Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Viper. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Viper. Pokaż wszystkie posty
niedziela, 25 czerwca 2023
VIPER - Timeless (2023)
To mógł być ważny powrót w historii melodyjnego heavy/power metalu. W końcu ostatni wartościowy album brazylijskiego Viper ukazał się pod koniec lat 80. Tak dla mnie ten genialny band zakończył się "Theatre of Fate". Potem to już nie było to. Nie było Andre Matosa, nie było już tej magii, a band zatracił gdzieś swój styl, magię, kunszt i wszystko co tak budowali. Co ciekawe band odrodził się z Matosem na wokalu w roku 2012 r. W roku 2016 Matos odszedł z Viper, potem jeszcze jego śmierć. w 2017r band zasilił wokalista Leonardo Cacoilo i w roku 2021 kitarzysta Kiko Shred. Z nimi został nagrany "Timeless". 16 lat czekania na 7 album studyjny tej grupy budził nadzieje, zwłaszcza kiedy band wrócił do starego logo.
Band miał życiową szansę, by zerwać z eksperymentami i wrócić do swoich korzeni. Tak sugerowało stare logo. Viper mógł na nowo zbudować swoją potęgę i stać się jednym z najważniejszych graczy na brazylijskiej scenie. Co ciekawe niektóre kompozycje, faktycznie brzmią jak zaginione klasyki z pierwszych płyt. To jest dobry znak i nawet pojawiały się myśli, że Viper się odrodził i wrócił tak potężny jak na pierwszych dwóch płytach. Początek płyty takim optymizmem napawa. Band szybko to zauroczenie psuje, serwując nam jakiś punk, pop rock. Brak konsekwencji i próba pogodzenia fanów starych płyt i tych ostatnich. Kiepski pomysł.
Okładka nie jest zła, brzmienie troszkę bez mocy i takie nieco garażowe i nawet to nie przeszkadza. Wokalista również wpasowuje się w styl grupy i dodaje jej świeżości. Poległ niestety aspekt kompozytorski. Po tylu latach to powinny być same killer i pozycje powalające na kolana. Tego tutaj nie ma. Pomówmy zatem o pozytywach. Płytę otwiera energiczny, melodyjny i klimatyczny "Under The Sun". Czuje jakby obecność Matosa i wraca magia pierwszych płyt. Chce się krzyczeć, wrócił stary dobry Viper. Podobne emocje wzbudza melodyjny i bardziej przebojowy "Freedom of Speech". Band czaruje jak za dawnych lat i nawet gitarzyści jakby cofnęli się w czasie i serwują nam bardzo podobne zagrywki. Słychać sporo nawiązań do tamtych płyt. Power metal na pewno znajdziemy też w rozpędzonym "Timeless". Pewne przebłyski ma na pewno "the Android", ale momentami wieje kiczem. Kulminacyjnym momentem jest kolos "The War", który również nie wzbudza uczucia zażenowania i wciąż prezentuje kilka atrakcyjnych motywów. To dobry kawałek. Niestety po tym kawałku rozpoczyna się seria kompromitacji i zażenowania. "Angel Heart" skierowany do stacji radiowej i chyba fanów Nickleblack czy One Direction, albo innych uwielbianych przez młodzież zespołów.Jak to ma się to do takiego " a light in the dark"? Tak właśnie powinni grać. Melodyjny i pełen świeżości power metal. Znów wracamy do korzeni. Owy pop rock dobitnie wybrzmiewa w "Thais". Utwór nie jest może tragiczny, ale nie powinien się tutaj znaleźć. Na pewno nie na płycie power metalowej, płycie kultowego Viper.
Przepiękne otwarcie płyty, które nadawało nadzieję na najlepszy album Viper od czasów "Theater of Fate". Album mógł być przepięknym powrotem do grona najlepszych kapel grających melodyjny power metal. Band miał kilka pomysłów na granie w takim stylu i szkoda, że nie byli wstanie tego dokończyć. Wcisnęli jakieś punkowe kawałki, czy pop rockowe. Złe zagranie i tylko obniżyło jakość płyty. Był potencjał, ale został zmarnowany. Szkoda.
Ocena: 6/10
sobota, 23 lipca 2011
VIPER - Soldier of Sunrise (1987)
Brazylia jako scena metalowa jakoś nigdy mnie tak nie zachwycała jak choćby niemiecka. Może dlatego że znam mało, a może znam nie to co trzeba? I tutaj bym zakreślił obie odpowiedzi, bo ani też wiele z tego kraju nie słyszałem, ale po przesłuchaniu zespołu Viper jestem skłonny do poznania inncyh ciekawych zespołów z tego kraju, bo coś czuję że źle oceniałem ten kraj.
Idąc dalej tym tropem, ta scena muzyczna wydała na świat bardzo charakterystycznych śpiewaków bo Brazylijczyka od razu poznasz po głosie, no bo kto umie tak piszczeć jak nie oni? I tutaj nasuwa się od razu przynajmniej mi Andre Matos, którego nigdy może tak nie wielbiłem jak fani jego głosu ,ale doceniałem to co wyprawia ze swoim głosem. Przygodę z nim zacząłem nie fortunnie bo od Angry, w której tylko jego głos mi się podobał, jego głos wręcz przyćmiewał resztę. Słuchając Angry ,nie słuchałem muzyki angry tylko wokal, a to dziwne zjawisko . Ale to świadczy o jego potędze. Dalej były metalowe opery oraz Shaaman. Były też 2 solowe płyty i każda z tych płyt robi wrażenie pod względem wokalnym i muzycznym i każda z nich jest wart wysokich ocen, ale czy to są najlepsze dzieła tego zacnego wokalisty? Przez długi czas Shaaman Ritual miał ten tytuł ,jednak wczoraj to się zmieniło, na korzyść nie jakiego Vipera.
Co mnie skłoniło do zapoznania? Po części Matos , ale głównym powodem była szansa dostania owych albumów to też z niej skorzystałem. Zanim je przesłuchałem obczaiłem youtube, żeby wiedzieć z czym się to je...i zostałem po raz pierwszy powalany i zaskoczony dlaczego ja tego jeszcze nie znam. Od razu wiedziałem, że jest to mocna rzecz i że pewnie jest sławiona przez wielu słuchaczy. Jak się okazało, niestety się myliłem, bo większość obeszła obok tego tematu obojętnie.
Ciekawe dlaczego? Andre Matos znów odsiał? Brazylijski zespół więc trzeba odpuścić ?
Nie wiem brakuje mi pomysłu na odpowiedź na pytanie : dlaczego takie małe zainteresowanie tak wielkim zespołem? Nie wiem, mam nadzieję że wkrótce ją poznam.
Zespół jak widać powstał w 1985 i ma na swoim koncie 7 albumów z czego na razie znam 2 ,a resztę w swoim czasie nadrobię. Zacznę od debiutu - Soldier Of Sunrise Nie wiem czy to ja po prostu się nie znam ,czy po prostu nie wymagam nie wiele. Pewnie znów będziecie narzekać że będzie za wysoka ocena, że to jest wtórne itp Szczerze nie obchodzi mnie to, bo patrzę na siebie i mam zamiar napisać jak odbieram ten album. Możecie wierzyć lub nie ale dawno mnie nic tak nie rzuciło na kolana jak te dwa albumy. Choć słychać w nich wpływy Ironów czy też Helloween, ale bez przesady panowie oni grają naprawdę swoje. W życiu bym ich nie nazwał kalką IM czy też H ,broń Boże. No właśnie muzyka Vipera jest udokumentowana jako speed /power metal i jak się tutaj nie zgodzić, ale nigdzie nie napiszą wam jak oni świetnie to robią. Debiut w ogóle nie brzmi jak debiut, utwory są perfekcyjne, okładka przykuwa oko, wokalista w tym wypadku Matos niszczy obiekty a produkcja , dla jednych będzie powodem do narzekań a dla innych kolejnych plusem na albumie, ja się zaliczam do tych drugich.
Dobra przejdźmy w takim razie do zawartości albumu którą stanowią 9 kompozycji trwających około 30 minut i przyznam się że jest to najkrótszy album jaki słyszałem. Ale uważam to za dobrą rzecz, można w ciągu godziny przesłuchać 2 razy. Album otwiera „Knight of Destruction” znakomity utwór otwiera album. Prawdziwie ostre partie gitarowe, które urzekają nie tylko ostrością ale i też melodyjnością. Normalnie słuchacza bierze na myślenie czy to jest naprawdę debiutancki album, bo brzmi jakby był albumem jakiegoś genialnego zespołu grającego od kilku lat. Tak warstwa instrumentalna wzbudza podziw,a le czy tylko to? No właśnie nie! Nie można zapomnieć o wokaliście- młodziutkim Andre Matosie, który w żadnym wypadku mi nie przypomina to co wyprawiał w Angrze to też od razu chciałbym pod kreślić, że te osoby które nigdy go nie słyszały to na pierwszy kontakt radził bym właśnie albumy Vipera. Matos może nie piszczy, ale jak debiutujący wokalista niszczy nie jednego bardziej doświadczonego wokalistę. Bardzo idealnie pasuje do takiego oldschoolowego grania. Przyjemnie słucha się jak wkracza w wysokie rejestry, ale przy niskich też jest genialnie. No zaskoczył mnie totalnie, bałem się że będą jakieś skomplikowane i piszczące partie a jednak Matos okazał się bardziej wszechstronnym wokalista niż się spodziewałem. Genialny otwieracz to pestka , sztuczka polega na tym że trzeba utrzymać taki sam genialny poziom na kolejnych utworach...no zdziwicie się kiedy usłyszycie po raz kolejny niesamowity utwór, który jest warty sławienia, mowa o „Nightmares” no nie będę nawet próbował wyróżniać któryś utwór ponad resztę bo wszystkie są genialne. A ten tutaj omawiany ma naprawdę znakomite solówki , takich solówek to aż chce się słuchać,chce się do nich wracać. Nie jeden zespół by się ich nie powstydził. Są melodyjne i idealnie zagrane. No i ten Matos śpiewający choćby " Oh Oh' normalnie aż prosi się o owację na stojąco. Pewnie się zastanawiacie jak ma się sprawa Riffu czy tez Refrenu? O tóź moi drodzy czytelnicy są bardziej melodyjne czy tez chwytliwe niż się wam wydaję. Dla mnie Kill. I dotarliśmy do utworu który rzucił mnie na kolana już na youtubie- „The whipper” Kolejny killer! Wydaje się nie możliwe jak na debiut ? A jednak i nie ma się nawet co kłócić w tej sprawie. Szybki riff, znakomita aranżacja i niszczący wokal Matosa. Oj tak , solówki to mocna rzecz w tym przypadku, noż kurde kiedy ja takie solówki słyszałem oh ho ho. No kurde KULT!!! Nie mogę się pozbierać po The whipepr a już zespół mnie atakuje kolejną perłą - „Wings Of the evil”- mógłbym tak naprawdę napisać przy tym jak i przy kolejnych utworach, killer, arcydzieło i co tam jeszcze chcecie. Bo najciężej pisać o albumach , które są pełne killerów,gdzie nie ma na co ponarzekać. Co jest mocne w tym utworze? No wszystko, autentycznie wszystko, refren ,riff , solówki czy też aranżacje. Pewnie wątpicie, a najlepiej się samemu przekonać.
Kolejny utwór na liście to „H.R” tytuł jakże krótki ,ale czy to jest powód żeby go obrzucać błotem, w żadnym wypadku, bo znów mamy przykład kunsztu. Tutaj pozwolę sobie wyróżnić wokal Matosa ,który nawet nieco inaczej śpiewa jak na poprzednich utworach, czy tak potrafi przeciętniak? Wątpię. Przyznam się że najbardziej czekałem na tytułowy utwór który okazał się też najdłuższym utworem na albumie. I znów mamy do czynienia z niesamowitą kompozycją. „Soldier of Sunrise” i co mam wam napisać? Że znowu arcydzieło i genialny utwór?
Że utwór ma prawdziwy popis umiejętności gitarzysty? Że Matosa poradził sobie z takim kolosem? A zresztą sami sobie wybierzcie,bo wszystko jest tutaj prawdziwe. Zanami już 6 kompozycji i zleciało to bardzo szybko nie sądzicie? A jak wiadomo czas szybciej leci, kiedy mamy do czynienia z czymś przyjemnym, czyż nie?No a viper to naprawdę przyjemność najwyższego rzędu, a jeszcze większa jest przyjemność kiedy dostajemy kolejny świetny utwór..”Signs of The Night” ,chyba znów was nie zaskoczę , znów mamy wszystko perfekcyjne, znakomity riff który przykuwa uwagę ,nie tylko pod względem melodyjności, ale też samego pomysłu.
I do znudzenia mógłbym tak wam pisać że to Matos genialny itp , ale oszczędzę wam tego.
Hehe, najbardziej mnie uśmiał tytuł następnego utworu „Killera” ,pewnie dlatego że nasunął mi że mamy do czynienia z Killerem. Ale ile w tym prawdy jest. Nad mienie tylko, że jest to jedyny instrumentalny utwór na płycie i możecie wierzyć lub nie, ale nawet ironi by się go by nie powstydzili. A album zamyka „Law of The sword” który jest tak świetny jak reszta i podobnie jak reszta nie ma wad, nie ma słabych momentów. To się nazywa jazda na maksa.
A gdy album się kończy, ma się nie dosyt, bo mogło by tak lecieć w nieskończoność, ale nie ma powodów do zmartwień,jest przycisk play i można znów się rajcować od początku, albo można też wybrać drugą opcje a mianowicie drugi album Vipera, który trwa tyle samo, a satysfakcja gwarantowana.
W sumie to można by się obejść bez jakiś zbędnych podsumowań w tym wypadku, bo czy ktoś sięgnie po to jeśli nawet zachęcę? Szczerze wątpię ,bo kto jest zrażony do wokali Matosa raczej ominie ten album nawet jeśli napiszę że tutaj śpiewa nieco inaczej niż w Angrze, ale to ich sprawa, nie ma co na siłę zmuszać. A żeby wszystko było jasne i przejrzyste, napiszę krótkie podsumowanie...
Soldier of Sunrise to naprawdę kawał dobrej muzy, arcydzieło i co tam jeszcze chcecie.
Nie ma wad, nie ma wypełniaczy, nie ma grania na siłę. Jest zajebista praca gitar, jest znakomity wokalista, są imponujące solówki, które nawet przez noc nie wyleciały z głowy, jest znakomita oprawa graficzna, a jeśli ktoś ma zastrzeżenia do brzmienia. To chyba nie muszę przypominać ,że kiedyś w latach 60 niebyły lepsze a nie przeszkadzały w sławieniu albumów, więc jeśli chcecie szukać dziury w całym to radzę znaleźć inną wadę. Długo się zastanawiałem nad oceną, mógłbym dać 8.7/10 i być jako tako profesjonalistą, który jest bardzo wyrachowany, ale ja nie ma zamiaru choćby w tym przypadku, bo to byłoby nie zgodne z moi sumieniem, z tym co czuję do tego album oraz w stosunku do innych albumów którym dałem wysoką ocenę, to też jak z największą przyjemnością daje 9.5/10 i pozostaje zachęcić innych którzy nie słyszeli.
Idąc dalej tym tropem, ta scena muzyczna wydała na świat bardzo charakterystycznych śpiewaków bo Brazylijczyka od razu poznasz po głosie, no bo kto umie tak piszczeć jak nie oni? I tutaj nasuwa się od razu przynajmniej mi Andre Matos, którego nigdy może tak nie wielbiłem jak fani jego głosu ,ale doceniałem to co wyprawia ze swoim głosem. Przygodę z nim zacząłem nie fortunnie bo od Angry, w której tylko jego głos mi się podobał, jego głos wręcz przyćmiewał resztę. Słuchając Angry ,nie słuchałem muzyki angry tylko wokal, a to dziwne zjawisko . Ale to świadczy o jego potędze. Dalej były metalowe opery oraz Shaaman. Były też 2 solowe płyty i każda z tych płyt robi wrażenie pod względem wokalnym i muzycznym i każda z nich jest wart wysokich ocen, ale czy to są najlepsze dzieła tego zacnego wokalisty? Przez długi czas Shaaman Ritual miał ten tytuł ,jednak wczoraj to się zmieniło, na korzyść nie jakiego Vipera.
Co mnie skłoniło do zapoznania? Po części Matos , ale głównym powodem była szansa dostania owych albumów to też z niej skorzystałem. Zanim je przesłuchałem obczaiłem youtube, żeby wiedzieć z czym się to je...i zostałem po raz pierwszy powalany i zaskoczony dlaczego ja tego jeszcze nie znam. Od razu wiedziałem, że jest to mocna rzecz i że pewnie jest sławiona przez wielu słuchaczy. Jak się okazało, niestety się myliłem, bo większość obeszła obok tego tematu obojętnie.
Ciekawe dlaczego? Andre Matos znów odsiał? Brazylijski zespół więc trzeba odpuścić ?
Nie wiem brakuje mi pomysłu na odpowiedź na pytanie : dlaczego takie małe zainteresowanie tak wielkim zespołem? Nie wiem, mam nadzieję że wkrótce ją poznam.
Zespół jak widać powstał w 1985 i ma na swoim koncie 7 albumów z czego na razie znam 2 ,a resztę w swoim czasie nadrobię. Zacznę od debiutu - Soldier Of Sunrise Nie wiem czy to ja po prostu się nie znam ,czy po prostu nie wymagam nie wiele. Pewnie znów będziecie narzekać że będzie za wysoka ocena, że to jest wtórne itp Szczerze nie obchodzi mnie to, bo patrzę na siebie i mam zamiar napisać jak odbieram ten album. Możecie wierzyć lub nie ale dawno mnie nic tak nie rzuciło na kolana jak te dwa albumy. Choć słychać w nich wpływy Ironów czy też Helloween, ale bez przesady panowie oni grają naprawdę swoje. W życiu bym ich nie nazwał kalką IM czy też H ,broń Boże. No właśnie muzyka Vipera jest udokumentowana jako speed /power metal i jak się tutaj nie zgodzić, ale nigdzie nie napiszą wam jak oni świetnie to robią. Debiut w ogóle nie brzmi jak debiut, utwory są perfekcyjne, okładka przykuwa oko, wokalista w tym wypadku Matos niszczy obiekty a produkcja , dla jednych będzie powodem do narzekań a dla innych kolejnych plusem na albumie, ja się zaliczam do tych drugich.
Dobra przejdźmy w takim razie do zawartości albumu którą stanowią 9 kompozycji trwających około 30 minut i przyznam się że jest to najkrótszy album jaki słyszałem. Ale uważam to za dobrą rzecz, można w ciągu godziny przesłuchać 2 razy. Album otwiera „Knight of Destruction” znakomity utwór otwiera album. Prawdziwie ostre partie gitarowe, które urzekają nie tylko ostrością ale i też melodyjnością. Normalnie słuchacza bierze na myślenie czy to jest naprawdę debiutancki album, bo brzmi jakby był albumem jakiegoś genialnego zespołu grającego od kilku lat. Tak warstwa instrumentalna wzbudza podziw,a le czy tylko to? No właśnie nie! Nie można zapomnieć o wokaliście- młodziutkim Andre Matosie, który w żadnym wypadku mi nie przypomina to co wyprawiał w Angrze to też od razu chciałbym pod kreślić, że te osoby które nigdy go nie słyszały to na pierwszy kontakt radził bym właśnie albumy Vipera. Matos może nie piszczy, ale jak debiutujący wokalista niszczy nie jednego bardziej doświadczonego wokalistę. Bardzo idealnie pasuje do takiego oldschoolowego grania. Przyjemnie słucha się jak wkracza w wysokie rejestry, ale przy niskich też jest genialnie. No zaskoczył mnie totalnie, bałem się że będą jakieś skomplikowane i piszczące partie a jednak Matos okazał się bardziej wszechstronnym wokalista niż się spodziewałem. Genialny otwieracz to pestka , sztuczka polega na tym że trzeba utrzymać taki sam genialny poziom na kolejnych utworach...no zdziwicie się kiedy usłyszycie po raz kolejny niesamowity utwór, który jest warty sławienia, mowa o „Nightmares” no nie będę nawet próbował wyróżniać któryś utwór ponad resztę bo wszystkie są genialne. A ten tutaj omawiany ma naprawdę znakomite solówki , takich solówek to aż chce się słuchać,chce się do nich wracać. Nie jeden zespół by się ich nie powstydził. Są melodyjne i idealnie zagrane. No i ten Matos śpiewający choćby " Oh Oh' normalnie aż prosi się o owację na stojąco. Pewnie się zastanawiacie jak ma się sprawa Riffu czy tez Refrenu? O tóź moi drodzy czytelnicy są bardziej melodyjne czy tez chwytliwe niż się wam wydaję. Dla mnie Kill. I dotarliśmy do utworu który rzucił mnie na kolana już na youtubie- „The whipper” Kolejny killer! Wydaje się nie możliwe jak na debiut ? A jednak i nie ma się nawet co kłócić w tej sprawie. Szybki riff, znakomita aranżacja i niszczący wokal Matosa. Oj tak , solówki to mocna rzecz w tym przypadku, noż kurde kiedy ja takie solówki słyszałem oh ho ho. No kurde KULT!!! Nie mogę się pozbierać po The whipepr a już zespół mnie atakuje kolejną perłą - „Wings Of the evil”- mógłbym tak naprawdę napisać przy tym jak i przy kolejnych utworach, killer, arcydzieło i co tam jeszcze chcecie. Bo najciężej pisać o albumach , które są pełne killerów,gdzie nie ma na co ponarzekać. Co jest mocne w tym utworze? No wszystko, autentycznie wszystko, refren ,riff , solówki czy też aranżacje. Pewnie wątpicie, a najlepiej się samemu przekonać.
Kolejny utwór na liście to „H.R” tytuł jakże krótki ,ale czy to jest powód żeby go obrzucać błotem, w żadnym wypadku, bo znów mamy przykład kunsztu. Tutaj pozwolę sobie wyróżnić wokal Matosa ,który nawet nieco inaczej śpiewa jak na poprzednich utworach, czy tak potrafi przeciętniak? Wątpię. Przyznam się że najbardziej czekałem na tytułowy utwór który okazał się też najdłuższym utworem na albumie. I znów mamy do czynienia z niesamowitą kompozycją. „Soldier of Sunrise” i co mam wam napisać? Że znowu arcydzieło i genialny utwór?
Że utwór ma prawdziwy popis umiejętności gitarzysty? Że Matosa poradził sobie z takim kolosem? A zresztą sami sobie wybierzcie,bo wszystko jest tutaj prawdziwe. Zanami już 6 kompozycji i zleciało to bardzo szybko nie sądzicie? A jak wiadomo czas szybciej leci, kiedy mamy do czynienia z czymś przyjemnym, czyż nie?No a viper to naprawdę przyjemność najwyższego rzędu, a jeszcze większa jest przyjemność kiedy dostajemy kolejny świetny utwór..”Signs of The Night” ,chyba znów was nie zaskoczę , znów mamy wszystko perfekcyjne, znakomity riff który przykuwa uwagę ,nie tylko pod względem melodyjności, ale też samego pomysłu.
I do znudzenia mógłbym tak wam pisać że to Matos genialny itp , ale oszczędzę wam tego.
Hehe, najbardziej mnie uśmiał tytuł następnego utworu „Killera” ,pewnie dlatego że nasunął mi że mamy do czynienia z Killerem. Ale ile w tym prawdy jest. Nad mienie tylko, że jest to jedyny instrumentalny utwór na płycie i możecie wierzyć lub nie, ale nawet ironi by się go by nie powstydzili. A album zamyka „Law of The sword” który jest tak świetny jak reszta i podobnie jak reszta nie ma wad, nie ma słabych momentów. To się nazywa jazda na maksa.
A gdy album się kończy, ma się nie dosyt, bo mogło by tak lecieć w nieskończoność, ale nie ma powodów do zmartwień,jest przycisk play i można znów się rajcować od początku, albo można też wybrać drugą opcje a mianowicie drugi album Vipera, który trwa tyle samo, a satysfakcja gwarantowana.
W sumie to można by się obejść bez jakiś zbędnych podsumowań w tym wypadku, bo czy ktoś sięgnie po to jeśli nawet zachęcę? Szczerze wątpię ,bo kto jest zrażony do wokali Matosa raczej ominie ten album nawet jeśli napiszę że tutaj śpiewa nieco inaczej niż w Angrze, ale to ich sprawa, nie ma co na siłę zmuszać. A żeby wszystko było jasne i przejrzyste, napiszę krótkie podsumowanie...
Soldier of Sunrise to naprawdę kawał dobrej muzy, arcydzieło i co tam jeszcze chcecie.
Nie ma wad, nie ma wypełniaczy, nie ma grania na siłę. Jest zajebista praca gitar, jest znakomity wokalista, są imponujące solówki, które nawet przez noc nie wyleciały z głowy, jest znakomita oprawa graficzna, a jeśli ktoś ma zastrzeżenia do brzmienia. To chyba nie muszę przypominać ,że kiedyś w latach 60 niebyły lepsze a nie przeszkadzały w sławieniu albumów, więc jeśli chcecie szukać dziury w całym to radzę znaleźć inną wadę. Długo się zastanawiałem nad oceną, mógłbym dać 8.7/10 i być jako tako profesjonalistą, który jest bardzo wyrachowany, ale ja nie ma zamiaru choćby w tym przypadku, bo to byłoby nie zgodne z moi sumieniem, z tym co czuję do tego album oraz w stosunku do innych albumów którym dałem wysoką ocenę, to też jak z największą przyjemnością daje 9.5/10 i pozostaje zachęcić innych którzy nie słyszeli.
sobota, 18 czerwca 2011
VIPER - Theater Of Fate (1989)
Gdybym miał się zabawić w surowego sędziego i wybrać jeden najlepszy Viper to jednak skierował bym się właśnie ku drugiemu albumowi...Theatre of Fate, który jest perfekcyjny jak poprzednik, tylko tym razem mamy już brzmienie z prawdziwego zdarzenie, tym razem przeciwnicy zespołu nie mają się zupełnie do czego przyczepić, bo brzmienie jest idealne, a pod względem zawartości album jest nawet bardziej dojrzały i to słychać, a Matos też robi wrażenie bardziej doświadczonego, głos jeszcze potężniejszy, a reszta jest równie genialna.Album został wydany 2 lata po debiucie i niestety jest to ostatni album z Matosem na wokalu, a szkoda bo czuję, że siałby większe spustoszenie niż solowo czy też z Angrą. Byliby może na tym samym poziomie co Ironi? Kto wie, ale i tak dużo osiągnęli.
Tym razem mamy 8 kompozycji, powiedziałbym bardziej zróżnicowanych niż na poprzednim albumie. Wzbogacone o różne smaczki, grze na flecie czy różne takie pierdółki, które stanowią o wysokim poziomie albumu i jego muzyki.Już sam wstęp „Ilussions” jest tego najlepszym dowodem. Bardzo spokojna kompozycja, ale powalająca aranżacją,a kolejny utwór to „At Least A Chance”, który od razu prezentują właściwie kontynuację stylu poprzedniego albumu, ale jest tutaj jakby jeszcze większy kunszt, bardziej urozmaicony i te pomysły po prostu mnie rzucają na kolana.
Co za riff, no kurde kładzie on spokojnie większość riffów jakie słyszałem.
A skoro jesteśmy przy partiach gitarowych, to od razu zaznaczę, że solówki są pierwsza klasa i ta orkiestra ,MOC!!! Aż ma się wrażenie, że to przed smak tych wszystkich kolejnych bandów w jakich będzie Matos. A no właśnie skoro już go wymieniłem ...znów zniszczył, a jak dla mnie osiągnął tutaj bardzo wysoki poziom wokalny. Zniszczony poprzednim utworem długo nie musiałem czekać na dobitkę... „To live Again” to kolejny killer,szybki i bardzo melodyjny, nie sposób opisać tego co słychać, perfekcja w każdym calu, a najlepiej zrobicie jak sami się przekonacie, bo czyja mogę wam przekazać telepatycznie jakie uczucia wywarł na mnie, niestety nie mogę. Czego nie było na poprzednim albumie, a jest na tym to sporo zwolnień, więcej jak na poprzednim, a najlepszym tego przykładem jest...”A cry from The edge”. Tylko nie myślcie sobie że wolny początek to od razu będzie ballada. No jak się przekonacie, ten przepiękny wstęp jest tylko zmyłką, bo tak naprawdę utwór jest szybki i diabelnie melodyjny. Może się powtórzę ale znów ideał .
A ja sobie pozwolę tylko sobie wyróżnić unikatowe solówki. Skoro jesteśmy przy zwolnieniach i tego typu rzeczach, należy wspomnieć, że na kolejnym utworze „Living For Tonight” zastosowano podobny trik i udało im się nie ma co. Bardzo spokojny i jakże łapiący za serce wstęp jest tylko rozgrzewką przed prawdziwą jazdą,ale Matos zniszczył wokalnie w tym krótkim spokojnym momencie. A dalej utwór jest oczywiście szybszy i bardziej melodyjny,znów perfekcja i to na każdym kroku, instrumentalnie, tekstowo czy też wokalnie.Czy was też zniszczył moment zwrotek? Sporo smaczków jak na power/speed metalowy band, no to Helloween może się schować. Największy podziw wzbudza we mnie taki „Prelude To Oblivion”, który można śmiało uznać za kamień milowy takiej metalowej opery.
Tyle tutaj smaczków, jest sporo orkiestracji, ale jest też szybkość i melodyjność, a sam utwór nadawałby się też do muzyki klasycznej,wystarczy posłuchać głównego motywu. A Matos jak poradził sobie z takim wyzwaniem? Noż kurna KULT i wy się dziwicie że niektórzy ma ją obsesję na punkcie tego gościa.
Niesamowicie prezentuje się też tytułowy utwór „Theatre of Fate”, który jest najbardziej rozbudowaną kompozycją. Sława? Jasne, że tak, killer jakich mało. Album zamyka największa niespodzianka jaką mógł mi zespół zgotować...ballada, no właśnie nie było na poprzedniczce to też miałem obawy czy dadzą radę stworzyć niszczącą balladę? A tu nie potrzebnie się martwiłem, bo „Moonlight” to jedna z najpiękniejszych ballad jakie w życiu słyszałem. Brawa należą się dla Andre za taki niesamowity popis umiejętności przy tak uczuciowej piosence. Znów mamy sporo smaczków czego nie było na poprzedniczce.
Czy wam też wam się to kojarzy nieco z muzyką poważną?
Theatre Of fate to znakomity następca debiutu! Rzekłbym nawet bardziej dojrzalszy i z dwojga można nawet użyć słowa, że lekko lepszy od debiutu.
Ale ja nie podejmuję się tego, bo oba krążki są dla mnie perfekcyjne, wręcz Kultowe!
Nie ma wad, nie ma niczego do czego mógłbym się przyczepić, jest za to bardzo długa lista plusów. Na czele z wokalem Andre Matosa, który mnie rzucił na kolana i jeśli ktoś podważa jego umiejętności wokalne, to powinien się zastanowić co piszę, bo w takim wypadku albo się go nie słyszało w Viperze, Shaamanie czy też na solowych płytach albo się nie zna na metalu.
Jest to jeden z najlepszych wokalistów i to nie podlega dyskusji.
A sam album jest jedyny w swoim rodzaju, jednym z najlepszych w owym roku.
Czytając ten tekst pewnie wiecie, że ocena, która się tutaj pojawi nie będzie niska, i tak też jest.
Nota: 9.5/10
Sława Viper, Sława Andre Matos .
Tym razem mamy 8 kompozycji, powiedziałbym bardziej zróżnicowanych niż na poprzednim albumie. Wzbogacone o różne smaczki, grze na flecie czy różne takie pierdółki, które stanowią o wysokim poziomie albumu i jego muzyki.Już sam wstęp „Ilussions” jest tego najlepszym dowodem. Bardzo spokojna kompozycja, ale powalająca aranżacją,a kolejny utwór to „At Least A Chance”, który od razu prezentują właściwie kontynuację stylu poprzedniego albumu, ale jest tutaj jakby jeszcze większy kunszt, bardziej urozmaicony i te pomysły po prostu mnie rzucają na kolana.
Co za riff, no kurde kładzie on spokojnie większość riffów jakie słyszałem.
A skoro jesteśmy przy partiach gitarowych, to od razu zaznaczę, że solówki są pierwsza klasa i ta orkiestra ,MOC!!! Aż ma się wrażenie, że to przed smak tych wszystkich kolejnych bandów w jakich będzie Matos. A no właśnie skoro już go wymieniłem ...znów zniszczył, a jak dla mnie osiągnął tutaj bardzo wysoki poziom wokalny. Zniszczony poprzednim utworem długo nie musiałem czekać na dobitkę... „To live Again” to kolejny killer,szybki i bardzo melodyjny, nie sposób opisać tego co słychać, perfekcja w każdym calu, a najlepiej zrobicie jak sami się przekonacie, bo czyja mogę wam przekazać telepatycznie jakie uczucia wywarł na mnie, niestety nie mogę. Czego nie było na poprzednim albumie, a jest na tym to sporo zwolnień, więcej jak na poprzednim, a najlepszym tego przykładem jest...”A cry from The edge”. Tylko nie myślcie sobie że wolny początek to od razu będzie ballada. No jak się przekonacie, ten przepiękny wstęp jest tylko zmyłką, bo tak naprawdę utwór jest szybki i diabelnie melodyjny. Może się powtórzę ale znów ideał .
A ja sobie pozwolę tylko sobie wyróżnić unikatowe solówki. Skoro jesteśmy przy zwolnieniach i tego typu rzeczach, należy wspomnieć, że na kolejnym utworze „Living For Tonight” zastosowano podobny trik i udało im się nie ma co. Bardzo spokojny i jakże łapiący za serce wstęp jest tylko rozgrzewką przed prawdziwą jazdą,ale Matos zniszczył wokalnie w tym krótkim spokojnym momencie. A dalej utwór jest oczywiście szybszy i bardziej melodyjny,znów perfekcja i to na każdym kroku, instrumentalnie, tekstowo czy też wokalnie.Czy was też zniszczył moment zwrotek? Sporo smaczków jak na power/speed metalowy band, no to Helloween może się schować. Największy podziw wzbudza we mnie taki „Prelude To Oblivion”, który można śmiało uznać za kamień milowy takiej metalowej opery.
Tyle tutaj smaczków, jest sporo orkiestracji, ale jest też szybkość i melodyjność, a sam utwór nadawałby się też do muzyki klasycznej,wystarczy posłuchać głównego motywu. A Matos jak poradził sobie z takim wyzwaniem? Noż kurna KULT i wy się dziwicie że niektórzy ma ją obsesję na punkcie tego gościa.
Niesamowicie prezentuje się też tytułowy utwór „Theatre of Fate”, który jest najbardziej rozbudowaną kompozycją. Sława? Jasne, że tak, killer jakich mało. Album zamyka największa niespodzianka jaką mógł mi zespół zgotować...ballada, no właśnie nie było na poprzedniczce to też miałem obawy czy dadzą radę stworzyć niszczącą balladę? A tu nie potrzebnie się martwiłem, bo „Moonlight” to jedna z najpiękniejszych ballad jakie w życiu słyszałem. Brawa należą się dla Andre za taki niesamowity popis umiejętności przy tak uczuciowej piosence. Znów mamy sporo smaczków czego nie było na poprzedniczce.
Czy wam też wam się to kojarzy nieco z muzyką poważną?
Theatre Of fate to znakomity następca debiutu! Rzekłbym nawet bardziej dojrzalszy i z dwojga można nawet użyć słowa, że lekko lepszy od debiutu.
Ale ja nie podejmuję się tego, bo oba krążki są dla mnie perfekcyjne, wręcz Kultowe!
Nie ma wad, nie ma niczego do czego mógłbym się przyczepić, jest za to bardzo długa lista plusów. Na czele z wokalem Andre Matosa, który mnie rzucił na kolana i jeśli ktoś podważa jego umiejętności wokalne, to powinien się zastanowić co piszę, bo w takim wypadku albo się go nie słyszało w Viperze, Shaamanie czy też na solowych płytach albo się nie zna na metalu.
Jest to jeden z najlepszych wokalistów i to nie podlega dyskusji.
A sam album jest jedyny w swoim rodzaju, jednym z najlepszych w owym roku.
Czytając ten tekst pewnie wiecie, że ocena, która się tutaj pojawi nie będzie niska, i tak też jest.
Nota: 9.5/10
Sława Viper, Sława Andre Matos .
Subskrybuj:
Posty (Atom)

