Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Running Wild. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Running Wild. Pokaż wszystkie posty

środa, 29 września 2021

RUNNING WILD - Blood on blood (2021)


 Kiedyś płyty Running wild były arcydziełami i płytami perfekcyjnymi. To był jeden z najlepszych zespołów heavy metalowych. Mieli wszystko i nie jeden band mógł im pozazdrościć tak świetnych albumów. Rockn Rolf opracował świetny styl i nigdy nie brakowało mu pomysłów. Coś się zaczęło psuć już na płycie "Victory". Pojawiały się już kawalki hard rockowe, a Angello Sasso sprawił że perkusja w running wild stała się zmorą fanów. Lata leciały a muzyka running wild straciła na jakości i mocy. Band zaczął trącić nieco charakter i podążać w kierunku hard rockowych dźwięków. Niby miał być koniec, ale potem nastąpił powrót, ale to był powrót do hard rockowych klimatów. Echa starych płyt można było usłyszeć na "resilient" czy "rapid foray". Te płyty choć nie są tej klasy co stare klasyki to kipią energią, przebojowością i mają to coś. Nikt chyba nie łudził się ze lata 80 czy 90 wrócą. Minęło 5 lat i czas uraczyć fanów nową muzyką. Długo i z niecierpliwością czekałem na "Blood On Blood". Rock Rolf zapowiadał, że to może być jeden z najlepszych albumów running wild. Kawałki które band udostępnił napawały optymizmem. Pytanie czy Rolf mówił prawdę? 


Słuchacz przy zdrowych zmysłach raczej wyśmieje Rolfa i jego opinie. Płyta miała potencjał, bo jest tematyka o trzech muszkieterach, jest niby pełny skład i jest niby perkusista Michael Wolpers i basista Ola Hampelann z którymi Rolf i Peter Jordan grają od 2019 r i grywali już razem koncerty. Była nadzieja, że skoro jest pełny skład i czas na komponowanie i szlifowanie nowego materiału w dobie pandemii, że może powstać coś ciekawego. Taki "diamonds and pearls" kusi dynamiką, zadziornym riffem i niezwykła przebojowością. Brzmi to bardzo dobrze i już pomijam fakt, że słychać echa "the drift". Ta kompozycja ma heavy metalowy pazur, a przede wszystkim brzmi jak utwór running wild. Solówki też są pomysłowe i pełne urozmaicenia. Coś zaczyna się dziać, a i wokal Rolfa jest w bardzo dobrej formie. To była dobra przynęta. Rolf wiedział jak zainteresować swoich fanów nowym albumem i jak podziałać na ich zmysły. "The shellback"  to 6 minutowy killer z pięknym nastrojowym intrem gdzie pojawia się znana nam melodia z "black hand Inn". Riff zabiera nas w rejony "bloody Island", battle of waterloo", czy "the brotherhood". Mocny riff, marszowe tempo i podniosły refren napawają optymizmem i mieszają w głowie. Słuchacz już jest napalony na całość. Solówki w tym kawałku są po prostu przepiękne. Na płycie jest też znany "crossing the blades", który jest tu nieco w dłuższej formie. Utwór u mnie zyskał po czasie. Jest melodyjnie, jest prosto, ale jest też tutaj duch running wild. Szkoda że słychać tutaj hard rock i Kiss. Intro jest jakby wyjęte z "Draw the line" i gdzie nie gdzie dodano kilka gitarowych ozdobników. Tak wyglądało to zanim poznałem resztę. Cóż mam nieustanne wrażenie że dali nam na pożarcie najlepsze utwory. Jeśli tu wam brakowało ducha starych płyt to reszta wam tego nie dostarczy. Płyta niby wydana przez running wild, a ja momentami czuje się jakbym słuchał płyty accept, udo czy jakiegoś innego niemieckiego zespołu. Płyta nie zawiera szybkich utworów, niema hitów typu "black bart" czy "Into the West". Jest hard rock i dużo nawiązań do"the brootherhood" czy płyty giant x.

Brzmienie jak dla mnie jest jakieś takie sztuczne, ale to już problem większość płyt po the rivarly. Zastanawia też posada pozostałych muzyków. Jakoś basu tu nie słychać, a perkusja wciąż taka jakąś monotonna, na jedno kopyto i bez wyrazu. Pytanie czy Wolpers faktycznie gra, a jeśli to tak to czemu jest taki efekt? Czas zmienić coś w tej kwestii bo to wstyd, że band tej klasy taka wpadkę zalicza i pozwala sobie na takie błędy. No ileż można?


Otwieracz na płytach running wild zawsze był ważny. Zazwyczaj to był strzał między oczy. "Blood On Blood" wypada korzystnie bo ma faktycznie klimat piracki. Refren buja i przypomina za co kocham ten zespół. Jasne to nie jakiś killer typu riding the Storm, ale jest to coś w tym kawałku. Słychać te charakterystyczne zagrywki Rolfa w solówkach, a sam riff to taki rasowy running wild. Mocny kawałek, który napawa optymizmem. Najbliżej mu do takiego "the hussar".

Pierwsze zaskoczenie to "Wings of fire". Riff brzmi znajomo i przywołuje na myśl wiele kapel. Nie wiem czemu słyszę tam coś z Accept czy Udo. Utwór dobry i dobrze się go słucha, ślę jakoś mało tutaj running wild. Kawałek mógłby zdobić album "resilient" czy "the brotherhood".

Spokojnie zostajemy w stonowanych dźwiękach i "Say your prayers" jest jeszcze mało w stylu running wild. Toporny riff rodem z Accept i nawet nutka ac/dc. Panowie zaczynają używać w końcu jakieś chórki. Znów utwór, który jest co najwyżej dobry, ale Rolfa stać na więcej. Ciekawe co na to ci, którzy mówią że Rolf gra w kółko to samo i zjada swój własny ogon?

"Wild and free" zaczyna się jakoś tak dziwnie, jakby został wyjęty z kontekstu. Od razu atakuje nas zwrotka. Znów hard rocka i echa takiego "dr horror". Kawałek nie najgorszy, ale nie godzien marki running wild. Za dużo tego grania hard rocka i te riffy są bardzo podobne. Chyba ze ja mam problem ze słuchem.

Myślałem, że już mnie nie zaskoczy i że niżej niż "shadowmaker" nie można zejść a jednak się myliłem. Running wild i ballada? To dopiero szok. Niestety, ale Rolf chyba pomyli zespoły, bo "one night, one day" bardziej sprawdziłby się na płycie toxic tadye czy giant x. Solówki ratują sprawę, zresztą na całej płycie są mocnym atutem.

Kiedy słychać pierwsze sekundy "Wild, wild night" to myślę że to jakiś utwór ac/dc.  Chyba was zmartwię, ale to brzmi jak giant x czy "piece of the action" z "shadowmaker". Tak to już kolejny hard rockowy kawałek na płycie. No można i tego posłuchać i pezytupnac nóżka, ale oczekiwałem po takim długim czasie nieco innego rodzaju utworów.

Płyta ma udany otwieracz i final też jest na poziomie. Kolosy running wild zawsze są atrakcją. "The iron Times" to running wild jaki kocham i znakomita dawka melodii, pirackiego klimatu i przebojowości. Jasne są tu zajawki hard rockowe, ciekawe zwolnienia. Sam utwór brzmi jakby ktoś wymieszał "Tsar" i The ghost". Nie ma nudy i szkoda ze płyta nie jest właśnie w tych klimatach. Partie gitarowe w tym kolosie to klasa i to co najlepsze w running wild. Przypominają się stare dobre czasy.

Strasznie serce mi krwawi, że mój ukochany running wild tak szarpie swoją renomę. Tyle lat Rolf siedział nad nowym materiałem i mógł stworzyć coś równie świetnego co rapid foray czy Victory. Wiem że czasy black hand Inn nie wrócą, ale można było stworzyć więcej perełek typu shellback czy Iron Times. Cieszy to, że Rolf wciąż jest z nami i wydaje płyty. Nowa Muzyka Running wild zawsze będzie dla mnie łakomym kąskiem, nawet jeśli będą grać pop rock. Mam słabość do stylu kompozytorskiego Rolfa, do jego gry na gitarze i głosy. Jego muzyka mnie ukształtowała i zmieniła życie na zawsze. To jest geniusz, który troszkę się ze starzał i pobłądził w swoich decyzjach. Fani nie na taki album czekali, a i tak kupią i będą słuchać. Nowych fanów nie przybędzie, a ci co narzekają zostałem Ced i jego Blazon STONE. Za dużo hard rocka i za mało jakoś running wild, a także nieustanne problemy z brzmieniem i perkusja. Nic nowego, stara bida i te same problemy. Jednym słowem zmarnowano potencjał. Gniot roku? No też nie, bo to wciąż solidny, nawet dobry czy bardzo dobry album w klimatach "the brotherhood" czy resilient.

Ocena : 6/10

wtorek, 5 listopada 2019

RUNNING WILD - Crossing the blades Ep (2019)

Mam bzika na punkcie Running wild i czy mogę być obiektywny wobec nadchodzącego mini album zatytułowanego "Crossing The Blades"? Wydawało mi się, że będzie zachwalanie i chwalenie pod niebiosy. W końcu nawet ostatnie albumu Rock'n Rolfa z miłą chęcią słucham i często do nich wracam. "Rapid Foray" mimo pewnych niedociągnięć brzmieniowych czy właśnie kiepsko brzmiącej perkusji, albo wręcz oklepanego automatu perkusyjnego podobał mi się i miał ducha starych płyt. Sądziłem, że po 3 latach oczekiwania dostanę coś na miarę właśnie "Rapid Foray". Cóż stylistycznie to band oczywiście nawiązuje do swoich ostatnich płyt. "Crossing The Blades" to obranie kierunku z okresu "Rogues en vogue" aż po "Rapid Foray". To daje jasny znak, że więcej heavy metalu z hard rockowym feelingiem i porzucenie granie szybkie heavy metalu z klasycznych płyt. Kiedy utwory są dobre, chwytliwe, pomysłowe to nie ma problemu. Rolf może grać sobie hard rockową odmianę running wild tak jak to słychać na "Resilent", tylko żeby to było na godnym poziomie. Z "Crossing the Blades" coś mi nie pasuje.

Pierwszy zgrzyt to brzmienie. Jakoś brzmi to plastikowo, jakby to ktoś stworzył komputerowo, a przecież widnieje info że mamy tu 4 osobowy zespół. Gdzie jest basista Ole, bo jakoś go tutaj nie słyszę. No i znów kontrowersje wzbudza perkusja. Nie powiem może jest nieco bardziej urozmaicona, ale jakoś brzmi monotonie i jakoś jakby ktoś grał na papciach. No jest obciach, a ja się pytam gdzie jest pan Micheal Wolpers? Ten aspekt chyba należy przemilczeć i przyzwyczaić się, że to solowy projekt Rolfa.

I gdyby utwory były tak chwytliwe i pomysłowe jak te z ostatnich płyt to wybaczyłbym to. Mam wrażenie, że to jakaś kpina i Rolfa tak jakby sobie z nas żartował. Oklepane riffy, zagrane bardzo ospale i klimat piracki też gdzieś uleciał. Mam bzika na ich punkcie i pewnie nie raz wrócę do tego wydawnictwa i nie raz pewnie ucieszy mnie jakaś melodia czy riff z tego wydawnictwa, ale to już cień wielkiej formacji i daleko jej do tego co prezentował Blazon Stone. No nic plusem jest to, że Running wild żyje i nagrywa dalej.

Na płycie znajdziemy 4 kawałki, które 2 są już nam dobrze znane. Pierwszy idzie melodyjny i nieco hard rockowy "Crossing the Blades", który ma się też znaleźć na nowym albumie. Stonowane tempo i chwytliwy riff robią swoje. Jednak jakoś mało w tym wszystkim Running Wild. Refren też nie powala i w sumie ten kawałek zaskakuje ciekawymi solówkami, które mają echa starych płyt. Słychać przez cały utwór feeling "Love gun" Kiss. Czyżby plagiat? Znamy też zadziorny "Stargazed", który próbuje być drugim "The Soulles", choć sam charakter przywołuje czasy Rogues en Vogue. Może i riff jest dobry, ale też brakuje ognia. Piracki klimat pojawia się w coverze Kiss w postaci "Strutter". Perkusja tutaj brzmi tak fatalnie, że nawet Angelo Sasso brzmiał bardziej żywo niż to co słychać tutaj. Plastikowe granie w najlepsze, a duszy w tym praktycznie zero. Myślicie, że "Ride on the Wild Side" to stary, dobry Running Wild w pirackiej odsłonie? Błąd to kompozycja toporna i chyba najbliżej jej do "Resilent" czy nawet "Shadowmaker".  Riff jest prosty, bez wariacji i może taki nieco zadziorny, jednak zero polotu i finezji.

Ciężko pisać takie słowa o zespole, który zaliczam do tych najlepszych ever i może nie zawsze oceniam twórczość Rolfa obiektywnie. Jednak tym razem coś pękło we mnie. No ileż razy można nabierać słuchaczy na to samo? Uleciał piracki klimat, uleciała w sumie i przebojowość i porywające riffy. Brzmi to jak twór średniej klasy zespołu. To nie jest Running Wild jaki znamy, kochamy i na jaki czekamy. Szkoda, że Rolf nie myśli że zrobić reaktywację z prawdziwego zdarzenia i wrócić do swoich korzeni. Próbuje i gdzieś tam poniekąd mu to wychodzi, ale to już nie ta liga, nie ten poziom. Chcecie stary dobry running wild? No to odsyłam do płyt Blazon Stone, a najnowsze EP Running wild można odsłuchać z braku laku, albo gdy się ma obsesję na ich punkcie.

Ocena: 4.5/10

poniedziałek, 15 sierpnia 2016

RUNNING WILD - Rapid Foray (2016)

Kiedy w 2009 roku świat obiegła wiadomość, że Rock;n Rolf kończy swoją piracką podróż to poczuł smutek i wiedziałem że heavy metal już nigdy nie będzie taki sam. Muzyka Running wild towarzyszyła mi od samego początku i to był jeden z tych zespołów, dzięki któremu pokochałem ten rodzaj muzyki. Szybko stał się też jednym z moich najbardziej ulubionych zespołów, który tak naprawdę nigdy nie nagrał słabego albumu. Na powrót do biznesu nie trzeba było długo czekać. Fakt, była to dziwna reaktywacja wielkiego zespołu, bo bez pełnego zespołu, bez sekcji rytmicznej i bez jakiegoś pomysłu. „Shadowmaker” był nieco innym albumem, bardziej hard rockowym, bardziej mrocznym. Problem tkwił przede wszystkim w braku prawdziwego perkusisty czy basisty. Mimo że nie jest to najlepszy album tej grupy, to jednak cieszył fakt, że ulubiona kapela wróciła do świata żywych. Szybko nagrano kolejny album i w roku 2013 ukazał się świetny „Resilient”, który był już bliższy starym albumom z lat 90. Wokal Rolfa był ciekawszy, a i kompozycje bardziej przebojowe i dynamiczne. Okładka też bardziej nawiązywała do pirackiego stylu i w końcu można było cieszyć się muzyką Running Wild. Od tamtego wydawnictwa minęło 3 lata, zespół zagrał koncert na Wacken w roku 2015 i tam zaprezentowali najnowszy kawałek „Into the West” . Tak o to ruszyła machina promowania najnowszego dzieła zatytułowanego „Rapid Foray”.

Mocną stroną Running Wild od zawsze były okładki i to one potrafiły nas wprowadzić w klimat danej płyty. Patrząc na najnowsze dzieło Jensa Reinholda jest miłe dla oka i utrzymane jest w pirackim stylu. Można doszukać się podobieństw do „Rogues en Vogue” czy „The Brootherhood”. Jens oczywiście bazował na zdjęciu, które zrobił sam Rolf. Nad brzmieniem pracował Rock'n Rolf i Niki Novy, a trzeba przyznać, że nie powala na kolana. Jest troszkę płaskie i takie sztuczne. W sumie to one jest najsłabszym punktem płyty. Jednak Rolf nadrobił materiałem. Trzeba było czekać 3 lata i w sumie wynikało to z kontuzji Rolfa. Czas jednak pozwolił lepiej przygotować materiał, który jest bardziej złożony i bardziej zaskakujący niż na poprzednich dwóch albumach. Płyta nie jest taka prosta i banalna, są liczne motywy, które upiększają album. Same kompozycje są już bardziej klasyczne, bardziej dopracowane i urozmaicone. Dzieje się w nich naprawdę sporo i to pod wieloma względami przypomina stare albumy. Zaczyna się od „Black Skies, Red Flag”. Nie jest to petarda, ale zaskakuje ciekawym melodyjnym wejściem. Po kilku sekundach wkracza riff rodem z płyty „Black Hand Inn”. Dzieje się w tej kompozycji całkiem sporo i tutaj można dostrzec pewne urozmaicenia i wplecenie kilku motywów. Bardzo dobrze wypadają solówki Rolfa i Petera Jordana, który sporo zrobił dla Running Wild. Jego praca jest warta uwagi, zwłaszcza jeśli chodzi o riffy i współgranie z Rolfem. Przypominają się stare dobre czasy. Dalej mamy nieco szybszy, agresywniejszy „Warmongers”. Wejście niezwykle energiczne i od razu rzuca się znacznie ciekawsza sekcja rytmiczna i perkusja jest bez wątpienia o wiele żywsza na tym krążku niż na dwóch poprzednich. Nowy album zaskakuje klasycznymi patentami i niezwykle wysoką formą Rolfa jeśli chodzi o wokal. To kolejny aspekt, który sprawia, że przypominają się najlepsze dokonania tej kapeli. Rolf nie był sobą, gdyby nie stworzył chwytliwego refrenu i ciekawej linii melodyjnej. Te właśnie stanowią o potędze tego kawałka. Sama konstrukcja, styl i jakość przypominają klimat „Black Hand inn”. Stonowana perkusja i pulsujący bas, a potem soczysty riff i mamy nieco toporniejszy kawałek w postaci „Stick To Your Guns”. Zaczyna się ciekawą porcją solówek. Black Hand inn ma to do siebie, że nie od razu wszystko da się w nim odkryć i cechują się swego rodzaju topornością. Ten kawałek idealnie oddaje te cechy i w sumie można go porównać do „Soulless” czy „Resilient”. Niemiecki heavy metal wysokich lotów, który potrafi umilić czas. Kolejnym nieco szybszym kawałkiem na płycie jest tytułowy „Rapid Foray”. Cechuje go niezwykła melodyjność i przebojowość. Lekki i przyjemny utwór, w którym Rolf nie boi się wykorzystać hard rockowy feeling z poprzedniego albumu. Sam Rolf najbardziej dumny jest z „By the Blood of your Heart”. Faktycznie jest to podniosły i bujający kawałek. Jego zaletą jest prosty i zapadający w głowie riff, a także epicki refren. Znów mamy wrażenie, że przenosimy się w czasie, tylko że tym razem do ery pierwszych dwóch płyt. Przypominają mi się tutaj dwa kawałki, a mianowicie „Chains and Leather” czy „Prisoners of Our time”. Rolf zaskoczył tutaj wykorzystaniem elementów muzyki szkockiej, co trochę przypomniało „Tunes of War” Grave Digger. W karierze Running Wild było sporo instrumentalnych kawałków i w sumie miło, że znów wrócono do tego rozwiązania. Fani „Evilution” z Death or Glory na pewno zachwycą się klimatycznym i urozmaiconym „The Depth of the sea – Nautilus”. Kawałek przepełniony jest ciekawymi motywami i solówkami. Dalej pojawia się prawdziwy hit w postaci „Black Bart” i długo czekałem na utwór w klimatach „Jeenings Revenge” czy „The Privateer” i ten utwór to ma. Też tutaj słychać, że perkusja jest ciekawsza a i lider zespołu ma więcej frajdy z gry. Bardzo udany riff, warstwa melodyjna czy partie gitarowe. Można go dodać do najlepszych utworów Running wild. Końcówka płyta jest równie ciekawa co początek. „Hellestrified” wyróżnia się mocniejszy riffem, toporniejszym charakterem, ale to wciąż bardzo mocny i melodyjny heavy metal. Bardzo energicznie zaczyna się „Blood Moon Rising” i to tez nieco żywszy kawałek, który próbuje nas przenieść do czasów „Black Hand Inn” czy „Pile of Skulls”. Album promował od samego początku przebojowy „Into the west”, który bliźniaczo przypomina „Billy the kid” z Blazon stone. Rolf zaskakuje, że po tylu latach wciąż potrafi grać na takim poziomie. Kompozycja porywa chwytliwym riffem, melodyjnością i refrenem, który po prostu porywa. Na sam koniec mamy coś wyjątkowego czyli „Last of the Mohicans”. Tak „Blody Island” przywrócił wiarę, że Rolf nie zapomniał jak tworzyć kolosy. To było coś wyjątkowego i wiele z nas się zachwyca dalej tym utworem. Natomiast nowy kolos to prawdziwa piękna, podniosła, rozbudowana i pełna smaczków kompozycja. To kwintesencja stylu Running wild i taka twórczość tej grupy w pigułce. Tutaj nawet perkusja brzmi żywiej, a riff to prawdziwa uczta dla fanów albumów „Pile of Skulls” czy „Black Hand inn”. Wiele kolosów Rolf stworzył, ale „Treasure island” i „Genesis” uważane są za te najlepsze. „Last of the mohicans” może śmiało z nimi konkurować. Można doszukać się wiele podobieństw. Początek kiedy mamy lektora, spokojne akustyczne wejście, liczne przejścia, motywy, sporo solówek, klimat, piracki refren, który buja. Świetne zwieńczenie świetnej płyty, która na długo zostaje w pamięci.

Te najlepsze albumy Running Wild zostają na długo w pamięci, co jakiś czas odkrywamy je na nowo i przeżywamy ich wielkość. To mieszanka pirackiego klimatu, mocnego heavy metalu, pięknych solówek, mocnych riffów i przebojowości. Wielu będzie szukać dziury w całym, że perkusja sztuczna, że zespół ma late świetności za sobą. Czy rzeczywiście tak jest? Dawno nie słyszałem tak dopracowanego i zaskakującego albumu Running Wild. Dawno nie było tak złożonego i bardziej wymagającego materiału. Dawno nie było tak piracko i tak klasycznie. Album klimatem przypomina „Black Hand inn”. Dobrze, że w 2011 Running Wild powrócił do grania i że nie zakończył swojej pirackiej podróży. Choć nie grają koncertów, choć nie zespołu w pełnym składzie, to jednak muzycznie wciąż potrafią zaskoczyć i wzruszyć swoich fanów. Śmiało można wpisać Rapid Foray do grona tych najlepszych albumów Running Wild.

Ocena: 9.5/10

sobota, 5 października 2013

RUNNING WILD - Resilient (2013)

Nowy album „Resilient” w końcu się pojawił i pora odpowiedzieć sobie na pytanie „Czy jest to najlepszy album od czasów „The Rivarly”?

Ponad 30 lat istnieje już Running Wild i bez wątpienia jest to jeden z tych zespołów, który zrobił sporo dla sceny metalowej i przez wiele lat nagrywał znakomite albumy, które zajmowały wysokie miejsce w statystykach. Jak się sięgnie pamięcią wstecz to na pewno wiele osób powie, że „The Rivarly” czy też „Victory” były ostatnimi albumami godnymi uwagi. No tak w końcu tam jeszcze Running Wild działał bardziej jeszcze jako zespół. Jednak już słuchając tych płyt można było usłyszeć pewne patenty nawiązujące do hard'n heavy czy hard rocka. Runninng Wild przeistoczył się ostatecznie bardziej w projekt solowy Rock'n Rolfa. Pojawił się „The Brotherhood”, który miał pełno hard rockowych kompozycji, które potrafi momentami drażnić. Jednak to nie było to na co fani czekali i tak pojawił się w roku 2005 „Rogues En Vogue”, który nawiązywał do pirackiego okresu zespołu i więcej miał wspólnego z metalem niż poprzedni album. Jego wadą było kiepskie brzmienie, które zaniżyło jakość całkiem dobrego albumu. Rock'n rolf potem zakończył działalność Running Wild, ale nie długo bowiem w roku 2012 powrócił z nowym albumem zatytułowanym „Shadowmaker” i tutaj aż wrzało od krytyki. Nie odpowiednia okładka, kompozycje dalekie od tego do czego nas przyzwyczaił Rolf i stylistyka nieco inna niż ta którą fani oczekiwali. Brak zespołu z krwi i kości, brak perkusisty i wiele innych powodów. Choć album sam w sobie jest miły w słuchaniu to jednak wciąż wierzyli, że Rolfa stać na coś więcej, że stać go nagranie albumy równego jak „Rogues En Vogue”, z soczystym brzmieniem „The brotherhood” i urozmaiceniem w stylu „The Rivarly”. Mówi się że nowy album zatytułowany „Resilient” to najlepszy album od czasu „The Rivarly”, że tutaj jest nawiązanie do dawnych lat Running Wild o czym ma świadczyć okładka w starym stylu, z maskotką zespołu a mianowicie Adrianem. Czy rzeczywiście to wszystko prawda? Czy naprawdę Rock'n Rolf nagrał album który jest przebojowy, równy, bardzo heavy metalowy? Czy „Resilient” jest powrotem do czasów pirackich?

Przede wszystkim warto zaznaczyć, że nowy album został lepiej wykonany niż „Shadowmaker” i to właściwie na każdej płaszczyźnie. Lepsze brzmienie, które nawiązuje do czasów „Victory” czy też „The brotherhood”, choć brakuje nieco brudu i jakby większej mocy. Szata graficzna też bardziej klasyczna z zachowaniem właściwego loga i adriana jako głównego motywu okładki. Nie ma prawdziwego perkusisty, ale brzmi ten automat lepiej niż na poprzednim albumie. Nie wiem czemu, ale Angelo Sasso jako automat brzmiał znacznie realistycznie i bardziej przekonująco. Inną rzeczą jest że tutaj słychać w niektórych partie basu, który tez brzmi o wiele lepiej. Wokal Rolfa na poprzednim albumie był jakby bez formy, bez zadziorności i to też uległo poprawie. Gdzie się nie spojrzy to „Resilient” jest lepszym albumem i tak bardziej przypominający wcześniejsze dokonania zespołu. Tak Rolfowi udało się nawiązać do takich płyt jak „The Rivarly”, ba nawet „Pile Of Skulls” w genialnym „Bloody Island” jednak płyta przede wszystkim nawiązuje do ostatniej dekady działalności Rolfa. Zapomnijcie o takim graniu jak np. Blazon Stone, bo Running Wild nie jest już ten sam, ale nie oznacza to że nie mają już niczego do zaoferowania. Nowy Running Wild nie boi się nawiązać do heavy metalu takiego rasowego w którym mamy wyraźne wpływy Judas Priest czy W.A.S.P albo Saxon i takie cechy pokazał właśnie „Shadowmaker”. Dobrym przykładem takiego charakteru grania jest tytułowy utwór Resilient” czy „Down The Wire”. O ile ten pierwszy utwór może się podobać za sprawą mocnego refrenu i ostrego riffu o tyle drugi jest słabym i nieco nudnawym utworem. Na płycie słychać oczywiście echa poprzedniego albumu, a nawet projektu Rolfa i Pj zwanego Giant X, w którym ukazywali bardziej rockowe oblicze. Tutaj ducha tego oddaje „Desert Rose”, który został okrzyknięty najbardziej komercyjnym kawałkiem w historii zespołu. Z pewnością nie jest to typowy utwór Running Wild, ale wiecie co? To jest z najlepszych utwór jakie Rolf stworzył ostatnim czasy. Lekki, przyjemny hard rockowy utwór z nawiązaniem do Thin Lizzy czy W A S P. Bardzo dobry element zaskoczenia i dowód że można się oddalić od klasycznego Running Wild na rzecz czegoś pomysłowego i równie znakomitego. Choć nie pierwszy raz mamy do czynienia z takim rockerem wystarczy spojrzeć na „When Time Runs Out” czy „Soulstrippers”. Otwieracze zawsze były mocną stroną Running Wild i tutaj otrzymaliśmy prawdziwą petardę w postaci „Soldier Of Fortune”. Utwór może brzmi jak mieszanka 3 ostatnich albumów Running Wild, ale ten pomysłowy i chwytliwy riff po prostu zapada w pamięci. Ten utwór na wstępie też pokazuje że słychać powiew starych pomysłów, słychać coś z pirackiego okresu Running Wild. Otwieracz też pokazuje jak rozwinęła się współpraca Rolfa i Pj. Ich partie gitarowe są bardziej energiczne, bardziej przemyślane i nie brakuje godnych uwagi solówek. Pod tym względem jest to z pewnością najlepszy album od czasów „The Rivarly cz Victory”. Brakowało takich popisów i takich miłych dla ucha solówek czy riffów. Moim największym zarzutem ostatnich płyt Running Wild było przede wszystkim mały procent szybkich utworów i tutaj statystyki wyglądają lepiej, bowiem mamy więcej dynamicznych utworów. Pierwszym z nich jest energiczny „Adventure Highway” który brzmi nieco jak „I am who I am” czy „Fistful of Dynamite”. Nie brakuje tutaj też wpływów Judas Priest z okresu „Turbo” czy „Screaming For Veangence”. Drugim takim szybszym utworem jest „The Drift” który jest jednym z tych utworów który przypomina pod względem riffów i przebojowości takie albumy jak „Black Hand Inn”, „The Rivarly” a nawet „Pile Of Skulls”. Takich pirackich przebojów brakowało ostatnio i słychać że tematyka jeszcze nie została w pełni wyczerpana. Znów słychać pomysłowe popisy w solówkach i to bardzo ucieszy chyba każdego fana Running Wild. Trzecim i zarazem najszybszym utworem jest tutaj „Fireheart”. Znów kłania się „Fistful Of Dynamite” i to akurat skojarzenie jak najbardziej na plus. Ten utwór wyróżnia się na tle innych wokalem Rolfa, który tutaj naprawdę śpiewa jak za dawnych lat. Solówka też tutaj jest pierwszej klasy i z tego słynął Running Wild w dawnych latach. Na płycie nie brakuje też troszkę patentów hard rockowych które słychać w takim „Run Riot”. Choć utwór brzmi jak mieszanka „The brotherhood” i „Rogues En Vogue” to jednak bije większość utworów hard rockowych z tamtych płyt. Prosty, zadziorny riff i chwytliwy refren czynią tutaj cuda. Płytę tak miło się słucha że szybko docieramy do jej końca czyli do „Crystal Gold” i „Bloody Island”. Ten pierwszy utwór to kolejny znakomity przebój, którego riff przypomina mi „Man In Black”, a refren najlepsze albumy Running Wild. Ten ostatni utwór zasługuje na szczególną uwagę i to nie tylko z tego względu że to najdłuższy utwór na płycie. Powodem jest to, że to jeden z tych utworów który pokazuje że można nawiązać do przeszłości, że można nagrać coś w stylu „Treasure Island” czy „The Battle Of Waterloo”. W tym utworze jest epickość, jest piracki charakter, wstęp akustyczny z pirackim chórkiem i tego właśnie brakowało. Jeden z najlepszych utwór Running Wild ostatnich lat. Czy można było lepiej zakończyć ten album? Raczej nie. Dwa bonusowe utwory są mniej wartościowe i dobrze że nie znalazły miejsca na normalnej ścieżce.

Running Wild nie jest już ten sam co kiedyś i to słychać. Troszkę inna stylistyka, wykonanie, do tego brak zespołu z krwi i kości, brak tego magicznego klimatu znanego z „Port Royal” czy „Pile Of Skulls”, ale wiecie co? To nowe wcielenie Running Wild nie jest takie złe. Są tu echa przede wszystkim ostatnich albumów z naciskiem na „Rogues En Vogue” i „The brotherhood”, ale wszystko jakby bardziej okazale przedstawione. Przede wszystkim „Resilient” jest bardziej dojrzały i bardziej przebojowy niż ostatnie dzieła Rolfa i tutaj jak najbardziej potwierdza się że jest to najlepszy album od czasów „The Rivarly” czy „Victory”. Ciekawsze partie gitarowe Rolfa i Pj, więcej nawiązań do klasyków Running Wild, kilka świeżych pomysłów i troszkę tematyki pirackiej i otrzymaliśmy naprawdę znakomity album. „Resillent” nie brzmi tak klasycznie jak to co zaprezentował Blazon Stone, ale na pewno nie jest to zły album. Nowa formuła Running Wild wypada póki co dobrze i jedynie co może drażnić to „Down The Wire” i perkusja. Udało się utrzymać Running Wild przy życiu i co ciekawe na wysokim poziomie, a to nie każdej kapeli tej rangi się udaje. „Resilient” to z pewnością najbardziej udany album od czasów „The Rivarly” czy „Victory”. Zadanie zostało wykonane i oczekiwania spełnione.

Ocena: 9/10

sobota, 14 kwietnia 2012

RUNNING WILD - Shadowmaker (2012)


Czy warto jest postawić całą karierę, cały swój naprawdę udany dorobek płytowy, swój status dla reaktywacji, która nie zawsze przynosi oczekiwany rezultat? Te rozmyślenia dopadły mnie w ramach przeprowadzonej reaktywacji RUNNING WILD, który zakończył działalność w 2009 roku żegnając się jednocześnie ze swoimi fanami na koncercie Wacken 2009. Wiadomość o reaktywacji była szokująca chyba dla wielu fanów, słuchaczy heavy metalowych. Bo właściwie po dwóch latach Rock'n Rolf wskrzesza swój legendarny zespół. I tutaj zaczęły się pojawiać pytania? Dlaczego? W jakim celu? Czyżby dla pieniędzy? Czy może po 7 letniej przerwie od ostatniego wydawnictwa lider zespołu miał nowe, świeże pomysły, które w końcu by zadowoliło w 100 % fanów? Kolejne pytania wiązały się z tym czy produkcja albumu będzie lepsza niż „Rogues En Vogue” czy pojawią się prawdziwi muzycy? Czy będzie to album w stylu do jakiego nas przyzwyczaili, w stylu piracki, czy może coś zupełnie innego? Na odpowiedzi na te pytanie przyszło poczekać troszkę, bo do połowy kwietnia na kiedy to przewidziano premierę „Shadowmaker”. Informacje jakie były stopniowo wypuszczane do internetu budziły wręcz niezadowolenia fanów i już na starcie wróżyły, że zespół nie powróci w glorii i chwale. Pierwsze co totalnie mnie przeraziło i dawało podstawy że szykuje się bodajże najgorszy album grupy, to bez wątpienia okładka frontowa. Wiem, że nie ocenia się płyty okładce, ale pozwala ona czasami podpowiedzieć, co może być warte obczajenia a co nie. A okładka „Shadowmaker” jest wręcz amatorska i niczym nie przypomina wcześniejsze okładki, nie ma w niej nic z RUNNING WILD. Nieco inne logo, brak charakterystycznych elementów, jak choćby ich znak firmowy czyli Adrian. Jedna z najbrzydszych okładek jakie widziałem. I dlaczego taka okładka a nie inna? Czyżby brak pieniędzy na zatrudnienie jakiegoś znanego rysownika? Ta informacja wzburzyła niemal wszystkich. Kolejne aspekt to była lista utworów i ich nazwa. Patrząc na ten aspekt to widać, że album stawia na nieco mroczniejsze teksty i widać także że nie będzie to już taki piracki album jak choćby „Rogues En Vogue”, że nie wspomnę o starych albumach. Na jakieś próbki zespół kazał dość długo fanom czekać, a kiedy już coś się pojawiło, to znów pojawiło się zgrzytanie zębami. „Riding On the Tide” to właściwie pierwsza rzecz jaką usłyszałem z tego albumu i wzbudził ten kawałek u mnie mieszane uczucia. Brak starego RUNNING WILD, gdzieś słychać TOXIC TASTE, gdzieś coś z „Rogues En Vogue” a to nie napawało optymizmem. I tak z tymi negatywnymi uczuciami i strachem, że jeden z najlepszych zespołów heavy metalowych idzie na dno czekałem do premiery albumu. Odnośnie samego „Shadowmaker” ciężko jest zająć jednoznaczne stanowisko, przynajmniej w moim przypadku. Jako stary zagorzały fan RUNNING WILD mówię nie temu krążkowi. Jako stary fan muszę przyznać, że w „Shadowmaker” jest mało RUNNING WILD, gdzieś została zatracona ta pomysłowość, zabrakło jakiś ciekawych utworów, zabrakło killerów, zabrakło ciekawe rozplanowanych partii gitarowych, zabrakło ognia, zabrakło przebojowości, zabrakło tych charakterystycznych zacięć Rock'n Rolfa, zabrakło ognia i doświadczonych muzyków, stawiając na sztucznie brzmiącą perkusją, mało przekonujące brzmienie, na toporne solówki, które gdzieś obijają się o słuchacza, w ogóle do niego nie trafiając. Zamiast starego charakterystycznego zacięcia Rock'n Rolfa słychać nieco inny styl, gdzie momentami jest coś z JUDAS PRIEST, momentami z TOXIC TASTE, a czasami z RUNNING WILD. Brakuje też mi gitary prowadzącej, gdyż mało przekonujące jest takie riffowanie, bez wsparcia gitary prowadzącej. Razić starych fanów będzie również toporne i monotonne riffy, motywy gitarowy które nie zapadają zbytnio w pamięci, które są dalekie od tych nawet z „Rogues En Vogue” które miały więcej z RUNNING WILD, niż te na „Shadowmaker”. Co na pewno będzie razić to brak jakiś naprawdę świetnych kompozycji, które można by postawić o bok tych kultowych i pod tym względem jak i pod względem przebojowości jest gorzej niż na dwóch poprzednich albumach. Linie wokalne Rock'n Rolfa też takie sobie, bez ognia, bez przekonania, bez jakiegoś szaleństwa. I to jest największa bolączka tego albumu, za mało tutaj RUNNING WILD, nawet tego z „The Brotherhood” i „Rogues En Vogue” które w ostatecznym rozrachunku nie były takie złe i które brzmiały jak album RUNNING WILD. I to właściwie na starcie dyskwalifikuje ten album. Niestety ja zostałem rozbity między również drugim stanowiskiem, że trzeba podejść do albumu z czystym umysłem, podejść bez porównań, bez jakiś oczekiwań, podejść do albumu jako zwykły słuchacz, a nie fan. Taki tok myślenia pozwolił mi przebrnąć przez ten nowy materiał, jednocześnie wyciskając troszkę z niego więcej niż jako fan RUNNING WILD.

Tak niezależne od stanowiska, należy przyznać, że brzmienie albumu jest słabe, nieco spłaszczone, nieco sztuczne, podobnie jak brzmienie perkusji, która nasuwa od razu automat perkusyjny. Również duet Rock'n Rolf i PJ też pozostawia sporo do życzenia, gdzie nie ma jakiś ciekawych solówek, nie ma jakiś zapadających melodii i to jest czysta prawda. Jednak sam materiał jest w miarę równy, różnorodny aczkolwiek wszystko zagrane na niższym poziomie niż na „The Brotherhood” czy „Rogues En Vogue” i to sprawia że album już staję się najsłabszym albumem w karierze zespołu. Otwarcie w postaci „Piece Of The Action” jest bardzo udane, aczkolwiek już tutaj słychać nieco inne podejście do tematu niż zawsze. Słychać to przede wszystkim to w jaki sposób śpiewa Rolf podczas zwrotki, gdzie jest praktycznie śpiewane to szeptem i to sprawia że jest faktycznie taki lekki powiew świeżości, aczkolwiek nie jest to czego by fan RUNNING WILD by oczekiwał. Najbardziej mnie ucieszył fakt, że utwór jest naprawdę heavy metalowy, co mnie ucieszyło. Bo obawiałem się jakiś hard rockowych zapędów wyjętych z TOXIC TASTE i tako jest właściwie bardzo mało. Na pewno jest to jeden z najlepszych utworów na płycie, jest dynamit, jest rytmiczny riff, jest heavy metal i chwytliwy refren. Największe kontrowersje wzbudził „Riding on The Tide” który chyba przemyca właściwie najwięcej elementów RUNNING WILD. Jest to zacięcie gitarowe charakterystyczne dla Rolfa, jest ta linia wokalna znana z poprzednich albumów, jest słyszalna ta przebojowość w refrenie, jest też piracka tematyka, jest tutaj również bardzo ciekawa solówka. Utwór jednak może nieco razić hard rockowym wydźwiękiem kojarzącym się z TOXIC TASTE. Mimo wszystko, zaliczam ostatecznie ten utwór do najlepszych na płycie, bo słucha się tego o dziwo przyjemnie, najwidoczniej czas i liczba przesłuchań pozwoliła mi się oswoić z tym co jest i z tym czego nie ma. Nie wierzyłem że Rock'n Rolf jest wstanie jeszcze stworzyć taki dynamiczny utwór jak „I am Who I am” i tutaj doznałem zaskoczenia. Ten utwór jest szybki, ostry, melodyjny i również tutaj słychać RUNNING WILD, ale ten stary rozpędzony i przebojowy. Fakt może refren nieco banalny, może taki troszkę kiczowaty, ale słucha się tego naprawdę przyjemnie. Również zadbano o ciekawie rozplanowanie solówek, które brzmią jak przystało na RUNNING WILD. Stary dobry RUNNING WILD w nowej formie i gdyby taki był album to fani by dostaliby ślinotoku, a ja na pewno. Dobra koniec bujania w obłokach, wracajmy do szarej rzeczywistości. Najsłabszym utworem na płycie jest bez wątpienia „Black Shadow” i tutaj spodziewałem się jakiegoś mrocznego i zadziornego kawałka, a dostałem jakiś ociężały, toporny utwór. Nie ma tutaj nic ciekawe i jest niedopracowanie pod każdym względem. Plus taki że brzmi to jak heavy metal, a nie jak jakiś rockowy kawałek. Niestety ten utwór dobitnie dowodzi że Rockn' Rolf nie ma już zbytnio pomysłów na swoją muzykę. Pamiętam jak czytałem jeszcze przed premierą jakąś recenzję i zobaczyłem porównanie „Locomotive” do „Raw Ride” i właściwie jest to nie bezpodstawne porównanie. Jest podobny mrok, ciężar, nieco toporność. Tak słychać tutaj sporo z RUNNING WILD z lat 80. Jest to jednocześnie najcięższy utwór na płycie i gdyby tak ozdobić tą lepszą perkusją i brzmieniem to też sporo ludzi byłoby wniebowziętych. Kolejny mocny punkt na albumie. Największe zaskoczenie sprawił mi „Me & The Boys”. Takich eksperymentów RUNNING WILD jeszcze nie robił i tutaj fani „Metal Gods” JUDAS PRIEST będą ucieszeni. Sam kawałek przypomina mi koncertowy „Prisoners Of Your Time” i tutaj też jest taki podniosły, koncertowy refren, który podgrzeje zapewne nie jedną publikę. Tak nieco tutaj kiczu, nieco wpływów TOXIC TASTE. Ale sam motyw gitarowy bardzo udany, melodyjny i gdzieś tam też można doszukać się tego charakterystycznego zacięcia i linii melodyjnej która jest wizytówką Rock'n Rolfa. Coś innego, ale coś przyjemnego i to kolejny ważny punkt tej płyty. Drugim szybkim, energicznym kawałkiem na płycie jest „Shadowmaker” i to również bardzo udana kompozycja. Jest tutaj melodyjny i zapadający motyw gitarowy, sporo tutaj „The Brotherhood” słychać. Podoba mi się że jest tutaj heavy metal pełną parą i że jest współczynnik przebojowości, jak i dość dobre zaaranżowane solówki. Troszkę RUNNING WILD usłyszymy w drugim pirackim kawałku czyli w „Sailing Fire” który poza chwytliwym refrenem i melodyjną solówką jest mało przekonującym utworem. Strasznie denerwująca jest tutaj sekcja rytmiczna. Średniej klasy jest taki „Into The Black” gdzie jest miks heavy metalu i hard rocka. Szkoda tylko ze motyw gitarowy taki nieco monotonny jest. Jeśli chodzi o refren to jest on całkiem przyjemny dla ucha. Znów można wyczuć motorykę i pomysłowość z „The brotherhood”.Całość zamyka najbardziej rozbudowana kompozycja czyli „Dracula”. Wstęp może niektórym kojarzyć się z POWERWOLF, bo też jest ten mroczny klimat. Sam utwór jest jednym z gorszych epickich kawałków jakie stworzył Rolf. Nie podoba mi się tutaj przede wszystkim motyw główny utwór. Mało chwytliwy, jakiś taki nijaki i myślę że można było to nieco ulepszyć. Ale podoba mi się tutaj rytmiczność, linia wokalna podczas zwrotek, podoba mi się mroczny klimat, również niczego sobie jest refren. Solówki również jedne z najlepszych na albumie. A sam utwór ma coś z „The ghost” z „The Brotherhood”. Choć motyw mało przekonujący to jednak jest to kolejna bardzo udana kompozycja, którą zaliczam do tych najlepszych z płyty.

Teraz rozumiecie dlaczego jestem taki nieco zmieszany. Album nie jest znowu aż taki zły. Jest kilka nawet dobrych kompozycji, ale niestety poziom jaki całość prezentuje, całe wykonanie, aranżacje, pomysły są o klasę niższe od tych z „Rogues En Vogue” czy tez „The Brotherhood”. I to jest największą bolączką, do tego dochodzi nieco mało RUNNING WILD w RUNNING WILD. Na nie korzyść tego albumu jest 7 lat przerwy od poprzednika, co właściwie jest sporym czasem żeby stworzyć coś godnego cierpliwości fanów. Również jako album dzięki któremu zespół wraca na rynek jest słaby i daleki od oczekiwań fanów i samego głośnego wydarzenia. „Shadomaker” nie jest to typowy album RUNNING WILD, jest to dzieło wyróżniające się na tle innych, nie jest to stary styl, gdyż słychać ewolucję. Mam wrażenie że reaktywacja zespołu została dokonana z pobudek finansowych szkoda tylko że cierpi na tym RUNNING WILD i fani. Pytanie jakie się nasuwa, czy lider zespołu pójdzie po rozum do głowy i nagra w końcu coś dla fanów, czy zatrudni muzyków doświadczonych? Czy będzie wstanie w ogóle jeszcze coś nagrać? Mam nadzieję że tak i mam nadzieję, że będzie to album o wiele ciekawszy od tego. Rozpatrując „Shadowmaker” pod względem dorobku RUNNING WILD jest to najsłabszy album, ale z drugiej strony nie jest to taki zły album i można go z nudów posłuchać. Ostatecznie można było sobie darować taki powrót i zostawić całkiem udany dorobek zespołu i status jednego z najlepszych zespołów heavy metalowych.

Ocena : 6/10

sobota, 28 stycznia 2012

RUNNING WILD - The Brotherhood (2002)

Wielkości i wkładu niemieckiego RUNNING WILD w heavy metal nikt nie podważy. Zespół swoje złote lata przeżył w latach 80 i 90, a wraz z nowym stuleciem zespół stał cieniem samego siebie. Wraz z odejściem Thilo Hermanna i Thomasa Smuszyńskiego RUNNING WILD stracił sporo atutów przekształcając się jakby w projekt Rock'n Rolfa. I to nie mija się zbytnio z prawdą w przypadku 12 studyjnego albumu „The Brotherhood”. Zrezygnowano z gitary prowadzącej, Kasperek dograł partie za dwóch gitarzystów, zrezygnowano również w inwestowanie w znanych muzyków, czy też w żywego perkusistę. Dalej mamy Angelo Sasso, który jakoś nie przeszkadza , ale kiedy pomyśli się o całym dorobku i wyczynach bandery Kasperka to aż się w głowie nie mieści że kapela takiej rangi pozwoliła sobie na takie znieważenie wg mnie przede wszystkim słuchaczy. Nie wyłożono pieniędzy na rysownika okładek, co dało w efekcie kolejny beznadziejny cover. „The Brotherhood” to po raz kolejny album inny od wcześniejszych wydawnictw. Mamy niby sporo wymielonych, nieco przerobionych sprawdzonych patentów, ale tak to słychać sporo prostych, heavy metalowych partii, które stawiają na riffowanie. Co ciekawe pierwszy raz słychać w muzyce RUNNING WILD tak wyraźną fascynację hard rockiem i właściwie całkiem sporo partii gitarowych gdzieś tam stara się być nieco luźniejsza, bardziej hard rockowa. Nieco inne podejście a i tak nie zatracono do końca charakter i dalej słychać że jest to RUNNING WILD, duża w tym zasługa Kasperka, wydźwięku gitary no i wokalu. W tym aspekcie kapitan cały czas radzi sobie całkiem przyzwoicie choć lata już nie te. „The Brotherhood” to kontrowersyjny album jakby nie patrzeć, daleko mu do poprzednich wydawnictw, a to pod względem brzmienia( tutaj jest niby bardziej nowoczesne, ale jak dla mnie nieco sztuczne), czy też pod względem kompozytorskim, gdzie na tym albumie dominuje prostota i hard rockowe podejście do tematu. Nie uświadczymy ambitnych kompozycji, nie skompletujemy dużej liczby atrakcyjnych melodii, czy też killerów, ale hej ten album całkiem przyjemnie się słucha. Jest bardzo rytmiczny, melodyjny i taki rzekłbym lekki w odbiorze. RUNNING WILD jak dla mnie zawsze słynął z otwarcia albumu w wielkim stylu i uważam że „Welcome To Hell” to kolejne udane rozpoczęcie krążka tej formacji. Nie jest to może największe dzieło kapeli, ale energia, swoboda, rytmika jaka panuje w tym utworze sprawia, że chce się więcej, a ciało samo poddaję się muzyce jaka się wydobywa. Riff prosty, bardziej hard rockowy, ale z zachowaniem wszelkich cech charakterystycznych dla RUNNING WILD. Słychać od razu że album będzie inny aniżeli „Victory” i że nie będzie tutaj już tak ciekawe rozplanowanych i złożonych partii gitarowych jakie można było usłyszeć za czasów Thilo i brak jego obecności jest słyszalny. Kolejny mocnym punktem na albumie jest „Soulstrippers” który o dziwo pod względem riffu nieco ostrzejszego, nieco toporniejszego utrzymanego w średnim tempie przypomina mi pewną kompozycję z „Black hand Inn”. Riff prosty, może daleki od tych z starych albumów, ale lekkość i hard rockowy łatwo wpadający w ucho refren potrafi umilić czas. Zespół nie zwalnia tempa i już na pozycji 3 znajduje się kolejna mocna kompozycja, a mianowicie „The Brotherhood” , który jest jedną z najdłuższych kompozycji na albumie. Co ciekawe jest to jedna z niewielu kompozycji która tak jasno, przejrzyście identyfikuje się z przeszłością zespołu. Utwór bardzo melodyjny, ale co ciekawe jest bardziej złożony, bardziej urozmaicony i daleki od tych prostych i przewidywalnych kompozycji, których tutaj całkiem sporo. Kompozycja bardzo piracka, a przynajmniej taki klimacik zapewnia wciągający podniosły refren, taki w starym stylu, a także precyzyjne, finezyjne, zagrane z niezłym wyczuciem solówki, które bez wątpienia można zaliczyć do tych najlepszych jakie ostatnio trafiały na albumy RUNNING WILD. Po tak mocnym wejściu było jasne, że trzeba sprzedać kilka słabszych utworów. No wymienię te bardzo hard rockowe kawałki, które są upchnięte w strukturę RUNNING WILD. Śmiało to słychać w luźnym „Crossfire” z chwytliwym refrenem, w przesiąkniętym AC/DC „Detonator”. W tym „wybornym” gronie znajduje się też nieco rozlazły „Unation”, który ma bardzo podniosły, taki piracki, no taki typowy dla tego zespołu refren. Szkoda że pomysł co do warstwy instrumentalnej już tak nie zachwyca. I w podobnej hard rockowej koncepcji jest utrzymany zadziorny „Dr Horror” który wyróżnia się bardzo prostym i łatwo wpadającym riffem. Do moich ulubionych kompozycji oprócz wcześniej wspomnianych 3 pierwszych utworach zaliczam również dynamiczny będący przejawem geniuszu, który był znany na starych albumach czyli „Siberian Winter”. Znów kawałek poświęcony Rosji, ale tutaj w końcu mamy atrakcyjny riff, melodie, utwór jest złożony, ma odpowiedni klimat i co ważne energię i dynamikę której brakuje pozostałym utworem. Z wyjątkiem oczywiście takie pirackiego songa jak „Pirate Song” który również śmiało mógłby zdobić jakiś wcześniejszy album. Szkoda że Rock'n Rolfa był w stanie stworzyć tylko parę takich petard. Gdyby taki był cały album to pewnie nikt by nie zwracał uwagę na automat, i sztuczne brzmienie. Na koniec zostawiłem sobie równie ciekawą kompozycję, a mianowicie nieco epicki „The ghost”, który jest najbardziej złożoną kompozycją od czasu „Genesis”. Nie pojmuję jak można pisać, że utwór jest monotonny, jest zbyt długi i takie tam. Jest przecież tutaj kilka rozmaitych motywów, melodii i ciekawie został zastosowany motyw arabski w ramach stylu RUNNING WILD. Solówki również bardzo udane, a najbardziej co mnie urzekło to wszelkie przyspieszenia. Kolejny udany kolos i o wiele milszy dla ucha aniżeli „The War”. Co ciekawe, bardziej udane pomysły, bardziej w stylu RUNNING WILD z „Black hand Inn” trafiły na płytę w postaci bonusu, tak więc jak ktoś nie słyszał to niech się zapozna z „Powerride” i „Faceless”. „The brotherhood” może nie jest najmocniejszym albumem zespołu i właściwe wszelkie argumenty przemawiają za tym, że jest to najgorszy album Niemców, to jednak z czystym sercem przyznaję się ze lubię wracać do tego albumu, lubię słuchać, lubię poczuć się bardziej swobodny a ten album tego mi dostarcza. Najgorszy album RUNNING WILD, ale nie jeden zespół heavy metalowy chciałby nagrywać tak słabe albumy jak ekipa Rolfa Kasperka. Ocena: 7.5/10

czwartek, 26 stycznia 2012

RUNNING WILD - Victory (2000)

Na wstępie uzgodnijmy, że mam słabość do niemieckiej formacji RUNNING WILD i zapewne nie potrafię krytycznie spojrzeć na ten zespół, ale kiedy ludzie, w sensie słuchacze ich płyt piszą, że następca genialnego „The rivarly” czyli „ Victory” jest słaby, że jest tak zwanym kryzysem wieku średniego to zaczynam się zastanawiać czy niektóre osobniki przypadkiem nie są zbyt krytyczne w stosunku do tej formacji. Zgadzam się, że zespół nie nagrał tak genialnego tworu jakim był „The rivarly” , zgadzam się że automat perkusyjny w postaci Angello Sasso który zastąpił Jorga Micheala zabił naturalność, zgadzam się że styl gdzieś też dostał jakby lekkiej dywersji, ale materiał jest tak jak zawsze dynamiczny, melodyjny, pełen wigoru, dalej są te charakterystyczne melodie dlatego zespołu, no i te podniosłe hymnowe wręcz refreny.   Ciekawe jest to, że RUNNING WILD momentami gra tutaj wręcz jakby nieco bardziej w typowym heavy/.power metalowym stylu, gdzież zacierając swoją tożsamość, ma się nawet wrażenie, że gdzieś podwiewa tutaj era pierwszych płyt. Można zarzucić brak ładnej okładki, można zarzucić brak świeżości,  można zarzucić brak takiej różnorodności, ale nie można odmówić „Victory” energii, a przede wszystkim melodyjności i przebojowości, która czasami jest wspierana przez taki wspomagacz jak komercja, która daje o sobie znać w przeróbce utwory THE BEATLES a mianowicie „Revolution”.Utwór pełen luzu, rytmiczności i co ciekawe tutaj mamy ukazane to co liczy się na tym wydawnictwie, a mianowicie melodyjność. Ta sama myśl przychodzi kiedy słucham rockowego, nieco jakby nie w stylu RUNNING WILD „When Times Runs Out”.  Skoro mowa o odbieganiu od standardów RUNNING WILD to myślę, że śmiało można tutaj wymienić dynamiczny otwieracz „Fall Of Dorkass”. Perkusyjne otwarcie tutaj jest dość nie typowy dla kapeli Kasperka i właściwie w połączeniu z riffem i motoryką to na myśl przychodzi mi choćby JUDAS PRIEST. Wymieszane to z genem RUNNING WILD dało w efekcie ostry, przebojowy otwieracz, który stanowi grupę najlepszych utworów. Jeśli już takim wytaczamy najcięższe działa, to śmiało można zdradzić tajemnicę że album ciągną do góry takie speed/power metalowe petardy jak „Timeriders” będący miksturą albumów „The Rivarly” i „Masquverade”. Drugim udanym tego typu utworem jest „Return Of The Gods” z kolejnym popisem umiejętności Thilo Hermenna, który jest autorem tego kawałka. Trzeba przyznać, kompozycja udana pod względem technicznym jak i wyrachowanych partii gitarowych. Dobra jeśli już tak słodzę, to dokończę listę moich ulubieńców. Ciekawie wyszedł instrumentalny „The Final Waltz” robiący za najspokojniejszy utwór na płycie, przygotowując słuchacza jednocześnie do podniosłego „Tsar” będący jedynym przejawem epickości na albumie. Kompozycja nie tylko podniosła, nie tylko złożona z różnych motywów, nie tylko przyozdobiona różnymi smaczkami jak choćby atrakcyjną partią perkusyjną w części środkowej, ale też bogata pod względem lirycznym, opisująca historię rosyjskiej dynastii Romanów. Czy tylko ja słyszę podobieństwo do „War And Peace”? Najbardziej pirackim utworem na albumie jest bez wątpienia luzacki, rytmiczny „The Hussar” z ciekawie rozplanowaną sekcją rytmiczną. Zanim omówię najlepszy utwór z tego albumu, chciałbym zwrócić uwagę że tradycyjnie znalazło się też kilka kompozycji utrzymanych w średnim tempie jak choćby nieco jednostajny „Into the Fire”, rockowy „The Guardian”, czy też typowym utwór heavy metalowy jaki nie raz RUNNING WILD nam serwował. Nie da się ukryć, że to właśnie te kompozycje stanowią klasę średnią tego albumu i gdyby tak zamienić ja na takie kawałki jak mój ulubiony z tego krążka - „Victory” to na pewno nie jeden słuchacz by zachwalał ów materiał. Piractwo pełną parą i do tego jest to kawałek z zachowaniem tradycji RUNNING WILD. Porywający i dość oryginalnie brzmiący riff, pędząca, urozmaicona sekcja rytmiczna, atrakcyjne solówki, oddające to co najlepsze w muzyce heavy metalowej. Niech sobie wszyscy gadają ja uznaję ten utwór za jeden z ich najlepszych w ich całej historii. Bardzo solidny album, a przede wszystkim bardzo melodyjny. Warto znać, choćby dla tych paru jakże interesujących kompozycji. Ocena : 9/10

RUNNING WILD - The Rivalry(1998)

Lata 90 dla RUNNING WILD to bardzo udany okres dla tej formacji, nie wiele gorszy niż złote lata 80. Ten magiczny okres piracka bandera Rolfa Kasperka postanowiła zakończyć w wielkim stylu, wydając kolejne jakże ważny w karierze zespołu album zatytułowany „The Rivalry”, który bez problemu można uznać za ostatnie wielkie osiągnięcie tego zespołu. Krążek został nagrany w tym samym znakomitym składzie, ale tym razem już mamy inną wytwórnię, a mianowicie GUN records. Co ciekawe zespół właściwie podtrzymał tradycję, nie  pokusił się o jakieś eksperymentowanie, tak więc słychać tradycyjny RUNNING WILD, tą rytmiczność, melodyjność, konstrukcję utworów, choć są pewne smaczki, które czynią ten album innym od poprzedniego. Nie ma już takiego pędzenia do przodu, nie ma tej dzikości, mroku. Jest za to duży nacisk na precyzję, na technikę, a także na zróżnicowanie. I pod tym względem mamy podobieństwo z choćby „Black hand Inn”. Co ciekawe album poniekąd jest częścią, trylogii która opowiada o walce dobra ze złem. Znów sporo tematyki politycznej, mniej piractwa a więcej tematyki wojennej. Sporo kwestii pozostało nie zmienionych. Andreas Marschall po raz kolejny narysował okładkę i trzeba przyznać że jest to ostatnia udana okładka tej kapeli. Również kwestii brzmienia dalej mamy prawdziwą rozkosz dla uszu, każdy dźwięk jest tutaj soczysty i wyostrzony, no ale Rock'n Rolf już w tym trochę siedzi. Również nie zmienił się fakt, że Kasperek odpowiada niemalże za całe komponowanie.  Co poza tematyką, pewnymi smaczkami odróżnia ten album od poprzednich to również fakt, że zespół po raz pierwszy pozwolił sobie na album trwający nie całe 70 minut. Album jak na ten zespół jest długi, zróżnicowany i zawiera sporo epickich, wręcz marszowych songów. Niczym rozpoczęcie wojny jest instrumentalny „March of the Final Battle” i co by nie gadać jest to ostatnie intro RUNNING WILD, może nie tak porywające, nie tak energiczne jak te wcześniejsze, ale tak samo melodyjne i tak samo przesiąknięte odpowiednim klimatem, w tym przypadku wojennym. Wszystko jak zwykle przeradza się w melodyjny, przebojowy kawałek tym razem jest to „The Rivalry”, który brzmi jak zagubiony kawałek „Black Hand Inn” z tym, że mniej toporny, bardziej soczysty. Tutaj mamy definicję stylu RUNNING WILD, ten rozpoznawalny wydźwięk gitar, ten podniosły refren i atrakcyjne dla każdego wielbiciela urozmaiconych, złożonych partii gitarowych solówki. Trzeba przyznać, że album jest zdominowany przez utwory utrzymane w średnim tempie i to poniekąd też przybliża ten album do „Black Hand Inn”. Weźmy taki „Kiss of death”, taki przewidywalny, taki mało porywający, taki można rzec znajomo brzmiący, ale w tej sprawdzonej strukturze się odnajduje. A odrobina hard rockowego zacięcia daje kawałkowi całkiem niezłego luzu. W podobnej formie utrzymany jest również zadziorny „Resurection”, który jest strasznie rytmicznym kawałkiem. Prostota wydziera się też z zadziornego „The Poison”, czy melodyjnego „Man On The Moon”. Oczywiście nie zabrakło też mocniejszych akcentów w postaci speed / power metalowej jazdy bez trzymanki a taką uświadczymy w rozpędzonym „Firebreather” który spokojnie mógłby ozdobić album „Masquverade”, również świetnie tutaj wpasowuje się w tą strukturę melodyjny „Adventure Galley” będący popisem umiejętności gitarowych Thilo Hermenna. Jeden z najlepszych motywów gitarowych RUNNING WILD ostatnich lat. Śmiało można tutaj też wymienić przebojowy „Agents Of Black”, który mi się kojarzył z „The privatear” i to zapewne przez ich podobną złożoność. Ozdobą tego albumu i właściwie czynnikiem który go wyróżnia jest pokaźna liczba długich kompozycji. Tym razem dostaliśmy 4 długie utwory, utrzymane w średnim, marszowym tempie.  Pierwszym z nich jest „Return Of The dragon” mający sporo wspólnego choćby ze słynnym „Battle Of waterloo”. Tak więc jest to miłe wehikuł czasu. Pisałem na początku swojego wywodu że piractwo tutaj jest w mniejszości, co nie oznacza że go nie ma wcale. Niech dowodem będzie przepiękny” Ballad Of William Kidd” opowiadającym o najokrutniejszym piracie XVII w. Sama kompozycja jest bogata w różne atrakcyjne motywy i sprawdzone smaczki. Najsłabiej wypada z tych kolosów bez wątpienia „Fire & thunder” który jest jakby bez cech RUNNING WILD i najbliżej mu do „Fight The Fire of hate”. Całość zamyka epicki, momentami rycerski „War And peace” oparty na powieści „Wojna I pokój”. Można rzec nowe spojrzenie na muzykę RUNNING WILD nie zdradzające przy tym jego korzeni. Utwór jest rozbudowany i można wyłapać sporo ciekawych motywów, jak choćby ten nieco przekształcony pod koniec utworu. Co ciekawe na następnym albumie dostajemy identyczny utwór - „Tsar”. Bardzo zróżnicowany i co ważne równy materiał. Nieco odświeżona formuła, kilka drobnych kosmetycznych zmian, zachowując przy tym swój charakterystyczny styl. To pozwala zachować starych fanów i przyciągnąć nowych.. Album jest dopieszczony pod każdym możliwym względem, a to technicznym a to kompozytorskim. Jeden z najlepszych albumów RUNNING WILD który zamyka złoty okres zespołu. Ocena: 10/10

poniedziałek, 23 stycznia 2012

RUNNING WILD - Black Hand Inn (1994)

Jednym z nie wielu albumów RUNNING WILD, który nie wszedł mi od razu był „Black Hand Inn”. Do dziś ciężko mi jest określić co było powodem, toporny wydźwięk, czy to w jaki sposób brzmiały poszczególne partie. Ciężko to zrozumieć, gdyż całościowo jest przecież przebojowo i melodyjnie. Było minęło. Ważne że uważam ten album za jeden z najlepszych w karierze RUNNING WILD. Album jest dopieszczony pod względem wizualnym (najlepsza okładka RUNNING WILD), a także pod względem audialnym. Bardzo wyraziste, rasowe niemieckie brzmienie do tego bardzo duże przywiązanie zespołu do techniki. Pod tym względem jest to chyba jeden z najbardziej wyrazistych albumów tej niemieckiej formacji. Wraz  z „Black Hand Inn” przyszły kolejne zmiany, pojawił się Thilo Hermann i Jorg Micheal, co ciekawe w tym czasie zaczęła działać alternatywna wersja RUNNING WILD, czyli X- WILD tworzony przez byłych muzyków RUNNING WILD. Album choć jest tak samo genialny co „Pile Of Skulls” to jednak się różni od niego. Tutaj jest nieco toporniej, jakby mniej piracko, mniejszy nacisk jest na melodie co na tamtym albumie. Oczywiście tak jak przystało na ostatnie albumy tej formacji, wszystko zaczyna klimatyczne intro, a mianowicie „The Curse” i to jest jedno z najlepszych intr tej kapeli. Jest dynamika, jest gdzieś powiew pirackości do tego można się delektować idealną współpracą Kasperka z Thilo Hermannem, który wg mnie jest lepszym gitarzystą aniżeli Axel Morgan. Przede wszystkim jest lepszym technicznie muzykiem. Na każdej płycie musi być jakiś wielki przebój, który podbija serca fanów, który rozgrzewa scenę podczas koncertów. „Black Hand Inn” to jeden z tego typu utworów. Piractwo i melodyjność kojarzą się z „Pile Of Skulls”, choć tutaj jest ta niemiecka szkoła heavy metalu i jest też nacisk na bardziej techniczne granie. Każda partia jest tutaj wyważona i przemyślana. „Mr. Deadhead”  to nieco ostrzejszy utwór, oparty na rozpędzonym riffie i banalnym refrenie. Niby jest to wszystko do czego przyzwyczaił nas zespół, to jednak jest jakby ciężej,bardziej topornie, bardziej niemiecko.  Dziwne jest to że kolejny utwór tj „Souless” brzmi jak poprzedni tylko w zwolnieniu. Koncertowy hymn RUNNING WILD i się nie dziwię. Zadziorność w sekcji rytmicznej i przebojowość w refrenie. Numer jeden to dla mnie cały czas singlowy „The Privatear” i to chyba ze względu na jego dynamikę, złożoność i nie przewidywalność. Solówki tutaj przechodzą wszelkie granice, a refren też iście piracki. Utwór bardzo rytmiczny i melodyjny, a także bardzo lekki i radosny. Tutaj już nie ma takiej toporności. Tak dotarliśmy do pierwszego kolosa na tym albumie, a mianowicie „Fight The Fire Of hate” który jest nieco w innym stylu aniżeli dotychczasowe kompozycje. Bardziej true metalowy, bardziej podniosły i jakby zakorzeniony w MANOWAR. Kolejnym moim ulubiony kawałkiem z tego albumu jest „ The Phanthom of Black hand Hill” który jest kolejnym pirackim hymnem na tym krążku. Co jest godne tutaj uwagi słuchacza to urozmaicenie i złożoność melodii i całej konstrukcji. Riff niby niczym nie wyróżniający się, niby typowy dla tego zespołu, ale jest ta piracka swoboda i radość, do tego dochodzi bojowy refren. Bardziej jakby rockowym kawałkiem jest „Freewind Rider” i tutaj mamy ciekawą przeplatanką sekcji rytmicznej i wokalu Rolfa. Przebój jak się patrzy i kolejny piracki hymn Thilo Hermann i okres jego bycia w RUNNING WILD dostarczył zespołowi sporo szybkich, pełnych energii i ognia petard. To właśnie za jego służby zespół dorobił się pokaźnej liczby szybkich utworów. Także fani takiego „Riding The storm” z większym zainteresowaniem posłuchają takiego „Powder & Iron”. Niczym nie ustępuje też „Dragonmen” który przykuwa uwagę swoim luzackim wydźwiękiem. Na „Pile Of Skulls” był „Treasure Island” tutaj mamy „Genesis”, który jest jeszcze dłuższy, jeszcze bardziej urozmaicony,  bardziej złożony, bardziej epicki, ale tak samo przemyślany i tak samo energiczny. Nieskończone złoże chwytliwych melodii i atrakcyjnych, pirackich motywów. Ale tak można napisać o całym albumie. Arcydzieło, niepowtarzalne dzieło jednego z najlepszych zespołów heavy metalowych. To jest właściwie rzadkie zjawisko, żeby zespół był w tak długoletniej wysokiej formie. Zadziwiające jest to z jaką łatwością nagrywają oni genialne albumy, które dostają same wysokie noty. Niestety kiedy odejdzie Thilo Hermann i Thomas Smuszyński, wszystko zacznie się sypać. Co ciekawe nie na tyle, żeby sięgnąć dna. Czyżby dryfujący statek „RUNNING WILD” jest nie zatapialny? Co do „Black Hand Inn” jest to jeden z ich najlepszych albumów i można śmiało brać w ciemno. Ocena: 10/10

RUNNING WILD - Blazon Stone (1991)

Koniec lat 80 niemiecka potęga RUNNING WILD rozrasta się w siłę. Seria genialnych albumów, które na zawsze się wpisały w kanion muzyki heavy metalowej. Ciężki, surowy „Under Jolly roger”, piracki, melodyjny „Port royal” i słynny „Death Or Glory”, który ukazał zespół ze strony bardziej urozmaiconej. Co mogło popsuć tą niekończącą się opowieść o wielkim, niepokonanym RUNNING WILD? Zmiany personalne. Nie zawsze, ale jednak potrafią one naruszyć pewną harmonię, potrafią wprowadzić zamieszanie, niepewność. Choć bandera Kasperka to jeden z nie wielu przykładów, gdzie kto by się nie przewinął w zespole, jakie zmiany by nie zaszły, to i tak RUNNING WILD to przetrzyma nie tracąc swojego charakteru, potencjału. Czemu? Bo RUNNING WILD to Rolf Kasperek. Cały mózg operacji, który nadaje całości odpowiedniego charakteru, który odpowiada za 3 podstawowe elementy. Śpiew, gitara, do tego komponowanie. Po wydaniu słynnego „Death Or Glory” grupę opuścił Majk Moti, jego miejsce zajął Axel Morgan, zaś nowym pałkarzem został AC, który okazał się najbardziej utalentowanym perkusistą tego zespołu. Jego partie są zróżnicowane, dynamiczne, pełne finezji i polotu, to nie tylko walenie dla hałasu. Czysta poezja. Co ciekawe radzi sobie on także skomponowaniem. Nowy skład, mogłoby się wydawać nowe horyzonty. „Blazon Stone” który ukazał się w 1991 r to właściwie album nieco inny aniżeli „death Or Glory” choć bliźniaczo podobny do niego pod wieloma względami. A to pod względem nieco tajemniczego brzmienia, pod względem urozmaicenia. Również pomysł na niektóre utwory brzmi niczym pomysł z poprzednika. Otwarcie tytułowym „Blazon Stone” kojarzy się oczywiście z „Riding The storm”. Melodyjne wejście polane pirackim sosem, przypomina do bólu to z wyżej wymienionego kawałka i co ciekawe również jest połączone z właściwym już utworem. Nie muszę chyba dodawać, jak ważny jest to utwór dla tego zespołu. Już tutaj można się przekonać, jak ogromny wpływ na dynamikę i zróżnicowanie ma AC. Również Jens Becker odcisnął swoje piętno na tym jak brzmi tutaj RUNNING WILD. Melodyjny, porywający riff, kołyszący refren i popisy gitarowe to cechy które oddają charakter tego kawałka. Zmiana tempa, zmiana szybkości, na zadziorność, wręcz nieco rockowe podejście i mamy „Lone Wolf”. Wszystko co najlepsze w tym zespole usłyszymy tutaj. Prosty, aczkolwiek bardzo atrakcyjny riff, brzmienie gitary, piracki refren. Nie zabrakło też bardziej epickiego kawałka, gdzie są momenty porywające, jak i podniosłe. „Slavery” nie jest tej klasy co „Battle Of waterloo” ale nie jest też jakimś wypełniaczem. Co tutaj jest godne uwagi to współpraca i umiejętności Axela Morgana.  Jak wspomniałem AC również radzi sobie z komponowaniem i jego utwór „Fire And Ice” to naprawdę solidna kompozycja, tak bym powiedział z pazurem. Jak najlepiej wypromować album? Wybierając na singiel jeden z najlepszych kawałków na płycie. „Little Big Horn” na to miano bez wątpienia zasługuje. Co mnie urzekło w tym kawałku to takie radosne, luzackie podejście. Świetnie dopasowany refren, który oddaje cały piracki charakter RUNNING WILD. Podobieństwo z „Death Or Glory” da się wyłapać w instrumentalnym„Over the Rainbow” a także w jednym z moich ulubionych utworów na „Blazon Stone” czyli „White Masque”. Są konie które pojawiły się na poprzednim albumie, a muzycznie słyszę zaloty do „Marooned”. Słabo wypada wg mnie „Rolling Wheels” który jest autorstwa Beckera. Toporność, mało atrakcyjny riff i sporo tutaj zapożyczeń z „Branded And exiled”. Już bardziej odpowiada mi jego inna kompozycja, a mianowicie „Straight To hell” który jest najbardziej rozpędzoną i złowieszczą kompozycją na albumie. Jednak to brzmi jak zagubiony utwór z dwóch pierwszych albumów. „Heads Or Trails” brzmi jak zmieniona wersja „Chains And Leather”. Do najlepszych kompozycji na „Blazon Stone” śmiało zaliczam też melodyjny „Bloody Red Rose” i radosny „Billy The Kid” będący jednym z najbardziej pirackich utworów RUNNING WILD.  Album brzmi jak kontynuacja „Death Or Glory” choć nie tej klasy i znów da się wyłapać pewne kosmetyczne zmiany. Zmiany personalne oczywiście nie wpłynęły na styl czy na poziom, dalej mamy ten charakterystyczny piracki RUNNING WILD. Wg mnie zabrakło pomysłu na równy materiał.  Ocena: 9/10

RUNNING WILD - Branded And Exiled (1985)

RUNNING WILD po wydaniu „Gates of Purgatory” może nie zdobył jeszcze tak szerokiej rzeszy fanów co w okresie piractwa, ale jakoś to Rolfa Kasperka nie przygnębiło i na nagrał właściwie niemal identyczny album zatytułowany „Branded and Exiled”. Dokonano drobnej zmiany na stanowisku gitarzysty gdzie Geralda Wernceke który skupił się na działalności pozamuzycznej, obecnie podbija serca starych fanów za sprawą zespołu THE GATE , a w jego miejsce pojawił się jeden z najbardziej utalentowanych gitarzystów RUNNING WILD, a mianowicie Majk Moti. Choć trzeba przyznać, że trzeba było jeszcze trochę poczekać na jego popis umiejętności. Co ciekawe mamy zmianą personalną, a muzycznie nie ma większych różnic. Klimat podobnie mroczny, zresztą jak teksty, nawet brzmienie jest identyczne. Różnica polega na tym, że jest tutaj jakby oddalenie nieco się od mrocznych, wręcz szatańskich klimatów na rzecz bardziej rycerskich, a najlepiej to słychać w takim metalowym hymnie jak „Chains And Leather”, który jest równie atrakcyjny co słynny „Prisoners Of Our Time”. Oczywiście styl, sposób grania i forma jest bez zmian, to dalej ten sam RUNNING WILD co na debiucie, choć mniej surowy to w dalszym ciągu utrzymany w średnio szybkim tempie, z dużą dawką energii, chwytliwych refrenów czy prostych łatwo w padających w ucho melodii. To że album zbytnio nie odbiega od debiutu zawdzięczamy poniekąd Kasperkowi, który jest odpowiedzialny niemal za cały materiał. Satysfakcja podczas słuchania tego albumu właściwie gwarantowana. Już od pierwszych sekund uderza w słuchacza fala uderzeniowa przesiąknięta niemiecką tradycję w postaci „Branded And Exiled”, który idealnie się sprawdza w postaci koncertowego pobudzenia ludzi. Skoro na debiucie wszystko było ok, to po co kombinować, skoro można podać to jeszcze raz ograniczając się do drobnych zmian, czyli innej melodii i refrenu. Rozpędzony „Gods of Iron” czy porywisty „Realm Of Shades” to przykłady utworów, które spokojnie mogłyby się znaleźć na poprzednim albumie. Podobna konstrukcja, podobna melodyjność, wydźwięk, nawet tak samo rozplanowane solówki. Otóż solówki to coś co pozwoliło przetrwać RUNNING WILD w tej mało oryginalnej formie. To właśnie umiejętność wygrywania atrakcyjnych partii gitarowych, to umiejętność komponowania killerów pozwoliła przetrwać zespołowi ten początkujący okres. Jednym z najbardziej rozpoznawalnych kawałków z tego krążka jest tolkienowski „Mordor” które w przeciwieństwie do reszty jest utrzymany w jednostajnym średnim tempie. Jest mrok, jest zimny klimat, a wszystko jednak nie sprawia wrażenia toporności. Kultowa dla mnie jest solówka w tym utworze i rozwiązanie podobne do „Diabolic Force” gdzie bardzo melodyjna solówka kończy kompozycje. A skoro mowa o „Diabolic Force” to podobnej konstrukcji jest bojowy „Fight The Opression” . Natomiast najsłabiej wypada mroczny „Evil Spirit” napisany przez basistę Borrisa. Pomysł na bardziej ponury, bardziej stonowany utwór udany, ale wykonanie nieco gorsze. I tak jak „Gengis Ghan” tak i „Marching To Die” zwiastuje styl jaki zespół zacznie prezentować na kolejnych albumach. Sposób w jaki został zaaranżowany przypomina to co można usłyszeć na „Under Jolly Roger”. Oprócz jasno sprecyzowanego stylu, oprócz wyrównanego i pełnego przebojów materiału, mamy też zwyżkową formę Kasperka jako wokalisty, a to dopiero początek jego szkolenia w tej dziedzinie. Drobne zmiany kosmetyczne, nieco odświeżyły formułę, nie tracąc swojego naturalnego charakteru. Jednak czy zespół byłby tak znany i popularny, gdyby tak grał cały czas? Raczej nie. Ewolucja w kierunku pirackiego stylu przysporzyła zespołowi więcej sławy i dzięki temu są dziś tak wielkim zespołem. O „Branded and Exiled” złego słowa nie mogę napisać. Ocena : 9/10

sobota, 1 października 2011

RUNNING WILD - Death or glory (1989)

Piracka bandera pod dowództwem kapitana Rolfa Kasperka po grabiła, popiła, pobawiła się w Port Royal. Zgromadzili siły i zapasy na kolejną piracką podróż w nieznane rejony. Wyruszając w przygodę, pozostawili po sobie pamiątkę w postaci genialnego albumu o tytule „Port Royl”, który zaliczany jest do kultowych albumów zespołu, a także heavy metalu lat 80. Poprzeczka został zawieszona bardzo wysoko, to też oczekiwania i wymagania względem następnego krążka były ogromne. Piracka ekipa RUNNING WILD jednak nie dała za wygraną i właściwie to co wydawało się nie realne, stało się faktem. W roku 1989 niemiecka kapela nagrała „Death or Glory”, który jest tak samo kultowy jak poprzedni Zespół w dalszym ciągu prezentuje radosny, przebojowy i piracki speed metal. Niby granie to samo, ale tutaj zespół pokusił się o bardzo urozmaicone kompozycje. Riffy i refreny są bardziej urozmaicone i granie jest bardziej dojrzałe. Przyczyn takowych zmian można się do szukać w zmianie personalnej perkusisty. Stefan Schwarzmann zasilił skład zespołu Udo Dirkschneidera i jak się okaże nie na długo. W międzyczasie w szeregach Running Wild pojawił się kolejny znakomity muzyk Ian Finaly. Choć styl i koncepcja w dalszym ciągu jest taka sama to jednak da się wyczuć kilka różnic. Death or glory ma o wiele bardziej dopracowane brzmienie, w moim odczuciu nie jest tak dynamiczna jak Port royal. Pozostał urozmaicony materiał,a także spory wkład w komponowanie nie tylko Kasperka. Okładka narysowana przez Sebestiana Krugera, to bodajże jedyny minus tego albumu, bo uważam, że jest ona za skromna do tak genialnego krążka. Warto podkreślić, że dopieszczone brzmienie uzyskał własnoręcznie lider zespołu Rock'n Rolf.

Bardzo ciekawym pomysłem było połączenie intra z pełnometrażową kompozycją, co dało w efekcie ponad 6 minutowy otwieracz. Słyszałem wiele kompozycji otwierających, ale „Riding the storm” to bez wątpienia czołówka heavy metalowych albumów. Kawałek jest zaliczany do najlepszych w historii zespołu i do końca kariery był grany na każdym koncercie. Nie ma się czemu dziwić, bo to petarda i killer z prawdziwego zdarzenia. W pierwszej, introwej części zachwyciło mnie piracka melodia, który wydobywa się z partii gitarowych. Duet Kapserek / Motii brzmi tutaj jeszcze lepiej, co wydawało się nie możliwie. Dialog między nimi jest niczym poezja. Szybko epicki motyw przeradza się w pędzącą petardę. Mamy tutaj pędzącą sekcję rytmiczną i jeden z najlepszych riffów, jakie powstały w heavy metalowym światku. To dopiero jedna strona medalu. Kasperek jako wokalista poczynił znaczące postępy. Jego wokal jest głośniejszy, bardziej drapieżny.
W innej tonacji jest utrzymany „Renegade” bo też i kompozytorzy inni. Tym razem Kasperek i Finlay. Niby to co zawsze, a jednak słychać bardziej stonowane tempo i bardziej rasowy riff i to w sumie brzmi na miarę trzech pierwszych albumów. Jedno trzeba przyznać, że zespół zaczął bardziej urozmaicać swoje kompozycja i tutaj już można to uświadczyć. Jakiś narrator, jakieś zwolnienie i sporo i innych smaczków, które czynią ów muzykę, jeszcze bardziej ciekawszą niż mogłoby się wydawać. Podobne urozmaicenie i bawienie się melodiami i motywami słychać w „Evilution”. Tym razem udział w komponowaniu wzięło trzech muzyków: Finlay, Kapserek, Becker. Utwór dzielę na dwie części. Początek, czyli tajemnicze wejście, gdzie gitary są jakby schowane i wygrywają jakąś piracką melodię. Jednak to właśnie ta druga część ma więcej do zaoferowania. Epicki wydźwięk, skoczny, stonowany riff, który jest odegrany w wolnym tempie. Można by rzec, jak nie RUNNING WILD. Największą zaletą tego kawałka jest jego skoczność i rytmiczność. Również w innym klimacie niż ten do którego przyzwyczaił nas zespół jest „Running Blood”. Wstęp, tajemniczy, ba nawet mrocznie. Sekcja rytmiczna riff brzmią znajomo i tym razem słychać inspirację MERCYFUL FATE z dwóch pierwszych albumów. Piracki refren i urozmaicone partie gitarowe tylko dodają pazura kawałkowi. Tym, który przypadł instrumentalny kawałek z płyty poprzedniej, z pewnością przypadnie do gustu popis talentu Beckera w „Highland Glory”. Bas tutaj można by rzec, że płynie. Niesamowity efekt. Druga część albumu to przede wszystkim szybsze granie. Drugą petardą na albumie jest „Marooned”. Co lubię w tym utworze, to pirackie chórki, skoczny i rytmiczny i riff i imponujące pojedynki gitarowe. Potem mamy dwa kolejne klasyki czyli skoczny „Bad to the Bone”, które również było grane na każdym koncercie, a także rozpędzony „Tortuga bay”. Majk Moti na tym albumie się nie wyszalał jeśli chodzi o kompozytorstwo i jemu przypisuje się tylko tytułowy „Death or glory”. Wstęp nieco dezorientuje, ale dalej mamy klasyczny RUNNING WILD. Skoczny, melodyjny i pełen piractwa. Całość zamyka najbardziej rozbudowana kompozycja na albumie, słynny „The battle of waterloo” i tutaj niektórzy doszukają się MANOWAR, może i słusznie bo klimat wojny i epicki charakter da się wyczuć. Przede wszystkim jest pełno atrakcyjnych dla ucha melodii i motywów, a to wszystko jest z sobą powiązane i nie ma mowy o chaotycznym graniu. Utwór ponadto bogaty jest w sporo kultowych partii gitarowych. RUNNING WILD dorobił się pełno kolosów, ale ten jest bez wątpienia jednym z najlepszych w historii zespołu.

Śmierć czy chwała? To pytanie, które należy postawić sobie przed słuchaniem płyty. Kilka zmian, kilka świeżych pomysłów, ale drastycznego porzucenia starego stylu nie ma, co jest zaleta. Bo nie zmienia się tego co jest genialne. Album dopieszczony pod względem produkcyjnym, jak i pod względem kompozycji. Materiał jest równy i do tego urozmaicony. Oprócz piractwa da się tu wyczuć nutkę tajemniczości czy mroku. Muzycy jeszcze bardziej się rozwinęli zwłaszcza Kasperek jako wokalista i Moti jako gitarzysta. Dla niektórych muzyków jest to ostatni rejs pod banderą RUNNING WILD, jednak ani dla nich, ani dla owego albumu nie była to śmierć, a chwała po wszech czasy i pozostawienie po sobie śladu w muzyce heavy metalowej końcówki lat 80. Jedna z najlepszych płyt RUNNING WILD i to powinno posłużyć za jedyną, słuszną rekomendację tego krążka. Ocena:10/10

sobota, 24 września 2011

RUNNING WILD - Port royal (1988)

Port Royal to miasto, które dzisiaj na mapach świata nie istnieje. Owe miasto było stolicą Jamajki w latach 1655 -1692. W owych latach miasto było jednym z najważniejszych portów morskich na Karaibach. Port Royal był główną siedzibą piratów, kryjówką także dla wielu zbrodniarzy. Nazwa jak i same miasto posłużyło jako inspiracja do wielu projektów. Przytoczę dwa najważniejsze: Piraci z Karaibów i Running Wild. Oba są świetnie wykorzystane. Jednak ja zajmę się tym drugim. Był statek piracki w genialnym „Under jolly Roger”, który zespół rozpoczął piracką przygodę. Teraz czas przyszedł na przycumowanie do pirackiego portu Royal. Jeśli się jest w tematyce pirackiej to było wręcz pewne, że ów port pojawi się w końcu w muzyce Kasperka. Port Royal to album numer 4 w dyskografii zespołu. Mówi się, że Running Wild gra to samo, coś jak Ac/Dc jednak do końca mi to nie pasuje. Jasne, że styl zbytnio nie ulega zmianie, bo jak mogło to być skoro większość utworów pisze Rock n Rolf, skoro to on pisze linię muzyczną, a jednak da się wyłapać, różnice między Port royal, a Under Jolly Roger. Po pierwsze brzmienie, bardziej złagodzone, bardziej takie spłaszczone, nie jest tak mrocznie i ciężko jak na poprzedniku. Po drugie, album ma po raz pierwszy w historii zespołu, intro, instrumentalny utwór, a także taką bardziej rozbudowaną kompozycję, trwającą powyżej 6 minut. Po trzecie mam wrażenie, że na Port royal mamy o wiele więcej szybszych kompozycji. Po czwarte, pierwszy raz mamy tak wyraźne ..chórki o zabarwieniu pirackim. Mamy rok 1988, a więc rok po „Under Jolly Roger” kilka miesięcy po koncertówce „Ready For boarding” i zespół by wstanie wydać nowy krążek. Jestem pełen podziw, bo nie jest to partanina, fuszerka, byle tylko zaspokoić fanów, a genialny album, który umocnił pozycję zespołu i do dziś jest wymieniany jako jeden z kultowych albumów końca lat 80. W przeciwieństwie do poprzednika słychać, też wyraźną zmianę w sekcji rytmicznej. Mamy w zespole Jensa Beckera i Stefana Schwarzmana. Produkcją zajął się sam zespół, więc cudów nie ma, ale powodów do narzekań też nie ma. Zaś piracką okładkę narysował Sebastian Kuger. Co jest słyszalne to, że mamy zróżnicowanie kompozycyjne. Zawsze Kasperek był odpowiedzialny za prawie cały materiał,a tym razem pozostali członkowie też mieli sporo do powiedzenia. Mogłoby się wydawać, że poziom poprzednich albumów jest wysoko postawiony i że można teraz lecieć tylko w dół, a tutaj niespodzianka, bo zespół nawet jakby poszedł do góry.

W przeciwieństwie do poprzednich albumów mamy po raz pierwszy w historii zespołu jakieś intro, jakieś nastawienie na klimat. Jest klimat uczty, zabawy i pirackiego szaleństwa, które słychać w porcie, w porcie Royal. Słychać ciekawy dialog i szaleńczy śmiech kapitana Kasperka. Intro szybko przechodzi w utwór właściwy, a mianowicie w „Port royal”. Mamy charakterystyczny riff. Słychać chemię między Motim, a Rock'n Rolfem. Sam riff jest bardzo melodyjny, łatwo wpadający w ucho, a do tego bardzo piracki. Oczywiście od pierwszych sekund dała mi się we znaki sekcja rytmiczna. Jest nieco inna niż na poprzednich albumach, taka bardziej wyrazista. Becker to był znak rozpoznawczy zespołu. Ten jego niesamowity styl, który pozwalał poczuć potęgę basu. Rozpatrując kawałek pod względem stylu, to mamy to co zespół prezentował na poprzednim albumie. Mamy wysuniętą piracką melodię,a także chwytliwą gitarę rytmiczną,który skupia się żeby było w miarę ostro i heavy metalowo. Oczywiście czym byłby Running Wild, bez pirackiej warstwy lirycznej,a takowa tutaj jest. Dalej mamy też krótki czas trwania utworów, które skupiają się wokół 4 minut. Riff to dopiero początek, bo potem mamy prosty, aczkolwiek koncertowy i bardzo piracki refren. Nic dziwnego, że utwór przeszedł do kanionu muzyki Running Wild i nie bez powodu wymienia się go jako jeden z najlepszych utworów zespołu. Na koncertach promujących „Port Royal” często grany był też „Raging Fire”. Jest to bardzo dynamiczny utwór, nawet bardziej niż poprzedni. Mamy tutaj prosty riff, nieco skoczny, nieco surowy, ale to jest jego urok. Bardzo udanym pomysłem było zwolnienie i na stawienie się na podniosłość w refrenie to robi na mnie ogromne wrażenie. Utwór skomponowali Kasperek, Moti, Schwarzmann. Utwór niestety krótki, ale to też można uznać, za plus, bo nie ciągnie się przynajmniej w nieskończoność. Na albumie znalazł się także popis kompozytorski Motiego. „Into the Arena” to bodajże najszybsza, a na pewno jedna z tych najszybszych kompozycji na albumie. Słychać, że utwór skomponował drugi gitarzysta, a słychać to riffie, który jest wygrywany przez gitarę prowadzącą. Oprócz szybkiego pędzącego do przodu refrenu, mamy też łatwy i przyjemny dla ucha refren. Ale ten album to nie tylko kopalnia pirackich riffów, czy refrenów. To także kopalnia znakomitych solówek, a takowe nam towarzyszą w każdym utworze, także w tym. Fakt, nieco krótka, ale cóż poradzić skoro sam utwór trwa 4 minuty. Kolejnym klasykiem z tego albumu jest „Uaschitschun” i co ciekawe to właśnie Rock n rolf skomponował te nieśmiertelne klasyki jak ten. No podoba mi się to wejście i ta niezwykle chwytająca melodia i mam żal do zespołu, że nie pociągnął tego motywu dalej. Po paru sekundach, wkracza nieco inny riff, bardziej skoczny, bardziej hhmm rockowy. Muszę przyznać, że utwór jest też jednym z tych najłagodniejszych na płycie. Słychać to w zwrotkach, nie ma takiego pędzenia, Rolf tez bardzo łagodnie śpiewa, do tego ten ciepły refren, nawet pod metalowy hymn to można podciągnąć. Warto też zaznaczyć, że mamy w końcu utwór liczący 5 minut. Pewnym novum jeśli chodzi o muzykę Running Wild jest instrumentalny kawałek w postaci 'Final Gates”. Utwór też w nieco innym stylu, bardziej stonowany i bardziej skupia się na popisie basisty Beckera, to też nic dziwnego skoro to on jest autorem tego kawałka. Bez wątpienia najlepszym na albumie, przynajmniej dla mnie jest „Conquistadores”, którego autorem jest oczywiście Kasperek. Gdy słucham za każdym razem tego utworu nie dziwię się, że określa się muzykę RW pirate metal. Ten klimat, te pirackie chóry, ta melodia, którą można by nucić na pirackiej łajbie. Utwór jest skoczny, melodyjny i łatwo w pada w ucho. RW niczym IM z łatwością tworzył hiciory, które w łatwy sposób przeszły do historii metalu. Wejście w postaci partii basowej Beckera bardzo pomysłowe. Jest tajemniczy klimat, ale potem główny riff, wszystko wyjaśnia i mamy jeden z najlepszych utworów jakie RW kiedykolwiek stworzył. Ciekawskich odsyłam do klipu, który został nakręcony do owego utworu. Drugą kompozycją Motiego jest 'Blown to Kingdom Come” i można mu zarzucić, a że za wolno, a że za mało RW. Tak utwór nieco w innej stylistyce, tutaj mamy taki waleczny heavy metal, może nie ma pędzącego riffu. Ale jest skoczny i prosty riff, przy którym chce się tupać, a to też dobra nowina. Refren bardzo wciąga i to jest dowód na to, że zespół nie wciska nam wypełniacza, a kolejny killer. Tym razem przy solówkach miałem wrażenie że słucham solówek Judas priest z okresu „Screaming For veangeance”. Moti pokazał na tym albumie, że jest nie tylko wspaniałym gitarzystą, ale też znakomitym kompozytorem, na pewno nie gorszym, niż lider zespołu. Jedną z najkrótszych kompozycji na albumie jest „Warchild”, ale w moim odczuciu jest to najszybsza kompozycja na albumie. Tutaj zespół nie zwalnia ani na chwilę. Utwór dynamiczny i sporo pracy włożył tutaj Schwarzmann. Kawałek to prawdziwy dynamit, więc radzę uważać. Również Kasperek na spółkę z Schwarzmannem stworzył 'Mutiny” i kawałek ma zmiany temp i melodii. Podobają mi się te marszowe wstawki, zwłaszcza melodyjny refren i zagrzewający do walki tekst : „Stand up and fight”. Pewną nowością w muzyce Running Wild, jest kompozycja trwająca ponad 8 minut. „Calico jack” to piracka opowieść, w której natężenie piractwa przekracza normalny poziom. Utwór skomponowany przez Ksperka, Schwarzmanna i Motiego. Zespół wybrnął z tego kolosa w zwycięskim stylu. Utwór najdłuższy i bez problemu stanowi on czołówkę tego albumu. Mamy tutaj sporo atrakcyjnych melodii i motywów, a popisy gitarowe tylko wciągają słuchacza i przenoszą w ten piracki świat Running Wild. Kolosy nie każdy potrafi tworzyć, bo jedni albo silą się na siłę, byle tylko było długo, a tutaj zespół nic nie ciągnie na siłę, a same rozbudowanie wyszło w sposób naturalny. Co ważne zespół trzyma się głównego motywu i wszystko się trzyma kupy. Nie przesadzę, jeśli na piszę, że to jeden z najlepszych kolosów Running Wild, choć takowych zespół miał pełno.

Wycieczka do pirackiego portu Royal okazała się strzałem w dziesiątkę. Zespół zaprezentował pirackie szaleństwo, jak bawić się przy pirackich szlegierach, melodiach, które można bu nucić na pirackim statku, można by uznać za pirackie hymny. Running Wild to fenomen, który podążą własną drogą. Kapitan Kasperek dba o dobro swojej załogi, dba o dobre imię swojej bandy pirackiej, to też nie wypuszcza przeterminowanych produktów, a otrzymaliśmy świeży towar. Zespół pomimo ograniczonego pola manewru dostarczył nam kolejny piracki album, z pełną dawką melodii i killerów. Nie ma słabej kompozycji, a oprócz killerów można się do szukać instrumentalnego kawałka, czy tez bardziej stonowanego, hymnowego Uaschitschun. Minus? Nie ma, a na siłę, można ponarzekać na brzmienie. Jak dla mnie jeden z kultowych albumów heavy metalowych i jeden z najlepszych albumów Running Wild. Jaki kurs teraz obieramy kapitanie? Przed siebie w kierunku Death or Glory. Nota: 10/10 . Jeden z tych albumów, które trzeba znać.

środa, 10 sierpnia 2011

RUNNING WILD - Masqverade (1995)

Running Wild jest wielki i przez kilka lat wydawał albumy, które dzisiaj są już klasykami. Jednak jednego nie mogę pojąć dlaczego album „Masqverade”, następca Black hand Inn wydany 1995 nie jest najlepiej postrzeganym albumem? Dlaczego jest pomijany do wymieniania wśród najlepszych krążków? Czyżby fakt, że zespół znów poniekąd wrócił do tekstów o szatanie? No bez przesady mamy tutaj wymieszanie pirackiej przygody z demonami i satanizmem. Co więcej bardzo udane i nie odbiegające od tego do czego nas przyzwyczaił zespół. Zespół nagrał krązek w takim samym składzie i produkcją również zajął się lider zespołu Rock'n Rolf. Jeśli o mnie chodzi uważam ten album za ich jeden z najszybszych, najpotężniejszych i najmocniejszych albumów w historii. Brzmienie albumu jest znakomite, gitarki niczym z albumu painkillera, a perkusista Jórg Michael odwalił tutaj kawał dobrej roboty, właśnie za ten album go lubię. Krążek ten na pewno rożni się od wszystkich dotychczasowych albumów, ponieważ do tej pory żaden album nie brzmiał tak potężnie, żaden też nie cechował się taką szybkością, jaką tutaj prezentuje zespół. Wyobraźcie sobie album, gdzie mamy praktycznie same szybkie kawałki typu Riding The Storm. Oj tak, tego tutaj jest pełno. Po prostu nie chce się wieżyc , że to wciąż ten sam zespół. Słychać to odmienność na samym początku, a zwłaszcza jeśli puścimy ten album po jakimś starym albumie tego zespołu np. po Port Royal, czy choćby Blazon Stone. Jest to album różnicy się, ale nie traci on tym na swojej mocy, wręcz przeciwnie -zyskuje. Tutaj lider zespołu stworzył perfekcyjne brzmienie, o jakim wiele zespołów mogło pomarzyć w owym czasie. Oprawą graficzną znów zajął się Marshall. Jak dla mnie obok poprzedniej okładki i obok Under Jolly Roger najlepsza okładka zespołu,bardzo mroczna,budząca grozę i te demony ściągające swoje maski od razu przypomina mi się horror „Oni czasem wracają”. Oczywiscie wszystkie utwory skomponował nie kto inny niż Kasparek.
No a zawartość albumu jest również piekielna co okładka!

The Contract”- hehe panowie wykorzystali sprawdzony patent na 2 poprzednich albumach, z naciskiem na ten ostatni. Album otwiera świetne intro z piekielnym klimatem , który sprawia , że człowieka przechodzą ciarki! Znowu mamy dialog, ale jest on bardziej udany niż na poprzednim albumie. A to YES,MASTER dopiero nadaje uroku. Mamy tak więc pakt zawarty między trzema bohaterami z okładki z diabłem. Brzmi to mrocznie i przerażająco. No ale po chwili kończy się gadka i zaczyna się przygrywka, wchodzą gitarki wraz z pozostałymi elementami, riff bardzo mocny i rozbujany na maksa. Krótki ale konkretny utwór, gdyby tak rozbudować to intro to powstałby świetny utworek instrumentalny. Świetna gra perkusisty i słychać że album będzie bardzo dynamiczny i ostrzejszy niż wcześniejsza dokonania piratów.
Co przerodziło się z tego mocnego intra? Killer moi drodzy, a mianowicie tytułowy „Masqverade” Brzmi bardzo mocarnie owy kawałek. Ma szybkie tempo i mam na myśli naprawdę szybkie tempo. Jórg Micheal to bohater tego albumu. Jest dynamicznie, ale i melodyjnie i co ciekawe inny klimat, nieco inna warstwa tekstowa, ale to wciąż Running Wild. Wciąż słychać rozpoznawalny styl Kasperka. Co ciekawe tutaj, na tym albumie Rock'n Rolf osiągnął swój najwyższy poziom jako wokalista. Dynamika i dzikość nie ustępuje ani an chwilę, w tym utworze. Kolejny jest „Demonized” który może i jest nieco wolniejszy, ale i tak słychać żwawe granie. Słychać riff, który brzmi jak większość riffów tego zespołu. Oczywiście partie gitarowe bujają i pomimo tego że tekst opowiada o złu który nas otacza, które opanowuje nas i popycha do złych czynów. Mroczny i nieco
posępny klimat, ale gdzieś piractwo RW towarzyszy nam, najwięcej w refrenie, takim też typowym dla zespołu. Kolejny killer, jeden z lepszych kawałków na tej płycie „Black Soul” i to jest właśnie cały styl na tym albumie. Dynamika, agresja i tematyka dotycząca szatana i zła. Oczywiście znów mamy tematykę o zaprzedaniu swojej duszy Lucyferowi. Muzycznie jest perfekcyjnie. Jest szybkie i energiczne tempo. Jest agresja, jest melodyjność i porywające solówki. Ten utwór należy zaliczyć do najszybszych petard zespołu ever. Najwięcej piractwa można wyczuć w „Lions of The Sea
kolejny morderczy kawałek, coś w stylu The Phathom Of..., ale bardziej podrasowany, z większym wykopem! Jest to nieco wolniejsze tempo, ale wciąż słychać dynamikę i zadziorność, wciąż słychać to potężne brzmienie gitar i perkusji. Partie gitarowe, czy refren to znak firmowy zespołu i tutaj to słychać. Kawałek jest porywający i bardzo koncertowy. Nieco mniej porywający, a raczej mniej drapieżny i dynamiczny jest „Rebel At heart”. Utwór ma ciekawie skomponowany riff, taki gitarowy i chwytliwy, jednak brakuje w nim ognia. No i refren to wręcz piracki hymn i taki porywający jak większość refrenów tego zespołu. Pomimo dobrego poziomu, kawałek należy zaliczyć do tych słabszych. Na szczęście album przepełniony jest szybkimi killerami taki jak „Wheel of Doom”. Ciekawa tematyka dotycząca tego, że wierzący w szatana, są ślepi mu posłuszni i to oni trzymają swoim reku przeznaczenie i to oni mogą wpłynąć na zło które niosą ze sobą. Utwór należy zaliczyć do tych najszybszych na płycie i tak w ogóle to jest to dzika i zarazem bardzo porywająca kompozycja. Bardzo dobrze prezentuje się też odegrany w nieco wolniejszym tempie refren, który bardzo łatwo w pada w ucho. Niestety znajdą się też na albumie nieco słabsze kawałki jak taki „Metalhead” słychać tutaj styl z poprzedniego albumu i tam by najlepiej by pasował. Jest to nieco surowsze granie, riff też jakby będący ukłonem w stronę pierwszych albumów. Jest to może i chwytliwe, ale jest to utwór o klasę niższą niż wcześniejsze utwory.
Wskazać najbardziej piracki i najbardziej chwytliwy kawałek? O proszę „Solei Royal” to jest to co najlepsze w RW, chwytliwy i taki bujający riff i refren który niesie ze sobą wolność i radość. Prawdziwy piracki hymn. Zawsze jednak moją słabością był i jest po dzień dzisiejszy „Men in Black”. Nie wiem czy to przez tematykę o istotach pozaziemskich, czy przez ten genialny riff, taki odegrany z hard rockową pasją. Tak się gra riffy metalowe, który mają porywać i zostawiać w pamięci na długo. Taki właśnie jest riff do tego kawałka – jedyny w swoim rodzaju.
A na koniec mamy demoniczny”Underworld” tutaj słychać, że mamy do czynienia z najbardziej rozbudowaną kompozycją na albumie, słychać też że mamy podobny styl do tego z poprzedniego albumu. Oczywiście jest średnie tempo, a także chwytliwe melodie , czy też zapadający w głowie refren, po raz kolejny mamy do czynienia z killerem. Kawałek idealnie kończy album,zwłaszcza ten głos demona, który był słyszalny w intrze. No i na plus tematyka o podziemnym świecie, w którym to ukrywa się największe zło świata, w którym to czają się demony.

MASQVERADE jest wg mnie najmocniejszym albumem z całej dyskografii zespołu. Przepełniony kilerami , który opanowują nas. Krążek ten jest bardzo wyrównany, nie ma jakiś wpadek, gniotów, czy wypełniaczy, choć zdarzą się tylko bardzo dobre kompozycje jak „Metalhead” . Solidny album , który na pewno rożni się od poprzedniczek, zarówno tematycznie( mało tu jest o piratach), stylistycznie, ponieważ Running Wild jeszcze do tej pory nie grał tak ostro i potężnie. Jasne nie pierwszy raz słychać ich w szybszej stylistyce, ale tutaj jest tako jakby więcej, do tego gra Jórga Micheal i brzmienie dolewają oliwy do ognia i tak o to mamy najdrapieżniejszy album bandery Running Wild.Również każdy członek załogi włożył troszkę serca do nagrania tej genialnej płyty! Rock'n rolfa jako gitarzysta i kompozytor pokazał na co go stać, można powiedzieć , że przeszedł sam siebie tworzyć takie genialne utworki jak tytułowy, Wheel of domm, Men in black, Black soul , jak i cały ten album. Również jako wokalista postarał się , pokazał fanom , że potrafi troszkę inaczej zaśpiewać, a mianowicie agresywniej, z pazurem i to też jest najlepszy album jeśli chodzi o jego wokal. Na duże brawa zasługuje pan Jórg Michael , który z wielkim zapałem wali w gary ! Istna moc. Oczywiście drugi gitarzysta odwalił kawał dobrej roboty, uważam , że ten duet był genialny zaraz po kasperek/motti. Od tego albumu ani na sek nie wieje nudą,cały czas coś się dzieje, cały czas płyta zaskakuje słuchacza(przynajmniej mnie).Brzmienie jest kolejnym elementem stanowiącym o ideale tego albumu! Płyta naprawdę jest warta kupna za te 45 zł , na pewno nie pożałujecie kupując w ciemno , tak jak ja nie pożałowałem. Album jak najbardziej zasługuje na 9.5/10