Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Primal Fear. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Primal Fear. Pokaż wszystkie posty

piątek, 4 lipca 2025

PRIMAL FEAR - Domination (2025)

Nie pierwszy raz dochodzi do zmian personalnych w szeregach Primal Fear. Ze składu zniknęli perkusista Michael Ehre oraz gitarzyści Tom Naumann i Alex Beyrodt. To właśnie z nimi zespół nagrał kilka znakomitych albumów, przyzwyczajając fanów do wysokiego, niemal niezmiennego poziomu. Teraz jednak następuje zmiana warty. Magnus Karlsson przejmuje większą odpowiedzialność i wraca na scenę koncertową, a drugą gitarę obsadza Thalia Bellazecca (znana z Angus McSix). Za zestawem perkusyjnym zasiada André Hilgers, który współpracował wcześniej z Matem Sinnerem w Silent Force.

W tym odświeżonym składzie Primal Fear nagrał swój piętnasty album studyjny, zatytułowany „Domination”, który ujrzy światło dzienne 5 września nakładem Reigning Phoenix Music. Okładka robi wrażenie i zapowiada potężny ładunek muzyczny... ale czy rzeczywiście tak jest?

Słychać tu wyraźne wpływy Judas Priest, słychać też, że to wciąż Primal Fear – dalej poruszamy się w dobrze znanej estetyce heavy/power metalu. Nie brakuje zadziornych riffów, melodyjnych refrenów i charakterystycznego wokalu Ralfa Scheepersa. Mimo tego, trudno oprzeć się wrażeniu, że forma zespołu nieco spadła – a momentami sięga wręcz najniższego pułapu w ich historii.

Stylistycznie „Domination” przypomina powrót do ery „New Religion”, ale jakość kompozycji i melodii jest niestety wyraźnie niższa. Co ciekawe, single – które same w sobie nie były wybitne – okazują się jednymi z najmocniejszych punktów tego albumu.

Thalia Bellazecca, choć technicznie sprawna i dobrze wpisująca się w klimat zespołu, nie wnosi do muzyki nic wyjątkowego. Z kolei André Hilgers daje z siebie dużo – jego gra jest dynamiczna i pełna energii, co jest jednym z nielicznych jaśniejszych elementów tego krążka.

Produkcja stoi na wysokim poziomie, brzmienie jest klarowne i mocne, ale same kompozycje pozostawiają sporo do życzenia. Są nijakie, bez wyrazu, momentami wręcz nużące. Pojawiają się przebłyski, ale dominują wtórność i przewidywalność.


Otwierający płytę „The Hunter” prezentuje się jeszcze obiecująco – dynamiczny, melodyjny, z klasycznym, „primalowym” pazurem. W podobnym tonie utrzymany jest „Destroyer”, oparty na ciężkim, riffowym szkielecie, choć sam refren nie pozostawia po sobie większego wrażenia. „Far Away” wyróżnia się energią i przyjemnym tempem, przywodzącym na myśl czasy działalności Scheepersa w Gamma Ray, lecz również i tutaj zabrakło głębszego rozwinięcia motywu.

W dalszej części albumu jakość kompozycji staje się jeszcze bardziej nierówna. „I Am the Primal Fear” to przykład utworu, który mimo interesującego riffu gubi impet w refrenie, a „Tears of Fire” czy „The Dead Don’t Die” wypadają po prostu bezbarwnie. Uwagę przyciąga „Heroes and Gods” – dynamiczny, epicki numer z podniosłym refrenem, w którym można odnaleźć echa „Black Sun” oraz nieco teatralnego rozmachu znanego z twórczości Powerwolf. To jednak wyjątek, nie reguła.

Zdecydowanie rozczarowuje instrumentalny „Hallucinations” – utwór zbędny, pozbawiony spójności i wyrazu. Długo zapowiadany „Eden”, będący najdłuższym utworem na krążku, miał być kompozycją ambitną i wielowarstwową, ale finalnie brzmi zbyt przeciętnie, zbyt bezpiecznie i niestety – zbyt przewidywalnie.

Coś ewidentnie poszło nie tak. W składzie nadal są trzy osoby, które od lat tworzyły tożsamość zespołu, a mimo to nie udało się tchnąć życia w nową konfigurację. Nowi muzycy nie dostali szansy na pełne rozwinięcie skrzydeł, a zawiódł przede wszystkim proces komponowania. Większość utworów jest przeciętna, pozbawiona iskry, a teoretycznie najlepsze fragmenty – czyli single – jedynie „ratują” całość przed kompletnym fiaskiem.

Nie da się ukryć, że odejście Alexa i Toma odcisnęło piętno na zespole. „Domination” to niestety jeden z najsłabszych albumów w dorobku Primal Fear – album, który rozczarowuje zarówno starych, jak i nowych fanów.

Ocena: 5.5/10

piątek, 25 sierpnia 2023

PRIMAL FEAR - Code Red (2023)


Ile kroć wychodzi nowy album Primal Fear to działają zmysły i zawsze to było wielkie święto dla fanów heavy/power metal. Działają od 1997r i przez lata budowali swoją pozycję stając się jednym z najważniejszych zespołów na scenie heavy/power metalowej. Szybko stali się gwiazdą światowego formatu i jednym z tych co godnie naśladuje twórczość Judas Priest. Lata lecą, a panowie zawsze nagrywają albumy na wysokim poziomie. "Code Red" to już 14 album tej grupy i dobrze widzieć, że band dalej działa i ma się dobrze, pomimo ostatnich zdrowotnych problemów Mata Sinnera. Niby typowy album Primal Fear, a jednak coś nie do końca wypaliło.

Mogłoby się wydawać, co mogło pójść nie tak? Mamy świetną okładkę i mocarne brzmienie. Sprawdzony skład Primal Fear, który od lat dostarcza albumy wysokiej klasy. Jednak odnoszę wrażenie, że "Code Red" to przeciętniak, a co najwyżej dobry album. Nie tego oczekuje od Primal Fear. Mało ognia? Może i tak. Wyczuwam problem innej natury. Primal Fear stara się być gwiazdą, stara się grać niby metal, ale jakoś jest to zagrane bez duszy, przekonania, bez tego geniuszu z dawnych lat. Jasne są przebłyski i genialne momenty. Kiedyś band imponował energią, zaangażowaniem, ciekawymi popisami gitarowymi i agresją. Oczywiście Primal fear gra dalej heavy/power metal, gdzie są odesłania do twórczości Judas Priest. Kto jest winowajcą? Ralf? On robi swoje, śpiewa tak jak trzeba, choć swoje lata też już ma. Gitarzyści troszkę poniżej swoich możliwości i tutaj mam lekki zawód. Same kompozycje troszkę są momentami bez wyrazu, jakby były kalką innych utwór z poprzednich płyt.

Dobrze skupmy się na kompozycjach. "Code Red" to 11 kawałków dających 57 muzyki.  Singiel "Another Hero" jakoś specjalnie mnie nie kupił. Słychać, że to Primal Fear, ale jakiś taki bez wyrazu, bez pomysłu i w dodatku momentami zbyt komercyjny. Tęsknicie za "New Religion"? Jeśli tak to lekki, przebojowy "Bring that noise" przypadnie wad do gustu. Stonowany "Deep in the night" też tylko dobry i gdzieś znów uleciał blask, geniusz. Serce szybciej zabiło dopiero przy "Cancel Culture". Jest
 szybko, agresywnie i ten podniosły, nieco monumentalny refren robi robotę. Rasowy heavy metal dostajemy w "Play a song". Riff jakich pełno i w sumie nieco oklepana formuła. Nie rusza mnie to. Cały czas tkwimy w stonowanych dźwiękach i klimacie "New Religion'" Dobitnie to potwierdza "the Worlds is on fire". Troszkę więcej życia do płyty wnoszą "Raged by pain" czy "Fearless". Słychać, że panowie starali się stworzyć tutaj heavy metalowe hity. Nie jest źle, dobrze się tego słucha. Ja osobiście z tej płyty wyniosłem jeden kawałek, który na długo zapadł mi w pamięci.  Ponad 7 minutowy "Their gods have failed", który jest czymś na miarę "Tears of Rage" czy "Fight the Darkness", choć tak naprawdę ten utwór czerpie jakby sporo z "Tortured Souls" Joe Lynn Turnera. Słychać to choćby w mrocznym i tajemniczym wejściu i podniosłym refrenie. Utwór ma w sobie to coś, jest epicko i z rozmachem. Nie miałby nic przeciwko jakby Primal Fear spróbowałby nagrać album w takim klimacie. Mocna rzecz!

Nie ma płyty roku, nie ma szans na bycie najlepszym albumem w historii grupy. Odnoszę wrażenie, że to najsłabszy album w dorobku grupy. Niby wiadomo, że to Primal Fear, niby grają w swoim stylu i grają heavy/power metal, ale gdzieś uleciała magia, blask i geniusz tej grupy. Pomysłów starczyło na kilka kawałków i czuje spory niedosyt. 3 lata czekania na marne. Szkoda.

Ocena: 5/10

środa, 22 lipca 2020

PRIMAL FEAR - Metal Commando (2020)

Przychodzi nie raz taki moment, że się zastanawiam jakby wyglądał Judas Priest, gdyby dołączył do nich Ralf Sheepers, a nie Tim Ripper Owens. Przecież Ralf to wysokiej klasy wokalista, który dobrze czuje się w klimatach Judas Priest i w dodatku umiejętności ma nie gorsze niż sam Rob Halford. Byłby to na pewno bardziej klasyczny Judas Priest. Czasu nie cofniemy, ale cieszy fakt że Ralf się nie poddał i założył swój własny band, który gra muzykę w klimatach Judas Priest, ale też i Gamma Ray.  Jestem pełen podziwu dla Primal Fear, który przecież od 1997r niemal regularnie wydaje nowy materiał i zawsze jest to muzyka na wysokim poziomie. Na nich można zawsze liczyć, bo nigdy nie zawodzą. Tak też jest i tym razem. "Metal Commando" budzi niepokój nietypową okładką, gdzie brakuje mi orła. To jednak mimo pewnych obaw dostajemy klasyczny album Primal Fear, który z miejsca zasługuje na miano jedno z najlepszych dzieł tej niemieckiej, kultowej już ekipy.

Oprócz zupełnie innej szaty graficznej, jest też nowy perkusista i tutaj Micheal Ehre, który spisuje się w The unity i Gamma Ray. Wybór trafny w 100 %, a najlepsze jest to, że to już drugi muzyk który wywodzi się z Gamma Ray. Micheal wnosi sporo energii do płyty i w sumie dawno Primal Fear nie miał tyle energii w sobie. Taka stylistyka przywołuje na myśl kultowe albumy typu "Nuclear Fire" czy "Devils Ground".

W zasadzie sukces Primal Fear od lat tkwi w tym, że muzycy mają zawsze wysoką formę i zawsze wnoszą coś do twórczości Primal Fear. Wokalne Ralfa  działają na fanów heavy/power metalu jak magnes. Te jego górki i zadziorne partie, który inspirowane są Robem Halfordem z okresu "Painkiller". To wszystko jest na nowym albumie i to jeden z moich ulubionych albumów jeśli chodzi o wokal Ralfa. Album bardzo urozmaicony i Ralfa odnajduje się w balladzie, w power metalowych petardach czy epickim kolosie. Lata lecą, a on wciąż rozwala mnie na łopatki. Jeden z najlepszych wokalistów i udowadnia to po raz kolejny.

Trio Naumann, Karlsson, Beyrodt funkcjonuje od 2015 roku i każdy z tych gitarzystów to lider i znakomity instrumentalista. Technika, dbałość o detale i pomysłowość, to jest właśnie to co ich wyróżnia. Na nowy albumie brzmią po prostu obłędnie. Brzmi nowocześnie, ale zarazem klasycznie, a pojedynki na solówki są elektryzujące. To nie tylko agresja, ale też finezja i chwytliwe melodie, które zostają na długo w pamięci. Panowie nasłuchali się najlepszych płyt Primal Fear i to przedłożyło się na jakość partii gitarowych.

Jeśli pamiętacie brzmienie ostatnich płyt Primal Fear to wiecie że nie będzie tutaj niespodzianki, bo jest mocny i ostry sound, który jeszcze bardziej podkreśla zadziorność riffów i motywów gitarowych. Primal Fear pod tym względem nigdy nie zawodził.

Materiał trwa 56 minut i wiecie co? Po tym jak płyta się kończy to odnoszę wrażenie, że to za szybko zleciało. Materiał mógłby być dłuższy bo nie nudzi i zapewnia doznania na jakie czekają fani heavy/power metalu. Płytę otwiera dobrze znany nam "I'm Alive" i to już znakomity otwieracz. Od lat Primal Fear stawia na szybki, treściwy otwieracz, który atakuje nas mocny riffem i dużą dawką przebojowości. Tak jest i tym razem. Riff rodem z ostatnich płyt Primal fear, "Painkiller" Judas Priest czy nawet płyt Udo zachwyca od pierwszych sekund. Co za moc, co za melodyjność. No i ten Ralf który niszczy swoim głosem. Jak on to robi, że po tylu latach wciąż tak brzmi? Fenomen. Dalej mamy metalowy hymn w postaci "Along Came the Devil". Riff przypomina mi "Holy" Udo, ale jest też sporo klasycznego heavy metalu z pierwszego krążka Primal Fear. Taki hity to ekipa Ralfa i Mata Sinnera tworzy na zawołanie. Oj będzie z tego niezły hicior koncertowy. Utwór nie rzucał mnie na kolana podczas promocji płyty, ale tutaj razem z całości wypada perfekcyjnie.  Czas zapiąć pasy, bo nadciąga mega energiczny i szybki "Halo". To się nazywa power metal! Perfekcja! Jest agresja, jest szybkie tempo i tutaj brawa dla Ehre. "Halo" zachwyca ostrymi partiami wokalnymi Ralfa i to wszystko sprowadza nas do czasów "Nuclear Fire". Jeden z najlepszych killerów jakie band stworzył. Troszkę zaskakuje "Hear Me Calling", bo nie tak łatwo go rozszyfrować. Zaczyna się od toporniejszego riffu, który też przypomina mi czasy debiutu. Kiedy wkracza głos Ralfa to band zwalnia i wkraczamy w rejony komercyjne i nasuwają się czasy "Seven seals". Śmieszne jest to, że utwór może nieco lżejszy od poprzedniego, a i tak niszczy swoją lekkością, aranżacjami i chwytliwym refrenem. "The lost and forgotten" zaskakuje brutalnym wręcz riffem, który nasuwa riffy z ostatnich płyt. Niby brzmi to nieco nowocześnie, nieco z nutką thrash metalowego pazura, ale znów gdzieś w tym wszystkim jest powiew nuklearnego ognia. Gdzieś też band przemyca patenty Udo i wcale mi to nie przeszkadza. Tam gdzie w tytule pojawia się "Fear" to zawsze jest petarda. "My name is fear" to kolejny power metalowy killer, którego nie powstydziłby się nawet Gamma Ray. Partie gitarowe są zagrane idealnie i nie mam do czego się przyczepić. Utwór powala swoją energią i przebojowością. Brzmi jak "Devils Ground" czy "Nuclear fire" tylko ze współczesnym pazurem i nutką brutalności. Szczęka mi opadła i nie mogę się pozbierać.  Warto tutaj się wsłuchać elektryzujące solówki. Co tutaj się dzieje, to nie sposób opisać. Po takiej dawce killerów przychodzi czas na spokojny, klimatyczny "I will be gone".  Jestem w szoku, że Primal Fear nagrał taką piękną, wzruszającą balladę. Jestem wzruszony i to jedna z ich najlepszych ballad. Cudo! Soczysty heavy/power metal to wyznacznik "Raise Your Fist". To taki tradycyjny Judas Priest i znów zanosi się na świetny koncertowy hicior. Przyspieszamy w melodyjnym "Howl of the Banshee" i po raz kolejny pokuszę się o stwierdzenie, że słychać echa Gamma Ray. To już kolejny szybki killer, który przywołuje na myśl pierwsze płyty Primal Fear. Killer goni killer i kto może ich zatrzymać? Nikt! "Afterlife" to znów brutalny riff, nieco thrash metalowy feeling i nowoczesny pazur. Ralf śpiewa w wysokich rejestrach i brzmi to obłędnie. Jest to Judas Priest, ale nie tylko z okresu "Painkiller", ale nawet i "Jugulator". Taki Primal Fear to ja kocham. Mogą rozwinąć ten kierunek na kolejnych płytach.Jak ten czas leci z nowym albumem Primal Fear. To jest szok. Na koniec przepiękny, rozbudowany "Infinity". Bodajże najdłuższy epicki kawałek jaki stworzył ten band. Zawsze uważałem, że raczej nie powinni się brać za takie kolosy. Tutaj wyszło to idealnie. Jeśli tak ma wyglądać kolos w wykonaniu Primal Fear to chcę ich więcej. Zaczyna się od pięknego nastrojowego wejścia gitar akustycznych. Słychać echa "Tears of Rage" no i ten główny motyw powala na kolana swoją melodyjnością. Zaskoczenie następuje w 3 minucie kiedy band przyspiesza i kolos przeradza się w power metalową petardę. Co tutaj się dzieje? Potem zwalniamy i wkracza podniosły i jeden z najlepszych refrenów jakie Primal Fear stworzył kiedykolwiek. Nie jest to nudny i oklepany kolos.  ale cały czas się coś dzieje i nie ma męczenia jednego motywu. Brawo Ralf i ekipa Primal Fear !

Wiedziałem, że Primal Fear nie zawiedzie i nagra kolejny świetny album. Jednak band mnie zaskoczył, bo nie liczyłem na taką petardę. Nagrać po tylu latach klasyczny i pełen energii krążek, który odda to co najlepsze w tym zespole, jak i gatunku heavy/power metalu. Dostałem album, który postawiam obok kultowego debiutu, nuclear fire czy "Devils ground". Pozamiatał mnie "Metal Commando" i wybacz im brak tego orła na okładce. Muzyka jest ważniejsza !

Ocena: 10/10

czwartek, 9 sierpnia 2018

PRIMAL FEAR - Apocalypse (2018)

Nie zanosi się na to, że niemiecki band Primal Fear wyda jeszcze kiedyś album na miarę "Nuclear Fire" czy debiutu. Nie oznacza to jednak, że ich ostatnie wydawnictwa są bez ikry, bez mocy i bez tego czegoś za co ich kocham. Oj nie, bowiem ostatni "Rulerbreaker" czy "Unbreakable" to jedne z ich najlepszych płyt w dyskografii.  Choć nowe dzieła są mocne, agresywne, przebojowe, to jednak brakuje mi takiego równego materiału z pierwszych płyt. Wpadki małe czasem się pojawiają i to jest największy minus ostatnich płyt. Skład silny, nie brakuje też dobrych kompozytorów, mamy 3 gitarzystów i jednak mimo to coś nie do końca wychodzi. Czy inaczej jest z "Apocalypse"?

Na najnowsze dzieło przyszło czekać fanom 2 lata i to już odstęp czasowy, do jakiego band nas przyzwyczaił. W zamian za ten czas i swoją cierpliwość dostajemy ładnie opakowany album. kolorystyczna okładka i mocarne brzmienie robią swoją. Muzycy też są w dobrej formie i nie ma obaw, że nagrali gniota. Jednak nie jest to też ich najlepszy album. Jeśli o mnie chodzi brakuje mi nieco klasycznego grania, a przede wszystkim power metalu. Jak ktoś lubi "Delivering the Black" czy "Rulerbreaker" ten pokocha "Apocalypse", bowiem te albumy są bardzo podobne.

Jeśli mam wskazać najlepsze utwory z tej płyty, to na pewno warto tutaj wspomnieć przede wszystkim o dwóch kawałkach. Pierwszy to "New Rise", który wyróżnia się niezłą energią, szybkim tempem i power metalową konwencją. To jest prawdziwa petarda i przypomina mi klasyczne albumy tej kapeli. Dlaczego panowie nie nagrają więcej takich perełek? Wtedy mielibyśmy do czynienia  z perfekcyjnym krążkiem. Drugim moim faworytem jest killer w postaci "Blood, sweat and Fear". Utwór dynamiczny o bardzo chwytliwym riffie. Słychać pomysłowość i hołd dla Judas Priest. To taki hit na miarę "Eletric Eye". Ralf daje tutaj popis swoich umiejętności. Wciąż ma w sobie ogień i pazur. Riff robi tutaj największą robotę. Zapada w pamięci i na długo zostaje w myślach. Co tutaj dużo pisać? Jeden z najlepszych kawałków tej formacji. Płytę promowały 3 utwory. "The ritual" to ciężki walec, który kontynuuje styl z dwóch ostatnich płyt.  Klimatyczny, wręcz hard rockowy "King of madness" to kawałek idealny na koncert. Średni wydaje się "Hounds of justice", który jest taki nieco oklepany i wtórny.

Dalej mamy klimatyczny, balladowy "Supernova", który przypomina nieco "Tears of Rage" czy Fighting the darkness". To bez wątpienia kompozycja godna uwagi. Ciężki riff i dużo patentów w stylu judas priest mamy w marszowym "Hail to the fear". Primal Fear przez ostatnie lata przyzwyczaił swoich fanów do nagrywania kolosów. Różnie to się kończy i w zasadzie nie robią większego wrażenia. Inaczej jest z "Eye of the storm", który błyszczy na tej płycie. Dobra praca gitarzystów, pomysłowy rifff, marszowe tempo i niezawodny Ralf robią swoje. Długi i przemyślany kawałek, który warto obczaić.  Na koniec zespół zostawił "Cannonball", który bardziej wpisuje się w ramy heavy/power metal.

Bardzo dużym plusem tego dzieła jest to, że całość brzmi wyrównanie i dobrze się tego słucha. Gdyby tak rozkładać na poszczególny czynniki to już by tak dobrze by nie było. Płyta jest równa, mocna i kontynuuje to do czego band nas przyzwyczaił. Fani "Delivering the black" bedą zadowoleni, fani klasycznych albumów mogą trochę narzekać. Płyta może nie najgorsza w dyskografii, ale też nie najlepsza. Na pewno warto posłuchać, bo niemcy trzymają dobry poziom od lat.

Ocena: 8.5/10

niedziela, 3 stycznia 2016

PRIMAL FEAR - Rulebreaker (2016)

Kiedy jedna z ulubionych kapel wydaje swój najnowszy album to wtedy towarzyszy takie fajne uczucie. Ta niecierpliwość, ciekawość i wyczekiwanie. W dodatku zawsze chce się usłyszeć równie dobry album jak poprzednie, a może nawet na miarę klasyków. Na takie płyty czeka się z utęsknieniem. To właśnie takie płyty cieszą się wielkim zainteresowaniem i na ich temat często się dyskutuje. Płyty Primal Fear to zawsze wielkie święto dla heavy/power metalu i to nic nowego. Ta kapela działa sukcesywnie od 1997r. Dorobili się już 11 albumów i każdy z nich zdobył uznanie fanów i właściwie panowie nigdy nie schodzili poniżej pewnego poziomu. Ralf Sheepers to jeden z najbardziej charyzmatycznych wokalistów i jeden z najlepszych w swoim fachu. Występował u boku Kaia Hansena w Gamma Ray, a potem stworzył swój własny band, który miał być hołdem dla klasycznego Judas Priest. Tak też się stało. Tyle lat minęło, tyle roszad w składzie było,a oni dalej swoje grają. W roku 2016 nic się nie zmieniło. „Rulebreaker” to typowy album niemieckiej formacji, a może jednak próba nawiązania do klasycznych albumów? Okładka mówi nam, że zespół chce wrócić do pierwszych płyt, zwłaszcza debiutu. Czy rzeczywiście tak jest? Czy udało się nagrać klasyczny album?

Kiedy do zespołu znowu na stałe dołączył Tom Naumann jako trzeci gitarzysta to sobie pomyślałem, że jest to możliwe. Tom zawsze był znakomitym gitarzystą i miał spory wpływ na brzmienie zespołu i to jak brzmiały riffy i solówki. Zawsze wyróżniał się niezłą techniką i pomysłowością. To dzięki niemu Primal Fear był prawdziwym niemieckim Judas Priest. Jego powrót to była bardzo dobra wiadomość. „Delivering the Black” był bardzo dobrym albumem, choć nie był to najlepszy album zespołu. Szanse na powiew świeżości dawał również nowy perkusista czyli Francesco Jovino, którego znamy z występów w zespole Udo Dirkschneidera. Okładka naprawdę jest taka jak być powinna. To już jest taka klasyczna okładka z orłem w roli głównej. Nic dziwnego skoro za okładkę odpowiada autor klasycznych okładek – Stephan Lohrmann. Jacob Hansen stworzył mocne i soczyste brzmienie, które jest identyczne jak na ostatniej płycie Primal Fear. Do czego jeszcze nas przyzwyczaił Primal Fear? Ano do tego, że nigdy nie schodzą poniżej pewnego poziomu i zawsze można liczyć na solidny materiał. Zawsze można liczyć na przebój i jakieś petardy. Tak jest też i tym razem. Nie wiem tylko czy uda się nawiązać do klasycznych i tych najlepszych płyt niemieckiej formacji. To pytanie zadawałem sobie kiedy świat obiegły próbki „Rulebreaker”. Faktycznie zapowiadał się album, który może powalczyć z najlepszymi płytami. Jednak czy rzeczywiście nowy album to drugi debiut czy „Nuclear Fire”? No niestety trzeba sobie jasno odpowiedzieć, że troszkę brakuje to takiego stanu. Na pewno nowy materiał jest bardziej poukładany i agresywniejszy niż na „Delivering The Black”. Przebojów też jakby więcej, ale mam wrażenie, że „Unbreakable” z 2012 r był bardziej zróżnicowany i bliższy debiutowi. Nie oznacza to, że „Rulerbreaker” jest słaby i nie ma nic z klasyki. „Bullet & Tears” to jeden z tych lekkich i przyjemnych przebojów, który przypomina debiut. Może jest tutaj jakiś ukłon w stronę „Breaking the Law”, ale nie jest to żadna ujma. Zespół zawsze lubił podbierać niektóre pomysły z Judas Priest. Ten utwór jest energiczny, prosty i pozbawiony nie potrzebnej toporności. Drugim kawałkiem, który gdzieś promował ten album był power metalowy „In Metal We Trust”. Taka petarda w stylu „Nuclear Fire”, który pokazuje, że Primal Fear nie wypalił się. Stać ich wciąż na metalowe hymny i prawdziwe killery. Na takie kawałki zwłaszcza się czeka, zwłaszcza że można po wzdychać do solówek duetu Karlsson/Naumann/Beyrodt. Dzieje się sporo, choć odnoszę wrażenie, że band nie wykorzystał w pełni talentu tych panów. Można było bardziej rozwinąć ten aspekt i dać więcej popisów gitarowych. Klip nakręcono do ciężkiego, mrocznego „The End is Near” który pokazuje właśnie tą niemiecką toporność. Sam kawałek oddaje to co najlepsze w Primal Fear, choć nie jest to przebój na miarę ich możliwości. Stać ich na więcej. Ralf jednak pokazuje tutaj, że jest w świetnej formie. To jest jego fenomen, bowiem on zawsze niszczy swoim wokalem. Konstrukcja kompozycji zabiera nas bardziej do albumu „New Religion”, który nie był tak ciepło przyjęty. Na płycie pojawia się kolejny kawałek, który w tytule ma anioły. „Angels of Mercy” to ciężki kawałek, jednak stylizacja bardziej przypomina „Delivering The Black” niż „Nuclear Fire”. Mocny riff, szybsze tempo i dobrze złożone partie gitarowe. Troszkę kuleje tutaj refren, który nie zachwyca tak jak powinien. Tytułowy „Rulebreaker” to też solidny heavy metal o nieco marszowym tempie i co może się tutaj podobać to nawiązanie do Judas Priest z lat 80. Najbardziej ciekawiło mnie jak zespół poradzi sobie z 11 minutowym „We walk without fear”. Kompozycja jest podniosła, energiczna, ma mocny riff i sporo ciekawych motywów się tutaj przeplata. W końcu zespół daje mały popis umiejętności gitarzystów i szkoda, że tak mało jest tego elementu na nowej płycie. Primal Fear to przede wszystkim band, który potrafi tworzyć żywiołowe petardy power metalowe i zawsze takie kompozycje jak „At war with the world”. Z kolei taki ponury i true metalowy „The devil in me” to taka udana kalka „Metal Gods” Judas Priest. Jednym z najlepszych kawałków na płycie jest „Constant Heart”, który brzmi jakby powstał w okresie „Devils Ground”. Najsłabiej wypada troszkę nijaka ballada „The Sky is Burning”.Na szczęście na koniec mamy kolejną petardę w postaci „Raving Mad”. Znów można się poczuć jakbyś mi słuchali „The Black Sun”czy „Devils Ground”. To jest właśnie taki klasyczny Primal Fear.

Wrócił Tom Naumann, wrócił autor klasycznych okładek Primal Fear, wróciła w sumie też chęć zagrania nieco szybciej i klasycznie. Niestety na tym się skończyło, bo gdzieś pojawiają się momenty nie dopracowania i nieco słabsze kawałki, które odstają od reszty. Primal Fear nagrał na pewno album ciekawszy od „Delivering The Black” z bardziej wyrazistymi kompozycjami, ale brakuje też różnorodności z „Unbreakable” czy takiej agresji z klasycznych płyt. Kto wie może ten album będzie początkiem lepszego okresu zespołu? Zobaczymy, póki co można się delektować kolejną porcją soczystego heavy/power metalu w wykonaniu Primal Fear. Polecam.

Ocena: 8.5/10

wtorek, 14 stycznia 2014

PRIMAL FEAR - Delivering The Black (2014)

Jak rodzą się wielkie kapele? Czy to nazwa wzbudza respekt? A może to właśnie pomysłowość muzyków, ich zgranie odgrywa największą rolę? Oczywiście że tak, ale bez poparcia tego dowodami, ciężko to udowodnić. Co jakiś rodzę się takie zespoły, w których można upatrywać wielki zespół z przyszłość, który stanie się legendą, czymś więcej. Jednak często te kapele, gdzieś gubią się w swojej karierze, zatracając swój talent. Gdy w roku 1997 został założony z inicjatywy Ralfa Scheepersa i Mata Sinnera Primal Fear czułem, że to będzie wielka kapela, który przejdzie do historii heavy/power metalu. Przez lata budowali swoją pozycję, pokazując że są kapelą z wielkim potencjałem. Co jest potrzebne by zostać zespołem wielkości takiego Judas Priest? Przede wszystkim znakomite albumy, który utrzymane są na wysokim poziomie, kompozycje które nie są na jeden sezon, no i muzycy którzy nigdy nie zawodzą. Primal Fear właściwie przy każdym albumie udowadniał swoją wielkość. Jasne był moment słabszy jak w każdym zespole, ale w roku 2012 za sprawą „Unbreakable” Primal Fear powrócił do korzeni i przeżywa swoją drugą młodość. A najlepszy dowodem na wielki powrót Primal Fear do grania z pierwszych albumów jest nowe wydawnictwo o tytule „Delivering The Black”. Jeden z najbardziej wyczekiwanych krążków roku 2014 i jeden z tych wobec którego miał spore oczekiwania. Jeden z tych albumów, który wypada najlepiej w pierwszych tygodniach nowego roku.

Od nowego albumu wymagałem podobnego poziomu do „Unbreakable”, żeby nie pojawiały się zbędne wypełniacze, żeby było sporo killerów i żeby zespół w dalszym ciągu grał heavy/power metal przesiąknięty Judas Priest z ery „Painkiller”. „Delivering The Black” spełnia te wymagania, ale czy mogło być inaczej skoro mamy tutaj udaną kontynuację tego co słyszeliśmy na poprzednim wydawnictwie. Choć mimo wszystko można odnieść wrażenie, że tym razem mamy do czynienia z mocniejszym materiałem. Z czego to wynika? Najbardziej z tego co wyprawiają Alex i Magnus, bo to jest godne uwagi każdego smakosza szybkich, energicznych popisów gitarowych, które są oparte przede wszystkim na agresji, mrocznym klimacie i stylistyce Judas Priest. Momentami można odnieść wrażenie, że ta praca między dwoma gitarzystami układa się znacznie lepiej niż na poprzednim krążku. Już dwie pierwsze petardy są najlepszym dowodem na to. Otwierający „King For A Day” to kompozycja krótka, zwarta i dynamiczna. Tym razem Primal Fear stworzył kawałek, który spodoba się fanom „Nuclear Fire” czy „Devils Ground”. To jest właśnie cały primal fear, który nie bez powodu nazywany jest „niemieckim Judas Priest”. Podobne skojarzenia mogą się pojawić słuchając najszybszego i najagresywniejszego na płycie „Rebel Faction”. Też tutaj zespół próbuje stworzyć coś na miarę „Angel In Black” czy „Demons And Angels”. Ta sztuka się udało, bo i Ralf brzmi jakoś tutaj agresywniej jak za dawnych lat. Rob Halford byłby z niego dumny. Nie da się ukryć, że Ralf Scheepers to jeden z najlepszych wokalistów i po raz kolejny to udowadnia. Jednak płytę nie promował żaden z tych powyższych utworów, a właśnie nieco dziwny „When Death Comes Knocking”. Dziwny, dlatego że tutaj mamy stonowane tempo, nieco taki inny klimat, ale z drugiej strony słychać tutaj, że zespół chciał stworzyć coś na miarę „Defenders of The Faith” Judas Priest. Sam kawałek nawet się fajnie słucha i pewnie lepiej zabrzmi na koncercie. „Alive & On Fire” jakby stworzony na podobieństwo kompozycji Sinnera, ale zadbano o to, żeby brzmiało znacznie ostrzej i tak też jest. Przede wszystkim co może się podobać na tym albumie to spora ilość szybkich, rozpędzonych kawałków nasuwających „Nuclear Fire” czy „Devils Ground”. Nic dziwnego, że to właśnie taki „Delivering The Black” czy „Inseminoid”są mocnym punktem albumu. Ten drugi kawałek nawet złudnie przypomina „Nuclear Fire”, może to przez podobnie rozegraną linię melodyjną? Jeśli chodzi o średnie rytmy i bardziej stonowane tempo to rządzi tutaj „Road To asylum” który charakteryzują się podobnym klimatem co taki „Bad Guys Wear Black”. Z kolei taki „Never Pray for Justice” wydaje się nieco hard rockowy, ale dobra rytmika i dobrze dopasowana melodia czyni ten utwór kolejny udanym przebojem. To właśnie dzięki takim przebojom przetrwał lat i wyrobił swoją markę stając się zespołem takiej klasy. Dobrze, na płycie mamy jeszcze balladę w postaci „Born With a Broken Heart” i tutaj czuje niedosyt. Może lepiej byłoby gdyby tego kawałka już tutaj nie było? No warto też zaznaczyć, że Primal Fear pierwszy raz postarał się o 9 minutowy utwór i choć „One Night In December” brzmi jak zagubiony utwór z „New Religion” to jednak się broni. Ale śmiało można było go skrócić.

Tak wydawało się przed laty, że Primal Fear się wypalił, że kapela odpuszcza sobie walkę na rynku, jednak „Ubreakable” i teraz „Delivering The Black” pokazują że Primla Fear wrócił na dobre i nie wybiera się póki co na emeryturę. Nagrali znakomity album, który przypomina nieco czasy „Nuclear Fire”, troszkę debiutu no i ostatniego „Unbreakable”. Król heavy/power metalu wrócił i to nie tylko na jeden dzień, ale już na dobre. Póki co najlepszy album tego roku.


Ocena: 8.5/10


P.s Podziękowanie dla HMP za udostępnienie materiału

niedziela, 1 stycznia 2012

PRIMAL FEAR - Unbreakable (2012)

Kto postawił krzyżyk na heavy/ power metalowy PRIMAL FEAR?  Tutaj opada kurtyna zaskoczenia i rączkę do góry stanowczo unoszę ja, pomimo że jest to jedna z moich ulubionych kapel. Kocham JUDAS PRIEST, to też nie miałem większych oporów z ogarnięciem stylu PRIMAL FEAR do tego Ralf Scheepers jest jednym z moich ulubionych wokalistów. Zespół zawsze był znany mi z ich solidności i trzymanie się jasno określonego stylu, który przejawiał się w kontynuowaniu ścieżki wyznaczonej przez JUDAS PRIEST albumem „Painkiller”. Wszystko szło gładko i nie było mowy o wpadce. Wszystko zaczęło się psuć, w momencie kiedy zespół zaczął kombinować ze swoim stylem. Paradoksalnie owa chęć drobnych kosmetycznych zmian dała jeden z najlepszych albumów PRIMAL FEAR, a mianowicie „Seven Seals” i tym samym czyniąc ów nowe podejście do tematu ślepą uliczką, która może doprowadzić zespół do upadku. To, że wysokiej formy zespół nie utrzyma było do przewidzenia. „New Religion” miał kilka ciekawych motywów, a album wydany w 2009 był dowodem że kapela nie ma pomysłów na materiał i że można  sobie darować wszelkie oczekiwania na lepsze jutro. Gwoździem do trumny i potwierdzeniem słabej formy muzyków odnośnie komponowania był solowy album Scheepersa, który był jedną wielką wpadką. Aż takim optymistą nie byłem, żeby spodziewać się wielkiego come backu ze strony PRIMAL FEAR. A jednak, to co się okazało niemożliwe stało się rzeczywistością. Zespół wraca z albumem numer 9 i nosi on tytuł „Unbreakable”. Jak niektórzy pamiętają, to fani przesyłali swoje pomysły co do tytułu i o to efekt tego konkursu. Nie tylko tytuł, ale i okładka są pewnym sygnałem w stronę słuchaczy, że kapela wraca do korzeni. Zespół wziął się w garść i wrócił do grania pod JUDAS PRIEST i mamy tutaj przekrój pierwszych pięciu płyt. Są piszczące solówki, ostre, pełne heavy metalowego ognia riffy,  jest zadziorny, krzykliwy wokal Ralfa i wszystko nawiązuje do najlepszych lat działalności zespołu. Tak dla nie poznaki mamy klimatyczny „Unbreakable part 1” który nawiązuje do bogatego wydźwięku, pełnego patosu i smaczków „Seaven Seals”. Jak najlepiej przekonać fanów, że wrócili do korzeni? Najlepiej odświeżyć pewien sprawdzony riff, który zdobił „Chainbreaker” i przerobić go tak, żeby brzmiał świeżo i tak samo energicznie. Pomysł wypalił o czym świadczy „Strike” i podobieństwa są nie tylko pod względem riffu. Bo nawet konstrukcja i refren mają pewne punkty styczne. Nie ma to większego znaczenia, ważne że jest riff w stylu JUDAS PRIEST, że jest pazur i piekielny ogień, a takiej linii melodyjnej i aranżacji zespół nie miał na albumie już dawno. Słychać klimat genialnego debiutu. Co jest warte jeszcze krótkiej wzmianki, to przepiękne, finezyjne, energiczne pojedynki na solówki, ale to że są to mistrzowie swoich ról wiemy nie od dziś, tylko ostatnio coś nie można było to usłyszeć na ich albumach. Szybkość i linia melodyjna „Give em Hell” z kolei nawiązują do stylu z „Nuclear Fire”. Tutaj pozwolę sobie wskazać kolejny element, który ostatnio nie miał się najlepiej w muzyce tego zespołu. Refren, kiedy pamiętacie ostatnio dwa łatwo wpadające w ucho refreny koło siebie? No a takich chwytliwych refrenów jest znacznie więcej. W klimatach „Nuclear Fire”, gdzie jest szczypta power metalowej jady są bez wątpienia rozpędzony „And there Was Silence” i „Marching Again” gdzie połamane linie melodyjne oraz poziom agresji przypominają mi również poniekąd „Devils Ground”. PRIMAL FEAR podobnie jak JUDAS PRIEST tworzyli znakomite metalowe hymny, jednak gdzieś ten talent zatracili na „Seven Seals”. I tak przez kilka lat była abstynencja na metalowe hymny autorstwa tej kapeli. Ci którzy kochają „Metal is Forever” już mogą zacierać ręce, bo mamy tutaj aż dwa kawałki, mające zapędy do miana metalowego hymnu. Mowa o znanych nam za sprawą singla – koncertowy „Bad guys Were Black” oraz nieco bardziej klimatyczny, wręcz hard rockowy „Metal nation”. Nie obeszło się bez wpadki, a to dla mnie jest „Where Angels Die”, który jest nieco przekombinowany i bez płciowy, za sprawą mieszania mocnego riffu z balladowym klimatem i przypomina mi to działalność z dwóch wcześniejszych albumów. Drugim kolosem oprócz tego wymienionego wyżej jest „Unbreakable (Part 2)”, który wyróżnia się bardzo chwytliwym refrenem i bardziej rozbudowanymi solówkami. Większych emocji nie wzbudziła we mnie średniej klasy ballada w postaci „Born Again”.  „Blaze Of Glory” to kolejny heavy metalowy kawałek, który może nie już tak nie niszczy jak poprzednie kompozycje, ale wciąż ma mocny riff i zadziorne solówki. No i na koniec zespół zostawił prawdziwą petardę w postaci „Convetion”, który też mógłby śmiało się znaleźć na „Nuclear Fire” czy „Devils Ground” i bez wątpienia jest to najcięższy kawałek na albumie. Nie ma wątpliwości PRIMAL FEAR wrócił w wielkim stylu, a „Unbreakable” to czuta dla fanów pierwszych pięciu albumów. Wadą jest kilka nie potrzebnych prób urozmaicenia materiału, zalet na szczęście jest więcej i największą jest sam materiał, który właściwie oddaje należyty charakter albumu. U mnie album zajmuje miejsce 4 jeśli chodzi o dyskografię PRIMAL FEAR. Mam jedną, a w zasadzie dwie prośby, niech PRIMAL FEAR więcej nie grzeszy i niech się trzyma tego stylu, a JUDAS PRIEST niech nagra podobny album w tym roku( bo na ten rok podobno jest przewidziane ich nowe wydawnictwo). Ocena: 9/10

sobota, 16 lipca 2011

PRIMAL FEAR - Primal Fear (1998)

Ralfa Scheepersa powinien znać praktycznie każdy fan power/heavy metalu, a to choćby z kilku powodów jak choćby to, że jest jednym z najlepszych krzykaczy, to że był członkiem Gammy Ray i Tyran Pace, to że miał spore szanse być członkiem słynnego Judas Priest, ale przegrał pojedynek z Ripperem oraz najważniejszy powód...założył PRIMAL FEAR.
Tak, nie poddał się pomimo tylu przejść, a wręcz przeciwnie, zmobilizował się do do założenia wraz z kumplami z dzieciństwa zespół, którego celem było grać tak jak Judas Priest za czasów Roba Halforda i kiedy sam Judas Priest wydał Jugalatora, który był czymś innym niż dotychczasowe albumy, to zgadnijcie gdzie fani szukali alternatywy?
Właśnie w Primal Fear, który postanowił kontynuować to co judaszowy kapłan skończył na painkillerze i komu jak komu, ale im się to udało. Wciąż są porównywani do judasów, wciąż się mówi o nich jako Niemiecki odpowiednik Judas Priest, a wystarczy posłuchać ich albumów, żeby się o tym przekonać. Primal Fear wydał debiutancki album w 1998 r i został on zatytułowany po prostu „Primal Fear” i nie do końca można nazwać to debiutem, bo każdy z muzyków ma znakomitą przeszłość i praktycznie mają doświadczenie w tym co robią i każdy słuchacz usłyszy, że nie mamy do czynienia z młodymi, przestraszonymi młokosami, którzy nie wiedza jak się zabrać za to. A sam album był i wciąż jest nie lada gratką dla fanów power/heavy metalu oraz fanów Judas Priest, bo album zawiera świetny materiał, który imponuje swobodą, drapieżnością oraz melodyjnością, a duch JP jest praktycznie cały czas słyszalny. Ale czy jest to minus, że czerpią garściami od pionierów? Jasne, że nie. Jeśli ma się to przyczynić do nagrania tak świetnego albumu jak „Primal Fear” to jestem jak najbardziej za!

Co można powiedzieć o samym albumie? Ano to, że jest to jeden z najlepszych albumów jakie nagrał Ralf z Primal Fear. Album pomimo czasu wciąż brzmi świeżo, wciąż potrafi zniszczyć ostrym głosem Ralfa, mocnym brzmieniem oraz nie banalnymi utworami, gdzie praktycznie większość z nich to wielkie przeboje, które należą do największych hiciorów tego zespołu.
Mogło by się wydawać, że na albumie tego typu nie będzie zróżnicowania, że będzie tylko łojenie w kółko, ano właśnie nie. Bo mamy tutaj różnego rodzaju killery, a pierwszą grupę stanowią te ,które są bardzo szybkie,ostre i cholernie melodyjne ( „Chainbreaker”, „Silver & Gold”, „Formula One”, „Nine Lives” czy też „Thunderdome”) i to właśnie ten typ killerów z dominował album .
Ale Primal Fear to nie tylko szybkie utwory, bo znajdziemy tutaj też kompozycje, które są bliższe heavy metalowi niż powerowi. Utwory, które cechują się powolnym,cięższym riffem, nieco wolniejszym tempem, a sam refren aż się prosi o tą kategorię i do takich utworów śmiało zaliczam : „Running in The Dust” , „ Dollars” czy też „ Battalions of Hate”.
Jeśli o mnie chodzi to prawdziwą perłą i ozdobą tego albumu jak i zespołu jest „ Tears Of Rage” i jest to najspokojniejsza kompozycja na albumie i zarazem najdłuższa!I tutaj jest jakby może mniej JP, a więcej samego Primal Fear. Choć jakiś drapieżnych riffów, szybkiego grania nie ma to jednak utwór niszczy swoją genialnością, która się przejawia w klimacie,pomysłowości, refrenie, warstwie instrumentalnej oraz w nie ziemskim wokalu Ralfa. Tutaj zespół się popisał talentem oraz tym, że trzeba się z nimi liczyć na scenie metalowej. Bo o ile pamiętam w roku 1998 nie było wiele takich genialnych kompozycji jak właśnie „ Tears Of Rage
Na albumie mamy jeszcze „Speedking”, który jest coverem Deep Purple i dodam że bardzo udanym, bo brzmi on jak kawałek Primal Fear, a nie jak kawałek Deep Purple.
Oczywiście jest ostrzejszy,szybszy od pierwowzoru i pokuszę się o stwierdzenie, że jest lepszy od oryginału. Z kompozycji to byłoby wszytko,ale pozostała nam jeszcze jedna kwestia, która wiąże się z tym albumem, a mianowicie sprawa gościa, który wkład może dla jednych jest słyszalny, a dla innych już nie koniecznie, a tym gościem jest ....Kai Hansen,stary znajomy z poprzedniej kapeli
Ralfa - Gammy Ray. Udzielił on swojego talentu gitarowego w „Formula One", „Dollars", „Tears of Rage" oraz „Speedking".

Primal Fear zawiesił poprzeczkę bardzo wysoko,ale nie znów aż tak wysoko, żeby jej nie przeskoczyć. Uda im się to w niedalekiej przyszłości. A w roku 1998 była ona wysoka dla wielu kapel grających power/heavy metal. Ekipa Ralfa pokazała jak grać energiczny power be z jakiś zbędnych udziwnień, bez jakiegoś kombinowania, wzorowany na starej dobrej szkole wypracowanej przez giganta metalu – Judas Priest. Zespół umiejętnie oparł się na nich i doskonale kontynuuje ich dzieło, które zakończyło na painkillerze. Album ma praktycznie same przeboje,poczynając od „Chainbreaker” kończąc na „Tears of Rage”,a poza nimi mamy bardzo dobrą produkcję oraz znakomitego wokalistę, który bardzo przypomina Roba Halforda wizualnie jak i wokalnie. Czego można chcieć więcej? No jedynie tego, żeby każdy zespół power/heavy potrafił tak grać jak Primal Fear. Nota : 9.5/10

piątek, 24 czerwca 2011

PRIMAL FEAR - Nuclear Fire (2001)

Judas Priest i ich przesławny album o tytule „Painkiller” odniósł tak duży sukces, że wiele zespołów nagle zaczęło czerpać garściami ze swoich idoli. Ileż to zespołów, wybrało się w te rejony, zwłaszcza w rejony painkillerowskie. Jednym z tych zespołów, które uzyskały najlepszy wynik zbliżając się do oryginału jest nie kto inny jak niemiecka ekipa grająca pod Judas Priest – Primal Fear. Zespół wydając swój 3 album „Nuclear Fire” znów przypomniał światu jaki to ważny dla heavy metalu był i jest album judasów. W składzie zaszła drobna zmiana, gdzie w miejsce Naumana przyszedł Wolter i jak się okazało był to strzał w dziesiątkę, bo pomiędzy 2 gitarzystami jest chemia, jest zrozumienie, a obaj wyczyniają cuda, co można usłyszeć na wspomnianym albumie. Okładka typowa dla tego zespołu, choć kolorystycznie bardziej mi odpowiada niż poprzednie. No i produkcja to kolejny element, który należy pochwalić, wszystko zostało dopieszczone na maksa. Na pierwszy rzut poszedł „Angel In Black” nieco dziwnych odgłosów w tle i wkracza Ralf rozwala swoim głosem wyciągając długo i bardzo wysoko „aahhh” niczym Halford. Riffy też nasuwają nam nic innego jak Painkillera judasów. Pomimo rejonów painkillerowskich, słychać tutaj stary Primal Fear, w którym dominuje przebojowość oraz chwytliwe i proste refreny. Co mnie też zadziwia na tym albumie, to solówki, których nie powstydziłby się sam duet Downing/Tipton. Odniesień do albumu judasów nie brakuje także przy kolejnej kompozycji zwanej „Kiss of Death” gdzie zapala nam się czerwona lampka i wyświetla „Hell Patrol” zwłaszcza to słychać na początku. Oprócz ciężkiego i zadziornego riffu należy także pochwalić bujający refren. Po raz kolejny można wzdychać przy popisach gitarzystów, bo są to sola nie byle jakie, a zagrane z pasją do muzyki, a to słychać. Najszybszym i najdrapieżniejszym kawałkiem na płycie jest „Back From Hell” i nie dziwię się że tematycznie wiąże się z piekłem kiedy takie partie gitarowe tutaj występują. Tutaj z painkillera wyjęty jest wokal w zwrotkach. Refren natomiast taki w stylu Primal fear. Przy takiej petardzie również nie mogło zabraknąć szybkich i chwytliwych solówek, a takowe są w tym utworze. Trzy powyższe genialne kompozycje w sposób prosty posłużyły do dalszej weryfikacji albumu. „Now or never” zagrany z pasją do wolniejszego tempa, utrzymany w podobnym klimacie, gdzie dominuje ciężar, aczkolwiek wyzbyto się szybkości i melodyjności. Riff jakiś taki nieco mało wyrazisty, za to refren jest warty wzmianki przy każdych dyskusjach na temat heavy metalowych refrenów. Tak znów genialne solówki, które ratują całość, przed większym upadkiem. Nie na korzyść jest też czas trwania tego utworu: ponad pięć minut i szkoda, bo to trochę pod koniec staje się nieco nudnawe. Jednym z takich moich faworytów jest choćby taki „Fight the fire”. Szybki, ostry, niczym zagrany na wzór thrashowego łojenia, aczkolwiek wszystko jest utrzymane we wzorze judasów. Jest to gitarowe i chwytliwe, do tego ten refren też prosty, aczkolwiek ma swój urok. Nieco mniej przekonuje mnie taki „Eye on a Eagle” utrzymany w stylistyce judasów. Nieźle wypada zwolnienie tempa, choć to wszystko przemija po jakimś czasie i czar pryska. Refren tez jakiś taki bez pomysłu, niczym się to nie wyróżnia, jedynie znów można się delektować nie zwykłem kunsztem gitarzystów. Ballady to ciężki kawał chleba, bo można zawsze łatwo spaprać. „Bleed For me” jest dobrze, jest jakiś pomysł, ale dlaczego to nie ma jakiejś pięknej melodii przewodniej. Dlaczego ten refren jest taki mało porywający? Na te pytania pewnie odpowiedzi nigdy nie poznam. Klasykiem z tej płyty i prawdziwym nr.1 dla mnie jest tytułowy „Nuclear Fire”. Rasowy kawałek utrzymany w stylistyce judasów, choć tutaj jakby więcej power metalu się kłania. Poza szybkością i drapieżnością można tutaj także usłyszeć bardzo chwytliwy refren i nic dziwnego, że kawałek jest grany na każdym koncercie. Ten utwór powinien być wzorem dla innych zespołów jak należy grać power/heavy metal z atrakcyjnymi melodiami.”Red Rain” kolejny wyśmienity kawałek utrzymany w średnim tempie, gdzie znakomicie prezentują się melodie oraz popisy wokalne Ralfa. Podoba mi się to w jakiś utwór został przyrządzony, skomponowany. I tutaj znów można posłuchać, jak Primal Fear w swoim złotym okresie tworzył znakomite i bardzo porywające refreny. Jednakże ja oraz cała brać metalowa kieruje swoje oczy w przypadku tego albumu swoje oczy i uszy w szczególności na kawałek, który jest bonusem a zwie się on „Iron fist in Velvet glow” tytuł nadawałby się do Manowar. Co mnie urzekło w tym kawałku to refren oraz połączenie piękna z muzyką heavy metalową. Nie zawsze piękno znaczy pedalstwo, i nie zawsze wolniejsze tempo czy akustyczna gitara świadczy o słabym utworze. Przed ostatni utwór to „Fire on the Horizon”, który znów jest drapieżny i przedstawia jak należy grać chwytliwy heavy/power metal. Takich utworów w wykonaniu tego zespołu bardzo fajnie się tego słucha, za każdym razem. Na koniec również bardzo udany kawałek „Living For Metal” gdzie znów mamy nieco wolniejsze tempo,aczkolwiek zespół nie popuszcza z poziomu. Jedynie nieco refren może nieco irytować, ale jest to wybaczalne.
Efekt końcowy albumu znakomity, są killery, są nawiązania do judasów i painkillera. Jest energia, jest ciężar i melodyjność. Jest heavy jest i Power Metal, więc każdy coś znajdzie dla siebie. Jest to jeden z ważniejszych krążków w roku 2001 i jest to również znaczący album dla Primal fear, gdzie przez wielu fanów uważany jest za ich najlepsze dzieło. Nota: 9,5/10