Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Battle Beast. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Battle Beast. Pokaż wszystkie posty

wtorek, 14 października 2025

BATTLE BEAST - Steelbound (2025)


 Często słuchacze drwią z zespołów takich jak Bloodbound, Powerwolf czy Sabaton, określając ich muzykę mianem „pop metalu”. W takim razie, jak sklasyfikować to, co obecnie prezentuje Battle Beast?


Pierwsze płyty fińskiej formacji stanowiły udany miks klasycznego heavy i power metalu — pełne energii, chwytliwych riffów i epickich melodii. Niestety, najnowsze wydawnictwa grupy coraz bardziej przypominają własną karykaturę. Kiczowate aranżacje i przesadna słodycz wypierają dawną moc i agresję. Najnowszy album Steelbound niestety kontynuuje ten kierunek.


Mimo że za wydanie ponownie odpowiada Nuclear Blast, a skład pozostał bez zmian, mam wrażenie, że nawet wokalistka Noora Louhimo brzmi tym razem bardziej popowo. Brakuje jej tej charakterystycznej charyzmy i drapieżności, które kiedyś nadawały utworom siłę i autentyczność. Owszem, potrafi nadać piosenkom melodyjności i przebojowego charakteru, jednak efekt końcowy sprawia wrażenie zbyt wygładzonego i sztucznego.


Okładka Steelbound sugeruje powrót do korzeni zespołu, lecz to tylko mylący trop. Całość okazuje się zaskakująco ciężka w odbiorze — nie z powodu mocy, lecz przez nadmiar cukierkowych melodii i komercyjnych zabiegów.


Przebojowy „The Burning Within” wybija się na tle całości – to dynamiczny, radosny power metalowy numer, który na moment przywraca nadzieję. Niestety, komercyjny patos „Here We Are” oraz niemal dyskotekowy „Steelbound” skutecznie tę nadzieję gaszą. Zespół zaczyna balansować na granicy autoparodii. Tytuł „Twilight cabaret” wydaje się wręcz trafną metaforą – muzycznie i brzmieniowo przypomina kabaretowy pastisz.


Pewne przebłyski pojawiają się w marszowym „Blood of Heroes”, choć utworowi brakuje dopracowania i ciężaru. Z kolei słodki „Angel of Midnight” ociera się o hard rock, a nawet ostrzejszy „Riders of the Storm” nie jest w stanie przywrócić dawnej energii zespołu.


Battle Beast wciąż trzyma się swojego przesłodzonego, nadmiernie komercyjnego stylu. Niestety, trudno doszukać się tu szczerości, świeżości czy prawdziwej pasji. To muzyka poprawna technicznie, ale pozbawiona duszy. Niby człowiek wiedział, czego się spodziewać — a jednak się łudził.


Ocena: 3.5/10

piątek, 14 stycznia 2022

BATTLE BEAST - Circus of doom (2022)


 Ostatnie płyty Battle Beast nie robią już na mnie takiego wrażenia jak pierwsze 3 wydawnictwa. Wszystko poszło w kierunku bardziej komercyjnego grania, a wszystko po to żeby przyciągnąć jak największą rzeszę słuchaczy. Nacisk położono na proste i nieco oklepane melodie. Niby dalej band gra heavy/power metal, ale już forma w jaki to prezentują zalatuje troszkę kitem. Ich przeciwnik Beast in Black robi to po prostu lepiej i pokazuje jak powinien brzmieć taki rodzaj muzyki. Najnowsze dzieło fińskiej formacji Battle Beast o tajemniczym tytule "circus of doom" nic nie zmienia w tym kontekście. To kolejna płyta Battle Beast i nic ponadto.

Nie ma zaskoczenia, nie ma tutaj niczego nowego. Joona i  Juuso w sferze partii gitarowych w zasadzie podążają utartymi schematami i powielają wcześniejsze patenty, tylko wszystko jest obdarte z agresji, mocy i power metalowego zacięcia. Wszystko postawiano na komercyjny, wręcz radiowy wydźwięk. Brzmi to jak dla mnie sztucznie i nie ma w tym za grosz charyzmy. W tym aspekcie najciekawiej wypada "Freedom" i to jest Battle Beast jaki błyszczał na pierwszych płytach, a poza tym pokazują że ta formuła nie musi męczyć i może dostarczyć sporo frajdy. Oczywiście skoro jest to płyta Battle Beast to nie brakuje tutaj tych słodkich, nieco dyskotekowych klawiszy. Tutaj oczywiście Janne odwala kawał dobrej roboty, tylko szkoda że te słodkie melodie momentami przepadają w gąszczu średnich pomysłów. Battle Beast nie byłby sobą gdyby nie zadziorny głos Noory, który jak zawsze błyszczy i przyciąga uwagę swoim głosem. Tak piszę, że średnie pomysły, ale mimo wyraźnych wad słychać, że band starał się żeby album brzmiał ciekawie i na swój przebojowo. Podniosły i nieco marszowy otwieracz "Circus of Doom" momentami brzmi jak kawałek z debiutu, co nie jest takie złe. Pomijam że sam główny motyw jakiś taki średnich lotów jest. Słodki i przebojowy jest "Wings of Light". Niby wszystko jest tak jak być powinno, a momentami przypomina się świetny Beast in Black. Singlowy "Where eagles learn to fly" to bez wątpienia solidny kawałek, ale też do idealnych bym go nie zaliczył. Słychać echa Sabaton, ale raczej brzmi to jak parodia. Owe radiowe zaloty słychać w dziwacznym "russian roulette".  Najlepszy z tego wszystkiego jest podniosły i przebojowy "place that we call home". Duże brawa za pomysłowe partie gitarowe, klawiszowe, a przede wszystkim tutaj robotę robi podniosły refren rodem z płyt Powerwolf czy Bloodbound. Perełka i szkoda że płyta nie jest w takim tonie.

Battle Beast ma swoje grono fanów i płyta skierowana jest oczywiście do nich. Nowi słuchacze nic nowego tutaj nie znajdą. Nie jest to najlepsze wydawnictwo Battle Beast, ale kryje kilka ciekawych melodii i znajdą się z 2-3 perełki. Mimo wszystko Battle beast żyje teraz w cieniu genialnego beast in black.

Ocena: 5/10

poniedziałek, 25 marca 2019

BATTLE BEAST - No more hollywood endings (2019)

W tym roku doszło do starcia Beast in black oraz Battle beast.Anton Kabanen to dawny gitarzysta Battle Beast i kiedy odszedł z zespołu w 2015 r to założył Beast in Black. Ta kapela to znakomita alternatywna wersja Battle Beast i grają melodyjny, nieco dyskotekowy power metal. W sumie to od czego zaczyna Battle Beast. Co do właśnie Battle beast to band ostatnio pokazywał, że jest w formie i nagrywał bardzo udane albumy. "No more Hollywood endings" to coś nowego w dyskografii zespołu, to próba zaskoczenia słuchacza. Czy dobra? O to jest pytanie.

Battle beast postawił na słodkość, na bardziej komercyjne patenty i w efekcie dostajemy album bardziej rockowy, bardziej popowy. Miło słyszeć, że kapela próbuje urozmaicić swój styl, szkoda tylko że pominęli tutaj główny składnik czyli power metal. Mało metalu, mało agresji, troszkę mało ciekawych melodii. Jest za to przebojowo i kiczowato. Juuso i Joona nie mają za dużo do roboty i mało tutaj godnych uwagi partii gitarowych. Wszystko zdominowało komercyjne patenty i partie klawiszowe. Pod tym względem Battle Beast wypada naprawdę blado i nie mają startu do nowego krążka Beast in black.

Niby dobrze rokuje otwieracz "Unbroken", który przecież brzmi jeszcze jak typowy Battle Beast, który znamy. Prosty, chwytliwy kawałek z wyrazistym motywem klawiszowym. W kategorii przebojowości tytułowy "No more hollywood endings" wypada bardzo dobrze. Trochę w tym Nightwish, ale brakuje kopa i power metalu. To, że jest coś nie tak z zespołem na tej płycie sygnalizuje bez wątpienia rockowy "Unfairy tales". Cierpliwość i wszelka wyrozumiałość zostaje wyczerpana przy popowym "Endless Summer". Nie wiem co tutaj się zadziało, ale to nie jest Battle Beast jaki znam i jaki lubię. Band za bardzo przekombinował swój styl. Echa starego Battle beast mamy w mocniejszym "The Hero" i tutaj znów troszkę skojarzeń z Nightwish i trochę z Sabaton. Spokojniejszy i balladowy "I wish" to kolejny przejaw popowego wydźwięku płyty. Płyta powinna być w klimatach rozpędzonego "The Golden Horde" i to jest Battle Beast na jaki fani czekają. Trochę dziwne, że cała płyta ślimaczy się i dopiero w 10 kawałku mamy prawdziwy power metal. To jest przerażające. W podobnym klimacie jest "World on Fire" czy zamykający "My last dream".

To tegoroczne starcie Battle Beast przegrał z Beast in Black. Battle beast rozczarował na całej linii. Pogubili się w swoim stylu. Porzucili gdzieś melodyjny power metal na rzecz rockowy, czy nawet popowych rozwiązań. Szkoda, że band tak marnuje swój potencjał. Jedno z największych rozczarowań tego roku.

Ocena: 4.5/10

sobota, 18 lutego 2017

BATTLE BEAST - Bringer of Pain (2017)

Wiele różnych opinii można spotkać jeśli chodzi o fiński band o nazwie Battle Beast. Ten młody zespół grający melodyjny heavy metal szybko zdobył sławę. Wygrali walkę debiutów na Wacken Open Air w 2010 i tak idąc za ciosem wydali debiut „Steel”, który odniósł spory sukces komercyjny. Zespół pokazał, że potrafi grać solidny heavy/power metal z domieszką stylów Bloodbound, Lordi, sabaton czy Dio. Nitte Valo okrzykniętą żeńską wersją Ronniego James Dio i kariera stała otworem przed tym zespołem. Nie każdy załapał ten słodki metal okraszony różowymi melodiami i nieco kiczowatą formą. Jednak kto kocha przebojowość i chwytliwe melodie szybko się odnalazł. „Unholy savior” był jak dla mnie mało metalowy, a bardziej dyskotekowy. To była tortura dla uszu, ale nie skreśliłem ten zespół. Oczekiwałem cierpliwe „Bringer of Pain” i jestem zaskoczony.

Po premierze „King for a Day” nie liczyłem na coś specjalnego. Spodziewałem się kiczu i porażki z poprzedniego albumu, a tutaj jednak zostałem mile zaskoczony. Płyta jest lekka, przebojowa, zagrana z pomysłem i naprawdę słychać ten melodyjny metal. Słychać te nawiązania do Dio, Sabaton, Lordi czy Bloodbound. Noora daje niezły popis swoich umiejętności wokalnych i ten element na pewno nie zawodzi. Nowa świeżość to bez wątpienia zasługa nowego gitarzysty Joona, który dołączył do zespołu w 2016 roku. Nowy album to 40 minut dynamicznej i przebojowej muzyki, która przenosi nas do dwóch pierwszych wydawnictw Battle beast, które są wyznacznikiem stylu i poziomu muzycznego tej kapeli.

Zaczyna się energicznie i nieco w stylu Sabaton, ale zadziorny „Straight to the Heart” to jest hit, który szybko zapada w pamięci. To jest właśnie Battle Beast taki jaki lubię. Echa starego warlock słychać w zadziornym i ostrym riffie w początkowej fazie „Bringer of Pain”. Dawno band nie grał tak szybko i tak złowieszczo. Tutaj słychać świetne nawiązania do Sinbreed czy Hammerfall i ja to kupuje. W sumie Battle Beast mógłby śmiało podążać w tym kierunku. „King For a day” to utwór promujący ten album i choć na początku mnie nie przekonywał, to teraz na albumie pasuje mi do całości i dostrzegam jego zalety. Ma przebojowość Abba, a sama konstrukcja przypomina mi „Enter the metal world” z debiutu. Fani nightwish na pewno po lubią dynamiczny i przebojowy „Beyond The Burning Skies”, w którym świetny popis wokalny daje Noora. Przebój goni przebój i zespół nie zwalnia tempa. Stonowany „Familliar Hell” ma coś z dokonań Lordi i ten hard rockowy feeling słychać tutaj. Melodyjny „Bastard Son of Odin” to kolejny mocny punkt tej płyty i pokazuje jak w dobrej formie jest zespół. Klasyczne brzmienie Accept czy Warlock przemawia w riffie do „We will Fight” i śmiało ten kawałek może być zagrany na koncertach zespołu. Nawet ballada „Far from heaven” broni się i potrafi zapaść w pamięci.


No i obawiałem się kiczu i mało metalowego krążka, a tutaj Battle beast mnie zaskoczył. Wrócili do grania z dwóch pierwszych albumów i to cieszy, bo w tym wcielaniu zespół jest najbardziej autentyczny i skuteczny. Śmiało można sięgać po „Bringer of pain”.

Ocena: 8.5/10

niedziela, 11 stycznia 2015

BATTLE BEAST - Unholy Savior (2015)

Gdyby tak się przyjrzeć młodym zespołom to i tutaj nie brakuje kapel, które szybko odniosły sukces i zebrały sporo grono fanów. Jednym z takich bardzo rozpoznawalnych zespołów jest mimo krótkiego stażu fiński Battle Beast. Przepustką do sławy było wygranie konkursu Wacken i debiut „Steel” nie był niczym nowym. Nie był to powiew świeżości, ani odkrywanie nowych muzycznych rejonów. Jednak tym albumem Battle Beast pokazał, że można nawet ciekawie zinterpretować twórczość Dio. To wydawnictwo cechowała niezwykła przebojowość, może i nadużyto tutaj słodkości i partii klawiszowych. Jednak mimo pewnych niedociągnięć to był szczery heavy metal, który łatwo trafiał do słuchaczy. Mocnym atutem była wokalistka Nitte Valo, która brzmiała niczym córka Ronniego James Dio. Wraz z przyjściem Noory Louhimo zespół nabrał bardziej komercyjnego charakteru. Więcej słodkich melodii, cech Sabaton czy Lordi. Już „Battle Beast” niczym nie zaskakiwał i pozostawiał niedosyt. O tyle najnowsze dzieło finów zatytułowane „Unholy Savior” kompromituje zespół na całej linii.

Przede wszystkim warto zastanowić się ile tak naprawdę jest tutaj metalu. Mam wrażenie, że dyskotekowe melodie i słodki charakter pozbawił ten zespół tego co go cechowało na debiucie. Gdzieś przepadła ta surowizna, ta naturalność, ten klimat klasycznego metalu spod znaku Dio. Teraz zespół brzmi jak dyskotekowa wersja Sabaton. Może młody zespół nie chce już osiągać sukcesów w metalowym świecie, lecz w świecie komercji? Może chcą podzielić los Lordi i zwyciężyć w Eurowizjii? Nowy materiał nie za wiele ma do czynienia z metalem i momentami można się zastanowić czy disco metal czy może pomysł na nowy odłam metalu? Jasne, Battle Beast próbuje przekupić nas chwytliwymi melodiami, przebojami typu „Madness”. Jednak ile w tym szczerości a ile komercyjnego sprzedania się by zarobić jak najwięcej? Pozostawię wam to do oceny i może Wy sami sobie odpowiecie. Ja mam ocenić materiał jaki znalazł się na płycie i to też przechodzę do tego czym prędzej. Mamy tutaj 12 utworów razem z bonusem i właściwie otwarcie płyty „Lionheart” nie jest tragiczne. Szybki kawałek nieco przesiąknięty melodyjnym power metalem spod znaku Sabaton, ale oczywiście pozbawiony pazura i szczerości. Została nam tylko przebojowość, która niestety nie cieszy tak jak na debiucie. Brzmi to sztucznie i niestety spłaszczone, plastikowe brzmienie nie sprzyja, żeby myśleć inaczej. Tytułowy „Unholy savior” miał być podniosły, epicki, a wyszło komicznie. Co ciekawe śpiew Noory jest tutaj bardziej popowy niż metalowy. Ciężko to przetrawić, ale przecież to jeszcze nie koniec płyty. Echa debiutu słychać w agresywniejszym „I want The World...and everthing in it”. Dobrą passę podtrzymuje rytmiczny „Madness”, który brzmi nieco jak mieszanka Bloodbound i Powerwolf. Battle Beast to jednak zespół bardzo komercyjny i chyba mierzą teraz do innej grupy docelowej. Fani disco i pop z pewnością docenią „Sea of dreams” czy „Touch in The Night”, który o dziwo promował ten album. Na co warto jeszcze zwrócić uwagę co by nie tracić czasu na wypełniacze? Z pewnością na „Far Far Away”, który ma riff zalatujący pod Dio. Jest jeszcze znakomity „Speed and Danger”, w którym ograniczono klawisze, słodkie melodie, co wyszło tylko na dobre kawałkowi. Niestety 1-3 utwory nie uratują płyty, która jest bardzo komercyjna.

„Unholy Savior” przykuwa uwagę ciekawą okładką, która jest póki co najlepsza w dorobku kapeli. Szkoda, że nie mogę napisać tego samego o zawartości. Zespół porzucił klasyczne brzmienie, czerpanie z Dio. Teraz jest to miałka papka disco, metalu i popu, dla młodzieży która ceni sobie właśnie takie słodkie melodie, bez pazura i charakteru. Ja mówię głośne „Nie” tej płycie Battle beast.

Ocena: 3.5/10

wtorek, 14 maja 2013

BATTLE BEAST - Battle Beast (2013)

Cofnijmy się o 2 lata wstecz do roku 2011, kiedy to metalowym odkryciem bez wątpienia był młody zespół Battle Beast pochodzący z Finlandii. Formacja ta zasłynęła z przebojowości i zadziorności godnej Lordi, jednak kapela ta zapatrzona jest w heavy metalu lat 80. W muzyce Battle Beast można było doszukać się wpływów Dio, Judas Priest, Manowar, Iron Maiden, choć słychać też elementy power metal z kręgu takich kapel jak Stratovarius, Sabaton czy Helloween. W roku 2011 fińska formacja wydała debiutancki album, który został ciepło przyjęty. Nic dziwnego skoro kapela wyróżniała się ciekawym stylem, przebojowością i charyzmatyczną wokalistką Nitte Valo. Czego zatem można się spodziewać po nowym wydawnictwie „Battle Beast”, który ukazał się po dwóch latach od „Steel”?

Nie dostrzeżemy tutaj jakiś zmian w stylistyce, bo zespół nie zbacza z ścieżki obranej na debiucie. W dalszym ciągu mamy tutaj mocną, rozegraną z pomysłem sekcją rytmiczną, która nadaje całości mocy jak i dynamiki. Pozostała nie zmieniona aranżacja, która przejawia się w prostych, chwytliwych kawałkach, które mają wpadać w ucho za sprawą melodyjnych riffów, finezyjnych, energicznych solówek, czy partii klawiszowych. Dalej jest kobiecy głos, podobnie jak pomysłowe, zgrane i bardzo metalowe popisy obu gitarzystów to jest Juuso Soinio czy Antona Kabanena. Oczywiście obaj panowie nie wygrywają niczego, co by wcześniej gdzieś się pojawiło w innej formie, bardziej znanej. Tak wtórność jest tutaj wszędobylska, zresztą ten patent jest atutem zespołem i gwarantem na chwytliwe i pełne energii granie. Sprawdzone patenty wyjęte choćby z twórczości Sabaton, czy Dio sprawiają że słucha się tego z entuzjazmem, ale niczego nowego nie odkrywają muzycy. Nawet brzmienie czy szata graficzna stanowią kontynuację tego co było na debiucie. Jednak mimo to jest kilka zmian, a jedną z tych najważniejszych jest nowa wokalistka Noora, która w 2012 zastąpiła Nitte. Obie panie dysponują podobną manierą i stylem, tak więc zespół nie traci na swojej tożsamości. Mimo wszystko Noora ma mocniejszy, agresywniejszy głos i co więcej może pochwalić się lepszą techniką, co jest zmianą na lepsze. Inną zmianą jaką można uchwycić to fakt, że materiał jest bez wątpienia bardziej dojrzalszy i jakby bardziej dynamiczny. Ta cecha świetnie wybrzmiewa w ostrzejszym „Raven”, który nasuwa Gamma Ray czy Primal Fear, bojowym, nieco epickim „Kingdom” w stylizacji Sabaton i Hammerfall, w energicznym „Fight Kill Die”, który znów ma coś z Gamma Ray czy Primal Fear i w tej konwencji jest to najlepszy utwór, choć ciężko takowy wybrać. Równy materiał i co ważne urozmaicony. Kto lubi Accept czy Judas Priest z pewnością po lubi zadziorny „Rain man”, nieco hard rockowy „Over The Top” czy bardziej komercyjny „Out on The streets” z wpływami Lordi. Melodyjne, przebojowe utwory z wyraźnymi partiami klawiszowymi, które nadają nieco słodkiego charakteru, to jest to z czego ten zespół zasłynął za sprawą debiutu. Takich utworów też jest tutaj kilka i najlepiej oddają ten styl Battle Beast takie utwory jak otwierający „Let It Roar” , dynamiczny „Out Of Control”, czy przebojowy „Neuromancer”. Fiński band nie boi się zapożyczeń jak choćby te w „Into the Heart of Danger”, które przywołuje Survivor „Eye Of Tiger”. Ci którzy lubią Manowar i true metal powinni też zwrócić uwagę na epicki i klimatyczny „Black Ninja” z wyraźnymi wpływami Sabaton.

Po udanym debiucie przyszła pora, by potwierdzić swój styl, poziom muzyczny i entuzjazm jaki towarzyszył w 2011 podczas „Steel”. Battle Beast udało się ta sztuka i potwierdził, że trzeba się z nimi liczyć w metalowym światku i że mają potencjał zostać kolejną wielką gwiazdą wywodzącą się z Finlandii. „Battle Beast” to jeden z najbardziej metalowych albumów roku 2013, który jest pełen atrakcyjnych melodii i przebojów, które zostają na długo w pamięci. Brać w ciemno.

Ocena: 9/10

czwartek, 6 października 2011

BATTLE BEAST - Steel (2011)

A gdyby tak w ACCEPT albo MANOWAR śpiewałaby kobieta? Czy byłby to koniec świata? Na pewno dla wielu fanów tak. Jednak trzeba pojąć wagę owej sytuacji. Kobiety pchają się do heavy metalowego rynku i trzeba przyznać, że nie które z nich mają szanse zaistnieć i stać się może w nie dalekiej przyszłości ikonami. W przypadku finlandzkiego BATTLE BEAST to nie tyle wokalistka Nitte przyciąga uwagę, co zespół jako całość. Kim są? Skąd się wzięli? Wystarczy napisać, że to zespół, który wygrał współzawodnictwo w konkursie W:O:A Metal Battle. To wydarzenie otworzyło im drzwi do kariery. Stacje radiowe nagłośniają ich kawałki, a w kwietniu zespół wydał debiutancki album „Steel”. I tym razem nie jest to kolejna kopia IRON MAIDEN i zespół bije wydawnictwa innych kapel grających w stylu lat 80. BATTLE BEAST oprócz grania w stylu lat 80, co słychać w partiach gitarowych, przemyca też przebojowość, która jest charakterystyczna dla tamtejszego kraju. Stara się nikogo nie udawać, stara się grać heavy metal taki jaki czują. W latach 80 hurtowo powstawały hymny chwalące Heavy Metal. Ostatnio jednak ciężko o takie hymny. Mam nadzieję, że BATTLE BEAST zmieni owe notowania, ponieważ na debiutancki album sporo znalazło się utworów o takiej charakterystyce. Takim przykładem z pierwszej ręki jest promujący „Enter the metal World” w którym połączono bojowość MANOWAR, rytmiczność DIO, a także szkołę niemieckiego heavy metalu spod znaku ACCEPT. W kategorii hymn metalowy utwór zajmuje u mnie szczytowe miejsce. BATTLE BEAST nie kryje też inspiracji zaczerpniętych z rodzimego LORDI. Słychać tą samą przebojowość i hard rockowe szaleństwo. I najlepiej to oddaje „Armageddon Claw”. Ciekawym pomysłem było połączenie w „The band of The Hawk” epickości, waleczności MANOWAR z hard rockowym feelingiem, który najbardziej daje o sobie znać podczas partii klawiszowych. Hard rock i stare płyty DIO o sobie znać w dynamicznym „Justice and Metal” i nawet wokalistka Nitte barwą głosu stara się zbliżyć do Dio. Z kolei tytułowy „Steel” mógłby znaleźć się na jakimś wcześniejszym albumie ACCEPT. Partie gitarowe są wręcz w podobny sposób zagrane, jednak refren i przebojowość szybko sprowadzają nas na ziemię i przekonują, że to nie ACCEPT a BATTLE BEAST. Co ciekawe na albumie znajdują się także szybsze kompozycje, jak choćby „Cyberspace” w który pełno odniesień do power metalu, czy też przesiąknięty klawiszami „Victory”. Nie można też pominąć singlowego „Shom me how to die” który też jest przebojowym heavy metalem, w którym spotyka się świat DIO ze światem LORDI.

To pod jakim kątem będzie się słuchało album, ma wpływ jaką ocenę się postawi. Jako recenzent, który poszukuje nowinek na rynku heavy/power metalowym, mógłbym postawić siedem i odprawić z kwitkiem, bo to już wszystko gdzieś było. Jako fan męskich wokalistów, mógłbym rzecz, że Nitte śpiewać nie umie, a mnie tylko irytuje i odprawić zespół dając siedem. Jednak to co mnie jako słuchacza uraczyło w tym albumie, to radość z grania muzyków, z ich dobrego wyczucia rytmu, z pomysłu na granie, a także podanie czegoś starego i zarazem nowego. BATTLE BEAST to dowód na to, że można grać pod stare kapele i do tego bez zażenowania i kompleksów. Jeśli raz się wejdzie do heavy metalowego świata BATTLE BEAST to już się nigdy nie wyjdzie. Ocena: 9/10