Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Accept. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Accept. Pokaż wszystkie posty
piątek, 26 kwietnia 2024
ACCEPT - Humanoid (2024)
Accept to żywa legenda, to jeden z tych kultowych kapel z lat 80, która wciąż istnieje, gra, daje masę koncertów i tworzy nową muzykę. Nie ma Udo, nie ma Baltesa, czy Hermana Franka, ale wciąż jest Wolf Hoffmann i póki on jest to dziedzictwo Accept będzie trwać. Udo ze swoim zespołem najwięcej ma tutaj dopowiedzenia i Accept troszkę jakby w cieniu Udo. Zostawmy porównywanie dwóch obozów muzyków Accept i skupmy się na Wolfie i Accept. Od kiedy pojawił się w zespole Mark Tornillo to band jakby na nowo ożył i nowy wokalista pokazał, że bez charyzmatycznego Udo można dalej tworzyć i nagrywać albumy nie gorsze niż te kultowe z lat 80. Terapia szokowa za sprawą "Blood of the nations" to jeden z najlepszych albumów Accept i znakomity powrót po latach. Kolejne albumy trzymały wysoki poziom i dostarczały hity na miarę tych z lat 80. "The Rise of chaos" okazał się nieco bardziej schematyczny i taki nieco na jedno kopyto. Serce moje skradł "Too mean to die", który mocno zbliżył się do czasów "Objection Overruled". Byłem ciekawy w jakim kierunku band pójdzie. Accept to wiadomo klasa sama w sobie i nigdy nie nagrali gniota. "Humanoid", który niby nawiązuje gdzieś tam do "metal heart" w niczym nie przypomina tamten album. Nie dostaniemy tutaj kolejny klasyk, który przetrwa próbę czasu. A co dostajemy?
Do Accept nic nie ma, bo uwielbiam ich. To jeden z tych zespołów, który wprowadził mnie w świat heavy metalu. Mają swój styl i dostarczyli sporo świetnych albumów. Moje metalowe serce jednak krwawi, kiedy słyszę że jeden z moich idoli nagrywa płytę schematyczną, zagraną taką od niechcenia. Gdzie się podziały te znakomite melodie? te charakterystyczne solówki? Gdzie te chwytliwe i proste refreny? Gdzie się podziały wyraziste i pomysłowe riffy? Bardzo skromnie pod tym względem. Płyta jest solidna, dobra czy co tam chcecie. Jest, bo nagrali to doświadczeni muzycy, którzy oparli się na sprawdzonym schemacie. Brzmienie Andy Sneap, ciekawa okładka, krzyczący Mark, który próby maskować wszystko i wszędobylski Wolf, który wszędzie próbuje zaznaczyć swoją obecność. Co z tego wynika? W sumie nic. Dostajemy masę zadziornego heavy metalu, który nie rzuca na kolana, nie zaskakuje i nie zapada w pamięci. Płyta przelatuje i co jest przykre, że single który były dobre stanowią najlepsze kompozycje na płycie.
To uczucie, że cały materiał jakby powstał w jakimś kreatorze utworów accept, jakby sztuczna inteligencja stworzyła nam materiał accept. Niby mamy mroczne wejście w "Diving into Sin". Ot co solidny kawałek, który jakoś specjalnie się nie wyróżnia. Riff taki oklepany i mało wybijający się, a sam refren też taki bez emocji. Singlowy "Humanoid" nie skradł mojego serca i również początkowo wydał mi się jakiś taki bez wyrazu. Z czasem ten utwór stał się jednym z najlepszych kawałków na płycie. Solówki Wolfa robią tutaj robotę i przypominają echa starych płyt. Uwielbia kiedy Accept tworzy takie lekkie, przyjemne kawałki jak "Frankestein", gdzie nie boją się wkręcić patenty bardziej hard rockowe. Nie rusza mnie też stonowany "Man up", który również ociera się o hard rocka. Wieje nudą niestety. O dziwo ożywienie następuje przy "Reckoning" i singiel też od razu nie przypadł mi do gustu. Tu na płycie zyskał sporo, kiedy wokół pojawiają się gorsze kompozycje. Ballada "Ravages of Time" też jakoś niczym się nie wyróżnia i przemija nie zauważona. Klasycznie zaczyna wybrzmiewać taki "Unbreakable" i nie jest to może majstersztyk, ale to jeden z najciekawszych kawałków na płycie. Mocny i zadziorny riff i partie wokalne Marka sprawiają, że utwór zasługuje na wyróżnienie. Dalej mamy mało atrakcyjny "Mind games", który też jest jakiś bez mocy i pomysłu. Echa Ac/Dc znajdziemy w "Straight up jack". Taki hard rockowy kawałek na rozluźnienie. Killer na pewno dostajemy na sam koniec. "Southside of hell" opiera się na szybkim tempie, agresywnym riffie i to jest Accept na jaki się czeka.
"Humanoid" to po prostu kolejny album accept i nic więcej. To na pewno nie jest najlepszy album w dorobku grupy, to nie jest płyta które pokazuje w pełni potencjał Accept. Stać ich na więcej. Nowy album jest schematyczny, oklepany, bez ikry i bez tego przebłysku geniuszu. Doświadczenie i umiejętności sprawiają, że to solidny heavy metalowy krążek. Fani Accept będą wychwalić i wywyższać pod niebiosa. No jeśli nie zna się nic innego niż Accept czy Judas Priest, to kto wie można nawet ktoś wrzuci ten album do top 10? Wynudziłem się i albo zostaje odpalić starsze płyty Accept, albo odpalić ostatnie dzieło Udo, która wypada bardziej korzystniej w starciu z "Humanoid".
Ocena: 7/10
sobota, 23 stycznia 2021
ACCEPT - Too mean to die (2021)
Rok 2009 był niezwykle ważny dla niemieckiego Accept. Wtedy kapela na nowo się odrodziła. Pamiętam obawy związane z nowym wokalistą, bo przecież ciężko sobie wyobrazić Accept bez Udo. Trzeba przyznać, że Mark Tornillo sprawdził się idealnie i co ciekawe na dobre zagościł w zespole. Tak Accept zaczął tworzyć nowy rozdział i taki "Blood of the Nations", czy "Stalingrad" to najlepsze płyty w ich dyskografii. Nieco hard rockowy "Blind Rage" już był nieco inny, ale też ma swój urok. Ostatnie dzieło "The Rise of Chaos" to również bardzo udany album, który był heavy metalowym strzałem między oczy. Mamy rok 2021 a band właśnie ma lekarstwo na tą całą pandemię, czyli najnowsze dzieło zatytułowane "Too mean to die". Nie wiem jak Wy, ale ja wrzucał tą płytę do swoich ulubionych, jeśli chodzi o Accept.
Najśmieszniejsze jest to, że z dawnej ery został sam Wolf. Nie ma Udo, nie ma Baltesa, nie ma Franka. Nie ma tych świetnych muzyków, a Accept dalej brzmi jak Accept i wciąż udowadnia, że ma swój charakter i jest najlepszy w tym co robi. Wolf Hoffmann nie zapomina o klasycznych rozwiązań, gdzie zabiera nas do lat 80 czy 90 Accept, a także do "Stalingrad" czy "Blood of the nations". Słychać, że to Accept, a nie jakiś inny band. Cieszy fakt, że znów pojawiają się odesłania do muzyki poważnej, Jeśli chodzi o skład to pojawia się basista Martin Motnik, a także trzeci gitarzysta Phillip Shouse, które nie słyszę, ale tak to już jest kiedy mamy jednego lidera w sferze partii gitarowych.
Okładki Accept najlepiej wypadają kiedy skupiają się na jednym motywie. Choćby byk na "Blind Rage", metalowe serce na "Metal Heart" czy właśnie metalowy wąż na "Too mean to die". Cover ma klimat i zapada w pamięci, a o to przecież chodzi. Z kolei brzmienie jest mocne i soczyste, przez co przypomina sound z "blood of the nations" czy ostatniego "The rise of chaos".
Czułem, że będzie to album dla mnie. Zapoznałem się z próbkami, które band udostępniał w okresie świątecznym i nie do końca rozumiałem głosów niezadowolenia. No chyba, że ktoś czekał na drugie "metal heart" czy "balls to the wall" to faktycznie może dać sobie spokój z nowymi płytami Accept. Taki tytułowy "Too mean to die" to klasyczny Accept. Jest szybko, agresywnie i możemy tutaj porównać utwór do takiego "Objection Overruled". Podobna motoryka, a także drapieżność. Wokal Marka jest tutaj po prostu obłędny. Sam riff mocno nawiązuje do "flash rockin man" czy "stand up and shout" Dio. Czego można chcieć więcej? Drugi singiel dobrze nam znany to nieco rockowy, ale zatem bardzo klimatyczny "The undertaker". Ma coś z "Blind Rage", ale nie tylko. Band tutaj mocno eksponuje patenty, z których korzystał w latach 70 czy 80. Na początku byłem sceptycznie nastawiony do tego kawałka, ale teraz uważam, że to faktycznie jeden z ich najlepszych kawałków, jakie ostatnio stworzyli. Znów głos Marka wgniata w fotel i ciężko sobie wyobrazić Accept bez niego. Klimat robi tutaj niezłą robotę. Trzeci i ostatni singiel to otwieracz "Zombie Apocalypse". Ciekawe, zadziorne wejście ma coś z "Metal Heart", jednak utwór szybko nabiera mocy i znów słychać nawiązania do "Objection Overruled", zwłaszcza jeśli chodzi o agresywność jak i chórki. To jest Accept jaki kocham i dostałem to co chciałem i to z nawiązką. Kto lubi kawałki pokroju "Living for Toninght" czy "Up to the limit" ten pokocha lekki i przebojowy "Overnight sensation". Jest charakterystyczny riff i podobny ładunek przebojowy. Miło, że band powraca od czasu do czasu do lat 80. Kolejny mocny punkt tej płyty. Na "Blood of the nations" czy "Stalingrad" mamy sporo szybkich i melodyjnych utworów i rozpędzony "No one masters" brzmi jak zaginiony kawałek z tamtych płyt. W solówkach też sporo się dzieje i to jest prawdziwy majstersztyk. Prosty, a razem toporny i ciężki riff w mroczniejszym "Sukcs to be You" to znów ukłon w stronę "Objection overruled" czy nawet "Balls to the wall". Band przecież słynie z takich prostych i mocnych killerów, a ten taki jest. Stary dobry accept. Bardzo dobry jest tez "Symphony of pain" i tutaj najlepszym elementem są solówki, gdzie Wolf znów wykorzystuje słynny motyw z muzyki poważnej. Tak to solidny kawałek, ale brakuje mi tutaj nieco bardziej wyrazistego riffu czy refrenu. Za bardzo to ugrzecznione jak dla mnie. No i w końcu doczekałem się pięknej i nastrojowej ballady w klimatach "Kill the pain" i właśnie taki jest "The best is yet to come". Oj czaruje tutaj Mark swoim głosem.Niby jest łagodnie, to można poczuć ciarki na całym ciele. No jest moc. Wejście perkusji w "How do we sleep" też brzmi nieco inaczej niż zawsze. Jest jakby bardziej rycersko, bardziej bojowo i w efekcie dostajemy wciągający marszowy kawałek. Mamy te typowe chórki Accept i sama stylizacja to również hołd dla lat 80. Klasyczny Accept wybrzmiewa również w prostym i zadziornym "Not my problem", który również zabiera nas w rejony "Blood of the nations" czy "Objection Overruled". Właśnie takich prostych i wciągających motywów mi brakowało w ostatnim czasie, bo przecież accept z tego słynął. Całość wieńczy pomysłowy "Samson and Deliah", który jest instrumentalnym utworem, co jest rzadkością jeśli chodzi Accept. Kawałek wciąga, tylko bardziej kojarzy się z solowymi płytami Wolfa.
Ciężko jest nagrać album, który ma dorównać klasykom. Ja wiem, że nigdy nie dostanę drugi "Metal Heart" czy "Balls to the Wall", ale Accept jest świetny w tym co robi i nigdy nie zawodzi. Nie ma Udo, nie Baltesa, Franka a Accept dalej brzmi jak Accept. Dalej trzymają się swojego stylu i tworzą kolejne znakomite perełki, którą kontynuują nową rozdział Accept. To heavy metal melodyjny, zadziorny i pomysłowy, gdzie proste motywy zaskakują świeżością. Dostałem album na jaki czekałem, a nawet dostałem coś więcej. Dużo tu klasycznych rozwiązań i momentami słyszę echa kultowego "Metal Heart", czy "Objection overruled". "Too mean to die" to kolejny klasyk w ich dyskografii i znakomicie nawiązuje do geniuszu "Blood of the nations", czy "Stalingrad". Czego mi brakuje? No jakiegoś klimatycznego kawałka w stylu "Shadow soldiers" czy "Princess of the Dawn". Wiem, że wiele osób powie, że band klepie dalej swoje i nie ma w tym geniuszu. No co zrobić, każdy ma swoje zdanie i każdego co innego cieszy. Ja mam niezły ubaw podczas słuchania tej płyty.
Ocena: 9.5/10
czwartek, 22 listopada 2018
ACCEPT - Symphonic Terror - Live at Wacken 2017 (2018)
Heavy metal i muzyka klasyczna to niby dwa różne gatunki muzyczne, ale razem znakomicie ze sobą współgrają. Wiele kapel metalowych już próbowało zabiegów z orkiestrą i zawsze było to ogromne przedsięwzięcie. W 2017 r na festiwalu Wacken w ramach " a night to remember" legenda niemieckiego heavy metalu - Accept zagrał wyjątkowy koncert. Nie dość, że zespół zagrał kawałki z najnowszego krążka, to jeszcze pojawiły się utwory które Wolf Hoffman skomponował w ramach swojej solowej płyty, a także największe hity Accept zagrane z orkiestrą. Był to wyjątkowy koncert, który rzeczywiście zapadł w pamięci. Band postanowił uwiecznić tą wyjątkową noc w ramach koncertówki wydanej jako CD/DVD. "Symphonic Terror" to pozycja obowiązkowa dla maniaków Accept, ale też dla fanów którzy lubią kiedy heavy metal spotyka muzykę klasyczną. Płyta wyróżnia się znakomitą produkcją i świetnym klimatem. Całość otwiera "Die by sword" czyli znakomity otwieracz z najnowszej płyty, który pokazuje to na co stać Accept. Kolejnym świetnym kawałkiem z nowej płyty jest "Koolaid", który na żywo wypada jeszcze lepiej. Wolf dał podczas tego koncertu niezłe show. Jego solówki są lekkie, zagrane z polotem i niezwykłą dbałością o technikę. Pierwszą część zamyka rozpędzony "Final Journey", który atakuje nas mocnym riffem. Druga część tego koncertu to kawałki z solowej płyty Wolf Hoffman. Znane kawałki z muzyki klasycznej rozegrane przez Wolfa i orkiestrę stanowią nie lada gratkę. To jest prawdziwy popis talentu Wolfa. Znakomicie prezentuje się "Scherzo" czy "Symphony no 40 in G". No i ostatnia ta najciekawsza część, czyli Accept z orkiestrą. Wkracza "Princess of the Dawn" i jakoś dziwnie brzmi to z orkiestrą. Trzeba jednak przyznać, że orkiestra buduje tutaj niezły klimat i jest taka nutka epickości. Znakomicie rozpoczyna się "Stalingrad", niczym jakaś ścieżka filmowa. Tutaj ta bojowość i podniosłość kreowana przez orkiestrę znakomicie współgra. Dobrze wypada też hard rockowy i przebojowy "Dark side of my heart". Utwór, który najlepiej wypada w aranżacji z orkiestrą to bez wątpienia marszowy "Shadow Soldier". Dziwnie brzmi natomiast rozpędzony "Fast as shark" z orkiestrą. Ten utwór ma być ostry jak brzytwa, a orkiestra jakby nieco złagadza charakter tego kawałka. Na koniec mamy jeszcze dwa znakomite klasyki w postaci "Metal Heart" i "Balls to the wall". Album jako ciekawostka, jako pamiątka tej wyjątkowej nocy sprawdza się idealnie. Warto mięć ją w swojej kolekcji. Accept znów zrobił krok do przodu i pokazał jakby brzmiał w wersji orkiestrowej. Każdy z fanów o tym marzył, by posłuchać Accept w takich aranżacjach. Miło, że band spełnił skryte marzenia fanów Accept.
Ocena: 9/10
Ocena: 9/10
piątek, 4 sierpnia 2017
ACCEPT - The Rise of Chaos (2017)
Każdy z nas ma swoją listę ulubionych zespołów, listę tych kapel, który ukształtowały nasz gust i nasze upodobania muzyczne. Ja też mam swój zestaw zespołów, który przekonały mnie do heavy metalu i pozwoli na dobre zakochać się w tego typu muzyce. Wśród tych kapel jest niemiecki Accept, który ma status legendy i śmiało można ich porównać do takich tuz jak Iron Maiden, Judas Priest czy Saxon. Jest to jedna z tych kapel, która nagrała sporo klasyków, sporo kultowych albumów, a ich reaktywacja w 2009 r wzbudziła szerokie zainteresowanie. Nic dziwnego, w końcu ostatni album ukazał się w 1995r. Wielu się bało powrotu z innym wokalistą, w końcu z Davidem Reecem się nie udało. Jednak nowy rozdział z Markiem Tornillem okazał się strzałem w dziesiątkę. Kapela kuje żelazo póki gorące i nic dziwnego że tak często wydają teraz nowy album. Pytanie czy panowie nie idą teraz w ilość zamiast w jakość?
Accept to typowy brudny i zadziorny wokal, to podniosłe chórki, charakterystyczne riffy i niemiecka toporność. To również chwytliwe melodie i pulsujący bas Baltesa. To było na "Blood of the Nations", który miał coś z "Balls of The Wall" i nic dziwnego z miejsca stał się klasykiem. Przebojowy i dynamiczny "Stalingrad" był czymś na miarę rosyjskiej ruletki. Nieco inny był "Blind rage", który nie wzbudzał już takich emocji, choć jego hard rockowa finezja przypomina czasy "Metal Heart". Jeśli o mnie chodzi, to ostatni album pozostawił mi spory niedosyt. Brakowało mi typowych zagrywek gitarowych, mocnych i zapadających w głowie przebojów. Sam album był nie równy i jakiś taki nie na miarę Accept. Minęły 3 lata i Accept zmienił skład. Pojawił się gitarzysta Uwe Lulis, który jest znany z Grave Digger.Z kolei Christopher Williams zasiadł na stołku perkusisty. W takim składzie został zarejestrowany "The rise of Chaos". Można było się spodziewać, że 15 album będzie nieco inny, że nowe osoby wniosą świeżość do muzyki Accept. Jednak czy tak się stało?
"The rise of Chaos" to album na pewno dobry, nawet bardzo dobry, ale niestety to nic nowego. Muzyka Accept nie zachwyca tak jak na "Stalingrad" czy "Blood of the nations". Nie ma elementu zaskoczenia, nie ma eksperymentów, nie ma też wielkich, ponadczasowych utworów, który na długo wbijają się w twórczość Accept. Zawsze na każdym albumie był jakiś taki zaskakujący przebój, który od razu stawał się klasykiem. "Teutonic terror" , "Stalingrad", "Stampade" czy inne klasyki to najlepsze przykłady. Na nowy albumie troszkę ciężko oto. Brakuje świeżości też w brzmieniu, bo Andy Sneap dalej dostarcza nam takich samych smaczków i patentów. Brzmi to już znajomo, dlatego trochę wieje nudą. Obawiałem się, że "The rise of chaos" będzie pięknym albumem tylko od strony technicznej i brzmieniowej. Na szczęście nie jest, aż tak źle.
Accept to machina nie do zatrzymania i choć nie mają już takiej ikry i nie tworzą takich petard jak "Metal Heart" to wciąż tworzą heavy metal na wysokim poziomie. Atutem jest to, że cały materiał trwa 45 minut, czyli co klasyczne albumy.
Album otwiera melodyjne wejście gitar i podniosłość niczym w "Metal Heart" . Właśnie takie emocje wzbudza energiczny otwieracz "Die by the Sword". Jest ostry riff, jest chwytliwy refren i prostota, co pozwala od razu pokochać ten kawałek. Jest w tym duch Accept, ale też i Grave Digger. Niemiecka toporność, brud i mroczny klimat mamy w "Hole in the Head" i choć nasuwają nam się czasy "Balls to the wall" to jednak za mało tutaj ognia i trochę wieje nudą. Tytułowy "The rise of chaos" to utwór, który promował album. Nie wiem czemu, ale mimo mocnego taktu, szybszego tempa utwór jakoś nie przypadł mi do gustu. Za dużo technicznego grania na siłę, a za mało luzu i przebojowości. Gdzieś uleciała ta lekkość i ciekawe przejścia gitarowe, które zawsze były w muzyce Accept. Choć początek płyty nie jest najlepszy, to jednak wraz z luzackich i nieco hard rockowym "Koolaid". Jest w tym duch Ac/Dc, ale też coś z lat 80, tak więc pierwszy klasyk odnotowano. Ten utwór urzeka swoją prostotą i przebojowością i tak powinien brzmieć Accept. Pierwszą petardą na płycie jest "No regrets", który śmiało mógłby znaleźć się na "Ojection Overruled". W końcu Uwe i Wolf dają ciekawy popis solówek i przejść gitarowych. Moim faworytem został od razu prosty i przebojowy "analog Man", który urzeka swoim prostym charakterem i klasycznymi patentami. To jest już Accept, jaki znamy z "Metal Heart" czy "Balls to the Wall". Świetny riff i chwytliwy refren sprawiają, że utwór zapada w pamięci. Dalej mamy szybki, energiczny "What's done is done", który cechuje się ostrym i melodyjnym riffem, który oddaje to co najlepsze w Accept. Brakowało mi takich hitów na "Blind Rage". W "Worlds Colliding" też można usłyszeć sporo sprawdzonych patentów Accept i takich klasycznych rozwiązań, co bardzo cieszy. Drugą petardą na płycie jest "Carry the Weight", który nawiązuje do ostrego i dynamicznego "Blood of the Nations". Całość zamyka bardziej rozbudowany i podniosły "Race to extinction", który też przemyca ciekawe zagrywki gitarowe i liczne solówki. Accept w pigułce.
Początek płyty może nie jest idealny, ale album zyskuje z drugim obrotem i na pewno potęgą jest druga połowa płyta. Jest lepiej niż na "Blind Rage", ale nie ma już takiego zaskoczenia, takich emocji jak przy "Blood of The Nations". Najważniejsze jest to, że Accept wciąż istnieje i tworzy nową muzykę, zwłaszcza że nie jest poniżej ich poziomu.
Ocena: 8.5/10
sobota, 14 stycznia 2017
ACCEPT - Restless and Live - Blind Rage live in Europe 2015 (2017)
Accept
to przede wszystkim potęga niemieckiego heavy metalu i zespół,
który trzyma wysoki poziom jeśli chodzi o muzykę. Ten band
to dobrze naoliwiona machina, która pracuje bezbłędnie,
nawet bez takiej ikony jak Udo Dirkschneider. Teraz kiedy pojawił
się Mark Tornillo to Accept jakby ożył na nowo i znów
zaczął mieszać na rynku muzycznym. Ostatnie 3 albumy są naprawdę
mocne i śmiało mogą konkurować z najlepszymi wydawnictwami tej
grupy. Accept to również świetny zespół, który
sprawdza się na koncertach. Ich show zawsze budzi wielkie emocje i
niczym nie ustępuje koncertom judasów czy ironów. W
2015 r zespół opuścił Stefan Schwarzmann i Frank Hermann, a
ich miejsce zajął Christopher Williams i Uwe Lulis. W takim o to
składzie Accept znów zaczął koncertować. Festival Bang
Your Head w Niemczech z roku 2015 został zarejestrowany na potrzeby
albumu koncertowego i DVD. Tak o to doszło do powstania „Restless
and live – Blind Rage – live in Europe 2015”. To przede
wszystkim gratka dla tych co nie słyszeli jak radzi sobie na żywo
nowy wokalista Mark Tornillo i dla tych co lubią Accept w akcji na
żywo. Co na pewno zachwyca to jakość i dość bogata tracklista.
Brakuje na pewno większej liczby hitów i w sumie brzmienie
też bardziej przypomina album studyjny. Nie czuć momentami, że to
album koncertowy. Jednak mimo pewnych wad, jest to pozycja
obowiązkowa dla maniaków tego zespołu i dla tych co jeszcze
nie znają ostatnich wydawnictw Accept. Sporo utworów jest
oczywiście z „Blind Rage”. Najlepiej tutaj prezentuje się
świetny „Steampade”, zadziorny „200 years”
czy rozpędzony „Final Journey”. Oczywiście nie
mogło zabraknąć z nowej płyty bardziej klasycznego „Dark
side of my heart”, który jest jednym z moich
ulubionych utworów na „Blind Rage”. Mamy też hity z
„Stalingrad” czyli przede wszystkim „Shadow Soldier”,
bojowy „Stalingrad” czy mroczniejszy „Hellfire”.
Mark świetnie wypada w swoich kawałkach i potrafi rozgrzać
publiczność. Z kolei z „Blood of the nations” zagrano choćby
energiczny „No shalter”, zadziorny „Pandemic”
i już kultowy „Teutonic Terror”. Z klasyków
mamy przebojowy „London Leatherboys” i ten
charakterystyczny bas Petera jest wciąż bardzo charakterystyczny.
Przypominają się stare dobre czasy i nawet Mark Tornillo świetnie
się tutaj odnalazł. Momentami przypomina Udo, ale trzeba przyznać,
że jego wokal jest o kilka klas wyżej jeśli chodzi o technikę.
Jeszcze ciekawiej wypada jego wokal w „Living For Tonite”
i ten klasyk z „Metal heart” nabrał jakby nowej świeżości.
Bardzo lubię „losers and winners” tak więc cieszy
mnie fakt, że panowie grają ostatnio często ten utwór na
koncertach. Ten utwór idealnie pasuje do wokalu Marka i
trzeba przyznać, że Accept znalazł odpowiedniego wokalisty, który
radzi sobie z utworami Udo, a to nie jest takie łatwe. Kolejnym
wielkim hitem z starych płyt to bez wątpienia „Midnight
Mover” i tutaj troszkę brakuje głosu Udo, ale utwór
z Markiem też potrafi dać kopa. Mamy jeszcze „Starlight”,
„Restless and Wild”, czy „Flash rocking
Man”. Końcówka płyty jest wyborna bo zespół
gra ponad czasowy „Fast as Shark” i tutaj Mark
pokazuje na co go naprawdę stać. Znów można odnieść
wrażenie, że wokalnie Mark tutaj bije Udo. Jednak z największych
petard Accept i ciężko sobie wyobrazić koncert bez tego kawałka.
Dalej mamy hymn w postaci „Metal Heart”, który
zawsze idealnie sprawdza się na koncertach. Tutaj publiczność ma
troszkę więcej do roboty. No i „balls to the wall”,
który idealnie pasuje pod głos Udo, ale i tutaj Mark poradził
sobie. Idealny koniec jakże udanego koncertu świetnego zespołu.
Accept to klasa sama w sobie i każde wydawnictwo to wielkie
wydarzenie. Warto mieć „Restless and live” w swojej kolekcji.
Ocena: 9/10
Ocena: 9/10
piątek, 15 sierpnia 2014
ACCEPT - Blind Rage (2014)
Wiele legend heavy metalu
spoczęła na laurach, ponieważ swoje już zrobili i nic nie muszą
udowadniać. Jednak czy wyrobienie marki i nagranie w przeszłości
kilka klasyków zwalnia z dalszego przykładania się do
tworzenia muzyków? Właśnie, że nie. Prawdziwa legenda to
zespół, który wciąż trzyma fason, wciąż nagrywa
albumy na miarę klasyków, wciąż jest w dobrej formie. Który
z bandów przeżywa drugą młodość? Bez wątpienia Accept.
Mieli kryzys w latach 90, długo nie dawali o sobie znać i właściwie
fani Accept byli skazani na to co grał Udo. Nowy rozdział Accept z
nowym wokalistą – Markiem jest póki co równie udany
co rozdział z lat 80. Wciąż jest w nich ta energia, ta moc i ta
pasja. To jedna z tych legend, która wciąż nagrywa bardzo
dobre albumy i pokazuje jak grać heavy metal naszych czasów.
Był „Blood of The Nations” i prawdziwy szok, że można nagrać
taki album i to jeszcze bez Udo. „Stalingrad” potwierdzał
wielkość i rozwijał pomysły z poprzedniego krążka. Czym że
jest więc „Blind Rage” czyli najnowsze dzieło niemieckich
metalowców?
To, że będzie to trzeci
album w tej samej formule, o takim samym, ostrym dźwięku i podobnej
stylizacji to było niemal wiadome od początku. Jednak jak to bywa w
przypadku wyczekiwania największych premier roku, pojawiają się
wątpliwości, rodzą się pytania. Jednym z nich jakie się
nasuwało, czy to już nie będzie przesada nagrać kopię dwóch
poprzednich albumów? A drugie pytanie, które nie dawało
mi spokoju, czy faktycznie muzycy mają rację i „Blind Rage”
jest bardziej klasycznym albumem niż dwa poprzednie? Nie ma
zaskoczenia w kwestii wydźwięku albumu, jego kształtu, bowiem tak
wielu osób przypuszczało mamy kontynuację dwóch
poprzednich albumów. Typowy heavy metal w stylu Accept. Jest
ostro, szybko, jest melodyjnie, są podniosłe chórki. To
cieszy. Jednak tutaj pojawia się pewien problem. Zespół
wykorzystał najlepsze pomysły i tym razem dostajemy oklepane riffy
i niezbyt przekonujące refreny. Ostatecznie jest to wszystko
przewidywalne i niezbyt porywające. Kompozycje mają słabszego
kopa. A jednak mimo tego stanu rzeczy, słucha się nowego materiału
całkiem przyjemnie, bowiem muzycy odwalają kawał dobrej roboty.
Zwłaszcza wokal Marka i popisy gitarowe Wolfa zasługują na
szczególną pochwałę. To oni są ozdobą tego wydawnictwa i
to dzięki nim jest to wciąż dobra muzyka. Klasyczny album Accept?
Nie jest to drugi metal, czy „Balls to the Wall”, ale nie brakuję
kilka cytatów z tych albumów. Bo jak tu traktować,
melodyjne otwarcie „Stempade” który
przypomina to z „Metal
Heart” czy hard rockowy „Dark side of my
heart”? Są to miłe akcenty i chciałoby się jak
najwięcej takich smaczków usłyszeć, ale zespół woli
inne rozwiązania. Mam wrażenie, że zespół nagrał bardziej
ugrzeczniony i wyrachowany materiał niż poprzednio. Podążają
utartymi szlakami i nawet nie próbują zaskoczyć słuchacza.
Chyba, że „Fall of The Empire” uznamy za taką
miłą niespodziankę. Zespół tutaj odchodzi w stronę
mrocznego, ponurego grania i jest to bliskie nieco Grave Digger czy
Hammerfall. Bardzo dobry przykład true, epickiego metalu. Jeden z
najjaśniejszych momentów na nowym albumie. Gitary są
soczyste, pełne energii i gdy wsłuchamy się w melodie i riffy to
można naprawdę poczuć potęgę heavy metalu. Już otwieracz
„Stempade” który promował album znakomicie to
odzwierciedla. Prawdziwa petarda i szkoda, że takich kawałków
jest tutaj w mniejszości. „Dying Breed” to typowy,
wręcz podręcznikowy kawałek Accept i najlepsze w nim to nic innego
jak wciągający refren. Największą frajdę sprawił mi już
wcześniej wspomniany „Dark side of my heart”. Jest
bardziej hard rockowy, bardziej klasyczny i brzmi jak zagubiony utwór
z albumu „Metal Heart”. Może czas wrócić do takiego
grania i odstawić niego agresję i powagę? Najlepszy riff i
najwięcej energii udało się ulokować w „Trail of Tears”
i to jest szybki i bez kompromisowy heavy metal. „Wanna be
Free” chyba miał być czymś pokroju „Shadows Soldiers”.
Dobry pomysł, dobre wmieszanie hard rocka w to wszystko, ale efekt
nie zachwyca w pełni. Nudą na poważnie zaczyna wiać w „200
Years” i ciężko przetrawić do końca ten utwór. Z
kolei „Blodbath
mastermind” raczy nas cięższym riffem i
szybkością, ale to też nie wiele pomaga. Uleciała przebojowość,
pomysłowość i zamiast tego jest rutyna i powielanie pewnych
motywów. Spokojniejszy, bardziej hard rockowy „From
The Ashes we Rise” przywraca wiarę, że jeszcze może coś
dobrego nas spotkać na „Blind Rage”. To jest kolejny hit, który
brzmi jak kawałek bardziej w stylu Udo, choć fani „Russian
Roulette” powinni być zadowoleni. Potencjał był też w „The
Course”, ale też tutaj nie obraną żadnego kierunku,
przez co wyszedł nijaki kawałek. Na koniec dostajemy „The
Final Journey”, który sprytnie również
posłużył do promocji. Jest to kolejny mocny punkt tej płyty. Jest
agresja, jest pomysłowy i zapadający w pamięci riff, pędząca
sekcja rytmiczna i magiczny Wolf, który przedziera się tutaj
przez różne motywy, również te nam wszystkim znane.
Solówki na miarę klasycznych albumów.
Może materiał jest
bardziej oklepany, bardziej przewidywalny i zagrany jakby na miarę,
według wcześniej opracowanego planu. Przez co brakuje lekkości,
zaskoczenia, tej świeżości. „Blind Rage” to solidny heavy
metal, to Accept jaki znamy, zwłaszcza z dwóch ostatnich
płyt, jednak to już brzmi jak słaba wersja „Stalingrad” czy
„Blood of The nations” i nie robi już takiej furory. Patrząc
jednak na to co robi Accept, a inne wielkie zespoły, to wciąż
Accept jest zwycięzca i prawdziwą żyjącą legendą.
Ocena: 6.5/10
sobota, 31 marca 2012
ACCEPT - Stalingrad (2012)
Czy można rozczarować nagrywając dobry, ba nawet bardzo dobry album? Można i legenda niemieckiego heavy metalu ACCEPT jest tego najlepszym dowodem. Po udanym i ciepłym przyjęciu reaktywowanego ACCEPT i wielkim powrocie z wręcz idealnym „Blood Of the Nations”, który nawiązywał oczywiście do największych wydawnictw zespołu, jednocześnie ukazując nowe, świeże oblicze zespołu, gdzie jest moc, dynamika, toporność, brud, ciężar i cała ta już sprawdzona motoryka oparta na ciężkim basie Petera Baltesa, dynamicznej grze Stefena Schwarzmana, czy też na niezwykłej współpracy dwóch znakomitych gitarzystów czyli Wolfa Hoffmanna i Hermanna Franka, którzy odzwierciedlają w idealny sposób przykład niemieckiego topornego heavy metalu. Ten duet jest jednym z kultowych duetów gitarowych jakie znam i ci panowie wzajemnie się uzupełniają i tworzą jeden organizm. ACCEPT to też a może przede wszystkim charakterystyczny wokal i choć nie ma Udo w zespole, to trzeba przyznać że jego zmiennik Mark Tornillo wywiązuje się ze swojej funkcji znakomicie dając fanom tradycyjny ACCEPT i zarazem powiew świeżości, gdyż miał większy wachlarz umiejętności niż Udo. I po wydaniu takiego zjawiskowego albumu oczekuje się tylko jednego, a mianowicie kontynuacji i równie genialnego albumu. Zadanie można rzec nie możliwe do wykonania, bo ciężko nagrać dwa świetne albumy podrząd, ale było światełko w tunelu, gdyż mamy dalej ten sam skład, tego samego człowieka od produkcji no i zespół nagrywał właściwie będąc na wielkiej fali, jednak czy to wystarczyło żeby następca „Blood Of The nations” czyli „Stalingrad” był tak samo genialny ?
Co by nie powiedzieć, to trzeba przyznać że materiał jest zróżnicowany, ma mocny kop tak jak to było na poprzednim albumie, tylko album jest łatany jest na przemian raz dobrymi a raz słabymi kompozycjami, co sprawia że nie ma tej równości z poprzedniego wydawnictwa i idąc brakuje również mi takiej przebojowości, takiej pomysłowości jak to miało miejsce na poprzednim albumie. Analogicznie do „Blood Of the Nations” zaczyna się od mocnego kopa w postaci „ Hung, Drawn Quarted”,który jest bez wątpienia jednym z szybszym utworów na płycie i jednym z nie wielu który trzyma poziom poprzednika. Tutaj jest wszystko to co charakteryzowało tamten album zadziorny wokal Marka, dynamit sekcji rytmicznej, a także niezwykły popisy gitarowe Wolfa. Jest utrzymana ta cała motoryka oparta na niemieckiej toporności i tych charakterystycznych dla tego zespołu melodiach. Najlepszą kompozycją z tego albumu jest tytułowy „Stalingrad” to kompozycja do bólu klasyczna, oddające to co najlepsze w tym zespole. Jest to wręcz encyklopedyczny przykład , który idealnie definiuje styl i muzykę ACCEPT. Jest toporny, utrzymany w średnim tempie riff, są te charakterystyczne bojowe chórki i rozbudowane i złożone solówki. Szkoda, że cały album nie jest utrzymany w takim klimacie. Pierwsze schody i zgrzyt zębów jest w przypadku „Hellfire” który jest jakoś taki mało atrakcyjny dla ucha, gdzieś uleciała przebojowość, gdzieś toporność przytłoczyła melodyjność i łatwość odbioru. Heavy Metalową petardą jest „Flash To Bang Time” który pokazuje jak powinno się grać heavy metal w dzisiejszym świecie. Utrzymanym w klasycznym stylu ACCEPT jest utrzymany „Shadow Soldiers” który nawiązuje troszkę do takiego „Balls To The Walls”. Jest tutaj dość taki oklepany motyw gitarowy, a miłym dodatkiem są te bojowe chórki. Kolejny mocny punkt albumu i obok tytułowego utworu jest to mój kolejny ulubiony kawałek. Wysoki poziom trzyma też rozpędzony „Revolution” czy też zadziorny „The Quick And The dead”, jednak kiedy słucham mdłego „The Galley” rozciągniętego na 7 minut czy rozlazłą balladę „Twist of Fate” to jednak czuję się roztargniony i rozbity, gdyż niby jest to kontynuacja stylu z poprzedniego albumu, w dalszym ciągu zespół gra porządny heavy metal na światowym poziomie.
„Stalingrad” to dobry album, który nawiązuje do swojego poprzednika i to pod wieloma względami. Słychać że zespół poszedł już obraną na poprzednim albumie drogą i ten styl jest kontynuowany. Jest ciężar, brud, moc, jest dalej ACCEPT, lecz zabrakło pomysłu na tak przebojowe i zapadające kompozycje jak na „Blood Of The Nations”. Choć album jest dobry to jestem rozczarowany, bo spodziewałem się czegoś więcej po tym krążku.
Ocena: 7.5/10
wtorek, 30 sierpnia 2011
ACCEPT - Death Row (1994)
Accept po wydaniu dobrze przyjętego przez fanów „Objection overruled” nie przestał tworzyć, ów chęć słuchania Accept mimo ich lat, wciąż dawała zespołowi powód żeby dalej tworzyć. Po reaktywacji zespół zaczął grać ciężej, agresywniej, nie tracąc przy tym swojego charakteru co można było usłyszeć na Objection Overruled, który przynajmniej brzmi jak klasyczny album Accept. To w takim razie jak nazwać kolejny album „ Death Row” z 1994 roku? Tutaj zespół zrobił krok do przodu, ewoluował. Poszedł dalej w kierunku, ciężaru, brudu, toporności i ostrego grania. Jest sporo różnica między tym krążkiem, a poprzednim, nie wspominając o tych z lat 80. Nie ma takiej dynamiki na albumie co na poprzedniku, nie ma takiej przebojowości, chwytliwości. Jest wolniej, bardziej topornie, melodie wygrywane przez Wolfa są nie atrakcyjne, są przekombinowane i całość jest nastawiona na techniczne granie. Bez wątpienia jest to najcięższy album Accept, co nie oznacza, że najlepszy. Co więcej jest to jeden ze słabszych albumów tej formacji. Można ów styl zaakceptować, bo spotkałem się z zachwytami nad tym albumem, jednak spotkałem się też z niezadowoleniem. Z tym albumem jest tak jak z Jugulatorem Judasów, może to zaakceptować, albo olać. Wadą albumu jest nie tylko styl, ale też ponad godzinny materiał i do tego nie równy.
Sprawdzony zabieg zespołu, a więc tytułowy kawałek jako pierwszy do odstrzału. Już od pierwszej chwili gdy słychać „Death Row”. Słychać, że to nie jest ten Accept co kiedyś, a przy najmniej nie ten co na poprzednim albumie. Jest ciężar, brud, toporność i agresja z poprzedniego albumu. Ale jest też powolne tempo, wręcz takie mulące, jest nieatrakcyjność pod względem melodii, pod względem refrenu. Jasne jakieś echa Acceptu są, bo jest przecież Baltes, Wolf, Udo i są bojowe chórki, co daje nam znać, że to Accept. Bawiąc się w jaka to melodia, wątpię żeby ktoś zgadł co to za zespół gra. Mimo tylu narzekań, tytułowy utwór po kilka latach katowania przypadł mi do gustu. Bo to jest kawałek mocnego heavy metalu, może mało acceptowego, może mało atrakcyjnego, ale jest tutaj taki bunt, taki brud i chyba przez to jakoś przypadło mi to do gustu. No i podoba się też wokal Dirkschneidera na tym albumie. Tutaj na tym albumie jeszcze był w formie. Nie ma szału, ale jest dobre rzemiosło. Rok temu Accept wrócił z „Blood of the nations” i słychać tutaj źródło ciężaru, agresji którą zespół pokazał na tamtym albumie. Na tym albumie, zwłaszcza w takim kawałku jak „Sodom & Gommora”. Jest to najdłuższy utwór na płycie, jeden z takich ciekawszych na płycie. Ma trochę dynami z poprzedniego albumu, ale wciąż jest to nie atrakcyjne, brudne granie. Jest ciężko i to słychać już nie tylko w partiach gitarowych i w wokalu, także w sekcji rytmicznej. Nie jest to jakiś killer, ale dobry kawałek z ciekawym popisem talentu Wolfa Hoffmana, choć najlepsze lata za nim, to jednak wciąż ma w sobie to coś. Jeśli o mnie chodzi, jeden z najlepszych utworów na płycie. Fanom „Blood of The nations” do gustu powinien przypaść „The Beast Inside”, gdyż analogiczny utwór znalazł się na tamtym albumie. Utwór trwa prawie 6 minut i mamy tutaj rasowy heavy metal. Pomysłowe wejście w postaci akustycznej gitary, prosty i zapadający w głowie refren jak i riff. Mój ulubiony kawałek na tym albumie. No i słychać Accept, a to już coś. Wiem, wiem paskudny jest „Dead On” ale spójrzmy na niego z innej strony. Prosty skoczny riff, bardzo fajnie buja, a bojowy refren jest zrobiony wręcz pod koncert. Wiem, klasy, genialności i poziomu starego Acceptu tu nie ma, ale jest to bez wątpienia jedna z takich ciekawszych kompozycji an tym albumie. Bez wątpienia jasno na tym albumie świeci nieco rock'n rolowy, ale za to bardzo melodyjny „Gun's R' Us”. Kawałek się wyróżnia na tle innych. Jest melodyjny, jest atrakcyjny dla ucha, nie ma takiego silenia się na ciężar. Jest swoboda, luz i rockowe szaleństwo i słychać coś ze starego Acceptu. Ten utwór też zaliczam do czołówki tego krążka. Dobry start ma „Like Loaded Gun” słychać Acceptowy riff, choć później zostaje to przytłoczone ciężarem, brudem i topornością, nie potrzebnie. Rzemiosło i nic ponadto. „What Else” miał chyba być bardziej dynamiczniejszy, bardziej skoczny i niestety nic z tego nie wyszło. Jeden z najgorszych kawałków w historii zespołu. Dopiero połowa albumu, a słuchacz już jest taki zmęczony, to źle świadczy o tym albumie. Łagodniejszy wydźwięk ma „Stone Evil”, ale bardziej to brzmi jak Udo solo niż Accept. Znów ciężko znaleźć jakieś pozytywy. Nie porozumieniem jest też „Bad Habits Die Hard” i tutaj chcieli zbliżyć się do poziomu i stylu z poprzedniego krążka. No i znów nieudana misja. Bo nie ma tutaj atrakcyjnej melodii, a refren brzmi jakoś sztucznie. I to czego się obawiałem czyli zlewanie się w jedną kompozycje stało się rzeczywistością. No bo „Prejudice” niczym się nie odróżnia od poprzednich kompozycji. Takiej lekkiej adrenaliny daje „Bad Religion” i brzmi to znajomo. Rollling Thunder z „Blood of the Nations”? No jest to kolejny dobry kawałek z tego albumu, który warto znać. Jest dobra rytmika, tempo i chwytliwy riff. W „Generation Clash II” chcieli klimatem się chyba zbliżyć do Balls To The wall. Niestety kolejna porażka. Dobrze na tle tego heavy metalu na dopingu wypada akustyczny „Writing on the wall” i to jest dowód, że nie liczy się tylko ciężar i agresja. Ci którzy w jakiś sposób wytrwali ten niestrawny materiał, mogą sobie jeszcze posłuchać dwóch instrumentalnych utwór „Drifting Apart i „Pomp and Circumstance” które są po prostu średnie.
Czy Accept Udo może być słaby? Może a ten album i następny są tego dowodem. Brzmi tutaj sztucznie, gdzieś zatracili swój charakter, swój geniusz w komponowaniu. Nie ma ani przebojów, ani atrakcyjnych melodii. Nie ma też refrenów, które można by sobie zanucić samemu. Nie ma nic, jest sztuczność, silenie się na ciężar i agresje. Jest mrok, brud, toporność, kwadratowość, jest także rzemiosło. Jak można usłyszeć, nawet najwięksi upadają, żeby potem powstać z podniesioną głową,żeby się odrodzić niczym feniks z popiołu. Album należy potraktować jako ciekawostkę. Nota: 4.5/10
ACCEPT - Objection Overruled (1993)
ACCEPT REAKTYWACJA, albo też Balls to The wall part II oba podtytuły idealnie pasują do „Objection Overruled”z 1993 roku. Płyty wydane przez tą niemiecką legendę w latach 81- 87to był praktycznie sukces za sukcesem, arcydzieło goniło arcydzieło, nie wydali słabej płyty. Jednak w swojej największej glorii i chwale nagle zaczęło się coś psuć w zespole. W 1987 odchodzi charyzmatyczny wokalista Udo Dirkschneider i założył on własny zespół sygnowany nazwą UDO, w roku 1988 odszedł też na dobre Jorg Fisher i pomimo tego osłabienie zespół dokompletował zespół i miał Reeca w postaci wokalisty i Jimiego Stacey'a w postaci gitarzysty. Pojawił się nowy album „eat The Heat” który nie został ciepło przyjęty przez fanów, bo jednak Accept to nie tylko Wolf Hoffmann, Petar Baltes. To także Udo Dirk Schneider. Trzeba przyznać, że udo w karierze solwoej radził sobie znakomicie, wydając takie genialne krążki jak „Facelles World” czy nie doceniany „Timebomb” i najwidoczniej Udo i Wolf uznali, że warto jeszcze raz przeżyć przygodę z Accept i tak reaktywowała się legenda heavy metalu, w prawie oryginalnym składzie : Udo, Baltes, Kaufmann oraz Hoffmann. Za komponowanie znów odpowiadał zespół i Deaffy. Co ciekawe, okładka nasuwała tą z Balls To the wall. Czyżby powrót do grania tego z roku 1983. Tak brud, toporność, tą kwadratowość, która była charakterystyczna dla tamtego albumu jest tu słyszalna. Jednak jest małą różnica. Opisywany album jest ostrzejszy od tamtego krążka. Jest agresywniejszy, ma więcej dynamitu w sobie i praktycznie jest sporo takich prawdziwych petard na tym albumie. Pod tym względem jest to najszybsza płyta Accept i wg mnie jest dobrym pomostem między starą erą, a tą zaczynającą się od tego albumu, aż do „Predator” gdzie jest przecież nieco cięższy, agresywniejszy styl zespołu. Skąd taka dynamika, skąd taka agresja? Odpowiedź jest prosta. Udo to przyniósł to ze swojego solowego krążka „Timebomb” będącym ukłonem w stronę „Painkillera” Judasów i to wg mnie jest źródło, że materiał na Objection Overruled brzmi tak, a nie inaczej. Nie ma się zresztą czemu dziwić, Painkiller odmienił muzykę heavy metalową na dobre.
Już sam otwieracz „Objection Overruled” jest jednym z ostrzejszych wejść w historii zespołu. Tak poziom Fast as shark został osiągnięty. Od pierwszych sekund słychać brud, toporność, brzmienie Balls To The wall. Mamy też dynamikę, agresję i szybkość, którą Udo przyniósł z solowego albumu z 1991. Utwór jest bardzo dynamiczny i nie ma tutaj czasu na wytchnienie. Ten utwór prezentuje nieco inne oblicze, bo jednak pomimo dużo cech związanych z balls To The wall to jednak tak szybko, tak dynamicznie, tak ciężko zespół nigdy nie grał. A już na pewno nie na tylu utworach co tutaj. Tak właśnie brzmi nowy Acccept.. Ich styl uległ drobnej ewolucji, ale to i tak nic w porównaniu z dwoma następnymi albumami. No i lepszego otwieracz niż ten tytułowy killer nie można było sobie wymarzyć. Jednak z drugiej strony wszystkiego nie zdradza. Słuchając riffu w singlowym „I don't wanna be like you” słychać bliźniacze podobieństwo do riffu „Balls To the wall”. I to słychać nie tylko w riffie. Mamy podobne tempo, klimat, również refren brzmi jak któryś z refrenów, które można było usłyszeć na tamtym albumie. Rasowy heavy metalowy hymn, taki idealnie oddający charakterystyczny styl dla Accept. Mamy tutaj wszystko to co składa się na Accept, bojowe chóry, ostry, drapieżny i nieco przepity wokal Udo, a także rozpoznawalny styl gry Wolfa, te jego proste, aczkolwiek łatwo wpadające w ucho melodia. Kolejny killer na albumie. Znów takim typowym kawałkiem dla zespołu jest „Protectors of terror” i znów zostało zawarte wszystkie najważniejsze elementy, które świadczą o stylu zespołu. Jest taki pulsujący bas Baltesa, jest brud, toporność i prostota. Znów kawałek brzmi jakby zatracony kawałek Balls To the wall. Co mi się najbardziej podoba w tym kawałku, to taki bojowy refren oraz prosty skoczny riff. Kolejna klasyka zespołu. Słuchając „Slaves To metal” też na myśl nie przychodzi ani „Metal Heart” ani, tym bardziej „Rousian Roulette” a „Balls to the wall” choć tutaj słychać ten krok na przód które zespół zrobił. Brzmi to agresywniej, ciężej, pomimo tego, ze jest brudno i topornie. Choć jest mrocznie i ciężko, to wszystko jest skoczne i na pewien sposób chwytliwy. Jeśli w jakiś dziwny sposób nie przekonała cię sekcja rytmiczna i riff, to odsyłam do bojowego i sławiącego heavy metal refrenu. Kolejnym klasykiem i jedną z moich ulubionych kompozycji nie tylko na tym albumie, ale także w historii zespołu jest „All or Nothing” czy tylko mi się ten utwór kojarzy z „Head Over healls”. Słychać przede wszystkim podobny styl grania Baltesa, podobna skoczna sekcja rytmiczna. Poza tym mamy bardziej rockowy riff . Jeśli miałbym też wybrać najlepszy refren an tym albumie to zapewne wybrałbym ten Warto tez podkreślić, że to jedna z łagodniejszych kompozycji na albumie. I kto by pomyślał, że to jeden z najlepszych kompozycji na tym krążku? No i za Acceptem wciąż gdzieś te Ac/Dc podąża. No w „Buleltproof” słychać podobne partie gitarowe. A sam kawałek też brzmi bardziej hard rockowo. Ujmę tak, dobry kawałek, z dobrym prostym rasowym riffem, ale poziom w porównaniu do poprzednich kompozycji spadł. Accept od lat serwował dobre balaldy, tak jest i tym razem. „Amamos La vida” to piękna ballada, jednak czy tak wielkie jak te ze wcześniejszego okresu zespołu? To pytanie zostawiam wam do odpowiedzeniu sobie samemu. Jak dla mnie odpowiedź jest prosta: NIE. Jednak najlepiej na tym albumie wypadają takie szybkie petardy jak „Sick, Dirty and Mean”, czy też mój ulubiony na krążku „This ones for You” to jest właśnie granie jakie mogli kontynuować, jakie mogli rozwinąć na następnych albumach. Niestety tak nie zrobili. Jest fajne, skoczne, szybkie, dynamiczne granie. Panuje równowaga między ciężarem, a melodyjnością i to jest piękne w tych kompozycjach. Udo też wg mnie świetnie pasuje do takich petard co udowodnił na „Timebomb”. Szkoda, ze poziom an albumie nie jest równy, bo obok takich killerów jak te wcześniej wspomniane, mamy tez tylko dobry hard rockowy „Donation”. Fajnie, że ma coś z Balls To The Wall, jednak odegrany z miłości do Ac/Dc riff, jakoś mnie nie przekonał, zresztą refren tez pozostawia wiele do życzenia. Taki czymś nowym dla Accept, jest instrumentalny „Just By my Own”, miało być romantycznie, ciepło i klimatycznie,a wyszło nudnie.
Objection Overruled to jeden z najlepszych albumów w historii Accept, najagresywniejszy, mający sporo dynamitu, sporo petard i to jest jedyny album tej formacji gdzie mamy tyle szybkich kompozycji. Zespół powrócił też do brzmienia, do klimatu i stylu Balls to The wall co też wpłynęło dobrze na muzykę Accept. Nie zeszli poniżej swojego poziomu. Mamy tutaj czysty Accept, choć lekko odmieniony. Objection Overruled jest dobrym pomostem między starymi albumami, a nowymi. Ostatni prawdziwy Accept z Udo. Nota: 9/10 i można żałować, że album jest nie równy, bo takie Donation, czy Bulletproof zaniżają ocenę.
sobota, 27 sierpnia 2011
ACCEPT - Balls to the wall (1983)
Czasami żałuję, że nie urodziłem się w latach 60,70. Byłbym w centrum ważnego okresu dla heavy metalu, poczułbym jak to jest czekać na takie krążki jak „Killers” Ironów, „Screaming For Vengeance” judasów czy „Balls to The wall” Accept. Ciekawi mnie czy fani w owym czasie się spodziewali, że te albumy staną się tak kultowe, że pomimo 30 lat wciąż będą zachwalane, wciąż będzie się o nich mówić w superlatywach i nie szczędząc słów ; Arcydzieło, Kult, klasyka heavy metalu? Cóż to wiedzą tylko oni. Ale żaden z wcześniej przytoczonych wyrazów nie jest nadużyciem, a już na pewno nie w przypadku „Balls To the Wall”, który jest uważany przez fanów muzyki heavy metalowej, przez fanów zespołu ich najlepszy album. No i muszę się z nimi godzić, choć u mnie podium zajmuje „Metal Heart” to jednak oceniam je na równi. Oba krążki zawierają heavy metal najwyższych lotów, prawdziwy rasowy, niemiecki styl Accept. „Balls To the wall” wydany został w 1983 roku czyli rok po „Restless and Wild”. Produkcją albumu zajął się zespół i wyszło im to perfekcyjnie, co można usłyszeć na albumie. Mamy w końcu Hermana Franka na albumie, mamy nieco brudu, nieco toporności, nieco kwadratowego niemieckiego grania, a mimo to są przeboje, killery, mimo to nie ma smętów, nie ma nudnego grania, nie ma nie słuchalnych kawałków. Zespół stworzył perfekcyjny krążek, gdzie od początku do końca mamy genialne utwory, które zachwycają geniuszem kompozytorskim Deaffy i zespołu, a także aranżacją dokonaną przez muzyków. Oprócz tego zespół kontynuuje styl z poprzedniego albumu, choć jest to jeszcze krok na przód. Nie usłyszymy tutaj hard rockowych ukłon w stronę Ac/Dc nie ma też łagodnego grania, jest za to ten brudny i niemiecki heavy metal. Herman Frank tez dorzucił 3 grosze i to słychać w muzyce zespołu. Ale też inni muzycy zaczęli grac agresywniej z domieszką brudu, choćby Hoffmann czy Baltes. Nawet sam głos Udo też bardziej agresywniejszy, bardziej przy brudzony. Jak dla mnie jest to jeden z cięższych albumów zespołu, a także jeden z takich najbrudniejszych. Tak jak muzyka, tak i okładka, może dla niektórych pedalska jest taka bardzo niemiecka, jest brud, no i jest też ten mroczny, ponury klimat.
45 minut muzyki, 10 kompozycji, 10 arcydzieł. Zaczyna się od tytułowego „Balls to The wall” i co by ludzie nie mówili, jest to klasyk. I to już nie tylko jeśli chodzi o Accept, ale cały gatunek heavy metalowy. Jeden z najbardziej rozpoznawalnych kompozycji zespołu, który nawet w niektórych filmach takich jak choćby „Zapaśnik” został wrzucony. Dlaczego? Bo to klasyk, tak jak breaking the Law Judasów, tak jak 2 minutes to Midnight Ironów. Nie ma tutaj takiej pędzącej sekcji rytmicznej jak na poprzednim albumie. Jest prostota, jest wolne i stonowane tempo. Jest brud, jest nieco ponury klimat. Jest ciekawy tekst dotyczący oporu niewolników przeciwko ich panom. Prosty i bardzo melodyjny riff, który zachwyca od samego początku. A przecież nie ma szybkich galopad, nie ma też dynamiki podczas zwrotek, gdzie słychać praktycznie sekcję rytmiczną. Taka koncepcja, taki pomysł i właśnie ta prostota tutaj jest urocza. Wokal Udo perfekcyjny, brzmi nawet jak taki przepity, ale to dodaje magii i klimatu. Mamy ryczące solówki i chóralne „aaah”, które Gamma ray potem wykorzystała w „Empress”. No i ten hymnowy i porywający refren, który rozgrzewa wszystkie koncerty zespołu. Poziom zespół utrzymuje także na kolejnej perełce - „London Leatherboys” gdzie znów mamy charakterystyczny styl Accept, jest toporność, jest prostota, ale jest to geniusz. Geniusz słychać nie tylko w kompozytorstwie, ale w sekcji rytmicznej, w partiach gitarowych. Kocham to skoczne tempo, kocham ten prosty riff, kocham rytmikę w zwrotkach, no i ta solówka. No nie można także zapomnieć o przebojowym refrenie. Peter Baltes zagrał tutaj jedną z takich charakterystycznych dla jego stylu partię, wystarczy sobie posłuchać. Teskt też ucieszy harlejowców i prawdziwych metalowców w skórach.Nie zabrakło też nieco szybszych kompozycji na albumie takich jak „Fight it Back” ale drugi Fast As shark to nie jest. Nie ma takiej agresji, dzikości, ale ma ten sam poziom. Jest to bardzo melodyjna i łatwo wpadająca w ucho kompozycja, zwłaszcza refren i prosta melodia nam w tym pomagają. Moim takim prywatnym faworytem i jedną z najlepszych kompozycji niemieckiej formacji jest „Head Over heels”. Tutaj jest właśnie to charakterystyczne, skoczne tempo, tutaj mamy ten charakterystyczny pulsujący złowrogo bas Baltesa, gitara Hoffmana, która wygrywa melodyjne partie, co zresztą słychać nie tylko w najlepszej solówce na albumie. Kolejny klasyk zespołu. Kompozycja tak właściwie jest bliźniaczo podobna do „Princess of The dawn”. Zresztą nie tylko ta kompozycja. Utwór „Losing More Than You Ever Had” który ma niemalże identyczny riff. Wystarczy sobie porównać. Klimat tutaj nieco łagodniejszy, co nawet można usłyszeć w tym łagodnym i ciepłym refrenie. Kolejnym znanym i lubianym przez fanów jest kolejny klasyk „Love Child” w którym słyszę coś z Scorpionsów, zwłaszcza w melodiach i w refrenie. Luźny i radosny kawałek, który nieco urozmaica ów album. Zaskoczenia nie ma w „Turn Me On”, który brzmi topornie i brudno jak otwieracz. Ale czy ktoś oczekiwał czegoś innego? Seksistowski tekst i faktycznie ów chwytliwy refren nakręca słuchacza na kolejne kawałki. Drugą petardą na albumie, również nieco radośniejszy „Losers And Winners”. Kawałek ma sporo energii, ma skoczne tempo, ma agresywne partie gitarowe, ale wszystko jest melodyjne i bardzo chwytliwe, a tego na albumie nie brakuje. No i co kawałek, to Hoffmann wygrywa atrakcyjniejsze solówki. Wolno, łagodnie, niczym w balladzie zaczyna się „Guardian of the Night”. Ale to kolejny rasowy kawałek, gdzie mamy heavy metal pełną gębą. Tutaj zespół nastawia na klimat i emocje, no i jak tu być obojętnym wobec takiego refrenu? Prosty, ale jak łatwo wpada w ucho. Fanom „Cant stand Tight” na pewno się spodoba zamykająca album piękna ballada „Winters Night”. Ileż smutku, łez ileż piękności jest w tym utworze. Zespół świetnie sobie radzi z balladami i to trzeba im przyznać.
Perfekcja w czystej postaci. Brylant, który po dzień dzisiejszy świeci jasnym promykiem. Nie został ukorzony, ani zniszczony. Przetrwał próbę czasu i będzie wiecznie trwał gdy nas już na świecie nie będzie.”Balls to the wall” to jeden z najlepszych krążków Accept, klasa sama w sobie. Nie ma słabszych momentów, jest za to 10 arcydzieł, 10 pereł i każda świeci innym światłem. Mamy petardy, mamy balladę, mamy też nieco luzackie utwory jak Turn Me on, czy Love Child. Każdy znajdzie coś dla siebie. Klasyka Heavy metalu, którą każdy powinien mieć na półce. Jeśli nie słyszałeś to się nie przyznawaj i no marsz do sklepu. Nota; 10/10
ACCEPT - Restless and Wild (1982)
Fani muzyki heavy metalowej niemalże jednym głosem nazywają „Heaven and hell”, „The number of the Beast” albo „Restless and Wild” Acceptu i trudno się nie zgodzić z tym określeniem. 4 album niemieckiej kapeli ukazał się rok po wydaniu przełomowego „Breaker”, czyli w 1982 roku. Z zespołu odszedł Jörg Fischer, a jego miejsce zajął Herman Frank, z tym że partie gitarowe na albumie zagrywał tylko Homffamann. Mówi się, że Accept jest toporny i w sumie nie trudno się z tym zgodzić, ale albumy z Fisherem są łagodniejsze, bardziej hard rockowe niż te bez niego, przypadek? O ile „Breaker” jako pierwszy był taki heavy metalowy jeśli chodzi o Accept, ale zespół na „Restless and Wild' zrobił jeszcze krok do przodu i nagrał od początku do końca, rasowy, energiczny, nieco brudny i nieco toporny heavy metal, który jest wizytówką Niemieckiej sceny. Styl i komponowanie z poprzednika zostały zachowane, ale porzucono hard rocka na dobre. Znów nieco kiczowata okładka, ale i tak milsza dla oka. Album kultowy, album może i genialny, album jeden z najlepszych w dyskografii zespołu, ale czy perfekcyjny?
Wątpliwości co kultu nie ma w przypadku intra i samego otwieracza „Fast as Shark”. Nie mam wątpliwości co do tego, że to najszybszy, najostrzejszy kawałek Accept. Tutaj śmiało można się doszukiwać korzeni power i thrash metalu. Utwór od początku do końca jest dynamiczny. Mamy podwójną stopkę, ostry jak brzytwa riff, mamy też ostrzejszy i bardziej pewny wokal Udo i top jest ten wokal do jakiego przyzwyczaił nas Dirkschnieder. Kawałek ostry, ale też melodyjny i chwytliwy o czym może świadczyć jeden z najlepszych refrenów Accept. Można się doszukiwać inspiracji JP, ale tutaj mamy rasowy Accept, tutaj nakreślili swój styl, który stał się inspiracją dla kolejnych pokoleń muzyków heavy metalowych. Ta kompozycja przeszła do historii metalu i Accept. Klasykiem okrzyknięto też tytułowy „Restless and Wild” i tutaj nieco inny kaliber heavy metalu. Bardziej stonowane tempo, skoczny riff i sporo zmian melodii, riffów i słychać atrakcyjną grę Hoffmana. Oprócz charakterystycznej melodii i tempa dla Accept mamy też w końcu te charakterystyczne chórki, były inspiracją dla wielu kapel heavy metalowych. Kawałek bardzo koncertowy, co może zawdzięcza gorącemu i takiemu idealnemu pod publikę refrenowi. Utwór bardzo dobry, ale arcydziełem nie mogę go nazwać. Jak słyszę za każdym razem riff "Ahead Of The Pack" i to skoczne tempo to mi się przypomina Iron Maiden, ale to nie dziewica to Accept. Znów te charakterystyczne tempo, rasowe niemieckie riffy. Kolejny genialny kawałek, który pokazuje że można grać atrakcyjny, skoczny i bojowy heavy metal. Genialny poziom zespół utrzymuje w kolejny ciekawym utworze „Shake your Heads” tutaj Hoffmann gra pierwszoplanową rolę. To właśnie otwierający riff, to właśnie skoczne partie gitarowe w dalszej części utworu, a także rasowe i takie typowe dla Hoffmana i Accept solówki są najlepsze w tym utworze. Bo czy ten prosty refren z wokalem Udo dałby radę wycisnąć taki poziom? Wątpię. Tak Hoffmann jest motorkiem, jest tym którym napędza utwór, a Udo mu tu tylko towarzyszy i uzupełnia to czego brakuje. Refren taki w miarę przebojowy, jest łagodny i może nawet hard rockowy, ale ważne że jest chwytliwy i kawałek zaliczam również do tych najlepszych na płycie. Klasykiem tez jest „Neon Nights” który właściwie skomponowała ich menadżerka i żona Hoffmana – Deaffy. Kawałek ma niesamowity, taki mroczny klimat, jest też najbardziej emocjonalnym utworem, który sporo cech ma z ballady, ale taką do końca też nie jest. Jedno trzeba przyznać, kawałek oddaje to co najlepsze w Accept, oddaje ich charakter i styl. Mamy mieszane tempa, raz wolniej, a raz szybko, mamy te charakterystyczne melodie wygrywane przez utalentowanego Hoffmana, mamy też chwytliwy refren. Po raz kolejny mamy świetną solówkę, jedną z tych najlepszych w karierze Wolfa i trzeba przyznać, że pod tym względem album zachwyca i jest naprawdę killerski. Nieco loty obniża tylko dobry „Get ready”. Mamy rockowy riff, mamy też nieco w stylu Def Leppard czy Kiss refren i ogólnie jest to miks heavy i hard rocka. Nic specjalnego, ale jest miłe dla ucha. Najmroczniejszy i taki najbardziej demoniczny jest właśnie „Demon's Night” który utrzymany jest w średnim tempie, ale nieco żwawsze partie gitarowe też się znajdą. Znów Hoffmann popisuje się swoim umiejętnościami i co tu dużo mówić, gdyby nie on to nie wiem czy Accept byłby taki znany. Udo tak przez swój wokal, a zespół na pewno nie. Kolejnym klasykiem i jedną z takich najlepszych kompozycji na albumie jest „Flash rockin Man” słyszę nieco Saxon, nieco Judas Priest, ale jest tutaj najwięcej oczywiście samego Accept. Bardzo ostra partia gitarowa, taka soczysta, taka mięsista i do tego skoczna. Agresji i melodyjności nie można odmówić kawałkowi. Nawet krzyk Udo tutaj podgrzewa atmosferę. Nieco wyróżnia się hard rockowy "Don't Go Stealing My Soul Away" który jest ukłonem w stronę Ac/Dc. Kawałek jakoś mi nie pasuje do tego ostrego heavy metalowego łojenia. Ale cóż w sam w sobie jest to bardzo dobry kawałek, który ma jeden z fajniejszych, takich luzackich refrenów jakie Accept stworzył w całej karierze. Klasykiem i takim moim numer 1, który i tak ciężko wybrać na tym albumie jest zamykający „Princess of the dawn”, który znów skomponowała Deaffy na spółkę z Accept. 100% heavy metalu, 100% czystego Acceptu. Styl nie do podrobienia. Tyle zespołów grało w tamtych czasach, a zespół mimo to wykrystalizował swój własny, nie do podrobienia styl. Jak dla mnie Hoffmann zagrał jeden z najlepszych riffów w swoim życiu i jedną z najpiękniejszych solówek. Sekcja rytmiczna tutaj fajnie buja, taka bardzo skoczna i to od razu słychać że to Accept. Mamy też Udo który, stara się nieco tajemniczej śpiewać i też mu to wychodzi genialnie. Najdłuższa kompozycja na albumie i zarazem jak dla mnie obok szybkiego otwieracza najlepsza.
Restless and Wild to klasyk jeśli chodzi o heavy metal, to jedna z najlepszych płyt zespołu, a także tych z roku 1982 przynajmniej dla mnie. Album wyrównany i zagrany na bardzo wysokim poziomie. Jednakże do perfekcji troszeczku brakuje. Mamy odstający „Dont go...” czy „Get ready”, ale mamy tez długą listę klasyków. Zespół rozwinął się na tym albumie, zrobił jeszcze jeden krok do przodu jeśli chodzi o ich muzykę i w końcu wykrystalizowali swój własny,oryginalny styl, a tego nie da się kupić. To trzeba wypracować. Nota: 9.5/10
ACCEPT- Breaker (1981)
Niemiecka legenda heavy metalu – Accept, która nagrała legendarny „Balls To the wall” czy „ Metal heart” właściwie zaczynała jako hard rockowa kapela. Potem zespół ewoluował i przełomem był nie „Restles and Wild”, a najbardziej nie doceniany album Niemców „Breaker” z 1981 roku. Jest to rok znaczący dla zespołu. Bo prócz albumu, podpisano kontrakt z Gaby Hauke, no a po trzecie zespół wyruszył w tournee z Judas Priest, co przyczyniło się do tego, że ekipa Udo Dirkschneidera była bardziej znana. Produkcją owego albumu po raz kolejny zajął się Dirkiem Steffensem. Zaś Michael Wagene zajął się realizacją dźwięku. Wracając do Gaby Hauke, czy kojarzycie ksywkę Deaffy, która nie raz widnieje przy kompozytorach? No Gaby i Deaffy to ta sama osoba i trzeba przyznać że odegrała ona znaczącą rolę nie tylko dla zespołu, ale także dla Wolfa gdyż później była jego żoną. To ona także wpadła na pomysł co imagu takiego wojskowego zespołu i trzeba przyznać wyszło im to na dobre. Album przełomowy nie tylko pod brzmieniem, ale też przede wszystkim pod względem muzyki, tutaj już bardziej słychać heavy metal, a mniej jest hard rocka, chociaż i echa tego gatunku są. Okładki niczym u Scorpionsów wiecznie kiczowate, tak jest i w przypadku „Breaker”, ale jakby nie było owa okładka jest wręcz kultowa.
Zespół nie rachuje i od razu daje na otwieracz skoczny i dość dynamiczny „Starlight” tutaj można już usłyszeć ten styl, który był charakterystyczny dla zespołu przez kolejne lata. Mamy taki rozpoznawalny styl Hoffmana, jest gitarowo, skocznie i bardzo heavy. Sekcja rytmiczna, zwłaszcza Baltes gdzieś przemycają echa hard rocka. Kawałek jest prosty i bardzo melodyjny. Postęp zrobił nie tylko Hoffman czy Baltes, ale też Dirkschneider, bo mamy tutaj jego charakterystyczne „skrzeczenie” jego to niektórzy określają. Utwór jest krótki i w sumie kto by pomyślał, że będziemy mieć tutaj taki popis gitarowego kunsztu Hoffmana? Jedna z najlepszych na albumie jak dla mnie. Ale to nie otwieracz jest okrytą sławą, lecz tytułowy „Breaker” i mamy tutaj czysty heavy Metal, mamy rasowy Accept. Dynamiczny, przebojowy i bardzo melodyjny. Sekcja rytmiczna, brzmienie i styl grania no i wokal tutaj mamy to co zespół będzie kontynuował będzie na następnych albumach. Prawdziwy klasyk zespołu. Słuchając „Run if you can” mam skojarzenie z motywem „Gorgar” Helloween. Kawałek ma przede wszystkim chwytliwy motyw, taki prosty, ale szczery do bólu. Może nie ma takich ostrych partii gitarowych, może nie ma takiej dynamiki, ale jest to porządny rasowy heavy metal, taki Acceptowy. Udo tutaj nawet śpiewa czysto i wychodzi mu to nawet bardzo dobrze. W riffie słyszę coś nawet ze Scorpionsów. Oczywiście na albumie nie obeszło się bez ballady, a ta czyli „Can't stand The night” to jedna z najpiękniejszych ballad zespołu i w moim prywatnym rankingu też wysoko będzie. Jest zapadający w głowie motyw, jest też chwytający za serce refren, który nadaję się do śpiewania z kolegami przy piwku. Kolejnym klasykiem zespołu jest „Son of a Bitch”. Rasowy kawałek Aceept, nie tylko pod względem tempa, riffu, melodii, czy refrenu, ale także pod względem solówkę. Zaś tekst zalatuje mi starym Ac/Dc. No jak można przejść obok: „Son of a Bitch, you asshole”. No jak to fajnie buja. A skoro jesteśmy przy klasykach, skoro jesteśmy przy największych hitach Accept, to do tych kawałków należy bezapelacyjnie „Burning” który jest bardziej rock'n rollowy, bardziej w stylu Ac/Dc z Bonem Scottem, a także coś z glamowego Slade, czy Sweet słyszę. Sam kawałek bardzo energiczny, utrzymany w takim skocznym tempie. Jest melodyjnie i porywająco, a taki jest rock/n roll. Kawałek może i mało w stylu typowego Accept, ale na koncertach jakoś pasuje do granych utworów zespołu. Zawsze „Burning” będzie dla mnie takim bratem dla „I'm a rebel”. Moim takim prywatnym ulubieńcem jest „Feelings” gdyż mamy taki bardzo melodyjny i rasowy riff. Jest taki pulsujący bas w tle i słychać styl Petera, który będzie słychać na kolejnych albumach. Kawałek pod względem tempa, stylu aranżacji przypomina mi Head Over heels czy też Princes of dawn. To jest właśnie Acept jaki kocham. Znów nieco hard rocka, znów ukłon w stronę Ac/Dc, ale także Judas Priest, bo taki „Midnight Higway” to taki Acceptowa wersja „Living after Midnight”. Kawałek ma fajny taki luzacki klimat, ma tez skoczne tempo i takie radosne melodie. Może i kiczowaty utwór, może bardziej odegrany z dystansem, ale nikt nie zaprzeczy, że to kolejny klasyk Accept. Drugą piekna balladą na albumie jest „Breaking up again” tutaj uczucia tutaj smutek leje się hektolitrami, bardzo wzniosła ballada, o którą ciężko dzisiaj. Do dziś mam wątpliwości czy faktycznie śpiewa tutaj Udo. Jeśli tak, jest to najlepszy kawałek pod względem jego wokalu. Nie doceniany często jest „Down and Out” ale kawałek też jest rasowym kawałkiem Accept, gdzie można się doszukać Judas Priest. Znów bardzo ciekawa solówka, który jest jedną z najciekawszych na albumie.
„Breaker” jest przełomowy, bo tutaj Accept zaczyna na poważnie grać heavy metal, czysty, rasowy, niemiecki z dozą toporności. Tutaj praktycznie wszystko się zaczęło, tutaj po raz pierwszy już można usłyszeć te patenty, które będą wykorzystywane w dalszej karierze. Ciężko znaleźć słabszy kawałek bo i nie ma takiego. Mamy bardzo urozmaicony materiał i to zagrany z pasją. Mamy dwie ballady, mamy rockowe i rasowe heavy metalowe kawałki. No i mamy sporo klasyków jak : Breaker, Burning, Son of a Bitch czy Midnight highway. Pierwszy taki prawdziwy album Accept i pierwszy, który naznacza styl tego zespołu. Mamy Baltesa, Dirkschneidera, Hoffmana i mamy narodziny legendy niemieckiego heavy metalu. Nota: 9/10
Subskrybuj:
Posty (Atom)







