Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Attika. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Attika. Pokaż wszystkie posty

czwartek, 14 stycznia 2021

ATTIKA - Metal Lands (2021)

 

Po 30 latach wraca kolejny zaginiony band z lat 80 i 90, a mowa o amerykańskim Attika. To band, który powstał 1983r i od samego początku skupił się na graniu amerykańskiego heavy/power metalu. Nigdy nie byli pionierami, ale grali na całkiem dobry poziomie i dobrze, że powrócili po takiej długiej przerwie. Ze starego składu został perkusista Jeff Patelski i wokalista Robert Vanwart. Zespół zasilił  gitarzysta Bill Krajewski i basista Glenn Anthony.  Nowy skład, nowy album, ale "Metal Lands" serwuje wciąż kawał solidnego us heavy/power metalu, który ma coś z Warlord, coś Helstar, czy Attacker.

Odpalając płytę od razu można poczuć ten amerykański feeling i muszę przyznać, że brzmienie jest mocne i bardzo zadziornie. Idealnie to współgra z zawartością. Band mimo długiej przerwy wciąż gra swoje i nie zapomniał jak tworzyć solidne kompozycje. Odnoszę wrażenie, że nowy album jest bardziej dojrzały i bardziej dopracowany niż te które band wydał na przełomie lat 80 i 90. Na pewno zachwyca dobra forma wokalna Roberta, który wciąż imponuje ciekawą manierą wokalną i drapieżnością. Właściwy człowiek na właściwym miejscu. Od strony partii gitarowych też sporo się dzieje, bowiem mamy mocne, wyraziste riffy i sporo chwytliwych melodii. Troszkę kuleje przebojowość, ale nie oznacza to, że płyta jest nudna.

Pierwszy killer to bez wątpienia tytułowy "Metal Lands", który otwiera ten album. Dostajemy na starcie mocny, mroczny riff i dużo agresywnych partii, które od razu  pokazują na co ten band stać. Jest też miejsce na szybsze granie, co potwierdza przebojowy "Like a bullet". Mamy też marszowy, stonowany i klimatyczny "Darkness of the Day". Fanom Attacker, czy Metal Church może przypaść do gustu dynamiczny "Thorn in my Side", czy zadziorny "Sincerely Violent". W takiej stylistyce band najlepiej wypada. Urozmaicenia dodaje lekka i nastrojowa ballada "One wish", czy przebojowy "Gold" w którym jest też coś z hard rocka.

Attika wraca i to w całkiem dobry stylu. Dostajemy dobrze skrojony album, który w pełni oddaje to co najlepsze w us heavy/power metalu. "Metal Lands" nie rozczarowuje i ma sporo mocnych momentów, dlatego warto poświęcić mu uwagę.

Ocena: 7/10
 

wtorek, 22 listopada 2011

ATTIKA - Attika (1988)

Ktoś zna, pamięta amerykański zespół heavy metalowy który się zwał ATTIKA? Nie? Nie dziwię się bo to jest jeden z tych zespołów ogarniętych mrokiem, zapomnieniem przez słuchaczy. W tym przypadku zdanie większości nie mija się wiele z moim i stoję murem za nimi. Okres działalności tej kapeli przypada na końcówkę lat 80 i początek lat 90 i jedynie co po niej zostało to dwa średniej klasy albumy, które nie wywarły większego wpływu na scenę i słusznie zostały przemilczane. Debiut w postaci „Attika” z 1988 roku tylko utwierdza mnie w przekonaniu, że nie jest to kapela, która się czymś wyróżnia przed szeregi i fakt umiejętności grania w tym przypadku nie jest monetą przetargową, bo takich zespołów było w owym czasie pełno i zapewniam że o wiele ciekawszych niż Attika. Jak przystało na debiutancki album jest sporo nie dociągnięć i właściwie to ich liczba przesądza o tym, że krążek niczym nie zachwyca. Brzmienie, które powinno stanowić źródło mocy i kopa, jest po prostu rozlazłe i nie dopracowane. Wokalista Robert Van War jest mało przekonujący w swojej roli. Nie ma ani warsztatu technicznego, a i charyzma pozostawia wiele do życzenia. Nie ma za grosz w nim zadziorności czy tez porywczości. Takie same wrażenie na mnie robi chaotycznie poprowadzona sekcja rytmiczna i strasznie monotonne partie gitarowe Longobardiego i właściwie już mamy prawie obraz całej płyty. Zawartość, ano tak wypada napisać, że jest owe zróżnicowanie materiału, jednak nie dajcie się zwieść. Już otwieracz w postaci hard rockowego „Blindman;s Run” daje obraz całości i co gorsze zniechęca do dalszej I tak słuchając każdej kompozycji można doszukać się wpływów starego BLACK SABBATH, IRON MAIDEN, ale wykonanie, aranżacja i sama pomysłowość wręcz odstrasza. Mógłbym napisać, że „Kings In Hell” jest rozbudowany i nasycony różnymi motywami, albo że „Glory Bound” jest dynamiczny i drapieżny tylko po co skoro to mija się z prawdą. Każda z tych kompozycji powiela te same wady i cały materiał zlewa się w jedną niestrawną papkę, gdzie jest wszystko i nic, gdzie nie ma punktu zaczepienia w oparciu o wokal, melodie, partie gitarowe i właściwie zostaje tylko fakt odznaczenia w swoich notatkach: znajomość tego zespołu i ich działalności. Jednak czy czas poświęcony temu słabemu albumowi jest tego warty? Zdecydowanie Nie. Ocena: 3.5/10