Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Portrait. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Portrait. Pokaż wszystkie posty
piątek, 21 czerwca 2024
PORTRAIT - The Host (2024)
Kiedyś wiele zespołów nagrywało materiał trwający 40-50 min, często zawarte w 8-10 kompozycjach i wszyscy byli szczęśliwy. Teraz w modzie jest nagrywanie długich płyt, gdzie jest nawet po 14 czy 16 utworów. Tak jakby ilość była najważniejsza, a nie jakość. Szwedzki Portait też właśnie wydał swój najdłuższy album w historii zatytułowany "The Host", na którego fanom przyszło czekać 3 lata. Portrait przyzwyczaił nas do wysokiego poziomu i klimatów kinga Diamonda. Poniekąd te wymagania spełnili, ale do ideału troszkę zabrakło.
To pierwszy album z nowym gitarzystą tj Karlem Gustafssonem, który razem bardzo dobrze uzupełnia się z Krystianem Lindell. Jest dużo mrocznych dźwięków, sporo riffów, zagrywek, które nasuwają na myśl faktycznie twórczość Kinga Diamonda. Ciekawe jest też to, że mamy całkiem sporo szybkich, rozpędzonych riffów, czy też takich stricte w klimatach NWOTHM. To sprawia wrażenie, że band brzmi troszkę wiele innych tego typu kapel. Ozdobą Portrait zawsze był niesamowity wokal Pera Lengstedta, który wciąż potrafi śpiewać górki niczym sam King i do tego śpiewać drapieżnie i klimatycznie. Jeden z moich ulubionych wokalistów w akcji, to może też dlatego jestem mało obiektywny. Daje czadu i to od pierwszych dźwięków. Wymiata zwłaszcza w tych szybkich petardach jak "Dweller of the Threshold". Szybkie tempo, mocny riff i dobra praca gitar, a do tego niesamowity głos Pera. Wszystko brzmi tak jak trzeba. Okładka jak zwykle mroczna i pełna różnych smaczków. Ten aspekt zawsze imponował w tym zespole. Brzmienie też jest z górnej półki. Jak gdzieś szukać minusów to w samych kompozycjach i długości trwania albumu.
Materiał jest za długi i można by to obdzielić na dwa albumy. Kocham klimat grozy, takiej starej szkoły horrorów i to właśnie czuje podczas intra "Hoc Est Corpus Meum". Robi się tajemniczo i czeka się z niecierpliwością na pierwsze uderzenie. Wejście godne mistrzów, bowiem "the Blood Covenant" to jazda bez trzymanki. Troszkę mniej grania pod kinga diamonda, a bardziej ucieczka w heavy/ speed metal mocno zakorzeniony w latach 80. Gitarzyści czarują swoją grą, a Per powala swoim głosem. Killer i jeden z najlepszych kawałków roku 2024. Więcej mroku i wpływów Kinga Diamonda mamy w "The Sacrament" i to dalej granie na wysokim poziomie, choć tutaj band nieco zwolnił. Troszkę balladowy jest "One last kiss" i ten spokojny charakter jest tutaj akurat sporym atutem. Prawdziwa cisza przed burzą. "Treachery" to utwór nastawiony na melodyjność i przebojowość. Agresywność i szybkość z początku płyty powraca w rozpędzonym "Sound the Horn". Prawdziwa jazda bez trzymanki. W takiej stylistyce na tej płycie band wypada najkorzystniej. Ileż pasji, pomysłowości, świeżości band przemyca w przebojowym "Die in my Heart". Prawdziwa perełka i jedna z najważniejszych kompozycji na krążku. Refren "Voice of the outsider" buja i na długo zostaje w głowie. Portrait znów czaruje nas swoimi genialnymi pomysłami. Końcówka płyty to rozpędzony "Sword of the reason" i znów agresywnie band gra i momentami brzmi to jak black/speed metal. Finał to 11 minutowy kolos zatytułowany "The Passions of Sophia". Kawałek rozbudowany i przemyca sporo ciekawych motywów, ale wg mnie troszkę wydłużony na siłę.
Portrait znów to zrobił i nagrał album na miarę swojego talentu. Dobrze jest widzieć, że takie zespoły jak Attic czy właśnie Portrait godnie kontynuują dziedzictwo Kinga Diamonda. Jest mrocznie, agresywnie, przebojowo i na miarę talentu Portrait. Troszkę zabrakło do ideału, ale i tak płyta robi furorę i utrzymuje wysoką jakość płyt Portrait. Jedna z tych płyt, którą trzeba znać i mieć na swojej półce ze skarbami.
Ocena: 9/10
sobota, 4 września 2021
PORTRAIT - At one with none (2021)
Długo kazał czekać swoim fanom Portrait na nowy album, ale o to jest długo wyczekiwany "At one With none". To piąty album w ich dyskografii i to typowy krążek tej formacji. Nie ma rewolucji i chyba nikt się jej nie spodziewał.
Jest mroczny klimat, mamy patenty mercyful fate czy kinga diamonda, jest niesamowity głos Pera Lengstedta, ale sam materiał jest co najwyżej dobry. Wszystko zlewa się troszkę w jedną całość i ciężko wyróżnić któryś utwór bardziej. Jest dobrze, ale liczyłem na petardę w wykonaniu tej kapeli, bo do tego mnie przyzwyczaili.
Okladka i brzmienie jak zwykle na wysokim poziomie. Sami muzycy też nie przynoszą wstydu, ale na wyróżnienie zasługuje Per, który nieustannie sieje zniszczenie swoim głosem. Materiał jest za długi, bo taki otwieracz "At one With none" można by troszkę skrócić o kilka minut i nic by nie stracił na atrakcyjności. Taki rasowy portrait. Dalej mamy "curtains", który ma coś z iron maiden i to chyba przez te galopady. Dobrze wypada energiczny "he who stands" i mamy tu spore urozmaicenie. Band zawsze błyszczał w tego typu utworach. O dziwo 9 minutowy "Ashen" nie nudzi swoją formą, a wręcz przeciwnie. To jeden z najlepszych momentów na płycie. W końcu gitarzysta Christian ukazuje swój geniusz. Reszta jest dobra, ale nie zapada jakoś specjalnie w pamięci.
Portrait to jeden z najlepszych szwedzkich zespołów heavy metalowych i panowie znają się na swojej robocie. Nowy album nie jest zły i nie jest też tak genialny jak poprzednie wydawnictwa. Oby tylko formuła się nie wyczerpała. To wciąż album godny uwagi, zwłaszcza jeśli kocha się klimatu mercyful fate.
Ocena: 7/10
wtorek, 16 stycznia 2018
PORTRAIT - Burn The World (2017)
Schemat szwedzkiego Portrait jest do bólu przewidywalny. Wiadomo czego można się po nich spodziewać nim jeszcze światło dzienne ujrzy kolejny album. Można od razu obstawić mroczny klimat, riffy na miarę Mercyful Fate,wokal Pera, który przypomina Kinga Diamonda, czy konstrukcję albumu, który zbudowany jest w oparciu o rozbudowane kompozycji. To wszystko zespół powtarza od dłuższego czasu i na nowym albumie, pomimo pewnych zmian w składzie dalej występują. Czy to jest coś złego? W tym przypadku akurat nie, bowiem brakuje muzyki spod znaku Mercyful fate, a Portrait robi to tak genialnie, że nie ma się ich dość, wręcz przeciwnie chce się więcej i więcej. "Burn the World" to najnowsze wydawnictwo szwedzkiej grupy i z miejsca jest to kandydat do płyty roku, z resztą jak z każdą ich płytą. Jest to wysmakowany heavy metal, który imponuje jakością i pomysłowością. Czwarty album potwierdza wielkość tej kapeli oraz ich ogromny potencjał. Nie brakuje im pomysłów, a sprawdzona formuła nie nudzi słuchacza. Tytułowy "Burn the world" uwypukla najlepsze cechy formacji. Szybkie tempo, ostry riff, świetny wokal Pera, mroczny klimat i niezwykłą przebojowość. Heavy metal wysokich lotów dla wygłodniałych fanów Mercyful Fate. Choć skład zasilił gitarzysta Robin i basista Fredrik to muzyka zespołu nie uległa zmianom. Jednak wnoszą świeżość i sporo energii. "Likfassna" to jeden z tych kawałków, który porywa mrocznym klimatem i stonowanym, wręcz marszowym tempem. Prawdziwa perełka, która przyozdobiona jest różnymi ciekawymi melodiami i motywami. Dalej mamy zadziorny "Flamming Blood" czy agresywny "Mine to Reap", które są treściwymi kawałkami. Warto wsłuchać się w lekki i przyjemny "Martyrs", który kupuje nas swoim ponurym klimatem i popisami wokalnymi Pera. Końcówka płyty jest również udana, bowiem wkracza tutaj jeden z najszybszych kawałków czyli "To die for", a także epicki i rozbudowany"Pure of Heart", który idealnie zwieńcza całość. Znów to zrobili! Nagrali kolejną perełką, który odzwierciedla to co najlepsze w heavy metalu. Portrait to jedna z najlepszych kapel w swoim fachu i nic tylko ich słuchać. Poziom "Crossroads" został utrzymany, a to się ceni!
Ocena: 10/10
piątek, 1 września 2017
PORTRAIT - burn The World (2017)
Per Lengstedt to jeden z najbardziej uzdolnionych wokalistów naszych czasów, jeśli chodzi o klasyczny heavy metal. Tchnął życie w Szwedzki Ovedrive, ale jego największym osiągnięciem było dołączenie do zespołu Portrait. Tam może się spełniać i realizować jako wszechstronny wokalista, który może śmiało dać upust swoim zapędom pod Kinga Diamonda. Sprzyja temu też fakt, że kapela gra mroczny, ciężki i zadziorny heavy metal na wzór Mercyful Fate. Na takie granie zawsze jest zbyt, bowiem Mercyful fate nie tworzy nic nowego Denner i Shermann mają swój band, który jest nawiązanie do korzeni Mercyful fate, ale nie każdemu podoba się maniera Seana, tak więc Portrait jest właściwą alternatywą. "Crossroads" to jest album idealny i w zasadzie ciężko jest go przebić, ale "Burn The World" wstydu kapeli nie przynosi. Dalej mamy kontynuację tego co band wypracował w przeciągu ostatnich lat. Tak więc nie ma mowy o zaskoczeniu, ale nie ma też rozczarowania, bo wiadomo czego można się spodziewać. Nie brakuje mrocznego klimatu, szatanizmu i cech Mercyful Fate. Może nieco brakuje typowych przebojów, ale nie jest to powód do płaczu. Płyta i bez tego potrafi oczarować. Band postawił na intro i "Satan return" przyprawia o dreszcze i można poczuć się jak przy odsłuchu płyty Attic czy Powerwolf. Dalej mamy mocny "Burn the World", rozpędzony "Likfassna"czy niezwykle melodyjny "Flamming Blood", które oddają to co najlepsze w muzyce Portrait, Nawiązania oczywiście do Mercyful Fate słyszalne, ale to akurat spory plus. Na pewno co mnie zaskoczyło to energiczny i ostrzejszy "Mine to reap", który utrzymany jest konwencji heavy/power metalu.Niezwykle imponujące są tutaj partie gitarowe i liczne przejścia Christiana i Robina. Chłopaki dają czadu i nie bawią się w komercyjne rozwiązania. 7 minutowy "Martys" to utwór o bardziej hard rockowym feelingu, ale też wiele wnosi do płyty. Kolejną petardą na płycie jest rozpędzony i złowieszczy "To die For" i na taki heavy metal zawsze warto czekać. Nic dodać nic ująć, bowiem kawałek jest idealny w swojej konstrukcji. Tradycyjnie na koniec mamy 9 minutowego kolosa w postaci "Pure of Heart" i w tej kompozycji dzieje się sporo. Marszowe tempo, rytmiczne gitary i mroczny klimat robią swoje. Utwór brzmi jakby został wyjęty z lat 80. Nie ma słabych punktów,a całosć dopracowana i w zasadzie mowa tutaj o jednym z najlepszych albumów heavy metalowych roku 2017. Dobra konkurencja dla tegorocznego albumu Attic.
Ocena: 9.5/10
czwartek, 1 maja 2014
PORTRAIT - Crossroads (2014)
Jedni widzą w nich
odkrycie muzyki heavy metalowej ostatniej dekady, zaś drudzy widzą
w nich klon Mercyful Fate. Na przestrzeni 10 lat dali się poznać
fanom heavy metalu jako zespół ambitny i bardzo pracowity.
Zaimponowali tym, że nie bali się pójść ścieżką
wydeptaną w latach 80 przez Mercyful Fate i że chcieli odświeżyć
to zapomnianą przez nas formułę. Mroczny klimat, przybrudzone
brzmienie, wokal o wysokim rejestrze i ostre, agresywne partie
gitarowe, które są tak poukładane i dopasowane, że powstaje
z tego bardziej złożona konstrukcja. Szwedzki band, który w
tym roku nagrał jeden ze swoich najlepszych albumów
udowadniając to jakim zespołem są i jaką muzykę prezentują. O
kim mowa? Jasne, że o Portrait. Ta Szwedzka formacja powraca po 3
latach z znakomitym „Crossroads” i można tutaj mówić
nawet o najbardziej heavy metalowym krążkiem roku 2014.
To było pewne, że
prędzej czy później nagrają album perfekcyjny, bez skaz i
to była właściwie kwestia czasu. Zespół już na debiucie
pokazał, że mają potencjał, że wiedzą co chcą grać i jak to
zaprezentować by wzbudzić ciekawość słuchacza. Dla jednych byli
i pewnie dalej są klonem Mercyful Fate i może trudno się z tym nie
zgodzić, w końcu słychać inspiracje tym właśnie zespołem.
Nawet mroczne okładka w tym klimatyczna okładka „Crossroads”
przypominają te z albumów Mercyful Fate czy płyt Kinga
Diamonda. W muzyce też pełno powiązań i podobnych rozwiązań,
ale zawsze też próbowali dać coś od siebie. Na „Crimen
Laesae Majestatis Divinae” było można uświadczyć bardziej
progresywne zacięcie, więcej złożonych kompozycji i tam zespół
pokazał, że też im zależy na tym by udowodnić, że starają się
nie tylko kontynuować to co zaczął Mercyful fate, ale też chcą
dołożyć do tego stylu coś od siebie. Przede wszystkim jaka rzecz
się rzuca gdy zestawi się te dwa zespoły, to że Mercyful Fate był
agresywniejszy, miał mroczniejszy klimat i tematyka okultystyczna
była mocno eksponowana. W przypadku Portrait można uświadczyć
jakby bardziej melodyjne granie, momentami coś z progresywnego
metalu, troszkę z doom metalu. Na „Crossroads” Portait właśnie
dał jakby więcej z siebie i słychać że nie chcieli popaść w
przeistoczenie w mało oryginalny zespół, będący kalką
Mercyful fate. Wspólnym mianownikiem obu zespołów jest
mroczna tematyka utworów, podobna konstrukcja utworów i
budowanie riffów, lecz największym podobieństwem jest dobór
wokali. Per znany z heavy metalowego Ovedrive w Portrait pokazał nie
raz, że potrafi śpiewać jak King Diamond i nie ma problemu z
śpiewaniem w takich wysokich rejestrach, a jak trzeba to potrafi
wzbudzić grozę, ale można odnieść wrażenie, że Per jest
bardziej technicznym wokalistą niż King. Tym osobom co jeszcze
przeszkadzał zbyt długie trwanie kompozycje może ucieszyć fakt,
że kapela tym razem postanowiła streścić się w krótszym
czasie, co dało zwięzłe i treściwe utwory, bez wdawania się w
jakieś dłużyzny. Większa dawka melodii i wszystko rozegrane tak,
żeby jednak poczuć też że to jest Portrait, a nie Mercyful Fate.
Krótkie intro „Liberation” buduje nastrój
i wprowadza nas w album, jednak nie jest to jakaś kalka Mercyful
Fate i można tutaj doszukać się różnych inspiracji. Dalej
mamy znacznie dłuższy utwór w postaci „At The Ghost
Gate” i tutaj tonacja i wydźwięk kompozycji nasuwa
oczywiście Mercyful Fate. Jednak jak dobrze się w słuchamy to
usłyszymy coś więcej, może nawet odrobina Black Sabbath czy Judas
Priest. Ciekawa jest to kompozycja, bo pomimo swojego mrocznego
klimatu i stonowanego tempa jest bardzo chwytliwa i zapadająca w
pamięci. Takie utwory jak ten tutaj to właściwie znak rozpoznawczy
Portrait. Kto jak kto, ale oni potrafią stworzyć intrygujący i
pomysłowy długi kawałek. Gdy usłyszałem riff „We Were
Not Alone” to od razu nasunął mi się okres NWOBHM.
Lekkie granie utrzymane w klimatach heavy metalu i hard'n heavy.
Trzeba przyznać, że David znakomicie odnalazł się w roli
gitarzysty, a przecież od roku 2012 zaczął pełnić tą funkcję.
To co wygrywa z Christianem jest godne podziwu i nie chodzi może
tyle o oryginalność, co o pomysłowość, kunszt i melodyjność.
Tak właśnie powinno się grać heavy metal. Portrait znakomicie się
bawi i to słychać choćby w „In Time”. Jest to
dynamiczny i energiczny utwór, w którym zespół
pokazuje że nie tylko wolne tonacje im w głowie. Utwór
mógłby nawet trafić na ostatni album Ovedrive. Też tutaj
zespół pokazuje melodyjne oblicze i w Mercyful Fate nie można
było uświadczyć tego typu melodii. „Black Easter”
to już typowy kawałek w stylu Mercyful Fate czy King Diamond i
nawet wokal Pera ułatwia nam zadanie jeśli chodzi o skojarzenia.
„Ageless Rites” ma z kolei najciekawsze otwarcie
jeśli chodzi o kompozycje, zaś konstrukcja utworu przypomina Judas
Priest z czasów „Defenders of The Faith” czy „Screaming
For Vengeance”. Per bardzo fajnie tutaj imituje wokal Kinga w
niższych rejestrach. Nie zabrakło też szybkiej petardy i tutaj
sprawdza się „Our Roads Must Never Cross „.
Dotarliśmy w końcu do rozbudowanego „Lily”.
Melodyjne granie w mrocznej otoczce, zbudowane w oparciu o twórczość
Black Sabbath. Wiele się tutaj dzieje i jest to jeden z najlepszych
kolosów tego zespołu, ba nawet jeśli chodzi o rok 2014.
To dopiero trzeci album
szwedzkiej formacji Portrait a już umocnili swoją pozycję w heavy
metalowym świecie. Dopracowany materiał doświadczonych muzyków
tak można by opisać „Crossroads”. Płyta utrzymana w klimatach
lat 80 z naciskiem na twórczość Mercyful fate, Black Sabbath
czy Judas Priest. Portrait na nowym albumie stara się pokazać, że
są czymś więcej niż zespołem inspirującym się Mercyful Fate i
ta sztuka poniekąd wyszła. Brakuje takich płyt ostatnio i miło,
że Szwedzi nagrali właśnie taki album z taką muzyką. Kandydat do
płyty roku i to nie jest żaden żart, tylko fakt.
Ocena: 10/10
poniedziałek, 25 lipca 2011
PORTRAIT - Crimen Laesae Majestatis Divinae (2011)
Wiecie czego mi brakuje? Czego nie mógł zastąpić żaden zespół? King Diamond i Mercyful Fate. Wiadomo, nie realne był znaleźć coś w stylu Kinga, ale z Mercyful Fate poszło łatwiej. Bo tak dziwnym trafem dotarłem do Szwedzkiego Portrait, który gra heavy/power metal. Co by nie powiedzieć poziom grania co Wolf, zaś tematyka dotycząca okultyzmu, satanizmu czy też niektóre a partie gitarowe, ba nawet wokal pana Pera Karlssona nie raz ocierają się o partie wokalne samego Kinga Diamonda. Zespół założony w 2004 roku mający na koncie debiut z 2008, w tym roku przedstawia kolejny album. O tyle można było łatwo spodziewać, że fuszerki nie będzie. Dlaczego? A tutaj uspokoił wyczyn Karlsonna z innym zespołem, a mianowicie Ovedrive, który wydał naprawdę świetny album. Można było spodziewać się wszystkiego, ale że „Crimen Laesae Majestatis Divinae” zostanie moją płytą roku w życiu bym nie przypuszczał no i do tego to granie pod Mercyful Fate. Tak same zestawienie z Ovedrive i jak na dłoni słychać, że to co prezentuje Portrait jest nieco inne. Cięższe, mroczne i nieco momentami progresywne. Gdy patrzę na tą nieco nietypową okładkę to też mam skojarzenie z Mercyful Fate, ten sam przekaz, podobny klimat i nic tylko odpalić krążek.
Na album trafiło 8 kompozycji i nie ma się czemu dziwić, skoro są to długie kompozycje. Ciekawe zjawisko, że przeważnie długie czasy trwania wiążą się z nudą, tutaj was zaskoczę i powiem, że są to bardzo atrakcyjne utwory pod każdym względem. Już otwieracz „Beast Of Fire” brzmi jak Mercyful Fate z najlepszych lat. Riff, skoczny wydźwięk, popis gitarowy, potem przejście w nieco szybsze tempo i tak o to mamy pierwszy killer. Charakterystyczne jest dlatego utworu szybkość, a także genialne solówki duetu Richarda Lagergrena/ Christiana Lindella. Są one ciężkie, melodyjne, ale nic tutaj nie jest przesadzone, wszystko zostało dobrze wyważone. Gdzieniegdzie Karlsonn brzmi jak Diamond, najbardziej jak wpada w wysokie rejestry. Choć utwór trwa około o 8 minut to nie w żadnym wypadku nie nudzi. Mamy tutaj wszystko, żeby być aktywnym: a więc chwytliwy refren, melodyjny riff i naprawdę genialne, ocierające się wręcz o geniusz solówki. Tak się gra Heavy Metal! Posłuchajcie to wasz obowiązek jako fanów heavy metalu. Również Mercyful Fate słychać w „Infinite Descension „ z tym, że tutaj jest to wręcz 100% MF. Te wokale, to istny King Diamond, a Karlsonn udowodnił, że godnie zastąpi Kinga w takim graniu. Znów górki, oraz śpiewanie w niskich rejestrach to śpiewanie pod Kinga. Lecz wokal to nie jedyna rzecz. Wolny riff, przeplatany różnymi mrocznymi motywami. Znów nie zabrakło odegranych z polotem solówek, a 7 minut trwania utworu zaliczyć należy do plusów. Tak po takim ostrym graniu, trzeba odetchnąć, a to zapewnia nam klimatyczny instrumental "The Wilderness Beyond". Może nie jest bogaty instrumentalnie, ale nadrabia wszelkie braki klimatem. Jest to najkrótszy utwór na płycie. „Bloodbath” też przypadnie do gustu fanom zespołów Kinga Diamonda. Nieco skoczny riff, znów nieco mroczny, ale nie pozbawiony chwytliwych melodii, co słychać w początkowym riffie. Jednak utwór jest znów zbudowany na bazie szybkości. Szybkość nie jest tym złym składnikiem, a tym takim motorem, który napędza całość. Pod te dzikie tempo umiejętnie podłącza się Karlsonn, który brzmi niczym King tylko jakby lepszy technicznie. Jest oczywiście mrok oraz ciekawe zmiany barw wokalisty, takie wręcz teatralne, których King by się nie powstydził. Oczywiście utwór nie należy krótkich, oczywiście są znakomite popisy gitarowe, oczywiście w tych popisach też można doszukać się Merycful Fate. Ale komu to może przeszkadzać? Nieco inny i taki może nieco mniej MF jest „Darkness Forever”. Choć tempo i klimat nasuwa właśnie ten band. Jest tu jednak bardziej tradycyjna odmiana heavy metalu. Jest waleczny refren i riff w sumie też zagrzewa do walki. Co zapada w pamięci to popisy wokalne Karlsonna zwłaszcza podczas zwrotek kiedy wkracza w wysokie rejestry. Umiejętnie zespół przemycił w ciągu tych 8 minut sporo ciekawych motywów i nie banalnych melodii. Ciekawie wypada tez klimatyczna końcówka. W momencie którym się kończy „Darkness Forever” słychać jak rozpoczyna się dość dynamicznie „The Nightcomers”, który należy również do tych krótszych utworów. Kawałek jak dla mnie ma ciekawą sekcję rytmiczną, taką dość zapadającą w głowie. Gdzieś tutaj zanikł klimat, a bardziej postawiono na łojenie, że tak powiem. Jest dość szybko i energicznie. Nie ma czasu na zwolnienia. Znów można się delektować nie przeciętnymi popisami gitarowymi. Mówią że utwór jest monotonny, mówią że jest to słaba i nie wyraźna kompozycja, a niech mówią. Jak dla mnie poziom utrzymany i to pod każdym względem. Najlepiej samemu sobie wyrobić zdanie o tym utworze. W podobnym klimacie co poprzednie utwory jest utrzymany „The passion”. Znów dynamika, szybkość i mrok. Oczywiście wszystko jest równie zachęcające jak w przypadku poprzednich kompozycji. Mamy tak samo niezwykle ambitnie zagrane partie solowe, mamy zaśpiewany z pasją refren, który może nie zapada od razu w pamięci. Ale nie od razu rzym zbudowano, czyż nie?
Ciekawie wyszło połączenie mroku i epickiego klimatu w ostatniej kompozycji „Der Todesking”, która liczy sobie nie całe 10 minut i jest to kompozycja najbardziej rozbudowana, najbardziej zróżnicowana. Zespół tutaj nie szczędzi sobie ciekawych linii melodyjnych, zmian temp oraz ciekawych motywów, które urozmaicają kawałek, chroniąc nas przed nudą. Uważam, że kawałek świetnie odzwierciedla z czym mieliśmy do czynienia na albumie.
Jakby nie było minęło troszkę od premiery tego krążka, a mimo to wciąż jestem w szoku. Że mimo takiej ostrej konkurencji, mimo tego że już tyle zostało powiedziane, zespół Potrait zaprezentował album, który zadowoli nie tylko fanów Mercyful Fate, do których przede wszystkim jest kierowany album, ale też fanów tradycyjnego heavy metalu opartego na latach 80 z domieszką power metalu. Brakowało mi zespołu, który wypełnił by pustkę jaką zostawił po sobie Mercyful Fate i właśnie znalazłem godnego następce, który może przejąć pałeczkę. Nie wiem jak wy, ale ja znalazłem swój album roku, choć płyt pretendujących do tego miana jest naprawdę od groma. Poczekamy co czas pokaże. Nota:10/10. Pozycja obowiązkowa dla metalmaniaków.
Subskrybuj:
Posty (Atom)


