Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Death Dealer. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Death Dealer. Pokaż wszystkie posty

piątek, 23 stycznia 2026

DEATH DEALER - Reign od steel (2026)


 

Za każdym razem, gdy pojawia się nowy album Death Dealer, ogarnia mnie ekscytacja i euforia. To dla mnie prawdziwe święto, bo ta supergrupa znakomicie odnajduje się w estetyce heavy/power metalu. Każdy fan takich zespołów jak Cage, The Three Tremors, Ross the Boss czy Empire of Eden poczuje się tu jak w domu. „Conquered Lands” z 2020 roku to prawdziwa petarda i – obok debiutu – najlepszy album w dorobku zespołu. Po sześciu latach oczekiwania kapela, w niezmienionym składzie, oddaje w nasze ręce czwarty album studyjny zatytułowany „Reign of Steel”, którego premiera odbyła się dziś, 23 stycznia 2026 roku, nakładem wytwórni Massacre Records. Teoretycznie wszystko się zgadza: ten sam skład, ta sama stylistyka, podobne motywy i charakterystyczne rozwiązania. A jednak… tym razem brakuje tej dawnej siły rażenia, znanej z poprzednich wydawnictw.

Na płycie trafiają się momenty, w których mam wrażenie, że Sean Peck nie jest w optymalnej formie – jakby momentami się męczył i nie dysponował już tą samą mocą oraz pazurem co dawniej. Oczywiście wciąż śpiewa w swoim rozpoznawalnym stylu i nie brakuje charakterystycznych wysokich rejestrów, jednak na tle wcześniejszych albumów słychać pewien spadek dyspozycji. Również Ross the Boss i Stu Marshall zdają się być w nieco słabszej kondycji. Grają solidnie, nie brakuje mocnych riffów ani udanych solówek, ale gdzieś ulotnił się ten pierwiastek geniuszu i naturalnej przebojowości.

Albumu słucha się dobrze, jednak nie wywołuje on takich emocji jak debiut czy „Conquered Lands”. Do ideału sporo brakuje, a przecież w składzie mamy prawdziwe gwiazdy heavy i power metalu. Problem tkwi przede wszystkim w braku świeżości oraz nowych pomysłów na kompozycje i aranżacje. Całość momentami brzmi jak słabsza, mniej wyrazista kopia wcześniejszych płyt.

Być może czepiam się wokalu Seana Pecka, ale w agresywnym „Bloodbath”, ocierającym się wręcz o thrash metal, niedociągnięcia są niestety wyraźnie słyszalne. Doceniam energię i próbę zaskoczenia – sam pomysł był interesujący – jednak wykonanie nie jest w pełni przekonujące. To bez wątpienia najostrzejszy utwór w dorobku zespołu. Spokojniejszy „Raging Wild and Free” również wypada dość bezbarwnie. Owszem, pozwala złapać oddech, ale nie chwyta za serce ani nie buduje odpowiedniego napięcia.

Stonowany i nieco toporny „Compelled” także nie powala na kolana – to po prostu solidny heavy metal z zadziornym riffem. Sześciominutowy „Sleeping Prophet” sprawia wrażenie ospałego i pozbawionego iskry; brakuje mu wyrazistego motywu przewodniego i prawdziwej mocy.

Na szczęście na płycie nie brakuje również jaśniejszych punktów, godnych marki Death Dealer. Z pewnością należy do nich pomysłowy i przebojowy „Assemble” – dokładnie za takie utwory cenię ten zespół. Ciekawy motyw gitarowy napędza dynamiczny „Devil’s Triangle” i wreszcie zaczyna się dziać coś naprawdę interesującego. Do najlepszych albumów Death Dealer wciąż daleko, ale słychać, że zespół stara się jak może.

Klasyczny heavy metal dostajemy w dobrze zagranym „Riding on the Wings”, gdzie przebojowy refren robi solidną robotę. Pamiętam też, jak pozytywnie zaskoczył mnie singiel „Blast the Highway”, promujący ten album – rasowy killer i kwintesencja stylu Death Dealer. Szkoda tylko, że takich numerów jest tu zdecydowanie za mało. Warto jeszcze wspomnieć o rozpędzonym „Dragon of Algorath”, który momentami przywodzi na myśl Cage. To udany utwór, imponujący energią i chwytliwością.

Podsumowując: nie brakuje tu dobrych kompozycji, jednak jako całość album nie powala na kolana. Nie zostaje w pamięci na długo i nie dorównuje sile rażenia poprzednich wydawnictw. Same mocne riffy i szybkość to za mało – zabrakło hitów, wyrazistych motywów oraz wciągających melodii. Panowie grają tak, jakby zostali częściowo obdarci ze swojego talentu i twórczego geniuszu. Powstała po prostu dobra płyta balansująca między heavy a power metalem, ale od zespołu tej klasy należy oczekiwać znacznie więcej.

Ocena: 7/10


czwartek, 22 października 2020

DEATH DEALER - Conquered lands (2020)

Pamiętam jak dziś okres w którym ekipa Death Dealer chwaliła się swoją pracą nad nowym albumem. Już wtedy było wiadomo, że band ciężko pracuje i stara się nagrać tak naprawdę kontynuację dwóch poprzednich albumów. Minęło 5 lat od premiery "Hallowed Ground" i przyszedł czas na nowe dzieło tej supergrupy zatytułowane "Conquered lands". To było do przewidzenia, że band nagra album równie udany co poprzednie.

Kiedy ma się w zespole takie gwiazdy jak Stu Marschall z Empires of Eden, Sean Peck z Cage, czy Rossa The Bossa, który dał się poznać z grania w Manowar to można zdziałać naprawdę wiele. Ostatnio ten znakomity skład zasilił równie znany i utalentowany Mike Lepond, którego przecież znamy z Symphony X czy zespołu Rossa The Bosa. Tych panów tak naprawdę nie trzeba przedstawiać, nie trzeba pisać, jak są świetni w tym co robią. Na nich zawsze można liczyć i zawsze stworzą muzykę, która jest prosta z serca, muzyka która cieszy i do której zawsze chce się wracać.

Minęło 5 lat a Death Dealer nic nie zmienił w swojej stylistyce i dalej mamy wysokich lotów heavy/power metal, który opiera się na mocnych i zadziornych partiach Stu i Rossa, którzy tworzą świetny duet, który rozumie się bez słów i stawia na pomysłowe zagrywki. Tutaj ta machina działa bez zarzutów i można ich słuchać bez końca. Sam Sean to też wokalista z niesamowitą barwą i umiejętnościami i to jest wokalista jedyny w swoim rodzaju. Klasę już pokazał w Cage, ale też i w Denner/Shermann czy ostatnio w The three tremors. Każdy z tych muzyków to wielka indywidualność, a razem tworzą coś wyjątkowego, magicznego.

Nowy album, nowa muzyka, ale styl  i patenty band nie zmienia i dalej idzie swoją wydeptaną ścieżką. Słusznie bo nic innego nie oczekują od nich. Po raz kolejny ogromne brawa za klimatyczną i oldscholową okładkę. Death Dealer zadbał też soczyste, mocne brzmienie, które tylko jeszcze bardziej potęguje wrażenia Z jednej strony jest bardzo klasyczne, a z drugiej strony słychać nowoczesny pazur.

 Na płycie znajdziemy 11 dobrze wyważonych kompozycji dających 46 minut nowej muzyki. Na start  dostajemy tradycyjnie rozpędzony killer i taki właśnie jest "Sorcerer Supreme", który znakomicie przemyca temat Doktora Strange'a z Marvela. To jest właśnie Death Dealer jaki kocham i to jest heavy/power metal najwyższych lotów. W podobnych klimatach utrzymany jest zadziorny i dynamiczny "Every Nation" i słychać, że band nawiązuje do stylu i jakości z debiutu. Bardzo mnie to cieszy, bo debiut to jedna  z najlepszych płyt ostatnich lat. Tajemniczo zaczyna się "Beauty and the Blood", który ma ciekawe przejścia. Kolejny killer na płycie. "Running with the Wolves" to kompozycja bardzo heavy metalowa i to taki ukłon w stronę Accept, Judas Priest, ale też i Manowar. "heretic has returned" to kolejne nawiązanie debiutu i tutaj band znów zaskakuje pod względem technicznym jak i samych aranżacji. Tytułowy "Conquered lands" to kwintesencja stylu Death Dealer i słychać miłość muzyków do heavy i power metalu. Mocny, zadziorny i taki bardziej klasyczny riff sieje tutaj spustoszenie. Oj szykuje się rasowy killer koncertowy. Mocna rzecz! "Hail to the king" to niezwykle melodyjny i taki nieco lżejszy utwór i zaskakuje że wyszedł od Death Dealer. Stylistycznie najbliżej ma do "I am the King" z repertuaru Cage. Co za niesamowity przebój!  Szybko i agresywnie jest też w szybkim "Slay or be slain" i dopiero zwalniamy w balladzie "22 gone". Finał w postaci "Born to bear the crown" to znakomite podsumowanie tego znakomitego krążka.

Mistrzowie powrócili i zrobili to co do nich należało. Nagrali znakomity album w stylistyce heavy/power metalu. Jest agresja, dynamika i wciągające partie gitarowe, a całość spina ten niesamowity głos Seana. Jak to dobrze, że ta supergrupa to nie jakiś tam projekt muzyczny, a zespół z prawdziwego zdarzenia. Mam tylko nadzieję, że kolejny album powstanie znacznie szybciej. Z tego wszystkiego jeszcze zatęskniłem za Cage. Kto kocha dwa poprzednie krążki to i ten pokocha!

Ocena: 10/10

sobota, 3 października 2015

DEATH DEALER - Hallowed Ground (2015)

Pamiętam jak dziś dzień premiery „War Master” super grupy Death dealer. Ta amerykańska formacja pokazała nową jakość heavy metalu. W swojej muzyce wmieszali to co najlepsze z power metalu, co z thrash metalu i tradycyjnego heavy metalu. Z jednej strony było słychać wpływy Manowar, Cage czy Judas Priest, a z drugiej strony tworzyli coś nowego. Miło było zobaczyć, że jeden z najlepszych gitarzystów czyli Ross The Boss ma się dobrze i robi coś bardziej zaskakującego. Mając u boku Seana Pecka z Cage, Stu Marschalla, Rhino i Mik'e Davisa był wstanie stworzyć jedną z najlepszych płyt heavy metalowych ostatniej dekady. „War Master” to była petarda, płyta idealna, która emanowała energią, agresją, przebojowością, a każda zagrywka gitarowa była perfekcyjna. Oczekiwania i wymagania co do drugiego albumy tym bardziej były ogromne. Czy „Hollowed Ground” sprostał wyzwaniu i czy ma szanse konkurować z świetnym debiutem?

O to jest pytanie. Nie trzymając was w napięciu i bez owijania w bawełnę powiem, że niestety ale ta super grupa poniosła porażkę. Album został stworzony jakby szybko i tylko po to by podtrzymać zainteresowanie kapelą. Nie ma Rhino na pokładzie i perkusista Steve Bolognese znany z Into Eternity jakoś sobie radzi, choć to już nie ta klasa. Wszystko poszło jakoś nie tak. Mało jest w tym już pasji, zaangażowania, a całość jest echem debiutu. Została agresja, szybkość, solidna praca muzyków, ale uleciała magia, element zaskoczenia i umiejętność tworzenia hitów. Tutaj jest ich znacznie mniej i właściwie materiał już tak łatwo nie wchodzi w umysł słuchacza. Zadbano o mocne brzmienie i odpowiedni ładunek mocy i to bez wątpienia ratuje album. Nie ma jednak mowy o takim sukcesie jak debiut. Początek jest bardzo obiecujący i mimo że „Gunslinger” brzmi zupełnie inaczej niż debiut, to jednak ma odpowiedni klimat, zapadającą w głowie melodię i to już sprawia że jest to utwór na miarę tego składu. Niezwykle melodyjny kawałek wzbogacony ostrym riffem i solówkami, które pokazują kto tu gra. Ross The Boss to jednak klasa sama w sobie i z pewnością tutaj pokazuje na co go stać. Dobrze się stało że rozwija się poza zespołem Manowar. Album promował kawałek „Break The Silence” i od samego początku budził obawy co do albumu. Jasne mocny, toporny heavy metal, ale jakiś taki bez przekonania i tej nutki geniuszu z debiutu. Ot co solidny heavy metalowy kawałek, który w żaden sposób się nie wyróżnia. Tak jak na debiucie było pełno szybkich kawałków, tak i tutaj ich nie brakuje. Taką prawdziwą petardą jest „Plan of Attack” i z pewnością jest to jeden z tych najlepszych utworów, pomimo tego że ma sporo wpływów Cage. „Seance” bardziej toporniejszy i bardziej przekombinowany, a to niezbyt pasuje do stylistyki Death Dealer. Utwór bardziej techniczny, ale totalnie okrojony z ciekawych melodii i przebojowości. Duch Manowar gdzieś tam wybrzmiewa w marszowym „Way of The Gun”, jednak też nie jest to najlepsze co Death Dealer stworzył dotychczas. Wraże po dwóch nijakich kawałkach zaciera energiczny i rozpędzony killer w postaci „K.I.L.L”. Tak w takim graniu zespół sobie jeszcze radzi i może tego powinni się trzymać? Można odnieść wrażenie, że druga część płyty jest o wiele ciekawsza i zawiera znacznie przemyślane kompozycje. Jedną z nich jest rytmiczny „I am the Revolution”. Stary rasowy heavy metal lat 80 można wyczuć w toporniejszym „The Anthem”. Najlepszym utworem na płycie bez wątpienia jest agresywny i ocierający się o thrash metal „Corruption of Blood” i tutaj można poczuć ducha debiutu i twórczości Rossa. Na koniec mamy złowieszczy „Skull and Crossbones” czy mroczniejszy „ U- 666”, które robią dobre wrażenie i z pewnością zasługują na szczególną uwagę. Jest wolniejsze tempo, ale z pewnością nie umniejsza to tym utworom. Jest czym się zachwycać w niektórych momentach, są petardy, jest moc, jest agresja, ale to już nie to samo co debiut.


Tak rozczarowałem się nowym albumem Death dealer. To już nie to samo, choć dalej moc jest z zespołem. Grają heavy metal na wysokim poziomie i to raczej się nie zmieni, szkoda tylko że uleciała magia, zaskoczenie i przebojowość. Nie mamy już tyle hitów i takiej jakości, a materiał momentami może przynudzać przez swoją rutynę, ale nie można też mówić o totalnej porażce. Jednym słowem....żeby wszyscy nagrywali takie słabe albumy jak Death dealer to byłoby dobrze. Pozycja warta uwagi dla fanów prawdziwego heavy/power metalu. Polecam mimo wszystko.

Ocena: 7.5/10

poniedziałek, 17 czerwca 2013

DEATH DEALER - War Master (2013)



Rok 2013 jak każdy inny rok przejawiał się już w kilku ważnych wydarzeniach muzycznych jak powroty po latach takich kapel jak Warlord, czy Attacker. Wielkim wydarzeniem roku będzie nowy album Black Sabbath, jednak również nie mniej ważnym jest pojawienie się nowej super grupy o nazwie Death Dealer. Jest to oczywiście sensacja bo w jednym zespole grają : Sean Peck z Cage, Stu Marschall z Empires of Eden, Ross The Boss znany z Manowar, podobnie jak Rhino no i Mike Davis z zespołu Roba Halforda. Wielkie osobistości, wielkie nazwiska działają tutaj niczym magnez i od samego początku sprawiają, że oczekuje się płyty na miarę ich nazwisk, na miarę poziomu ich macierzystych kapel, a jak jest naprawdę?

Myśl założenia Death Dealer zrodziła się w głowie Seana i Stu, którzy współpracowali ze sobą choćby przy albumach Empires of Eden i od początku mieli chęć zagrać coś razem i tak w końcu doszło do powstania Death Dealer i szybko ze brano kolejne gwiazdy. Death Dealer to nie żaden projekt na jedną płytę, bowiem ma to być zespół z krwi i kości, który koncertuje i wydaje kolejne płyty. Co do płyt, zespół w czerwcu tego roku wydał swój debiutancki album, który jest nie lada gratką dla fanów Halforda, Empires of Eden, Rossa The Bossa, Manowar czy Cage, a więc każdego kto lubi mocny, ostry, dynamiczny, melodyjny heavy metal z elementami power, thrash metalu czy też z odrobiną epickiego charakteru. Debiutancki album został zatytułowany „War Master” i w żaden nie pasuje tutaj słowo „debiut” bo muzycy działają w muzyce metalowej od lat i wiedzą jak zadowolić fanów metalu. Styl Death Dealer jest wypadkową stylów wyznaczonych przez muzyków w ich macierzystych kapelach, tak więc Sean Peck wnosi swój doniosły, zadziorny wokal, który złudnie przypomina Roba Halforda, który wyróżnia Cage na tle innych kapel, perkusista Rhino wnosi mocną, techniczną grę na perkusji i to tą z znaną z Angels of Babylon czy Manowar, Mike Davis wnosi mocny i wyrazisty bas, który czasami przyprawia o dreszcze tak jak to jest choćby w epickiej balladzie „Children of Flames” nasuwającą oczywiście twórczość Manowar, Stu Marschall wnosi ciężar, agresję, brutalność, to on jest odpowiedzialny za ciężkie partie gitarowe, które ocierają się czasami o thrash metal, zaś Ross The Boss wnosi grację, klimat, epicki wydźwięk, zróżnicowanie, melodyjność, która jest tutaj tak pożądana. Okładka taka nieco komiksowa i od razu nasuwa płyty Cage, podobne skojarzenia nasuwa mocne, mięsiste i dość brutalne brzmienie.

Nie ma tutaj fuszerki zresztą podobnie jest z kompozycjami, które są zróżnicowane i utrzymane na wysokim poziomie. Pojawiają się tutaj kompozycje nasuwające twórczość Manowar i to nie powinno nikogo zdziwić, a słuchając „Never To Kneel”, ciężkiego „Hammerdown” czy epickiego, szybkiego „The Devils Mile” aż łezka się w oku kręci, że duch Manowar jeszcze można odnaleźć w innych kapelach. Tutaj to słychać dobitnie zwłaszcza jeśli w składzie jest dwóch byłych członków Manowar. Epicki przeboje, będące na miarę tych w Manowar? Oj są i wystarczy się w słuchać w „Liberty of death” czy zamykający album „Wraiths on The Wind”. Natomiast szybkie, energiczne kawałki utrzymane w stylizacji power/thrash metal i wpływami Cage w postaci „War Master” czy „Death Dealer”.

Majstersztyk pod względem brzmieniowym, kompozycji, ale to było do przewidzenia kiedy w zespole sami muzycy, którzy słyną z bardzo dobrych albumów, z muzyki, która zostaje w słuchaczu na dłużej. Jeden z najbardziej metalowych albumów to najlepsze określenie dla „War Master”.

Ocena: 9/10

P.s Recenzja przeznaczona dla magazynu HMP