Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Sodom. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Sodom. Pokaż wszystkie posty

piątek, 27 czerwca 2025

SODOM - The arsonist (2025)


 Tej ekipy nie trzeba nikomu przedstawiać. Czołowy gracz na thrash metalowym rynku i jeden z nie wielu zespole, który nic nie stracił na jakości. Wystarczy odpalić, któryś z ostatnich albumów by się o tym przekonać.  Wydany w 2020r "Genesis Xix" wymiatał i oddawał to co najpiękniejsze w muzyce Sodom. Rasowy thrash metal, który nie bierze jeńców. Teraz po 5 latach przyszedł czas "the arsonist".  Płyta ukazała się 27 czerwca nakładem steamhammer.


Kto oczekuje zmian i eksperymentowania to tego tu nie znajdzie. Nowy album to typowy Sodom do jakiego przywykliśmy. To rasowy teutoński thrash metal. Pełen agresji, zadziorności i ciężaru. Nie brakuje w tym wszystkim melodyjności.  Do tego dochodzi klimatyczna okładka i soczyste brzmienie. Jest wszystko to do czego Sodom nas przyzwyczaił i na wysokim poziomie, to jednak odnoszę wrażenie że dwa poprzednie albumy bardziej mna wstrząsnęły.


Najpierw intro "the arsonist", a potem konkretny atak przeprowadza Sodom i mamy zadziorny " battle of harvest moon" i od razu wiadomo kto gra. "Trigger discipline" to szybkie łojenie i tutaj Sodom pokazuje również pazur. Teutoński thrash metal w najlepszym wydaniu dostajemy w " the spirits that i called" i to jeden z najciekawszych kawałków na płycie.  Kolejny killer to złowieszczy "witchhunter" i ta praca gitar jest imponująca.  Duet Blackfire/segatz to specjaliści w swoim fachu.  Typowy teutoński thrash metal dostajemy w "scavenger" i od razie wiadomo z jakiego kraju jest zespół. Ciarki mam słuchając agresywnego " sane insanity" i to jest Sodom w najlepszym wydaniu. Jest też bardziej heavy metalowy" Twilight of the void"  i bardziej stonowany i mroczny " obliteration of the aeons". Podobne emocje wywołuje zamykający " return to god in parts"


Sodom nigdy nie schodzi poniżej pewnego poziomu i zawsze grają na wysokim poziomie. Nowy album nic nowego nie wnosi, ale pokazuje że band jest wciąż w znakomitej formie i wciąż ich stać na świetne płyty. " The arsonist" to mocna rzecz, ale odnoszę wrażenie że poprzednie dwa wydawnictwa ocierały się o geniusz. Tutaj tego nie czuje.


Ocena 8.5/10

wtorek, 27 października 2020

SODOM - Genesis XIX (2020)

Thrash metal naprawdę dobrze się ma i można stwierdzić, że ten gatunek przeżywa swoją drugą młodość. W tym roku pojawiło się spora ilość wartościowych płyt z kręgu thrash metalu. Jednak wciąż wielką nie wiadomą był nadchodzący krążek niemieckiego dinozaura thrash metalu tj Sodom. "Genesis XIX" to pierwszy album z nowym perkusistą Tonim Markelem. To również wielki powrót gitarzysty Franka Blackfire, który nagrał z Sodom kultowy "Agent Orange", czy "Persecution Mania", a z Kreator "Coma of souls". Drugim gitarzystą został Yorck Segetz, którego można kojarzyć się z Neck Cemetery. Nowy skład, nowa muzyka, ale styl i jakość ta sama co zawsze.


Dostajemy rasowy thrash metal do jakiego nas przyzwyczaił Sodom. Słychać kontynuację ostatnich wydawnictw i tutaj nie ma niespodzianki. Band robi swoje i robi to bardzo dobrze. Imponuje na pewno fakt, że band pomimo swojego długoletniego stażu wciąż potrafi porwać słuchacza i zniszczyć mocnym riffem, pomysłowymi melodiami, czy techniką. Sodom to prawdziwa teutońska maszyna, która przeżywa swoją drugą młodość. Nowi członkowie idealnie wpasowali się do zespołu i słychać, że wiedzą jak grać thrash metal. Zachwyca na pewno duet gitarowy, bowiem Frank i Yorck rozumieją się i uzupełniają i te ich pojedynki potrafią przyprawić o dreszcze. Dużo dobrego się dzieje w tej sferze, pomimo że band tu niczym nowym nie zaskakuje. Sodom to przede wszystkim wokalista i basista Tom Angelripper. Pomimo swoich lat jego głos wciąż brzmi brutalnie i oddaje to co najpiękniejsze w Sodom jak i samym thrash metalu. Niezastąpiony lider, bez którego ciężko sobie wyobrazić muzykę tej kapeli.

"Genesis XIX" to dzieło, na którym błyszczy zespół, ale warto też pochwalić Joe Petagno za klimatyczną i taką oldscholową okładkę nowego krążka. Brzmienie jak zwykle zachwyca agresywnością i takim niemieckim feelingiem. Wszystko jest tak jak być powinno w przypadku płyt Sodom.

Na płycie znajdziemy 12 kawałków, które dają 55 minut muzyki i każdy z utworów coś wnosi do płyty. Zaczyna się od heavy metalowego, stonowanego i marszowego intra w postaci "Blind Superstition". Szybko atakuje nas dobrze znany "Sodom & Gommorah", który promował ten album. Band dobrze trafił z singlem, bo kawałek jest szybki, chwytliwy i oddaje to co najlepsze w stylu Sodom. Ciekawie zaczyna się również "Euthanasia", który zachwyca szybkim tempem i zadziornym riffem. To kolejny killer na płycie, który przywraca wiarę w współczesny thrash metal. Na płycie mamy też rozbudowane kompozycje i jedną z nich jest tytułowy "Genesis XIX". Sam utwór zachwyca szybkością, agresją i klasycznym feelingiem. Sodom znów pokazuje, że jest w szczytowej formie. "Nicht mehr mein land" to element zaskoczenia, bowiem band stawia na ojczysty język. Trzeba przyznać, że ciekawie brzmi niemiecki w połączeniu z thrash metalem. Dobrze wypada też energiczny "Glock'n Roll". To jest Sodom jaki znam i kocham. Jak to dobrze, że band nic nie kombinuje i dalej gra swoje. Kolejny kolos na płycie to "The harpooneer", który zachwyca intrygującymi solówkami gitarowymi. Band tutaj szaleje. Urozmaicenia dodaje heavy metalowy i stonowany "Occult Perpetrator". Band cały czas trzyma wysoki poziom i dostarcza nam sporo emocji. Na pewno na kolana rzuca rozpędzony i przebojowy "Indoctrination". Płyty nie można było inaczej zakończyć niż kolejny killerem. Taki właśnie jest zadziorny i brutalny "Friendly Fire".

Sodom to prawdziwy fenomen i to już nie tylko band o bogatej historii i potęga niemieckiego thrash metalu. To ponadczasowy band, który wciąż zachwyca i podtrzymuje płomień thrash metalu. Dzięki takim płytom jak "Genesis XIX" ten gatunek ma się dobrze i przeżywa swoją drugą młodość. Kto chce niech porównuje z innymi wielkimi płytami Sodom, można zestawiać z "Agent Orange". Dla mnie to jest trudne, więc skwituje tylko tak, że jest to kolejna genialna płyta w dorobku tej zasłużonej formacji. Brać w ciemno!

Ocena: 9.5/10
 

niedziela, 4 września 2016

SODOM - Decision Day (2016)

Zawsze bliżej mojemu sercu była niemiecka czwórka thrash metalu aniżeli wielka czwórka z Metaliką na czele. Podoba mi się naturalność, ta brutalność, toporność i specyficzne podejście do thrash metalu. Niemieckie zespoły stawiają na agresję i na dziką stronę thrash metalu. Kocham twórczość Kreator podobnie jak Sodom. Ci drudzy kupili mnie przede wszystkim kultowym „Agent orange”. Trzeba przyznać, że ostatnie albumy Sodom też są wysokiej klasy. „In War and pieces” czy wreszcie świetny „Epitome of Torture” z 2013 r to płyty, które pokazują to co najlepsze w muzyce Sodom. Jest ta charakterystyczna toporność, agresywność i szybkość. Specyficzny wokal Toma i ostre zagrywki Barnemanna nie da się pomylić z innym zespołem i to one są motorem napędowym. To właśnie dzięki nim ostatnie albumy tak świetnie wypadły i śmiało mogą konkurować z kultowymi krążkami Sodom. Tym większe oczekiwania były wobec najnowszego dzieła w postaci „Decision Day”. Okładka taka klasyczna i potrafi oczarować swoim stylem i kolorystyką. Zawartość również jest mocna i zaskakująca. Sodom troszkę poszedł w podobnym kierunku co Kreator na ostatnim swoim albumie. Jest więcej melodyjności, więcej zabawy melodiami, jest zróżnicowanie i przez te atuty „Decision Day” stał się z miejsca jednym z ich najlepszych albumów. Płyta jest mocna, agresywna, brutalna, ale jednocześnie świeża, melodyjna i bardzo dynamiczna. Nie ma tutaj miejsca na monotonność czy nudę. Cały czas się coś dzieje i to mi się podoba. Zaczyna się melodyjnie i tak spokojnie. Jednak „In retribution” szybko przeradza się w prawdziwą thrash metalową petardę. Mocny riff, rozpędzona sekcja rytmiczna i zadziorny wokal Toma. Niby taki typowy utwór Sodom, a ma w sobie tyle świeżości i przebojowości. Podoba mi się takie podejście do thrash metalu. Bardziej złożony jest „Rolling Thunder” i można tutaj nawet chwycić pewne znamiona heavy metalu. Dużo ciekawych melodii ma w sobie tytułowy „Decision Day” i kawałek można śmiało zaliczyć do jednych z największych przebojów na płycie. Refren tutaj potrafi porwać i zostać na długo w pamięci. Album promował bardzo sukcesywnie „Caligula” i jest to taki nieco mroczniejszy kawałek. Stonowany i bardziej heavy metalowy „Strange Lost World” pokazuje nieco inne oblicze Sodom. Dalej jest to wysoki poziom do jakiego nas przyzwyczaił ten band. Płyta jednak zdominowana jest przez petardy i to potwierdza „Vaginal Born Evil” czy „Beligerence”. Nowy album to przede wszystkim mocne i łatwo wpadające w ucho riffy. Dobrze to obrazuje „Blood Lions” czy „Reffused to Die”. Bardzo wyrównany i urozmaicony krążek, który dostarcza sporo frajdy. Z jednej strony klasyczny album Sodom, a z drugiej strony mamy nową jakość i pewnego rodzaju świeżość. Sodom może być jednak bardziej melodyjny, bardziej złożony i przebojowy. Jednym słowem „Decision Day” to jeden z najlepszych albumów tej niemieckiej grupy.

Ocena: 10/10

niedziela, 14 kwietnia 2013

SODOM - Epitome of Torture (2013)

14 albumów studyjnych, 4 albumy koncertowe, 4 komplikacje i 32 lata działalności. Takimi dumnymi statystykami może się pochwalić niemiecka kapela thrash metalowa, która działa do dziś, nieustannie od roku 1981. Kapela ta od lat nagrywała solidne albumy, wypracowała sobie styl nie do podrobienia, który pozwolił zespołowi awansować do największej trójki niemieckiego thrash metalu. Ta kapela właśnie cieszy się wydaniem nowego albumu, który potwierdza ich wielkość i fakt, że zawsze nagrywali bardzo dobre albumu. O jakim zespole mowa? Oczywiście o SODOM, który w tym roku z wielką dumą prezentuje „Epitome of Torture”.

Ostatni album tej formacji ukazał się w 2010 roku i był to „In War And Pieces” i kto pamięta tamten album, jego dopracowanie, agresywność, melodyjność, dopracowanie ten z pewnością przekona się bez większych oporów do „Epitome of Torture”, który jest swoistą kontynuacją. W dalszym ciągu mamy wysokobudżetowe brzmienie, które podkreśla soczystość perkusji, czy też ostrość partii gitarowych. Ponownie można uświadczyć dopracowanie materiału i wysoką formę muzyków. Mimo swoich lat lider grupy, czyli basista i wokalista Tom Angelripper śpiewa wciąż agresywnie, bez kompromisowo i w swoim stylu, a pomysły na utwory mu się jeszcze nie skończyły, co zresztą na albumie to słychać bardzo dobitnie. Gitarzysta Barnemann w zespole jest od 1997 roku i się już dawno wpisał w konwencję zespołu i to on nadaję zespołowi tej ostrości, tych mocnych, prawdziwie thrash metalowych solówek, motywów. Pod tym względem SODOM niszczy konkurencję, bo partie gitarowe są pełne agresji, brutalności, ale mają też aspekt melodyjny, ba nawet przebojowy. Nie jest to też takie melodyjne jak to ostatnio miał okazje pokazać KREATOR. SODOM brzmi dalej jak stary SODOM tak więc starzy fani nie będą marudzić, a i ci którzy nie mieli z nimi do czynienia mogą się przekonać, bo nowy album ma cechy, które sprawiają ze jest dobry albumem, żeby zacząć też przygodę z tym zespołem, ale czy jest możliwe, żeby ktoś ich nie znał? Wątpię. Wracając do muzyków, nie można zapomnieć o perkusiście Makka, który jak zwykle wyczynia cuda i sprawia, że materiał jest szybki, energiczny, po prostu mocny. Norma utrzymana, ale przecież ten zespół już do tego nas przyzwyczaił.

To, że mamy do czynienia z SODOM już daje nam znać bez zagłębiania się w zawartość okładka, czy też logo. Pod tym względem widać gołym okiem, że to wielki SODOM w swojej całej okazałości. Jednak co przesądza o potędze nowego albumu, to nie detale, okładka, czy naprawdę z górnej półki brzmienie, lecz właśnie przemyślana i znakomita zawartość, która odzwierciedla brutalność czy też agresję, z której zawsze słynął SODOM. Co ciekawe nie brakuje w tym wszystkim melodyjności, chwytliwości, czy przebojowości. Nie ma tutaj też mowy o graniu na jedno kopyto, a zespołowi mimo graniu agresywnie udało się wykreować zróżnicowany materiał, który zapada w pamięci. Zaczyna się spokojnie, klimatycznie i „My Final Bullet” prezentuje też heavy metalowe oblicze zespołu, które tutaj się objawi w paru momentach. Sam utwór dość dynamiczny, agresywny, czyli to co fani SODOM lubią najbardziej. Tutaj też można się przekonać, że na tym albumie pojawia się przebojowość czy też melodyjność co słychać po tym otwieraczu. Te cechy związane z przebojowością wyraźnie dają o sobie znać w energicznym „S.O.D.O.M.”, który jest prawdziwym killerem i moim kawałkiem z całej płyty. Cały album promował „Epitome Of Torture” czyli można rzec kawałek, który znakomicie podkreśla co to jest niemiecki thrash metal z owymi kwadratowymi melodiami i lekką dozą toporności. Regułą szybko i do przodu zespół posłużył się w dynamicznym „Stigmatized” czy też w melodyjnym „Shoot Today Kill Tommorow”. Więcej heavy metalu słychać w dość ciężkim „Cannibal” i jest to może nieco słabsze ogniowo tego krążka, ale to wciąż solidne granie. Jeśli chodzi o takie heavy metalowe wcielenie to dobrze one wypada w takich utworach jak „Into The Skies of war” czy też zamykający „Tracing The Victim”. Do grona szybkich killerów śmiało można zaliczyć melodyjny „Katjuscha” czy też „Invoke The Demons” , który podkreśla znakomicie, że mimo heavy metalowych zalotów jest to wciąż thrash metalowy SODOM.

Nie jest to może klasyka na miarę „Agent orange” ale ten najbardziej wyczekiwany album thrash metalowy nie zawiódł i jest to jeden z najlepszych albumów thrash metalowych roku 2013. Wysoka forma SODOM utrzymana, co podkreśla że ta marka nigdy nie zawodzi i nie bez podstaw należy ten zespół do wielkiej trójki niemieckiego thrash metalu. Gorąco polecam!

Ocena: 9/10

poniedziałek, 7 maja 2012

SODOM - Agent Orange (1989)


Cały świat z fanami niemieckiej legendy thrash metalu SODOM czekał jaki będzie kolejny krok w karierze zespołu, zwłaszcza po wydaniu takiego arcydzieła jak „Persecution Mania”. Czekał w sumie nie tylko świat, ale również konkurencja czyli rodzimy KREATOR, który czynił również ogromne postępy w muzyce. Tak więc zmobilizowany i zmotywowany SODOM po dwóch latach ciężkiej pracy i zmożonego wysiłku prezentuje swój nowy album w postaci „Agent Orange” który w roku 1989 w okresie swojej premiery schodził jak świeże bułeczki i trzeba przyznać, że sukces albumu zapewnił grupie spore wsparcie finansowe i co chyba najważniejsze umocnili swoją pozycję na rynku thrash metalowym wydając właściwie kolejne ponad czasowe arcydzieło, które miało wpływ na ten gatunek heavy metalu. Tutaj zespół też potwierdził już tylko swoją wysoką formę, swój warsztat techniczny, podkreślili po raz kolejny swój styl, to co chcą grać i do czego dążą. Nie wiele się słyszy takich albumów thrash metalowych tak jak właśnie prezentowany przeze mnie „Agent Orange”, który właściwie zaskakuje perfekcją jaką zespół w krótkim czasie opatentował, a to nie jest tak proste. Czasami trzeba kilka lat, kilka płyt aby dojść do takiego stanu. Cóż muzycy z SODOM potrzebowali mniej i już na drugim albumie można było poczuć smak tej perfekcji, jednak jeszcze bardziej to uwypuklono na tym albumie. Imponują również inne aspekty tego wydawnictwa jak choćby niesamowity klimat, atmosfera, jest właśnie to dopieszczone, soczyste, ale jakby bogatsze brzmienie niż na poprzednim albumie i w sumie oddaje ono power tego krążka. Świetnie komponuje się to właśnie czyste, mocarne brzmienie z dzikim, ostrym wydźwiękiem całego materiału. Właśnie podwzględem instrumentalny i umiejętności muzyków z SODOM ten album również wzbudza wielkie emocje. Jest z jednej strony ta niezwykła dynamika którą wytwarza właściwie w dużej mierze perkusista Witchhunter i to on jest tym motorem, który jednocześnie kontroluje tempo gitar, to on jest tez odpowiedzialny za różnego rodzaju urozmaicenia, zwolnienia, nadanie poszczególnym utworom odpowiedniej dynamiki czy ciężaru. Te charakterystyczne przejścia perkusisty można było usłyszeć choćby w przebojowym „Ausgebomt” który przypomina choćby taki „Bombenhagel” z poprzedniego albumu i ciekawie wypadło tutaj lekkie wtrącenie punkowego charakteru. Tak więc można mieć wrażenie że riffy właśnie były inspirowane amerykańską sceną i mieszano te pomysły z niemiecką agresją

Zawartość tym razem bardziej zwarta i mamy 9 kompozycji, które tworzą spójną i urozmaiconą całość. Główną cechą materiału jest bez wątpienia jego ognistość, niezwykła moc, które daje o sobie znać na każdym kroku. Co ciekawe mimo brutalnego, agresywnego charakteru materiału jest niezwykła melodyjność i tutaj trzeba przyznać, że zespół po raz kolejny stworzył bardzo przystępny dla słuchacza materiał, który jest dopieszczony pod każdym względem. Zarówno niezwykła precyzja i pomysłowość przejawia się w w kompozytorstwie jak i wykonaniu i właściwie można zachwalać i zachwalać to co muzycy wyprawiają na tym albumie. Wokal Toma brzmi jakoś bardziej drapieżnie, bardziej wyraziście, więcej w nim ognia, zaś Frank w dalszym ciągu wygrywa zadziorne, dzikie solówki które nie są pozbawione finezji, melodyjności i trzeba przyznać, że gdyby nie on to nie wiem czy album przeszedł by do historii jako arcydzieło. Bawienie się tempem, pojedynek wolnych motywów z szarżami to jest to co jest charakterystyczne dla SODOM i to już świetnie odzwierciedla wyborny „Agent Orange” i ten klimat i tematyka wojenna świetnie się wpisuje w strukturę i styl SODOM, nie będę ukrywał że kocham taki thrash metal. Nie ma mowy o jakimś bezmyślnym pędzeniu do przodu, wszystko ma swój cel, wszystko jest ułożone i poukładane to tez słychać w rozpędzonym i agresywnym „ Tired and Red” gdzie nawet odnajdują się bardziej stonowane heavy metalowe motywy czy też w końcu balladowe spowolnienie. SODOM kocha nie tylko serwować dynamiczny, agresywny thrash metal, ale tak jak to zaprezentował na poprzednim albumie ciągnie go też czasami do heavy metalowego grania co też po raz kolejny uświadamia nas w „Remeber The Fallen” . Z kolei „Magic Dragon” to najbardziej urozmaicony kawałek i zarazem najbardziej rozbudowany i mamy tutaj sporo ciekawych zarówno heavy metalowych jak i thrash metalowych motywów i ten utwór znakomicie pokazuje perfekcję i pomysłowość zespołu. Mało komu udaję się grac tak atrakcyjny i zarazem agresywny thrash metal. Pod względem szybkości i rytmicznego riffu imponuje bez wątpienia „Exhibition Bout „ zaś zadziorność to działka ciężkiego i drapieżnego „Baptism of Fire”. No i całość zamyka oczywiście kolejny cover w historii zespołu czyli „Dont Walk away” z repertuaru TANK.

Co można więcej napisać o tym genialnym albumie? Uważam że to co najważniejsze to wam przedstawiłem jeśli chodzi o „Agent Orange”. Jeden z najlepszych albumów SODOM, jeden z wybitniejszych krążków w historii thrash metalu, który pokazał że można grać technicznie, agresywnie, z polotem, powerem nie tracąc przy tym agresji, brutalności. Perfekcja i muzyczny orgazm.

Ocena: 10/10

SODOM - Persucation Mania (1987)


Gdy tak słucham i porównuję debiut niemieckiej legendy thrash metalowej o nazwie SODOM z ich drugim albumem, czyli „Persucation Mania” z 1987 roku to powtórzę tutaj niemal za wszystkimi głosami fanów, które sprowadzają się do tego, że zespół doczekał się odpowiedniej transformacji, określił swój styl, wyzbywając się minusów i wszelkich aspektów znanych z debiutu. Oba albumy dzieli duża przepaść i właściwie się różnią. SODOM swój styl zaczął już właściwie zmieniać za sprawą mini albumu „Expurse Of Sodomy” również z roku 1987, który poprzedzał pełnometrażowy album. Słychać że w tym właśnie roku SODOM odszedł od mrocznego, satanistycznego speed metalu, opartego na monotonnych i nieco chaotycznych partiach skupiając się jednocześnie na agresywnym, nieco bardziej urozmaiconym thrash metalu, w którym była szczypta heavy metalowego grania. Przez wielu fanów ten album uważany jest za jedno z największych dzieł tej formacji i trudno tutaj się nie zgodzić, zwłaszcza kiedy album jest przełomowy dla SODOM i tutaj zmienił się ich styl. Muzyka zaczęła przypominać agresywny thrash metal, który nieco przypominał styl KREATOR. Riffy i partie gitarowe Franka Gosdzika jako nowego członka zespołu sprawiły że były one intensywniejsze, cięższe, bardziej urozmaicone, było więcej przemyślenia i co ciekawe miały więcej atrakcyjności, a to właśnie przez ową melodyjność i urozmaicenie a to poprzez wykorzystanie innego motywy, a to przez zwolnienia tempa. Tak więc, można rzec że poprawiono aspekt melodyjny i samych partii gitarowych które dostarczają sporo frajdy słuchaczowi, zwłaszcza kiedy nie brakuje im agresji, ognia, dynamiki i złożoności. W muzyce SODOM jakby większą rolę zaczął odgrywać bas lidera Angelrippera , który buduje to niezwykłe mroczne napięcie i zapewnia odpowiedni ciężar poszczęgólnym kompozycji, a co do jego wokalu to też można odczuć zwyżkową formę i w końcu brzmi to fenomenalnie, krzyki nie są jakieś wymuszone i przesadzone w swoim charakterze. Ulepszono również brzmienie, które tym razem nabrało przestrzeni i soczystości. Zaskakujące jest to jak zespół szybko zrozumiał swój błąd jaki popełnił przy nagrywaniu debiutu i jak szybko go skorygował. „Persecution Mania” to album gdzie zespół zmienia styl o 180 stopni, gdzie nie ma przypadkowych zwolnień, wszystko jest przemyślane, gdzie nie ma chaotycznych partii i nie dopracowania, a jest precyzja i niezwykły warsztat techniczny, który zapewnia solidny i równy materiał, który od początku do końca sieje zniszczenie, nie biorąc jeńców.

Album wypełnia aż 13 utworów i wszystko zaczyna się od dynamicznego „ Nuclear Winter” które pokazuje znakomicie jakie zespół zrobił postępy. To co mnie drażniło przy debiucie to brak wyrazistych riffów i tutaj zespół to zmienia gdyż są one bardziej wyrażnie, bardziej zrozumiałe i atrakcyjne dla słuchacza. Są te charakterystyczne zwolnienia, gdzie daje o sobie heavy metalowy charakter zespołu, co ciekawe sam perkusista Witchhunter też wali tam gdzie trzeba, ale są też różnego rodzaju urozmaicenia z jego strony. Nie można obejść obojętnie obok takiego killera jak „Electrocution” , zadziornego „Persucation Mania” , złowieszczego „Enchanted Land” rozpędzonego „Conjuration” z wirtuezerską solówką, czy też szybkiego „The Conqueror” który zdobił jeden z najlepszych riffów na płycie. Oprócz takich typowych thrash metalowych petard znajdziemy też nieco bardziej stonowane kawałki, gdzie górę bierze heavy metal i świetnie to słychać w rozbudowanym „Christ Passion” czy też w ponurym „My Atonement” . SODOM na tym albumie ukazuje swoją niezwykła pomosłowość i to już tylko w tworzeniu samych kompozycji ale też w konstrukcję albumu, gdzie pojawia się znakomicie zrobiony cover MOTORHEAD - „Iron Fist” , pojawia się hymn niemiecki w dynamiczny i jednocześnie hymnowym „Bombenhagel” czy też pojawia się klimatyczny przerywnik w postaci „Procession To golgotha” o czym można było tylko pomarzyć na debiutanckim albumie.

Persecution Mania” to jeden z najlepszych albumów SODOM, jeden z najlepszych thrash metalowych albumów, to jeden z najbardziej istotnych wydawnictw niemieckiego thrash metalu, album który był przełomowy dla zespół. To właśnie tutaj wykrystalizował się ich rozpoznawalny styl, żegnając się ze speed metalową formułą, która była monotonna a przywitali złożony, ostry i bez kompromisowy thrash metal oparty na niezwykłej technice muzyków, a także ich pomysłowości które cały czas daje o sobie znać na tym albumie. Perfekcja zarówno pod względem technicznym jak i kompozytorskim. Od tego wydawnictwa zaczyna się prawdziwy SODOM, jaki wszyscy kochają.

Ocena: 10/10

czwartek, 3 maja 2012

SODOM - Obsessed By Cruelty (1986)


Obok KREATOR , DESTRUCTIOPN kluczową rolę w niemieckim thrash metalu odegrał oczywiście SODOM, który miał ogromny wpływ na thrash metal w tamtym rejonie. Wszystko zaczęło się w roku 1982 gdzie kapelę powołał do życia Toma Angelripper i po kilku demach zespół podpisał kontrakt płytowy z wytwórnią STEAMHAMMER i tak wszystko zaczęła nabierać większych obrotów i już w roku 1986 światło dzienne ujrzał ich debiutancki album „ Obsessed By Cruelty” . W okresie kiedy thrash metal się dopiero rozwijał SODOM też podjął próby znalezienia własnego stylu i wytworzenia własnego stylu i właściwie tak należy potraktować ten album. Bo do końca ciężko nazwać ten album czysto thrash metalowym, bo bez większych problemów idzie tutaj odnaleźć elementy nieco mętnego satanistycznego speed metalu, a także heavy/black metalu spod znaku VENOM. Sam klimat albumu ma również mroczny, black metalowy wydźwięk i nawet owe garażowe, takie niedopracowane brzmienie jakoś pasuje do tego wszystkiego co niesie ze sobą ten krążek. Sam styl względem mini albumu był bardziej urozmaicony, gdzie pojawiały się bardziej rozbudowane aranżacje i więcej było precyzji, lecz z drugiej materiał miał charakter bardziej ponurego i mniej przystępnego. Tak zatracili na atrakcyjności, ale album ma do zaoferowania sporo dynamiki i agresji i cały czas jest mocne naparzanie. Wszystko opiera się na umiejętnościach muzyków, którzy grać potrafią i właściwie to ich umiejętności, agresja i dynamika tego albumu chronią go przed klęską. Starają się nieco maskować chaotyczność, która jest wszechobecna na tym albumie i przejawia się ona w tym że sekcja rytmiczna dość często gryzie się z gitarową. Do tego dochodzi czasami nieco toporne i nieco mają porywające partie gitarowe. Jednak mimo tylu faktycznych minusów, płyta robi wrażenie.

Co jest motorem napędzającym ten album to bez wątpienia mroczny, złowieszczy klimat, a także agresja, dynamika całego materiału i te elementy pozwalają odwrócić dość skutecznie uwagę. „Deathlike Silence” to bardzo udana kompozycja, podoba mi się tutaj nawiązanie do speed, a nawet heavy metalu i w połączeniu z nieco black metalowym charakterem sprawia naprawdę udanego kawałka. Oczywiście można wytknąć monotonie i granie na jedno kopyto, ale ostatecznie emocje i szaleństwo biorą górę. Tak bez wątpienia minusem całości jest fakt grania cały czas w podobnym stylu, co wpuszcza nieco monotonii i potrafi utrudnić rozróżnienie poszczególnych kompozycji i właściwie takich kompozycji jak ten wyżej wspomniany jest od groma. Pewne elementy zwolnienia pojawiają się w dynamicznym „ Brandish The Scepter” . Ciekawie wypada heavy metalowe granie w początkowej fazie „Prosytelism Real” gdzie znakomicie wykorzystano wolne, ponure tempo i szkoda że potem utwór znów przeradza się w kolejną imitację tytułowego kawałka. Perkusista Witchhunter to znakomity muzyk i zna się na swojej robocie, dostarczając słuchaczowi sporo frajdy poprzez swoje dynamiczne, ostre i pełen energii partie perkusyjne i takim reprezentacyjnym kawałkiem niech będzie tutaj złowieszczy „Equinox” czy też „Volcanic Slut”. Najbardziej rozbudowaną i urozmaiconą kompozycją na albumie jest tytułowy „Obssesed By Cruelty” gdzie oprócz tych dynamicznych i pełnych agresji motywów jest sporo heavy metalowych zwolnień i urozmaiceń. Jeśli chodzi o najbardziej zapadający riff na albumie i najbardziej taki zapadający w głowie to bez wątpienia należy tutaj wymienić „Pretenders To The Throne” czy też „Witchhammer” i są to bardzo solidne kompozycje, szkoda tylko że nie pokuszono się o bardziej pomysłowe partie gitarowe, o większą różnorodność to kto wie co by z tego wynikło.

Debiut tej znanej formacji to dobra takie nieco bezmózgie napierdalanie, nieco chaotyczne , a wszystko po to żeby było dynamicznie i agresywnie. Nawet przyjemnie się tego słucha, jest do czego przy tupać nóżką, można się wyszaleć, ale właściwie nic ponadto. Ciężko coś więcej wynieść z przesłuchania tego krążka. Dobry początek ale najlepsze dopiero nadejdzie.

Ocena: 7/10