Debiutancki album włoskiego zespołu Siska ukazał się w 2018 roku i od tamtej pory niewiele się zmieniło. Zespół wciąż porusza się w stylistyce będącej mieszanką hard rocka i heavy metalu, otwarcie przyznając się do inspiracji twórczością Skid Row czy KISS. Najnowszy krążek, zatytułowany „Broken Dreams”, miał swoją premierę 16 stycznia. Już sam fakt udziału Tima „Rippera” Owensa na wokalu – postaci, której nikomu nie trzeba przedstawiać – przyciąga uwagę. Efektowna okładka i nazwisko Owensa skutecznie zachęcają do sięgnięcia po płytę, jednak w tym przypadku są one wyjątkowo mylące.
Tim Ripper przez lata imponował formą wokalną, drapieżnością i potężnym głosem. Tutaj jednak śpiewa jakby bez mocy, bez przekonania i wiary w prezentowany materiał. Co gorsza, same kompozycje są nijakie i pozbawione wyrazu, a wokal Owensa w żaden sposób ich nie ratuje – wręcz przeciwnie, dodatkowo obniża ogólną jakość albumu. Brakuje ognia, pasji i pomysłowości. Zespół nie zadbał o chwytliwe refreny ani wyraziste melodie, a szkoda, bo potencjał był.
Również forma gitarzystów pozostawia sporo do życzenia. Duet Sisco / Fragala gra poprawnie, lecz bez iskry i wyraźnego pomysłu. Całość sprawia wrażenie odegranej bez zaangażowania. Owszem, mamy tu mieszankę hard rocka i heavy metalu, ale niewiele z niej wynika – to granie bez charakteru i wyraźnej tożsamości.
Na szczęście trafiają się momenty lepsze. „Time Machine” to jeden z nielicznych utworów, w których słychać pasję i odpowiednią dynamikę. Ten numer prezentuje solidne połączenie hard rocka i heavy metalu, które rzeczywiście sprawdza się w odsłuchu. Prosty, utrzymany nieco w klimacie Judas Priest, „Gangster” to kolejny poprawny kawałek – solidny, lecz kompletnie pozbawiony elementu wyróżniającego.
Spokojniejszy „In the Shadows”, próbujący zahaczyć o klimaty Whitesnake, wypada słabo. Owens wyraźnie nie odnajduje się w takiej stylistyce, a jego wokal brzmi tu nienaturalnie. Bardziej radiowy i komercyjny utwór tytułowy „Broken Dreams” również nie robi większego wrażenia – całość brzmi nijako, a linia wokalna gryzie się z warstwą instrumentalną. Singlowy „Lonely Tomb” niewiele wnosi do albumu, będąc jedynie przeciętnym heavy metalowym numerem z hardrockową nutą.
Kolejny przebłysk jakości to energiczny i bardziej zadziorny „Thunderbird”. Szkoda tylko, że reszta materiału nie utrzymuje takiego poziomu. Album zamyka „Mother Nature” – utwór poprawny, lecz całkowicie pozbawiony polotu i elementu zaskoczenia. To kolejny przykład nijakiego heavy metalu z domieszką hard rocka, który szybko ulatuje z pamięci.
Uwielbiam wokal Tima Owensa i jego dotychczasową twórczość, ale w tym przypadku mamy do czynienia z wyraźną wpadką. Śpiewa jakby na siłę, nie mogąc odnaleźć się w hardrockowej stylistyce zespołu. Z drugiej strony, same kompozycje również zawodzą – są słabo dopracowane, pozbawione pasji, świeżości i wyrazistych pomysłów. To album, który mógł być znacznie ciekawszy, a pozostawia spory niedosyt.
Ocena: 4,5/10
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz