Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Axxis. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Axxis. Pokaż wszystkie posty

piątek, 12 lipca 2024

AXXIS - Coming Home (2024)


 Jakże idealny jest ten tytuł nowego krążka niemieckiej formacji Axxis. Powrót do korzeni, do tego w czym są najlepsi. Znakomita mieszanka melodyjnego heavy metalu, power metalu i hard rocka. Do łatwo wpadających w ucho hitów i niezwykle chwytliwych melodii. Tak jak ostatnio te płyty były nijakie i bez charakteru, tak "Coming Home" to powrót do domu, do ich najlepszych płyt. Znajdziemy coś z pierwszych płyt, ale też coś z "Paradise in Flames", "Utopia" czy "Kingdom of the night II". 100 procent Axxis w Axxis i tutaj nie ma ściemy. Już lepszego prezentu z okazji 35 lecia istnienia zespołu nie można było sobie wymarzyć.

Okładka ma swój klimat i potrafi zapaść w pamięci. Brzmienie mocne, wyraziste, ale i też pełne hard rockowego ciepła. Przypomina się brzmienie z pierwszych płyt. Każdy kto zna ten band ten od razu pozna te ich znaki rozpoznawcze jak charakterystyczny i rockowy głos Bernharda, który mimo swoich lat wciąż zachwyca. Mamy typowe dla Axxis pozytywne zakręcone melodie, łatwo wpadające w ucho refreny, który przez lata były tajną bronią tej formacji. Nie raz ocierali się o kicz, ale to był ich urok. To wszystko tu jest.  Ożył też nam klawiszowiec Harry Olers, który ma znacznie więcej roboty. Od strony partii gitarowych tworzonych przez duet Weib/ Degener robią wrażenie i dawno nie działo się w tej sferze tyle dobrego. Jest na pewno pozytywne zaskoczenie.

Lubię czasy "Paradise in Flames" czy "Utopia", gdzie band też mocno akcentował patenty power metalowe. Stawiając na "Blackest Vision" w roli otwieracza już na dzień dobry mnie kupili tym albumem. Dawno nie mieli takiego killera, który kipi energią, zachwyca niezwykle melodyjnym riffem  i power metalowym kunsztem. Rasowy killer i Axxis w najlepszym wydaniu. Takie "Brother Moon" czy "living in a world" to były pozytywne i bardzo miłe dla ucha kawałki, które może miały nieco rocka, nieco kiczu, ale głęboko zapadły w sercu. Coś w podobnym stylu band prezentuje w nieco rockowym "Coming Home" czy nastrojowym "Moonlight Bay". Niby proste i nieco komercyjne hity, ale ile radości dostarczają. Powinni sięgnąć po nie na koncertach. Czy tylko ja słyszę coś z "Utopia" i Gamma ray w "Atlantica"? Zresztą na "Paradise in Flames" też słyszałem pewne echa Gamma ray, więc to miłe zaskoczenie. Radosne, nieco rockowe granie wraca w melodyjnym "love will shine for everyone" i znów słychać coś z pierwszych płyt. Jakże piękne buja "irish way of life" i to jest to za co kocham Axxis. Za proste motywy, za umiejętne balansowanie między melodyjnym metalem, power metalem i hard rockiem. Prawdziwe cudo! Power metal pełną gębą mamy też w rozpędzonym "Legend of Phantasia". Świetna praca gitar, mocny riff i spora dawka elementów z czasów "Paradise in Flames". Dawno Axxis nie był w takiej formie i dawno nie było tyle hitów na jednej płycie. Refren w "Lord of Darkness" rozkłada na łopatki i znów Axxis pokazuje swój geniusz i umiejętność tworzenia hitów. Sam utwór znów pokazuje energię i przebojowość rodem z moich ulubionych płyt. Takiej frajdy na ostatnich płytach nie było. "Ready to burn" to już typowy hard rockowy kawałek, który został zagrany na luzie, bez spiny.  Energią kipi też "Tears of a clown", gdzie mamy hard rock pełną gębą. Troszkę kiczu znajdziemy w zamykającym "i wont sell my soul", ale sam utwór nie jest taki zły i nawet można się dobrze przy nim bawić. Znakomicie układa się tutaj praca gitar i partii klawiszowych.

Trzeba było 6 lat czekać na nowy album, ale ja czekałem 10 lat. Od czasów "Kingdom of the night II" nie wydali nic ciekawego, a przynajmniej nic co by mnie ruszyło. Teraz dostałem album , który oddaje piękno stylu Axxis i zawiera praktycznie same hity. Jak dla mnie to jest jeden z ich najlepszych albumów w dorobku. Śmiało można postawić obok klasycznych albumów. Bardzo udany powrót do korzeni. Mam nadzieję, że tylko już utrzymają ten styl i jakość. Brawa dla Axxis za wyrwanie się z dołka.

Ocena: 9/10

czwartek, 9 kwietnia 2020

AXXIS - Virus of a modern time EP (2020)

Axxis znalazł czas i wydał mini album, który jest wydawnictwem nawiązującym do tego co obecnie się dzieje na świecie i tytuł "Virus of a modern time" jest adekwatny. Tak to tylko epka, ale wypada lepiej niż 2 ostatnie pełne krążki.

W dalszym ciągu nie podoba mi się szata graficzna, ale band nadrabia mocniejszym brzmieniem i stylem, który troszkę przypomina mi czasy "Utopia" co jest zmianą na plus. W bardzo dobrej formie wokalnej jest Bernhard i to on cały czas napędza ten zespół.  W stylistykę Axxis znakomicie wpisał się gitarzysta Matthias Degener, który zasilił band w 2019r. Oczywiście mimo kilku dobrych momentów całość prezentuje się co najwyżej dobrze. Brakuje jakiś wyraźnych hitów, ale ta epka daje nadzieje na lepsze czasy w obozie Axxis.

Bardzo spodobał mi się energiczny i ocierający się o power metal "Babylon" i to jest Axxis jaki lubię. Przypominają mi się czasy "Utopia". Słabszy jest toporny i nijaki "Boats of Hope". Za dużo komercji, hard rocka, a za mało konkretów. Ciężki riff i nowoczesny wydźwięk to cechy "Last Eagle" i to też co najwyżej dobry kawałek. Drugi killer na płycie to "Mother money" i jest nieco szybciej, z domieszką power metalu. Ostatnio brakowało mi takich energicznych utworów w wykonaniu Axxis. Nawet nieco nowoczesny "Virus of a modern time" dobrze się słucha i potrafi porwać słuchacza mocnym riffem i przebojowym refren. Udany kawałek i proszę więcej takich na następnym albumie.  Słabo wypada zamykający "war games", który tak naprawdę nic nie wnosi do tego wydawnictwa.

Dobrze widzieć, że mimo całej akcji z wirusem Axxis funkcjonuje i wraca do swojej właściwej formy. To tytko mini album, ale jest kilka mocnych momentów i mam nadzieję, że to przyniesie lepsze płyty w przyszłości.

Ocena: 6/10

piątek, 5 października 2018

AXXIS - Monster hero (2018)

Były czasy, że niemiecki band o nazwie Axxis był wyznacznikiem jakości i dobrej muzyki z pogranicza heavy/power metalu z domieszką hard rocka. Były nawet momenty, w których zespół błyszczał i wydawał takie perełki jak "Paradise in Flames" czy "Time Machine". Te czasy już nie wrócą, bowiem zespół postanowił wrócić do swoich korzeni i grać prosty heavy metal z elementami hard rocka. Nie miałby nic przeciwko jeśli byłoby to na poziomie godnym uwagi. Niestety ten zespół nie przypomina Axxis, który pokochałem. Nie ma w ich muzyce lekkości, świeżości, czy energii. Można zapomnieć o przebojowości i ciekawych popisach gitarowych. Zespół gra bardzo ubogi metal i nie ma w nim za grosz pomysłowości. Wszystko sprowadzono do prostego i oklepanego grania i to bez wyrazu. Szkoda, bo zespół grać potrafi i ma doświadczonych muzyków. W tym przypadku brzydka i kiczowata okładka w pełni odzwierciedlają zawartość. Samo otwarcie płyty nie jest najgorsze, bowiem "Monster Hero" ma mocny riff i chwytliwy refren. Jednak sama jakość kawałka pozostawia wiele do życzenia. Dużo hard rocka mamy w dynamicznym "Rock is my religion", ale też brzmi to jakoś nijako i kiczowato. Brakuje ostatecznego szlifu i dopracowania. Rozpędzony "Glory of the brave" to ukłon w stronę power metalowego obliczu zespołu. Jest to jeden z najciekawszych momentów na płycie. Na płycie roi się od prostego rockowego grania, które słychać w nieco popowym "Gonna be tough". Nie wiele wnosi marszowy "We are seven" czy rockowy "all we want is rock". Ciężko przebrnąć przez cały materiał, ponieważ nie ma na co zwrócić uwagę. Partie gitarowe obdarte są z mocy i pazura, a i o dobre melodie tutaj ciężko. Axxis ciągnie słabą formę i to jest przykra wiadomość. Czy stać ich jeszcze na jakiś dobry album? Mam nadzieje, że tak.

Ocena: 2.5/10

niedziela, 23 lipca 2017

AXXIS - Retrolution (2017)

Niemiecki heavy metal kryje wiele ciekawych zespołów, wiele mało znanych i solidnych, ale także sporo legend, które miały ogromny wpływ na muzykę z pogranicza hard rocka i heavy metalu. Jednym z tych zespołów, które trzeba zaliczyć do tych największych i najbardziej rozpoznawalnych jest Axxis. Ta formacja zaczyna od hard rocka i melodyjnego metalu ocierając się o twórczość Accept, Deep Purple czy Def Leppard. Panowie szybko odkryli swój styl i dali się poznać jako specjaliści od prostych i chwytliwych przebojów. Cały czas się rozwijali i tak rozwinęli skrzydła w 2000r. „Back to the Kingdom” otwierał nowy rozdział zespołu, gdzie zespół nie bał się urozmaicać swój materiał. To był czas kiedy Axxis do swojej muzyki wlał nieco power metalu i to takiego znanego z Gamma Ray, Helloween czy Freedom Call. W tym czasie ukazał się ich najlepszy album tj „Paradise in Flames”. Niestety zespół wrócił do korzeni wraz z „Kingdom of the night”. To był nie równy materiał, ale miał przebłyski i mógł się podobać. „Retrolution” to kontynuacja grania z ostatniego albumu, czyli panowie znów próbują nas zabrać do lat 80, do swoich początków.

Paskudna okładka, która przypomina plakat do horroru „christine” i jeszcze gorsze brzmienie, które jest pozbawione pazura to złe symptomy. Niestety muzyka jest nie wcale lepsza. Panowie postawili na proste motywy, na krótkie i treściwie utwory, porzucając dynamikę i power metalowe tempo z „Utopia” czy „Paradise in Flames”. Zespół próbuje grać heavy metal z domieszką hard rocka. Choć jest to momentami przebojowe i melodyjne. To jednak kicz bierze tutaj górę i potrafi nieco zniesmaczyć słuchacza. Rock'n rollowy otwieracz „Burn, burn burn!” nie zwiastuje niczego dobrego. Niby prosty motyw, niby jest hard rockowe szaleństwo i przebojowość z pierwszych płyt. Niestety wykonanie pozostawia wiele do życzenia. Nieco szybszy „This is my day” kusi dynamiką i szybkością, ale to nie jest to co chciałbym usłyszeć. Pazur jest w mocniejszym „Heavy metal brother” i to jest nawet udany utwór. Niestety teksty tutaj mocno kuleją i są kolejnym krokiem w stronę kiczu. Lekki „All my friends are liars” jest bardziej komercyjny, ale z drugiej strony jakiś taki nijaki.”Dream chaser” byłby udany gdyby nie słodkość i taki nieco chaotyczny podkład. Echa ery power metalowej gdzieś tam słychać w energicznym „Rock the night” i w sumie jest to najjaśniejszy punkt tej płyty. Zespół stara się grać z luzem co słychać w bluesowym „Do it better”, ale jakoś to się nie przedkłada na jakość płyty. Całość zamyka bezpłciowa ballada „Queen of the wind”, która jest idealnym podsumowaniem tego słabego i nijakiego albumu. Nie ma tutaj hitów, które by zapadłyby na długo w głowie. Jakieś to chaotyczne i bez wyrazu. Zespół wrócił do korzeni i szkoda. Trzeba było iść za ciosem i nagrywać kolejne płyty pokroju „Time machine” czy „Paradise in flames”. To był idealny styl Axxis. To co jest teraz jest poniżej ich możliwości.

Ocena: 4.5/10

niedziela, 13 kwietnia 2014

AXXIS - Kingdom Of The Night II - Black edition (2014)

Axxis postanowił w tym roku sprawić miłą niespodziankę fanom i nie chodzi tylko o fakt, że nagrali drugą część „Kingdom of The Night” to jeszcze postanowili nagrać dwie płyty z różnymi utworami. Ostatni taki wyczyn zrobił Tobias z Avantasią. Pytanie, czy przez skok na ilość utworów Axxis nie zatracił na jakości?

To jest akurat dobre pytanie, bo słuchając obu krążków można odnieść wrażenie, że zespół chciał zaskoczyć ilością materiału, a nie jakością. Biała edycja jest średnich lotów, a Czarna edycja też ma ze dwa wypełniacze i mam tutaj na myśli choćby „Lass Diss Gehn”. Jakby wybrać kawałki z obu płyt na jednej płycie to byłoby znacznie lepiej. Albumy są nie równe, mają kilka zbędnych wypełniaczy. Ale nie tylko tutaj leży problem. Zespół gdzieś zatracił smykałkę do tworzenia takich pomysłowych albumów jak kiedyś. Oczywiście „Black edition” wypada znacznie ciekawiej niż „White Edition”, ale to nic dziwnego, jak właśnie czarna edycja zawiera te mocniejsze utwory. Już otwieracz znakomicie nas o tym informuje. I właśnie więcej takich utworów przydałoby się na tej płycie. Więcej energii, więcej przebojowości i mocnego heavy/power metalowego grania. Kolejnym mocnym kawałkiem jest „Venom”, czy bardziej power metalowy „Beyond The Sky”. Zespół nie kryje w żaden sposób, że powrócił do swoich korzeni i bardziej hard rockowego grania o czym świadczyć może „The war” który brzmi jak utwór wyjęty z debiutu. White Edition jest nie równy i ma sporo wypełniaczy i ukazuje brak stabilizacji i granie jakby na siłę. Inne wrażenie robi „Black edition”, bowiem tutaj słychać że zespół starał się stworzyć równy i energiczny materiał. Nie brakuje przebojów na miarę klasyków Axxis i wystarczy posłuchać „Soulfire” czy „Never Again” by się o tym przekonać. Słychać poprawę w stosunku do ostatnich płyt Axxis, słychać że zespół bardziej się przyłożył, że włożył więcej wysiłku w te kompozycje. Jest energia, jest pomysłowość i klimat pierwszych płyt, a właśnie o to w tym wszystkim chodziło. Zespół dobrze się przy tym bawi. „Lie After Lie” przypomina bardziej album „Utopia”, ale to jest akurat spory plus. Kto lubi mocniejsze dźwięki i mroczniejszy klimat, powinien się zachwycić „Bites Inside”.

Może i dobrze, że rozdzielono ten materiał na dwa albumy? Przez to mamy dopracowany i przebojowy „Black Edition” i nie równy „White Edition”. Całościowo można odnieść wrażenie, że zespół poszedł na ilość. Ale w tym wszystkim są plusy. Zespół wrócił do swoich korzeni. Jest hard rock, melodyjny metal, a nawet power metal znany z ostatnich płyt. Fani będą zadowoleni. Ale gdyby tak wrzucić do Black Edition ze 3 kawałki z drugiej edycji to byłoby jeszcze lepiej. Ostatecznie mimo wszystko trzeba stwierdzić że „Black Edition” to najlepszy album od czasów „Paradise In Flames”. Polecam

Ocena: 8/10

piątek, 11 kwietnia 2014

AXXIS - Kingdom Of The Night II - White Edition (2014)

Każdy w tym roku stara się nawiązać do swoich najlepszych płyt, powrócić do korzeni. Wystarczy spojrzeć na Iron Savior, Freedom call czy w końcu Axxis. Ten ostatni jeszcze bardziej kontrowersyjnie podkreśliło swoje nawiązanie do korzeni. Niemiecki band postanowili swój nowy album zatytułować „Kingdom Of the Night 2” a wszystko na potrzeby 25 letniej rocznicy nagrania debiutu. Zespół postanowił znów powrócić do bardziej hard rockowego grania i bardziej melodyjnego metalu aniżeli power metalu. Właściwie na tym nie koniec niespodzianek ze strony Axxis. Mamy bowiem dwie wersje nowego albumu i każda z nich to inne kompozycje. Zacznijmy od tej łagodniejszej wersji określanej mianem „Białej edycji”.

Ta płyta zawiera łagodniejsze kompozycje, bardziej stonowane, bardziej rockowe i więcej ballad. Już otwierający „Hall Of Flame” znakomicie potwierdza fakt, że na tym wydaniu poznamy łagodniejszą stronę Axxis. „Heaven in Paradise” to lekki utwór, który uświadamia nas, że zespół faktycznie powrócił do swoich korzeni i słychać ten znany nam z debiutu miks melodyjnego metalu i hard rocka. To, że poziom już nie ten sam to już nieco inna bajka. Axxis z roku 1989 cechował się nie zwykłą przebojowością i pomysłowością i tutaj tego mi brakuje. Jasne są takie perełki jak „Living in a Dream”, które brzmią jak zagubione kawałki z sesji nagraniowej debiutu, ale nie ma ich zbyt wiele. Zaliczyć do nich trzeba też bez wątpienia taki nieco folkowy „Dance Into The Life”. Gitarzysta Marco może nie jest najlepszym gitarzystą Axxis, ale daje sobie radę i wie jak uchwycić hard rockowe feeling i smak wolności. Jednak brakuje takiej siły przebicia jak na debiucie, pomysłowości i przebojowości. Takie smętne kawałki jak „21 Crosses” czy „My eyes” mogłyby spokojnie się nie znaleźć na płycie. Niczego nie wnoszą i psują ostateczny efekt. Dirk jako nowy perkusista wypada przekonująco, ale nie odgrywa on tutaj kluczowej roli. Jak zwykle wszystko kręci się wokół wokalu Bernharda, który jest jedyną osobą z klasycznego składu. Jest on znakiem rozpoznawczym Axxis i właściwie jego wokal przez te lata się nie pogorszył. Wciąż wzbudza te same emocje. Z tej edycji godne wyróżnienia są jeszcze dwa kawałki, a mianowicie „Temple Of Rock” i „Take me far Away”. Reszta nie jest już tak emocjonująca.

Kilka dobrych melodii to wszystko co pozostaje w głowie. Płyta nie zapada w pamięci w żaden sposób i nie wzbudza takich emocji jak debiut czy jak „Paradise in Flames”. Zespół chciał powrócić do korzeni i to im się udało. Choć sam poziom muzyki nie jest zadowalający, powiedziałbym nawet że jest rozczarowujący. Zawsze można sięgnąć po drugą edycję, zwaną „Czarną Edycją”, która wypada nieco korzystniej.

Ocena: 4.5/10

niedziela, 5 maja 2013

AXXIS - Kingdom Of The Night (1989)

Niemiecka scena metalowa za słynęła za sprawą topornego heavy metalu i to jest coś co wielu osobom kojarzy się niemiecka scena, czyli toporność i kwadratowe melodie, jednak warto mieć na uwadze, że jest sporo zespołów, które są wyjątkami od reguły i jednym z tych zespołów jest Axxis, który obecnie gra heavy/power metal w melodyjnej odmianie, zaś w przeszłości dał się poznać jako kapela bardziej hard rockowa, wykorzystująca elementy melodyjnego heavy metalu. Axxis został założony w 1988 roku i w 1989 roku wydał swój debiutancki album „Kingdom of The Night”.

W pierwszym składzie Axxis był Richard Michalski , Werner Kleinhaus, Walter Pietsch, no i Bernhard Weib, który jako jedyny nie zmienił się w składzie Axxis. Ten młody wówczas zespół obrał sobie za cel granie na pograniczu melodyjnego metalu i hard rocka, który dominował w owym wczesnym okresie zespołu i to właśnie zaprezentowali na debiucie. Axxis bardzo szybko zyskał sławę, szybko stał się zespołem rozpoznawalnym i ową sławę zespół zawdzięczał wokaliście Berhardowi, który wyróżniał się na tle innych wokalistów, ciekawą manierą, specyficznym stylem i znakomitą techniką, mieszcząc się w kategoriach hard rockowego i metalowego wokalisty. Axxis już na pierwszym albumie pokazał, że przywiązuje ogromną uwagę do wykonania utworów, do tego żeby każdy utwór był dopracowany, energiczny, żywiołowy, melodyjny i przebojowy, a to zespołowi wychodziło naprawdę znakomicie. Debiut to kopalnia hitów, które bujają i porywają bez reszty, zapewniając przednią zabawę, a wszystko oczywiście chwytliwe i wysmakowane. „Kingdom Of The Night” wyróżniał się na tle innych rockowo-metalowych wydawnictw rycerskim klimatem, a także znakomitą pracą gitarzystów Weib/ Pietsch, którzy skupili się na melodiach, finezji, jednocześnie można tutaj ich pochwalić za lekkość, różne smaczki, ozdobniki i za wykonanie, które jest na wysokim poziomie. To jest bez wątpienia jeden z największych atutów debiutu obok przebojowości. Soczyste i krystaliczne czyste brzmienie nasuwało wiele znanych i lubianych produkcji rockowych i tutaj też Axxis się wyróżniał na tle innych niemieckich zespołów. Płyta od początku do końca zachwyca swoją lekkością i przebojowością, a pierwszym zapadającym kawałkiem jest chwytliwy „Living in A World” , który ma znakomity refren, ale to jest właśnie znak rozpoznawczy Axxis. Pod względem riffu, partii gitarowych zachwyca „Kingdom Of The Night”, gdzie słychać w pływy Deep Purple i Ritchiego Blackmore'a i podobnie jest w przypadku rockowego „Never Say Never”. Axxis to nie tylko specjaliści od melodyjnych przebojów, to również spece od klimatycznych ballad co słychać po „Fire and Ice”, a także od komercyjnego rockowego grania, co słychać po „For a Song”. Przykłady znakomitego, radosnego hard rockowego grania można odszukać w „The Moon” czy „Just One Night”. Na tle całości wyróżnia się z pewnością piękny, klimatyczny i podniosły „Tears of The Trees” . Axxis dzisiaj słynie z power metalowej formuły wymieszoną z hard rockiem i melodyjnym metalem. Pierwszy przejaw power metalu w muzyce Axxis słychać już w energicznym „Kings made Of Steel”. Brak słabych kompozycji, to kolejny atut tego wydawnictwa.

Tak o to narodziła się kolejna legenda niemieckiej sceny metalowej, tak narodził się zespół który zdobył sławę nie mniejszą niż Scorpions jeśli chodzi o rockowe granie. Axxis to przykład, że niemiecki to nie tylko toporne, kwadratowe granie, ale też lekkie, finezyjne melodyjne granie na pograniczu hard rocka i melodyjnego metalu. „Kingdom of The Night” to znakomity debiut, który wyznaczył styl zespołu na klika lat. Kopalnia hitów i jeden z najlepszych albumów tej kapeli. Gorąco polecam!

Ocena: 9/10

sobota, 25 czerwca 2011

AXXIS - Utopia (2009)





Tak jak lubię Axxisa za wcześniejsze dokonania z naciskiem na „Paradise in Flames” czy też „Time Machine” o tyle do nowego albumu jednak podchodziłem z dystansem, bo czułem w skórze, że jednak drugiego Time Machine nie nagrają .
Cóż na nowy album nie trzeba było poczekać zbyt długo, bo dzięki takiemu wynalazkowi jak internet można się już zapoznać z całym albumem. Po przesłuchaniu, a nawet w trakcie słuchania ,toczyła się walka w mojej głowie między ślepym wielbieniem, a trzeźwym spojrzeniem na ten album pod kątem tego co można było usłyszeć w tym roku i pod względem ich twórczości. No cóż wygrał rozsądek i spojrzenie na owy album z głową.
To, że będzie to album w podobnej stylistyce co poprzedni album było wiadomo już od dłuższego czasu,ale jednak pod jakimś względem owa formuła nie robi już na mnie takiego wrażenia jak kiedyś. I choć przy pierwszym odsłuchu miałem wrażenie, że album jest lepszy od poprzednika. To jednak sądzę, że pod niektórymi względami tak jest.
Choćby pod tym, że więcej jest tutaj melodyjnych utworów, jest bardziej równiejszy album, niestety nie obeszło się bez wad.
Produkcja jak zawsze bardzo udana, forma wokalna Weisa też znakomita, jednak gorzej jest z chórkami, z refrenami i brakuje mi babskiego wokalu.
Choć album zaczyna się naprawdę zachęcająco, genialne intro, mocny wstęp pod postacią „Utopia” -jeden z najlepszych utworów na płycie. Pełen melodii no i co ważne zostaje w głowie.
Niestety im dalej tym mniej mnie to rajcuje,pytanie dlaczego, bo przecież utwory są melodyjne i jest do czego przy tupać?
No weźmy kolejny utwór „Last man on Earth” - melodia klawiszowa całkiem udana, praca gitar już mniej , a refren całkowicie kładzie utwór.
Prawdziwym gniotem okazał się „Fasss mich ann” - po jakiego grzyba niemiecki kawałek?
„”Sarah Wanna Die”-niby typowy wałek w stylu zespołu, ale dlaczego mi się nie podoba? Brak racjonalnego wyjaśnienia, ale uważam, że można było zrobić to nieco lepiej.
I kto by pomyślał że moim nr.1 na tym albumie okaże się....ballada „My Fathers’ Eyes”-prawdziwa perła z tego albumu,brakuje właśnie takich przyjemnych ballad i czuje że gdyby zespół właśnie nieco przysiadł do tego albumu nieco dłużej to kto wie.
The Monsters Crawl”,”Eyes of a child”- ten sam problem, średnie,niczym się nie wybijające utwory.
Kolejnym mocnym punktem jest „Heavy Rain”- chwytliwy refren,dodam że najlepszy z tego albumu.
For You I Will Die”- cóż kolejny wałek, który jest niby melodyjny, ale mnie nudzi.
I najlepsze co może być to dobre zakończenie po tak średnich wałkach.
Undrworld” jest przykładem jak powinien brzmieć album! Jest to kolejna perła.

Hmm Utopia okazał się dla mnie zaskoczenie pod tym względem, że niby ta sama formuła choć już mnie przestaje już tak niszczyć jak było to w przypadku „Paradise in Flames” czy też „Time Machine”. Uważam, że zespół powinien się nie co przyłożyć do kompozycji, a nie punktualnie i jak w szwajcarskim zegarku wydawać co 2 lata albumy, którym czegoś brakuje. Niech się nieco zastanowią nad tym co tworzą, niech nieco wleją świeżości, albo chociaż niech nagrywają w tym samym stylu,ale żeby to było na wysokim poziomie, a nie na poziomie rzemiosła. Album dla mnie wyjątkowo średni i tym razem 3 -4 utwory godne wyróżnienia, reszta jednak pozostawia wiele do życzenia. Mam nadzieje, że panowie zrobią jakąś refleksję,bo nie wróże im świetlistej przyszłości. 5.5/10