Niemiecki Rebellion zawsze żył w cieniu Grave Digger. Założony przez dwóch były członków grabarza w 2001r. Uwe Lulis obecnie grywa w Accept, a basista Tomi Gottlich wciąż spełnia się w Rebellion. Troszkę już lat uleciało i Rebellion dalej gra toporny heavy/power metal, który mocno opiera się na twórczości Grave Digger, Paragon, czy Accept. 3 lata minęły od ostatniego wydawnictwa i najwyższa pora na nowe dzieło. "We are the people" to album, który nic nowego nie wnosi i szczerze daleko mu do najlepszych płyt tej grupy.
W roku 2021 band zasilili gitarzysta Fabrizo Constantino i perkusista Sven Tost. Z kolei w roku 2019 pojawił się Martin Giemza. Nowi wioślarze i nowy perkusista i słychać, że to już nieco inny band. Nie wiem czemu, ale strasznie ciężko słucha mi się nowego albumu. Brakuje mi wyrazistych hitów, wciągających melodii, a całość jakby zdominowała toporność. Niby są echa Grave Digger, ale zostało to jakoś średnio podane. Dobrze wypada bez wątpienia agresywny "Risorgimento", który definiuje styl grupy i mocny riff robi tu robotę. Udane kawałek, który wpisuje się w styl wypracowany przez Rebellion czy Grave Digger na przestrzeni lat. "Sweet Dreams" to toporny kawałek, który nie wiele wnosi. Niby sprawdzone patenty tu mamy, ale brzmi to koszmarnie. Drugi ciekawy utwór z tej płyty to chwytliwy i niezwykle przebojowy "Ashes to light". W końcu coś się dzieje w sferze partii gitarowych i są jakieś pozytywne emocje. Na uwagę zasługuje "World War II", w którym gościnie pojawia się Simone Wenzel i Uwe Lulis. Tak to brzmi jak stary dobry Rebellion. Nudny w swojej konwencji jest "All in Ruins" i to kolejny koszmarek na płycie. Warto wytrwać do końca, bo tytułowy "We are the people" to rasowy killer. Ten kawałek ma wszystko co potrzebne w heavy/power metalu i szkoda że cały album nie ma w sobie tyle energii.
Nie czekałem specjalnie na nowe dzieło Rebellion i przeżyję jakoś fakt, że nowy album Rebellion jest niewypałem. 4 czy 5 utworów godnych uwagi to za mało. Za dużo mroku i toporności tutaj, a za mało konkretów. To już nie jest ten Rebellion, który ceniłem sobie.
Ocena: 4.5/10
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Rebellion. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Rebellion. Pokaż wszystkie posty
piątek, 23 lipca 2021
wtorek, 1 grudnia 2015
REBELLION - Wyrd bid ful Araed - the history of the Saxons (2015)
Uwe Lulis obecnie znalazł
posadę w Accept jako drugi gitarzysta i w końcu znalazł się w
zespole godnym jego umiejętnościom i doświadczeniu. Z Grave Digger
nagrał kilka mocnych albumów, potem stworzył własny band
Rebellion. Grave Digger radzi sobie całkiem dobrze bez naszego
bohatera, gorzej radzi sobie Rebellion z odejściem Uwe. W 2010
Rebellion przeszedł zmiany personalne i to odbiło się na ich
muzyce. Uleciała prostota, uleciała przebojowość i ta muzyka już
nie wzbudza takich emocji jak kiedyś. Wraz z odejściem gitarzysty
uleciało jakby wszystko co składało się na sukces Rebellion.
Została toporność, brzmienie wzorowane na twórczości Grave
Digger, a także zadziorny wokal Micheala. Niby wszystko jest tak jak
być powinno, ale jednak drugi album po odejściu Uwe tj „Wyrd Bid
Ful Araed – the history of The Saxons” pokazuje że to już nie
to co kiedyś. Niby słychać poprawę względem ostatnich
wydawnictw, ale i tak przegrywają starcie z Grave Digger.
Rebellion tak jak zawsze
stara się połączyć epickość, rycerskie motywy, dużą dawkę
toporności utrzymując przy tym pozory melodyjności. Tak udało im
się zachować swój styl mimo przetasowań personalnych.
Jednak gdzieś uleciała magia i umiejętność tworzenia
wartościowego materiału, który wywołał by pozytywne
emocje. Niestety ale ostatnie dokonania tego zespołu to nic dobrego
i właściwie są to średniej klasy wydawnictwa. Nowy ma się o tyle
lepiej, bowiem miewa przebłyski. Tak są tutaj ciekawe momenty, ale
to nie ratuje całości. Sporo nie potrzebnych motywów się
tutaj pojawia, wiele jest nie dopracowanych i ostatecznie mamy
średniej klasy heavy/power metal, który nie zagości długo w
naszych sercach. Problem w tym, że materiał jest jakby obdarty z
melodii, z energii i tylko echa czasami słychać. Dobrze wypada
otwieracz „Irminsul” w którym jest agresja,
przejaw pomysłowości i chęci do grania heavy/power metalu i to na
jakiś przyzwoitym poziomie. Brzmi to trochę jak Hazy Hamlet czy
nowy Dragonheart, ale nie jest to coś złego. Pierwszym zgrzytem na
płycie jest nijaki „God of Mercy”, który
nie ma niczego ciekawego w swojej strukturze. Na pewno dobrze
wypadają takie petardy jak „Take
to the sea”, które napędzają cały krążek
i ratują przed klęską. Godny uwagi jest też marszowy i
mroczniejszy „Hangvist”, który ma coś z
twórczości Accept. Najostrzejszy na płycie jest „Runes
of Victory”, który oddaje to co najlepsze w
niemieckim heavy/power metalu. Mocnym kąskiem jest też stonowanym i
przesiąknięty Black Sabbath „Slave Religgion”.
Gitary brzmią znacznie ostrzej niż na ostatnich płytach i to jest
pewien progres. Takie kawałki jak „Hail Donar” czy
energiczny „Blood Court” przywracają dobre imię
zespołu i dają wiarę że zespół wraca na właściwe tory.
Duet gitarowy w postaci Stephan / Oliver rozwinął w końcu skrzydła
i słychać że panowie znaleźli wspólny język. Ich zagrywki
są bardziej przemyślane i bardziej atrakcyjne dla potencjalnego
słuchacza. Dobitnie to pokazuje dynamiczny „The Killing goes
on”.
To jeszcze nie jest
Rebellion w szczytowej formie. Brakuje większej dawki energii,
ciekawszych melodii i przebojów, które zostają na
długo w pamięci. Nie jest to też najgorsze dzieło Niemców,
a najważniejsze jest to że zespół wraca na właściwe tory.
Jest na pewno lepiej niż na ostatnich płytach i słychać postęp.
Dostaliśmy w końcu równy album, w którym pełno jest
ostrych riffów i dynamiki. To jest właśni taki typowy
toporny niemiecki heavy/power metal. Z czasem powinno być teraz
tylko lepiej jeśli chodzi o Rebellion. Przynajmniej tak można
wnioskować po nowym dziele. Warto poświęcić uwagę tej płycie
zwłaszcza jeśli cenimy sobie epickość w muzyce metalowej.
Ocena: 7/10
czwartek, 1 listopada 2012
REBELLION - Arminius: Fouror Teutonicius (2012)
Czy można nagrać dobry
album bez lidera grupy? Czy można nawiązać do najlepszych albumów
grupy bez 3 członków tworzących dotychczasowy skład? Czy
można ciągnąć działalność, bo poważnej roszadzie?
Słuchając nowego
wydawnictwa niemieckiej grupy heavy/power metalowej REBELLION o
tytule „Arminius: Fouror Teutonicius” można dojść do
wniosku, że niemiecka formacja, mimo zmienionego składu, mimo braku
lidera grupy, którym był bez wątpienia Uwe Lulis można
nagrać album, który nawiązuje do dotychczasowego stylu, a
więc mocne, epickie granie, gdzie pojawiają się te toporne,
kwadratowe riffy, melodie, jednak trzeba też zauważyć, że nowy
krążek nie zbliża się poziomem do płyt poprzednich, zwłaszcza
do trylogii o wikingach, która rozpoczęta została w 2007
roku i zakończona w 2009. Czego brakuje? Na pewno odejście w 2010
roku 3 znaczących muzyków, czyli gitarzysty Uwe Lulisa,
perkusisty Gerda Lückinga i gitarzysty Simone Wenzel sprawiło,
że muzyka REBELLION nie brzmi już tak fantastycznie, że brakuje
tego lidera, tego całego mózgu zespołu. Uwe właściwie
założył ten zespół w 2001 r wraz z basistą Tomi
Gottlichem, po odejściu z GRAVE DIGGER i REBELLION miał być taką
alternatywą. Zawsze gdzieś porównywano oba zespoły, jednak
REBELLION był bardziej epicki, przesiąknięty ciekawą tematyką,
pierwszy album nawiązywał do „Makbeta” Shakespeare'a, drugi
album już bardziej przesiąknięty metalową tematyką, zaś
następne bardziej epicki, nawiązujące do tematyki wikingów.
Choć znów jest epicki charakter, to jednak album dla mnie
jest dla mnie mało wyrazisty, brakuje jakiś mocnych kompozycji,
które by zapadły w pamięci na dłużej. Jest to solidny
album i właściwie nic ponadto. Mamy w dalszym ciągu mocny,
zadziorny wokal Michela Seiferta,który wraz z pulsującym
basem Gottlicha stanowią pewne powiązanie z poprzednimi albumami. A
co można powiedzieć o nowych nabytkach? Duet gitarowy Karut/Gebig
spisuje się całkiem dobrze aczkolwiek nie jest to taki sam
energiczny, żywiołowy i technicznie wymiatający duet Lulis/Wenzel,
jednak spisują się nawet dobrze, podobnie jak nowy perkusista
Matthias Karle, który zapewnia płycie dobrą dynamikę.
Jednak mimo tylu dobrych aspektów, wciąż przystaję przy
tym, że jest to tylko dobry album, który przypomina poniekąd
poprzednie wydawnictwa.
Przyczynę tego, że
album jest tylko dobry upatruje w samych kompozycjach, które
nie zapadają jakoś specjalnie w głowie, brakuje może im lekkości,
swobody, brakuje może nieco przebojowości i ciekawszych melodii? Z
pewnością, ale materiał jest w miarę równy i dynamiczny,
co sprawia, że słucha się tego bez efektu znużenia. Do
najlepszych kompozycji z tego wydawnictwa zaliczę energiczny,
przebojowy „The Tribes United” który ma prosty i
chwytliwy refren i ciekawe rozegraną solówkę, która
swoją melodyjnością sprawia, że utwór jest dynamiczny i
odzwierciedlający power metalową formułę. W tym gronie należy
wymienić ostry, rozpędzony „Ala Germanica”, przebojowy
„Prince of The Cheruscer” z ciekawym głównym
motywem, który ma bardzo dobrą rytmikę, nieco przypominający
JUDAS PRIEST „Varus” czy też energiczny „Ghost Of
freedom”, który gdzieś mi przypomina dokonania METAL
CHURCH. Znakomicie też prezentuje się mocny, żywiołowy i nawet
melodyjny tytułowy „Furor Teutonicus”. Do ciekawych
utworów można śmiało zaliczyć dwa nieco bardziej
rozbudowane kawałki, gdzie jest nacisk na bardziej złożoną formę,
w których jest pełno ciekawych motywów i pojawia się
bogate instrumentarium i epicki charakter. W tej konwencji zarówno
otwierający „Rest In Peace” jak i stonowany, true
metalowy „The Seeress Tower” prezentują się bardzo
dobrze i na pewno są kolejnym mocnym punktem albumu. Reszta albumu
jak dla mnie nieco przeciętna, momentami taka mało wyrazista, ale
nie oznacza to że reszta jest słaba i niesłuchalna, po prostu
nieco mniej atrakcyjna niż te wyżej wymienione utwory.
Choć REBELLION mocno
ucierpiał, jeśli chodzi o skład to jednak zdołał się szybko
pozbierać i skompletować dobry zespół, który
kontynuuje działalność i to w całkiem niezłym wydaniu. Słychać
dalej podobny styl grania, jest mocny wokal, ostre partie gitarowe
które wygrywają nieco kwadratowe, toporne riffy, ale słucha
się tak nadzwyczaj dobrze. Może „Arminius: Fouror Teutonicius”
nie jest najlepszym albumem grupy, ale jest to solidny album, który
słucha się dobrze i to napawa optymizmem jeśli chodzi o przyszłość
kapeli. Pewnie jak wiele fanów obawiałem się klęski, ale
nie potrzebnie bo REBELLION w dalszym ciągu oferują dobrą, solidną
muzykę z kręgu heavy/power metal.
Ocena: 7.5/10
środa, 4 stycznia 2012
REBELLION - And The Battle Begins (1991)
Czy power metal może być ambitną muzyką, czy może wzbudzać emocje i wzruszać? Pierwsza odpowiedź jaka przychodzi to „Nie” bo jest to raczej gatunek związany z dynamiką, melodyjnością, przebojowością i zazwyczaj takie pojęcia jak emocje czy wzruszenia nie znajdują w tym gatunku swojego miejsca. Jednak kiedy pomyśli się o bardziej progresywnych kapelach jak FATES WARNING, QUEENSRYCHE czy LETHAL to można dojść do wniosku że można. Świetnie też odzwierciedla to REBELLION i nie mam tutaj namyśli niemieckiej kapeli, a amerykańską, która na scenie pojawiło się tylko chwilowo i zostawiła po sobie wyłącznie debiutancki album „And The battle Begins” z roku 1991. Skład zespołu na tym albumie tworzyli :Mike Moreira (perkusja), Greg Andree (bas), którzy tworzyli dynamiczną, pełną wigoru i wyobraźni sekcję rytmiczną, która była motorem wszelkim urozmaiconych temp i dynamiki. Chris St. Pierre to człowiek można rzec drugiego planu, bo jako klawiszowiec jest odpowiedzialny za stworzenie odpowiedniej przestrzeni, za wzbogacenie warstwy instrumentalnej, a czasami za stworzenie odpowiedniego nastroju co słychać w bogatym w różnego rodzaju zmiany temp, połamane melodie i urozmaicenia „Crying Out”, który jak na 4 minutowy kawałek, zawiera sporo elementów, które można by przeznaczyć na stworzenie kolejnych 3 utworów. Główne role w składzie odgrywają oczywiście wokalista Ed Snow, który manierą przypomniał mi Micheala Kiske z ery strażnika siedmiu kluczy. Obaj panowie potrafią bez problemu wejść w górne rejestry. Niczym mu nie ustępuje duet gitarzystów Mike Doyle /Eric Andree którzy olewają silenie się na proste i łatwo wpadające w ucho melodie, którzy darują sobie pędzenie do przodu w celu zatuszowania nie dociągnięć. REBELLION idzie w tym aspekcie pod prąd stawiając na wyszukane melodie, stawiając na urozmaiconą strukturę, na zróżnicowane tempo, nie pomijając przy tym emocji. To bycie oryginalnym, to stawienie przed szeregi dopracowania technicznego i progresywnego zacięcia jest godne szacunku. Ambicja muzyków jest słyszalna na każdym kroku, a to w otwierającym 7 minutowym „And The Battle Begins... „ który jest po prostu piękny. Ilość motywów które się tutaj przewija, ilość ambitnych, starannie dobranych melodie nie sposób policzyć. Wszystko brzmi ambitnie, zwłaszcza kiedy się w słucha w konstrukcję utworu i w aranżacje. Tutaj można zaznać talentu poszczególnych muzyków, nastrój wytworzony przez klawisze, dynamikę zgotowaną przez sekcję rytmiczną i emocje wywołane finezyjnymi solówkami czy też pięknym wokalem Eda. „Do Or Die” to już bardziej zadziorny utwór, choć i tutaj ilość zgrabnie dopasowanych melodii i motywów przekracza wszelką wyobraźnię. „Fallen Angel” z koeli zaczyna się bardzo agresywnie i tutaj już można wyczuć nutkę szaleństwa, tutaj można wyczuć też ukłon w stronę Wielkiej Brytanii i ciekawie wyszła ta mieszanka hard rocka który słychać podczas zwrotek z power metalową konstrukcją w dalszej części, zwłaszcza podczas ujawnienia się finezyjnej solówki, które jest tylko jednym z wielu przykładów znakomitego wyszkolenia technicznego muzyków i ich miłości do muzyki, bo tylko właśnie wtedy można osiągnąć takie piękne, emocjonalne solówki. Power metalową konwencję da się wyłapać w melodyjnym „Die By The Sword” gdzie świetnie dopasowano klawisze do partii gitarowych, a tak duży nacisk został położony na emocje i ambitne melodie. Mający dwa oblicza „Alone In The Night” czy nastrojowa ballada „Lonely Child” świetnie obrazują jak ważne są uczucia w muzyce REBELLION. Nawet wejście do zadziornego, bogatego w różnego rodzaju motywy i melodie „Only time Can Tell” musi być nastrojowe, pełne emocji. Świetnie też została wpleciona epickość w marszowym „Road To Freedom”. O wszystkim zespół pomyślał, bo nawet brzmienie jest tu bardzo nastrojowe, dopasowane wręcz do emocjonalnego materiału, który ma i świetne melodie, ma i ambitne motywy i wszystko jest na skraju perfekcji. Power Metal to może w przypadku tego zespołu lekkie nad użycie, ale skoro już się tak przyjęło to niech będzie. Co do zespołu nie potrafię zrozumieć, dlaczego po wydaniu tak genialnego albumu zespół nie przebił się i właściwie rozpadł się. Czyżby za ambitna muzyka dla słuchaczy? Zbyt emocjonalna, a za mało agresywna? Warto zadać sobie trud i zapoznać się z muzyką REBELLION. Ocena: 9.5/10
Subskrybuj:
Posty (Atom)
