Kocham niemiecki Sinbreed, który bierze to co najlepsze z Seventh Avenue, Blind Guardian czy Bloodbound. Jednak najnowsze dzieło o nazwie "IV" sporo mi namieszało w głowie. Z jednej strony dostajemy to co zawsze, czyli melodyjny, energiczny power metal, a z drugiej strony pojawia się nowy wokalista. Od strony instrumentalnej najnowsze dzieło jest naprawdę imponujące. Jest moc, jest duża dawka melodii, energicznych riffów i ciekawych pojedynków na solówki. Dzieje się naprawdę sporo i przypomina mi to debiutancki krążek. Nie można mówić, że płyta jest słaba. No ale, właśnie nowy wokalista w postaci Nicka Hollemana burzy znany nam porządek. Nie ma charakterystycznego i mocarnego Herbiego, a zamiast niego jest były wokalista Vicious Rumors, który nie ma takiej zadziorności w głosie, ani charyzmy co Herbie. Plusem jest to, że odnajduje się w wysokich rejestrach i słychać że power metal jest mu bliski. Całościowo jak się połączy jego głos i , całe tło to jakoś się to trochę "gryzie". Wokalista piszczy i nie wiele z tego wynika, momentami więc drażni wokal Nicka. Niemcy działają od 2008r i to już 4 albumy na ich koncie i w zasadzie każdy z nich coś wnosił do twórczości kapeli. Co takiego wnosi nowy? Na pewno nieco inny wokal, znów grę dwóch gitarzystów i jakby większą melodyjność. Zespół brzmi już teraz jak kapela jedna z wielu, a szkoda. Materiał na płycie to 48 minut solidnego power metalu. Dużo się słyszało przed premierą, co nieco zepsuło niespodziankę. Na samym wstępie mamy "First under the sun", który mocno czerpie z niemieckiej sceny metalowej. Mocny, energiczny riff i duża dawka power metalu. Utwór, który mógłby zasilić twórczość Brainstorm, Edguy czy Bloodbound. Nie ma nic odkrywczego, ale bardzo dobrze się tego słucha. "Falling Down" to kolejny mocny killer, który jest w stylu do jakiego przyzwyczaił nas band. Szybko, ostro i do przodu. Flo i Manuel to dobrze zgrany duet gitarowy, którzy stawiają na ciekawe przejścia i prawdziwą power metalową jazdę bez trzymanki. Ich chemia wybrzmiewa w każdym kawałku, zwłaszcza w takim petardach jak "Wasted Trust". W podobnej konwencji utrzymany jest przebojowy "Into The Arena". Znów warto odnotować znakomitą współpracę gitarzystów. Nieco inaczej brzmi przekombinowany, nieco progresywny "Final Call", z kolei energiczny "Pride Strikes" to ukłon w stronę albumu "Shadows". Całość zamyka pomysłowy "through the fire", który ma kilka ciekawych ozdobników. Wszystko niby jest ok z tym albumem. Jest dobrze przygotowany materiał, mamy mocne riffy, pomysłowe solówki, jest power metal i sporo przebojów. Nie da się nudzić przy tym krążku, ale mam wrażenie że wraz z stratą Herbiego band stracił swoją charyzmą. Teraz to trochę brzmi jak płyta jednego z wielu bandów grających power metal. Ciężko ocenić ten album, zwłaszcza że sam materiał naprawdę jest z górnej półki. Niech każdy sam posłucha i wyrobi swoją opinię.
Ocena: 8/10
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Sinbreed. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Sinbreed. Pokaż wszystkie posty
czwartek, 22 listopada 2018
sobota, 27 lutego 2016
SINBREED - Master Creator (2016)
Kiedy pierwszy raz usłyszałem „When Worlds Collide” Sinbreed
to wiedziałem, że ten zespół ma przyszłość przed sobą i
że nie raz nas zaskoczą. Pierwszy album to była niezła próba
mocy i zbiór rasowych przebojów, które na długo
pozostały w pamięci. „Shadows” wzbudził emocje tym, że
pojawił się na nim Marcus Siepen, który wniósł
troszkę więcej elementów z Blind Guardian. 4 lata czekania
dało nam w efekcie kolejny mocny album, który tylko umocnił
pozycję Sinbreed na rynku muzycznym. Mając na pokładzie dawnego
wokalistę Seventh Avenue, perkusistę Blind Guardian i takiego
pomysłowego gitarzystę jak Flo Laurin to można wiele zdziałać.
Zespół już jest wśród najlepszych kapel power
metalowych, a tegoroczny „Master Creator” to tylko potwierdza.
Nie ma już na pokładzie Marcusa, która postanowił w pełni
oddać się Blind Guardian, tak więc powraca skład z debiutu.
Jednak muzyka nie jest do końca taka sama. Nowy album ustępuje
„When Worlds Collide” pod względem przebojowości, natomiast
przebija go w kwestii agresywności. Pamiętam jak to w wywiadach Flo
obiecywał ostrzejszy album, który będzie miał w sobie
elementy thrash metalu. Rzeczywiście te cechy wybrzmiewają w
niektórych kompozycjach, ale Sinbreed wciąż gra energiczny i
melodyjny power metal. Nic się nie zmieniło w tej kwestii i każdy
kto był zachwycony poprzednimi krążkami, będzie również
zachwycony „Master Creator”. Charakterystyczne logo na okładce,
odpowiednia tonacja kolorów i soczyste brzmienie to w sumie
standard i nawiązanie do dwóch poprzednich wydawnictw. A jak
przedstawia się sam materiał? Tu nie powinno być aż tak wielkiego
zaskoczenia, bo w końcu panowie nie zawodzą. Flo daje czadu i nie
szczędzi nam mocnych, agresywnych riffów i pomysłowych
solówek. Frederik ma okazje się w końcu wyszaleć i dać
popis swoich umiejętności, zaś Herbie tak jak zawsze śpiewa
zadziorne i ze swoją charakterystyczną chrypą. Doświadczenie
muzyków i ich pomysł na power metal przedkłada się na
jakość kolejnego albumu. Niby nic nowego nie dostajemy, bo słychać
wpływy Sevent Avenue, Gamma Ray, czy Blind Guardian, ale Sinbreed
stara się tworzyć własny styl i wychodzi im to nadzwyczaj dobrze.
„Creation of Reality” to typowy otwieracz dla
Sinbreed. Czyli jest szybko, energicznie i bardzo melodyjnie. Taki
powinien brzmieć współczesny power metal. Nic dodać nic
ująć. Tak agresywnie jak w „Across The Great Divides”
Sinbreed jeszcze nie grał i taka forma bardzo mi odpowiada. Elementy
thrash metalu pojawiają się w nieco toporniejszym „Behind
The Mask” i to jest kolejny mocny punkt tego albumu.
„Moonlit Night” nieco słabszy w swojej formie i w
sumie dziwi mnie to, że właśnie ten kawałek posłużył do
promocji albumu. Nie jest zły, ale Sinbreed nagrał ciekawsze
utwory, które znalazły się na tym wydawnictwie. Jednym z
takich utworów jest bez wątpienia energiczny „Master
Creator”. Sam utwór to miks agresji, przebojowości
i najlepszych zespołów power metalowych. Najwięcej jest w
nim Iron savior, czy Gamma Ray. Nie wiele gorzej prezentuje się
rytmiczny „Last Survivor”, który potrafi
oczarować lekkim i przyjemnym refrenem. Nutka hard rockowego
feelingu dodaje kawałkowi niezłego uroku. Panowie nie odpuścili
sobie nagrania ballady, ale niestety „At the gate”
nie wzbudza takich emocji, jakie powinien wzbudzać. Jest nijaka i
mało wyrazista. Nutka progresywności i takiej nowoczesności
pojawia się w „The Riddle”, który jest
miłym zaskoczeniem. Nie typowym kawałek dla Sinbreed. Z kolei
zamykający „On the Run” ma w sobie elementy folk
metalu co też zaskakuje pozytywnie. Fani Blind Guardian czy Grave
Digger będą zachwyceni tym kawałkiem.
Premiera albumów Sinbreed to zawsze wielkie wydarzenie i nie
lada gratka dla fanów power metalu. Niemiecka formacja rośnie w
siłę i ich muzyka stoi na wysokim poziomie. To przede wszystkim
świetna mieszanka mocnych, ostrych riffów, chwytliwych
refrenów i dobrze dopasowanych melodii. Fani tradycyjnej
szkoły power metalu w postaci Blind Guardian czy Gamma Ray będą
zachwyceni.
Ocena: 9/10
wtorek, 11 marca 2014
SINBREED - Shadows (2014)
Gdy w roku 2010 Sinbreed
wydał swój debiutancki album wiele fanów melodyjnego
grania było pod wielkim wrażeniem, że można jeszcze grać power
metal z takim oddaniem, z taką werwą i pomysłowością. Mogło się
wydawać, że to kolejna kapela złożona z wielkich nazwisk, która
nic nie wnosi do power metalu. Jednak Sinbreed oczarował wszystkich.
Jednak ostatnie lata to zero aktywności i pojawiały się czarne
myśli, że kapela się chyli ku upadkowi. I kiedy można było
zakładać najgorsze, Sinbreed powraca z nowym albumem zatytułowanym
„Shadows”.
Od poprzedniego
wydawnictwa minęło 4 lata i w składzie pojawił się Marcus Siepen
jako nowy gitarzysta, który jest dopełnieniem do Flo Laurina.
Razem teraz dają czadu jeśli chodzi o riffy i solówki. Jest
mocniejszy wydźwięk partii gitarowych i znakomicie to słychać w
agresywnym „Shadows”. Nutka thrash metalowego
feelingu, a wszystko utrzymane w melodyjnej, power metalowej formułę.
Co ciekawe nie mamy tutaj kalki Blind Guardian, a tego pewnie co
niektórzy oczekiwali. W końcu połowa składu Blind Guardian
tworzy Sinbreed. Mamy w końcu tutaj Fredericka za perkusją i
Marcusa jako drugi gitarzysta. Jednak udało się Sinbreed dalej grać
mocny, agresywny i melodyjny heavy/power metal jaki zaprezentowali na
debiucie. Nie na darmo płytę zdobi niemal podobna do okładki z
debiutu. Nawet brzmienie nie uległo tutaj większej zmianie. Słychać
tą niemiecką profesję. Stylistycznie oczywiście słychać
inspiracje macierzystymi kapelami muzyków, ale nie jest to ani
drugi Blind Guardian, Seventh Avenue, nie jest też to drugi
Rebellion czy Persuader, choć ich wpływy też słychać. Sinbreed
jest po prostu kolejnym znakomitym power metalowym zespołem. Choć
płyta trzyma podobny wysoki poziom co poprzedni krążek, to jednak
jest mniej takich wyrazistych hitów, mniejsza jest siła
przebicia. Pamiętajmy jednak że materiał jest równy,
przejrzysty i przemyślany, tak więc można zapomnieć o
wypełniaczach. Gdzieś w tym wszystkim daje o sobie znać Accept i
nie tylko tutaj chodzi o wokal Herbiego, ale tematykę i tutaj dobrym
przykładem jest „Call to Arms”. Płytę promował
od samego początku „Bleed”, który też
otwiera płytę i jest to kawałek zachowany w proporcjach znanych z
poprzedniego albumu. Jest ta znana nam dynamika, melodyjność i
przebojowość. Jednak partie gitarowe zyskały tym razem na mocy i
znacznie więcej się dzieje w tej kwestii. Frederick to dobry
perkusista i jego praca zasługuje na uznanie. Radzi sobie w szybkich
kawałkach i wie jak nadać utworom mocy i dobrze to słychać w
„Reborn”. Blind Guardian znany z dwóch
ostatnich albumów słychać w „Leaving The Road”.
Przede wszystkim w początkowej fazie. Jedną z najlepszych petard
na płycie jest „Far Too Long” i to jest dobry
przykład jak powinno się grać power metal. Może przebojowość
nie jest na takim poziomie jak na poprzednim albumie, ale partie
gitarowe są soczyste, pełne werwy, energii i potrafią zaskoczyć.
Obecność Marcusa sprawiła, że solówki i riffy mają więcej
mocy i głębi, znakomicie to słychać w cięższym „Black
Death”. Takich partii nie było słychać na „When
Worlds Collide”. Dalej mamy kolejną petardę w
postaci „Standing Tall” i chciałoby się żeby tak
grał Blind Guardian, z taką szybkością i mocą, Całość zamyka
kolejny mocny kawałek, a mianowicie „Broken Wings”.
Spokojne, klimatyczne otwarcie nasuwa na myśl Blind Guardian. Tutaj
zespół przez 7 minut pokazuje, że odnajdują się w
dłuższych kompozycjach. Wychodzi im to bardzo dobrze i co ciekawe
przejścia, motywy gitarowe w środkowej części nasuwają nic
innego jak Blind Guardian. Kto wie może obecność Marcusa sprawi że
kolejne albumy będą bliższe twórczości ślepego strażnika?
To było pewne, że
Sinbreed nie zawiedzie i nie wypuści na świat słabego albumu. Jest
wysoki poziom muzyczny, jest power metal pełną gębą, nie ma
komercji i wciskania kitu. Jest czysty metal, agresja, dawka dobrych
melodii. Jedynie czego brakuje to takich hitów jak na
debiucie. Przez co album nieco jest słabszy, ale z pewnością warto
zwrócić uwagę na ten krążek bo jest jednym z tych
najlepszych w roku 2014. Dwóch członków Blind Guardian
nagrało album który nie jest kalką pomysłów Blind
Guardian i to należy uznać za sukces. Fajnie jest usłyszeć
Marcusa w innym zespole niż tylko Blind Guardian. Ciekawe czy będzie
to mieć wpływ na przyszły album ślepego strażnika? Oby tak.
Ocena: 8/10
p.s Recenzja przeznaczona dla magazynu HMP
Subskrybuj:
Posty (Atom)
