Za każdym razem, gdy pojawia się nowy album Death Dealer, ogarnia mnie ekscytacja i euforia. To dla mnie prawdziwe święto, bo ta supergrupa znakomicie odnajduje się w estetyce heavy/power metalu. Każdy fan takich zespołów jak Cage, The Three Tremors, Ross the Boss czy Empire of Eden poczuje się tu jak w domu. „Conquered Lands” z 2020 roku to prawdziwa petarda i – obok debiutu – najlepszy album w dorobku zespołu. Po sześciu latach oczekiwania kapela, w niezmienionym składzie, oddaje w nasze ręce czwarty album studyjny zatytułowany „Reign of Steel”, którego premiera odbyła się dziś, 23 stycznia 2026 roku, nakładem wytwórni Massacre Records. Teoretycznie wszystko się zgadza: ten sam skład, ta sama stylistyka, podobne motywy i charakterystyczne rozwiązania. A jednak… tym razem brakuje tej dawnej siły rażenia, znanej z poprzednich wydawnictw.
Na płycie trafiają się momenty, w których mam wrażenie, że Sean Peck nie jest w optymalnej formie – jakby momentami się męczył i nie dysponował już tą samą mocą oraz pazurem co dawniej. Oczywiście wciąż śpiewa w swoim rozpoznawalnym stylu i nie brakuje charakterystycznych wysokich rejestrów, jednak na tle wcześniejszych albumów słychać pewien spadek dyspozycji. Również Ross the Boss i Stu Marshall zdają się być w nieco słabszej kondycji. Grają solidnie, nie brakuje mocnych riffów ani udanych solówek, ale gdzieś ulotnił się ten pierwiastek geniuszu i naturalnej przebojowości.
Albumu słucha się dobrze, jednak nie wywołuje on takich emocji jak debiut czy „Conquered Lands”. Do ideału sporo brakuje, a przecież w składzie mamy prawdziwe gwiazdy heavy i power metalu. Problem tkwi przede wszystkim w braku świeżości oraz nowych pomysłów na kompozycje i aranżacje. Całość momentami brzmi jak słabsza, mniej wyrazista kopia wcześniejszych płyt.
Być może czepiam się wokalu Seana Pecka, ale w agresywnym „Bloodbath”, ocierającym się wręcz o thrash metal, niedociągnięcia są niestety wyraźnie słyszalne. Doceniam energię i próbę zaskoczenia – sam pomysł był interesujący – jednak wykonanie nie jest w pełni przekonujące. To bez wątpienia najostrzejszy utwór w dorobku zespołu. Spokojniejszy „Raging Wild and Free” również wypada dość bezbarwnie. Owszem, pozwala złapać oddech, ale nie chwyta za serce ani nie buduje odpowiedniego napięcia.
Stonowany i nieco toporny „Compelled” także nie powala na kolana – to po prostu solidny heavy metal z zadziornym riffem. Sześciominutowy „Sleeping Prophet” sprawia wrażenie ospałego i pozbawionego iskry; brakuje mu wyrazistego motywu przewodniego i prawdziwej mocy.
Na szczęście na płycie nie brakuje również jaśniejszych punktów, godnych marki Death Dealer. Z pewnością należy do nich pomysłowy i przebojowy „Assemble” – dokładnie za takie utwory cenię ten zespół. Ciekawy motyw gitarowy napędza dynamiczny „Devil’s Triangle” i wreszcie zaczyna się dziać coś naprawdę interesującego. Do najlepszych albumów Death Dealer wciąż daleko, ale słychać, że zespół stara się jak może.
Klasyczny heavy metal dostajemy w dobrze zagranym „Riding on the Wings”, gdzie przebojowy refren robi solidną robotę. Pamiętam też, jak pozytywnie zaskoczył mnie singiel „Blast the Highway”, promujący ten album – rasowy killer i kwintesencja stylu Death Dealer. Szkoda tylko, że takich numerów jest tu zdecydowanie za mało. Warto jeszcze wspomnieć o rozpędzonym „Dragon of Algorath”, który momentami przywodzi na myśl Cage. To udany utwór, imponujący energią i chwytliwością.
Podsumowując: nie brakuje tu dobrych kompozycji, jednak jako całość album nie powala na kolana. Nie zostaje w pamięci na długo i nie dorównuje sile rażenia poprzednich wydawnictw. Same mocne riffy i szybkość to za mało – zabrakło hitów, wyrazistych motywów oraz wciągających melodii. Panowie grają tak, jakby zostali częściowo obdarci ze swojego talentu i twórczego geniuszu. Powstała po prostu dobra płyta balansująca między heavy a power metalem, ale od zespołu tej klasy należy oczekiwać znacznie więcej.
Ocena: 7/10

Ten album moim skromnym zdaniem to nawet słaby średniak, szkoda... :/
OdpowiedzUsuńOj tak szkoda, zwłaszcza jak przypomnę sobie genialny "war master" czy "conquered lands"😢
Usuń