Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Rhapsody Of Fire. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Rhapsody Of Fire. Pokaż wszystkie posty

czwartek, 30 maja 2024

RHAPSODY OF FIRE - Challange the wind (2024)


 
Nie ma Luca Turilli, nie ma Fabio Lione, nie ma Alexa Holzwartha, a włoski Rhapsody wciąż gra i tworzy nową muzykę. Ze starego składu przetrwał klawiszowiec Alex Staropoli, który też odgrywa ważną rolę w muzyce Rhapsody.  Pierwszy album, po zebraniu nowego składu był strzałem w dziesiątkę. "The Eight mountain" to jeden z ich najlepszych albumów, a wokalista Giacomo Voli pokazał się z znakomitej strony. Z miejsca stał się jednym z najlepszych wokalistów młodego pokolenia. Druga cześć tej sagi w postaci "Glory for salvation" to tylko dobry album, a najnowszy"Challange the Wind" jest między nimi. Nie jest to płyta idealna, ale lepsza od poprzedniczki.

Jest Power metal, jest podniosłość, jest szybkość, rozmach, epickość i duża dawka ciekawych melodii. Niby wszystko się zgadza, a jednak potrafi się wedrzeć nuda i przewidywalność. Do ideału brakuje troszkę i chyba najbardziej brakuje błysku geniuszu i tych przebojów z "The Eight Mountain".  Giacomo to wiadomo mistrz i potrafi czarować swoim głosem. Na pochwałę zasługuje również gitarzysta Roberto De micheli, który jest mocno zaangażowany i stara się wygrywać ciekawe melodie czy solówki. Jest poprawa względem poprzednika, ale do perfekcji troszkę zabrakło.

Rhapsody nie odkrywa ameryki i gra to  w czym jest najlepszy, czyli symfoniczny power metal i to jest właśnie co znajdziemy tutaj. Można też odnieść wrażenie, że band czasami chce grać bardziej komercyjnie, nastrojowo, żeby trafić do szerszego grona słuchaczy.

Okładka jakoś nie skradła mojego serca, brzmienie jest z górnej półki, co raczej nikogo zadziwi. Co do zawartości to na pewno fani nie będą narzekać, a może i ci co nie przepadają  za  Rhapsody przekonają się do nich dzięki temu albumowi? Otwarcie płyty jest w wielkim stylu, bo dostajemy tytułowy "challange the wind", który jest power metalową ucztą. Ta podniosłość, epickość i niesamowity śpiewa Giacomo imponują i pokazują potęgę Rhapsody. "Whispers Of Doom" to kolejny szybki, melodyjny i energiczny kawałek, który łatwo wpada w ucho. Dobrze wypada też zróżnicowany i bardziej zadziorny "The Bloody Pariah", który finezyjne i zagrane z polotem solówki. Najdłuższy na płycie jest "Vanquished by Shadows" i w sumie pierwsza część utwory zachwyca. Jest z pazurem, jest dynamika, melodyjność i duża dawka power metalu, druga część nieco bardziej progresywna. Utwór troszkę może za długi, ale jest tutaj sporo wysokiej klasy motywów. Dzieje się sporo dobrego w tym kawałku."Kreel magic staff" jest taki nieco ospały, taki bardziej romantyczny i ocierający się o komercje. Szybko, agresywnie jest w "Diamond Claws" czy w przebojowym "Black Wizard", które znów dostarczają emocji, mocy albumowi. Najsłabszy na płycie jest nijaki "a brave new hope" i lepiej brzmi zróżnicowany i pomysłowy "Holy Downfall" i ta współpraca na linii Roberto De Micheli i Alex Staropoli jest godna podziwu. Zamykający "Mastered by the dark" ma przebłyski, ciekawe zagrywki gitarowe i do tego marszowe tempo, które potrafią zauroczyć. Udane zwieńczenie całości.

Nie jest to najlepszy album Rhapsody, ale najgorszy też nie. Miło jest widzieć, że dalej grają, dalej tworzą i nagrywają nowe płyty, które mimo wszystko trzymają wysoki poziom. Jest kilka momentów, które bym zmienił, inaczej rozegrał, ale sama płyta dostarcza sporo pozytywnych emocji i zachęca do ponownych odsłuchów. Fani będą zachwyceni, a malkontenci mogą w końcu przekonać się do stylu Rhapsody. 

Ocena: 8/10

środa, 27 października 2021

RHAPSODY OF FIRE - Glory for salvation (2021)


 Czy to się podoba fanom Rhapsody of Fire czy nie, to nie ma już Fabio Lione i Luca Turilli w zespole. Czy fani to akceptują czy nie, to "The eight mountain" to jeden z najlepszych albumów Rhapsody of Fire. Teraz pytanie czy kontynuacja nowego sagi jest w stanie udźwignąć poziom jaki wyznaczył "The eight mountain"? Mogłoby się wydawać, że to tylko formalność by nagrać udaną kontynuację. To teraz czas na zwierzenia i przemyślenia na temat najnowszego dzieła włochów, które nosi tytuł "Glory For Salvation".

Okładka jak i brzmienie to swoista kontynuacja tego co było na poprzednim albumie. Stylistycznie band trzyma się swoich standardów, a sam klimat na kilometr jest wyczuwalny i wiadomo, że czeka nas przygoda w świecie fantasy. Również nie mam nic do zarzucenia muzyków, bo to są fachowcy i grają na wysokim poziomie. Płyta też sprawia wrażenia zagranej na wysokim poziomie i przynajmniej takie jest wrażenie. Tylko jakoś nie ma takiej przebojowości i takiej mocy jak na poprzednim albumie. Coś zawodzą same kompozycje, które jakoś w pełni nie zachwycają. Jasne są momenty świetne i nawet jest dreszczyk emocji, tylko jakoś mam często wrażenie czy to jeszcze Rhapsody czy nie jakiś inny band.  Giacomo Voli ma świetny głos i to nie on jest problem, ale same kompozycje, który moi zdaniem mogłyby być bardziej dopracowane. "Son of Vengeance" ma zadatki na ciekawy, epicki kawałek, ale jakoś po ciekawym symfonicznym wejściu, troszkę poziom siada i emocje również. Mocne wejście dostajemy w "The kingdom of ice" i jest to power metal gębą. Utwór bardzo dobry i jeden z najlepszych na płycie, ale też nie potrzebne są zwolnienia i na siłę tworzenie epickiej otoczki. Dużo dzieje się w tytułowym "Glory for salvation". Znów bardzo dobra kompozycja, w której jest spory pokład energii i ukłon w stronę starych płyt. Jest też szybko i bardzo melodyjnie w "Maid of the secret sand", który pokazuje jak powinien brzmieć cały krążek. Kolos "abyss of pain" to taki przerost formy nad treścią. Utwór dość szybko zaczyna nudzić. Oczywiście smaka wszystkim narobił udany singiel "ill be your hero", który imponuje przebojowym charakterem. Echa starego rhapsody słychać w "chains of destiny" i to jest prawdziwa perełka. To jest power metal do jakiego przyzwyczaił nas ten band


Co bym tu nie napisał to fani i tak sięgną po ten album, bo to w końcu rhapsody. Jeden z najważniejszych zespołów power metalowych. Jest patos, epickość i symfoniczny rozmach. Jest melodyjnie i momentami przebojowo, tylko nic z tego nie wynika. Wkrada się nuda i czasami jakieś to wszystkie ugrzecznione i zbyt łagodne. Zabrakło troszkę pomysłów na kompozycje i tego power metalowego pazura z poprzedniej płyty. 

Ocena 7/10

piątek, 25 stycznia 2019

RHAPSODY OF FIRE - The Eighth Mountain (2019)

Jedną z najbardziej wyczekiwanych płyt roku 2019 dla wielu fanów melodyjnego power metalu, czy też symfonicznego metalu jest bez wątpienia najnowsze dzieło Rhapsody of Fire. Przez ostatnie lata wiele się działo w szeregach Rhapsody of Fire. Cofnijmy się do roku 2016. Wtedy ukazał się jeden z ich najlepszych albumów, czyli "Into the Legend". Kiedy band znów się odrodził, nagle coś się zaczęło psuć. Fabio Lione będący w zespole od początku odszedł by poświecić się innym kapelom jak choćby Angra. Zaraz po nim odszedł też Alex Hozwarth. Ze starego składu już został tylko Alex Staropoli. Wiele fanów nie widziało sensu, by Rhapsody dalej funkcjonował pod nazwą Rhapsody of Fire. Po co ciągnąć coś z innymi muzykami, kiedy nie będzie to już to samo? Też takie miałem myśli. Zmienił się tok myślenia kiedy band wydał "Legendary Years" gdzie band odświeżył w nowym składzie najlepsze kawałki zespołu z początków kariery. Pojawiła się nadzieja, że ten band jeszcze może nas zaskoczyć. Rozpoczęło się odliczenie do premiery najnowszego dzieła w postaci "The Eighth Mountain". Czas zacząć nową sagę i nowy rozdział Rhapsody of Fire.  Cała akcja marketingowa i próbki nowego krążka nastawiały bardzo optymistycznie. Jak jest naprawdę?

To co dzieje się z marką Rhapsody troszkę śmieszy, bowiem już mamy dwa obozy Rhapsody. W jednym jest Rhapsody of Fire z Alexem Staropoli, a w drugim Turilli/Lione Rhapsody gdzie grają pozostali dawni muzycy Rhapsody. Kto wyjdzie z tej batalii cało zobaczymy....

"The Eighth mountain" to płyta która oddaje to co najlepsze w tej kapeli. Podniosłe motywy, dużo symfonicznych ozdobników, różne ciekawe orkiestrowe aranżacje, złożone motywy, klimat fantasy i ta lekkość w tworzeniu kompozycji. Obawy były czy nowi muzycy wpasują się w styl Rhapsody of Fire, czy podołają i czy udźwigną legendę. Giacomo Voli to nowy głos Rhapsody i ma coś z Fabio Lione, ale ma swój własny styl. Jest szeroki wachlarz jego możliwości, a w dodatku znakomicie radzi sobie z wysokimi rejestrami. Wnosi on świeżość i nową energię do zespołu. Alex Staropoli też mógł postawić na nieco inne rozwiązania.  Sekcja rytmiczna, którą tworzą Sala i Lotter to też mocny punkt tej płyty. Jest szybko i do przodu, ale nie jest to bezmózga łupanina. Ciężko uwierzyć, że ten band tworzą nowi ludzi, bo muzyka mówi nam jakbyś wrócili do korzeni i podali to w nowoczesnej oprawie.

Alex Charleux stworzył znakomitą okładkę i jest pełna miłych dla oka motywów. Jest chłód i klimat fantasy. Świetne dopełnienie znakomitego materiału, który od początku do końca porywa słuchacza. Jest podniosłe otwarcie w postaci "Abyss of Pain", który już przyprawia słuchacza o ciarki. To dopiero początek.Rhapsody of Fire  to specjalista w symfonicznym power metalu i czasami brakowało takiego mocnego kopa i energii. Brakowało nieraz pary i jakiegoś pomysłu by kawałek brzmiał atrakcyjnie. Kiedy wkracza "seven Heroic deeds" to od razu słychać ten power z początków działalności Rhapsody, jest powiew świeżości i takie nowoczesne opakowanie. To właśnie tak ma brzmieć Rhapsody w naszych czasach. Giacomo daje tutaj popis swoich umiejętności i pokazuje, że nie jest żółtodziobem, który stawiał kroki w talent show.  Więcej, więcej power metalu jest w rozpędzonym "Master of Peace" i znów słychać takie pozytywne zagrywki Staropoliego i tą słodkość z pierwszych płyt. Mocna rzecz. "Rain of Fury" to kawałek, który promował album i to w najlepszy sposób. Jest pazur, jest ciekawy riff i aranżacje orkiestrowe. Przebojowość bije z tego kawałka na kilometr. Nieco inaczej zaczyna się "White Wizzard", bowiem spokojnie, nieco balladowo, ale to utwór bardzo urozmaicony. Nie można mu odmówić podniosłości i orkiestrowej oprawy. Tak to wciąż kompozycja w power metalowym stylu. Bajkowy klimat i folkowe patenty to zalety "Warrior Heart", który ukazuje jak świetnym wokalistą jest Voli. Prawdziwy diament! Mocny riff atakuje nas w "The courage to forgive", który jest bardziej stonowany i marszowy. Nie ma tutaj szybkości, a mimo to jest to killer.  Ta lekkość znów sprawia, że ta muzyka po prostu płynie i wciąga słuchacza. Na płycie mamy 2 kolosy, które stawiają na epickość i prawdziwą symfoniczną ucztę, gdzie roi się od ciekawych motywów i aranżacji.  "March Against the Tyrant" jak sama nazwa wskazuje to prawdziwy bojowy marsz w kierunku bitwy.  Znakomite przejścia i dawkowanie power metalu sprawiają że utwór trzyma w napięciu jak dobry thriller. Niesamowite przeżycie. "Clash of Titans" to podręcznikowy przykład power metalu i to tego najwyższej próby. Jest szybkość, dobra współpraca gitarzysty i Alexa. Nie ma się do czego przyczepić, choćby się chciało. Echa pierwszych płyt Rhapsody mamy też w rozpędzonym "Legend goes on", który też band pokazuj światu na długo przed premierą. Nic dziwnego, bowiem to taki klasyczny Rhapsody jaki kocham. Całość zamyka drugi kolos czyli "Tales of Hero's Fate", który jest prawdziwą ucztą dla uszu. Jest tutaj dużo power metalu i przeplatają się naprawdę ciekawe motywy. Przede wszystkim klimat wciąga, a wisienką na torcie jest narracja świętej pamięci Christophera Lee.  Łezka w oku się zakręciła.


Same "ochy" i "achy" tu wypisuje i nic negatywnego. Tak się składa, że band dopracował każdy detal. Zarówno oprawa, brzmienie jak i zawartość są na wysokim poziomie. Band zabiera nas do korzeni swojej twórczości, ale też stara się odświeżyć zużytą formułę. Mamy w efekcie jeden z najlepszych albumów tej formacji. Znakomita kontynuacja "Into the Legend" i miłe zaskoczenie. Ciekawe co na to Turilli i Lione? Czekamy na ich odpowiedź.

Ocena: 9.5/10

piątek, 6 października 2017

RHAPSODY OF FIRE - Legendary Years (2017)

Rok 2016 był poniekąd dobrym rokiem dla Rhapsody of Fire, a z drugiej był rokiem zmian i trudnych decyzji. Kiedy zespół wydał "Into The Legend" to wiele fanów było w szoku, że kapela wróciła do korzeni i nagrała jeden ze swoich najlepszych albumów. Kiedy wszystko wydawało się być w najlepszym porządku to wtedy kapelę opuścił wokalista Fabio Lione, który był od samego początku. Kolejnym ciosem było odejście długoletniego perkusista Alexa Holzwarth. Ze starego składu został Alex Staropoli i w sumie dla wielu fanów Rhapsody przestał istnieć. Jednak Rhapsody of Fire w nowym składzie postanowił na nowo zagrać swoje największy hity z okresu "Rhapsody" i wydać w formie albumu "Legendary Years".

Wiele wątpliwości było i wiele pytań przed wydaniem tego albumu. Największą niewiadomą był od samego początku Giacomo Voli, który nie do końca przekonywał. Jasne, że potrafi śpiewać i to nawet w górnych rejestrach. Gdzieś tam można doszukać się powiązań z Fabio Lione, ale stara się też być sobą. Nowi muzycy są kompetentni i mogą pochwalić się niezwykłymi umiejętnościami, jednak nie można w pełni ocenić nowego Rhapsody of Fire na podstawie na nowo zagranych starych kawałków, które instrumentalnie brzmią bardzo podobnie. Giacomo idealnie wpasowuje się w partie wokalne Fabio Lione i nowe, stare kawałki wypadają naprawdę przyzwoicie. Mam nadzieje, że odgrywanie starych kawałków, będzie dla kapeli inspirujące i może następny album z nowym materiałem będzie na miarę starych płyt? oby tak.

Na płycie znajdziemy rozpędzony i przebojowy "Dawn of Victory", energiczny "Knightrider of Doom" czy melodyjny "Flames of Revenge". Otwarcie płyty jest naprawdę mocne i w sumie trzeba przyznać, że kapela dobrała dobry zestaw hitów, które identyfikują styl Rhapsody. Nie mogło zabraknąć takich hitów jak "land of immortals", klasyczny "Emerald Sword" czy kultowy "Legendary Tales".  Do promocji wykorzystano "When Demons Awake", który od razu nieco uspokoił, bo wykonanie jest na wysokim poziomie. Nowy wokalista się też w spokojniejszych kawałkach, co potwierdza "Wings of Destiny". Końcówka płyty jest równie mocna co początek, bo pojawia się zadziorny i dynamiczny "Holy thunderforce" i do tego na koniec mamy "Rain of thousands flames", który również niczym nie ustępuje starej wersji.

Bardzo udana składanka, która pokazuje, że nowy skład sprawdza się.  Jednak ciężko ocenić po starych kawałkach czy zespół jest zgrany i czy w niesie powiew świeżości. Jest dobrze, ale czy to wystarczy by utrzymać Rhapsody of Fire? Zobaczymy. Płyta skierowana bardziej do tych osób co nie słyszeli Rhapsody.

Ocena: 7/10

sobota, 16 stycznia 2016

RHAPSODY OF FIRE - Into the Legend (2016)

Rhapsody of Fire to żyjąca legenda power metalu i tego nikt nie podważy. Panowie w sumie to co już mieli nagrać to nagrali i ostatnim czasy bardziej zawodzili swoich fanów i słuchaczy. Gdzieś się pogubili w swoim stylu stawiając przede wszystkim na efektywność i bogate aranżacje. „Dark Wings of Steel” obnażył wszelkie słabości zespołu i pokazał, że panowie są w kiepskiej formie. Mało power metalu, mało petard, że o hitach nie wspomnę. Rozrachunek jest w ich przypadku bardzo prosty. Ostatni jako taki udany album to „The Frozen tears of Angels” z 2010r, który faktycznie miał przebłyski i był przemyślany jeśli chodzi o kompozycje. Z kolei ostatni stricte klasycznym albumem i najbardziej udanym pod każdym względem jest „Power of dragonflame”. Rok 2016 to kolejny rok, w którym Rhapsody of Fire prowadzony Staropolliego i Fabio Lione miał nas zaskoczyć i zabrać prosto w świat tej żyjącej legendy. Czy „Into The Legend” w końcu jest tym na co czekali fani od lat? Czy to płyta godna ich statusu i czy ma w sobie więcej power metalu? Jedno jest pewne. Rhapsody of Fire nie powiedział jeszcze ostatniego słowa.

Kiedy w 2011 Luca Turilli odszedł i założył swój Rhapsody to pojawił się strach jak to wpłynie na Rhapsody prowadzony przez Fabio Lione. Luca pierwszy album nagrał bardzo udany i było tam sporo power metalu. Jednak on chciał skupić się na bardziej filmowym aspekcie, przez co gdzieś też zatracił blask na ostatnim albumie. Z kolei Rhapsody of Fire od czasu odejścia Luca Turilli troszkę ucierpiało, ale ma to swoje plusy. Przede wszystkim panowie troszkę zaskoczyli poszukiwanie nowych smaczków i nowych elementów. Starali się tworzyć świeże kompozycje, które nie będą kalką starych i oklepanych kompozycji. Zabieg udany, ale nie przynosił dotychczas pożądanych rezultatów. Większość z nas skreśliło Rhapsody of Fire nie spodziewając się już niczego dobrego z ich strony. Od ostatniego wydawnictwa minęły 3 lata i w końcu możemy cieszyć tym co zespół chciał nam zaprezentować. Odświeżona znana nam formuła. Power metal w symfonicznej oprawie, gdzie znajduje się miejsce na pewne progresywne elementy czy też pewne wtrącenia folkowe. W dodatku „Into The Legend” jest niezwykle dynamicznym i dojrzałym albumem. Tutaj z jednej strony jest nawiązanie do przeszłości i znów granie energicznego i przebojowego power metalu, a zarazem Rhapsody próbuje tworzyć coś nowego. Jest podniosłość, masa epickich motywów, dobrze w mieszane operowe wokale, zwłaszcza kobiecy. Do tego dobrze rozbudowane pomysły, duża dawka chwytliwych melodii. W końcu na płycie Rhapsody of Fire słyszę ciekawe popisy gitarowe, pomysłowe przejścia i dobrze zbudowane solówki. Wszystko zagrane jest z pasją i polotem. Może ogłoszę herezję, ale jest to najlepszy album od czasów „Power of Dragonflame”. Nie ma jakiś większych wpadek, a całość naprawdę dobrze wypada w ostatecznym rozrachunku. Każdy utwór coś w nosi do tej płyty, każdy kawałek to inna przygoda. Nie ma tutaj mowy o rutynie i klepanie jednego motywu. Rhapsody dokonał nie możliwego i nagrał krążek, który nie jest typowy i nijakim power metalowym wydawnictwem bez wyrazu.

Brzmienie to klasa sama w sobie, ale z tego ten band przecież słynie. Mnie cieszy widok smoka na okładce, bo przecież bez niego ciężko sobie wyobrazić szatę graficzną Rhapsody. Fabio pomógł ostatnio Angrze wyjść na prostą i słychać, że jest w szczytowej formie. Tak to już jest jak ma się w zespole jednego z najlepszych power metalowych wokalistów. W 2015 r grupę zasilił nowy basista i może nie słychać jego wkładu, ale na pewno wniósł nutkę świeżości. Zespół przede wszystkim tworzy jak za dawnych lat. Bawią się przy tym, tworzą pomysłowe kawałki, a wszystko tętni własnym życiem. Na płycie znajdziemy 10 kompozycji dających ponad godzinę materiału. Zaczyna się tak jak przystało na Rhapsody of Fire, czyli podniosłym i klimatycznym intrem w postaci „In Principio”.Płytę promował hit w postaci „Distant Sky” i to ten utwór przywrócił nadzieję w to, że Rhapsody of Fire powraca w wielkim stylu. Dawno zespół nie nagrał tak udanej petardy, która przypomina mi czasy „Power of dragonflame”. Jest energia, przebojowość i Robert de Micheli pokazuje na co go stać. Jego solówki są wręcz klasyczne i godne pochwały. Bardzo mocny start jak przystało na klasyczne albumy Rhapsody of Fire. Pierwszym elementem zaskoczenia jest wykorzystanie elementów celtyckich w tytułowym „Into The Legend”. Kompozycja podniosła, momentami utrzymana w klimatach operowych, czy też nawet i progresywnych. Jednak to jest kolejna power metalowa petarda, która przypomina czasy „Power of dragondflame”. Dawno zespołowi nie wyszedł tak chwytliwy refren. Cieszy fakt, że nie zapomnieli jak zaskakiwać i jak tworzyć power metalowe hity. Na płycie znajdziemy dużo rozbudowanych kawałków, a jednym z nich jest prawie 8 minutowy „Winter's Rain”. Dużo tutaj elementów progresywnych, do tego riff zagrany z takich posmakiem nowoczesności i marszowe tempo. Niby nic nadzwyczajnego, ale to też pokazuje jak zespół urozmaicił nowy album. Ten kawałek to przede wszystkim intrygujące i wciągające partie solowe klawiszowca Staropoliego i gitarzysty Roberta. Spokojnie, wręcz balladowo zaczyna się „A voice in the cold wind”. Bardzo dobrze wybrzmiewa tutaj melodia celtycka i latynoskie rytmy. Kompozycja należy do tych zaskakujących ze względu na sam motyw i konstrukcję. Troszkę nie typowy kawałek dla Rhapsody of Fire, a z drugiej strony wiemy że to ten nasz ukochany band, który potrafi stworzyć podniosły i wciągający symfoniczny power metal. Bardzo radosna i klimatyczna kompozycja, która wnosi sporo świeżości do świata Rhapsody of fire. Jednym z mocniejszych i agresywniejszych utworów na płycie jest „Valley of Shadows” i tutaj czuć ten power metal w pełnej okazałości. W dalszym ciągu zespół raczy nas podniosłymi i chwytliwymi refrenami, które przywołują na myśl te klasyczny. W momencie kiedy wchodzą solówki to słuchacza przechodzą ciarki. Bardzo klimatyczna i dość mroczna kompozycja, w której dzieje się sporo. To jeszcze nie koniec niespodzianek. Dalej mamy równie dynamiczny i rozpędzony „Realms of Light”, który również buduje napięcie i pokazuje że panowie wciąż potrafią grać power metal. Kolejna złożona i emocjonująca kompozycja. Fanów klasycznych albumów ucieszy przede wszystkim fakt, że album zdominowały naprawdę szybkie i power metalowe kompozycje i taki „rage of darkness” przypomina stare dobre albumy Rhapsody of Fire. No i nie mogło się obyć bez epickiego, dojrzałego kolosa, która ma wykraczać poza nasze wyobrażenia. Rhapsody of Fire lubi tworzyć kolosy i ma do tego smykałkę, ale dawno im żaden nie wyszedł na tyle, żeby móc go przeżywać. Nawet w tym aspekcie można dostrzec poprawę i wzrost formy. „The Kiss of Life” to 16 minutowa kompozycja, która ma ciekawe przejścia. Zaczyna się podniośle, napięcie rośnie z każdą sekundą, a główny riff po prostu cieszy. Jest mocny, prosty i porywający. Wszystko brzmi tak jak powinno i wiemy, że to jest symfoniczny power metal. Nie brakuje tutaj power metalu, epickości, przebojowości i złożonych, finezyjnych solówek. Nie pamiętam kiedy ostatnio Rhapsody nagrał tak udany i wciągający kolos. Po prostu brawo i szacunek się należy. Jedynie nie do końca wypaliła ballada „Shinning Star”. Z nią jest tak, że jest miła dla ucha, romantyczna, ale troszkę zbyt komercyjna. Troszkę odstaję od reszty, która jest niezwykle mocna.

Przyznam się Wam, że naprawdę skreślił Rhapsody of Fire. Ostatnie ich albumy były jakieś takie bez ikry, bez mocy i dalekie od tych klasycznych albumów. Jestem wielki fanem „Power of Dragonflame” bo jest mocny i przede wszystkim energiczny album, którego rozpycha przebojowość. To było w 2002 i od tamtego czasu minęło sporo i wiele też się zmieniło. Nie ma Luca i innych muzyków, Rhapsody rozdzielił się i wciąż szuka różnych smaczków co by urozmaicić swój materiał i styl. Szukali nowych inspiracji i efektem wyszła ciekawa mieszanka power metalu, folk metalu, symfonicznego metalu i nawet jest też miejsce dla progresywności. Jest klasycznie, ale jest też coś nowego. „Into The Legend” to album, który śmiało można postawić obok tych najlepszych i śmiało krzyczę światu, że to ich najlepszych album od czasów „Power of dragonflame”. Witamy z powrotem panowie, power metalowy świat oczekiwał na was.

Ocena: 9/10

niedziela, 24 listopada 2013

RHAPSODY OF FIRE - Dark Wings Of Steel (2013)

Dożyliśmy czasów w których jest miejsce dla dwóch Rhapsody. Jeden złożony z Luca Turilli i basisty Patrice Guers sygnowany nazwą Luca Turilli Rhapsody, zaś w starym Rhapsody of Fire pozostał Alex Staropoli, Fabio Lione i perkusista Alex Holzwarth. Luca w 2012 wydał swój pierwszy album i odniósł on spory sukces. Teraz w tym roku mamy okazje posłuchać jak radzi sobie Rhapsody bez kluczowego muzyka czyli Luca Turilliego, który decydował o charakterze kompozycji i poziomie samej muzyki. „Dark Wings Of Steel” otwiera nowy rozdział zespołu i czas zweryfikować, czy jest na co czekać w przyszłości.

Rhapsody of Fire od lat grał symfoniczny power metal. Charakterystyczne było dla nich oczywiście rozmach w aranżacjach, epicki klimat, podniosłość, ale też spora dynamika, momentami słodkość, ale i power metalowa energia wzorowana na starym Helloween. Luca Turilli na swoim albumie pokazał, że dalej jest wierny power metalowi, może oddala się bardziej w filmowe klimaty, ale power metal jest. Na nowy albumie Rhapsody of Fire nie uświadczymy takiej dawki power metalu i słychać, że płyta jest zdominowana przez stonowane, bardziej metalowe tonacje. Dynamiki i power metalowy czad daje o sobie znać w energicznym „Rising From Tragic Flames” czy „Silver Lake Of Tears”. Rasowe kawałki Rhapsody, w których dzieje się sporo i tutaj przede wszystkim uwagę przyciąga Roberto De Micheli, który nie chce być drugim Turillim. Roberto stawia na ciężar, stawia na agresywność i nieco inne podejście niż Luca. Spisuje się dobrze w swojej roli, choć brakuje mi nieco więcej szybszych zagrywek z jego strony. Te utwory które wymieniłem to jedne z tych najlepszych na płycie. Niestety ale materiał jest nie równy i pojawia się sporo słabszych momentów, do których zaliczyć można rozbudowany „My Sacrifice” czy „Sad Mystic Moon”. Tym utworom brakuje energii, ciekawego rozbudowania i głównego motywu. Płyta jest pozbawiona dynamiki, przebojowości i kilku innych patentów z których słynął ten band w przeszłości. Mam wrażenie że więcej Rhapsody zawarł Luca na swoim debiucie. Jednak dla Rhapsody Of Fire widzę światełko w tunelu, a jest nim symfoniczny ture metal czy jakby to nazwać co zaprezentowali w „Angel Of Light”. Utwór jest melancholijny, ma swoje momenty zaskoczenia no i przede wszystkim główny motyw i cała linia melodyjna zapada w pamięci. Takiego Rhapsody Of Fire chciałbym usłyszeć w przyszłości. Taki band z pomysłem na granie, z polotem i klimatem. Niestety pozytywnych wrażeń nie ma za dużo i zostały ograniczone do dobrej formy muzyków, czy w końcu do paru dobrych kawałków.

Zespół zrobił wokół nowego albumu niezły szum, zrobił dobrą promocję i wybrał dobry kawałek do promocji, jednak jest niedosyt, może i nawet rozczarowanie, bo taka zmiana składu miała podziałać odświeżająco. Po części tak podziałał rozłam Rhapsody na dwa zespoły, z tym że Rhapdosy Of Fire nie wykorzystał w pełni tej szansy. Spróbowali nieco zmienić charakter swojej muzyki i nie do końca mnie to przekonuje. Są dobre momenty jak „Angel Of Light”, które zachwycają, ale jest sporo nie dociągnięć. Brzmienie jest soczyste i takie wysokiej jakości, ale co z tego skoro jest nieład. Power metal poszedł w odstawkę i teraz zespół stara się tworzyć epicki, symfoniczny heavy metal. Nie tak miało być.


Ocena: 5.5/10