Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Visigoth. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Visigoth. Pokaż wszystkie posty

piątek, 9 lutego 2018

VISIGOTH - Conquerors oath (2018)

Wystarczyło 8 lat by nikomu nie znany Visigoth stał się jednym z najbardziej wyjątkowych zespołów w kręgu heavy metalu. Band idzie w ślady Manilla Road, Omen czy nawet Grand Magus. Ich muzyka to mieszanka takie typowego true heavy metalu i amerykańskiego heavy/power metalu. Niby młoda kapela, która działa od 2010 r i ma na swoim koncie tylko dwa albumy, a pokazują jak są dojrzałym bandem i jak śmiało sięgają po patenty z lat 80. Do tego wszystkiego dochodzi tematyka mitologii, fantasy czy rycerska. To idealna mieszanka, zwłaszcza jak ktoś pała miłością do amerykańskiej sceny metalowej. Długo wyczekiwany drugi krążek o nazwie "Conqueror;s Oath" to album, który z jednej strony rozwija patenty z debiutu, ale przede wszystkim jest lepszy pod wieloma względami. Na plus jest na pewno nieco krótszy czas trwania i bardziej treściwe kawałki. Duża przebojowość i precyzja w aranżacjach. Tutaj nie ma miejsca na przypadek. Wszystko jest idealnie dopasowane. Począwszy od klimatycznej okładki, przez przybrudzone brzmienie, kończąc na przemyślanym materiale. Sukces tej kapeli tkwi przede wszystkim w charyzmatycznym wokaliście Jake'u Rogersie, który nadaje całości epickości i tego amerykańskiego klimatu. Jamison i Leeland z kolei dbają o aspekt instrumentalny. W tej sferze mamy różnorodność i znajdziemy bardziej złożone riffy, jak i te dynamiczne i bardzo zadziorne. Nie ma mowy o nudzie. Płytę tworzy 8 utworów i w sumie każdy z nich ukazuje piękno tej kapeli. "Steel and Silver" to klasa sama w sobie. Melodyjne wejście gitar, a potem marszowe tempo i ta epickość, która wybrzmiewa na każdym kroku. Jednak w czasach różnych dziwactw i eksperymentów można stworzyć heavy metal w najlepszej okazałości. Dalej mamy rozpędzony "Warrior Queen", który idealnie promował cały album.Energiczny riff i hard rockowy feeling idealnie się tutaj sprawdza. Jeszcze szybciej i jeszcze więcej iron maiden mamy w dynamicznym "Outlive them all". Kompozycja pod względem przebojowości i dynamiki nasuwa poniekąd amerykański heavy/power metal.Marszowy "Hammerforged" to ukłon w stronę bardziej doom metalu i graniu spod znaku Grand Magus. Zespół potrafi zaskoczyć swoim rozbudowanymi kawałkami i ta "Traitors Gate" imponuje klimatem i napięciem. Od samego początku słuchacz jest trzymany w napięciu. Klimatyczne, balladowe wejście, a potem przyspieszenie i jazda bez trzymanki. Czuje się jakbym cofnął się w czasie i słuchał płyty z lat 80. Z kolei w "Salt City" można poczuć nieco punkowy klimat, który idealnie się tutaj sprawdza. Sam styl nieco przypomina kultowy "Running Free" Ironów.  Kolejną petardą na płycie jest "Blades in the night" i znów zespół rzuca nas na kolana. Co za energia, co za popisy gitarowe. Całość zamyka podniosły i epicki "The conqueror;s Oath". 8 utworów szybko mija, ale wrażenia z odsłuchu pozostają na długo z słuchaczem. Z jednej strony jest świeżość, jest klimat i patenty z poprzedniej płyty, ale wszystko jest bardziej dojrzałe, jest więcej hitów no i zespół oddaje to co najlepsze w amerykańskim heavy/power metalu. Płyta jest idealna i może śmiało konkurować o tytuł płyty roku! warto czekać na takie perełki.

Ocena: 10/10

środa, 4 lutego 2015

VISIGOTH - The Revenant King (2015)

Jedni postrzegają ich jako godnych naśladowców Manilla Road z najlepszych lat, jeszcze inni słyszą w ich muzyce coś z Manowar, a ja przyznaję się bez bicia że widzę w nich taki drugi Grand Magus. Z kolei okładka debiutanckiego albumu „The Revenant Kings” przypomina choćby te znane nam z Cirith Ungol. Mam wrażenie, że każdy z tych słuchaczy ma gdzieś rację. Visigoth to jedno z największych tegorocznych odkryć muzycznych. Choć jest to młoda kapela, która gra od 5 lat, to wcale nie daje po sobie tego poznać. Debiutancki album „The Revenant Kings” to płyta, która przywraca wiarę w epicki heavy metal, która daję nadzieję, że muzyka której podwaliny dały takie zespoły jak Manilla Road, Cirith Ungol czy Manowar wciąż ma się dobrze.

Znów to właśnie młodzi ludzie wyskakują z ciekawymi pomysłami, z ciekawym typowym takim amerykańskim brzmieniem. To znów debiutanci starają się brzmieć świeżo i błysnąć ciekawymi aranżacjami, stworzyć ciekawy styl, który zaskoczy nawet najbardziej doświadczonych słuchaczy, którzy się w heavy metalu od lat. Visigoth dokonał tego. Zapomnijcie o super grupach, czy płytach znanych nam kapel. Dajmy się porwać heavy metalowi jaki prezentuje amerykański band. To co ich wyróżnia to specyficzny wokalista Jake Rogers, który nieco mi przypomina frontmana Volbeat. Nie jest agresywny, ale wpasowuje się w rycerski, epicki klimat. To dzięki niemu nie mamy topowego heavy metalu. Sporą rolę odgrywa też mroczne, przybrudzone brzmienie, doom metalowy mrok jakby wyjęty z „Iron Will” Grand Magus. Przede wszystkim materiał brzmi świeżo, szczerze i nie ma prób silenia się na coś innego. Zespół gra prosto z serca, z miłości do epickiego heavy metalu. Mocne uderzenie perkusji, dudniący bas, a do tego ostre riffy wygrywane przez duet Palmer/ Campana. To jest coś więcej niż heavy metal, to jest prawdziwa magia i ten gęsty klimat potrafi pochłonąć słuchacza. Tak można się poczuć w rozbudowanym „Iron Brotherhood”, który poza marszowym tempem i epickim klimatem zaskakuje niezwykle melodyjnymi solówkami. Zespół odnajduje się w kolosach i kolejnym na to dowodem jest bez wątpienia kompozycja wieńcząca ten album czyli „From the Arcane Mists of Prophecy” . Tutaj nie ma słabych punktów i możemy to już przy otwieraczu to wykluczyć. Dostajemy z marszu mocny strzał w postaci „The Revenant Kings”. Utwór utrzymany w średnim tempie, mocno zakorzeniony w Grand Magus i tutaj nutka doom metalu idealnie wpasowuje się w konwencję epickiego heavy metalu. Chłopaki znają się na rzeczy i te 8 minut szybko zlatuje. Jednym z takich bardziej znanych kawałków z tej płyty był już znacznie wcześniej „Dungeon Master”. To już nieco inny utwór. Bardziej energiczny, bardziej melodyjny i nawet znajdziemy tutaj wpływy Iron Maiden. „Mammoth Rider” to encyklopedyczny przykład jak grać epicki heavy metal. Jest hołd, są bojowe chórki, jest marszowa sekcja rytmiczna, a wszystko podlanie doom metalowym sosem. Prawdziwa uczta dla fanów gatunku. Jeśli ktoś szuka emocji to je znajdzie w „Blood Sacrifice”, zwłaszcza w początkowej fazie tego kawałka. To, że zespół jest wielkim fanem Manilla Road tylko potwierdza cover „Necropolis” i właściwie zespół nie popełnił tutaj żadnego błędu.

Tak o to kolejny młody zespół sprawił, że doznałem szoku. Obstawiałem, że będziemy mieć do czynienia z naprawdę dobrym albumem. Zapowiedzi były obiecujące, a styl jaki zespół prezentował dawał nadzieję na mocną rzecz. Jednak mimo to zaskoczyli mnie, bo dostałem prawdziwe dzieło. Jeden z najlepszych albumów z muzyką określaną mianem epickiego heavy metalu ostatnich lat ? Z pewnością tak.

Ocena: 9/10