Niech wszyscy mówią co chcą, ale podoba mi się najnowsze dzieło Annihilator. "Ballistic, Sadistic" to już 17 album tej zasłużonej thrash metalowej formacji. Ten krążek zawiera wszystko to co powinien mieć thrash metalowy album. Mocne riffy, zadziorne partie gitarowe, ostry wokal i dynamiczne tempo sekcji rytmicznej. Ma być agresywnie i złowieszczo, a jednocześnie ma być przebojowo i z polotem. To właśnie znalazłem na "Ballistic, Sadistic".
Jeff Waters mimo lat wciąż potrafi stworzyć ciekawe riffy i pomysłowe melodie. Słucha się tego jednym tchem, a jego wokal też brzmi jakoś bardziej dopracowanie. Dużym plusem jest mocne i ostre niczym brzytwa brzmienie. Wszystko ze sobą znakomicie współgra i materiał bardzo dobrze to odzwierciedla.
10 minut daje 45 minut i Annihilator nie marnuje swojego czasu. Od razu atakuje nas agresywny "Armed To the teeth", który brzmi jak mieszanka Destruction i Megadeth. Mocny riff i świetny wokal Jeffa napędza ten utwór. Co za początek. "The Attitude" to rasowy killer i tutaj band pokazuje pazur i swój potencjał. Kocham taki thrash metal! Dalej mamy kolejny hicior, a mianowicie "Psycho Ward". Ta kompozycja ma bardziej heavy metalowy wydźwięk i w takiej stylistyce Jeff Waters też potrafi błyszczeć. Przyspieszamy w rozpędzonym "I am Warfare" i tutaj troszkę wdziera się chaos, ale całościowo kawałek prezentuje się okazale. Riff w "Riot" też brzmi bardzo mocarnie i zapada w pamięci na długo. Znalazło się też miejsce na techniczny thrash metal z nutką nowoczesności i to właśnie mamy w "One wrong Move". Na koniec mamy pomysłowy "Lip service" i agresywny "The end of the lie".
Po kilku średnich płytach Annihilator znów błyszczy i nagrał tym razem płytę przemyślaną i bardzo energiczną. To taki ukłon w stronę ostatnich płyt Megadeth i Destruction. Odpowiada mi taki stan rzeczy i mam nadzieję, że właśnie w takim kierunku podąży Jeff Waters na kolejnych płytach. "Ballistic,Sadistic" to płyta, którą trzeba znać!
Ocena: 8.5/10
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Anninhilator. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Anninhilator. Pokaż wszystkie posty
poniedziałek, 3 lutego 2020
wtorek, 20 lutego 2018
ANNIHILATOR - For the demented (2017)
Jeff Waters to ikona thrash metalu i od 1984 sukcesywnie działa wraz z swoim zespołem Annihilator, który odegrał kluczową rolę w speed metalu i thrash metalu. Melodyjne solówki, złożone riffy, duża dawka speed metalu i technicznego thrash metalu to znak rozpoznawczy tej formacji. Skład się zmienia, wiele osób się przewija a Annihilator dalej funkcjonuje i ma się dobrze. Mamy rok 2017 i ze starego składu został tylko Jeff Waters, który pełni rolę wokalisty, gitarzysty i kompozytora. Spełnia się w tych rolach, a najnowszy album "For the demented" jest niezwykle solidny i przykuwa uwagę. Album sporo zyskuje, zwłaszcza kiedy jest się fanem Overkill czy Megadeth. Z tym ostatnim zespołem jest najwięcej skojarzeń na nowym albumie. Jeff śpiewa niczym sam Dave, a riffy które słychać są niczym wyjęte z twórczości Megdaeth. Jest dużo techniki, złożonych motywów i bardziej wyszukanych melodii. Annihilator nagrał wyjątkowo wciągający i dynamiczny album, który oczarowuje klimatem i aranżacjami. Otwierający "Twisted Lobotomy" jest drapieżny, agresywny, ale słychać, że postawiono na techniczny aspekt thrash metalu. Ciekawy riff i niezwykłą melodyjność mamy w zadziornym "One to kill". Tak więc mamy bardzo mocne otwarcie krążka. Nutka punkowego charakteru mamy w klimatycznym "For the demented". W "Pieces of You" nie brakuje balladowych zacięć, zaś "The demon You know" porywa heavy metalowym charakterem. Jednym z mocniejszych utworów na płycie jest energiczny "Phanthom Asylum", który wciąga mrocznym klimatem i agresywnością. Dalej mamy bardziej rockowy "The Way"i przebojowy "Not all there". W zasadzie ciężko się do czegoś przyczepić, bo Jeff stworzył kolejna perełkę w swojej bogatej dyskografii. Płyta na pewno przypadnie do gustu fanom "Dystopia" Megadeth.
Ocena: 8.5/10
Ocena: 8.5/10
niedziela, 29 listopada 2015
ANNIHILATOR - Suicide Society (2015)
To się narobiło w
obozie Annihilator. Jeden z najbardziej rozpoznawalnych bandów
grających thrash/speed metal pożegnał się z Davem Paddanem, który
wniósł sporo do tej kapeli. Teraz miejsce zajął Aaron Homma
i zespół wydał 15 album zatytułowany „Suicide Society”.
Gdzieś tam Jeff Waters i spółka chcieli nawiązać do
przeszłości i takich albumów jak „king of Hell”, ale ta
sztuka nie do końca wyszła. W efekcie wyszła papka, w której
więcej wpływów Megadeth czy Metallica aniżeli samego
Annihilator. O ile płyta robi wrażenie pod względem brzmienia, jak
i miłej dla oka okładki, o tyle kiedy zagłębiamy się w zawartość
to można odnieść wrażenie, że płyta stworzona została szybko i
niechlubnie. Za dużo nie potrzebnych motywów i wypełniaczy,
które ni jak się mają do całości i thrash metalowego
grania. Gdzieś uleciała energia, pomysłowość i agresja, która
tak wybija się z „Annihilator”, który ukazał się w 2010
r. Na pewno dobrze prezentuje się złowieszczy otwieracz w postaci
„Suicide Society”. Mniej już ważne, że brzmi to
jak mieszanka Metallica i Megadeth. Mocny riff, ciekawa praca sekcji
rytmiczne i w końcu pomysłowe solówki napędzają jakże
ciekawy „My Revenge”. Tak to jest stary dobry
Annihilator. Nie potrzebne były tutaj eksperymenty typu „Snap”,
który przemyca pewne aspekty komercji i jakiegoś
psychodelicznego rocka. Agresywny thrash metal w starym stylu mamy w
rozpędzonym „Crepin Again”, z kolei speed metal
pełną gębą „Narcotic Avenue”. Te dwie perełki
z pewnością pokazują, że album ma sporo atutów i szkoda,
że gdzieś tutaj wepchano taki „Snap” czy nijaki „The
one You Serve”. Najlepiej Annihilator wypada przy szybkich
kompozycjach i dlatego serce szybciej bije przy takim „Break,
Enter”, z kolei najbardziej się wyróżnia „Every
Minute” jeśli chodzi o stylizację. Tak jak cały album
kipi energią i agresją, tak tutaj zespół ucieka w stronę
heavy metalu czy hard rocka. Może nie jest to najlepsze dzieło
kanadyjskiej formacji, ale z pewnością wstydu nie przynosi.
„Suicide Society” przebija „Feast”, ale nie robi takiego
wrażenia co „Annihilator” z 2010r.
Ocena: 7.5/10
piątek, 23 sierpnia 2013
ANNINHILATOR - Feast (2013)
Są zespoły, które
mimo wielu zmian personalnych potrafiły przetrwać próbę
czasu, dzięki liderom owych zespołów i tak też się stało
z kanadyjskim Anninhilator. Założony w 1984 zespół
istnieje do dziś i ma się dobrze, czego dowodem jest wydanie nowego
albumu o nazwie „Feast”. Jeff Waters to człowiek, który
przez te wszystkie lata utrzymywał przy życiu Anninhilator. 14
album studyjny przyciągnął uwagę z tego względu, że album z
2010 roku był bardzo udany i ciekawość czy nowy jest równie
udany była silna. Z poziomem muzycznym tej kapeli speed/thrash
metalowej było różnie, raz lepiej raz gorzej. Jak jest tym
razem?
Stylistycznie nie doszło
do większych zmian, bo dalej jest to speed/thrash metal, choć
wdziera się w to wszystko punk rock, czy innego rodzaju gatunki,
które bardziej szkodzą całości. Porównywać do
największych osiągnięć Jeffa zamiaru nie mam, bo to większego
sensu nie ma, ale do poprzedniego albumu „Anninhilator” to i
owszem. W porównaniu do tamtego krążka jest jakby mniej
agresji, mniej mrocznego klimatu, uleciały pomysły na ciekawe
solówki, które kipią energią. Poprzednia płyta była
przepełniona chwytliwymi kompozycjami, a także interesującymi
melodiami. „Feast” w tej dziedzinie jest po prostu daleko za
poprzednikiem. Od strony produkcyjnej album wypada przyzwoicie.
Mroczna, klimatyczna okładka i soczyste brzmienie, to na pewno
przedkłada się na jakość płyty. Kogo obchodzą takie szczegóły,
kiedy sam materiał ma sporo luk i błędów? Otwieracz w
postaci „Deadlock” zapowiada równie ciekawe
wydawnictwo co „Anninhilator”. Ostry riff wygrywany przez Jeffa
potwierdza, że wciąż potrafi zaskoczyć słuchacza mocną,
energiczną grą na gitarze. Utwór oddający to co najlepsze w
tej kapeli. Do udanych kompozycji zaliczyć należy też bez
wątpienia melodyjny „No Way Out”. Energiczność i
szybkość też tutaj występuje co dowodzi „Smear Campaign”
, jednak jest pełno wypełniaczy jak „No Surrender”.
Smętne melodie, chaos, niezbyt przemyślana konstrukcja i sztuczność
to cechy, które czynią ten utwór po prostu nijaki.
Hard rockowy „ Wrapped” to przykład, że mamy do
czynienia z różnicowanym krążkiem, jednak jakość
pozostawia wiele do życzenia. Popowa ballada „Perfect Angel
Eyes” jakoś się gryzie z pozostałymi kompozycjami i
mogłoby jej w ogóle nie być. Jeśli chodzi o solówki
to na uwagę zasługuje utwór „Fight the World”,
jednak i tutaj jest spory niedosyt i spore nie dopracowanie ze strony
Jeffa i spółki.
Anninhilator żyje, ale
czy to życie jest godne pochwały? Granie tylko dla samego grania,
bez większego wysiłku i próby zaskoczenia słuchacza
zasługuje na wysoką ocenę? Na pewno nie, to też o „Feast”
szybko się zapomni. Jest to przykład wydawnictwa na jeden raz,
który niczym specjalnym nie przykuwa uwagi. Może to jest
sygnał, że czas przejść na emeryturę?
Ocena: 4.5/10
Subskrybuj:
Posty (Atom)

