Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Epic Heavy Metal. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Epic Heavy Metal. Pokaż wszystkie posty

poniedziałek, 11 maja 2026

CRYSTAL WINDS - Long live the King (2026)


 

Zostajemy jeszcze na chwilę przy greckiej scenie heavy metalowej, ponieważ 8 maja światło dzienne ujrzał drugi album studyjny formacji Crystal Winds. Zespół działa od 1999 roku i od początku obrał sobie za cel tworzenie epickiego heavy metalu — podobnie jak wiele kapel z tamtego regionu. To kolejna grupa wyraźnie zapatrzona w twórczość takich legend jak Manilla Road, Omen, Manowar czy Warlord. Drugi album studyjny, „Long Live the King”, może szczególnie przypaść do gustu słuchaczom wychowanym na heavy metalu lat 70. i 80.

„Long Live the King” zaskakuje już od pierwszych minut — nie dlatego, że redefiniuje gatunek, ale dlatego, że robi wszystko dokładnie tak, jak powinno wyglądać klasyczne heavy metalowe granie. Crystal Winds powracają z materiałem pełnym tradycyjnych riffów, heroicznych refrenów i atmosfery rodem z końcówki lat 80., unikając przy tym taniego kopiowania dawnych mistrzów. To album dla ludzi, którzy nadal wierzą, że melodyjny heavy metal może brzmieć świeżo bez konieczności podążania za nowoczesnymi trendami. Takie podejście zespołu jest zwyczajnie ujmujące i budzi spory optymizm.

Największym atutem płyty są gitary. Solówki pozostają melodyjne, ale nieprzesadnie techniczne, riffy łatwo zapadają w pamięć, a sekcja rytmiczna utrzymuje całość w ryzach bez zbędnego popisywania się. Duet gitarowy Kougias i Vrontis doskonale się uzupełnia, tworząc spójne i klimatyczne partie. Wokalista dobrze odnajduje się zarówno w monumentalnych refrenach, jak i bardziej melancholijnych fragmentach. Dimitris Giannakopoulos nadaje całości odpowiedni klimat, choć momentami można odczuć brak większej charyzmy, agresji i wokalnego pazura.

Na uwagę zasługuje również okładka, która świetnie oddaje klimat albumu i skutecznie zachęca do sięgnięcia po całość. Produkcja jest nowoczesna, selektywna i dynamiczna, dzięki czemu nawet najbardziej klasyczne kompozycje zachowują odpowiednią energię i świeżość.

Podczas odsłuchu szczególnie wyróżniają się utwory „Long Live the King”, King of Steel” oraz „Warlords”, które mają potencjał koncertowych hymnów. To właśnie w tych numerach najlepiej słychać drzemiącą w zespole siłę i sceniczny potencjał. Już pierwsze trzy kompozycje pokazują, że Crystal Winds potrafią pisać chwytliwe i efektowne utwory.

Na albumie dominują rozbudowane i wielowątkowe kompozycje, w których zespół momentami skręca w bardziej epickie i progresywne rejony. Świetnym przykładem takiego podejścia jest „For the Power & the Glory”. Grupa bawi się konwencją i próbuje zaskoczyć słuchacza ciekawymi rozwiązaniami aranżacyjnymi.

Album nie jest jednak pozbawiony wad. W środkowej części pojawia się pewna powtarzalność — część utworów opiera się na podobnych strukturach i tempach. Chwilami można odnieść wrażenie, że zespół gra zbyt zachowawczo i nie chce wyjść poza sprawdzone schematy. Gdyby muzycy odważyli się mocniej zaryzykować, dodając więcej agresji oraz przebojowości, materiał zyskałby jeszcze więcej charakteru. Najsłabszym ogniwem pozostaje wokalista, którego łagodna barwa momentami nie współgra z monumentalnym charakterem muzyki.

Crystal Winds nadrabiają jednak pomysłowością w „Realm of Light”, którego przewodni motyw zaskakuje skocznym charakterem. Słychać tutaj zarówno ducha NWOBHM, jak i klimat klasycznego heavy metalu lat 80. Z kolei „Battalion” imponuje znakomitym wejściem basu i dużą dawką przebojowości. Nie zabrakło także bardziej energicznego „Riders of Rohan”, gdzie zespół ponownie zabiera słuchacza w świat klimatycznego, epickiego heavy metalu pełnego melodii i gitarowej finezji. To naprawdę potrafi zrobić wrażenie.

Punktem kulminacyjnym albumu pozostaje jednak ponad dziesięciominutowy „The Noble”. To dojrzała, świetnie rozplanowana kompozycja, w której przewija się wiele interesujących motywów i zmian nastroju. Utwór ani przez chwilę nie nuży, a jego rozbudowana forma potrafi autentycznie poruszyć.

„Long Live the King” to jedna z tych płyt, które nie próbują na siłę zmieniać gatunku. Zamiast tego oferuje solidnie napisany, emocjonalny i bardzo melodyjny heavy/power metal z ogromnym szacunkiem do klasyki. Dla fanów tradycyjnego grania jest to wydawnictwo zdecydowanie warte uwagi. Najlepiej jednak posłuchać albumu samemu i wyrobić sobie własne zdanie — moim zdaniem zdecydowanie warto.

Ocena: 7,5/10

niedziela, 10 maja 2026

CLAIRVOYANT - Eternal Victory (2026)


 

Grecki Clairvoyant to jeden z tych zespołów, które narodziły się jeszcze w latach 80., jednak na poważnie zaczęły tworzyć muzykę dopiero dekadę później. Formacja istnieje od 1988 roku, choć jej dorobek płytowy nie imponuje pod względem ilości. Na koncie mają zaledwie cztery albumy studyjne, a najnowsze dzieło, zatytułowane Eternal Victory, ukazało się po jedenastoletniej przerwie. To bardzo udany powrót i kolejny dowód na to, że grecka scena metalowa wciąż pozostaje bastionem epickiego, rycerskiego heavy metalu.

Przez skład zespołu przewinęło się sporo muzyków. Obecnie za mikrofonem stoi nowy wokalista — Antonis Nathanail — który doskonale wpisuje się w stylistykę grupy. Potrafi śpiewać nastrojowo i budować odpowiedni, heroiczny klimat. Świetnie odnajduje się zarówno w podniosłych fragmentach, jak i bardziej dramatycznych partiach. Pasuje do tej muzyki idealnie, choć momentami wydaje się stawiać atmosferę ponad typowo heavy metalowym pazurem.

„Eternal Victory” brzmi jak szczery hołd dla klasycznego greckiego heavy/power metalu — patetyczny w pozytywnym znaczeniu tego słowa i całkowicie niewstydzący się swoich korzeni. Po jedenastu latach przerwy Clairvoyant wracają z materiałem, który nie próbuje gonić trendów ani udawać nowoczesności. Zamiast tego stawiają na epickie melodie, galopujące riffy i atmosferę heroicznej nostalgii. To właśnie epickość odgrywa tutaj kluczową rolę i stanowi fundament całego albumu.

Największą siłą płyty jest jej konsekwencja stylistyczna. Słychać fascynację klasykami pokroju Manowar, Omen czy Manilla Road, ale Clairvoyant nie brzmią jak tani tribute band. Utwory takie jak" Heroes", "time Marches On czy monumentalne "Eternal Empire (Alexander) "mają własny charakter — oparty na melodyjnych gitarach i refrenach stworzonych z myślą o koncertowym szale fanów. Produkcja jest dość surowa, ale działa na korzyść materiału. Zamiast sterylnego brzmienia otrzymujemy organiczny ciężar i oldschoolowy klimat. Słychać, że zespół ciężko pracował, aby oddać ducha lat 80.

Zespół bardzo umiejętnie dawkuje emocje. Album otwiera zadziorny i żywiołowy Eternal Victory, w którym wyraźnie pobrzmiewają inspiracje klasyką gatunku, choć podane w subtelny i wyważony sposób. Bardzo dobrze wypada również singlowy Riddles, ukazujący bardziej power metalowe oblicze grupy. Delikatne wpływy progresywnego heavy metalu okazują się tutaj wyjątkowo trafionym dodatkiem. Piękny, melancholijny nastrój dominuje w posępnym "Dreams of the Past", choć utworowi brakuje nieco wyrazistszych melodii i bardziej chwytliwych gitarowych motywów. Ballada Barren Lands niewiele wnosi do całości — wydaje się zbyt zachowawcza i momentami wręcz nazbyt komercyjna. Z kolei energiczny Sentinels pokazuje zespół w najlepszej możliwej odsłonie. To rasowy killer i jeden z najmocniejszych punktów albumu.

Nie wszystko działa jednak idealnie. Płyta momentami wydaje się zbyt długa — ponad godzina materiału to sporo jak na tak klasycznie skonstruowany heavy metal. Z czasem pojawia się wrażenie monotonii. Niektóre riffy i refreny zaczynają się powtarzać, a bonusowy cover Love Me Forever grupy Motörhead nie wnosi wiele poza sympatycznym ukłonem w stronę legendy.

Mimo kilku wad i drobnych niedociągnięć „Eternal Victory” pozostaje bardzo udanym powrotem. Album nie redefiniuje gatunku, ale przypomina, dlaczego epicki heavy metal wciąż ma tak oddanych fanów. W tej muzyce słychać autentyczność, pasję i szczere oddanie stylistyce, których często brakuje współczesnym wydawnictwom utrzymanym w podobnym duchu. Dla fanów klasycznego europejskiego heavy/power metalu — szczególnie greckiej sceny — to jedna z tych premier, których po prostu nie można pominąć.

Ocena: 8/10

niedziela, 22 marca 2026

SANCTUM PYRE - He who remains (2026)


 

Szwedzki wokalista Rob Lundgren to niezwykle zapracowany muzyk. Pojawia się na wielu wydawnictwach — raz jako główny wokalista, innym razem jako gość. Z pewnością nie może narzekać na brak zajęć. W tym roku można go usłyszeć na debiutanckim albumie formacji Sanctum Pyre. Płyta „He Who Remains”, która ukazała się 20 marca, skierowana jest do miłośników epickiego heavy metalu z domieszką power metalu. W końcu coś, co potrafi wywołać prawdziwe ciarki emocji.

Trzeba przyznać, że zespół sprawia sporą niespodziankę. Nie stawia bowiem na agresję, zawrotne tempo ani łatwo wpadające w ucho hity. Zamiast tego skupia się na monumentalności, epickim klimacie i narracyjności. Kompozycje są rozbudowane, a partie gitarowe — bardziej złożone i dopracowane. W każdym utworze dzieje się naprawdę dużo dobrego. Sanctum Pyre opiera swoją siłę na pięknych melodiach i poruszających dźwiękach. To prawdziwy pokaz talentu i muzycznej wrażliwości.

Rob Lundgren to doświadczony i uznany artysta. Towarzyszy mu klawiszowiec Nikos Tzouannis, znany z Battle Symphony, który dodaje subtelnych ozdobników i wzmacnia klimat kompozycji. Największą pracę wykonuje jednak nieco tajemniczy Mike G., odpowiedzialny za gitary, bas oraz perkusję. Wyraźnie zna się na rzeczy i zadbał o wysoki poziom instrumentalny. Partie gitarowe przesiąknięte są wpływami takich zespołów jak Arrayan Path, Manilla Road czy Crimson Glory. Pomysłowość, świeżość oraz dbałość o detale znacząco podnoszą jakość całego albumu. Trzech muzyków stworzyło dzieło pełne magii — prawdziwą ucztę dla duszy.

Już od pierwszych chwil płyta uderza energią za sprawą utworu „Break Thy Chains”, pełnego power metalowych rozwiązań. To swoista zmyłka — dostajemy epicki, przystępny hicior, który zachwyca dynamiką i podniosłym charakterem. Monumentalność oraz bardziej zróżnicowane partie gitarowe pojawiają się w melodyjnym „Ride Through Fire”, gdzie zespół wyraźnie pokazuje kierunek, w jakim chce podążać. Utwór ma niesamowity klimat i potrafi poruszyć.

Behold the Thrones” ponownie czaruje epickim rozmachem i naciskiem na atmosferę. To doskonały przykład na to, że nie zawsze trzeba grać szybko i agresywnie — dbałość o szczegóły, klimat i piękne melodie potrafią zdziałać cuda. Wpływy Arrayan Path słychać wyraźnie w nieco progresywnym „Pay the Price”. Z kolei „The Hammer and the Cross” to kwintesencja nastrojowego, epickiego heavy metalu — utwór płynie, hipnotyzuje i zachwyca klimatem. Podobne emocje przynosi marszowy i stonowany „The oath”, którego refren stanowi esencję gatunku.

Dalej otrzymujemy spokojniejszy, lekko rockowy „She Was a Flame”, wyróżniający się ciekawymi zmianami tempa i nastroju. Punktem kulminacyjnym albumu jest utwór tytułowy „He Who Remains” — pełen epickiego rozmachu, z gregoriańskimi chórami i wyjątkową atmosferą. To moment, w którym zespół pokazuje pełnię swojego potencjału.

Na zakończenie dostajemy bardziej energiczny „Daughter of the Wind”, w którym powraca power metalowa żywiołowość. Orientalne motywy przywodzą na myśl Arrayan Path, a neoklasyczne zagrywki mogą kojarzyć się z Iron Mask. To znakomite zwieńczenie całości.

Sanctum Pyre to niezwykłe doświadczenie i dowód na to, że heavy metal może być piękny bez konieczności uciekania się do ostrych riffów czy chwytliwych, prostych melodii. Siła tej muzyki tkwi w emocjach, nastroju i subtelnych dźwiękach. To album, który na długo pozostaje w pamięci.

Ocena: 9.5/10

poniedziałek, 16 marca 2026

BATTLEROAR - Petrichor (2026)

 


Jedna z największych greckich formacji heavy metalowych powraca z nowym albumem, który z pewnością ucieszy fanów epickiego grania. Zespół tej klasy jak zwykle zadbał zarówno o dopracowaną szatę graficzną, jak i potężne, charakterystyczne brzmienie. W składzie pojawiły się nowe twarze, które wniosły do muzyki świeżą energię.

Za mikrofonem stanął Michalis Karasoulis, który nadaje utworom epickiego rozmachu, drapieżności oraz rycerskiego klimatu. Jego interesująca barwa głosu i sceniczna charyzma sprawiają, że kompozycje potrafią oczarować słuchacza i wciągnąć go w wykreowany przez zespół świat. Do składu dołączył także nowy gitarzysta Zack Kotsikis, znany z formacji Thelmite. Wraz z Kostas Tzortzis tworzy on znakomicie zgrany duet gitarowy, który z powodzeniem oddaje piękno epickiego heavy metalu. W ich grze słychać wyraźny hołd dla klasyki gatunku, a jednocześnie świeżość i pomysłowość w podejściu do kompozycji. Warto również wspomnieć, że w 2023 roku do zespołu dołączył basista Loukas Libertos. Cała ekipa daje z siebie maksimum energii.

Album zespołu Battleroar zawiera dziewięć utworów i każdy z nich potrafi porwać słuchacza oraz przenieść go do świata magii, heroizmu i melancholii. Płytę otwiera nastrojowe intro „The Last Mythkeeper”, które od razu buduje klimat i zapowiada epicką muzyczną podróż. Szczególnie pięknie wypada „The Missing Note”, przywodzący na myśl dokonania takich zespołów jak Manowar czy Triumpher. Monumentalny motyw przewodni oraz mroczny klimat robią ogromne wrażenie, a epicki rozmach tylko potęguje siłę tego utworu.

Kolejnym punktem programu jest rozbudowany i wielowątkowy „Ate, Hybris, Nemesis”. Z kolei w „Legacy of Suffering” można wyczuć ponurą aurę i wpływy doom metalu. Zespół świetnie radzi sobie z budowaniem melancholijnego, refleksyjnego klimatu, co doskonale potwierdza „The Earth Remembers, The Rain Forgives”. W tym utworze muzycy w pełni ukazują swój potencjał i kompozytorski talent.

Większą dawkę energii i klasycznego heavy metalowego pazura przynosi przebojowy „What Is Best in Life?”. Z kolei motyw przewodni w klimatycznym „Chaosbane” robi ogromne wrażenie i z powodzeniem mógłby znaleźć się na płycie z pogranicza epickiego i symfonicznego heavy metalu. To naprawdę potężna kompozycja. Bardzo dobrze wypada również „Wield the Myth”, który ponownie oddaje piękno epickiego metalu i pozwala słuchaczowi zanurzyć się w mrocznym, heroicznym klimacie kreowanym przez zespół. Całość w znakomity sposób domyka utrzymany w podobnej stylistyce „Storm Inside”.

Battleroar to klasa sama w sobie. Długa przerwa w działalności oraz zmiany personalne nie zdołały powstrzymać zespołu przed dalszym rozwijaniem i gloryfikowaniem epickiego heavy metalu. Greckie zespoły potrafią oczarować słuchacza swoją muzyką, a ten album jest tego kolejnym potwierdzeniem. Chwała Battleroar za powrót w wielkim stylu – w końcu pojawiła się w tym roku naprawdę wartościowa płyta, bo jak dotąd na scenie dominowała raczej przeciętność.

Ocena: 9/10

środa, 10 grudnia 2025

FATES HAND - Steel, fire and ice (2025)


 Tytuł "Steel, Fire & Ice" idealnie pasuje do zespołów pokroju Manowar, Eternal Champion, Grand Magus czy Savage Oath — czyli całej sceny obracającej się wokół epickiego heavy metalu. Podobnych skojarzeń dostarcza debiut australijskiej formacji Fates Hand. Ich pierwszy album, "Steel, Fire and Ice", ukazał się 21 listopada nakładem Dying Victims Productions.

Do czołówki gatunku Fates Hand jeszcze nie doskakuje — to fakt. Zespół gra dość zachowawczo i ostrożnie. Materiał jest solidny, ale brakuje mu wyrazistych pomysłów, które przerodziłyby się w rasowe killery i zapadające w pamięć hity. Muzycy bez wątpienia mają umiejętności, co kilkukrotnie udowadniają. Trzon składu stanowi wokalista Denimal, którego głos nadaje całości odpowiedniego klimatu — nieco podszytego doom metalową manierą. To właściwy człowiek na właściwym miejscu, choć momentami chciałoby się w jego śpiewie odrobiny większej drapieżności. Drugim filarem jest Gjoll, odpowiedzialny za partie gitar i basu. Jego gra stawia na epickie, rycerskie motywy oraz klasyczne, tradycyjne brzmienie. Wszystko współgra na tyle dobrze, że odsłuch sprawia szczerą przyjemność.

Album otwiera marszowy "The Quest Spirit", najdłuższy utwór w zestawie, który od razu definiuje styl i poziom zespołu. Nie ma tu nic przełomowego, ale całość brzmi przekonująco. "Woven in Space and Time" to prostszy, melodyjny numer, w którym pobrzmiewają echa NWOBHM. Klimat lat 80. jest zresztą obecny przez większość albumu. Podobną formułę przyjęto w "Starforger", czerpiącym pełnymi garściami z klasycznego heavy metalu tamtej dekady. Niestety, brakuje tu nieco energii i wewnętrznego ognia. Całość zamyka dobrze rozplanowany "Stallion of Skies and Seas", w którym epickość i udany riff niosą utwór od początku do końca.

Przed Fates Hand wciąż sporo pracy. Zespół musi urozmaicić aranżacje, wzbogacić gitarowe motywy i wnieść do swojej muzyki odrobinę świeżości oraz przebojowości. Przydałoby się także więcej agresji i zadziorności. Potencjał jest, lecz jak na razie formacja nie potrafi w pełni go wykorzystać. Szkoda — może następnym razem będzie lepiej?

Ocena: 5.5/10

sobota, 29 listopada 2025

DARKLON - Mind Reaper (2025)


 Dobrze pamiętam „The Redeemer” greckiego Darklon z 2023 roku. Wtedy zespół udowodnił, że stawia na klimatyczny, a zarazem drapieżny epicki heavy metal z domieszką power metalu. Była to płyta niemal perfekcyjna, więc poprzeczka zawisła bardzo wysoko. Tym razem na pokładzie zabrakło wokalisty Nikosa Migusa, którego miejsce zajął Bill Chrepas z Wildfire. W odświeżonym składzie Darklon powrócił z nowym albumem zatytułowanym „Mind Reaper”, wydanym 28 listopada. Zespół wciąż serwuje wysokiej próby epicki heavy/power metal, mocno czerpiąc z Omen, Manowar czy Battleroar.


Na szczególne uznanie zasługuje nowy nabytek – wokalista Bill Chrepas. Ma charyzmę, technikę i znakomite umiejętności wykonawcze. Świetnie radzi sobie zarówno z wysokimi rejestrami, jak i budowaniem dramaturgii. To godny następca Nikosa. Imponuje również gra gitarzysty D.K. Krasonisa, który prezentuje szeroki wachlarz talentów: od szybkich, żywiołowych utworów, przez bardziej złożone kompozycje, aż po klimatyczne fragmenty. Każdy znajdzie tu coś dla siebie. Co za błysk geniuszu i dowód muzycznego kunsztu! Darklon po raz kolejny czaruje, oferując materiał przemyślany i dojrzały.


Album to 40 minut zgrabnie wyważonego miksu epickiego heavy i power metalu. Już na otwarcie atakuje nas rozpędzony „In the Abyss” – mocny strzał, który idealnie oddaje charakter i jakość zespołu. Nieco toporności i klasycznej, estetyki lat 80 przynosi stonowany „Mind Reaper”, będący udaną wyprawą w rejony Accept czy Judas Priest. Jednym z najlepszych utworów jest przebojowy „Soul Stealers”, kipiący energią i chwytliwymi melodiami. Bill udowadnia tu, że świetnie odnalazł się w roli frontmana Darklon.


Więcej power metalowej energii dostarcza dynamiczny „Powercast” – prawdziwy killer. Agresja i ostry riff dominują w „The Mad Messiah”, chwilami przywodzącym na myśl dokonania Primal Fear. Podobne emocje wywołuje żywiołowy „Shockwave”, w którym zespół ponownie błyszczy. Panowie naprawdę wiedzą, jak robić wrażenie. Darklon nie zwalnia tempa i atakuje kolejnym szybkim killerem, „Hell’s Heroes”, który imponuje świeżością i agresywnym charakterem. W takiej odsłonie zespół po prostu wymiata. Epicki klimat powraca w stonowanym „Psyched Out”. Może nie jest to utwór odkrywczy, ale słucha się go z ogromną przyjemnością.


Darklon po raz kolejny nagrał znakomity album. Można było się obawiać, że zmiany personalne zaszkodzą zespołowi, lecz na szczęście formacja idealnie odnalazła się w nowej sytuacji i stworzyła materiał godny następcy poprzedniego wydawnictwa. Grecka ekipa wciąż trzyma wysoki poziom i należy się z nią liczyć w świecie heavy/power metalu.


Ocena: 9/10

piątek, 20 czerwca 2025

REFLECTION - The Battles i have won (2025)


 Minęło trochę czasu od ostatniej płyty greckiego Reflection. "Bleed babylon bleed"  mial premierę 8 lat temu. W międzyczasie pojawił się wokalista Kostas Tokas i z nim nagrano 5 album studyjny. "The Battles i have won"  ukazał się dzisiaj tj. 20 czerwca nakładem pitch Black records. 


W ich muzyce słychać inspiracje Manowar, Innerwish czy Valor. Mają swój styl i stawiają na klasyczny epicki heavy metal. Dużo w tym pasji, pomysłowości, drapieżności i rycerskiego klimatu. Znakomicie sprawdza się Kostas w roli wokalisty. Wnosi podniosłość, epickość i charakter. Potrafi budować napięcie i klimat. Znakomity głos, który sprawdza się w takim graniu.  Imponuje też talent gitarzysty Pavlantisa. Stawia na pomysłowe motywy, na klasyczne rozwiązania. Kawał świetnej roboty, która przedkłada się na jakość płyty. Piękna okładka i soczyste brzmienie też robią robotę.


Płytę wypełnia 9 kawałków dających 43 minuty muzyki i jest czym się zachwycać. Już na pierwszy rzut idzie killer w postaci " only swords will survive".  Mocny riff, szybkie tempo i ocieranie się o power metal sprawiają że otwieracz wyrywa z kapci. Mocna rzecz. Tytułowy " the Battles i Have won" to epicki, true heavy metalowy kawałek. Czuć inspiracje Manowar i to jest piękne. Nic dziwnego,że utwór promował płytę. Dalej znajdziemy zadziorny i przesiąknięty latami 80 latami "lord of the wind". Jest jeszce epicki i stonowany "Sirens song" i tutaj band stawia na mroczniejszy klimat. Jednym z moich ulubionych kawałków na płycie jest rozpędzony i przebojowy " once again",  który też ociera się o power metal.  Piękny i nastrojowy true Heavy Metal wybrzmiewa w " celestial war", potem wkracza marszowy i przebojowy " march of the Argonauts". Znów można poczuć błysk geniuszu i ten refren rozwala system.  Całość wieńczy epicki i klimatyczny " city walls od Malta - the great siege". Zakończenie w wielkim stylu.


Nowy wokalista wniósł świeżość do zespołu i band teraz dopiero błyszczy. Płyta naładowana hitami, mocnymi riffami i całość jest też bardo poukładana. Od razu czuć potęgę zespołu i potęgę greckiej sceny metalowej. To trzeba znać!


Ocena 9/10

sobota, 26 kwietnia 2025

SACRED STEEL - ritual Supremacy (2025)


 Ostatni album niemieckiego Sacred Steel miał premierę w 2016r i "heavy metal Sacrifice" to był udany album. Teraz po 9 latach ciszy przyszedł czas na następce. "Ritual Supremancy" ukazał się 25 kwietnia za sprawą wytwórni Rock of angels. To udany powrót, bowiem Sacred steel brzmi jak Sacred Steel i nie zatracił swojego charakteru. W dalszym ciągu nie brakuje w tym wszystkich wpływów wizard, Majesty, Skulview czy też nawet Omen. Oczywiście Sacred Steel przyzwyczaił nas do elementów thrash metalowych i tutaj ten zabieg również jest stosowany. Jednym słowem pozycja obowiązkowa dla fanów tej grupy.

Jest mroczna okładka, jest mroczny klimat i to zawsze jest miły dodatek. Znakiem rozpoznawczym wciąż pozostaje wyrazisty i charyzmatyczny głos Garrit P Mutz. Jego głos wciąż zachwyca i wciąż napędza Sacred steel.  Przez 9 lat jednak coś się zmieniło, a mianowicie skład zespołu. Jest basista Tony Ieva, który grywał w Brainstorm i gitarzysta Jorn langenfeld z Tales of Sorrow. Sam materiał miewa świetne momenty i troszkę może nieco słabsze, ale całościowo materiał broni się i potrafi dostarczyć sporo pozytywnych emocji.Gitarzyści Jonas i Jorn mają ręce pełno roboty i dwoją się i troją aby materiał był zadziorny i pełen ciekawych riffów. Bywa ciężko i mrocznie, tylko momentami zabrakło troszkę dopracowania czy może pomysłowości co do melodii czy refrenów.

"Ritual Supremacy" to utwór, który otwiera album i od razu Sacred Steel przechodzi do konkretów. Mocny riff, ocieranie się o thrash metalu i to jest Sacred Steel jaki znam i kocham. Epicki heavy metal na pewno dobitnie słychać w "Leather, Spikes and chains" to taki ukłon w stronę Manowar czy Majesty. Niby nic odkrywczego, a dostarcza sporo frajdy. Jeden z największych hitów na płycie, a refren to prawdziwa petarda. Na takie utwory zawsze warto czekać! Przepięknie został wyeksponowany bas i perkusja w marszowym "The watcher Infernal", który znów ukazuje epicki heavy metal w najlepszym wydaniu. Bardzo udany jest początek płyty, a co mamy dalej? Agresywny "a shadow in the bell tower"  oraz drapieżny "Demon witch possesion" to znów ukłon w stronę power/thrash metalowej stylistyki i słychać nawet wpływy Suicidal Angels. Jest też kolos w postaci "Entombed within the iron walls of dis", który przemyca bardziej epicki rozmach i rycerski klimat. Jest melodyjnie, a rozbudowana forma dodaje uroku całości. Dużo dobrego się dzieje i nie wieje nudą. Coś w klimatach doom metalu dostajemy w ponurym "Bedlam Eternal", który nawiązuje do twórczości Candlemass. Przepiękny jest "Omen Rider", który zabiera nas w rejony epickiego heavy metalu i twórczości Omen. W partiach gitarowych można też wyłapać patenty Running Wild. Mocna rzecz! Finał to nastrojowy "Let the blackness come to me" i to udana ballada. Choć trochę psuje obraz całości.

Sacred Steel to już marka, która nie zawodzi. Zawsze stoi na straży jakości i zawsze nagra materiał godny uwagi. W dalszym ciągu grają swoją i jest to epicki heavy metal z nutką power metalu i thrash metalu. Niemiecki band powraca po 9 latach i to w bardzo dobrym stylu. Pozycja obowiązkowa nie tylko dla maniaków zespołu.

Ocena: 8/10

czwartek, 17 kwietnia 2025

HIGH COUNCIL - Cruel And Unusual (2025)


 Kto lubi taki amerykański epicki heavy metal w klimatach Manilla Road, Gatekeper, Cirith Ungol  czy Dark Forest, ten śmiało może sięgnąć po nowe dzieło amerykańskiego High Council. "Cruel and Unusual" to powrót po 7 latach od wydania debiutu. Sam band jest już na scenie od 2003r i jakoś nie udało mu się zdobyć większej popularności. Band gra solidny heavy metal w epickim wydaniu i czas się przekonać, czy nowy album to bilet do pierwszej ligi epickiego heavy metalu.

Na pewno robotę robi okładka frontowa, która zachęca by sięgnąć po owy album. Samo brzmienie takie typowe dla tego produkcji. Jest klimat, jest trochę brudu i takiego rycerskiego charakteru. Może to się podobać. W tym wszystkim jest nastrojowy wokal Boba Saundersa, który dwoi się i troi by budować odpowiedni klimat i nadać całości nutki tajemniczości. Troszkę zawodzi duet gitarowy Saunders/Donahue, który troszkę często odpływa w rejony progresywne, często brakuje jakiegoś pomysłu, żeby na dłużej porwać słuchacza. Bywają ciekawe pomysły, ale brakuje gdzieś konsekwencji, by stworzyć coś porywającego. Do grona ciekawych utworów na pewno należy wymienić "Wildspace" i to jest mocna rzecz. Mocny riff robi robotę. Instrumentalny utwór, a tyle radości dostarcza. Dobrze sprawdza się  "Cruel and unsual" w roli otwieracza. Jest melodyjny i z pomysłem. Więcej mocy i drapieżności znajdziemy w dynamicznym "To From Whence" i to jest bardzo udana kompozycja. Mamy też rozbudowany i bardziej progresywny "Liberator" czy ponury "Jackal", który ociera się o bardziej stylistykę doom metalu.

High Council to band solidny , który grać potrafi. Niby wszystko mają, a jakoś nie potrafią stworzyć materiału, który w pełni rozwali na łopatki. Jest kilka ciekawych momentów, kilka mocniejszych utworów, kilka bardziej rozbudowanych, ale brakuje pomysłów na kompozycje i elementu zaskoczenia. Solidny album i nic ponadto. Szkoda.

Ocena: 6/10

środa, 19 marca 2025

BEHOLDER - In the Temple of the Tyrant (2025)


 Wielkimi krokami nadciąga kolejna nowość, której nie można zlekceważyć. 25 kwietnia roku 2025 ukaże się debiut amerykańskiego Beholder. Kapelę w roku 2021 założył gitarzysta Carlos Alvarez, którego możemy kojarzyć z Power Theory czy Shadowdance. Jeśli kocha się miks epickiego heavy metalu z doom metalu, to debiutancki album zatytułowany "In the Temple of the tyrant" będzie pozycją wręcz idealną. Słychać tu wpływy Sorcerer, Candlemass, Shadowdance czy właśnie Judicator.  Jest w składzie również Matt Hodsdon z noble  beast czy wreszcie znakomity wokalista John Yelland z Judicator. Zacny skład, który może wiele zdziałać. Tak faktycznie jest.

Już na pierwszy rzut oka widać, że to nie jest typowy debiutancki album, który nie ma tożsamości, własnego charakteru, który ginie na tle innych wydawnictw. Tutaj od razu widać, że czeka nas coś wielkiego i że ta płyta poruszy nami, czy też zostanie na długo w pamięci. John Yelland to znakomity wokalista, który buduje klimat, napięcie i nadaje całości epickiego rozmachu. Dzięki niemu kompozycje nabierają emocjonalnego feelingu. Ostoją Beholder jest bez wątpienia duet gitarowy Alvarez/ Hodsdon, który stawiają na ciężar i mrok. To zdaje egzamin, bo nie zapominają o wyrazistych riffach i wciągających solówkach. To wszystko jest spójne ze sobą.

Kto ma wątpliwości co nas czeka, niech odpali otwierający " A pale Blood Sky" i tutaj już czuć na dzień dobry mroczny klimat, ciężkie partie gitarowe i ten posępny doom metalowy charakter. Brzmi to mocarnie i chce się jeszcze więcej. Co za moc! Więcej heavy metalowego pazura znajdziemy w bardziej energicznym "Dungeon Crawl" i znów bije z kawałka niezła moc i te elementy wyjęte z true heavy metalu. Band błyszczy i nie ma się do czego przyczepić. Do tego to ostre niczym brzytwa brzmienie. Doom metalowe zapędy dostajemy w nastrojowym "Into the underdark", który pokazuje co drzemie w tym zespole. Panowie to grają z pasją i słychać to od pierwszych sekund. Tomi Joutsen z Amorphis zalicza gościnny występ w rozbudowanym "Eyes of the Deep".  Kolejna piękna kompozycja, która w pełni oddaje piękno doom metalu i epickiego heavy metalu. Dostajemy wybuchową mieszankę, która potrafi rozwalić system. Do tego ten kruszący mury wokal Johna. Można słuchać i nie ma się dość. Świetny występ tutaj zalicza! Troszkę bardziej melancholijny i taki stonowany jest w swojej formule "For those Who fell". Heavy metalowy hymn dostajemy w przebojowym "Draconian", który skierowany jest bardziej w true heavy metal i klimaty Manowar.  Majstersztyk i jeden z najciekawszych utworów na płycie. Troszkę odstaje w moim odczuciu "Summoned Bound", który jest tylko bardzo dobry. Jakoś nie rzucił mnie na kolana swoimi aranżacjami. To wciąż wysoki poziom! Całość wieńczy rozbudowany i urozmaicony "I magus" i tutaj mamy beholder w pigułce. Jest mroczny klimat, patenty doom metalowe, ale i sporo heavy metalu. Dobra robota!

Płyta robi ogromne wrażenie. "In the temple of the tyrant" to płyta niemal idealna, gdzie pełno tu mroku, ciężaru, heavy metalowego pazura. Bije z tego świeżość, pomysłowość i dbałość o jakość. Tutaj nie ma słabych elementów i wszystko stoi na wysokim poziomie. Od okładki,  przez brzmienie, kończąc na kompozycjach. Mocna rzecz i trzeba będzie bacznie przyglądać się poczynaniom Beholder w przyszłości. Brać w ciemno!

Ocena: 9.5/10

wtorek, 11 marca 2025

STYGIAN PATH - The Lorekeeper (2025)


 
Epicki heavy metal z nutką folk metalu i power metal, tak można by określić gatunek muzyczny w jakim obraca się grecki band o nazwie Stygian Path. Zespół działa od 2022r i w swojej muzyce wykorzystują patenty wypracowane przez takie kapele jak Manilla Road, Manowar czy Blind Guardian. Band wie jak tworzyć epicki rozmach, podniosły klimat i nastrojowe partie gitarowe. Tu wszystko ma swój porządek, swoje przeznaczenie. Debiutancki album "The Lorekeeper" ukazał się 3 marca i to kolejny przykład, jak świetne zespoły dostarcza grecka scena metalowa.

Znakomicie na wszelkie zmysły działa klimatyczna i świetnie narysowana okładka. Od razu wiadomo z czym mamy do czynienia. Kocham takie klimaty. Samo brzmienie też takie typowe dla epickich kapel z Grecji. Muzycy też potrafią tutaj zaimponować. Wokalista Panos Babilis ma ciekawą barwę, technikę i umiejętności tworzenia epickiego klimatu. Oj napędza ten band i jest jego prawdziwą gwiazdą. Dobrze prezentuje się współpraca gitarzystów Sdralas i Machairasa. Panowie stawiają na klasyczne rozwiązania, na epickość, melodyjność i złożone formuły. Oj dobrze się tego słucha, choć wieje wtórnością.

Przepiękne jest intro "prelude", które przywołuje na myśl stare dobre czasy Rhapsody. Dalej dostajemy już konkretny kąsek w postaci "Prometheus" i to jest prawdziwy strzał między oczy. Nastrojowy, epicki, rycerski i pełen melodyjności kawałek, który szybko wpada w ucho. Elementy power metalu można wyłapać w energicznym i bardziej żywiołowym "Tides of Time" , który w dużej części przypomina dokonania manilla road czy manowar, a te wolne momenty przypominają Blind Guardian. Mocna rzecz! Epicki klimat i rozbudowana formuła to atuty "Rhapsody XXII", a nastrojowy i bardziej balladowy "The wanderer", to hołd dla starego dobrego Blind Guardian. Brzmi jak zaginiony klasyk z "Somewhere far beyond". Podobne elementy znajdziemy w folkowym i ponurym "Unholy Land" i brzmi to naprawdę bardzo dobrze. Całość wieńczy outro w postaci "Path to exile".

Trzeba przyznać, że ta grecka formacja ma pomysł na siebie i miks folk metalu z epickim heavy/power metalem może być przepustką do sławy. Drzemie ogromny potencjał w muzyce Stygian Path. Uzdolnieni muzycy, ciekawa stylistyka, dbałość o detale, tylko troszkę popracować nad hitami i jakimiś petardami i będzie idealnie. Płyta oczywiście obowiązkowa do sprawdzenia !

Ocena: 8.5/10

czwartek, 27 lutego 2025

BRAVERIDE - the Great Awakening (2025)


 
Marcello Vieira w roku 2025 dołączył do greckiego Braveride, który działa od 2004r.  Zmiana ważna dla zespołu, bo wniosła świeżość i drapieżność. Jego głos robi furorę, a jak ktoś wątpi to przekona się jak usłyszy "The Great Awekening". Utalentowany wokalista, który z niczego jest wstanie stworzyć coś wyjątkowego. Prawdziwy czarodziej.  Płyta ukaże się 18 kwietnia i jest skierowana do maniaków epickiego heavy metalu z nutką power metalu.  Wiele wskazuje, że to najciekawszy album tej formacji, która działa od 2002r.

Band tym razem bardziej się przyłożył i dopracował swój album, który potrafi się wyróżnić i zapaść w pamięci. Cieszy klimatyczna i pełna fantasy okładka frontowa. Brzmienie mocne i dopieszczone., dzięki temu mocy nabierają partie gitarowe i sekcja rytmiczna. Panowie znają się na rzeczy. Potrafią stworzyć hit, wciągające melodie i epicki rozmach. Braveride czerpie garściami z dokonań Manowar, Iron maiden czy rhapsody. Braveride ma do zaoferowania złożoną konstrukcją utworów, przebojowość, epickie motywy gitarowe, podniosłość i rycerski feeling. Panowie znają się na rzeczy.

Najpierw dostajemy intro, potem marszowy i podniosły "Executioner", który przemyca nawet troszkę Iron mask. Jest energia, moc i drapieżność. Co za start! Echa Manowar mamy w melodyjnym i stonowanym "Nightmares are real". Jest power metalowa formuła w energicznym "Temple of the unholy reign" i nawet momentami jakbym słuchał Iron mask. Wdziera się gdzie nie gdzie chaos, ale idzie do tego przywyknąć. Spokojniejszy "the Gate" nasuwa na myśl twórczość Blind Guardian. 7 minut szybko mija z muzyką Braveride. Bardzo fajnie buja "Delfekor", gdzie Braveride pokazuje że stać ich na wiele. Jest szybko i agresywnie. Nie ma zbytecznych dźwięków tutaj. Band gra troszkę na jedno kopyto, co jest minusem. Na sam koniec zostaje 12 utwór, czyli "the Final frustation", w którym dużo dobrego się dzieje. Ten kawałek dowodzi, że band potrafi być atrakcyjnym w kolosach.

Braveride ma nowego wokalistę, którego stać na wiele. Jest epickość, rozmach, przebojowość i sporo pięknych patentów typowych dla greckiej sceny metalowej. Nie brakuje hitów, nie brakuje mocnego uderzenia. Zmiana personalna wniosła nowe życie do zespołu. Brzmi teraz znaczniej świeżo i profesjonalnej, co przedkłada się na jakość. Jak dla mnie "the great awakening" to pozycja o wiele bardziej dojrzała i dopracowana niż dwa poprzednie dzieła grupy.  Warto posłuchać jak brzmi obecnie ten grecki band.

Ocena: 8/10

wtorek, 25 lutego 2025

CLAYMOREAN - Eternal Curse (2025)


 17 lutego światło dzienne ujrzał "Eternal Curse", czyli najnowsze dzieło serbskiego Claymorean. 4 lata band kazał czekać na swój 6 album studyjny, który został wydany przez Stormspell Records. Działają od 1994 r i specjalizują się w graniu heavy metalu z elementami doom metalu, czy power metalu. Można w ich muzyce doszukać się elementów Crystal Viper, Smoulder czy Oathbringer. Jest tu też sporo nawiązań do twórczości Manowar. Jedno jest pewne. "Eternal Curse" to płyta, której nie można zlekceważyć.

Claymorean to przede wszystkim charyzmatyczna i utalentowana wokalistka Dejena Betsa Garcevic, która nadaje całości drapieżności i epickiego klimatu. To jest znak rozpoznawalny Claymorean. Nie można też zapomnieć o ducie gitarowym tworzonym przez  Invictus/Nowakowic, którzy stawiają na klasyczne patenty, sprawdzone chwyty. Wszystko opiera się na mocnych, wyrazistych riffach, chwytliwych melodiach i epickich refrenach. Zawartość przez to jest równa i dopracowana. Od początku do końca jest wysoki poziom i słucha się tego naprawdę bardzo dobrze. Dostajemy jeden z ciekawszych wydawnictw Claymorean.

Klimatyczna okładka, zadziorne brzmienie są miłym dodatkiem, które podkreślają że zadbano tutaj o każdy detal płyty. Na pierwszy ogień idzie "Overture 1914"  i to intro, które stylistycznie nawiązuje do dokonań Running wild. Kolejny cios to "By this Sword We Rule" i to taka mieszanka epickiego heavy metalu i power metalu. Gitarzyści dają czadu i nie ma tutaj miejsca na nudę. Do tego ten godny podziwu wokal Dejany, który sieje zniszczenie. To utwór, który przykuje uwagę fanów White skull czy Crystal Viper. Fanom Hammerfall może spodobać się zadziorny i przebojowy "Under the Sign of the Cross". To jeden z najlepszych momentów na płycie. Rasowy hit, który na długo zostaje z słuchaczem. Epickość pojawia się w "Battle Born", gdzie nie brakuje patentów wyjętych z dokonań Manowar, czy Manilla Road. Marszowe tempo, stonowane tempo i rycerski klimat robią robotę. Jeszcze więcej true heavy metalu i elementów Manowar czy Crystal Viper można wyłapać w przebojowym "300". Niby nic odkrywczego, niby banalne granie, ale ile radości dostarcza. O tym trzeba samemu się przekonać. Tytułowy "Eternal Curse" opiera się na ostrym riffie i chwytliwych melodiach. Band tutaj pokazuje pazur i bardziej drapieżny styl. Na sam koniec zostaje kolos w postaci "Bannockburn" i tutaj oczywiście są odesłania do Manowar, Crystal Viper czy Manilla Road. Brzmi to naprawdę bardzo dobrze i nie nudzi. Dużo dobrego się tutaj dzieje i jest epicki rozmach. Uwielbiam kiedy na sam koniec pojawia się rozbudowana kompozycja tego typu.

Claymorean 4 lata kazał czekać fanom, ale nie zmarnował swojego czasu. Przygotował naprawdę dopracowane dzieło, który zawiera klimat lat 80, sporo elementów true heavy metalu, dużo patentów Manowar, Smoulder, czy Crystal Viper. Band zna się na rzeczy i wie jak tworzyć wysokiej klasy materiał z pogranicza epickiego heavy metalu i power metalu. Jeden z najciekawszych albumów Claymorean i na pewno pokazuje, że band ma sporo do powiedzenia i stać ich na dużo. Wypatrujcie "Eternal Curse" bo warto!

Ocena: 8.5/10

sobota, 26 października 2024

INNERWISH - Ash Of Eternal Flame (2024)



 Koniec żartów. Czas zostawić plastikowe miecze, odłożyć drewnianą nogę i hak, porzucić bajki o smokach i porzucić słodkie melodie i kiczowaty power metal. Wrócił po 8 letniej przerwie wielki gracz. Znany wszystkim maniakom epickiego power metalu Inner Wish, który reprezentuje nikogo innego jak wielką Grecję, która jest ziemią dla genialnych zespołów, które potrafią tworzyć coś więcej niż tylko muzykę. To pokarm dla naszej duszy, dla wyższego stanu. No kto jak nie greckie zespoły. Oni to potrafią. InnerWish niszczył w 2016r i teraz po 8 latach znów się przebudził by siać zniszczenie. "Ash of Eternal Flame" to nowe arcydzieło od tej utalentowanej grupy. Na myśl przychodzi trasa Masterplan i Firewind, gdzie śmiało obok tych graczy mógłby znaleźć się właśnie InnerWish. Wiele te zespoły łączy, ale można też doszukać się coś z Sinbreed, Diviner czy nawet takiego Lords Of Black. To jedna z tych płyt, która namiesza w tegorocznych zestawieniach.Płyta ukaże się już 1 listopada nakładem Reigning Phoenix Music.

Dostajemy najlepsza okładkę Innerwish i jakoś tak mi zaleciało okładką ostatniej płyty Helloween. Dużo się dzieje i jest na czym zawiesić oko. Kocham takie szaty graficzne, gdzie jest dużo smaczków i ukrytych motywów. Brzmienie to już wiadomo klasa światowo i nie ma się do czego przyczepić. Pomówmy o zespole, o tych czarodziejach, którzy działają na nasze zmysły. Wokalista George Eikosipentakis to wysokiej klasy muzyk, którym swoim głosem kruszy mury. Co za charyzma, co za moc, co ekspresja. Mógłby śpiewać bez instrumentów i tak było to coś pięknego. Jeden z najpiękniejszych występów wokalnych roku 2024. Jeśli znamy genialny Fortress under Siege to powinniśmy znać utalentowanego klawiszowca George Georgiou. Te partie klawiszowe dodają troszkę progresywnego charakteru, trochę powagi, trochę epickości i symfonicznego charakteru. Mistrz w swoim fachu. Na straży dynamiki, szybkości i mocy stoi zgrana sekcja rytmiczna. Dają czadu, oj uwierzcie mi. Uwagę i tak skupiają na sobie gitarzyści, a w tej roli genialni Thimios Krikos i Manolis Tsigos. Dwa uzupełniające się elementy, niczym woda i ogień. Panowie to jest czysta magia i portal do innego wymiaru. Coś pięknego. Jak ktoś ma wątpliwości co ten band potrafi, to niech przemówi do niego muzyka. Najlepszy argument na wszystko.

11 kawałków i godzina materiału to spora dawka przebłysku geniuszu Innerwish, Otwieracz "Forevermore" z jednej strony mroczny, agresywny, troszkę progresywny, a z drugiej nowoczesny i podniosły. Echa Firewind są, ale band gra swój epicki power metal. Marszowy, rozpędzony niczym walec "Sea Of Lies". To był trafiony singiel, który przyciągnie tłumy przed odbiorniki. Oczywiście specjalny gość w postaci Hansiego Kurscha dodaje uroku temu kawałkowi. Perfekcja i definicja piękna muzyki Innerwish, ale przede wszystkim tego co definiuje power metalu. Coś pięknego. Troszkę łagodniejszy w swojej oprawie jest "Higher", jednak ta emocjonalna dawka potrafi złapać za serce. Piękna paleta dźwięków i nieco bardziej rockowy feeling dodaje uroku całości. Refren to coś pięknego i troszkę przypominają mi się genialne refreny Dynazty. Dobrze znany jest z zapowiedzi "Soul Of Assunder", który jest nieco skierowany do maniaków mocnego heavy/power metalu w stylu Primal Fear. Podniosły, epicki, pełen pięknych dźwięków jest bez wątpienia "Primal Scream". Co za gracja, subtelność i magia dźwięków. Tytułowy utwór to musi być coś specjalnego, coś co poruszy i będzie wizytówką albumu. Rozbudowany, trwający 7 minut "Ash of Eternal flames" taki jest jest. Epickość otacza nas, otula niczym ciepły kocyk. Robi się nastrojowo i band bawi się konwencją. Greckie zespoły potrafią właśnie tak czarować. Kolejna piękna perełka na płycie. Agresywny i nowoczesny "Cretan Warriors" to znów odesłanie do dźwięków Firewind czy Masterplan. Mocna rzecz! Jakbym miał wskazać jakiś najlepszy kawałek z całej płyty to wybrałbym marszowy, pomysłowy "The hands of Doom". Motyw przewodni jest genialny i do tego ten poruszający refren. Killer! Jest też rockowa ballada o epickim rozmachu w postaci "Once Again" i to pokazuje że band na każdym polu potrafi się odnaleźć. Dla tych co kochają takie bardziej hasnenowskie klimaty to polecam przebojowy "Walk Alone". No i został jeszcze "Breathe", który jest niczym innym jak takim typowym utworem Innerwish.

Cudo! Płyta idealna pod każdym względem. W dodatku zróżnicowana, pełna magii, świeżości i brzmiąca bardzo współcześnie. Greckie zespoły to fenomen i zawsze stworzą coś wyjątkowego, co jest czymś więcej niż muzyką. To prawdziwy pokarm dla duszy, coś co porusza, daje do refleksji i na długo zostaje z słuchaczem nawet kiedy z głośników dobiega cisza i gasną świata i otacza nas mrok z każdej strony. To płyta, która zostaje już z nami na zawsze. A czy ty jesteś gotów na kolejną porcję genialnej muzyki innerwish?

Ocena: 10/10

czwartek, 3 października 2024

TRIUMPHER - Spirit Invictus (2024)


 Debiut greckiego Triumpher zrobił furorę i stał się jednym z największych wydarzeń roku 2023. Po dzień dzisiejszy mam ciarki i często lubię wracać do "Storming The Walls". Płyta tak świetna, świeża i bardzo dynamiczna, a najlepsze jest to że jakby na nowo definiuje epicki heavy metal.  Dorównać takiej perełce i utrzymać tak wysoki poziom to nie lada wyczyn. To niemal misja niemożliwa. Greckie zespoły to jednak inna klasa i inna rzeczywistość. Dla kapel z tamtego rejonu nie ma misji niemożliwych. Rok po wydaniu debiutu grecki Triumpher idzie zaciosem i daje światu kolejne cudo w postaci "Spirit Invictus".  Krążek ukaże się 25 października tego roku nakładem No remorse Records. Zapraszam do prawdziwej heavy metalowej uczty.

Ci wielcy wojownicy z okładki zapraszają nas do przejścia przez bramę do świata znakomitej muzyki, epickości i rozmachu. Klimat z okładki robi wrażenie i później towarzyszy nam podczas słuchania zawartości. Na pierwszy rzut oka widać, że czeka nas coś wielkiego. Brzmienie to również klasa sama w sobie i bije z tej płyta niezwykła moc. Każdy instrument niszczy i rozwala na czynniki pierwsze. Tak powinno tworzyć się brzmienie na płytach heavy metalowych.  Triumpher to zgrany band, który działa od 2019r i ma swoich bohaterów, którzy tworzą coś wielkiego i wyjątkowego. Mars Triumph to rasowy heavy metalowy śpiewak, który śpiewa prosto z serca, całym sobą, całą swoją duszą. Co za zaangażowanie,co za technika i moc. Robi to wrażenie, za każdy razem, kiedy sięgam po muzykę Triumpher.  Warto wspomnieć, że band zasilił Marios Petropoulos, który towarzyszy Christopherowi w partiach gitarowych. Panowie czarują i na każdym kroku zaskakują swoją grą i pomysłowością. Jest agresywnie, z pomysłem i dużo w tym znakomitej techniki i przebłysku geniuszu. Można słuchać i słuchać, a wciąż płyta odkrywa nowe smaczki. Uwielbiam takie wydawnictwa.

Triumpher w wielu momentach brzmi jak Manowar na sterydach, jak Manowar naszych czasów, do tego są też momenty przypominające twórczość Running wild. Wpływy klasyki są, ale Triumpher pisze własną historię. Pomówmy zatem o zawartości, bo to zawsze jest najważniejsze w muzyce. Rozmach, epickość, podniosłość wybrzmiewają w "Overture To Elysian". Jest moc, a ja mam ciary, ale to dopiero początek. Potem szybko wkracza pierwszy killer w postaci "Arrival of The Avenger". Dużo starego Manowar tu słychać, ale ileż w tym mocy, agresji i drapieżności. Gdzieś tam w pewnym momencie gitary wkraczają w stylistykę Running wild. Refren sieje zniszczenie i już wiadomo, że Triumpher jest wielki jak na debiucie. Najdłuższy na płycie jest "Athena (1st Chapter" , który jest przepięknym kolosem. Stonowane tempo, epickość i do tego patenty Manowar. To taki "Battle Hymn" naszych czasów. Riff z tytułowego "Spirit Invictus" mocno inspirowany jest twórczością Running wild i to żadna tam wada, a zaleta! Triumpher błyszczy i zachwyca pomysłowością i talentem. Band ma takie logo zalatujące black metalem i jakoś tak riff w "Alexander" też jakoś tak wybrzmiewa. To utwór faktycznie bardziej ponury i mroczny. Triumpher i tutaj się odnajduje bez problemu. "Shores of Marathon" to kolejny szybszy kawałek, gdzie band przyspiesza i pokazuje pazur. Warto pochwalić za energiczny i niezwykle melodyjny "Triumpher", czy 6 minutowy epicki "Hall of a Thousand storms" i to się nazywa piękne zwieńczenie całości.

Na naszych oczach zrodziła się kolejna wielka grecka potęga. Triumpher definiuje na nowo epicki heavy metal i robią to bez błędnie. Jest rozmach, pomysłowość i umiejętność tworzenia nie zapomnianych melodii, czy riffów. Muzycy czarują swoją grą i mamy do czynienia z geniuszami, którzy z niczego potrafią stworzyć coś godnego zapamiętania i wiecznego chwalenia. Brawo Triumpher. Po proszę więcej!

Ocena: 10/10

sobota, 31 sierpnia 2024

PHAETHON - Wielder of the Steel (2024)


 "Wielder of the steel" to debiut brytyjskiej formacji Phaethon. Band działa od 2020r i za cel obrali sobie granie epickiego heavy metalu, w którym słychać nawiązania do twórczości Manilla Road, Cirith Ungol, Megaton Sword. Elementem zaskoczenia na pewno jest, że ten album zmajstrował brytyjski band, ale to nie koniec niespodzianek. Muzycy, którzy tworzą ten band mają do czynienia na co dzień z death metalem czy black metalem. Mimo nieco innej stylistyki udało się stworzyć niezwykle ciekawy materiał. Jest klimat, jest sporo przemyślanych riffów, melodii, czy wciągających motywów gitarowych. Jest klasycznie, a zarazem świeżo i z pomysłem.

W muzyce Phaethon bardzo istotną rolę pełni wokalista Vrath. Potrafi śpiewać klimatycznie, z pazurem i epicko. Nie daje też zapomnieć o swojej mrocznej połowie i potrafi zaśpiewać bardziej w stylu death metalowym. Ma to swój urok. Za partie gitarowe odpowiada Vrath i Decado, którzy stawiają na epickie riffy i złożone melodie. Panowie stawiają na klasyczny wydźwięk i to zdaje egzamin.  Okładka nie wiele zdradza i nawet nasuwa na myśl doom metalowe wydawnictwa. Samo brzmienie też przybrudzone i rodem z płyt z lat 80. To wszystko nabiera sensu, kiedy odpali się krążek i z głośników zaczynają wydobywać się pierwsze dźwięki.

Na start dostajemy "Eternal Hammerer" i od razu słychać, że zespół potrafi grać, ma pomysł na siebie i potrafią tworzyć pomysłowe kawałki. Epickość daje o sobie znać w "Vanguard of the emperor" i tutaj nawet coś z dokonań Running wild można uświadczyć. Marszowe tempo, epickość, rycerski klimat i można w pełni odpłynąć przy dźwiękach Phaethon. Band potrafi grać też mrocznie i posępnie, tak jak to ma miejsce w "Tolls of Perdition".  Nie zabrakło też bardziej energicznych kawałków i taki jest "Blasphemers", który znów czerpie garściami z Running Wild. Wystarczy wsłuchać się w pracę gitarzystów. Końcówka płyty to energiczny i drapieżny "Phaethon must fall" i epicki, a zarazem bardzo nastrojowy "Wielder of The steel". Końcówka bardzo emocjonująca i pokazująca potencjał tej formacji.

Nie jest to może najlepsze co usłyszałem w roku 2024, ale z pewnością jest tu potencjał, a zespół nagrał kawał solidnego epickiego heavy metalu. Jest klasycznie, jest sporo udanych riffów i pomysłowych melodii. Zabrakło może pomysłów na cały materiał i hitów, który by na nieco zostały w pamięci. Płyta na pewno zasługuje na uwagę, zwłaszcza jeśli kocha się twórczość Megaton sword, czy Manilla Road.

Ocena: 7/10

piątek, 24 maja 2024

ICY STEEL - The wait, the choice and the bravery (2024)


Epicki heavy metal to nie jest specjalność włoskiej sceny metalowej, ale istnieją takie zespoły jak Icy Steel, którzy próbują swoich sił w tej dziedzinie. "The wait, the choice and the bravery" to najnowszy krążek tej formacji, która działa od 2005r.  To już 6 album w ich bogatej dyskografii. Nie jest to może szczyt ich umiejętności, ale jest to kawał dobrze skrojonego materiału, który dobrze się słucha.


6 lat minęło od ostatniego wydawnictwa i warto dodać, że od tamtego czasu skład się trochę zmienił bo doszedł Andy mornar, czyli nowy gitarzysta. Wraz z Stefano Galeano stanowią zgrany duet i panowie stawiają na klimatyczne riffy. Panowie stawiają na mroczny klimat, na stonowane dźwięki i epicki rozmach. Ma to swój urok i choć panowie czerpią garściami od najlepszych, bo przecież coś z Manilla Road można wyłapać, to jednak chcą iść własną drogą i chcą mieć swój styl.  Wokal Stefano też jest specyficzny i czyni ten album bardzo intrygujący. To wszystko sprawia, że Icy Steel jest pozycją godną uwagi.

Band nie ryzykuje i na start stawia klasycznie brzmiący, marszowy "Hidden But Alive", który pokazuje potencjał tej grupy. Ktoś tu się na słuchał Manowar, ale to akurat spory plus. Brzmi to naprawdę bardzo dobrze. Ponury klimat wylewa się z stonowanego "When i Hold The Sword".  Brakuje może trochę świeżości i pazura. Im dalej w las tym można dostrzec, że band zbytnio nie próbuje nas zaskoczyć, tylko serwuje podobne dźwięki, tylko troszkę inaczej podane. "The Epic sound of the wind" to dobry tego przykład, ale motyw przewodni jest tutaj naprawdę uroczy i potrafi na długo zapaść w pamięci. Popisy wokalne Stefano można docenić w zadziornym "Agony of the righteous man" i tutaj dużo dobrego się dzieje. Jednym z najlepszych kawałków na płycie jest "Eternal Flame of the icy warlock" i te nawiązania do Iron maiden bardzo urocze są. Mocna rzecz! Podobne inspiracje można wyłapać w najszybszym na płycie "In the fire of the redemption". Niby nic nowego band nie odkrywa, a słucha się tego z dużą przyjemnością. Mocny riff, pomysłowo rozplanowane partie gitarowe i wyszedł bardzo uroczy utwór.

Daleko do ideału, daleko do perfekcji, nie ma też niczego nowego tutaj, ale słychać ambitne podejście muzyków do tematu. Podążanie za epickim rozmachem i mrocznym klimatem jest tutaj godne podziwu. Pochwała dla zespołu za pracowitość i zapał. Płyta godna uwagi, zwłaszcza jeśli gustujemy w epickim heavy metalu.

Ocena:
7.5/10


czwartek, 2 maja 2024

GREYHAWK - Thunderheart (2024)


 Gitarzysta Rob Steinwey i basista Derin Wall w tym roku wydali debiutancki album z innym zespołem o nazwie Glyph. Pozytywne zaskoczenia i z pewnością, płyta którą warto znać. Tak samo warto znać inny zespół, gdzie panowie również grają, czyli Greyhawk. Amerykański band działający od 2016 r i mający za sobą debiut w postaci "keepers of the flame". Panowie pokazali, że grać potrafią i robią to naprawdę dobrze. Najnowszy album "Thundeheart" to najlepszy tego przykład.

Czego należy się spodziewać po tej płycie? Okładka sporo zdradza. Rycerski, bojowy z nutką epickości heavy/power metal. Na przód wysunięty uzdolniony wokalista Rev Taylor, który swoim głosem tworzy ten epicki klimat i od razu można obudzić w sobie wojownika. Mocny i wyrazisty wokal, który idealnie współgra z warstwą instrumentalną.  Berlin/Steinway to duet gitarowy stawiający na proste, mocne i epickie partie gitarowe. Nie brakuje ciekawych solówek i przejść, czy zwolnień. Wszystko ma swój urok i procentuje na rzecz Greyhawk.

Na dzień dobry killer w postaci "Spellstone", potem serce skrada melodyjny i nastrojowy "Thunderheart", gdzie upchano hard rockowe patenty. Chcecie hitów? Taki jest "Rock roll city", który przypomina stare dobre czasy Scorpions, ale nie tylko. Coś z Judas Priest, coś z Manowar mamy w epickim, bojowym "Steadfast". Czujecie ten dreszczyk? To nie chłód, to moc bijąca z tego utworu.Co za wejście gitary mamy w "Sacrifice of Steel" i tu jest heavy metal pełną gębą. Jest moc, jest przebojowo i z luzackim feelingiem. Tak trzymać! Marszowo, epicko jest w "The Last Mile" i znów band błyszczy. Odnoszę wrażenie, że właśnie w takiej stylistyce są najlepsi. Odnajdują się w epickim heavy metalu. Riff w "Back in the Fight" jakoś tak brzmi znajomo. Dio? Judas Priest? Można rozpocząć dochodzenie, tylko po co? Jest zabawa, jest pozytywna energia i o to chodzi. O dziwo zamykający "The golden Candle" to nie kolos, to nie epicki armageddon, tylko troszkę nijaka ballada. Szkoda.

Greyhawk rozwija się, doprecyzowuje swój styl, warzy każdy dźwięk i nie pozwala sobie na jakieś dziwne dźwięki. Całość spójna, imponująca, dająca prawdziwy smak epickiego heavy metalu. Ten band zawarł na tej płycie, wszystko co definiuje ten styl. Płyta zapada w pamięci i nie raz jeszcze wrócę do niej. Pewnie już wszyscy ją znają, więc pewnie tylko utwierdzicie się w przekonaniu, że to to kolejna ważna płyta roku 2024.

Ocena: 9/10


poniedziałek, 8 kwietnia 2024

HARDRAW - Abyss of mankind (2024)


Mirror to prawdziwa potęga heavy metalu prosto z Cypru. Na pewno fanów tej kapeli przyciągnie informacja, że dwóch muzyków Mirror gra w innej cypryjskiej kapeli, a mianowicie Hardraw. Ta formacja jest na scenie dłużej niż Mirror, bo od 2005 r, ale ma na koncie w sumie debiut i nic więcej. Teraz w zmienionym składzie powracają z nowym albumem. "Abyss of Mankind" to drugi album Hardrwa i pierwszy z wokalistą Jimmym Mavrommatisem na pokładzie. Skład może i robi wrażenie, ale album jak dla mnie jest dobry, ale nic ponadto.

Od strony technicznej jest wszystko tak jak być powinno. Klimatyczna okładka, dopracowane i soczyste brzmienie, muzycy doświadczenie i w bardzo dobrej formie, jednak same kompozycje nie są już tak idealne i zdarzają się pewnie nie dociągnięcia. Odnoszę wrażenie, że za brakło pomysłów na cały materiał i troszkę bardziej skupiono się na epickim klimacie. Jest taki lekki przerost formy nad tręścią. Mimo owych wad, to wciąż pozycja godna uwagi, zwłaszcza jeśli gustuje się w muzyce gdzie nie brakuje wpływów Manilla road, czy mirror. Jimmy zalicza tutaj naprawdę udany występ. Gitarzyści Andreas i Nikolas też dają niezły popis umiejętności. Brakuje na pewno jakiejś świeżości, drapieżności i elementu zaskoczenia. Band gra swoje i robi to dobrze, ale przebłysku geniuszu to ja tutaj nie uświadczyłem.

Otwieracz "The Cry of Persaina" to taki prosty, epicki heavy metal, ale trochę to ospałe i nieco bez wyrazu.Pierwszy świetny kawałek na płycie to melodyjny i przebojowy "Hunter x Hunted". Marszowy, stonowany "Crime Reborn" to też tylko dobry utwór, który miał potencjał na coś lepszego. Band pokazuje pazur w zadziornym "The Path" i to również jeden z ciekawszych kawałków na płycie. W końcu jakiś taki mocny, wyrazisty riff. Echa greckiego, epickiego metalu można uświadczyć w "Second Comming", z kolei zamykający "The Riddle Disciples" to taki hołd dla twórczości Manilla Road.

Solidna porcja epickiego heavy metalu z przebłyskami na coś więcej. Hardraw w końcu po dłuższej przerwie powrócił i wydał swój drugi album. Dla fanów epickiego heavy metalu i manilla road pozycja obowiązkowa. Troszkę popracować nad kompozycjami i mogą za jakiś czas namieszać na scenie metalowej.

Ocena: 7/10
 

wtorek, 26 marca 2024

ACHELOUS - Tower of High Sorcery (2024)


 Macie ochotę na więcej świetnej muzyki? Nie macie dość płyt z górnej półki? Tych ostatnio jest pełno, a do tej listy należałoby wpisać najnowsze dzieło greckiej ekipy Achelous. Ich przygoda rozpoczęła się w 2011r i od tamtej pory wydali 3 wydawnictwa. Najnowszy zatytułowany "Tower of High Sorcery" ujrzał światło dzienne 22 marca tego roku i jak dla mnie to jest najlepsze dzieło greckiej formacji.

Warto zaznaczyć, że w 2022r powrócił do zespołu gitarzysta Haris Dinos, a sam band kontynuuje to co prezentował już wcześniej, czyli epicki heavy metal z nutką power metalu. Przede wszystkim w muzyce Achelous rządzi klimat, dostojność, rozmach, epickość, a w dalszej części melodie czy objawy przebojowości. Tak to już jest z tą grecką sceną metalową, to zawsze muzyka która ma przemówić do naszej duszy, ma podziałać na zmysły i stworzyć coś wyjątkowego. Greckie zespoły mają smykałkę do tego typu rzeczy. Warto wyróżnić utwory, gdzie pojawiają się goście. Nastrojowy, akustyczny "Pegan Fire" z gościnnym udziałem Anastasia Megalokonomou. Prawdziwa magia i niesamowity nastrój. Harry Conklin pojawia się w przebojowym i bardzo energicznym "Into The Shadows". Co za petarda! Z jednej strony klasycznie, troszkę może w kierunku us heavy/power metalu, ale z drugiej strony czuć powiew świeżości. Nie brakuje ciekawych i wciągających melodii, co potwierdza "Dragon Wings". Więcej mroku, ciężaru mamy w "Istar", gdzie band ociera się nawet o doom metal. Ileż energii i drapieżności ma w sobie rozpędzony "The Oath". Jest pazur, polot i przebojowość. Grecka formacja błyszczy i pokazuje w jak świetnej formie jest. Melodyjny, stonowany heavy metal można uświadczyć w majestatycznym "Tower of High sorcery", który przemyca patenty Black Sabbath z ery Tony Martina, coś z "Stargazer" Rainbow, czy Axela Rudi Pella, a wszystko polane sosem doom metalowy. Piękna rzecz! Epickość, rycerski charakter to atuty stonowanego "Fortress of Sorrow". Punktem kulminacyjnym jest 9 minutowy kolos w postaci "When the angels Bleed". To idealnie zwieńczenie całości i podsumowanie stylu i jakości jaki reprezentuje z sobą Achelous. Pięknie układa się w współpraca między gitarzystami. Brawo dla Mavrommatisa i Dinosa, że nie idą na łatwiznę i chcą stworzyć przepiękne melodie i złożone motywy gitarowe. Całości mocy i charakteru dodaje niesamowity głos Chrisa Kappasa. Gość sieje zniszczenie od pierwszych sekund.

Kto szuka prostych dźwięków, łatwo wpadającego w ucho heavy metalu, ten poczuje się zagubiony. Trzeba będzie dużo czasu i pracy, aby taki słuchacz poczuł potęgę tej płyty. Z kolei miłośnicy bardziej złożonej muzyki, gdzie nie ma oczywistych rozwiązań, jest próba stworzenia wyjątkowego klimatu i pewniej głębi. Ten poczuje się jak w domu. "Tower of high Sorcery" to płyta pięknych dźwięków, gdzie liczy się rozmach, epickość i otwarcie bram do innego świata. Sama okładka też jest magiczna i przykuwa uwagę. Na długo z nami zostaje w pamięci, jak i sama muzyka. Najlepsza płyta Achelous.

Ocena: 9.5/10