Bogusław Balcerak powraca z kolejnym albumem swojego projektu Crylord. „Birds of Steel” to dwanaście nowych kompozycji, w których polski gitarzysta ponownie stawia na neoklasyczne inspiracje, melodyjny heavy metal oraz wirtuozerskie solówki. Za mikrofonem znów pojawia się Mark Boals, doskonale znany ze współpracy z Yngwiem Malmsteenem. Skład uzupełnia perkusista Rob Wroblewski. Płyta ukazała się 14 października i tym razem czuję rozczarowanie.
Jeżeli ktoś tęskni za czasami, gdy neoklasyczny heavy metal oznaczał galopujące riffy, pojedynki gitarowe i podniosłe melodie, nowa propozycja Crylord powinna zwrócić jego uwagę. Bogusław Balcerak nie ukrywa swoich fascynacji Yngwiem Malmsteenem, ale nie ogranicza się do samego popisywania techniką. W jego muzyce najważniejsze pozostają gitarowe melodie, klasyczne metalowe harmonie i umiejętne budowanie napięcia. Tak to wszystko się zgadza, tylko partie gitarowe są niższej jakości jak te z ostatnich płyt. Zabrakło tej magii i przebojowości. Mimo pewnych wad to wciąż solidny materiał.
Dużym atutem albumu jest Mark Boals. Jego charakterystyczny, mocny i wysoki głos idealnie pasuje do takiego repertuaru. Wokalista potrafi nadać kompozycjom odpowiedni rozmach, nie odbierając przy tym miejsca gitarze, która pozostaje główną bohaterką całego wydawnictwa. W takim graniu głos Marka sprawdza się znakomicie.
Na „Birds of Steel” nie brakuje szybkich partii, efektownych solówek oraz bardziej rozbudowanych fragmentów. Balcerak pokazuje świetną technikę, ale jego gra jest mocno osadzona w tradycji lat 80. Słychać tu ducha neoklasycznego metalu, melodyjnego power metalu i klasycznego heavy metalu. To muzyka skierowana przede wszystkim do słuchaczy, którzy cenią kunszt instrumentalny i nie potrzebują nowoczesnych produkcyjnych sztuczek, by dobrze się bawić. Tylko tym razem czuję składek formy, bowiem materiał nie jest równy i nie powala tak na kolana.
Okładka nie zachwyca i można wyczuć wpływ sztucznej inteligencji. Samo brzmienie też momentami jakieś takie sztuczne i pozbawione tej magii z poprzedniej płyty. Materiał godzinę czasu, co też może wymęczyć słuchacza na dłuższą metę.
Płytę otwiera " Walking the Edge of the Time " i to jest otwarcie w klasycznym stylu, z wyraźnymi wpływami metalowej szkoły lat 80. i gitarą wysuniętą na pierwszy plan. Od razu wiadomo co nas czeka. Dalej mamy "Follow the Moonlight" melodyjny numer, w którym liczą się chwytliwość i charakterystyczny wokal Boalsa. Postawiono tutaj na drapieżny riff i taki nieco rockowy feeling. Nie do końca przemawia do mnie nijaki i mało wyrazisty "bridges into Paradise". Progresywne patenty w tytułowym utworze też nie do końca się sprawdzają. Czuć niedosyt.
Fate Worse Than Death to ponad sześć minut muzyki, co daje przestrzeń na bardziej rozbudowaną kompozycję i instrumentalne popisy. Znów wg mnie przerost formy nad treścią. Jednym z najciekawszych utworów na płycie jest rozpędzony "Rise of Immortal Soul " . Jego atuty to podniosły, epicki charakter, idealnie wpisujący się w estetykę power metalu. Chwilę spokoju przynosi ballada " last goodbye", ale też za brakło pomysłu na ciekawy motyw przewodni. Potem bywa różnie raz lepiej raz gorzej. Emocje wracają przy zamykającym "Live again".
Birds of Steel” to kolejny rozdział w historii Crylord, konsekwentnie podążającego ścieżką neoklasycznego heavy i power metalu. Największym atutem projektu pozostaje gitarowy kunszt Bogusława Balceraka, wsparty przez świetnie pasujący do tej stylistyki głos Marka Boalsa. To propozycja dla fanów Yngwiego Malmsteena, klasycznego power metalu i gitarowego grania, w którym technika idzie w parze z melodią. Niestety same kompozycje nie mają tej przebojowości i mocy co utwory z poprzednich płyt. Solidna płyta, ale czuć niedosyt.
Ocena: 6.5/10

Brak komentarzy:
Prześlij komentarz