Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Lordi. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Lordi. Pokaż wszystkie posty
piątek, 14 lutego 2025
LORDI - Limited Deadition (2025)
21 marca 2025r nakładem RPM ukaże się 19 album fińskiej kapeli Lordi. "Limited Deadition" to nic nowego, a po prostu typowy album Lordi, gdzie kluczową rolę odgrywa klimat grozy, mieszanka hard rocka i heavy metalu, a wszystko oczywiście utrzymane w przebojowej formule. Ostatnie płyty były dobre, ale wciąż czekałem na coś co przypomni mi "Deadache", który uwielbiam. W końcu udało sie Lordi nagrać album o podobnej formule, klimacie i jakości. Warto czekać na premierę nowej płyty.
Lider grupy Mr Lordi to bez wątpienia lider i główna atrakcja zespołu. Nie chodzi o image, ale umiejętności wokalne. Ma charyzmę, ma pazur w głosie i sprawdza się w formule heavy metalu z dużą dawką hard rocka. Nie można jednak zapomnieć o reszcie zespołu. Sekcja rytmiczna stoi na straży dynamiki i odpowiedniego tempa. W końcu też pole do popisu ma gitarzysta Kone, który tym razem potrafi porwać swoją grą i dostarczyć godne zapamiętania riffy, czy solówki. Na nowym albumie na pewno błyszczy Hella i jej partie klawiszowe. Zalatuje klimatem syntezatorów i lat 80. Ten kicz jest tutaj naprawdę uroczy i dodaje odpowiedniego klimatu. Bardzo dobrze układa się współpraca Kone i Helli. Nowy album jest na pewno zróżnicowany, dopracowany i solidny. Od początku do końca słucha się tego z dużą przyjemnością i przypominają się najlepsze płyty Lordi.
Oczywiście pierwsze co dostajemy to intro, niczym z jakiegoś horroru z czasów VHS. Zresztą okładka frontowa w podobny sposób została skonstruowana. Pierwszy konkretny kąsek dostajemy w "Legends are made Of Cliches", gdzie przewodni motyw nieco przypomina filmy johna Carpentera. Jest hard rock i klimat lat 80. Wejście klawiszy, syntezatorów w "Syntax terror" niczym w "Panic Attack" Judas Priest. To jeden z ostrzejszych utworów na płycie i tutaj wszystko imponuje. Od ostrego riffu, przez chwytliwy refren i wciągające zagrywki gitarowe. Mocna rzecz! Dalej mamy nieco bardziej komercyjny, może nieco popowy "Skelephant in the room", który na swój sposób jest uroczy. Bardzo dobrze prezentuje się nieco zadziorny "Killharmonic Orchestra". W takiej stylizacji Lordi zawsze prezentuje się okazale. Nie przemawia do mnie nijaki "Collectable"., który nic nie wnosi do całości. Klimat grozy, lekkość i przebojowość to atuty "Fangoria", który również odzwierciedla wszystko to co najlepsze w muzyce Lordi. Singlowy "Hellizabeth" również porywa lekkością, klimatem lat 80 i nieco komercyjną formułą. Słucha się tego dobrze i w żaden sposób nie przeszkadza czerpać radości z słuchania. Ta lekkość i hard rockowe klimaty na tej płycie sprawdzają się i przesądzają o jakości płyty. Przepiękne prezentuje się "Retropolis" i ta partie gitarowe i stonowane dźwięki, przesiąknięte lekkością i pomysłowymi klawiszami sprawiają, że Lordi brzmi świeżo. Kolejny pomysłowy hicior na płycie to tytułowy "Limited Deadition" i znów znakomity motyw przewodni i lekkie, nastrojowe partie klawiszowe, które dodają przestrzeni i klimatu lat 80. Cudo! Całość wieńczy nieco ostrzejszy "You Might be deceased", który również ma nieco ostrzejszy riff i więcej heavy metalowej maniery.
Lordi ma swój styl i jednym może przypaść do gustu, a innym nie koniecznie. Kto lubi hard rock, klimat grozy i patenty lat 80 ten szybko po lubi co Finowie prezentują na swoim 19 albumie. Płyta jest dopracowana, równa, przebojowa i nie wprowadza w stan zażenowania i przypominają sie ich najlepsze płyty, w tym "deadache" a to już coś. Wypatrujcie nowego albumu Lordi, bo zasługuje na to!
Ocena: 8/10
poniedziałek, 27 marca 2023
LORDI - Scream Writers Guild (2023)
W końcu Lordi postanowił nagrać album, który będzie miał klimatu horroru i choć nie do końca mowa o albumie koncepcyjnym, to jednak 18 album zatytułowany "Scream Writers Guild" takie wrażenie sprawia. To jest pierwszy album wydany pod skrzydłami wytwórni Atomic Fire Records i jest to też pierwszy krążek z nowym gitarzystą Kone. Na szczęście muzycznie to dalej Lordi jaki znamy, tylko że bardziej przyłożył się do samych kompozycji.
Ostatnio miałem wrażenie, że Lordi tworzy muzykę jakby na akord, bez dopracowania, bez przemyślenia jaki będzie efekt końcowy. Ostatni naprawdę wartościowy album tej grupy to dla mnie "Deadache", ale to był rok 2008. Teraz pojawiło się światełko w tunelu, że dostane w końcu muzykę, która może poruszyć i zaskoczyć. Przepiękna, klimatyczna okładka i singiel napawały optymizmem. Czy faktycznie tak jest?
Tak, album na pewno bije na łeb ostatnie nijakie wydawnictwa, ale też nie jest bez skazy i wad. Minus jest taki, że brakuje killerów, nieco mocniejszych utworów. Hitów na miarę słynnego "Hard rock Hallelujah" też nie uświadczyłem. Robotę robi faktycznie klimat horroru niczym z płyt Kinga Diamonda, świetna forma Mr. Lordi no i same kompozycje, które są bardziej poukładane. To już jest spory postęp, bo właśnie muzyka ostatnim czasy to była jakaś parodia. Tutaj band postanowił zabrać nas do lat 80.
Dobrze zaczyna się ten album, bo od zadziornego i wyrazistego "dead again jayne", który przywołuje na myśl wczesne lata Lordi. Klimat lat 80 i troszkę takiego kiczu można uświadczyć w melodyjnym "unliving picture show", który oparty został na banalniej melodii. Ma to jednak swój urok i potrafi dostarczyć sporo frajdy. Dobrze wypadają takie hard rockowe utwory jak "Inhumanoid", który potrafi zaskoczyć bardziej zadziornym riffem i większa energią. Echa lat 80 mamy w stonowanym "Vampyro fang club" i ma to swój klimat. Singlowy "Lucyfer Prime Evil" to kolejny mocny punkt tego albumu, bowiem band dawno nie grał z taką werwą i ikrą. Cudo! Warto wyróżnić przesiąknięte wyraźnymi klawiszami "Scarecrow" czy "Heavengeance".
Lordi idzie w dobrym kierunku. Postawili na dopracowany materiał, na klimat grozy i patenty z lat 80. W końcu coś się dzieje i band zabrał się za komponowanie ciekawej i atrakcyjnej dla słuchacza muzyki. Dobrze się tego słucha i w sumie zabrakło jakiś wyraźnych killerów, czy troszkę agresji. Mimo pewnych niedociągnięć to i tak najlepsza płyta od czasów "Deadache".
Ocena: 7/10
piątek, 31 stycznia 2020
LORDI - Killection (2020)
Przeszło od dekady Lordi nie nagrał albumu, który by porwał od początku do końca. "Deadache" był świetny, a każdy kolejny krążek to już tylko spadek formy. "Killection" czyli najnowsze dzieło finów dawał nadzieję na zmianę tego stanu rzeczy. Na pewno imponuje sam pomysł, że band chciał stworzyć swoją własną kompilację utworów, które mogłyby się ukazać w latach 90 czy nawet 70. Band wykorzystał różne techniczne możliwości, aby faktycznie osiągnąć zamierzony cel. Pomysł ciekawy i nawet się sprawdza. Nie jest to może najlepsze dzieło Lordi, ale z pewnością wypada o wiele lepiej niż ich ostatnie wydawnictwa.
Ostoją Lordi od lat jest wokalista Mr Lordi i to on właśnie napędza ten band. Jego forma wokalna mimo lat nie zawodzi. "Killection" świetna mieszanka hard rocka i heavy metalu. Nie brakuje brudu, klimatu lat 80. Dużym plusem jest mocne, wyraziste brzmienie, ale do tego band nas już przyzwyczaił na przestrzeni lat. Podoba mi się, że nowy album jest urozmaicony i przebojowy, a to jest ważny element płyt tej grupy.
"Horror for hire" zachwyca klimatem grozy, mocnym riffem i przebojowym charakterem. Niby prosty kawałek, a od razu zapada w pamięci. Inny jest "Shake the baby silent", który ma w sobie troszkę elektroniki i klimatów rodem z twórczości Ramstein. Dalej mamy "Like a bee to the honey", który brzmi niczym pop z lat 80. Troszkę nieco inne oblicze Lordi, a brzmi to fantastycznie. Miłym akcentem jest tutaj solówka na saksofonie. "Blow my fuse" ma elementy Black Sabbath, a "Zombimbo" to piękny hołd dla grupy Kiss. Bez wątpienia jest to najmocniejszy punkt tej płyty. Mamy też jeszcze przebojowy "Up to no good", a także niezwykle agresywny "Evil".
Tym razem Lordi zaskoczył i nagrał wyjątkowo przemyślany i przebojowy album, który imponuje lekkością, przebojowością. To płyta, która faktycznie brzmi jak kompilacja utworów z przełomu lat 70 i 90. Płyta godna polecania!
Ocena: 7/10
Ostoją Lordi od lat jest wokalista Mr Lordi i to on właśnie napędza ten band. Jego forma wokalna mimo lat nie zawodzi. "Killection" świetna mieszanka hard rocka i heavy metalu. Nie brakuje brudu, klimatu lat 80. Dużym plusem jest mocne, wyraziste brzmienie, ale do tego band nas już przyzwyczaił na przestrzeni lat. Podoba mi się, że nowy album jest urozmaicony i przebojowy, a to jest ważny element płyt tej grupy.
"Horror for hire" zachwyca klimatem grozy, mocnym riffem i przebojowym charakterem. Niby prosty kawałek, a od razu zapada w pamięci. Inny jest "Shake the baby silent", który ma w sobie troszkę elektroniki i klimatów rodem z twórczości Ramstein. Dalej mamy "Like a bee to the honey", który brzmi niczym pop z lat 80. Troszkę nieco inne oblicze Lordi, a brzmi to fantastycznie. Miłym akcentem jest tutaj solówka na saksofonie. "Blow my fuse" ma elementy Black Sabbath, a "Zombimbo" to piękny hołd dla grupy Kiss. Bez wątpienia jest to najmocniejszy punkt tej płyty. Mamy też jeszcze przebojowy "Up to no good", a także niezwykle agresywny "Evil".
Tym razem Lordi zaskoczył i nagrał wyjątkowo przemyślany i przebojowy album, który imponuje lekkością, przebojowością. To płyta, która faktycznie brzmi jak kompilacja utworów z przełomu lat 70 i 90. Płyta godna polecania!
Ocena: 7/10
piątek, 4 maja 2018
LORDI -Sexorcism (2018)
Lordi systematycznie wydaje nowe albumy i nikogo nie powinno dziwić, że po dwóch latach band wraca z nowym dziełem zatytułowanym "Sexorcism". Sam album można porównać do "Deadache" czy "Babez for breakfest". Tradycyjnie jest to mieszanka mrocznego heavy metalu i melodyjnego hard rocka. W dalszym ciągu Lordi trzyma się przebojowego charakteru i na nowym albumie jest to bardzo słyszalne. Tak więc nie ma tutaj niczego nowego, a jedynie wszystko to do czego nas Lordi przyzwyczaił. Już rozbudowany otwieracz "Sexorcism" uwidacznia te rozpoznawalne cechy Lordi. Jest mrocznie, tajemniczo, przebojowo i bardzo melodyjnie. Mr. Lordi jak zwykle imponuje swoją manierą wokalną i drapieżności. Ciężko sobie wyobrazić muzyke Lordi bez tego wyjątkowego wokalisty. Płytę promował niezwykle rockowy "Youe tongue 's got the cat" oraz klimatyczny "Naked in my celler", które ukazują przebojowy charakter tej płyty. Na wyróżnienie zasługuje ostry i zadziorny "The beasts is yet to cum", w którym można doszukać się elementów deep purple. Jednym z najciekawszych utworów na płycie jest hit "slashion model girls", który zaskakuje lekkością i przebojowością. W takiej hard rockowej konwencji Lordi wypada najlepiej.Dalej mamy nieco szybszy "Rimskin assasins" czy agresywny "Hell has room". Na sam koniec zostaje rozbudowany i urozmaicony "Haunting season". Płyta szybko zlatuje i zostawia po sobie bardzo dobre wrażenie. Przede wszystkim materiał jest wyrównany i urozmaicony. Dzieje się sporo i nie ma powodów do narzekania. Na pewno warto obczaić jak się trzyma Lordi. Śmiało można zaliczyć "Sexorcism" do najciekawszych płyt tej fińskiej formacji.
Ocena: 8/10
Ocena: 8/10
niedziela, 28 sierpnia 2016
LORDI - Monstereopheonic (2016)
Od
jakiegoś czasu muzyka Lordi jakoś mnie nie przekonuje. Zmiany
personalne miały wpływ na to co grają i w jaki sposób
grają. Brakuje składu i ładu i ostatnie albumy pokazują słabą
formę zespołu. Lordi sławę już zdobył i pomogły w tym stare
dobre albumy i występ w Eurowizji, tak więc nic nie muszą
udowadniać. Jednak fani chcą słuchać coś mocnego, coś co zapada
w pamięci. Czy najnowsze dzieło w postaci „Monsterophonic
-Theaterror vs Demonarchy” coś zmienia w tej kwestii? Otóż
tak. Jak sama nazwa wskazuje mamy dwie strony zespołu. Z kolei
Demonarchy to utwory, które opowiadają o wiedźmie czy
wilkołakach i ukazują nowoczesną wersję lordi. Tak więc jest
nawiązanie do tradycji, do tego co zespół grał na początku
jak i coś nowego, zaskakującego. Album sam w sobie może nie należy
do najlepszych w historii zespołu, ale i tak jest o wiele ciekawszy
niż ostatnie dzieła. Nie brakuje mocnych riffów, nie brakuje
przebojów i urozmaicenia. Płyta ma w sobie hard rockowego
pazura i heavy metalowe uderzenie. Wokal wciąż jest mocną stroną
lordi i w sumie słychać to przez całą płytę. „Lets
go slaughter He man”
to znakomity kawałek, który opiera się na chwytliwym
refrenie i przejrzystej melodii. Dawno Lordi nie stworzył tak
dobrego hitu i przypominają się czasy „Deadache”, który
bardzo lubię. Album promował „Hug Your
Hardcore”,
który jest dość nowoczesnym kawałkiem. Pierwsze skojarzenie
to Ramstein. Nie brakuje tutaj hard rocka i pomysłowego refrenu.
Kompozycja na pewno się broni i pokazuje pewnego rodzaju świeżość
w muzyce Lordi. Zaskakuje na pewno melodyjny i bardziej heavy
metalowy „Down the Devil”
i na takie utwory warto czekać. Lordi sprawdza się w tego typu
kompozycjach. Dobrze sprawdzają się tutaj partie klawiszowe, które
na ostatnich albumach były nijakie. Stonowany i nieco mroczniejszy
„Mary Is dead”
też potrafi zauroczyć swoim klimatem i pomysłową konstrukcją.
„Sick Flick”
to kolejny mocny kawałek na płycie, który ukazuje bardziej
hard rockowo-heavy metalowe oblicze. „None for
one”
zaskakuje lekkością i ciekawymi urozmaiceniami. Moim faworytem jest
rozpędzony „Demonarchy”,
który ukazuje zupełnie inne oblicze Lordi. To brutalniejsze
oblicze bardzo pasuje do nich. Do grona mocnych kawałków
warto też zaliczyć „Heaven sent hell on
earth”
czy rozbudowany „And the zombie says”.
Całość zamyka nieco dłuższy „The night Monsters Died”, który
pokazuje że Lordi próbuje nieco urozmaicić swój styl.
To akurat dobry znak, że zespół chce się rozwijać, a przy
tym być wiernym swoim priorytetom. Lordi powrócił z naprawdę
udanym albumem, który pokazuje że wciąż stać ich na dobre
wydawnictwo. Polecam!
Ocena:7.5/10
Ocena:7.5/10
sobota, 1 listopada 2014
LORDI - Scare Force One (2014)
Od czasów
Eurowizji i występu Lordi minęło trochę czasu i mam wrażenie, że
zespół stracił na swojej popularności. Głównym
problemem tego jest, że Lordi ostatnim czasy ma problem nagrać
wartościowy materiał, który pomimo historii zespołu ujmie
nas swoją pomysłowością i wykonaniem. Niestety nowy album „Scare
Force One” nic nie zmienia w tej kwestii, tylko jeszcze bardziej
pogrąża zespół. Nie udało się stworzyć ciekawy klimat,
zbudować napięcia, a same kompozycje to powielane i przemielone
przetarte już schematy, które już nudzą. To wszystko już
było i o wiele na pewno podane na „Deadache”, który
zrobił na mnie ogromne wrażenie. Lordi właściwie nie zmienił
stylu, ani nie zaczął eksperymentować co jest swego rodzaju
plusem, ale zespół tym samym wpadł w ślepy zaułek i widać,
że źródło będące ich kluczem do sukcesu się wyczerpało.
Wciąż atutem zespołu jest frontman Mr. Lordi, którego wokal
nie stracił na swojej jakości. Brzmienie nie zostało zmienione i
dostajemy po raz kolejny nieco przybrudzoną produkcję, co można
również uznać za dobre rozwiązanie. Niestety kiedy odpala
się płytę to już zmienia się nastawienie co do samej płyty.
Weźmy taki „Scare Force One”- utwór który
promuje ten album. Typowy kawałek Lordi, jest tutaj mieszanka heavy
metalu i hard rocka, ale nie wiele z tego wynika. Utwór nie
zapada w pamięci, bowiem za mało tutaj przebojowości i czegoś
wartego zapamiętania. Nawet w momencie kiedy zespół
przyspiesza tak jak to jest w „How To Slice a Whore”
nie wiele się dzieje i można odczuć monotonność. Pojawiają się
ciekawe pomysły co potwierdzają „ House of Ghosts”
czy klimatyczny „Hell sent in the Clowns”, ale
brakuje tutaj lepszego doszlifowania wykonania. Sam pomysł to
przecież nie wszystko. Za przebój można uznać „Monster
is My Name” czy chwytliwy „Nailed by the hammer of
Frankenstein”, które przekonują, że Lordi stać
wciąż na ciekawe kompozycje. Jednak na płycie jest pełno
wypełniaczy pokroju „Sir Mr Presideath Sir” ,
które zaniżają poziom tej płyty. To wszystko sprawia, że
mamy do czynienia z typowym albumem tej formacji. Nie ma elementu
zaskoczenia, a zespół wpadł jakby w stan stagnacji. Wszystko
jest do bólu wtórne i przewidywalne. Czas na zmiany,
czas na powiew świeżości.
Ocena:
4/10
niedziela, 3 marca 2013
LORDI - To Beast Or Not to Beast (2013)
LORDI zawsze mi się
kojarzył bardziej z hard rockiem aniżeli z metalem. Jednak właśnie
ich początki mają w sobie sporo patentów stricte metalowych,
a niżeli hard rockowych. Więcej hard rocka zaczęło się pojawiać
od momentu sukcesu komercyjnego podczas Eurowizji. „The
Arockalypse” czy dwa następne albumy były przesiąknięte hard
rockiem. Jednak nowy album „To Beast Or Not to Beast” znów
bardziej wpasowuje się w konstrukcję bardziej metalową.
Z jednej strony zespół
chciał postawić na nieco cięższy materiał, mniej komercyjny, a z
drugiej strony pojawiły się zmiany personalne w zespole, co też
odbiło się na stylu kapeli. Po śmierci perkusisty Otusa, jego
miejsce zajął w 2012 Mana, zaś miejsce klawiszowca zajęła Hella.
Więcej nowoczesnego brzmienia, więcej udziwnień i kombinowania i
szukania swojego stylu, który tym razem nie kojarzy się z
melodyjnym, przebojowym hard rockiem polanym heavy metalem, a
bardziej z jakimś nu metalem pokroju RAMSTEIN, czy nowoczesnym
metalem, co jakoś nie bardzo mnie przekonało. Jest klimat horroru,
jest ten charakterystyczny wokal, który wciąż jest znakiem
rozpoznawczym LORDI, ale to już jest inny zespół niż na
ostatnich płytach. Może i jest próba nawiązania do
pierwszych płyt, ale niezbyt udana. Oczywiście zmylić nas może
ładna okładka i solidne, mięsiste brzmienie, czy też znakomity
otwieracz w postaci „We're Not bad For Kids”, który
ma cechy heavy/power metalu typu HELLOWEEN czy PRIMAL FEAR, co jest
dość rzadkim zjawiskiem w przypadku tej kapeli, ale robi dość
spore spustoszenie. Szybki, zadziorny riff, szybkie tempo i chwytliwy
refren. No gdyby jeszcze cały album był na podobnym poziomie, to
taki obrót sprawy by nie jednemu słuchaczowi odpowiadał, ale
niestety materiał jest nie równy i pełen niedociągnięć.
Jak to więc jest z tym materiałem?
Znakomity
otwieracz zwiastuje mocny i energiczny materiał, jednak dalej jest
różnie. Przesiąknięty klimatem grozy „I Luv
ugly” swoją stylistyką
przypomina dwa ostanie albumy i tutaj gdzieś ten hard rock daje o
sobie znać. Sam utwór dobry, ale nie powala na kolana. Cały
album promował „The Riff”
i tutaj słychać te nowoczesne, nu metalowe klawisze, które
nieco mnie drażnią. Jednak czy jest to wielki przebój, który
zachęca do zainteresowania się albumem? Czy jest to kawałek, który
zapada w pamięci? Z pewnością nie. Nudny, smętny i taki mało
wyrazisty jest „Something wicked This Way Comes”
i instrumentalny „SCG6: Otus' Butcher Clinic”
też nie porywa i są to najsłabsze kompozycje na płycie. Do grona
udanych kompozycji można z pewnością zaliczyć zadziorny,
dynamiczny „Im The beast”,
czy też klimatyczny „Horrifiction”,
który ma przebojowość godną tego zespołu. Też melodyjny
jest „Happy New Fear”
czy klimatyczny „Schizo Doll”,
które jednak też są tylko solidnymi, przeciętnymi
kawałkami. No i mamy jeszcze dość ciężki, metalowy „Candy
For Cannibal”, ale też nieco
przekombinowany, przez co traci na atrakcyjności.
Tyle
szumu, tyle hałasu wokół tego albumu i o co? „To Beast or
not to beast” ma 2-3 godne uwagi utwory i na dłuższą metę
męczy. Wszystko wynika z tego, że brak tu zapadających melodii,
brak przebojów, które na ostatnich albumach górowały
i właściwie były znakiem rozpoznawczym kapeli. Czyżby kapela się
wypaliła? Skończyły się pomysły na kompozycje? Mam nadzieje, że
nie i że następny album będzie znacznie ciekawszy. Czy warto
sięgać? Uważam, że ten czas można poświęcić znacznie
ciekawszej muzyki, a tej w tym roku roku nie brakowało jeśli chodzi
o heavy metal czy hard rock.
Ocena:
4/10
wtorek, 29 listopada 2011
LORDI - Deadache (2008)
Eurowizja przepustką do sławy? Takie pytanie mi się nasuwa za każdym razem kiedy słucham lub myślę o LORDI .Ten show znany jest na całym świecie i pomógł nie jednemu artyście błysnąć i zdobyć sławę na całym świecie. Jasne że wcześniej zespół istniał i nagrywał ,ale czy był tak znany jak po Eurowizji ? Nie! Kawałkiem Hard Rock Hallelujah podbili serca nawet tych co nie słuchają takiej muzyki a to już nie lada wyczyn. I teraz znają ich ci którzy na co dzień słuchają pop lub techno, tak Eurowizja przyczyniła się do rozsławienia tego zespołu i właściwie stała się przepustką do sławy. Album który zawierał owy kawałek był na stawiony na komercję i trzeba przyznać że przyciągnął wiele kupców. Ale owy album jakoś mnie nie zauroczył. Kiedy przyszedł czas na kolejny album ,oczekiwałem go z chłodem. „Deadache” bo tak został zatytułowany album został wydany w 2008 roku i uważam że jeśli chodzi o ten gatunek ,to sporo namieszali przy najmniej w moich rozliczeniach za rok 2008. Oczekiwałem na album solidny,przebojowy ,wypełniony po brzegi hiciorami , i żeby wszystko miała kopa,i otoczone mrocznym klimatem ,takim odpowiednim do tytułu i do ich strojów.
I też taki album dostałem!
Przejrzyjmy się krążkowi nieco bliżej...
Znów typowa dla tego zespołu okładka, a dodam od siebie że bardzo udana.
Tak równie dobrze jest z produkcją. Fińska perfekcja i fachowość daje osobie znać.
No i tym razem dostaliśmy aż 14 utworów ,w miarę zróżnicowanych a zarazem trzymających się kupy i wszystko stanowi nie rozłączalną całość i co ważne nie ma wypełniaczy które by ten urok zepsuły. Słuchając albumu mam nie odporne wrażenie że zespół ochłonął nie co po Eurowizji i nie patrząc na komercję, nagrali album godny ich dokonań ,choć nie odeszli od tego co było można usłyszeć na Hard Rock Hallelujah, a równie genialnych przebojów nie brakuje.
Na pierwszy ogień zespół dał mroczny intro-Scarctic Circle Gathering - aż mi się ta wyliczanka z Koszmaru Wesa Cravena mi się nasuwa. Jest mrok i normalnie zarąbisty klimat . I tak ma być!
Przejdźmy od razu do kolejnego utworu , Girls Go Chopping- wiem,wiem, tytuł może śmieszyć, ale czy chcecie czy nie ,jest to przebój równie genialny co sławny Hard Rock Hallelujah. Mocny riff który ruszy nie jednego słuchacza. Słychać wpływy wielkich kapel typu KiSS, ale czy to źle? Jasne że nie. Grunt to zrobić tak żeby było po swojemu a LORDI właśnie to robi.
No to trzeba przyznać że pierwszy wałek nieźle rozbujaj, a kolejny utwór choć inaczej się zaczyna i nieco inny styl ma, to jednak Bite It Like A Bulldog to wg mnie jeden z najlepszych kawałków na płycie. Przebój jak nic. Takie refreny to rzadkość ,bo albo muzykom brakuje pomysłu,inspiracji albo stawiają na technikę. Ale LORDI tutaj wyprzedził wszystkich. Refren po prostu niszczy obiekty. Ale poza refrenem ,trzeba nadmienić ciekawą sekcję rytmiczną gitar podczas zwrotek ,jak i podczas całego utworu. Jak wspomniałem panuje na albumie zróżnicowanie ,i choć utworów jest aż lub tylko 14 ,to album w ogóle nie nudzi,bo właśnie jest zróżnicowanie ,a nie granie na jedno kopyto. Kolejny utwór to też inny kaliber hiciora,Monsters Keep Me Company ma nawet zaloty do ballady, ale nie należy też ją tak traktować,bo potrafi fajnie bujać ,a ma takie same zalety jak poprzednie utwory. Nie mogło też zabraknąć ostrego hard rocka który kopie tyłek aż miło, uważam że Man Skin Boots zniszczy nie jednego słuchacza, bo jest to kolejny przebój z tego albumu. I tez nieco inny od poprzednich utworów ,a choćby ze względu na przytrzymanie słuchacza podczas zwrotek . Ale ma wspólny mianownik z poprzednimi , a mianowicie chwytliwy refren i nie banalne partie gitarowe. No i przyznam że nie spodziewałem się że stać zespół na tyle przebojów, bo tutaj praktycznie co utwór to przebój , no i zrobili miłą niespodziankę!
A skoro jesteśmy przy przebojach, kolejny utwór tez śmiało się zalicza do tej kategorii, Dr. Sin Is In- i czy wam początek nie brzmi w stylu AC/DC? Ale dalej już jest tylko ciekawy riff i imponujące tempo. Kurde jak fajnie buja ten kawałek. Mocnym punktem albumu jest The Ghosts Of The Heceta Head,który może jest nieco słabszy ,ale partie klawiszowe zachwycają przez co utwór zyskuje w moich oczach. Co tutaj troszkę utyka to refren oraz sekcja rytmiczna.
Nie mogło zabraknąć pośród tych killerskich przebojów, spokojnej ballady która pozwoli nieco odetchnąć. A Evilyn spełnia swoją rolę ,co więcej łapie za serce,bo to dość bardzo udana ballada. I jak słychać nawet z taką stylistyką sobie radzą muzycy z LORDI.
The Rebirth Of The Countess przerywnik którego by się nie powstydził sam KING DIAMOND. Normalnie dreszcze momentami mnie przechodzą. A dodam że bardzo fajna melodia wyszła im .
Nic was jeszcze nie powaliło? No to posłuchajcie Raise Hell In Heaven który jest jednym z najbardziej przebojowych kawałków tego zespołu a no dodatek ostry jak brzytwa. Szybki riff ,i ostre tempo. A refren to tylko czysta formalność. I na takie hiciory czeka się z utęsknieniem
Energia aż kipi z tego utworu, a przypadnie do gustu nawet najbardziej wybrednemu słuchaczowi.
Największe jakieś dziwne skojarzenie przywołuje Deadache który mi jakoś kojarzy się z popem ,to chyba przez te klawisze,chyba kiedyś był nawet podobny utwór.
Co więcej można napisać o tym kawałku? no że jest to kolejny przebój który wręcz skierowany jest na komercje i przyciągnie nie jednego słuchacza. Zarówno nadaje się do radia , jak i do przy tupania nóżką w zaciszu domowym. No jak patrzy się wstecz to widać że album zdominowały przeboje,a żeby jeszcze zakończyć album w wielkim stylu ,mamy jeszcze jeden killerowy hicior- The Devil Hides Behind Her Smile- melodia bardzo dreszczowa, a trzeba nadmienić że tą melodię rok póżniej zerżnął DARK MOOR.A nie wnikając w szczegóły, utwór znów charakteryzuje się chwytliwością ,genialnym refrenem który powali na kolana każdego! Dobre wrażenie nieco bardziej stonowany Missing Miss Charlene ale i tak świetnie pasuje do reszty. Riff też znajomy,ale czy to przeszkadza w sławieniu? Jasne że nie, bardzo dobry utwór który miło się słucha za każdym razem kiedy leci Deadache. Wygrać Eurowizje to jedno ,ale nagrywać albumy to drugie. A zespół udowodnił że Eurowizja tylko im pomogła w rozgłosie, ale nie zepsuła ich jako zespołu. Potrafią nagrywać przeboje ,a to już duży plus. Deadache to naprawdę kawał prężnego hard rocka!I choć sporo czerpią z gigantów tego gatunku,to jednak robią to w swoim stylu. Mają klimat, ciekawe,zapadające teksty a ich wyjątkowy image który jest ich wizytówka tylko im w tym pomaga. Album naprawdę namieszał jeśli chodzi o hard rock 2008 i powiem że jest to jeden z ich najlepszych albumów. Sporo plusów ma ten album do produkcji po kompozycje.
Ale ciężej znaleźć drugą stronę medalu czyli wady. Można zarzucić że grają w kółko to samo,ale po co zmieniać coś co jest dobre? Formuła się sprawdza i to jest najważniejsze.
Ocena: 8.5/10
I też taki album dostałem!
Przejrzyjmy się krążkowi nieco bliżej...
Znów typowa dla tego zespołu okładka, a dodam od siebie że bardzo udana.
Tak równie dobrze jest z produkcją. Fińska perfekcja i fachowość daje osobie znać.
No i tym razem dostaliśmy aż 14 utworów ,w miarę zróżnicowanych a zarazem trzymających się kupy i wszystko stanowi nie rozłączalną całość i co ważne nie ma wypełniaczy które by ten urok zepsuły. Słuchając albumu mam nie odporne wrażenie że zespół ochłonął nie co po Eurowizji i nie patrząc na komercję, nagrali album godny ich dokonań ,choć nie odeszli od tego co było można usłyszeć na Hard Rock Hallelujah, a równie genialnych przebojów nie brakuje.
Na pierwszy ogień zespół dał mroczny intro-Scarctic Circle Gathering - aż mi się ta wyliczanka z Koszmaru Wesa Cravena mi się nasuwa. Jest mrok i normalnie zarąbisty klimat . I tak ma być!
Przejdźmy od razu do kolejnego utworu , Girls Go Chopping- wiem,wiem, tytuł może śmieszyć, ale czy chcecie czy nie ,jest to przebój równie genialny co sławny Hard Rock Hallelujah. Mocny riff który ruszy nie jednego słuchacza. Słychać wpływy wielkich kapel typu KiSS, ale czy to źle? Jasne że nie. Grunt to zrobić tak żeby było po swojemu a LORDI właśnie to robi.
No to trzeba przyznać że pierwszy wałek nieźle rozbujaj, a kolejny utwór choć inaczej się zaczyna i nieco inny styl ma, to jednak Bite It Like A Bulldog to wg mnie jeden z najlepszych kawałków na płycie. Przebój jak nic. Takie refreny to rzadkość ,bo albo muzykom brakuje pomysłu,inspiracji albo stawiają na technikę. Ale LORDI tutaj wyprzedził wszystkich. Refren po prostu niszczy obiekty. Ale poza refrenem ,trzeba nadmienić ciekawą sekcję rytmiczną gitar podczas zwrotek ,jak i podczas całego utworu. Jak wspomniałem panuje na albumie zróżnicowanie ,i choć utworów jest aż lub tylko 14 ,to album w ogóle nie nudzi,bo właśnie jest zróżnicowanie ,a nie granie na jedno kopyto. Kolejny utwór to też inny kaliber hiciora,Monsters Keep Me Company ma nawet zaloty do ballady, ale nie należy też ją tak traktować,bo potrafi fajnie bujać ,a ma takie same zalety jak poprzednie utwory. Nie mogło też zabraknąć ostrego hard rocka który kopie tyłek aż miło, uważam że Man Skin Boots zniszczy nie jednego słuchacza, bo jest to kolejny przebój z tego albumu. I tez nieco inny od poprzednich utworów ,a choćby ze względu na przytrzymanie słuchacza podczas zwrotek . Ale ma wspólny mianownik z poprzednimi , a mianowicie chwytliwy refren i nie banalne partie gitarowe. No i przyznam że nie spodziewałem się że stać zespół na tyle przebojów, bo tutaj praktycznie co utwór to przebój , no i zrobili miłą niespodziankę!
A skoro jesteśmy przy przebojach, kolejny utwór tez śmiało się zalicza do tej kategorii, Dr. Sin Is In- i czy wam początek nie brzmi w stylu AC/DC? Ale dalej już jest tylko ciekawy riff i imponujące tempo. Kurde jak fajnie buja ten kawałek. Mocnym punktem albumu jest The Ghosts Of The Heceta Head,który może jest nieco słabszy ,ale partie klawiszowe zachwycają przez co utwór zyskuje w moich oczach. Co tutaj troszkę utyka to refren oraz sekcja rytmiczna.
Nie mogło zabraknąć pośród tych killerskich przebojów, spokojnej ballady która pozwoli nieco odetchnąć. A Evilyn spełnia swoją rolę ,co więcej łapie za serce,bo to dość bardzo udana ballada. I jak słychać nawet z taką stylistyką sobie radzą muzycy z LORDI.
The Rebirth Of The Countess przerywnik którego by się nie powstydził sam KING DIAMOND. Normalnie dreszcze momentami mnie przechodzą. A dodam że bardzo fajna melodia wyszła im .
Nic was jeszcze nie powaliło? No to posłuchajcie Raise Hell In Heaven który jest jednym z najbardziej przebojowych kawałków tego zespołu a no dodatek ostry jak brzytwa. Szybki riff ,i ostre tempo. A refren to tylko czysta formalność. I na takie hiciory czeka się z utęsknieniem
Energia aż kipi z tego utworu, a przypadnie do gustu nawet najbardziej wybrednemu słuchaczowi.
Największe jakieś dziwne skojarzenie przywołuje Deadache który mi jakoś kojarzy się z popem ,to chyba przez te klawisze,chyba kiedyś był nawet podobny utwór.
Co więcej można napisać o tym kawałku? no że jest to kolejny przebój który wręcz skierowany jest na komercje i przyciągnie nie jednego słuchacza. Zarówno nadaje się do radia , jak i do przy tupania nóżką w zaciszu domowym. No jak patrzy się wstecz to widać że album zdominowały przeboje,a żeby jeszcze zakończyć album w wielkim stylu ,mamy jeszcze jeden killerowy hicior- The Devil Hides Behind Her Smile- melodia bardzo dreszczowa, a trzeba nadmienić że tą melodię rok póżniej zerżnął DARK MOOR.A nie wnikając w szczegóły, utwór znów charakteryzuje się chwytliwością ,genialnym refrenem który powali na kolana każdego! Dobre wrażenie nieco bardziej stonowany Missing Miss Charlene ale i tak świetnie pasuje do reszty. Riff też znajomy,ale czy to przeszkadza w sławieniu? Jasne że nie, bardzo dobry utwór który miło się słucha za każdym razem kiedy leci Deadache. Wygrać Eurowizje to jedno ,ale nagrywać albumy to drugie. A zespół udowodnił że Eurowizja tylko im pomogła w rozgłosie, ale nie zepsuła ich jako zespołu. Potrafią nagrywać przeboje ,a to już duży plus. Deadache to naprawdę kawał prężnego hard rocka!I choć sporo czerpią z gigantów tego gatunku,to jednak robią to w swoim stylu. Mają klimat, ciekawe,zapadające teksty a ich wyjątkowy image który jest ich wizytówka tylko im w tym pomaga. Album naprawdę namieszał jeśli chodzi o hard rock 2008 i powiem że jest to jeden z ich najlepszych albumów. Sporo plusów ma ten album do produkcji po kompozycje.
Ale ciężej znaleźć drugą stronę medalu czyli wady. Można zarzucić że grają w kółko to samo,ale po co zmieniać coś co jest dobre? Formuła się sprawdza i to jest najważniejsze.
Ocena: 8.5/10
Subskrybuj:
Posty (Atom)



