Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Warlock. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Warlock. Pokaż wszystkie posty

środa, 31 sierpnia 2011

WARLOCK - Triumph and Agony (1987)

Ostatnim rozdziałem niemieckiej legendy heavy metalowej czyli Warlock jest album”Triumph and Agony” z 1987 roku, który jest tak samo genialnym albumem jak debiut i na tym krążku właściwie znalazły się największe przeboje zespołu. Album ukazał się w zmienionym składzie, gdzie na miejsce gitarzysty Petera Szigettiego pojawił się Tommy Bolan, zaś na basie pokazał się Tommy Henriksen. Produkcją albumu zajął się Joey Balin, zaś tą klimatyczną okładkę narysował Geoffrey Gillespie. A jaką muzykę zawiera ów 4 album niemieckiej formacji? Ano dalszy ciąg mamy rasowego heavy metalu, prostego, melodyjnego, gdzie słychać echa Judas priest, Accept, czy Dokken. W przeciwieństwie do poprzedniego albumu nie ma tyle zalotów pod hard rocka, jest więcej killerów i przebojów.

Już na wstępie otrzymujemy jeden z nich. „Ale We Are” to klasyk i chyba najbardziej rozpoznawalna kompozycja tej niemieckiej formacji. Tutaj słychać miks partii gitarowych w stylu Judas Priest z refrenem, tempa i klimatu Accept i trzeba przyznać że ta receptura sprawdza się już od debiutanckiego albumu. Utwór jest prosty jak budowa cepa, jest chwytliwy i do bólu szczery riff, jest także koncertowy i taki bojowy refren i takim graniem Warlock, przekonał do siebie fanów muzyki heavy metalowej. Jednym się to podoba, a innym nie. Na początku może niektórych drażnić kiepski angielski akcent Doro, ale kogo to obchodzi? Liczy się muzyka,a ta tutaj jest prężna. Jako ciekawostkę warto dodać, że nakręcono do tego utworu udany klip. Oczywiście nie zabrakło prawdziwych speed metalowych petard. Jedną z nich jest „Three Minute Warning”. Nie doszukacie się tutaj nowoczesności, oryginalności, czy tez jakiegoś kombinowania. Jest to kolejna prosta kompozycja, która jest nastawiona przede wszystkim na melodie,szybkość i na wokal Doro. Tak więc, kolejny rasowy heavy metalowy kawałek, który idealnie oddaje styl Warlock. Klasyk i przebój w jednym. Znów Accept i Judas Priest daje o sobie znać w „I rule The Ruins”, ale nic dziwnego skoro od debiutu Warlock z tych dwóch zespołów najwięcej czerpał. Warto jednak podkreślić, że to jedna z tych łagodniejszych kompozycji. Ma takie hard rockowe zaloty, zwłaszcza podczas refrenu czy też gdy słychać jest sekcję rytmiczną. Doro tutaj nawet stara się czysto śpiewać i świetnie jej to wychodzi. Klasyk? Jak nie, jak tak. Poziom niestety siada przy „Kiss Of Death” i tutaj trzeba przyznać, że odbiega od poprzednich. Zresztą do następnych też startu nie ma. Nie ma takiej dynamiki, nie ma przebojowości, a partie gitarowe też wiele do życzenia pozostawiają. Kawałek ten to taki typowy wypełniacz. „Make Time for Love” to jedna z dwóch ballad, z tym, że nie ma startu do ballad które Warlock stworzył na poprzednich albumach. Jest tylko dobrze, a mogło być lepiej. Mamy ciepły, romantyczny klimat i porywający refren, lecz jakoś główny motyw mało przekonujący jest. Solówka tutaj też mało wyraźna. Kolejnym przebojem i takim klasykiem Warlock jest „East meets west” i co by nie powiedzieć to znów proste heavy metalowe granie. Jest Accept, a także Judas Priest z Britisch steel. Znów słychać prostotę w głównym motywie, a także w refrenie, ale taki właśnie jest Warlock, taki był do ostatniego albumu. Trzeba zaznaczyć, że kawałek łatwo wpada w ucho. No i Judas Priest musi ustąpić Warlock w jednej rzeczy. Warlock pierwszy stworzył swój „Touch of Evil” i nie ma co owijać w bawełnę jest to najszybsza, najagresywniejsza kompozycja na albumie, a także w historii zespołu. Na uwagę zasługuje nie tylko pędząca sekcja rytmiczna i ostre partie gitarowe, ale przede wszystkim wokal Doro, tutaj tak naprawdę pokazała swoje umiejętności. Najbardziej rockowym kawałkiem na tym albumie jest „Metal Tango” i jest to najbardziej wyróżniająca się kompozycja z tego albumu. Jest coś z rytmów tanga, co można usłyszeć w choćby skocznym tempie. Główny motyw, prosty i zarazem bardzo melodyjny. Gitary tutaj niosą ze sobą emocje, do tego na utworze panuje taki tajemniczy klimat. Tak jest rockowo i przebojowo. Jak dla mnie najlepsza kompozycja na albumie. No i chcąc nie chcąc słychać Accept ten „Head Over Heals” Niczego nie wnosi kolejny przebój na albumie „Cold, Cold World”. Znów mamy czerpanie z Accept czy z Judas Priest. Znów postawiono na przebojowy refren i prosty riff. A czego innego się spodziewaliście? Kultową ballada jest „Fur Immer” zaśpiewana oczywiście przez Doro w języku niemieckim. Jest on klimatyczna, wzniosła, taka romantyczna. Pomimo tego niemieckiego języka, da się tego posłuchać i nawet po sławić. Ciekawie jak byto brzmiało po angielsku?

Ostatni klasyczny Warlock z prawdziwym rasowym heavy metalem. Pomimo że Warlock niczego nowego nie odkrył, ba grał wtórnie, opierając swoją muzykę na drogach przetartych przez Accept i Judas Priest, a mimo to odnalazł się na rynku heavy metalowym. Zyskał fanów, zyskał uznanie i przeszedł do historii jako legenda, jako gwiazda sceny niemieckiej. I zakończenie działalności w postaci „Triumph and agony” było najlepszym zakończeniem jakim można było sobie wyobrazić. Zespół nagrał znakomity album zawierający muzykę jaką Warlock prezentował od debiutu, choć tym razem jest więcej przebojów i killerów niż zwykle i za ledwie dwie słabsze kompozycje. Album jest kultowy wśród fanów muzyki heavy metalowej, pomimo że niczego nie wniósł do gatunku, pomimo że nie jest perfekcyjny. Obok debiutu najlepszy album Warlock. Klasyka. Nota:9/10

poniedziałek, 29 sierpnia 2011

WARLOCK - True As Steel (1986)

Co mi się podoba w niemieckich kapelach to ich wyrafinowanie, trzymanie się jednego stylu, a przynajmniej trzymanie się tej samej struktury. Można tutaj wiele zespołów wymieniać, a jednym z nich jest bez wątpienia Warlock, założony przez Doro Pesch. Ich muzyka nie ulegała zmianie, co albumy to praktycznie to samo. Z tym, że na Hellbound było nieco ciężej, mniej przebojowy i właściwie kolejny album”True as steel” z 1986 roku to taka mieszanka przebojowości z debiutu i tego nieco cięższego heavy metalu z drugiego albumu. Tempo w jaki pracował Warlock było godne podziwu bo rok za rokiem pokazywał się kolejny album, a zespół przecież także koncertował. Muzyka się utrzymała, choć zespół nie. Już w 1985r Niko Arvanitis zastępuje gitarzystę Rudy’ego Grafa, ale zmiana zbytnio nie wpłynęła na muzykę i jej poziom. Produkcją po raz kolejny zajął się H. Staroste. Jest szczery heavy metal, ale jest też szczypta glam metalu kojarząca się choćby z Dokken, jest hard rock. Ale to wciąż Warlock z Doro Pesch na wokalu.

Choć na albumie znalazło się tym razem 11 kompozycji, to jednak nie wpłynęło to na długość trwania albumu. Wciąż krążek trwa mniej niż 40 minut. I mamy materiał dość urozmaicony. Mamy szybki, wręcz speed metalowy otwieracz „Mr. Gold” i tutaj słychać styl, poziom, przebojowość debiutu i to wróżyło na naprawdę dobry materiał. Jasne, że słychać podobne inspirację co na poprzednich płytach, a więc Accept, Judas Priest, Saxon. Bardzo melodyjny riff został tutaj zagrany, a i dobrze bo takich partii gitarowych potrzeba, bo to właśnie one przyczyniają się, że zostaje coś w głowie po tych 4 minutach. Jak dla mnie jedna z najlepszych kompozycji jakie stworzył Warlock. Bardzo chwytliwy refren tutaj został stworzony, bo jak można być obojętnym na „No mercy for mr. Gold”? Nie zabrakło też wręcz hymnowego „Fight for Rock” do którego nakręcony pierwszy klip zespołu. Bardzo dobra kompozycja utrzymana w średnim tempie, z bardzo chwytliwym, koncertowym refrenem. Też jedna z ciekawszych kompozycji na albumie. Nieco glam metalu, nieco Dokken, nieco Scorpionsów i mamy “Love in the Danger Zone”. Jak można usłyszeć Heavy Metalu jest mniej, bardziej nastawiono utwór na łagodniejszy wydźwięk, na przebojowość i przyjemnie się tego słucha. Najlepiej prezentuje się solówka i refren. Znów „Burning the Witches” można usłyszeć w „Speed of Sound”, gdzie mamy pędzącą sekcję rytmiczną, gdzie mamy dynamiczny riff, sporo prostych i chwytliwych melodii. Jednak zabrakło nieco przebojowości i tu winą obarczę nieco mało wyrazisty refren. Czy wam się podoba czy też nie, jest to jedna z najlepszych kompozycji na albumie. Tajemniczo się zaczyna „Midnite in China” gdzie nawet słychać klawisze. Kawałek ma urokliwe, średnie i takie skoczne tempo. Dobrze też została rozegrany główny riff, jest prostota, jest melodyjność. Refren no to takie glam metalowe i hard rockowe wcielenie. Jest dobrze i tylko dobrze, bo słyszę spadek formy. Jedną z moich ulubionych kompozycji w całej karierze Doro jest „Vorwarts, Allright”. No to jest Warlock jaki lubię, szybki, dynamiczny, melodyjny i przebojowy. Tutaj wszystko jest prosty, ale tak szybko wpada w ucho, że nie sposób się od tego uwolnić. Perfekcja i szkoda, że więcej takich perełek na albumie nie ma. Dla mnie kawałek bardziej by pasował do „Burning the Witches”. Nieco Judas priest, nieco Saxon, trochę hard rockowego zacięcia i mamy kolejny hicior w postaci tytułowego „True as steel”. W utworze może się podobać nie tylko skoczne tempo, prosty rasowy riff, ale też taki rycerski, bojowy refren, który jest bardzo podniosły. Kolejna mocny punkt na albumie. Prosty i taki nieco łagodniejszy jest również „Lady in Rock'n Roll Hell” i również jest to mieszanka Heavy metalu spod znaku Accept, Judas Priest, Saxon i glam metalu w stylu Dokken. Szału nie ma, ale słucha się tego nawet przyjemnie. Na albumie nie obeszło się bez ballady. „Love song” jest dobrą balladą, ale główny motyw jakoś mało przekonujący. Najlepiej z tego kawałka prezentuje się ciepły refren i solówki z których wydobywają się emocje. Niczym nie zaskakuje „Igloo on The Moon” bo to też taka mieszanka heavy metalu, nieco hard rocka,czy też glam metalu. Słucha się tego przyjemnie, ale jakiegoś uniesienia muzycznego nie doznałem. Riff ot co dobry,a refren buja, ale nie zostaje w pamięci. Ciekawym pomysłem było nagranie isntrumentalnego kawałka, ale TOL, raczej odpycha chaotycznością niż miałby przyciągać i zachwycać.

Jaki jest ostateczny werdykty? Kolejny dobry porcja metalu ze strony Warlock. Jest nieco hard rockowo, jest nieco przebojowo. Jednak zabrakło kropki nad i. Za mało speed metalowego łojenia, za dużo smęcenia. Jest to miła, ciepła muzyka, ale chciałem czegoś jednak więcej. Płyta dla zagorzałych fanów Doro i Warlock. Ocena: 7.5/10

sobota, 27 sierpnia 2011

WARLOCK - Hellbound (1985)

Niemiecki Warclock z Doro Pesch na czele trzymał poziom równy i przez ten krótki okres dostarczył na 4 fantastyczne albumy, z soczystym, rasowym i szczerym do bólu heavy metalem. Tak poziom i styl trzymali do końca. Ale jak wszystkie zespoły mają słabszy krążek. Najczęściej sam w sobie nie jest on zły, ale w zestawieniu z całą dyskografią, to trochę to blado wygląda. Z Warlock jest podobnie. Drugi album „Hellbound” uważam za najsłabszy krążek tej niemieckiej formacji, pomimo że album sam w sobie jest dobry, nawet bardzo dobry. Styl ten sam, znów mamy granie pod Accept, Judas Priest i Motorhead, choć najwięcej jest z kapłana. Album powstał w szybkim tempie, co nie było niczym dziwnym w tamtych czasach. Rok po świetnie przyjętym debiucie zostaje wydany drugi, z tym że już pod skrzydłem innej wytwórni. Vertigo, która należała do Phonogram. Wydano go pod okiem Henry’ego Staroste i Rainera Assmana. Skład ten sam, więc skąd ten niedosyt w moim przypadku? Zespół postawił na surowy, cięższy i bardziej agresywniejszy heavy, poświęcając przebojowość z poprzedniego albumu. Konstrukcja i styl nie ulega zmianie.


Zespołowi najwidoczniej wszedł w nawyk nagrywanie szybkich i do przodu utworów, co przedkłada się potem na czas trwania albumu, a ten trwa tyle co poprzedni 37 minut. Otwieracz w postaci „Hellbound” pod względem chwytliwego refrenu, pod względem melodyjnego i skocznego riffu przypomina oczywiście debiut. Z tym, że brzmienie gitar agresywniejsze, bardziej tutaj słychać Judas Priest, więcej ich maniery niż choćby Accept. Jedna z najlepszych kompozycji Doro w całej jej karierze. Z kolei inny jest „All night” i tutaj lekkie kręcenie nosem bo jest to nieco bardziej hard rockowe, i nie pomaga skoczne tempo i bas w stylu Accept. Dobrze to brzmi i tylko dobrze. Mamy dobrze brzmiący motyw, no i koncertowy refren. Co mi się podoba to klimat i chórki. Klasykiem Warlock i Doro, bez którego żaden koncert nie może się obejść jest „Earthshaker Rock” . Jest to szybka petarda, z dynamicznym riffem, koncertowym, wręcz proszący się o śpiewanie refren, no partie gitarowe w stylu Judas Priest z lat 80-87. Oczywiście najlepsza kompozycja na albumie. Mamy też popisowe wejście gitarzystów w „Wratchild” czego na debiucie nie było. Solówka też przyjazna dla ucha. Znów mamy te bardziej stonowane tempo, gdzie czuć feeling hard rockowy. Czyżby Point of entry? Kawałek jest zbyt łagodny jak dla mnie. Nie potrzebne złagodzono riffy i wydźwięk gitar. Co utwór ratuje? Szybsze, ostrzejsze granie w dalszej części, ale i tak jest to wciąż tylko dobry kawałek, obyło się tym razem bez fajerwerków. Judasów jest tutaj naprawdę więcej niż na poprzednim albumie i to słychać. No to strzelajcie po riffie, z jakiego okresu jP jest “Down and Out”? „Screaming For Veangence”? Celnie. To brzmienie gitar, ten bas, to tempo no i normalnie dobra kopia tamtego jP. Jest ciekawy motyw, jest znów rasowy refren, szkoda tylko że nie ma takiego przebicia jak otwieracz, czy Earthshar rocker. Bez względu na wady, jest to jedna z najciekawszych kompozycji na albumie. Niczym „Metal Gods” zaczyna się “Out of Control” . Ale kawałek dalej ma zupełnie inny wydźwięk. Judsów dalej mamy, ale kawałek jest bardziej skoczny, ma więcej dynamitu i więcej atrakcyjnych partii gitarowych. Znów mamy ciekawe skoczne tempo, znów mamy taki przebojowy, taki nieco hard rockowy refren, ale ileż w tym klimatu tamtych lat, ileż w tym szczerości. Prostota też przewija się przez „Time To Die” i znów kawałek jest tylko dobry jak dla mnie. Jest mało przekonujący motyw, jest tez taki sobie refren, który nie przykuwa uwagi na dłużej. Posłuchać i cierpliwie poczekać na kolejną kompozycję. Nie wiem czemu la „Shout it Out” przypomina mi nieco 2 pierwsze albumy Running Wild, też podobny klimat, też takie skoczne granie i też takie luzackie podejście do rozrywkowego refrenu. Kawałek jest prosty, melodyjny i na tym polega jego urok. Też nic dziwnego, ze utwór szybko przypadł mi do gustu. Tak jak na debiucie tak i tutaj mamy piękną balladę „Catch my Heart”. Ma klimat, ma ciekawy motyw i potrafi złapać za serce. Na początku kariery Doro tworzyła fajne ballady nie to co teraz, takie ciepłe kluchy.

Hellbound to kawał porządnego rasowego, niemieckiego heavy metalu. To był poziom może i nieco słabszy od debiutu, jednak i tak wyższy niż to co Doro prezentuje na solowych albumach. Nie uświadczymy już takich kompozycji jak tytułowy Hellbound czy Earthshaker Rock. Styl jaki prezentuje Warlock nie uległ zmianie, ale jest tym razem nieco ciężej, a mniej przebojowo, przez co album już nieco mniej atrakcyjny i mniej porywający. Choć znajdą się osoby co powiedzą, że poziom taki sam jak na debiucie, cóż ich sprawa. Brzmienie o niebo lepsze, ale nie tylko się to liczy. Liczy się przede wszystkim muzyka, a tutaj tylko dobra. Nota: 7/10

piątek, 26 sierpnia 2011

WARLOCK - Burning The witches (1984)

Scena niemiecka w przypadku heavy Metalu jest bogata i kryje w sobie wiele świetnych, sławnych, lecz zapomnianych zespołów. Mało kto dziś pamięta Warlock, który grał czysty heavy metal czerpiąc z najlepszych. Zespół nie istnieje już od ładnych kilku lat i jedyne co z niego przetrwało to liderka zespołu Doro Pesch robiąca karierę solową. I to ikonę muzykę heavy metalowej, znają i powinni znać wszyscy. Uważana za królową heavy metalu i nie jest to nadużycie. W okresie gdzie dominował męski wokal, w okresie gdzie było pełno heavy metalowych zespołów, Warlock z charyzmatyczną Doro przebił się, a wokalistka przebiła się mimo tego że jest tylko kobietą. Maniery jej nie można mówić, bo łączy wokal w stylu Halforda czy Lemiego. Swoją karierę zaczynała w Snakebite, mając zaledwie 16 lat. 3 lata później w 1983 roku dołącza do zespołu z Duseldorfu – WARLOCK. Rok później zespół wydaje demo i w końcu zawiera kontrakt płytowy z belgijską wytwórnią płytową – Mausoleum, który wydawał dość ciekawe albumu, niestety większość z nich gdzieś przepadła bez wieści i ogólnie są to rzeczy ciężkie do zdobycia. Ale nie debiutancki album Warlock „Burning The Witches”. Z czym może się kojarzyć muzyka Warlock? Judas priest, Motorhead, Accept to pierwsze z brzegu kapele, które tu słychać. Jedno trzeba przyznać, nazwa zespołu, sam tytuł i okładka świetnie się zgrywają. Produkcja może i nie dopracowana, może nie jest tak genialna jak w przypadku Judas priest, Iron maiden, ale to nie Emi, to nie Columbia, to Mausoleum, a oni znani są z średniej klasy brzmienia. Ale tutaj nie liczy się brzmienie, a kompozycje, muzyka,a ta jest na tym krążku wyborna.

Materiał jest krótki bo trwa tylko 36 minut, a to wszystko przez te krótkie kompozycje. Sam otwieracz „Sign of Satan” to zaledwie 3 minutowego rasowego heavy metalu w stylu Accept, Judas Priest, ale nie brakuje też rock'n rolloowego szaleństwa Motorhead. Peter Szigeti oraz Rudy Graf stanowili znakomity duet na tym albumie, wygrywali naprawdę świetne solówki, który były pełne dynamiki, pasji i melodyjności, do tego ten bunt, młodzieńczy gniew i zapał, to wszystko słychać. Jeden z moich ulubionych kawałków Warlock, taki skoczny, szybki i przebojowy. Kochane lata 80. Poziomem nie odstępuje również bardziej taki klasyczny, taki bardziej skoczny „After The Bomb”, który też świetnie łączy Judas Priest z Accept. Tempo nieco bardziej stonowane i mamy tutaj czysty, rasowy heavy metal. Jasne, tego było pełno w latach 80, ale Warlock, komponował przeboje i do tego nie jakieś radiowe, a heavy metalowe. Imponowały pod względem rytmiki, partii gitarowych, całego zagrania i także samego kompozytorstwo. Tutaj każda melodia, refren jest na wagę złota. Kto by pomyślał, że to debiut? Dzisiaj technologia, studio, produkcja może wiele zatuszować, nie raz ukryć nieporadność muzyków. Kiedyś liczyło się coś więcej, geniusz kompozytorski i szczerość prezentowanej muzyki, a to właśnie słychać w Warlock. To słychać w „Dark fade” ileś tu tradycji ileż tu starego, rasowego heavy metalu z najwyższej półki. Nie liczy się ciężar, a chwytliwy riff, taki o którym nie da się zapomnieć, a także wpadający w ucho refren. Kolejny killer. Natomiast w „Homocide Rocker” postawiono na skoczne tempo i prosty hard rockowy refren. Całość to taki hard rock/ heavy metal, nawet refren jest tutaj bardzo bujający. Takie były lata 80. Nie ma tutaj silenia się, nie ma udawania. Jest szczerość, jest radość z grania i grają swoje nie patrząc na innych. W tego typu albumach często pojawiają się ballady, a Doro później dość często zawierała na swoich albumach takie kompozycje, pokazujące jej drugie oblicze. „Without You” nie jest to jakieś banalne, popowe granie, oj nie. Słychać coś z Scorpionsów i podobny geniusz. Poza wokalem Doro warto tutaj zwrócić uwagę na świetną aranżację, gdzie mamy łagodny i taki ciepły główny motyw, a także urocze solówki. Tak emocji tutaj nie brakuje. Odpoczęliśmy, więc można wracać ostrzejszego grania, które zespół nas raczył od początku na albumie. Tym razem kolejny klasyk i kolejny mój prywatny ulubieniec, mowa o „Metal Racer”. Prosty, rasowy, melodyjny, szybki, skoczny i przebojowy, to jedne z wielu epitetów, które się nasuwają z tym kawałkiem. Od początku do końca chwyta i jeszcze ten łatwo wpadający w ucho refren, no i trzeba przyznać idealny kawałek na koncerty. Najczęściej jednak coverowanym utworem Warlock zawsze był „Burning the Witches” Na czym polega fenomen tego utworu? Zespół stara się grać jak najprościej, jak najbardziej klasycznie, skupiając się na tym ze by zagrywki były melodyjne i bardzo chwytliwe, a Doro dba o resztę, która napędza swoim wokalem całą przebojowość. No perła, która nigdy rdzewieje. Nieco słabsza kompozycją an albumie jest „Hateful Guy”. Nie co mniej urokliwa sekcja rytmiczna, nieco słabszy refren, ale poziom dobry utrzymany. Najlepiej tutaj wypadają partie gitarowe i skoczne tempo. Całość zamyka równie atrakcyjny co wcześniejsze kompozycje, a mianowicie 'Holding Me” i posłuchajcie owej sekcji rytmicznej, basu i wczujcie się w ten mroczny i tajemniczy klimat. Z czym wam się to kojarzy? Mi z Black Sabbath „Heaven and Hell”. Kawałek ma predyspozycje na długi epicki kawałek, ale zespół nie ma ochoty się bawić w takie utwory i kończy po 4 minutach.

Burning The Witches to 37 minut rasowego heavy metalu utrzymany w dość żwawym tempie i z brzmieniem ostrym i takim surowym. Mamy tutaj ciężar, galopady gitarowe, brud, młodzieńczy bunt i atrakcyjne melodie a to wszystko właściwie stanowi niemalże esencję klasycznego rasowego heavy metalu. Ktoś powie, że takiej muzyki było pełno, ano było, z tym że Warlock się wybił nagrał znakomity debiut, trzymał formę i nagrywał dalej ciekawe krążki i sądzę że dalej byłby znakomity, gdyby Doro nie poszłaby za karierą solową i podążając w bardziej komercyjnym kierunku. Warlock i tak dorobił się sławy i jest znany, choć i tak wielu pomija ich milczeniem, albo nie zna, co wydaję się być błędem. Bo Warlock, też odegrał znaczącą rolę w heavy metalu. Najlepszy krążek Doro i Warlock, który został zagrany z pasją, szczerością i surowością, o co dzisiaj ciężko. Krótko mówiąc jest to po prostu szczery do bólu heavy metalu, do tego prosty i szalony . Jest to rarytas dla fanów heavy metalu i prawdziwy klasyk w tym gatunku. Nota: 9.5/10 Polecam.