Cederick i Blazon Stone intensywnie pracują nad następcą „Damnation”. Jak na razie wiadomo jedynie, że zespół zamierza odejść od typowo pirackiej tematyki, choć wciąż pragnie pozostać wierny stylistyce Running Wild. Aby jednak nagrodzić fanom ich cierpliwość i długi czas oczekiwania na nowy album, Blazon Stone postanowili wydać minialbum. Płyta zatytułowana „Treasure Hunt” ukazała się 10 grudnia. I tu nie ma niespodzianki — to dokładnie ten Blazon Stone, którego znamy i kochamy.
piątek, 12 grudnia 2025
BLAZON STONE - Treasure Hunt EP (2025)
Cederick i Blazon Stone intensywnie pracują nad następcą „Damnation”. Jak na razie wiadomo jedynie, że zespół zamierza odejść od typowo pirackiej tematyki, choć wciąż pragnie pozostać wierny stylistyce Running Wild. Aby jednak nagrodzić fanom ich cierpliwość i długi czas oczekiwania na nowy album, Blazon Stone postanowili wydać minialbum. Płyta zatytułowana „Treasure Hunt” ukazała się 10 grudnia. I tu nie ma niespodzianki — to dokładnie ten Blazon Stone, którego znamy i kochamy.
sobota, 7 sierpnia 2021
BLAZON STONE - Damnation (2021)
Z oddali słychać szum fal, nad taflą wody unosi się mgła, a w oddali widać czarną flagę z trupią czaszką. Płynie w naszą stronę okręt i na pierwszy rzut oka wygląda znajomo. Czy to ukochana bandera pod wodzą kapitana Rock'n Rolfa? Po chwili już widać obiekt w pełnej okazałości. Płynie znacznie szybciej i zwiększą werwą ów okręt niż obecnie łajba o nazwie Running Wild. Widać że okręt ma podobny styl i cechy co zasłużona czarna perła Kasperka, ale jest nowszy i jeszcze może wiele zdziałać na światowych wodach. Tak to nasza druga jakże ważna ekipa jeśli chodzi o piracki świat, czyli Blazon Stone. Bandera pod wodzą kapitana Cedericka Forberga pływa na wodach od 2011r i choć załogę praktycznie tworzył sam Ced, to podbijał świat i przypominał złote lata Running Wild. Mało komu udała się ta sztuka. Ciężko utrzymywać wysoki poziom swojej pracy, kiedy wszystko spoczywa na głowie jednego człowieka. Tutaj wielkie brawa dla niezwyciężonego Ceda, który mimo upływu lat nie tracił na świeżości i przebojowości. Każda wyprawa pod szyldem Blazon Stone kończyła się sukcesem. Wszystko zmierzało niestety ku końcowi. Zmęczony Ced zakończył swoją misję w 2019r, a okręt Blazon Stone miał udać się na wieczny spoczynek. Jednak nikt nie zgasił żaru, który wciąż płonął. Blazon stone powraca niczym feniks z popiołu i chce pokazać całemu światu i wszystkim niedowiarkom, że choć jest wiele cech wspólnych z Running Wild, to Ced stworzył swoją własną wizję muzyki Running Wild. Dodaj do niej epickość, rozmach, lekkość i przebojowość. Blazon Stone powraca silniejszy i bardziej dojrzały by stoczyć kolejną bitwę i "Damnation" to mocny kandydat do płyty roku. Miała być najlepsza płyta Blazon Stone i faktycznie wszystko na to wskazuje.
Wcześniej Blazon Stone można było postrzegać jako projekt muzyczny Ceda. Wraz z "Damnation" coś się zmieniło, bo pierwszy raz mamy do czynienia z prawdziwym zespołem. Ced skupił się na komponowaniu, na melodiach, na refrenach i tworzeniu znakomitych pirackich riffów, a resztą zajęli się doświadczeni i znakomici muzycy. Kalle Lofgren to perkusista znany nam z Follow The Cipher i robi na płycie furorę. Momentami można poczuć klimat perkusji z "Death or glory" czy "Blazon Stone". Na basie jest Marta Gabriel, z którą Ced przecież w tym roku współpracował przy jej solowym albumie i crystal Viper. Kolejna wielka gwiazda, która zasili szeregi załogi Blazon Stone. Jest też stary kumpel Ceda czyli Emil, z którym grywał choćby w Rocka Rollas.Obawy było co do wokalu, bo przecież Erik Forsberg długo pełnił tą funkcję. Ced znalazł godnego następcę, który wnosi band na jeszcze wyższy poziom, a przy tym dalej czuć ten piracki klimat, który zapewniał nam Erik swoim głosem.
"Damnation" to skończone dzieło, które można określić mianem arcydzieła i nie można bać się tego słowa. Brzmienie jest soczyste, mocne i zarazem przesiąknięte klimatem lat 80. Ced już przyzwyczaił nas do mocnego i zarazem klasycznego brzmienia. Jak zwykle płytę zdobi fantastyczna okładka, a ta tym razem jest gratką dla fanów Running wild. Dwie kluczowe postacie przy stole i na stole okrągła rzecz - skojarzenie z "Black hand Inn". Z jednej strony jeden bohater, z drugiej drugi bohater i każdy przedstawia inny świat - przypomina się "Death or glory". Widać stos czaszek, czyli mamy "Pile of skulls", jest też złoto, które przypomina "Under jolly roger" a szachy to ukłon w stronę "Victory".
10 utworów dających 43minuty muzyki i minusem tego jest że album jest krótki. Strasznie szybko to zlatuje. Tak to właśnie jest kiedy muzyka daje radość i jest tak przebojowa i energiczna. Nie ma tu smętów i Ced wiedział jak nagrać płytę klasyczną i opartą na pewnych schematach Running wild. Lekkie wejście akustycznych gitar w intrze "Damnation" przyprawiają o dreszcze i w pełni oddają klimat pirackich szant. Przypominają się najlepsze lata Running wild, gdzie intra były genialnym wstępem. Kto kocha "Pile of Skulls" czy "The black hand inn" ten od razu poczuje się jak w domu. Tradycyjnie po intrze dostajemy szybki killer i taki właśnie jest "Endless fire of hate". Co za energia i dynamika, po prostu "Wow". Brzmi to świeżo, a przede wszystkim ile w tym gracji i pomysłowości. Ced znakomicie czuje piracki heavy metal, tak jak to kiedyś czuł właśnie Rolf. Efekt jest porażający, ale najlepsze jest to że Blazon Stone brzmi świeżo i mocarnie jak nigdy wcześniej. Płytę promował "raiders of Jolly Roger", który brzmi jak miks "blazon stone" i black hand inn". Nowy krążek Ced cechuje też świetnie rozplanowane chórki, które dodają tylko smaczku i pirackiego klimatu. Wszystko zostało przemyślane i nie ma tutaj miejsca na fuszerkę. Hit goni hit, a to dopiero początek uczty. "Chainless Spirit" zaczyna się od mocnego heavy metalowego riffu rodem z "Soulles", ale utwór fajnie buja i ma taki skoczny klimat niczym "the hussar". Powiem jedno - refren to jedno z najlepszych rzeczy co słyszałem w roku 2021. Magia i Rolf może brać przykład z Ceda. Szacunek! Tytuł "Black Sails on the horizon" ciekawił mnie od samego początku kiedy była znana tracklista. Nie zawiodłem się, bo to kolejny zaginiony klasyk z lat 80 czy 90. Ced odrobił robotę domową i stworzył kolejny killer, który śmiało mógłby zdobić "black hand inn". Refreny na płycie są bardzo podniosłe i pełne epickości. Pięknie zaczyna się "Wandering Souls", gdzie klimat bierze górę. Akustyczne gitary wprowadzają nas w kolejną petardę. Ced i jego ekipa zapraszają nas do swojego pirackiego świata i widać, że świetnie się bawią. Chcą nas tym zarazić i po prostu nie da się odmówić. Piracki hymn to idealne określenie dla tego przeboju. Nie Ced nie gotuje swoim fanom piekła na ziemi, ale "Hell on earth" to raj dla fanów muzyki Running Wild. Rolf idzie w hard rockowe klimaty i nie ma komu tworzyć prawdziwych pirackich killerów. Chwała że jest młody i uzdolniony Ced, przed którym jeszcze sporo ładnych lat i jeszcze nie jedna wyspa skarbów, którą trzeba zwiedzić i odkryć przed nami. Dużo się dzieje w tym kawałku i znów czuje się jakbym cofnął się do czasów "Pile of Skulls" czy "Black hand inn", a to nie jest takie proste przywołać takie wspomnienia. Ced to potrafi i to jest niebywała sztuka. Nie ma ballad, jakiś nie potrzebnych smętów, dlatego "Bohemian Renegade" to rasowy heavy metalowy kawałek, z mocnym i zadziornym riffem, który przywołuje niemiecką scenę metalową. Nie wiem czemu, ale utwór mógłby się nawet znaleźć na nowej płycie Crystal Viper. Running wild miewał świetne intra, skoczne kawałki i rozpędzone killery, ale też ponadczasowe, epickie kolosy. "Treasure island" to mój numer jeden i aż ciężko mi uwierzyć, że "Highland outlaw" przypomina mi ten ponadczasowy album. Jest epicko, jest przebojowo i ile dobrego dzieje się w tym kawałku. Świetnie poprzedzono go "1671", który jest przesiąknięty szkockim klimatem.
Rejs dobiegł końca, można opuścić pokład bandery Blazon Stone. Emocje nie opuszczają, bo choć podróż krótka to podatna w niezapomniane przeżycia i atrakcje, które zapadają w pamięć. Blazon Stone nie wypływa na nieznane wody i jasne, że miejsca do których nas zabiera przypominają te z wypraw Running Wild. Tylko, że kapitan Ced potrafi tak pokierować swoją wyprawą, by nie była nudna i przewidywalna. "Damnation" mogło nie powstać, Blazon stone mógłby być zapomniany i chwała, że tak się nie stało. W zamian dostaliśmy dzieło, które mam nadzieje że będzie przełomowe dla zespołu Blazon stone. Lepiej walczyć w 5 osobowym składzie, aniżeli w pojedynkę. Oby już nic nie powstrzymało bandu Ceda i oby służyli jak najdłużej, bo wciąż jest głód na piracki heavy metal. Czekamy na odpowiedź ekipy Rolfa, choć rozum podpowiada że nie mają szans z tym co pokazał Ced.
Ocena: 10/10
piątek, 3 maja 2019
BLAZON STONE - A live in the dark (2019)
By ruszyć na wielkie wody Ced musiał zaprosić muzyków z doświadczeniem, którzy nie będą się bać dzielić z nim sceny. Na wokalu pojawił się Philp Forsell z Anthem, na perkusji Daniel Sjorgen z Bloodbound, a także Jimmy Mattson z Planet Rain. Świetny skład to połowa sukcesu, tutaj mamy też znakomitą atmosferą i żywą publikę. Emocje gwarantowane i do tego ten klimat z koncertówek lat 80. Dużym plusem jest tutaj bez wątpienia znakomita setlista, która zawiera kawałki z "Down in the dark", ale też największe hity Blazon Stone. Na start mamy intro i tytułowy utwór z "Down in the dark", czyli album który był promowany przede wszystkim na żywo. Jest energia i piracki klimat, tak więc jest zabawa przednia. Słychać też że Philip ma świetny kontakt z publiką. Nie mogło zabraknąć przebojowego i melodyjnego "Soldier Blue", który jest prawdziwym killerem. Kocham "A traitor among us" bo to czysty running wild w starym wydaniu. Świetnie ten utwór brzmi na żywo, po prostu petarda. Spokojniejszy i bardziej stonowany "Hang drawn and quarted" pozwala złapać oddech przed kolejnym atakiem killerów. Piracki hymn w postaci "Black dawn of the Crossbones" to jeden z moich ulubionych kawałków z "War of the roses" i cieszy jego obecność w setliście. Speed metalowa jazda to urok "Eagle Warriors", który na żywo ma w sobie jeszcze więcej energii. Z "Return to port royal" zagrano tylko "Stand Your line" i to chyba jedyny minus tego wydawnictwa. Pojawiają się jeszcze takie hity jak rozpędzony "Born to be wild" czy epicki i rozbudowany "War of the roses". Na koniec mamy jeden z moich ulubionych kawałków Blazon Stone czyli "Rock out".
Koncertówka marzeń i płyta która przypomina klimatem "Ready for boarding" Running Wild. Klimat lat 80 daje tutaj o sobie znać, a Ced z kumplami stworzył nie samowitą atmosferę. Najlepsze hity Blazon Stone na żywo to prawdziwa uczta i oby Blazon Stone w końcu stał się prawdziwym bandem w najbliższej przyszłości. Marzy o tym nie tylko Ced, ale i jego fani.
Ocena: 10/10
wtorek, 30 kwietnia 2019
BLAZON STONE - Hymns of triumph and death (2019)
Ced jakimś czasem ogłosił, że zawiesza działalność Blazon Stone, bo męczące jest ciągnięcie projektu, który nie jest pełnoprawnym zespołem. Poszukiwania odpowiednich muzyków jest męczące, ale na szczęście Ced postanowił wydać nowy album. Za partie wokalne znów odpowiada Erik Forsberg, który nie raz pokazał, że pasuje do takiego grania idealnie. Na nowej płycie pokazuje jak świetnym wokalista jest. Jeśli chodzi o styl to Ced serwuje nam to co od pierwszych płyt, czyli stary dobry Running Wild. Na nowej płycie Ced mocno nawiązuje do "Black Hand Inn" i wszystko byłoby pięknie gdyby nie to że siła utworów na płycie nie jest tak mocna jak na poprzednich płytach. Mamy po prostu hity o nieco niższej klasie jakości, ale to wciąż świetna piracka przygoda, która odświeża znane i ukochane patenty Running wild.
Podoba mi się otwarcie w postaci "Triumph and death" który jest najciekawszym otwarciem w historii Blazon Stone. Duża dawka melodyjności i świetne nawiązanie do intra z "Black hand inn". Mocnym uderzeniem jest rozpędzony i przebojowy "Heart of Stone", który jest świetną wariacją na temat "Black Hand inn". To jest killer jaki się oczekuje od Blazon Stone. Dalej mamy równie szybki i żywiołowy "Dance of the dead", w którym Ced daje popis swoich imponujących umiejętności. Wciąż zachwyca swoją pomysłowością i techniką. Troszkę inaczej brzmi "Iron Fist of Rock", bowiem jest bardziej heavy metalowo, bardziej zadziornie. Ced pokazuje, że potrafi stworzyć hit na miarę "The soulless". Znakomicie wypada przebojowy i bardziej urozmaicony "Hellbound for the ocean", który znów odzwierciedla stare dobre czasy Running wild. Lekki, melodyjny "Blood of the fallen" to rasowy hit i nawiązuje do ostatnich płyt Rock;n rolfa. Mocny riff i duża dawka energii to atuty "Cheating the reaper". Ced nieco zaskakuje ostrzejszym riffem w "Slaves & masters",który również mocno nawiązuje do "Black Hand inn". Dalej mamy równie ciekawy i rozpędzony "Wavebreakers". Na sam koniec Ced prezentuje speed metalowy "Howells Victory", który znów nawiązuje do "Black Hand inn" i jeszcze "Wild Horde", który uderza w rejony "Blazon stone".
5 album pod szyldem Blazon Stone, a Ced wciąż trzyma wysoki poziomie. Nie ma może efektu zaskoczenia i takich emocji jak przy poprzednich płytach. Jednak Ced i jego geniusz sprawia, że płyta mimo słabszej siły przebojowości i tak zachwyca. Po prostu starego Running wild nigdy za wiele. Jestem niezmiernie wdzięczny, że są jeszcze takie młode i uzdolnione osoby jak Ced, który potrafią kontynuować spuściznę Running Wild. Moze jest to nieco słabszy album Blazon Stone, ale i tak jest to perełka godna uwagi.
Ocena: 9/10
piątek, 29 września 2017
BLAZON STONE - Down in the Dark (2017)
Ocena: 10/10
środa, 9 listopada 2016
BLAZON STONE - Ready for Boarding EP (2016)
Ocena: 10/10
BLAZON STONE - War of The Roses (2016)
Sam otwieracz „Born To Be Wild” to miłość od pierwszego riffu. Jest szybkość, zadziorność, klasyczne brzmienie wyjęte z starych płyt Running Wild. Bardzo podoba mi się praca Ceda tutaj, dynamika i przebojowy refren. Piracki hymn w najlepszym wydaniu. Jan Paweł znów pomaga Cedowi wpisaniu tekstów i przykładem jest „Mask of Gold”. Tutaj słychać przykład urozmaicenia w tym kawałku dzieje się sporo. Liczne przejścia, rozbudowane solówki, gdzie nawet bas czy perkusja mają swoje role. Kolejny wielki przebój na płycie, a to dopiero początek. Czego mi brakowało na poprzednich płytach Blazon Stone to takich kawałków jak „Stay in Hell”. W końcu Running Wild też nie grał w kółko na jedno kopyto speed metalowych petard. Kawałek momentami nasuwa kawałki z czasów pierwszych płyt Running Wild. Płytę promował „vici la grande peur”, który zaczyna się spokojnie i bardzo klimatyczne. Wejście gitar i perkusji od razu nasuwa okres „Death or Glory” czy „Blazon Stone”. Niezwykle szybki i energiczny kawałek, który pokazuje na co stać Ceda i Blazon Stone. Ogromny potencjał i muzyczny geniusz. Kompozycja bez skazy i oby jak najwięcej takich hitów w przyszłości. Zaskakuje stonowany i bardziej marszowy „Lusitania”, który przypomina kompozycje z czasów „Blazon Stone” Running Wild. Brakowało takich nieco spokojniejszych kawałków na poprzednich płytach Ceda. Dalej mamy kolejny wielki przebój czyli melodyjny „Black dawn of The Crossbones”. Tutaj popis daje Erik i jego wokal przypomina lata młodości Rock'n Rolfa. Świetny wokalista, który idealnie pasuje do tej stylistyki. Kawałek emanuje niezwykłym pirackim klimatem i spora w tym zasługa świetnych chórków i refrenowi. Nic tylko zapętlić i nucić w kółko. Instrumentalny „Welcome to the Village” brzmi jakby napisał go Jens Becker i to w okresie „Blazon Stone”. Imponujące popisy Ceda tutaj mamy. Mocne wejście i szybkie tempo „By hook or by Crook” czynią ten kawałek kolejną świetną petardą. Nie ma się do czego przyczepić. Riff z „Soldier Blue” brzmi bardzo znajomo i pewnie nie jeden by przytoczył tutaj teraz jakiś kawałek Running Wild. Bez wątpienia słychać erę „Death or Glory” czy „blazon Stone”. Znów Ced popisuje się niezwykłą pomysłowością jeśli chodzi o refreny czy solówki. Kompozycja perfekcyjna i wpisuje się w klasyczne albumy Running Wild. Tym razem Ced zaskakuje formą i naprawdę ciekawymi i urozmaiconymi kawałkami. Nie ma monotonności i granie na jedno kopyto co jest mocnym atutem płyty. Na sam koniec nie mogło zabraknąć kolosa i tutaj „War of the Roses” zaskakuje pod każdym względem. Świetne, klimatyczne wejście, które pozwala poczuć klimat z okładki. Spokojne, akustyczne wejście buduje napięcie, a potem wkracza naprawdę epicki i chwytliwy riff, który napędza całość. Liczne przejścia i sporo ciekawych momentów sprawia, że kompozycja mimo 9 minut nie nudzi. Sporym atutem jest tutaj wciągający refren, który znów ukazuje talent Ceda.
Wszystkie znaki na niebie wskazują w zasadzie jeden możliwy werdykt. „War of The Roses” to najlepsze dzieło Blazon Stone. Nie tylko trafiające w istotę rzeczy czyli granie pirackiego speed metalu w stylu Running Wild, ale też pokazujący że taka muzyka może dostarczać sporo frajdy. Nie ma tutaj niczego odkrywczego, ale nikt raczej nie spodziewał się odkrywania nowych wysp skarbów i tworzenia nowych map. Ced woli odkrywać na nowo znane tereny i dać radość fanom Running Wild, którzy już dawno stracili wiarę w Rolfa i nie zachwycają się jego ostatnimi albumami. To muzyka skierowana do fanów, którzy cenią muzykę, dobrą zabawę i przebojowy piracki speed metal. Jeśli to Was przekonuje to czas dołączyć do kapitana Ceda i dryfować razem z nim po niespokojnych oceanach i przeżywać niesamowitą przygodę będąc na pokładzie Blazon Stone.
Ocena: 10/10






