Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Dragonforce. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Dragonforce. Pokaż wszystkie posty
piątek, 15 marca 2024
DRAGONFORCE - Warp Speed Warriors (2024)
Niby wiedziałem jaki będzie nowy album Dragonforce, niby wiedziałem, że to będzie wypisz wymaluj "Extreme Power Metal", czyli muzyka dla dużych dzieci, a może małych? To jednak do końca się łudziłem i wierzyłem w powrót do korzeni. Tak to już jest jak się kocha zespół i ceni jego wpływ na twój gust muzyczny. "Sonic Firestorm" czy "inhuman rampage" to już w sumie klasyki power metalu, a również era z Marc Hudsonem dostarczyła nam genialny "The Power Within". 5 lat minęło i przyszedł czas na długo wyczekiwany "Warp Speed Warriors". Kiczowata okładka, głupi tytuł płyty i już wiadomo co nas czeka.
Wiara do końca była w ten album, zwłaszcza że początek płyty nastraja bardzo pozytywnie. Trwający prawie 7 minut "Astro Warrior Anthem" to taki szybki, melodyjny i przebojowy power metal z początku ich kariery. Herman Li i Sam Totman dają popis solówek i partii gitarowych jak za dawnych lat. Ciekawe pojedynki, trzymający poziom Marc Hudson i taki podniosły, rycerski refren. No brzmi to obiecująco i pojawia się radość na twarzy. Słodki, troszkę może taki komercyjny jest "Power of Triforce". Pomysłowość i ciekawe rozwiązanie na aranżacje sprawiają, że dostajemy rasowy hicior, który z dumą można prezentować na żywo. Jakby cały album miał podobny feeling to nie byłoby źle. Początek jest dobry, ale potem band zaczyna badać naszą wytrzymałość i poziom cierpliwość. Nie raz pojawiają się myśli typu "co ja u diabła słucham?" i " czy to jest jeszcze heavy metal?". Słodkość, kicz przekracza granicę w "Kingdom of Steel". To jest ballada, czy jakaś kolęda? Straszny koszmarek. Echa starego stylu pojawiają się w rozpędzonym "Burning Heart". Band pędzi wręcz na skręcenie karku i niby jest to szybkość z której słynie band, ale jakość tutaj koleje. Test cierpliwość poziom 2 mamy w "Space Marine Corp". Chórki i pewne smaczki rodem z "Captain Jack" sprawiają, że zaczynam się zastanawiać, czy to jakiś "Soundtrack psiego patrolu" czy rzeczywiście jeszcze heavy metal? To niestety nie koniec taki utworów na płycie. "Doomsday party" i choć jestem fanem starego Dragonforce to nie mogę przeboleć tego co oni wyprawiają w tym utworze. Band chyba uderza teraz do fanów disco i może chcą podbić dyskoteki? Cover Taylor Swift jeszcze bardziej ich pogrąża. Próba ratowania w szybszym "The Killer Queen" nie pomagają. Przekombinowany z pewnymi przebłyskami "Pixel Prison" też ma tylko ciekawe momenty. Zmarnowano potencjał tego utworu.
Ile jeszcze potrwa ten okres dziecinady w Dragonforce? Ile jeszcze muszą nagrać koszmarków typu "Doomsday party"? Gdzie jest granica kiczu? Kto słucha obecnej wersji Dragonforce? Dużo pytań, dużo wątpliwości i ogromne przerażenie. Zespół, który miał renomę w power metalu, stał się pośmiewiskiem i karykaturą samych siebie. Ciężko w to uwierzyć, ale Dragonforce nie ma obecnie nic ciekawego do zaoferowania. Będę żył nadzieją, że kiedyś powrócą w wielkim stylu.
Ocena: 4.5/10
poniedziałek, 26 sierpnia 2019
DRAGONFORCE - Extreme Power Metal (2019)
Dragonforce to zespół, który można albo lubić albo nie nawidzić. Dla jednych jest to obiekt drwin, a dla drugich lider w power metalowym światku. Mają swój styl, mają nieco kiczowaty wydźwięk i nie kryją swoich zamiłowań do gier komputerowych z lat 90 czy komiksów, a nawet anime. Kiedy zmieszamy to ze słodkimi melodiami i niezwykłą szybkością daje w efekcie mieszankę, którą nie każdy jest w stanie strawić. Warto wspomnieć, że w tym roku band wydaje swój 8 album zatytułowany "Extreme power metal". Jest to 4 album z Mac Hudsonem na wokalu i jest to kolejny album, w którym zespół stara się zadowolić swoich zagorzałych fanów i jednocześnie zaskoczyć czymś nowym.
"Extreme power metal" to poniekąd płyta, która kontynuuje to co mieliśmy na poprzednich płytach, choć sam klimat i styl całej płyty przypomina mi "Ultra beatdown". Niby wszystko jest to z czego zasłynął dragonforce i mamy też i powiew świeżości, jednak same kompozycje są dalekie od ideału. "The power within" emanował energią i hit gonił hit, z kolei taki "Maximum Overload" zaskakiwał agresją i dynamiką. Nowy album jest daleko w tyle.
Produkcja jak przystało na ten band jest wysokiej klasy i taka dopasowana do świata gier komputerowych. Mac Hudson to właściwy człowiek na właściwym miejscu, aczkolwiek jakoś tutaj momentami brzmi bez ikry i charakteru.
Na płycie znajdziemy 10 kawałków, z czego jeden to cover Celine Dion. Na start mamy singlowy "Highway to oblivion" i jest to chwytliwy kawałek. Słychać powrót do słodkiego power metalu. Bardzo solidny kawałek, ale jakoś na kolana nie powala. Powiew epickości można poczuć w początkowej fazie "Cosmic power of the infinite shred machine". Kocham te tytuły utworów w wykonaniu dragonforce. I nie ma się co dziwić, że ludzie potrafią z nich drwić. Sam utwór przeciętny. Jest szybko, jest mocny riff, ale jakoś nic z tego nie wynika. Zaskakuje stonowany, nieco w stylu Sabaton "The last Dragonborn". Duży plus za klimat japoński i próbę zaskoczenia fanów nieco stricte metalowym kawałkiem. Panowie starają się nas zaskoczyć lekkim i przebojowym "Heart Demolition" i tutaj słychać jakby wpływ Battle Beast czy Beast in Black. To kolejny utwór, który zasługuje na szczególną uwagę. Herman Li i Sam Totman grają swoje i ich gra jest dobrze rozplanowana. Nie grają na jedno kopyto i starają się urozmaicać swoją grę i to jest atut tej płyty. Z tych szybszych utworów na wyróżnienie zasługuje rozpędzony i przebojowy "The troopers of the stars". Jest energia, pomysłowe melodie i chwytliwy refren, taki rasowy Dragonforce jaki kocham. W podobnym stylu utrzymany jest szybki i dobrze wyważony "Razorblade Meltdown". Band zaskakuje w lekkim i nieco rockowym "Strangers". Pierwszy raz tak Dragonforce ociera się o komercję. W podobnych klimatach utrzymany jest nieco balladowy "Remembrance day". To wszystko to nic w porównaniu z coverem Celine Dion. Kultowy utwór znany z Titanica został przerobiony w stylu Dragonforce. "My heart will go on" zaczyna się niczym gra komputerowa, a potem nabiera odpowiedniej szybkości dla zespołu i co ciekawe brzmi jak by został napisanych przez nich. Trzeba mieć dystans, aby zaakceptować to wykonanie.
Typowy Dragonforce z pewną dawką zaskoczenia. Mamy szybkie kompozycje, ale nie brakuje też komercyjności i lekkich kawałków. Płyta ma bardzo dobre momenty, ale też i takie gdzie jest zgrzyt. Całościowo nie ma mowy o albumie, który przebija poprzednie. Kolejna płyta w dyskografii tej kapeli, która za wiele nie wnosi i raczej można ją zaliczyć do tych najsłabszych albumów w ich dyskografii.
Ocena: 7/10
sobota, 20 maja 2017
DRAGONFORCE - Reaching into infinity (2017)
Wielka Brytania nie należy do państw, w których rodzaj muzyki heavy metalowej określanej mianem power metalu jest bardzo popularny. Ten kraj słynie z ery NWOBHM, z charakterystycznego heavy metalu i hard rocka, z kolei power metal zaczął później się pojawiać i to tak bez większego szału. Jednak kilka kapel udało się przetrwać do czołówki najlepszych formacji grających ten rodzaj muzyki. Na szczycie brytyjskiego power metalu jest bez wątpienia Dragonforce. Działają od 2001 r i dali się poznać jako specjaliści od naprawdę szybkiego grania. Niektórzy nawet posądzają band o przyspieszanie utworów w studio. Chwytliwe melodie, szybka sekcja rytmiczna, rozbudowane pojedynki na solówki Sama Totmana i Hermana Li i wokal Zp Heart stały się szybko rozpoznawalnym znakiem kapeli. Dorobili się 7 albumów, a najciekawsze jest to że kapela prawdziwą rewolucję przeszła wraz z pojawieniem się Marca Hudsona. Nowy wokalista wniósł świeżość, kapela przestała wydłużać utwory na siłę, zaczęła urozmaicać materiał, przestała grać tylko szybko, ale zaczęła stawiać na ciekawe motywy i element zaskoczenia. Nowa jakość Dragonforce zaczęła imponować, bo zespół dojrzał i stał się czymś więcej niż pędzącym do przodu zespołem. Najnowsze dzieło w postaci "Reaching into infinity" to album, który wprowadza zespół w nowe rejony i można potraktować jako punkt zwrotny w karierze zespołu. To niby Dragonforce jaki znamy, ale jednak jest coś nowego.
Jest w końcu na okładce smok, który już dawno powinien się pojawić. Niby nic nowego nie widać, zresztą same brzmienie wydaje się być identyczne jak na ostatnich wydawnictwach. Tutaj większych zmian nie uświadczymy. Sami muzycy dalej trzymają wysoki poziom. Marc nawet jeszcze bardziej się rozwinął i potrafi urozmaicać swoje partie wokalne. Nie ma śpiewania w jednej tonacji. Gitary są bardziej wyważone, momentami bardziej finezyjny i roi się od różnych smaczków. Tak urozmaiconego albumu w historii zespołu jeszcze nie było. Dragonforce stara się wkroczyć w nowe rejony, stara się próbować nowych rzeczy, tak więc nie ma mowy o graniu na jedno kopyto. Co zaskakuje to na pewno to, że nie jest to typowy album tego zespołu,gdzie cały czas atakują nas szybkie petardy. Tutaj jest sporo niespodzianek, które nadają całości innego wymiaru.
Po raz pierwszy panowie postawili na instrumentalne intro i "Reaching into infinity" jest klimatyczne i tajemnicze. Jest nutka progresywności, jest heavy metalowy pazur i w sumie ciężko rozpoznać w tym typowy Dragonforce jaki znamy z poprzednich płyt. Szybko wkracza pierwszy killer, a mianowicie "Ashes of the Dawn". To ten utwór znany jest nam z promocji albumu. Dobry wybór, bo jest to rasowy, szybki, melodyjny Dragonforce jaki znamy. Ostry riff i chwytliwy refren robią swoje. Marc Hudson pozwolił wznieść się zespołowi na wyżyny i to słychać. Ciekawie zaczyna się "Judgment Day", w którym klawisze odgrywają kluczową rolę. Jest nieco futurystycznie, jest bardzo melodyjnie. Sam główny motyw imponuje i gitarowo też mamy ostro cięte partie. Jest bardzo szybko i zadziornie, tak więc mamy radosny Dragonforce, który kochamy. Szybka perkusja rozpoczyna "Astral Empire" i tutaj momentami przypomina się twórczość Gamma Ray, tylko że na sterydach. Utwór śmiało mógłby trafić na poprzedni krążek.Początek "Curse of Darkness" mocno przypomina twórczość Iron Maiden, a sama melodia wygrywana przez klawiszowca przypomina klimatem twórczość Kinga Diamonda. To jest pierwsze bardzo pozytywne zaskoczenia. Do tego jeszcze ta motoryka Gamma Ray czy Helloween. Znakomity przebój i tyle w temacie. To nie koniec niespodzianek. Czy ktoś by pomyślał, że spece od szybkiego grania nagrają swoją pierwszą balladę? "Silence" ma klimat, ma ciekawą linię melodyjną i podniosły refren. Kawał dobrej roboty i pokazanie się z nieco innej, nie znanej nam strony."Midnight messiah" to ukłon w stronę lat 90 i kultowych kapel power metalowych. Radosny, szybki killer, który zachwyca wykonaniem i przebojowością. Refren gra tutaj pierwsze skrzypce. Największy szok doznałem przy kawałku "War". Spokojne wejście rodem z płyt Metaliki, a potem mocny, ostry riff na miarę płyt Overkill, czy Artillery. Jednym słowem Dragonforce wkracza rejony speed/ thrash metalu i wyszło im to znakomicie. Tak ostro i tak energicznie to jeszcze oni nie grali, a sam utwór wpisuje na listę najlepszych kawałków tej grupy. "Land of shattered dreams" to kolejny power metalowy killer, który pokazuje nam Dragonforce w czystej postaci. Taki podręcznikowy przykład jak grać melodyjny power metal. Jak widać zespół próbuje różnych nietypowych rozwiązań i nie boi się próbować innych rzeczy, co zaskakuje. Album bardzo urozmaicony i bardzo nietypowy jak dla Dragonforce. Najlepszym tego dowodem jest 11 minutowy kolos "The edge of the world", w którym sporo się dzieje. Słychać inspirację Iron Maiden czy Gamma Ray. Jest epicki klimat i sporo ciekawych motywów. Trzeba przyznać, że dali radę.Całość zamyka przebojowy "our final stand" który kipi mocą i przebojowością. Znakomite podsumowanie znakomitego albumu.
Godzina szybko zlatuje i szok zostaje długo. Dragonforce stać na balladę i epicki kolos? Potrafią grać jednak coś więcej niż pędzący power metal i słychać że są dojrzalszymi muzykami. Stać ich na urozmaicenie i bardziej wyszukane motywy. Płyta zaskakuje, a przy tym daje się cieszyć muzyką z jakiej Dragonforce gra od lat. Dalej jest to szybki, radosny power metal. Nowe smaczki na plus i płyta jest dla formacji rewolucyjna. Nie ma słabych elementów i można mówić o jednym z najlepszych albumów Dragonforce.
Jest w końcu na okładce smok, który już dawno powinien się pojawić. Niby nic nowego nie widać, zresztą same brzmienie wydaje się być identyczne jak na ostatnich wydawnictwach. Tutaj większych zmian nie uświadczymy. Sami muzycy dalej trzymają wysoki poziom. Marc nawet jeszcze bardziej się rozwinął i potrafi urozmaicać swoje partie wokalne. Nie ma śpiewania w jednej tonacji. Gitary są bardziej wyważone, momentami bardziej finezyjny i roi się od różnych smaczków. Tak urozmaiconego albumu w historii zespołu jeszcze nie było. Dragonforce stara się wkroczyć w nowe rejony, stara się próbować nowych rzeczy, tak więc nie ma mowy o graniu na jedno kopyto. Co zaskakuje to na pewno to, że nie jest to typowy album tego zespołu,gdzie cały czas atakują nas szybkie petardy. Tutaj jest sporo niespodzianek, które nadają całości innego wymiaru.
Po raz pierwszy panowie postawili na instrumentalne intro i "Reaching into infinity" jest klimatyczne i tajemnicze. Jest nutka progresywności, jest heavy metalowy pazur i w sumie ciężko rozpoznać w tym typowy Dragonforce jaki znamy z poprzednich płyt. Szybko wkracza pierwszy killer, a mianowicie "Ashes of the Dawn". To ten utwór znany jest nam z promocji albumu. Dobry wybór, bo jest to rasowy, szybki, melodyjny Dragonforce jaki znamy. Ostry riff i chwytliwy refren robią swoje. Marc Hudson pozwolił wznieść się zespołowi na wyżyny i to słychać. Ciekawie zaczyna się "Judgment Day", w którym klawisze odgrywają kluczową rolę. Jest nieco futurystycznie, jest bardzo melodyjnie. Sam główny motyw imponuje i gitarowo też mamy ostro cięte partie. Jest bardzo szybko i zadziornie, tak więc mamy radosny Dragonforce, który kochamy. Szybka perkusja rozpoczyna "Astral Empire" i tutaj momentami przypomina się twórczość Gamma Ray, tylko że na sterydach. Utwór śmiało mógłby trafić na poprzedni krążek.Początek "Curse of Darkness" mocno przypomina twórczość Iron Maiden, a sama melodia wygrywana przez klawiszowca przypomina klimatem twórczość Kinga Diamonda. To jest pierwsze bardzo pozytywne zaskoczenia. Do tego jeszcze ta motoryka Gamma Ray czy Helloween. Znakomity przebój i tyle w temacie. To nie koniec niespodzianek. Czy ktoś by pomyślał, że spece od szybkiego grania nagrają swoją pierwszą balladę? "Silence" ma klimat, ma ciekawą linię melodyjną i podniosły refren. Kawał dobrej roboty i pokazanie się z nieco innej, nie znanej nam strony."Midnight messiah" to ukłon w stronę lat 90 i kultowych kapel power metalowych. Radosny, szybki killer, który zachwyca wykonaniem i przebojowością. Refren gra tutaj pierwsze skrzypce. Największy szok doznałem przy kawałku "War". Spokojne wejście rodem z płyt Metaliki, a potem mocny, ostry riff na miarę płyt Overkill, czy Artillery. Jednym słowem Dragonforce wkracza rejony speed/ thrash metalu i wyszło im to znakomicie. Tak ostro i tak energicznie to jeszcze oni nie grali, a sam utwór wpisuje na listę najlepszych kawałków tej grupy. "Land of shattered dreams" to kolejny power metalowy killer, który pokazuje nam Dragonforce w czystej postaci. Taki podręcznikowy przykład jak grać melodyjny power metal. Jak widać zespół próbuje różnych nietypowych rozwiązań i nie boi się próbować innych rzeczy, co zaskakuje. Album bardzo urozmaicony i bardzo nietypowy jak dla Dragonforce. Najlepszym tego dowodem jest 11 minutowy kolos "The edge of the world", w którym sporo się dzieje. Słychać inspirację Iron Maiden czy Gamma Ray. Jest epicki klimat i sporo ciekawych motywów. Trzeba przyznać, że dali radę.Całość zamyka przebojowy "our final stand" który kipi mocą i przebojowością. Znakomite podsumowanie znakomitego albumu.
Godzina szybko zlatuje i szok zostaje długo. Dragonforce stać na balladę i epicki kolos? Potrafią grać jednak coś więcej niż pędzący power metal i słychać że są dojrzalszymi muzykami. Stać ich na urozmaicenie i bardziej wyszukane motywy. Płyta zaskakuje, a przy tym daje się cieszyć muzyką z jakiej Dragonforce gra od lat. Dalej jest to szybki, radosny power metal. Nowe smaczki na plus i płyta jest dla formacji rewolucyjna. Nie ma słabych elementów i można mówić o jednym z najlepszych albumów Dragonforce.
Ocena: 9.5/10
czwartek, 5 kwietnia 2012
DRAGONFORCE - Power Within (2012)
Jak zadowolić fanów danego zespołu jak i anty fanów? Na pierwszy rzut oka sprawa się wydaje niemożliwa do zrealizowania bo ciężko jest zadowolić każdą ze stron, ale można przynajmniej spróbować pójść na pewne ustępstwa żeby zadowolić drugą stronę. Ten zabieg z niezwykle udanym skutkiem przeprowadził nie kto inny jak brytyjskie DRAGONFORCE, który jak mało kto bierze bardzo do serca gatunek power metal. Jest to jeden z niewielu zespołów, który dobitnie piętnuje ten gatunek pokazując jego prawdziwe oblicze kładąc nacisk na szybkość, moc, melodyjność, wykorzystując swój potencjał do tworzenia przebojów. Wszystko pięknie, tylko DRAGONFORCE to przedmiot też wielu drwin i żartów. Przyczyn jest pełno, a to że pędzą z światłością światła, maskując tym swoją nieporadność w wolniejszych utworach, albo też ich słodki, wręcz kiczowaty wydźwięk. Osób przeciwnych jest właściwie tyle co osób stojących murem za zespołem. Taka sytuacja trwała przez 4 albumy i nagle gdzieś w marcu 2010 roku świat obiegła wiadomość że zespołem rozstał się wokalista Zp Heart który był znakiem rozpoznawczym DRAGONFORCE. Zespół jednak nie złożył broni i zaczął szukać zastępstwa. W drodze castingu wybrana Maca Hudsona i to z nim zaczęto pracować nad nowym albumem. Minęły dwa lata i już można podziwiać efekt ich wspólnej pracy. Patrząc na frontową okładkę „Power within” to można dojść do wniosku kolejny typowy album DRAGONFORCE się szykuje i to prawda album jest w stylu DRAGONFORCE, czyli dalej jest szybko, melodyjnie, dalej jest moc, power i zapadające melodie. Jednak po raz pierwszy zespół zaskoczył, a przynajmniej mnie. Mac Hudson na pewno jest tego powodem. Wniósł powiew świeżości do skostniałego nieco zespołu, doszło do urozmaicenia materiału, muzyka zespołu sporo zyskała na tej zmianie. Mac może nie potrafi wyciągać tak jak jego poprzednik, może nie ma jeszcze takiej ogłady, ale śpiewać potrafi i zapewne różnorodniej niż poprzednik. Są wysokie rejestry, jak i bardziej zadziorne motywy. Jednocześnie dalej wszyscy będą wiedzieć że to DRAGONFORCE, a nie jakiś inny band. Miło że zespół mimo oklepanych motywów, mimo już sprawdzonego stylu i patentów, pokusił się o drobne ubogacenie swojej muzyki o kilka kosmetycznych zmian które tylko uatrakcyjniły odsłuch całego materiału.
Jakie zmiany? Jakie ubogacenie? Po pierwsze bardzo istotną kwestią jest czas trwania kompozycji. Dotychczas DRAGONFORCE słynął z wypełniania albumów utworami trwającymi 6-7 minut i nie stać ich było na typowe krótkie utwory i na dłuższą metę stawało się nudne i kojarzyło się z takim zbytecznym sileniem. Tym razem zespół zaskoczył i stworzył album gdzie właściwie jest tylko jeden kawałek który trwa 7 minut i to jest zmiana na plus. Otwarcie w postaci „Holding On” to właściwie kompozycja typowa dla tego zespołu. Lecz po raz pierwszy klawisze nie brzmią słodko, jak z gier komputerowych, po raz pierwszy zaczyna się dość melodyjną, klimatyczną przygrywką, po raz pierwszy też słychać popis wokalny na wstępie. Dalej oczywiście jest typowe pędzenie w stylu tej kapeli, jednak mam wrażenie że jest większa różnorodność, jest jakby ostrzej niż dotychczas i mniej słodko. Taka zmiana rokuje wyborny album. Do promocji albumu posłużył „Fallen World”, czyli petarda oddające charakter DRAGONFORCE i tutaj zespół podbił swój rekord w szybkości, a przynajmniej ja odnoszę takie wrażenie. Jednak można poczuć jakby ostrzejszy riff, można wyczuć różnorodność i przebojowość. Solówka w tym utworze ukazuje umiejętność muzyków w graniu nieco wolniej, nieco ciężej i różnorodnie. Tak wiem to na razie takie bardziej kosmetyczne zmiany, ale każdy czeka na to wielkie bum i totalne zaskoczenie. Ja takie doznałem przy utworze „Cry thunder” i nie wiem czy to nie jest jedna z najlepszych kompozycji i jedna z tych które się wybijają ponad typowy styl DRAGONFORCE. Średnie tempo, true metalowy wydźwięk w stylu MANOWAR i jakże atrakcyjny riff. Można? A jednak można nieco zwolnić i zagrać z gracją, ukazując tym samym że muzycy potrafią grać różnorodnie, a nie tylko w jednym nieco oklepanym stylu. Nawet solówki są jakby bardziej wyszukane, bardziej urozmaicone. Ciekawy co by było gdyby bardziej poszli w takim kierunku na następnym albumie? Innym zaskoczeniem był dla mnie taki „Give Me The Night” który też odbiega nieco od standardów DRAGONFORCE. Większy zadzior, głębszy wokal Maca w zwrotkach, nieco ostrzejszy, nieco przybrudzony riff, no i te ciężkie, ostre solówki wsparte nieco mrocznymi klawiszami i takich solówek DRAGONFORCE jeszcze nie miał. Kolejne zaskoczenie to wejście do „Wings Of Liberty”. Jest to najdłuższa kompozycja na albumie, ale też nieco odbiega od takiego typowego grania charakterystycznego dla DRAGONFORCE, różnica jest w konstrukcji. Balladowy początek, power metalowy riff, z urozmaiconą sekcją rytmiczną i to brzmi nie jak DRAGONFORCE. Podczas zwrotek jest rytmiczny riff i podniosłe klawisze, co też odbiega od poprzednich albumów. Utwór jest naprawdę zróżnicowany bo pojawiają się wolne motywy jak i te dynamiczne i całość zrobiła na mnie ogromne wrażenie. Wolniejsze tempo jest też w przebojowym „Seasons” gdzie pojawiają się motywy balladowe, jest też riff zalatujący pod HELLOWEEN czy też GAMMA RAY. Jest tutaj dużo rytmiczności, no i sam refren też odbiega od tych standardowych , gdzie Mac śpiewa trzymając się w niskich rejestrach i to robi wrażenie. W dynamicznym „Heart Of Storm” należy zwrócić uwagę ciekawą solówkę wygrywaną na klawiszach. „Die By the sword” to też typowe pędzenie do przodu ale posłuchajcie jak zespół bawi się zadziornością, ostrymi riffami, różnorodnością i do tego ten głęboki wokal Maca. To zapewnia że jest zarówno coś nowego jak i starego. Znów bardzo ciekawie wypada element zwolnienia. Jeśli całość ciebie zachwyciła to „Last Man Stands „ tym bardziej ci się spodoba, bo to jest idealnie zwieńczenie tej idealnej płyty.
Ten kto nie wierzy niech sam zapozna się z nowym albumem DRAGONFORCE i przekona się że zespół tym razem nieco ustąpił i postarał się nieco zadowolić anty fanów. Jest kilka ciekawych urozmaiceń, jest kilka wolniejszych momentów, jest mniej silenia się na długie kompozycje, mniej kiczu, mniej słodkości a to wszystko sprawia że wraz z przyjściem nowego wokalisty DRAGONFORCE nagrał jak dla mnie swój najlepszy album, który jest bardziej zróżnicowany, bardziej urozmaicony, bardziej przemyślany i się nie dłuży jak nie które ich albumy. Jeden z najlepszych power metalowych wydawnictw 2012.
Ocena: 10/10
Subskrybuj:
Posty (Atom)

