Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Death Angel. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Death Angel. Pokaż wszystkie posty

czwartek, 30 maja 2019

DEATH ANGEL - Humanicide (2019)

Death Angel to żywy przykład że w dzisiejszych czasach można grać ciekawy i ostry thrash metal. Ta zasłużona formacja przeżywa drugą młodość podobnie jak choćby Overkill.  Od czasów "Killing Season" band cały czas trzyma wysoki poziom i ani myśli odpuścić. Agresja, przebojowość i pomysł na thrash metal, to jest to czego możemy się spodziewać po ostatnich płytach Death Angel. "The Evil Divide" z 2016 r to jeden z ich najlepszych albumów i na nim poprzeczka została zawieszona bardzo wysoko.  Teraz po 3 latach amerykański band powraca z nowym albumem zatytułowanym "Humanicide".

Okładka jest bliźniaczo podobna do tej z " The dream calls for blood" i muzyka również przypomina okres z tamtej płyty, a także czasy "Relentless retribution".Death Angel na nowej płycie stara się wymieszać patentu thrash metalowe z heavy metalowymi. Dzięki temu płyta jest bardziej zróżnicowana i bardziej przebojowa. Ted i Rob odwalili kawał dobrej roboty, bowiem ich partie są pełne dynamiki, agresji. Jest dużo ciekawych melodii i nie można narzekać na nudę. Jakość tej płyty podkreśla mocne i zadziorne brzmienie. Do tego Death Angel już nas przyzwyczaił. Imponująca jest też forma wokalna Marka, który przeżywa drugą młodość. Wszystko wskazuje na to, że mamy płytę z górnej półki. W zasadzie to jest to prawda, jednak płytę ustępuje na pewno "The Evil Divide".

Na start mamy tytułowy "Humanicide" i zaczyna się klimatycznie i bardzo melodyjnie. Kawałek szybko przeradza się w prawdziwego killera. Niezwykle atrakcyjny riff pojawia się w "Divine Defector" i jest to kolejna thrash metalowa petarda. Więcej heavy metalowego zacięcia mamy w przebojowym "Aggressor". Zaskakuje melodyjny i szybki "I came for blood" w którym można doszukać elementów power metalu. Zaskakująco dobry kawałek. Stonowany i rozbudowany "Immortal Behated" to utwór utrzymany w heavy metalowym feelingu. Sam styl nieco przypomina mi czasy "Killing Season". Jazdę bez trzymanki mamy w "Alive and screaming" i tutaj band stawia na agresywny thrash metal. W podobnej stylistyce mamy jeszcze energiczny "Ghost of Me". Całość zamyka melodyjny i pomysłowy "Of rats and man".

Nie ma zaskoczenia. Death angel dalej gra swoje i na wysokim poziomie do jakiego nas przyzwyczaił. Jest agresja, szybkość i przebojowość, no i ten charakterystyczny wokal Marka. To wszystko jest, jedynie brakuje troszkę większej dawki przebojowości czy mroku, który był na "The evil divide". Mimo wszystko jest to płyta, którą trzeba znać! Polecam.

Ocena: 9/10

środa, 26 października 2016

DEATH ANGEL - The Evil Divide (2016)

Dla wielu fanów thrash metalu „The Killing Season” zespołu Death Angel to jeden z najważniejszych dzieł tej kapeli i jeden z najlepszych wydawnictw roku 2008. Ta płyta miała w sobie nutkę progresywności czy punku. Z drugiej strony był to klasyczny album death Angel z dużą dawką agresji i thrash metalu. Sporym atutem była różnorodność i mroczny klimat. Kolejne wydawnictwa nie były złe, ale nie robiły już takiego wrażenia jak właśnie tamten album. Teraz po 8 latach zespół wydał swój 8 krążek zatytułowany „The Evil Divide” , który pod wieloma względami przypomina tamte dzieło. Podobna szata graficzna, klimat i brzmienie, to tylko pierwsze z brzegu elementy „The Evil Divide”. Sama muzyka też bardziej zróżnicowana i bardziej dopieszczona niż na ostatnich dziełach. Więcej jest w tym swobody, pomysłowości i cech „The Killing Season”. Choćby nutka progresywności czy punku, które przewijają się przez niektóre kompozycje. Najbardziej to słychać w „it cant be this” czy „Lost”, które mają w sobie typową strukturę komercyjną. Typowe przeboje, które znakomicie nadają się do promowania nowej płyty. „The Moth” to z kolei energiczny i agresywny otwieracz, który wiele zdradza i pozytywnie nastawia do albumu od samego początku. W podobnym klimacie jest utrzymany melodyjny „Cause for alarm”, który oddaje to co najlepsze w tej grupie. Jednym z najcięższych utworów na płycie jest „Father of lies”, który został zbudowany w oparciu o mocny riff i toporny charakter melodii. „Hatred United /United Hate” to kolejny mocny kawałek, które nieco ociera się o twórczość Kreator. Death Angel zawsze potrafił stworzyć ciekawe melodie, które na długo zapadały w pamięć, kompozycje które szybko stawały się hitami. Taki też właśnie jest dynamiczny „The Eletric Cell”. Całość zamyka równie udany „Let The pieces fall”. Nowy album death Angel to kawał porządnego thrash metalu, który nawiązuje do klasyków grupy, a przede wszystkim przypomina nam znakomity „The Killing season”. To dobra rekomendacja tego wydawnictwa.

Ocena: 9/10

niedziela, 17 listopada 2013

DEATH ANGEL - The dream Calls for Blood (2013)

Amerykański Death Angel miało sen o nagraniu wyjątkowej płyty, która zaskoczy wszystkich ładunkiem agresji, dynamiki, czy też zadziorności. Sen, w którym nagrywa album, który połączy tradycję starych albumów i nutkę nowoczesności. Czy udało się zrealizować sen? Czy udało się nagrać taki album, który powali na kolana swoją agresją i charakterem? Taki właśnie miał być „The Dream Calls For Blood”, ale czy rzeczywiście zadanie zostało w pełni wykonane i czy nowy album tej amerykańskiej grupy jest godne ich marki?

Mówili że ten album będzie agresywny, dziki, pełen zadziorności, bez kompromisowych dźwięków i że będzie to płyta utrzymana w stylistyce „The Ultra Violence”. Część z obietnic się i sprawdziła, bowiem jest to album dynamiczny, pełen agresji, w dodatku nie zapomniano o melodyjnym aspekcie krążka. Stylistycznie gdzieś tam słychać echa debiutu, ale tutaj mamy przede wszystkim kontynuacje ostatniego albumu. Z jednej strony może to cieszyć bo poprzedni album był solidny, ale większe wrażenie zrobiłby materiał w stylu „Killing Season”. Brakuje bowiem elementu zaskoczenia, takie swobody i punkowego feelingu, który jest takim znakiem rozpoznawczym kapeli. Od strony technicznej nie ma się do czego przyczepić, bo jest to płyta dobrze zrealizowana od tej strony. Brzmienie jest soczyste i takie dopieszczone, szkoda tylko że muzycy nie zaskakują nas niczym. Przez cały album Mark śpiewa w jednym stylu i brakuje tutaj urozmaicenia, podobnie zresztą jak w przypadku partii gitarowych. Zarówno Ted i Rob potrafią grać i znają się na rzeczy, tylko czegoś brakuje w tych ich partiach gitarowych. Nutki zaskoczenia? Urozmaicenia? Bardziej zapadających motywów? Płyta się słucha całkiem znośnie, szkoda tylko że nie wiele z tego materiału zapada w pamięci. Ciężko wyróżnić jakikolwiek utwór, bo wszystko zmywa się w jedną całość i to jest największy minus tej płyty. Na co zwrócić uwagę? Na dynamiczny „Empty” , nieco rockowy „Detonate”, stonowany „Execution/ Don't Save Me”, który nieco kojarzy mi się z Anthrax. Płytę zdominowały szybkie utwory jak „Fallen”, z tym że tego typu utwory są takie bez przekonania. Co robi na mnie wrażenie to otwieracz w postaci „Left For dead” z mrocznym wejściem. Wszystko ładnie opakowane, ale czy naprawdę o to w tym wszystkim chodzi?

Death Angel pozostaje dalej wierny thrash metalowi, dalej gra swoje, ale gdzieś w tym wszystkim uleciał element zaskoczenia i pomysłowość. Wystarczy zapuścić „Killing Season” by zrozumieć o co mi chodzi. Jest to ostry thrash metalowy album o którym szybko zapomnimy, a szkoda bo miało być tak pięknie. Płyta skierowana do maniaków Death Angel i thrash metalu.

Ocena: 5/10

wtorek, 9 sierpnia 2011

DEATH ANGEL - The Ultra violcence (1987)

Pierwszym i zarazem jednym z ich najlepszych albumów Death Angel to jest oczywiście „The Ultra- Violence” z 1987 ,który został nagrany w składzie: Mark Osegueda -wokal, Rob Cavestany - gitara, Gus Pepa - gitara, Dennis Pepa - bas , Andy Galeon ,perkusja. Słuchając tego albumu aż dziwi bierze że to debiut oraz że przyczynił się do tego muzycy , którzy praktycznie zaczynają wielką karierę i to w młodzieńczym wieku. Nagrali naprawdę mocny ,thrashowy album, w którym słychać choćby nieco wielkich mistrzów jak Metallika . I choć album jest niszczący i przepełniony znakomitymi kompozycjami ,to jednak ma drobny minus, który nieco się odbija na całości , a jest to brzmienie , które nie grzeszy doskonałością. Było to spowodowane krótkim czasem nagrywania, ale na szczęście aranżacja i pomysły młodych muzyków wynagradzają nam to z nawiązką.

Na album składa się 8 utworów, trwających łącznie około 45 minut.
Wszystko zaczyna się od 7 min. Thrashers- który jest jednym z pierwszych utworów kapeli, gdyż już można było usłyszeć go na demie o tytule Kill As One.
I choć już na samym wstępie może nieco zrazić brzmienie to jednak praca gitar i całej reszty przyprawia o zachwyt. Świetne tempo oraz mocny riff i chętnie się przytupuje do utworu. Hmm słuchając tego utworu troszkę mi się to skojarzyło jakby z NWOBHM w takim nieco szybszym tempie. Trzeba też zwrócić uwagę że głosu tutaj użyczył Dennis,który gra na basie.
No a sam utwór posiada bardzo chwytliwy refren, do tego ta niesamowita gra solowa.
Evil Priest- kolejny mocarny utwór, który zaczyna się szybkim riffem,oraz ostrą napierdalanką na perce. Ale już podczas zwrotek utwór nieco zwalnia ,ale wciąż niszczy .
No i jeszcze te popisy podczas refrenu,nie dość że chwytliwy to jeszcze w tle znakomite melodie. Dla mnie jest to majstersztyk i spec od przemian licznych temp.
Voracious Souls- kolejny killer, i znów niesamowite popisy muzyków i znów genialne zmiany temp, to raz szybko to raz nieco wolniej ale wszystko przyrządzone z głową. Brawa za solówki jak najbardziej zasłużone! Kolejny utwór również znany nieco wcześniej Kill As One- który jest kolejnym mocnym punktem albumu! Który podobnie jak poprzednie jest przepełniony dużo dawką energii i świetnymi partiami instrumentalni. Dla mnie oczywiście najlepszym utworem jest...The Ultra Violence- ponad 10 minutowy maraton umiejętności muzyków ,który rozrywa na strzępy! ( Czy wam też ten początek kojarzy się z Port Royal - Running Wild ?)
Natomiast Ministress of Pain - to utwór ukazuje jak się powinno grać thrash.
W Final Death można się za to delektować znakomitymi popisami wokalnymi Marka, no i oczywiście cała reszta niczym nie zawodzi.
A album zamyka L.P.F.S-taki luzacki kawałek w sam raz aby zamknąć całość

The Ultra -Violence to karta przetargowa zespołu,dzięki której otworzyli sobie drogę do kariery i sławy ,i wierzę głęboko że gdyby tak dać lepsze brzmienie to album byłby perfekcyjny. Niestety to mało uchybienie może nieco zrazić ,choć nie jest to też z drugiej strony jakiś tam czynnik przeszkadzający w słuchaniu. Hmm gdybym miał podsumować ten album w jednym zdaniu: jeden z najlepszych albumów w historii gatunku i do tego jeden z ich najlepszych dokonań. Nota: 9.5/10

piątek, 5 sierpnia 2011

DEATH ANGEL - Act 3 (1990)

Jeśli chodzi o Death Angel to ich najbardziej rozpoznawalnym i najsławniejszym albumem jest oczywiście trzeci album ,zatytułowany Act 3. Zanim jednak ukazał się Act 3 , światło dzienne ujrzała pierwsza koncertówka zespołu „Fall From Grace”. Act 3 to jest dojrzały album tego zespołu, nie ma już jakiś nie dociągnięć nie ma eksperymentów typu Bored jaki były charakterystyczne na poprzednim albumie. Tutaj mamy porządny thrashowy album doskonały pod każdym względem .
Na próżno szukać uchybień i nie dociągnięć, bo album został dopracowany w każdym calu.
Trzeba wspomnieć że właśnie tym albumem zespół wywalczył sobie miejsce w historii thrashu,no bo kto nie zna tego albumu? Owy album już nie został wydany pod skrzydłami wytwórni Enigma ,lecz Geffen Records. Co uważam że tylko polepszyło ich sytuację. Skład oczywiście taki sam jak na poprzedniku, tylko bardziej doświadczony.
No tyle tytułem wstępu...


Jedna z moich ulubionych okładek zdobi ten album,mroczna ,ale też ma nie zły klimat.
Na album składa się 10 kompozycji ,gdzie każda z nich ma coś do zaoferowania.
Zaczyna się od mocnego otwieracza Seemingly Endless Time thrashowy killer, pełen agresji i imponujących partii gitarowych. Najbardziej zaskakuje oczywiście Mark, który się rozwinął od poprzedniego albumu i to słychać przy pierwszym odsłuchu.
Kiedy wkracza riff kolejnego utworu - Stop ,to mogło by się wydawać że znów będzie szybko i ostro . tutaj jednak dominuje średnie tempo i ciekawa aranżacja. Kawałek świetnie przekształca się w połowie w dziką bestię . I tutaj plus za umiejętne zmiany temp oraz nie banalne sola.
Choć 2 pierwsze kompozycje zaczynają się od mocnego kopa, to 3 utwór Veil of Deception - zaczyna się bardzo spokojnie i umiejętnie kryje przed nami czy to się przemieni w szybki i ostry utwór czy do końca będzie tak leciał. I choć jest to balladowy wałek to i tak genialnie pasuje do reszty. Miło że zespół urozmaicili album po przez utwór tego typu. Następny wałek to The Organization- który wg mnie jest najostrzejszym utworem na płycie!Cóż za wspaniała praca Roberta na gitarze. Natomiast Discontinued zaczyna się od wstępu na perce i kiedy później wkracza riff to robi się bardzo mrocznie,jednak w dalszej części słychać w tym wszystkim nieco punku i nie do końca mamy tutaj 100% thrash ,ale i tak utwór świetnie się prezentuje.
A Room With a View- bardzo piękna ballada w wykonaniu thrashowego zespołu.
Kolejny utwór zaczyna się jak większość na tym albumie spokojnie ,ale Stagnant należy do grona tych cięższych utworów. Jednym z moich ulubieńców na tej płycie jest 3 minutowy killer - EX-TC. No i mocnym punktem albumu są dwa ostatnie utwory Disturbing the Peace- thrashowy wykop, gdzie dzikość i szybkość nie zna granic. Jeden z ostrzejszych na płycie oraz zamykający album Falling Asleep który jest też najdłuższy na płycie .I choć dominuje tutaj szybkość to jednak dużym plusem jest spora zmian temp i ciekawych melodii ,znów można się delektować znakomitą pracą Roberta.

Trzeci album Kalifornijczyków to znakomity album ,w którym mamy zróżnicowany materiał od szybkich po wolne kompozycje. Album zrobił furorę w owym czasie i do dziś jest uważany przez wielu za ich najlepszy album! No i jak tu się dziwić skoro dzięki nie mu zapisali się w historii thrashu i są znaną i ( lubianą?) kapelą.
KULT? Jasne że tak Nota: 10/10

poniedziałek, 25 lipca 2011

DEATH ANGEL - Art of dying (2004)

Death Angel to dla mnie jeden z nie wielu zespołów, które miał tyle trudności w swojej karierze i jednym z nie wielu, który powrócił w tak wielkim stylu.
Jednak ta owa myśl wymaga nieco rozszerzenia....
Zespół przeżył wypadek, w którym najbardziej ucierpiał Andy Galeon, przeżyli też sporo spraw sądowych ,ale co ważne przetrwali to . I tak po 15 latach reaktywowany zespół wydaje swój 4 album - Art of dying, który okazał się wielkim powrotem po wielu latach nie bytu i trzeba przyznać że zespół owym wydarzeniem namieszali na scenie metalowej . Tym razem album został wydany pod skrzydłami Nuclear Blast i ukazał się w 2004. Trzeba przyznać że tytuł albumu jest dość ciekawy a jego historia bierze się z tybetańskiej książki, która pisze że to jak żyjemy ma wpływ na to jak umrzemy, że nasze życie jest sztuką umierania, coś w tym jednak jest.

I tak jak wspomniałem wcześniej album okazał się wielkim powrotem zespołu na scenę metalową i słusznie, bo gdyby album był słaby to na pewno nie byłby to wielki powrót, a wierzcie mi album jest znakomity i chyba ich największy fan by nie przypuszczał, że mogę nagrać jeden z mocniejszych albumów, bo jakby nie było, jest tutaj więcej thrashu niż na 2 poprzednich albumach , a brzmienie i cała produkcja jest nowocześniejsza niż ta na poprzedniczkach a i doświadczenie muzyków jest już większe, co zresztą słychać.

Na album składa się 12 kompozycji zróżnicowanych, a przy tym zagranych na tym samym wysokim poziome przez co album jest cholernie równy na tyle, że jest problem wybrać te najlepsze czy gorsze i to jest to. Magią tego albumu oprócz świetnego klimatu jest to że wszystko jest tak świetnie ułożone i nie ma tak że mamy najpierw same hity, a potem nie wiadomo co, do tego wokal Marka na tym albumie jest o niebo lepszy.

Album zaczyna spokojne ,ale zapadające intro, które ani przez moment nie zdradza jaki będzie album. Po kilku sekundach uderza mocny riff i znakomite walenie w perkę Andiego i w ten o to sposób zaczyna się potężny „Thrown to the Wolves”. Bardo podoba mi się tempo w jakim utrzymany jest utwór, melodyjny riff oraz wykrzyczany przez Marka refren i fajny efekt dają chórki śpiewające oh oh. „5 Steps of Freedom” zaczyna się tajemniczo, ale po chwili mamy kolejny killerski utwór, który przypomina mi ich wcześniejsze albumy. A utwór podbija serca słuchacza świetnymi solówkami oraz wokalem Marka, który już nie wrzeszczy a stara się oddać klimat temu utworowi. 3 utwór to jeden z ich mocniejszych utworów ever- „Thicker Than Blood” szybki ,ostry i na dodatek melodyjny i te partie gitarowe. No i po raz kolejny mark rzuca na kolana ,tutaj nawet bardziej się stara krzyczeć niż śpiewać i to jest miłe zaskoczenie. Jednym z dłuższych utworów na albumie jest „The Devil Incarnate” który początkowo kojarzy się mi się z metką , nawet wokalnie jest podobnie. Utwór praktycznie w całości utrzymany w nieco spokojniejszym tempie, ale wierzcie mi że w tym wypadku nie ma to większego znaczenia, bo kawałek mimo tego rzuca na kolana i to bez jakiegoś większej mocy czy też drapieżności. Tutaj zastępują to umiejętne zmienianie temp, przemyślane sola , która przykuwają uwagę swoim kunsztem, no i nie zmordowany Mark ,który idealnie się spisuje nawet w takich kompozycjach. Bardzo podoba mi się taki koncertowy utwór jak „Famine”-w sam raz żeby poskakać w tłumie. Mocny bas z początku to tylko przedsmak tego utworu. Kiedy wkracza partia gitarowa to nie ma żartu. Wypada tez nadmienić że i Mark stara się nieco inaczej śpiewać. I znów wykombinowali chwytliwy refren. Bardzo ciekawa kompozycja, końcówka totalnie mnie zaskoczyła! Prawdziwą ucztą dla thrashowców będzie kolejny wałek - „Prophecy”. To jest prawdziwy thrashowy killer , w którym można się ekscytować nie banalną pracą gitar, że o wokalu nie wspomnę. No a utwór kolejny ma bardzo prosty tytuł zresztą jak i całą resztę mowa o „No”. Utwór bardziej nasuwa mi power czy też inne melodyjne odmiany metalu.
Bardzo przyjemny kawałek,z melodyjnym riffem no i z bardzo prostym ale za to jak bardzo chwytliwym refrenem. Mocny punkt albumu. Drugim utworem trwającym ponad 6 minut jest „Spirit”,,który jest oczywiście ostrzejszy od poprzedniego. I tutaj nie obeszło się bez zmian temp oraz imponujących solówek. Bardzo przypadł mi do gustu taki bardziej rock and rolowy „Land of Blood” -muszę przyznać bardzo pozytywny utwór, pełen znakomitych popisów gitarowych no i wokalnie Mark zniszczył. Dopełnieniem albumu jest zmienny jak kameleon „Never me” który spodoba się nie jednemu słuchaczowi , bo jest bardzo ciekawie zagrany no i zamykający album „Word to the Wise” który jest przepiękną balladą.

Co można powiedzieć o Art of Dying w kilku słowach? Że jest to jedna z lepszych rzeczy ostatnich lat jeśli chodzi o ten gatunek. Wielki powrót zespołu, który przepadł na 14 lat, powrót i to w najlepszym wykonaniu dając fanom oraz innym słuchaczom naprawdę świetny album wypełniony po brzegi znakomitymi kompozycjami , gdzie każdy z nich oferuje coś innego słuchaczowi, nie ma monotonności ani grania na jedno kopyto ,oj nie zespół umiejętnie zróżnicował album nie tracąc przy tym mocy ani drapieżności . Art of Dying jest to jeden z ich mocniejszych albumów który wg mnie jest wart uwagi , bo nie każdy potrafi nagrać taki album. 9.5/10

sobota, 23 lipca 2011

DEATH ANGEL - Frolic Through The Park (1988)

Na kolejny album Death Angel nie trzeba było czekać długo, gdyż w roku 1988 ukazuje się następca debiutu Frolic Through the Park. Choć skład zespołu jest taki sam jak na debiucie,to jednak album jest słabszy, ale uważam że krytycy i fani za bardzo jadą po tej płycie,bo choć jest to album słabszy, najsłabszy w ich karierze,to nie oznacza totalne shit czy coś, ja osobiście uważam ten album za dobry. Singlowy Bored musiał zadziwić fanów debiutu, bo nie brzmiało to dobrze. Mało w tym thrashu , a utwór przypominał bardziej jakiś gniot ,w którym nic ciekawego nie ma. Choć uważam że Frolic Through the Park to album w którym można się doszukać mocnych riffów, sporo ciekawych melodii , ale jest to album osadzony w nieco innej stylistyce niż jego poprzednik, nie jest to już taki rasowy thrash:. Produkcja albumu jest nie wiele gorsza od poprzedniej,ale problem tkwi w zawartości,

Gdyż nie ma już takiej perfekcji jak na poprzedniku,ale jest to wciąż zajebista muza.
Album otwiera znakomity „3rd Floor” ,typowy thrashowy killer. Szybki tempo, ostra praca gitarek i do tego znakomita forma wokalna Marka A najbardziej zapada oczywiście refren.
Kolejny numer- „Road Mutants” - to kolejny kawałek bardzo thrashowy , w którym na wyróżnienie zasługuje tekst oraz imponujące przyspieszenia! Dla mnie jest kolejny zajebisty utwór z tego albumu. „Why You do this” - jest kolejny killer z szybkimi partiami gitarowymi i sporą dawką melodii . Kawałek świetnie przedstawia to co zespół będzie grał na kolejnych albumach.
I uwagę słuchacza powinny przyciągnąć bardzo interesujące solówki.
Jednak jak już wspomniałem album jest tutaj troszkę osadzony w innej stylistyce i najlepszym przykładem tego jest wspomniany przeze mnie „Bored” , w którym można się doszukiwać rockowych odniesień. Jest to oczywiście najsłabszy utwór, który ciągnie album na dół i psuje tylko zajawkę jaką się osiągnęło dzięki poprzednim utworom. I niestety, ale nieszczęść ciąg dalszy jest ,bo taki Confused jako taki ujdzie,ale po 3 utworach oczekiwania były większe. No a tak mamy 7 minutowy walec który się wlecze. Na szczęście po dwóch niezbyt udanych utworach mamy kolejny killer- „Guilty of Innocence”,rzekłbym jeden z najlepszych utworów na płycie. Szybki,dziki i zagrany z polotem nie to co dwa poprzednie utwory gdzie były eksperymenty.
I mogło się by wydawać że tak będzie już do końca, niestety chęć eksperymentowania okazała się większa takowym jest „Open Up”. Bardzo zajebiście zaczyna się „Shores of Sin” i bardzo mrocznie niczym z jakiegoś z filmu grozy a kiedy wchodzą gitary , to od razu słychać porządne granie thrashowe, no może brakuje ognia,ale i tak utwór robi ogromne wrażenie. Jest to kolejny mocny punkt tego albumu, zajebisty refren. Kolejnym przejawem chęci eksperymentowania jest cover Kiss - Cold Gin,który pozostawię bez komentarza. No i na koniec mamy znów killera Mind Rape- który przyczynia się do tego że mam pewien niesmak, bo można było nagrać same kawałki tego typu i byłoby na pewno lepiej no cóż,cieszę się jednak ze album zamyka jakiś porządny z wykopem utwór.

Frolic Through The Park to najsłabszy album Kalifornijczyków ,bo po takim genialnym debiucie,można było się spodziewać że nagrają co najmniej bardzo dobry album. No cóż na albumie znalazło się parę wypełniaczy przez co album jest nie równy i niespójny,bo choć jest tutaj dominacja thrashu to jednak w darło się tutaj trochę eksperymentowania które okazało się nie potrzebne ,wręcz zbędne kiedy receptura była wciąż przebojowa i miała wzięcie . No nic za ten album dam 7/10

wtorek, 5 lipca 2011

DEATH ANGEL - Relentless Retribution (2010)

Powracanie do swoich artystycznych korzeni jest dziś na topie. Zespoły po przeżyciach i wycieczkach w inne rejony zawsze wracają do swoich pierwszych płyt, do czegoś, dzięki czemu zaistnieli. Tak i stało się z Death Angel zespół po przeżyciach, a pomimo to powrót zespołu na szczyty przyszło łatwo o czym może świadczyć niezwykły sukces „Killing Season” który dla wielu był albumem roku. Basista Damien Sissom i perkusista Will Carroll choć są w składzie od roku 2009 to jako nowa sekcja rytmiczna spisują się fantastycznie, co zresztą słychać i nie dają poznać, że jakiekolwiek zmiany zaszły. To też nowy album zatytułowany „Relentless Retribution” mógł nieco obawiać fanów, czy będzie to album tak dobry jak poprzednie. Cóż jest to odejście od punkowego thrashu jak to miało miejsce na poprzednim albumie. W zamian zespół wrócił do technicznego thrashu, powrócili do tego co pomogło wejść im do największych thrash metalowych kapel. Nowy krążek różni się pod wieloma kwestiami od poprzednika. Wokal ostrzejszy, gitary drapieżniejsze, brutalne brzmienie i w dodatku mamy całkiem mocne kompozycje. O brzmienie tym razem zadbał Jason Suecof , który znany jest nie którym ze współpracy z takimi kapelami jak Trivum czy Devildriver. Dla fanów ostrego grania jest to pozycja na pewno obowiązkowa. Ja postaram się przedstawić swoją opinię w dalszej części.

Szata graficzna album jest właściwie idealnym oddaniem klimatu albumu – brutalny thrash. Okładka nasuwa znakomite lata 80, a to zapewne przez kiczowaty styl. Artwork narysował Brent Elliot White . Najlepszym rozwiązaniem było danie na wstęp utwór, który był wypuszczony jeszcze przed premierą krążka. „Relentless Retribution” to brutalny kawałek i od razu słychać, że będzie to album inny niż poprzednik. Słychać powrót do grania z The Ultra Violence, aczkolwiek bardziej nowoczesne i jeszcze bardziej brutalne. Co podoba mi się w tym utworze, to mroczny i ostry riff, technika grania, która stoi na wysokim poziomie. Brutalne i takie nieco brudne brzmienie. Wokal Marka Osegueda jest ostrzejszy niż na ostatnich płytach, a to jest akurat mocna strona tego kawałka jak i całego albumu. Bardzo fajnie wypada refren, który ma nieco punkowego ducha. Wiecie w czym tkwi problem, jeśli chodzi o ten album? Jak dla mnie nie ma utrzymanego równego poziomu, są killery, ale są też słabsze momenty, które nieco studzą zachwyt i chwalenie pod niebiosa. Choćby taki „Claws Is So Deep”, który jak na 7 minutowy kawałek jest bardzo interesujący i przemyślany. Choć tutaj zespół nie potrafił się wyzbyć nie udanych chórków, które drażnią, a także nie potrzebnej akustycznej końcówki, która ni jak ma się do całego kawałka, czyżby granie na siłę? Sam kawałek mimo wad, trzeba zaliczyć do tych najlepszych z płyty. Jest to znów szybka, dynamiczna i bardzo drapieżna kompozycja. Jest kilka fajnych motywów i melodii, a to wystarczyło, żeby polubić ten utwór. Najbardziej mniej jednak zachwycają te krótkie 3-4 minutowe killery typu „Truce”, w której ciężar dyktuje rytm całego utworu. Jest punkowy feeling w refrenie, który jest bardzo chwytliwy. Na dodatek mamy ciężki riff i bardzo dający o sobie znać brutalny bas. Tutaj mamy dowód, że techniczne granie nie zawsze musi być sztywne i nudne. Dla mnie jest to kolejny mocny punkt na albumie. Pozostałością grania i stylu z poprzedniego albumu jest „Into The Arms Of Righteous Anger” . Niestety klasa i poziom nie ten sam. Podoba mi się zagranie w nieco innym stylu oraz dobre tempo. Nie podoba mi się za to nijaki refren oraz taki sobie riff. Nic tylko dobry kawałek, bez jakiegoś większego zachwycania się. Mocnym punktem albumu bez wątpienia jest również znany z promocji kawałek „River of Rapture”. Po raz kolejny postawiono na drapieżność i ciężar, a to sprawdza się tutaj na albumie prawie za każdym razem. Podoba mi się dynamika i rytmika kawałka.
Takie zaloty pod „Killing Season” ma również „Absence of Light” gdzie szybkość stępiono do poziomu wolnego i stonowanego, drapieżność zastąpiono melodyjność, a brutalność przekształcono w punkowy feeling i słucha się tego równie dobrze jak poprzedniej szaleńczej kompozycji. Pomimo ciężkiego wydźwięku również „This hate” można podciągnąć pod poprzedni album,choćby za sprawą za punkowy refren. Natomiast cała reszta jest drapieżna jak większość elementów na tym albumie. „Death Of The Meek" jest wtórny i paskudny pod względem atrakcyjnego grania. Nie ma ani jakiegoś pierdolnięcia, nie ma też jakieś wbijającego w fotel riffu, a refren przyprawia o ból głowy, niestety ale na koniec zespół upuszcza poziom i wstawia wypełniacza. Podobne wrażenie na mnie robi „Opponents At Sides” gdzie 6minut przeradza się w niekończącą się opowieść. Kawałek się wlecze. Też słychać chaos i brak pomysłu. To sobie refren leci to partia gitarowo i nic nie przyciągnęło mojej uwagi. Złe wrażenie próbuje zatrzeć „I choose The Sky” ale nie ma już takiego ognia jak pierwsze utwory pomimo że jest szybko i brutalnie. A najlepiej tutaj się prezentuje solówka, którą zaliczam do jednych z najlepszych na płycie. Ballada w zestawieniu tych killerów i brutalnego grania to najgorsza rzecz na tym albumie, a „Volcanic” i bez tego kontrastu jest niczym radiowy ukłon ku nie wymagającym słuchaczom, którzy wszystko łykną. Otóż gniotom, mówię stanowcze NIE. Na zakończenie mamy kolejny killerski „Where The Lay”, szkoda że przyszedł z pomocą albumowi tak późno. Ale to jest kolejny dowód, że zespół umiejętnie sobie radzi przy szybkim graniu. Tutaj zawiodły elementy, gdzie brutalność i szybkość nie potrafi zakryć. Wtedy wszystko wychodzi na jaw.

Zespół dotrzymał słowa i nagrał jeden z najcięższych albumów w swojej karierze, gdzie techniczne granie bierze górę. Pomysłów starcza na 70% albumu, potem improwizacja i granie na siłę. Jest kilka killerów, ale tyle sporo tez można znaleźć słabych utworów, które tylko wypełniają album pod względem ilości czasu trwania i pod względem ilości kompozycji zawartych na albumie. Zadbano prawie o wszystko. O okładkę, brzmienie i technikę. Jednak nie dopracowano najważniejszego elementu- kompozycji. Ode mnie mocne 7.5/10 i mimo stękania i narzekania jest to album warty do zapoznania, bo jest to Thrash Metal na dobrym poziomie. Raz na wozie, a raz pod wozem.

sobota, 2 lipca 2011

DEATH ANGEL - Killing Season (2008)

Powrócić na szczyty po latach wydając krążek po 14 latach to nie wszystko, bardzo ważne jest utrzymać formę i nagrać kolejny równie genialny album. To też Death Angel nie spieszył się z wydaniem następcy Art of Dying i w sumie dobrze bo jaka korzyść z wydania albumu po dwóch latach ,który jedynie zaszkodzi zespołowi. No więc zespół wydaje kolejny album „Killing Season” po 4 latach od czasu art of Dying. Tym razem za produkcją albumu stoi Nick Raskulinecz.
Albumu namieszał w roku 2008 i zresztą nikt raczej się tego nie spodziewał, ale z drugiej strony Death Angel zawsze nagrywał solidne albumy więc gniot nie wchodził w rachubę.

Dobra przejdźmy do zawartości po produkcja jak i szata graficzna są na wysokim poziomie.
A jak się ma sprawa utworów?
Oczywiście jest to 11 kompozycji naładowanych rock and rolową energią i zarazem zróżnicowanych ,więc śmiało mogą sięgać osoby którym się podobał poprzednik.
Album otwiera krótka partia akustyczna który nadaje niezły klimacik , ale po paru sekundach „Lord of hate” ,przeradza się w prawdziwy killer. Riff bardzo melodyjny ale nie pozbawiony pazura. Mark oczywiście znów w świetnej formie wokalnej co zresztą słychać przez cały album. Utwór posiada bardzo chwytliwy refren, nie ma to tamto. Bardzo podoba mi się środek utworu, gdzie Andy bardzo fajnie wali w gary, ale nie można też w żadnym wypadku pominąć duet Aguilar / Avestany, który idealnie się spisuje. Potem kolejny mocny kawałek, fantastyczny singiel - „Sonic beatdown” Utwór bardzo fajnie buja, gitary chodzą szybko i bardzo melodyjnie .Najbardziej zapada oczywiście zajebisty refren oraz maniera Mark,a który nadaję uroku temu utworowi, wątpię żeby inny wokalista zrobiłby to lepiej. Zaskoczenie następuje dalej, bo wciąż otrzymujemy genialny utwór jakim jest „Dethroned”- w którym mark niszczy swoim wokalem, wystarczy się wsłuchać w zwrotki. Partie gitarowe są tak perfekcyjne, że aż szczęka opada . Oczywiście nie można się oprzeć chwytliwemu refrenowi, właściwie utwór nie ma słabych punktów.I choćby mogło by się wydawać, że przeczuwamy jak może być dalej to jednak „Carnival Justice” uświadamia nam, że ni czego nie jesteśmy pewni, bo mamy do czynienia z bardzo szybkim utworem, gdzie Mark zniszczył wokalem, gdyż tutaj stara się być drapieżny i agresywny wyszło to oczywiście na plus. Warto zwrócić tez uwagę na solówki ,które są punktem kulminacyjnym utworu. Natomiast kolejny utwór „Buried Alive” to nieco spokojniejsze granie,ale oczywiście nie ma mowy o balladzie. Jest ciężar,jest mrocznie i ogółem otrzymaliśmy bardzo efektowny utwór, który wypada całkiem nieźle zwłaszcza jeśli chodzi o warstwę instrumentalną z naciskiem na solówki. Słabość mam do takich utworów jak „Soulless” bo są to utwory w których nie liczy się szybkość czy też ostrość, lecz pomysł i umiejętności muzyków i efekt jest znakomity.
Bardzo ciekawie zaczyna się „The Noose”, który należy do tych ostrzejszych kompozycji i nie da się ukryć, że utwór niszczy i to pod każdym względem. Choćby refren gdzie bardzo fajnie wypadają chórki! Mocnym punktem albumu jest też „When World Collide”, który ma same zalety i brak wad. Mocny riff, chwytliwy refren i nie przeciętne solówki ,a Mark wciąż zaskakuje swoją fantastyczną formą. Bardzo też ciekawie wyszedł „God Vs God” , który brzmi bardzo nowocześnie i pozwala nieco odsapnąć . Bo nie ma tutaj jakieś napierdalanki, jest bardzo fajny klimacik i znów mamy popis umiejętności oraz bardzo fajny pomysł na dobry utwór. „Steal the Crown”- początek gdy słychać partie basową to od razu mam skojarzenia z IM z okresu Di anno. Co by nie powiedzieć znów mamy do czynienia z energicznym, szybkim i ostrym utworem , który zadowoli nawet najbardziej wybrednego słuchacza. Album zamyka wg mnie najlepszy utwór na albumie- „Resurrection Machine” Zaczyna się bardzo melancholijnie, klimat panuje bardzo taki pogrzebowy, ale kurde podoba mi się to, ciekawy riff i ta magia... Ale kiedy włazi potężny riff to nie ma żartów. Jest ciężko, ale melodyjność towarzyszy wszystkiemu. Refren oczywiście znakomity ,a na wyróżnienie zasługują nie przeciętne chórki. Ten utwór jest prawdziwą uczta dla fanów thrashu i kwintesencją tego albumu, lepszego zakończenie nie można otrzymać.

Killing season to prawdziwa uczta dla fanów gatunku, bo płyta jest genialna , mamy zróżnicowane kompozycje od szybkich po melodyjne utwory,nie zabrakło też smaczków w postaci akustycznych partii, a wszystko opakowane w naprawdę potężne brzmienie.
Jak dla mnie album nie ma słabych punktów i dorównał poprzednim album,może nawet przebił.....Dla mnie jedna z najważniejszych płyt roku 2008 i jedna z najlepszych płyt zespołu. Dam 10/10 bo właśnie do takich albumów warto wracać. Warto podkreślić, że zespół zadbał także o okładkę bo i ta jest świetna zresztą jak muzyka. Nie lubisz Thrashu rodem z Kreatora czy Metalliki to sięgnij po to, bo właśnie dzięki temu albumowi przekonasz się do tego gatunku.