"Gravity" to już 6 wydawnictwo walijskiej formacji Bullet For My valentine.Znów ta młoda formacja pokazuje, że lubi eksperymentować i odkrywać nowe rejony. Jeśli o mnie chodzi to lubię ich za takie albumy jak "Scream aim Fire" czy "Venom", z których bije agresja i szybkość. Tam band pokazuje pazur i jak należy grać melodyjny metalcore. Najnowsze dzieło to już nieco inna płyta. Jest agresja, ale nie odgrywa kluczowej roli. Matthew Thuck stara się wnieść świeżość i kilka nowych pomysłów do stylu w jakim obraca się zespół. Pojawiają się elementy muzyki elektronicznej, są syntezatory, jest gdzieś w tym rock, a nawet pop. Płyta wydźwięk komercyjny i ma swoje plusy jak i minusy. Nie jest to najlepszy album tej formacji i nie jest też łatwa w odbiorze, jednak potrafi czasami zaskoczyć pomysłowością czy ciekawymi rozwiązaniami. Dobrze prezentuje się singlowy "Letting Go", który kipi energią i porywa chwytliwym refrenem. Otwierający "Leap of faith" jest dowodem na to, że płyta jest komercyjna i bardziej rockowa. Nie wiele wnosi spokojniejszy "Not dead yet", a zespół dość dobrze wypada w młodzieżowym, wręcz rapowym "Piece of me". Tytułowy "Gravity" odzwierciedla to jaki jest ten album. Mieszanka rocka i nowoczesnego metal, to jest właśnie to co znajdziemy na tym krążku. Kolejnym mocnym punktem na tej płycie jest "Dont need You", który zaskakuje mocniejszym riffem. Bullet For My Valentine rozwija się i próbuje nowych rzeczy i wychodzi im to nie najgorzej. Fanom "Venom" album raczej nie przypadnie do gustu najnowsze dzieło.
Ocena: 5/10
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Bullet For My Vallentine. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Bullet For My Vallentine. Pokaż wszystkie posty
czwartek, 28 czerwca 2018
niedziela, 13 września 2015
BULLET FOR MY VALENTINE - Venom (2015)
Nie jestem jakimś
wielkim fanem sceny metalcorowej, nie do końca pojmuje ten styl i to
co przejawia się w tym gatunku. Jednak są niektóre zespoły,
które grają mieszankę melodyjnego metalu,power metalu,
metalcoru czu groove metalu jak np. Bullet for My Valentine. Ich
recepta na nowoczesny heavy metal bardzo mi odpowiada. Co ich
wyróżnia na tle innych kapel tego typu? Bez wątpienia
pozytywna energia, umiejętność tworzenia chwytliwych przebojów,
a także dość czysty i bardziej techniczny wokal Matthewa Tucka. To
wszystko sprawiło, że kapela zdobyła swoje grono fanów i
szybko też zdobyła sławę. Miejsce w metalcorze już zagrzali na
stale i są zaliczani do najciekawszych kapel z tego kręgu. Tak więc
nic udowadniać nie muszą, a swój najlepszy album nagrali w
2008 roku. „Scream aim Fire” to było coś, to był pewien
swoisty powiew świeżości w melodyjnym graniu. Jednak kolejne dwa
albumy, pokazały że zespół gdzieś zatracił swoją
tożsamość i potencjał. „Venom”, który był zapowiadany
od dłuższego czasu, miał być znów powrotem to szybszego i
ostrzejszego grania. Wróciła nadzieja, że czasy „Scream
aim Fire” powrócą na dobre.
Faktycznie tak jest. Ten
polot, ta lekkość, ta przebojowość i niezwykła melodyjność
powróciły wraz z „Venom”. Okładka prost, schludna i
potrafi podziałać gdzieś na zmysły. Z pewnością nie zdradza co
tak naprawdę kryję się za okładką. Zespół tym razem
podarował sobie kombinowanie z stylistyką i postawił na dawną
szybkość, energię, drapieżność i przede wszystkim na dobre
melodie. Matthew też gra o wiele ciekawiej niż na ostatnich
płytach, słychać zaangażowanie i to, że pracował na dobrymi
motywami znacznie dłużej. Jest gdzieś w tym wszystkim duch z
„scream aim Fire”, który sobie tak cenie. Przede wszystkim
produkcja tej płyty też jest na wyższym poziomie niż dwóch
ostatnich albumach, które było niedopracowane. Materiał jest
krótki i treściwy, tak więc zespół też podarował
sobie nie potrzebne wstawki i zagrania. Promocyjny „No Way
out” to właśnie takie miłe nawiązanie do czasów
„Scream aim Fire”. Mamy agresję, szybkość, ale jest miejsce na
lżejszy i bardziej melodyjny refren. Wszystko dobrze wyważone, tak
żeby było w tym metalcore, melodyjny metal nutka thrash metalu,
groove metalu a nawet power metalu. Co mi od samego początku
podobało się w tym zespole to bez wątpienia wokal Tucka, który
ma w sobie to coś. Wokal taki nieco inny od tych co znamy. Potrafi
śpiewać agresywnie, ale też lżej i tak bardziej rockowo. „Army
of Noise” to utwór brutalniejszy i ma w sobie pewne
znamiona thrash metalu, co też ma swoje plusy. Dobrze wpasuje się w
setlistę koncertową taki hymnowy „You Want a Battle?”
w którym idealnie wpasowano chórki. Sam utwór ma
w sobie sporo z hard rocka, co pokazuje jak zespół
elastycznie porusza się pomiędzy różnymi stylistykami.
„Broken” to z kolei kawałek przesiąknięty nie
tylko metalcorem, ale tez thrash czy power metalem. Tytułowy „Venom”
to utwór który przypomina to co było najlepsze w
„Scream Aim Fire”. Umiejętność wtrącenia w tą agresję
ciekawych spokojnych, rockowych motywów. Tuck i Paget o wiele
lepiej wypadają jeśli chodzi o ich partie. Więcej dynamicznych i
pełnych finezji solówek, więcej chwytliwych melodii i
wszystko jest lepiej dopracowane. Słychać, że kompozycje rodziły
się prosto z serca, że pracowano nad nimi i szykowano coś
wielkiego. Kiedy słucha się takich petard jak „Skin”
czy przebojowego „Pariah” to się wie, że
faktycznie tak jest.
Zespół obiecywał,
że nagrywają znacznie agresywniejszy album, że będzie więcej
petard, killerów i mocnych riffów. Słowa dotrzymali i
faktycznie stworzyli dzieło, które można postawić obok
znakomitego „Scream aim Fire” Nowy album prezentuje się okazale
i nie wiele mu brakuje do krążka z 2008 roku. „Venom” to dawka
agresji, dynamiki, dobrych melodii, chwytliwych przebojów i
właściwie jest to jedna z najciekawszych płyt z taką muzyką
jeśli chodzi o rok 2015. Wielki powrót Bullet For My
Valentine po 7 latach błądzenia tak można opisać najnowsze
dzieło, które już można nabyć w sklepach muzycznych, do
czego też zachęcam. Dobra robota.
Ocena: 8.5/10
niedziela, 3 lutego 2013
BULLET FOR MY VALENTINE - Temper Temper (2013)
Moja wiedza na temat
melodyjnego metalcoru jest niewielka i znam tylko kilka kapel i
właściwie od roku 2008 interesują mnie losy tylko jednej kapeli z
tego gatunku, a mianowicie BULLET FOR MY VALLENTINE. Dlaczego akurat
ten zespół i dlaczego od roku 2008? Zrobili na mnie ogromne
wrażenie za sprawą albumu „Scream Aim Fire” który ukazał
się właśnie w roku 2008 i był to bardzo pozytywne wrażenie, bo
pierwszy raz usłyszałem metalcorową kapelę, którą nie
jest taka agresywna, która potrafi wtrącić coś bardziej
melodyjnego w stylu heavy/power metalowym, która potrafi nie
tylko być agresywna, ale też bardzo melodyjna, klimatyczna.
Spodobało mi się ich styl, który opiera się na
zróżnicowanych partiach gitarowych od szybkich, po bardziej
stonowane, klimatyczne, to że jest agresja oraz duża dawka
melodyjności w partiach wygrywanych przez duet gitarzystów
Tuck/Paget, a także fakt, że wokalista Tuck śpiewa bardziej w
stylu heavy/power metalowym aniżeli metalcorywm, gdzie jest darcie
mordy i stawianie na agresję. Co więcej „Scream Aim Fire” to
album, który uwidocznił inne znakomite cechy zespołu, jak
dopracowanie materiału pod względem brzmieniowym, czy tez w końcu
kompozytorskim i tworzenie przebojów był ich mocną stroną.
Kolejny album „Fever” był słabszy, ale wciąż solidny, a jaki
jest nowy album, który został zatytułowany „Temper
Temper”? Czy gorączkowe zapowiedzi, singiel i cała machina
marketingowa była warta tego albumu, czy ten album jest tak
znakomity jak „Scream Aim Fire”, czy może jest to chęć
nawiązania do debiutanckiego albumu?
Trzeba przyznać, że tym
razem cały proces marketingowy był bardzo sprawny i przebiegał
dość dynamicznie. Pojawiały się w sieci próbki i inne
smaczki, które trzymały w napięci. Jednak kiedy już
odpaliłem płytę w odtwarzaczu to pojawiły się mieszane uczucia.
Niby jest to ten sam zespół, ci sami ludzie, a jest to dalej
metalcore, jest dalej agresywnie i melodyjnie, jednak jest to styl
mniej atrakcyjny, bardziej chaotyczny, zbyt stonowany i taki bliższy
debiutanckiego albumu, w którym było sporo cech emometalcoru.
Niestety, ale „Temper, Temper” jest wydawnictwem mało
wyrazistym, chaotycznym, mało spójnym, na dłuższą metę
męczącym i nużącym. Nie ma dynamiki, przebojowości, melodyjności
i tego stylu z „Scream Aim Fire”, nie ma tez solidności z
„Fever” i jest to totalne rozczarowanie. Co z tego że muzycy w
formie, że Tuck dalej śpiewa w charakterystycznym stylu, z
zadziornością, a jego partie gitarowe są całkiem nie złe, ale to
za mało. O ile brzmienie jest taki na miarę tego zespołu,
soczyste, mięsiste, takie podkreślające agresje, o tyle materiał
jest pełen dziwnych rozwiązań, pełen nijakich kompozycji. Gdzieś
nawiązanie do tego co grali na „Scream Aim Fire” można usłyszeć
w rytmicznym „Breaking Point”, jednak tutaj za dużo
młodzieżowego charakteru. Melodyjność „Truth Hurts”
też jakby nasuwa tamten album , jednak brakuje tutaj odpowiedniej
dynamiki, zadziorności, choć utwór jest niczego sobie, ot co
solidny kawałek, który miło się słucha, ale tak jak szybko
wpada w ucho tak szybko wylatuje. To jest właśnie bolączka tego
wydawnictwa, brak momentów które zapadają w pamięci.
Singlowy „Temper Temper” to bez wątpienia jedna z
najlepszych kompozycji, w której jest nieco agresji,
melodyjności i można to nawet uznać za przebój. Refren
„P.O.W” ma też pewne cechy „Scream Aim Fire” jednak
stonowane tempo i mało wyraziste partie gitarowe i komercyjny
wydźwięk, sprawiają, że utwór jest nudny i bardziej ma na
celu zapchania miejsca wolnego na płycie. Niestety ale dużo utworów
ma taki charakter i poza tymi wypełniaczami mamy jeszcze godne uwagi
takie kawałki jak dynamiczny „Leach”, który
szybkością i zadziornością też nieco przypomina mi album z roku
2008, energiczny „Riot” i szkoda że więcej utworów
nie była tak dynamiczna jak te dwa utwory.
Rozpamiętuje „Scream
Aim Fire” bo to genialny album, czego nie można powiedzieć o
nowym, a chciałem otrzymać drugi „Scream Aim Fire” i niestety
nie otrzymałem. „Temper Temper” ma ciekawą szatę graficzną,
mocne brzmienie, które podkreśla zadziorność instrumentów,
jednak jest to album nie dopracowany, nijaki, mało spójny,
mało melodyjny, przebojowy, o czym świadczy materiał. Jestem
ciekaw czy ten zespół stać jeszcze na jakiś album na
poziomie „Scream Aim Fire”? Trzeba będzie poczekać do premiery
następnego albumu.
Ocena: 4.5/10
sobota, 7 kwietnia 2012
BULLET FOR MY VALENTINE - Scream Aim Fire (2008)
Miałem okres w swoim życiu że zacząłem się interesować nieco innymi gatunkami heavy metalowymi niż tylko heavy, speed, power, thrash metal. I tak zainteresowałem się metalcorem. Cóż w tym czasie przewinęło się wiele kapel i sporo z nich po prostu nie utkwiło w mojej pamięci na dłużej niż dwa dni. Jednak mimo wszystko z tamtego okresu została pamiątka w postaci walijskiego BULLET FOR MY VALENTINE, który powstał właściwie w 1998 r z inicjatywy gitarzysty, wokalisty Matthewa Tucka, gitarzysty Padgeta i perkusisty Moose Thomasa początkowo pod nazwą Jeff Killed John. Do tej pory kapela nagrała 3 albumy, z czego najbardziej przypadł mi do gustu ich drugi krążek zatytułowany „Scream Aim Fire” gdzie zespół nieco odchodzi od emocoru z debiutanckiego „Poison” na rzecz melodyjnej odmiany metalcoru gdzie przewijają się motywy heavy/ power metalowy co przyczyniło się poniekąd że ten album stał się dla mnie łatwiejszy w odbiorze i atrakcyjniejszy pod względem aranżacyjnym. Zespół wyróżnia się na tle innych młodych kapel bez wątpienia oryginalnym i wręcz charakterystycznym stylem dla nich. Jest agresja typowa dla gatunku metalcoru czy też thrash metalu, są harsh wokale, jest też czysty wokal który dominuje w ich muzyce tym samym identyfikując się z takimi gatunkami jak heavy/power metal. Po patenty charakterystyczny dla tych odmian metalu zespół sięga często gęsto w partiach gitarowych, w liniach melodyjnych. Mieszanka można rzec wybuchowa, ale nie ma mowy o jakieś chaotycznej papce, gdzie nie ma składu i ładu, oj nie. Tutaj jest wszystko wyważone w odpowiednich racjonalnych proporcjach i nikt nie poczuje się tutaj skrzywdzony. Zespół ma swój styl, ale nie kryje swoich inspiracji, którymi są IRON MAIDEN, METALLICA, MACHINE HEAD, czy też TRIVIUM. To co przesądziło o tym, że album wkradł się w moje łaski to nie tylko oryginalny styl, ale też w dużym stopniu czysto muzyczne umiejętności muzyków pod względem aranżacyjnym i kompozytorskim, który przejawia się w starannie przemyślanych aranżacjach, gdzie zadbano o każdy detal, o każdy riff, melodię, solówkę, tutaj nie ma przypadku, tutaj jest precyzja i determinacja, również przejawiający się w procesie kompozytorskim w ramach którego powstało 11 różnorodnych przebojów.
Metalcore to przede wszystkim dynamiczne granie, agresywne, ocierające się o nowoczesny wydźwięk i takich szybkich, rozpędzonych kompozycji oddające filozofię tego gatunku jest sporo. Lecz nawet w tego typu utworach jak „Scream Aim Fire”, „Eye Of The Storm”, „Waking the demon” można usłyszeć zaloty kapeli do bardziej melodyjnych odmian heavy metalu i tutaj słychać zainteresowania młodych gniewnych heavy i power metalem, a wymieszanie tego z patentami charakterystycznymi dla metalcoru czyni muzykę BULLET FOR MY VALENTINE naprawdę atrakcyjną i jedyną w swoim rodzaju. Ostry riff, uwypuklona chwytliwa melodia, do tego rozpędzona sekcja rytmiczna, przebojowość charakterystyczna dla wspomnianego właśnie heavy, power metalu. Biegłość muzyków zwłaszcza lidera Matthewa Tucka i Padge gwarantuje wysoki poziom aranżacyjny, bo są momenty szybkie, energiczne, pełne agresji, jak i bardziej dojrzałe, bardziej klimatyczne, oparte na wolnym tempie. W tej grupie utworów ma swoich prywatnych faworytów, a są nimi melodyjny „Dissapear” z melodiami w stylu IRON MAIDEN, zakorzeniony w thrash metalu „Take It out On Me” czy też zadziorny „Last To know” z prostym i zapadającym refrenem. Wspomniałem na wstępie że zespół na „Scream Aim Fire” bawi się różnymi elementami, gatunkami i choć jest etykieta metalcore to jednak nie trzeba być specjalistą żeby wyłapać patenty charakterystyczne dla innych gatunków. Różnorodność nie powoduje załamania harmonii i naruszenia tego ich charakterystycznego stylu. W takim „Hearts Burnt into Fire” to pierwszy z kawałków które się wyróżniają na tle innych. Ciekawe wplątanie hard rockowego feelingu i melodyjnego metalu, a nawet power metalu. Utwór na tle innych wyróżnia się lekkością i radosnym wydźwiękiem. Podobnie jest z „Deliver Us From Evil” gdzie też pojawia się coś z rocka, coś z melodyjnego metalu, a nawet pewien powiew progresywności. Nawet znalazło się miejsce w tym jakże dynamicznym repertuarze na romantyczną, nastrojową balladę „Say Goodnight” i nastrojowy „Forever And Always” który przejawia się jako najbardziej rozbudowana kompozycja, który w przeciwieństwie do reszty utworów utrzymana jest w średnim tempie i bardzo pomysłowo została tutaj zaaranżowana perkusja.
Mój przypadek jest najlepszym dowodem, że nie trzeba być wielkim fanem metalcoru, jakimś wielkim znawcą tej dziedziny żeby polubić twórczość BULLET FOR MY VALENTINE. Album zaskakuje jak na ten gatunek, różnorodnością, przebojowością i niezwykła melodyjnością. Wysoki poziom umiejętności muzyków, dopieszczona produkcja i wyrównany repertuar zapewniają na około 50 minut rozrywkę na najwyższym poziomie.
Ocena: 10/10
Subskrybuj:
Posty (Atom)
