrenu. W przypadku tej formacji, kontrowersje zawsze budzą ballady, ale tym razem Richter i jego „Lake of tears” to łamacz serc, który sprawia że chce się naprawdę płakać i wylać całe jezioro łez. Dodam, ze to jedna z najlepszych ballad zespołu.
Gamma Ray albo się kocha albo nienawidzi, można dołączyć do fanklubu, słuchać i wielbić ich za muzykę, za pojedynki, za klimat, za energię, za wokal Kai'a,który tutaj jest na najwyższym poziomie, za szaleństwo, albo można stać jak słup i być obojętnym na ich muzykę, ale fakt że to oni trząsa sceną niemiecką i power metalem i tak musisz wziąć pod uwagę. Wybieraj Niebo albo Piekło. Ja wybrałem, a ty? Nota: 10/10
wtorek, 26 lipca 2011
GAMMA RAY - Insanity & Genius (1993)
Po dobrym Sigh No More Gamma Ray praktycznie długo nie dała czekać fanom na kolejny krążek, bo już 28 września 1993 zespół wydaje kolejny album, który został zatytułowany
„Insanity & genius” i co bardzo ważne jest to ostatni album z Ralfem, jest to album , który zamyka pewien dział w historii Gammy Ray. Większość osób zastanawiało się czy zespół nagra album podobny do Sigh No More, czy może zaskoczy fanów i nagra album inny od poprzedniczek. Na pewno każdy bał się o band , ponieważ po raz kolejny doszło do zmian w składzie, ale na szczęście stało się odwrotnie. Nowy bassista i perkusista, wlali do zespołu sporo świeżej krwi no i na pewno się przyczynili, że zespól zaczął grać nieco ostrzej w porównaniu do 2 poprzednich albumów.
Tak , jest to słyszalne od pierwszych sekund albumu. No, ale czy zespół podołał zadaniu i nagrał mocny krążek, który rzuca na kolana? Tym razem okładkę narysował pan Karczewski( keepery!), który zrobił dość ciekawa okładkę, ale jest ona niczym w porównaniu z kolejnymi okładkami.
No więc album pod względem muzycznym się jakoś się broni, ale nie jest to album na miarę późniejszych krążków, ale na pewno jest troszkę lepiej niż na poprzedniczce. Bardzo ciekawą rzeczą jest też to, że Kai wiele nie maczał w tym albumie. Co pewnie się też przyczyniło do takiego a nie innego końcowego efektu. Album dzieli się na killery, średnie i słabe utworki!
Trzeba przyznać, że zespół od razu od mocnego ataku zaczyna ten krążek. Tak panowie na starcie dali nam mistrzowski killer „Tribute To The past”. Na pewno jest to jeden z mocniejszych punktów tego albumu, jest to też jeden z moich ulubionych kawałków z tego wydawnictwa, no ale jest to też już wręcz kultowy kawałek Gammy Ray. Utwór idealnie spisuje się na koncertach, szkoda, że obecnie Kai zapomina ,że ma przecież do dyspozycji właśnie takie kawałki jak Last before the storm, no return no i tribute to the past. Nagranie się naprawdę ostro zaczyna - genialna przygrywka gitarek i perkusji. Po raz pierwszy jak to usłyszałem , to wręcz osłupiałem. Ale dalej cały utworek nabiera szybkości i energii. Riff uświadamia nam, że zespół nabrał dzikości i że prezentuje powermetal najwyższej klasy, no i co też rzuca się podczas słuchania, to że zespól gra o wiele bardziej szybciej,ostrzej, z polotem no i z kopem, czyli słychać od razu ,że mamy do czynienia z albumem , który różni się od poprzedniczek.Słuchając tego melodyjnego riffu, można pomyśleć że gitarzyści, głownie Kai, powrócili do tego co potrafią najlepiej ,czyli grania melodyjnego powermetal. Co też charakteryzuje też ten kawałek, to że słychać tą radość z grania, dla mnie bomba! No mamy tutaj wszystko co cechuje GR, a więc jest szybka i bardzo melodyjna warstwa instrumentalna, jest chwytliwy refren oraz imponujące solówki w wykonaniu byłego członka Helloween. Utwór tak swoją drogą by się nadawał na keepery, nic dziwnego skoro autorem utworu jest Hansen. Idąc za ciosem mamy bardzo melodyjny „No return”Kolejny mocny utworek, który zalicza się do grupy killerów. No słychać od razu że jest to jeden z najbardziej nietuzinkowych utworków w historii zespołu. Pewnie się zapytacie dlaczego? Ponieważ ten utwór zaraża świetną atmosferą jaka panuje podczas tego nagrania. Sprawia że nie można się oderwać od znakomitych partii muzyków, od świetnego wokalu Ralfa oraz porywającego refrenu no i od tych mocarnych solówek. Każdy z tych elementów rzuca na kolana. Ale to przecież nie nowość ,że Kai potrafi stworzyć genialny kawałek, to jest wręcz jego wizytówka. Kompozycja ta należy do moich ulubieńców jeśli chodzi o Insanity and Genius. No właśnie, jak zapewne wiecie, Kai na „Skelletons in the closet”, zaśpiewał ten kawałek. No i powiem wam ,że sobie poradził z tym utworem i brzmi to nawet lepiej niż oryginał. Trzecim z rzędu killerem i zarazem jedną z najlepszych kompozycji jest „Last Before The storm” i jest to dla mnie kwintesencja power metalu! I zarówno wersja z Ralfem jak i z Kaiem jest prężna, choć przeważa ta zagrana na nowo z Kaiem, która pojawiła się na „Blast From The Past”. Jest to utwór jedyny w swoim rodzaju, szkoda ,że Kai coś nie chce grać ostatnio tego kawałka na koncertach. Mamy tutaj przede wszystkim prosty i bardzo energiczny riff, który czerpie troszkę z Judas Priest, troszkę z Helloween, ale to jest 100% GR. Skoczny zwrotki i podniosły refren, który od razu wpada w ucho, to też nic nowego i to jest charakterystyczne dla wielu kompozycji tego zespołu. Gdyby dalsza część albumu była tak genialna jak 3 pierwsze utwory to byłaby wysoka ocena, a tak z każdym utworem poziomem siada. Tak jak wspomniałem album dzieli się na takie podgrupy, można powiedzieć, że killery się praktycznie skończyły, a teraz przejdziemy do jakby słabszej części tego krążka. Totalnym nie porozumieniem i bez wątpienia jedną z najsłabszych kompozycji zespołu jest „The Cave Principle”, który o dziwo skomponował Hansen. Czyżby miało być nowocześnie, miało być progresywnie? Niby jest ciężko,niby jest w miarę ciekawy riff, ale to nie jest to. To nie jest ta Gamma Ray którą kocham, którą chce się słuchać Takiego gniota to nawet na poprzednich albumach nie słyszałem. Nuda i tyle. „Future madhouse” można zaliczyć do killerów, aczkolwiek nie jest on tak genialny jak ta święta trójca czyli -No return,Tribute..,Last...Co zachwyca w tym utworze to znakomita praca muzyków, a zwłaszcza gitarzystów. Kolejnym mocnym punktem jest wokal. Co więcej kawałek ma ciekawy refren,piorunujące solówki oraz całkiem przyzwoity riff! W skrócie jest to troszkę jarcarski kawałek, ale nawet przyjemnie się go słucha. Oczywiście też Hansen jest współautorem tego utworu.”Gamma Ray” cover Birth Control. Taki dobry średniak. Utworek z początku zalatuje mi pod Sigh no more. Podczas zwrotek jest jakoś bez mocy. Jedynie co mnie zachwyciło to refren, łatwo wpada w ucho, no i partie gitarowe, które słychać w tle. Wokal umiarkowany, a solówki nawet ciekawe. Jak wspomniałem jest dobry średni utworek , który nie rzuca na kolana, no i w ogóle nie ma zbyt wiele do zaoferowania. Tytułowy „Insanity and Genius” jak dla mnie utworek dobry. Utwór na tle killerów całkiem dobrze wypada, pomimo że rewelacji w nim nie ma. Zaczyna się całkiem melodyjnym riffem, który zachwyca dobrą współpracą gitarzystów. Podczas zwrotek zwolnienie tempa, ale po paru sekundach troszkę przyspieszają. No i nawet przyjemnie to brzmi. Refren troszkę taki bez pomysłu, bez polotu, taki sobie i tyle. Solówki krótkie i tylko dobre.
W skrócie tytułowy kawałek to dobre rzemiosło i nic więcej! Do nie wypałów i tak zwanych gniotów zaliczam również balladę „18 Years”. Jest to zawsze element, z którym zespół zawsze ma problem. I tutaj nie poradzili sobie, bo brzmi to nudnie. „Your Turn is over”- zaczyna się bardzo mocną przygrywką, ale po chwili przechodzi w bardzo przyjemny riff ,który sprawia, że nóżka sama tupie w rytm muzyki. Pewnie się zastanawiacie, kto śpiewa ten utwór??? Co?
No to już wam odpowiadam.....Dirk Schlachter! Tak, dobrze widzicie, drugi gitarzysta który też ma talent do śpiewania. Refren od pierwszego obrotu podobał mi się , bo jest krótki i konkretny.
Solówki w wykonaniu Schlachtera też całkiem dobre. Tak więc można zaliczyć ten kawałek do dobrych . Do killerów i jednych z najlepszych songów zespołu zaliczyć należy „Heal Me”. Jak dla mnie najciekawsza kompozycja na tym albumie i jedna z najlepszych w okresie z Ralfem na wokalu. Najciekawsze jest to że kiedyś za każdym razem po turn is over wyłączałem płytę, bo jakoś dalszej części nie lubiłem, ale to przeszłość. Już od bardzo dawna nie wyobrażam sobie tego albumu właśnie bez tego kawałka. Najciekawsze jest to, że na tym utworze śpiewa 2 wokalistów: Ralf i Kai, gitarzysta. Jest to to jakby przedsmak tego co będzie po tym albumie. Kai będzie zarówno wokalistą i gitarzystą. Dla mnie ten utwór jest mistrzostwem , każda część tego nagrania rzuca na kolana! Zaczyna się spokojnie i może się wydawać, że będziemy mieć do czynienia z jakimś gniotem. Na szczęście jest to tylko zmyłka, bo już po paru sekundach słyszymy bardzo potężny riff, który wgniata w fotel. No później się wszystko ucisza i słychać tylko Kaia, i od razu łezki się kręcą , bo to jak on śpiewa to istna moc. Od razu nasuwa się taka myśl, czy nie mógłby on śpiewać ten cały album? Podczas zwrotki mamy niezły duet Ralfa i Kaia. Coś niesamowitego. Utwór rzuca na kolana niesamowitym klimatem oraz genialną aranżacja. Ale co jest godnej uwagi: krzyk Ralfa i krzyk Kaia w okolicach 3 minucie. No i z takim kopem powinien kończyć się album, gdyż idealnie zapowiada to co będzie nas czekać za 2 lata. Pan Hansen wróci do śpiewania i zastąpi Ralfa Scheepersa. A tak na koniec mamy kolejny gniot „Brothers” jakiś pokręcony ten utwór i jestem na nie. W wersjii remasterowanej znalazły się jeszcze 3 utworki: gamam ray ( long), save us( live) oraz exciter(cover judasów)
Podsumowując Gamam Ray nagrała całkiem dobry krążek, może bez rewelacji,ale jednak brzmi to o wiele lepiej niż na poprzedniczce. Zespól zagrał album troszkę ciężej, ale jednak nie do końca im wyszło. Na pewno wynikło to z tego że Kai niezbyt przyczynił się do tego albumu, stworzył 3 genialne utwory, a reszta to są pomysły reszty ekipy. No i ni esą takimi geniuszami jak Kai co z resztą słychać. Ale na wyróżnienie zasługuje Schalchter, który stworzył Heal Me oraz za jego grę na gitarze. Kolejną osobą którą należy pochwalić to Thomas Nack, który dodał mocy albumowi. No i również Ralf i Kai zasługują na oklaski. „Insanity & Genius” jest albumem dobrym ,w którym więcej jest wypełniaczy jak porządnej muzy, aczkolwiek miło jest czasem zapuścić sobie tego krążka,żeby powspominać czasy z Ralfem na wokalu. Album może się nie wyróżnia pośród całej dyskografii, ale jest troszkę lepiej niż na sigh no more! Warto jest zapoznać się z tym albumem ponieważ jest to ostatni album z Ralfem na wokalu, no i kończy on pewien okres Gammy Ray.
Album oceniam na 7.5/10 i myślę że trzeba znać ten album choćby ze względu na te znakomite utworki jakimi są bez wątpienia : HEAL ME , TRIBUTE TO THE PAST, NO RETURN i LAST BEFORE THE STORM! Dobra rzecz, dla mniej wymagających!
„Insanity & genius” i co bardzo ważne jest to ostatni album z Ralfem, jest to album , który zamyka pewien dział w historii Gammy Ray. Większość osób zastanawiało się czy zespół nagra album podobny do Sigh No More, czy może zaskoczy fanów i nagra album inny od poprzedniczek. Na pewno każdy bał się o band , ponieważ po raz kolejny doszło do zmian w składzie, ale na szczęście stało się odwrotnie. Nowy bassista i perkusista, wlali do zespołu sporo świeżej krwi no i na pewno się przyczynili, że zespól zaczął grać nieco ostrzej w porównaniu do 2 poprzednich albumów.
Tak , jest to słyszalne od pierwszych sekund albumu. No, ale czy zespół podołał zadaniu i nagrał mocny krążek, który rzuca na kolana? Tym razem okładkę narysował pan Karczewski( keepery!), który zrobił dość ciekawa okładkę, ale jest ona niczym w porównaniu z kolejnymi okładkami.
No więc album pod względem muzycznym się jakoś się broni, ale nie jest to album na miarę późniejszych krążków, ale na pewno jest troszkę lepiej niż na poprzedniczce. Bardzo ciekawą rzeczą jest też to, że Kai wiele nie maczał w tym albumie. Co pewnie się też przyczyniło do takiego a nie innego końcowego efektu. Album dzieli się na killery, średnie i słabe utworki!
Trzeba przyznać, że zespół od razu od mocnego ataku zaczyna ten krążek. Tak panowie na starcie dali nam mistrzowski killer „Tribute To The past”. Na pewno jest to jeden z mocniejszych punktów tego albumu, jest to też jeden z moich ulubionych kawałków z tego wydawnictwa, no ale jest to też już wręcz kultowy kawałek Gammy Ray. Utwór idealnie spisuje się na koncertach, szkoda, że obecnie Kai zapomina ,że ma przecież do dyspozycji właśnie takie kawałki jak Last before the storm, no return no i tribute to the past. Nagranie się naprawdę ostro zaczyna - genialna przygrywka gitarek i perkusji. Po raz pierwszy jak to usłyszałem , to wręcz osłupiałem. Ale dalej cały utworek nabiera szybkości i energii. Riff uświadamia nam, że zespół nabrał dzikości i że prezentuje powermetal najwyższej klasy, no i co też rzuca się podczas słuchania, to że zespól gra o wiele bardziej szybciej,ostrzej, z polotem no i z kopem, czyli słychać od razu ,że mamy do czynienia z albumem , który różni się od poprzedniczek.Słuchając tego melodyjnego riffu, można pomyśleć że gitarzyści, głownie Kai, powrócili do tego co potrafią najlepiej ,czyli grania melodyjnego powermetal. Co też charakteryzuje też ten kawałek, to że słychać tą radość z grania, dla mnie bomba! No mamy tutaj wszystko co cechuje GR, a więc jest szybka i bardzo melodyjna warstwa instrumentalna, jest chwytliwy refren oraz imponujące solówki w wykonaniu byłego członka Helloween. Utwór tak swoją drogą by się nadawał na keepery, nic dziwnego skoro autorem utworu jest Hansen. Idąc za ciosem mamy bardzo melodyjny „No return”Kolejny mocny utworek, który zalicza się do grupy killerów. No słychać od razu że jest to jeden z najbardziej nietuzinkowych utworków w historii zespołu. Pewnie się zapytacie dlaczego? Ponieważ ten utwór zaraża świetną atmosferą jaka panuje podczas tego nagrania. Sprawia że nie można się oderwać od znakomitych partii muzyków, od świetnego wokalu Ralfa oraz porywającego refrenu no i od tych mocarnych solówek. Każdy z tych elementów rzuca na kolana. Ale to przecież nie nowość ,że Kai potrafi stworzyć genialny kawałek, to jest wręcz jego wizytówka. Kompozycja ta należy do moich ulubieńców jeśli chodzi o Insanity and Genius. No właśnie, jak zapewne wiecie, Kai na „Skelletons in the closet”, zaśpiewał ten kawałek. No i powiem wam ,że sobie poradził z tym utworem i brzmi to nawet lepiej niż oryginał. Trzecim z rzędu killerem i zarazem jedną z najlepszych kompozycji jest „Last Before The storm” i jest to dla mnie kwintesencja power metalu! I zarówno wersja z Ralfem jak i z Kaiem jest prężna, choć przeważa ta zagrana na nowo z Kaiem, która pojawiła się na „Blast From The Past”. Jest to utwór jedyny w swoim rodzaju, szkoda ,że Kai coś nie chce grać ostatnio tego kawałka na koncertach. Mamy tutaj przede wszystkim prosty i bardzo energiczny riff, który czerpie troszkę z Judas Priest, troszkę z Helloween, ale to jest 100% GR. Skoczny zwrotki i podniosły refren, który od razu wpada w ucho, to też nic nowego i to jest charakterystyczne dla wielu kompozycji tego zespołu. Gdyby dalsza część albumu była tak genialna jak 3 pierwsze utwory to byłaby wysoka ocena, a tak z każdym utworem poziomem siada. Tak jak wspomniałem album dzieli się na takie podgrupy, można powiedzieć, że killery się praktycznie skończyły, a teraz przejdziemy do jakby słabszej części tego krążka. Totalnym nie porozumieniem i bez wątpienia jedną z najsłabszych kompozycji zespołu jest „The Cave Principle”, który o dziwo skomponował Hansen. Czyżby miało być nowocześnie, miało być progresywnie? Niby jest ciężko,niby jest w miarę ciekawy riff, ale to nie jest to. To nie jest ta Gamma Ray którą kocham, którą chce się słuchać Takiego gniota to nawet na poprzednich albumach nie słyszałem. Nuda i tyle. „Future madhouse” można zaliczyć do killerów, aczkolwiek nie jest on tak genialny jak ta święta trójca czyli -No return,Tribute..,Last...Co zachwyca w tym utworze to znakomita praca muzyków, a zwłaszcza gitarzystów. Kolejnym mocnym punktem jest wokal. Co więcej kawałek ma ciekawy refren,piorunujące solówki oraz całkiem przyzwoity riff! W skrócie jest to troszkę jarcarski kawałek, ale nawet przyjemnie się go słucha. Oczywiście też Hansen jest współautorem tego utworu.”Gamma Ray” cover Birth Control. Taki dobry średniak. Utworek z początku zalatuje mi pod Sigh no more. Podczas zwrotek jest jakoś bez mocy. Jedynie co mnie zachwyciło to refren, łatwo wpada w ucho, no i partie gitarowe, które słychać w tle. Wokal umiarkowany, a solówki nawet ciekawe. Jak wspomniałem jest dobry średni utworek , który nie rzuca na kolana, no i w ogóle nie ma zbyt wiele do zaoferowania. Tytułowy „Insanity and Genius” jak dla mnie utworek dobry. Utwór na tle killerów całkiem dobrze wypada, pomimo że rewelacji w nim nie ma. Zaczyna się całkiem melodyjnym riffem, który zachwyca dobrą współpracą gitarzystów. Podczas zwrotek zwolnienie tempa, ale po paru sekundach troszkę przyspieszają. No i nawet przyjemnie to brzmi. Refren troszkę taki bez pomysłu, bez polotu, taki sobie i tyle. Solówki krótkie i tylko dobre.
W skrócie tytułowy kawałek to dobre rzemiosło i nic więcej! Do nie wypałów i tak zwanych gniotów zaliczam również balladę „18 Years”. Jest to zawsze element, z którym zespół zawsze ma problem. I tutaj nie poradzili sobie, bo brzmi to nudnie. „Your Turn is over”- zaczyna się bardzo mocną przygrywką, ale po chwili przechodzi w bardzo przyjemny riff ,który sprawia, że nóżka sama tupie w rytm muzyki. Pewnie się zastanawiacie, kto śpiewa ten utwór??? Co?
No to już wam odpowiadam.....Dirk Schlachter! Tak, dobrze widzicie, drugi gitarzysta który też ma talent do śpiewania. Refren od pierwszego obrotu podobał mi się , bo jest krótki i konkretny.
Solówki w wykonaniu Schlachtera też całkiem dobre. Tak więc można zaliczyć ten kawałek do dobrych . Do killerów i jednych z najlepszych songów zespołu zaliczyć należy „Heal Me”. Jak dla mnie najciekawsza kompozycja na tym albumie i jedna z najlepszych w okresie z Ralfem na wokalu. Najciekawsze jest to że kiedyś za każdym razem po turn is over wyłączałem płytę, bo jakoś dalszej części nie lubiłem, ale to przeszłość. Już od bardzo dawna nie wyobrażam sobie tego albumu właśnie bez tego kawałka. Najciekawsze jest to, że na tym utworze śpiewa 2 wokalistów: Ralf i Kai, gitarzysta. Jest to to jakby przedsmak tego co będzie po tym albumie. Kai będzie zarówno wokalistą i gitarzystą. Dla mnie ten utwór jest mistrzostwem , każda część tego nagrania rzuca na kolana! Zaczyna się spokojnie i może się wydawać, że będziemy mieć do czynienia z jakimś gniotem. Na szczęście jest to tylko zmyłka, bo już po paru sekundach słyszymy bardzo potężny riff, który wgniata w fotel. No później się wszystko ucisza i słychać tylko Kaia, i od razu łezki się kręcą , bo to jak on śpiewa to istna moc. Od razu nasuwa się taka myśl, czy nie mógłby on śpiewać ten cały album? Podczas zwrotki mamy niezły duet Ralfa i Kaia. Coś niesamowitego. Utwór rzuca na kolana niesamowitym klimatem oraz genialną aranżacja. Ale co jest godnej uwagi: krzyk Ralfa i krzyk Kaia w okolicach 3 minucie. No i z takim kopem powinien kończyć się album, gdyż idealnie zapowiada to co będzie nas czekać za 2 lata. Pan Hansen wróci do śpiewania i zastąpi Ralfa Scheepersa. A tak na koniec mamy kolejny gniot „Brothers” jakiś pokręcony ten utwór i jestem na nie. W wersjii remasterowanej znalazły się jeszcze 3 utworki: gamam ray ( long), save us( live) oraz exciter(cover judasów)
Podsumowując Gamam Ray nagrała całkiem dobry krążek, może bez rewelacji,ale jednak brzmi to o wiele lepiej niż na poprzedniczce. Zespól zagrał album troszkę ciężej, ale jednak nie do końca im wyszło. Na pewno wynikło to z tego że Kai niezbyt przyczynił się do tego albumu, stworzył 3 genialne utwory, a reszta to są pomysły reszty ekipy. No i ni esą takimi geniuszami jak Kai co z resztą słychać. Ale na wyróżnienie zasługuje Schalchter, który stworzył Heal Me oraz za jego grę na gitarze. Kolejną osobą którą należy pochwalić to Thomas Nack, który dodał mocy albumowi. No i również Ralf i Kai zasługują na oklaski. „Insanity & Genius” jest albumem dobrym ,w którym więcej jest wypełniaczy jak porządnej muzy, aczkolwiek miło jest czasem zapuścić sobie tego krążka,żeby powspominać czasy z Ralfem na wokalu. Album może się nie wyróżnia pośród całej dyskografii, ale jest troszkę lepiej niż na sigh no more! Warto jest zapoznać się z tym albumem ponieważ jest to ostatni album z Ralfem na wokalu, no i kończy on pewien okres Gammy Ray.
Album oceniam na 7.5/10 i myślę że trzeba znać ten album choćby ze względu na te znakomite utworki jakimi są bez wątpienia : HEAL ME , TRIBUTE TO THE PAST, NO RETURN i LAST BEFORE THE STORM! Dobra rzecz, dla mniej wymagających!
poniedziałek, 27 czerwca 2011
GAMMA RAY - Land of the Free 2 (2007)
Na początku gardziłem albumem Land of The Free part 2 Gammy Ray, nie podobał mi się jakoś ten album z początku, wyżej ceniłem sobie „Gambling With the Devil” Helloween . Powiem szczerze to nie było spowodowane tym, że są zapożyczenia,bo jakoś nie na to zwracałem uwagę jak nie którzy. Po prostu oczekiwałem coś w stylu NWO czy też majestic, a otrzymałem nieco łagodniejszy materiał, ale nie był też tak tragicznie, ponieważ połowa kawałków od razu wpakowała się do mózgu. Co mnie też nieco zniesmaczyło to wokal Kaia, nieco słabszy niż na ostatnich albumach no i jakieś niedopracowane brzmienie perkusji. Ale kiedy zacząłem się prać tym albumem było co raz lepiej,był moment że uważałem part 2 za lepsza od jedynki, hmm może dlatego że te utwory są bardziej przebojowe czy też koncertowe. Ale teraz po takim długim czasie mogę napisać co nieco o tym albumie.......
We współczesnym świecie bardzo popularne jest nagrywanie kolejnych,nowych części starych i kultowych płyt. Takie zabiegi przeprowadził choćby King Diamond z Abigail ,czy też Helloween z Kepper of the seven Keys. No i nadszedł też czas na nagranie drugiej części Land of the Free, albumu który był przełomowym nie tylko dla gammy, ale także dla tego gatunku, bo przecież dzięki nim napłodziło się tyle bandów power metalowych. Pewnie większość z was myśli. że to był skok na kasę albo coś, o tóż nie. Kai chciał zaznaczyć, że wracają do radosnego powerka, który był charakterystyczny dla nich od początku. Cały zespół był bardzo chętny, żeby grać właśnie taką muzę ,a że miedzy nimi była odpowiednia chemia, żeby taki krążek nagrać to też żeby daleko nie szukać postanowili właśnie tak nazwać swój kolejny album. Kai nie chciał, żeby to była kopia jedynki to też nie zaprosił tych samych gości, nie ma też Charliego Bauerfrienda. Nie ma też kontynuacji jeśli chodzi o teksty. Jedynka opisywała jedna osobę, jej przygody co było coś na miarę fantasy, natomiast dwójka ma jeden wspólny motyw który przewija się przez cały album: Wolność w różnych postaciach. W przeciwieństwie do Helloween , o Gamme byłem spokojny, dlatego że to Kai był odpowiedzialny za jedynkę, to on stworzył większość utworów, to on śpiewał i grał na gitarze, no a na dwójce, cóż mamy nawet lepszy skład. Dużym plusem jest to że album jest wyrównany, zróżnicowany i stanowi całość. A na album składa się 12 utworów, które dają ponad godzinę zachwytów przy przyjemniej dla ucha muzyce.
We współczesnym świecie bardzo popularne jest nagrywanie kolejnych,nowych części starych i kultowych płyt. Takie zabiegi przeprowadził choćby King Diamond z Abigail ,czy też Helloween z Kepper of the seven Keys. No i nadszedł też czas na nagranie drugiej części Land of the Free, albumu który był przełomowym nie tylko dla gammy, ale także dla tego gatunku, bo przecież dzięki nim napłodziło się tyle bandów power metalowych. Pewnie większość z was myśli. że to był skok na kasę albo coś, o tóż nie. Kai chciał zaznaczyć, że wracają do radosnego powerka, który był charakterystyczny dla nich od początku. Cały zespół był bardzo chętny, żeby grać właśnie taką muzę ,a że miedzy nimi była odpowiednia chemia, żeby taki krążek nagrać to też żeby daleko nie szukać postanowili właśnie tak nazwać swój kolejny album. Kai nie chciał, żeby to była kopia jedynki to też nie zaprosił tych samych gości, nie ma też Charliego Bauerfrienda. Nie ma też kontynuacji jeśli chodzi o teksty. Jedynka opisywała jedna osobę, jej przygody co było coś na miarę fantasy, natomiast dwójka ma jeden wspólny motyw który przewija się przez cały album: Wolność w różnych postaciach. W przeciwieństwie do Helloween , o Gamme byłem spokojny, dlatego że to Kai był odpowiedzialny za jedynkę, to on stworzył większość utworów, to on śpiewał i grał na gitarze, no a na dwójce, cóż mamy nawet lepszy skład. Dużym plusem jest to że album jest wyrównany, zróżnicowany i stanowi całość. A na album składa się 12 utworów, które dają ponad godzinę zachwytów przy przyjemniej dla ucha muzyce.
Album otwiera jakby szum,wiatr, po paru sekundach słychać typowy dla Hansena riff, melodyjny i wpadający w ucho i w ten sposób zaczyna się „Into The strom” Pierwsze co my się nasunęło na myśl to że gdzieś coś podobnego słyszałem. Dobra od pierwszych sekund kawałek nieźle buja, słychać niszczącą grę Hansena i Richtera, to jest 100% gammy ray, bez jakiś zapożyczeń. Trzeba przyznać udany otwieracz. Podczas refrenów Kai naprawdę zajebiście śpiewa, pomimo że nie jest tak ostro jak na Majestic czy też Nwo. Sam tekst pcha się do głowy, który opisuje kogoś kto wyrywa się z normalnego świata, skacząc z burzy w burzę, szukając swojej krainy wolności.
Do tego ten prosty ale jakże niszczący refren. Jeden z mocniejszych utworów na albumie. Po nie całych 4 minutach słychać przepiękny riff ,który na myśl nasuwa od razu stary Land i tak zaczyna się w „From The ashes” szybki naszpikowany przyjemnymi melodiami. Już podczas refrenów genialna praca gitarek daję się we znaki. Myślę że udanym zabiegiem jest śpiewanie przez Kai :”ohh ho”. Utwór jest bardzo dynamiczny i radosny nie ma jakiś powiewy nudy. Na uwagę zasługuje solówa oraz refren. Tym razem tekst jest o podnoszeniu się z popiołów nudy. Często jest tak że wszytko się toczy po naszej myśli , popadamy w marazm .Jest to sygnał aby zebrać kolegów i poszukać czegoś nowego. Sam utwór jest bardzo dobrym utworem, który idealnie się sprawdził na koncercie. „Rising Again” to instrumentalny utwór, których o podobnym charakterze czy tez konstrukcji było sporo na jedynce. Nie mogło i tutaj czegoś podobnego zabraknąć!
Następny utwór to wg mnie najszybszy utwór na płycie.... „To Mother Earth” tak się zastanawiam dlaczego ten utwór wzbudził takie niezadowolenie wśród fanów czy też słuchaczy tego albumu, ale zakładam po tym co można przeczytać na forach, że to za sprawą „durnego” wg nich tekstu. Zaczyna się szybkim riffem, niesamowita praca gitar przez cały utwór z naciskiem podczas zwrotek. Co mnie pierwsze ujęło w tym utworze to akcent Kai podczas zwrotek, bardzo fajnie mu to wyszło. Nie obeszło się tutaj bez zapożyczeń. Ano słychać tutaj w pewnym momencie „How Many Tears” Helloween. Najsłabszym momentem w tym utworze jest oczywiście nie co słabawy refren,ale za to solówka nadrabia wszystko z nawiązka. Jedna z lepszych solówek jakie Gamma miała. Tekst tym razem o tym jak niszczymy naszą planetę i o tym jaka ona musiała być piękna.
Może i banalny tekst ,ale jak się zastanowić ile w tym prawdy,ciekawy czy w ogóle kogoś obchodzi nasze środowisko, może Kai kogoś ruszy swoim przesłaniem. Poprzednie kawałki były autorstwa Kai, kolejny „Rain” jest autorstwa Richtera i może nie jest tej klasy co „Send me Sign” czy też „Fight” ,ale to wciąż porządne granie. Po dzień dzisiejszy uważam, że to jest najcięższy utwór na tym krążku, już sam riff jest otoczony mocnym, nieco cięższym brzmieniem gitar. Bardzo fajny riff wymyślił Henjo taki bardzo wpadający w ucho. Co mnie też urzekło to jak Kai zmienia tony w swoim śpiewaniu. Raz ciszej, raz głośniej. Dobry zabieg. Do tego trzeba dorzucić bardzo chwytliwy refren. To zwolnienie w połowie jest takie dość podobne jak to miało miejsce an jedynce. Bardzo lubię jak Kai tak łagodnie śpiewa: „I try, but it's so hard to find ...” . Z naciskiem na końcową cześć gdzie Kai tak świetnie wykrzyczał. Utwór opowiada o tym jak bohater ma depresje, zawsze idzie przed siebie, a ta chmura deszczu zawsze jest za nim, ale zawsze z tej depresji jest jakieś wyjście. Bardzo udanym utworem jest „leaving hell”, który od razu wkradł się w moje łaski
Zaczyna się solówą Kai'a, dość nie typową bo w historii podobnie się zaczynał „March of time”
Świetny riff, melodyjny i zarazem zapadający w głowie. Podczas zwrotek Kai rządzi, świetnie jak tylko słychać bas i perkę. Udanym momentem jest : „Oh no, here it comes again..”Kai zawsze był zdolny wy myśleć jakiś niezwykły refren tak jest i tym razem. Ale do tego już się przyzwyczaiłem. Kolejnym mocnym punktem jest popis umiejętności Kai gry na gitarze . A tym razem tekst jest o relacjach w związkach. Nadchodzi czas że wiele z nich przypomina wojnę niż miłość .Zostawmy za sobą życie, które prowadzimy donikąd śpiewa Hansen. Czas poszukać czegoś nowego. Stąd takie słowa: "Opuszczam piekło .Zbuduje nowe jutro .Pocałuj mnie w dupę na pożegnanie bo już nigdy się nie spotkamy." I co to nie jest niby kawałek o życiu?
Podobnie jak na poprzednich albumach tak i tu Zimmermann dorzucił swoje 3 grosze. Jego autorstwa jest .... „Empress” bardzo udany kawałek, który okazał się idealny na koncertach. Kawałek świetnie bujał publikę .Słychać w tym wpływy choćby Accept. Utwór bardzo radosny, rozbudowany, który nieco się różni od poprzednich utworów. Tutaj pokazał naprawdę solidną robotę pod względem wokalnym. Kolejną rzeczą jest klimat, może nie jest jakiś nieziemski,ale przenosi mnie po prostu w inny świat. Kolejną rzeczą jest refren śpiewany przez chór niczym jak w Accepcie. Bardzo podoba mi się druga połowa utworu kiedy to następuje zwolnienie, wchodzi akustyczna gitarka, a potem ta melodia i tutaj jest panowie zniszczenie. I w ten sposób otwiera się znakomita gratka jeśli chodzi o solówki. Tym razem tekst jest o tym ze każdy z nas chciałby trafić na królową wampirów i namiętnie ja pocałować po to żeby wyrwać się ze codzienności i pójść za swoimi żądzami. Uważam że i tym razem Daniel stworzył znaczący dla całego albumu utwór.
Idąc dalej znów mamy kawałek Kai'a...”When The World”, który zaczyna się szybkim riffem, który kojarzy się z IM z okresu poverslave. Ale czy podobnie nie było z „Hell is thy Home”. Po paru sekundach , kojarzy mi się to już bardziej z gammą. I znów wpadający tekst śpiewany przez Kai'a podczas zwrotek i znów chwytliwy refren, ale to jest oczywiste że nie może być inaczej, bo przecież Kai zawsze miał głowę do tworzenia przebojowych utworów. Bardzo fajnie buja utworek podczas: „Save me, Hold me, Help me .Free me, Love me, Heal me”. Tym razem porusza kwestie tego że czasami ma się na sobie ciężar całego świata ,modli się wtedy aby się tego pozbyć. Nie daje na spokoju jaka będzie przyszłość zła czy dobra. Największe kontrowersje wywołał utwór Schlachtera ...”Opurtunity”, dlatego że ma dużo zapożyczeń z IM, ale piękności tego kawałka jako całości nie można odmówić ze względu na to co słychać podczas zwrotek, refrenu czy też ze względu na klimat. Nie jedyne co słychać to IM .Uważam że to nie fair. Zaczyna się spokojnie, słuchacz w czuwa się w klimat i po paru sekundach uderza mocny riff i wkracza Kai i bardzo udanie śpiewa zwrotki tak że wchodzą do głowy. Utwór fajnie przekombinowany, podobają mi się zmiany temp,wplątanie tylu wspaniałych melodii poza tymi zaczerpniętymi z IM. Bardzo fajny, podniosły jest refren czego można chcieć więcej. Tekst bardzo ciekawy. Opowiada o tym jak to jest być szczęśliwym mimo tego, że inni twierdza że to nie możliwe. Żyje się spokojnie kiedy nagle pojawi się szansa. To osoba, która chce coś sprzedać, coś bez czego jest się nie szczęśliwy np.sława czy pieniądze. Ale w końcu główny bohater odmawia, twierdząc że sam jest dla siebie szansą bez względu na to jaka ona jest. Track numer 10 to jeden z najlepszych utworów na tym albumie...”Real World”,oczywiście autorstwa Kai i trzeba przyznać, że utwór spełnił swoją rolę na Hellish Rock. Bo przecież to jest idealny utwór na koncert. O ile poprzedni kojarzył się z IM to ten znów mi się nieco kojarzy z „I want out” Helloween. Zaczyna się zajebistym riffem, od razu słychać rękę Kai'a. Bardzo fajny jest moment zwrotki, kiedy Kai śpiewa na tle basu i perki, podobny zabieg jak na I want Out. Oczywiście nie mogło się obejść bez chwytliwego refrenu. Tym razem tekst opowiada o tym jak pewni ludzie pod chodzą zbyt poważnie do spraw religijnych. Kai śpiewa że nie ma raju, Bóg jest iluzją, nie ma piekła czy też nieba. Na albumie jest jeszcze jeden utwór autorstwa Richtera...”Hear me calinng”, który jest krótszy od rain, ale jest równie zajebisty, a może nawet i lepszy. Duże wrażenie zrobił na mnie refren oraz partie gitarowe. Tekst jest o poszukiwaniu odpowiedzi na różne kwestie filozoficzne. Album zamyka najdłuższy utwór - „Insurection”, który jest jakby kontynuacją Rebellion in Dreamland. Utwór imponuje liczna zmianą temp, melodyjnymi partiami gitarowymi, genialnym wokalem Kai. Bardzo mnie zaskoczył porywający refren. Co mi też pod pasowało to że riff jest nieco podobny do Rebelion in Dreamland. Potęgą tego utworu są oczywiście pojedynki na sola. Dla mnie to jest majstersztyk i nr.1na tym albumie. Tekst jest o gościu, który znudzony obecnym stanem rzeczy przeprowadza rewolucje i ma zamiar wszystko obrócić w pył,jednak pod koniec rebelii dochodzi do wniosku, że nic tak naprawdę nie zmienił, wszystko jest po staremu.
Pora przejść do krótkiej konkluzji: Nie ma mowy o tak genialnym albumie jak NWO czy też Majestic, no a do jedynki porównywać tym bardziej nie mam zamiaru. Co mnie troszkę zaskakuje,to że panowie pomimo tak wspaniałego talentu do tworzenia hitów muszą od kogoś zapożyczać jakieś może i nieznaczące elementy, choćby od IM. Przecież jest ich stać na stworzenie zajebistych kawałków bez zapatrywania się w IM czy JP. No a sam album jest na bardzo dobrym poziomie utrzymany, wciąż Gamma liczy się na rynku, wciąż nagrywa solidną muzę która jest na każdą okazję ,ale jej głównym przeznaczeniem są koncerty i tym razem panowie nagrali naprawdę przebojowy album nadający się idealnie na koncerty. Ja land 2 traktuje jako drogowskaz zespołu w kierunku melodyjnego grania, a nie jakieś powroty do korzeni. I w porównaniu do Helloween świetnie poradzili sobie z tytułem, który niby zobowiązuje do czegoś. Obiektywnie wychodzi 8/10, lecz ze względu na rdzewiejący poziom tego albumu daje 9/10 wciąż jest świeży i miło w odsłuchu.
Do tego ten prosty ale jakże niszczący refren. Jeden z mocniejszych utworów na albumie. Po nie całych 4 minutach słychać przepiękny riff ,który na myśl nasuwa od razu stary Land i tak zaczyna się w „From The ashes” szybki naszpikowany przyjemnymi melodiami. Już podczas refrenów genialna praca gitarek daję się we znaki. Myślę że udanym zabiegiem jest śpiewanie przez Kai :”ohh ho”. Utwór jest bardzo dynamiczny i radosny nie ma jakiś powiewy nudy. Na uwagę zasługuje solówa oraz refren. Tym razem tekst jest o podnoszeniu się z popiołów nudy. Często jest tak że wszytko się toczy po naszej myśli , popadamy w marazm .Jest to sygnał aby zebrać kolegów i poszukać czegoś nowego. Sam utwór jest bardzo dobrym utworem, który idealnie się sprawdził na koncercie. „Rising Again” to instrumentalny utwór, których o podobnym charakterze czy tez konstrukcji było sporo na jedynce. Nie mogło i tutaj czegoś podobnego zabraknąć!
Następny utwór to wg mnie najszybszy utwór na płycie.... „To Mother Earth” tak się zastanawiam dlaczego ten utwór wzbudził takie niezadowolenie wśród fanów czy też słuchaczy tego albumu, ale zakładam po tym co można przeczytać na forach, że to za sprawą „durnego” wg nich tekstu. Zaczyna się szybkim riffem, niesamowita praca gitar przez cały utwór z naciskiem podczas zwrotek. Co mnie pierwsze ujęło w tym utworze to akcent Kai podczas zwrotek, bardzo fajnie mu to wyszło. Nie obeszło się tutaj bez zapożyczeń. Ano słychać tutaj w pewnym momencie „How Many Tears” Helloween. Najsłabszym momentem w tym utworze jest oczywiście nie co słabawy refren,ale za to solówka nadrabia wszystko z nawiązka. Jedna z lepszych solówek jakie Gamma miała. Tekst tym razem o tym jak niszczymy naszą planetę i o tym jaka ona musiała być piękna.
Może i banalny tekst ,ale jak się zastanowić ile w tym prawdy,ciekawy czy w ogóle kogoś obchodzi nasze środowisko, może Kai kogoś ruszy swoim przesłaniem. Poprzednie kawałki były autorstwa Kai, kolejny „Rain” jest autorstwa Richtera i może nie jest tej klasy co „Send me Sign” czy też „Fight” ,ale to wciąż porządne granie. Po dzień dzisiejszy uważam, że to jest najcięższy utwór na tym krążku, już sam riff jest otoczony mocnym, nieco cięższym brzmieniem gitar. Bardzo fajny riff wymyślił Henjo taki bardzo wpadający w ucho. Co mnie też urzekło to jak Kai zmienia tony w swoim śpiewaniu. Raz ciszej, raz głośniej. Dobry zabieg. Do tego trzeba dorzucić bardzo chwytliwy refren. To zwolnienie w połowie jest takie dość podobne jak to miało miejsce an jedynce. Bardzo lubię jak Kai tak łagodnie śpiewa: „I try, but it's so hard to find ...” . Z naciskiem na końcową cześć gdzie Kai tak świetnie wykrzyczał. Utwór opowiada o tym jak bohater ma depresje, zawsze idzie przed siebie, a ta chmura deszczu zawsze jest za nim, ale zawsze z tej depresji jest jakieś wyjście. Bardzo udanym utworem jest „leaving hell”, który od razu wkradł się w moje łaski
Zaczyna się solówą Kai'a, dość nie typową bo w historii podobnie się zaczynał „March of time”
Świetny riff, melodyjny i zarazem zapadający w głowie. Podczas zwrotek Kai rządzi, świetnie jak tylko słychać bas i perkę. Udanym momentem jest : „Oh no, here it comes again..”Kai zawsze był zdolny wy myśleć jakiś niezwykły refren tak jest i tym razem. Ale do tego już się przyzwyczaiłem. Kolejnym mocnym punktem jest popis umiejętności Kai gry na gitarze . A tym razem tekst jest o relacjach w związkach. Nadchodzi czas że wiele z nich przypomina wojnę niż miłość .Zostawmy za sobą życie, które prowadzimy donikąd śpiewa Hansen. Czas poszukać czegoś nowego. Stąd takie słowa: "Opuszczam piekło .Zbuduje nowe jutro .Pocałuj mnie w dupę na pożegnanie bo już nigdy się nie spotkamy." I co to nie jest niby kawałek o życiu?
Podobnie jak na poprzednich albumach tak i tu Zimmermann dorzucił swoje 3 grosze. Jego autorstwa jest .... „Empress” bardzo udany kawałek, który okazał się idealny na koncertach. Kawałek świetnie bujał publikę .Słychać w tym wpływy choćby Accept. Utwór bardzo radosny, rozbudowany, który nieco się różni od poprzednich utworów. Tutaj pokazał naprawdę solidną robotę pod względem wokalnym. Kolejną rzeczą jest klimat, może nie jest jakiś nieziemski,ale przenosi mnie po prostu w inny świat. Kolejną rzeczą jest refren śpiewany przez chór niczym jak w Accepcie. Bardzo podoba mi się druga połowa utworu kiedy to następuje zwolnienie, wchodzi akustyczna gitarka, a potem ta melodia i tutaj jest panowie zniszczenie. I w ten sposób otwiera się znakomita gratka jeśli chodzi o solówki. Tym razem tekst jest o tym ze każdy z nas chciałby trafić na królową wampirów i namiętnie ja pocałować po to żeby wyrwać się ze codzienności i pójść za swoimi żądzami. Uważam że i tym razem Daniel stworzył znaczący dla całego albumu utwór.
Idąc dalej znów mamy kawałek Kai'a...”When The World”, który zaczyna się szybkim riffem, który kojarzy się z IM z okresu poverslave. Ale czy podobnie nie było z „Hell is thy Home”. Po paru sekundach , kojarzy mi się to już bardziej z gammą. I znów wpadający tekst śpiewany przez Kai'a podczas zwrotek i znów chwytliwy refren, ale to jest oczywiste że nie może być inaczej, bo przecież Kai zawsze miał głowę do tworzenia przebojowych utworów. Bardzo fajnie buja utworek podczas: „Save me, Hold me, Help me .Free me, Love me, Heal me”. Tym razem porusza kwestie tego że czasami ma się na sobie ciężar całego świata ,modli się wtedy aby się tego pozbyć. Nie daje na spokoju jaka będzie przyszłość zła czy dobra. Największe kontrowersje wywołał utwór Schlachtera ...”Opurtunity”, dlatego że ma dużo zapożyczeń z IM, ale piękności tego kawałka jako całości nie można odmówić ze względu na to co słychać podczas zwrotek, refrenu czy też ze względu na klimat. Nie jedyne co słychać to IM .Uważam że to nie fair. Zaczyna się spokojnie, słuchacz w czuwa się w klimat i po paru sekundach uderza mocny riff i wkracza Kai i bardzo udanie śpiewa zwrotki tak że wchodzą do głowy. Utwór fajnie przekombinowany, podobają mi się zmiany temp,wplątanie tylu wspaniałych melodii poza tymi zaczerpniętymi z IM. Bardzo fajny, podniosły jest refren czego można chcieć więcej. Tekst bardzo ciekawy. Opowiada o tym jak to jest być szczęśliwym mimo tego, że inni twierdza że to nie możliwe. Żyje się spokojnie kiedy nagle pojawi się szansa. To osoba, która chce coś sprzedać, coś bez czego jest się nie szczęśliwy np.sława czy pieniądze. Ale w końcu główny bohater odmawia, twierdząc że sam jest dla siebie szansą bez względu na to jaka ona jest. Track numer 10 to jeden z najlepszych utworów na tym albumie...”Real World”,oczywiście autorstwa Kai i trzeba przyznać, że utwór spełnił swoją rolę na Hellish Rock. Bo przecież to jest idealny utwór na koncert. O ile poprzedni kojarzył się z IM to ten znów mi się nieco kojarzy z „I want out” Helloween. Zaczyna się zajebistym riffem, od razu słychać rękę Kai'a. Bardzo fajny jest moment zwrotki, kiedy Kai śpiewa na tle basu i perki, podobny zabieg jak na I want Out. Oczywiście nie mogło się obejść bez chwytliwego refrenu. Tym razem tekst opowiada o tym jak pewni ludzie pod chodzą zbyt poważnie do spraw religijnych. Kai śpiewa że nie ma raju, Bóg jest iluzją, nie ma piekła czy też nieba. Na albumie jest jeszcze jeden utwór autorstwa Richtera...”Hear me calinng”, który jest krótszy od rain, ale jest równie zajebisty, a może nawet i lepszy. Duże wrażenie zrobił na mnie refren oraz partie gitarowe. Tekst jest o poszukiwaniu odpowiedzi na różne kwestie filozoficzne. Album zamyka najdłuższy utwór - „Insurection”, który jest jakby kontynuacją Rebellion in Dreamland. Utwór imponuje liczna zmianą temp, melodyjnymi partiami gitarowymi, genialnym wokalem Kai. Bardzo mnie zaskoczył porywający refren. Co mi też pod pasowało to że riff jest nieco podobny do Rebelion in Dreamland. Potęgą tego utworu są oczywiście pojedynki na sola. Dla mnie to jest majstersztyk i nr.1na tym albumie. Tekst jest o gościu, który znudzony obecnym stanem rzeczy przeprowadza rewolucje i ma zamiar wszystko obrócić w pył,jednak pod koniec rebelii dochodzi do wniosku, że nic tak naprawdę nie zmienił, wszystko jest po staremu.
Pora przejść do krótkiej konkluzji: Nie ma mowy o tak genialnym albumie jak NWO czy też Majestic, no a do jedynki porównywać tym bardziej nie mam zamiaru. Co mnie troszkę zaskakuje,to że panowie pomimo tak wspaniałego talentu do tworzenia hitów muszą od kogoś zapożyczać jakieś może i nieznaczące elementy, choćby od IM. Przecież jest ich stać na stworzenie zajebistych kawałków bez zapatrywania się w IM czy JP. No a sam album jest na bardzo dobrym poziomie utrzymany, wciąż Gamma liczy się na rynku, wciąż nagrywa solidną muzę która jest na każdą okazję ,ale jej głównym przeznaczeniem są koncerty i tym razem panowie nagrali naprawdę przebojowy album nadający się idealnie na koncerty. Ja land 2 traktuje jako drogowskaz zespołu w kierunku melodyjnego grania, a nie jakieś powroty do korzeni. I w porównaniu do Helloween świetnie poradzili sobie z tytułem, który niby zobowiązuje do czegoś. Obiektywnie wychodzi 8/10, lecz ze względu na rdzewiejący poziom tego albumu daje 9/10 wciąż jest świeży i miło w odsłuchu.
Subskrybuj:
Posty (Atom)






