Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Blazon Stone. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Blazon Stone. Pokaż wszystkie posty

piątek, 12 grudnia 2025

BLAZON STONE - Treasure Hunt EP (2025)


 Cederick i Blazon Stone intensywnie pracują nad następcą „Damnation”. Jak na razie wiadomo jedynie, że zespół zamierza odejść od typowo pirackiej tematyki, choć wciąż pragnie pozostać wierny stylistyce Running Wild. Aby jednak nagrodzić fanom ich cierpliwość i długi czas oczekiwania na nowy album, Blazon Stone postanowili wydać minialbum. Płyta zatytułowana „Treasure Hunt” ukazała się 10 grudnia. I tu nie ma niespodzianki — to dokładnie ten Blazon Stone, którego znamy i kochamy.

Na szczególne uznanie zasługuje kolejna znakomita okładka w dorobku zespołu. Mocne, zadziorne brzmienie świetnie współgra z całą oprawą. Wszystko jest spójne, podobnie jak na wcześniejszych wydawnictwach. Co prawda brak elementu zaskoczenia, ale Blazon Stone wciąż grają swoje i nadal przypominają najlepsze lata Running Wild. Cederick niezmiennie zachwyca grą na gitarze i pomysłowością — zarówno w kwestii melodii, jak i podniosłych, wpadających w ucho refrenów. Nie można również pominąć utalentowanego Matiasa Palma, który nadaje całości wyrazistości i drapieżnego charakteru. Cały skład jest doskonale zgrany, a efektem są naprawdę znakomite kompozycje.

Na minialbumie znajdziemy cztery utwory — jeden cover oraz trzy kawałki, które nie pasowały do nadchodzącej płyty. Album otwiera „Cutthroat Island”, utwór zaczynający się klimatycznie, by po chwili nabrać tempa. To rasowy, szybki i przebojowy numer w charakterystycznym stylu Blazon Stone. Jeszcze ciekawszy wydaje się skoczny i pozytywnie zakręcony „Treasure Hunt”, przywodzący na myśl pierwsze płyty formacji — świetna sprawa. Prosty, zadziorny „Ironhearts” to już nieco bardziej surowy heavy metal w duchu „Soulless” Running Wild. Całość zamyka „Song from the Boneyard”, cover punkowego zespołu Elvert Under Ground, założonego przez ojca Cedericka. Interpretacja Blazon Stone wypada naprawdę intrygująco.

Blazon Stone wciąż trzymają wysoką formę i pokazują, że także dziś można grać energiczny heavy/power metal utrzymany w duchu klasycznego Running Wild. Nie ma tu rewolucji ani nowych rozwiązań, ale muzyka nadal dostarcza mnóstwo frajdy. Pozostaje z niecierpliwością czekać na nowy album — w końcu każda premiera Blazon Stone to małe święto dla fanów Running Wild.

Ocena: 8,5/10

sobota, 7 sierpnia 2021

BLAZON STONE - Damnation (2021)


 Z oddali słychać szum fal, nad taflą wody unosi się mgła, a w oddali widać czarną flagę z trupią czaszką. Płynie w naszą stronę okręt i na pierwszy rzut oka wygląda znajomo. Czy to ukochana bandera pod wodzą kapitana Rock'n Rolfa? Po chwili już widać obiekt w pełnej okazałości. Płynie znacznie szybciej i zwiększą werwą ów okręt niż obecnie łajba o nazwie Running Wild. Widać że okręt ma podobny styl i cechy co zasłużona czarna perła Kasperka, ale jest nowszy i jeszcze może wiele zdziałać na światowych wodach. Tak to nasza druga jakże ważna ekipa jeśli chodzi o piracki świat, czyli Blazon Stone. Bandera pod wodzą kapitana Cedericka Forberga pływa na wodach od 2011r i choć załogę praktycznie tworzył sam Ced, to podbijał świat i przypominał złote lata Running Wild. Mało komu udała się ta sztuka. Ciężko utrzymywać wysoki poziom swojej pracy, kiedy wszystko spoczywa na głowie jednego człowieka. Tutaj wielkie brawa dla niezwyciężonego Ceda, który mimo upływu lat nie tracił na świeżości i przebojowości. Każda wyprawa pod szyldem Blazon Stone kończyła się sukcesem.  Wszystko zmierzało niestety ku końcowi. Zmęczony Ced zakończył swoją misję w 2019r, a okręt Blazon Stone miał udać się na wieczny spoczynek. Jednak nikt nie zgasił żaru, który wciąż płonął. Blazon stone powraca niczym feniks z popiołu i chce pokazać całemu światu i wszystkim niedowiarkom, że choć jest wiele cech wspólnych z Running Wild, to Ced stworzył swoją własną wizję muzyki Running Wild. Dodaj do niej epickość, rozmach, lekkość i przebojowość. Blazon Stone powraca silniejszy i bardziej dojrzały by stoczyć kolejną bitwę i "Damnation" to mocny kandydat do płyty roku. Miała być najlepsza płyta Blazon Stone i faktycznie wszystko na to wskazuje.

Wcześniej Blazon Stone można było postrzegać jako projekt muzyczny Ceda. Wraz z "Damnation" coś się zmieniło, bo pierwszy raz mamy do czynienia z prawdziwym zespołem. Ced skupił się na komponowaniu, na melodiach, na refrenach i tworzeniu znakomitych pirackich riffów, a resztą zajęli się doświadczeni i znakomici muzycy. Kalle Lofgren to perkusista znany nam z Follow The Cipher i robi na płycie furorę. Momentami można poczuć klimat perkusji z "Death or glory" czy "Blazon Stone". Na basie jest Marta Gabriel, z którą Ced przecież w tym roku współpracował przy jej solowym albumie i crystal Viper. Kolejna wielka gwiazda, która zasili szeregi załogi Blazon Stone. Jest też stary kumpel Ceda czyli Emil, z którym grywał choćby w Rocka Rollas.Obawy było co do wokalu, bo przecież Erik Forsberg długo pełnił tą funkcję. Ced znalazł godnego następcę, który wnosi band na jeszcze wyższy poziom, a przy tym dalej czuć ten piracki klimat, który zapewniał nam Erik swoim głosem.

"Damnation" to skończone dzieło, które można określić mianem arcydzieła i nie można bać się tego słowa. Brzmienie jest soczyste, mocne i zarazem przesiąknięte klimatem lat 80. Ced już przyzwyczaił nas do mocnego i zarazem klasycznego brzmienia. Jak zwykle płytę zdobi fantastyczna okładka, a ta tym razem jest gratką dla fanów Running wild.  Dwie kluczowe postacie przy stole i na stole okrągła rzecz - skojarzenie z "Black hand Inn". Z jednej strony jeden bohater, z drugiej drugi bohater i każdy przedstawia inny świat - przypomina się "Death or glory". Widać stos czaszek, czyli mamy "Pile of skulls", jest też złoto, które przypomina "Under jolly roger" a szachy to ukłon w stronę "Victory".

10 utworów dających 43minuty muzyki i minusem tego jest że album jest krótki. Strasznie szybko to zlatuje. Tak to właśnie jest kiedy muzyka daje radość i jest tak przebojowa i energiczna. Nie ma tu smętów i Ced wiedział jak nagrać płytę klasyczną i opartą na pewnych schematach Running wild. Lekkie wejście akustycznych gitar w intrze "Damnation" przyprawiają o dreszcze i w pełni oddają klimat pirackich szant. Przypominają się najlepsze lata Running wild, gdzie intra były genialnym wstępem. Kto kocha "Pile of Skulls" czy "The black hand inn" ten od razu poczuje się jak w domu. Tradycyjnie po intrze dostajemy szybki killer i taki właśnie jest "Endless fire of hate".  Co za energia i dynamika, po prostu "Wow". Brzmi to świeżo, a przede wszystkim ile w tym gracji i pomysłowości. Ced znakomicie czuje piracki heavy metal, tak jak to kiedyś czuł właśnie Rolf. Efekt jest porażający, ale najlepsze jest to że Blazon Stone brzmi świeżo i mocarnie jak nigdy wcześniej. Płytę promował "raiders  of Jolly Roger", który brzmi jak miks "blazon stone" i black hand inn". Nowy krążek Ced cechuje też świetnie rozplanowane chórki, które dodają tylko smaczku i pirackiego klimatu. Wszystko zostało przemyślane i nie ma tutaj miejsca na fuszerkę. Hit goni hit, a to dopiero początek uczty. "Chainless Spirit" zaczyna się od mocnego heavy metalowego riffu rodem z "Soulles", ale utwór fajnie buja i ma taki skoczny klimat niczym "the hussar". Powiem jedno - refren to jedno z najlepszych rzeczy co słyszałem w roku 2021. Magia i Rolf może brać przykład z Ceda. Szacunek! Tytuł "Black Sails on the horizon" ciekawił mnie od samego początku kiedy była znana tracklista.  Nie zawiodłem się, bo to kolejny zaginiony klasyk z lat 80 czy 90. Ced odrobił robotę domową i stworzył kolejny killer, który śmiało mógłby zdobić "black hand inn". Refreny na płycie są bardzo podniosłe i pełne epickości. Pięknie zaczyna się "Wandering Souls", gdzie klimat bierze górę. Akustyczne gitary wprowadzają nas w kolejną petardę. Ced i jego ekipa zapraszają nas do swojego pirackiego świata i widać, że świetnie się bawią. Chcą nas tym zarazić i po prostu nie da się odmówić. Piracki hymn to idealne określenie dla tego przeboju. Nie Ced nie gotuje swoim fanom piekła na ziemi, ale "Hell on earth" to raj dla fanów muzyki Running Wild. Rolf idzie w hard rockowe klimaty i nie ma komu tworzyć prawdziwych pirackich killerów. Chwała że jest młody i uzdolniony Ced, przed którym jeszcze sporo ładnych lat i jeszcze nie jedna wyspa skarbów, którą trzeba zwiedzić i odkryć przed nami. Dużo się dzieje w tym kawałku i znów czuje się jakbym cofnął się do czasów "Pile of Skulls" czy "Black hand inn", a to nie jest takie proste przywołać takie wspomnienia.  Ced to potrafi i to jest niebywała sztuka. Nie ma ballad, jakiś nie potrzebnych smętów, dlatego "Bohemian Renegade" to rasowy heavy metalowy kawałek, z mocnym i zadziornym riffem, który przywołuje niemiecką scenę metalową. Nie wiem czemu, ale utwór mógłby się nawet znaleźć na nowej płycie Crystal Viper. Running wild miewał świetne intra, skoczne kawałki i rozpędzone killery, ale też ponadczasowe, epickie kolosy. "Treasure island" to mój numer jeden i aż ciężko mi uwierzyć, że "Highland outlaw" przypomina mi ten ponadczasowy album. Jest epicko, jest przebojowo i ile dobrego dzieje się w tym kawałku. Świetnie poprzedzono go "1671", który jest przesiąknięty szkockim klimatem.

Rejs dobiegł końca, można opuścić pokład bandery Blazon Stone. Emocje nie opuszczają, bo choć podróż krótka to podatna w niezapomniane przeżycia i atrakcje, które zapadają w pamięć.  Blazon Stone nie wypływa na nieznane wody i jasne, że miejsca do których nas zabiera przypominają te z wypraw Running Wild. Tylko, że kapitan Ced potrafi tak pokierować swoją wyprawą, by nie była nudna i przewidywalna. "Damnation" mogło nie powstać, Blazon stone mógłby być zapomniany i chwała, że tak się nie stało. W zamian dostaliśmy dzieło, które mam nadzieje że będzie przełomowe dla zespołu Blazon stone. Lepiej walczyć w 5 osobowym składzie, aniżeli w pojedynkę. Oby już nic nie powstrzymało bandu Ceda i oby służyli jak najdłużej, bo wciąż jest głód na piracki heavy metal. Czekamy na odpowiedź ekipy Rolfa, choć rozum podpowiada że nie mają szans z tym co pokazał Ced.


Ocena: 10/10

piątek, 3 maja 2019

BLAZON STONE - A live in the dark (2019)

Dzień w którym Ced Forsberg zabrał swój projekt muzyczny o nazwie Blazon Stone w trasę koncertową po paru festiwalach w Europie było dla wielu fanów jego talentu spełnieniem marzeń. Znakomity wirtuoz gitary, pomysłowy kompozytor i fan starego Running Wild jakim jest Ced to gratka dla fanów zobaczyć go w akcji na żywo. Nie każdy miał szansę zobaczyć Blazon Stone na żywo, ale Ced zadbał i o tych fanów. Zarejestrował koncert podczas festiwalu Headbangers open air i to jest nie lada gratka dla fanów Blazon Stone. " Live in the dark" to koncertówka z prawdziwego zdarzenia i taki hołd dla koncertowych albumów  z lat 80.

By ruszyć na wielkie wody Ced musiał zaprosić muzyków z doświadczeniem, którzy nie będą się bać dzielić  z nim sceny. Na wokalu pojawił się Philp Forsell z Anthem, na perkusji Daniel Sjorgen z Bloodbound, a także Jimmy Mattson z Planet Rain. Świetny skład to połowa sukcesu, tutaj mamy też znakomitą atmosferą i żywą publikę. Emocje gwarantowane i do tego ten klimat z koncertówek lat 80. Dużym plusem jest tutaj bez wątpienia znakomita setlista, która zawiera kawałki z "Down in the dark", ale też największe hity Blazon Stone. Na start mamy intro i tytułowy utwór  z "Down in the dark", czyli album który był promowany przede wszystkim na żywo.  Jest energia i piracki klimat, tak więc jest zabawa przednia. Słychać też że Philip ma świetny kontakt z publiką. Nie mogło zabraknąć przebojowego i melodyjnego "Soldier Blue", który jest prawdziwym killerem. Kocham "A traitor among us" bo to czysty running wild w starym wydaniu. Świetnie ten utwór brzmi na żywo, po prostu petarda. Spokojniejszy i bardziej stonowany "Hang drawn and quarted" pozwala złapać oddech przed kolejnym atakiem killerów.  Piracki hymn w postaci "Black dawn of the Crossbones" to jeden z moich ulubionych kawałków z "War of the roses" i cieszy jego obecność w setliście. Speed metalowa jazda to urok "Eagle Warriors", który na żywo ma w sobie jeszcze więcej energii.  Z "Return to port royal" zagrano tylko "Stand  Your line" i to chyba jedyny minus tego wydawnictwa. Pojawiają się jeszcze takie hity jak rozpędzony "Born to be wild" czy epicki i rozbudowany "War of the roses". Na koniec mamy jeden z moich ulubionych kawałków Blazon Stone czyli "Rock out".

Koncertówka marzeń i płyta która przypomina klimatem "Ready for boarding" Running Wild. Klimat lat 80 daje tutaj o sobie znać, a Ced z kumplami stworzył nie samowitą atmosferę. Najlepsze hity Blazon Stone na żywo to prawdziwa uczta i oby Blazon Stone  w końcu stał się prawdziwym bandem w najbliższej przyszłości. Marzy o tym nie tylko Ced, ale i jego fani.

Ocena: 10/10

wtorek, 30 kwietnia 2019

BLAZON STONE - Hymns of triumph and death (2019)

Mogłoby się wydawać, że tylko Rock'n Rolf i jego Running Wild ma swój własny styl, który nie da się podrobić. Na przestrzeni lat Rock'n Rolf pokazał jak znakomicie łączyć heavy/speed metal z tematyką piracką. Było kilka prób nawiązania do twórczości Running wild, ale ta sztuka w pełni udała się szwedzkiemu multi instrumentaliście Cedowi Forsbergowi. Jego projekt muzyczny pod szyldem Blazon Stone przyciągnął wiele fanów Running Wild i pokazał że ta formuła nie została w pełni wyczerpana i kryje jeszcze sporo wartościowej muzyki w sobie. Były już próby nawiązania do kultowych płyt Running Wild jak "Port Royal", "Blazon Stone" czy "Death or glory". Teraz Ced postanowił nawiązać za sprawą swoich pomysłów do "Black Hand Inn". Taki kierunek wskazuje przede wszystkim bliźniaczo podobna okładka najnowszego dzieła zatytułowanego "Hymns of Triumph and Death".

Ced jakimś czasem ogłosił, że zawiesza działalność Blazon Stone, bo męczące jest ciągnięcie projektu, który nie jest pełnoprawnym zespołem. Poszukiwania odpowiednich muzyków jest męczące, ale na szczęście Ced postanowił wydać nowy album. Za partie wokalne znów odpowiada Erik Forsberg, który nie raz pokazał, że pasuje do takiego grania idealnie. Na nowej płycie pokazuje jak świetnym wokalista jest. Jeśli chodzi o styl to Ced serwuje nam to co od pierwszych płyt, czyli stary dobry Running Wild. Na nowej płycie Ced mocno nawiązuje do "Black Hand Inn" i wszystko byłoby pięknie gdyby nie to że siła utworów na płycie nie jest tak mocna jak na poprzednich płytach. Mamy po prostu hity o nieco niższej klasie jakości, ale to wciąż świetna piracka przygoda, która odświeża znane i ukochane patenty Running wild.

Podoba mi się otwarcie w postaci "Triumph and death" który jest najciekawszym otwarciem w historii Blazon Stone. Duża dawka melodyjności i świetne nawiązanie do intra z "Black hand inn". Mocnym uderzeniem jest rozpędzony i przebojowy "Heart of Stone", który jest świetną wariacją na temat "Black Hand inn". To jest killer jaki się oczekuje od Blazon Stone. Dalej mamy równie szybki i żywiołowy "Dance of the dead", w którym Ced daje popis swoich imponujących umiejętności. Wciąż zachwyca swoją pomysłowością i techniką. Troszkę inaczej brzmi "Iron Fist of Rock", bowiem jest bardziej heavy metalowo, bardziej zadziornie. Ced pokazuje, że  potrafi stworzyć hit na miarę "The soulless".  Znakomicie wypada przebojowy i bardziej urozmaicony "Hellbound for the ocean", który znów odzwierciedla stare dobre czasy Running wild. Lekki, melodyjny "Blood of the fallen" to rasowy hit i nawiązuje do ostatnich płyt Rock;n rolfa. Mocny riff i duża dawka energii to atuty "Cheating the reaper". Ced nieco zaskakuje ostrzejszym riffem w "Slaves & masters",który również mocno nawiązuje do "Black Hand inn". Dalej mamy równie ciekawy i rozpędzony "Wavebreakers". Na sam koniec Ced prezentuje speed metalowy "Howells Victory", który znów nawiązuje do "Black Hand inn" i jeszcze "Wild Horde", który uderza w rejony "Blazon stone".

5 album pod szyldem Blazon Stone, a Ced wciąż trzyma wysoki poziomie. Nie ma może efektu zaskoczenia i takich emocji jak przy poprzednich płytach. Jednak Ced i jego geniusz sprawia, że płyta mimo słabszej siły przebojowości i tak zachwyca. Po prostu starego Running wild nigdy za wiele. Jestem niezmiernie wdzięczny, że są jeszcze takie młode i uzdolnione osoby jak Ced, który potrafią kontynuować spuściznę Running Wild. Moze jest to nieco słabszy album Blazon Stone, ale i tak jest to perełka godna uwagi.

Ocena: 9/10

piątek, 29 września 2017

BLAZON STONE - Down in the Dark (2017)

Running Wild jest jeden i choć może to być solowy projekt Rolfa, może to być zespół który nagrywa albumy typu "Shadowmaker", ale właśnie za to wszyscy kochamy Running Wild. Za pomysłowość Rolfa, za to że mimo jasno określonej stylistyki też nie raz potrafi zaskoczyć. W zasadzie każdy album Running Wild to inna przygoda i  z każdej można czerpać radość. Ciężko jest na pewno konkurować z takim zespołem, zwłaszcza jeśli chce się w iść ślady Running Wild, który wiele osiągnął i już jest wśród kultowych kapel. Szwedzki geniusz, multi instrumentalista Ced Forsberg nie odpuszcza i na dobre zagościł w metalowym światku ze swoim projektem muzycznym pod nazwą Blazon Stone, który jest dedykowany fanom Running Wild. Pomysłów ma pełno co  zresztą pokazał, a każdy z nich jest na wagę złota. Potrafi z łatwością przywołać czasy "Blazon Stone", Pile of Skulls", czy "Black Hand Inn". To jest spory atut, zwłaszcza że Running Wild już tak nie gra jak kiedyś. Jednak ciężko w Blazon Stone o świeżość, o jakieś większe urozmaicenie. Jeśli komuś nie przeszkadza w kółko granie tego samego i w takim samym szybkim tempie, ten będzie zachwycony Blazon Stone, a także nowym dziełem o nazwie "Down in The Dark". Jeśli ktoś szuka urozmaicenia i jakiś epickich dźwięków ten może poczuć się zawiedziony. Ced nagrał w sumie 5 albumów pod szyldem Blazon Stone. Pierwszy album to był szok i nie dowierzanie, że można tak jeszcze grać. "Return to port royal" to taki ukłon w stronę "Port Royal" czy "death or glory". Potem był "No sign of Glory", który miał coś z "Blazon stone". Najbardziej epicki i urozmaicony okazał się "War of the Roses". Zaś "Down in the dark" to gratka dla fanów "Black Hand inn" czy "Pile of skulls". To jest spory atut, zwłaszcza że wciąż na wokalu jest świetny Erik Forsberg, który dał czadu już na poprzednim albumie oraz na mini epce.

Brakowało mi na okładkach Blazon Stone piratów, takiego pirackiego klimatu i w końcu go dostałem. Okładka przypomina mi nieco okładkę singla "Lead or Gold". Brzmienie jest równie soczyste i dynamiczne jak na płytach Running Wild, tak więc można śmiało odpłynąć myśląc, że w odtwarzaczu leci nowy krążek ekipy Rolfa. Najważniejsza jest jednak muzyka zawarta na płycie, a ta jak zawsze jest na wysokim poziomie. Mamy 12 w sumie zwartych kawałków, co daje nam 43 minuty muzyki.

Zaczyna się tak bardzo klasycznie bo od intra w postaci "The galleons Departure", który brzmi trochę jak "The Curse" z "Black Hand inn" i to jest bardzo dobry znak. Pierwsza petarda jaka wkracza to "Into Victory", który pod względem konstrukcji i samego riffu przypomina "Black Hand Inn". Jest ostro, melodyjnie i bardzo piracko. Ced zadbał o ciekawe partie gitarowe i chwytliwy refren. Nie ma może zaskoczenia, ale głód na taki stary dobry Running Wild wciąż jest, a Ced go zaspokaja w 100 %. Płytę promował z wielkim sukcesem tytułowy "Down in the Dark", który jest jednym z najlepszych kawałków jakie stworzył Ced z myślą o Blazon Stone. Utwór jest szybki, energiczny i bardzo chwytliwy. Refren po prostu tutaj wymiata i zapada na długo w pamięci. Skojarzenia z kultowym "Pile of Skulls" sa jak najbardziej na miejscu. To się nazywa prawdziwy geniusz i Ced znów zaskoczył swoją pomysłowością. "Hang, drawned and quarted" to żaden cover Running Wild, ale jedyny wolniejszy i bardziej klimatyczny kawałek na płycie. Konstrukcja tego kawałka przypomina nieco epicki "War and peace". Tutaj wykazuje się bez wątpienia świetny Erik, który brzmi jak Rolf z dawnych lat, a to kolejny plus Blazon Stone.W "Eagle warriors" zespół przypomina mi nieco Lonewolf, ale klimat można porównać do "Pile of Skulls". Nowy album jest wyjątkowo dynamiczny i postawiono na szybkie speed metalowe petardy.  Bardzo przypadł mi do gustu bardziej rozbudowany "Tavern of the Damned", który zaczyna się akustyczną gitarą, a potem przeradza się w prawdziwy hit. Co może przykuwać uwagę to bardzo ciekawe partie gitarowe Ceda, choćby w sferze zwrotek. Mam wrażenie, że śrubki z napisem "Szybkość" zostają przykręcone jeszcze bardziej w rozpędzonym "Mercilles Pirate king", który znów zabiera nas w rejony "Pile of Skulls". Ced tutaj gra jak szalony i solówki są imponujące. Czy od geniusza muzycznego można się spodziewać czegoś innego? Na pewno ten kawałek, jak i reszta pokazują, że na tym albumie najlepiej funkcjonują chórki. Jest podniosłość i piracki klimat, który jest jeszcze bardziej podkreślony przez chórki, których gdzieś mi wcześniej brakowało. Nieco zaskakuje toporniejszy i bardziej heavy metalowy "Watery Graves", który brzmi nieco jak "The Soulless" i dobrze że Ced próbuje też grać w ten sposób, bo szybkie petardy to nie wszystko.Moje serce skradł jednak zupełnie inny utwór. Mowa o świetnym i pomysłowym "Rock Out". Tutaj Ced pozamiatał. Coś troszkę innego niż dotychczasowe kawałki. Właśnie czekałem na coś takiego. Wstęp brzmi jak nawiązanie do "Lonewolf", potem przeradza się w bardzo rytmiczny i taki skoczny utwór, w którym z łatwością można znaleźć elementy" Conquistadors" czy "Man in Black", które tak uwielbiam. Więcej takich kompozycji poproszę. To jest rozwiązanie jak nawiązywać do Running Wild, a przy tym nieco zaskoczyć. Dalej mamy energiczny i przebojowy "Bloody Inquisition", który ma coś z "Siberian Winter" czy "Black Hand inn". Znów wybuchowa mieszanka klasyków Running Wild. Murowany hit co zresztą słychać. Całość zamyka rozpędzony "Captain of the wild", który idealnie podsumowuje całość i pokazuje, że Ced może tworzyć te hity tak bez końca.

Ced dołączył nie tak dawno do the Storyteller, ma też Breitenhold, Mortyr, Cloven Altar, wspiera wiele młodych zespołów jak Roadhog czy Palantir, a w dodatku tworzy kolejne albumy Blazon Stone i to  z wielką dbałością. Wiele twarzy ma Ced, ale w sercu gra mu klasyczny heavy/speed metal, a najlepiej się czuje w klimatach Running Wild, co nie raz udowodnił. Kolejny album Blazon Stone ujrzał światło dzienne i znów fani mają powód do radości. Oby ten sen się nie skończył, a Cedowi nie zabrakło pomysłów na kolejne albumy. Gdyby było więcej takich muzyków jak Ced świat byłby lepszy. Płyta z serii brać w ciemno!

Ocena: 10/10

środa, 9 listopada 2016

BLAZON STONE - Ready for Boarding EP (2016)

Lata temu Running Wild wydał koncertówkę zatytułowaną „Ready for Boarding” i jest to po dzień dzisiejszy jedna z najlepszych koncertowych wydawnictw. Czasami jednak żałował, że Running Wild wydał album tak zatytułowany, ponieważ jest mocna i zapadająca w pamięci. Tak więc, ucieszył mnie fakt, że klon Running wild w postaci Blazon Stone postanowił wydać mini album tak zatytułowany. Na „ready for Boarding” EP znajdziemy 4 kawałki, które nie znalazły się na żadnym innym krążku Blazon Stone. Mammy tutaj 4 kompozycje, które oddają to co najlepsze w pirackim speed metalu, a najlepsze jest to, że przywołują na myśl klasyczne płyty Running Wild. Nie tylko powalają pirackim klimatem, wysokim poziomem aranżacji, czy przebojowością, ale również niezwykłą melodyjnością. Ced jest bardzo pracowity i imponuje ta jego pomysłowość, dzięki której potrafi tworzyć w takiej ilości hity, które są wysokiej klasy. Wracając do epcki to trzeba przyznać, że okładka jest mroczna i bardzo piracka. Może za bardzo przypomina debiut „Return to port royal”, ale wcale mi to nie przeszkadza. Najważniejsze jest to, że te 4 utwory rzucają na kolana. Zaczyna się od rytmicznego i zadziornego „Ready for Boarding” i tutaj znów Ced mnie zaskakuje że stawia na nieco wolniejsze tempo. Właśnie to jest klucz do sukcesu kolejnych płyt Blazon Stone. Postawić nieco na urozmaicenie, na zaskoczenie i nieco ograniczyć te szybkie, speed metalowe petardy. Utwór kipi energią, a klasyczny riff i refren na miarę kultowych utworów Running Wild czyni ten otwieracz perełką. Heavy metalowy riff i nieco bardziej urozmaicona aranżacja czyni „The Diamonds Curse” zaskakująco dobrym kawałkiem. Dzieje się tutaj sporo, choć kawałek trwa tylko 4 minuty. Od razu pochłania ta lekkość, ta zadziorność gitary Ceda no i piracki refren. To brzmi naprawdę imponująco i współpraca z Erika rozkwita w najlepsze. Czekałem cały czas kiedy Ced w końcu uderzy w rejony „Black Hand inn”, aż tu w końcu słychać bardziej złożony „The Hunting for Gold”. Świetny riff przyprawia o ciarki na plecach i do tego ciekawe chórki i partie wokalne Erika. Co ciekawe to tez nie jest takie szybkie tempo do jakiego przyzwyczaił nas Ced. Oby zespół poszedł w kierunku takim jakim słychać na epce i na „War of The Roses”. Ten perfekcyjny mini album zamyka dynamiczny i żywiołowy „Lost & Alone”, który pokazuje to co najlepsze w Blazon stone. Nikt tak nie kopiuje Running Wild jak Blazon Stone i czasami można dojść do wniosku że uczeń dorównał nauczycielowi. Jedyny minus to, że tak mało utworów na tej epce. Już nie mogę się doczekać kolejnych płyt Blazon Stone oraz Ceda. Prawdziwa uczta dla maniaków Running Wild.

Ocena: 10/10

BLAZON STONE - War of The Roses (2016)

Running Wild z Rolfem na czele nie raz zboczył z tematyki pirackiej poruszając tematy związane z polityką czy wojnami średniowiecznymi. Blazon Stone pod dowództwem Ceda też ostatnio uderza w nieco inne tematy. Najnowszy album zatytułowany „War of the Roses” zabiera nas do średniowiecza by przyjrzeć się wojnie o tron pomiędzy domami Lancaster i York. Pierwsze skojarzenie to oczywiście klasyczny album Running Wild w postaci „Blazon stone”. Zresztą okładka najnowszego dzieła Ceda wygląda jak kopia okładki „Little Big Horna” czyli singla z okresu „Blazon Stone”. Liczne powiązana z tamtym albumem są widoczne gołym okiem, ale nie oznacza to, że mamy do czynienia z nudną i nic nie wnoszącą kopią, które nie ma szans na własną historię i własny kunszt.

Blazon Stone to projekt muzyczny utalentowanego Ceda, który nie kryje zamiłowania do twórczości Running Wild. Nie raz już nas o tym uświadamiał i nikogo nie powinna dziwić wtórność czy fakt, że Blazon Stone brzmi jak kopia Running Wild. Nie da się podrobić Running Wild, ale można świetnie nawiązać do ich stylów i najlepszych płyt. To się Blazon Stone z pewnością udaje. Mają za sobą dwa bardzo dobre albumy, z czego „Return to Port Royal” cieszy się największą popularnością. Fakt mamy tam świetne kompozycje, ale czasami mam wrażenie, że to wynika z tego że fani starego Running Wild dostali w końcu dobrą kopią Running Wild z lat 80. „No Sign of Glory” był już nieco innym wydawnictwem i miało się wrażenie że był bardzo schematyczny i mniej przebojowy. Szybko Ced rozpoczął pracę nad nowym albumem, w międzyczasie pozyskał nowego wokalistę – Erika Forsberga i zakończył działalność Rocka Rollas. Pierwsze próbki naprawdę imponowały i dawały nadzieję na naprawdę bardzo dobry album. Jednak mam wrażenie, że Ced właśnie nagrał najlepszy album Blazon stone i jeden ze swoich najlepszych wydawnictw. Nie chodzi o to, że album zaskakuje tematycznie, czy też wreszcie dysponuje znakomitym wokalistą, ale też materiał jest w końcu bardziej urozmaicony i jeszcze bardziej przebojowy. Na płycie pojawiają się nie tylko szybkie, speed metalowe petardy, ale też jakieś kawałki o średnim tempie, jakiś instrumentalny kawałek w stylu Beckera, czy epickie apogeum, które wieńczy album. Tak śmiało można mówić o wydawnictwie na miarę „Blazon stone” Running Wild.

Sam otwieracz „Born To Be Wild” to miłość od pierwszego riffu. Jest szybkość, zadziorność, klasyczne brzmienie wyjęte z starych płyt Running Wild. Bardzo podoba mi się praca Ceda tutaj, dynamika i przebojowy refren. Piracki hymn w najlepszym wydaniu. Jan Paweł znów pomaga Cedowi wpisaniu tekstów i przykładem jest „Mask of Gold”. Tutaj słychać przykład urozmaicenia w tym kawałku dzieje się sporo. Liczne przejścia, rozbudowane solówki, gdzie nawet bas czy perkusja mają swoje role. Kolejny wielki przebój na płycie, a to dopiero początek. Czego mi brakowało na poprzednich płytach Blazon Stone to takich kawałków jak „Stay in Hell”. W końcu Running Wild też nie grał w kółko na jedno kopyto speed metalowych petard. Kawałek momentami nasuwa kawałki z czasów pierwszych płyt Running Wild. Płytę promował „vici la grande peur”, który zaczyna się spokojnie i bardzo klimatyczne. Wejście gitar i perkusji od razu nasuwa okres „Death or Glory” czy „Blazon Stone”. Niezwykle szybki i energiczny kawałek, który pokazuje na co stać Ceda i Blazon Stone. Ogromny potencjał i muzyczny geniusz. Kompozycja bez skazy i oby jak najwięcej takich hitów w przyszłości. Zaskakuje stonowany i bardziej marszowy „Lusitania”, który przypomina kompozycje z czasów „Blazon Stone” Running Wild. Brakowało takich nieco spokojniejszych kawałków na poprzednich płytach Ceda. Dalej mamy kolejny wielki przebój czyli melodyjny „Black dawn of The Crossbones”. Tutaj popis daje Erik i jego wokal przypomina lata młodości Rock'n Rolfa. Świetny wokalista, który idealnie pasuje do tej stylistyki. Kawałek emanuje niezwykłym pirackim klimatem i spora w tym zasługa świetnych chórków i refrenowi. Nic tylko zapętlić i nucić w kółko. Instrumentalny „Welcome to the Village” brzmi jakby napisał go Jens Becker i to w okresie „Blazon Stone”. Imponujące popisy Ceda tutaj mamy. Mocne wejście i szybkie tempo „By hook or by Crook” czynią ten kawałek kolejną świetną petardą. Nie ma się do czego przyczepić. Riff z „Soldier Blue” brzmi bardzo znajomo i pewnie nie jeden by przytoczył tutaj teraz jakiś kawałek Running Wild. Bez wątpienia słychać erę „Death or Glory” czy „blazon Stone”. Znów Ced popisuje się niezwykłą pomysłowością jeśli chodzi o refreny czy solówki. Kompozycja perfekcyjna i wpisuje się w klasyczne albumy Running Wild. Tym razem Ced zaskakuje formą i naprawdę ciekawymi i urozmaiconymi kawałkami. Nie ma monotonności i granie na jedno kopyto co jest mocnym atutem płyty. Na sam koniec nie mogło zabraknąć kolosa i tutaj „War of the Roses” zaskakuje pod każdym względem. Świetne, klimatyczne wejście, które pozwala poczuć klimat z okładki. Spokojne, akustyczne wejście buduje napięcie, a potem wkracza naprawdę epicki i chwytliwy riff, który napędza całość. Liczne przejścia i sporo ciekawych momentów sprawia, że kompozycja mimo 9 minut nie nudzi. Sporym atutem jest tutaj wciągający refren, który znów ukazuje talent Ceda.

Wszystkie znaki na niebie wskazują w zasadzie jeden możliwy werdykt. „War of The Roses” to najlepsze dzieło Blazon Stone. Nie tylko trafiające w istotę rzeczy czyli granie pirackiego speed metalu w stylu Running Wild, ale też pokazujący że taka muzyka może dostarczać sporo frajdy. Nie ma tutaj niczego odkrywczego, ale nikt raczej nie spodziewał się odkrywania nowych wysp skarbów i tworzenia nowych map. Ced woli odkrywać na nowo znane tereny i dać radość fanom Running Wild, którzy już dawno stracili wiarę w Rolfa i nie zachwycają się jego ostatnimi albumami. To muzyka skierowana do fanów, którzy cenią muzykę, dobrą zabawę i przebojowy piracki speed metal. Jeśli to Was przekonuje to czas dołączyć do kapitana Ceda i dryfować razem z nim po niespokojnych oceanach i przeżywać niesamowitą przygodę będąc na pokładzie Blazon Stone.

Ocena: 10/10

piątek, 30 października 2015

BLAZON STONE - No Sign of Glory (2015)

Zastanawiałem się jak będą wyglądać dalsze losy bocznego projektu lidera Rocka Rollas o nazwie Blazon Stone. W końcu Cederick Forsberg ma na głowie nie tylko Blazon Stone i jego głównym zespołem jest Rocka Rollas, a ostatnio jeszcze doszedł Breitehold. Byłem ciekaw czy wystarczy pomysłów na kolejny album Blazon stone, czy uda się utrzymać taki poziom jak na debiucie.  Blazon Stone od samego początku wygląda jak projekt muzyczny będący hołdem dla starego Running Wild, dla klasycznego pirackiego metalu, który mieliśmy okazję poznać na płytach RW pokroju „Death Or Glory” czy „Port Royal” . Pytanie jakie od razu zrodziło się przy debiucie czy Blazon Stone to projekt na jedną płytę czy raczej na dłużej. „No Sign of Glory” pokazuje że to dopiero początek historii Blazon Stone i raczej na dwóch płytach się nie skończy. Jak wypada najnowsze dzieło Blazon stone?

Ciekawym zjawiskiem jest to, że nowy album Blazon Stone ma premierę w tym samym okresie co dwa inne albumy nagrane przez Ceda. Rocka Rollas i Breitenhold również mają premiery swoich nowych albumów i miło widzieć że Ced ma tyle pomysłów i stać go na taki luksus.  Jednak można było zwątpić w to co dostaniemy, czy muzyka będzie równie świetna co na debiucie. Styl został ten sam, dalej Ced serwuje nam stary, dobry Running Wild z lat 80. Dalej to on jest odpowiedzialny za instrumentarium, za pomysły, choć przy komponowaniu  Polak Jan Paweł, zaś przy „A traitor amongst Us”  Mina Walkure. Ced często zmienia osoby do współpracy i tym razem nie było inaczej. Do projektu został zaproszony Georgi Paychev, który jest odpowiedzialny za partie wokalne. Trzeba przyznać, że poradził sobie znakomicie, jednocześnie oddając charakter Rock’n Rolfa i Running Wild. Śpiewa zadziornie i z takim pirackim zacięciem co może się podobać. Brzmienie jak i inne aspekty tego albumu są dopracowane i właściwie zadbano o każdy szczegół. Okładka tak jak w przypadku debiutu jest klimatyczna i utrzymana w klimacie płyt Running Wild. Jednak  do rzeczy, materiał podobnie jak na debiucie jest zwarty i treściwy, nie brakuje dobrych melodii i hitów na miarę starego Running wild. Zaczyna się od intra w stylu Running Wild i „Declaration of War” to melodyjne intro, które wprowadza nas do świata starego Running Wild i o to chodziło. Potem atakuje nas szybki „Fire The Cannons” i to jest prawdziwa petarda, która ma niezłą energią i ciekawe popisy gitarowe. Sam klimat i konstrukcja ma coś z „Pile of Skulls” czy „Blazon Stone”. Klasyczny Running Wild w najlepszym wydaniu. Dalej mamy nieco bardziej rozbudowany „A traitor amongst Us”, który bliżej ma do czasów „Black Hand Inn” i dzieje się tutaj naprawdę sporo. Mamy liczne przejścia, zmiany temp i motywów.  Ten utwór poniekąd promował też album i w sumie nic dziwnego, bo jest to naprawdę świetny kawałek, który od razu daje do zrozumienia co gra Blazon Stone i kto był ich mentorem. „No return from Hell”  ma nieco ostrzejszy riff, lekką nutkę toporności i tutaj można mówić o początkach Running Wild.  Na pewno co wyróżnia ten utwór to niezwykle szybko zapadający w ucho refren i jakże atrakcyjne solówki Ceda. Nie pierwszy raz pokazuje, że ma ciekaw pomysły i potrafi je wprowadzić w życie.  Running Wild nagrał „Bloody Island” a Blazon Stone nagrał „Bloody Gold” i to jest kolejny wielki hit, który pokazuje potencjał Ceda i jego umiejętność odtworzenia złotego okresu Running Wild. Jednym z najmocniejszych kawałków jakie Ced stworzył jest  „Fight or be Dead”. Jasne nic nowego, jasne że kalka Running Wild, ale Ced tutaj pokazuje jaki wpływ na niego miał ten zespół i potwierdza tylko, że jest specem od odtworzenia najlepszego okresu Running Wild. W tym utworze mamy wszystko to co składy się na styl wykreowany przez Rock;n rolfa, mamy piracki refren, mamy atrakcyjne popisy gitarowe Ceda i w sumie jest to kolejny świetny przebój.  Co na pewno by się przydało jakieś zwolnienie, może urozmaicenie, bo co niektórym może się to wszystko zlać jedną całość, co nigdy nie jest efektem do zaakceptowania. W sumie każdy utwór jest podobny do siebie, ale czy to źle kiedy zespół serwuje nam takie petardy jak „Beasts of War” czy „Stranded and Exiled”.  Jeśli chodzi o stylistykę czy konwencję to na wyróżnienie bez wątpienia zasługuje marszowy „No sign of Glory”. Jest to bardziej rozbudowany utwór, który nastawiony jest na ukazanie klimatu pirackiego, epickości i talentu Ceda. Nie ma słabych kompozycji  i to było do przewidzenia.

Nie często się spotyka tak utalentowanego muzyka jak Ced, który potrafi nie tylko spełniać się jako lider Rocka Rollas, ale również w swoich pobocznych projektach muzycznych jak Breitenhold czy właśnie Blazon Stone. Nie tylko nagrywa kolejne albumy, które odnoszą sukcesy, nie tylko tworzy co raz więcej muzyki, gdzie nie jeden artysta wysiada przy normalnym tempie, to jeszcze w dodatku nagrywa takie perełki jak „No sign of Glory”. To jest album pełen cytatów, odesłań do twórczości Running wild, ale przecież taki był cel . Właśnie po to powstał Blazon Stone.  Miał być jedynym słusznym zespołem, który przejmie spuściznę po Running Wild i będzie kontynuował ich misję. Cel został osiągnięty, a my fani Running Wild jesteśmy w pełni zadowoleni. To jest właśnie znak glorii i chwały Ceda i Blazon Stone.


Ocena: 9.5/10

sobota, 14 września 2013

BLAZON STONE - Return to Port Royal (2013)

Ahoj, wszyscy na pokład, pora ruszyć w niezapomnianą podróż, przygodę. Cel? Oczywiście obieramy kierunek na Port Royal. Wiele wód, wysp odkryła bandera Rolfa Kasperka, który pływał również w okolicach Port Royal w latach swojej glorii i chwały. Któż z nas nie pamięta wycieczki do Port Royal? Tortuga Bay i pływanie ze sztormem w tle też są tutaj godne zapamiętania, podobnie jak wyprawa na wyspę skarbów. Niestety ale statek o nazwie Running Wild pływa już niemal od ponad 30 lat i już nieco zardzewiał. Wiele dobrych piratów jak Thilo Hermann czy Jorg Micheal odeszło i poszło w swoim kierunku i obecnie kapitana Rolfa wspiera Peter Jordan. Dawno nie wybierali się w tamte rejony, które przyniosły im sławę, a ostatnia wyprawa „Shadowmaker” nie zakończyła się takim sukcesem jakim fani by chcieli. W tym roku ma być „Resillent” czyli nadzieja na powrót do śpiewania pirackich szantów, do rabowania, łupienia i picia rumu w dużych ilościach. Pytanie czy stara bandera Kasperka na nieco zardzewiałym statku dostarczy nam takich emocji jak za dawnych lat? Otóż to, ale na szczęście nie brakuje młodzieńców, którzy też chcą podążać piracką drogą . Ced, który jest znany z Rocka Rollas, czyli szwedzkiego heavy metalowego zespołu, w którym też echa Running Wild można było usłyszeć na debiutanckim albumie postanowił założyć Blazon Stone – zespół który pozwoli fanom zaznać ponownie tej magii znanej nam z „Black hand Inn”, „Port Royal” czy „Death Or Glory”. Dwu osobowa bandera Ceda wybiera się w dziewiczy rejs łajbą Blazon Stone i obiera za kurs Port Royal. Około 20 lat przyszło czekać, aż ktoś się podejmie się podobnej wyprawy w podobne rejony co Running Wild, ale jednocześnie z taką samą pasją, z taką samą magią i pirackim klimatem. „Return to Port Royal” to debiutancki krążek Blazon Stone, ale można to traktować również jak zagubiony album Running Wild. Czego się można spodziewać po tej wyprawie?

Nazwa Blazon Stone, która nasuwa oczywiście album „Blazon Stone”, tytuł płyty „Return To Port Royal” nasuwa na myśl album „Port Roayl” Running Wild. Zaś patrząc na tą iście piracką i genialną szatę graficzną można zobaczyć w niej coś z „Under Jolly Roger”. Fakty mówią za siebie, że narodził się nam zespół, który może zająć miejsce po Running Wild. Stylistycznie nie ma tutaj kombinowania i otrzymujemy muzykę w stylu Runnning Wild z najlepszych lat. Tak więc nie zdziwcie się jak usłyszycie w kawałkach odesłania do znanych płyt Rolfa Kasperka. Cel zamierzony, ale jaki końcowy efekt daje. Całość w tym przypadku brzmi jak zagubiony album Running Wild z lat 80. Tak jak w Running Wild Rolf Kapserek pełni rolę kapitana i zawsze starał się sam stworzyć, tak w Blazon Stone kapitanem i motorem napędowym jest Ced, który zajmuje się niemal wszystkim. To on skonstruował linie melodyjną utworów, to one je skomponował, to dzięki niemu magia Running Wild jest w Blazon Stone, a kompozycje niszczą swoją energią, melodyjnością i pirackim klimatem. Od strony gitarowej dzieje się sporo i wystarczy posłuchać epickiego „The Tale Of Vasa” w którym dzieje się sporo i choć na myśl przychodzi „The battle Of Waterloo” czy „Treasure Island” to ten kawałek ma swój charakter. Sporo ciekawych rozwiązań, sporo atrakcyjnych melodii, a wszystko to utrzymane oczywiście w pirackim stylu. Czego mi brakuje na ostatnich płytach Running Wild? Szybkości, tej magii z starszych płyt, agresji, pirackiego klimatu. To wszystko znalazłem na tej płycie Blazon Stone. Właściwie dominują szybkie kawałki i taki „Wind In The Sails” z melodią wyjętą z „Siberian Winter czy chwytliwy „Stand you Line” który jest godnym następcą „Riding The Storm” tylko potwierdzają ten stan rzeczy. Running Wild słynął też z dobrych intr, jednak te czasy już ma dawno za sobą, ale Blazon Stone i tutaj pomyślał o wszystkim i zadbał o krótkie klimatyczne „Intro”, które jest równie genialne co te znane z „Pile Of Skulls”. Ced choć zajmuje się tutaj całą warstwą instrumentalną to udało mu się zapewnić znakomitą sekcję rytmiczną o jakiej można pomarzyć tylko na nowym albumie Running Wild. By dorównać Running Wild, ba nawet zastąpić ich na scenie w przyszłości trzeba umieć tworzyć hity, mieć w sobie geniusz kompozytorski jaki miał bez wątpienia Rolf i wiecie co? Ced go ma i chwała że wciąż są tam gdzieś tacy młodzi uzdolnieni muzycy, którzy tworzą z pasji do muzyki, a nie dla pieniędzy. Dlaczego Blazon Stone udało się tak dobrze odtworzyć to co najlepsze w Running Wild? Dlaczego im udało się nagrać tak magiczny album? Kolejnym tutaj elementem składowym jest wokalista Erick, który brzmi podobnie do Rolfa. Jest to specyficzny, piracki wokal, który idealnie odnajduje się w takim graniu. Utwór „Return To Port Royal” to prawdziwy hit, który wciąga w piracki świat. Charakterystyczne akustyczne wejścia znane z Running Wild też tutaj występują co słychać w „Amistad Rebellion”, czy „Blackbeard”. No i na koniec chciałbym wspomnieć o perełce „High Treason”, który przenosi do czasów „Pile Of Skulls” czy „Black Hand Inn”. Dużo odesłań do płyt Running Wild, jednak to są tylko smaczki, bo nie ma tutaj odgrzewania kotletów, a jedynie stworzenia czegoś własnego bazując na znanych patentach z Runnning Wild.

Wyprawa pełna emocji, zaskoczeń i miłych smaczków klasyki Running Wild. Ced i jego Blazon Staone pokazał że można grać w starym stylu Running Wild. Udowodnił, że temat pirackiego metalu nie został wyczerpany, że można wciąż dopisać kolejne rozdziały historii Running Wild. Ten rok będzie rokiem konfrontacji doświadczonego i legendarnego Running Wild prowadzonego przez Rolfa i P.J z Blazon Stone prowadzonego przez Ceda I Ericka i wiecie co? Czuje, że Running Wild nie da rady przebić „Return To Port Royal”. Ta płyta jest po prostu magiczna, utrzymana w klasycznym stylu Running Wild z najlepszych lat. Szukałem czegoś takiego od lat, czekałem na młodego muzyka który ruszy z własnym zespołem w piracką podróż śladami Rolfa Kasperka i ten czas w końcu nastał. Najlepszy debiut roku 2013 i jeden z najlepszych albumów roku 2013, o ile nie najlepszy. ”Ready For Boarding”? Arrr

Ocena 10/10