Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Victorius. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Victorius. Pokaż wszystkie posty

sobota, 18 kwietnia 2026

VICTORIUS - World war dinosaur (2026)


 


Na początku swojej kariery niemiecki Victorius stawiał na poważniejszy wydźwięk oraz rasowy, ostry i agresywny power metal, wyraźnie inspirowany twórczością Gamma Ray, Helloween czy wczesnych dokonań DragonForce. Towarzyszył temu mroczny klimat, który jednak w okolicach 2020 roku ustąpił miejsca zupełnie nowej estetyce. Zespół obrał kierunek znacznie bardziej słodki, bajkowy i momentami wręcz kiczowaty. W tekstach zaczęły pojawiać się dinozaury, rycerze, ninja czy smoki, jakby muzycy nadmiernie zainspirowali się stylistyką Power Rangers. Okładki płyt nabrały jaskrawych, niemal growych barw, a sam Victorius zaczął przypominać Gloryhammer czy współczesne oblicze DragonForce — przynajmniej pod względem wizualnym.

Obecny styl grupy jest zdecydowanie bardziej przystępny i może trafić do szerszego grona odbiorców, zwłaszcza tych, którzy chcą na chwilę wrócić do beztroskich, dziecięcych emocji. Miłośnicy klasycznego power metalu, dobrej zabawy, chwytliwych melodii i dużej dawki przebojowości — w duchu Bloodbound, HammerKing czy Gloryhammer — ponownie będą zachwyceni. Victorius pozostaje na fali, a album „World War Dinosaur” to bardzo udana kontynuacja stylu wypracowanego na ostatnich wydawnictwach. Choć krążek jest nieco słabszy od poprzednika, wciąż prezentuje dokładnie to, czego można oczekiwać od zespołu.

Na plus należy zaliczyć stabilność składu — za materiał odpowiadają ci sami muzycy co wcześniej, co wyraźnie przekłada się na spójność i jakość. David Bałbin to wokalista, który nadaje utworom przebojowości i charakterystycznego, power metalowego sznytu. Jego styl idealnie współgra z muzyką zespołu i stanowi jeden z jego znaków rozpoznawczych. Gitarzyści Flo i Dirk koncentrują się na dynamice, chwytliwych solówkach i nośnych riffach — bez zbędnego komplikowania, za to z wyraźnym naciskiem na energię i dobrą zabawę. Nowy album Niemców to kolejna kopalnia potencjalnych hitów. Mimo lekkiego spadku formy względem poprzedniego wydawnictwa, poziom wciąż pozostaje wysoki. Stylistycznie nie ma tu większych zaskoczeń — zespół konsekwentnie podąża obraną ścieżką.

Choć płyta zawiera 12 utworów, całość trwa zaledwie 44 minuty, co przekłada się na krótkie, dynamiczne i intensywne kompozycje. Album otwiera rozpędzony „Kingdom of the Strong”, który przywodzi na myśl klasyczne dokonania Freedom Call. Refren jest typowo słodki, chwytliwy i niezwykle nośny, a solówki pełne energii przywołują skojarzenia z Gamma Ray. To mocne otwarcie, które skutecznie zachęca do dalszego słuchania.

Marszowy i epicki „World War Dinosaur” zdradza inspiracje stylistyką Sabaton — refren buja i oddaje esencję power metalu. Lekki i przebojowy „Dino Race from Outer Space” czerpie garściami z twórczości Kaia Hansena, a wpływy Freedom Call czy Power Quest są wyraźnie słyszalne. To rasowy, energetyczny hit.

Singlowy „Raptor Squad attack” stanowi ukłon w stronę Sabaton i DragonForce — jest nieco kiczowaty, momentami przesłodzony, ale jednocześnie pełen energii i dynamiki. „Brachio Bazooka Battalion” wyróżnia się rozbudowanymi partiami klawiszowymi oraz niezwykle melodyjnym charakterem. Chwytliwy motyw gitarowy i lekka atmosfera sprawiają, że utwór szybko zapada w pamięć, a wpływy Bloodbound są tu wyraźnie słyszalne.

Nieco bardziej posępny klimat wnosi „March to War”, pokazując, że zespół potrafi urozmaicić materiał. „Evil Mean Megalodon” to solidny, choć mniej wyróżniający się fragment płyty. Znacznie ciekawiej wypada „Dino Power Resistance”, który ponownie odwołuje się do klasyki gatunku — wpływy Gamma Ray i Freedom Call są tu bardzo wyraźne, czyniąc z utworu prawdziwą power metalową petardę.

Podobne emocje wywołuje dynamiczny „Prehistoric Panzer Power” — esencja stylu Victorius. „Golden Glory” to kolejny szybki i niezwykle melodyjny numer z mocnym gitarowym otwarciem. Album zamyka „Lost Legacy” — szybki, oldschoolowy kawałek będący hołdem dla klasyki gatunku.

Osoby, które nie przepadają za słodkim i przerysowanym power metalem, raczej nie znajdą tu nic dla siebie. Jednak Victorius doskonale odnajduje się w tej konwencji, oferując kiczowaty, ale niezwykle chwytliwy i pełen energii materiał, w którym pobrzmiewają echa Helloween, Gamma Ray, Freedom Call czy Power Quest. Nowy album pozostaje nieco w cieniu poprzednika, ale wciąż stanowi prawdziwą ucztę dla fanów gatunku. Pozostaje pytanie, jak długo zespołowi wystarczy pomysłów w tej stylistyce — na razie jednak utrzymują wysoki poziom.

Ocena: 9/10

sobota, 25 czerwca 2022

VICTORIUS - Dinosaur Warfare pt 2 : The great Ninja War (2022)


 W każdy z nas drzemie coś z dziecka. Lubimy wracać do mangi typu Dragonball, komiksów, seriali czy bajek z dzieciństwa. Czemu nie wykorzystać tego tematyki w muzyce? Pomysł może nie jest zły, bo przecież taki Animetal Usa pokazał, że można. Niestety można ponieść też klęskę co pokazał Dragonforce na swoim ostatnim krążku. Niemiecki Victorius też poszedł w tym kierunku i ich "Space ninjas from Hell" czy wreszcie mini album "Dinosaur warfare" to taki słodki power metal, w którym wymieszane są patenty Freedom Call, Hammerfall z właśnie wesołkowatym Dragonforce czy Helloween. Nic w tym złego, o ile pomysły i sama muzyka są świetne i przemyślane. Victorius ostatnio pokazał, że można tak brzmieć. Nowy album "Dinosaur warfare pt 2: the great war" to kontynuacja stylu wypracowanego na poprzednich płytach. Power metal dla dzieci? Nie dajmy się ponieść też emocjom.

Skład bez zmian, ale to nie dziwi bo band znakomicie funkcjonuje. Jak zawsze miło jest posłuchać poczynienia gitarzystów. Dirk i Flo stawiają na klasykę i chwała im za to. Wizytówka Victorius od samego początku jest głos Davida Babina. Lata lecą, a on wciąż zachwyca swoim niesamowitym głosem. O to chodzi w power metalu. Dla jednych wstyd jest słuchać tam slodkiego, może dziecinnego power metalu. Jednak ten gatunek zawsze był tak oceniany. Czy freedom call, trick or treat czy wczesny helloween nie były wysmiewane? Póki są ciekawe melodie, energia i masa hitow to ja idę w ten lukrowy świat Victorius. Dobrze jest być znów dzieckiem. Przednia zabawa. 


Już na wstępie dostajemy dwa świetne killery. "Victorius dinogods" to może i kiczowate i banalny power metal, ale szybko wpada w ucho i ja to kupuje. Panowie dobrze się czują w tej stylizacji i słychać że to nie kreowanie czegoś na silę. Przebojowy "mighty magic mammoth" niszczy chwytliwym i wciągającym refrenem. Panowie dają tu czadu i nic dziwnego że wybrano ten kawałek na singiel. Echa stratovarious słuchać w energicznym "Jurasic jetfighters". Kolejny killer to "Dinos and dragons" który również promował album. Słychać tu coś z Hammerfall czy Bloodbound. Znów atakuje nas prosty i mega przebojowy refren. Jest moc. Ciekawie wypada marszowy "Katana kingdom rising" i znów band błyszczy. Cały czas jest przebojowo i każda melodia jest bardzo chwytliwa. Czy szybki "god of roar" czy "triceps  ceratops". Jest kicz, ale wszystko to co najlepsze w słodkim power metalu.  Z kolei taki "tyrannosaurus steel" czerpie garściami z Hammerfall, powerwolf czy rhapsody. Niezwykle podniosły kawałek. Wesoły "powerzord" idealnie wieńczy płytę. Brakuje może większego urozmaicenia, może jakiejś ballady, może jakiegoś kolosa, ale widać taki miał być ten album. 

Victorius idzie w zaparte i dalej chce zabawiać wesolkowatym power metalem z dziecinnymi tekstami. Czasami trzeba też się zabawić i oderwać od szarej rzeczywistości. Ta płyta sprawdza się idealnie. Znów czuje się jakbym miał 10 lat. 

Ocena :9/10

czwartek, 16 stycznia 2020

VICTORIUS - Space ninjas from hell (2020)

Dragonforce ostatnio chciał nas zabrać do świata gier i komiksów, co miało być gratką dla młodszych słuchaczy. Pomysł ciekawy, ale wykonania nie powalało na kolana.  W słodkim melodyjnym power metalu poległ również Freedom Call. Tym razem niemiecki Victorius stara się podjąć ten sam co wspomniane zespoły, tylko że Victorius odrobił domowe zadanie i nagrał album który jest dojrzały i przemyślany. Nie łatwo jest stworzyć krążek, który będzie słodki, młodzieżowy i w dodatku pełen dynamiki i pomysłowości. W roku 2019 ta sztuka udała się Beast in Black, a teraz Victorius to powtarza. "Space ninjas from hell" to album który oddaje styl Victorius i to co jest piękne w power metalu. To płyta, która może namieszać w tegorocznych zestawieniach.

Victorius to band, który dzielnie od 16 lat dostarcza nam energicznego i melodyjnego power metalu, który jest frajdą dla fanów Gamma Ray, Freedom Call, czy Dragonforce. Lata lecą a wokalista David wciąż brzmi świeżo i profesjonalnie. To znakomity frontman, który napędza ten band. To już kolejny album tej formacji, gdzie gitarzyści pokazują w pełni swój potencjał. Flo i Dirk wiedzą jak pobudzić zmysły słuchaczy i przy tym dobrze się bawić. Cały czas słychać lekkość, pozytywną energią i przebojowość. Wszystko zostało dopracowane i nawet brzmienie jest idealnie podrasowane by można było poczuć klimat gier komputerowych. Okładka przypomina okładkę ostatniego albumu Dragonforce, ale wypada o wiele lepiej.

Płyta to 12 kompozycji dających nam 45 minut power metalu w europejskim wydaniu. Wejście w postaci "Tale of the sunbladers" to wycieczka do najlepszych płyt Freedom Call, czy Gamma Ray. Co za energia, co za moc. Tak powinien brzmieć radosny, melodyjny power metal. "Ninjas Unite" to utwór nieco bardziej stonowany i troszkę w klimacie Beast in Black. Refren to taki prosty chwyt, ale się w pełni sprawdza. Świetny klimat panuje w "Super sonic samurai", który potrafi oddać klimat japońskiej mangi czy innych anime typu Dragon Ball. Znakomicie to współgra z melodyjnym riffem i pozytywną energią. Duch starych płyt Gamma Ray wybrzmiewa w mocniejszym "Evil Wizard Wushu master" i to kolejny hicior na płycie. Klimat Japonii powraca w melodyjnym "Nippon Knights" i ten główny motyw jest po prostu uroczy. Dalej mamy energiczny "Shuriken Showdown" , który jest znakomitym nawiązaniem do twórczości Beast in black. Ta słodkość jest tutaj wszędobylska, ale nie przytłacza i nie przyprawia o wymioty.  Band potrafi też być śmieszny jak niegdyś Helloween i to potwierdza agresywny "Wasabi warmachine". Refren przebojowego "Wrath of the dragongod" brzmi jakby był inspirowany twórczością Rhapsody. Bardzo miła niespodzianka. Tytułowy "Space ninjas from hell" to Victorius w pigułce i prawdziwa wizytówka tej płyty.

Victorius na nowej płycie brzmi świeżo i troszkę pokazał nieco inne oblicze power metalu. Dragonforce na ostatnim albumie nie udała się w pełni sztuka połączenia świata gier, anime i power metalu. Niemiecka ekipa pokazał, że te świata można wymieszać i otrzymać album dojrzały i przebojowy. Ta kapela nie zawodzi i to już kolejna perełka w ich dyskografii."Space ninjas from hell" to uczta dla fanów power metalu. Gorąco polecam.

Ocena: 9/10

środa, 14 czerwca 2017

VICTORIUS - Heart of phoenix (2017)

Kiedy coś się sprawdza i jest stabilność to po coś zmieniać i szukać dziury w całym? Niemiecki band Victorius wyszedł z takiego samego założenia i w efekcie ich kolejne dzieło w postaci „Heart of Phoenix” to czysta kontynuacja poprzednich dzieł. To już 4 album tej formacji i w swojej naturze bardzo podobny do poprzednich wydawnictw. W skrócie szybki, energiczny power metal, który nawiązuje do lat 90. W ich stylu można doszukać się wpływów Dragonforce, Gamma ray, Freedom Call czy Helloween. Klasyczne brzmienie i podejście do tematu. Do tego rasowy i uzdolniony wokalista David Babin i zgrany duet gitarzystów i mamy sprawny zespół. Panowie działają od 2004 r i w tak krótkim czasie szybko wbili się do grona najciekawszych zespołów, a ich najnowsze dzieło to tylko potwierdza. Victorius dalej korzysta z prostych i chwytliwych patentów, które dadzą w rezultacie hity, które na długo zostaną w pamięci. Nowy album to kopalnia hitów, w dodatku album łatwy w odbiorze, dynamiczny i zróżnicowany. Dominuje szybkość, ale nie brakuje ciekawych smaczków i urozmaiceń. „Shadowwarrios” jak i „Hero” to power metalowe petardy, które szybko pokazują słuchaczowi z czym mamy do czynienia. Jest moc i energia, która zaraża od samego początku. W „End of the Rainbow” można dostrzec pewne elementy Rhapsody, Hammerfall czy Freedom Call. Pomysłowy riff i dobrze wpasowane chórki nadają podniosłości temu kawałkowi. Jednym z moich ulubionych utworów na krążku jest nieco rycerski, bardziej marszowy „Die by my sword”, który pokazuje zespół z nieco innej strony. Melodyjny motyw i klimatyczne partie klawiszowe sprawiają, że „Sons of Orion” zachwyca klimatem i aranżacjami. Echa Rhapsody można usłyszeć w nieco bardziej symfonicznym i agresywniejszym „Empire of Dragonking”. W zasadzie zespół nie bawi się w półśrodki i od początku do końca serwuje nam power metalowe petardy, które są osadzone w klasycznych latach 90. Dynamiczny „Hammer of justice”, bardziej progresywny „Beyond the iron sky”, czy agresywny i mroczniejszy „Virus” są tego dobrym przykładem. Całość zamyka bardziej komercyjny „A million lightyers”, który pozwala nieco odsapnąć po takiej dawce szybkiego power metalu. Victorious powrócił z kolejnym świetnym i bardzo dobrze wyważonym albumem, który od początku do końca serwuje nam wysokiej klasy power metal. Jest sporo ciekawych i chwytliwych melodii, a album kipi pozytywną energią. Słychać, że zespół dobrze się bawi przy tym, w dodatku jest to szczera muzyka prosto z serca. Ja to kupuje.

Ocena: 9/10

poniedziałek, 3 listopada 2014

VICTORIUS - Dreamchaser (2014)

Niemiecki band, który się zwie Victorius szybko awansował do pierwszej ligi jeśli chodzi o power metal. Nie przez wzgląd, że reprezentują Niemiecką scenę power metalowa, która jest bardzo silna. Nie przez to, że jest to młody, energiczny zespół, który jest głodny sukcesu. Nie przez, to że w ich muzyce słychać wpływy takich gigantów jak Helloween, Edguy czy Gamma Ray. Przede wszystkim na ten zaszczyt zasłużyli, dzięki pracowitości, pomysłowości, talentowi. Poza tym mało, który młody band potrafi nagrać z marszu trzy znakomite płyty utrzymane na wysokim poziomie. To nie lada sztuka, zwłaszcza kiedy mówi o power metalu, który w tradycyjnej formie znanej z połowy lat 90 jest rzadko spotykany. Już swoim drugim albumem „The Awekening” dali do zrozumienia, że power metal we krwi i wiedza jak poskromić fanów Gamma Ray, Helloween, czy Edguy. Ten album postawił wysoko poprzeczkę zespołowi i szczerze nie sądziłem, że są wstanie ją przebić. A jednak nowy album zatytułowany „Dreamchaser” wydaję się jeszcze bardziej dopieszczony. Mam wrażenie, że już brzmienie jest mocniejsze, bardziej soczyste, bardziej mięsiste, mające prawdziwy metalowy kop. Okładka podobnie jak i na poprzednich wydawnictwach bardzo kolorystyczna i klimatyczna. Można dostrzec jak zespół przywiązuję uwagę do szczegółów i dba o każdy detal. Została przerysowana konstrukcja płyty, czyli znów mamy krótki, zwarty materiał, który jest pozbawiony sterylnego silenia się na długie kawałki. Mamy 11 energicznych kawałków, oddających piękno i prawdziwą moc power metalu. Na korzyść zespołu działa David Babin, który swoim wokalem przypomina Kiske i Fabio Lione, czy Tobiasa Sammeta. Najwięcej dali z siebie jednak gitarzyści, słychać że rozwijają się, że chcą zaskakiwać i porywać swoimi motywami. Tak też jest z otwieraczem „Twilight Skies”, który wigorem dorównuje Dragonforce, co bardzo cieszy. Ostrzejszy riff, bardziej stonowane tempo, więcej urozmaicenia no i szczypta promieni Gamma i mamy kolejny hit w postaci „Day of Reckoning”. Klimaty starego Gamma Ray i Helloween dają o sobie znać w „Dragonheart”. Zadbano tutaj o szybkość, o dynamikę i melodyjność. Główny riff i klawiszowe ozdobniki przywołują na myśl również twórczość Stratovarius. Zespół potrafi pozostawić radosny power metal, na rzecz agresywniejszego, mroczniejszego, z nutką thrash metalu co potwierdzają w „Fireangel”. Pod 5 mamy „Dreamchaser” i to jest kolejny przebój. Tytułowy kawałek to taka wizytówka tej płyty i samego zespołu. Kiedy zdaje się nam, że zespół wyczerpał pomysłowość to nagle pojawia się rytmiczny „Battalions of The Holy Cross” z prostym, ale jakże zapadającym riffem. Więcej heavy metalu uświadczymy w marszowym „Blood Alliance”. Marszowe tempo sprawia, że mamy prawdziwy metalowy hymn, który rozgrzeje nie jeden koncert. Tytuł „Speedracer” mówi że jest to utwór szybki i energiczny. Tak też jest i wcale to nie dziwi. Znów ostrzejszy i bardziej nowocześniejszy jest „Black and white”, tak więc zespół stara się dogodzić również fanom obecnego brzmienia power metalu. Znalazło się też miejsce dla ballady i tutaj „Silent Symphony” mimo swojego charakteru nie ustępuje mocy tym wcześniej wspomnianym petardom. Choć chciałbym znaleźć wadę, przyczepić się do czegoś, to nie mam nawet do czego. Victorius dopracował materiał i nie pozostawił żadnych śladów zaniedbania czy fuszerki. Efekt końcowy jest zdumiewający. Niby to wszystko już było tyle razy w przeszłości, że życia by brakło żeby wymienić, a mimo to album jest znakomity i wyjątkowy. Perełka w swojej kategorii.

Ocena: 9.5/10

czwartek, 22 listopada 2012

VICTORIUS - The Awekening (2012)

Jestem fanem niemieckiej sceny metalowej i power metalu i nie kryje się z tym, to też nie potrzebowałem jakieś większej zachęty, żeby zapoznać się z nowym albumem niemieckiej formacji VICTORIUS. Czy drugi album tej kapeli jest warty uwagi? Co można o nim powiedzieć?

„The Awekening” to drugi album w dorobku tej młodej formacji, która gości na niemieckiej scenie właściwie od roku 2004, kiedy to została założona przez Dirka, Stevena i Andreas z myślą o stworzenia kapeli, która połączy w swoim stylu elementy power i heavy metalu. Jest to album, który oczywiście nie będzie wspominany przez oryginalność, której nie ma, nie przez świeże podejście do tematu, którego nie ma, ale ze względu na bardzo dobre kompozycje, które kipią energią, które potrafią zauroczyć swoją melodyjnością i łatwą formą przyswajania. Jest to album, który zyska spore grono słuchaczy, przez postawienie na oklepane chwyty przypominające płyty BLOODBOUND, JUDAS PRIEST, momentami GAMMA RAY czy SINBRED, HELSTAR. Tak więc mamy to charakterystyczne postawienie na melodyjność, dynamiczną sekcją rytmiczną, chwytliwe refreny, energiczne solówki, czy na przebojowość i lekki ciężar w riffach. Siła tego albumu tkwi w mocnym i zadziornym wokalu Davida Babina, który oddaje to co najlepsze w power metalu i podobne odczucia ma się gdy wsłuchuje się w partie gitarowe duetu Drebig/ Fiedler, który stawia na moc, ogień, na ciężar i melodyjność, na zadziorność. Nie ma w tym nic oryginalnego, jednak sposób podania tych znanych elementów, patentów, forma wykonania, aranżacje sprawiają, że jest to miłe dla słuchacza i zapewnia prawdziwą power metalową ucztę.

Typowa dla tego gatunku, kolorowa okładka nasuwa myśli, że to będzie słodkie i rozlazłe granie, a tak nie jest. Bo to nie jest słodkie i mało metalowe granie, nie jest to album rozlazły i nudny. Może jest wtórny, ale naprawdę dopracowany pod względem graficznym, brzmieniowym jak i kompozytorskim. Oczywiście album jest zdominowany przesz szybkie dynamiczne kompozycje oddające to co najlepsze w power metalu i aż się przypominają takie wielkie zespoły jak HELLOWEEN, EDGUY czy GAMMA RAY i świetnie to odzwierciedla szybki „Age of Tyranny” , zadziorny „ Starfire” z ciekawą melodią pojawiającą się w tle, energiczny „The Awakening”, melodyjny „ Under Burning Skies” który jest przyozdobiony klawiszami, dynamiczny i rozpędzony „Black Sun” , rytmiczny „Through the Dead Lands” i jeszcze lepiej to słychać w „Call for Resistance”, który jest 100% power metalową petardą. Oprócz takiej power metalowej jazdy bez trzymanki, uświadczymy na albumie stonowany i rytmiczny „Lake Of Hope” , mroczny i przesiąknięty balladowymi „Demon Legions”, czy też hymnowy „Metalheart” z bojowymi chórkami.

I tak o to nieznana mi dotąd kapela, która dopiero nagrała swój drugi album zauroczyła mnie swoją dynamiką i dopracowaniem, a także zaprezentowaniem energicznego, przebojowego i zapadającego w pamięci power metalu nasuwającego takie kapele jak GAMMA RAY, czy HELLOWEEN. Ten młody zespół stroni on komercji, od cukierkowatych melodii i to jest ich dużym plusem. Szczerość i zaangażowanie słychać na każdym kroku, a to dało efekt w postaci bardzo dobrego albumu. Polecam!

Ocena: 8/10